Dodaj do ulubionych

Złote lata familoków

31.05.09, 22:05
zamknięty
Złote lata familoków

Nikiszowiec - zabytkowe stuletnie górnicze miasteczko w Katowicach to unikat w
skali światowej. O tym, jak drzewiej tu bywało i dlaczego ludzie lubią to
miejsce pisze Marcin Zasada

Złote lata familoków

Pamiętam jak Kutz kręcił tu swoje filmy. Kiedyś przyszedł do nas ktoś z jego
ekipy pożyczyć od mamy haftowaną sukienkę i korale. Cały Nikisz wiedział
wtedy, że nikt w okolicy nie haftuje tak dobrze jak mama. Mama pożyczyła ale
korale oddali zepsute, a ubrania poplamione. Ale nie żałowało się, bo chociaż
film wyszedł ładny - mówi Teresa Świtała, wspominając jedną z wielu swoich
historii o Nikiszowcu. Mama kiwa głową i uśmiecha się na widok serwetki z
wyszywanymi kwiatkami. Tych opowieści jest więcej niż okien w czerwonych
ramach. I lat tych, którzy pamiętają jak na Nikiszu było tak, że sąsiad
sąsiada znał jak brata.

ŚWIATOWY UNIKAT

Nikiszowiec to zabytkowe, stuletnie górnicze "miasteczko". Unikatowa w skali
światowej i najbardziej niezwykła dzielnica Katowic. Została wybudowana w
latach 1908-1919 przez spółkę górniczą Georg von Giesche's Erben jako osiedle
robotnicze przy kopalni Giesche. Jego projektantami byli twórcy sąsiedniego
Giszowca Emil i Georg Zillmanowie. Obecnie Nikiszowiec obchodzi swoje 100
lecie, nie jest już tylko osiedlem typowo robotniczym i powoli wkracza w nowy
etap swojego istnienia.
Gertruda Hornik mieszka tuż obok rynku, jak potocznie nazywa się plac
Wyzwolenia. Nie ma tu drugiej takiej Nikiszowianki. Pani Gertruda w
listopadzie skończy 96 lat. Wszystkie 96 lat spędziła na Nikiszu. Od
zabytkowej dzielnicy ulokowanej na terenie obszaru dworskiego Gieschewlad jest
tylko pięć lat młodsza. Tu doczekała się dwóch synów, czwórki wnuków i szóstki
prawnucząt. Przeżyła siódemkę rodzeństwa i męża, który w kopalni "Wieczorek"
pracował jako cieśla.
- Jerzy pochodził z Szopienic. Zapoznaliśmy się w trzydziestym drugim. Od
trzydziestego szóstego zaczęliśmy "chodzić" a w czterdziestym pierwszym ślub.
Jerzy zakochany był a jaki zazdrosny! Nigdzie mnie nie puszczał. Tylko jak
dziś patrzę jak ludzie się całują na ulicy, to mi się przypomina, że mnie mój
nigdy tak nie pocałował. Ale wtedy to by była sensacja na cały Nikisz -
opowiada energiczna 96 latka, pokazując swoje ślubne zdjęcie wykonane u
Niesporkam którego potomkowie do dziś prowadzą tu studio fotograficzne. Pani
Gertruda przy stole w salonie standardowego, dwupokojowego mieszkania w
familoku wspomina powodzenie, jakie miała u mężczyzn jeszcze długo po tym jak
wyszła za mąż.

FILMY BY KRĘCIĆ

Pani Gertruda znakomicie pamięta budowę kościoła pw.św. Anny. Jako
dziesięciolatka, wchodziła na wieżę niedokończonej świątyni, której ukończenie
powstrzymał wybuch pierwszej wojny światowej. Dziś okazały kościół ogląda z okna.
- Wchodziłam z koleżanką do góry. Inne dzieci też. Dopóki jakiś chłopak nie
spadł i się nie zabił. A jak miałam czternaście, to widziałam jak święcili
kościół - przypomina, licząc ile to lat minęło. - Ech..Dziś już nie wychodzę z
domu. Doktor mówi, że zdrowie mam jak nastolatka, ale gdzie ja pod kryką będę
łazić...
Barbara Waluś, siostra pani Teresy mówi o sobie, że jest lokalną patriotką. W
Nikiszowcu mieszka od ponad pół wieku. I chwali się, że to w mieszkaniu jej
rodziców powstało pierwsze kino. Kino w mieszkaniu?
- Jak były święta, to z bratem i siostrą pisaliśmy listy do dzieciątka. Rzadko
dostawało się to co się chciało, ale raz rodzice zrobili nam prezent
niesłychany - kupili projektor na slajdy i dwie bajki do wyświetlania. Tu mama
rozwieszała białą płachtę a tu siadaliśmy z innymi dzieciakami i oglądaliśmy -
opowiada pani Barbara, wskazując palcem na dużą kuchnię. - Z czasem dwie
bajki, puszczane na okrągło się nam znudziły, więc brat wpadł na pomysł skąd
wziąć pieniądze na nowe slajdy. Wymyślił, żeby od innych dzieci zbierać drobne
za występ! Tak powstało nasze kino.
Pani Barbara wyciąga albumy ze starymi fotografiami i dokumenty, które ocalały
po ojcu i dziadku. Ojciec Hubert Gondzik, życiorys miał taki, że film można
było nakręcić. Po wybuchu wojny trafił do niemieckiego wojska. Wytrzymał
cztery dni i...wrócił do domu.
- Tata opowiadał później, że trzydziestu ich wtedy z wojska uciekło. Jak
dziadek go zobaczył, jęknął tylko "Hubert! Czyś ty zgłupiał?! Nas tu
wszystkich wystrzelają" Następnego dnia poszedł z nim i całą rodziną do
jednostki, udając że idzie odwiedzić syna i nic nie wie o żadnej ucieczce. Tak
ojciec dostał się do koszarów i tylko dzięki temu uniknął kary - pani Barbara
opowiada wspomnienia ojca. - W czterdziestym piątym ojciec był już w Egipcie z
armią generała Andersa, do której dostał się po niewoli amerykańskiej. A jak
po wojnie był we Francji to wygrywał duże pieniądze w karty i kochała się w
nim niejaka Gina. Tata opowiadał czasem jak czule szeptała do niego:
"Umberto". Ja na to żartem; "Tata, a rodzeństwa jakiegoś we Francji nie mamy?"
A on dalej niezrażony: "Brata swojego tam spotkałem i on mnie namówił aby
wracać do domu" Mówiłam mu, Tata ty będziesz gadał a my będziemy wszystko
spisywać. Odpowiadał, że przyjdzie na to czas, aż w końcu czasu zabrakło.

CHLEWIKÓW JUŻ NIE MA

Gdy w 1977 roku biskup Herbert Bednorz przyjechał do Nikiszowca poświęcić
dzwony, Hubert Gondzik wymyślił jak te dzwony zawiescić. Znał się na tym, bo
po wojnie pracował przy maszynie wyciągowej w koplani Wieczorek. Z gorolami
węglem handlował i wymieniał na jedzenie. Do lat siedemdziesiątych w
podwórkach familoków stały chlewiki. Bywało, że pan Hubert chował w nich
cztery wieprzku, 80 królików a do tego gęsi, kaczki.
- Raz nawet barana dostaliśmy. Jeno oko miał. Ojciec był niesamowicie zaradny
- podkreśla pani Barbara - Jak chlewiki rozbierali to ojciec protesty pisał.
Ale nawet odpowiedzi nie dostał. Dziś po tych starych podwórzach nie ma nawet
śladu. Dużo się zmieniło na Nikiszowcu. Z żoną Hubert poznał się przez swoją
siostrę. Pani Hildegarda na jedną z pierwszych randek przyszła z koleżanką, na
co przyszły mąż powiedział że zaprasza ją do kawiarni ale na płacenie za
przyjaciółkę już go nie stać.
- Pamiętam jak dostaliśmy swoje mieszkanie na Nikiszu. Swoje i miejsca było
dość. A dookoła wszystko co potrzebne do życia. Po chleb do piekarza, bo do
dziś najlepszy tu wypiekają. Obok mięsny u rybny, fryzjer i krawiecki. A na
rogu tapicer Ociepka miał swój sklep. Zawsze jakiś obraz stawiał na wystawie -
wylicza Pani Hildegarda, przywołując słynnego później malarza Teofila Ociepkę,
którego płótna sięgają dziś kilkunastu tysięcy złotych. Matylda Gondzik była
żoną brata Huberta Gondzika. Gdy 45 lat temu przeprowadziła się na Nikisz była
zawiedziona,
- Z okna do okna się sąsiadowi patrzyło, a do tego taki bród z kominów - mówi
79 letnia Nikiszowianka - Ale z czasem okazało się, że ludzie są tu serdeczni,
a okna na Nikiszu najczystsze na całym Śląsku. Najczystsze, bo prawie
codziennie trzeba je było umyć.

WIELKI SENTYMENT

Pani Matyldzie brakuje Balkanu, kolejki która kiedyś była wizytówką tej
dzielnicy. Przed wojną bezpłatnie woziła pracowników kopalni Giesche z osiedla
Giszowiec a przy okazji korzystała z niej miejscowa ludność. Dziś po Balkanie
pozostały tylko dwa wagony ustawione na pamiątkę obok szybu "Pułaski"
- Kolejka była tak punktualna, żę można było zegarek nastawiać. Dziś
niejednemu by się przydała po to żeby się punktualności nauczyć - mówi pani
Matylda. Mówi , że z Nikiszowcem łączy ją tylko to co większość rdzennych
mieszkańców tego miejsca - wielki sentyment - Gdyby jeszcze tylko chłopcy
hasioków nie podpalali... I żeby dalo się wyjść z domu wieczorem - wzdycha. A
Barbara Waluś żartuje, że nawet pomimo tych płonących hasioków ciężko by było
jej przeprowadzić się gdzie indziej.
- Kiedyś nawet się zastanawiałam - mówi - i mąż mnie opieprzył - Gdzie póda?
Do betonioków?

Dziennik Zachodni
--
Madohora
--
Nikiszowiec

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka