Dodaj do ulubionych

potrzebuję legendy o naszym mieście

IP: 213.199.253.* 27.09.05, 20:33
siema tak jak w temacie potrzebuje jakiejś legendy na temat ciechanowa badz
naszego zamku. jesli znacie jakąs bądz macie namiar to będę wdzięczny
Edytor zaawansowany
  • 27.09.05, 20:38
    z tego co wiem ktoś kiedyś (chyba lata 70/80) wydał książkę pt "Klechdy
    ciechanowskie" poszukaj w bibliotekach a ja zajrzę do rodzinnej bibliteczki.
    Jeśli ją odszukam to Ci coś podrzucę ale nie obiecuję.
    zdrówka życzę
  • Gość: rf IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.09.05, 20:45
    Jest tez fajna ksiazeczka - Legendy zamkowe. Mysle ze bez problemu ja kupisz w
    Zamku Ksiaz. Maz.
  • Gość: basia IP: *.isko.net.pl / 213.199.198.* 27.09.05, 20:53
    zgadza sie
    LEGENDY ZAMKOWE mozna kupic w Zamku
    kupowalam w tym roku ale .... nie pamietam jaka byla cena
    poza tym watek na podobny temat byl juz na forum
    poszukam - moze znajde
  • Gość: diabel IP: 213.199.253.* 27.09.05, 21:09
    tam jest tylko krutko opisane o psie nic wiecej. moze ktos opisac dokladniej ta
    legende.
  • Gość: basia IP: *.isko.net.pl / 213.199.198.* 27.09.05, 21:14
    czy myslisz, ze ktos Ci tu przepisze legende?
  • 27.09.05, 21:21
    LEGENDA O CIECHANIE
    Krasnoludki od niepamiętnych czasów zamieszkiwały wzgórze, które ludność w
    Ciechanowie nazywała początkowo zamkowym, dlatego że stał na nim dawno temu
    zamek drewniany, a teraz nazywają go Farską Górą. Nowsza, dzisiejsza nazwa
    urobiona została od kościoła farnego, który liczy sobie kilka wieków. Dziś już
    nikt nie pamięta, że góra ta zwała się w czasach pogańskich Górą Swarożyca,
    albo po prostu Swarską, z racji tej, że stała tam kiedyś świątynia pogańskiego
    bożka Swarożyca.
    Dawno temu, przed wiekami ziemie te porastały nieprzebyte bory, pełne dzikiego
    zwierza. Po nocach wyły zgłodniałe wilki, brunatne misie wybierały miód z
    barci, głuszę leśną wypełniały dziki, sarny i jelenie. Zaludnienie mazowieckiej
    puszczy było znikome.
    Pierwszym człowiekiem, który tu zatrzymał się i osiedlił był młody i silny
    rycerz imieniem Ciechan, syn bogatego władyki z odległych stron. Ojciec
    zamierzał ożenić go z bogatą panną, córką majętnego sąsiada, lecz Ciechan
    zakochany bez pamięci w innej dziewczynie, biednej ale mądrej i ładnej, o
    imieniu Dobroniega, ani słuchać nie chiał. Despotyczny ojciec zabronił mu
    spotkań z ukochaną Dobroniegą. W tej sytuacji jedynym wyjściem była ucieczka z
    domu. Tak też się stało. Ciechan okulbaczył nocą dwa rącze ojcowskie konie i
    razem z wybranką swojego serca uciekli w nieznane. Po kilkunastu dniach
    samotnej wędrówki dotarli na okazałe wzgórze, z trzech stron otoczone nieznaną
    im rzeką. Uznając je za miejsce dość bezpieczne, zszedli utrudzeni z koni,
    wyjęli razowiec z podróżnej torby i kawałki suszonego mięsa. Gdy spokojnie
    posilając się, zauważyli grupę skrzatów. Najstarszy z nich powitał w imieniu
    całej gromady Ciechana i jego Dobroniegę. Zapewnił zarazem, że nikt tu ich nie
    wyśledzi i nic im tu nie zagraża. Opowiedział też pierwotną historię tej
    krainy. Mówił, że rządziły tu kiedyś krwawe i wojownicze kobiety, pozostawione
    przez mężów swoich - Gotów i Gepidów, którzy gnani mitycznym odium nad morze
    zwane Czarnym, nie powrócili z wyprawy wojennej do swoich domów. Osamotnione
    kobiety rodziły dzieci z niewolnikami. Dziewczynki zostawały przy życiu,
    urodzeni chłopcy - nie. Tak upływały lata, aż zebrali się rycerze z sąsiednich
    stron i pokonali okrutne kobiety. Z grecka nazywali je Amazonkami, a mówiono na
    nie także Jamazonki, jako że tutejsze ludy słowiańskie nie używały wyrazów
    zaczynających się od samogłosek. Mówili też na nie po prostu Mazonki lub
    jeszcze bardziej swojsko - Mazowki.
    Krasnal musiał przerwać tę ciekawą dla przybyszów opowieść, bo z rzeki
    wynurzyła się nimfa wodna, okryta przewiewnym muślinem i odtańczyła przed nimi
    taniec radości.
    - O piękna boginko - rzekł do niej Ciechan - jeśli ty przyjmujesz nas tak
    gościnnie na tej ziemi, to pozostaniemy z wami w tej waszej krainie na zawsze.
    Na to Rusałka wykonała jeszcze kilka innych tanecznych figur i łagodnie
    rozpłynęła się w nurtach rzeki.
    - Tak - rzekł Ciechan - tutaj założymy naszą siedzibę, tu będziemy żyli. To
    wzgórze, na którym teraz stoimy, da nam na pewno dobre schronienie, nazwiemy je
    Dobra Góra, na twoją cześć Dobroniego.
    - Ja myślę inaczej - odrzekła Dobroniega - to miejsce nazwijmy wzgórzem
    ciechanowym, Ciechanowym Grodem. Przystał na to ukochany Dobroniegi i tak już
    zostało.
    Na początku Ciechan ze swoją niewiastą zbudowali skromny szałas i przez szereg
    lat, polując i uprawiając żyzną tu glebę, doczekali się aż dwunastu synów.
    Chłopcy wyrośli na tęgich i mądrych rycerzy. Ale szałas stał się za mały, za
    skromny na tak liczną rodzinę. Dorastający synowie pomogli ojcu zbudować zrazu
    skromny, a potem okazały zamek, wprawdzie drewniany, ale obszerny i bezpieczny.
    Ciechan pamiętał też o krasnoludkach. Pod zamkiem zbudował korytarze i zakola,
    aby było im dobrze, aby razem z nim przemieszkiwali. Przyszła potem kolej na
    świątynię. Wybudował ją obok zamku i przeznaczył zapobiegliwy gospodarz
    Swarożycowi i Daćbogowi. Odpowiednie miejsce przeznaczył też dla Łady i jego
    najpiękniejszej żony - Ładnej, a także ołtarze dla Boda i Leli. Jedynie Płonowi
    nie wzniósł żadnego ołtarza, gdyż było to bóstwo czczone już w niedalekim
    Płońsku. Płon, zwany także Płoniawym, był bogiem ognia, piorunów i wojny,
    Ciechan zaś pragnął pokoju, unikał wszystkiego, co mogłoby mieć związek z wojną.
    Po latach Ciechan zmarł. Pogrzeb miał wspaniały. Zjechały się wszystkie co
    przedniejsze osoby z róznych stron, aby mądremu i pracowitemu władcy oddać
    ostatni należny mu pokłon. Przybył też sędziwy, uładzony ojciec Ciechana.
    Ustawiono wielki stos drewna, a na jego szczycie ułożono zwłoki Ciechana.
    Zapalono rusztowanie. Płomień szybko wzbił się w górę. Ogień trwał do samego
    rana, po czym zebrano popiół z pogorzeliska i rozsiano po okolicy, aby, według
    ówczesnych wierzeń, rozum i mądrość rodziły się wszędzie.
    Upływały lata, wieki całe, następcy dalej rozbudowywali gród, który z czasem
    stawał się twierdzą nie do zdobycia.

  • 27.09.05, 21:22
    LEGENDA O ŁYDYNI

    Z serca gruduskiej puszczy, z ciemni matecznika
    Płynie czarna rzeka, słabo do niej przenika
    Złoty promień słońca, przez baldachim zieleni,
    Piękny wodopój turów, łosi i jeleni.

    Poprzez dzikiej zwierzyny królewskie łowiska
    Majestatycznie płynie rzeka bez nazwiska,
    A czysta jej fala nie szemrze lecz jakby drzemie,
    By nie zlękło się żadne bobrowe żeremie.

    Gdy przebyła puszczańską drogę ciemną, długą,
    Pod Ciechanowem olśniona słońca złotą strugą,
    Wokół zamku roztoczyła srebrne ramiona
    A zamek lśnił się w niej jak podwójna korona.

    Oczarowały Bonę nieprzebyte lasy,
    Chętnie w ich cieniu spędzała królewskie wczasy,
    Choć miała piękne zamki w miejscowościach wielu,
    Ciechanowski był w jej sercu tuż po Wawelu.

    Raz o świcie nie chcąc, by ludzie widzieli,
    Wyszła z zamku do rzeki, by użyć kąpieli,
    Czas był wprost prześliczny, różowy brzask na wschodzie
    Przez opałową mgłę przeglądał się w wodzie.

    Trwożnie spojrzała ku prawicy w miasta stronę,
    Miasto za ciemnym wałem drzew było uśpione,
    Krótki słowik zakląskał w nadbrzeżnej wiklinie,
    A królowej serce zadrżało jak w dziewczynie.

    Gdy była już naga i wejścia do wody bliska,
    Pomyślała: "Szkoda, że rzeka jest bez nazwiska",
    Postanowiła, że gdy dłużej tu pobędzie,
    Wymyśli nazwę i ogłosi ją orędziem.

    Gdy królowa jak ryba plusnęła do wody
    Zdumieli się dwaj rybacy: stary i młody,
    Którzy z miasta przyszli patrzeć jak ryba bierze,
    By opróżnić w zaroślach saki i więcierze.

    Wiklina kryje w zieleni bladość ich lica,
    Stary zajęczał z cicha: "Pewnie... topielica",
    Wtem obłok tęczowych kropel w górę ulata,
    Rybak szepce w zachwycie: "Święta Małgorzata"!

    Królowa wyszła z wody, młody nie wytrzymał,
    Prostacko wrzasnął: "Ale łydy ma, łydy ma!"
    Sądził, że krępowanie nie jest tu potrzebne,
    Wziął bowiem królowę za jedną jej służebnę.

    Bona jako Włoszka, słaba w polskim języku,
    "Łydynia, lidinia", usłyszała w tym okrzyku,
    Który rozległ się głośno w nadbrzeżnej wiklinie
    A jej się wydawało, że w wody głębinie.

    Na chwilę jak posąg skamieniała w zachwycie,
    "Rzeka do mnie mówi swoim imieniem", słyszycie?
    "Śliczna Lidinia" powtarza z wrażenia drżąca,
    Nie pomnąc, że stoi naga w promieniach słońca.

    Potem do wrót zamku biegnie w samej koszuli,
    A nazwę rzeki jak dziecię do serca tuli.
    Kawki rozsypały się po niebie jak czcionki
    Niosąc wieść o tym na miasto, pola i łąki.


    *
    Legenda ta pretensji do prawdy nie rości,
    Pewnie, że Łydynię nazwali ludzie prości.
  • Gość: diabel IP: 213.199.253.* 27.09.05, 22:00
    dzięki serdeczne za pomoc
    pozdro
  • 28.09.05, 16:10
    E tam. Widać że nie znacie zasady "głodnemu nie dawaj ryby tylko wędkę"... do
    przemyslenia
    zdrówka życzę

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.