Re: jest źle... i będzie jeszcze gorzej...
Każdy na swoim szczeblu?
----------------------------------
Począwszy od najwyższego stopniem i stanowiskiem, jakim jest szef
Sztabu Generalnego, który powinien osiągnąć ten stopień po wielu
latach służby, na różnych szczeblach dowodzenia, po uzyskaniu
wielkiego doświadczenia, wykształcenia w różnych akademiach, różnych
szczebli, po przeprowadzeniu wielu ćwiczeń. W ten sposób osiąga się
autorytet wśród podwładnych, uzyskuje się moralne prawo do wydawania
rozkazów, czasami trudnych i niepopularnych. W tej chwili tak nie
jest. Obecny szef Sztabu Generalnego, którego też znam osobiście od
wielu lat, to wojskowy dyplomata. Swoje dowodzenie zakończył na
szczeblu kompanii. Przeważnie siedział za biurkiem w ministerstwie,
jeździł na misje, ale nie bojowe, tylko jako obserwator, pracował w
strukturach NATO. Brakuje mu doświadczenia liniowego. To nie jest
pierwszy żołnierz Rzeczypospolitej.
W NATO, tak jak w dobrych korporacjach, zasada jest taka: żołnierz
musi przejść przez określoną liczbę stanowisk, w linii, w sztabie,
na misjach. Tak żeby się rozwijał i żeby dobrze znał wojsko.
----------------------------------
Ustawa z 2003 r. uniemożliwiała awans w górę wzdłuż jednej linii.
Przejście na stanowisko główne, dowódcze, było rozdzielone
stanowiskami pośrednimi. To pozwalało zwierzchnikom dobrze ocenić
oficera, a jemu samemu zdobyć niezbędne doświadczenie. Jeżeli był
dowódcą batalionu, to potem zostawał oficerem sztabu brygady, albo
oficerem sztabu wyższego szczebla. Stamtąd, powiedzmy, zostawał
dowódcą brygady, ale już mając szerszy ogląd problemów, z którymi
brygada będzie się stykała. Ustawa zakładała, że każdy kandydat na
generała musi ukończyć studium polityki obronnej. Dla każdego
stanowiska tworzono tzw. Kartę Opisu Stanowiska, gdzie były zawarte
wymogi, jakie musi spełniać oficer, żeby je objąć. M.in. był zapis,
że szef Sztabu Generalnego czy jego zastępca muszą mieć w swojej
karierze epizod związany z dowodzeniem związkiem taktycznym czy
związkiem operacyjnym. PiS to wszystko zlikwidowało.
Dlaczego ustawa z 2003 r. została uchylona?
----------------------------------
Bo nie pozwalała na przeprowadzenie takich gwałtownych zmian
kadrowych i takich czystek, jakie potem się zaczęły. Pan Szczygło,
już jako wiceminister obrony, miał zapisy ustawy w głębokim
poważaniu. Wszystko odbywało się według jego widzimisię.
Będą zamykać garnizony
Jak przyjął pan koncepcję zmniejszenia armii do 120-tysięcznej? Bo
mamy z tego powodu nową awanturę.
----------------------------------
Przepychanka między Pałacem Prezydenckim a rządem co do liczby
żołnierzy, jaka ma być w armii, jest nieporozumieniem. Chcę
przypomnieć, że w roku 2000 Sejm ustawą uchwalił armię o liczebności
150 tys. Liczbę ta uzasadniali przed Sejmem, przed prezydentem i w
końcu przed nami wszystkimi, którzy służyli w tym czasie w wojsku,
ci sami ludzie, którzy dzisiaj mówią, że ma być 90 tys.! Pan
minister Klich był w tym czasie zastępcą min. Komorowskiego, a pan
generał Piątas, obecny wiceminister odpowiedzialny za tzw.
profesjonalizację, był szefem Sztabu Generalnego. Wtedy min.
Komorowski jeździł po garnizonach, gdzie przekonywał żołnierzy, bo
to wtedy była redukcja ze 180 tys. na 150 tys., że to jest na wiele
lat nienaruszalna liczba. Teraz ci sami ludzie, już bez żadnych
uzasadnień, mówią: 90 tys. w służbie czynnej, 30 tys. rezerwy. Zejść
ze 150 tys. na 90 tys. to redukcja o 40%!
To nie wygląda poważnie.
----------------------------------
Określenie liczebności armii powinno wynikać z potrzeb obronnych
kraju. Po analizie otoczenia kraju, zagrożeń, obecnych i
hipotetycznych, układów sojuszniczych. To musi być głęboka analiza,
sztabowców nie powinny zaskakiwać takie wydarzenia jak 11 września
2001 r. czy też ostatnie wydarzenia na Kaukazie. Osetia w jedną noc
zmieniła mapę świata! Z tych analiz powinien powstać model docelowy
armii, z liczbą dywizji, brygad i eskadr.
I w efekcie - liczbą żołnierzy.
----------------------------------
A tutaj jedni mówią 120 tys., czyli 90 tys. plus 30 tys. jakiejś
rezerwy. A drudzy - 150 tys.
Skąd pomysł zmniejszenia armii?
----------------------------------
Znając pewne realia, tłumaczę to tak, że przyjęto jeden cel: musimy
zrezygnować z poboru, w związku z tym musimy zastąpić żołnierzy
służby zasadniczej żołnierzami nadterminowymi czy kontraktowymi. Ale
musimy znaleźć chętnych. Ok. 40 tys. żołnierzy. Potem ktoś policzył,
ile to będzie kosztować. I prawdopodobnie wyszły gigantyczne sumy.
Więc już nie patrząc na potrzeby obronne, na analizy, zaczęto ciąć.
Jedziemy w dół!
I ludzie w wojsku znów zaczynają się bać o swoją przyszłość. I
swoich rodzin.
----------------------------------
Proszę pana, model armii 90-tysięcznej oznacza, że wiele jednostek
zostanie zlikwidowanych, wielu żołnierzy zawodowych straci pracę.
Minister mówi, że 14 garnizonów ma iść w całości do likwidacji i 138
obiektów koszarowych. To oznacza, że ludzie pójdą na bruk, że zaczną
się problemy natury społecznej. Poza tym pozostaje pytanie: co to
jest ta rezerwa 30-tysięczna? To może być katastrofa. Widzę dążenie,
żeby zapełnić te etaty - 90 tys. plus 30 tys. rezerwy. Więc owszem,
na 1 stycznia 2010 r. to może się udać. Ale co dalej? Musimy
pamiętać o tym, że trzeba stworzyć wojsku takie warunki, oprócz
uposażenia, żeby ci ludzie chcieli te cztery, pięć lat w armii
wytrzymać. Bo jeżeli się wpakuje tę masę młodych ludzi do obecnych
koszar, do kilkudziesięcioosobowych sal, wybudowanych jeszcze przed
wojną, gdzie łaźnia jest jedna na cały blok, to nie wiem, czy ci
ludzie tak długo wytrzymają. Przecież oni nie podpisują cyrografu,
tylko kontrakty. A czy za parę lat Polskę będzie stać na zapłacenie
takich pieniędzy, żeby kolejnych ludzi do wojska ściągnąć? A jeśli
nie? Czy więc armia nie będzie ciągle się zmniejszać? Czy nie utraci
zdolności bojowej? W tej chwili już widać, że zaczynają się pojawiać
problemy kadrowe.
Gdzie szukać przyczyn Nangar Khel?
----------------------------------
To znaczy...
Oto przykład - na dowódcę GROM-u powołano oficera z rezerwy, płk.
Zawadkę. Mamy Dowództwo Sił Specjalnych, wielki sztab, na czele
którego stoi generał dywizji, tam jest kilkudziesięciu oficerów,
różnych stopni, mamy brygady - 6. Powietrzno-Desantową, 25. Brygadę
Kawalerii Powietrznej, mamy pułk komandosów w Lublińcu, mamy inne
formacje, mamy całe wojska rozpoznawcze i nie możemy znaleźć oficera
w służbie czynnej, który jest w stanie zastąpić płk. Patalonga?
Zresztą akurat dobrze się stało, że ktoś go zastępuje, ja go kiedyś
oceniałem w Bielsku-Białej, bardzo kiepsko wypadł.
Dlaczego kiepsko wypadł?
----------------------------------
Zarówno batalion, jak i on sam uzyskali marne oceny. Położyli się na
ćwiczeniu taktycznym, czyli nie na dokumentach. Ich zadaniem było
desantować się na poligonie Nowa Dęba, opanować jakąś rubież, bronić
jej. Czyli podstawowe, proste rzeczy. Ale jak zobaczyłem, w jaki
sposób to zostało wykonane... Dobrze, że tam nie było nikogo spoza
wojska, bo by się zaczęto zastanawiać, czy tego batalionu nie należy
po prostu rozformować, bo szkoda pieniędzy podatnika. A z tego
batalionu wywodzą się żołnierze, którzy strzelali w Nangar Khel.
Ten 18. Batalion Desantowo-Szturmowy w Bielsku-Białej był pierwszą
jednostką w wojsku polskim całkowicie uzawodowioną.
----------------------------------
Zrezygnowano tam z żołnierzy służby zasadniczej, zamienionych na
żołnierzy nadterminowych, kontraktowych i szeregowych zawodowych.
I?
----------------------------------
W ostatnich miesiącach mojej służby i urzędowania jako dyrektora
departamentu kontroli moi inspektorzy pojechali do tego batalionu z
zadaniem: ocenić jakość szeregowych zawodowych. Nie dowódców, nie
podoficerów, ale szeregowych zawodowych, których było najwięcej. To
był początek 20