otóż nie stary - sprawa jest w rzeczywistości bardziej subtelna.
ustalmy jedną rzecz: w społeczeństwie konsumpcyjnym istnieje permanentna
nadyżka podaży nad popytem. w każdej branży, kategorii produktowej masz
dziesiątki albo setki konkurujących marek. różnice między nimi - pod względem
jakości, funkcjonalności, ceny, itp. - są badzo często marginalne. racjonalna
argumentacja nie wystarcza - właśnie dlatego, że jest wiele marek równie
dobrych (albo równie kiepskich, jak kto woli) - oczywiście w ramach podziału
na "górną półkę", półkę średnią i niską, itp.
więc żeby się odróżnić, firmy starają się zawładnąć wyobraźnią konsumenta,
obudować produkt całą sferą doznań i przeżyć niematerialnych ("produkt musi
mieć swoją historię"). a przede wszystkim chwytają się coraz bardziej
subtelnych form perswazji. zauważyłeś, że coraz więcej imprez i różnych form
spędzania wolnego czasu jest po prostu elementem kampanii marketingowej marki X
czy Y? a rozwój product placement?
generalnie, granica między sferą komercji i bezinteresowności powoli się
zaciera. i to jest prawdziwy problem ze ściemniaczami ze streetcomu - nie, że
wciskają chłam - ale, że korumpują bezinteresowne relacje międzyludzkie,
wprzęgając je w służbę marketingu. nie chodzi o to, czy bohater artykułu
rzeczywiście lubi tą czy inną markę piwa czy nie i czy ona jest "obiektywnie"
dobra czy nie (co to znaczy dobre piwo?) - ale o to, że udaje twojego
przyjaciela za pieniądze.
oczywiście, jest jeszcze problem dużo głębszy i poważniejszy, którego oisane
zjawisko jest tylko jednym z przejawów: z jednej strony gospodarka obfitości,
masa sił i środków zaangażowana w coraz bardziej wyrafinowane działania
marketingowe - a z drugiej masa ludzi, którzy borykają sie z prawdziwymi
problemami - jak nakarmić dzieci i przeżyc do pierwszego.