• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
Dodaj do ulubionych

Historia opowiadana - krasiczyńskie opowieści

  • 03.10.07, 13:55
    Relacje mieszkańców Krasiczyna spisane z taśm magnetofonowych

    Opowiada p. Paweł Dańko, urodzony 22.05.1917 roku w Mielnowie w
    rodzinie mieszanej, jego żona Paulina z domu Szuban, urodzona
    22.06.1919 roku w Chołowicach oraz ich synowa Maria Hreczanik,
    urodzona 22.05.1947 w Krzeczkowej (zapis magnetofonowy – ks. St.
    Bartmiński, podobnie transkrypcja 2.04.2000 r.).

    Moje pytanie: P. Fenczak pisze, że ks. Lasek zaczął odprawiać msze
    św. w cerkwi w Brylińcach.

    P. Paweł: Ks. Lasek pierwszą cerkiew na naszym terenie przejął w
    Mielnowie. Przyjechał tu do nas do Mielnowa i pytał czy nie było
    przelania krwi w kościele. Ja gadał, że w ogóle nie było. Było
    strzelane w obraz, ale krew się tu nie lała. Wtedy on gada: „To ja
    tu będę do was przyjeżdżał.” Bo my się bardzo dobrze z księdzem
    Laskiem znali. On ojca mego znał, on ojca chował. Mówi: „Ja tu będę
    Dańko, do was przyjeżdżał.” Ani w Brylińcach, ani w Olszanach, ale
    pierwsza była msza św. u nas w Mielnowie. To było co drugą, co
    trzecią niedzielę (w tle głos Pauliny – „Raz na miesiąc.”). Dopiero
    za jakiś czas otworzyły się nabożeństwa w Olszanach, a po Olszanach,
    Brylińce. Ks. Lasek („Laska” jak zawsze mówią ludzie) tędy
    przechodził (na majątek do Reczpola), my się dobrze znali, on przed
    śmiercią jeździł do ojca, spowiadał go i z tego powodu pierwsze
    otworzył w Mielnowie. My go prosili, bo nam było strasznie daleko
    chodzić na nogach do Krasiczyna. Odprawiał po łacinie. Ludzie nie
    umieli, gadam ksiądz zawsze za porządkiem było „Amen”, bo nikt nic
    nie wiedział.

    Z kim ks. Lasek utrzymywał kontakty. Z Polakami czy Ukraińcami?

    Wszystko równo było u niego. Tam nie było żadnej różnicy, czy to był
    Polak czy Ukrainiec. Wszystkich nas szanował i wszystko było
    jednakowo.

    A jak wydawał metryki fałszywe, to czy po to, by przeciągnąć do
    Kościoła Polskiego?

    Nie. Dawał, by ludzie nie wyjeżdżali na Ukrainę, ale zostawali
    ludzie na miejscu, bo też im zależało. Prosiło się, żeby czym
    najwięcej zostawali na miejscu, ale nie dało się, bo wpadło wojsko i
    za łeb, za pysk, wyganiało. Nie było ratunku, tylko zabieraj się i
    już.

    Mówi Paulina Dańko:
    Jak ja chodziła do Krzywczy (Chołowice do 1990 r. należały do
    parafii Krzywcza) do kościoła, to tam tak było: ruski ksiądz i
    polski ksiądz jak przyszło Boże Ciało, procesja szła z kościoła i z
    cerkwi na połowę drogi, złączyli się i szli razem. Przed wojną, za
    tamtej Polski, nie za tej. Polski ksiądz miał siostrę u ruskiego
    księdza za żonę, to byli szwagrowie, oni się strasznie lubili.
    Przyszła jakaś misja, czy jakaś rekolekcja, to ksiądz Władysław
    Solecki, on mnie chrzcił, zapraszał księdza ruskiego. Ja i moja
    siostra Helka poszli my spowiadać się do niego. Ona myślała, że nie
    będzie umiał po polsku. Ta wszystko umiał, pytał się wszystkie
    dziesięć boskich przykazań, a jeszcze może to – spowiadał po polsku
    i rozgrzeszenie po polsku dawał.
    Ja księdza Małyniaka pamiętam (oczywista pomyłka, nie chodzi o ks.
    Małyniaka), bo jak była wojna to ja chodziłam na mszę św. dawać i on
    odprawiał, bo tam był ołtarz i …

    A dlaczegoście tam akurat dawali?

    Bo księdza nie było w Krasiczynie, gdzie miałam pójść?

    Paweł uzupełnia na moje podprowadzające pytanie, bo wpierw, bez
    nagrania, Paulina wspominała, że szła do obrazu:
    Dlatego, że tam był obraz cudowny. Mama moja skierowała ją, bo tam
    był obraz. Proszę księdza, jak ta się cerkiew paliła, jak podpalili,
    wszystkie ludzie wylatywali, bo słup był do samego nieba czerwony,
    wszystko się spaliło, a obraz został. Wszyscy krzyczeli, że to był
    cud. Ten obraz był strasznie uwielbiony, nasze z Mielnowa, dużo
    ludzi chodziło do Śliwnicy na nabożeństwo.

    Pytam o zamordowanie księdza ruskiego w Olszanach.

    Przyszli, szukali księdza, bo było w planie wymordować całą rodzinę.
    Tam były służące, nawet Stefki Kołodziejowej z Chołowic siostra, też
    została zamordowana. A ks. Kapostyński (p. Dańko twierdzi, że tak
    brzmi prawdziwe nazwisko proboszcza z Olszan) przez okno uciekł jak
    usłyszał szum i ukrył się u księdza Laski w Krasiczynie. Oni z ks.
    Laską się bardzo dobrze znali, jeden do drugiego jeździli. A tych
    ludzi tu właśnie nad Sanem przed Krasicami wymordowali, ale córka
    księdza widziała kto to (mordercy), by i powiedziała kto to był,
    prosiła, żeby jej nie strzelał. Ona była trochę ułomna, pracowała na
    poczcie w Krasiczynie. Ona mówiła: „To z Olszan ludzie nas
    strzelali.” Ona umarła w Przemyślu po 2 miesiącach. Ludzie chodzili
    patrzeć na tych zabitych, ale ja się bałam. A ten krzyż przewrócili
    zaraz tam jak był wjazd do promu. (Paulina mówi, że zostali
    pochowani na cmentarzu w Olszanach. Z kraju, koło piwniczki, jest 10
    grobów, a Stefka z Chołowic chodzi i dba o te groby.

    Pytam, czy było jakieś dochodzenie policyjne.

    Dańkowie twierdzą, że nie było ani za Olszany, ani za Mielnów.
    Przyszli z lasu, nikt nie wiedział kto, ale ludzie w Mielnowie
    pocierpieli trochę za to. Przesłuchiwali, ale popuszczali, bo byli
    niewinni. Ludzie też płakali nad tym i rozpaczali. Tu razem się
    żyło, nikto nikogo nie szukał, że ten Polak, a ten Ukrainiec. Nie
    było żadnej nienawiści u ludzi mielnowskich. Ludzie rozpaczali,
    chodzili ratować, ale wszystko było postrzelane. Szubanka była
    Ukrainka, pochodziła rodem z Krasic.

    Pytam, czy to była zemsta za polską rodzinę Szubanów z Mielnowa,
    wymordowaną jakieś trzy tygodnie wcześniej.

    Dańko nie łączy tych mordów: Ja tego nie rozumiem. Oni podejrzewali,
    że ich ( Szubanów) syn prawdopodobnie miał z wojskiem i z policją
    kontakty, informował kiedy banderowcy chodzą, dlatego ich
    sprzątnęli. To nieprawda, że byli w kościele, to było w taki dzień
    powszedni, nie w żadne święto. Oni jeździli do Krasiczyna na mszę,
    ale w niedziele, a to było w powszedni dzień, 10 marca.
    To było straszne przeżycie, nie do opowiadania. Ile tu ludzi Sanem
    płynęło! Pięć chłopa do kupy powiązane drutem kolącym, to było
    straszne, to była tragedia. Tu u nas proszę księdza szło wojsko.
    Jedno poszło, drugie wojsko idzie. Tamto jest pod lasem, a to we wsi
    i ustawili się koło cerkwi i będą strzelać, bo to banderowcy.
    Mówię: „Panowie, ta to wojsko nasze dopiero poszło, nie banderowcy”.
    I co było było?
    Takie było zamieszanie, że cud było przeżyć! Tu musiał być człowiek
    niemy, głuchy i ślepy. Przyszli do chałupy (wojsko): „Byli
    banderowcy?” – „Ja nikogo nie widział.” Przyszli banderowcy: „Było
    wojsko?” – ja nikogo nie widział. I tak w kółko. O jej rodzina
    (żony), mieszkali w dziurze lesie, tam gdzie Henio Szuban, Polacy z
    krwi i kości, ale tam nikt nikogo nie tyknął. Dopiero jej brata
    zabrali i tam w Jaworznie go stłukli, że mało nie umarł.

    Mówi Paulina:
    Przyszło wojsko i ten dysk z automatu podłożyli pod ula i
    mówią: „Ty – taki nie będę mówić jaki – naprawiasz banderowcom
    dyski? Zabrali go, siedział.
    To było przeżycie ciężkie, ale Bogu dzięki przeżyło się.

    Pytam, czy ks. Lasek w tym czasie bywał w Mielnowie?

    Cały czas bywał.

    Jak z nimi, banderowcami, rozmawiał?

    Po polsku. Oni lubili ks. Laska. Raz złapali banderowca w lesie i ja
    tego banderowca wiózł do Krasiczyna na wozie. W Olszanach na rzece,
    jakem przejeżdżał, jaki szum słychać. Ale cicho sza, wojsko
    przeszło. W Krasiczynie mówię do tego komendanta, aby mi dał
    zaświadczenie, że ja banderowca woził. Dał mi. Gdy wracam w
    Krasicach na tamtą stronę kupa banderowców się przewoziło,
    zatrzymali mnie. Tak i tak, tak i tak tłumaczę i jadę do domu. A tam
    pod lasem coś „całapka” środkiem drogi. Myślę kto to tak idzie w
    nocy. A to idzie ks. Lasek! Ja mówię: „Proszę księdza Laska, ta tam
    tylu banderowców jest!” A on mówi: „Ja się tych nie boję. Ja się
    boję tych, co na Reczpolu są, ja się tamtych
    Edytor zaawansowany
    • 03.10.07, 14:01
      złodziejów boję!” I poszedł. Na drugi dzień pytam, jak
      było: „Jeszcze mnie odprowadzili kawałek, żeby mi nikto nic nie
      mówił.”

      P. Paweł mówi: Ks. Kapostyński pojechał do Lwowa, tam miał swój
      domek, swoją stancyjkę, taki miał ołtarzyk malutki i tam odprawiał
      msze, bo nie podpisał prawosławia. Ktoś z Olszan do niego jeździł.
      Księża grekokatoliccy na Ukrainę wyjeżdżali z przymusu, nie z
      chęcią, bo wiedzieli co tam się z prawosławiem robi.

      Zdaniem p. Dańko w 1945 roku, po ks. Kapostyńskim na Krzeczkowej był
      ksiądz, mieszkał, nawet chrzcił, ale metryk nie wydawał, bo się bał.
      Nikt nie wie, co się potem z nim zrobiło.

      Pytam dlaczego niektóre cerkwie uratowały się, a większość została
      zniszczona.

      Mówi Dańko: Ludzie takie byli. W Mielnowie uratowała się, bo ludzie
      nie dali zniszczyć. Ja sam broniłem, mnie wszystko jedno było.
      Przyjechała Pasternaczka, przyjechała jakaś inżynier z Przemyśla –
      Podolak, ja byłem wtedy sołtysem: „Będziemy rozbierać cerkiew.” – „A
      po moim trupie. Wyście tego nie budowali, wam to nie zawadza, broń
      Boże, żeby mi tu ktoś przyszedł.” Na Krzeczkowej ludzie sami
      rozebrali. Tam była śliczna, przed samą wojną Kocyłowski biskup ją
      wyświęcił. Większa była niż w Chołowicach, większa niż olszańska.

      W tle słychać protest synowej, która z łzami w oczach protestuje:
      Ale nie krzeczkowskie ludzie rozebrali, nie krzeczkowskie ludzie,
      nasiedleńcy, którzy skądś przyszli.

      Gdy pytam kto, mówi:

      Ja nie mogę tego powiedzieć, ale wiem kto.

      P. Dańko też wie kto, ale nie chce powiedzieć: „Najgłówniejszych
      było trzech, to nie byli krzeczkowscy ludzie, ale mieszkali na
      Krzeczkowej. To z Huty ludzie rozebrali, a w Krasicach, jacy byli
      ludzie nasiedleńcy, a nie rozebrali. W Cisowej też była śliczna
      cerkiew. W Chołowicach Moskale podpalili, ludzie obronili. Dopiero
      jakem proboszcza i księdza z Krzywczy poprosił na pogrzebie
      Śmigielskiego, zaczęli odbudowę i jak dzisiaj wszystko jest?
    • 04.10.07, 10:05
      P. Józef Doroch
      Urodzony w Śliwnicy w 1927 roku, wyjechał w kwietniu 1940 r.,
      przesiedlony do Pikulic do maja 1948 roku, wrócił do Śliwnicy. Po
      skończeniu szkoły średniej w Przemyślu w 1950 roku idzie na studia
      ekonomiczne do Szczecina. Po studiach z nakazu pracy pracuje do
      Krakowie. Wraca do Szczecina, gdzie pracuje i mieszka do dziś.

      Pierwszy wywiad dnia 28.01.1988 r. w czasie kolędy

      Często bywa w Śliwnicy, wpierw u rodziców, potem u siostry, pomaga.
      Interesuje się przeszłością regionu, jest czynnym działaczem
      ukraińskim. Pochodzi z rodziny mieszanej, ojciec Ukrainiec, matka
      Polka. W szkole polskiej w Krasiczynie był jako przedmiot język
      ukraiński. Współżycie wśród młodzieży ocenia dobrze: chodzili do
      kościoła wszyscy, wspomina wspólne święcenie wody na Sanie,
      przychodziła procesja ze Śliwnicy, spotykali się przy Domu Ludowym i
      wspólnie szli nad San.
      Nie pamięta bójek między młodzieżą polską a ukraińską, raczej jeśli
      były, to między „piergiesami” z Krasiczyna a Śliwniczanami. Jako
      przykład zgodnego współżycia wspomina rodzinę Wilczyńskich. Była
      tutaj straż pożarna, kiedy w cerkwi był Boży Grób, wszyscy wspólnie
      i Polacy i Ukraińcy trzymali straż od Wielkiego Piątku do
      rezurekcji. Na obydwa święta zapraszali się i odwiedzali sąsiedzi.
      Uroczystości były skromne, pijaństwa takiego nie było.
      Gdy wybuchła I wojna Austriacy spalili ponad 30 wiosek, wśród nich i
      Śliwnicę. Jesienią Madziarzy podpalili cerkiew. Było to w nocy. Msze
      przez dwa lata były w kaplicy zamkowej. Potem z fundacji Sapiehy
      odbudowano drewnianą cerkiew na starych fundamentach.
      Potem p. Doroch mówi o ks. Baku, o odmalowaniu cerkwi i sprowadzeniu
      ikonostasu z Felsztyna. Przed przesiedleniem część chorągwi i
      obrazów przeniesiono do Olszan. Po przesiedleniu władze radzieckie
      sprzedawały domy, także murowany dom rodzinny Dorocha. Przed
      malowaniem cerkiew została pokryta blachą. W 1941 roku po napaści
      Niemiec ludzie wracają. Na plebani w Śliwnicy gnieździło się kilka
      rodzin i jeszcze była kaplica. P. Doroch pamięta, chyba w 1942 roku,
      zbiórkę pieniędzy na odbudowę koło katedry w Przemyślu. Zebrano na
      zakup desek na oszalowanie i na gonty na dach. Proboszcz mieszkał na
      plebani, ale p. Doroch nazwiska nie pamięta.
      Opowiada jak zdobył zdjęcie ks. Małyniaka i o jego zesłaniu do
      Linzu. Opowiada jak rodzi się wrogość między Polakami a Ukraińcami.
      W 1946 r. ksiądz został przesiedlony, cerkiew była oszalowana. W
      wyniku likwidacji Unii nie było oficjalnego obrządku. Niemała ilość
      księży greckokatolickich odmówiła przejścia na prawosławie i została
      pozbawiona możliwości odprawiana nabożeństw. Część przeszła. Ksiądz
      Bak nie przeszedł. Niektórzy odprawiali w kościołach łacińskich.

      Sprawa obrazu
      P. Doroch nie wie co się z obrazem stało, czy spłonął podczas
      pożaru, czy nie. Jako chłopiec pamięta obraz, pamięta też, że malarz
      oficer armii carskiej namalował nowy obraz, a stary obraz zabrała
      Stefania Fenik. Chodziło do niej paru kupców i nie wiadomo czy obraz
      sprzedała, czy przekazała księżom za odprawienie gregorianki. W
      albumie ikony jest obraz MB Śliwnickiej w dobrym stanie, a ten stary
      był na płótnie. Podobno jest koło Wrocławia w cerkwi. Doroch
      opowiada, że chciałby, by obraz powrócił oraz aby umieścić jakąś
      tablicę pamiątkową, albo postawić krzyż.

      Stosunek władz radzieckich do księdza
      Doroch nie zauważył jakichś specjalnych szykan wobec księży obu
      obrządków. Po wysiedleniu w 1945 roku, część wyjechała, część
      została wysiedlona w ramach akcji „Wisła”.

      Rozmowa z Amarowiczami z Krasiczyna (rok przed przekazaniem obrazów
      ks. Majkowiczowi)
      Maria Amarowicz – mieszka w Krasiczynie, lat 72, mieszkała w
      Śliwnicy w pobliżu cerkwi greckokatolickiej. W czasie wojny wpierw
      zesłana do Pikulic, potem wysiedlona do Niemiec.

      Przed wojną 1939 roku był na Śliwnicy ksiądz Łazurko (mąż uzupełnia,
      że potem był Maciuch). Ks. Łazurko i jego żona to „byli ludzie”.
      Nie wiedzą co się stało z ks. Maciuchem. Oboje Amarowicze wspominają
      wspólne procesje na Jordan: „Razem szli nad San, razem śpiewali,
      razem służyli.”
      Po wojnie cerkiew nie była używana, została rozebrana przez Jana
      Szubana, a Hrycajko zaczął rozbierać synagogę (?), ale wywieźli go
      na Ukrainę i cegła zgniła.
      Rozmowa mało konkretna.

      Wasyl Fenik
      Mieszkaniec Śliwnicy, urodzony w lutym 1900 r.

      Opowiada o spaleniu cerkwi w 1915 roku: „Cerkiew była duża,
      drewniana, szalowana gontami, podobna do tej w Krasicach. Madziarzy
      przynieśli słomę i podpalili. Następną wybudowali ludzie miejscowi.
      Budował ks. Łazurko. On poszedł na inną parafię do wioski Nahaczów,
      a przyszedł ksiądz Maciuch. Był rok, tymczasowo. Po nim przyszedł
      ks. Michał Bak. Był do końca, potem go wysiedlili do Równego. Tam
      umarł 1942 roku. Tam był z Amarowiczami. Kazali mu przejść na
      prawosławie, a on nie poszedł.
      Fenik potwierdza, że stosunki między księżmi układały się
      dobrze: „Odwiedzali się, ksiądz polski przychodził, odprawiał
      nabożeństwo, potem ksiądz ruski tam odprawiał. Tu nie było u nas
      żadnej różnicy. Ludzie żenili się między sobą. To dopiero teraz
      zrobili takie różnice, a przódy tego nie było.”
      Gdy przyszli Rosjanie 1939 roku wpierw nic nie robili, ksiądz
      odprawiał, ale nie wolno było dzwonić, potem ludzi wysiedlili –
      opowiada gdzie. Gdy przyszli Niemcy Fenik był w Pikulicach. Po
      powrocie domu nie zastał: „na Cisową poszedł dom, stodoła”. Ksiądz
      Bak nie wrócił, biskup nadał innego, który odprawiał na plebanii do
      wysiedlenia w 1945 roku. Pojechał na wschód. Ludzie na wschód
      jechali niechętnie, bo każdy zastawiał swój dom. Cerkiew jeszcze
      stała, ale Szuban „rozbirał, rozbirał, rozbirał, potem wziął
      przewrócił.”
      Obraz
      Był stary obraz, a potem w 1926 roku malarz namalował nowy – duży
      taki, metr miał, więcej. Stary był tak na boku, a nowy wstawili.
      Potem jak rozbierali cerkiew do kościoła zabrali. Jeden obraz na
      wschód zabrali, drugi obraz ten stary Stefka nieboszczka Fenikowa
      sprzedała. Dużo pieniędzy za to wzięła. Jakichś przyszło „dwech”,
      zapłacili dobrze jakichś 10 tysięcy, czy jakoś.
      Na koniec Fenik opowiada o ludziach ze Śliwnicy, którzy byli na
      frontach i zginęli.
      Wspomina księdza Lewickiego, który odprawiał u księcia w kaplicy.
      Książę nie był kiepski człowiek, pozwolił. Potem pomagał przy
      budowie cerkwi, dawał drzewo, deski z tartaku, pieniądze dawał, bo
      był kolatorem. Ksiądz dostawał 18 sągów na rok drzewa opałowego.
      Zaraz po wojnie był ks. Łoziński, on był samotny. Potem dojeżdżał z
      Prałkowiec ksiądz. Potem biskup nadał takiego młodego, a potem
      zastał ksiądz Lewicki. Miał dwie córki i syna. Siostra Fenika,
      Amarowiczowa chodziła z jedną z nich do szkoły. Ona raczej chodziła
      z córką księdza Łazurka.
      Fenik wspomina jak ludzie w Tarnawcach, wspólnie Ukraińcy i Polacy,
      wypalali cegły na kościół i cerkiew, którą, podobnie jak w Śliwnicy,
      spalili Madziarzy. Z przejęciem opowiada, że dawniej nie było
      różnicy, dopiero teraz coś się porobiło. Tam na wschodzie, na
      Wołyniu, zrobili to zamieszanie. Jak był chłopakiem chodził do
      kościoła jak szedł do szkoły (w Krasiczynie). Także jak w jedną
      niedzielę msza była w Śliwnicy, a na drugą ksiądz jechał do
      Tarnawiec, ludzie szli do kościoła. Ślub brał w cerkwi, a ponieważ
      matka była łacinniczką, jego siostra Maria Amarowicz była wychowana
      jako łacinniczka.

      Stelmaszczyk Albina
      Mieszkanka Śliwnicy, lat 82.
      Mieszkała bliziutko cerkwi. Potwierdza (przy pomocy córki Ścierowej,
      którą słychać w tle), że księża żyli w zgodzie, odbywały się wspólne
      uroczystości Jordanu. Nie pamięta czy ksiądz wyjechał sam, czy go
      wywieźli. Sami byli wysiedleni do Żrótowic. Po powrocie domu nie
      zastali, („ruski” sprzedali go do Bryliniec), stodoła murowana
      stała. Dużo powiedziałaby księdzu na ten temat Zwolińska
      • 14.10.07, 01:27
        Śliwnica
        W 1921r. wieś miała 130 budynków mieszkalnych i 727 mieszkańców w
        tym 510 Polaków 224 Rusinów i 3 Żydów, W 1931 r. liczba budynków
        mieszkalnych wzrosła do 151 a mieszkańców do 836.
        W 1940r. wraz z mieszkańcami wsi został wysiedlony przez władze
        sowieckie unicki ksiądz o nazwisku Baka z żoną i córką do
        Aleksandrii pow. Równe na Wołyniu. Przebywał tam wraz z wysiedloną
        grupą Polaków z Krasiczyna i Śliwnicy.
        Na prośbę Polaków zgodził się odprawiać dla nich msze w miejscowym
        kościele rzymskokatolickim.
        W sierpniu 1943r. , podczas napadu bandy UPA, ukraiński ksiądz
        został zamordowany przez banderowców przy ołtarzu, podczas
        odprawiania mszy św. Razem z nim zginęło wielu obecnych w kościele
        Polaków, oraz poza nimi, mieszkańcy tej wsi. Tego dnia została też
        zamordowana żona i córka ukraińskiego księdza. Pod koniec 1944r.
        wszyscy ocaleni z banderowskich pogromów mieszkańcy Śliwnicy
        powrócili do rodzinnej wsi. Zarówno Polacy jak i Ukraińcy
        przystąpili do odbudowy swoich zniszczonych gospodarstw. Na poczatku
        1946r. większość Ukraińców została wysiedlona na wschód. Kilka
        tygodni potem bojówki UPA spaliły poukraińskie budynki. Zamordowały
        6 Polaków, 2 zostało rannych i poparzonych.
        • 14.10.07, 08:28
          Otóż ksiądz nazywał się Mychajło Bak. Co do reszty "rewelacji",
          pewnie czas też je zweryfikuje :))))
        • 14.10.07, 13:38
          A mówiłem że do trzech razy sztuka.
          Brawo Mat, nareszcie coś rzeczowego.
          Muszę przyznać, że opis losów księdza Baki oraz jego żony i córki
          przedstawiony przez Mata jest bardzo interesujący i jeżeli jest
          prawdziwy (absolutnie nie twierdzę że nie), uzupełnia opis losów
          niegdysiejszych mieszkańców Śliwnicy.
          By ułatwić dyskusję na ten temat proszę Mata o podanie źródeł z
          jakich zaczerpnął te informacje.
        • 14.10.07, 19:56
          Opis Mata dotyczący zamordowania w Aleksandrii księdza Baki jego
          żony i córki oraz całego zdarzenia w kościele, zaczyna u mnie budzić
          pewne wątpliwości. Przejrzałem pod katem opisu Mata „Ludobójstwo”
          Siemaszków, nie znalazłem tam nic na temat wydarzenia opisanego
          przez Mata. Siemaszkowie na str.667 piszą o Aleksandrii:
          „W sierpniu 1943r: Polacy mieszkający w Aleksandrii i przebywający
          tam uciekinierzy z okolic, w obawie przed napadem UPA, któremu nie
          mogliby się przeciwstawić, zorganizowali wspólną ucieczkę wozami do
          Równego”.

          Zadziwiające, że prowadzący tak szerokie badania Siemiaszkowie nie
          trafili na mord opisany przez Mata. Mat napisał nam, że księdza
          zamordowano na ołtarzu, zamordowano jego żonę i córkę, zamordowano
          wielu Polaków obecnych w kościele i w końcu zamordowano również
          osoby na terenie wsi (Aleksandria była miasteczkiem-W.E. Siemaszko).
          Czy taki mord mógł „umknąć” Siemaszkom. Mam co do tego duże
          wątpliwości.
          Wobec powyższego dla mnie opis Mata zaczyna być coraz mniej
          wiarygodny.
        • 15.10.07, 10:05
          Ja też, za Mariuszem, proszę Mata o podawanie źródeł z których
          czerpie swoje wiadomości. Podnosi to wiarygodność wypowiedzi (w
          niektórych wypadkach obniża, w zależności od źródła) i pozwala innym
          dyskutantom na łatwiejsze odniesienie się do cytowanych informacji.
          Z góry wielkie dzięki!
          • 16.10.07, 00:21
            Nie musiałeś mnie prosić Tawnyroberts. Zamieszczając te informacje
            bez podania źródła chciałem w istocie dokonać przy okazji testu
            obłudy i zakłamania jednego z uczestników tego forum. Ponieważ
            test spełnił swoje zadanie, mogę podać, że zamieszczony tekst
            stanowi fragment relacji mieszkanki Krasiczyna p. Bronisławy Mazuryk
            wysiedlonej wraz z rodziną na Wołyń przez Sowietów. Wspomnienia czy
            też relacja zamieszczona została w czasopiśmie "Na Rubieży" - Nr 39
            z 1999r wydawanym przez SUZUN we Wrocławiu /mogę się mylić co do
            numeru poniewaz część zawierającą akurat ten numer wypożyczyłem -
            ale raczej nie/.

            pozdrawiam
            • 17.10.07, 09:47
              Mat napisał, że u jednego z uczestników tego forum przeprowadził
              test na obłudę i zakłamanie.
              Jakiż to sposób wymyślił Mat na badanie obłudy i zakłamania?.
              Otóż pisze jakąś informację i nie podaje źródła.
              No cóż, jaki gość takie pomysły.
        • 15.10.07, 21:03
          Mat podał nam sensacyjną informację o morderstwie dokonanym przez
          UPA. Coraz więcej faktów wskazuje na to, że jest to tylko jego
          wymysł. Napisał, że ksiądz wraz z żoną i córką wywiezieni zostali do
          Aleksandrii pow. Równe a tam jednego dnia wszystkich troje
          zamordowała UPA, wraz z bliżej nie określoną liczba Polaków (wielu -
          Mat).
          Oto informacja z książki:
          Ярослав Стех - Пропам’ятна книга українських діячів Перемищини XIX –
          XX століть str.21. (fragment)

          Tetiana Bak, córka Mychajła, urodzona 29 grudnia 1923r. w miasteczku
          Dubiecko, skąd rodzice przenieśli się do niedalekiej wsi Śliwnica,
          gdzie ojciec Tetiany był księdzem.
          Już podczas nauki w Przemyślu Tetiana wstąpiła do junactwa OUN i
          została aktywną działaczka najpierw w Przemyślu a następnie na
          Wołyniu. Po wybuchu wojny wraz z mieszkańcami Śliwnicy rodzina Bak
          została deportowana w okolice Równego. W 1942 r. ukończyła Gimnazjum
          w Równem. W 1943r. zaproponowano Tetianie naukę w szkole medycznej
          po ukończeniu której wstępuje do UPA wydział Ukraińskiego Czerwonego
          Krzyża. Przyjmuje pseudonim „Jarina”. Pracę swoją wykonuje sumiennie
          i po krótkim czasie zostaje kierownikiem Nadrejonu UCZK na
          Kostopolszczyźnie. Tetiana zajmuje się organizowaniem punktów
          medycznych i ich kadry. Prowadząc podziemną pracę w listopadzie
          1945r. zostaje aresztowana przez NKWD z Kostopola i po ciężkim
          śledztwie otrzymuje wyrok 15 lat pozbawienia wolności. Przewieziona
          zostaje do więzienia w Dubnie, Charkowie i ostatecznie na Workutę. W
          1955r. zwolniona z jednoczesnym zakazem powrotu na Ukrainę.
          Pozostaje na Workucie, gdzie pracuje w kopalni. W 1967r. pozwolono
          jej powrócić na Ukrainę, wróciła i zamieszkała w Samborze.

          Jak wynika z wyżej wymienionej publikacji Tetiana Bak nie została
          zamordowana przez UPA w 1943r. Pozostawiam to bez komentarza.
        • 16.10.07, 13:54
          Kryciński podaje trochę inne dane:
          "W 1921 r. wieś liczyła 63 domy i 354 mieszkańców (227 grek., 113
          rzym., 14 mojż.). Podczas spisu aż 309 osób zadeklarowało narodowość
          polską. Większość miejscowych Ukraińców wywieziono do ZSRR w 1946 r."

          Przyznam, że dane Krycińskiego nie pasują do opracowań Aldona na
          forum Bircza, z których wynika, że Śliwnica była bardziej ludną
          wsią. Według Aldona mieszkało tam w przybliżeniu tyle osób, co
          podaje Mat, ale inny był skład narodowościowy (religijny)
          mieszkańców Śliwnicy.
          • 16.10.07, 14:15
            Koło Krasiczyna i koło Dubiecka ?
            • 16.10.07, 14:42
              Raczej nie, bo w Śliwnicy koło Dubiecka mieszkało zaledwie kilka
              rodzin ukraińskich na ponad tysiąc mieszkańców ogółem. Chociaż z
              drugiej strony Tetiana Bak urodziła się w Dubiecku, "skąd rodzice
              przenieśli się do niedalekiej wsi Śliwnica, gdzie ojciec Tetiany był
              księdzem". Ale chodzi tutaj o Śliwnicę koło Krasiczyna, bo w tej
              koło Dubiecka nie było cerkwi.
              • 16.10.07, 15:15
                Mychajło Bak był od 1934r. księdzem w Śliwnicy, która w 1934 roku
                była w powiecie przemyskim.
    • 04.10.07, 10:08
      Maryśka, która u księdza służyła. Padają też inne nazwiska.
      Wracają we wspomnieniach do spalenia cerkwi w 1915 roku. Za
      zniszczenie po II wojnie obwiniają „Zalesian”, wojsko, Szubana.
      Ściera Ludwika, lat 48, opowiada o przechowywaniu obrazu przez
      Stefanię, od niej zabrał Fedyk? Opowiada o obrazach w Muzeum, o
      ludziach poległych na frontach, w obozach, podczas walk polsko-
      ukraińskich, wymienia wiele nazwisk...
    • 04.10.07, 11:46
      Pogranicze polsko-ukraińskie

      Na Ziemi Przemyskiej od wieków spotykały się łaciński Zachód i
      bizantyjski Wschód. Chrześcijaństwo wschodnie przyszło częściowo z
      Moraw, gdzie działali święci bracia Cyryl i Metody, a częściowo z
      Rusi Kijowskiej, która przyjęła chrześcijaństwo z Bizancjum.
      Pierwsze biskupstwo na ziemiach polskich powstało w Uhrusku,
      przeniesione do Chełma, następnym było biskupstwo przemyskie.
      Terytorium Rzeczypospolitej Obojga Narodów zamieszkiwało więcej
      ludności prawosławnej niż rzymskich katolików. Zwierzchnikiem
      Kościoła Prawosławnego był Metropolita Kijowa. Po „Unii Brzeskiej” w
      1596 r. w granicach Rzeczpospolitej coraz większe wpływy zdobywał
      kościół unicki. W diecezji przemyskiej Unię wprowadził biskup
      Innocenty Winnicki w 1692 r. W 1772 r. liczyła ona około 300 tys.
      wiernych. Pod koniec XIX w. miała 685 parafii, ponad 800 kapłanów,
      997 600 wiernych. Także na terenie krasiczyńskiej parafii do II
      Wojny Światowej przeważali unici. Obecnie, po wojnie i
      przesiedleniach, wg danych oficjalnych jest ok. 200 tys. wiernych, 2
      biskupów, 80 kapłanów w 120 parafiach rozproszonych po Polsce.
      Po II Wojnie Światowej w okolice Przemyśla, dzięki poparciu
      ówczesnych władz państwowych powróciło prawosławie.
      Współżycie do II wojny układało się zgodnie. Przykładem niniejszy
      fakt. Wiosną 1972 roku w Tarnawcach tamtejsi wierni przy budowie
      kościoła odkopali ok. 7 000 cegieł, wypalonych jeszcze w 1912 roku.
      Wtedy zarówno rzymskokatolicy, należący do parafii w Krasiczynie,
      jak i greckokatolicy z parafii w Śliwnicy, podjęli inicjatywę
      wybudowania kościoła i cerkwi. Wspólnie wypalano cegły, sygnowane
      bądź krzyżem łacińskim (na kościół), bądź bizantyńskim (na cerkiew).
      Cegieł tych użyto do budowy kościoła w Tarnawcach.
      II Wojna Światowa położyła kres zgodnemu współżyciu, doszło do
      mordów, zwłaszcza na Wołyniu.
      Zakończenie wojny w 1945 roku też nie przyniosło upragnionego
      pokoju. Wzdłuż wschodniej granicy rozgorzały walki UPA z polskimi
      jednostkami wojskowymi i policyjnymi. Mieszkańcy zagrożonych wiosek
      organizują samoobronę, nasila się terror, mnożą się akty
      okrucieństwa. Skutki tej, jak zwykle najokrutniejszej ze wszystkich
      wojen, wojny domowej są widoczne i odczuwalne do dziś.
      Zrujnowane i wyludnione wioski, opustoszałe Bieszczady, ludne kiedyś
      tereny podprzemyskie pełne zdziczałych sadów i pól zarastających
      samosiejką, setki spalonych i sprofanowanych cerkwi, trudna do
      zasypania przepaść między dwoma, żyjącymi na tym terenie narodami.
      Dziś jeszcze należy powstrzymać się z przytaczaniem nazwisk i
      dokładnym przedstawieniem niektórych faktów, bo budzi to ogromne
      emocje.
      Po podpisaniu w 1944 roku, między Polskim Komitetem Wyzwolenia
      Narodowego, a rządem Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki
      Radzieckiej, układu o ewakuacji ludności, mimo usiłowań ks. Laska –
      proboszcza krasiczyńskiego i wielu innych księży, wysiedlono do ZSRR
      ok. 280 000 ludzi. Z terenu dawnej, sprzed 1970 r, łacińskiej
      parafii krasiczyńskiej wysiedlono, jak wynika z dokumentów, 1 214
      osób z parafii śliwnickiej, 3 087 z cisowskiej i 2 508 z
      olszańskiej.
      Z kilkunastu cerkwi jakie istniały na tym terenie niekiedy ślad
      zupełnie zaginął (Śliwnica, Tarnawce, Krzeczkowa, Cisowa), niektóre
      popadły w ruinę (Chołowice, Krasice) inne, przejęte przez kościół
      rzymskokatolicki, do dziś służą temu obrządkowi (Brylińce, Mielnów,
      Olszany, Prałkowce i Korytniki).
      Lata powojenne – czas biedy, prześladowań politycznych i
      religijnych, zastraszenia, fasadowej przyjaźni polsko-radzieckiej –
      sprawiły, że ludzie bali się rozmawiać o tym nawet z własnymi
      dziećmi. Problemy jednak istniały i ujawniały się przy różnych
      okazjach: wspólne kolędowanie, msze odprawiane w byłych cerkwiach,
      wspomnienia z okazji kolędy.
      W roku 1989 mieszkańcy Śliwnicy byli wstrząśnięci licznymi
      śmiertelnymi wypadkami, jakie nawiedziły ich miejscowość. Zrodziła
      się nawet uporczywa plotka, że nie ustaną one dopóki nie powróci,
      uznawany za cudowny, obraz Matki Boskiej, który od lat czczony był w
      miejscowej cerkwi. Zaginął on w dość niejasnych okolicznościach po
      roku 1976, po śmierci dwóch samotnych kobiet, Katarzyny Jurczyszyn
      i jej ciotki Stefanii Fenik, która niegdyś służyła u księdza
      śliwnickiego.
      Po długim poszukiwaniu odnalazł się on w Legnicy w domowej kaplicy
      ówczesnego mitrata, a dzisiejszego arcybiskupa Jana Martyniaka,
      który nie oddał wprawdzie samego obrazu, ale przekazał jego kopię
      parafii w Krasiczynie w dniu święta Jordanu 1991 roku.
      Wcześniej jeszcze, w grudniu 1989 roku, mieszkańcy Śliwnicy
      postanowili wybudować, na miejscu historycznej cerkwi, kapliczkę, do
      której 15.06.1997 r. uroczyście wprowadzono kopię obrazu. Zamarły na
      kilkadziesiąt lat kult Matki Boskiej Śliwnickiej ożył. Oryginalna
      ikona Matki Boskiej Śliwnickiej znalazła miejsce w nowo wybudowanej
      cerkwi w Komańczy i od 14.10.1998 r. odbiera cześć wiernych, jako
      Matka Boża Komaniecka.
      W Śliwnicy ożywa kult maryjny. Na odprawiane nabożeństwa i msze
      wiernych zwołuje odkopany dzwon z dawnej cerkwi. Pod opieką Matki
      Bożej trwa żmudne leczenie ran zadanych przez obustronną nienawiść.

      Przed historią trudno uciec...

      Wróciła ona i do nas i to w wielu wymiarach.
      Obrządek wschodni po latach zaczął wychodzić z podziemia. W 1964
      roku prymas Stefan Wyszyński został delegatem papieskim dla obrządku
      greckokatolickiego. Powołał on ks. mitrata Hrynyka na swego
      wikariusza generalnego. W 1969 r. ks. Hrynyk powrócił do Przemyśla i
      objął obowiązki proboszcza parafii katedralnej do śmierci 31.05.1977
      r. Kolejnym wikariuszem generalnym został ks. mitrat Stefan
      Dziubina, a następnie ks. Jan Martyniak, proboszcz w Legnicy, który
      w 1989 roku został konsekrowany na biskupa. W cerkwi wznowiono
      nabożeństwa, także uroczyste i bardzo widowiskowe obchody Jordanu.
      Zachęcony przez parafian, wywodzących się i sympatyzujących z
      obrządkiem wschodnim, zacząłem w nich uczestniczyć, niekiedy wbrew
      zakazom władz kościelnych.
      Drugą płaszczyzną kontaktów było wspólne, z ks. mitratem Teodorem
      Majkowiczem i dr Stanisławem Stępniem – dyrektorem Instytutu,
      zorganizowanie obchodów 1000-lecia chrztu Rusi i Ukrainy.
      Trzecią ważną płaszczyzną wzajemnych kontaktów było organizowanie
      pomocy dla Ukrainy po otwarciu wschodniej granicy w roku 1990.
      Polskie parafie zaczęły zapraszać dzieci i młodzież na wakacje do
      Polski. Z drugiej strony parafia zaczęła pośredniczyć w
      przekazywaniu zachodniej pomocy na Ukrainę i sama organizować taką
      pomoc w Polsce.
      Efektem tych działań było nominowanie proboszcza do „Nagrody
      Pojednania”. Znalazł się w liczbie 4 nominowanych. Ostatecznie
      nagrodę z rąk papieża Jana Pawła II na lwowskim Sychowie w roku 2001
      otrzymał prof. Jerzy Kłoczowski z Lublina i prof. Iwano Wakarczuk,
      rektor lwowskiego Uniwersytetu Iwana Franki.
      "Nagroda Pojednania", której pomysł zrodził się przy okazji budowy
      Ekumenicznego Domu Pomocy Społecznej w Prałkowcach, przedstawia mak
      i bławatek, wyrastające ze wspólnego korzenia. Przyznawana jest za
      wkład w dzieło pojednania polsko-ukraińskiego. Co roku otrzymuje ją
      jeden Polak i jeden Ukrainiec.
      Kapituła powołana w 2000 roku w Rzeszowie, składała się z ludzi
      polityki, nauki i kultury z Polski i Ukrainy.
      • 12.10.07, 08:37
        tawnyroberts napisał:

        > Współżycie do II wojny układało się zgodnie. Przykładem niniejszy
        > fakt. Wiosną 1972 roku w Tarnawcach tamtejsi wierni przy budowie
        > kościoła odkopali ok. 7 000 cegieł, wypalonych jeszcze w 1912
        roku.
        > Wtedy zarówno rzymskokatolicy, należący do parafii w Krasiczynie,
        > jak i greckokatolicy z parafii w Śliwnicy, podjęli inicjatywę
        > wybudowania kościoła i cerkwi. Wspólnie wypalano cegły, sygnowane
        > bądź krzyżem łacińskim (na kościół), bądź bizantyńskim (na
        cerkiew).
        > Cegieł tych użyto do budowy kościoła w Tarnawcach.

        7000 cegieł odkopanych w roku 1972 nie można użyć do budowy
        czegokolwiek w roku 1912, chyba że istnieją podróże w czasie.
        Zakopanie takiej ilości cegieł też nie jest normalne ???
        • 12.10.07, 12:14
          Przecież pisze wyraźnie:
          "Wiosną 1972 roku w Tarnawcach tamtejsi wierni przy budowie kościoła
          odkopali ok. 7 000 cegieł, wypalonych jeszcze w 1912 roku."

          Chodzi o cegły wyprodukowane (wypalone) w 1912 r., a użyte do budowy
          kościoła (po odkopaniu) w 1972 r. Autor wspomnień nie podaje
          dlaczego zakopano cegły, stąd nie odpowiem Ci, czy było to normalne.
          • 12.10.07, 14:01
            tawnyroberts napisał:
            > dlaczego zakopano cegły, stąd nie odpowiem Ci, czy było to normalne.

            Podano przykład współpracy? żaden kanon nie podaje aby cegły do budowy kościoła
            musiały być znaczone / jaki interes miały właściciel cegielni, żeby robić dwie
            formy?/ zachodziła więc jakaś obawa, że może dojść do przekrętu, nieuczciwości/
            i zapewne właśnie tak się stało, w roku 1912 wojny jeszcze nie było/
            prawdopodobnie to właściciel cegielni zakopał ten "skarb" w tajemnicy przed
            wiernymi, którzy nie potrafili dojść do ładu między sobą/
            • 12.10.07, 14:14
              O.K., jak będę gościł w Tarnawcach, to specjalnie dla Ciebie zapytam
              o tę historię. Ale na razie daj już spokój z tymi cegłami...
              • 12.10.07, 14:31
                hmm, to znalezisko jest warte ponad 21 tys. zł, i można już z tego wybudować
                spory wiejski kościółek?
      • 29.07.08, 13:04
        Murowana kaplica w Śliwnicy wybudowana z inicjatywy ks.
        Bartmińskiego, wieloletniego proboszcza z Krasiczyna, na miejscu
        rozebranej cerkwi p.w. św. Paraskewii z 1924 r. Wewnątrz znajduje
        się kopia cudownego obrazu Matki Boskiej Śliwnickiej (oryginał
        trafił do świątyni greckokatolickiej w Komańczy i jest czczony jako
        Matka Boża Komaniecka). Obok kaplicy dzwonnica z odkopanym dzwonem z
        1924 r., pochodzącym z tutejszej cerkwi.

        fotoforum.gazeta.pl/3,0,1340344,2,1.html
        fotoforum.gazeta.pl/3,0,1340345,2,2.html

        Niestety ikony nie udało mi się sfotografować, bo kaplica była
        zamknięta.
    • 05.10.07, 11:30
      Relacje mieszkańców okolic Krasiczyna zostały nagrane i spisane z
      taśm przez proboszcza krasiczyńskiej parafii - księdza Stanisława
      Bartmińskiego. Opowiadania zostały umieszczone na stronie parafii z
      Krasiczyna pod adresem:
      www.krasiczynskaplebania.parafia.info.pl/art_images/art_19/img45.doc
      Zawierają jednak mnóstwo błędów, najczęściej literówek, dlatego
      zdecydowałem się je poprawić i umieścić na forum, oczywiście bez
      ingerencji w treść wywiadów.
      Historie moim zdaniem bardzo interesujące, bo oparte na obiektywnych
      wspomnieniach byłych i obecnych mieszkańców okolic Krasiczyna.
      Okazuje się, że utrwalone przez lata stereotypy dotyczące choćby
      powstańców z UPA, czy wzajemnych relacji pomiędzy klerem
      rzymskokatolickim, a greckokatolickim, nie są do końca prawdziwe. Na
      pewno nie w tym przypadku...
      • 05.10.07, 14:54

        W moim przekonaniu bardzo dobra idea. Z każdym bowiem dniem przemija
        pokolenie pamiętające tamte wydarzenia. Pokolenia, które przyjdą po
        nas nie wybaczą nam, że zaniedbaliśmy możliwości upamiętnienia
        wspomnien tej jeszcze żywej historii. Proponuję więc, aby znalazła
        się jakaś grupa wolontariuszy i wyruszyła w teren by zarejestrować -
        w formie wywiadów - wspomnienia jeszcze żyjących. Sam chętnie bym to
        uczynił, ale mieszkam zbyt daleko, a moje pobyty w tamtych stronach
        są bardzo sporadyczne i na dodatek krótkie.
        I tak np. w Brzeżawie, mieszkają conajmniej dwie osoby których
        pamięć nie powinna zejść razem z nimi do grobu. Chodzi mi o Mikołaja
        Mazuryka (Ukrainiec), rzeźbiarza ludowego, lutnistę i stolarza.
        Liczy już 99 lat i Józefa Duchniaka (Polak), rolnika, zesłanego na
        roboty do Niemiec, ale wrócił w latach 40-ch i także pamięta wiele
        zdarzeń m.inn. wydarzenia w Borownicy.



        > Relacje mieszkańców okolic Krasiczyna zostały nagrane i spisane z
        > taśm przez proboszcza krasiczyńskiej parafii - księdza Stanisława
        > Bartmińskiego. Opowiadania zostały umieszczone na stronie parafii
        z
        > Krasiczyna pod adresem:
        > www.krasiczynskaplebania.parafia.info.pl/art_images/art_19/img45.doc
        > Zawierają jednak mnóstwo błędów, najczęściej literówek, dlatego
        > zdecydowałem się je poprawić i umieścić na forum, oczywiście bez
        > ingerencji w treść wywiadów.
        > Historie moim zdaniem bardzo interesujące, bo oparte na
        obiektywnych
        > wspomnieniach byłych i obecnych mieszkańców okolic Krasiczyna.
        > Okazuje się, że utrwalone przez lata stereotypy dotyczące choćby
        > powstańców z UPA, czy wzajemnych relacji pomiędzy klerem
        > rzymskokatolickim, a greckokatolickim, nie są do końca prawdziwe.
        Na
        > pewno nie w tym przypadku...
        • 12.10.07, 12:41
          Trochę w nawiązaniu do wypowiedzi Besalela - ostatnio byłem
          świadkiem rozmowy, w której syn miał pretensje do rodziców, że
          niewiele dowiedział się od nich na temat prawdziwej historii działań
          polskiej i ukraińskiej partyzantki na Podkarpaciu. A więc
          stwierdzenie: "Pokolenia, które przyjdą po nas nie wybaczą nam, że
          zaniedbaliśmy możliwości upamiętnienia wspomnień tej jeszcze żywej
          historii.", jest jak najbardziej słuszne. Gdyby znalazł się ktoś z
          okolic Brzeżawy, kto chciałby porozmawiać z wymienionymi osobami
          byłoby wspaniale. Spróbuję poruszyć ten temat na kolejnym
          spotkaniu "Wrót Karpat Wschodnich" w Birczy.
          • 12.10.07, 13:00
            Czy mógłbyś założyć wątek z informacjami na ten temat ? O Wrotach
            dowiedziałem się przypadkiem wczoraj, podczas rozmowy z Ewą z
            Stowarzyszenia DMK.
            • 12.10.07, 13:23
              A Ewa wie o "Wrotach" ode mnie. Już nawet dołączyliśmy się (na razie
              jako niezrzeszona organizacja) do kilku projektów SDMK i Magurycza.
              23 września planowane jest oficjalne spotkanie założycielskie
              Lokalnej Organizacji Turystycznej "Wrota Karpat Wschodnich" w
              Birczy, z udziałem miejscowych notabli. Będą wybory władz, określony
              zostanie szczegółowy program działania itp. Gotowy jest już folder
              reklamowy, za kilka dni pojawi się wstępnie strona internetowa.
              Pracujemy na to wszystko już od kilku miesięcy, średnio raz w
              miesiącu organizowane są w GOK-u spotkania redakcyjne. Na pewno
              znasz wiele osób, które działają w komisjach. Założę ekstra wątek na
              temat działań "Wrót", ale po spotkaniu założycielskim. Na razie
              wiele spraw zmienia się jak w kalejdoskopie i nie chcę wypisywać
              rzeczy, które za chwilę okażą się nieaktualne. A więc trochę
              cierpliwości...
              • 12.10.07, 13:45
                Chyba 23 października, a nie września ?
                Ale może daj ogłoszenie na forum Birczy o spotkaniu ?
                • 12.10.07, 13:59
                  Kurczę, gdzieś umknął mi miesiąc!!! Jasne, że 23 października, ale
                  to wstępna data. Gdy tylko Ela Skrzyszowska mi ją potwierdzi, to
                  zamieszczę info na obu forach.
      • 11.10.07, 22:42
        "Jak ja chodziła do Krzywczy (Chołowice do 1990 r. należały do
        parafii Krzywcza) do kościoła, to tam tak było: ruski ksiądz i
        polski ksiądz jak przyszło Boże Ciało, procesja szła z kościoła i z
        cerkwi na połowę drogi, złączyli się i szli razem. Przed wojną, za
        tamtej Polski, nie za tej."
        Jakże podobne to do wspomnień byłych, polskich mieszkańców Podola.
        Opowieści podolan, wołyniaków i polskich mieszkańców Pogórza
        Przemyskiego zawierają jednak jeszcze jeden rozdział. W tych
        wspomnieniach został on pominięty lub niedopowiedziany.
        • 12.10.07, 04:08
          Tym brakującym rozdziałem jest informacja, że po mszy i procesji
          wrócili do domów.
        • 12.10.07, 09:35
          Tawnyroberts znalazł i przedstawił nam bardzo ciekawy materiał
          (relacje). Myślę, że gdyby tego nie zrobił, sam nie trafiłbym na to
          źródło. Przyznam, że skopiowałem sobie do archiwum całość
          przedstawionego przez Tawnyroberts materiału.

          Mat jak to Mat – brakuje mu w relacjach jeszcze jednego rozdziału,
          ale chyba nikt mu nie zabrania go dopisać. Zamiast pisać takie
          bzdety, nic niewnoszące do tematu niech siądzie zbierze źródła i
          dopisze brakujący mu rozdział. Może ktoś się czegoś dowie, może ktoś
          się do tego ustosunkuje.
          Oczywiście to już wymaga wysiłku i wiedzy.
          Niestety stali bywalcy forum bez cenzury skażeni są pewną manierą –
          pisaniem jak największej liczby postów i zachwycaniem się ilością a
          nie poziomem tekstów.

    • 05.10.07, 12:08
      Zbiorowa mogiła pomordowanych 5.III.1945 r. w czasie nieudanego
      zamachu na księdza greckokatolickiego w Olszanach:

      fotoforum.gazeta.pl/3,0,895633,2,1.html
      • 12.10.07, 08:28
        tawnyroberts napisał:

        > Zbiorowa mogiła pomordowanych 5.III.1945 r. w czasie nieudanego
        > zamachu na księdza greckokatolickiego w Olszanach:
        >
        > fotoforum.gazeta.pl/3,0,895633,2,1.html

        zdjęcie jak zdjęcie, a można wiedzieć co to był za "zamach"? jakie
        jednostki armii czerwonej tam stały, która sotnia upa siedziała po
        lasach ...
        • 12.10.07, 14:06
          • 12.10.07, 14:13
            tawnyroberts napisał:

            > Więcej na temat zamachu znajdziesz tutaj:

            miało być merytorycznie a ty mnie odsyłasz do "o mordzie w Olszanach, zebranych
            z różnych źródeł" [???]
            • 12.10.07, 14:22
              Zapytaj Mariusza, jakie to źródła.
              • 12.10.07, 14:41
                tawnyroberts napisał:

                > Zapytaj Mariusza, jakie to źródła.

                Nie będę pytał, bo to zapewne był kolega naocznego świadka który "wyjechał" do
                Kanady i dwa lata przed śmiercią przekazał opowieść swojej córce urodzonej na
                emigracji, a ta w czasie zimowych ferii w Lutowiskach opowiedziała wszystko
                swojej przyjaciółce z Krakowa, którą następnie poznał M.
      • 24.07.08, 11:40
        Osobno, chociaż "po sąsiedzku", pochowano żonę i córkę księdza
        Kopystianskiego (Eugenię i Tatianę).

        fotoforum.gazeta.pl/3,0,1327356,2,1.html

        Zatem w obydwu mogiłach pochowano dziesięć ofiar pogromu z 5 marca
        1945 r.
    • 12.10.07, 07:26
      tawnyroberts napisał:
      > Relacje mieszkańców Krasiczyna spisane z taśm magnetofonowych

      A ja mam takie nieskromne pytanie czy te relacje ktoś zweryfikował, daty,
      miejsca, ludzie ... żeby potem nie było, że tacy historycy jak np. Konieczny
      tylko mataczą albo partaczą bo nie potrafią krytycznie czytać relacji naocznych
      świadków (mieszkańców). Bardzo ciekawa opowieść, o spotkaniu dwóch procesji [!],
      czy oto w tym opowiadaniu głównie idzie, a poza tym autor nie wiele miał do
      opowiedzenia o samym Krasiczynie tylko baja o Bieszczadach, Kresach, wszystkim i
      niczym.
    • 12.10.07, 20:04
      Morderstwo na rodzinie Szuban:

      W nocy z 3 na 4 marca na wieś /Mielnów - przyp.mat120/ napadli
      Ukraińcy z sąsiednich miejscowości Olszany i Krasice. Siekierami,
      nożami i widłami w bestialski sposób zamordowali następujących
      mieszkańców wsi: Piotra Szubana /lat74/, jego żonę Marię /lat 69/,
      Stanisława Szubana /lat 39/- syna Piotra, Piotra Szubana /lat 37/-
      syna Piotra, Mieczysława Szubana /lat 13/ - wnuka Piotra i Marii.
      • 18.10.07, 14:51
        Mamy więc trzy różne daty morderstwa rodziny Szubanów: połowa lutego
        (wg księdza Bartmińskiego), w nocy z 3 na 4 marca (wg wspomnień
        zamieszczonych w "Na rubieży") i 10 marca (według P. Dańko). Dańko
        twierdzi, że zbrodni dokonał oddział UPA, jako karę (i jednocześnie
        przestrogę dla innych) za rzekome donoszenie wojsku o ruchach
        ukraińskich powstańców. Z opisu Mata wynika, że mordu dokonali
        Ukraińcy z Olszan i Krasic, ale trudno wywnioskować o kogo dokładnie
        chodzi.
        • 26.04.08, 13:40
          Przeglądając wątki Waszego forum muszę powiedzieć że brak tu wspomnień które
          opisywałyby przeżycia ukraińskich mieszkańców Pogórza. Jest ich obiektywnie
          rzecz biorąc, brak wynikających z trudności dotarcia do źródeł albo problemem z
          przepisywaniem tekstów z realu.
        • 29.07.08, 08:58
          Spacerując po cmentarzu w Śliwnicy przypadkowo trafiłem na zbiorową
          mogiłę rodziny Szubanów, zamordowanych przez UPA w 1945 r. Niestety
          na tablicy z inskrypcjami nie ma dokładnej daty śmierci, a więc
          wątpliwości nadal pozostają...

          fotoforum.gazeta.pl/3,0,1339234,2,1.html
          fotoforum.gazeta.pl/3,0,1339235,2,2.html
    • 29.07.08, 10:17
      Grzebiąc w sieci znalazłem pracę Damiana Kruka ze Śliwnicy (ucznia
      przemyskiego technikum), zgłoszoną na konkurs "Moja rodzina na
      zakrętach historii", organizowany w 2006 r. przez Stowarzyszenie
      Miłośników Historii Mówionej, Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej
      oraz „Rzeczpospolitą”. Poniżej prezentuję jej fragmenty dotyczące
      pierwszych lat po II wojnie światowej.


      *Losy mojej babci (fragment)*

      "... Wojna skończyła się co prawda w roku 1945, jednak na tych
      terenach, blisko granicy z Ukrainą nadal przebywało wiele band
      ukraińskich. W roku 1947 rozpoczęły się przesiedlenia na Zachód.
      Przesiedlali głównie ludzi z rodzin mieszanych. Ci, którzy pozostali
      na miejscu, jak rodzina mojej babci, byli często oskarżani o
      ukrywanie w swoich domach banderowców. Takie były czasy, że w dzień
      przychodziło wojsko polskie, a nocami często banderowcy chodzili po
      gospodarstwach, zabierali jedzenie, pieniądze, a także zwierzęta.
      Zabijali nawet napotkanych ludzi. Tak zginął brat mojej babci,
      Janek, który przed śmiercią otrzymał wezwanie do ambasady
      amerykańskiej, bo urodził się w Stanach. W samo Boże Ciało wracał
      przez las z lekarstwami dla chorej żony. Zawołał go, przebrany za
      polskiego żołnierza ukraiński partyzant. Nie wrócił już nigdy do
      domu, a po kilku dniach znaleziono go martwego w Sanie. Znaleziono
      też dziewczynę z Maćkowic, prawdopodobnie oboje zginęli w jednym
      czasie. Taki sam los podzieliło jeszcze wiele ludzi. W Reczpolu,
      wiosce mojej babci, zginęło sześć osób. Babcia przesiedziała w
      więzieniu razem z siostrą dziewięć miesięcy, bo wpłynął na nie
      donos, że ukrywali członków ukraińskiej partyzantki. Była to
      nieprawda, bo ukrywały polskich żołnierzy. Zostały zwolnione dopiero
      po prawie roku, gdy znaleźli się żołnierze, których przechowywały.
      Po wyjściu z więzienia w 1948 r., babcia rozpoczęła pracę w
      zakładach PGR w Mielnowie. Wtedy były to duże zakłady i zatrudniały
      wiele osób. Tam właśnie poznała dziadka i w roku 1953 wzięli ślub."


      *Losy mojego dziadka (fragment)*

      "... W 1947 roku, gdy sytuacja w kraju w miarę się unormowała i
      skończyła się wojna, zaczęły się wysiedlenia na Zachód. Dotknęły one
      wyłącznie miejscowości leżących niedaleko granicy z Rosją. Rodzina
      dziadka została wysiedlona na Śląsk. Padło na nich oskarżenie o
      pomoc bandom ukraińskim w ukrywaniu się i dawanie im jedzenia.
      Dziadek wspomina, że wojsko kazało się szybko spakować i bez słowa
      wywieźli ich do, jak się potem okazało, nieznanego im Śląska.
      Początkowo nie umieli się przystosować do tamtejszych warunków, ale
      z czasem się oswoili. Dziadek z bratem Piotrkiem zatrudnili się w
      kopalni węgla w Bytomiu, a po roku przenieśli się do kopalni w
      Rudzie Śląskiej. Dziadek mówi, że mieli ogromne szczęście, że nie
      zginęli w kopalni, bo prawie co tydzień ktoś ginął przywalony przez
      węgiel. W roku 1950 wraz z bratem postanowili wrócić w rodzinne
      strony. Na miejscu zastali ruiny i same fundamenty. Ich dom został
      zniszczony i rozkradziony, nie została nawet jedna deska. Za
      pieniądze zarobione w kopalni kupili dom w Mielnowie, w małej wsi
      koło Krasiczyna i tam zamieszkali. Brat Piotr wkrótce umarł na raka,
      drugi brat i siostra założyli własne rodziny, a dziadek mieszkał sam
      z mamą. Pracował w PGR – i tam poznał babcię, z którą wziął ślub i
      wspólnie zamieszkali w Mielnowie."


      *Wspomnienia z dzieciństwa Janiny Sawickiej (fragment)*

      "... Wojna skończyła się w roku 1945, ale sytuacja stała się jeszcze
      gorsza. W lasach wokół Przemyśla, zwłaszcza blisko granicy z
      Ukrainą, ukrywały się liczne grupy ukraińskiej partyzantki, Mówiono
      na nich „banderowcy”. Rodzina pani Janiny uniknęła wysiedlenia na
      zachód. Nie mieli gospodarstwa ani nie hodowali zwierząt, więc nie
      nachodzili ich, jak innych zamożniejszych, banderowcy. Takie wizyty
      nieraz kończyły się tragicznie.

      W sam dzień swojej I Komunii pani Janina musiała uciekać z domu, bo
      banderowcy grozili im, że zginą. Przez miesiąc mieszkali u krewnych
      w ogromnej ciasnocie. Ale wtedy ludzie chętnie sobie pomagali i
      zawsze można było liczyć na czyjąś pomocną dłoń. Raz do nich w nocy
      przyszli banderowcy i kazali szybko opuścić dom. Przenieśli się do
      domu krewnej w Mielnowie. Ale tu było dużo gorzej, daleko od drogi,
      nawet wojsko tu nie przychodziło. Zresztą droga z Przemyśla na Sanok
      była nazywana „drogą śmierci”, wojsko też nie chciało się tam
      zapuszczać. Ukrywający się w lasach partyzanci mieli przewagę,
      zresztą znali lasy. Pani Janina widziała w Mielnowie pomordowanych
      ludzi, z których wielu znała. Tragiczna była historia znanej jej
      rodziny Szubanów. Rodzina składała się z 10 osób: siedmiorga dzieci
      i rodziców. Żyli z pensji ojca pracującego w lesie. Pewnej nocy
      zabrali ojca i zabili. Pani Janina pamięta też inne wydarzenia: jak
      zastrzelili jej 18-letniego kolegę wraz z dziadkiem, dwoma wujkami,
      a postrzelona babcia zmarła po tygodniu. Albo jak przyszli na
      plebanię ukraińską w Olszanach, zabrali rodzinę księdza i
      rozstrzelali nad Sanem. Ich ciała długo tam leżały, bo nikt nie
      chciał ze strachu ich pochować. Nie tylko ich. W lasach było pewnie
      więcej trupów, nie mających własnych grobów. Gdy stryj pani Janiny
      wracał z robotnikami z lasu, napadnięto ich na Górze Olszańskiej.
      Wszyscy zginęli, przeżył tylko on i do dziś nie wie jak znalazł się
      Birczy, oddalonej o 15 km od Olszan. Był ciężko ranny.

      Z PGR-u w Mielnowie zginęli ówczesny dyrektor, sekretarka i
      księgowa. Wszystkich położyli na wozie i wywieźli do lasu. Nikt ich
      więcej nie widział. To tylko niektóre wspomnienia pani Janiny z
      pobytu w Mielnowie. Dlatego, gdy tylko mogli wrócić do opuszczonego
      przez banderowców domu w Śliwnicy bardzo się ucieszyli. Tu było
      bezpieczniej, bo ludzie w Krasiczynie utworzyli oddział samoobrony,
      takiej pomocniczej policji. Pani Janina, chociaż miała dopiero 17
      lat, znalazła pracę przy pasieniu krów. Pracowała tak pół roku. Na
      noc, z krowami, chroniła się na placu w krasiczyńskim zamku, bo tu
      ludzie czuli się bezpieczni. Czasem nocowała na strychu swego domu,
      ale to było ryzykowne, bo nocami przychodzili i zabierali bydło i
      żywność.

      Pani Janina wspomina tragedię, jaką przeżyło wiele rodzin z
      Krasiczyna. Gdy z Tarnawiec przyszła wiadomość, że są tam
      koniokrady, kilku polskich partyzantów tam poszło. W zasadzce w
      lesie wszyscy zginęli, uratował się tylko jeden człowiek. Opowiadał
      jak ich torturowali. Jeszcze wcześniej odcięli telefon i obstawili
      drogę na Przemyśl, tak, że nikt nie mógł dostać się do Krasiczyna.

      Wkrótce na tereny przygraniczne Krasiczyna wkroczyły liczne oddziały
      wojska, zapewniły spokój i oczyściły las z wrogo nastawionej
      partyzantki."


      Całość wspomnień znajduje się pod linkiem:

      psi.dreamhosters.com/krasiczynskaplebania/art_images/art_116/img760.doc
    • 24.07.10, 20:09
      13 września 1939 r. około południa do Krasiczyna przybył z Przemyśla
      gen.Kazimierz Sosnkowski, dowódca Frontu Południowego. Spotkał się on z gen.
      Kazimierzem Łukomskim dowódcą odcinka "Słowacja" armii "Karpaty".Zameldował się
      także u generała mjr Edmund Różycki szef sztabu 24 DP. Miała się odbyć po
      południu odprawa wyższych dowódców ale nadeszły meldunki, że siły niemieckie
      obeszły stanowiska polskie. Dlatego została ona odwołana a gen. Sosnkowski ,
      który nie spał od 48 godzin położył się na łóżko i zasnął.Wkrótce został jednak
      obudzony ponieważ Niemcy pojawili się na lewym brzegu Sanu i od strony
      Śliwnicy.Osłony żadnej generałowie nie posiadali więc trzeba było wiać...
      Czy Ktoś wie gdzie była kwatera generała? Na zamku Sapiehów?
      • 25.07.10, 19:05
        Gen.Kazimierz ŁUKOSKI - poprawne nazwisko
        • 17.09.10, 19:34

          Kazimierz Orlik-Łukoski

          generał brygady generał brygady
          Data i miejsce urodzenia 13 września 1890
          Sokół (powiat garwoliński), Imperium Rosyjskie
          Data i miejsce śmierci kwiecień 1940
          Charków, Związek Radziecki ZSRR
          Przebieg służby
          Lata służby 1914 (Legiony Polskie), 1919 (Wojsko Polskie)
          Stanowiska dowódca: 6 Pułku Strzelców Polskich, piechoty dywizyjnej 12 Dywizji Piechoty, 11 Karpackiej Dywizji Piechoty
          Główne wojny i bitwy wojna polsko-bolszewicka,
          II wojna światowa
          Odznaczenia
          Znak oficerski "Parasol"
          Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski Krzyż Niepodległości Krzyż Walecznych (czterokrotnie) Złoty Krzyż Zasługi Złoty Krzyż Zasługi (po raz drugi) Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Korony Rumunii

          Kazimierz Łukoski, ps. Orlik (ur. 13 września 1890 we wsi Sokół w powiecie garwolińskim, zamordowany w kwietniu 1940 w Charkowie) - generał brygady Wojska Polskiego.
          Był synem Ignacego i Władysławy z Kwasiborskich. Żonaty z Ireną Jung. Miał dwóch synów: Andrzeja (dowódca 1. kompanii "Maciek" batalionu "Zośka" Armii Krajowej), który poległ 18 sierpnia 1944 podczas powstania warszawskiego i Jerzego.
          W latach 1914–17 służył w Legionach Polskich. 3 czerwca 1917 przydzielony został do Inspekcji Wyszkolenia Polskiej Siły Zbrojnej na stanowisko adiutanta gen. Feliksa Bartha. W latach 1917–18 m.in. w Polskim Korpusie Posiłkowym, następnie w II Korpusie Polskim w Rosji. Był dowódcą 6 Pułku Strzelców Polskich w Armii Polskiej we Francji, który 1 września 1919 po powrocie do kraju i zjednoczeniu z Wojskiem Polskim, przemianowany został na 48 Pułk Strzelców Kresowych.
          48 Pułkiem Strzelców Kresowych dowodził do 25 sierpnia 1920, a następnie objął dowództwo XXI Brygady Piechoty. Przejściowo dowodził również XXII Brygadą Piechoty. W październiku 1921 wyznaczony został na stanowisko dowódcy piechoty dywizyjnej 12 Dywizji Piechoty w Tarnopolu. W sierpniu 1925 przeniesiony został na identyczne stanowisko w 15 Dywizji Piechoty w Bydgoszczy. W marcu 1927 został dowódcą 11 Karpackiej Dywizji Piechoty w Stanisławowie.
          1 stycznia 1928 Prezydent RP, Ignacy Mościcki awansował go na generała brygady ze starszeństwem z dnia 1 stycznia 1928 i 4 lokatą w korpusie generałów .
          W kampanii wrześniowej 1939 dowodził Grupą Operacyjną "Jasło" (przemianowaną na Grupę Operacyjną "Południową").
          We wrześniu 1939 został zatrzymany przez NKWD i uwięziony w obozie w Starobielsku, a następnie zamordowany w Charkowie (Zbrodnia katyńska).
          Postanowieniem nr 112-48-07 Prezydenta RP Lecha Aleksandra Kaczyńskiego z dnia 5 października 2007 został mianowany pośmiertnie do stopnia generała dywizji. Awans został ogłoszony 9 listopada 2007 w Warszawie, w trakcie uroczystości "Katyń Pamiętamy – Uczcijmy Pamięć Bohaterów".

          Może znalazłoby się miejsce w parku krasiczyńskim na dąb katyński dla Pana Generała.
    • 14.09.12, 14:47
      Warto nadmienić, że wielokrotnie wzmiankowany w tym wątku ks. Stanisław Bartmiński - dziś już emerytowany proboszcz krasiczyńskiej parafii, jest również autorem dwóch opasłych tomów zatytułowanych: "Krasiczyn: dzieje parafii i społeczności". Książki zostały wydane w 2010 r. przez Agencję Reklamowo-Wydawniczą JM i liczą sobie odpowiednio 440 i 516 stron. Nie muszę chyba dodawać, że dla miłośników historii Krasiczyna i Pogórza Przemyskiego lektura tych pozycji to prawdziwa uczta!
    • 16.07.13, 13:54
      Paweł Dańko - autor lwiej części wspomnień zarejestrowanych przez księdza Bartmińskiego, zmarł na początku 2008 r., a więc kilka miesięcy po założeniu tego wątku. Na jego nagrobek natrafiłem w czerwcu 2012 r., przy okazji wizyty na cmentarzu w Mielnowie.

      fotoforum.gazeta.pl/zdjecie/3466802,2,1,Pawel-Danko.html
      fotoforum.gazeta.pl/zdjecie/3466803,2,2,Pawel-Danko.html
  • Powiadamiaj o nowych wpisach

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.