Dodaj do ulubionych

Jedzenie "pozadomowe" :)

07.12.10, 14:50
Witajcie,
czy są jakieś leki na częste jedzenie "pozadomowe" ?big_grin

Na nieszczęście ja i mój mąż, mieszkając przez póltorej roku w centrum ,w mieszkanku dziupli (gdzie kuchnia była przedpokojem), zaczeliśmy lubować się w jedzeniu poza domem - restauracje ( wysokiej i tej niskiej klasy typu pizzerie).
Teraz we własnym mieszkanku, gdzie mam piękną kuchnię i lubię (oraz umiem) gotować, tez nas ciągnie do takiego jedzenia.
Podczas tej zimowej aury najczęściej zamawiamy do domu.


Czy Wy też macie takie zwyczaje?

Edytor zaawansowany
  • mama.rozy 07.12.10, 14:53
    nie,u nas nie ma czegoś takiego jak jedzenie na wynossmile
    taka mieścina...
    może po prostu...zacznijcie gotowac?smile
    --
    www2.teologiapolityczna.pl/index.php
  • misself 07.12.10, 14:57
    madziulkak napisała:

    > Witajcie,
    > czy są jakieś leki na częste jedzenie "pozadomowe" ?big_grin

    Ale jaki chcesz lek? smile
    Piszesz, że umiesz, lubisz i masz możliwość.
    Na lenia nie ma lekarstwa wink

    > Czy Wy też macie takie zwyczaje?

    Czasem zamawiamy pizzę - raz, dwa razy na miesiąc.
    Zazwyczaj wtedy, kiedy nie mamy ochoty/siły/czasu/możliwości zrobienia normalnego obiadu.

    Jedyne, co Ci mogę doradzić, to podliczenie kosztów takiego jedzenia na telefon.
    Wychodzi 2x drożej (co najmniej) niż stołowanie się w domu.
    --
    "Zresztą tu na forum też taka nie teges jesteś......"
    [aneczkaa121 o mnie]
  • magdalaena1977 07.12.10, 15:16
    nabądźcie jakąś paskudną nietolerancję pokarmową wink
    nagle okaże się, że nic z jedzenia na mieście się dla Was nie nadaje.
    --
    Magdalaena
  • misself 07.12.10, 20:33
    magdalaena1977 napisała:

    > nabądźcie jakąś paskudną nietolerancję pokarmową wink
    > nagle okaże się, że nic z jedzenia na mieście się dla Was nie nadaje.

    O właśnie, albo przejdźcie na stałe na Montignaka smile
    --
    To ja!
  • ladyjm 08.12.10, 15:24
    obejrzyj sobie "30 minutes meals" jamiego olivera - moze cie zainspiruje

    www.jamieoliver.com/jamies-30-minutes-meals/
    --
    mój blog o szyciu i rzeczach handmade
  • jul-kaa 07.12.10, 15:41
    Nie mamy, bo nas nie stać.
    Policz, ile to kosztuje i ile fantastycznych rzeczy możesz za to kupić, może pomoże smile
  • budzik11 07.12.10, 17:11
    Nie mamy takich zwyczajów. Tzn, czasem jadamy coś gotowego, ale rzadko. proponuję ustalić sobie jakiś limit: zamawiamy/jadamy na mieście np. 2x w miesiącu, albo raz w tygodniu itp. I wtedy sobie wybierasz: w tym tygodniu chińczyk, w następnym pizza, w następnym restauracja itd. I tego się trzymać po prostu, w pozostałe dni gotować w domu.
  • myrtille 07.12.10, 18:20
    Jemy poza domem jak zmusi nas sytuacja czyli szpital cokilkunastodniowy.
    Nie ma porównanie (jak dla mnie) jedzenie domowe z tym doprawianym chemiom barowo-restauracyjnym.
    Świadomie jeszcze parę lat temu dobrowolnie to może 1-2 w mc jadaliśmy coś w knajpkach.


    --
    Nasz Ssaczek Ameliasmile

    1% dla mojej córeczki
  • angazetka 07.12.10, 19:34
    Nie mam, szkoda mi kasy. Jedzenie do domu zamawiam może z pięć razy w roku. Do knajp wychodzę częściej, ale na spotkania ze znajomymi, a nie tak sobie.
    --
    "JK na pewno wie, ze u np. Angazetki szanse ma ponizej 0" - Bi_scotti
  • allija 08.12.10, 00:35
    Radzę poogladać kilka odcinków "Kuchennych rewolucji" z M.Gessler i jest duża szansa że wam przejdzie. Troche brudnych ścierek w kuchniach restaracyjnych oraz licznych dań z torebek tam przygotowywanych, tudzież kompetencje niektórych kucharzy, powinno wam pomóc. Mnie utwierdziło w przekonaniu, że nie ma to jak gotować w domu.
  • leksisi 08.12.10, 08:30
    ja jestem zdania, że M.Gessler swoim programem chce wykończyć konkurencję smile
    a wracając do tematu to ja akurat nie cierpię gotować i bardzo chętnie stołowałabym się "na mieście" tylko u nas w mieście oferta jest strasznie kiepska... w zasadzie tylko pizzerie i fast-foody sad więc się zmuszam i gotuję w domu.
  • allija 08.12.10, 10:27
    mój stosunek do samodzielnego gotowania mieści się w skali "nie lubię" a "nienawidzę", nawet nie chodzi o samo gotowanie co o czas jaki pożera, z całą otoczką. Ale bardzo rzadko jem coś poza domem i wtedy wolę nie myśleć co tam może być w środku i jak zostało zrobiome. Z tego też powodu nie korzystam z gotowców. I też zmuszam się do gotowania bo ja sama to pewnie jadłabym jajecznicę na obiad itp.
    Co do Gessler to nie jestem pewna tego wykańczania konkurencji bo w ostatnich programach jakoś mocno chwaliła kucharzy.
  • misself 08.12.10, 10:03
    allija napisała:

    > Radzę poogladać kilka odcinków "Kuchennych rewolucji" z M.Gessler i jest duża s
    > zansa że wam przejdzie. Troche brudnych ścierek w kuchniach restaracyjnych oraz
    > licznych dań z torebek tam przygotowywanych, tudzież kompetencje niektórych ku
    > charzy, powinno wam pomóc. Mnie utwierdziło w przekonaniu, że nie ma to jak g
    > otować w domu.

    Jak pracowałam w restauracji, to mi się na długo odechciało stołować poza domem - bo to właśnie tak wygląda, jak u pani Gessler, tylko na mniejszym zbliżeniu wink
    --
    VII. Starać się być szczęśliwym, bo tylko tacy ludzie mogą dać szczęście innym. [Z. Herbert]
  • budzik11 08.12.10, 13:10
    allija napisała:

    Troche brudnych ścierek w kuchniach restaracyjnych oraz
    > licznych dań z torebek tam przygotowywanych, tudzież kompetencje niektórych ku
    > charzy, powinno wam pomóc. Mnie utwierdziło w przekonaniu, że nie ma to jak g
    > otować w domu.

    A co jak ktoś w domu gotuje z torebek i/lub ma problem z "kompetencjami" kulinarnymi?
  • allija 08.12.10, 13:21
    Moze przynajmniej ma czyste ścierki i gary?
  • ookaa 08.12.10, 14:22
    Mieszkam w okolicy, gdzie nie ma restauracji poza jedną z pizzą, a pizzy nie lubię. Poza tym szkoda byłoby mi forsy na notoryczne stołowanie się w restauracjach. Ale skoro Was stać i lubicie takie jedzenie, to po co to leczyć? Korzystajcie, ile dacie radę. Wielkim plusem jadania poza domem jest więcej czasu na fajne zajęcia i zawsze sprzątnięta kuchnia.
  • autumna 08.12.10, 15:40
    > czy są jakieś leki na częste jedzenie "pozadomowe" ?

    Zatruć się solidnie... Nie, nie życzę takiego lekarstwa. Ale ku przestrodze: struliśmy się coś 3 lata temu na wakacjach z mężem w Szczawnicy surówką z kapusty. Restauracja z wyglądu elegancka, uczęszczana przez turystów i nie tania bynajmniej. Teściowa (lekarz) ratowała nas przez telefon i tylko dzięki jej radom i dobrze zaopatrzonej apteczce podręcznej obeszło się bez pogotowia i kroplówki.


    --
    Własnymy ręcyma
    Staram się nie marnować czasu na forach. Uuu, znowu nie wyszło...
  • madziulkak 08.12.10, 17:12
    Problem tkwi chyba w tym,że zaczeliśmy traktować takie wyjścia/zamawianie jako nagrodę...
    I już widzę,że to bardziej męza cigągnie do takiego jedzenia niż mnie...
    Wczoraj - zrobiłam mu obiad - pulpeciki w sosie pom. , brokuły i ziemniaki.
    Smakowało, zjadł wszystko.
    A ja wyszłam na babski wieczór, wracam - patrzę, a tu opakowanie po pizzy ..wrrr.
    Chyba musze popracowac nad jego nawykami ywieniowymi - w firmie bardzo mało je przez cały dzień, a potem dobija wieczorami .... młody jest i wysportowany na razie, ale jeszcze rok, dwa i kulkę w domu będę miałabig_grin

    Musze się sushi nauczyć robić, bo to zamawiamy najczęściej i wpędza w największe koszty sad

    PS. Dieta była -meczarnia i nie ma za bardzo z czego chudnac,
    Rozstrój żoładka- przejdzie i smak wróci smile
    Program gesslerowej - nie mam tv sad

    Pozdr.
  • misself 08.12.10, 19:54
    madziulkak napisała:

    > Chyba musze popracowac nad jego nawykami ywieniowymi - w firmie bardzo mało je
    > przez cały dzień, a potem dobija wieczorami .... młody jest i wysportowany na r
    > azie, ale jeszcze rok, dwa i kulkę w domu będę miałabig_grin

    Polecam owsiankę z otrębami na śniadanie.
    Ja wiem, że to brzmi bardzo "koniowato", ale ostatnio spróbowałam i bardzo pomaga - nie odczuwam głodu przez jakieś 5-6 godzin.

    > Program gesslerowej - nie mam tv sad

    Jest w sieci smile
    Za darmo smile
    vod.onet.pl/kuchenne-rewolucje,3554,serial.html
    --
    azjahavana: czemu ty musisz być zawsze taka upierdliwa Miss
    Ktoś musi... wink
  • danuu 08.12.10, 22:18
    Owsianka na mleku z bakaliami i swiezymi owocami (teraz np. z bananami) jest PYYYYCHHHHAAAAA!!! smile
    Nie mowiac juz o znakomitych wlasciwosciach trawiennych.

    Co do jadania poza domem - jadamy i to duzo!! Co najmniej 1-2 w tygodniu. Z tymże nigdy nie zamawiamy do domu - jeśli jemy w domu to to, co ja przygotowalam. Jeśli nie chce mi sie - wychodzimy. Mamy swoje ulubione knajpy - drozsze i tansze, w zaleznosci od dnia wink Te, do ktorych chodzimy sa sprawdzone i nigdy nic nam nie bylo smile
    Duzo, najwiecej, wydajemy na jedzenie i picie, rowniez z tego względu ze jemy na miescie. Nic nie poradze - lubimy i na tym nie oszczedzamy.

    Nie mamy innych nalogow - nie palimy fajek, alkoholu tez niewiele, nie mamy dzieci ani zwierzat, wiec nie mamy dodatkowych kosztow.


    --
    mój blog o prowadzeniu domu
  • otterly 12.12.10, 15:01
    U mnie podobnie: Warszawa jest pełna knajp, lepszych i gorszych. Mamy sprawdzonych kilka (-naście) ulubionych, w dwóch-trzech bywamy regularnie i nigdy nic złego nam się nie przytrafiło. Czasem chodzimy do lepszych, czasem kupujemy pierogi w zaprzyjaźnionej budzie. Zamawiamy do domu tak dwa-trzy razy w miesiącu, bo wychodzimy z założenia, że jak już mamy płacić, to fajniej gdzieś wyskoczyć, niż jeść w domu. Dla mnie najcenniejszy jest czas (8 godz. pracy, 3 godz. dziennie w korku = brak życia w ciągu tygodnia).

    Co do kosztów: polemizowałabym. Wyjście do przeciętnej knajpy (fakt, oboje mamy małe potrzeby i zamawiamy po jednym daniu) kosztuje nas ok. 60 zł. Gdybym miała gotować w domu (zakup produktów, czas spędzony w sklepie, dojazd do sklepu, koszty energii elektrycznej, włożona praca i mój czas) wychodzi drożnej lub podobnie. Dodam, że jest nas dwoje. Pewnie mogłabym ugotować więcej, zamrozić i mieć na dłużej, ale zazwyczaj wolę zjeść poza domem. Gotowanie to dla mnie sposób spędzania czasu, celebracja i święto. Pewnie gdybym miała dzieci (póki co nie planuję), wszystko by się zmieniło.
    --
    a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką
    chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku
  • misself 12.12.10, 16:53
    otterly napisała:

    > Co do kosztów: polemizowałabym. Wyjście do przeciętnej knajpy (fakt, oboje mamy
    > małe potrzeby i zamawiamy po jednym daniu) kosztuje nas ok. 60 zł. Gdybym miał
    > a gotować w domu (zakup produktów, czas spędzony w sklepie, dojazd do sklepu, k
    > oszty energii elektrycznej, włożona praca i mój czas) wychodzi drożnej lub podo
    > bnie.

    Ja nie liczę swojego czasu (ten, który spędzam w domu, nie jest opłacany wink gdybym się musiała zrywać z pracy, żeby gotować, to byłby sens liczyć), dojazdu do sklepu też nie (chodzę pieszo), energii elektrycznej pochłaniamy co miesiąc za 150 zł i nijak nie chce być inaczej (dwa komputery włączone praktycznie non stop). Wychodzi naprawdę dużo drożej przy zamawianiu - normalny obiad gotuję dla nas dwojga za 15-20 zł, zamawianie zawsze co najmniej 30 zł. Mnie się to nie opłaca.
    --
    To ja!
  • otterly 12.12.10, 20:08

    > Ja nie liczę swojego czasu (ten, który spędzam w domu, nie jest opłacany wink gd
    > ybym się musiała zrywać z pracy, żeby gotować, to byłby sens liczyć)

    dla mnie każdy czas spędzony na sprzątaniu/gotowaniu, kiedy robią to nie z chęci, tylko z przymusu jest czasem pracy (czasem, który odczuwam jako stracony). Nie mówię tu o chwilach, kiedy chcę gotować i sprzątać, bo to po prostu lubię (absolutnie nie codziennie)

    , dojazdu d
    > o sklepu też nie (chodzę pieszo),
    Ja jeżdżę komunikacją. Pieszo mogę sobie dojść najwyżej do przystanku, bo nie mam żadnego godnego uwagi sklepu w zasięgu nóg. Musze jechać kilka przystanków autobusem do marketu, spędzić tam około pół godziny (co najmniej!), wrócić z siatami - to wszystko jest w moim odczuciu pracą, której sobie oszczędzam zamawiając jedzenie.

    energii elektrycznej pochłaniamy co miesiąc z
    > a 150 zł i nijak nie chce być inaczej (dwa komputery włączone praktycznie non s
    > top).
    U nas podobnie, tzn. wyższy rachunek, ale tez komputery non stop. Gdybym codziennie gotowała, byłoby więcej (płyta indukcyjna, piekarnik elektryczny, wyciąg kuchenny etc.)

    Wychodzi naprawdę dużo drożej przy zamawianiu - normalny obiad gotuję dla
    > nas dwojga za 15-20 zł, zamawianie zawsze co najmniej 30 zł. Mnie się to nie o
    > płaca.

    Jasne, ale jak doliczę właśnie tę pracę włożoną w gotowanie (dla mnie praca przelicza się na pieniądze) i jeszcze świadomość, że z trzech godzin, które mam dla siebie wieczorem miałabym jedną poświęcić na gotowanie (sprzątanie po gotowaniu, jedzeniu etc.), to mi szkoda czasu. Zmawiając jedzenie, kupuję sobie wolny czas.


    --
    lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
    Tak smaku
    w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia [...]
    który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo choćby
  • misself 12.12.10, 21:22
    I zależy od punktu widzenia wink

    otterly napisała:

    > dla mnie każdy czas spędzony na sprzątaniu/gotowaniu, kiedy robią to nie z chęc
    > i, tylko z przymusu jest czasem pracy (czasem, który odczuwam jako stracony). N
    > ie mówię tu o chwilach, kiedy chcę gotować i sprzątać, bo to po prostu lubię (a
    > bsolutnie nie codziennie)

    Miałam na myśli sytuację, w której jestem w domu i mam do wyboru albo spędzić godzinę w sieci, albo w kuchni. Ja wolę w kuchni smile Rozumiem, że Ty nie.

    > Ja jeżdżę komunikacją. Pieszo mogę sobie dojść najwyżej do przystanku, bo nie m
    > am żadnego godnego uwagi sklepu w zasięgu nóg. Musze jechać kilka przystanków a
    > utobusem do marketu, spędzić tam około pół godziny (co najmniej!), wrócić z sia
    > tami - to wszystko jest w moim odczuciu pracą, której sobie oszczędzam zamawiaj
    > ąc jedzenie.

    Ja mam sklep naprzeciwko bloku, dwa kolejne w zasięgu 3 minut piechotą, często robię też zakupy wracając z pracy albo zlecam Mężczyźnie (zwłaszcza te ciężkie). Nie traktuję tego jako pracy.

    > U nas podobnie, tzn. wyższy rachunek, ale tez komputery non stop. Gdybym codzie
    > nnie gotowała, byłoby więcej (płyta indukcyjna, piekarnik elektryczny, wyciąg k
    > uchenny etc.)

    Ja mam gazową - i za gaz płacimy jakieś śmieszne pieniądze, 25 zł miesięcznie? Z czego ponad połowa to opłata przesyłowa. Piekarnik wliczam do rachunku (najwięcej prądu zżerają u nas komputery i pralka - piekarnik nawet przy moim użyciu to kwestia paru złotych miesięcznie). Wyciągu nie mam.

    > Jasne, ale jak doliczę właśnie tę pracę włożoną w gotowanie (dla mnie praca prz
    > elicza się na pieniądze) i jeszcze świadomość, że z trzech godzin, które mam dl
    > a siebie wieczorem miałabym jedną poświęcić na gotowanie (sprzątanie po gotowan
    > iu, jedzeniu etc.), to mi szkoda czasu. Zmawiając jedzenie, kupuję sobie wolny
    > czas.

    Masz drogie roboczogodziny wink
    Ale rozumiem Cię - bo też czasem zamawiam, kiedy nie mam najmniejszej ochoty iść do sklepu ani gotować nawet najszybszej (15-minutowej) potrawy.
    Tyle że nigdy bym nie powiedziała, że to jest opłacalne. Chociażby dlatego, że w koszty mojego obiadu nie wliczam czynszu za kilkadziesiąt m2 lokalu, kosztów amortyzacji profesjonalnego sprzętu gastronomicznego i pensji dla co najmniej czterech osób (szef kuchni, pomagier, właściciel i dostawca).
    --
    VII. Starać się być szczęśliwym, bo tylko tacy ludzie mogą dać szczęście innym. [Z. Herbert]
  • madzioreck 12.12.10, 22:09
    > I zależy od punktu widzenia wink

    Nawet przede wszystkim od niego smile Z punktu widzenia osoby, którą stać na "kupienie sobie" wolnego czasu - warto, i fajnie. Mnie nie stać, więc muszę swój wolny czas poświęcić za darmo, czy też "pracować" za darmo, jeśli chcę zjeśc codziennie ten obiad wink
    --
    szerlok.pl/nakarm_psa/
  • otterly 18.12.10, 10:30

    >
    > Miałam na myśli sytuację, w której jestem w domu i mam do wyboru albo spędzić g
    > odzinę w sieci, albo w kuchni. Ja wolę w kuchni smile Rozumiem, że Ty nie.
    >

    Nie, to jest sytuacja, w której muszę wybierać między spędzeniem godziny w kuchni, a rozmową z mężem, relaksem z lampką wina i książką smile Kompa włączam (do celów innych niż praca) wyłącznie w weekendy. Wtedy tez gotuję wink



    > Ja mam sklep naprzeciwko bloku, dwa kolejne w zasięgu 3 minut piechotą, często
    > robię też zakupy wracając z pracy albo zlecam Mężczyźnie (zwłaszcza te ciężkie)
    > . Nie traktuję tego jako pracy.

    No i tu jest zasadnicza różnica. Mieszkam w sypialni, w której są tylko markety. Dla mnie zakupy to cholernie ciężka praca, której szczerze nie znoszę. I bardzo czasochłonna.



    >
    > Masz drogie roboczogodziny wink

    Nie, mam cholernie mało wolnego czasu, który jest dla mnie baaaardzo cenny. Wracam do domu kolo 19:30 (o 17:30 kończę pracę), a wychodzę o 7:30. Muszę spać co najmniej 7 godzin. Staram się mieć życie i pasje poza pracą, na co tez potrzeba czasu. Zostają mi jakieś cztery godzinny dziennie na wszystko, więc wybieram: czasem coś ugotuję, czasem coś posprzątam, czasem coś upiorę, czasem poczytam książkę, czasem pójdę na jogę. Sprzątaniem i praniem wymieniamy się z Mężem, ale gotowanie to coś, czego on nie potrafi i już. Więc kupujemy. Nie codziennie, ale tak dwa-trzy razy w tygodniu. Kwestia wyborusmile


    > Ale rozumiem Cię - bo też czasem zamawiam, kiedy nie mam najmniejszej ochoty iś
    > ć do sklepu ani gotować nawet najszybszej (15-minutowej) potrawy.
    > Tyle że nigdy bym nie powiedziała, że to jest opłacalne.

    To kwestia terminologiczna, nie wnikajmy smile Dla mnie to się opłaca (=jest opłacalne). Pewnie pod względem czysto finansowym nie, ale przy założeniu, że czas to pieniądz, już bardziej smile

    Swoją drogę to tak się zastanawiam nad tymi "15-minutowymi" potrawami. Moja najszybsza kolacja to sałata z ruccoli i nawet przygotowanie tak banalnego dania zajmuje mi więcej (muszę ruccolę umyć, wysuszyć, podobnie jakieś warzywo, wyfiletować pomarańczę/obrać i pokroić jakiś owoc, zrobić sos, pozmywać po przygotowaniu sałaty i po jej zjedzeniu). Zawsze wychodzi około pół godziny w kuchni, a to tylko sałata.

    --
    Gnojowa mucha z tęczowym połyskiem na odwłoku.
  • laminja 18.12.10, 11:18
    to ja nie wiem co Ty z tą ruccolą robisz i czemu Ci to zajmuje tak dużo czasu. Jeśli się szykuje posiłki razem, nie traci się czasu w kuchni. Można też przy tym popijać wino :p Nawet jeśli to "razem" polega na tym, że Ty szykujesz, a mąż dotrzymuje Ci towarzystwa.

    Makaron z pesto robi się 15 minut
    ryż z filetami z kurczaka lub polędwiczkami wieprzowymi z patelni grillowej (nie trzeba panierować to oszczędność czasu) też można zrobić w 15 minut
  • otterly 19.12.10, 17:47
    nie jadam wieprzowiny i nie smażęwink a jedzenie to dla nie przede wszystkim warzywa i nie wyobrażam sobie zjedzenia ryżu z mięsem, podobnie jak ziemniaków z mięsem (mięso jadam z sałatą, a ryż tylko w daniach azjatyckich, ziemniaki kupowałam ostatnio młode na wiosnę). Poza tym, ryż gotuje się około 25 min (chyba, że taki w worku szybciej, ale takiego nie jadam). Jak napisała Miss: wszystko jest względne! smile

    Wniosek z tego taki, że wszystko zależy od preferencji żywieniowych. Tylko nie rozumiem tego lobbowania za domowym jedzeniem. Ciekawe jest to, że bardzo często robią to kobiety, które wcale nie lubią gotować i codzienne wmyślanie, kupowanie i pichcenie wcale nie sprawia im przyjemności. Przyznaję się otwarcie: gotuję wtedy, kiedy mam na to ochotę (i bardzo to lubię!), ale nie hołduję stereotypowi obowiązkowego codziennego obiadu.


    --
    a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką
    chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku
  • misself 29.12.10, 17:51
    otterly napisała:

    > ryż gotuje się około 25 min (chyba, że
    > taki w worku szybciej, ale takiego nie jadam). Jak napisała Miss: wszystko jes
    > t względne! smile

    Ryż niezależnie od obecności worka ma ten sam czas gotowania smile
    Chyba że parboiled (występuje luzem? chyba nie) - 15 minut.

    > Wniosek z tego taki, że wszystko zależy od preferencji żywieniowych.

    I od odległości mieszkania i/lub miejsca pracy od sklepu smile
    I od planu dnia, rodzaju pracy, sposobów spędzania czasu.

    > Tylko nie rozumiem tego lobbowania za domowym jedzeniem.

    Ja też nie, bo samo gotowanie w domu nie ma wcale większej wartości odżywczej/zdrowotnej/ideologicznej niż jedzenie w knajpach. Wiele zależy od tego, co i jak się gotuje i je (w obu tych miejscach).

    Ja sobie nie wyobrażam częstych wizyt w knajpach z powodów absolutnie racjonalnych: mieszkam blisko sklepów, zakupy robi któreś z nas wracając z uczelni/pracy do domu, ja gotować umiem, lubię i mam czas. Na knajpy mnie nie stać czasowo i finansowo.

    > ale nie hołduję stereotypowi obowiązkowego codziennego obiadu.

    Rozumiem, że jak gotuję, to hołduję? wink
    --
    "Rozmiar S. S jak: sorry, nie zmieścisz się."
    ich4pory.blogspot.com
  • misself 29.12.10, 17:41
    otterly napisała:

    > Nie, to jest sytuacja, w której muszę wybierać między spędzeniem godziny w kuc
    > hni, a rozmową z mężem, relaksem z lampką wina i książką smile

    Dla mnie rozmowa i gotowanie się nie wykluczają smile
    Relaks z książką mam niezależnie od ilości wolnego czasu - codziennie wieczorem.

    > Kompa włączam (do c
    > elów innych niż praca) wyłącznie w weekendy. Wtedy tez gotuję wink

    Gdybym pracowała w domu przy komputerze, to pewnie też bym tak robiła big_grin

    > > Ja mam sklep naprzeciwko bloku, dwa kolejne w zasięgu 3 minut piechotą,
    > No i tu jest zasadnicza różnica.

    Dlatego - patrz tytuł tego posta wink

    > Swoją drogę to tak się zastanawiam nad tymi "15-minutowymi" potrawami. Moja naj
    > szybsza kolacja to sałata z ruccoli i nawet przygotowanie tak banalnego dania z
    > ajmuje mi więcej (muszę ruccolę umyć, wysuszyć, podobnie jakieś warzywo, wyfile
    > tować pomarańczę/obrać i pokroić jakiś owoc, zrobić sos, pozmywać po przygotowa
    > niu sałaty i po jej zjedzeniu). Zawsze wychodzi około pół godziny w kuchni, a t
    > o tylko sałata.

    Primo - NIGDY nie liczę zmywania (zmywa zmywarka, a zmywanie PO posiłku nie wlicza się do czasu przygotowania tegoż).
    Secundo - 15 minut to jest u mnie najbanalniejszy "makaron z czymkolwiek" czy właśnie mieszanka jakichś surowizn, ale ile to mycie sałaty zajmuje? 3 minuty najwyżej. Rukoli przynajmniej nie trzeba rwać ani kroić smile Sos - 30 sekund (wrzucam składniki do słoika, zakręcam, potrząsam).
    --
    VII. Starać się być szczęśliwym, bo tylko tacy ludzie mogą dać szczęście innym. [Z. Herbert]
  • aga90210 19.12.10, 22:33
    Otterly, mam bardzo podobne podejście. Zakupy spożywcze- koszmar (daleko, ciężko, dłuuugo), potem gotowanie- trzeba czekac i czekać, a na koncu najgorsze- sprzątanie. O ilez łatwiej zamówić coś/iść do knajpy wink
  • jul-kaa 12.12.10, 23:27
    otterly napisała:
    > U mnie podobnie: Warszawa jest pełna knajp, lepszych i gorszych. Mamy sprawdzon
    > ych kilka (-naście) ulubionych,

    Otterly, napiszesz jakie to knajpy?
  • otterly 18.12.10, 10:08
    Np. Mondovino na rogu Puławskiej i Geodetów (to już prawie Piaseczno). Moja ulubiona przydomowa knajpa. Dosyć droga, ale jedzenie pyszne, rewelacyjne wino, zaprzyjaźnienie właściciele. Kolejna, którą bardzo lubię to Zapiecek na Kabatach, koło tesco. Wiem, że to sieć, ale ten konkretny lokal bardzo lubimy, szczególnie latem, kiedy mamy tam 10 minut przez las rowerem. Mała budka (właściwie sklepik gastronomiczny) przy pl. Unii. Tam kupujemy domowe pierogi, krokiety, moje ulubione kotlety z kalafiora i inne tego typu rzeczy. Knajpka z przepysznymi, tanimi zupami azjatyckimi przy pl. Politechniki. Rewelacyjne sushi przy metrze Stokłosy (koło tej znanej, acz IMO kiepskiej włoskiej knajpy).
    --
    lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
    Tak smaku
    w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia [...]
    który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo choćby
  • keepersmaid 08.12.10, 23:43
    Jem poza domem dla przyjemnosci jedzenia poza domem, wiec calkowicie rozumiem...
    Jezeli was stac i wybieracie rozsadnie to dlaczego nie.
    Mnie ratuje wieczorami dieta i kaprysy, tongue_out
    OK, chodzi o to, ze na kolacje jadam malo i to na co akurat w tym momencie mam ochote - restauracyjne porcje sa do tego za duze, wiec wole sama sobie zrobic salatke czy cos podobnego.
    Natomiast w weekend uwielbiam w porze lunchu siedziec z gazeta w restauracji i byc obslugiwana. I nie zamierzam sie z tego leczyc smile

    --
    Non, rien de rien
    Non, je ne regrette rien
    Ni le bien qu'on m'a fait
    Ni le mal, tout ça m'est bien égal
  • anu_anu 12.12.10, 16:35
    Nie lubię gotować. No nie lubię i już, nie kręci mnie to a już w pakiecie z codziennym wymyślaniem co jutro na obiad... wrrr... A jak jeszcze ktos mi walnie tekstem: "Znowu pomidorowa?" - to budzi się we mnie bestia! W efekcie gotuję bo muszę, nie wkładając w to serca. I choć niby umiem gotować - to mi wychodzi przeciętnie, jak wszystko co się robi bez serca/
    Lubię piec i mogę sporo czasu na to poświęcić - ale codzienne gotowanie - to zupełnie inna bajka.
    W tej sytuacji trudno sie dziwić, że często jadamy poza domem, w domu w weekend i w poniedziałek. Wrocław ma mnóstwo knajpek, acz większość oferuje tylko piwo i orzeszki, takich z dobrym i nie rujnującym jedzeniem nie jest aż tak wiele. Ale są big_grin, sprawdzone!
    --
    . ^ ^
    =(-.-)=
    .(_|_)
  • misself 12.12.10, 16:57
    anu_anu napisała:

    > A jak jeszcze ktos mi walnie tekstem: "Znowu pomidorowa?" - to budzi się we mnie bestia!

    Wcale się nie dziwię, ja lubię i też mi się nóż w kieszeni otwiera na taki tekst!
    Nie dość, że pod nos podajesz, to jeszcze narzekają uncertain
    --
    To ja!
  • madzioreck 12.12.10, 17:25
    > Wcale się nie dziwię, ja lubię i też mi się nóż w kieszeni otwiera na taki teks
    > t!
    > Nie dość, że pod nos podajesz, to jeszcze narzekają uncertain

    Znam pewną panią, teraz ma ok. 90 lat, która na hasło męża: "Miała być, do cholery, ogórkowa, a nie pomidorowa!!!", bez słowa sprzatnęła obiad ze stołu i wyrzuciła za balkon, łącznie z drugim daniem (kaczka nadziewana), a pan mąż usłyszał:
    -Jak się panu majorowi nie podobają obiady w domu, to się pan major bedzie stołował w kantynie i tam też może sobie porozkazywać.
    I tego się trzymała przez 2 czy 3 miesiące big_grin

    A w temacie - zwyczajnie mnie nie stać, żeby codziennie jadać w knajpach, nawet, jak stosunkowo dobrze zarabiałam, też średnio sobie wyobrażałam finanse przy codziennym jadaniu w restauracji.
    Na szczęście lubię gotowac i wolę jednak domowe jedzenie, a do knajpy wyskoczyć czasem.
    --
    szerlok.pl/nakarm_psa/
  • anula36 12.12.10, 23:51
    bardzo dobra metoda wyleczneia sie z knajp jest popracowanie w gastronomiismile ja milam taka przygode 15 lat temu,a do dzis wole jesc w domusmile Choc gotowac nienawidze i mam dziuple z kuchnia w przedpokoju wole talerz domowej zupy niz danie knajpiane.
    Pizza na wynos z serem seropodobnym w ogole odpada.
    --
    www.zdrowydzien.info/
  • misself 13.12.10, 15:39
    anula36 napisała:

    > bardzo dobra metoda wyleczneia sie z knajp jest popracowanie w gastronomiismile j
    > a milam taka przygode 15 lat temu,a do dzis wole jesc w domusmile

    Ja miałam w tym roku, szybko mi minęło wink
    Co z oczu, to z serca wink Nigdy się nie zatrułam.

    > Pizza na wynos z serem seropodobnym w ogole odpada.

    A z serem nieseropodobnym? big_grin
    --
    To ja!
  • anula36 13.12.10, 20:40
    Znasz jakas pizzerie z wynosem w Kraku ktora pozypuje pizze czyms innym niz produkt seropodobny za 6,99 zl kg?
    --
    www.zdrowydzien.info/
  • misself 13.12.10, 20:48
    anula36 napisała:

    > Znasz jakas pizzerie z wynosem w Kraku ktora pozypuje pizze czyms innym niz pro
    > dukt seropodobny za 6,99 zl kg?

    Primo, produkt seropodobny się nie rozpuszcza na pizzy. To jest utwardzony tłuszcz palmowy i mleko w proszku, które pod wpływem temperatury przybierają postać suchych grudek. (Fuj.)
    Secundo, faktycznie większość pizzerii daje ohydny, tani ser, który smakuje jak guma.
    Tertio, owszem, znam. Accanto na Kobierzyńskiej. Ponadto mają prawdziwie włoskie, cieniutkie ciasto.
    --
    VII. Starać się być szczęśliwym, bo tylko tacy ludzie mogą dać szczęście innym. [Z. Herbert]
  • anula36 13.12.10, 23:11
    nim dojade na Kobierzynska, zdaze sobie upiec w domusmile ale dobrze wiedziec.
    --
    www.zdrowydzien.info/
  • misself 14.12.10, 09:47
    anula36 napisała:

    > nim dojade na Kobierzynska, zdaze sobie upiec w domusmile ale dobrze wiedziec.

    Oni dowożą na telefon smile Nawet nie wiem, czy tam jest konsumpcja na miejscu.
    --
    Mój ekskribicjonizm kontrolowany.
    ich4pory.blogspot.com
  • anula36 14.12.10, 21:58
    raczej jest bo czytalam kiedys recenzje tej pizzerii.

    Nim dowiazxa w moje buraki, o ile dowoza tak daleko, tez jz zdaze zrobic cos dobrego samasmile


    --
    www.zdrowydzien.info/
  • misself 14.12.10, 22:42
    anula36 napisała:

    > Nim dowiazxa w moje buraki, o ile dowoza tak daleko, tez jz zdaze zrobic cos do
    > brego samasmile

    Nie ma możliwości, żeby Ci ciasto na pizzę wyrosło w 40 minut.
    Tyle że nie wiem, czy dowożą tam, gdzie mieszkasz wink
    --
    To ja!
  • hela6 13.12.10, 12:44
    Nie mam czasu na chodzenie do knajp. Domowe jedzenie oczekuje w takiej formie że zawsze można odgrzać, do knajpy musielibyśmy chodzić osobno bo jemy w różnych porach, wówczas w domu spotkalibyśmy się późno.
    W knajpie podają za duże porcje.
    Rzadko w której knajpie jedzenie mi smakuje.
  • madziulkak 13.12.10, 13:02
    No i masz babo placek.
    Jestem po weekendowym żołądkowy chorowaniu,
    Sushi nam się zachciało -żeby znowu nie zamawiac/wychodzić postanowilismy zrobić sami.
    Zakupy po pracy (piatek brrr), robienie sushi ...zjedliśmy dopiero około 24.00.
    Nie wiem, czy surowa ryba, czy tak późna pora ...ale sobotę miałąm wymiotującą i odechciało mi się sushi /chyba na długi czas, bo jak widzę ulotkę to już mi się słabo robi.

    Koszt domowego sushi był dość duży, składników trochę zostało, ale nieee, ochota na tą potrawe mi odeszła .

    Jest jeszcze opcja, że rozstrój zołądkowy z pracy przyniosłam (kilka osób w sobotę miało podobnie) i mąż się dobrze czuje.... jemu ochota nie przeszła smile))
  • wuwuem 13.12.10, 13:24
    ponoć wystarczy przyjrzeć się "od kuchni" jadłodajniom żeby się zniechęcić do jedzenia poza domem big_grin
    ale to tylko zasłyszana opinia bo ani nie zaglądałam ani nie jestem amatorką takiego jedzenia, może zbyt wybredna jestem bo jak nawet mnie czasem najdzie chęć zjedzenia czegoś bez konieczności gotowania to ani mi to nie smakuje, ani nie mam przekonania co do jakości tego co zjadłam, a na dodatek mój żołądek również mi "mówi", że mu się to nie podobało
    poza tym wiem ile ja czasu i energii poświęcam w kuchni np. na wyczyszczenie mięsa przed jego gotowaniem/smażeniem, jakoś nie chce mi się wierzyć, że ktoś na masową skalę też się tak "pierniczy" ze wszystkim wink
  • misself 13.12.10, 15:45
    wuwuem napisała:

    > ponoć wystarczy przyjrzeć się "od kuchni" jadłodajniom żeby się zniechęcić do j
    > edzenia poza domem big_grin

    Przyznam, że tego nie rozumiem za bardzo smile

    Jak gdzieś są kiepskie warunki sanitarne (kucharze nie myją rąk, sprzętu, blaty są brudne itd.), to się to od razu przenosi na jedzenie - jest kilka zatruć, drobiazgowa kontrola Sanepidu (w przypadku zatrucia oni się nie pierniczą z łapówkami tongue_out) i grzywna tak wysoka, że knajpa plajtuje.

    A te brudne podłogi, te zbliżenia na ochlapane tłuszczem ściany, którymi ze "zgroźliwą" muzyczką raczy nas TVN... To jest demagogia tongue_out Zróbcie sobie zdjęcia makro zakamarków własnej kuchni, gwarantuję, że też nie macie wszystkiego jak na sali operacyjnej suspicious A to, że podłoga jest brudna, niekoniecznie od razu musi oznaczać, że ten brud jest w jedzeniu, choć Magda Gessler mówi inaczej wink

    Inna sprawa to stosowane składniki - większość lokali stosuje najtańsze, używa kostek rosołowych, polepszaczy smaku itd. Jeśli się z tym na co dzień nie ma kontaktu, to wizyta w takiej knajpie może się skończyć rozstrojem żołądka.
    --
    Mój ekskribicjonizm kontrolowany.
    ich4pory.blogspot.com
  • hela6 13.12.10, 21:10
    > Inna sprawa to stosowane składniki - większość lokali stosuje najtańsze, używa
    > kostek rosołowych, polepszaczy smaku itd. Jeśli się z tym na co dzień nie ma ko
    > ntaktu, to wizyta w takiej knajpie może się skończyć rozstrojem żołądka.

    Może nie rozstrojem ale ja wyczuję każda taniochę czy próbę przyoszczędzenia /gnocchi z wczorajszych ziemniaków sad / . osobiście wolę jeść prościej ale produkty dobrej jakości niż "wykwintne dania" z tandetnych produktów.

    I tu się zaczyna problem z jedzeniem poza domem jeśli chodzi o mnie.
  • misself 13.12.10, 21:55
    hela6 napisała:

    > Może nie rozstrojem ale ja wyczuję każda taniochę czy próbę przyoszczędzenia /g
    > nocchi z wczorajszych ziemniaków sad

    Ja wręcz słyszałam, że kluski czy kopytka powinno się robić z wczorajszych ziemniaków...
    Bez przesady, wczorajsze to nie tygodniowe pokryte pleśnią.

    Raczej miałam na myśli "pasztet szefa kuchni", podawanie wczorajszych bagietek "żeby zeszły", wydawanie zwrotów, wciskanie klientom potraw, które inaczej trzeba by wyrzucić.
    --
    VII. Starać się być szczęśliwym, bo tylko tacy ludzie mogą dać szczęście innym. [Z. Herbert]
  • hela6 14.12.10, 08:15
    Tak, z wczorajszych ziemniaków to klasyka, tylko że ziemniaki już nie te co kiedyś gdy oszczędne gospodynie wymyślały kluseczki i po kilkunastu godzinach od ugotowania trąca niezależnie od gatunku i sposobu przechowywania.
    Sama kiedyś lubiłam wykorzystywać wczorajsze a dziś niewykorzystane wale w kubeł bez mrugnięcia.
  • misself 14.12.10, 10:09
    hela6 napisała:

    > Tak, z wczorajszych ziemniaków to klasyka, tylko że ziemniaki już nie te co kie
    > dyś gdy oszczędne gospodynie wymyślały kluseczki i po kilkunastu godzinach od u
    > gotowania trąca niezależnie od gatunku i sposobu przechowywania.
    > Sama kiedyś lubiłam wykorzystywać wczorajsze a dziś niewykorzystane wale w kube
    > ł bez mrugnięcia.

    Myślę, że to zależy od ziemniaków smile Jak kupię w warzywniaku, to się dają wykorzystać - ale te pakowane z supermarketów są ohydne.
    --
    To ja!
  • hela6 15.12.10, 08:44
    Ja kupuję na bazarze i wszystkie są do niczego sad
    Ale wiem że w różnych regionach sprzedaje się różne gatunki ziemniaków. Choć sądzę że to kwestia nawozu, oprysku czy czegoś takiego.

    Ale wracając do tematu to niezależnie od tego co podaje rynek, zdarza się w restauracji użycie wczorajszych śmierdzących ziemniaków.
    Ja mogę ten błąd popełnić raz czy dwa razy, ale kucharz? Przecież on żyje z gotowania a kluseczki ma w karcie zawsze.
  • misself 15.12.10, 10:05
    hela6 napisała:

    > Ale wracając do tematu to niezależnie od tego co podaje rynek, zdarza się w res
    > tauracji użycie wczorajszych śmierdzących ziemniaków.
    > Ja mogę ten błąd popełnić raz czy dwa razy, ale kucharz? Przecież on żyje z got
    > owania a kluseczki ma w karcie zawsze.

    Podejrzewam, że nie jest to jego decyzja.
    Szczerze mówiąc, to nie spotkałam się z robieniem kluseczek - kupuje się mrożone, szkoda czasu uncertain
    --
    VII. Starać się być szczęśliwym, bo tylko tacy ludzie mogą dać szczęście innym. [Z. Herbert]
  • wuwuem 13.12.10, 23:37
    misself napisała:

    > wuwuem napisała:
    >
    > > ponoć wystarczy przyjrzeć się "od kuchni" jadłodajniom żeby się zniechęci
    > ć do j
    > > edzenia poza domem big_grin
    >
    > Przyznam, że tego nie rozumiem za bardzo smile

    tak jak pisałam to opinia zasłyszana bo sama nie miałam okazji oglądać zaplecza restauracji ale właśnie bałabym się o jakoś (o czym wspominałaś) i świeżość składników, o higienę przygotowania (nie zawsze musi się kończyć zatruciem np. robak w sałacie pewnie nie spowoduje zatrucia, a ja jednak drobiazgowo przeglądam sałatę w domu bo wolę ją jeść bez dodatków) oraz o to co sama napisałaś - polepszacze smaku (nie unikam ich zupełnie ale jednak staram się mocno ograniczać) oraz "wypychanie" tego co musi zejść

    robak w sałacie to był jeden przykład, drugi to np. pióra w kurczaku, ja prawie z lupą oglądam skórę z kurczaka, a najczęściej to całą ściągam i wyrzucam bo samej sobie nie wierzę, a u kogoś za żadne skarby nie zjem nawet najpiękniej przyrumienionej skórki - no ale może to ja jestem nadwrażliwa, że tak na mnie te potencjalne resztki piór działają wink
  • wuwuem 13.12.10, 23:39
    żeby nie było - zdarza mi się jeść poza domem ale z powodów już wymienionych nie umiem się takim jedzeniem delektować sad
  • misself 14.12.10, 10:16
    wuwuem napisała:
    >
    > tak jak pisałam to opinia zasłyszana bo sama nie miałam okazji oglądać zaplecza
    > restauracji

    Ja miałam i faktycznie na trochę mi się odechciało, ale nie ze względu na warunki sanitarne (choć i z tym był problem - wg przepisów wszystkie naczynia powinny być wyparzane, w tej knajpie wyparzało się tylko talerze, miski i sztućce, a kufle, szklanki i filiżanki nie - i jeszcze menedżerka twierdziła, że wszystko gra, bo w niektórych knajpach to tylko płuczą, a my myjemy!), tylko na rozziew między jakością i ceną identycznych potraw przygotowywanych w domu a knajpianych.

    Robak w sałacie, pióra w kurczaku - składa się reklamację wtedy tongue_out
    I bądź pewna, że zarówno kucharze, jak i kelnerzy dokładają starań, żeby powodów do skarg nie było, bo to im się potrąca z pensji (w tej knajpie, gdzie pracowałam, cena każdego wycofanego z winy kucharzy dania była mnożona x2 i odejmowana od pensji, a z winy kelnerki tylko x1, co i tak było bolesne w sytuacji, w której najtańsze danie główne kosztowało 7 godzin mojej pracy).
    --
    Mój ekskribicjonizm kontrolowany.
    ich4pory.blogspot.com
  • wuwuem 14.12.10, 11:04
    misself napisała:
    > Robak w sałacie, pióra w kurczaku - składa się reklamację wtedy tongue_out
    to zdecydowanie jesteś bardziej w temacie niż ja smile
    ok robala pozostawionego w sałacie łatwo pokazać w ramach reklamacji ale te małe pióreczka (takie, które w całości są w skórze) w przyprawionym i wypieczonym kurczaku to już wątpię czy by się znalazło
    no a z tymi reklamacjami to nie jest lekkie ryzyko? te mrożące krew w żyłach historie o pluciu do talerza upierdliwego gościa? wink koleżanka mi kiedyś opowiadała jak pracowała jako kelnerka i klientka zamówiła sałatkę ale bez jajka (podawanego w formie dwóch połówek na sałatce, koleżanka o tym zapomniała i klientka zwróciła sałatkę mówiąc, że nie chce tej samej ze zdjętym jajkiem tylko nową, koleżanka poszła na zaplecze, zdjęła palcami jajko, pomerdała w sałacie, odstawiła ją na "czas robienia nowej" i odniosła klientce - wierzę, że to wyjątkowe i patologiczne sytuacje ale ja mam jakiegoś pecha w życiu i mam wrażenie, że te wyjątki tylko na mnie czekają wink
  • misself 14.12.10, 21:38
    wuwuem napisała:

    > misself napisała:
    > > Robak w sałacie, pióra w kurczaku - składa się reklamację wtedy tongue_out
    > to zdecydowanie jesteś bardziej w temacie niż ja smile

    Nie polecam bycia w temacie i pracy w gastronomii, jeśli o to chodzi wink

    > ok robala pozostawionego w sałacie łatwo pokazać w ramach reklamacji ale te mał
    > e pióreczka (takie, które w całości są w skórze) w przyprawionym i wypieczonym
    > kurczaku to już wątpię czy by się znalazło

    Po prostu nie zamawiaj pieczonego kurczaka w knajpie smile

    > no a z tymi reklamacjami to nie jest lekkie ryzyko? te mrożące krew w żyłach hi
    > storie o pluciu do talerza upierdliwego gościa? wink

    Mam sporo znajomych pracujących w gastronomii. Nigdy nie słyszałam takich historii - to raczej funkcjonuje jako urban legend, jak sperma w shake'ach w McD. Nawet jeśli ktoś by się zdecydował na taki krok (a to ryzykowne z dwóch powodów: 1) czas - jak jest ruch, to naprawdę nie ma czasu na plucie do pojedynczych talerzy, nawet jak gość upierdliwy - chce się go obsłużyć jak najszybciej, żeby się wreszcie wyniósł, 2) ryzyko nagany - nigdy nie masz pewności, czy ktoś z kucharzy albo nawet koleżanka z tej samej zmiany nie doniesie szefowi, a to jest praca, z której się wylatuje od razu, jeszcze często bez pensji), to nie ma większego sensu poza cichą satysfakcją, że ktoś zjadł 200 ml zupy z kilkoma kroplami śliny.

    > koleżanka mi kiedyś opowiada
    > ła jak pracowała jako kelnerka i klientka zamówiła sałatkę ale bez jajka (podaw
    > anego w formie dwóch połówek na sałatce, koleżanka o tym zapomniała i klientka
    > zwróciła sałatkę mówiąc, że nie chce tej samej ze zdjętym jajkiem tylko nową, k
    > oleżanka poszła na zaplecze, zdjęła palcami jajko, pomerdała w sałacie, odstawi
    > ła ją na "czas robienia nowej" i odniosła klientce

    Nawet jeśli, to co się takiego stało? Kelnerka po badaniach sanitarnych i śladowe ilości jajka w sałatce smile Od tego się nie umiera wink
    Znam gorsze sytuacje wink Ja pewnego dnia przez cały dzień myłam naczynia za barem (wszystkie filiżanki, szklanki, kufle itd.) gąbką, którą rano koleżanka umyła toaletę. Gąbkę położyła do wyschnięcia przy zlewie i zapomniała mi o tym powiedzieć... Od czegoś takiego można się zatruć. Albo mieć zajady czy inne afty.
    --
    VII. Starać się być szczęśliwym, bo tylko tacy ludzie mogą dać szczęście innym. [Z. Herbert]
  • laminja 13.12.10, 14:19
    ja często jadam poza domem, bo lubię/lubimy. Gotować potrafię, ale to nie zmienia faktu, że od kiedy dzieci jadają w placówkach edukacyjnych, a mąż chodzi na lunch i ja często umawiam się z kimś w porze lunchu. Lubię kuchnię orientalną, ale w domu nie bardzo mi się chce robić coś w woku czy lepić sushi, wolę wyskoczyć do restauracji w porze obiadowej. To też czas na spokojne spotkanie z mężem. Taka godzinka spokoju w środku dnia. Wieczorem ciężko nam porozmawiać, bo do 22 mamy dzieci na głowie. W domu gotujemy w weekendy - mamy pokaźną kolekcję książek kucharskich i robimy to wszyscy razem, taka forma spędzania czasu smile Może zacznij od gotowania w weekendy i jakiejś fajnej książki kucharskiej.
  • madziulkak 13.12.10, 15:26
    Tak jak pisałam, gotuję, piekę ...smile nawet pizzę tworzę.
    Chyba sęk w tym,że ten czas spedzony w kanajpie to miła rozmowa bez "biegania" wokól talerza i myślenia, czego na stole jeszcze brakuje.
    Teraz mamy nowy dom, więc cieszymy się wnętrzem i nie chce nam się wychodzić, więc zamawialiśmy ... chyba z przyzwyczajenia.
    Weekendy poświęcam dla gości - sobota to generalne sprzatanie, zakupy , robienie obiadu, pieczenie ciast.
    Nowe mieszkanie, wiec cały czas ktoś jest smile, ale to bardzo miłe i lubimy takie dni...
    PS.
    Mój mąż właśnie dzwonił,że na dietę przechodzi, bo wczoraj szczerze mu powiedziałam,że się zaokrąglił, więc spokój tymczasowy nastanie smile
  • hela6 13.12.10, 21:14
    W domu po posiłku zawsze można od razu przejść do "deseru" jeśli ktoś może z pełnym żołądkiem big_grin
    W knajpie raczej nie, wiec jeśli teraz będziecie mieli lekkie dietetyczne posiłki może "deser" będzie argumentem? I sprzyja utrzymaniu linii i na radość życia też dobrze robi a w nowym domu to ho ho!
  • nadia_m 13.12.10, 22:37
    Tak, mamy takie zwyczaje wink
    poniewaz uwielbiam gotowac, to' nie musze chodzic na "pierogi" do restauracji...
    Jednak minimum raz w tygodniu chadzamy na kolacje, bo lubie jak mnie obsluguja i lubir degustacje kilku potraw na raz, co w domu bywa problematyczne. Do restauracji chadzam na to czego nie chce mi sie/nie umiem/nie mam odwagi czy cierpliwosci gotowac. Czesto "kradne" pomysly szefow kuchni i potem eksperymentuje w domu.
    Nie wyobrazam sobie wakacji (szczegolnie zagranicznych) bez knajp z lokalna kuchnia i lokalnym trunkiem wink
    nigdy nie zamawiam jedzenia do domu, zawsze pichce sama.
  • ivoncja 14.12.10, 15:00
    Zapisuj konsekwentnie przez cały miesiąc, ile wydaliście na takie jedzenie. Zdziwisz się, jak dużo.

    ---------------------------
    Bardzo łatwo podbić moje serce- wystarczy być kotem. smile
    ---------------------------
    ivoncja.blox.pl/html
  • otterly 19.12.10, 18:02
    Zapisujcie sobie, konsekwentnie przez cały miesiąc ile wydajecie nie domowe jedzenie i też się zdziwicie. Generalnie na jedzenie wydaje się strasznie dużo pieniędzy. Ja zrobiłam taki eksperyment: przez jeden miesiąc gotowałam tyle, żebyśmy każdego dnia mieli obiadokolację w domu. Oczywiście, zamawianie, kupowanie gotowego i chodzenie do knajp jest droższe, ale wiąże się z pewnymi "bonusami" (miło spędzony czas, więcej czasu na inne rzeczy, nierobienie wielkich zakupów etc.). Kwestia wyboru, czy kupujemy te bonusy płacąc za jedzenie czy nie.
    --
    a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką
    chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku
  • danuu 14.12.10, 17:38
    Przeczytałam raz jeszcze cały wątek i wynika z niego, że nie chadzamy do restauracji, bo:
    * boimy się o świeżość produktów i higienę ich obrabiania
    * uważamy, że w restauracji dostaniemy jedzenie gorszej jakości
    * podchodzimy do sprawy ambicjonalnie ("przecież umiem ugotować sobie w domu lepsze")
    * uważamy, że to za drogie widzi-mi-się.

    Tymczasem, bardzo dobrym pomysłem na rozgrzeszenie się z chodzenia do restauracji, jest mój kolejny sposób - zrobienie z tego rytuału: chodzimy na takie dania, których nijak nie zrobię sama w domu. Np. fajitas czy steki wołowe. Nie kupię całej polędwicy, bo co niby mam z nią zrobić, a kroić na steki łódzcy rzeźnicy nie chcą. Fajitas nie zrobię, bo nie mam w domu ultramocnego grilla, na którym robi się to danie prawidłowo.
    Sushi? Zrobiłam raz i szybko stwierdzam, że wolę zapolować na kupon gruponowy i iść z przyjaciółkami na gotowe smile

    --
    mój blog o prowadzeniu domu
  • misself 14.12.10, 21:41
    > Nie kupię
    > całej polędwicy, bo co niby mam z nią zrobić, a kroić na steki łódzcy rzeźnicy
    > nie chcą.

    Ja kupuję, kroję na kilka kawałków i zamrażam.

    Ale zgadzam się z Twoim rozumowaniem - ja bym poszła np. na carpaccio - sama nie zrobię, bo nie mam odpowiedniego noża i odpowiednich umiejętności smile Tyle że ile można razy w miesiącu jeść carpaccio? Raz wystarczy smile A niewiele jest takich potraw, które lubię i których nie umiem zrobić sama.

    Poza tym mnie nie stać uncertain To jest droga impreza, naprawdę.
    --
    Mój ekskribicjonizm kontrolowany.
    ich4pory.blogspot.com
  • hela6 15.12.10, 08:55
    Dla dobra moich dłoni w kuchni używam cienkich rękawiczek.
    Przywykłam i teraz gdy widzę w tv kucharza który gołymi rekami...
    Robi mi się średnio.
    Całe szczęście ze w knajpach nie podglądam kucharzy bo nic bym nie przełknęła.
    A dla czego?
    Kiedyś zauważyłam że gdy się spociłam po kilkunastu godzinach od gotowania, to mimo starannego mycia rak, z dłoni wyszedł cały smród dotykanych wiktuałów /stąd teraz rękawiczki/.
    Widać skóra nasza jest niezłym magazynkiem.
    I teraz madziulka pomyśl sobie co taki kucharz wciera w dłonie przez cały dzień, nie tylko w kuchni i czym mu się te łapki pocą big_grin
  • misself 15.12.10, 10:07
    hela6 napisała:

    > Dla dobra moich dłoni w kuchni używam cienkich rękawiczek.
    > Przywykłam i teraz gdy widzę w tv kucharza który gołymi rekami...

    Gdyby kucharze używali rękawiczek, to ja bym musiała przestać w ogóle chodzić do knajp.
    Mam alergię na lateks. I na dodatek - lateks ŚMIERDZI.

    > Kiedyś zauważyłam że gdy się spociłam po kilkunastu godzinach od gotowania, to
    > mimo starannego mycia rak, z dłoni wyszedł cały smród dotykanych wiktuałów /stą
    > d teraz rękawiczki/.

    "Mydło ze stali nierdzewnej". Albo skórka z cytryny. Wyciągają zapachy.
    Przesadzasz, moim zdaniem. Co tak śmierdzi, czego Ty dotykasz, zgniłego mięsa? wink
    --
    To ja!
  • jul-kaa 15.12.10, 11:09
    misself, o winylu słyszałaś?

    Jeśli chodzi o zapach, to dla mnie najgorszym jest zapach selera - seler na dłoniach utrzymuje się dłuuuugo wywołując u mnie odruch wymiotny. Cytryną myć rąk nie mogę, mydełko pomaga, ale nie usuwa zapachu całkowicie.
  • misself 15.12.10, 17:56
    jul-kaa napisała:

    > misself, o winylu słyszałaś?

    Słyszałam, ale rękawiczki z polichlorku winylu są droższe tongue_out
    I trudniej dostępne tongue_out
    --
    To ja!
  • hela6 15.12.10, 16:18
    > Mam alergię na lateks. I na dodatek - lateks ŚMIERDZI.

    Słyszałaś tylko o lateksowych rękawiczkach?

    > "Mydło ze stali nierdzewnej"

    Tak samo niweluje zapachy nierdzewny widelec, nóż, łyżka,garnek czy zlewozmywak. Chyba ze to cudowny owalny kształt big_grin
    Widziałam już zawieszkę anty zapachową - stalową do zmywarki. Bo zmywarka nie ma wnętrza z kwasiaka, nie , w ogóle big_grin

    > Przesadzasz, moim zdaniem. Co tak śmierdzi, czego Ty dotykasz, zgniłego mięsa?
    Wszystko .
  • misself 15.12.10, 18:02
    hela6 napisała:

    > > Mam alergię na lateks. I na dodatek - lateks ŚMIERDZI.
    > Słyszałaś tylko o lateksowych rękawiczkach?

    Jak już pisałam, słyszałam, ale są droższe i trudniej dostępne.
    W ogóle sobie nie potrafię wyobrazić stosowania rękawiczek (jakichkolwiek) w gastronomii - raz, że i tak ciągle trzeba myć ręce, a trzeba by dodatkowo bez przerwy zmieniać te rękawiczki, a dwa, że może ręce przesiąkają jakimś zapachem, ale to niekoniecznie działa w drugą stronę smile Zwłaszcza że obróbka termiczna większości potraw odbywa się już bez udziału rąk. I rękawiczek.

    Nie rozumiem w ogóle, o co chodzi.
    Jak Ci śmierdzi, to nie wąchaj. Albo nie gotuj tego, co śmierdzi.
    Ale skoro śmierdzi wszystko, to nie wiem, odżywianie pozaustrojowe? Ale plastik też śmierdzi.
    --
    VII. Starać się być szczęśliwym, bo tylko tacy ludzie mogą dać szczęście innym. [Z. Herbert]
  • jul-kaa 15.12.10, 19:37
    misself napisała:
    > Jak już pisałam, słyszałam, ale są droższe i trudniej dostępne.

    W doz.pl 100szt. najtańszych lateksowych kosztuje 14.17pln, a winylowych 12.87pln.
    Placówek dozu w Krakowie 10. I nie uwierzę, że nie można ich zamówić w DOWOLNEJ aptece...

    Dla mnie 2 godziny babrania się w jedzeniu BEZ rękawiczek, to 2 tygodnie leczenia rąk.

  • danuu 15.12.10, 20:06
    jul-kaa napisała:
    > Dla mnie 2 godziny babrania się w jedzeniu BEZ rękawiczek, to 2 tygodnie leczen
    > ia rąk.


    WOW! Ale hardkor! Ja lubię mieć kontakt bezpośredni z jedzeniem, nawet z surowym mięsem smile Wyjątek oczywiście stanowi sytuacja, kiedy jestem gdzieś skaleczona, wtedy mięsa dotyka mój konkubent. Niestety sporo gotuje i często albo się poparzę, albo nadkroję itp. więc łapy mam nieco zmasakrowane. Ale mimo to nie wyobrażam sobie gotowania w winylowych ani śmierdzących lateksowych rękawiczkach. Ostatnio nawet widziłam jak jakiś starszy człowiek w restauracji założył lateksowe rękawiczki do jedzenia żeberek - wydało mi się to tak ohydne, że aż mi się odechciało jeśc moje, przepyszne skądinąnd danie.

    Używam za to rękawiczek do zmywania, ale to dlatego, że nie muszę się wtedy przejmować o zbyt gorącą wodę, no i rąk nie niszczę jeszcze bardziej.


    --
    mój blog o prowadzeniu domu
  • jul-kaa 15.12.10, 21:11
    No, trochę hardkor sad Też mnie to męczy, ale już tańsze te rękawiczki niż tony kremów, maści... sad
    Jasne, że dużo zależy od tego, co przygotowuję, ale najczęściej rękawiczki są niezbędne. Do zmywanie używam zwykłych gumowych, są więcejrazowe smile
  • misself 16.12.10, 10:52
    jul-kaa napisała:

    > misself napisała:
    > > Jak już pisałam, słyszałam, ale są droższe i trudniej dostępne.
    > W doz.pl 100szt. najtańszych lateksowych kosztuje 14.17pln, a winylowych 12.87pln.

    A, to przyznam, że jestem zaskoczona smile
    Bo opinię o droższych rękawiczkach nielateksowych usłyszałam od dwóch ginekologów...

    Ja w ogóle nie używam rękawiczek, bo mi się nic nie dzieje od kontaktu z żywnością - oczywiście jeśli ktoś ma skórę reagującą zmianami na tego rodzaju kontakt, to proszę bardzo - ale nie uważam, że to się powinno stać standardem w gastronomii.
    --
    To ja!

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka