potrzebuję legendy o naszym mieście Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • siema tak jak w temacie potrzebuje jakiejś legendy na temat ciechanowa badz
    naszego zamku. jesli znacie jakąs bądz macie namiar to będę wdzięczny
    • z tego co wiem ktoś kiedyś (chyba lata 70/80) wydał książkę pt "Klechdy
      ciechanowskie" poszukaj w bibliotekach a ja zajrzę do rodzinnej bibliteczki.
      Jeśli ją odszukam to Ci coś podrzucę ale nie obiecuję.
      zdrówka życzę
    • LEGENDA O CIECHANIE
      Krasnoludki od niepamiętnych czasów zamieszkiwały wzgórze, które ludność w
      Ciechanowie nazywała początkowo zamkowym, dlatego że stał na nim dawno temu
      zamek drewniany, a teraz nazywają go Farską Górą. Nowsza, dzisiejsza nazwa
      urobiona została od kościoła farnego, który liczy sobie kilka wieków. Dziś już
      nikt nie pamięta, że góra ta zwała się w czasach pogańskich Górą Swarożyca,
      albo po prostu Swarską, z racji tej, że stała tam kiedyś świątynia pogańskiego
      bożka Swarożyca.
      Dawno temu, przed wiekami ziemie te porastały nieprzebyte bory, pełne dzikiego
      zwierza. Po nocach wyły zgłodniałe wilki, brunatne misie wybierały miód z
      barci, głuszę leśną wypełniały dziki, sarny i jelenie. Zaludnienie mazowieckiej
      puszczy było znikome.
      Pierwszym człowiekiem, który tu zatrzymał się i osiedlił był młody i silny
      rycerz imieniem Ciechan, syn bogatego władyki z odległych stron. Ojciec
      zamierzał ożenić go z bogatą panną, córką majętnego sąsiada, lecz Ciechan
      zakochany bez pamięci w innej dziewczynie, biednej ale mądrej i ładnej, o
      imieniu Dobroniega, ani słuchać nie chiał. Despotyczny ojciec zabronił mu
      spotkań z ukochaną Dobroniegą. W tej sytuacji jedynym wyjściem była ucieczka z
      domu. Tak też się stało. Ciechan okulbaczył nocą dwa rącze ojcowskie konie i
      razem z wybranką swojego serca uciekli w nieznane. Po kilkunastu dniach
      samotnej wędrówki dotarli na okazałe wzgórze, z trzech stron otoczone nieznaną
      im rzeką. Uznając je za miejsce dość bezpieczne, zszedli utrudzeni z koni,
      wyjęli razowiec z podróżnej torby i kawałki suszonego mięsa. Gdy spokojnie
      posilając się, zauważyli grupę skrzatów. Najstarszy z nich powitał w imieniu
      całej gromady Ciechana i jego Dobroniegę. Zapewnił zarazem, że nikt tu ich nie
      wyśledzi i nic im tu nie zagraża. Opowiedział też pierwotną historię tej
      krainy. Mówił, że rządziły tu kiedyś krwawe i wojownicze kobiety, pozostawione
      przez mężów swoich - Gotów i Gepidów, którzy gnani mitycznym odium nad morze
      zwane Czarnym, nie powrócili z wyprawy wojennej do swoich domów. Osamotnione
      kobiety rodziły dzieci z niewolnikami. Dziewczynki zostawały przy życiu,
      urodzeni chłopcy - nie. Tak upływały lata, aż zebrali się rycerze z sąsiednich
      stron i pokonali okrutne kobiety. Z grecka nazywali je Amazonkami, a mówiono na
      nie także Jamazonki, jako że tutejsze ludy słowiańskie nie używały wyrazów
      zaczynających się od samogłosek. Mówili też na nie po prostu Mazonki lub
      jeszcze bardziej swojsko - Mazowki.
      Krasnal musiał przerwać tę ciekawą dla przybyszów opowieść, bo z rzeki
      wynurzyła się nimfa wodna, okryta przewiewnym muślinem i odtańczyła przed nimi
      taniec radości.
      - O piękna boginko - rzekł do niej Ciechan - jeśli ty przyjmujesz nas tak
      gościnnie na tej ziemi, to pozostaniemy z wami w tej waszej krainie na zawsze.
      Na to Rusałka wykonała jeszcze kilka innych tanecznych figur i łagodnie
      rozpłynęła się w nurtach rzeki.
      - Tak - rzekł Ciechan - tutaj założymy naszą siedzibę, tu będziemy żyli. To
      wzgórze, na którym teraz stoimy, da nam na pewno dobre schronienie, nazwiemy je
      Dobra Góra, na twoją cześć Dobroniego.
      - Ja myślę inaczej - odrzekła Dobroniega - to miejsce nazwijmy wzgórzem
      ciechanowym, Ciechanowym Grodem. Przystał na to ukochany Dobroniegi i tak już
      zostało.
      Na początku Ciechan ze swoją niewiastą zbudowali skromny szałas i przez szereg
      lat, polując i uprawiając żyzną tu glebę, doczekali się aż dwunastu synów.
      Chłopcy wyrośli na tęgich i mądrych rycerzy. Ale szałas stał się za mały, za
      skromny na tak liczną rodzinę. Dorastający synowie pomogli ojcu zbudować zrazu
      skromny, a potem okazały zamek, wprawdzie drewniany, ale obszerny i bezpieczny.
      Ciechan pamiętał też o krasnoludkach. Pod zamkiem zbudował korytarze i zakola,
      aby było im dobrze, aby razem z nim przemieszkiwali. Przyszła potem kolej na
      świątynię. Wybudował ją obok zamku i przeznaczył zapobiegliwy gospodarz
      Swarożycowi i Daćbogowi. Odpowiednie miejsce przeznaczył też dla Łady i jego
      najpiękniejszej żony - Ładnej, a także ołtarze dla Boda i Leli. Jedynie Płonowi
      nie wzniósł żadnego ołtarza, gdyż było to bóstwo czczone już w niedalekim
      Płońsku. Płon, zwany także Płoniawym, był bogiem ognia, piorunów i wojny,
      Ciechan zaś pragnął pokoju, unikał wszystkiego, co mogłoby mieć związek z wojną.
      Po latach Ciechan zmarł. Pogrzeb miał wspaniały. Zjechały się wszystkie co
      przedniejsze osoby z róznych stron, aby mądremu i pracowitemu władcy oddać
      ostatni należny mu pokłon. Przybył też sędziwy, uładzony ojciec Ciechana.
      Ustawiono wielki stos drewna, a na jego szczycie ułożono zwłoki Ciechana.
      Zapalono rusztowanie. Płomień szybko wzbił się w górę. Ogień trwał do samego
      rana, po czym zebrano popiół z pogorzeliska i rozsiano po okolicy, aby, według
      ówczesnych wierzeń, rozum i mądrość rodziły się wszędzie.
      Upływały lata, wieki całe, następcy dalej rozbudowywali gród, który z czasem
      stawał się twierdzą nie do zdobycia.

    • LEGENDA O ŁYDYNI

      Z serca gruduskiej puszczy, z ciemni matecznika
      Płynie czarna rzeka, słabo do niej przenika
      Złoty promień słońca, przez baldachim zieleni,
      Piękny wodopój turów, łosi i jeleni.

      Poprzez dzikiej zwierzyny królewskie łowiska
      Majestatycznie płynie rzeka bez nazwiska,
      A czysta jej fala nie szemrze lecz jakby drzemie,
      By nie zlękło się żadne bobrowe żeremie.

      Gdy przebyła puszczańską drogę ciemną, długą,
      Pod Ciechanowem olśniona słońca złotą strugą,
      Wokół zamku roztoczyła srebrne ramiona
      A zamek lśnił się w niej jak podwójna korona.

      Oczarowały Bonę nieprzebyte lasy,
      Chętnie w ich cieniu spędzała królewskie wczasy,
      Choć miała piękne zamki w miejscowościach wielu,
      Ciechanowski był w jej sercu tuż po Wawelu.

      Raz o świcie nie chcąc, by ludzie widzieli,
      Wyszła z zamku do rzeki, by użyć kąpieli,
      Czas był wprost prześliczny, różowy brzask na wschodzie
      Przez opałową mgłę przeglądał się w wodzie.

      Trwożnie spojrzała ku prawicy w miasta stronę,
      Miasto za ciemnym wałem drzew było uśpione,
      Krótki słowik zakląskał w nadbrzeżnej wiklinie,
      A królowej serce zadrżało jak w dziewczynie.

      Gdy była już naga i wejścia do wody bliska,
      Pomyślała: "Szkoda, że rzeka jest bez nazwiska",
      Postanowiła, że gdy dłużej tu pobędzie,
      Wymyśli nazwę i ogłosi ją orędziem.

      Gdy królowa jak ryba plusnęła do wody
      Zdumieli się dwaj rybacy: stary i młody,
      Którzy z miasta przyszli patrzeć jak ryba bierze,
      By opróżnić w zaroślach saki i więcierze.

      Wiklina kryje w zieleni bladość ich lica,
      Stary zajęczał z cicha: "Pewnie... topielica",
      Wtem obłok tęczowych kropel w górę ulata,
      Rybak szepce w zachwycie: "Święta Małgorzata"!

      Królowa wyszła z wody, młody nie wytrzymał,
      Prostacko wrzasnął: "Ale łydy ma, łydy ma!"
      Sądził, że krępowanie nie jest tu potrzebne,
      Wziął bowiem królowę za jedną jej służebnę.

      Bona jako Włoszka, słaba w polskim języku,
      "Łydynia, lidinia", usłyszała w tym okrzyku,
      Który rozległ się głośno w nadbrzeżnej wiklinie
      A jej się wydawało, że w wody głębinie.

      Na chwilę jak posąg skamieniała w zachwycie,
      "Rzeka do mnie mówi swoim imieniem", słyszycie?
      "Śliczna Lidinia" powtarza z wrażenia drżąca,
      Nie pomnąc, że stoi naga w promieniach słońca.

      Potem do wrót zamku biegnie w samej koszuli,
      A nazwę rzeki jak dziecię do serca tuli.
      Kawki rozsypały się po niebie jak czcionki
      Niosąc wieść o tym na miasto, pola i łąki.


      *
      Legenda ta pretensji do prawdy nie rości,
      Pewnie, że Łydynię nazwali ludzie prości.

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.