A ja tez czytałam ten komentarz. Zrobił on na mnie
duze wrazenie. Nawet wkleilam go sobie do mojego " prywatnego archiwum". Autor
przedstawia swe racje bardzo logicznie. Zresztą ocencie sami:
NAJPIERW POLSKA POTEM UKRAINA IP: *.vic.bigpond.net.au
Przeczytaj komentowany artykuł »
Gość: Marian Kałuski 28.01.2005 23:54 + odpowiedz
Porozmawiajmy szczerze o Ukrainie,
czyli o nową politykę polską wobec Ukrainy
W latach 1989-90 naród polski obalił władzę komunistyczną w Polsce. Już w
roku następnym upadł sam Związek Sowiecki. W następstwie tego upadku wszystkie
republiki sowieckie uzyskały niepodległość; pełną Litwa, Łotwa, Estonia, a
reszta tzw. niepodległość. W tej reszcie była również Ukraina.
Siedemdziesiąt lat komunizmu na Ukrainie sprawiło, że Ukraińcy nie tylko że
nie mają zielonego pojęcia co to jest demokracja i jak ją realizować, ale także
nie potrafili stanąć na własnych nogach po jego upadku (np. zamiast rozwiązać
kołchozy i utworzyć indywidualne gospodarstw rolne – większość wybrała
kołchozy!). Władzę przejęła postkomunistyczna oligarchia, powiązana z wielkim
biznesem. Natomiast w sferze polityki zagranicznej Ukraina ciągle należała do
rosyjskiej strefy wpływów. Tym bardziej, że na Ukrainie mieszka 10 milionów
Rosjan, a 20 mln innych jej mieszkańców, oczywiście w większości sami Ukraińcy,
mówi na co dzień po rosyjsku, a większość ludzi wyznających prawosławie (90%
ogółu ludności) nie należy do Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej, a tylko do
Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej.
Unia Europejska i Stany Zjednoczone Ameryki, a szczególnie to drugie
państwo, akceptowały taki status polityczny Ukrainy dopóki Rosją rządził słaby
jako polityk, schorowany i uzależniony od alkoholu prezydent Borys Jelcyn.
Ameryka, po upadku Związku Sowieckiego i staczaniu się Rosji do zupełnego
upadku, stała się jedynym supermocarstwem na świecie i nikt wówczas nie
zagrażał amerykańskiej supremacji.
Sytuacja ulega zmianie, od kiedy pięć lat temu prezydentem Rosji został
Wołodymir Putin, były agent KGB, człowiek młody, zdrowy i pełen ambicji
osobistych i z wizją odbudowy potęgi Rosji. Krajem rządzi po „imperatorsku”,
uparcie dążąc do przywrócenia Rosji statusu supermocarstwa. Do tego potrzebna
jest mu nie tylko modernizacja armii i broni, ale także polityczna odbudowa
powiązań Rosji z jej byłymi republikami. W tym wypadku oczywiście na czoło
wysuwało się całkowite podporządkowanie sobie Ukrainy. Zapewnić to miały
Putinowi wybory prezydenckie na Ukrainie na jesieni 2004 roku. Szczególnie, że
władza prezydencka na Ukrainie była do grudnia ub. r. również równa władzy
imperatorskiej.
Kandydatem Rosji na urząd prezydenta Ukrainy został pochodzący z jej
wschodniej – rosyjskojęzycznej części kraju dotychczasowy premier Wiktor
Janukowycz. Kandydatem odradzającego się nacjonalizmu ukraińskiego był Wiktor
Juszczenko. Z pomocą wypróbowanych wzorców z lat komunistycznych, drugą turę
wyborów „wygrał” 21 listopada 2004 roku Janukowycz i prez. Putin natychmiast
pogratulował mu zwycięstwa.
Tymczasem stała się rzecz, której wielu Ukraińców i świat z Rosja na czele
(poza Białym Domem) się nie spodziewał. Wybuchła w Kijowie, a następnie w
innych miastach zachodniej i środkowej (ukraińsko-nacjonalistycznej) Ukrainy
tzw. „Pomarańczowa rewolucja”. Setki tysięcy demonstrantów w samym tylko
Kijowie w dzień, w dzień domagało się unieważnienia sfałszowanych wyborów. W
sytuacji bardzo napiętej, grożącej wielkim rozlewem krwi, 3 grudnia Sąd
Najwyższy unieważnił wyniki drugiej tury wyborów i zarządził ich powtórkę na 26
grudnia. Do tego dnia Ukraina kipiała. Nie tylko na zachodzie (strefa wpływów
Juszczenki) ale i na wschodzie (obóz projanukowiczowski). Prorosyjski wschód
groził nawet oderwaniem się od reszty Ukrainy.
Dopiero 11 stycznia br. Komisja Wyborcza ogłosiła wyniki wyborów: 51,99%
głosów padło na Wiktora Juszczenkę i 44,2% na Janukowycza. Prezydentem Ukrainy
został Wiktor Juszczenko, który 23 stycznia został uroczyście zaprzysiężony.
Według „Encyklopedii Brytannica. Rocznik 2004” Ukraina jest najbiedniejszym
krajem w Europie; dochód narodowy na jednego mieszkańca w 2001 r. wyniósł
zaledwie 720 dolarów, podczas gdy np. w biednej Albanii 1370 dolarów, w
zniszczonej wojną domową Bośni i Hercegowinie1240 dolarów, w Polsce 4230
dolarów, a np. w Niemczech 23 560 dolarów.
Juszczenko tymczasem podczas „Pomarańczowej rewolucji” obiecywał
Ukraińcom „złote góry”, czyli demokrację i dobrobyt oraz wejście Ukrainy do
Unii Europejskiej.
Tymczasem prawda jest taka, że Juszczenko nie da Ukraińcom ani demokracji
(będą najwyżej jej pozory, co i tak będzie postępem, ale za małym, aby
usatysfakcjonować marzenia narodu ukraińskiego w tej dziedzinie), nie zbuduje
bogatej Ukrainy (nawet jak będzie prezydentem przez dwie kadencje), ani nie
wprowadzi Ukrainy do Unii Europejskiej.
Tylko czekać jak Ukraińcy rozczarują się do Juszczenki, tak jak Polacy
rozczarowali się do Wałęsy i rządów postsolidarnościowych. Że rozczarują się,
to już o tym ćwierkają ptaszki. Były polski ambasador w Rosji Stanisław Ciosek
ocenia, że zaprzysiężenie Wiktora Juszczenki było wielkim świętem, ale teraz
najważniejsze jest to, jak Ukraińcy poradzą sobie z codziennością. Z kolei
Marek Siwiec, polski eurodeputowany SLD, zauważył, że „Ukraińcom nikt jeszcze
uczciwie nie powiedział: Zaciskajcie pasa, szykujcie się na to, że trzeba
oszczędzać, pracować”. I dodał: „Dzisiaj mówiono głównie o światełku w końcu
tunelu. Natomiast nie mówiono o tym, jak długi jest ten tunel, jaki wąski, i że
czasami trzeba go na czworakach pokonywać. Dlatego bardzo dużo zależy od
codziennej, organicznej pracy...”. Pytany, czy Ukraińcy mają świadomość tego
jaki jest ten tunel, odparł: „Zdecydowanie nie, nikt im tego nie powiedział
jeszcze uczciwie. Nikt dzisiaj nie mówi Ukraińcom na ulicach Kijowa, że (...)
będzie ich to dużo kosztowało” („Nikt nie powiedział Ukraińcom, że będzie
trudno PAP 23.1.2005).
Gospodarka Ukrainy jest nie tylko ściśle powiązana z gospodarką Rosji, ale
także w sposób naturalny uzależniona może nawet po wsze czasy od rosyjskich
kupców. Ukraina produkuje olbrzymie ilości pszenicy i cukru na eksport. Unia
Europejska ma już nadwyżki i jednego i drugiego (stąd kłopoty z polskim cukrem
w UE). Natomiast Rosja ma zawsze i chyba już chroniczny niedobór pszenicy i
cukru. Ukraina wydobywa duże ilości rudy żelaza i węgla kamiennego. Tego też
nikt nie chce w Unii Europejskiej, szczególnie lichej już rudy krzyworoskiej.
No a maszyn i broni, które potrzebował Związek Sowiecki, także nikt nie chce,
ze względu na ich gorszą jakość.
Dlatego nie wchodzi w grę przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej, tym
bardziej, że to kraj wielki i ludny (48 mln ludności). Przyjęcie Ukrainy do
Unii Europejskiej jeszcze szybciej rozwaliłoby ją niż przyjęcie Turcji! „Nic
się nie zmieniło - mówimy o bliższej współpracy z Ukrainą, a nie o jej
przyjęciu do Unii Europejskiej” - tak odpowiedziała Komisja Europejska na
wypowiedź Wiktora Juszczenki o tym, że wprowadzi Ukrainę do Unii Europejskiej
(„Wirtualna Polska” 24.1.2005). Ta bliższa współpraca najprawdopodobniej
ograniczy się jedynie do mało znaczących gestów. Zachodnia Europa w ogóle nie
zna Ukrainy i nie chce jej znać! Wolały by nie mieć z nią nic do czynienia.
Widzieliśmy bardzo dobrze jak zachowywały się podczas „Pomarańczowej rewolucji”
władze Unii Europejskiej, czy raczej pociągający w niej za sznurek politycy
zachodnioeuropejscy, którzy są wyraźnie prorosyjscy i wolą stawiać na Rosję niż
na jakąś tam Ukrainę, która chce uniezależnienia od Moskwy. I to – o zgrozo! -
na koszt Unii Europejskiej.
Szczególnie Francja i Niemcy byli i są zaślepionymi rusofilami.
Tak więc Ukraina jest skazana na bycie