Dodaj do ulubionych

Citino, "Niemcy bronią się przed Polską", 1/5

06.04.13, 18:53
UWAGI OGÓLNE O WYDANIU ORYGINALNYM I POLSKIM

Książka jest rozszerzoną wersją pracy doktorskiej autora i oczywiście w chwili wydania, w roku 1987, nie była przeznaczona dla polskiego czytelnika. Citino miał nawet prawo wątplić, czy polski czytelnik w ogóle kiedykolwiek ją przeczyta, choćby i za 100 lat, mógł więc pozwolić sobie na pewną, powiedziałbym, brutalną obcesowość w traktowaniu Polaków. Wszystko to doskonale widać w wydaniu z roku 2012, które zdaje się (na szczęście?) nie wprowadza większych zmian do oryginalnej edycji. Nie dziwię się autorowi, że był lekko zaambarasowany, kiedy polski wydawca zaproponował mu polską edycję. Skończyło się na osobnej przedmowie do polskiego wydania, w której m.in. robi interesującą uwagę, że „to co jest obiektywną prawdą, najczęściej jest mniej istotne od tego, co ludzie postrzegają jako prawdę” (s. 9). Czyżby było to przeznaczony dla polskiego czytelnika zastrzeżenie co do wcześniejszej bezkrytyczności wobec niemieckich raportów o WP, za którymi Citino bez specjalnych zastrzeżeń powtarza rozmaite dyrdymały?

W tejże przedmowie owo, powiedziałbym, zakłopotanie Citino, widać również w użytej terminologii. Posługuje się określeniami, które wyraźnie przywołał tylko na cześć polskiego czytelnika, bowiem w samej pracy używa zupełnie innych. I tak np. pisząc do Polaków mówi więc o „dużych połaciach terenów należących wcześniej do Rzeszy” (s. 8), podczas gdy pisząc do czytelnika anglojęzycznego bez bawienia się w wyważanie pisze o „krzywdzie Niemiec”, np. w postaci oddzielenia od Rzeszy Prus Wschodnich (s. 91). Na tej samej zasadzie dopiero w napisanej w 2010 roku przedmowie zauważa, że Wielkopolska była etnicznie polska, bo w 1984 roku w ani jednym miejscu książki nie zająknął się, że na jakichkolwiek terenach przejętych przez II RP po Rzeszy Polacy stanowili większość. Podobnie np. pisząc o powstaniach ślaskich zauważa, że „przeciwnikiem sił polskich była pstrokata zbieranina niemieckich formacji nieregularnych” (s. 140) nie racząc wspomnieć, że owe „siły polskie” były jeszcze bardziej pstrokatą zbieraniną, i to nie żadnych formacji, bo takich nie było, ile po prostu zbieraniną facetów z gwintówkami.

Wydarzenia z najnowszej historii Polski widziane anglosaskim okiem historyka (ale nie historyka polonofila, jak Davies) nie wyglądają zbyt miło. Odrodzenie Polski po Wielkiej Wojnie przedstawione jest mniej więcej tak: Niemcy postanowili stworzyć satelickie państewko, więc wydali akt 16. listopada i stworzyli kraik z Radą Regencyjną na czele; potem był chaos i rozpad mocarstw, a po władzę w owym kraiku sięgnął Piłsudski; dalej Francja wymusiła doklejenie do tego kraiku terenów wyrwanych sąsiadom (ss. 28-31). W ogóle powersalska Polska była takim tworem Francji (s. 32). Dmowski na konferencji pokojowej wyrządził sprawie polskiej więcej szkody niż pożytku, nieustannie domagając się więcej i więcej (s. 31), a powstania śląskie były próbą zmarginalizowania wyników plebiscytu i postawienia aliantów przed faktem dokonanym (s. 140). Żołnierze polscy odcięci w 1920 przez bolszewików i internowani w Prusach Wschodnich byli „zdemoralizowani” (s. 47) i tak dalej i tak dalej. Fakt, w tych passusach jest nieco prawdy, ale warto o nich pamiętać po pierwsze dlatego, że powielają chyba typowe na Zachodzie poglądy, a po drugie że mogą świadczyć o nastawieniu samego Citino do niemiecko-polskiej historii i mieć potem znaczenie dla oceny jego wniosków końcowych. Dotyczy to również historycznych uogólnień, za które bierze się czasem autor i produkuje uproszczenia na skalę żywcem wziętą z jakiegoś internetowego forum. I tak np. traktat wersalski traktowany jest jako francuski dyktat narzucony Europie (s. 23), a jego stronniczy i niesprawiedliwy charakter, wyrażający się w narzuconych Niemcom warunkach, wywołal wrogość między Niemcami a Polakami (sic! s. 30).

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Citino patrzy przez niemieckie okulary już przy analizie uwarunkowań geograficznych konfliktu polsko-niemieckiego. I tak autor zwraca uwagę, jak bardzo traktat wersalski utrudnił obronę wschodnich granic Niemiec (s. 90), przy czym kilkakrotnie wskazuje fakt, że Niemcy były otoczone (s. 89). Prawdę powiedziawszy nie jestem wcale pewien, czy obrona wschodnich granic z 1914 była łatwiejsza niż w 1924, a co do granicy niemiecko-polskiej to większość Polaków uzna zapewne, że to raczej Polska była otaczana przez Niemcy, a nie odwrotnie (w 1939 przekraczające granicę jednostki niemieckie znalazły się od razu na przedmieściach Suwałk i Krosna). Wskazuje na płytki charakter niemieckiej przestrzeni operacyjnej na wschodzie i zwraca kilkakrotnie uwagę, że Berlin dzieliło od polskiej granicy tylko 165 kilometrów (s. 91), ale nie zająknął się o tym, że Warszawę dzieliło od granicy niemieckiej tylko 110 kilometrów, i że mniej więcej tak samo blisko jak Polacy mieli do Wrocławia, Niemcy mieli do Poznania, Krakowa i Łodzi, a Górnym Śląsku nawet nie wspominając. Bez żadnego komentarza Citino pozostawia absurdalną niemiecką uwagę, że traktat wersalski zredukował Prusy Wschodnie do „czegoś w rodzaju kolonii Polski” (s. 92). Wielokrotnie wspomina też o tym, że na skutek ukształtowania granic niemieckie ośrodki przemysłowe na wschodzie, z Berlinem włącznie, były narażone na bezpośrednie ataki polskiego lotnictwa (s. 93), przy czym ani razu nie wyjaśnia, że polskie lotnictwo praktycznie nie istniało, nie mówiąc już o lotnictwie zdolnym przeprowadzać ataki bombowe (chociaż sam wymawia polskiej prasie, że traktując fortyfikacje królewieckie jako bazę wypadową dla armii polowych, prasa owa „nie raczy nadmienić” że Niemcy armii polowej nie miały, s. 128).

Niektóre akapity, pisane dla anglosaskiego czytelnika który z trudem lokuje Polskę gdzieś w Europie albo może i w Azji, brzmią dla czytelnika polskiego całkiem zabawnie, np. że „główną rzeką Polski jest Wisła i ten stan rzeczy nie ulegał zmianie bez względu na położenie granic Polski” (s. 84), że „sama Polska stanowi lądowy pomost między równinami północnych Niemiec a bagnistymi terenami Białorusi” (s. 83), że Warta „spływa z gór niedaleko Częstochowy” (s. 84), że „serce polskiego życia gospodarczego” leży w kwadracie Bydgoszcz – Łódź – Lublin – Białystok” (s. 83-84) albo że Wielkopolska jest „słabo zaludniona” (s. 91) – tak zabawnie, że aż się nie chce prostować i uściślać.

Co do polskiego wydania to trzeba dodać, że bardzo sensownie rozwiązano w nim kwestię onomastyki. Miejscowości określane są za pomocą nazw właściwych dla omawianego okresu, czyli leżące na terenie Rzeszy po niemiecku (np. Neidenburg, nie Nidzica), a na terenie Polski po polsku. Wyjątkiem są tylko wielkie miasta (Wrocław, Szczecin), których nazwy podano w transkrypcji polskiej. Natomiast jestem ciekaw, jak ten problem rozwiązano w oryginalnej pracy – podejrzewam, że wszystkie miejscowości hurtem podano w wersji niemieckiej, nie tylko jakiś tam Soldau czy Thorn, ale może również Krakau i Warschau (a nie Cracow i Warsaw). Wydanie polskie zawiera też szereg specjalnie do niego przygotowanych mapek, obrazujących przebieg niemieckich manewrów (tym ciekawszych, że odbytych głównie na terenie dzisiejszych Mazur). Trzeba też pochwalić tłumacza za dobrą robotę i wydawcę za indeks miejsc i bardzo dobrą szatę graficzną, zwłaszcza że dodał na własną rękę kilka zdjęć z epoki (aż prosiłoby się o więcej, choćby o zdjęcia głównych bohaterów, von Seeckta i Groenera). Natomiast duży minus to brak indeksu osób – poniżej m.in. dlaczego. Co do szaty graficznej: niestety wybitnie nieszczęśliwa jest okładka, na której polska szabla wbita jest w godło… Republiki Federalnej Niemiec! Wreszcie, dość wątpliwą praktyką wydaje mi się opatrywanie pracy jakiegoś autora przypisami, zawierającymi „poprawki” redakcji (np. s. 107). Rzeczą wydawcy jest dobrze wydać p
Obserwuj wątek
    • windows3.1 Citino, "Niemcy bronią się przed Polską", 2/5 06.04.13, 18:54
      STRATEGIA REICHSWEHRY

      Podstawowym celem pracy jest opis przygotowań niemieckich do ewentualnego polskiego ataku za czasów Republiki Weimarskiej. Citino stworzył sobie obraz strategii obronnej na podstawie analizy 4 elementów: 1) rozmieszczenia garnizonów; 2) rozbudowy fortyfikacji; 3) ogólnych poglądów von Seeckta/Groenera oraz 4) manewrów, przeprowadzanych przez Reichswehrę. Otóż moim zdaniem taka forma odtworzenia niemieckiej strategii jest głównie spekulacją. Rozmieszczenie garnizonów, które Citino traktuje jako świadomą strategię dekoncentracji za Seeckta i koncentracji za Groenera, mogło wynikać z różnych przyczyn, o których jednak nic nie wiemy z żadnych dokumentów, a jedynie usiłujemy je wyspekulować a posteriori. Rozbudowa fortyfikacji sama w sobie nie daje decydującego poglądu na obraz strategii, podobnie jak ogólne teoretyczne rozważania von Seeckta/Groenera o sztuce wojennej. Wreszcie analiza przeprowadzanych manewrów daje nam wgląd w niemieckie plany w skali taktycznej ew. operacyjnej, ale na pewno nie strategicznej.

      Żaden z elementów analizy autora nie daje nam pewnej informacji o tym, czy w przypadku polskiej inwazji Reichswehra zamierzała przyjąć bitwę graniczną, czy ewakuować trudne do obrony prowincje (np. Prusy Wschodnie, Dolny Śląsk) i bronić się np. na linii Nysy Łużyckiej i Odry. Z pracy Citino wydaje się wynikać – ale to jest tylko mój wniosek, nie postawiony explicite ani nawet nie sugerowany wyraźnie przez Citino – że raczej to pierwsze. Żeby jednak potwierdzić taką teorię, potrzebujemy czegoś więcej – potrzebujemy analizy dokumentów niemieckiego Ministerstwa Obrony i sztabu generalnego. Do tych jednak Citino nie dotarł, i tu leży moim zdaniem podstawowa wada jego pracy. Ponieważ amerykanie nie zmikrofilmowali całego archiwum we Freiburgu, Citino patrzy na rzecz przez pryzmat tego, do czego miał dostęp w Stanach. Na ministerstwo obrony patrzy przez pryzmat niemieckiego MSZ, bo zapoznał się tylko z tymi dokumentami Reichswehrministerium, którymi to ostatnie podzieliło się z Auswartiges Amt, a o dokumentach sztabu nie wie w ogóle nic. Jednym słowem, autor napisał pracę o Reichswehrze nie znając ani jednego dokumentu Reichswehry!

      Teza o przyjęciu strategii obrony granicznej jest w pracy Citino sugerowana przede wszystkim przez analizę rozmieszczenia garnizonów (choć mniej po roku 1926), przez prace nad rozbudową fortec, przez umiejscowienie (głównie w Prusach Wschodnich) i charakter manewrów oraz przez analizę korespondencji między wojskiem a dyplomacją. W tej ostatniej przewija się obawa przed „niemieckim Wilnem”, to znaczy ograniczoną polską inwazją mającą na celu zabór jakiegoś terytorium i stworzenie fait accompli, którego nie da się już odwrócić. Oczywiście przyjecie strategii obrony w głębi Niemiec uniemożliwiałoby obronę przed takim „Wilnem”, stąd tekst sugeruje raczej niemieckie preferencje dla obrony granicznej. Ciekawostką jest, że obszar który byłby chyba najbardziej oczywistym kandydatem do roli „niemieckiego Wilna” – czyli Gdańsk – w ogóle nie pojawia się w książce jako przedmiot obaw Reichswehry (zresztą żaden obszar nie pojawia się konkretnie, najwyżej mowa jest o polskim zaborze całych Prus Wschodnich). Z drugiej strony, Citino podkreśla, że alarmistyczne i systematycznie kolportowane wiadomości o polskiej koncentracji wojsk, polskich planach agresji etc kolportowane były głównie przez władze cywilne, natomiast ze spokojem i nawet lekceważeniem były one odrzucane przez władze wojskowe (s. 189).

      Z książki Citino jasno wynika, że Reichswehra nie planowała żadnych działań ofensywnych przeciw Polsce. Co więcej, wynika również, że w przypadku polskiego ataku – czy to w typie „niemieckiego Wilna” czy w typie generalnej inwazji – Reichswehra planowała tylko aktywną obronę i nie zamierzała, nawet gdyby była w stanie, przenieść działań wojennych na polskie terytorium, głównie z obawy o reakcję Francji. Z jednym jedynym wyjątkiem, ale bardzo ciekawym – mianowicie z wyjątkiem Gdyni. W przypadku konfliktu zbrojnego Groener już w 1928 planował atak na Gdynię jako na bazę, szachującą komunikację Prus Wschodnich z resztą Rzeszy. Ponieważ z niemieckich danych wynikało, że atak lądowy nie miał szans powodzenia, zaplanowano desant ze strony morza, który był nawet całkiem szczegółowo rozpracowany. Desantowana piechota miała zniszczyć w ciągu kilkudziesięciu godzin urządzenia portowe i ewakuować się, a całość sił na do widzenia zablokować port wrakami okrętów. Czytając te akapity nie mogłem się nadziwić, że na tak wczesnym etapie (w 1928 Gdynia miała jeszcze minimalne obroty towarowe a nasza marynarka była raczej mikroskopijna) najwyższe niemieckie dowództwo tak wysoko oceniało rolę Gdyni (ss. 264-278).

      W swoim głównym zamiarze, tj. opisaniu niemieckiej strategii przeciw Polsce, na skutek wybiórczości źródeł Citino poniósł moim zdaniem całkowite fiasko. Nadal skazani jesteśmy w tej mierze głównie na spekulacje – m.in. samego Citino, które zresztą jednoznacznie tej strategii (bitwa graniczna czy walne starcie) nie opisują. Praca ta dowodzi co najwyżej, że Reichswehra nie obawiała się specjalnie armii polskiej. Po pierwsze, niemieccy wojskowi nie posądzali na serio Polaków o żadne agresywne plany. Po drugie, nawet gdyby do polskiego ataku doszło, Niemcy byli przekonani że sobie z nim poradzą. Przekonanie to opierali na dwu fundamentach: po pierwsze, mieli bardzo wysokie mniemanie o zdolnościach bojowych Reichswehry, a po drugie, mieli bardzo, ale to bardzo niskie mniemanie o Wojsku Polskim. Co prawda w jednej z gier sztabowych przyjęto założenie, że Polacy dochodzą niemal do linii dolnej Odry, ale zrobiono tak raczej na potrzeby testowania konkretnej koncepcji militarno-politycznej, a nie w przekonaniu o realności takiej ewentualności.

      --
      "Gdyby nie współpraca z ZSRR po IIWŚ, dalej srałbyś do sławojek, pasałbyś krowy tudzież rikszą posuwał, a Warszawiacy do dziś mieszkaliby na gruzach". 'tornson', 02.08.09.
      forum.gazeta.pl/forum/w,539,98544984,98545891.html; "ZSRR nigdy nie współpracował wojskowo z III Rzeszą", tenże, 26.01.11. forum.gazeta.pl/forum/w,539,121336267,,Japonia_Nasz_zapomniany_sojusznik.html?v=2
    • windows3.1 Citino, "Niemcy bronią się przed Polską", 3/5 06.04.13, 18:54
      OBRAZ ARMII POLSKIEJ

      Niestety również inna obietnica, poczyniona w oryginalnej (z 1984) przedmowie, pozostaje niespełniona. Autor zapowiada że pokaże, jak „Polska próbowała przezwyciężyć swoją słabośc gospodarczą i stworzyć nowoczesną armię” (s. 13) – ale w rzeczywistości mało się na ten temat dowiadujemy, bo niby skąd Citino, który opiera się wyłącznie na wywiadowczych i dyplomatycznych danych niemieckich, miałby mieć dokładne rozeznanie w temacie.

      Obraz wojska polskiego, jaki wyłania się z książki Citino, jest generalnie obrazem nędzy i rozpaczy. Co prawda autor ma świadomość, że opiera się w zasadzie wyłącznie na danych wywiadu i dyplomacji niemieckiej, niemniej prawie zawsze dane te powtarza bezkrytycznie. I tak, o armii polskiej dowiadujemy się z raportów niemieckich, że: nie miała nawet wystarczającej ilości koni do ciągnięcia jaszczy, że żołnierze mieli stare, zniszczone i różnorakie mundury, a czasem służbę garnizonową pełnili nawet boso, bo nie mieli butów, że w pułku kawalerii było po 50 koni (ss. 179-180), że armię rozdzierają konflikty narodowościowe i żołnierze z Wielkopolski gnają precz oficerów z Kongresówki (s. 180), że wszyscy Wielkopolanie pragną unii z Niemcami i jakby wojna to zdezerterują (s. 180), że żołnierze-Niemcy popełniają samobójstwa (s. 181), że żołnierz polski generalnie pojmuje wolniej niż niemiecki (s. 237 – na podstawie opinii przedwojennych oficerów pruskich, bez zająknięcia się że rekruci Polacy odbywali wtedy szkolenie w obcym języku), że ogrom analfabetów uniemożliwia jakiekolwiek inne niż podstawowe szkolenie, że oficerowie, w większości z armii rosyjskiej i austriackiej, są niekompetentni (ani słowa, że bardzo mało Polaków dosłużyło się stopnia oficerskiego w armii pruskiej, s. 190), że armią tak naprawdę dowodzą oficerowie francuscy (s. 182), że administracja wojskowa jest skorumpowana i francuskie wsparcie finansowe trafia do prywatnych kieszeni (s. 189), że armia polska wisi u francuskiej klamki (s. 194), że brak spójnego korpusu oficerskiego (s. 197), że brak dowódców z wizją strategiczną (s. 197), że ogromne braki organizacyjne (s. 199; „zdolnośc do szybkiej i dokładnej organizacji nie należy do polskich cnót” – ach jaki smakowity a typowy cytacik, s. 239), że dowodzenie jest fatalne (s. 203), że manewry przeprowadzane są nieumiejętnie (s. 206), że nawet zagraniczni obserwatorzy na tych manewrach są pijani (s. 201), że dominuje służalczość i brak inicjatywy (s. 210), że kawalerię bez sensu reorganizowano i znowu organizowano (ss. 218-221), że stosuje przestarzałą taktykę (s. 229), że brak esprit du corps (s. 238), że nawet maszerować na paradzie nie potrafią i wpadają na siebie (s. 239), że Piłsudski jest niestabilnym emocjonalnie narkomanem, który oszałamia się za pomocą herbaty i papierosów (sic! s. 191), itd. itp. Właściwie Niemcom w armii polskiej podobały się tylko tężyzna fizyczna piechoty (w taki sam sposób, jak pozytywnie ocenia się duże i silne zwierzę robocze), kawaleria i żołnierze z Wielkopolski.

      Trafiają się u Citino oczywiste dyrdymały, tym razem najwyraźniej już jego autorstwa, jak to że „w tym czasie [1925] Polska opierała swoje bezpieczeństwo na dwóch podstawach: własnym potencjale przemysłowym oraz, podobnie jak Niemcy, na tworzeniu nieregularnych formacji straży granicznej” (s. 196), że „pragnienie by stworzyć rodzimy polski przemysł zbrojeniowy obróciło się przeciwko zwiększeniu potencjału pancernego” (s. 216), czy że wojsko polskie miało czołgi Char2C czy A7V (sic! i to aż 35 czołgów Char2C, podczas gdy sama Francja miała ich 10!; s. 217).

      Trzeba mu przyznać, że Citino raczej jednoznacznie ocenia polskie plany militarne jako obronne i teorie o zakusach Warszawy na niemieckie ziemie zbywa jako banialuki (s. 107, 112, 175), aczkolwiek zdarza mu się pisać o „zagrożonym Dolnym Śląsku” czy „realnych obawach o bezpieczeństwo Pomorza” (s. 102) – idiotyczne lapsusy, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością. Co ciekawe, ponieważ nie zna żadnych polskich źródeł, Citino nie wiec nic o tzw. wojnie prewencyjnej, czyli bliżej nieskrytalizowanych planach (czy może raczej pomyśle) uderzenia na Niemcy w roku 1933. Gdyby wiedział, zapewne zająłby się tym tematem bliżej, co zresztą sam przyznaje w przedmowie i czego zresztą porządnie, o ile mi wiadomo, nie zrobił do tej pory nawet żaden z polskich historyków.

      Kiedy autor pisze podsumowanie stanu armii polskiej, jest bardziej wyważony i w zasadzie pisze rzeczy bezsporne (ss. 240-241): wskazuje na niedorozwój gospodarczy i w związku z tym niedoposażenie wojska, przestarzały bądź nieliczny sprzęt (zwłaszcza w przypadku artylerii i wojsk zmechanizowanych), niedostatki organizacyjne pod każdym względem, niedorozwój strategii i sztuki wojennej (chwiejna strategia użycia kawalerii, marginalna rola wojsk zmechanizowanych, kiepska współpraca rodzajów broni). Oryginalniejszym wkładem autora jest jednoznaczne wskazanie na Piłsudskiego jako głównego winowajcę „bardzo kiepskiego stanu” armii polskiej (s. 248; czyżby Citino dobrze zapoznał się z jakąś komunistyczną publikacją polską z lat 80? Nie ma żadnej takiej w bibliografii). Zarzuca, że po zamachu majowym Piłsudski wybrał, zamiast pojednania, drogę sekowania swoich przeciwników z wojska (s. 207), co spowodowało że stało się ono narzędziem jego władzy, a jednocześnie pozbawione zostało zdolnych i twórczych oficerów (s. 209).

      Generalnie, z wizji Citino wynika może nie obraz totalnego bezhołowia i dziadostwa, jaki mamy w raportach niemieckich, ale jednak obraz dużej, ale przestarzałej i mało sprawnej armii, która jest niezdolna do skutecznych działań wojennych na większą skalę.

      --
      "Gdyby nie współpraca z ZSRR po IIWŚ, dalej srałbyś do sławojek, pasałbyś krowy tudzież rikszą posuwał, a Warszawiacy do dziś mieszkaliby na gruzach". 'tornson', 02.08.09.
      forum.gazeta.pl/forum/w,539,98544984,98545891.html; "ZSRR nigdy nie współpracował wojskowo z III Rzeszą", tenże, 26.01.11. forum.gazeta.pl/forum/w,539,121336267,,Japonia_Nasz_zapomniany_sojusznik.html?v=2
    • windows3.1 Citino, "Niemcy bronią się przed Polską", 4/5 06.04.13, 18:55
      POTENCJALNE STARCIE NIEMIEC I POLSKI

      W przedmowie Citino anonsuje „dyskusję na temat stosunku potencjałów militarnych Polski i Niemiec” (s. 12). Również z naszego punktu widzenia książka jest chyba najciekawsza jako argument w dyskusji co by było gdyby doszło do wojny polsko-niemieckiej przed rokiem 1933. Już jednak w tym miejscu, po nieudolnie przeprowadzonej przez autora analizie Reichswehry i Wojska Polskiego, widać że takie obietnice trudno u Citino traktować poważnie, mimo że autor usiłuje zrealizować je w zakończeniu (ss. 327-332).

      Co do pierwszych lat powojennych to Citino uważa, że „Niemcy były bezbronne wobec inwazji armii polskiej ze wschodu” (s. 79), przy czym trudno zrozumieć czy chodzi tu o hipotetyczną inwazję, czy może ma na myśli Powstanie Wielkopolskie. Natomiast generalnie dla lat późniejszych jego wniosek, choć nie postawiony explicite, wynika jednak jasno z tekstu: Reichswehra poradziłaby sobie z Wojskiem Polskim, i to raczej bez większego problemu (s. 330-331). Niemcy mieli lepiej wyszkolonego żołnierza, byli lepiej zorganizowani, mieli lepszą taktykę, sztukę operacyjną i strategię oraz lepsze dowództwo na każdym szczeblu. Mieli własciwie przewagę pod każdym względem za wyjątkiem dwu: liczebności (przewaga Polaków) i uzbrojenia (remis; Polacy mieli więcej sprzętu, ale gorszego i nie umieli go używać). „Dla większości wojskowych było jasne, że pomimo swoich rozmiarów, Reichswehra była nieskończenie lepsza od Wojska Polskiego” (s. 331) pisze autor w dość dziwacznym (asekuranckim?) trybie, który chyba jednak pozwala uznać tą opinie za jego własną.

      Jak my powinniśmy traktować tą opinię? Ja raczej lekceważąco. Po pierwsze, trudno jest traktować poważnie dociekania na temat starcia polsko-niemieckiego kogoś, kto nie zajrzał ani do polskich, ani do niemieckich dokumentów wojskowych. Po drugie, wiedza autora na temat Reichswehry jest oparta na wtórnych źródłach niemieckich i opiniach amerykańskich. Po trzecie, wiedzę o armii polskiej Citino czerpie ze źródeł… niemieckich. Po czwarte, rekonstrukcja strategii niemieckiej – podstawowy cel książki – jest w sporej części opartą na poszlakach spekulacją. Po piąte wreszcie, wiele tropów w tekście (np. analiza uwarunkowań geograficznych, opis procesu traktatowego) sugeruje, że sympatie Citino nie są bynajmniej równo rozłożone i że mamy do czynienia z kolejnym anglosaskim fascynatem potęgą militarną Niemiec.

      Jakby powyższego było nie dość, ogromną wadą pracy Citino jest analiza niemieckiej zdolności obronnej wyłącznie poprzez pryzmat zdolności bojowych Reichswehry (i marynarki). Tymczasem na niemiecki potencjał obronny składały się również inne formacje, a mianowicie nad wyraz rozbudowana i szkolona również w ograniczonym zakresie taktycznym policja oraz rozmaite formacje paramilitarne, takie jak Stahlheim. Zważywszy ogromną ilość niemieckich mężczyzn, którzy przeszli przeszkolenie wojskowe za kajzera a nawet nawąchali się prochu w okresie Wielkiej Wojny, był to ogromny potencjał ludzki który Ministerstwo Obrony brało w swoich planach pod uwagę. W pracy nie ma też ani słowa o obchodzeniu przez Niemców ograniczeń traktatowych dotyczących uzbrojenia, a znaleźli na to mnóstwo sposobów, od ukrytych łamańców budżetowych przez utrzymywanie utajnionych magazynów, produkcję łatwego do wojskowego użycia czy wręcz zakamuflowanego wojskowego sprzętu po tricki organizacyjne. Choć nawet w Stanach powstało na ten temat wiele prac (zob. np. dostępne łatwo w internecie „Disarmament and Clandestine Rearmament under the Weimar Republic” E. J. Gumbela z 1957 roku) to jednak Citino nic o nich nie wie.

      Czy w takim razie książka Citino zmienia cokolwiek w naszych dotychczasowych poglądach na hipotetyczną wojnę polsko-niemiecką przed 1933? W moich zasadniczo nie. Już wcześniej twierdziłem, że Polska nie miała szansy wygrać wojny z Niemcami (nawet w wersji 1 na 1, tj. przy raczej nierealistycznym założeniu że inne państwa – np. Francja albo ZSRR – pozostają neutralne, a w Polsce nie wybucha powstanie Ukraińców ani zamieszki społeczne itd. itp). Nie miała szansy wygrać nie dlatego, że Reichswehra była lepsza od WP, ale dlatego, że potencjały obu państw były nieporównywalne. Owszem, myślę że w przypadku bardzo szybkiego manewru (2-3 tygodnie?) armia polska miałaby szansę pokonać w bitwie granicznej Reichswehrę i być może zająć nawet Berlin, ale nie miała szans go utrzymać ani rozbić całkowicie niemieckich sił zbrojnych, które na dłuższą metę (kilka miesięcy?) odbudowałyby się i pognały Polaków z powrotem. Natomiast armia polska z pewnością była w stanie zająć i okupować przez dłuższy okres jakąś niemiecką prowincję (np. Prusy Wschodnie albo Dolny Śląsk).

      Książka Citino sprawiła jedynie, że zacząłem zastanawiać się czy faktycznie WP miało szansę pokonać Reichswehrę w bitwie granicznej lub nawet generalnej gdzieś na wschód od Berlina. Od Citino dowiedziałem się, że Niemcy byli na taką ewentualność przygotowani i że wielokrotnie ją podczas manewrów symulowali, aczkolwiek w małej skali, na ogół taktycznej lub co najwyżej operacyjnej. To naturalnie argument na rzecz tezy, że Polakom poszłoby trudniej niż myślałem. Sam Citino pisze jednak, że np. na odcinku dolnośląskim WP mogło wystawić 5 dywizji piechoty i 1 brygadę kawalerii przeciw 4 batalionom Reichswehry (s. 106), osiągając przewagę liczebną 10:1. Zważywszy wyrównany poziom uzbrojenia i wyposażenia (Polacy mają więcej, ale Niemcy lepiej i lepsze) trudno mi sobie wyobrazić, w jaki sposób tak miażdżąca przewaga liczebna mogłaby zostać zmarnowana nawet przez naszych największych legionowych głąbów. Owszem, wszyscy słyszeliśmy jak to niemiecka dywizja pancerna powstrzymywała tygodniami całe radzieckie korpusy i niemal armie, ale w roku 1943 sprzęt odgrywał jednak o wiele większą rolę niż w 1923 czy 1933, a przecież wojna polsko-niemiecka byłaby głównie starciem piechoty i kawalerii (z niewielką rolą artylerii). Owszem, nie mam wątpliwości że typowy polski bardak, prywata i oficerska nieudolność przemieszana z kabotyństwem miały w przedwojennym wojsku polskim poczesne miejsce, nie mówiąc już o najważniejszym, czyli o zwykłej bidzie z nędzą. Jednak możliwa do osiągnięcia ogromna przewaga liczebna wojska polskiego na kluczowych kierunkach mogłaby zostać zmarnowana chyba tylko w przypadku, gdyby wziąć na poważnie opowieści o bosych polskich żołnierzach i narkotyzującym się herbatą Piłsudskim, czyli faktycznie w przypadku, gdyby uznać przedwojenne wojsko polskie za jedną wielką fikcję.

      --
      "Gdyby nie współpraca z ZSRR po IIWŚ, dalej srałbyś do sławojek, pasałbyś krowy tudzież rikszą posuwał, a Warszawiacy do dziś mieszkaliby na gruzach". 'tornson', 02.08.09.
      forum.gazeta.pl/forum/w,539,98544984,98545891.html; "ZSRR nigdy nie współpracował wojskowo z III Rzeszą", tenże, 26.01.11. forum.gazeta.pl/forum/w,539,121336267,,Japonia_Nasz_zapomniany_sojusznik.html?v=2
    • windows3.1 Citino, "Niemcy bronią się przed Polską", 5/5 06.04.13, 18:55
      INNE WNIOSKI

      Dyskusyjne wydaje mi całkowite zdominowanie narracji przez dwie postacie, a mianowicie von Seeckta i Groenera. W okresie gdy ten pierwszy był dowódcą Reichswehry Citino ignoruje kompletnie ministra obrony, a w okresie gdy ten drugi był ministrem obrony ignoruje kompletnie dowódcow Reichswehry. Citino traktuje tych dwu niemal jak właścicieli Reichswehry, zupełnie marginalizując takie osoby jak następca Seeckta na stanowisku dowódcy armii, Wilhelma Haye (1926-30), następcy tegoż Kurta von Hammerstein-Equorda (którego nazwisko bodaj ani razu w tekście nie pada!), poprzednika Groenera na stanowisku Ministra Obrony Otto Gesslera (1920-28) czy następców Groenera, Kurta von Schleichera (1932) i Ferdinanda von Bredowa (32-33). Faktycznie wygląda na to, że osobowości von Seeckta i Groenera w największym stopniu odcisnęły swoje piętno na Reichswehrze, długoletni minister obrony Gessler był raczej politykiem który na armii się nie znał a pozostali wojskowi piastowali urzedy względnie krótko, niemniej zwłaszcza Haye i Schleicher zasługują chyba na większą uwagę. Gdyby w książce był indeks osób (a nie ma!) możnaby przekonać się, do jakiego stopnia książka Citino jest właściwie książką o von Seekcie i Gronerze. Podejrzewam, że skoncentrowanie się na tych dwu wynikło z faktu, że okupacyjna armia amerykańska zmikrofilmowała papiery własnie ich. Citino, pisząc na swoich preriach pracę doktorską, miał dostęp tylko do tych rolek, stąd von Seeckt i Groener stali się nie tylko głównymi bohaterami opowieści, ale wręcz właścicielami Reichswehry.

      Osobny i dość ciekawy wątek książki stanowią bardzo szczegółowe opisy manewrów, które przeprowadzała Reichswehra. Jego minusem jest znowu, podobnie jak przypadku głównej problematyki pracy, dość kuriozalna baza źródłowa. Otóż Citino nie dotarł do żadnych dokumentów Reichswehry ani nawet innych niemieckich źródeł, ale oparł się w całości na bardzo szczegółowych raportach, które wysyłali do kraju amerykańscy attache wojskowi, zwykle na takie manewry zapraszani. Opisy tych raportów stanowią jakieś 70 stron z 330 stron książki i mówią one wiele zarówno o samych manewrach, jak o roli samych attache (uwaga: standardowo francuskich, polskich i belgijskich attache nie zapraszano!), o postrzeganiu armii niemieckiej przez obcych wojskowych i wreszcie o samej armii amerykańskiej.

      Ciekawa jest wiadomość, że informacje o wojsku polskim Niemcy czerpali również od wywiadów „państw bałtyckich”, przy czym jednoznacznie zidentyfikowany jest tylko raport litewski, przekazany niemieckim dyplomatom w Kownie (s. 106). Nie jestem pewien czy historycy zajmujący się Litwą, np. Łossowski, wiedzą o litewsko-niemieckiej współpracy wywiadowczej przeciw Polsce. Natomiast śmiem wątpić, żeby wywiady innych „państw bałtyckich” – czyli de facto Łotwy i Estonii – po pierwsze w ogóle miały jakieś ciekawe informacje wywiadowcze o wojsku polskim, a po drugie żeby się nimi z Niemcami dzieliły.

      Interesująco brzmią akapity o poglądach samego Seeckta I Groenera na sztukę wojenną, zwłaszcza te Seeckta nt. dużego znaczenia kawalerii. Fakt, że Seeckt przewidywał dla niej kluczową rolę i dążył do jej rozwoju jeszcze na przełomie lat 20 i 30 jest ciekawy zwłaszcza w kontekście zarzutów stawianych polskiej myśli wojskowej (s. 133). Trzeba też autorowi przyznać, że podkreśla zdecydowanie antypolskie poglądy von Seeckta, którego zdaniem Polska prędzej czy później powinna zostać całkowicie zniszczona. Najbardziej jednak interesująca jest teza, dotycząca rozwoju koncepcji wojny błyskawicznej. Otóż Citino sugeruje, że to co powszechnie uważa się za teorię blitzkriegu, czyli opartego na związkach pancernych głębokiego uderzenia przełamującego, nie było żadnym wymysłem Guderiana czy hitlerowskiego Wehrmachtu, ale wywodziło się w prostej linii ze strategii Reichswehry opracowanej przez Seeckta i kontynuowanej przez Groenera. Była to ofensywna strategia oparta na koncepcji manewrowej, do realizacji której początkowo desygnowano kawalerię i jednostki zmechanizowane. Stąd podtytuł książki, na pierwszy rzut oka dziwaczny i mylny, brzmi „Ewolucja taktyki blitzkriegu 1918-1933”.

      PODSUMOWANIE

      Książka Citino jest generalnie wielką porażką. Zamiarem autora był opis strategii obronnej Republiki Weimarskiej na wypadek polskiej inwazji, ale celu tego nie udało się osiągnąć. Po pierwsze, Citino nie przedstawia jasno niemieckiej strategii obronnej. Po drugie, pewien sugerowany zarys, który wyłania się z jego książki, oparty jest na poszlakach i polega głównie na wywiedzionej z nich spekulacji. Powodem jest fakt, że autor napisał pracę o Reichswehrze nia zaglądając do ani jednego dokumentu Reichswehry – podstawowej bazy źródłowej.

      Citino popełnił również kilka innych błędów. Analizując strategię Niemiec skoncentrował się na Reichswehrze ignorując kompletnie inne komponenty składające się na potencjał obronny Republiki Weimarskiej. Arbitralnie na plan pierwszy wysunął dwie postacie spośród niemieckich decydentów, marginalizując lub wręcz ignorując inne. Swoją wiedzę o armii polskiej czerpał niemal wyłącznie ze źródeł niemieckich. Na większość kwestii, również te z zakresu polityki międzynarodowej czy nawet geografii, patrzy przez niemieckie okulary. Przy takim nastawieniu badawczym nic dziwnego, że próba analizy potencjałów niemieckiego i polskiego wypada całkowicie niewiarygodnie. W tym kontekście wypominanie autorowi różnych błędów faktograficznych – od nieścisłości po kurioza – wygląda już na kopanie leżącego.

      Jeśli książka ma jakąś wartość, to jako opis praktyki corocznych manewrów Reichswehry, próbę analizy fortyfikacji niemieckich na wschodzie czy przybliżenie poglądów na sztukę wojenną kilku czołowych przywódców armii niemieckiej, zwłaszcza w kontekście rozwoju koncepcji wojny manewrowej. Zawiera też szereg ciekawostek czy pomniejszych nowości. Ale to znacznie za mało, żeby tą książkę polecić. Jeżeli autor jest faktycznie, jak określają go media, „leading authority on modern German military history”, to książkę „Niemcy bronią się przed Polską” należy chyba zaliczyć do jego nieco wstydliwych juweniliów.

      --
      "Gdyby nie współpraca z ZSRR po IIWŚ, dalej srałbyś do sławojek, pasałbyś krowy tudzież rikszą posuwał, a Warszawiacy do dziś mieszkaliby na gruzach". 'tornson', 02.08.09.
      forum.gazeta.pl/forum/w,539,98544984,98545891.html; "ZSRR nigdy nie współpracował wojskowo z III Rzeszą", tenże, 26.01.11. forum.gazeta.pl/forum/w,539,121336267,,Japonia_Nasz_zapomniany_sojusznik.html?v=2
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka