u lekarza - z drugiej strony Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Tu na forum jestem "tylko" mamą Jasia - za tydzień już 5-latka.
    Ale zawodowo jestem lekarzem, lekarzem rodzinnym, co oznacza, że przyjmuję i dorosłych i dzieci. Miała być pediatria, życie zadecydowało inaczej, ale pasja obserwowania dzieci mi została. I te obserwacje wiele mi dają do myślenia, choć chyba naprawdę nie jestem typem lekarza-wredziola wink, tak w każdym razie wynika z długich rozmów z moimi pacjentami, od których wiele już dobrego usłyszałam. Nie piszę tego w ramach przechwałek, ale po to, żeby Was upewnić, że to co za chwilę przeczytacie nie wynika z niechęci do ludzi, tylko jest raczej obiektywne. A zabezpieczyć się na wstępie trzeba, bo narzekanie na lekarzy w naszym kraju jest niemal tak popularnym sportem, jak narzekanie na władzę tongue_out

    Dobra, do rzeczy.
    Pierwsza bardzo niepokojąca rzecz - przyznaję, jedynie w pewnych określonych /ale niestety niewąskich/ kręgach - to straszenie.
    "Jak będziesz niegrzeczny, to pani doktor zaraz da ci zastrzyk"
    "Jak będziesz taka wredna, to cię karetka zabierze"
    Ludzie, jak można?? Dziecko potem schizuje na sam widok gabinetu, a bywają i takie, które płaczą "Dlaczego idziemy do lekarza, przecież nic złego nie zrobiłem!" Serce się kraje po prostu...

    Drugi biegun - dostosowywanie zabiegów diagnostycznych czy leczniczych do... chęci dziecka.
    Mam wśród pacjentów 2-, a nawet 4-latki, które nigdy jeszcze nie były u dentysty.
    Mam ważącą 60kg 8-latkę, którą oprócz innych zaleceń wysłałam pół roku temu do endokrynologa - mama nie poszła z nią, "bo córka nie chce". Ratunku!!!!

    Kolejna sprawa - może mniej szkodliwa, ale chlubna też nie. Permanentne wyręczanie. W przebieraniu, w mówieniu, we wszystkim.
    Jasne jest, że nie oczekuję od roczniaka samodzielności, jasne, że jesli dziecko jest chore, b.źle się czuje albo ma złamaną rękę, to mama go rozbiera/ubiera niezależnie od wieku, sama nieraz pomagam w tym jeśli jest potrzeba. Ale jak widzę 4-latka z katarem albo zdrowego na bilans, 5-latka na badanie przed szczepieniem, wreszcie szkolne dzieci - mówię "rozbierz się", a nie "proszę rozebrać Kubusia". I wtedy mama wkracza do akcji : "no, rączki do góry, zdejmę ci koszulkę". Po co? Że niby szybciej ma być? Nikogo nie gonię, te same mamy nie mają oporów, żeby rozmawiać potem długo ze mną o różnych rzeczach /do czego zresztą świadomie stwarzam atmosferę, bo to ważne, by obgadać pewne rzeczy/ - ale widać z tego, że nie o czas tu chodzi.
    Pytam dziecko, gdzie go boli itd., a mama odpowiada. Przecież oczywiste jest, że zbieram tzw. wywiad również, a może przede wszystkim z rodzicami /proporcja zależna od wieku/, ale dziecko kilkuletnie zna już swoje odczucia, ja wiem, że nie zawsze jest jeszcze precyzyjne, ale nich się uczy o nich mówić, nie tylko mamie. Najwcześniejszy wiek, w jakim rodzice przychodzący z dziećmi do gabinetu oczekują od nich samodzielnego opowiadania o swoich dolegliwościach to ... 14-15lat. Młodsze są wyjątkami. Dlaczego??

    No i permanentny błąd - dzieci w ogóle nie są przygotowane na to, co się będzie działo w gabinecie. Boją się, płaczą, nie współpracują, nie rozumieją dlaczego robimy to co robimy. Ja staram się mówić, dotykam słuchawką najpierw rączki, żeby udowodnić, że nie boli i że to samo na pleckach też boleć nie będzie itd, ale to nie w tym rzecz, bo dziecko już zapłakane i przerażone nie percepuje moich słów. Znów powtarzam - nie mówię o rocznym czy 2-letnim skrzacie, ale o przedszkolaku i to takim, któremu nie dolega nic poważnego. Naprawdę biorę poprawkę, że człowiek chory jest bardziej drażliwy, ale zdarzało się i tak, że zdrowy /jedynie zakatarzony/ 6-latek opluł mnie i skopał, bo chciałam mu zajrzeć do gardła... A rodzice stali obok z przepraszającymi uśmiechami.

    A na drugim biegunie jest chłopczyk, który trafił do mnie na wczorajszym dyżurze - niespełna 3-latek, po operacji przepukliny, zagorączkował wysoko, trzeba było zdjąć opatrunek, żeby zobaczyć ranę, co oczywiście przyjemne nie było. Wiecie, jak fantastycznie to dziecko współpracowało? Zapłakał, oczywiście, przecież świeża rana bolała, gorączka 40st. też nie poprawiała mu samopoczucia, ale żadnego wyrywania, żadnego bronienia się, na zmianę z mamą rozmawiałyśmy z nim, że zrobimy to i to, "tak, wiem, dobrze" - mówił pochlipując leciutko. Byłam pod wrażeniem, przeciez on akurat po niedawnych doświadczeniach szpitalnych miałby prawo być przerażony, bronić się, rozpaczać. Ale wszystko było wcześniej przegadane, przygotowane, wiedział co i po co się dzieje. Jestem pełna uznania dla rodziców, kawał dobrej roboty wykonali.

    Ludziska, proszę, jak już dzieci siedzą przed monitorami i oglądają bajki, to niech obejrzą też /z Wami!/ "Było sobie życie", pogadajcie z nimi o tym, na czym polegają choroby i walka z nimi, po co szczepienia, dentysta, po co zdrowa dieta, po co unikanie dymu tytoniowego. Róbmy to z dziećmi na codzień, a nie dopiero wtedy, gdy dzieje się coś złego i chory gorączkujący maluch w ogóle nie ma ochoty słuchać.

    Gratuluję tym, którzy dotarli do końca tej epistoły smile

    -
    Pozdrowionka,
    Tusia
    • ja dotarlam smile
      choc w sumie nic nowego nie napisalas, obawiam sie, ze rodzice z gatunku, ktorych opisujesz na forach jak te bywaja malo i rzadko, glownie w poszukiwaniu cudownej recepty na cos i nie zaglebiaja sie w meandry wychowania dzieci

      choc ja niedawno popelnilam gruby blad w gabinecie, szczepilam 4 i 5 latke
      i bardzo glupio pomyslalam, ze mlodsza pojdzie pierwsza, to starsza nie spanikuje
      mlodsza odrobine zaplakala, a starsza dostala histerii.. cyrki sie dzialy zanim ja unieruchomilam
      a wszystko bylo obgadane
      teraz wiem, ze trzeba bylo kluc starsza, bo pewnie by nie jeknela i mlodsza by nie zaskoczyla, zreszta, mlodsza ufniejsza jest
      ale madry czlowiek po fakcie smile
      --
      "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by prababcia Luśki
      • > choc w sumie nic nowego nie napisalas, obawiam sie, ze rodzice z gatunku, ktory
        > ch opisujesz na forach jak te bywaja malo i rzadko, glownie w poszukiwaniu cudo
        > wnej recepty na cos i nie zaglebiaja sie w meandry wychowania dzieci

        ech, coś w tym jest...
        ale wciąż łudzę się, że forum to JAKAŚ metoda dotarcia do większego grona ludzi naraz, rozmowa z każdym z pacjentów z osobna oczywiście tak, ale jakaś systemowa edukacja w temacie by się przydała, potraktowałam forum jako jej namiastkę wink zawsze to więcej ludzi dociera tu niż czyta opasłe księgi z zakresu psychologii rozwojowej wink

        a co do cudownych recept na coś, to ostatnio pojawiła się u mnie mama z 8-letnim synem i prośbą o ...jakiś syrop na zachowanie big_grinDD


        Tusia
    • dotarlam do konca i zgadzam sie prawie ze wszystkim, oprocz tego, ze rodzic ma jedyny wplyw na to jak dziecko bedzie reagowalo na lekarza i badania. moje dziecko jest smiale, wesole, na ulicy i w sklepach wita sie z ludzmi. ma 18 miesiecy. jest tylko jeden lekarz i jeden dentysta u ktorego sie nie drze. ale oni sa lekarzami szczegolnej wrazliwosci. cala reszta to sympatyczne panie i panowie do momentu, kiedy chca dziecko dotknac i zbadac. nie ma zadnych efektow po moim opowiadaniu co i kto i gdzie bedzie robil, po moim spokojnym wprowadzaniu w to co bedzie za chwile. zadne sa efekty staran tych lekarzy. nic nie dalo kupienie zabawkowego stetoskopu. w domu fajnie sie bawimy, a nawet jeszcze w poczekalni, a w gabinecie ryk nieziemski jak tylko lekarz sie zbliza. moze moje dziecko jest jeszcze za male na jakies inne sposoby oswajania z lekarzami. a moze skiepscili sprawe ci lekarze, ktorzy mi ja wyrywali z rak, ktorzy bez slowa podchodza do dziecka od razu z medycyna w dloni, rehabilitanci, ktorzy nie chcieli sluchac, ze dziecko strasznie sie boi i ze moim zdaniem trzeba zmienic metode (w koncu po prostu zwyczajnie zabralam dziecko i wyszlam z gabinetu). byli tez tacy, ktorzy w szpitalu klocili sie ze mna, ze lepiej sobie poradza z zalozeniem wenflonu bez mojej obecnosci. a zaczelo sie w zasadzie od porodu. ciaza trudna, porod trudny, ale dziecko z 10 pkt, wiec dlaczego nawet jej nie moglam dotknac przez pare godzin?
      mysle ze czesc z tego o czym piszesz jest od rodzicow niezalezna. teraz jestem juz o te 1,5 roku madrzejsza matka i nie pozwalam traktowac swojego dziecka jak rzeczy. ale jako siksa z niemowlakiem na reku poddawalm sie czasem idiotyzmowi jaki nas spotykal.
      • dagmara-k napisała:

        > dotarlam do konca i zgadzam sie prawie ze wszystkim, oprocz tego, ze rodzic ma
        > jedyny wplyw na to jak dziecko bedzie reagowalo na lekarza i badania. moje dzie
        > cko jest smiale, wesole, na ulicy i w sklepach wita sie z ludzmi. ma 18 miesiec
        > y.

        Nie, nie absolutnie nie jedyny. zawsze tam gdzie jest kilka osób, całokształt sytuacji zależy w pewien sposób od każdej z nich, to jasne. nie było moim celem usprawiedliwianie lekarzy, którzy nie mają za grosz wyczucia i empatii - naprawdę znam takich i mam o nich swoje zdanie. próbuję tylko powiedzieć, że rodzice TEŻ mają wpływ na to, jak dziecko będzie reagować, ośmielę się nawet zaryzykować tezę, że mają wpływ większy niz lekarz, bo są z dzieckiem stale, choć oczywiście nieudany lekarz może wiele z tych wysiłków zniweczyć. apeluję tylko, żeby zrobić użytek z tego wpływu, jaki mamy jako rodzice.
        A Twój skrzat jest naprawdę jeszcze mały, jeszcze zdąży być świadomym pacjentem smile
        --
        Pozdrowionka,
        Tusia
        • czasem jestwink u tego jednego dentysty co ptrawda nie pozwolila obejzrec dalej niz 1i2 ale na fotelu siedziala, spret sawla, swiatelko tezwink nawet nalepke odwaznego pacjenta kazala sobie przylepic na reke. i u tego jednego pediatry tez nie jest zle, nawet kaszle na zawolanie. ale reszta.....
    • Masz racje autorko watku smile Niektorzy napisza, ze nie wszyscy lekarze sa tak mili, maja czas, podejscie do dzieci i tez beda mieli racje, ale tego mozna sie domagac. Czytajac ciebie upewnilam sie, ze jestem idealnym rodzicem, hahaha, idealnych nie ma wiem, ale ''bylo sobie zycie'' mamy na dvd i ogladamy razem, sa swietne. Ostatnio ja i moj mlodszy (4l) zlapalismy infekcje, paskudny kaszel, duszacy, syn goraczkowal w pon. ale poszedl do szkoly, wrocil z wygladu zdrowy, nie skarzyl sie na nic, niestety wieczorem wrocila goraczka i zostalismy w domu we wtorek bo caly czas sie utrzymywala, razem lezelismy w lozku. Syn wieczorem poprosil mnie o umowienie go do lekarza bo stwierdzil ,ze jest bardzo chory. We srode rano jeszcze mial goraczke ale spadla bardzo szybko po podaniu ibuprofenu a maly zdecydowal, ze juz czuje sie lepiej i idzie do szkoly. Zapytalam czy jest pewny, odpowiedzial, ze tak no i mial racje. Fakt, ze glosu nadal nie mial, ale to on najlepiej wiedzial jak sie czul. Dzis jest zupelnie zdrow, ja niestety jeszcze nie, choc czuje sie lepiej smile Kiedy jestesmy u lekarza z dziecmi to oni sami zawsze zwrcaja sie do dzieci i to dzieci odpowiadaja, zwykla wizyta trwa 10 minut i czasu wystarcza. Pozdrawiam.
    • zgadzam się ze wszystkim poza ubieraniem. to, że akurat ty stwarzasz warunki ku temu żeby dziecko (czasami długo) sie samo rozbierało i ubierało to nie oznacza, że inni lekarze też tak robią. nigdy nas nikt nie poganiał, ale za każdym razem pomagam córce (teraz czterolatka) w rozbieraniu i ubieraniu. świetnie sobie z tym radzi, ale jak jest u lekarza to interesuje ją wszystko tylko nie ubieranie. gdyby sama miała to zrobić trwałony to z godzinę. nie dlatego, że nie potrafi, a dlatego, że jest mnóstwo ciekawszych rzeczy niż ubieranie. dlatego też pomagam.
      dziecka nigdy nie straszyłam, ale też nie oszukiwałam. jak szłyśmy na szczepienie i pytała czy to boli to mówiłam, że trochę boli. pokazywałam o jakim nasileniu moze być ból (np przyciskając do rączki ostrą kredkę, tak żeby poczuła ukłucie), nigdy nie płakała na szczepieniu. podczas wizyty u lekarza płakała raz jak miała z 3 miesiące, głodna była.
      --
      OLA 16/09/2007
    • Też jestem ze służby zdrowiabig_grin
      Obecnie mam 5,5 latka też syna.
      U lekarzy nigdy nie straszyłam, nie okłamywałam, że nie będzie bolało.
      Jeśli idziemy na bad.laboratoryjne to mówię, że pani ukłuje i troszkę zaboli jakby ugryzł komar, to samo się tyczy szczepień.
      Efekt?
      Dzieci nie histeryzują, owszem "pomiałkotają" i się kończy.
      Nawet u dentysty byłam w szoku, że dzieci nie płakały.
      Tylko raz się zraziłam ja i młodszy jak byliśmy w szpitalu na bad.cystografii mikcyjnej.
      Zła organizacja pracy przyczyniła się do wielkich łez synka jak i moich.
      Uważałam to badanie za zbędne, gdyż to ja w dzieciństwie miałam operowany refluks pęcherzowo-moczowodowy i wiem jakie przykre badania się z tym łączą.
      I chciałam uniknąć ich u synka, bo nie było ku temu moim zdaniem żadnych podstaw ani objawów, a wyniki moczu poza usg nerek w porządku(ma poszerzenie lewej miedniczki nerkowej ok.19x10 mm)
      Na koniec wypis, że kontrola w Por.Nefrologicznej za 6 mies. oraz usg kontrolne.
      Po tym nieprzyjemnym incydencie na razie odpuściłam dziecku badania poza tymi laboratoryjnymi.
      Generalnie podchodzę do spraw lekarskich spokojnie, bez nerwów czy pośpiechu.
      Owszem pomagam ubierać/rozbierać dziecko, ale na zasadzie tak będzie szybciej, bo tłum "koczuje"pod gabinetem.
      Sama jestem w szoku pracując w PR jak potrafią zachowywać się dzieci, a także rodzice zwłaszcza podczas szczepień.
      Uważam, że dużo zależy od rodziców i ich nastawień/uprzedzeń etc.
      Jacy rodzice takie dzieci czasami chciałoby się rzectongue_out
      --
      Moja mała oaza
      Nasza koteczka
    • Zgadzam się: większość fobii i leków dzieci jest dziełem rodziców. Często rodzice robią to nieświadomie. Straszą lekarzem, psem, policjantem czy babą Jagą. Moja koleżanka często mówi do syna, by nie oddalał się od niej, bo go porwie wielki pies i zje. A potem zdziwiona pyta synka, czemu się boi mojego psa, przecież to tylko Saba...
      Cóż, ja nie straszę, mówię jak jest, ale w rozbieraniu, ubieraniu często wyręczam, bo lekarz ma mało czasu. Bywa, że sam lekarz pospiesza: no szybciutko...
      Moja jest w wieku Twojego syna - w grudniu skończy 5 lat. W piątek byłyśmy u logopedy. Pani mówi:
      - Chodź Basiu zajrzę Ci do buzi, ale NIE BÓJ się nie będzie PATYCZKA jak u LEKARZA...
      Moja dziecko tak rzadko bywa u lekarza, że nie pamięta co to patyczek i nie ma traumy z nim związanej. Ale na takie słowa może zacząć myśleć, że jednak jest coś złego w jakimś patyczku i lekarzu.
      --
      http://www.e-gify.pl/gify/zwierzeta/koty/koty7.gif
    • no cóż, ludzie są różni, dzieci są różne, myślę, że nie wszystko musi wynikać ze złej woli, natomiast straszenie zastrzykami, to jest głupota w czystej postaci. Moje dzieciaki akurat uwielbiają chodzić do swojego pediatry. Jak mówię, że idziemy do lekarza, to reagują w podobny sposób jakbym powiedziała "idziemy na kuleczki". Nie mam pojęcia skąd u nich ten entuzjazm, chętnie współpracują, są uśmiechnięte, córka nawet jak na szczepienie idzie, to się cieszy, zadowolona, że mogła przyjść do swojego lekarza. Nie jest to nic nauczonego przeze mnie, wypracowanego poprzez rozmowy, czytanie książeczek o tej tematyce, więc podejrzewam, że może to też iść w drugą stronę, dzieci mogą być niechętne pomimo, że nikt nic nie robił w tym kierunku, aby je zniechęcić. Poza tym dzieci też mają swoje różne złe doświadczenia
      --
      Klara (styczeń 2006)
      oraz
      Staś (styczeń 2009)
      • Ja z racji,ze syn duzo choruje od poczatku tlumaczylam dlaczego idziemy do lekarza i jak to bedzie wygladalo.Syn nawet cieszy sie.A gdy bylismy ostatnio i czekalismy na pediatre w pokoju,to wziol do reki stetoskop bo lezal na lezance i sam sobie sluchal jak bije mu serduszko wink A syn skonczyl 2l i 8m.Zawsze jest chwalony,ze taki grzeczny ale moze dlatego ze bywa czesto i przyzwyczail sie po prostu.Nigdy do glowy mi nie przyszlo straszyc dziecka lekarzem.Z pewnoscia utrudnia to prace.Jedyne rozwiazanie,to uswiadamianie rodzicow od poczatku gdy dzieci sa malutkie aby w przyszlosci wygladalo to inaczej.Dzis jest tyle ksiazeczek o lekarzach i zabaw z tym zwiazanych aby dzieci sie oswoily jesli sie boja.Ale wydaje mi sie,ze tacy rodzice ktorzy strasza dziecko lekarzem nie radza sobie z wychowaniem.I nie maja innych argumentow na uspokojenie dziecka.Moze powinno sie wprowadzic jakies ulotki,ktore byly by rozdawane zaraz po porodzie wink
        --
        "Płacz cudzego dziecka rani uszy, płacz własnego - serce." -Ryszard Podlewski-
        • Z moim 2 latkiem staram się jak mogę, żeby nie bał się lekarki, opowiadam czytam książeczki, obiecuję nagrodę po wizycie, ale podejście lekarzy jest koszmarne. Zero kontaktu z przestraszonym dzieckiem, ani dobrego słowa, ani tłumaczenia, ani uśmiechu, ewentualnie wredne spojrzenia, bo dziecko ma czelność płakać, gdy pani znienacka wpycha mu szpatułkę go gardła, dotyka zimnym stetoskopem lub łapie za jądra. Przykre to, ale takie mam doświadczenia. Lekarze traktują dziecko jak konia na targu, a nie jak małego, przestraszonego człowieczka. Nic dziwnego, że mimo moich starań mały już na widok przychodni, krzyczy "nie!!".
          Niektórzy naprawdę powinni się zastanowić, czy zamiast pediatrami nie powinni byli zostać weterynarzami...
          --
          http://www.suwaczki.com/tickers/1usa8u6980r74t0i.png
    • Ja na szczęście zwykle trafiam na fajnych lekarzy- ale tez moje dzieci są z tych współpracujących (zwłaszcza córka- jej stoicki spokój przy poddawaniu się wszelakim badaniom i zastrzykom zachwycał wszystkich już od wczesnych chwil jej życia). ja swoim staram się tłumaczyć, co się będzie działo, nie straszę i nie oszukuję że np. zastrzyk nie boli.
      Ale przykro mi jest kiedy słyszę od lekarza, ze nie zbada mojego płaczącego dwulatka bo dziecko jest rozhisteryzowane i to moja wina bo na to pozwalam. A to, że syn dzień wczesniej miał cystografię i ma prawo się bać to już nikogo nie interesuje.
    • > Pierwsza bardzo niepokojąca rzecz - przyznaję, jedynie w pewnych określonych /a
      > le niestety niewąskich/ kręgach - to straszenie.
      > "Jak będziesz niegrzeczny, to pani doktor zaraz da ci zastrzyk"
      > "Jak będziesz taka wredna, to cię karetka zabierze"
      > Ludzie, jak można?? Dziecko potem schizuje na sam widok gabinetu, a bywają i ta
      > kie, które płaczą "Dlaczego idziemy do lekarza, przecież nic złego nie zrobiłem
      > !" Serce się kraje po prostu...
      Mi też się ostatnio serce kroiło.Moje dziecko(4,5l) miało ostra biegunkę,w nocy nie spało prawie wcale,przez dwa dni prawie nic nie jadło.założyłam małemu pieluchę żeby jakoś dojść do przychodni.Syn wykonuje wszystkie polecenia lekarza,jest posłuszny,można go oglądać i badać,nigdy się nie sprzeciwiał,nie histeryzował.Lekarka na widok pieluchy zaczęła go wyśmiewać:jaki obciach,chodzisz do przedszkola a nosisz pieluchy,wstyd!
      Po czym stwierdziła:jak nie będziesz jadł to zabiorę cię do szpitala.Będziesz tam sam bo mamie nie pozwolę przyjść do ciebie.
    • A jak ma reagować 2-3-latek, któremu choć tłumaczysz i opisujesz (mamy w tym celu walizeczkę lekarską), bez zastraszania, obrazowo, jak będzie wyglądało badanie, pomagasz ściągnąć ubranie (bo pod gabinetem wspomniany tłum innych pacjentów), także dlatego by dziecko czuło bliskość rodzica, a spotykasz arogancję lekarzy czy pielęgniarek.
      Przeżyłam z takim przygniecionym ciałem otyłej pielęgniarki maluchem pobranie krwi na leżąco (bo pielęgniarce tak wygodnie). Przeżyłam scyntygrafię, kiedy przez ciągły płacz dziecka i 20 minut badania było zastraszane przez panie wykonujące badanie. Jak ma reagować dobrze nastawione dziecko, kiedy o 5.40 rano w szpitalu wpada pielęgniarka i zdziera z dziecka ubranie, żeby pobrać mocz, nie obudziwszy wcześniej ani mnie, ani dziecka. I ostatnia wizyta na pogotowiu, wystraszone dziecko z bólem na powitanie słyszy od lekarki: słuchaj no panno jak będziesz wyć to Cię tu zamknę! Po co to wszystko?
    • Może jesteś moją lekarką? smile
      Ja mam świetna panią internistkę, więc nie chodzimy do pediatry, tylko zawsze do 'swojej'. Pani bardzo miła, sama ma dzieci, więc i podejście do nich. Syn od małego w przychodni tej samej- zna lekarkę chętnie pokazuje wszytko co się da (dosłownie tongue_out). Po wizycie dostaje naklejki 'dzielny pacjent'. Nigdy nie mieliśmy jakiś atrakcji w przychodni.
      Za to ostatnio pani okulistka i ortoptyk mdlały z zachwytu jak pięknie dziecko 3-letnie współpracuje, bo są takie co trzeba usypiać do badania (nie wiem czy to żart). Mój opowiadał co widzi- przedmioty, cyferki i obrazki na komputerze- cały przejęty i ucieszony, że pani się z nim bawi w 'zagadki'.
      Na pobieraniu krwi nawet nie mrugnie.
      Ale oprócz tego, że tłumaczyłam, to po prostu taki typ. Charakter ma wielkie znaczenie. Mój jest odważny, towarzyski, lubi nowe miejsca i wyzwania. A są dzieci strachliwe, wrażliwe itd. Myślę, że prawda jest gdzieś po środku (jak zwykle).
      --
      Maksymilian 10.10.2008 http://lmtm.lilypie.com/iJ6Ep2.png
      • Co do straszenia to racja.idiotyzm rodzicow powala.
        Ale ja w gabinecie pomagam sie rozebrac, kilkultkowi, bo u nas zawsze lekarz opoziony,i nie chce przeciagac bycia w gabinecie,mowie o dolegliwosciach, bo dziecko nie zawsze pamieta ,co mu bylo 2-3 dni temu i nie powie o wszystkim,albo nie pamieta ile mnielo temperatury. Samo mowi to co wie i to co czuje w danej chwili,zreszta raz syn tak powiedzial ze on sie dobrze czuje i nic mu nie jest, ale to byla zasluga syropow i tego ze goraczka spdla na 2 godziny,a wieczore bardzo wysoka.
        A jak ide na szczepienie to nienawidze czekac i strasznie mnie wurza baba ktora szykuje szczepionke kilka minut co nasila stres u mnie,ktory wiem przeklada sie na dzieci chodz moje dzieci histeri nigdy nie robily.

        W szpitalu byli zdziwieni, ze przy zakladanu kroplowki corka nie plakala ,nie wyrywala sie ,krzywila sie ,bo ja bolalo ale siedzial i 2 z trzech pielęgniarek, ktore przyszly zeby ja trzymac poprostu sobie poszly,bo jedna sobie wystarszczajaco poradzila.

        My mamy fajnych lekarzy, tu w UK do dzieci sa fajni lekarze i wogole podejscie do pacjeta.
    • Ale wszystko było wcześniej przegad
      > ane, przygotowane, wiedział co i po co się dzieje. Jestem pełna uznania dla rod
      > ziców, kawał dobrej roboty wykonali.

      Ta, bylas pod wrazeniem tego zachowania i uwazasz ze to zasluga "przegadania" a gdzie w tym wszystkim osobowosc dziecka? Czyzby dziecko bylo maszyna lub robocikiem ze da sie nacisnac odpowiednie guziczki zeby zaprogramowac reakcje? Otoz tak nie jest moja droga. Ja mam dwoje dzieci i wychowywane sa tak samo a zupelnie inaczej reaguja na sytuacje. Starszy syn gdzies dopiero przed 4tym rokiem zycia przestac sie drzec u lekarza. Mimo ze wie od zawsze po co do lekarza sie chodzi i co sie tam robi to darl sie jakby go obdzierali ze skory kiedy go obcy dotykali, ma to zreszta po mnie ja tez tego nie znosilam jako dziecko. Potem, z dnia na dzien mu przeszlo. Po prostu przy kolejnej wizycie lekarskiej, jak zwykle mu wytlumaczylam co bedziemy robic i zdarzyl sie cud od tamtej chwili jest wzorowym pacjentem. A w tamtym roku przy zdejmowaniu szwow, do gabinetu wszedl spokojnie, przygotowany na to co go czeka ale widac doznania zbyt nieprzyjemne dlatego nie wspolpracowal, darl sie znowu i wyrywal bo go bolalo, nic nie dalo ze wczesniej powiedzielismy mu ze troche bolec bedzie, reakcji na bol trudno zapramowac, nie uwazasz? Musielismy go we trojke trzymac. Na szczescie lekarz bardziej wyrozumialy niz ty i mimo ze upocil sie przy tym zdejmowaniu to i tak go pochwalil ze byl dzielny.
      lekarz dodam z 20letnim doswiadczeniem i renoma, z podwojna specjalizacja ale takich farmazonow na temat zachowania sie dziecka nie bylo.
      Powiem ci moja droga, ze obserwacje to moze i masz ale z wyciaganiem wnioskow kiepsko. Zreszta to zdaje sie nie pierwszy raz. Masz doswiadczenie ze spokojnym uleglym dzieckiem, ktore mozna do wszystkiego przekonac i myslisz, ze pozjadalas wszystkie rozumy i patent na wychowanie. Nie ty pierwsza i nie ostatnia na forum. A tu sie jeszcze okazalo ze oprocz tego jestes tez kolejnym przedstawicielem sluzby zdrowia pozbawionym podstawowej empatii dla pacjenta.
      • a pobieranie krwi czy szczepienie, wcale nie boli jak ugryzienie komara tylko mocniej.Co nie ktore mamy dziecku wmawiaja.
        • Przy szczepieniu moje dzieci placza. Wiedza, ze bedzie troche bolalo, nie histerzuja kiedy wchodzimy do gabinetu, nie probuja uciekac ale placza gromko za kazdym razem. Nigdy nie porownywalam tego z ugryzieniem komara, wiem ze to bzdurasuspicious
          • hm, no a ta moja przy szczepieniu nie... za to zmierzyc ja, zwazyc, osluchac.... tragedia. upieram sie ze osobowosc raz, a durna metoda vojty to dwa.

            franczi mlody przed 4 rokiem przestal, a ja przed 30 nie zdazylamwink moze sie nie dre, ale nienawidze jak mnie obcy dotykaja i zawsze to dla mnie duzy dyskomfort. no chyba ze fryzjerka;P
      • > Ta, bylas pod wrazeniem tego zachowania i uwazasz ze to zasluga "przegadania"
        > a gdzie w tym wszystkim osobowosc dziecka?

        Z prostego powodu - rozmawiałam z mamą i wiem, jak przygotowywali dziecko do kolejnych etapów leczenia. Zrobili to fantastycznie i jak widać skutecznie.
        Osobowość dziecka - tak, dlatego pewne metody działania się modyfikuje, dobiera do dziecka, dlatego właśnie rodzice/opiekunowie, którzy znają je najlepiej mogą działać najskuteczniej.
        Nie jestem jednak skłonna wyłącznie na karb osobowości dziecka zrzucić chociażby opisanej sytuacji z plującym i kopiącym chłopcem, czy np. 8-latki, która przy pobieraniu krwi wrzeszczała, że wezwie policję i doniesie, że ją maltretujemy i używamy przemocy /także autentyk z mojej poradni/. Tu dały o sobie znać ewidentne zaniedbania wychowawcze, nie trzeba wielkiej wiedzy, żeby to dostrzec. Przykłady oczywiście jaskrawe, ale autentyczne.
        A inna rzecz, że zawsze w obliczu takiej nadmiernej reakcji pytam, czy dziecko nie ma za sobą jakichś złych doświadczeń, bo jestem świadoma ich zgubnej mocy.

        > Ja mam dwoje dzieci i wychowywane sa tak samo a zu
        > pelnie inaczej reaguja na sytuacji.

        Jedno zastrzeżenie natury ogólnej - dawno już mi się kołacze po głowie, padło na Ciebie jego wyartykułowanie wink
        Nie da się dwójki dzieci wychowywać tak samo. Ich sytuacja psychologiczna zawsze jest inna /temat ciekawił mnie na tyle, że przegadałam go ostatnio z zaprzyjaźnioną psycholożką, matką dwóch córek - ona potwierdza tu moje zdanie, którego jako matka jedynaka nie śmiałam na głos wypowiadać/.

        > Starszy syn gdzies dopiero przed 4tym rokie
        > m zycia przestac sie drzec u lekarza. Mimo ze wie od zawsze po co do lekarza si
        > e chodzi i co sie tam robi to darl sie jakby go obdzierali ze skory kiedy go o
        > bcy dotykali, ma to zreszta po mnie ja tez tego nie znosilam jako dziecko. Pote
        > m, z dnia na dzien mu przeszlo. Po prostu przy kolejnej wizycie lekarskiej, jak
        > zwykle mu wytlumaczylam co bedziemy robic i zdarzyl sie cud od tamtej chwili j
        > est wzorowym pacjentem.

        No i widzisz, to co piszesz to nie jest cud, tylko efekt mrówczej pracy - długotrwałej, owszem, ale skutecznej. A wielu rodziców tego nie robi i efekty są jak wyżej, u dzieci 6,8,9-letnich.
        Nie ma tu mowy o wciskaniu guzika i programowaniu, raczej mozolnym kształtowaniu "plastelinki", jeśli już mamy tę osobowość do czegoś porównać.

        > A w tamtym roku przy zdejmowaniu szwow, do gabinetu ws
        > zedl spokojnie, przygotowany na to co go czeka ale widac doznania zbyt nieprzyj
        > emne dlatego nie wspolpracowal, darl sie znowu i wyrywal bo go bolalo, nic nie
        > dalo ze wczesniej powiedzielismy mu ze troche bolec bedzie, reakcji na bol trud
        > no zapramowac, nie uwazasz? Musielismy go we trojke trzymac. Na szczescie lekar
        > z bardziej wyrozumialy niz ty i mimo ze upocil sie przy tym zdejmowaniu to i t
        > ak go pochwalil ze byl dzielny.

        Ale chyba czegoś nie doczytałaś - nie dziwi mnie, że małe dziecko się drze, gdy boli. Ma prawo wrzeszczeć. Sama napisałam, że u wzmiankowanego malucha, świeżo po operacji, z bolesną jeszcze raną żadna reakcja by mnie nie zdziwiła. Nie chodzi o to, że dziecko płacze i broni się przy bolesnych, przykrych zabiegach, chodzi o takie sytuacje, gdy niemałe dziecko robi tragedię z banalnego, niebolesnego badania, gdy 9-latka zaczyna ryczeć w gabinecie na mnie i na mamę, bo powiedziałam, że zrobimy badanie krwi, gdy kilkulatek przychodzi do gabinetu wyraźnie przerażony samym faktem że tu jest i nie rozumie dlaczego i o co w ogóle biega, boi się, zanim go jeszcze tknę.

        > Powiem ci moja droga, ze obserwacje to moze i masz ale z wyciaganiem wnioskow k
        > iepsko. Zreszta to zdaje sie nie pierwszy raz. Masz doswiadczenie ze spokojnym
        > uleglym dzieckiem, ktore mozna do wszystkiego przekonac i myslisz, ze pozjadala
        > s wszystkie rozumy i patent na wychowanie. Nie ty pierwsza i nie ostatnia na fo
        > rum. A tu sie jeszcze okazalo ze oprocz tego jestes tez kolejnym przedstawici
        > elem sluzby zdrowia pozbawionym podstawowej empatii dla pacjenta.

        Rozumiem, że jak się kogoś "zna" z jednego czy kilku postów, to łatwo o pochopne zaszufladkowanie, niekoniecznie trafne.

        Primo - moje dziecko jest spokojne, owszem, uległe niekoniecznie, przekonać je można do wielu rzeczy owszem, ale nie do wszystkich, natomiast rozmawia się z nim o wszystkim, fakt.
        Nie wiem, skąd kojarzysz, jakie mam dziecko wink, ja chyba wciąż za rzadko tu jestem, żeby odróżniać nicki i przyporządkować do nich dzieci, wybaczcie.

        Secundo - co do ironii na temat literatury psychologicznej - tak, czytałam, mam do niej ułatwiony dostęp - moja Mama była psychologiem, została mi po Niej fascynacja tematem i pokaźna biblioteczka. Czy niewiele zostało? Nie wiem, skąd ten wniosek, ale skoro już czuję się wywołana do tablicy, to powiem tylko, że przez 10 lat po maturze dorabiałam jako belfer, z dzieciakami, które wtedy poznałam nadal mam kontakt /teraz to studenci, chodzimy razem na kawę i jeździmy w góry, co jest fantastyczne, jak sobie przypomnę, gdy pisali pod moim okiem pierwsze literki smile/, z ich rodzicami też. Potem weszłam w zawodowe tematy i jakoś tak się podziało, że zarówno rodzice uczniów, jak i potem rodzice pacjentów, wreszcie dorośli pacjenci zaczęli przychodzić do mnie z przeróżnymi sprawami, niekoniecznie związanymi z uprawianym zawodem. Ot tak, przegadać, pytać o wskazówki - onieśmielało mnie to na początku, nie wiedziałam, skąd w nich to zaufanie, ale gadaliśmy, gadaliśmy... I do dziś wielu przychodzi powiedzieć, że wszystko co usłyszeli ode mnie sprawdziło się w 100%, że wiele rzeczy w życiu moich dawnych uczniów nie potoczyłoby się tak dobrze, gdybym nie stanęła na ich drodze. To są najfantastyczniejsze chwile, a na drodze do nich wielce pomogła mi ta obśmiana literatura i jakaś - jak to ujęła jedna z moich pacjentek - "intuicja i wyczucie człowieka". Żeby było jasne - żadna z tych rzeczy nie jest bynajmniej moją zasługą, tylko mojej Mamy.
        I to Jej chciałabym teraz opowiedzieć o każdym pacjencie, który przychodzi do mnie i mówi, że jestem " z powołania", że do nikogo innego już nie pójdzie, że nikt z nim jeszcze tak nie rozmawiał. Niech to wystarczy za odpowiedź na wers o pozbawionym empatii pracowniku służby zdrowia.

        Aaa, jeszcze co do patentu na wychowanie - nie mam go, nie wiem, skąd ta surowa i sarkastyczna ocena. Wiem tylko, że z tym wnioskowaniem chyba nie tak źle, skoro wszystko co kiedyś sobie wymyśliłam, wyczytałam, przepracowałam zadziałało w przypadku mojego dziecka tak, że aż sama jestem zdumiona, że to możliwe. A przecież nie wiedziałam, jakie będzie, gdy czekając na nie, przemyśliwałam różne tematy.
        Zadziałało również w przypadku małych pacjentów /a przecież każdy z nich jest inny!/, których rodzice podzieliwszy się jakimś kłopotem niemedycznym zechcieli spróbować "mojej" metody. Cudzysłów celowy, bo przecież żadna z nich nie jest naprawdę moja - tylko przejęta od Mamy albo wyczytana w iście cudotwórczych księgach tongue_out
        A i tak jesteśmy tu wszystkie na początku drogi, te nasze dzieci mają przecież raptem po kilka lat i myślę sobie, że jeśli za jakieś ćwierć wieku się spotkamy na forum "Babcie", to będziemy mogły jako tako wnioskować, co nam się udało wink

        --
        Pozdrowionka,
        Tusia
        • Wiesz, dzieci mogą mieć też deficyty i zaburzenia, które wpływają na ich zachowanie niezależnie od wysiłków rodziców.
          Ja mam 8-latka, który zawsze histeryzuje przy szczepieniach i pobraniach krwi, mimo tego, że jest rozsądnym chłopcem, z którym wcześniej o wszystkim rozmawiamy i go przygotowujemy. Ale ma nadpobudliwość i niesamowitą nadwrażliwość na dotyk, czego większość lekarzy nie jest w stanie przyjąć do wiadomości i patrzą na nas rodziców z oburzeniem.
          Mam też 6-letniego syna z Zespołem Aspergera i innymi zaburzeniami, który w pewnych warunkach mógłby pewnie zachować się agresywnie wobec lekarki (np. dlatego, że miałaby różowe ubranie). I na nic całe przygotowanie dziecka z mojej strony. Oczywiście, jeśli syn zaczyna się zachowywać nietypowo (czyli praktycznie zawsze) informuję przygodnego lekarza o autyzmie. Może tamten chłopiec miał tez zaburzenia, tylko nie zdiagnozowane? Mnóstwo takich dorosłych i dzieciaków chodzi po świecie. I tendencja jest taka, że zawsze otoczenie widzi winę u rodziców.
          Za to najmłodszy 2-latek współpracuje z lekarzem znakomicie. A wkład mój w przygotowanie dziecka jest podobnie zaangażowany. Na inny grunt po prostu trafia.
          --
          Młode Gepardy - moje trzy nieokiełznane drapieżniki.
    • > Pierwsza bardzo niepokojąca rzecz - przyznaję, jedynie w pewnych określonych /a
      > le niestety niewąskich/ kręgach - to straszenie.
      > "Jak będziesz niegrzeczny, to pani doktor zaraz da ci zastrzyk"
      > "Jak będziesz taka wredna, to cię karetka zabierze"

      taaa
      Kiedy leżałam z moją córką w szpitalu, za ścianą miałyśmy sąsiada, chłopczyka, który miał może półtora roku. Mama próbowała go okiełznać (a dziecko żywiołowe, infekcja niespecjalnie je osłabiła) straszeniem, że przyjdzie pani i ukłuje, że pani doktor zabierze, że jak nie będzie grzeczny, to będą mu pobierać krew. Opowiadanie takich rzeczy w szpitalu, kiedy kontakt z lekarzami i pielęgniarkami jest częsty i konieczny, było gwoździem do trumny - mały szalał po pokoju, kiedy tylko otwierały się drzwi i wchodziła pielęgniarka, ryczał, nie dawał się dotknąć, a mama - zdziwiona, skąd takie zachowanie, i na nowo wkurzona, znów mu obiecywała ukłucia i badania, jeśli nie będzie grzeczny.
      Zastanowił mnie u niej kompletny brak refleksji, zero skojarzeń między straszeniem a zachowaniem dziecka.
      Całkiem sporo rodziców ma cyrk w gabinecie lekarskim na własne życzenie.
      --
      "Tego wieczoru jeszcze jeden odrzutowiec przeleciał nad ich domem i Wallace pokazał Ann utrzymujące się w powietrzu chemiczne smugi oplatające Księżyc srebrzystą przędzą. Następnego dnia o szóstej rano Wallace dostał biegunki." (za: Ehovara)
    • Bardzo fajna, mądra wypowiedź.

      Masz absolutną rację i dobrze, że podzieliłaś się swoimi wrażeniami. Myślę, że nawet rodzice uświadomieni i oświeceni (albo tacy, którzy się za takich uważają) odniosą korzyść, jeśli raz na jakiś czas przypomną sobie i uświadomią, jak bardzo łatwymi zabiegami można ułatwić albo utrudnić sobie i innym życie.

      Dzięki i samych dobrych pacjentówsmile
    • Dzieki za ten watek. Masz calkowita racje, czasami rece opadaja jak sie widzi spanikowane mamuski, ktore bardziej sie boja jak ich dzieci wink
      Moj maz jest chirurgiem, ja pracuje z nim i widze co sie dzieje. Mielismy ostatnio taka sytuacje (szczyt wszystkiego chyba): zaplanowany zabieg w pelnej narkozie u prawie 7-latka. Okazalo sie, ze dzieciak nie wiedzial w ogole po co przyszedl do kliniki! Zdziwiony i wystraszony widokiem lekarzy i pielegniarek tak zaczal histeryzowac, ze szok. Nie dal sie uspokoic, najpierw anestezjolog probowal 20 minut przekonac go, ze to tylko uklucie, ze boli tylko troszke itp. NAjlepszy w tym wszystkim byl tatus, ktory ewidentnie bal sie tego dzieciaka!! PROSIL go, prawie blagal, zeby pozwolil sobie cos zrobic (chlopak nadal nie wiedzial w ogole co i po co beda robic). W koncu moj maz wkurzony wyprosil ich z sali i powiedzial, ze moga sie umowic na nowy termin.
      Takich sytuacji jest cale mnostwo, jak widze mamusie tlumaczace i "dyskutujace" z 3-4 latkami i stwierdzajace na koncu, ze dzis nici z badania, bo corka/synek nie ma humoru, albo po prostu nie chce to mi sie slabo robi.
      Moje dziecko ma 3 lata i wie po co idzie do lekarza, ze czasami trzeba, wie co bedzie miala robione itp. Wie co robi tata, sama "operuje" misie i lalki smile

      Mam nadzieje, ze niektore mamy przemysla sobie ten temat i przestana tylko psioczyc na lekarzy smile

      • sokhna napisała: ze to tylko uklucie, ze boli tylko troszke
        Nie wiem co mlodemu dawali ,ale jesli to byl wenflon to wcale troszeczke nie boli,al boli jak cholera,mial zakladany w polsce myslalm ze sie p...m w gacie.
        W uk jak mialm zakladany to dostawalam znczulenie w reke.i to znaczulenie to rzeczywiscie troszke bolalo.

        A rodzice czesto sie sami boja, bo kiedys nie bylo delikatnosci w szpitalach,ja pamietam jak zanjoma zostawila corke na 3 tygodnie w szpitalu,i nie mogla ja odwiedzac,bo nie pozwolili mloda cos okolo 1-2 r.z.

        10 lat temu jak kolezanka trafila z nienacka do szpitala z corka, to pojechala po rzeczy do domu taksowka nie bylo jej 30 minut,spieszyla sie,a bylo samochodem moze z 5 minut drogi Mloda plakala w lozeczku ,a babka przywiazala ja do szczebelek lozeczka i siedziala sobie u siebie ,a dziecko sie darlo.

        ja sie urodzilam jako wczesniek 1700,mama prosila, zeby zostaly bo ona za chwile urodzi,bylam jej 4 dzieckiem ,a polozna poszla sobie na objad przyszla a ja lezalam na lozku niedzy nogami mamy.JAk mozna zostawic rodzaca kobiete w 7 miesiacu ciazy wiedzac ze rodzi sie wczesniak?
        Zreszta jak ja rodzilam 13 lat temu syna wcale lepiej nie bylo.Az skoczylo mi cisnienie wzywali lekarza i na szybko,kladac sie na brzuch wyciskali dziecko ,mlody urodzil sie nie dotleniony,bo polozna przychodzila raz na godzine i panika jaak tetna dziecka nie mogla znalesc.
        lekarze sami spowdoali ze ludzie majacy male dzeici boja sie lekarzy i przenosza leki na dzieci


        Ja ostatnio na szczepieniu tez pytalam corki czy chce ,powiedzialm jej ze idziemy na szczepienie,spytala ile razy pani bedzie ja kula powiedzalm ze 1,jak pani w gabineci wymysila ,ze maja nowa szczepionke dla dzieci 5-latkow, to spytalam corki czy sie zgadza,nie zgodzila sie i szczepienia 2-go nie bylo.
        • To chyba jakis nieudacznik zakladal ten wenflon, bo zazwyczaj boli to tyle co pobranie krwi. U nas jakos wiekszosc dzieci nie placze, a juz na pewno nie ma histerii. Moja corka miala rok temu zabieg pod narkoza i tez byla spokojna.

          Nie mozesz porownywac co bylo 10 czy 13 lat temu... ze mna sie tez nikt nie certolil jednak nie opowiadam pie...dziecku i go nie strasze.
          Jak dyskutujesz z 5-latka czy ma ochote na zastrzyk czy nie to gratuluje.. wlasnie takie osoby potem najwiecej narzekaja.
          • zrobila bardzo madrze. skoro powiedziala dziecku ze bedzie 1 klucie a potem padla propozycja drugiego, to tez uwazam, ze trzeba bylo dziecko o to drugie pytac, ewentualnie powiedziec w gabinecie ze innym razem, bo dzis umowa jest na jedno. dziecko to czlowiek o bardzo ograniczonym pojemniku na klamstwo. drugi zastrzyk potraktowaloby jak oszustwo = wniosek - nie wierz matce i rycz nastepnym razem, bo mowi ze bedzie to, a okazuje sie co innego.

            nie oszukujmy sie, ale lekarze sa rozni. moje dziecko nie 30 lat temu a najdalej 1,5 roku spotkalo wiele okrucienstwa ze strony pediatrow z "powolania". mam raczej zle niz dobre doswiadczenia. sama w szpitalu w czasie ciazy nie raz musialam ostro walczyc o swoje, zeby nie urodzic w polowie.
    • tusio-mamo-jasia
      fajnie,że o tym napisałaś smile okazuje się, że popełniam ten sam błąd co sporo rodziców...
      ja jestem nauczycielem w przedszkolu i też strasznie mnie denerwuje to, że rodzice we wszystkim wyręczają swoje dzieci. Moje dziewczyny musiały się zawsze same ubierać i rozbierać, same jeść, sprzątać itp ale u lekarza faktycznie je wyręczam. I to zarówno w rozbieraniu jak i opowiadaniu o ich dolegliwościach

      zawsze myślałam,że lekarz tego ode mnie oczekuje... no bo przecież w poczekalni mega kolejka i nie chciałam wyjść na matkę co to sobie siedzi i patrzy jak dziecko walczy z ciuchami i ubieraniem się a lekarz tylko czeka aż wyjdę żeby przyjąć następnego pacjenta

      a co do mówienia o dolegliwościach to też myślałam,że tak jest lekarzowi wygodniej, no akurat moje dzieci nie są zbyt śmiałe i nim odpowiedzą na jakies pytanie lekarzowi to trochę czasu mija... poza tym dziecko czesto nie wie jak opisać i co jest istotne w przekazywaniu informacji

      od następnej wizyty u lekarza zacznę nad sobą pracować smile
      ciekawe tylko czy mój pediatra ma takie same oczekiwania jak ty?
      --
      http://www.suwaczek.pl/cache/71f7392884.pnghttp://www.suwaczek.pl/cache/d1bd5316d1.png
      • > tusio-mamo-jasia
        > fajnie,że o tym napisałaś smile okazuje się, że popełniam ten sam błąd co sporo ro
        > dziców...

        Dziewczyny - po pierwsze dziękuję za słowa zrozumienia i cieszę się, jeśli komuś na coś przydadzą się moje wypociny wink

        to wyręczanie to nie jest przecież jakiś wielki błąd /w przeciwieństwie do kalibru pozostałych "grzechów"/, taka luźna obserwacja - w przypadku przedszkolaków czasem zastanawiająca, ale w przypadku, powiedzmy 10-latka nadal aktualna. i to już jest przerażające.

        > zawsze myślałam,że lekarz tego ode mnie oczekuje... no bo przecież w poczekalni
        > mega kolejka i nie chciałam wyjść na matkę co to sobie siedzi i patrzy jak dz
        > iecko walczy z ciuchami i ubieraniem się a lekarz tylko czeka aż wyjdę żeby pr
        > zyjąć następnego pacjenta

        jasne, ze jak wszędzie tak i tutaj górą zdrowy rozsądek - jak jest wielki tłum, zima, a 3-latek jeszcze nieporadnie mocuje się z rajtuzami to nie ma sensu na siłę. ale jeśli lekarz sam mówi dziecku, żeby się rozebrało, adresując tę prośbę wyraźnie do niego, to może nawet mieć w tym jakiś cel wink np. w przypadku badań bilansowych chętnie się chwilę z dziećmi bawię, obserwuję jak się "samoobsługują" zależnie od wieku itd, biorąc oczywiście poprawkę, że w rozpraszającej i/lub stresującej sytuacji gabinetu ten ogląd może różnić się od tego co zwykle widzi mama. a mama jest skarbnicą informacji, zawsze.

        > a co do mówienia o dolegliwościach to też myślałam,że tak jest lekarzowi wygodn
        > iej, no akurat moje dzieci nie są zbyt śmiałe i nim odpowiedzą na jakies pytani
        > e lekarzowi to trochę czasu mija... poza tym dziecko czesto nie wie jak opisać
        > i co jest istotne w przekazywaniu informacji

        jasne że nie wie, m.in. dlatego długo jeszcze nie będzie przychodzić do lekarza samo. ale jak nie poćwiczy, to nigdy się nie dowie wink a poza tym jak tak pogada z tym strasznym lekarzem jak z człowiekiem, to jakoś luźniej się robi. nie gadamy przecież tylko o chorobach, o resorakach i chorej lalce też wink a ja przy okazji widzę, jak juniorek mówi i czy np. nie należy zasugerować wizyty u logopedy. a czasem uśmieję się do łez, kiedy słyszę, że boli nogawka spodni big_grin /autentyk/ smile
        a rozmowa z mamą /przepraszam za pomijanie tatusiów i innych opiekunów, ale tak statystycznie to informacje od mam są najbardziej wiarygodne jednak i najpełniejsze.../ zawsze będzie decydująca. nieraz mamy przepraszają, jeśli same mi coś sugerują, a ja niezmiennie mówię, że nie ma za co przepraszać, ja za to dziękuję, bo tylko mama jest w stanie wychwycić coś, czego ja nie mam szans zauważyć, czyli zmianę. jakąkolwiek, w zachowaniu, spojrzeniu, oddechu, czymś nieuchwytnym, co ją już niepokoi, choć nie jest jeszcze stricte medycznym objawem. czujne oko mamy rzadko się myli.

        > od następnej wizyty u lekarza zacznę nad sobą pracować smile
        > ciekawe tylko czy mój pediatra ma takie same oczekiwania jak ty?

        wystarczy zapytać smile
        jeśli nie ma, to o tym powie. ale imo obserwacja niektórych ww zachowań jest tez elementem badania, zwłaszcza kiedy oceniamy szeroko pojęty rozwój, a nie tylko obecność anginy lub jej brak wink I m.in. po to był ten fragment o wyręczaniu - rodzice nie muszą sobie zdawać sprawy, że sposób wykonywania pewnych czynności czy sposób komunikacji dziecka ze mną też mogą być w pewnych sytuacjach cennymi wskazówkami.
        --
        Pozdrowionka,
        Tusia
    • Fajny wątek. Moze komus sie faktycznie przydac.
      Ja dodam tylko wzne jest tez zachowanie i nastwaienie lekarzy. Ja mam w przychodni bardzo fajne lekarki. Wszystkie! Zawsze przyjma chore dziecko, nie popedzaja, nie ma nerwowej atmosfery, delikatne, subtelne.... i jednoczesnie konkretne, takie fajne babki. Przez ok 1 rok zycia mielismy abonament w klinice potem byla przerwa i akurat zachorowal, poszlam do naszej przychodni i tak juz zostalo.Synek lubi tam chodzic. Nie stresuje sie, nie placze, wspolpracuje (jakos okazuje sie ze w gabinecie potrafi wykanac polecenie). Zawsze mu mowie gdzie i po co idziemy, wiec jest przygotowany. Ale to tez zalezy od dziecka jakie Ono jest. Ja nie przypisuje sobie tutaj wielkiej zaslugi.
      • Ja mam uwage do najmy78 - nie posyla sie dziecka czteroleniego z goraczka do szkoly nawet jesli spada po ibumie. Zakladam, ze przez goraczke rozumiesz 38 i wiecej, a nie jakies 37.1. Nie jestes idealna matka - poza tym nie dbasz o inne dzieci skoro chorego malucha posylasz do szkoly. To, ze Twoj dobrze znosi chorobe nie oznacza, ze ten ktorego zarazi rownie dobrze ja zniesie. Chyba niezbyt uwaznie ogladalas to Bylo sobie zycie.

        Autorce postu dziekuje za madre i kulturalne przedstawienie wizyty u lekarza z drugiej strony.
        • annie_laurie_starr napisała:

          > Ja mam uwage do najmy78 - nie posyla sie dziecka czteroleniego z goraczka do sz
          > koly nawet jesli spada po ibumie. Zakladam, ze przez goraczke rozumiesz 38 i w
          > iecej, a nie jakies 37.1. Nie jestes idealna matka - poza tym nie dbasz o inne
          > dzieci skoro chorego malucha posylasz do szkoly. To, ze Twoj dobrze znosi cho
          > robe nie oznacza, ze ten ktorego zarazi rownie dobrze ja zniesie. Chyba niezby
          > t uwaznie ogladalas to Bylo sobie zycie.

          big_grinbig_grinbig_grinbig_grin: Prosze cie. Oto tak, zaprowadza sie i wiesz co takie sa zasady w szkolach tu gdzie mieszkam, jesli goraczka spadnie a dziecko moze pojsc do szkoly to idzie, jesli goraczka wzrosnie w ciagu dnia to szkola powiadomi rodzicow i ci odbieraja je ze szkoly. Zasada jest prosta i to mowi sie w szkole takze dzieciom, ze zostajemy sie w domu tylko gdy jestesmy bardzo chorzy i z lozka nie mozemy wstac, to nie Polska gdzie dzieci trzyma sie w domu tydzien po wystapieniu jednorazowego stanu goraczkowego a dwa tygodnie z powodu katarku i kaszelku. Moje dziecko jest zdrowe jak rybka i teraz cieszy sie wakacjami i w miare ladna pogoda, bawiac sie z kolegami na dworze. Jeszcze jedno to ono wie najlepiej jak sie czuje i skoro mowi ze czuje sie dobrze i chce isc to idzie.
          >

          • No teraz to ja spadlam z krzesla! Chyba ze mylisz pojecie goraczka ze stanem podgoraczkowym. Gdyby moje dziecko mialo 38 to nigdy przenigdy nie dalabym lekow i poslala do szkoly! To zakrawa o brak rozumu! Ty bylas kiedys chora? Wiesz jakie to uczucie? Bo ja nie wyobrazam sobie swojego dziecka w szkolnej lawce oslabionego na lekach p-goraczkowych! W glowie Ci sie dziewczyno pomieszalo. Jak ato szkola ze nie mozna opuscic zajec? Ile Twoje dziecko jest w stanie przyswoic na takich zajeciach? Ile innych dzieci zarazi wokol? Czy na pewno przy takim traktowaniu potrafi zwoalczyc chorabe i uniknie lezenia w lozku?
            Chyba ze piszac te bzdury masz na mysli stan podgoraczkowy.....................
            Dobrze Ci poradze na przyszlosc: nie mysl tak jak otoczenie tego od Ciebie wymaga, nie łap wszsystkich okolicznych zwyczajow tylo rusz glowa i pomysl o kilku stronach takiej sytuacji...........
            • aniasa1 napisała:

              > No teraz to ja spadlam z krzesla! Chyba ze mylisz pojecie goraczka ze stanem p
              > odgoraczkowym. Gdyby moje dziecko mialo 38 to nigdy przenigdy nie dalabym lekow
              > i poslala do szkoly!

              Nieczego nie myle i to, ze ty bys nie poslala to twoja sprawa, tu gdzie mieszkam jak najbardziej sie posyla w razie gdy goraczka sie pojawia dzwonia ze szkoly. Gdy moja corka miala infekcje ucza (raz w zyciu w czerwcu tego roku) to miala goraczke, bol i wyciek ale po podaniu przeciwbolowego syropu poszla do szkoly, odebralam ja po drugim sprawdzeniu obecnosci a o 16 mialysmy wizyte u lekarza i ten stwierdzil , ze to bakteryjna infekcja, ale powiedzial, ze jesli goraczki rano nie bedzie moze isc do szkoly i tak sie stalo, wyzdrowiala w ciagu kilku dni biorac przepisany antybiotyk.

              Bo ja nie wyobrazam sobie swojego dziecka w szkolnej lawce oslabionego na lekach p-goraczkowych! W glowie Ci sie dziewczyno pomieszalo. Jak at
              o szkola ze nie mozna opuscic zajec? Ile Twoje dziecko jest w stanie przyswoic
              > na takich zajeciach? Ile innych dzieci zarazi wokol? Czy na pewno przy takim tr
              > aktowaniu potrafi zwoalczyc chorabe i uniknie lezenia w lozku?


              Wyobraz sobie, ze nikogo nie zarazil, frekwencja w klasie jak i w szkole jest na poziomie 98% a ci co opuszczaja to bynajmniej nie z powodu strasznych chorob, a moj syn ma 4li 3 m-ce w tygodniu w ktorym chodzil z infekcja do szkoly przyswoil 3 nowe literki i pewnie wiele innych ciekawych rzeczy, a wyzdrowial calkowicie w ciagu 4 dni smile wrocil mo glos, kaszlu nie ma, jest zdrowy i wesoly czyli mozna jak najbardziej mozna i powiem wiecej to jeden z elementow hartowania i nawet powinno sie tak postepowac, a bidne polskie dzieci izolowane w domach z powdu katarkow, kaszelkow i czerwonych gardelek, faszerowane tona chemii i antybolami z blednego kola chorob wyjsc nie moga.
              Ty mi rad nie dawaj, bo gdybym swoje dzieci wg nich traktowala to bylyby w tak oplakanym stanie jak wiekszosc forumowych i rodziny i znajomych w PL.
              • > Ty mi rad nie dawaj, bo gdybym swoje dzieci wg nich traktowala to bylyby w tak
                > oplakanym stanie jak wiekszosc forumowych i rodziny i znajomych w PL.

                To zmien znajomych. Twoi znajomi to zaden wyznacznik. Wsrod moich znajomych rodzice mysla co robia swoim i innym dzieciom posylajac zasmarkane do szkoly i bynajmiej nie sa to oplakane rodziny.

                Po drugie przyziebione dziecko to nie rowna sie antybiotyk. Chyba dawno w tej Polsce nie bylas skoro o tym nie wiesz, ze nawet my glupie polaczki juz tak nie robimy.

                Zasmarkane dziecko w grupie to nie hartowanie tylko glupota rodzicow! JSprawdz w Polskim slowniku co znaczy hartowac

                Zastanawia mnie tez po co dawac rano srodki na obnizenie temp i wysylac do szkoly skoro jak sama piszesz ze jak sie pojawia temp to i tak dzwonia??? Jaki jest Twoj tok rozumowania? Jedziesz do pracy i klepiesz paciorki zeby temperatura nie wrocila????? Dla mnie to nielogiczne.

                Bol i wyciek z ucha jest jak najbardziej wynikiem niewyleczonego przeziebienia! A nie samoistnym shorzeniem. Gdybys wyleczyla wirusa nie przeszloby w bakteryjne zapalenie, szkoda ze nie zdajesz sobie sprawy ze to moze nawet uszkodzic sluch, nie wspomne o tym ile bolu zafundowalas wlasnemu dziecku.
                WLASNIE DLATEGO ZOSTAWILABYM DZIECKO W DOMU I WYLECZYLA ZEBY NIE PODAWaC MU ANTYBIOTYKU TAK JAK TY TO ZROBILAS
                I kto tu jest uzalezniony od antybiotykoterapii?? he?

                Najma pomysl zanim znowu cos walniesz.....
    • Witam koleżankę po fachu, zgadzam się z Tobą, mam podobne spostrzeżenia. Oczywiście od naszego podejścia też dużo zależy,wierzę że niekiedy dzieci są uprzedzone po niezbyt miłych wizytach. Jak już tak piszemy o wrażeniach z naszej strony to muszę stwierdzić,że zauważyłam tendencję która mnie przeraża.Otóż zdecydowana większość rodziców których spotykam w gabinecie pakuje w dzieci tony leków! Zanim przyjdą na wizytę używają kilka lekarstw, cokolwiek rodzice znajdą w domu. Nie wspomnę już o zdziwieniu,że na kaszel nie daję antybiotyku smile , bo przecież lepiej wiedzą,że bez tego infekcja nie przejdzie.
      • Oj tak, to leczenie na własną rękę i zamiłowanie do antybiotyków to osobny temat. Kiedyś wparzyła do gabinetu mama i zamiast "dzień dobry" wykrzyknęła /tak, nie powiedziała, tylko wykrzyknęła/: poproszę augmentin!
        Powiedziałam "dzień dobry", myślałam, że może dotrze subtelna kąśliwość, ale było ponowne "no, augmentin poproszę". Zaczynałam tracić cierpliwość, ale jeszcze się zdobyłam na pytanie w rodzaju "A co się dzieje?" i usłyszałam "no co się dzieje, dziecko mam w domu chore, a jej nic innego nie pomaga!".
        W końcu nie wytrzymałam i powiedziałam że to nie sklep. I że jak dziecko jest chore, to chciałabym je jednak zobaczyć.
        Ale to skrajność oczywiście była, choć zdziwienie z powodu braku antybiola się zdarza nierzadko.
        --
        Pozdrowionka,
        Tusia
    • Doczytałam do końca i bardzo fajnie, że powstał taki wątek - mam nadzieję, że niektórzy sobie przemyślą pewne sprawy i pomoże to rodzicom i przede wszystkim Dzieciom!

      Ja - mówiąc nieskromnie - nie mam w tej kwestii problemów. Latam z Młodym po lekarzach praktycznie od urodzenia (urodzony na 2pkt Apgar), ortopeda, neurolog, rehabilitant, fizjoterapeuta, pulmonolog, laryngolog, nie pamiętam kto tam jeszcze, do dziś jest pod stała opieką alergologa, gastrologa i czekamy na serię badań endokrynologicznych. Pediatrę widujemy średnio co 10 dni, Młody nagminnie choruje. Przy pobraniu krwi nie płacze, a po wizycie u lekarki nie chce wyjśc z gabinetu wink
      Od zawsze mu tłumaczę co go czeka, mówiłam mu o tym od urodzenia, kiedy jeszcze nie rozumiał, teraz nadal tłumaczę. Nie straszę, ale i nie koloryzuję. Ostrzegam co może boleć i chwalę za jego dzielność. Odkąd nauczył się samodzielnie siedzieć - bawimy się w domu w lekarza i dentystę - regularnie! mamy w domu prawdziwy stetoskop, strzykawki, lusterko do zębów i "oswajamy" na domowo a w razie potrzeby zabieramy "swój" sprzęt na wizytę czy badanie wink Badamy misie, lalki i siebie nawzajem. Synek też towarzyszy mi w moich wizytach lekarskich (zresztą nie mam wyjścia bo jestem samotną matką i rzadko mam możliwość z kimś go zostawić) i obserwuje moje reakcje u "dorosłego" lekarza.
      Takiego podejścia do lekarzy życzę wszystkim dzieciom i ich rodzicom smile Ale fakt, że wielka w tym zasługa naszej pediatry - bardzo stanowczej, rzeczowej i kompetentnej, ale i cierpliwej, spokojnej i sympatycznej smile
      --
      http://www.suwaczki.com/tickers/17u93e5e8i7m4gbm.png
      • Mój syn w wieku 2 lat miał drugą operacje, chociaż wszystko odbyło się w klinice która wyglądała "prawie" jak mieszkanie (a pobyt trwał niepełne 2 dni), dostał takiej traumy, że sam widok lekarza ,wprowadzał go w histerie. Wszystkie badania trzeba było robić " na siłę" inaczej się nie dało. Mamy super lekarkę więc ze stoickim spokojem badała wierzgającego dzieciaka.
        Teraz ma 5,5 roku, do dentysty uwielbia chodzić, podziwiam go w tej sprawie bo ja zawsze przeżywam każdą swoją wizytę wink Krew by badał co chwilę no i generalnie super pacjent wyrósł.
        Za to młodsza 2 latka daje do wiwatu , i na nic nie zdają się zabawy w lekarza, bajeczki i opowiadanie o zarazkach big_grin czekam aż zmądrzeje, byle szybko suspicious
    • >mówię "rozbierz się", a nie "proszę rozebrać Kubusia". I wtedy mama wkracza do akcji : "no, rączki do góry, zdejmę ci koszulkę". Po co? Że niby szybciej ma być? Nikogo nie gonię, te same mamy nie mają oporów, żeby rozmawiać potem długo ze mną o różnych rzeczach /do czego zresztą świadomie stwarzam atmosferę, bo to ważne, by obgadać pewne rzeczy/ - ale widać z tego, że nie o czas tu chodzi.

      Alez o czas właśnie, jak dziecko szybciej się rozbierze, będzie czas na zadanie większej ilości pytań czy w ogóle jakichś pytań. Zgadzam sie, że dzieckow tym wieku powinno działac samo. Zgadzam się, że mama nie powinna pomagac. Ok, Ty masz czas. Ale inni lekarze grają w grę "ilu pacjentów dziś jeszcze przyjmę?" i po wypisaniu recepty nie ma o czym rozmawiac, bo powinnas byc już za drzwiami. tempo wielkie, na nic nie ma czasu. Podejrzewam, że to te doświadczone mamy tak spiesza się do pomocy dziecku-te doświadczone ...przez lekarzywink

      Co do reszty się zgadzam.
      • też uważam jako matka pacjentki że jednak grzeczniej będzie nieco przyspieszyć procedurę rozbierania się <młoda sama rozbiera się od niespełna 2 roku życia, ale jednak po dziecięcemu wolniej> i przeznaczyć ten czas na pogadanie np, albo szybsze wyjście z gabinetu.
        Choć nikt mnie nigdy nie poganiał, to wiem, ze są limity, a np poza gabinetem czekają następni pacjenci, a lekarz też człowiek i może sobie chce herbatę zrobić - a stanie z dzieckiem w poczekalni dla tych co są po nas to też zadna atrakcja.
        Dlatego myślę, że ten problem to sztuczny problem tak naprawdę.
        Co innego jak lekarz pyta dziecka gdzie boli itp.
        A reakcja dziecka? Cóż moja ma cały wachlarz reakcji zależy od lekarza, specjalności, wykonywanej czynności i w ogóle cholera wie od czegosmile
        Czyli od lekkiego zdenerowania objawiającego się pokopywaniem czubkiem buta w szafkę przy 3 próbie wkłucia do żyły do wielkiego ryku że trzeba zdjąć koszulkę i wystawić plecy do badania<a bo cholerka kazali z jeździka, co są u nas w poczekalni na tę okoliczność zejść np> przy czym w przychodni rejonowej rejonowej jest gorzej niż np u okulisty,bo tu tylko momencik wycia w kluczowym momencie, a przed i po humorek doskonały, choć tam było krępowanie tym kocykiem i wkładanie rozwórki do oczu, a pediatra nic jej nigdy nie zrobiła, daje jakieś gifty itp. Także za reakcjami dziecka nie trafięsmile Bo w ogóle do lekarzy chodzić lubi pasjami, więc że się boi to nie.
        --
        ...the thirst always wins...
    • U mnie w domu jest podstawowa zasada - nie klamac.
      Druga, jak potrzebujesz pomocy popros.

      Polecam smile
      --
      870 000 000 000 - dlug Polski
      38 000 000 - liczba mieszkancow Polski
      22 895 - dlug publiczny kazdego mieszkanca Polski + wlasne
      Wyłączona poduszka oznacza, że jej nie ma (By memphis90)
    • jestem mama 6 latki ktora ma juz za saba zabieg na przepuklinke, od niemowlaka czesto kuta tzn pobierana krew, histeria niesamowita ale zawsze jej tlumaczylam ze moze krzyczec tylko nie wyrywac sie i przed pobytem w szpitalu wszystko jej wytlumaczylammiala 4 latka, pielegniarka zawolala nas na zalozenie weflonu wzielam ja na rece ona pelna histeria,pielegniarka wolala pomoc ale musiala zaczekac az tamta skaczy w tym czasie jak sie okazalo zalozyla weflon bez problemu,teraz mamy miec robione badania diagnostyczne ukladu moczowego dzien przed szpitalem wszytko jej wytlumacze i mam nadzieje ze dobrze zniesie badanie przez cewke ale znam przypadki ze matka bardziej histeryzuje niz dziecko i jej wypraszana z gabinetu przy zwyklym pobraniu krwi. owszem strasze ja szpitalem czy karetka ale tylko w wypadkach szczegolnych gdy naprawde wariuje i boje sie ze moze zle sie skaczyc wtedy mowie jak sie nie uspokoisz to rozwalisz sobie glowe i bedziesz lezec w szpitalu. teraz mam przed soba wychowanie roczniaczki na dobra pacjetke , podczas istatniej wizyty rozplakala sie przy badaniu ale sluchawki lekarskie juz sa gotowe do nauki i mam nadzieje ze sie sprawdza jak u starszej
    • > No i permanentny błąd - dzieci w ogóle nie są przygotowane na to, co się będzie
      > działo w gabinecie. Boją się, płaczą, nie współpracują, nie rozumieją dlaczego
      > robimy to co robimy
      taa. do gazu tych wrednych rodzicow co to dzieci nie przygotowuja
      --
      'powiedziałabym "odwal się stara prukwo"'
    • ja jeszcze dodam ze swojej str...
      fajnie na koniec wizyty powiedzieć DZIĘKUJĘ... a przy wypisie ze szpitala to podstawowa podstawa być powinna, a jednak jest rzadkość...
      i owszem dziecko do wizyty NALEŻY PRZYGOTOWAĆ... i jest to obowiązek rodzica...
    • Moje dziecko uwielbia naszą panią doktor i pozwala jej na wszystko. W domu czytam mu bajki o wizytach u lekarza i dzielnych pacjentach. Nie płacze przy szczepieniu, najwyżej uroni cichą łezkę. Ale jak się trafi na lekarza bez podejścia... Dwie strony muszą współpracować. Pewnie często winni sią rodzice, ale powiem Ci, że moje kontakty z polską służba zdrowia dały mi przekonanie, że połowa naszych lekarzy to kretyni, którzy powinni mieć odebrane prawo wykonywania zawodu. A przynajmniej połowa tych, których w życiu spotkałam ja i moja rodzina. Nie dziwię sie dzieciom, które histeryzują na widok fartucha. Wystarczy jeden nieudany lekarz, żeby uciekać przed następnymi pięcioma wspaniałymi.

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.