Historia opowiadana - krasiczyńskie opowieści Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Relacje mieszkańców Krasiczyna spisane z taśm magnetofonowych

    Opowiada p. Paweł Dańko, urodzony 22.05.1917 roku w Mielnowie w
    rodzinie mieszanej, jego żona Paulina z domu Szuban, urodzona
    22.06.1919 roku w Chołowicach oraz ich synowa Maria Hreczanik,
    urodzona 22.05.1947 w Krzeczkowej (zapis magnetofonowy – ks. St.
    Bartmiński, podobnie transkrypcja 2.04.2000 r.).

    Moje pytanie: P. Fenczak pisze, że ks. Lasek zaczął odprawiać msze
    św. w cerkwi w Brylińcach.

    P. Paweł: Ks. Lasek pierwszą cerkiew na naszym terenie przejął w
    Mielnowie. Przyjechał tu do nas do Mielnowa i pytał czy nie było
    przelania krwi w kościele. Ja gadał, że w ogóle nie było. Było
    strzelane w obraz, ale krew się tu nie lała. Wtedy on gada: „To ja
    tu będę do was przyjeżdżał.” Bo my się bardzo dobrze z księdzem
    Laskiem znali. On ojca mego znał, on ojca chował. Mówi: „Ja tu będę
    Dańko, do was przyjeżdżał.” Ani w Brylińcach, ani w Olszanach, ale
    pierwsza była msza św. u nas w Mielnowie. To było co drugą, co
    trzecią niedzielę (w tle głos Pauliny – „Raz na miesiąc.”). Dopiero
    za jakiś czas otworzyły się nabożeństwa w Olszanach, a po Olszanach,
    Brylińce. Ks. Lasek („Laska” jak zawsze mówią ludzie) tędy
    przechodził (na majątek do Reczpola), my się dobrze znali, on przed
    śmiercią jeździł do ojca, spowiadał go i z tego powodu pierwsze
    otworzył w Mielnowie. My go prosili, bo nam było strasznie daleko
    chodzić na nogach do Krasiczyna. Odprawiał po łacinie. Ludzie nie
    umieli, gadam ksiądz zawsze za porządkiem było „Amen”, bo nikt nic
    nie wiedział.

    Z kim ks. Lasek utrzymywał kontakty. Z Polakami czy Ukraińcami?

    Wszystko równo było u niego. Tam nie było żadnej różnicy, czy to był
    Polak czy Ukrainiec. Wszystkich nas szanował i wszystko było
    jednakowo.

    A jak wydawał metryki fałszywe, to czy po to, by przeciągnąć do
    Kościoła Polskiego?

    Nie. Dawał, by ludzie nie wyjeżdżali na Ukrainę, ale zostawali
    ludzie na miejscu, bo też im zależało. Prosiło się, żeby czym
    najwięcej zostawali na miejscu, ale nie dało się, bo wpadło wojsko i
    za łeb, za pysk, wyganiało. Nie było ratunku, tylko zabieraj się i
    już.

    Mówi Paulina Dańko:
    Jak ja chodziła do Krzywczy (Chołowice do 1990 r. należały do
    parafii Krzywcza) do kościoła, to tam tak było: ruski ksiądz i
    polski ksiądz jak przyszło Boże Ciało, procesja szła z kościoła i z
    cerkwi na połowę drogi, złączyli się i szli razem. Przed wojną, za
    tamtej Polski, nie za tej. Polski ksiądz miał siostrę u ruskiego
    księdza za żonę, to byli szwagrowie, oni się strasznie lubili.
    Przyszła jakaś misja, czy jakaś rekolekcja, to ksiądz Władysław
    Solecki, on mnie chrzcił, zapraszał księdza ruskiego. Ja i moja
    siostra Helka poszli my spowiadać się do niego. Ona myślała, że nie
    będzie umiał po polsku. Ta wszystko umiał, pytał się wszystkie
    dziesięć boskich przykazań, a jeszcze może to – spowiadał po polsku
    i rozgrzeszenie po polsku dawał.
    Ja księdza Małyniaka pamiętam (oczywista pomyłka, nie chodzi o ks.
    Małyniaka), bo jak była wojna to ja chodziłam na mszę św. dawać i on
    odprawiał, bo tam był ołtarz i …

    A dlaczegoście tam akurat dawali?

    Bo księdza nie było w Krasiczynie, gdzie miałam pójść?

    Paweł uzupełnia na moje podprowadzające pytanie, bo wpierw, bez
    nagrania, Paulina wspominała, że szła do obrazu:
    Dlatego, że tam był obraz cudowny. Mama moja skierowała ją, bo tam
    był obraz. Proszę księdza, jak ta się cerkiew paliła, jak podpalili,
    wszystkie ludzie wylatywali, bo słup był do samego nieba czerwony,
    wszystko się spaliło, a obraz został. Wszyscy krzyczeli, że to był
    cud. Ten obraz był strasznie uwielbiony, nasze z Mielnowa, dużo
    ludzi chodziło do Śliwnicy na nabożeństwo.

    Pytam o zamordowanie księdza ruskiego w Olszanach.

    Przyszli, szukali księdza, bo było w planie wymordować całą rodzinę.
    Tam były służące, nawet Stefki Kołodziejowej z Chołowic siostra, też
    została zamordowana. A ks. Kapostyński (p. Dańko twierdzi, że tak
    brzmi prawdziwe nazwisko proboszcza z Olszan) przez okno uciekł jak
    usłyszał szum i ukrył się u księdza Laski w Krasiczynie. Oni z ks.
    Laską się bardzo dobrze znali, jeden do drugiego jeździli. A tych
    ludzi tu właśnie nad Sanem przed Krasicami wymordowali, ale córka
    księdza widziała kto to (mordercy), by i powiedziała kto to był,
    prosiła, żeby jej nie strzelał. Ona była trochę ułomna, pracowała na
    poczcie w Krasiczynie. Ona mówiła: „To z Olszan ludzie nas
    strzelali.” Ona umarła w Przemyślu po 2 miesiącach. Ludzie chodzili
    patrzeć na tych zabitych, ale ja się bałam. A ten krzyż przewrócili
    zaraz tam jak był wjazd do promu. (Paulina mówi, że zostali
    pochowani na cmentarzu w Olszanach. Z kraju, koło piwniczki, jest 10
    grobów, a Stefka z Chołowic chodzi i dba o te groby.

    Pytam, czy było jakieś dochodzenie policyjne.

    Dańkowie twierdzą, że nie było ani za Olszany, ani za Mielnów.
    Przyszli z lasu, nikt nie wiedział kto, ale ludzie w Mielnowie
    pocierpieli trochę za to. Przesłuchiwali, ale popuszczali, bo byli
    niewinni. Ludzie też płakali nad tym i rozpaczali. Tu razem się
    żyło, nikto nikogo nie szukał, że ten Polak, a ten Ukrainiec. Nie
    było żadnej nienawiści u ludzi mielnowskich. Ludzie rozpaczali,
    chodzili ratować, ale wszystko było postrzelane. Szubanka była
    Ukrainka, pochodziła rodem z Krasic.

    Pytam, czy to była zemsta za polską rodzinę Szubanów z Mielnowa,
    wymordowaną jakieś trzy tygodnie wcześniej.

    Dańko nie łączy tych mordów: Ja tego nie rozumiem. Oni podejrzewali,
    że ich ( Szubanów) syn prawdopodobnie miał z wojskiem i z policją
    kontakty, informował kiedy banderowcy chodzą, dlatego ich
    sprzątnęli. To nieprawda, że byli w kościele, to było w taki dzień
    powszedni, nie w żadne święto. Oni jeździli do Krasiczyna na mszę,
    ale w niedziele, a to było w powszedni dzień, 10 marca.
    To było straszne przeżycie, nie do opowiadania. Ile tu ludzi Sanem
    płynęło! Pięć chłopa do kupy powiązane drutem kolącym, to było
    straszne, to była tragedia. Tu u nas proszę księdza szło wojsko.
    Jedno poszło, drugie wojsko idzie. Tamto jest pod lasem, a to we wsi
    i ustawili się koło cerkwi i będą strzelać, bo to banderowcy.
    Mówię: „Panowie, ta to wojsko nasze dopiero poszło, nie banderowcy”.
    I co było było?
    Takie było zamieszanie, że cud było przeżyć! Tu musiał być człowiek
    niemy, głuchy i ślepy. Przyszli do chałupy (wojsko): „Byli
    banderowcy?” – „Ja nikogo nie widział.” Przyszli banderowcy: „Było
    wojsko?” – ja nikogo nie widział. I tak w kółko. O jej rodzina
    (żony), mieszkali w dziurze lesie, tam gdzie Henio Szuban, Polacy z
    krwi i kości, ale tam nikt nikogo nie tyknął. Dopiero jej brata
    zabrali i tam w Jaworznie go stłukli, że mało nie umarł.

    Mówi Paulina:
    Przyszło wojsko i ten dysk z automatu podłożyli pod ula i
    mówią: „Ty – taki nie będę mówić jaki – naprawiasz banderowcom
    dyski? Zabrali go, siedział.
    To było przeżycie ciężkie, ale Bogu dzięki przeżyło się.

    Pytam, czy ks. Lasek w tym czasie bywał w Mielnowie?

    Cały czas bywał.

    Jak z nimi, banderowcami, rozmawiał?

    Po polsku. Oni lubili ks. Laska. Raz złapali banderowca w lesie i ja
    tego banderowca wiózł do Krasiczyna na wozie. W Olszanach na rzece,
    jakem przejeżdżał, jaki szum słychać. Ale cicho sza, wojsko
    przeszło. W Krasiczynie mówię do tego komendanta, aby mi dał
    zaświadczenie, że ja banderowca woził. Dał mi. Gdy wracam w
    Krasicach na tamtą stronę kupa banderowców się przewoziło,
    zatrzymali mnie. Tak i tak, tak i tak tłumaczę i jadę do domu. A tam
    pod lasem coś „całapka” środkiem drogi. Myślę kto to tak idzie w
    nocy. A to idzie ks. Lasek! Ja mówię: „Proszę księdza Laska, ta tam
    tylu banderowców jest!” A on mówi: „Ja się tych nie boję. Ja się
    boję tych, co na Reczpolu są, ja się tamtych
  • złodziejów boję!” I poszedł. Na drugi dzień pytam, jak
    było: „Jeszcze mnie odprowadzili kawałek, żeby mi nikto nic nie
    mówił.”

    P. Paweł mówi: Ks. Kapostyński pojechał do Lwowa, tam miał swój
    domek, swoją stancyjkę, taki miał ołtarzyk malutki i tam odprawiał
    msze, bo nie podpisał prawosławia. Ktoś z Olszan do niego jeździł.
    Księża grekokatoliccy na Ukrainę wyjeżdżali z przymusu, nie z
    chęcią, bo wiedzieli co tam się z prawosławiem robi.

    Zdaniem p. Dańko w 1945 roku, po ks. Kapostyńskim na Krzeczkowej był
    ksiądz, mieszkał, nawet chrzcił, ale metryk nie wydawał, bo się bał.
    Nikt nie wie, co się potem z nim zrobiło.

    Pytam dlaczego niektóre cerkwie uratowały się, a większość została
    zniszczona.

    Mówi Dańko: Ludzie takie byli. W Mielnowie uratowała się, bo ludzie
    nie dali zniszczyć. Ja sam broniłem, mnie wszystko jedno było.
    Przyjechała Pasternaczka, przyjechała jakaś inżynier z Przemyśla –
    Podolak, ja byłem wtedy sołtysem: „Będziemy rozbierać cerkiew.” – „A
    po moim trupie. Wyście tego nie budowali, wam to nie zawadza, broń
    Boże, żeby mi tu ktoś przyszedł.” Na Krzeczkowej ludzie sami
    rozebrali. Tam była śliczna, przed samą wojną Kocyłowski biskup ją
    wyświęcił. Większa była niż w Chołowicach, większa niż olszańska.

    W tle słychać protest synowej, która z łzami w oczach protestuje:
    Ale nie krzeczkowskie ludzie rozebrali, nie krzeczkowskie ludzie,
    nasiedleńcy, którzy skądś przyszli.

    Gdy pytam kto, mówi:

    Ja nie mogę tego powiedzieć, ale wiem kto.

    P. Dańko też wie kto, ale nie chce powiedzieć: „Najgłówniejszych
    było trzech, to nie byli krzeczkowscy ludzie, ale mieszkali na
    Krzeczkowej. To z Huty ludzie rozebrali, a w Krasicach, jacy byli
    ludzie nasiedleńcy, a nie rozebrali. W Cisowej też była śliczna
    cerkiew. W Chołowicach Moskale podpalili, ludzie obronili. Dopiero
    jakem proboszcza i księdza z Krzywczy poprosił na pogrzebie
    Śmigielskiego, zaczęli odbudowę i jak dzisiaj wszystko jest?
  • P. Józef Doroch
    Urodzony w Śliwnicy w 1927 roku, wyjechał w kwietniu 1940 r.,
    przesiedlony do Pikulic do maja 1948 roku, wrócił do Śliwnicy. Po
    skończeniu szkoły średniej w Przemyślu w 1950 roku idzie na studia
    ekonomiczne do Szczecina. Po studiach z nakazu pracy pracuje do
    Krakowie. Wraca do Szczecina, gdzie pracuje i mieszka do dziś.

    Pierwszy wywiad dnia 28.01.1988 r. w czasie kolędy

    Często bywa w Śliwnicy, wpierw u rodziców, potem u siostry, pomaga.
    Interesuje się przeszłością regionu, jest czynnym działaczem
    ukraińskim. Pochodzi z rodziny mieszanej, ojciec Ukrainiec, matka
    Polka. W szkole polskiej w Krasiczynie był jako przedmiot język
    ukraiński. Współżycie wśród młodzieży ocenia dobrze: chodzili do
    kościoła wszyscy, wspomina wspólne święcenie wody na Sanie,
    przychodziła procesja ze Śliwnicy, spotykali się przy Domu Ludowym i
    wspólnie szli nad San.
    Nie pamięta bójek między młodzieżą polską a ukraińską, raczej jeśli
    były, to między „piergiesami” z Krasiczyna a Śliwniczanami. Jako
    przykład zgodnego współżycia wspomina rodzinę Wilczyńskich. Była
    tutaj straż pożarna, kiedy w cerkwi był Boży Grób, wszyscy wspólnie
    i Polacy i Ukraińcy trzymali straż od Wielkiego Piątku do
    rezurekcji. Na obydwa święta zapraszali się i odwiedzali sąsiedzi.
    Uroczystości były skromne, pijaństwa takiego nie było.
    Gdy wybuchła I wojna Austriacy spalili ponad 30 wiosek, wśród nich i
    Śliwnicę. Jesienią Madziarzy podpalili cerkiew. Było to w nocy. Msze
    przez dwa lata były w kaplicy zamkowej. Potem z fundacji Sapiehy
    odbudowano drewnianą cerkiew na starych fundamentach.
    Potem p. Doroch mówi o ks. Baku, o odmalowaniu cerkwi i sprowadzeniu
    ikonostasu z Felsztyna. Przed przesiedleniem część chorągwi i
    obrazów przeniesiono do Olszan. Po przesiedleniu władze radzieckie
    sprzedawały domy, także murowany dom rodzinny Dorocha. Przed
    malowaniem cerkiew została pokryta blachą. W 1941 roku po napaści
    Niemiec ludzie wracają. Na plebani w Śliwnicy gnieździło się kilka
    rodzin i jeszcze była kaplica. P. Doroch pamięta, chyba w 1942 roku,
    zbiórkę pieniędzy na odbudowę koło katedry w Przemyślu. Zebrano na
    zakup desek na oszalowanie i na gonty na dach. Proboszcz mieszkał na
    plebani, ale p. Doroch nazwiska nie pamięta.
    Opowiada jak zdobył zdjęcie ks. Małyniaka i o jego zesłaniu do
    Linzu. Opowiada jak rodzi się wrogość między Polakami a Ukraińcami.
    W 1946 r. ksiądz został przesiedlony, cerkiew była oszalowana. W
    wyniku likwidacji Unii nie było oficjalnego obrządku. Niemała ilość
    księży greckokatolickich odmówiła przejścia na prawosławie i została
    pozbawiona możliwości odprawiana nabożeństw. Część przeszła. Ksiądz
    Bak nie przeszedł. Niektórzy odprawiali w kościołach łacińskich.

    Sprawa obrazu
    P. Doroch nie wie co się z obrazem stało, czy spłonął podczas
    pożaru, czy nie. Jako chłopiec pamięta obraz, pamięta też, że malarz
    oficer armii carskiej namalował nowy obraz, a stary obraz zabrała
    Stefania Fenik. Chodziło do niej paru kupców i nie wiadomo czy obraz
    sprzedała, czy przekazała księżom za odprawienie gregorianki. W
    albumie ikony jest obraz MB Śliwnickiej w dobrym stanie, a ten stary
    był na płótnie. Podobno jest koło Wrocławia w cerkwi. Doroch
    opowiada, że chciałby, by obraz powrócił oraz aby umieścić jakąś
    tablicę pamiątkową, albo postawić krzyż.

    Stosunek władz radzieckich do księdza
    Doroch nie zauważył jakichś specjalnych szykan wobec księży obu
    obrządków. Po wysiedleniu w 1945 roku, część wyjechała, część
    została wysiedlona w ramach akcji „Wisła”.

    Rozmowa z Amarowiczami z Krasiczyna (rok przed przekazaniem obrazów
    ks. Majkowiczowi)
    Maria Amarowicz – mieszka w Krasiczynie, lat 72, mieszkała w
    Śliwnicy w pobliżu cerkwi greckokatolickiej. W czasie wojny wpierw
    zesłana do Pikulic, potem wysiedlona do Niemiec.

    Przed wojną 1939 roku był na Śliwnicy ksiądz Łazurko (mąż uzupełnia,
    że potem był Maciuch). Ks. Łazurko i jego żona to „byli ludzie”.
    Nie wiedzą co się stało z ks. Maciuchem. Oboje Amarowicze wspominają
    wspólne procesje na Jordan: „Razem szli nad San, razem śpiewali,
    razem służyli.”
    Po wojnie cerkiew nie była używana, została rozebrana przez Jana
    Szubana, a Hrycajko zaczął rozbierać synagogę (?), ale wywieźli go
    na Ukrainę i cegła zgniła.
    Rozmowa mało konkretna.

    Wasyl Fenik
    Mieszkaniec Śliwnicy, urodzony w lutym 1900 r.

    Opowiada o spaleniu cerkwi w 1915 roku: „Cerkiew była duża,
    drewniana, szalowana gontami, podobna do tej w Krasicach. Madziarzy
    przynieśli słomę i podpalili. Następną wybudowali ludzie miejscowi.
    Budował ks. Łazurko. On poszedł na inną parafię do wioski Nahaczów,
    a przyszedł ksiądz Maciuch. Był rok, tymczasowo. Po nim przyszedł
    ks. Michał Bak. Był do końca, potem go wysiedlili do Równego. Tam
    umarł 1942 roku. Tam był z Amarowiczami. Kazali mu przejść na
    prawosławie, a on nie poszedł.
    Fenik potwierdza, że stosunki między księżmi układały się
    dobrze: „Odwiedzali się, ksiądz polski przychodził, odprawiał
    nabożeństwo, potem ksiądz ruski tam odprawiał. Tu nie było u nas
    żadnej różnicy. Ludzie żenili się między sobą. To dopiero teraz
    zrobili takie różnice, a przódy tego nie było.”
    Gdy przyszli Rosjanie 1939 roku wpierw nic nie robili, ksiądz
    odprawiał, ale nie wolno było dzwonić, potem ludzi wysiedlili –
    opowiada gdzie. Gdy przyszli Niemcy Fenik był w Pikulicach. Po
    powrocie domu nie zastał: „na Cisową poszedł dom, stodoła”. Ksiądz
    Bak nie wrócił, biskup nadał innego, który odprawiał na plebanii do
    wysiedlenia w 1945 roku. Pojechał na wschód. Ludzie na wschód
    jechali niechętnie, bo każdy zastawiał swój dom. Cerkiew jeszcze
    stała, ale Szuban „rozbirał, rozbirał, rozbirał, potem wziął
    przewrócił.”
    Obraz
    Był stary obraz, a potem w 1926 roku malarz namalował nowy – duży
    taki, metr miał, więcej. Stary był tak na boku, a nowy wstawili.
    Potem jak rozbierali cerkiew do kościoła zabrali. Jeden obraz na
    wschód zabrali, drugi obraz ten stary Stefka nieboszczka Fenikowa
    sprzedała. Dużo pieniędzy za to wzięła. Jakichś przyszło „dwech”,
    zapłacili dobrze jakichś 10 tysięcy, czy jakoś.
    Na koniec Fenik opowiada o ludziach ze Śliwnicy, którzy byli na
    frontach i zginęli.
    Wspomina księdza Lewickiego, który odprawiał u księcia w kaplicy.
    Książę nie był kiepski człowiek, pozwolił. Potem pomagał przy
    budowie cerkwi, dawał drzewo, deski z tartaku, pieniądze dawał, bo
    był kolatorem. Ksiądz dostawał 18 sągów na rok drzewa opałowego.
    Zaraz po wojnie był ks. Łoziński, on był samotny. Potem dojeżdżał z
    Prałkowiec ksiądz. Potem biskup nadał takiego młodego, a potem
    zastał ksiądz Lewicki. Miał dwie córki i syna. Siostra Fenika,
    Amarowiczowa chodziła z jedną z nich do szkoły. Ona raczej chodziła
    z córką księdza Łazurka.
    Fenik wspomina jak ludzie w Tarnawcach, wspólnie Ukraińcy i Polacy,
    wypalali cegły na kościół i cerkiew, którą, podobnie jak w Śliwnicy,
    spalili Madziarzy. Z przejęciem opowiada, że dawniej nie było
    różnicy, dopiero teraz coś się porobiło. Tam na wschodzie, na
    Wołyniu, zrobili to zamieszanie. Jak był chłopakiem chodził do
    kościoła jak szedł do szkoły (w Krasiczynie). Także jak w jedną
    niedzielę msza była w Śliwnicy, a na drugą ksiądz jechał do
    Tarnawiec, ludzie szli do kościoła. Ślub brał w cerkwi, a ponieważ
    matka była łacinniczką, jego siostra Maria Amarowicz była wychowana
    jako łacinniczka.

    Stelmaszczyk Albina
    Mieszkanka Śliwnicy, lat 82.
    Mieszkała bliziutko cerkwi. Potwierdza (przy pomocy córki Ścierowej,
    którą słychać w tle), że księża żyli w zgodzie, odbywały się wspólne
    uroczystości Jordanu. Nie pamięta czy ksiądz wyjechał sam, czy go
    wywieźli. Sami byli wysiedleni do Żrótowic. Po powrocie domu nie
    zastali, („ruski” sprzedali go do Bryliniec), stodoła murowana
    stała. Dużo powiedziałaby księdzu na ten temat Zwolińska
  • Maryśka, która u księdza służyła. Padają też inne nazwiska.
    Wracają we wspomnieniach do spalenia cerkwi w 1915 roku. Za
    zniszczenie po II wojnie obwiniają „Zalesian”, wojsko, Szubana.
    Ściera Ludwika, lat 48, opowiada o przechowywaniu obrazu przez
    Stefanię, od niej zabrał Fedyk? Opowiada o obrazach w Muzeum, o
    ludziach poległych na frontach, w obozach, podczas walk polsko-
    ukraińskich, wymienia wiele nazwisk...
  • Pogranicze polsko-ukraińskie

    Na Ziemi Przemyskiej od wieków spotykały się łaciński Zachód i
    bizantyjski Wschód. Chrześcijaństwo wschodnie przyszło częściowo z
    Moraw, gdzie działali święci bracia Cyryl i Metody, a częściowo z
    Rusi Kijowskiej, która przyjęła chrześcijaństwo z Bizancjum.
    Pierwsze biskupstwo na ziemiach polskich powstało w Uhrusku,
    przeniesione do Chełma, następnym było biskupstwo przemyskie.
    Terytorium Rzeczypospolitej Obojga Narodów zamieszkiwało więcej
    ludności prawosławnej niż rzymskich katolików. Zwierzchnikiem
    Kościoła Prawosławnego był Metropolita Kijowa. Po „Unii Brzeskiej” w
    1596 r. w granicach Rzeczpospolitej coraz większe wpływy zdobywał
    kościół unicki. W diecezji przemyskiej Unię wprowadził biskup
    Innocenty Winnicki w 1692 r. W 1772 r. liczyła ona około 300 tys.
    wiernych. Pod koniec XIX w. miała 685 parafii, ponad 800 kapłanów,
    997 600 wiernych. Także na terenie krasiczyńskiej parafii do II
    Wojny Światowej przeważali unici. Obecnie, po wojnie i
    przesiedleniach, wg danych oficjalnych jest ok. 200 tys. wiernych, 2
    biskupów, 80 kapłanów w 120 parafiach rozproszonych po Polsce.
    Po II Wojnie Światowej w okolice Przemyśla, dzięki poparciu
    ówczesnych władz państwowych powróciło prawosławie.
    Współżycie do II wojny układało się zgodnie. Przykładem niniejszy
    fakt. Wiosną 1972 roku w Tarnawcach tamtejsi wierni przy budowie
    kościoła odkopali ok. 7 000 cegieł, wypalonych jeszcze w 1912 roku.
    Wtedy zarówno rzymskokatolicy, należący do parafii w Krasiczynie,
    jak i greckokatolicy z parafii w Śliwnicy, podjęli inicjatywę
    wybudowania kościoła i cerkwi. Wspólnie wypalano cegły, sygnowane
    bądź krzyżem łacińskim (na kościół), bądź bizantyńskim (na cerkiew).
    Cegieł tych użyto do budowy kościoła w Tarnawcach.
    II Wojna Światowa położyła kres zgodnemu współżyciu, doszło do
    mordów, zwłaszcza na Wołyniu.
    Zakończenie wojny w 1945 roku też nie przyniosło upragnionego
    pokoju. Wzdłuż wschodniej granicy rozgorzały walki UPA z polskimi
    jednostkami wojskowymi i policyjnymi. Mieszkańcy zagrożonych wiosek
    organizują samoobronę, nasila się terror, mnożą się akty
    okrucieństwa. Skutki tej, jak zwykle najokrutniejszej ze wszystkich
    wojen, wojny domowej są widoczne i odczuwalne do dziś.
    Zrujnowane i wyludnione wioski, opustoszałe Bieszczady, ludne kiedyś
    tereny podprzemyskie pełne zdziczałych sadów i pól zarastających
    samosiejką, setki spalonych i sprofanowanych cerkwi, trudna do
    zasypania przepaść między dwoma, żyjącymi na tym terenie narodami.
    Dziś jeszcze należy powstrzymać się z przytaczaniem nazwisk i
    dokładnym przedstawieniem niektórych faktów, bo budzi to ogromne
    emocje.
    Po podpisaniu w 1944 roku, między Polskim Komitetem Wyzwolenia
    Narodowego, a rządem Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki
    Radzieckiej, układu o ewakuacji ludności, mimo usiłowań ks. Laska –
    proboszcza krasiczyńskiego i wielu innych księży, wysiedlono do ZSRR
    ok. 280 000 ludzi. Z terenu dawnej, sprzed 1970 r, łacińskiej
    parafii krasiczyńskiej wysiedlono, jak wynika z dokumentów, 1 214
    osób z parafii śliwnickiej, 3 087 z cisowskiej i 2 508 z
    olszańskiej.
    Z kilkunastu cerkwi jakie istniały na tym terenie niekiedy ślad
    zupełnie zaginął (Śliwnica, Tarnawce, Krzeczkowa, Cisowa), niektóre
    popadły w ruinę (Chołowice, Krasice) inne, przejęte przez kościół
    rzymskokatolicki, do dziś służą temu obrządkowi (Brylińce, Mielnów,
    Olszany, Prałkowce i Korytniki).
    Lata powojenne – czas biedy, prześladowań politycznych i
    religijnych, zastraszenia, fasadowej przyjaźni polsko-radzieckiej –
    sprawiły, że ludzie bali się rozmawiać o tym nawet z własnymi
    dziećmi. Problemy jednak istniały i ujawniały się przy różnych
    okazjach: wspólne kolędowanie, msze odprawiane w byłych cerkwiach,
    wspomnienia z okazji kolędy.
    W roku 1989 mieszkańcy Śliwnicy byli wstrząśnięci licznymi
    śmiertelnymi wypadkami, jakie nawiedziły ich miejscowość. Zrodziła
    się nawet uporczywa plotka, że nie ustaną one dopóki nie powróci,
    uznawany za cudowny, obraz Matki Boskiej, który od lat czczony był w
    miejscowej cerkwi. Zaginął on w dość niejasnych okolicznościach po
    roku 1976, po śmierci dwóch samotnych kobiet, Katarzyny Jurczyszyn
    i jej ciotki Stefanii Fenik, która niegdyś służyła u księdza
    śliwnickiego.
    Po długim poszukiwaniu odnalazł się on w Legnicy w domowej kaplicy
    ówczesnego mitrata, a dzisiejszego arcybiskupa Jana Martyniaka,
    który nie oddał wprawdzie samego obrazu, ale przekazał jego kopię
    parafii w Krasiczynie w dniu święta Jordanu 1991 roku.
    Wcześniej jeszcze, w grudniu 1989 roku, mieszkańcy Śliwnicy
    postanowili wybudować, na miejscu historycznej cerkwi, kapliczkę, do
    której 15.06.1997 r. uroczyście wprowadzono kopię obrazu. Zamarły na
    kilkadziesiąt lat kult Matki Boskiej Śliwnickiej ożył. Oryginalna
    ikona Matki Boskiej Śliwnickiej znalazła miejsce w nowo wybudowanej
    cerkwi w Komańczy i od 14.10.1998 r. odbiera cześć wiernych, jako
    Matka Boża Komaniecka.
    W Śliwnicy ożywa kult maryjny. Na odprawiane nabożeństwa i msze
    wiernych zwołuje odkopany dzwon z dawnej cerkwi. Pod opieką Matki
    Bożej trwa żmudne leczenie ran zadanych przez obustronną nienawiść.

    Przed historią trudno uciec...

    Wróciła ona i do nas i to w wielu wymiarach.
    Obrządek wschodni po latach zaczął wychodzić z podziemia. W 1964
    roku prymas Stefan Wyszyński został delegatem papieskim dla obrządku
    greckokatolickiego. Powołał on ks. mitrata Hrynyka na swego
    wikariusza generalnego. W 1969 r. ks. Hrynyk powrócił do Przemyśla i
    objął obowiązki proboszcza parafii katedralnej do śmierci 31.05.1977
    r. Kolejnym wikariuszem generalnym został ks. mitrat Stefan
    Dziubina, a następnie ks. Jan Martyniak, proboszcz w Legnicy, który
    w 1989 roku został konsekrowany na biskupa. W cerkwi wznowiono
    nabożeństwa, także uroczyste i bardzo widowiskowe obchody Jordanu.
    Zachęcony przez parafian, wywodzących się i sympatyzujących z
    obrządkiem wschodnim, zacząłem w nich uczestniczyć, niekiedy wbrew
    zakazom władz kościelnych.
    Drugą płaszczyzną kontaktów było wspólne, z ks. mitratem Teodorem
    Majkowiczem i dr Stanisławem Stępniem – dyrektorem Instytutu,
    zorganizowanie obchodów 1000-lecia chrztu Rusi i Ukrainy.
    Trzecią ważną płaszczyzną wzajemnych kontaktów było organizowanie
    pomocy dla Ukrainy po otwarciu wschodniej granicy w roku 1990.
    Polskie parafie zaczęły zapraszać dzieci i młodzież na wakacje do
    Polski. Z drugiej strony parafia zaczęła pośredniczyć w
    przekazywaniu zachodniej pomocy na Ukrainę i sama organizować taką
    pomoc w Polsce.
    Efektem tych działań było nominowanie proboszcza do „Nagrody
    Pojednania”. Znalazł się w liczbie 4 nominowanych. Ostatecznie
    nagrodę z rąk papieża Jana Pawła II na lwowskim Sychowie w roku 2001
    otrzymał prof. Jerzy Kłoczowski z Lublina i prof. Iwano Wakarczuk,
    rektor lwowskiego Uniwersytetu Iwana Franki.
    "Nagroda Pojednania", której pomysł zrodził się przy okazji budowy
    Ekumenicznego Domu Pomocy Społecznej w Prałkowcach, przedstawia mak
    i bławatek, wyrastające ze wspólnego korzenia. Przyznawana jest za
    wkład w dzieło pojednania polsko-ukraińskiego. Co roku otrzymuje ją
    jeden Polak i jeden Ukrainiec.
    Kapituła powołana w 2000 roku w Rzeszowie, składała się z ludzi
    polityki, nauki i kultury z Polski i Ukrainy.
  • Relacje mieszkańców okolic Krasiczyna zostały nagrane i spisane z
    taśm przez proboszcza krasiczyńskiej parafii - księdza Stanisława
    Bartmińskiego. Opowiadania zostały umieszczone na stronie parafii z
    Krasiczyna pod adresem:
    www.krasiczynskaplebania.parafia.info.pl/art_images/art_19/img45.doc
    Zawierają jednak mnóstwo błędów, najczęściej literówek, dlatego
    zdecydowałem się je poprawić i umieścić na forum, oczywiście bez
    ingerencji w treść wywiadów.
    Historie moim zdaniem bardzo interesujące, bo oparte na obiektywnych
    wspomnieniach byłych i obecnych mieszkańców okolic Krasiczyna.
    Okazuje się, że utrwalone przez lata stereotypy dotyczące choćby
    powstańców z UPA, czy wzajemnych relacji pomiędzy klerem
    rzymskokatolickim, a greckokatolickim, nie są do końca prawdziwe. Na
    pewno nie w tym przypadku...
  • Zbiorowa mogiła pomordowanych 5.III.1945 r. w czasie nieudanego
    zamachu na księdza greckokatolickiego w Olszanach:

    fotoforum.gazeta.pl/3,0,895633,2,1.html

  • W moim przekonaniu bardzo dobra idea. Z każdym bowiem dniem przemija
    pokolenie pamiętające tamte wydarzenia. Pokolenia, które przyjdą po
    nas nie wybaczą nam, że zaniedbaliśmy możliwości upamiętnienia
    wspomnien tej jeszcze żywej historii. Proponuję więc, aby znalazła
    się jakaś grupa wolontariuszy i wyruszyła w teren by zarejestrować -
    w formie wywiadów - wspomnienia jeszcze żyjących. Sam chętnie bym to
    uczynił, ale mieszkam zbyt daleko, a moje pobyty w tamtych stronach
    są bardzo sporadyczne i na dodatek krótkie.
    I tak np. w Brzeżawie, mieszkają conajmniej dwie osoby których
    pamięć nie powinna zejść razem z nimi do grobu. Chodzi mi o Mikołaja
    Mazuryka (Ukrainiec), rzeźbiarza ludowego, lutnistę i stolarza.
    Liczy już 99 lat i Józefa Duchniaka (Polak), rolnika, zesłanego na
    roboty do Niemiec, ale wrócił w latach 40-ch i także pamięta wiele
    zdarzeń m.inn. wydarzenia w Borownicy.



    > Relacje mieszkańców okolic Krasiczyna zostały nagrane i spisane z
    > taśm przez proboszcza krasiczyńskiej parafii - księdza Stanisława
    > Bartmińskiego. Opowiadania zostały umieszczone na stronie parafii
    z
    > Krasiczyna pod adresem:
    > www.krasiczynskaplebania.parafia.info.pl/art_images/art_19/img45.doc
    > Zawierają jednak mnóstwo błędów, najczęściej literówek, dlatego
    > zdecydowałem się je poprawić i umieścić na forum, oczywiście bez
    > ingerencji w treść wywiadów.
    > Historie moim zdaniem bardzo interesujące, bo oparte na
    obiektywnych
    > wspomnieniach byłych i obecnych mieszkańców okolic Krasiczyna.
    > Okazuje się, że utrwalone przez lata stereotypy dotyczące choćby
    > powstańców z UPA, czy wzajemnych relacji pomiędzy klerem
    > rzymskokatolickim, a greckokatolickim, nie są do końca prawdziwe.
    Na
    > pewno nie w tym przypadku...
  • "Jak ja chodziła do Krzywczy (Chołowice do 1990 r. należały do
    parafii Krzywcza) do kościoła, to tam tak było: ruski ksiądz i
    polski ksiądz jak przyszło Boże Ciało, procesja szła z kościoła i z
    cerkwi na połowę drogi, złączyli się i szli razem. Przed wojną, za
    tamtej Polski, nie za tej."
    Jakże podobne to do wspomnień byłych, polskich mieszkańców Podola.
    Opowieści podolan, wołyniaków i polskich mieszkańców Pogórza
    Przemyskiego zawierają jednak jeszcze jeden rozdział. W tych
    wspomnieniach został on pominięty lub niedopowiedziany.
  • Tym brakującym rozdziałem jest informacja, że po mszy i procesji
    wrócili do domów.
  • tawnyroberts napisał:
    > Relacje mieszkańców Krasiczyna spisane z taśm magnetofonowych

    A ja mam takie nieskromne pytanie czy te relacje ktoś zweryfikował, daty,
    miejsca, ludzie ... żeby potem nie było, że tacy historycy jak np. Konieczny
    tylko mataczą albo partaczą bo nie potrafią krytycznie czytać relacji naocznych
    świadków (mieszkańców). Bardzo ciekawa opowieść, o spotkaniu dwóch procesji [!],
    czy oto w tym opowiadaniu głównie idzie, a poza tym autor nie wiele miał do
    opowiedzenia o samym Krasiczynie tylko baja o Bieszczadach, Kresach, wszystkim i
    niczym.
  • tawnyroberts napisał:

    > Zbiorowa mogiła pomordowanych 5.III.1945 r. w czasie nieudanego
    > zamachu na księdza greckokatolickiego w Olszanach:
    >
    > fotoforum.gazeta.pl/3,0,895633,2,1.html

    zdjęcie jak zdjęcie, a można wiedzieć co to był za "zamach"? jakie
    jednostki armii czerwonej tam stały, która sotnia upa siedziała po
    lasach ...
  • tawnyroberts napisał:

    > Współżycie do II wojny układało się zgodnie. Przykładem niniejszy
    > fakt. Wiosną 1972 roku w Tarnawcach tamtejsi wierni przy budowie
    > kościoła odkopali ok. 7 000 cegieł, wypalonych jeszcze w 1912
    roku.
    > Wtedy zarówno rzymskokatolicy, należący do parafii w Krasiczynie,
    > jak i greckokatolicy z parafii w Śliwnicy, podjęli inicjatywę
    > wybudowania kościoła i cerkwi. Wspólnie wypalano cegły, sygnowane
    > bądź krzyżem łacińskim (na kościół), bądź bizantyńskim (na
    cerkiew).
    > Cegieł tych użyto do budowy kościoła w Tarnawcach.

    7000 cegieł odkopanych w roku 1972 nie można użyć do budowy
    czegokolwiek w roku 1912, chyba że istnieją podróże w czasie.
    Zakopanie takiej ilości cegieł też nie jest normalne ???
  • Tawnyroberts znalazł i przedstawił nam bardzo ciekawy materiał
    (relacje). Myślę, że gdyby tego nie zrobił, sam nie trafiłbym na to
    źródło. Przyznam, że skopiowałem sobie do archiwum całość
    przedstawionego przez Tawnyroberts materiału.

    Mat jak to Mat – brakuje mu w relacjach jeszcze jednego rozdziału,
    ale chyba nikt mu nie zabrania go dopisać. Zamiast pisać takie
    bzdety, nic niewnoszące do tematu niech siądzie zbierze źródła i
    dopisze brakujący mu rozdział. Może ktoś się czegoś dowie, może ktoś
    się do tego ustosunkuje.
    Oczywiście to już wymaga wysiłku i wiedzy.
    Niestety stali bywalcy forum bez cenzury skażeni są pewną manierą –
    pisaniem jak największej liczby postów i zachwycaniem się ilością a
    nie poziomem tekstów.

  • Przecież pisze wyraźnie:
    "Wiosną 1972 roku w Tarnawcach tamtejsi wierni przy budowie kościoła
    odkopali ok. 7 000 cegieł, wypalonych jeszcze w 1912 roku."

    Chodzi o cegły wyprodukowane (wypalone) w 1912 r., a użyte do budowy
    kościoła (po odkopaniu) w 1972 r. Autor wspomnień nie podaje
    dlaczego zakopano cegły, stąd nie odpowiem Ci, czy było to normalne.
  • Trochę w nawiązaniu do wypowiedzi Besalela - ostatnio byłem
    świadkiem rozmowy, w której syn miał pretensje do rodziców, że
    niewiele dowiedział się od nich na temat prawdziwej historii działań
    polskiej i ukraińskiej partyzantki na Podkarpaciu. A więc
    stwierdzenie: "Pokolenia, które przyjdą po nas nie wybaczą nam, że
    zaniedbaliśmy możliwości upamiętnienia wspomnień tej jeszcze żywej
    historii.", jest jak najbardziej słuszne. Gdyby znalazł się ktoś z
    okolic Brzeżawy, kto chciałby porozmawiać z wymienionymi osobami
    byłoby wspaniale. Spróbuję poruszyć ten temat na kolejnym
    spotkaniu "Wrót Karpat Wschodnich" w Birczy.
  • Czy mógłbyś założyć wątek z informacjami na ten temat ? O Wrotach
    dowiedziałem się przypadkiem wczoraj, podczas rozmowy z Ewą z
    Stowarzyszenia DMK.
  • A Ewa wie o "Wrotach" ode mnie. Już nawet dołączyliśmy się (na razie
    jako niezrzeszona organizacja) do kilku projektów SDMK i Magurycza.
    23 września planowane jest oficjalne spotkanie założycielskie
    Lokalnej Organizacji Turystycznej "Wrota Karpat Wschodnich" w
    Birczy, z udziałem miejscowych notabli. Będą wybory władz, określony
    zostanie szczegółowy program działania itp. Gotowy jest już folder
    reklamowy, za kilka dni pojawi się wstępnie strona internetowa.
    Pracujemy na to wszystko już od kilku miesięcy, średnio raz w
    miesiącu organizowane są w GOK-u spotkania redakcyjne. Na pewno
    znasz wiele osób, które działają w komisjach. Założę ekstra wątek na
    temat działań "Wrót", ale po spotkaniu założycielskim. Na razie
    wiele spraw zmienia się jak w kalejdoskopie i nie chcę wypisywać
    rzeczy, które za chwilę okażą się nieaktualne. A więc trochę
    cierpliwości...
  • Relacje dotyczą wyłącznie okolic Krasiczyna. Nie ma tam
    żadnego "bajania" o Bieszczadach, Kresach itp. Trochę więcej na ten
    temat jest w tym wątku:
    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=49301&w=70044751
  • Chyba 23 października, a nie września ?
    Ale może daj ogłoszenie na forum Birczy o spotkaniu ?
  • Kurczę, gdzieś umknął mi miesiąc!!! Jasne, że 23 października, ale
    to wstępna data. Gdy tylko Ela Skrzyszowska mi ją potwierdzi, to
    zamieszczę info na obu forach.
  • tawnyroberts napisał:
    > dlaczego zakopano cegły, stąd nie odpowiem Ci, czy było to normalne.

    Podano przykład współpracy? żaden kanon nie podaje aby cegły do budowy kościoła
    musiały być znaczone / jaki interes miały właściciel cegielni, żeby robić dwie
    formy?/ zachodziła więc jakaś obawa, że może dojść do przekrętu, nieuczciwości/
    i zapewne właśnie tak się stało, w roku 1912 wojny jeszcze nie było/
    prawdopodobnie to właściciel cegielni zakopał ten "skarb" w tajemnicy przed
    wiernymi, którzy nie potrafili dojść do ładu między sobą/
  • tawnyroberts napisał:

    > Więcej na temat zamachu znajdziesz tutaj:

    miało być merytorycznie a ty mnie odsyłasz do "o mordzie w Olszanach, zebranych
    z różnych źródeł" [???]
  • O.K., jak będę gościł w Tarnawcach, to specjalnie dla Ciebie zapytam
    o tę historię. Ale na razie daj już spokój z tymi cegłami...
  • Zapytaj Mariusza, jakie to źródła.
  • hmm, to znalezisko jest warte ponad 21 tys. zł, i można już z tego wybudować
    spory wiejski kościółek?
  • tawnyroberts napisał:

    > Zapytaj Mariusza, jakie to źródła.

    Nie będę pytał, bo to zapewne był kolega naocznego świadka który "wyjechał" do
    Kanady i dwa lata przed śmiercią przekazał opowieść swojej córce urodzonej na
    emigracji, a ta w czasie zimowych ferii w Lutowiskach opowiedziała wszystko
    swojej przyjaciółce z Krakowa, którą następnie poznał M.
  • 12.10.07, 20:04
    Morderstwo na rodzinie Szuban:

    W nocy z 3 na 4 marca na wieś /Mielnów - przyp.mat120/ napadli
    Ukraińcy z sąsiednich miejscowości Olszany i Krasice. Siekierami,
    nożami i widłami w bestialski sposób zamordowali następujących
    mieszkańców wsi: Piotra Szubana /lat74/, jego żonę Marię /lat 69/,
    Stanisława Szubana /lat 39/- syna Piotra, Piotra Szubana /lat 37/-
    syna Piotra, Mieczysława Szubana /lat 13/ - wnuka Piotra i Marii.
  • Śliwnica
    W 1921r. wieś miała 130 budynków mieszkalnych i 727 mieszkańców w
    tym 510 Polaków 224 Rusinów i 3 Żydów, W 1931 r. liczba budynków
    mieszkalnych wzrosła do 151 a mieszkańców do 836.
    W 1940r. wraz z mieszkańcami wsi został wysiedlony przez władze
    sowieckie unicki ksiądz o nazwisku Baka z żoną i córką do
    Aleksandrii pow. Równe na Wołyniu. Przebywał tam wraz z wysiedloną
    grupą Polaków z Krasiczyna i Śliwnicy.
    Na prośbę Polaków zgodził się odprawiać dla nich msze w miejscowym
    kościele rzymskokatolickim.
    W sierpniu 1943r. , podczas napadu bandy UPA, ukraiński ksiądz
    został zamordowany przez banderowców przy ołtarzu, podczas
    odprawiania mszy św. Razem z nim zginęło wielu obecnych w kościele
    Polaków, oraz poza nimi, mieszkańcy tej wsi. Tego dnia została też
    zamordowana żona i córka ukraińskiego księdza. Pod koniec 1944r.
    wszyscy ocaleni z banderowskich pogromów mieszkańcy Śliwnicy
    powrócili do rodzinnej wsi. Zarówno Polacy jak i Ukraińcy
    przystąpili do odbudowy swoich zniszczonych gospodarstw. Na poczatku
    1946r. większość Ukraińców została wysiedlona na wschód. Kilka
    tygodni potem bojówki UPA spaliły poukraińskie budynki. Zamordowały
    6 Polaków, 2 zostało rannych i poparzonych.
  • Otóż ksiądz nazywał się Mychajło Bak. Co do reszty "rewelacji",
    pewnie czas też je zweryfikuje :))))
  • A mówiłem że do trzech razy sztuka.
    Brawo Mat, nareszcie coś rzeczowego.
    Muszę przyznać, że opis losów księdza Baki oraz jego żony i córki
    przedstawiony przez Mata jest bardzo interesujący i jeżeli jest
    prawdziwy (absolutnie nie twierdzę że nie), uzupełnia opis losów
    niegdysiejszych mieszkańców Śliwnicy.
    By ułatwić dyskusję na ten temat proszę Mata o podanie źródeł z
    jakich zaczerpnął te informacje.
  • Opis Mata dotyczący zamordowania w Aleksandrii księdza Baki jego
    żony i córki oraz całego zdarzenia w kościele, zaczyna u mnie budzić
    pewne wątpliwości. Przejrzałem pod katem opisu Mata „Ludobójstwo”
    Siemaszków, nie znalazłem tam nic na temat wydarzenia opisanego
    przez Mata. Siemaszkowie na str.667 piszą o Aleksandrii:
    „W sierpniu 1943r: Polacy mieszkający w Aleksandrii i przebywający
    tam uciekinierzy z okolic, w obawie przed napadem UPA, któremu nie
    mogliby się przeciwstawić, zorganizowali wspólną ucieczkę wozami do
    Równego”.

    Zadziwiające, że prowadzący tak szerokie badania Siemiaszkowie nie
    trafili na mord opisany przez Mata. Mat napisał nam, że księdza
    zamordowano na ołtarzu, zamordowano jego żonę i córkę, zamordowano
    wielu Polaków obecnych w kościele i w końcu zamordowano również
    osoby na terenie wsi (Aleksandria była miasteczkiem-W.E. Siemaszko).
    Czy taki mord mógł „umknąć” Siemaszkom. Mam co do tego duże
    wątpliwości.
    Wobec powyższego dla mnie opis Mata zaczyna być coraz mniej
    wiarygodny.
  • Ja też, za Mariuszem, proszę Mata o podawanie źródeł z których
    czerpie swoje wiadomości. Podnosi to wiarygodność wypowiedzi (w
    niektórych wypadkach obniża, w zależności od źródła) i pozwala innym
    dyskutantom na łatwiejsze odniesienie się do cytowanych informacji.
    Z góry wielkie dzięki!
  • Mat podał nam sensacyjną informację o morderstwie dokonanym przez
    UPA. Coraz więcej faktów wskazuje na to, że jest to tylko jego
    wymysł. Napisał, że ksiądz wraz z żoną i córką wywiezieni zostali do
    Aleksandrii pow. Równe a tam jednego dnia wszystkich troje
    zamordowała UPA, wraz z bliżej nie określoną liczba Polaków (wielu -
    Mat).
    Oto informacja z książki:
    Ярослав Стех - Пропам’ятна книга українських діячів Перемищини XIX –
    XX століть str.21. (fragment)

    Tetiana Bak, córka Mychajła, urodzona 29 grudnia 1923r. w miasteczku
    Dubiecko, skąd rodzice przenieśli się do niedalekiej wsi Śliwnica,
    gdzie ojciec Tetiany był księdzem.
    Już podczas nauki w Przemyślu Tetiana wstąpiła do junactwa OUN i
    została aktywną działaczka najpierw w Przemyślu a następnie na
    Wołyniu. Po wybuchu wojny wraz z mieszkańcami Śliwnicy rodzina Bak
    została deportowana w okolice Równego. W 1942 r. ukończyła Gimnazjum
    w Równem. W 1943r. zaproponowano Tetianie naukę w szkole medycznej
    po ukończeniu której wstępuje do UPA wydział Ukraińskiego Czerwonego
    Krzyża. Przyjmuje pseudonim „Jarina”. Pracę swoją wykonuje sumiennie
    i po krótkim czasie zostaje kierownikiem Nadrejonu UCZK na
    Kostopolszczyźnie. Tetiana zajmuje się organizowaniem punktów
    medycznych i ich kadry. Prowadząc podziemną pracę w listopadzie
    1945r. zostaje aresztowana przez NKWD z Kostopola i po ciężkim
    śledztwie otrzymuje wyrok 15 lat pozbawienia wolności. Przewieziona
    zostaje do więzienia w Dubnie, Charkowie i ostatecznie na Workutę. W
    1955r. zwolniona z jednoczesnym zakazem powrotu na Ukrainę.
    Pozostaje na Workucie, gdzie pracuje w kopalni. W 1967r. pozwolono
    jej powrócić na Ukrainę, wróciła i zamieszkała w Samborze.

    Jak wynika z wyżej wymienionej publikacji Tetiana Bak nie została
    zamordowana przez UPA w 1943r. Pozostawiam to bez komentarza.
  • Nie musiałeś mnie prosić Tawnyroberts. Zamieszczając te informacje
    bez podania źródła chciałem w istocie dokonać przy okazji testu
    obłudy i zakłamania jednego z uczestników tego forum. Ponieważ
    test spełnił swoje zadanie, mogę podać, że zamieszczony tekst
    stanowi fragment relacji mieszkanki Krasiczyna p. Bronisławy Mazuryk
    wysiedlonej wraz z rodziną na Wołyń przez Sowietów. Wspomnienia czy
    też relacja zamieszczona została w czasopiśmie "Na Rubieży" - Nr 39
    z 1999r wydawanym przez SUZUN we Wrocławiu /mogę się mylić co do
    numeru poniewaz część zawierającą akurat ten numer wypożyczyłem -
    ale raczej nie/.

    pozdrawiam
  • Kryciński podaje trochę inne dane:
    "W 1921 r. wieś liczyła 63 domy i 354 mieszkańców (227 grek., 113
    rzym., 14 mojż.). Podczas spisu aż 309 osób zadeklarowało narodowość
    polską. Większość miejscowych Ukraińców wywieziono do ZSRR w 1946 r."

    Przyznam, że dane Krycińskiego nie pasują do opracowań Aldona na
    forum Bircza, z których wynika, że Śliwnica była bardziej ludną
    wsią. Według Aldona mieszkało tam w przybliżeniu tyle osób, co
    podaje Mat, ale inny był skład narodowościowy (religijny)
    mieszkańców Śliwnicy.
  • Koło Krasiczyna i koło Dubiecka ?
  • Raczej nie, bo w Śliwnicy koło Dubiecka mieszkało zaledwie kilka
    rodzin ukraińskich na ponad tysiąc mieszkańców ogółem. Chociaż z
    drugiej strony Tetiana Bak urodziła się w Dubiecku, "skąd rodzice
    przenieśli się do niedalekiej wsi Śliwnica, gdzie ojciec Tetiany był
    księdzem". Ale chodzi tutaj o Śliwnicę koło Krasiczyna, bo w tej
    koło Dubiecka nie było cerkwi.
  • Mychajło Bak był od 1934r. księdzem w Śliwnicy, która w 1934 roku
    była w powiecie przemyskim.
  • Mat napisał, że u jednego z uczestników tego forum przeprowadził
    test na obłudę i zakłamanie.
    Jakiż to sposób wymyślił Mat na badanie obłudy i zakłamania?.
    Otóż pisze jakąś informację i nie podaje źródła.
    No cóż, jaki gość takie pomysły.
  • Mamy więc trzy różne daty morderstwa rodziny Szubanów: połowa lutego
    (wg księdza Bartmińskiego), w nocy z 3 na 4 marca (wg wspomnień
    zamieszczonych w "Na rubieży") i 10 marca (według P. Dańko). Dańko
    twierdzi, że zbrodni dokonał oddział UPA, jako karę (i jednocześnie
    przestrogę dla innych) za rzekome donoszenie wojsku o ruchach
    ukraińskich powstańców. Z opisu Mata wynika, że mordu dokonali
    Ukraińcy z Olszan i Krasic, ale trudno wywnioskować o kogo dokładnie
    chodzi.
  • Przeglądając wątki Waszego forum muszę powiedzieć że brak tu wspomnień które
    opisywałyby przeżycia ukraińskich mieszkańców Pogórza. Jest ich obiektywnie
    rzecz biorąc, brak wynikających z trudności dotarcia do źródeł albo problemem z
    przepisywaniem tekstów z realu.
  • Osobno, chociaż "po sąsiedzku", pochowano żonę i córkę księdza
    Kopystianskiego (Eugenię i Tatianę).

    fotoforum.gazeta.pl/3,0,1327356,2,1.html

    Zatem w obydwu mogiłach pochowano dziesięć ofiar pogromu z 5 marca
    1945 r.
  • Spacerując po cmentarzu w Śliwnicy przypadkowo trafiłem na zbiorową
    mogiłę rodziny Szubanów, zamordowanych przez UPA w 1945 r. Niestety
    na tablicy z inskrypcjami nie ma dokładnej daty śmierci, a więc
    wątpliwości nadal pozostają...

    fotoforum.gazeta.pl/3,0,1339234,2,1.html
    fotoforum.gazeta.pl/3,0,1339235,2,2.html
  • Grzebiąc w sieci znalazłem pracę Damiana Kruka ze Śliwnicy (ucznia
    przemyskiego technikum), zgłoszoną na konkurs "Moja rodzina na
    zakrętach historii", organizowany w 2006 r. przez Stowarzyszenie
    Miłośników Historii Mówionej, Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej
    oraz „Rzeczpospolitą”. Poniżej prezentuję jej fragmenty dotyczące
    pierwszych lat po II wojnie światowej.


    *Losy mojej babci (fragment)*

    "... Wojna skończyła się co prawda w roku 1945, jednak na tych
    terenach, blisko granicy z Ukrainą nadal przebywało wiele band
    ukraińskich. W roku 1947 rozpoczęły się przesiedlenia na Zachód.
    Przesiedlali głównie ludzi z rodzin mieszanych. Ci, którzy pozostali
    na miejscu, jak rodzina mojej babci, byli często oskarżani o
    ukrywanie w swoich domach banderowców. Takie były czasy, że w dzień
    przychodziło wojsko polskie, a nocami często banderowcy chodzili po
    gospodarstwach, zabierali jedzenie, pieniądze, a także zwierzęta.
    Zabijali nawet napotkanych ludzi. Tak zginął brat mojej babci,
    Janek, który przed śmiercią otrzymał wezwanie do ambasady
    amerykańskiej, bo urodził się w Stanach. W samo Boże Ciało wracał
    przez las z lekarstwami dla chorej żony. Zawołał go, przebrany za
    polskiego żołnierza ukraiński partyzant. Nie wrócił już nigdy do
    domu, a po kilku dniach znaleziono go martwego w Sanie. Znaleziono
    też dziewczynę z Maćkowic, prawdopodobnie oboje zginęli w jednym
    czasie. Taki sam los podzieliło jeszcze wiele ludzi. W Reczpolu,
    wiosce mojej babci, zginęło sześć osób. Babcia przesiedziała w
    więzieniu razem z siostrą dziewięć miesięcy, bo wpłynął na nie
    donos, że ukrywali członków ukraińskiej partyzantki. Była to
    nieprawda, bo ukrywały polskich żołnierzy. Zostały zwolnione dopiero
    po prawie roku, gdy znaleźli się żołnierze, których przechowywały.
    Po wyjściu z więzienia w 1948 r., babcia rozpoczęła pracę w
    zakładach PGR w Mielnowie. Wtedy były to duże zakłady i zatrudniały
    wiele osób. Tam właśnie poznała dziadka i w roku 1953 wzięli ślub."


    *Losy mojego dziadka (fragment)*

    "... W 1947 roku, gdy sytuacja w kraju w miarę się unormowała i
    skończyła się wojna, zaczęły się wysiedlenia na Zachód. Dotknęły one
    wyłącznie miejscowości leżących niedaleko granicy z Rosją. Rodzina
    dziadka została wysiedlona na Śląsk. Padło na nich oskarżenie o
    pomoc bandom ukraińskim w ukrywaniu się i dawanie im jedzenia.
    Dziadek wspomina, że wojsko kazało się szybko spakować i bez słowa
    wywieźli ich do, jak się potem okazało, nieznanego im Śląska.
    Początkowo nie umieli się przystosować do tamtejszych warunków, ale
    z czasem się oswoili. Dziadek z bratem Piotrkiem zatrudnili się w
    kopalni węgla w Bytomiu, a po roku przenieśli się do kopalni w
    Rudzie Śląskiej. Dziadek mówi, że mieli ogromne szczęście, że nie
    zginęli w kopalni, bo prawie co tydzień ktoś ginął przywalony przez
    węgiel. W roku 1950 wraz z bratem postanowili wrócić w rodzinne
    strony. Na miejscu zastali ruiny i same fundamenty. Ich dom został
    zniszczony i rozkradziony, nie została nawet jedna deska. Za
    pieniądze zarobione w kopalni kupili dom w Mielnowie, w małej wsi
    koło Krasiczyna i tam zamieszkali. Brat Piotr wkrótce umarł na raka,
    drugi brat i siostra założyli własne rodziny, a dziadek mieszkał sam
    z mamą. Pracował w PGR – i tam poznał babcię, z którą wziął ślub i
    wspólnie zamieszkali w Mielnowie."


    *Wspomnienia z dzieciństwa Janiny Sawickiej (fragment)*

    "... Wojna skończyła się w roku 1945, ale sytuacja stała się jeszcze
    gorsza. W lasach wokół Przemyśla, zwłaszcza blisko granicy z
    Ukrainą, ukrywały się liczne grupy ukraińskiej partyzantki, Mówiono
    na nich „banderowcy”. Rodzina pani Janiny uniknęła wysiedlenia na
    zachód. Nie mieli gospodarstwa ani nie hodowali zwierząt, więc nie
    nachodzili ich, jak innych zamożniejszych, banderowcy. Takie wizyty
    nieraz kończyły się tragicznie.

    W sam dzień swojej I Komunii pani Janina musiała uciekać z domu, bo
    banderowcy grozili im, że zginą. Przez miesiąc mieszkali u krewnych
    w ogromnej ciasnocie. Ale wtedy ludzie chętnie sobie pomagali i
    zawsze można było liczyć na czyjąś pomocną dłoń. Raz do nich w nocy
    przyszli banderowcy i kazali szybko opuścić dom. Przenieśli się do
    domu krewnej w Mielnowie. Ale tu było dużo gorzej, daleko od drogi,
    nawet wojsko tu nie przychodziło. Zresztą droga z Przemyśla na Sanok
    była nazywana „drogą śmierci”, wojsko też nie chciało się tam
    zapuszczać. Ukrywający się w lasach partyzanci mieli przewagę,
    zresztą znali lasy. Pani Janina widziała w Mielnowie pomordowanych
    ludzi, z których wielu znała. Tragiczna była historia znanej jej
    rodziny Szubanów. Rodzina składała się z 10 osób: siedmiorga dzieci
    i rodziców. Żyli z pensji ojca pracującego w lesie. Pewnej nocy
    zabrali ojca i zabili. Pani Janina pamięta też inne wydarzenia: jak
    zastrzelili jej 18-letniego kolegę wraz z dziadkiem, dwoma wujkami,
    a postrzelona babcia zmarła po tygodniu. Albo jak przyszli na
    plebanię ukraińską w Olszanach, zabrali rodzinę księdza i
    rozstrzelali nad Sanem. Ich ciała długo tam leżały, bo nikt nie
    chciał ze strachu ich pochować. Nie tylko ich. W lasach było pewnie
    więcej trupów, nie mających własnych grobów. Gdy stryj pani Janiny
    wracał z robotnikami z lasu, napadnięto ich na Górze Olszańskiej.
    Wszyscy zginęli, przeżył tylko on i do dziś nie wie jak znalazł się
    Birczy, oddalonej o 15 km od Olszan. Był ciężko ranny.

    Z PGR-u w Mielnowie zginęli ówczesny dyrektor, sekretarka i
    księgowa. Wszystkich położyli na wozie i wywieźli do lasu. Nikt ich
    więcej nie widział. To tylko niektóre wspomnienia pani Janiny z
    pobytu w Mielnowie. Dlatego, gdy tylko mogli wrócić do opuszczonego
    przez banderowców domu w Śliwnicy bardzo się ucieszyli. Tu było
    bezpieczniej, bo ludzie w Krasiczynie utworzyli oddział samoobrony,
    takiej pomocniczej policji. Pani Janina, chociaż miała dopiero 17
    lat, znalazła pracę przy pasieniu krów. Pracowała tak pół roku. Na
    noc, z krowami, chroniła się na placu w krasiczyńskim zamku, bo tu
    ludzie czuli się bezpieczni. Czasem nocowała na strychu swego domu,
    ale to było ryzykowne, bo nocami przychodzili i zabierali bydło i
    żywność.

    Pani Janina wspomina tragedię, jaką przeżyło wiele rodzin z
    Krasiczyna. Gdy z Tarnawiec przyszła wiadomość, że są tam
    koniokrady, kilku polskich partyzantów tam poszło. W zasadzce w
    lesie wszyscy zginęli, uratował się tylko jeden człowiek. Opowiadał
    jak ich torturowali. Jeszcze wcześniej odcięli telefon i obstawili
    drogę na Przemyśl, tak, że nikt nie mógł dostać się do Krasiczyna.

    Wkrótce na tereny przygraniczne Krasiczyna wkroczyły liczne oddziały
    wojska, zapewniły spokój i oczyściły las z wrogo nastawionej
    partyzantki."


    Całość wspomnień znajduje się pod linkiem:

    psi.dreamhosters.com/krasiczynskaplebania/art_images/art_116/img760.doc
  • Murowana kaplica w Śliwnicy wybudowana z inicjatywy ks.
    Bartmińskiego, wieloletniego proboszcza z Krasiczyna, na miejscu
    rozebranej cerkwi p.w. św. Paraskewii z 1924 r. Wewnątrz znajduje
    się kopia cudownego obrazu Matki Boskiej Śliwnickiej (oryginał
    trafił do świątyni greckokatolickiej w Komańczy i jest czczony jako
    Matka Boża Komaniecka). Obok kaplicy dzwonnica z odkopanym dzwonem z
    1924 r., pochodzącym z tutejszej cerkwi.

    fotoforum.gazeta.pl/3,0,1340344,2,1.html
    fotoforum.gazeta.pl/3,0,1340345,2,2.html

    Niestety ikony nie udało mi się sfotografować, bo kaplica była
    zamknięta.
  • 13 września 1939 r. około południa do Krasiczyna przybył z Przemyśla
    gen.Kazimierz Sosnkowski, dowódca Frontu Południowego. Spotkał się on z gen.
    Kazimierzem Łukomskim dowódcą odcinka "Słowacja" armii "Karpaty".Zameldował się
    także u generała mjr Edmund Różycki szef sztabu 24 DP. Miała się odbyć po
    południu odprawa wyższych dowódców ale nadeszły meldunki, że siły niemieckie
    obeszły stanowiska polskie. Dlatego została ona odwołana a gen. Sosnkowski ,
    który nie spał od 48 godzin położył się na łóżko i zasnął.Wkrótce został jednak
    obudzony ponieważ Niemcy pojawili się na lewym brzegu Sanu i od strony
    Śliwnicy.Osłony żadnej generałowie nie posiadali więc trzeba było wiać...
    Czy Ktoś wie gdzie była kwatera generała? Na zamku Sapiehów?
  • Gen.Kazimierz ŁUKOSKI - poprawne nazwisko

  • Kazimierz Orlik-Łukoski

    generał brygady generał brygady
    Data i miejsce urodzenia 13 września 1890
    Sokół (powiat garwoliński), Imperium Rosyjskie
    Data i miejsce śmierci kwiecień 1940
    Charków, Związek Radziecki ZSRR
    Przebieg służby
    Lata służby 1914 (Legiony Polskie), 1919 (Wojsko Polskie)
    Stanowiska dowódca: 6 Pułku Strzelców Polskich, piechoty dywizyjnej 12 Dywizji Piechoty, 11 Karpackiej Dywizji Piechoty
    Główne wojny i bitwy wojna polsko-bolszewicka,
    II wojna światowa
    Odznaczenia
    Znak oficerski "Parasol"
    Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski Krzyż Niepodległości Krzyż Walecznych (czterokrotnie) Złoty Krzyż Zasługi Złoty Krzyż Zasługi (po raz drugi) Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Korony Rumunii

    Kazimierz Łukoski, ps. Orlik (ur. 13 września 1890 we wsi Sokół w powiecie garwolińskim, zamordowany w kwietniu 1940 w Charkowie) - generał brygady Wojska Polskiego.
    Był synem Ignacego i Władysławy z Kwasiborskich. Żonaty z Ireną Jung. Miał dwóch synów: Andrzeja (dowódca 1. kompanii "Maciek" batalionu "Zośka" Armii Krajowej), który poległ 18 sierpnia 1944 podczas powstania warszawskiego i Jerzego.
    W latach 1914–17 służył w Legionach Polskich. 3 czerwca 1917 przydzielony został do Inspekcji Wyszkolenia Polskiej Siły Zbrojnej na stanowisko adiutanta gen. Feliksa Bartha. W latach 1917–18 m.in. w Polskim Korpusie Posiłkowym, następnie w II Korpusie Polskim w Rosji. Był dowódcą 6 Pułku Strzelców Polskich w Armii Polskiej we Francji, który 1 września 1919 po powrocie do kraju i zjednoczeniu z Wojskiem Polskim, przemianowany został na 48 Pułk Strzelców Kresowych.
    48 Pułkiem Strzelców Kresowych dowodził do 25 sierpnia 1920, a następnie objął dowództwo XXI Brygady Piechoty. Przejściowo dowodził również XXII Brygadą Piechoty. W październiku 1921 wyznaczony został na stanowisko dowódcy piechoty dywizyjnej 12 Dywizji Piechoty w Tarnopolu. W sierpniu 1925 przeniesiony został na identyczne stanowisko w 15 Dywizji Piechoty w Bydgoszczy. W marcu 1927 został dowódcą 11 Karpackiej Dywizji Piechoty w Stanisławowie.
    1 stycznia 1928 Prezydent RP, Ignacy Mościcki awansował go na generała brygady ze starszeństwem z dnia 1 stycznia 1928 i 4 lokatą w korpusie generałów .
    W kampanii wrześniowej 1939 dowodził Grupą Operacyjną "Jasło" (przemianowaną na Grupę Operacyjną "Południową").
    We wrześniu 1939 został zatrzymany przez NKWD i uwięziony w obozie w Starobielsku, a następnie zamordowany w Charkowie (Zbrodnia katyńska).
    Postanowieniem nr 112-48-07 Prezydenta RP Lecha Aleksandra Kaczyńskiego z dnia 5 października 2007 został mianowany pośmiertnie do stopnia generała dywizji. Awans został ogłoszony 9 listopada 2007 w Warszawie, w trakcie uroczystości "Katyń Pamiętamy – Uczcijmy Pamięć Bohaterów".

    Może znalazłoby się miejsce w parku krasiczyńskim na dąb katyński dla Pana Generała.
  • Warto nadmienić, że wielokrotnie wzmiankowany w tym wątku ks. Stanisław Bartmiński - dziś już emerytowany proboszcz krasiczyńskiej parafii, jest również autorem dwóch opasłych tomów zatytułowanych: "Krasiczyn: dzieje parafii i społeczności". Książki zostały wydane w 2010 r. przez Agencję Reklamowo-Wydawniczą JM i liczą sobie odpowiednio 440 i 516 stron. Nie muszę chyba dodawać, że dla miłośników historii Krasiczyna i Pogórza Przemyskiego lektura tych pozycji to prawdziwa uczta!
  • Paweł Dańko - autor lwiej części wspomnień zarejestrowanych przez księdza Bartmińskiego, zmarł na początku 2008 r., a więc kilka miesięcy po założeniu tego wątku. Na jego nagrobek natrafiłem w czerwcu 2012 r., przy okazji wizyty na cmentarzu w Mielnowie.

    fotoforum.gazeta.pl/zdjecie/3466802,2,1,Pawel-Danko.html
    fotoforum.gazeta.pl/zdjecie/3466803,2,2,Pawel-Danko.html

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.