• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego

ciekawe artykuły Dodaj do ulubionych

    • 08.01.07, 16:35
      "Mówią wieki": Wojna wśród skał i lodu. Alpy 1915-1918
      wiadomosci.onet.pl/1383085,1292,kioskart.html
      (...)
      Kwestią o fundamentalnym znaczeniu było utrzymanie przejezdnych szlaków
      komunikacyjnych. Do tych prac wykorzystywano m.in. przywykłych do srogich zim
      rosyjskich jeńców wojennych. Bez względu na panujące warunki atmosferyczne i
      groźbę lawin należało dostarczać zaopatrzenia nawet do najdalej położnych
      stanowisk. Łatwe w normalnych warunkach szlaki podczas zamieci śnieżnej stawały
      się śmiertelnymi pułapkami. Często zdarzało się, że z niektórymi placówkami nie
      było kontaktu nawet przez kilkanaście dni. Dlatego na wysuniętych stanowiskach
      musiały się znajdować żelazne racje żywnościowe i drewno na opał na dwa
      tygodnie. Latem olbrzymie problemy sprawiało dostarczenie wody. Aby utrzymać
      stanowiska wysoko w górach, na jednego żołnierza frontowego przypadało aż
      pięciu na zapleczu.
      (...)
      Szczególnie przydatną bronią w takiej wojnie były karabiny maszynowe. Dobrze
      wstrzelane mogły szachować całe zbocze górskie, nie pozwalając nieprzyjacielowi
      na najmniejszy ruch. Należało tylko, co nie zawsze było łatwe, zapewnić
      wystarczającą ilość amunicji. Dobrze wstrzelany pojedynczy piechur mógł
      powstrzymać natarcie całej kompanii. Lecz gdy zabrakło amunicji lub zamarzły
      zamki karabinów, walczono jak przed tysiącami lat – na pięści i kamienie. Z
      powodu skomplikowanego terenu podczas dobrej pogody należało się strzec
      snajperów. Bowiem niemal zawsze nieprzyjaciel mógł znaleźć punkt górujący nad
      częścią własnych linii. Wysoko w górach używano także małokalibrowej artylerii,
      ukrytej w specjalnie wykutych i zamaskowanych stanowiskach. Z dolin wsparcia
      udzielała ciężka artyleria, której ogniem kierowali obserwatorzy. W skalnym
      terenie pociski artyleryjskie były znacznie skuteczniejsze, niż gdy lądowały w
      miękkiej glebie. Wyrwane z podłoża kawałki skał raziły jak odłamki. Poza tym
      istniało niebezpieczeństwo wywołania lawin kamiennych. Za to w śniegu na
      lodowcach pociski często grzęzły, nie eksplodując. Przebieg okopów uzależniony
      był od warunków terenowych.
      (...)
      Mimo pozycyjnego charakteru wojny w Alpach olbrzymią rolę odgrywały patrole.
      Dzięki nim przez zaskoczenie można było zająć jakąś ważną pozycję (np.
      wierzchołek góry czy skalną turnię), której odbicie kosztowałoby nieprzyjaciela
      olbrzymie straty ludzkie i materiałowe. Dlatego nocami zbocza gór przeczesywały
      potężne reflektory, poszukując śmiałków. Wystrzeliwano też rozświetlające mrok
      flary.
      (...)
      Uczestnik walk w Alpach Paolo Monelli wspominał: „Najbardziej przerażającym
      wrogiem była sama natura […] całe plutony były zmiatane i grzebane bez śladu,
      bez krzyku, bez jakiegokolwiek odgłosu, poza tym, jaki wydaje sama gigantyczna
      biała masa”. Grubość pokrywy śnieżnej na 2000 m. n.p.m. zimą wynosiła
      przeciętnie 5 m., a powyżej 3000 m. n.p.m. nawet 9 m. Lawiny zmiatały
      stanowiska ciężkiej artylerii. Na froncie tyrolskim zginęło ok. 150–180 tys.
      osób, z czego ok. 60 tys. zostało porwanych przez lawiny. Dla porównania: na
      froncie zachodnim w wyniku użycia gazów bojowych przez całą wojnę zginęło 25
      tys. żołnierzy.
      (...)
    • 17.01.07, 11:39
      wiadomosci.onet.pl/1385291,1292,1,kioskart.html
      Tak, czyli nie
      Pierwsze sfałszowane wybory

      Przed 60 laty, 19 lutego 1947 r., odbyły się pierwsze po zakończeniu II wojny
      wybory w Polsce. Mimo wysiłków propagandowych i panującego terroru pokazały
      siłę oporu społecznego.

      Przejęcie przez komunistów władzy w Polsce w latach 1944–1945 możliwe było
      jedynie dzięki militarnej obecności wojsk sowieckich, które wspomagały
      powstanie nowej administracji. Nowo utworzona państwowość polska szybko
      uzyskała przydomek Polski Lubelskiej od nazwy miasta, w którym od sierpnia 1944
      r. urzędowały nowe władze centralne.

      Bezpośrednio po przejściu frontu zmasowane represje wprowadziły atmosferę
      strachu. Ludzie po dramacie wojny i okupacji pragnęli normalności, odbudowy i
      pracy pozytywnej. To wszystko sprzyjało komunistom. Nowa władza nie miała
      jednak wystarczającego poparcia społecznego dla jakiejkolwiek poważnej
      legitymizacji. A takiej legitymizacji, zarówno z powodów wewnętrznych, jak i
      międzynarodowych, dramatycznie potrzebowała.

      Ludzie nowej władzy zdawali sobie doskonale sprawę ze swojego wyizolowania
      społecznego. Fakt, że przygniatająca większość narodu polskiego była odległa od
      ich przekonań ideologicznych, a nawet im wroga, kompensowali swoim poczuciem
      misji. A niezrozumienie i odrzucenie społeczne racjonalizowali jako zacofanie
      bądź siłę antyrosyjskich stereotypów. Jeszcze na terenie ZSRR, podczas
      przygotowań organizacyjnych do przejęcia władzy, koncentrowali wysiłek
      koncepcyjny na opracowaniu nie tylko założeń i metod zdobycia i utrwalenia
      władzy, ale także pozyskania szerokich warstw społecznych. Jako jeden z
      podstawowych sposobów traktowali dezinformację i autokreację siebie jako "sił
      postępu i demokracji”, wpisujących się w tradycję obozu polskiej lewicy z
      ukrywaniem swoich ideologicznych korzeni (i samej nazwy: komunizm, ponieważ
      zdawano sobie sprawę, jakie odium spoczywa w Polsce na pojęciu "komuny").
      Reaktywowana partia komunistyczna przyjęła kamuflującą nazwę Polska Partia
      Robotnicza, wojsko polskie, powstałe w 1943 r. u boku Armii Radzieckiej,
      zostało nazwane Dywizją Tadeusza Kościuszki, zalążek komunistycznego rządu,
      sformowany w Moskwie i przywieziony do Polski, używał nazwy Polski Komitet
      Wyzwolenia Narodowego, komunistyczni notable demonstracyjnie uczestniczyli w
      katolickich mszach, a prezydent Bierut, obejmując swój urząd, odwoływał się do
      Boskiej opieki. W całym okresie 1944–1947 nie ma w oficjalnych dokumentach,
      przemówieniach, artykułach prasowych itp. żadnych odniesień do komunizmu,
      socjalizmu czy kolektywizacji rolnictwa.

      W perspektywie międzynarodowej, na mocy postanowień jałtańskich, komuniści
      zobowiązani byli do poszerzenia bazy społecznej swojego rządu i przeprowadzenia
      wyborów, które zostaną uznane za rzetelne. Ustalenia jałtańskie (i wcześniejsze
      teherańskie) były wielkim sukcesem sowieckim. Alianci zachodni nie chcieli
      ryzykować konfliktu z potężną Armią Czerwoną, a ponadto liczyli na jej pomoc i
      udział w rozgromieniu Japonii. Dlatego też, choć pewnie z oporami wewnętrznymi,
      poświęcili interesy polskie w imię dobrych relacji sojuszniczych.

      Jednak zarówno Wielkiej Brytanii, jak i USA zależało na utrzymaniu pozorów i
      pokazaniu własnym społeczeństwom, że nie odstąpiły od pryncypialnych zasad i
      jednego z głoszonych celów wojny, jakim było odbudowanie suwerennej Polski.
      Toteż od jesieni 1945 r. naciskano na Rosję Sowiecką – dość delikatnie, ale
      jednak – aby przeprowadziła w Polsce demokratyzujące przekształcenia władzy, a
      przede wszystkim, aby odbyły się wybory, tak by móc dostarczyć przesłanki do
      międzynarodowego uznania nowej Polski bez wchodzenia w konflikt z zasadami
      moralnymi i nie narażając obu państw na kompromitację.

      Dla nowej władzy najważniejsza była pacyfikacja kraju i zdobycie panowania nad
      terytorium państwa. Przy pomocy szeroko rozbudowanego aparatu bezpieczeństwa i
      milicji (do których pozyskano wielu, na swój sposób otumanionych, młodych ludzi
      z warstw o niskim statusie wykształcenia, bezbronnych wobec propagandowego
      nacisku, a podatnych na korupcję przywilejów i kompetencji aparatu władzy),
      używając regularnych jednostek wojskowych i posiłkując się stale obecną Armią
      Radziecką, rozbito wszelkie konkurencyjne i niezależne struktury społeczne oraz
      zdławiono próby oporu. W trakcie tych działań tysiące osób zginęło (również po
      stronie rządowej), a dziesiątki tysięcy trafiło do więzień.

      W pierwszym okresie po zakończeniu wojny duży wysiłek włożony został w budowę
      aparatu propagandowego, od którego oczekiwano, że będzie w stanie zmienić
      przekonania i poglądy polskiego społeczeństwa. Komuniści byli dziećmi swojego
      czasu i podzielali wiarę we wszechmoc propagandy. Wierzono, że sytuacja, w
      której ludzie nie będą mieli możliwości wyboru i stale będą poddani
      oddziaływaniu propagandowemu, doprowadzi do zmiany ich sposobu myślenia.

      Stąd tendencja do traktowania propagandy w sposób administracyjny i
      mechaniczny. Masa ulotek, plakatów, sloganów malowanych na ścianach, haseł
      czytanych przez porozwieszane w miejscach publicznych głośniki, slogany
      wywieszone w szkołach, fabrykach i urzędach, drukowane w prasie i oglądane w
      kinach, agitatorzy krążący od drzwi do drzwi i do znudzenia powtarzający jak
      mantrę propagandowe hasła – to wszystko miało stworzyć psychiczną sytuację, w
      której normalny człowiek miał ulec presji i zmienić sposób myślenia. Notabene
      świadczy to o wykształceniu i inteligenckim podejściu organizatorów tego
      aparatu propagandowego.

      Ruch komunistyczny miał dużą wprawę i tradycje prowadzenia propagandy pod
      szyldem innych ideologii i poglądów politycznych. Za klasykę można uznać
      działalność Ilji Erenburga we Francji czy podczas tworzenia Związku Pisarzy
      Radzieckich oraz budowę przez Willego Münzenberga w republice weimarskiej
      koncernu prasy popularnej (powtórzeniem tego pomysłu była w Polsce Spółdzielnia
      Wydawnicza Czytelnik).

      Dla sporej części społeczeństwa polskiego istotne znaczenie dla akceptacji
      nowej rzeczywistości miał powrót do Polski byłego premiera rządu emigracyjnego
      w Londynie Stanisława Mikołajczyka. Mikołajczyk w listopadzie 1944 r. podał się
      do dymisji, a wkrótce potem zgodził się zostać wicepremierem i ministrem
      rolnictwa w utworzonym przez komunistów rządzie w kraju. Koncepcja poszerzenia
      rządu o kilka osobistości niezwiązanych z komunistami wyszła od Rosjan i
      formalnie została przedstawiona Mikołajczykowi przez polską delegację PKWN
      podczas rozmów w Moskwie miesiąc wcześniej, w październiku. Mikołajczyk,
      załamany wiadomościami, że alianci podjęli już decyzję o pozostawieniu Polski w
      sowieckiej sferze wpływów, zdecydował się zaakceptować realia, by dzięki temu
      realizować jakiś program minimum przetrwania środowisk niekomunistycznych w
      Polsce.

      Decyzja ta była kontestowana przez większość emigracji, która uznała ją za
      rodzaj zdrady, dającej państwom zachodnim moralne alibi do porzucenia legalnych
      władz Polski i przeniesienia uznania na rząd w kraju. W Polsce, gdzie w
      mniejszym stopniu zdawano sobie sprawę z emigracyjnych dyskusji, Stanisław
      Mikołajczyk przyjęty został jak bohater i nadzieja na utrzymanie choćby
      szczątkowej demokracji i suwerenności. Utworzone przez niego Polskie
      Stronnictwo Ludowe nie było traktowane jako partia chłopska, ale jako jedyna
      dostępna forma legalnej opozycji.

      Od września-października 1945 r. władze radzieckie zaczęły odczuwać nacisk
      państw zachodnich na przeprowadzenie w Polsce wyborów, do czego zobowiązywała
      umowa jałtańska. Komuniści nie mieli jednak poczucia, że społeczeństwo polskie
      zostało już wystarczająco spacyfikowane i przygotowane. Zimnym prysznicem dla
      władz radzieckich i polskich komunistów stało się doświadczenie austriackie i
      węgierski
      • 17.01.07, 11:40
        Od września-października 1945 r. władze radzieckie zaczęły odczuwać nacisk
        państw zachodnich na przeprowadzenie w Polsce wyborów, do czego zobowiązywała
        umowa jałtańska. Komuniści nie mieli jednak poczucia, że społeczeństwo polskie
        zostało już wystarczająco spacyfikowane i przygotowane. Zimnym prysznicem dla
        władz radzieckich i polskich komunistów stało się doświadczenie austriackie i
        węgierskie. Wybory parlamentarne (15 listopada na Węgrzech i 25 listopada w
        Austrii) zakończyły się dla komunistów klęską. Na Węgrzech otrzymali oni
        zaledwie 16 proc. głosów, a w Austrii, której większa część była pod
        administracją państw zachodnich, jedynie 5 proc. (Notabene radosna dla Moskwy
        wiadomość przyszła z Francji, gdzie komuniści otrzymali 25 proc. głosów).

        Historycy nie poznali jeszcze i nie opisali mechanizmów obiegu informacji i
        poleceń pomiędzy radzieckim kierownictwem w Moskwie a polskimi władzami
        komunistycznymi w Warszawie, nie ulega jednak wątpliwości, że kolejne
        posunięcia władz polskich mieściły się precyzyjnie w założeniach polityki
        radzieckiej i były dość dokładnie zsynchronizowane z jej potrzebami i
        działaniami. Faktem jest, że w odniesieniu do Polski postanowiono, by wybory
        odłożyć do czasu wyraźniejszego pozyskania społeczeństwa, a na okres
        przejściowy wymyślić namiastkę wyborów.

        Tak pojawiła się idea referendum ludowego. Władze chciały stworzyć wrażenie, że
        w referendum zostaną zadane pytania o sprawy decydujące o kształcie ustrojowym
        i politycznym państwa. Ogłoszenie wyników, które pokazywałyby, że społeczeństwo
        popiera rozwiązania głoszone przez nową władzę, miało stanowić namiastkę
        legitymizacji. Pomysł referendum był trafnym trikiem – patrząc na to z
        perspektywy analizy politologicznej. Sformułowano trzy pytania referendalne,
        przy czym dwa z nich zostały pomyślane tak, aby w zasadzie można było
        odpowiedzieć na nie jedynie pozytywnie (akceptacja ziem zachodnich,
        nacjonalizacja wielkiego przemysłu i reforma rolna). Trzecie pytanie miało inny
        charakter – zgoda na istnienie dwuizbowego parlamentu z senatem. Siły
        opozycyjne – by odróżnić się od komunistów – musiały wzywać do akceptacji
        senatu. Wbrew sobie, ponieważ zniesienie senatu było tradycyjnym hasłem ruchu
        ludowego. Przywódcy opozycji zdawali sobie sprawę, że muszą podjąć walkę pod
        hasłem "2 razy tak, raz nie".

        Komuniści przypuścili rzeczywiście frontalny atak propagandowy na społeczeństwo
        polskie. Według sprawozdania Ministerstwa Informacji i Propagandy,
        rozdystrybuowano 97,7 mln sztuk materiałów propagandowych (w kraju o 24 mln
        obywateli!), powołano 4 tys. grup agitatorów domowych. Każdy pułk wojska musiał
        opuścić koszary i rozlokować się na terenie dwu przydzielonych powiatów;
        żołnierze mieli obchodzić poszczególne gospodarstwa, a ćwiczeniami pododdziałów
        miano zastraszyć ludność. Uruchomiono 34 kina objazdowe, wyświetlające
        propagandowe filmiki, a w czerwcu stworzono specjalną kolumnę transportową,
        którą wyposażono w 54 nowe ciężarówki do rozwożenia ulotek i plakatów.

        Referendum było dużym wysiłkiem organizacyjnym; przygotowano 200 tys. sztuk
        zestawów fotograficznych, 500 tys. egzemplarzy broszury antyniemieckiej czy 1
        mln broszur "Lud ma głos". Z ulotek największy nakład – 9 mln – miała
        zatytułowana "Co powie Polak", a po 5 mln – "Co to jest Senat" i "Nie będzie
        Niemiec Polakowi bratem". Po 100 tys. egzemplarzy miały plakaty: "Ziemie
        Zachodnie to bogactwo Polski" oraz "Fabryki, huty, kopalnie własnością narodu".
        Według sprawozdań urzędów propagandy (istniał specjalny resort z placówkami
        wojewódzkimi i powiatowymi), tylko w czerwcu 1946 r. zorganizowano na terenie
        Polski 31 tys. wieców i mityngów. Wszystko to miało wpływ na krajobraz (również
        estetyczny) kraju, a niektóre napisy na budynkach "3 x TAK" można było jeszcze
        zobaczyć po 40–50 latach.

        30 czerwca 1946 r. odbyło się referendum. Prawdziwe dokładne wyniki nie są
        znane i – prawdopodobnie – nigdy nie będziemy ich znali. Fałszerstwa protokołów
        i usuwanie kart innych niż "3 x TAK" miały miejsce powszechnie i na wszystkich
        poziomach. Ogłoszone oficjalnie wyniki miały potwierdzić tezę o poparciu narodu
        dla nowej władzy, z pewnym wpływem "resentymentów starego myślenia". Wedle
        dostępnej wiedzy i szacunków historyków, pytanie o senat okazało się sromotną
        klęską: za hasłem "3 x TAK", do czego wzywały władze, opowiedziało się 28–30
        proc. głosujących.

        Kierownictwo partii komunistycznej przekonało się, że nawet najbardziej
        zmasowane działania propagandowe zawiodły. Oczywiście, starano się maksymalnie
        zdyskontować – zwłaszcza na arenie międzynarodowej – oficjalnie ogłoszone
        wyniki, ale wobec powszechnego poczucia fiaska podjęto decyzję o przygotowaniu
        do wyborów w innym trybie. Nie mając zaufania do rezultatów propagandy,
        zmniejszono wysiłek organizacyjny w jej techniczne przygotowanie, a w
        zdecydowany sposób odwołano się do siłowej kontroli nad przebiegiem wyborów.

        Wojsko i urzędy bezpieczeństwa ze wzmożoną intensywnością przystąpiły do
        działań przeciwko opozycji, także tej potencjalnej i urojonej. Aresztowano i
        przesłuchiwano ludzi, którzy byli niegdyś aktywni społecznie, byli posłami czy
        działaczami samorządowymi, urzędnikami na kierowniczych stanowiskach czy po
        prostu... byli ponadprzeciętnie wykształceni. Była w tym jakaś logika; wszyscy
        tacy ludzie teoretycznie mogli nie chcieć być częścią biernej masy.

        Na terenie całego kraju zostały powołane specjalne komisje weryfikacyjne, które
        odbierały prawo do głosowania "kolaborantom", "ludziom odpowiedzialnym za
        faszyzację kraju i doprowadzenie do klęski wrześniowej" lub czasem nawet
        jedynie "reakcjonistom". W listopadzie 1946 r. wyznaczono datę wyborów na 19
        stycznia 1947. Pod koniec 1946 r. przypuszczono zmasowany atak na opozycyjne
        PSL – zarówno w prasie, jak i poprzez represje policyjne: dokonywano rewizji w
        biurach, aresztowano członków władz lokalnych, wzywano na rozmowy do UB
        szeregowych członków, rozwiązywano pod różnymi pretekstami organizacje partyjne
        w całych powiatach, "nieznani sprawcy" strzelali do niepokornych działaczy na
        ulicy (zabitych zostało około 100 osób). W niektórych powiatach pozbawiono
        prawa do głosowania ponad połowę wyborców. W skali kraju było to ok. 30 proc.
        uprawnionych. Polskę podzielono na 52 okręgi wyborcze, a w 10 z nich listy PSL
        zostały unieważnione, 147 kandydatów na posłów, zgłoszonych przez PSL, znalazło
        się w więzieniu. Szacuje się, że profilaktycznie przed wyborami do więzień
        trafiło między 100 a 150 tys. osób.

        Na kilka tygodni przed wyborami zaczęto wzywać do głosowania zbiorowego, np.
        zakładami pracy, i do jawnego, by okazać, że głosuje się na "siły
        demokratyczne". Kto będzie głosował inaczej, uznany zostanie za "reakcjonistę",
        zapowiadano, że władza zapamięta to i we "właściwy" sposób będzie traktować
        tych, którzy "przeszkadzają postępowi i demokracji".

        Wybory (które na taką nazwę zasługują jedynie z wielką umownością) pokazały
        siłę oporu społecznego. Oficjalnie komuniści ogłosili, iż zdobyli – jako tzw.
        Blok Demokratyczny (czyli razem z partiami satelickimi) – 80 proc. głosów. W
        rzeczywistości szacuje się, że pomimo panującego terroru ok. 60 proc.
        społeczeństwa zagłosowało na opozycyjny PSL. Wszystko było teraz jasne: w
        ramach tradycyjnych instytucji demokratycznych nie da się utrzymać nowej władzy.

        Wybitny brytyjski znawca Europy Środkowej Sefton Delmer napisał 23 stycznia w
        poczytnym wówczas londyńskim dzienniku "Daily Express", że dla Polaków
        zniknął "ostatni cień nadziei". Sytuacja międzynarodowa szybko się zmieniała.
        Rozpoczynała się zimna wojna. W czerwcu 1947 r. ogłoszono plan Marshalla, który
        został przez kształtujący się blok moskiewski odrzucony. W polityce wewnętrznej
        jeszcze do jesieni utrzymał się w rachitycznej formie PSL,
        • 17.01.07, 11:41

          Wybitny brytyjski znawca Europy Środkowej Sefton Delmer napisał 23 stycznia w
          poczytnym wówczas londyńskim dzienniku "Daily Express", że dla Polaków
          zniknął "ostatni cień nadziei". Sytuacja międzynarodowa szybko się zmieniała.
          Rozpoczynała się zimna wojna. W czerwcu 1947 r. ogłoszono plan Marshalla, który
          został przez kształtujący się blok moskiewski odrzucony. W polityce wewnętrznej
          jeszcze do jesieni utrzymał się w rachitycznej formie PSL, póki nie rozpadł się
          w wyniku aresztowań i normalnego ludzkiego strachu szeregowych członków.
          Jeszcze niektórzy działacze koncesjonowanej PPS próbowali wypracować dla siebie
          jakąś niezależność, oszukując się i nie chcąc pogodzić się z tym, że są partią
          wasalną.

          Nadchodzące nowe atakowało; tworzył się nowy klimat społeczny: "bitwa o handel"
          miała podporządkować komunistycznej władzy warstwy średnie: rzemieślników,
          sklepikarzy; "ruch współzawodnictwa pracy" miał ująć w karby i zastraszyć
          robotników, "ruch korespondentów robotniczych i chłopskich" uruchomić
          mechanizmy masowego donosicielstwa, a kursy przygotowawcze na studia bez matury
          (a nawet często bez ukończonej szkoły podstawowej) zapewnić nowe, wierne (bo
          zindoktrynowane) kadry. Ucieczka za granicę przywódcy opozycyjnej PSL
          Stanisława Mikołajczyka 20 października 1947 r. była już ostatnim akordem
          dogorywającej demokracji.

          Zakończeniem etapu historycznego, który rozpoczął się 19 stycznia 1947 r., były
          tak naprawdę dopiero wybory z 4 czerwca 1989 r. Wszelkie zaostrzenia kursu,
          odwilże, protesty, ruchy rewizjonistyczne i dysydenckie to wewnętrzna historia
          następnej epoki – PRL. Wbrew pozorom największy terror nie panował w Polsce na
          początku lat 50., kiedy represje miały w dużej mierze charakter wewnętrznych
          rozliczeń w obozie władzy, ale w okresie poprzedzającym styczniowe wybory z
          1947 r.

          Autor jest historykiem, pełni funkcję podsekretarza stanu w Kancelarii
          Prezydenta RP.
          • 17.01.07, 12:02
            oraz zapadłych tam ustaleń Wielkiej Trójki(USA-Wielkiej Brytanii i ZSRR) co do
            podziału świata na strefy wpływów oraz zakwalfikowania Polski do strefy
            operacyjnej Armii Czerwonej-przez Polskę szły jej linie komunikacyjne do
            Niemiec i w Polsce utrzymywała ona(czego Stalin nie krył ani w Teheranie mówiąc
            o zamiarach ani w Jałcie mówiąc o rzeczywistości)swoje garnizony wojskowe.
            W Jałcie Alianci zgodzili się że wybory w Polsce będą przebiegać bez obecności
            międzynarodowych obserwatorów i nikt poważny nie miał już wątpliwości jakie siły
            (proradzieckie czy prozachodnie)będą decydować o sytuacji w Polsce.Reszta była
            juz tylko dekoracją dla uspokojenia zachodniej opinii publicznej.
            Nawiasem mówiąc w 1945-1947 były w Polsce elementy wojny domowej-corocznie
            tysiące zabitych w walce po każdej ze stron i dosyć silne(paręnaście tysiecy
            ludzi w 1945 ale już niespełna tysiąc w grudniu 1947)oddzialy zbrojne podziemia
            WiN,NSZ,NZW,UPA itd zbrojnie zwalczające rząd-chyba ich miał autor na myśli
            pisząc o "niezależnych ośrodkach oporu społecznego".
            Liczbę 60% głosów na PSL w wyborach 1947 autor wziął sobie z sufitu albo ze
            zmienionych wspominków Mikolajczyka któremu miał powiedzieć PSLowiec Wójcik
            że "Ktos" dobrze zorientowany powiedział mu iż PSL dostało 80% głosów.Wyśmiała
            to nawet K.Kersten w swojej wydanej w II obiegu ksiązce.Nikt nie zna
            prawdziwych wyników zas silna była presja administracyjna na wyborców.
            Resztówka po PSL egzystowała do 1949(a nie 1947) kierował nią Józef Niećko.
    • 07.02.07, 19:36
      www.gazetawyborcza.pl/1,76498,3893856.html
      Szpieg komunistów, agent gestapo
      Robert Spałek*


      17 lutego 1944 r. dokonano napadu na jedno z archiwów Armii Krajowej. W akcji tej wzięli udział: funkcjonariusz gestapo, dwóch żołnierzy kolaboranckiej prohitlerowskiej formacji rosyjskiej i dwóch partyzantów Gwardii Ludowej. Akcją kierował Bogusław Hrynkiewicz - radziecki szpieg współpracujący z PPR
      Zdawać by się mogło, że jesienią 1948 r. przed komunistami w Polsce rysowała się świetlana przyszłość. Partie opozycyjne, Polskie Stronnictwo Ludowe i Stronnictwo Pracy dogorywały. Podziemie niepodległościowe było bliskie pacyfikacji. Cała władza polityczna i gospodarcza, propaganda, kultura i aparat represji znalazły się w rękach uczniów Stalina.

      Tymczasem to oni sami dla siebie zaczynają być największym zagrożeniem. W bloku państw zależnych od ZSRR rozpoczyna się seria pokazowych procesów politycznych. Na ławach oskarżonych zasiadają współtwórcy i beneficjenci nowego ustroju. W Albanii, Bułgarii, Czechosłowacji, Rumunii i na Węgrzech wiesza się osoby z najwyższego szczebla aparatu partii komunistycznych. W samej Czechosłowacji w latach 1951-52 aresztowano 50 wysokich funkcjonariuszy partii. Powieszono wicepremiera i sekretarza generalnego Rudolfa Slanskiego i jego dziesięciu najbliższych zastępców, ministrów i współpracowników. Radziecki doradca Michaił Lichaczow powiedział wówczas: "Stalin mnie tu wysłał, żebym robił procesy, nie mam zamiaru tracić czasu. Nie przyjechałem na dyskusje, przyjechałem do Czechosłowacji, żeby ścinać głowy. Wolę skręcić kark 150 osobom, niż nadstawić swój".

      Już w połowie 1948 r. Władysław Gomułka, szef PPR, został uznany za twórcę "odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego", co oznaczało chęć posiadania częściowej autonomii w kontaktach z ZSRR. Teraz trzeba mu było udowodnić działalność "wrogą interesom klasy robotniczej", co stało się ważnym zadaniem organów Bezpieczeństwa Publicznego. Do więzień trafiają komuniści, których zeznania mogą posłużyć realizacji tego celu. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego buduje całkowicie sfingowany scenariusz wielkiej prowokacji i spisku w PPR, wojsku i aparacie państwowym.

      W toku śledztw zdarzenia prawdziwe są przez zeznających łączone z kłamstwami, przeinaczeniami czy wręcz historiami absurdalnymi. Wszystko po to, by dostarczyć argumentów, jakich potrzebuje aparat władzy uosabiany przez Bolesława Bieruta i Jakuba Bermana. Gdyby jednak w tych zeznaniach udało nam się oddzielić ziarno od plew, mielibyśmy szansę zaznajomić się z historią dotąd słabo, a czasem wcale nieznaną.

      Znajdziemy tu bowiem liczne informacje o siatkach radzieckiego wywiadu biorących udział w walce z polskim podziemiem niepodległościowym. I o tym, że po wojnie wielu współpracowników owych siatek trafiło do komunistycznych więzień. "Tak było z Leopoldem Trepperem, słynnym szefem Rote Kapelle działającym w Belgii i Francji, tak było z małżeństwem Classenów, współpracownikami legendarnego Richarda Sorge w Japonii, tak było z Węgrem Rado działającym w Szwajcarii, tak wreszcie było z Hrynkiewiczem" - pisała Maria Turlejska.

      W tym artykule opowiemy właśnie o Bogusławie Hrynkiewiczu.

      Chmurna młodość

      Urodził się 12 września 1909 r. we wsi Borkowo na Podlasiu, niedaleko Łomży. Jego ojciec był nauczycielem wiejskim. On sam studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim. W 1929 r. wstąpił do Związku Młodzieży Komunistycznej w Polsce (od 1930 r. KZMP) i objął funkcję sekretarza komitetu dzielnicowego w Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom. Ponadto aktywnie działał w Organizacji Młodzieży Studenckiej "Życie". OMS Życie skupiała młodzież komunistyczną i komunizującą, prowadziła działalność samokształceniową i propagandową wśród studentów i robotników.

      Studiów nie ukończył, bo bez reszty zaangażował się w politykę. Jako członek Komunistycznej Partii Polski trafił na dwa lata do więzienia (1932-33). Dwie dekady później wspominał, iż wykładał współwięźniom zasady marksizmu. Pobyt za kratami umocnił tylko jego wiarę w słuszność obranej drogi.

      Jesienią 1939 r. wraz z żoną uciekł ze stolicy do Wilna, a potem do Białegostoku. Podobnie uczyniły setki komunistów z Polski. Jednak na terenach zagarniętych przez ZSRR wcale nie czuł się bezpieczny. Rozwiązana kilkanaście miesięcy wcześniej KPP uznana została przez władze radzieckie za partię spenetrowaną przez agentów polskiej policji. Członków KPP obowiązywał zakaz działalności politycznej. Z zasady byli traktowani jako "ludzie podejrzani", potencjalni "wrogowie ludu". Jak pisał emigracyjny publicysta Tadeusz Żenczykowski, "powoływanie się na przynależność do KPP było - co najmniej w pierwszym okresie pobytu na wschodzie - okolicznością obciążającą". A Józef Światło, w powojennej Polsce jeden z najbardziej prominentnych oficerów bezpieczeństwa, mówił wprost: "Kiedy widziałem stosunek NKWD i komunistów sowieckich do starych komunistów polskich, nie przyznawałem się do mojej przeszłości komunistycznej".

      Dlatego też Hrynkiewicz z początku nie zajmował się polityką. Podjął pracę w Miejskim Wydziale Oświaty w Białymstoku. Jednak w lipcu 1940 r. przedstawiciel lokalnych władz bezpieczeństwa wezwał go na rozmowę do Zarządu Miejskiego. Hrynkiewicz wspomina: "Przyjął mnie kierownik specoddziału (nazwiska nie pamiętam) i przedstawił mnie obecnemu również w gabinecie członkowi NKWD Konowałowi. Po przedstawieniu mnie Konowałowi kierownik specoddziału wyszedł, pozostawiając nas razem. Konowałow nawiązał krótką rozmowę, w której zaproponował mi współpracę z organami NKWD. Spotkanie to było bardzo krótkie, ponieważ nie mogliśmy [dłużej] korzystać z tego gabinetu i przed rozejściem się umówiliśmy się na następne spotkanie, które miało się odbyć w gmachu NKWD. Kiedy zgłosiłem się na umówione spotkanie, Konowałow wziął ode mnie mój życiorys oraz podpisałem zobowiązanie współpracy". W rzeczywistości podpisał tylko zobowiązanie do zachowania tajemnicy.

      Spotkania z oficerem NKWD odbywał nieregularnie, przeważnie w Miejskim Wydziale Oświaty po godzinach pracy. Konowałow interesował się środowiskiem nauczycielskim, atmosferą i wydarzeniami w szkołach i uczelniach białostockich. Raz otrzymał od Hrynkiewicza sprawozdanie pisemne, ale bez podpisu, gdyż ten nie miał wówczas swojego pseudonimu.

      Po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej w czerwcu 1941 r. Hrynkiewicz usiłował uciekać w głąb ZSRR. Dostał się jednak pod ostrzał, w okrążenie walczących armii. Jedyna droga ucieczki prowadziła na zachód, wrócił więc wraz z żoną do Warszawy. Jesienią i zimą 1941-42 przebywał w Michalinie u swego szwagra i zarządzał jego 50-hektarowym majątkiem. W tym czasie mógł pozwolić sobie na częste wizyty w Warszawie. Spotykał się wówczas z kilkoma komunistami: Teofilem Głowackim, Czesławem Strzeleckim, Janem Hallerem i Wiesławem Sobierajskim. Wspólnie próbowali nawiązać kontakt z ludźmi przybyłymi z ZSRR - tzw. grupą inicjatywną, organizującą działalność nowej partii. Kiedy w końcu Strzeleckiemu i Sobierajskiemu to się udało, Hrynkiewicz zrezygnował.

      Inspektor z Białegostoku

      Powód rezygnacji był ważki. W pierwszych miesiącach 1942 r. Hrynkiewicz spotkał swego dawnego znajomego z OMS Życie Artura Rittera-Jastrzębskiego, w owym czasie aktywnego współpracownika NKWD. Wedle radzieckich dokumentów Hrynkiewicz został zaangażowany do pracy z "organami wywiadowczymi" w marcu 1942 r. Kiedy po kilku miesiącach współpraca zaczęła układać się pomyślnie, Ritter poznał Hrynkiewicza ze swoim zwierzchnikiem - kierownikiem grupy wywiadu Czesławem Skonieckim. Odtąd Hrynkiewicz utrzymywał stały kontakt ze Skonieckim. Dla wywiadu radzieckiego zbierał informacje o polskim podziemiu niepodległościowym - głównie o organizacjach prawicowych. Otrzymał pseudonimy "Inspektor z Białegostoku" oraz "Pat".

      Dość szybko jednak jego relacje ze zwierzchnikiem zaczęły się psuć. Po latach Skoniecki stwierdził, że "Hrynkiewicz niechętnie i pod
      • 07.02.07, 19:37
        Dość szybko jednak jego relacje ze zwierzchnikiem zaczęły się psuć. Po latach Skoniecki stwierdził, że "Hrynkiewicz niechętnie i pod przymusem udzielał informacji o swych kontaktach", na dodatek "meldunków dostarczył znikomą ilość, natomiast domagał się kontaktu z przełożonymi". Miał też zachowywać się "awanturniczo". Można by sądzić, że Hrynkiewicza cechowała nadmierna samodzielność, trudna do skontrolowania przez zwierzchników, którzy najwyraźniej nie ufali mu do końca. W związku z tym latem 1943 r. Skoniecki zerwał kontakt z "Inspektorem z Białegostoku". Wszystko miało się odbyć "za zgodą Moskwy", która została poinformowana o "podejrzanej roli Hrynkiewicza".

        Sam Hrynkiewicz nie widział w swym postępowaniu niczego, co by tłumaczyło niepokój zwierzchników: "Zaczynając pracę w wywiadzie NKWD nie posiadałem żadnego przygotowania ani wiadomości w tej dziedzinie i takowych nie otrzymałem. Mimo nieporozumień ze Skonieckim wykonywałem jego dyrektywy. (...) Nieprawdą jest, bym ukrywał lub robił [coś] na własną rękę, meldowałem o wszystkim przed lub po wykonaniu, w tym, co robiłem, nie wychodziłem poza ramy dyrektyw. Jeśli informacje moje były nieścisłe, to ja sam takie posiadałem, jeśli nie dawałem jakichś informacji, to dlatego, że sam ich nie miałem".

        Hrynkiewicz nie zaprzestał jednak działalności na rzecz wywiadu komunistycznego, lecz zmienił bezpośrednich mocodawców.

        Organizacja wywiadowcza PPR

        W połowie 1942 r. sekretarz generalny powstającej od kilku miesięcy Polskiej Partii Robotniczej otrzymał depesze z Moskwy (formalnie od Georgija Dymitrowa, szefa Kominternu) zlecającą powołanie "specjalnej służby wywiadowczej przy K[omitecie] C[entralnym]". "Inaczej mówiąc - jak to ujął w swych pamiętnikach Władysław Gomułka - w Moskwie postanowiono, aby w PPR utworzyć tajną, zakonspirowaną w jej łonie organizację wywiadowczą, która miała wykonywać zlecone jej zadania przy pomocy członków partii względnie Gwardii Ludowej, nie przynależnych do tej organizacji i nie wtajemniczonych w jej istnienie".

        O tej specjalnej działalności wiedzieli tylko nieliczni członkowie kierownictwa PPR: Marceli Nowotko, Bolesław Mołojec, Paweł Finder, Małgorzata Fornalska, a także związany z tym środowiskiem Teodor Duracz. Jak pisze Gomułka, ludzie ci utrzymywali w ścisłej tajemnicy "przed innymi członkami KC PPR" treść depeszy Dymitrowa, albowiem "osobnicy wprzęgani do pracy nad organizowaniem centralnych organów tej służby (...) otrzymywali odpowiednie instrukcje [bezpośrednio] od Nowotki". Po jego zabójstwie w listopadzie 1942 r. rolę koordynatora przejął Finder.

        Jedną z najważniejszych osób wtajemniczonych w radziecki projekt był Marian Spychalski. Ten przedwojenny komunista, architekt i aktywista OMS Życie, w pierwszych miesiącach 1942 r. pełnił funkcję szefa Sztabu Głównego GL. Po konflikcie w gronie kierowniczym został latem odsunięty ze stanowiska. Do pracy w sztabie powrócił w styczniu 1943 r., tym razem jako zastępca szefa. Mimo pozornej degradacji w rzeczywistości znacznie umocnił swą pozycję. W ramach podziału pracy przypadło mu zwierzchnictwo nad wszystkimi działaniami wywiadu (Wydziału Informacji GL), w tym całkowity nadzór nad funkcjonowaniem "specjalnej służby wywiadowczej". Wywiad był jednostką autonomiczną, pozostającą poza kompetencjami Sztabu Głównego GL.

        Latem 1943 r. Czesław Strzelecki, pracownik Sztabu Głównego GL, spotkał się kilkakrotnie z Hrynkiewiczem. Znał go jeszcze z czasów studenckich, z OMS Życie. Teraz spotykali się raz u jednego, raz u drugiego w mieszkaniu. Strzelecki dość szybko wysunął propozycję skontaktowania dawnego kolegi ze swym obecnym szefem w wywiadzie GL Marianem Spychalskim. Ten zresztą sam podsunął mu ów pomysł, już bowiem przed wojną poznał Hrynkiewicza.

        Miecz i Pług

        Jak wspomniałem, w okresie współpracy z NKWD Hrynkiewicz zbierał głównie informacje na temat prawicowych organizacji podziemnych. Latem 1942 r. uzyskał szansę przeniknięcia do jednej z nich - grupy Miecz i Pług. Struktura ta powstała na przełomie 1939 i 1940 r.; z początku programowo zbliżona była do chrześcijańskiej demokracji i endecji. Wśród jej inicjatorów znaleźli się oficerowie, którzy przed wojną byli pracownikami Oddziału II Wojska Polskiego - kontrwywiadu prowadzącego m.in. walkę z komunistami. Na czele Miecza i Pługa stali Komendant Główny Anatol Słowikowski i dr Zbigniew Grad.

        Hrynkiewicz zdołał wniknąć w głąb owej struktury późnym latem 1942 r. Wprowadził go tam znajomy, także były członek OMS Życie Antoni Lewiński. Dzięki kolejnym kontaktom udało mu się poznać najściślejsze kierownictwo organizacji. Zgodnie z instrukcją Rittera Hrynkiewicz "ujawnił się przed Słowikowskim jako stary komunista, lecz po bytności w latach 1941-42 rozczarowany do ustroju radzieckiego i pragnący iść po innej drodze". Co ważne, sam Ritter potwierdził wydanie Hrynkiewiczowi takiej instrukcji, a także polecenie wstąpienia do organizacji prawicowej.

        Do Wydziału Organizacyjnego Zarządu Głównego Miecza i Pługa wprowadził go z kolei Słowikowski. Chodziło o wykorzystanie jego doświadczeń z pracy w KPP. Hrynkiewicz początkowo pracował na terenie powiatów garwolińskiego i lubartowskiego, a później siedleckiego, sokołowskiego i całej Lubelszczyzny. Z pracy wywiązywał się na tyle sprawnie, że został kierownikiem centralnego wydziału organizacyjnego. Posługiwał się pseudonimem "Aleksander".

        Wchodząc w skład kierownictwa, zyskał dostęp do materiałów wywiadu. Terenowe ogniwa Miecz i Pługa zdobywały ważne materiały o niemieckiej armii i aparacie władzy. Hryniewicz zdawał regularnie sprawozdania ze swych działań swemu zwierzchnikowi Skonieckiemu. Ten nie tylko wyraził zgodę, by Hrynkiewicz "działał jak stuprocentowy mipowiec", ale też polecił "wszelkimi siłami piąć się w górę, celem opanowania organizacji, a następnie włączenia jej do bloku PPR". Być może w ZSRR powstał pomysł zbudowania w Polsce jakiejś przeciwwagi dla podziemnej, niepodległościowej Krajowej Reprezentacji Politycznej. Jeśli tak było, pomysł ów był dalece oderwany od rzeczywistości. Członkowie Miecza i Pługa mieli poglądy radykalnie antykomunistyczne. Hrynkiewicz, tkwiący wewnątrz organizacji, uważał ów pomysł za absurdalny i niewykonalny. Ale Skoniecki podobno nie dawał się przekonać. Ostatecznie przystał na zgłoszony przez Hrynkiewicza projekt "rozbicia MiP-u w ogóle jako organizacji", ale najwyraźniej stracił do niego zaufanie.

        Prawdopodobnie w związku z tymi nieporozumieniami Hrynkiewicz spotkał się na własne żądanie z Pawłem Finderem - kolejnym sekretarzem PPR, a zarazem szefem "specjalnej grupy wywiadowczej". Złożył mu dokładne sprawozdanie z pracy w Mieczu i Pługu i przekazał wszystkie informacje o tej organizacji.

        W końcu przystąpił do realizacji swego projektu. Zadanie nie było trudne, gdyż Słowikowski i Grad utrzymywali kontakty z niemieckimi władzami bezpieczeństwa, i to bez wiedzy współpracowników. Hrynkiewicz otrzymał dodatkowo z NKWD dokumenty, na podstawie których oskarżył obu szefów o współpracę z gestapo. Między innymi na tej podstawie 18 września 1943 r. pluton specjalny Miecza i Pługa dokonał w Warszawie ich egzekucji. Uzasadnienie wyroku zostało przedłożone Delegaturze Rządu. Rozbijając kierownictwo Miecza i Pługa, Hrynkiewicz przyczynił się do stopniowego rozpadu tej organizacji.

        Nowy szef, Spychalski

        Jednak "Inspektor z Białegostoku" czuł się coraz mniej pewnie. "Będąc w kierownictwie MiP - zeznawał Hrynkiewicz w śledztwie prowadzonym przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego w 1950 r. - natknąłem się na gąszcz zagadnień przerastających moje doświadczenie i umiejętności, pomocy nie otrzymałem, zaś w najtrudniejszym momencie zerwano ze mną kontakt". Był tym zaskoczony: "Stwierdzam stanowczo, że nie dałem nawet cienia dowodu, który by motywował zarzuty w stosunku do mnie i konieczność zerwania kontaktu".

        Późnym latem 1943 r. Hrynkiewicz skontaktował się ze Spychalskim. Tak przynajmniej utrzymywał ten ostatni. Rozmawiali w mieszkaniu Spychalskiego na Żoli
        • 07.02.07, 19:39
          Późnym latem 1943 r. Hrynkiewicz skontaktował się ze Spychalskim. Tak przynajmniej utrzymywał ten ostatni. Rozmawiali w mieszkaniu Spychalskiego na Żoliborzu (ul. Felińskiego). Hrynkiewicz twierdził, że pracuje dla wywiadu radzieckiego, ale ma dostęp do informacji, które dotyczą bezpośrednio polskich komunistów (GL, PPR). Może przekazywać je do wykorzystania "najkrótszą drogą". Przedstawił relację z "likwidacji kierownictwa MiP" i swoje najbliższe plany. Przewidywał możliwość "wniknięcia" w strukturę wywiadu antykomunistycznego Delegatury Rządu w Warszawie.

          Z kolei Hrynkiewicz datował swe pierwsze spotkanie ze Spychalskim na koniec 1942 r. Te różnice dadzą się jednak pogodzić. Przełomem w kontaktach było trzecie spotkanie, które stanowiło rzeczywisty początek współpracy. A doszło do niego właśnie w połowie 1943 r. Hrynkiewicz uznał wtedy, że Spychalski, jako "członek czy mąż [zaufania] wywiadu radzieckiego" został jego kierownikiem "z ramienia KC PPR".

          Hrynkiewicz opowiedział Spychalskiemu o swej współpracy i sporach ze Skonieckim. "Spychalski odnosił się do mnie z oschłą serdecznością, rozumiał moje intencje i uważał, że miałem całkowicie słuszność. To wszystko wywołało u mnie wrażenie, że nareszcie będę współpracował z towarzyszem, który zna mnie i z którym współpraca ułoży mi się dobrze".

          W ostatnich miesiącach 1943 r. spotkania miały już charakter regularny. W pierwszych tygodniach 1944 r. zyskały na intensywności. Obaj panowie widywali się co tydzień w mieszkaniu na ul. Chmielnej (właścicielką lokalu była Irena Kukulska) lub w kawiarni w tym samym budynku. Spychalski nie wspominał w szerokim kierownictwie GL-PPR o nawiązaniu współpracy z Hrynkiewiczem, gdyż uznał, że "podlega on kierownictwu specjalnemu". Bez wątpienia jednak poinformował o tej współpracy Findera.

          Tak więc Spychalski przyznał sobie wyłączność na Hrynkiewicza. Uważał go za "informatora na swoim kontakcie", który gwarantuje, że "robotę przeciwko wrogim PPR i GL organizacjom poprowadzi w ten sposób, aby nie było jakiegokolwiek angażowania PPR i GL w tę jego działalność. Również moja osoba miała być całkowicie kryta".

          Kolacje z oficerem gestapo

          Pod koniec września 1943 r. Hrynkiewicz oznajmił Spychalskiemu, że nawiązuje kontakt z niemiecką policją "w celu rozszyfrowania tam odcinka roboty antykomunistycznej". Spychalski uznał, że plan jest "bardzo śmiały", ale wart zrealizowania. Wedle notatki sporządzonej na podstawie informacji zebranych przez NKWD Hrynkiewicz miał znajomości wśród funkcjonariuszy Abwehry, których poznał z inicjatywy dawnego kierownictwa Miecza i Pługa.

          Jesienią 1943 r. doszło do spotkania Hrynkiewicza z współpracownikiem Abwehry Włodzimierzem Bondorowskim i oficerem gestapo Wolfgangiem Birknerem. To postacie ze wszech miar interesujące. Carski podporucznik Bondorowski był jednym z "białych" Rosjan pracujących dla Abwehry. Natomiast porucznik Birkner był specjalistą w przygotowywaniu prowokacji policyjnych i znawcą polskiego podziemia. Szczątkowe zapisy w literaturze historycznej pozwalają zidentyfikować go jako oficera Wydziału IV-N Gestapo w Warszawie przebywającego tu od października 1939 r. Wydział ten dysponował stworzonymi przez siebie sieciami wywiadowczymi, które zajmowały się sprawami szczególnej wagi.

          Wiele wskazuje na to, że 3 lipca 1941 r. Birkner w roli szefa Wydziału IV-N wyjechał do Białegostoku, by wesprzeć działającą tam Einsatzgruppe B - 28-osobowy oddział Komando Białystok. „Przez ponad miesiąc Birkner »oczyszczał « rejon Białegostoku i Bielska Podlaskiego, głównie mordując Żydów” - pisze historyk Edmund Dmitrów („Wokół Jedwabnego”, Warszawa 2002).

          W trakcie spotkania Hrynkiewicz, Bondorowski i Birkner uzgodnili, że gestapo będzie wspomagać wciąż istniejący Miecz i Pług, dostarczając członkom tej organizacji broń, przepustki i pieniądze. W zamian naziści żądali pomocy w zwalczaniu organizacji lewicowych. Hrynkiewicz wspólnie z członkiem nowego kierownictwa Miecza i Pługa Władysławem Byszkiem trzykrotnie odbierał od Niemców pieniądze - w sumie około 2 mln zł. Z Birknerem i Bondorowskim spotykał się "przeważnie późnym wieczorem przy kolacjach, które były kosztowne". Fundował je Birkner - przekonany, że Hrynkiewicz jest lojalnym współpracownikiem gestapo.

          Także z porucznikiem (później kapitanem) Bondorowskim, szefem wywiadu w sztabie ROA (Rosyjska Armia Wyzwoleńcza, formacja kolaborancka walcząca u boku III Rzeszy) Hrynkiewicz kontaktował się regularnie od wiosny 1943 r. do sierpnia 1944 r. Wedle informacji MBP wspólnie dokonali wielu napadów rabunkowych. Hrynkiewicz nie krył tej znajomości przed Spychalskim, mówiąc mu, że "kontakty z gestapo ma p[odporucznik] carski Bondorowski, który z ramienia Wermachtu organizuje ROA".

          Spychalski przyjmował do wiadomości kontakty Hrynkiewicza z Niemcami. Co więcej, aby uwiarygodnić swojego agenta w tym środowisku, dostarczał mu informacje i materiały, które z punktu widzenia PPR były mało istotne lub też już "spalone". Spychalski przekazał mu więc - na użytek Birknera - numery prasy komunistycznej, znany już gestapo (według jego informacji) tekst umowy pomiędzy GL a PAL (Polska Armia Ludowa, powstała w kwietniu 1943 r., reprezentowała rozłamowe środowiska socjalistyczne i demokratyczne, które nie podporządkowały się Delegaturze Rządu), informację o przebiegu pierwszego posiedzenia KRN, listę "reakcjonistów i dwójkarzy", którzy w informacji zostali przedstawieni jako komuniści, a także adres akowskiej drukarni.

          Zdobyć archiwum

          Latem 1943 r. w mieszkaniu Konstantego Piotrowskiego, członka Miecza i Pługa, Hrynkiewicz poznał Wacława Kupeckiego. Był to pracownik Wydziału Bezpieczeństwa Okręgowej Delegatury Rządu Warszawa-miasto, który prowadził tajne archiwum na ul. Poznańskiej 37. Poza informacjami dostarczanymi przez wywiad antykomunistyczny gromadził w nim dane o najbardziej uciążliwych funkcjonariuszach niemieckiego aparatu ucisku i papiery kancelaryjne Delegatury.

          Kupecki zaproponował Hrynkiewiczowi pracę u siebie - początkowo "w charakterze pomocy technicznej, a po okresie próbnym, kiedy [tę kandydaturę] zatwierdzi delegatura, jako urzędnik delegatury, współpracownik Kupeckiego". Hrynkiewicz porozumiał się ze Spychalskim i uzyskał jego zgodę wraz z poleceniem, by "zebrać dane o akcji antykomunistycznej (...) wybierać nazwiska komunistów z materiałów Kupeckiego i przekazywać je Spychalskiemu".

          Kupecki miał Hrynkiewicza za człowieka, który, przebywając po 1939 r. pod okupacją radziecką, na własnej skórze przekonał się, czym jest komunizm. Sądził też, że dzięki niemu uda się podporządkować Miecz i Pług Armii Krajowej. Początkowo przydzielił mu czynności czysto biurowe, polegające głównie na przepisywaniu różnych danych do kartoteki. Po jakimś czasie zaczął mu powierzać bardziej odpowiedzialne zadania.

          Hrynkiewicz miał tyle pracy, że na początku 1944 r. przestał sobie radzić ze zdobywaniem informacji - "w żaden sposób nie mógł wynotować chociażby części nazwisk rozpracowywanych przez Delegaturę komunistów". Wówczas przedstawił Spychalskimu plan zabicia Kupeckiego i przejęcia archiwum - rękami gestapo. Sprawa była o tyle pilna, że Hrynkiewicz odnalazł w kartotece zdjęcie Spychalskiego wraz z kopią jego danych z fałszywego dowodu osobistego.

          Birkner długo nie interesował się zawartością archiwum Delegatury. Aby to zmienić, Hrynkiewicz użył więc podstępu i oskarżył Kupeckiego o współudział w "likwidowaniu" Niemców. Mimo to oficer gestapo nie chciał angażować w tę akcję swoich ludzi. Wedle Hrynkiewicza nie zamierzał wchodzić w konflikt z "panem Eugeniuszem" - przełożonym Kupeckiego. "Pan Eugeniusz" to Eugeniusz Gitterman, zastępca kierownika wywiadu centralnego w Wydziale Bezpieczeństwa Delegatury. Zdaniem wielu historyków był on agentem gestapo. 13 maja 1943 r. Gitterman dostarczył szefowi Sonderkommando IV AS w Warszawie listę 89 komunistów. W maju 1945 r. został zastrzelony - wedle niektórych relacji na rozkaz delegata rządu St
        • 07.02.07, 19:42
          Późnym latem 1943 r. Hrynkiewicz skontaktował się ze Spychalskim. Tak przynajmniej utrzymywał ten ostatni. Rozmawiali w mieszkaniu Spychalskiego na Żoliborzu (ul. Felińskiego). Hrynkiewicz twierdził, że pracuje dla wywiadu radzieckiego, ale ma dostęp do informacji, które dotyczą bezpośrednio polskich komunistów (GL, PPR). Może przekazywać je do wykorzystania "najkrótszą drogą". Przedstawił relację z "likwidacji kierownictwa MiP" i swoje najbliższe plany. Przewidywał możliwość "wniknięcia" w strukturę wywiadu antykomunistycznego Delegatury Rządu w Warszawie.

          Z kolei Hrynkiewicz datował swe pierwsze spotkanie ze Spychalskim na koniec 1942 r. Te różnice dadzą się jednak pogodzić. Przełomem w kontaktach było trzecie spotkanie, które stanowiło rzeczywisty początek współpracy. A doszło do niego właśnie w połowie 1943 r. Hrynkiewicz uznał wtedy, że Spychalski, jako "członek czy mąż [zaufania] wywiadu radzieckiego" został jego kierownikiem "z ramienia KC PPR".

          Hrynkiewicz opowiedział Spychalskiemu o swej współpracy i sporach ze Skonieckim. "Spychalski odnosił się do mnie z oschłą serdecznością, rozumiał moje intencje i uważał, że miałem całkowicie słuszność. To wszystko wywołało u mnie wrażenie, że nareszcie będę współpracował z towarzyszem, który zna mnie i z którym współpraca ułoży mi się dobrze".

          W ostatnich miesiącach 1943 r. spotkania miały już charakter regularny. W pierwszych tygodniach 1944 r. zyskały na intensywności. Obaj panowie widywali się co tydzień w mieszkaniu na ul. Chmielnej (właścicielką lokalu była Irena Kukulska) lub w kawiarni w tym samym budynku. Spychalski nie wspominał w szerokim kierownictwie GL-PPR o nawiązaniu współpracy z Hrynkiewiczem, gdyż uznał, że "podlega on kierownictwu specjalnemu". Bez wątpienia jednak poinformował o tej współpracy Findera.

          Tak więc Spychalski przyznał sobie wyłączność na Hrynkiewicza. Uważał go za "informatora na swoim kontakcie", który gwarantuje, że "robotę przeciwko wrogim PPR i GL organizacjom poprowadzi w ten sposób, aby nie było jakiegokolwiek angażowania PPR i GL w tę jego działalność. Również moja osoba miała być całkowicie kryta".

          Kolacje z oficerem gestapo

          Pod koniec września 1943 r. Hrynkiewicz oznajmił Spychalskiemu, że nawiązuje kontakt z niemiecką policją "w celu rozszyfrowania tam odcinka roboty antykomunistycznej". Spychalski uznał, że plan jest "bardzo śmiały", ale wart zrealizowania. Wedle notatki sporządzonej na podstawie informacji zebranych przez NKWD Hrynkiewicz miał znajomości wśród funkcjonariuszy Abwehry, których poznał z inicjatywy dawnego kierownictwa Miecza i Pługa.

          Jesienią 1943 r. doszło do spotkania Hrynkiewicza z współpracownikiem Abwehry Włodzimierzem Bondorowskim i oficerem gestapo Wolfgangiem Birknerem. To postacie ze wszech miar interesujące. Carski podporucznik Bondorowski był jednym z "białych" Rosjan pracujących dla Abwehry. Natomiast porucznik Birkner był specjalistą w przygotowywaniu prowokacji policyjnych i znawcą polskiego podziemia. Szczątkowe zapisy w literaturze historycznej pozwalają zidentyfikować go jako oficera Wydziału IV-N Gestapo w Warszawie przebywającego tu od października 1939 r. Wydział ten dysponował stworzonymi przez siebie sieciami wywiadowczymi, które zajmowały się sprawami szczególnej wagi.

          Wiele wskazuje na to, że 3 lipca 1941 r. Birkner w roli szefa Wydziału IV-N wyjechał do Białegostoku, by wesprzeć działającą tam Einsatzgruppe B - 28-osobowy oddział Komando Białystok. „Przez ponad miesiąc Birkner »oczyszczał « rejon Białegostoku i Bielska Podlaskiego, głównie mordując Żydów” - pisze historyk Edmund Dmitrów („Wokół Jedwabnego”, Warszawa 2002).

          W trakcie spotkania Hrynkiewicz, Bondorowski i Birkner uzgodnili, że gestapo będzie wspomagać wciąż istniejący Miecz i Pług, dostarczając członkom tej organizacji broń, przepustki i pieniądze. W zamian naziści żądali pomocy w zwalczaniu organizacji lewicowych. Hrynkiewicz wspólnie z członkiem nowego kierownictwa Miecza i Pługa Władysławem Byszkiem trzykrotnie odbierał od Niemców pieniądze - w sumie około 2 mln zł. Z Birknerem i Bondorowskim spotykał się "przeważnie późnym wieczorem przy kolacjach, które były kosztowne". Fundował je Birkner - przekonany, że Hrynkiewicz jest lojalnym współpracownikiem gestapo.

          Także z porucznikiem (później kapitanem) Bondorowskim, szefem wywiadu w sztabie ROA (Rosyjska Armia Wyzwoleńcza, formacja kolaborancka walcząca u boku III Rzeszy) Hrynkiewicz kontaktował się regularnie od wiosny 1943 r. do sierpnia 1944 r. Wedle informacji MBP wspólnie dokonali wielu napadów rabunkowych. Hrynkiewicz nie krył tej znajomości przed Spychalskim, mówiąc mu, że "kontakty z gestapo ma p[odporucznik] carski Bondorowski, który z ramienia Wermachtu organizuje ROA".

          Spychalski przyjmował do wiadomości kontakty Hrynkiewicza z Niemcami. Co więcej, aby uwiarygodnić swojego agenta w tym środowisku, dostarczał mu informacje i materiały, które z punktu widzenia PPR były mało istotne lub też już "spalone". Spychalski przekazał mu więc - na użytek Birknera - numery prasy komunistycznej, znany już gestapo (według jego informacji) tekst umowy pomiędzy GL a PAL (Polska Armia Ludowa, powstała w kwietniu 1943 r., reprezentowała rozłamowe środowiska socjalistyczne i demokratyczne, które nie podporządkowały się Delegaturze Rządu), informację o przebiegu pierwszego posiedzenia KRN, listę "reakcjonistów i dwójkarzy", którzy w informacji zostali przedstawieni jako komuniści, a także adres akowskiej drukarni.

          Zdobyć archiwum

          Latem 1943 r. w mieszkaniu Konstantego Piotrowskiego, członka Miecza i Pługa, Hrynkiewicz poznał Wacława Kupeckiego. Był to pracownik Wydziału Bezpieczeństwa Okręgowej Delegatury Rządu Warszawa-miasto, który prowadził tajne archiwum na ul. Poznańskiej 37. Poza informacjami dostarczanymi przez wywiad antykomunistyczny gromadził w nim dane o najbardziej uciążliwych funkcjonariuszach niemieckiego aparatu ucisku i papiery kancelaryjne Delegatury.

          Kupecki zaproponował Hrynkiewiczowi pracę u siebie - początkowo "w charakterze pomocy technicznej, a po okresie próbnym, kiedy [tę kandydaturę] zatwierdzi delegatura, jako urzędnik delegatury, współpracownik Kupeckiego". Hrynkiewicz porozumiał się ze Spychalskim i uzyskał jego zgodę wraz z poleceniem, by "zebrać dane o akcji antykomunistycznej (...) wybierać nazwiska komunistów z materiałów Kupeckiego i przekazywać je Spychalskiemu".

          Kupecki miał Hrynkiewicza za człowieka, który, przebywając po 1939 r. pod okupacją radziecką, na własnej skórze przekonał się, czym jest komunizm. Sądził też, że dzięki niemu uda się podporządkować Miecz i Pług Armii Krajowej. Początkowo przydzielił mu czynności czysto biurowe, polegające głównie na przepisywaniu różnych danych do kartoteki. Po jakimś czasie zaczął mu powierzać bardziej odpowiedzialne zadania.

          Hrynkiewicz miał tyle pracy, że na początku 1944 r. przestał sobie radzić ze zdobywaniem informacji - "w żaden sposób nie mógł wynotować chociażby części nazwisk rozpracowywanych przez Delegaturę komunistów". Wówczas przedstawił Spychalskimu plan zabicia Kupeckiego i przejęcia archiwum - rękami gestapo. Sprawa była o tyle pilna, że Hrynkiewicz odnalazł w kartotece zdjęcie Spychalskiego wraz z kopią jego danych z fałszywego dowodu osobistego.

          Birkner długo nie interesował się zawartością archiwum Delegatury. Aby to zmienić, Hrynkiewicz użył więc podstępu i oskarżył Kupeckiego o współudział w "likwidowaniu" Niemców. Mimo to oficer gestapo nie chciał angażować w tę akcję swoich ludzi. Wedle Hrynkiewicza nie zamierzał wchodzić w konflikt z "panem Eugeniuszem" - przełożonym Kupeckiego. "Pan Eugeniusz" to Eugeniusz Gitterman, zastępca kierownika wywiadu centralnego w Wydziale Bezpieczeństwa Delegatury. Zdaniem wielu historyków był on agentem gestapo. 13 maja 1943 r. Gitterman dostarczył szefowi Sonderkommando IV AS w Warszawie listę 89 komunistów. W maju 1945 r. został zastrzelony - wedle niektórych relacji na rozkaz delegata rządu St
          • 07.02.07, 19:43
            Birkner długo nie interesował się zawartością archiwum Delegatury. Aby to zmienić, Hrynkiewicz użył więc podstępu i oskarżył Kupeckiego o współudział w "likwidowaniu" Niemców. Mimo to oficer gestapo nie chciał angażować w tę akcję swoich ludzi. Wedle Hrynkiewicza nie zamierzał wchodzić w konflikt z "panem Eugeniuszem" - przełożonym Kupeckiego. "Pan Eugeniusz" to Eugeniusz Gitterman, zastępca kierownika wywiadu centralnego w Wydziale Bezpieczeństwa Delegatury. Zdaniem wielu historyków był on agentem gestapo. 13 maja 1943 r. Gitterman dostarczył szefowi Sonderkommando IV AS w Warszawie listę 89 komunistów. W maju 1945 r. został zastrzelony - wedle niektórych relacji na rozkaz delegata rządu Stefana Korbońskiego.

            Birkner zaproponował Hrynkiewiczowi, by przejął archiwum Kupeckiego siłami ludzi z Miecza i Pługa. Ten jednak nie mógł sprawy tak istotnej dla komunistów powierzyć MiP-owcom. Problem po części rozwikłał Bondorowski, obecny przy dyskusji. Zaofiarował Hrynkiewiczowi "dwóch, może trzech ludzi".

            Ale to wciąż było mało. W 1949 r. Jerzy Fonkowicz - członek kierownictwa wywiadu GL - zeznał, że pod koniec 1943 r. lub na początku 1944 r. Spychalski zażądał od niego "dwóch ludzi do akcji bojowej". Nie sprecyzował przy tym, o jaką akcję chodzi. Fonkowicz zgłosił Wincentego Romanowskiego (ps. "Roman", "Robert") i Wiechockiego (ps. "Stefan"). Ci później opowiadali Fonkowiczowi, że Spychalski skontaktował ich "z osobnikiem [Hrynkiewiczem], który z kolei skontaktował ich z innymi dwoma osobnikami ["bondarowszczykami"], przy czym ten pierwszy uprzedził moich ludzi, by nie wydali się pozostałym, do której organizacji należą". Mieli występować jako rzekomi członkowie Miecza i Pługa. Wiedzieli, że idą do mieszkania przy ul. Poznańskiej, by zabrać "archiwum Delegatury czy też AK".

            Hrynkiewicz ustalił z Birknerem datę akcji - 17 lutego 1944 r. W napadzie mieli wziąć udział: kierujący całością gestapowiec przysłany przez Birknera, dwóch "białogwardzistów" od Bondorowskiego i dwaj komuniści z GL. Główne role grali "bondarowszczycy", natomiast ludzie Fonkowicza byli raczej statystami.

            Zwietrzały cyjanek

            W przeddzień akcji Hrynkiewicz został na noc u Kupeckiego, upijając go przyniesioną ze sobą wódką. W nocy, gdy ten spał nieprzytomny, wyciągnął ze skrytki interesujące go materiały. Rano wprowadził do mieszkania grupę likwidacyjną łącznie z gestapowcem. Sam opuścił mieszkanie, zabierając kartotekę antykomunistyczną.

            Hrynkiewicz za nic nie chciał dopuścić, by Kupecki dostał się żywy w ręce gestapo. W ten sposób unikał dekonspiracji. Przed opuszczeniem mieszkania wręczył więc Romanowskiemu z GL ampułkę cyjanku potasu i polecił otruć Kupeckiego.

            Znamy szczegółową relację dwóch żołnierzy GL biorących udział w akcji. Niestety, jest to relacja z drugiej ręki, przytoczona przez Fonkowicza - ich zwierzchnika: "Gdy razem we czwórkę weszli [dwaj ludzie Fonkowicza i dwaj od Bondorowskiego], otworzył im ten, z którym skontaktował ich Spychalski [tj. Hrynkiewicz]. Był on bez ubrania, tylko w bieliźnie. Po wejściu sterroryzowali właściciela mieszkania [Kupeckiego] i jego żonę. Właściciel mieszkania był inwalidą bez nogi. Ten, który im otworzył drzwi, wyciągnął ze strychu szereg teczek, z których po przejrzeniu zabrał dwie, po czym wyszedł z domu. Przed odejściem wręczył Romanowskiemu i Wiechockiemu cyjanek i polecił im otruć właściciela mieszkania. Oni podali [go] właścicielowi, lecz ten po wypiciu wymiotował i żadnych skutków poważniejszych nie było. W tym czasie przybyło do mieszkania szereg osób, którzy byli zatrzymani. Przybył też osobnik, prawdopodobnie szef tej organizacji [gestapowiec], do której należał osobnik skontaktowany przez Spychalskiego, i przesłuchiwał zatrzymanych ludzi. O godzinie szóstej po obiedzie kazał Romanowskiemu i Wiechowskiemu opuścić lokal. Gdy oni wyszli w lokalu, zostali się szef organizacji i jego ludzie oraz zatrzymani".

            A oto opowieść Hrynkiewicza: "W czasie likwidacji zjawił się w mieszkaniu Kupeckiego wyznaczony przez Birknera gestapowiec, któremu przekazałem materiały na strychu. Następnie wręczyłem ludziom Spychalskiego ampułkę z cyjankiem potasu w celu otrucia Kupeckiego. Sam zaś zabrałem teczkę z materiałami antykomunistycznymi i kuchennymi schodami zszedłem na dół, udając się na ul. Chmielną do mieszkania Ireny Kukulskiej, zostawiając u niej teczkę. Po moim wyjściu od Kupeckiego gestapowiec rozbił skrytkę w gabinecie Kupeckiego, zabierając znajdujące się tam [pozostałe] materiały. Wszyscy odwiedzający ludzie Kupeckiego byli zatrzymani i rewidowani. Wieczorem zostali ludzie Spychalskiego zwolnieni pierwsi, a następnie wyprowadzono część osób, które zjawiły się w mieszkaniu Kupeckiego do samochodów gestapo oczekujących w pobliżu. W mieszkaniu Kupeckiego zostawiono kilka osób".

            Do samochodu gestapo załadowano też Kupeckiego, którego GL-owcom nie udało się otruć.


            Uważałem to za poważny sukces

            W 1951 r. swoją cegiełkę do tych relacji dorzucił też Spychalski: "Dotarłem wówczas do Hrynkiewicza, który poinformował mnie, że akcja zdobycia archiwum została przeprowadzona, dokumentów jednak nie przekazał moim ludziom, gdyż były takie warunki, że wolał dla bezpieczeństwa zabrać je osobiście. Zapewnił mnie, że akcja została przeprowadzona tak, że nie może być podejrzeń ani co do jego osoby, ani co do udziału GL w tej akcji".

            Teczkę z dokumentami, na których tak zależało komunistom, Hrynkiewicz wziął ze sobą do mieszkania przy ul. Chmielnej. Spychalskimu tłumaczył, że "jeszcze nie zdążył przejrzeć materiałów archiwum i zaproponował, aby dokonać tego w lokalu jego człowieka na Saskiej Kępie, co uważał za bardziej wskazane ze względów bezpieczeństwa". Na Saską Kępę poszli więc razem. Hrynkiewicz niósł dokumenty w teczce. Tak zatem całe to nieco mityczne archiwum antykomunistyczne w istocie mieściło się pod pachą.

            Niemal wszystkie dokumenty dotyczyły PPR i GL. "Materiały, które przekazałem Spychalskiemu - zeznał Hrynkiewicz - były: kartoteka zawierająca nie mniej jak 1000 nazwisk, raporty antykomunistyczne z terenów, raporty antykomunistyczne różnych grup wywiadowczych antykomunistycznych, kilka sprawozdań miesięcznych Delegatury oraz cała masa materiałów, których nie pamiętam co zawierały".

            Relacja Spychalskiego różni się tylko w szczegółach: „Była tam kartoteka członków PPR i GL na około 700 [nazwisk], szereg meldunków z sieci wywiadowczej »antyku « przeciw PPR, GL i lewicy, fotografie szeregu ludzi, kopie dokumentów osobistych, między innymi kopia mojego dowodu osobistego na nazwisko Sokołowskiego Macieja (...). Znajdowały się tam także sprawozdania, opracowania o robocie, działaniach PPR i GL”. Były tam też materiały Miecza i Pługa dostarczone przez samego Hrynkiewicza, kiedy ten inspirował wykonanie wyroku śmierci na Słowikowskim i Gradzie.

            "Po ogólnym przejrzeniu materiałów archiwum zabrałem je - kontynuuje Spychalski - i przewiozłem na mój lokal u [Kazimierza] Gubica, przy ul. Krasińskiego 20". I konkluduje: "Uważałem wówczas zdobyty materiał za poważny sukces".

            Dokończenie za tydzień

            *Robert Spałek - ur. 1971 r., historyk, pracownik Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN w Warszawie. Zajmuje się głównie dziejami komunistów w Polsce w latach 1944-56 oraz opozycją polityczną lat 1976-89. Doktorant prof. Jerzego Eislera
    • 11.04.07, 10:42
      Polityka: syntina = syntetyczna benzyna
      wiadomosci.onet.pl/1404074,242,kioskart.html
      Historycznie pierwsze było CTL – upłynnianie węgla. Dokonał tego w 1913 r.
      Friedrich Bergius w prywatnym laboratorium w Hanowerze. Późniejszy noblista w
      1927 r. udoskonalił swój proces na tyle, że w zakładach w Leuna rozpoczęto
      produkcję syntiny – syntetycznej benzyny. Równolegle prace prowadził zespół z
      Kaiser Wilhelm Institute, kierowany przez Franza Fischera i Hansa Tropsha.
      Badacze w obu zespołach wychodzili z tego samego założenia – kopalne węgle
      zawierają za mało wodoru, aby mogły być przydatne do wybuchowego spalania w
      silnikach spalinowych.

      Zespół Bergiusa wybrał metodę bezpośrednią uzupełnienia niedoboru – mielono
      węgiel na pył, mieszano go z ciężkim olejem, dodawano gazowy wodór i ogrzewano
      pod bardzo wysokim ciśnieniem. Fischer i Tropsch zastosowali sposób pośredni:
      węgiel spalano w kontrolowanych warunkach, dodając parę wodną uzyskiwano tzw.
      gaz syntezowy – mieszaninę wodoru i tlenku węgla. Gaz przepuszczano przez
      katalizator, następowała zmiana połączeń chemicznych i z reaktora zaczynała
      płynąć gęsta brunatna ciecz podobna do ropy naftowej. Metoda Fischera-Tropscha
      (w skrócie F-T) została wdrożona do produkcji dwa lata wcześniej niż Bergiusa,
      ale podczas wojny przegrała o kilka długości z konkurentem i nie była stosowana
      na większą skalę.

      Początkowo motorem doświadczeń popieranych przez lobby węglowe była chęć
      zagospodarowania nadwyżek węgla kamiennego z Zagłębia Ruhry. Naukowcy nie mieli
      zamiaru tworzyć technologii umożliwiającej prowadzenie wojny mimo braku złóż
      ropy naftowej. Złowrogi sens badaniom nadał Albert Speer, który dostrzegł
      szansę i pomysł podsunął Hitlerowi. Przy hojnej dotacji Rzeszy do 1939 r.
      powstało 25 dużych wytwórni syntiny, nie licząc dziesiątków mniejszych,
      produkujących uzupełniające komponenty (fabryki działały również na dzisiejszym
      terytorium Polski: w Policach, Oświęcimiu, Blachowni, Kędzierzynie-Koźlu i
      wielu innych miejscach). Skala produkcji była zdumiewająca: w 1938 r. – 1,4 mln
      ton, co stanowiło 20 proc. ówczesnego zużycia, w 1943 r. już 5 mln ton – 56
      proc. zużycia. Lotnictwo w 92 proc. polegało na syntinie, transport cywilny
      napędzano wyłącznie benzynowym ersatzem. W pierwszych miesiącach 1944 r.
      produkcja jeszcze wzrosła, ale później zaczęła spadać, bowiem alianci zaczęli
      bombardować fabryki syntiny, co radykalnie przyspieszyło koniec wojny.

      Wojenne łupy

      Jeszcze nie wystygły gruzy niemieckich kombinatów, gdy pojawiły się na nich
      alianckie komisje polujące na tajemnice owianej legendą produkcji. O dziwo,
      niemieccy specjaliści współpracowali chętnie, alianci zebrali ponad milion
      stron dokumentacji i rysunków. W ramach operacji Paperclip przesiedlono do USA
      kilkuset fachowców z rodzinami. Podobnie działali Rosjanie – przez rok tereny
      zniszczonej fabryki w Policach miały dziwaczny status prawny: formalnie
      należały do Polski, zarządzane były przez niemiecki personel, a kontrolowali je
      Rosjanie, którzy starannie oczyścili zakłady z dokumentacji i ważniejszych
      urządzeń, a w końcu również z inżynierów.

      Nie wiadomo, czy Rosjanom przydały się do czegoś sekrety Hydrierwerke Pölitz,
      ale Amerykanie rozpoczęli doświadczenia na dużą skalę. W 1944 r. Kongres
      zatwierdził narodowy plan badań z budżetem 30 mln dol. (...) Klimat dla paliw
      syntetycznych zaczął się wkrótce pogarszać – nadchodziła era bajecznie taniej
      ropy z Bliskiego Wschodu. W 1953 r. prezydent Eisenhower zawiesił program.
      Odtąd badania, a później również produkcję, prowadzono w zmiennym rytmie:
      intensywnym, gdy ropa drożała (np. po kryzysie w 1973 r.) i na pół gwizdka, gdy
      była względnie tania.
      (...)

      jedna gwiazda błyszczy od lat na rynku paliw syntetycznych – to koncern
      chemiczny Sasol z RPA. (...) Dzisiaj nie ma już apartheidu, ale nowoczesna
      wytwórnia w Secunda wciąż produkuje benzynę i olej napędowy z węgla, pokrywając
      w 37 proc. zapotrzebowanie kraju. Z 3 kg węgla uzyskuje się około litra paliwa.
      (...) Dzisiaj koncern jest właścicielem najcenniejszych patentów w branży.
      (...)
      A co w Polsce?

      – Ostatnie badania na większą skalę prowadzono na przełomie lat 70. i 80. Po
      tak długiej przerwie istnieje konieczność odnowienia wiedzy, tym bardziej że
      specjaliści wykruszyli się w sposób naturalny.
      (...)
      W Policach Niemcy przegrały wojnę

      Pierwsza fala bombowców amerykańskiej 8 Floty pojawiła się nad małym
      miasteczkiem Police, w pobliżu Szczecina, w samo południe 12 maja 1944 r. Bomby
      zrzucone przez 935 samolotów spadły na Hydrierwerke Pölitz AG – wytwórnię
      syntetycznej benzyny, produkowanej z węgla kamiennego i brunatnego. W kilka
      godzin było po wszystkim – III Rzesza przegrała wojnę. Aliantom udało się
      trafić w najczulszy punkt machiny wojennej – Luftwaffe używała prawie wyłącznie
      paliw syntetycznych, a większość benzyny lotniczej dostarczały właśnie Police.
      Do końca wojny Niemcy nie zdołali odtworzyć zdolności produkcyjnych fabryki,
      alianci zresztą bombardowali ją jeszcze kilkakrotnie. Możliwości operacyjne
      niemieckiego lotnictwa drastycznie się skurczyły, resztek paliwa starczało
      tylko do obrony własnego terytorium, alianci wywalczyli panowanie w powietrzu –
      klucz do zwycięstwa. Dzisiaj ruiny Hydrierwerke wciąż jeszcze widać w
      krajobrazie – ponure betonowe blokhauzy i zardzewiałe urządzenia porastają
      bujnie samosiejki. Władze samorządowe planują udostępnienie ruin turystom na
      wzór twierdzy w Kłodzku. Na razie jest to raj dla złomiarzy i poszukiwaczy
      skarbów, którzy odkryli, że fabryka ma rozległe podziemia – w takich lochach
      Niemcy być może coś ukryli, może Bursztynową Komnatę?
      --
      "W internecie każdy kłamać może,
      trochę lepiej, lub trochę gorzej"
  • Powiadamiaj o nowych wpisach

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.