Re: To całe dziewictwo to absurd!
Autor:
Gość: Ann-Katol
IP: *.kluczbork.net / *.kluczbork.net
09.01.05, 21:29
:) Pozdrawiam Cię "Glisto" serdecznie! Jestem typowym "katolem", jak to udało
Ci się ująć w swoim poście. Nie wiem sama czemu, ale Twój post wywołał u mnie
ciepły uśmiech - to chyba przez tych "katoli" :)) Całe życie byłam wielką
buntowniczką i chyba chciałam się wyróżniać, więc Twoje określenie brzmi dla
mnie jak komplement :) Oczywiście jestem dziewicą i co gorsza nie nastolatką
(strach się bać)! Mam kumpla, który sobie nieźle z tego żartuje i, choć stara
się być miły i kulturalny, traktuje mnie jak dziwadło. Nasze, czasami ostre,
wymiany zdań na ten temat kończą się kompromisem - jesteśmy z innych środowisk
i chyba nigdy się nie dogadamy. Pewno Ciebie też nie przekonam :))), ale
spróbuję Cię przekonać, że twoje argumenty, choć pewno czasami słuszne, nie
zawsze są prawdziwe. (1) "boją się swojego ciała" - jak każda kobieta uważam,
że mogłabym być chudsza:) (choć moje BMI=19 jest na granicy niedowagi), ale
wiem, że mogę dziękować Niebiosom za figurę: klepsydra, która przy odpowiedniej
ekspozycji musi zrobić wrażenie; a co do tego, że przeczytałam (czasami z
przymrużeniem oka) wszelkie poradniki dotyczące płciowości i erotyzmu, to chyba
nie masz wątpliwości, bo to całkiem normalna i zdrowa ciekawość; (2) "brzydzą
się swojego ciała" - moje ciało całkiem mi odpowiada, cieszę się, że jestem
kobietą (choć mężczyznom jest w życiu łatwiej:) ), może nie super piękną, ale
atrakcyjną czarnulką, która z całą świadomością, gdy chce wywołać u facetów
dobry nastrój i lepszy humor, potrafi wyeksponować co i gdzie trzeba. Po
prostu, jak większość kobiet, wiem że choć jest tą "słabszą" płcią, mam też
swoje "argumenty"; (3) "mają to wpojone przez kościół" - o tu Ci przyznam
rację, jestem "zwolenniczką" dekalogu, mój wspomniany wcześniej kumpel
twierdzi, że to my „kościelni” mamy takie jakieś swoje wyimaginowane zasady -
ale ja nie wzrastałam w duchu religii, jak to sobie wyobraża! Pamiętam, że
miałam zawsze minusy za chodzenie na Msze św. szkolne i młodzieżowe. Moje
patrzenie na religię, a właściwie na Boga, zmieniło się diametralnie, gdy Niebo
zaczęło robić "cuda" w moim życiu. Nie chodzi oczywiście o jakieś wielkie cuda,
tylko takie znaki, dla mnie widoczne. Najpierw, gdy zabrakło moich znajomych,
którzy porozjeżdżali się na studia do innych miast, "znaleźli" mnie ludzie
będący blisko kościoła. Dali mi oparcie i większą wiarę w siebie. Potem
zaczęłam sama szukać - zjawiać się tam, gdzie byłam potrzebna - chciałam w ten
sposób zwrócić "dług". Teraz ja mogłam pomagać innym. Po drodze spotkało mnie
kilka sukcesów i niepowodzeń. Kilka przewlekłych chorób i kilka cudownych
uzdrowień. Nawet nie wiem jakim cudem znajdywałam czas na naukę, ale Niebiosa
mi sprzyjały. Brak mi było tylko silnego (tzw. "z jajami") i wrażliwego ("do
tańca i do różańca") mężczyzny. Ile ja się musiałam o niego namodlić do św.
Józefa (dobry jest „w te klocki” :)! Ale jako, że Mój Bóg, jest wielki -
sprawił mi kogoś takiego. Był jeszcze wspanialszy, niż można sobie zaplanować:
cieszył się dużym poważaniem, był wspaniałym znawcą kompa, prawie nie miał
kompleksów (i wyleczył mnie z niejednego!), wziął się za moją naukę tańca
(bawił się kiedyś w instruktora tańca, a ja choć uwieeeeelbiam skakać, zawsze
się wstydziłam, że nie znam podstaw), a przede wszystkim był dobry (mogłam się
od niego uczyć dobroci dla innych i umiłowania Boga, a jego modlitwy w moich
sprawach w 99,9% są wysłuchiwane). A co do spraw damsko-męskich - najpierw
mnie "uświadamiał", tj. podrzucał wszystkie możliwe książki, jakie miał -
zarówno te ujmujące katolicki punkt widzenia, jak i typowe „świeckie” klasyki.
Nigdy nie mieliśmy trudności mówić o naszych wątpliwościach, pragnieniach,
przeżyciach. Po prostu sobie ufamy (i jak tu nie ufać Bogu!.). Dlatego też od
początku szybko wyjaśniliśmy sobie, że zarówno dla mnie, jak i dla niego,
sprawa czystości przedmałżeńskiej to jeden z fundamentów naszego wspólnego
budowania relacji, co wcale nie znaczy, że jest to temat tabu, czy też mamy się
spotykać „przez szybkę”. I chyba nie jest żadnym odkryciem Ameryki, że to
kobiecie łatwiej powiedzieć: NIE. Nie znaczy to, że jest nieczuła, tylko taka
jest biologia. Natura nas tak stworzyła, że aby gatunek istniał komuś musi się
bardziej chcieć - i padło na mężczyznę :) Kobiecie po prostu udaje się łatwiej
powiedzieć NIE, bo tak nas stworzyła matka natura (nie będę tu przytaczać
argumentów, bo nie o to tu chodzi) - oczywiście to tylko reguła i wyjątki na
pewno istnieją. A teraz mały koniec happy endu - moja rodzina nie akceptuje GO!
Mało tego, każde nasze wspólne wyjście jest traktowane jako "łajdaczenie" (nie
chcę tak nazywać relacji damsko-męskich, tylko próbuję wytłumaczyć z jakim
opiniami i to ze strony najbliższych!). Najważniejsze, żeby nam dogryźć,
skłócić, skończyć z osobą, która może dać mi wsparcie (co jest utożsamiane z
większą zależnością od rodziny, a tak oczywiście i tak by nie było!).
Ale „prawdziwa cnota krytyk się nie boi” – mogę sobie na te opinie gwizdać, bo
wiem, że są totalnie „z księżyca”. W tym przypadku bardzo mi to pomaga. Nie
oszołomiliśmy siebie zmysłowością, tylko wzajemnym zaufaniem, humorem, chęcią
wspólnego pokonywania przeszkód, Uff, rozpisałam się, ale spróbowałam Ci
opisać, że takie "oszołomstwa" istnieją. A "Dlaczego seks ma być nieczysty
przed ślubem, a po ślubie już nie. Absurdalne... " to już zupełnie inna bajka.
Uwierz, że są obok Ciebie, wcale nie gorsi ludzie, którzy postanowili "utrudnić
sobie życie" nie dla pokazówki, nie ze strachu, ale dlatego, że wierzą, że
jakieś zasady istnieją i trzeba w nie wierzyć, aby móc się na nich oprzeć.
Wtedy jest łatwiej, gdy Cię wdeptają w błoto - przynajmniej Ty wiesz, że jesteś
honorowy. Nie chodzi mi tylko o tę "dyscyplinę". Po prostu wierzę w uczciwość,
w mądrość (rozwagę życiową, nie mądrość szkolną!). Niech wszyscy wokół mnie
będą inni - ja muszę spojrzeć w lustro i sprawdzić w jakim stopniu udało mi się
nie zdradzić swoich ideałów! I to nie tak, że jestem "świętoszkiem" - takich
osób na świecie nie ma!!!!!! Każdy miał coś za uszami (nawet sam Papież i
wszyscy Święci!). Najważniejsze, aby mieć jakieś swoje zasady i się ich
trzymać. Ja postawiłam na dekalog, bo wydaje mi się, że stosując go nie
krzywdzę innych i inni mnie nie skrzywdzą. Nakreśla trudną drogę, której nikt
nie jest w stanie przejść bezbłędnie, ale to nie znaczy, że skoro nie uda nam
się być idealnymi, to nie mogą idealne zasady istnieć. To tak jak z
prawdomównością - każdy ma jakieś kłamstewka "na sumieniu", co nie znaczy, że
należy fałsz uznać za nową zasadę dla ludzkości i go promować. Czy to jednak
znaczy, że inni, którzy dekalogu nie uznają (czyt. TY) są gorsi? Nie, nie ma
lepszych i gorszych - nie nam to oceniać. Ja też nie powinnam w Twoich oczach
być uważana za gorszą - czy za to, że wybrałam takie, a nie inne ideały i marzę
o tym, aby je osiągnąć? Nie bądź oskarżycielem - Kościół to nie tylko ludzie,
którzy oskarżają. Po prostu jesteś inny, masz inne wychowanie, doświadczenia.
Chętnie bym z Tobą podyskutowała na ten temat :))))) Mój mail: pux@o2.pl
Pozdrawiam Ann-Katol :) PS. Jeśli Ci się udało to wszystko co "napłodziłam"
przeczytać, to jesteś na prawdę JZK!!!