Dodaj do ulubionych

nieoczekiwanie nieudana adaptacja

22.09.17, 11:34
Szybki wątek z burzą mózgów...

Młody (2,5) od 28.08 poszedł do przedszkola. Otwarty, samodzielny, na ogół dość wyluzowany chłopak. Do czerwca był w domu z nianią (4-6h), która przychodziła ze swoim synkiem w tym samym wieku. Więc i przyzwyczajony do nieobecności mamy i do obecności innych dzieci.

Przedszkole prywatne, RB, NVC, mała grupa, cud, miód i orzeszki. Zalecali, żebyśmy zostali z dzieckiem tyle, ile dziecko potrzebuje. Znając mojego syna, spodziewałam się, że zostanę z nim 2-3 dni i potem już będzie dobrze. A tymczasem dziecko ma inny plan.

Siedziałam najpierw dwa tygodnie ja, calutki dzień. Potem kilka dni tata. Potem kilka dni zostawał sam, ale na czas wyjścia na spacer (który jest punktem kulminacji smutku) "ściągano" nas telefonicznie. Kilka dni został sam i było dobrze, ale przy pożegnaniu jest dramat. Kończy się właśnie czwarty tydzień, a mój "wyluzowany" syn nadal nie chce rano się rozstać.

Wychowawczyni zaleca, że jeśli mogę zostać - akurat teraz mogę - to żebym została rano w sali przez godzinkę i potem wyszła. Przez ten czas mam nie bawić się z synem, zająć czymś innym (książka, komputer) i w miarę możliwości nie brać go na kolana. Ale IMHO zupełnie się to nie sprawdza. Syn nie wie, o co chodzi - ja całą swoją mową ciała przekazuję, że "jestem niedostępna", ale fizycznie jestem. On zamiast się zaangażować w zabawę - co w domu nie sprawia mu trudności - jest zajęty "sprawdzaniem", czy na pewno jestem (oczywiście, że jestem, nie wychodzę bez uprzedzenia i pożegnania). Jak wychodzę, wiesza się na nogach i płacze. Po wyjściu jest dobrze (mam info i od wychowawczyni i od innych mam), ale niespecjalnie uśmiecha mi się takie pożegnanie. Uprzedzając sugestię: z tatą jest jeszcze gorzej.

Myślę, jak przełamać ten impas. Nie jestem fanką twardych metod "wrzuć do sali i zamknij drzwi", ale nie mam też możliwości siedzieć tam miesiąc i udawać, że mnie nie ma (zwłaszcza, że nie działa to najlepiej). Any ideas?
Edytor zaawansowany
  • 22.09.17, 11:54
    Jezeli po twoim wyjsciu jest dobrze, dziecko sie bawi, jest wesole i nie okazuje rozpaczy, to chyba pozostaje tylko przeczekac - przyzwyczai sie. Bylas w tym miejscu, wiesz co sie tam dzieje - gdyby cos cie niepokoila, to bys pisala, wiec po prostu podejrzewam, ze synek chce cie troche "przymusic" do zostawania. To zreszta calkiem normalne i zrozumiale, ze chce byc z mama/tata smile Mysle tez, ze ta adaptacja byla troche zbyt dluga i intensywna, wbrew pozorom mozna przedobrzyc w druga strone. Na pocieszenie dodam, ze moj uwielbiajacy zlobek synek mial "dramaty" poo dlugich wakacjach, wtedy tez mezowi serce pekalo, ale po 5 od jego wyjscia maly bawil sie juz w najlepsze, a po kilku dniach wszystko wracalo do normy.
  • 22.09.17, 12:03
    Dokładnie tak. Widzę po swoim starszym, że u niego długie pożegnanie zupełnie się nie sprawdza. Lepiej jest, gdy żegna się i idzie do grupy mimo płaczu. Im dłuższe pożegnanie, tym potem ciężej mu się uspokoić.
  • 22.09.17, 12:17
    Przedszkole jest świetne, panie są pełne szacunku do dzieci i ich emocji, nie mam żadnych zastrzeżeń. Jedyne co faktycznie wyszło niefajnie, to fakt, że po dwóch tygodniach odeszła ich wychowawczyni, chwilowo jest zastępcza, a będzie nowa. Ale i poprzednia i obecna są ciepłe, cierpliwe i uważne. Poprzednia może trochę bardziej mu odpowiadała, bo była bardziej podobna do mnie (i z charakteru i z wyglądu).
    Ja też podejrzewam, że adaptacja była zbyt długa, ale opierałam się na zdaniu wychowawczyni (tej obecnej), która ma duże doświadczenie. Już się nie dowiemy, czy krócej byłoby lepiej wink Pytanie: co robić teraz? Siedzieć, nie siedzieć, przyjeżdżać wcześniej/później? Dziecko wisi na nogach, odrywanie małych rączek od spodni średnio mi się uśmiecha. Jestem naprawdę zszokowana, bo to zupełnie "nie ten typ" uncertain
  • 22.09.17, 13:07
    A jak się zachowuje, gdy go odbieracie ? Starszy bawił się w najlepsze, a w momencie, gdy mnie zobaczył, to ryk taki, jakby naprawdę mi się tam wcześniej krzywda działa wink Ja bym starała się jednak już go szybciej żegnać i w razie potrzeby odbierać jak najszybciej. A po pracy jak najwięcej czasu poświęcić synkowi. Polecam też wymyśleć jakiś rytuał pożegnania. Nie wiem czemu, ale u nas to pomogło, że zawsze jest buziak i dwie (i koniecznie dwie wink ) piątki przybite. Starszy od początku chodzi też z ulubionym misiem.
  • 22.09.17, 13:12
    Odbieram uśmiechnięte dziecko, któremu wcale nie spieszy się do domu. Co do przytulanki: niestety, ulubiony kotek zaginął kilka dni temu, ale też syn nigdy nie był bardzo "przytulankowy". Pomyślę nad rytuałem.
  • 22.09.17, 13:10
    Jeśli po twoim wyjściu jest ok i dziecko się bawi, to niestety czasem bez metody siłowej się nie obejdzie, choć też osobiście nie lubię i unikałam jeśli tylko się dało. Niezłą metodą było przekazanie dziecka na ręce opiekunki. Czyli ja przytulam, a potem podaję dziecko "górą". Liczyłam też buziaki. 10 i papa (też oczywiście skuteczność była różna, ale bywało ok).
  • 22.09.17, 13:52
    Gvalchca, czy to przedszkole to Zielona Wieza?
  • 22.09.17, 14:27
    Nie, południowy koniec Warszawy.
  • 02.10.17, 19:37
    Sz-sz?

    --
    wszystkie swinie byly rowne ale niektore byly rowniejsze. a to dlatego ze znaly numer tel do kogo trzeba
  • 02.10.17, 20:16
    O nie, zostałam namierzona big_grin
  • 23.09.17, 13:33
    Często się krytykuje podejście przedszkolanek "starej daty", żeby zostawiać dziecko od pierwszego dnia samo - ale w jednym mają chyba jednak rację - adaptacja nie powinna trwać w nieskończoność i jednak nie powinno się dziecku za dużo mieszać w głowie.

    My z córką przeżyliśmy kilka albo już kilkanaście różnego rodzaju adaptacji. Były dwie nianie, był okres lęku separacyjnego, który wracał już po zapoznaniu się z nianią, była adaptacja w przedszkolu i w zasadzie raz na jakiś czas są nowe adaptacje (za każdym razem, jak wracamy z dłuższego urlopu). Córka jest autystką, w jakiś sposób wchodzi w schematy i widzę, że wytrącenie ją z tego rytmu powoduje problemy z powrotem.

    Naszą adaptację w przedszkolu rozplanowaliśmy na kilka miesięcy - i za przyzwyczajenie Ewy do nowego miejsca odpowiedzialna była niania. Ale w sumie Ewa dosyć szybko przyyzwyczaiła się do nowego miejsca, więc już po jakimś tygodniu zaczęła zostawać sama w sali, niania przez jakiś czas jednak była w okolicy (ale wszyscy wiedzieli, że musi się schować). Ale rozstania z nianią w przedszkolu to było jedno, a rozstawanie z którymś z nas - to drugiewink Tego też musieliśmy się nauczyć i tu był lekki płacz.

    To, co mogę poradzić:
    1. Rytuał. Wprowadzasz zasadę, że żegnacie się np. w szatni, przytulacie się, dajecie dwa buziaki i wychodzisz. Nie wchodzisz z dzieckiem do sali, sala staje się miejscem wyłącznie "przedszkolnym".

    2. Jeśli się pożegnałaś i wyszłaś - nie wracasz. Nawet, jeśli dziecko wyje. Jeśli Ci to pomaga - schowaj się za rogiem i posłuchaj, czy dziecko się uspokaja (niektórym pomaga świadomość, że dziecko nie wyje jeszcze 2h, ale szybko się ogarnia). Jeśli nie potrafisz słuchać, jak dziecko płacze i wiesz, że zawrócisz - to biegiem do drzwi, zanim się rozmyślisz. Jeśli nauczysz dziecko, że wrócisz po rozstaniu, jeśli ono będize mocno płakało - to ono będzie mocno płakało. Przy czym - to nie jest oznaka rozpaczy i cierpienia, że musi zostać "w tym okropnym miejscu", ale raczej chęć skłonienia Cię do zostania z nim. To nie przedszkole jest złe (no, w większości przypadków - ale zakładam, że sprawdziłaś i wiesz, że w tym tak nie jestsmile) - to przeświadczenie dziecka, że z Tobą w przedszkolu byłoby jeszcze lepiej.

    3. Nie pojawiaj się w ciągu dnia, jeśli nie chcesz odebrać dziecka.

    4. Na początku najlepiej ustalić jakieś konkretne godziny przyprowadzania/odprowadzania. Dziecko w tym wieku pewnie nie zna jeszcze zegarka, ale można posłużyć się porami dnia. Np. przyprowadzasz zawsze przed śniadaniem i ustalasz z dzieckiem, że będziesz po obiedzie. Postaraj się trzymać tych ustaleń i nie tworzyć precedensów typu "dzisiaj odbiorę go wcześniej" - jest spore prawdopodobieństwo, że nie zapamięta, że "dzisiaj to było wyjątkowo" - i następnego dnia o tej samej porze zacznie marudzić, bo Ty się jednak nie pojawiłaś.

    Dałabym sobie zdecydowanie spokój z przesiadywaniem w sali. Wg mnie to jednak miesza dziecku w głowie - skoro mama może siedzieć z nim w sali i robi to od miesiąca, to czemu nie może następnego dnia? Skoro siedzi godzinę - czemu nie może dwie? Trzeba ustalić, że adaptacja się skończyła i teraz mama już nie wchodzi do sali, bo sala jest dla przedszkolaków i pań.

    Bądź twardasmile

    --
    trzecipasazer.wordpress.com/
  • 23.09.17, 14:12
    Ja jestem dość twarda i mam sporą tolerancję na ryki i krzyki. Ale adaptacja była według wskazówek wychowawczyni, która jest naprawdę dobra, doświadczona itp. Ja byłam gotowa zostawić dziecko dużo wcześniej, ale pani nalegała, mówiąc, że Młody nie jest gotowy, że oni tak to robią i wg nich to działa. Przychodziłam w środku dnia też na prośbę pań.

    Przerabiałam kilka adaptacji do niań i dwie przedszkolne ze starszą córką, wyjątkowo wrażliwym dzieckiem. Córka mnie zaskoczyła, bo właściwie nie było problemu. A syn też mnie zaskoczył... w drugą stronę wink

    Teraz już nie ma dyskusji z zostaniem, bo kiedyś pracować trzeba, ale rozstania są trudne.
  • 23.09.17, 15:00
    Nie, żebym krytykowała podejście bliskościowe, ale... ale jednak czasami jasne nakreślenie granic i schematów jest dla dziecka korzystniejsze. Może jest tak, że takie dzieci jak Twoja córka - lepiej funkcjonowałyby z takim bliskościowym podejściem, a dzieci jak Twój syn czy moja córka - muszą mieć schemat, bo wtedy czują się najbezpieczniej?
    W każdym razie - mam nadzieję, że teraz będzie już z górki. Ty nie masz wyboru, syn nie ma wyboru, najważniejsze to przetrwać kilka najbliższych dni i się przyzwyczaić do nowego systemu.

    --
    trzecipasazer.wordpress.com/
  • 09.10.17, 12:42
    "Może jest tak, że takie dzieci jak Twoja córka - lepiej funkcjonowałyby z takim bliskościowym podejściem, a dzieci jak Twój syn czy moja córka - muszą mieć schemat, bo wtedy czują się najbezpieczniej?"
    Sorry, Agata, ale trochę niecelne nakreślanie sprawy. Akurat psychologicznie większość ludzi i dzieci potrzebuje schematu i nie wiem czemu "podejście bliskościowe" wcale nie polega na tym, że dziecku się tego nie zapewnia i wszyscy funkcjonuję na podstawie jego chwilowych kaprysów czy decyzji. To byłoby nieodpowiedzialne, bo nakładało by na dziecko za duży ciężar. Odsuwając kwestie "podejść", bo to trochę spłyca wszystkie ważne kwestie, mądre wychowanie polega na zapewnieniu dziecku granic i schematów - w elastyczny sposób.
    A co do tej adaptacji, to moim zdaniem zostawanie mamy "godzinkę" dla dziecka, które ewidentnie źle znosi z nią rozstanie w tym przedszkolu to jest trochę niepotrzebne przedłużanie cierpienia. Po miesiącu adaptacji dziecko powinno mieć uspokajający rytuał, którego zasady będzie znało - przychodzimy, pijemy kawę (tak mąż robił w żłobku), trzy całusy, pomachanie rączką i papa (to oczywiście tylko przykład). A nie, że mama siedzi i udaje niedostępną (choć rozumiem tę prośbą przedszkolanek bo u nas było to samo - żeby dziecko stopniowo bardziej kojarzyło tę przestrzeń z innymi dziećmi a nie zabawą z mamą). Dziecko powinno być uprzedzone o rytuale i że przedszkole jest miejscem gdzie zostaje się już BEZ mamy. A jego emocje zaakceptowane. Jedna z przedszkolanek powinna wtedy przejąć to co robi mama na siebie - czyli przytulić, pocieszyć, bo zatwierdzeniu uczuć, że tak brzydko powiem, znaleźć sposób na odwrócenie uwagi.
    Kulminacja smutku podczas spaceru - nie rozumiem, czemu trzeba wtedy dzwonić do mamy. Ja przychodziłam po syna o 12, a on zawsze o 11 miał kryzys pt "mama mama", jednak nikt po mnie nie dzwonił. Czasem mieli taką uspokającą zabawę (to był żłobek), że udawali że dzwonią do mamy i przekazywali, że mama jest, myśli i przyjdzie po tym jak namaluje obrazek i zbuduje wieżę, czy po obiadku.
    Co może mama zrobić to dużo mówić o emocjach i nie bać się ich : jesteś smutny jak wychodzę? I chwalić też: mimo że jesteś smutny pani powiedziała, że wczoraj super bawiłeś się z dziećmi, to jest prawdziwy sukces i twój postęp. Ja opowiadałam synkowi, jak miałam kryzysy (ten sam wiek dokładnie, wcześniej i później było super), że tak samo się czułam jak moja mama wychodziła (i nic nie dodawałam, że potem było miło, czy że musiałam być dzielna, dzieliłam się autentyczną emocją). I wtedy to sam mój synek mnie jakby "uspokajał" - "ale wiedziałaś, że twoja mama zawsze do ciebie wróci?", "ale twoja pani też cie tuliła i ci śpiewała?". Takie opowiadanie o moich bliźniaczych problemach (często właśnie bez podawania ich rozwiązań), bardzo mu pomagało radzić sobie z emocjami swoimi, odkleić się od nich, je zrelatywizować i jakoś kreatywnie przejść do przodu.
    Ale to post już trochę przeterminowany, może teraz synek radzi sobie już lepiej?
  • 09.10.17, 13:15
    amiralka napisał(a):

    > "Może jest tak, że takie dzieci jak Twoja córka - lepiej funkcjonowałyby z taki
    > m bliskościowym podejściem, a dzieci jak Twój syn czy moja córka - muszą mieć s
    > chemat, bo wtedy czują się najbezpieczniej?"
    > Sorry, Agata, ale trochę niecelne nakreślanie sprawy. Akurat psychologicznie wi
    > ększość ludzi i dzieci potrzebuje schematu i nie wiem czemu "podejście bliskośc
    > iowe" wcale nie polega na tym, że dziecku się tego nie zapewnia i wszyscy funkc
    > jonuję na podstawie jego chwilowych kaprysów czy decyzji. To byłoby nieodpowied
    > zialne, bo nakładało by na dziecko za duży ciężar. Odsuwając kwestie "podejść",
    > bo to trochę spłyca wszystkie ważne kwestie, mądre wychowanie polega na zapewn
    > ieniu dziecku granic i schematów - w elastyczny sposób.

    Wiesz, nie jestem ani psychologiem, ani nie miałam nigdy do czynienia z różnego rodzaju koncepcjami typu Montessori - nie próbuję więc od razu totalnie negować tego typu adaptacji. Może tamta pani miała rację, może w przypadku niektórych dzieci to się sprawdza - nie wiem. Wiem, że w przypadku mojej córki lepiej działał schemat, ale mam też na uwadze to, że przerobiłam tylko ten jeden przypadeksmile

    U nas schematy były do tego stopnia ważne, że jeszcze za czasów uczęszczania córki na zajęcia terapeutyczne - czyli przed erą przedszkola - wystarczyło, że weszłam z nią na piętro do sali, zamiast tak jak zwykle przekazać ją niani na dole w szatni, i już był ryk i histeria na pół godziny. Podobnie było, jak przez pewien okres pojawiałam się w ciągu dnia i jechaliśmy na zajęcia na drugi koniec miasta - we trzy: ja, niania i córka - i później po tych zajęciach chciałam wrócić do pracy. Też histeria, a następnego dnia rano czepianie się nogi i znowu ryki. Przy czym - niania, z którą córka wtedy zostawała, była naprawdę cudowna i zasadniczo problemów z zostawaniem z nią córka nie miała.

    A jeśli chodzi o oswajanie nowych sytuacji stresowych już po zakończeniu adaptacji - u nas sprawdzało się zostawianie furtki w postaci: "nie chcesz - nie musisz" oraz "w razie czego pani do mnie zadzwoni i Cię odbiorę". Bo stresujące były teatrzyki w przedszkolu (inna, duża sala, dużo dzieci, nowe osoby), bale przebierańców, wycieczki (zmiana miejsca). Zawsze jednak okazywało się, że jest wystarczająco fajnie (a w razie czego - panie potrafią uspokoić), żeby do mamy jednak nie trzeba było dzwonićsmile

    --
    trzecipasazer.wordpress.com/



    --
    trzecipasazer.wordpress.com/
  • 09.10.17, 14:10
    amiralka napisał(a):

    > Ale to post już trochę przeterminowany, może teraz synek radzi sobie już lepiej
    > ?

    Radzi sobie lepiej smile Ale tak jak sugerowałaś wyżej, nie przedłużam porannego cierpienia. Przychodzę, rozbieramy się, próbuję krótko go wprowadzić w zabawę (najczęściej rano "grane" są masy plastyczne i książki) i się żegnam. Czasem jeszcze próbuje mnie pociągnąć za rękę, ale od jakiegoś tygodnia nie płacze. Bardzo też pomogła nam książka "Uśmiech dla żabki", także zostawiam rekomendajcę dla potomności wink

    A co do metody adaptacji - ta proponowana w przedszkolu najwyraźniej na pozostałe dzieciaki działała, bo tylko mój rozpaczał... Ogólnie są plusy długiej adaptacji - np. upewniłam się, że panie faktycznie są super (do przedszkola publicznego córki mam zero wglądu), ale u nas faktycznie chyba było "przedobrzone" - syn uznał, że skoro mama siedziała na początku, to może i zostać na stałe wink
  • 23.09.17, 16:00
    W naszym przypadku okres adaptacji trwał około tygodnia. To było bardzo stresujące, bo synek codziennie płakał, jak go zostawialiśmy i nawet pamiętam że już w sumie zastanawialiśmy się nad jakimiś bardziej radykalnymi krokami typu rezygnacja z przedszkola i włączenie do opieki babć. Ale nagle po tygodniu sytuacja zmieniła się diametralnie, płacze ustały i zaczął chodzić do przedszkola z chęcią. Dlatego też bym zaleciła cierpliwość i przeczekanie. Po prostu dla małego człowieka to duża zmiana i musi się do niej przyzwyczaić.
  • 02.10.17, 19:35
    U nas tez jest rb nvc i nie wiem dlaczego tez nie pozwalaja sie rodzicom dolaczyc do zabaw. Dzieci tylko wkurzone ze rodzic je ignoruje. Imho taki typ adaptacji nie jest najlepszy - duzo lepiej byloby po rostu usiasc i pozachwcac jakies dziecko/dzieci do wspolnej zabawy - niestety pkola bardzo nie lubia jak rodzice sie bawia z dziecmi w sumie nie wiadomo czemu. Ja mialam tego dosyc i dalam buziaka i poszlam bo tylko sie czulam jak niegrzeczny przedszkolak ustawiony do kata

    --
    wszystkie swinie byly rowne ale niektore byly rowniejsze. a to dlatego ze znaly numer tel do kogo trzeba

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.