Dodaj do ulubionych

Wyzwalanie Kurdystanu

30.03.03, 18:09
Kurdowie witają wyzwolicieli


Robert Stefanicki, Harir w północnym Iraku 30-03-2003, ostatnia aktualizacja
30-03-2003 17:43

Do północnego Iraku przybywają nowe transporty żołnierzy USA, broni i
militarnego wyposażenia. Kurdowie witają ich z radością

Gdyby nie stojący pośród pól pszenicy i pasących się owiec czarny helikopter,
lotnisko Harir można by łatwo przeoczyć. Najdłuższy pas startowy w irackim
Kurdystanie harmonijnie wtapia się w krajobraz.

Mundury nie na góry

Lądowisko zbudowane 20 lat temu przez irackie wojsko służyło kampanii czystek
etnicznych na Kurdach. Po pierwszej wojnie w Zatoce siły Saddama Husajna
wycofały się z trzech kurdyjskich prowincji na północy Iraku; Kurdystan
został wówczas objęty strefą zakazu lotów patrolowaną przez amerykańskie i
brytyjskie samoloty startujące z Turcji. Lądowisko w Harir (zwane również
Baszur) zarastało trawą. Dopiero niedawno, gdy Amerykanie poprosili Kurdów o
przygotowanie kilku pasów, na których miały lądować ich wojskowe samoloty
transportowe, Harir doczekał się drugiej młodości.

W nocy ze środy na czwartek wylądował tu pierwszy znaczący kontyngent
amerykańskich wojsk - tysiąc spadochroniarzy ze 173. Brygady Powietrzno-
Desantowej. Zaraz mają do nich dołączyć w podobnej liczbie żołnierze 10.
Dywizji Górskiej obecnej w Afganistanie, a także policja wojskowa; przybywa
artyleria i środki transportu. Szczegółów - ze zrozumiałych względów - nikt
nie chce zdradzać. Kurdyjski dowódca odmawia rozmowy. Jeden z Amerykanów na
posterunku przy wjeździe do miasteczka Harir najwyraźniej dostrzega w moich
oczach pragnienie samobójczego zamachu, bo najpierw pod lufą karabinu każe
cofnąć się o kilka metrów, po chwili jednak udziela najkrótszego w życiu
wywiadu:

- Jak ci się podoba Kurdystan?

- To piękny kraj.

Wystarczy stanąć przy głównej drodze, by zobaczyć część sprzętu, jakim
dysponują Amerykanie w Kurdystanie - co kilka minut przejeżdżają potężne
pojazdy terenowe z zamontowanym karabinem maszynowym, małe spychacze oraz
ciężarówki wyładowane żołnierzami, którzy w niczym nie przypominają wojaków
armii kurdyjskiej. Ich piaskowe mundury na tle zielonych wzgórz i białych
szczytów w oddali wyglądają odrobinę dziwacznie - można wątpić, czy ci akurat
żołnierze będą mieli okazję wykazać się na irackiej pustyni.

Z Francuzem nie gadamy

Większość Amerykanów przeniosła się z Harir do bazy położonej dalej na
północy, w miejscu mniej narażonym na wzrok ciekawskich niż położone przy
szosie lądowisko. Tu zostało ich najwyżej kilkudziesięciu. Na zboczu
zbudowali minifort z gniazdem karabinu maszynowego i dobrym widokiem. W
sobotę koło lądowiska stawał trzeci namiot, poza tym nie działo się nic.

W żadnym razie nie jest to terytorium wroga. Po czyjej stronie leży sympatia
Kurdów przez lata mordowanych i gnębionych przez reżim w Bagdadzie można się
przekonać choćby na rynku mięsnym w Harir. - Z Francuzem nie będziemy gadać -
informuje na wstępie Ramazan Chader pośród mdłego zapachu dyndających tusz
baranich i potakiwań tłumu, który na widok obcego zbiera się w mgnieniu oka.
Wyjaśniam, że polski rząd jest po stronie USA i że do Iraku wysłaliśmy nawet
trochę swoich żołnierzy. - Kochamy każdy kraj, który wspiera Amerykę, kochamy
Amerykę - mówi Chader. - Saddama trzeba obalić, tak będzie lepiej dla Kurdów
i lepiej dla świata. Jesteśmy pewni, że wkrótce to się uda.

Za miastem dostrzegam skupisko lepianek i namiotów przyklejonych na zboczu
pod skalnym urwiskiem. To nomadzi z plemienia Surczi, pasterze owiec i kóz.
Razak Szakir Nomad, 60-latek w czarno białym turbanie wylewnym gestem
zaprasza na herbatę. - Saddam powinien być sądzony, jak każdy kryminalista -
mówi pasterz, a jego głos miesza się z płaczem koźlęcia szukającego mamy.
Tak, słyszał o lądowaniu Amerykanów i je popiera. Nie, jego plemię nie
ucierpiało z rąk irackiego dyktatora.

W Kurdystanie, gdzie pod koniec lat 80. zginęło co najmniej sto tysięcy
ludzi, trudno znaleźć kogoś bez osobistej urazy do Saddama Husajna. Również
po raz pierwszy spotykam Kurda, który twierdzi, że jest szczęśliwy. - Mamy
swoje zwierzęta, mamy słońce i powietrze. Nic więcej nam nie trzeba - mówi.
Nomadzi nie potrafią czytać, nie mają telewizora, ale słuchają wiadomości w
radio. Wojna wydaje im się jakąś bardzo odległą sprawą. Za kilka tygodni, gdy
zrobi się gorąco, zabiorą swój inwentarz dalej i wyżej w góry. Bez względu na
to, co się będzie działo w Bagdadzie.

Kurdyjscy talibowie rozbici

Nie jest jasne, jakie plany mają Amerykanie na północy Iraku. Początkowo
zakładano, że powstanie tu drugi front - jak 150 tys. żołnierzy koalicji
wkroczyło do Iraku z Kuwejtu, tak 62 tys. miało wejść przez Turcję i
Kurdystan iracki. Jednak Turcy odmówili zgody na ich lądowanie. Teraz, według
przecieków, do północnego Iraku ma dotrzeć jedynie 5-6 tys. Amerykanów.
Połączą oni swe siły z peszmergami, kurdyjskimi żołnierzami, ale i tak będzie
ich raczej za mało, by przystąpić do szerokiej ofensywy oraz szturmować
ufortyfikowany Mosul i Kirkuk. Pozostaje czekanie i reagowanie na rozwój
wydarzeń.

Kurdowie mogą się już pochwalić pierwszymi sukcesami na froncie, choć są one
raczej symboliczne. Irakijczycy, zgodnie ze strategią skupiania się na
obronie miast, opuścili graniczne posterunki i przenieśli się bliżej Kirkuku,
co pozwoliło peszmergom zająć ich pozycje. Wymarzony Kirkuk mają teraz w
zasięgu wzroku. Gdyby jednak dowódcy Saddama zmienili zdanie i postanowili
wrócić, słabo uzbrojeni Kurdowie nie będą w stanie ich powstrzymać.

Z kolei przy granicy z Iranem oddziały kurdyjskie przy pomocy około stu
członków sił specjalnych USA w ciągu kilkunastu godzin zajęły 16 wiosek
kontrolowanych przez fundamentalistów z grupy Ansar al Islam, która oskarżana
jest o związki z al Kaidą i zwana kurdyjskimi talibami. Ansar ma na sumieniu
kilka ataków terrorystycznych w Kurdystanie. W błyskawicznej ofensywie
pomogły punktowe uderzenia z powietrza sterowane kamerą zamontowaną na
samolocie bezzałogowym, która śledziła ruchy wroga. W walkach poległo trzech
żołnierzy kurdyjskich, nie ucierpiał żaden Amerykanin. Zginęło ok. 120
członków Ansar, co oznacza, że pięciuset pozostałych zdołało ukryć się w
górach. Zniszczono infrastrukturę grupy, jednak zbyt wielu brodatych
wojowników islamu pozostało przy życiu, by można było o ich istnieniu
zapomnieć.
Edytor zaawansowany

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka