Dodaj do ulubionych

Próżna 7

11.09.07, 04:20
W 1942r rodzice zamieszkali przy ul.Próżnej 8 m 5.Budynek ten legł w
gruzach w czasie powstania.Po powstaniu ojciec poszedł do stalagu
a mama i ja zostaliśmy wysiedleni do Dobiesławic pow.Kazimierza
Wielka.Do Warszawy wróciliśmy 19 lutego 1945r.Mama wówczas była w
bardzo zaawansowanej ciąży.Z domu Próżna 8 ocalały resztki parteru
w którym działał sklep warzywno spożywczy.Gdy staliśmy przed tym
sklepem podszedł do mamy znajomy Żyd który powiedział że ma dobre
mieszkanie na ul.Grochowskiej i dlatego udostępni nam swoją
garsonierę przy ul. Próżnej 7 mieszkania numer nie bardzo pamiętam
ale był to nr 18 albo 32.Ta garsoniera to był maleńki pokoik około
10 m2 i znajdował się na piątym piętrze tuż przy schodach kuchennych
/wejście od podwórza/ Ubikacja i zlew były na korytarzu.W kwietniu
1945r urodził się mój brat a w sierpniu 1946r wrócił ojciec z niewoli
W latach 1945-47 chodziłem do przedszkola przy kościele Wszystkich
Świętych.W 1949r poszedłem do szkoły która mieściła się w ogrodzie
saskim.Był to murowany barak i mieścił szkoły nrnr 38 i 75.
W 1950r mury piątego piętra zaczynały się odchylać i groziły
runięciem więc rozebrano V piętro.Nie pamiętam czy w tym czasie
rozebrano jednocześnie piętro IV.
Gdzieś wyczytałem że z Próżną 7 związany był Gombrowicz.
Edytor zaawansowany
  • jokerka1 11.09.07, 10:55
    Ciekawa historia z życia wzięta ...
    Jednak wg wszystkich informacji na ten temat z którymi dotychczas
    się zetknęłam, kamienica ta miała pierwotnie 4 piętra, w czasie
    wojny straciła właśnie to czwarte ... I teraz wygląda tak:
    fotoforum.gazeta.pl/72,2,746,67568554,67570841.html
    --
    Night Calls
    google.pl naprawdę
    warto
    nie unikaj wyszukiwarki
  • 999razy511 14.09.07, 06:43
    Stanowczo upieram się przy piątym piętrze bo pamętam jak mama
    męczyła się z codziennym wnoszeniem kilku wiader wody którą
    pobierało się z ozdobnej pompy przy pl.Grzybowskim.W 1950r odbywał
    się w Warszawie Kongres Pokoju na na który przyjechał Picaso.
    Warszawę przyozdobiono gipsowymi tłoczonymi gołębiami pokoju.W tym
    czasie kończono odgruzowywanie ul. Świętokrzyskiej i na rogu z
    Marszałkowską ustawiono drewniane stelaże do których przybito te
    gipsowe gołębie.Gdy jednego z nich oderwałem zatrzymał mnie milicjant
    i zaprowadził na komisariat chyba przy ul.Śliskiej a po spisaniu
    protokołu odprowadził mnie na Próżną a ponieważ piętra miały prawie
    cztery metry z wielkim trudem wdrapał się na te piąte piętro.
    Za tego gołębia ja dostałem baty a ojciec kilka tygodni przesiedział
    na Gęsiówce.
  • jokerka1 15.09.07, 21:28
    Straszne czasy ...
    W takim razie to była pewnie tzw. mansarda nie liczona jako piętro.
    --
    Night Calls
    google.pl naprawdę
    warto
    nie unikaj wyszukiwarki
  • andrzej_b2 06.10.07, 15:08
    Miałem szczęście w tym czasie chodzić do szkoły na „moim” Grochowie. Jakże inna
    była ta moja buda sto sześćdziesiąta trzecia! Choć ciasna bo przeludniona,
    jednak w dwupiętrowej kamienicy z salami lekcyjnymi, ławkami i wszystkimi
    potrzebnymi sprzętami. Grochów mojego dzieciństwa dość obronną ręką wyszedł z
    pożogi wojennej, a ślady zniszczeń prywatni właściciele szybko usunęli. Tu
    wydawało się, że żyjemy w prawie normalnym świecie, no może bez światła, z pompą
    do czerpania wody w piwnicy i bez kanalizacji, ale cali i żywi. Dziś dopiero,
    patrząc na stare zdjęcia, uświadamiam sobie w jakich warunkach mój rówieśnik zza
    Wisły zdobywał wiedzę.
    A starczyło wsiąść w mój prawie rodzinny tramwaj „24”, do dziś ciągle kursujący
    do Gocławka, by zobaczyć morze gruzów, i te zastępy budowniczych, różnych
    ochotników a nawet jeńców niemieckich, dźwigających miasto – które było umarło.

    Przypadkowo wpadła mi w rękę Stolica z 31.VIII-6.IX 1946 r. nr 33, w której na
    str. 7 znalazłem zdjęcie szkoły, o której wspomniał mój poprzednik, a pod fotką
    podpis: „Budynek szkolny wzniesiony został m.in. w Ogrodzie Saskim. Jest to
    obecnie najładniej położona szkoła w Warszawie, i szczęśliwe te dzieci, które
    będą się w niej uczyć. (fot. L. Jarzemski)”.
    Zdjęcie przedstawia parterowy nieotynkowany barak, na prawo zbiornik wody
    Marconiego, a na pierwszym planie trzy roześmiane, biegnące dziewczynki. Nie
    miałem pod ręką żadnego sprzętu do reprodukcji, więc wierzcie mi na słowo. Za to
    wysyłam inny interesujący link:
    foto1.m.onet.pl/_m/056a213396b68a19f4b70e4e35b45779,21,19,0.jpg
    do zdjęcia pochodzącego z książki pt. „Szkolnictwo i oświata w Warszawie”
    (1982), s. 250.

    Kto zna lokalizację owej szkoły w Saskim Ogrodzie i kiedy została rozebrana?
    Pozdrawiam :-(


  • 999razy511 07.10.07, 06:42
    Szkoła była zlokalizowana jakieś 70m od kawiarni "Wiedeńska"?
    ktorej front budynku był przy ul.Senatorskiej oraz jakieś 70m
    od torów tramwajowych.
    W 1949r w klasie stały już normalne ławki a moją wychowawczynią była
    pani Groszkowska /kazała mi milion razy napisać literę Y ale mimo to
    do dzisiaj piszę ją po swojemu.
  • andrzej_b2 07.10.07, 10:12
    999razy511 napisał:
    >moją wychowawczynią była pani Groszkowska

    Czy była to p. Maria Groszkowska, żona prof. Janusza Groszkowskiego,
    najwybitniejszego polskiego radioelektronika, prezesa PAN?
  • 999razy511 08.10.07, 00:03
    Nie mam wiedzy szczegółowej.To cud że zapamiętałem nazwisko.
  • andrzej_b2 08.10.07, 11:33
    To z pewnością była członkini rodziny prof. Janusza Groszkowskiego, jeśli nie
    żona, to może córka (Krystyna, zamężna Łukowska, późn. dr med.)? Warszawska
    linia Groszkowskich była bowiem nieliczna. Wszyscy za to o wysokich zasadach
    moralnych, a sam profesor był wzorem wszelkich cnót.
    Tak oto w grudniu 1962 r., po wyborze Profesora na stanowisko prezesa PAN,
    ustępujący prezes – prof. T. Kotarbiński – zwracając się do Niego powiedział:
    "Zawsze na stanowisku, zawsze punktualny, nieobecny na posiedzeniu chyba tylko
    wtedy, kiedy dla przybycia na nie trzeba by się chyba rozpołowić, gdyż z
    pewnością wtedy wzywał Pana do obecności gdzie indziej jakiś przemożny
    obowiązek, nigdy kaprys, nigdy podszept pobłażania dla własnego organizmu, który
    wszak nieraz imperatywie domaga się wypoczynku. Oto jakim był w pracach Akademii
    wiceprezes, profesor Groszkowski. Ale był i jest jeszcze kimś więcej: zacnym,
    dobrym, niezrównanie delikatnym i życzliwym dla bliźniego człowieka, uczynnym i
    przyjaznym kolegą, jednym z takich słonecznych ludzi, którzy szerzą wokół siebie
    pogodę.
    Tak, Szanowny i Drogi Panie Profesorze. Mieliśmy rację powierzając Panu
    prezesurę Akademii. Uczyniliśmy to dla jej dobra, dla dobra nauki w naszym
    kraju, a wreszcie zgodnie z potrzebą i upodobaniem naszych serc".

    Ja, w czasie swej krótkiej pracy asystenckiej na PW w latach 70-tych miałem
    zaszczyt widywać Profesora i słuchać jego seminariów. I dzisiaj wiem ponad
    wszelką wątpliwość, że niebywałe szczęście miałeś i Ty Drogi Kolego, pozostając
    w kręgu tej zacnej rodziny.
    Pozdrawiam :-)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka