Ciesze sie, ze nareszcie pojawil sie w GW temat strachu Sprawiedliwych przed
sasiadami, o ktorym pisalam kilka miesiecy temu:
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=50&w=32147339&v=2&s=0
Napisalam wtedy, ze bohaterstwo tych Polakow ukrywajacych Zydow na wsi wynikalo
przede wszystkim stad, ze robili to w takim otoczeniu, gdzie prawdziwe
smiertelne niebezpieczenstwo stanowili ich najblizsi SĄSIEDZI, a nie Niemcy,
ktorzy zagladali tam od swieta.
Przytoczylam przyklad zachowania sie takich wlasnie sasiadow zaczerpniety z
książki Jana Grabowskiego “Szantażowanie Żydów w Warszawie, 1939-1943”:
----------------
Po ucieczce z getta, pięcioosobowa rodzina Mławskich ukrywała się przez szereg
miesięcy w lasach w okolicach Pułtuska. W zimie 1942/1943 roku Mławscy spali w
lesie bądź szukali schronienia w stodołach i stajniach. Wiosną 1943 roku
ponownie znaleźli sobie kryjówkę w lesie. Sześćdziesięcioletni Józef Mławski
kupował niezbędne produkty u okolicznych chłopów, lecz w maju 1943 roku wyszedł
z kryjówki po raz ostatni i słuch po nim zaginął. W ciagu lata 1943 roku
prowiant przynosiła do kryjówki dwudziestoletnia Hanka Mławska, która ”nie
miała żydowskiego wyglądu” i z tej racji bez obaw mogła chodzić po zakupy do
chłopów. Ze swej kryjowki w lesie Mławscy widzieli znanych sobie sprzed wojny
ludzi pracujących na pobliskich polach, lecz woleli się nie ujawniać. W
początku października Hanka Mławska została wydana w ręce Niemców, a w ślad za
nią wpadli pozostali członkowie rodziny.
Dwóm synom udało się uciec, lecz “dzięki natychmiast podjętemu przez polską
ludność pościgowi udało się schwytać żyda Abrahama Mławskiego” – tak zapisał
oficer dochodzeniowy w końcowym raporcie.
Schwytanie Mławskich pomogło też wyjaśnić tajemnicę wcześniejszego zniknięcia
ojca rodziny. 7 października 1943 roku na posterunek żandarmerii w Gzach
zgłosił się niejaki Kazimierz Długi ze wsi Grochy (gmina Kozłowo) i oświadczył,
że 20 maja “zabił żyda Mławskiego ciosami pałki”.
W raporcie żandarm napisał:
“żyd przychodził do niego wielokrotnie na podwórko i próbował wymusić żywność
i ubranie. Kiedy żyd już się oddalił od wioski, Długi przyłożył mu pałką i żyd
padł trupem na miejscu. Następnie Polak zakopał go w pobliżu.”
....
Wśród wielu relacji dotyczących dramatycznych wydarzeń z jesieni 1942 – zimy
1943 znajdujemy zeznanie Adama Grotowskiego, rolnika ze Stoczka w powiecie
węgrowskim. 6 grudnia 1942 roku, do zagrody Grotowskiego wbiegły dwie
Żydówki, “ktore rozpoznałem, że są ze Stoczka nazwiskiem Urkowa z córką.
Wymienione prosiły o ratunek gdyż w lesie ich biją… Po chwili z lasu przyszło
do mnie dwóch osobników, z których jednego znam, to jest Kalina Jan, a drugiego
nie rozpoznałem, a tylko słyszałem, że jest to Morawiński. Zapodane żydówki nie
chciały wyjść ode mnie z mieszkania. Kalina Jan bił wymienione żydówki i
krzyczał “oddajcie dolary”.
Obie żydówki zostały obrabowane, wyprowadzone do lasu, a następnie – jak
twierdzili świadkowie – zgwałcone. “Rewizje” w chłopskich zagrodach trwały w
ciągu kilku następnych dni. Żydów wyciągano z ukrycia, obrabowywano i wypędzano
do lasu bądź wydawano w ręce żandarmów.
-----------------
Z tym strachem, o ktorym mowi Reszka, spotykalam sie wielokrotnie i to jeszcze
dlugo po wojnie. Dobrze przeanalizowalam przyczyny tego strachu. Ludzie, ktorzy
uratowali Zydow przed SASIADAMI i Niemcami, czesto ukrywali takie fakty nawet
przed najblizsza rodzina, przed wlasnymi dziecmi. Tysiace takich ludzi w Polsce
nigdy nie chcialo, aby ich SASIEDZI sie o tym dowiedzieli.
Ktos kto mieszkal np w poblizu takiego Kazimierza Dlugiego ze wsi Grochy i
ukrywal np ostatniego z Mlawskich, ktoremu udalo sie gdzies schronic przed
okolicznymi chlopami po zamordowaniu jego ojca i wydaniu w rece Niemcow reszty
rodziny przez okolicznych chlopow, mial calkiem uzasadnione obawy, aby sie z
tym nie obnosic. Kazimierz Dlugi nie byl przeciez jedynym w tej okolicy, ktory
mial ma sumieniu czyjes zycie. Wsrod jego sasiadow byli na pewno i ci ktorzy
byli w AK i tacy ktorzy byli w NSZ. Dla jednych i drugich polowanie na Zydow
bylo wtedy czesto normalka, rozrywka, czesto sie tym nawet chwalili, taka byla
po prostu atmosfera tych czasow. Byli wsrod nich i tacy, ktorzy jeszcze dlugo
po wojnie nie zlozyli broni. Zdarzalo sie nawet, ze wciaz polowali na Zydow, np
w “akcjach wagonowych”. Ci z GL od Moczara tez zreszta mieli wiele mordow na
Zydach na swoich sumieniach.
Ci bohaterscy ludzie, ktorzy przechowali Zydow w tajemnicy przed sasiadami,
obawiali sie wiec jeszcze dlugo po wojnie tego, ze taki czy inny zbrodniarz
przyjdzie ich w nocy zgladzic, jako ewentualnych swiadkow zbrodni lub
denucjacji Zydow do gestapo. Ci, ktorzy odwazyli sie ukrywac Zydow, to byly te
szlachetne wyjatki wsrod morza obojetnosci, antysemityzmu i gdzieniegdzie
zbrodniarzy, ktorzy nigdy nie staneli przed zadnym sadem. Taki stosunek do
Zydow jak w Jedwabnem byl wtedy calkiem powszechny. Ogloszenie faktu uratowania
Zydow oznaczalo wiec skazanie sie na bycie w takim srodowisku czarna owca,
wyrzutkiem, podejrzanym, wreszcie - ruchomym celem dla “chlopcow z lasu”. A
jesli taki czy inny okoliczny bandziorek byl z gwardii Moczara i obejmowal po
wojnie wladze w gminie lub powiecie, czyli stawal sie panem zycia i smierci
miejscowych chlopow, wciaz “wlascicieli ziemskich”, czesto “kulakow”? Wiadomo
czym grozilo narazenie sie takiej “wladzy”.
Strach byl wiec nie tylko przed sasiadami, wsrod ktorych bylo
wielu “walczacych” antysemitow, ale rowniez przed “wladza ludowa”, ktora mogla
zniszczyc kazdego, kto tylko jej podpadl.
Los tych samotnych bohaterow byl czesto dramatem, zyciem w ciaglym poczuciu
zagrozenia, ze wszystko sie nagle wyda lub, jak w przypadku panstwa
Wyrzykowskich, ciagla ucieczka przed przesladowcami – ta wstydliwa sprawa wciaz
czeka na dokladne zbadanie i opracowanie przez uczciwych historykow.