Dodaj do ulubionych

Brak gotowości do przedszkola?

22.09.17, 14:46
Czy są dzieci, które nie nadają się na przedszkolaka waszym zdaniem? Nie mam na myśli poważnych zaburzeń czy chorób, tylko emocjonalną niedojrzałość?

Jest w rodzinie 4 i pół letnia dziewuszka, która obecność w przedszkolu odreagowuje popołudniowo wieczornymi histeriami o nic, a ostatnio symuluje choroby, żeby nie iść. Do przedszkoli chodzi od ok 2,5 r.ż. w wakacje jest zupełnie innym dzieckiem..
Edytor zaawansowany
  • 22.09.17, 15:01
    nie wiem.. moje dziecko tez wieczorami miewalo napady..bo bylo zmeczone. Al ezawsz erano pedzilo chetnie do przedszkola. Warto sie zastanowic czemu tak sie zachowuje. Moze w przedszkolu wydarzylo sie cos co mialo taki wplyw.
  • 22.09.17, 15:04
    Uważam, że tak. Poznałam 2 dzieci, które pomimo kilku lat w przedszkolu tak naprawdę nigdy go nie polubiły. Odnalazły się dopiero w szkole.
  • 22.09.17, 15:49
    Może złe przedszkole, może jest przemęczona. Może rzeczywiście chora, a nie symuluje.
  • 23.09.17, 20:19
    Mój syn obecnie lat 5 tez był opornym egzemplarzem. Pierwsza próba, gdy skonczyl 2 lata, zabraliśmy po 3tyg bo płacz był od przebudzenia rano, straszny lament przy rozstaniu. Widziałam, ze nie jest gotowy. Placówka tez mi sue nie podobała. Kolejna próba 4mce pozniej, świetne miejsce, ale syn płakał przez pierwszy mc codziennie, potem zazwyczaj raz-dwa w tygodniu. Panie były bardzo czule i troskliwe. Naprawdę pomagały dzieciom z każdej strony. W kolejnym roku miał okresy buntu i płaczu kiedy potrafił znowu płakać co dzien przez dwa tyg. Do chwili obecnej gdy ma opcje zostania w domu to chętnie z niej korzysta ( wyjątkiem jest sytuacja gdy wie, ze w przedszkolu tego dnia beda jakieś atrakcje typu wycieczka, koncert, czyjeś urodziny). Syn cały czas jest w tej samej grupie, z tymi samymi dziećmi ( zaraz beda 3 lata). Należy do trójki największych łobuziaków z ponad 20 dzieci. W tej chwili najczęściej jest tak, ze marudzi przy rozstaniu i marudzi gdy go odbieramy bo on jeszcze nie skonczyl sie bawic, jeszze cos rysuje, jeszcze cos z kimś miał zbudować itd.
  • 23.09.17, 20:21
    Aha, największym problemem mojego syna jest to, ze on sue musi dostosować do grupy, a nie grupa do niego.
  • 28.09.17, 15:32
    A moze największym problemem jest to ze rodzice od malenkosci co chwila próbowali go upchnąć w przedszkolu chociaż wyraźnie pokazywał im ze do tego nie dorosl?
  • 22.09.17, 17:26
    W każdym przedszkolu było podobnie. Zarówno w prywatnym jak i państwowym. Raczej obstawiam jakiś problem po stronie dziecka (tylko jaki?).
    Wcześniej nie podobało jej się że jest z młodszymi od siebie dziećmi (ok- jej prawo), zmiana grupy nic nie dała. Potrafiła będąc u babci popłakać się do wymiotów że nie pójdzie.
    Teraz po dwóch tygodniach wczoraj akcja że ją noga boli. Objawy minęły po powrocie mamy z pracy. Została u babci i cały czas utrzymywała, że noga boli. (Tak jakby się bała, że jak przestanie to ją babcia zaprowadzi).
  • 22.09.17, 21:16
    Nie wiem czy są dzieci, które w ogóle nie nadają się do przedszkola, ale na pewno uważam, że nie ma jednego, określonego momentu w którym dziecko powinno do niego iść. Mój syn ma prawie 3 lata i kompletnie nie jest gotowy. Mieliśmy bardzo nieudany start do przedszkola ok pół roku temu, musiałam go wypisać bo właśnie zaczynały się akcje typu: mam katar, jestem chory, nie mogę iść do przedszkola. Mówił, że mu się nie podoba, nie lubi cioci i nie chce tam chodzić, rano cyrk przy wychodzeniu, płacz przy rozstaniu i właściwie przez cały czas pobytu. Nie wiem kiedy zrobimy kolejne podejście, na razie 2 razy w tygodniu chodzi do klubiku na zajęcia przygotowujące do pójścia do przedszkola i jest ok. Lubi i potrafi się bawić z dziećmi ale na pewno ma problem z tym, że kiepsko się odnajduje w dużej grupie, poza tym nie lubi hałasu, jak jakieś dziecko zapłacze albo krzyknie to zatyka uszy i się do mnie przytula przestraszony.
    A w rodzinie jest dziecko, obecnie to nastolatek, który nigdy nie lubił przedszkola, jego mama mówiła mi, że do ostatniego dnia był płacz przy rozstaniu.
  • 23.09.17, 16:06
    Jeżeli problemy są tak poważne i ciągną się długo, to może warto skonsultować sprawę jednak z psychologiem? Ja też w pierwszej chwili obstawiałabym przedszkole (że tam jest jakiś problem), ale jeżeli próbowaliście już kilku miejsc, to może faktycznie jednak problem leży gdzieś głębiej. Myślę, że warto spróbować znaleźć przyczynę już terz, bo przecież za kilka lat czeka was szkoła i tam już będzie obowiązek chodzenia.
  • 24.09.17, 21:03
    Pachnie zaburzeniamie np SI?

    --
    http://www.suwaczki.com/tickers/ex2b3e5ez28yo7o3.png
  • 27.09.17, 22:15
    Tylko ze mozecie miec problem z koljnymi próbami. Czemu? Bo dzieciak wie ze jakzacznie marudzić to zostanie z mamusia znowu w domu. Kolezanki syn tak robił do zerówki, w zeówce była tragedia. Dzieciak nie rozumieał czemu teraz musi chodzic (obowiązek) mimo ze znowu mu sie nie podoba. Szkoły tez nie polubił. Ja bym chyba wolała taki bunt przejsc w przedszkolu niz w szkole, a jakby bylo naprawde źle to pójsc do psychologa. Rezygnowanie z przedszkola bo dziecku sie nie podoba nie ejst najlepszym pomysłem.
  • 28.09.17, 15:56
    Z całym szacunkiem, ale nie wierzę by prawie 3 letni dzieciak może mieć wymówkę katar, czy choroba. To się bierze z domu moim zdaniem. Od kogoś z rodziny co tak ciągle mówi. Może jestem "wypaczony", ale mój syn drugiego dnia w żłobku (rok i 2 miesiące ) pobiegł na salę bez oglądania się na rodziców.
  • 02.10.17, 13:54
    Skoro twoje dziecko pobieglo bez gadania to sory ale nie wiesz o czym gadasz. Moje codziennie mialo wymowke od „boli mnie noga” „jestem chory” „musze do szpitala” po „nie moge isc bo dzisiaj w przedszkole uderzy meteoryt i bedzie bum”

    --
    wszystkie swinie byly rowne ale niektore byly rowniejsze. a to dlatego ze znaly numer tel do kogo trzeba
  • 24.09.17, 09:11
    W pewnym sensie ja byłam takim dzieckiem. Przedszkole polubiłam w zerówce. Wcześniej to było zło konieczne, wiedziałam że muszę tam chodzić i po jakimś czasie przestałam płakać, ale zawsze wolałam zostać w domu. Do dzisiaj pamiętam jak patrzyłam z przedszkolnego okna na przystanek, na którym mama czekała na autobus do pracy (ile razy się spóźniła, bo nie mogłyśmy się rozstać 🙂). Szkołe lubiłam i w zasadzie więcej adaptacyjnych problemów w życiu nie miałam 😉 Może to po prostu nie było to miejsce, ale w tamtych czasach wybór był jaki był..
  • 24.09.17, 13:41
    To tak jak ja. Tyle ze u nas byla drąca paszcze o byle co pani przedszkolanka. Szkołę polubiłam bardzo.
    Moje dzieci swoje przedszkole lubiły, nie było problemów z adaptacją, ale oboje w grupie mieli dzieci, ktorym bardzo trudno było się przystosować
  • 24.09.17, 22:11
    Pewnie ze sa takie dzieci. Ale czy to wynika z tego jakie sa te dzieci czy z tego jacy sa ich rodzice to juz nie wiem.
  • 25.09.17, 09:54
    Gdyby to była kwestia podejścia rodziców to ja i moja siostra nie byłybyśmy pod tym względem totalnymi przeciwnościami. Wychowywali nas Ci sami rodzice.
  • 25.09.17, 10:02
    ci sami, ale nie tak samo smile
  • 25.09.17, 10:13
    Dokladnie. Rodzice bardzoczesto np. wychowuja pierwsze dziecko inaczej niz drugie.
  • 25.09.17, 12:29
    a drugie ma juz strasze rodzenstwo smile
  • 25.09.17, 12:55
    Moja siostra jest starsza, o rok, do przedszkola poszłyśmy w tym samym momencie. Ale spoko, nie pierwszy raz spotykam sie z tym, że rodzice dzieci otwartych, smialych i towarzyskich (a domniemam że Wasze takie są) uważają że to ich zasługa. Jeśli dziecko jest wrażliwe i ma problemy z adaptacją to wina rodziców. Bo przecież wszystkie dzieci rodzą się takie same i tylko od nas zależy ich osobowość i temperament. Przerabiałam to wiele razy, nawet nie podejmuje kolejnej próby. Pozdrawiam 😉
  • 25.09.17, 15:25
    U nas tak samo. Super śmiały i przebojowy starszy brat i ja, dziecko które nienawidzilo KAZDEGO przedszkola. Na pewno wychowanie wzmacniało nasze cechy, ale jednak ja bylam dzieckiem niesmialym, nadwrazliwym, z calym spektrum zaburzen SI, a brat na przeciwnym biegunie, wolny od tego typu problemów. Marzylam, zeby byc z mama czy babcia w domu i ewentualnie chodzic tylko na jakies kameralne i cirkawe wybrane przeze mnie zajecia czy po prostu czytać całymi dniami, bo czytałam samodzielnie od 4 roku zycia. 30 wrzaskliwych ir ruchliwych dzieci, malo wrazliwe i nie indywidualne podejscie przedszkolanek plus rozwoj intelektualny na innym poziomie niz rowiesnicy i brak zdolnosci adaptacyjnych - po prostu klasyczne przedszkole z lat 80 to nie bylo miejsce dla mnie, a codzienna tortura i upokorzenia.
  • 28.09.17, 20:47
    U mnie było podobnie, z tym że to ja byłam tym dzieckiem, które z przedszkola nie chciało wychodzić, a siostra - właściwie przez cały okres przedszkolny nie zdołała się przyzwyczaić i była zadowolona, kiedy chorowała i zostawała w domu. Przedszkola, szczególnie te państwowe, promują jednak pewien określony typ, a ponieważ grupy są duże, dzieci, które nie lubią hałasu, mają większe problemy z adaptacją albo np. później osiągają samodzielność w pewnych dziedzinach, mają po prostu trudniej.

    Dzieci są różne. Wychowanie może ma na to jakiś wpływ, ale zdecydowanie przeceniany. Jak mamy w domu małego wrażliwca, to nie przerobimy go na dziecko śmiałe, odważne i ekstrawertyczne.
  • 25.09.17, 14:37
    Uważam, że mało które dziecko jest "gotowe" by pójść do przedszkola, szczególnie w wieku poniżej 4 lat. Mi przez długi czas wydawało się, że dziecko w wieku 3 lat może spokojnie iść do przedszkola, dopóki nie miałam dziecka. Kiedy mały miał prawie 3 lata wybrałam się na szkolenia z Fundacji XXII i okazało się, że rzeczywiście dzieci nie są gotowe na przedszkole, w tym wczesnym okresie życie powinny jak najwięcej czasu spędzać z rodzicami i to jest dużo ważniejsze niż nam się początkowo może wydawać a takie odreagowywanie dziecka niestety nie kończy się tylko na histerii ale na poważnych skutkach w dorosłym życiu.
  • 27.09.17, 12:29
    To zależy od dziecka. Mały od małego (10 miesięcy) chodził do żłobka, a teraz drugi rok do przedszkola. Uwielbia tam chodzić, nie było dnia, żeby nie chciał. Nawet jak do babci czy szwagierki jedzie na popołudnie czy noc, wypycha nas za drzwi lub dziwi się, że już wróciliśmy po niego.
  • 27.09.17, 22:17
    To tylko pogratulować sytuacji rodzinnej ze mozesz siedziec z 3-4 latkiem w domu. Poza tym ja znam to z drugiej strony. Jak do przedszkla przychodzi pierwszy raz 5 latek to czuje sie wyobcowany grupie. No niestety. Poza tym naprawde mozna poznac po dziecku 4-5 letnim czy chodzi do przedszkola i spedza ten czas z rówiesnikami czy z dorosłymi....
  • 28.09.17, 15:16
    Nie trzeba chodzić do przedszkola zeby spędzać czas z rówieśnikami.
  • 28.09.17, 16:14
    Pewnie nie, mozna miec np. 5 rodzenstwa - i do tego jestesmy biologicznie przystosowani, a nie do kiszenia sie 1:1 z niania przez 5 lat. Dziecko powinno miec mozliwosc nauczenia sie funkcjonowania w grupie, spedzania czasu z kims innym niz tylko rodzice czy niania. Niania jest dobra dla maluszkow, potem czas na rozwoj spoleczny, a ten najlepiej przebiega w towarzystwie innych dzieci.
  • 28.09.17, 19:32
    Nie jesteśmy tez chyba biologicznie przystosowani na porzucanie przez matke w obcym miejscu. Stad chyba te paniczne reakcje dzieci.
  • 28.09.17, 19:57
    A no i bledne jest założenie ze z niania/ mama trzeba sie kisić.
  • 28.09.17, 21:22
    Tu nie chodzi o kiszenie się. Jak pisałam pracuje w domu, na 4-5 godzin przychodziła do córki super niania. Dziewczyna młoda, energiczna, pełna pomysłow. Ja tez z córką dużo robiłam. Malowanie, wyklejanie, rysowanie, wycieczki. Ale jednak ani mama ani niania ani babcia nie zastąpią grupy rówieśniczej. dziecko nie nauczy sie w domu współdziałąć w grupie, ze czasami trzeba sie dostosowac do grupy a czasami rozepchnąc łokciami. Ja mam bardzo delikatną córkę. Przedszkole lubiła ale kazde rozstanie ze mną było dla niej przykre. W całej gru[ie najdłuzej to przezywała...ale wiedziałam ze 3,5 letnie dziecko jest na to gotowe. Rozpaczac bedzie zawsze bo do tej pory była tylko mama i ciocia. Przełamała sie. Potem bdzie tylko trudniej bo podstawówka to nie przedszkole, potem liceum, studia...po drodze kolonie i obozy. Nie mozna dziecka zamykać na świat. W tym roku do grupy córki dołączyła nowa dziewczynka, jest bardzo wyobcowana. Ma 5 lat i tak samo jak moja 3 latka przezywa rozstanie z mamą (to ze jest starsza nie pomogło), do tego grupa zna sie juz 2 lata a ona jest obca. Trudno jest temu dziecku. Robienie nad dzieckiem klosza to wielka krzywda. A zrozumienie ze mama juz nie wystarcza dziecku jest trudne ale trzeba to zrozumiec.
  • 28.09.17, 21:56
    Mama i niania to nie to samo, co grupa dzieci. Dynamika pracy w takiej grupie, zakres możliwości są jakby nieco inne...
  • 28.09.17, 20:46
    Ten argument o porzucaniu dziecka gdy idzie do przedszkola.... Tzn. ty to sobie tak wyobrazasz ze dziecko, ktore chodzi do przedszkola juz nie ma rodzicow? Przed i po przedszkolu nie ma z nimi kontaktu? Spi w nocy w przedszkolu czy w swoim domu?

  • 28.09.17, 21:15
    Ale jakie porzucenie. Jak dla mnie to stowrzyłąs dziecku problem. Ty masz problem z rozsatniem z dzieckiem i przelwasz swoje lęki na dziecko. I nie bedzie lepiej. Potem bedzie za mały na szkołe, za mały zeby na wycieczke pojechał, na kolonie, za mały zeby sie usamodzielnic. Tak miałam płacząca w 3latkach córeczkę. Pracuje z domu, niania przychodziła na 4-5 godzin wiec dziecko miało mamę cały czas dla siebie przez 3 lata. I było jej trudno. Ale wiedziałąm ze przedszkole ma znacznie wiecej plusów niz fakt, ze dziecko przezywa rozstanie. Nie jestes w stanie zapewnic mu takiego rozwoju w domu, a spotkania na placu zabaw to nie to samo co funkcjonowanie z grupie przedszkolnej. Naprawde trzeba sie zastnowc zeby nie przelewac swoich lęków na dziecko. Ja tak miałam ze bałam sie puscic 2 latkę na wysokie drabinki i ona zaczeła sie bać. Powiedziałąm koniec. Dziecko nauczyło sie chodzic po drabinkach, jezdzc na nartach, potem na rowerze, pływać i sie nie utopiło. Wiem ze bedzie mnie potrzebować coraz mniej az kiedys bedzie miała swoje zycie...tak ma być. Znam dziewczyne na ktorą matka przelewałą wszystkie swoje lęki, dziewczyna jest bardzo wycofana.
  • 28.09.17, 22:26
    Dokladnie tak. Dziecko wychowuje sie do samodzielnosci.
  • 29.09.17, 15:22
    Ej. Ja naprawdę nie mam leków. Serio serio. Moje dziecko tez nie. Ta dyskusja to raczej na sucho w oparciu o znane mi przypadki.
  • 28.09.17, 21:52
    "Nie jesteśmy tez chyba biologicznie przystosowani na porzucanie przez matke w obcym miejscu" - dlatego przeprowadza się coś, co nazywa się ADAPTACJĄ. Wtedy dziecko wie, że ani mama go nie "porzuca", ani miejsce nie jest "obce". Biologicznie dzieci to też osobniki stadne i wychowywane przez więcej osób niż jedną, czemu dawnej wioski nie miały by zastąpić panie z przedszkola.
  • 28.09.17, 21:55
    Oczywiście, stąd dzieci się nie porzuca, a dobra placówka nie jest obcym miejscem. Trzeba po prostu dobrze wybrać, a potem pomóc dziecku łagodnie wejść w rytm podziału dnia na część z dziećmi i paniami i część z rodzicami. I szczerze mówiąc nie widziałam nigdy żadnych "panicznych reakcji dzieci", raczej obstawiam panikę mam, które nie dorosły do przecięcia pępowiny.
  • 28.09.17, 22:29
    Tak piszecie jakby matki/ nianie nie wychodzily z dziećmi z domu. Albo ma furę rodzeństwa albo musi iść do placówki bo inaczej będzie asocjalne. A podwórka? Place zabaw? Kluby malucha? Odwiedzanie sie nawzajem? Ja np nie byłam nigdy w przedszkolu. Nawet w zerówce. I naprawdę radze sobie w kontaktach z ludźmi. W realu chyba lepiej niż tu smile
    Wiadomo ze z wiekiem zapotrzebowanie na towarzystwo rówieśnicze rośnie a z czasem przerasta zapotrzebowanie na indywidualna opiekę. I wiadomo ze sa sytuacje finansowe/ rodzinne które zmuszają rodziców do oddania dziecka na cały dzien nawet. Ale tłumaczenie jak to sie bosko rozwija 2-latek w przedszkolu kojarzy mi sie z wciskaniem kitu jak bardzo edukuje telewizja. Tak, tak, robię cos dobrego dla mojego dziecka.
    Ja ciągle czytam o wyjących dzieciach które nie chcą iść do przedszkola. Niektóre tygodniami. Ten watek jest o tym ze niektóre wrecz nigdy nie dorastają do przedszkola. I wyja, symulują choroby itp. To chyba można nazwać reakcjami panicznymi.
    Ja jestem dzien w dzien na podwórku z synkiem. Kiedyś prowadzalam go za rękę. Teraz trzymam sie na dystans. I widze te jego zaawansowane potrzeby socjalne.
    Widze tez ze sa egzemplarze starszych dzieci które polują na maluchy. Lubią szturchnac slabszego, czymś go zanecic, potem zabrać. I myślę ze nie dałabym go do grupy mieszanej wiekowo w przedszkolu. Chociaż antropologicznie pewnie ta opcja bardziej sie broni.
  • 28.09.17, 22:51
    A no i nie napisałam ze ja tez miałam podwórko pełne dzieci. Mnie wystarczyło to moze mojemu dziecku tez wystarczy. Licze ze jako 5-latek bedzie po nim biegal juz sam. Póki co nie planuje wysyłać go do zadnej placówki, ale zobaczymy.
  • 29.09.17, 08:02
    Nikt cie nie zmusza przeciez wink ja przerabialam i nianie, i zlobek, a teraz przedszkole. Mimo niepodwazalnych zalet niani (dyspozycyjnosc, opieka w czasie choroby, ugotowany obiad) zdecydowanie na plus wypada u mnie od pewnego wieku placowka i kontakt z roznymi ludzmi - u nas byly i panie, i panowie smile
  • 29.09.17, 11:50
    3-4 latek powinien juz biegać sam. Bawic sie z kolegami, za przeproszeniem zapomniej o mamie w takim miejscu.
  • 29.09.17, 13:49
    Mój niestety zapomina o mamie od zawsze. Taki typ odważny lub nierozwazny. Nawet sie nie obejrzy ze mama z oczu zniknela. Dzida miedzy ludzi.
  • 02.10.17, 08:32
    bijout napisał(a):

    > Mój niestety zapomina o mamie od zawsze. Taki typ odważny lub nierozwazny. Nawe
    > t sie nie obejrzy ze mama z oczu zniknela. Dzida miedzy ludzi.

    Ha, Ha! Skąd ja to znam. I dodatkowo u babci, wypychanie za drzwi z tekstem - idźcie już sobie rodzicie. tongue_out
  • 29.09.17, 07:59
    2-latek jak najbardziej skorzysta z pobytu w dobrej placowce, byle nie siedzial tam caly dzien. Klubik czy zajecia dla dzieci sa tak samo ok, byle dziecko choc na godzine puscilo spodnice mamy i sprobowalo zycia w grupie. Ta umiejetnosc tez jest potrzebna, wlasnie chocby po to, by poradzic sobie z bijacym starszakim (na marginesie - rodzenstwa tez sie bija...), a konkretnie - umiec poprosic panie o pomoc.
  • 29.09.17, 14:16
    Nie wszystkie rodzeństwa sie bija.
    A ja bym wolała nie uczyć go zeby poprosił panią o pomoc tylko zeby sam sie obronil. Ale tego znowu nie mogę wymagać od 2-latka.
  • 29.09.17, 10:26
    W takim razie nigdy nie trafilas na dobre przedszkole, bo 2 latek owszem rozwija sie w przedszkolu. Moja corka jest w przedszkolu od 1,5 roku. Adaptacja trwala 4 tygodnie, bo tutaj gdzie mieszkamy to taki standard. Corka potrzebowala tych 4 tygodni, ja tez! Corka nie lubi halasu i byla bardzo do mnie przyklejona. Czy to cecha dziecka czy tez troche moja wina? Mysle ze obie rzeczy. Chodzilysmy razem wczesniej na zajecia dla mam z dziecmi, mialam kolezanki z dziecmi, codziennie bylysmy na dworze pol dnia na placach zabaw. Ale to nie jest to samo co przedszkole, w ktorym masz stala grupe dzieci, poznajesz sie, bawisz sie z nimi codziennie. Od starszych sie uczysz, mlodszym pomagasz. Tego wychodzenie z dzieckiem nie zapewni, naprawde bijout.

    Poza tym corka przed pojsciem do przedszkola byla naprawde do mnie mega przyklejona, a ja bylam od niej mega uzalezniona. Przy drugim dziecku stopniowo staralabym sie "let go", tzn. zaangazowac babysitterke na wieczor raz w miesiacu, wyslac do babci na noc raz na dwa miesiace, cos takiego. I to mam wlasnie na mysli, piszac ze czy dziecko sie nadaje do przedszkola, zalezy bardzo od rodzicow.

    Kiedys analizowalam wszystkie badania na temat plusow i minusow przedszkola i plusy sa bardzo duze (rozwoj poznawczy i spoleczny). Minusy byly male i nie u wszystkich (np. chyba w wieku 4 lat dzieci przedszkolne byly bardziej trudne wychowawczo w opisach rodzicow, bunty, itp.).

    Grunt to dobry i dlugi system adaptacji i dobrej jakosci przedszkole (wiel pan i panow, ktorzy kochaja swoja prace). My mamy szczescie miec takie przedszkole.
  • 29.09.17, 14:33
    Ja nie trafiłam na dobre przedszkole bo nawet nie zaczęłam szukać. I wiem ze sa lepsze i gorsze. Bardzo ładnie napisałaś o tych plusach. Zachęcająco. smile troche oddalamy sie od tematu dzieci które nigdy nie polubią przedszkola w stronę wyliczania jego zalet i wad. Wygląda na to ze niektóre dzieci nie doceniają wspaniałego "procesu adaptacyjnego" i jednak czyja sie "porzucane". Chodzi mi o to ze dorosle racjonalizowanie i tak nie ma sensu jeśli dziecko emocjonalnie nie jest gotowe na ten krok i już. I chyba wyjątkiem sa rządne towarzystwa roczniaki. Choc i o takich sie tu wspomina.
    Wiecie co mnie chyba najbardziej zniechęca do przedszkola: To ze dziecko wcale do niego nie chodzi tylko choruje. Choruje i siedzi w domu i gucio ma z tych kontaktów socjalnych bo nawet na podwórko nie wyjdzie, bo chore. W przedszkolu zresztą tez sie raczej nie wychodzi. No chyba ze pogoda rewelacyjna. No ale przecież odporność dziecka buduje sie nie wychodzeniem na dwor jesienią lub w zimie tylko poddaniem go ciągłym chorobom przez rok. wink
  • 29.09.17, 15:38
    bijout, ja się ogólnie z Tobą zgadzam w tym, że uzasadnianie, że każde dziecko "potrzebuje" przedszkola jest racjonalizacją rodziców. Nie każde. A argument, że przedszkole ma za zadanie przygotować na hardkor w szkole jest już zupełnie absurdalny - coś w stylu "niech dziecko robi nudne rzeczy na rozkaz, bo to je przygotuje do pracy w losowym korpo" wink Zresztą, mimo, iż oboje dzieci posłałam do przedszkola, to poważnie rozważam, żeby do szkoły ich NIE posyłać, tylko edukować w domu. Ale to temat na inny wątek...
    Natomiast nie przesadzałabym z hejtem na przedszkole. Po pierwsze, tak jak nie każde dziecko lubi/nie lubi przedszkole, tak nie każde dziecko tam choruje. Moja córa od pójścia do przedszkola nie choruje prawie w ogóle, z nianią w domu było gorzej (nie twierdzę, że to *przez* nianię, tak się złożyło). Po drugie, współczesne przedszkola są naprawdę spoko i niewiele mają wspólnego z "porzucaniem" dziecka, dostosowywaniem się na siłę do grupy i wpychaniem w schemat. Więc nie przeginajmy w żadną stronę. Każdy wybiera jak mu (i dziecku) pasuje.
  • 29.09.17, 16:14
    Wiecie co ja chyba nie radze sobie z pisemna forma dyskusji a już na pewno zrezygnuje z rzucania pojedynczych zdań w wolnej chwili. Ja naprawdę nie nienawidzę przedszkol. Nie twierdze tez ze matki porzucaja tam swoje dzieci. Tylko ze dzieci mogą tak sie czuć mimo ze nam sie wydaje ze zrobiliśmy co w naszej mocy zeby osowily sie z miejscem i rozlaka.
    Co do chorób to jest to mija obserwacja ze środowiska peacowego. Co kto wysle dziecko do placówki to od razu na zwolnienie. I ciągle pocieszanie ze tak musi byc zeby sie uodpornilo. No to wrócę do mojego przykładu. Nigdy nie chodziłam do przedszkola. W szkole chorowałam zupełnie przeciętnie. Raz na jakis czas.
    Gvalchca smarujesz mi serce miodem jak piszesz o tej szkole. Bo ja to sie nawet nie odwazam ujawniać ze do szkoły tez bym chętnie nie posyłała.
    Ogólnie to zbudowalam tu chyba slaby obraz mojej osoby. smile trudno. To mi nie przeszkadza byle w miarę trzymał sie prawdy. Ktoś tu mi sugerowal leki i zniechecanie dziecka poprzez budowanie złego obrazu przedszkola. Ja serio serio nie mam tego typu leków. Mój młody ma ich jeszcze mniej. Na placu zabaw babcie łapka sie za głowę na co mu pozwalam. On np nigdy nie zjeżdża na slizgawce stopami do przodu. Albo glowa idzie pierwsza albo pupa (jedzie tyłem, glowa i stopy razem)
    Lubię bardzo czytać tez wasze historie, doświadczenia. Nie twierdze ze nie zmienię zdania. I nie bierzcie tego plis do siebie jak rzucę jedno zdanie.
  • 29.09.17, 17:01
    Spoko bijout. Znamy Cie i masz dobry obrazwink Ja tez nienawidzlam przedszkola i dopiero syn mi zmienia podejscie. Czekal po roku, w bibliotece wszystkie ksiazeczki wybieral o przedszkolu. Zdawal sobiesprawe, ze bedzie tesknic za mamą i sie wstydzic na poczatku ale przelamal sie i nawet nie zaplakal nigdy. Tylko placze czasem, ze juz koniec zaawy z kolegamiwink latwo w takiej sytuacji oddzielic swoje emocje i historie od tych synka.
  • 02.10.17, 10:50
    Na twojej opinii to mi akurat zależy. smile
  • 29.09.17, 18:23
    Dzieci w placowkach na poczatku czesto choruja, ale to mija i potem naprawde jest dobrze. Pomijam katary czy lekkie przeziebienia, ale tutaj dzieci wtedy normalnie chodza do placowek i problem deorganizacji odpada. Liczba i charakter spacerow to znowu kwestia placowki. U nas spacerowano codziennie kilka h - a raczej dzieci szalaly w ogrodzie, na placach zabaw, w parkach. Do tego rozne wycieczki i atrakcje, o nudzie nie bylo mowy smile mysle, ze nie zaszkodzi przemyslec poslania synka do przedszkola chocby na probe, na 2-3 h dziennie - mozesz byc zaskoczona jak bardzo na tym skorzysta i jak trudno go bedzie od dzieci wyciagnac smile a swoja droga to czemu rozwazasz ED? Spotkalam sie z tym w zasadzie tylko wsrod osob gleboko wierzacych, ktore chcialy odizolowac dzieci od ateistow/odmiennych pogladow/ wiedzy niezgodnej z pogladami kosciola. Ciekawia mnie inne motywacje, zwlaszcza ze piszesz, ze twoje dziecko jest otwarte, towarzyskie, odwazne, wiec nie chodzi tez o jakiekolwiek deficyty w tym zakresie.
  • 29.09.17, 22:17
    Znani mi głęboko wierzący raczej rozgladaja sie za placowkami ukierunkowanymi jak np przedszkola prowadzone przez siostry zakonne. Chociaż rodzice obojętni religijnie tez często sie na takie placówki decydują licząc na dobra opiekę. Rozmawiałam ostatnio z matka ktora wyraziła jednak obawę ze w takim wlasnie przedszkolu będzie jednak za duzo modlenia wiec chyba sama sie pogubiła czego oczekuje.
    A ja po prostu nie lubię wszelkiego przymusu. Jak cos jest obowiązkowe to już mnie zniechca. Rozmawiałyśmy już o tym ostatnio.
    Moje dziecko urodziło sie ledwie żywe, apgar 6/10 i na porodówce musiałam prosto po przetoczeniu krwi wykłócać sie zeby go od razu nie zaszczepiono. Jestem laikiem ale wydaje mi sie ze oslabionego organizmu raczej nie warto wystawiac na probe sil z dozylnie zaimputowanym wirusem bo "nam sie tu musi w dokumentach zgadzać inaczej sanepid sie przyczepi". Szpital prywatny.
    W szkole ogólnie najbardziej nie podoba mi sie to ze jest jeden odgorny program ignorujacy różnice w talentach, zainteresowaniach, dojrzałości. Decyduje jedynie rok urodzenia. Wtlacza sie w sytem i jak w ruskiej maszynce do golenia -każdy ma inne rysy twarzy tylko do pierwszego golenia.
    No i jeszcze te absurdy ze rodzice siedzą wieczorami kilka godzin nad praca domowa dziecka.
    Swoja droga rozmawiamy sobie o potrzebie uspołeczniania dzieci w wieku przedszkolnym a dzieci szkolne dostarcza sie za rękę pod same drzwi szkoły zeby przypadkiem ktoś ich w drodze do szkoły nie zagail bo wiadomo ze zbok. No i same pewnie zgubilyby droge do domu albo wpadły pod samochód. Niech beda społeczne ale tylko w społeczeństwie które jako tako możemy obserwować i kontrolować.
  • 29.09.17, 22:23
    A ja nie chodziłam nigdy do przedszkola bo tak zadecydowali moi rodzice. Bunt mam wiec chyba w genach. Chociaż ja raczej staram sie słuchać mojego dziecka i brać pod uwagę jego zdanie.
    O jeszcze jedna niekonsekwencja mi sie nasuwa. Klimy placz niemowlaka choc tez bezzasadny w dzisiejszych realiach, ale nadal nie do końca dajemy przyzwolenie na rozpacz kilkulatka kiedy nie pasuje do naszej logiki lub planu.
    Tak sobie myślę.
  • 29.09.17, 22:35
    OK, dziękuję. Trochę rozumiem, trochę się nie zgadzam, ale też myślę, że porównywanie dwóch różnych systemów edukacyjno-opiekuńczych nie do końca ma sens. Może tylko dodam, że mieszkam w kraju, gdzie na różnych płaszczyznach funkcjonują silne (jak na przeciętną polską mentalność) systemy kontroli, gdzie przestrzega się przepisów i wymaga na początek od siebie, a potem od innych. I muszę przyznać - choć nie od początku tak myślałam - że to działa. Że naprawdę łatwiej, spokojniej się żyje, że można wejść na pasy i teoretycznie nie obejrzeć się na auta, (bo wszystkie karnie zatrzymują się widząc pieszego zbliżającego się do przejścia i jadą wolno, bo za nadmierną prędkość grozi utrata prawa jazdy i grzywna, nieraz liczona od pensji, więc boli), że właśnie nie trzeba dostarczać dziecka pod drzwi szkoły (wręcz przeciwnie, w spokojnych dzielnicach/małych miejscowościach jest to niemile widziane), że wieczorem sąsiedzi przestrzegają ciszy nocnej i można odpocząć itd., itp. Bo tak naprawdę chodzi o wzajemną odpowiedzialność i szacunek, a nie tylko o sztywne trzymanie się przepisów. Co nie oznacza oczywiście, że nie zdarzają się absurdy smile
  • 29.09.17, 22:59
    Poczucie bezpieczeństwa contra wolność.
    Wszylkie rozwiązania systemowe tworzą i wspierają przecietniakow, depcza indywidualistow, niwecza talenty. Przypomina mi sie moja koleżanka z klasy w podstawówce. 2 od gory do dołu. Przez szkole zaklasyfikowana jako debil bez szans i perspektyw. Nikt nie wnikal ze ma śliczny charakter pisma, pływa o niebo lepiej od innych, pięknie tańczy.
    Obawiam sie ze zmierzamy jednak w kierunku bydla z chipami pod skora. Ale pasza będzie na czas i derka czysta.
  • 29.09.17, 23:12
    Za mocno znow i za krótko? Czy musze dodać ze nie uważam cie za bydlo? Ze tez kusi mnie dobrobyt i poczucie bezpieczeństwa?
  • 29.09.17, 23:22
    Nie, nie odbieram tego w ogóle osobiście. I uważam to za bardzo ciekawą dyskusję smile
  • 29.09.17, 23:18
    Ja nie mam takich obaw, choć zgadzam się, że szkoła jako instytucja powinna bardziej skoncentrować się na rozpoznawaniu talentów dziecka, a nie przycinania wszystkich do jednego wzoru. Tyle że ja szkoły (przynajmniej tej ogólnej, nie mówię o studiach) nie traktuję jako jakiegoś wyznacznika intelektualnej przyszłości dziecka, areny rozwoju jego talentów. Może, ale wcale nie musi tak być. Naszym zadaniem - jako rodziców - jest pomóc mu te talenty, zainteresowania, pasje rozpoznać i rozwijać, czasem motywować do pilniejszej pracy, czasem zachęcić do odpuszczenia na chwilę, żeby odetchnąć, spojrzeć z innej perspektywy. Czas i pieniądze są tu niestety często barierą dla wielu rodziców, ale jeżeli starcza i jednego i drugiego, to w dzisiejszych czasach bez problemu można dziecku pomóc, jest multum zajęć, pomocy, książęk, programów, kursów, a ile uczą choćby same wyjazdy! Szkoła to jest dla mnie możliwość nauczenia się funkcjonowania w grupie, w mini-społeczeństwie, gdzie są pewne zasady, które może czasem trzeba zakwestionować, gdzie są różni ludzie - podobni do nas, inni, tacy których lubimy bardziej i mniej. Są konflikty, są przyjaźnie, są pewne stresy, ale to wszystko jest częścią życia każdego człowieka, no chyba że ktoś zamknie się w oddalonej od cywilizacji chacie na Alasce i będzie pisał powieści, ale to raczej chyba mniejszość wink Poza tym szkoła nie musi być taka. I warto szukać miejsca, w którym dziecko będzie się czuło bezpieczne, wspierane, wartościowe, ale jednocześnie da mu się dorosnąć i być samodzielnym.
    Na koniec - tak, poczucie bezpieczeństwa jest ważne. My trochę w Europie żyjemy w różowej bańce, zamartwiamy się bzdurami i przekonujemy się nawzajem, że ten straszny aparat państwowy tylko zabiera - wolność, pieniądze, karze, nakłada obowiązki, a tam, gdzie jest prawdziwa wolność panuje wieczna szczęśliwość. Niestety jednak w rzeczywistości tam, gdzie jest ta "wolność", gdzie nie ma obowiązku szczepień, szkolnego, skutecznych przepisów drogowych, brakuje równocześnie podstawowych zabezpieczeń socjalnych, opieki medycznej, a marzeniem rodziców jest wykształcić dziecko, żeby żyło lepiej i bezpieczniej niż oni. Także to jest trochę coś za coś i ja osobiście nie zamieniłabym się na tę drugą wersję...
  • 30.09.17, 23:49
    Ja wcale nie oczekuje zeby szkola rozpoznawala talent mojego dziecka. To wyzwanie z przyjemnoscia podejme sama. Sek w tym ze jak juz sie rozpozna jakis talent to nie ma mozliwosci zeby go poglebiac bo nie ma za bardzo wyboru szkol kierunkowych (no chyba ze muzyczne). Program jest wszedzie jeden, zwienczony adekwatnymi testami. Co cwansze dzieci ucza sie po prostu logiki tych testow. Ponoc to mozliwe. A w ogole to po co genialnemu muzykowi biologia i geografia? Niech bedzie ignorantem byle zachwycal dzwiekami. Bo jak sie chce osiagnac w czyms mistrzostwo to trzeba talentu i czasu a czasu nie ma, bo durna szkola i prace domowe pozeraja wieksza czesc dnia. A jeszcze dobrze byloby dac dziecku odsapnac i sie pobawic. Wiec mysle ze problem braku czasu czesto wystepuje wcale nie po stronie rodzicow.
    A ponoc kazdy z nas ma jakis unikatowy talent.
    To o cyzm piszesz w drugiej czesci jest mi oczywiscie znane. Wspomnialam o tym wyzej: wolnosc contra bezpieczenstwo. I mam swiadomosc ze dupa ze mnie a nie rewolucjonistka bo nie odwazylabym sie na zycia w takim wlasnie calkiem "wolnym" kraju. Wezmy za przyklad Meksyk. Cejrowski zakochany, zawsze podkresla ze tam mozna wszystko, kazdy temat podlega naegocjacjom. To by mnie wykonczylo. Nie umiem i nie lubie sie targowac o cene kazdej kupowanej pierdolki.
    Takze walcze raczej o wolnosc tu gdzie zyje i prawdopodobnie zyc bede. Nie wyemigruje juz tez z tego samego powodu co ty - calkiem wygodnie sie tu urzadzilam. No i ojciec Klimuszko zachecal po swoich wizjach emigrantow do powrotu. Dobra, juz cie nie prowokuje. smile
    W Szwajcarii ponoc nauka w podstawowce jest bardziej zyciowa. Napisz cos. chetnie sie dowiem.
    Tak naprawde to nie wiem jakie konkretnie mam inne opcje. Zostalo jeszcze troche czasu. Kiedys w tv widzialam reportaz o ludzich do ktorych przyjazdzaja na kilka miesiecy nauczyciele z roznych krajow. Wygladalo superowo.
    Nie chce jednak tez zeby moje dziecko czulo sie wyobcowane jak jakis freak bo mu matka zycie zorganizowala calkiem odmiennie. Chce zeby z nami podejmowal takie decyzje. Na szczescie mamy podobne satnowisko z mezem.
    Na koniec angedotka. Jedna matka z ktora gawedzilam jest nauczycielka od nauczania poczatkowego i zalila mi sie ze ma takiego zaniedbanego chlopca w klasie, z ktorym rodzice w ogole nie odrabiaja lekcji tylko gdzies go woza. smile
  • 01.10.17, 10:59
    Ja akurat uważam, że człowiek legitymujący się wykształceniem średnim powinien mieć blade pojęcie i o biologii (zwłaszcza w kontekście podstawowej wiedzy o ludzkim ciele, chorobach, patogenach) i o geografii. A po co? Cóż, ja osoboście (jako pasjonatka wiedzy wszelakiej) po prostu lubię rozumieć obserwowane zjawiska. Widzę np. po amerykańskim systemie oświaty, że bez tego też "da się żyć". Tylko co to za życie wink

    Ale, jak wspomniałam, ja chętnie bym swoje dzieci uczyła domowo - nie po to, żeby skupić się na jednym talencie (bo tu mam odmienne poglądy, trzeba dywersyfikować ryzyko wink ), tylko, żeby mieć więcej czasu na rzeczy istotne tj. pieczenie ciasteczek, ganianie na podwórku i nudzenie się. Przy współczesnej wiedzy na temat tego, jak się uczymy (i moich własnych doświadczeniach z dzieciństwa) wiem, że wiedzę można zdobyć szybciej i przyjemniej, jeśli tylko proces jej zdobywania dostosujemy do potrzeb danej osoby. Materiałów dostępnych mamy multum, wystarczy dzieciakom trochę podpowiedzieć i bardzo nie przeszkadzać wink

    A prace domowe to ZŁO i powinni tego zabronić. Uprzedzając teorie o lękach i traumach: piszę to jako dorosła prymuska, która szkołę bardzo lubiła.
  • 01.10.17, 14:32
    Zgadzam się, że owszem "da się żyć" bez biologii, geografii czy matematyki, ale jednak chyba się nie powinno wink To dość utopijna idea, że każdy ma jakiś talent i niech go sobie rozwija a resztę oleje - żyjemy razem w społeczeństwie, musimy mieć jakąś wspólną płaszczyznę. Ten człowiek jak dorośnie, będzie dokonywał wielu wyborów - robił zakupy, może starał się o kredyt, będzie głosował, będzie dbał o swoje zdrowie. W dobie powszechnego dostępu do sieci, w której można znaleźć wszystko szkoła powinna dać pewną bazę wiedzy i nauczyć filtrować informacje. Powinna nauczyć samodzielnie myśleć, dociekać ukrytych założeń różnych tekstów i idei. Bo inaczej w jakim świecie będziemy żyć? Uważam, że tylko dobra edukacja jest w stanie zatrzymać populizm, uchronić ludzi przed robieniem głupot (typu oddawanie oszczędności oszustom), zatrzymać wiele negatywnych zjawisk związanych z nietolerancją i przemocą. No, ale żeby naprawdę promować zdrowy tryb życia trzeba mówić do ludzi, którzy mają blade pojęcie o tym, jak działa organizm, żeby walczyć ze zmianami klimatu i smogiem trzeba mieć poparcie społeczeństwa, które rozumie podstawowe zasady ekologii (a tu się kłaniają biologia, fizyka, geografia) i idzie za merytorycznymi, a nie emocjonalnymi argumentami. Ktoś może genialnie grać na skrzypcach, ale jak skończy 18 lat to będzie miał możliwość wyboru ludzi, którzy będą rządzić nami wszystkimi. I chciałabym, żeby po pierwsze z tej możliwości korzystał, po drugie robił to świadomie. Inaczej obudzimy się w państwie autorytarnym.

    To, czy polska edukacja rzeczywiście spełnia te warunki to insza inszość. Jako osoba mocno z nią związana uważam, że absolutnie nie spełnia tongue_out I w szkole po reformie, z nowymi, przeładowanymi podstawami programowymi będzie tylko gorzej. Pozostaje mieć nadzieję, że jak najszybciej znajdzie się ktoś, kto postanowi to naprawić.

    Ja jestem zwolenniczką szkół niesystemowych, ale to nie jest rozwiązanie dla każdego. Po pierwsze w grę wchodzi kwestia finansowa - taka szkoła demokratyczna kosztuje, zresztą podobnie jak np. szkoły Montessori czy inne. Po drugie, część szkół nie przyjmuje dzieci z trudnościami (np. z opiniami z PPP) bo nie mają odpowiednich warunków i przygotowania, żeby z tymi dziećmi pracować. Co z drugiej strony jest uczciwym postawieniem sprawy. Ale ja widziałam, jak rozwijają się takie dzieci - niby mają egzaminy (bo to działa w systemie edukacji domowej), ale na codzień mogą chodzić na lekcje albo nie, mogą uczyć się same np. czytać lekturę albo robić zadania z matematyki w specjalnym programie komputerowym, albo mogą tego dnia odpuścić i lepić z plasteliny czy budować z klocków. Starsze chętnie pomagają młodszym, przerwy robi się w miarę potrzeby, np. widać, że dzieciaki są znużone, to idziemy trochę pograć w piłkę. To wszystko zależy od placówki i od kadry (bo niektóre mają dziwne podejście, np. nie organizują lekcji fizyki, jeśli dzieci tego nie chcą; a skąd mają wiedzieć, że chcą, skoro nikt im nie umożliwił, nie pokazał, czym ta fizyka jest?), ale idea jest w mojej opinii dobra. Szkoda, że po drugiej stronie są szkoły publiczne, w których nie próbuje się wprowadzić chociaż elementów niestandardowości, nie bierze się pod uwagę badań na temat rozwoju dzieci.

    I w wolnych szkołach nie ma prac domowych, w każdym razie nie są obowiązkowe smile Jak widzę, ile dzieci mają pozadawane (a np. siódmoklasiści teraz mają też naprawdę dużo lekcji) to aż płakać się chce. Chińska szkoła nam się robi.
  • 01.10.17, 14:31
    Hmm, a czemu niby szkoła miałaby nie wspierać rozpoznawania talentów? Skoro pracuję i płacę niemałe podatki, to czegoś jednak od placówki wymagam, a ukierunkowanie dziecka powinno przebiegać we współpracy z nauczycielami. Nie za bardzo też rozumiem czemu niby ogólne wykształcenie miało być zbędne - a raczej, jak gvalchca, widzę efekty takiego podejścia - i mówiąc wprost zdecydowanie mnie to nie zachwyca. Czas jest tu tylko wymówką, mój mąż jest świetnym muzykiem, pracuje na akademii muzycznej, w swojej branży osiągnął wiele - i jasne, odbyło się to kosztem lat ciężkiej, codziennej pracy, wielogodzinnych ćwiczeń, ale nie wyobrażam sobie, żeby z tego tytułu nie miał pojęcia o biologii, geografii, matematyce czy literaturze. Są jednak pewne podstawy, które każdy powinien opanować, żeby później nie zastanawiać się jak osoby pracujące umysłowo mogą nie wiedzieć gdzie leży Bułgaria (na jakim kontynencie), co to jest Tallin - to przykłady z UK, w Szwajcarii za to moja koleżanka zastanawiała się gdzie ma tarczyce - jej zdaniem w węzłach chłonnych. Zresztą również parając się niewymagającą kreatywności pracą rąk nie trzeba być ignorantem. Wiedza, choćby historyczna, to też narzędzie rozwoju odpowiedzialności, rozumienia świata, zjawisk społecznych, a to ważne szczególnie w państwach demokratycznych.
    Przyznaję ci jednak całkowicie rację co do testów, moja mama wiele lat uczyła w szkole i była załamana spadkiem poziomu wiedzy po reformach, narzekała na zabijanie samodzielnego myślenia, różnego sposobu dochodzenia do rozwiązania, dyskusji, podważania argumentów.
    Czas na pewno jest ważnym zagadnieniem, ale widzę też, że dzieci dzisiaj żyją jednak inaczej niż my, mają większy wybór zajęć, form spędzania wolnego czasu i wiele z nich chce robić to czy tamto - czemu im tego bronić? Mój syn z własnej woli chodzi do polskiej szkoły, na basen, na rytmikę itd. - ma moje słowo, że jeżeli straci ochotę, to go wypiszę, bo ma to być przyjemność. I na razie jest - kluczowy jest wybór.
    Szkoła szwajcarska to temat na cały wątek - w skrócie: nie do końca to moja bajka, bo jest duże ciśnienie w kierunku szkolnictwa zawodowego i w wielu placówkach usilnie przekonuje się dzieci do rezygnacji z większych aspiracji, bo tak jest w efekcie taniej dla gospodarki - wykształcenie obywatela jest droższe niż sprowadzenie wykształconej gdzie indziej (za cudze pieniądze) siły roboczej. W Polsce jest przegięcie w drugą stronę, ja szukam złotego środka, ale to chyba trudne do zrealizowania. Poziom wiedzy jest wg mnie niższy niż w Polsce, mąż był wielokrotnie zszokowany uczniami 1-3 klasy, którzy mieli problem z liczeniem (w zakresie 4), nie znali cyfr, liter. Niektórym koleżankom przedszkolanki robiły awantury o naukę czytania przed pójściem do szkoły. Z plusów - dużo lepszy kontakt z nauczycielem, kultura fizyczna - dzieci uprawiają dużo ciekawych sportów, jeżdżą na rowerach, pływają, jeżdżą na nartach, jest też sporo prac manualnych, śpiewu, prac w ogrodzie i innych przydatnych umiejętności. To szkolnictwo podstawowe. Jeżeli dziecko dostanie się do gimnazjum, to poziom robi się już wysoki, uczelnie też są pierwszej klasy i jest po nich praca - więc warto się kształcić smile
    A co do argumentów religijnych, to do mnie oczywiście nie przemawiają, ale nie mam z nimi problemu - każdemu to, co lubi i w co wierzy. Powrotu z emigracji - przynajmniej w tym momencie - zupełnie sobie nie wyobrażam, także z powodów zawodowych - mąż to raz, a ja z kolei mam możliwość pracy na 80%, swobodnego łączenia obowiązków zawodowych z rodzinnymi, a przy tym nie muszę się martwić o finanse. W Polsce to nie jest popularne rozwiązanie (niestety).
  • 01.10.17, 14:37
    Umiejętności dyskusji i samodzielnego myślenia w szkole uczą w tej chwili co najwyżej pojedynczy nauczyciele, którym na tym zależy. I zazwyczaj robią to na przedmiotach nieobowiązkowych, głównie na etyce tongue_out
  • 02.10.17, 08:36
    Świat dzieli się na dwie kategorie: samouków i nieuków 

    Uwazam ze spoleczenstwo nie musi być wyedukowane i znac się na wszystkim. To jego liderzy powinni się znac na swoich dzialkach. Być w nich ekspertami.

    Ja nie zdecydowałam czy chciałabym uczyc domowo czy skierować do jakies szkoły alternatywnej. Za mało znam konkretów. Jakbyscie miały jakies linki, to podrzuccie plis. Chociaz pewnie trzeba zglebic raczej rynek lokalny.

    Ashraf, nie no milo byłoby gdyby szkola pomogla rozpoznawać, rozwijać talenty, ale ja już się nawet zadowolę tym żeby mi nie przeszkadzano za bardzo. Mam takie wrazenie ze nauczyciele w ogole przechodzą w role nadzorców. Sprawdzaja ile nauczyli rodzice w domu.
    Siostra ma 9 latke i mowila mi ze wiele godzin siedzi z mala w domu a potem słyszy od pani taki odzywki ala poganiacz bydla: „Pracujemy z dziecmi! Pracujemy! Uczymy!” A ze szkoły dziecko wraca z pustymi zeszytami. Powiecie może ze licha szkola, a mnie się wydaje ze zupełnie reprezentatywna. Nawet dość mocno oblegana ze względu na dostepnosc basenu i lodowiska w ramach lekcji.
    Ja nie chce bronic dziecku żeby chodzilo na rozne zajecia, testowalo sobie. Napisalam gdzies cos takiego? Raczej chodzi mi o to ze szkola niepotrzebnie zajmuje lwia czesc dnia i nie ma czasu wlasnie na zajecia które dziecko naprawdę pociagaja, zachwycają, inspirują. Nawet jeśli tylko przez moment. A niech wlasnie testuje żeby znaleźć swoja pasje.
    I nadal nie czuje się przekonana (musialybyscie napisac konkretniej) ze wirtuozowi potrzebna jest wiedza ogolna. Kogo interesuje czy Lewandowski zna stolice Estonii, czy Sklodowska Curie umiala spiewac, a Chopin znal poczet krolow polskich. To oni przynoszą nam dume a nie masa wykształconych ogolnie.
    Ja mam bardzo slaba pamięć i każdy rodzaj nauki pamięciowej rodzil się u mnie w bolach. Po to by znow szybciutko rozplynac się w niebycie. wink Może dlatego tez bronie specjalizacji. Fryzjer nie musi recytować Slowackiego. Wystarczy żeby robil superowe fryzury, bo tego od niego oczekujemy.
    Swiat się smieje z nieuków w USA ale tam potrafią chyba niezle polerować perełki. A nasze perełki uciekają za granice.
  • 02.10.17, 08:36
    Jak ktoś jest pasjonatem wiedzy wszelakiej to liźnie każdego tematu, a jak ktos nie ma zdolnosci w danym kierunku to chocby go godzinami zmuszac - nie zalapie. Ja widze ze zycie zmusza mnie do zglebiania wiedzy z dziedzin, ktore w ogole by mnie nie zaiteresowaly, bo tak niestety jest ze budujesz dom - musisz poznac rodzaje wiezby dachowej, walczysz z nieplodnoscia - musisz poznac dokladnie cykl, zabieraja ci bezprawnie pieniadze z konta - trzeba pochylic sie nad paragrafami.

    Martwicie się ze skrzypek, który zaniedbal historie dokona złych wyborow przy urnie wyborczej. Ja się martwię ze tego skrzypka przeglosuje dwóch zuli spod budki z piwem. I co z tego ze oni tez swego czasu byli objeci ogolnym programem edukacyjnym.
  • 02.10.17, 10:13
    Zgadzam się i nie. Zgadzam się, że jeśli się kogoś zmusza - to raczej nie załapie. Nauka przebiega najlepiej, gdy są chęci ku niej. Natomiast nie bardzo rozumiem, co to znaczy "nie mieć zdolności"? Każdy z nas zna przynajmniej język ojczysty - więc każdy z nas ma zdolności językowe. Każde dziecko potrafi ogarnąć przestrzeń w której żyje - więc każde ma jakieś zdolności matematyczne. Nie każdy zostanie profesorem matematyki i nie każdy zostanie tłumaczem, ale do pewnego poziomu można te zdolności rozwijać. Ja jestem fanką późnej specjalizacji i dużej elastyczności, aczkolwiek rozumiem, że nie ma czegoś takiego jak "jedyny słuszny" system edukacji.
    Poza tym, żeby zgłębić te dziedziny, do których nas zmusza życie trzeba mieć jakąś bazę. Samo wypożyczenie książki z fizyki w wieku dorosłym nie sprawi, że zrozumiesz inżynierię dachu. Podobnie, lektura kodeksu karnego bez wcześniejszych wieloletnich "ćwiczeń" w czytaniu ze zrozumieniem coraz bardziej skomplikowanych tekstów nie przybliży Cię do zrozumienia przepisów. A przede wszystkim - ze źródeł trzeba umieć korzystać, żeby oddzielić ziarno od plewów. Np. żeby wiedzieć, że anegdoty z internetu to nie to samo co medycyna oparta na dowodach naukowych, albo żeby wiedzieć, że tekst źródłowy z historii to nie to samo, co jego interpretacja. Słowacki też się przydaje - choćby, żeby zrozumieć odniesienia językowe i kulturowe w dyskusjach. Ale, jak wspominałam, ja jestem nieobiektywną fanką wiedzy wszelakiej, więc możemy się rozmijać.
    Akurat znajomość stolicy Estonii nie jest wg mnie kluczowa, ale nie wiem, czemu w dyskusjach zawsze pojawiają się głupie przykłady pamięciowe. "Pamięciówka" bywa częścią nauki, ale na pewno nie główną, nawet w szkole. Nie spędzamy dzieciństwa wkuwając nazwy stolic i rzek, nawet jeśli to nam najbardziej zapada w pamięć wink
  • 02.10.17, 10:21
    Aha, jeszcze w ramach ciekawostki a propos życiowych decyzji: amerykańscy naukowcy (a któżby inny) zbadali kiedyś jak edukacją dzieci poprawić ich decyzje finansowe w dorosłości. Okazało się, że lekcje "finansów" (tak hołubiona wiedza praktyczna) nie wpływały na mądrzejsze decyzje, za to dodatkowe godziny klasycznej matematyki - już tak. Dlaczego? Bo matematyka nie uczy nas jak policzyć konkretny procent w konkretnej pożyczce (która za 5 lat może być zupełnie inaczej skonstruowanym produktem i cała ta wiedza będzie nieważna), tylko uczy ogólnego myślenia abstrakcyjnego - umiejętności znacznie mniej uchwytnej, ale bardziej przydatnej.
    Jakby była potrzeba, mogę namierzyć źródło, ale czytałam ten artykuł dobre 2-3 lata temu.
  • 02.10.17, 10:36
    Niech sobie skrzypek skrzypi do woli, ale póki mamy demokrację i czyjaś ignorancja i nieuctwo mają wpływ na wybór polityków oraz różne decyzje mające wpływ na wszystkich obywateli - edukacja powinna być ogólna.
  • 02.10.17, 11:06
    No wlasnie, tu otwieramy kolejny watek: po ukonczeniu szkoly sredniej kazdy mlody czlowiek wychodzi juz z glebokim przekonaniem ze demokracja jest jedynym slusznym systemem politycznym. Alternatyw nawet nie bierze sie pod rozwage. A to wlasnie demokracja pozwala zeby stado baranow przeglosowalo grupe medrcow. bo kazdy leb jest tak samo wazny - czy pusty czy pelny. A dlaczego by nie uzalezniec np prawa glosu od ilosci podatkow jaka sie odprowadza do budzetu. Daje I mam prawo glosu. Wyeliminowaloby to cala fure darmozjadow na socjalnym wikcie.
    A monarchia? Taka durna? Hisotrycznie w Polsce chyba lepiej sie sprawdzala.
  • 02.10.17, 11:35
    Ale podatki to nie mądrość tylko kasa. Odcinając możliwość głosowania osobom biedniejszym, ale mądrzejszym, powodujesz, że bogaci będą robili sobie dobrze, a biedni nie będą mieli żadnych praw.
    Co do monarchii, czy się sprawdzała - nie dla każdego. Chłopi, służba, biedacy, nieślubne dzieci - ci sobie radośnie zdychali, bez prawa do edukacji, leczenia, bez wolności. Ale to rzeczywiście temat na inny wątek.
    Faktem jest, że brak dostępu do ogólnej edukacji sprzyja rozwarstwieniu społeczeństwa i zniewoleniu tych mniej wykształconych. Fantastycznie to widać np. w Indiach, gdzie niewykształceni biedacy sprzedają swoje organy, bo żyją na skraju śmierci głodowej. Brak edukacji ogólnej nie oznacza wspierania talentów, wręcz przeciwnie, oznacza niewykrycie talentów wśród ludzi, którzy mają mało pieniędzy i są mało wpływowi.
  • 02.10.17, 16:14
    Uzależnienie prawa głosu od ilości placonych podatków nie byłoby faktycznie najlepsze. Oddaloby wladze w ręce garstki ludzi, ale moze inaczej: Każdy kto płaci ma prawo głosu, kto tylko bierze - nie.
  • 02.10.17, 18:34
    A profesor, który miał wypadek i chwilowo jest na chorobowym? A student? Ta dyskusja zmierza w nieco dziwnym kierunku wink Ale mam nadzieję, że chociaż do nauki matematyki przekonałam.
  • 02.10.17, 19:04
    Hehe. Mnie przekonywać nie musiałaś bo wlasnie matma to moja rzecz.
    Tak tak kierunek jest dziwny bo ja nie chce byc zmuszana do wysłania dziecka do jednego rodzaju szkoły a wychodzi na to ze odmawiam dostępu do edukacji biedakom.
    Na system polityczny nie mam delikatnie mówiąc dopracowanego pomysłu 😜
  • 02.10.17, 12:26
    > A dlaczego by nie uzalezniec np prawa glosu od ilosci podatkow jaka sie odprowadza do budzetu. Daje I mam prawo glosu. Wyeliminowaloby to cala fure darmozjadow na socjalnym wikcie.

    Oraz całą inteligencję, systemowo umiarkowanie zamożną. Brawo.
  • 02.10.17, 15:34
    " Jak żeś taki mądry, to czemuś taki biedny?" smile
    Jak definiujesz inteligencję? Ludzie wykształceni? Zamoznosc zależy chyba głównie od wyboru zawodowego i zaradnosci życiowej. Jeśli decyduje sie zostać np. nauczycielem to ze wszystkimi konsekwencjami.
  • 03.10.17, 10:57
    "Zamoznosc zależy chyba głównie od wyboru zawodowego i zaradnosci życiowej."
    Neoliberalizm w naszych głowach ma się dobrze, ale tak naprawdę przestają w niego wierzyć nawet najwięksi ekonomiści świata. Zamożność zależy od wielu czynników, w tym od tego, jak zamożni byli nasi rodzice (bo od tego zależy, z czym startujemy, jakie mamy wykształcenie itd - nie każdego stać, żeby dziecku zapewnić np. lekcje w dobrej szkole angielskiego albo możliwość podróży), od okoliczności życiowych (w tym zdrowia i to nie tylko swojego; jak ktoś ma niepełnosprawne dziecko i nie może pracować, to nie jest kwestia zaradności), od płci, od koniunktury rynkowej, od znajomości, od szczęścia. Od zaradności życiowej też, ale jest ona zdecydowanie przeceniana, i to mimo, iż naprawdę już wiele napisano książek obalających ten mit. Wygodny dla tych, którzy są uprzywilejowani. Ale nie chcę otwierać kolejnego wątku, zresztą mam czasem wrażenie, że to walka z wiatrakami.

    Bijout, w swoich wypowiedziach poruszasz, jako jeden, dwa różne wątki smile Ja mam na nie dwie różne odpowiedzi i odnoszę wrażenie, że przynajmniej część dziewczyn - również. Jeśli chodzi o krytykę polskiej szkoły to owszem, jest ze wszech miar słuszna. Dobrze, jeśli mamy możliwości, żeby dzieci wspierać poza szkołą. Gorzej ma znakomita większość rodziców, którzy po prostu nie mają wyjścia. Mam nadzieję, że w naszym kraju zacznie się porządna debata na ten temat, że w końcu pojawią się propozycje sensownych reform. A nie "hurra, zlikwidujmy gimnazja a wszystko ułoży się samo". Bo co do sedna to masz rację - nauczanie polega na zadawaniu do domu, często bezmyślnie, nauczyciele nie stosują metod problemowych, nie uczą samodzielnego myślenia. Nie ma w szkole filozofii, która uczyłaby właśnie myślenia, dyskusji, zadawania pytań i wątpienia i samodzielności. Nauczyciele walczą z przeładowanym programem, mnóstwo rzeczy zostawiają do samodzielnej nauki (i potem siedzi cała rodzina w internecie i myśli, jak zadanie odrobić tongue_out), wspieranie zdolności rozumieją jako przygotowanie do konkursów, bo za to są punkty do awansu. Problemów jest wiele i uważam, że trzeba o nich głośno mówić.

    Jeśli chodzi o rozwijanie swoich pasji i olewanie wykształcenia to idziesz w stronę Neilla, założyciela szkoły Summerhill i nie powiem, ma to sens. Chociaż np. Gvalcha już słusznie zauważyła, że znajomość matematyki jest potrzebna nie tylko do testów. Tylko że Neill mówił raczej o tym, że jeśli dziecko będzie świetnym mechanikiem, a wyższe wykształcenie go nie interesuje, to szkoła powinna mu pomóc to odkryć zamiast wtłaczać wszystkich w tę samą ramę i zmuszać do nauki czegoś, czego nie chcą się uczyć. Akurat skrzypek ma o tyle trudniej, że powinien skończyć akademię muzyczną, jeśli chce poważnie myśleć o muzyce, a do tego potrzebna jest matura, zresztą po akademii ma się wyższe wykształcenie. No a noblesse oblige, że tak powiem. Mechanik też powinien znać pewne podstawy (choćby właśnie dlatego, że ma prawo do głosowania i decydowania, w jakim świecie wszyscy będziemy żyć; oraz ponieważ może będzie miał dzieci, będzie decydował, czy je leczyć u lekarza czy u hochsztaplera, może nabierze się na jakąś finansową głupotę, za którą później otrzyma pomoc od państwa - czyli od wszystkich podatników, itd), ale człowiek po maturze, a już na pewno po studiach wyższych musi sobą coś reprezentować. Jeśli nie zaczniemy myśleć w ten sposób to staniemy się zatomizowanym społeczeństwem, gdzie każdy żyje w swojej bańce i nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo obywatelskie.
  • 03.10.17, 11:50
    Zakladasz, ze najbogatsi = najmadrzejsi. A cos mi sie zdaje, ze wiele osob o genialnym umysle i umiejetnosciach, wielkiej wiedzy nie nalezy rownoczesnie do krezusow. Pracowalam kiedys w branzy x, obracajacej (jak na Polske) naprawde sporymi kwotami i gdybys spotkala ludzi, ktorzy dorobili sie na niej najwiekszego majatku, to ostatnia rzecza, ktora bys dla nich chciala byloby prawo glosu. Nizej piszesz, ze nauczyciel to wybor, ktory swiadczy o zaradnosci zyciowej. A moze warto na to spojrzec z innej strony? To jeden z najwazniejszych zawodow, ktory wymaga doinwestowania, tak zeby przyciagal najlepszych, a wtedy wszyscy na tym skorzystaja? Moj maz uczy, moja mama tez byla nauczycielka. Czy to, ze moj maz zarabia (takze w porownaniu do pensji w kraju zamieszkania) bardzo dobrze, a mama bardzo srednio ma twoim zdaniem przelozenie na zdolnosc podejmowania decyzji dotyczacych spoleczenstwa, kraju? Czy swiadczy o poziomie wyksztalcenia, inteligencji, madrosci zyciowej? To nie takie proste.
  • 03.10.17, 14:43
    Tak sobie jeszcze myślę, że w Polsce zasasa głosują ci, co płacą podatki równałaby się odebraniem praw wyborczych dużej części kobiet, bo to przede wszystkim one z różnych powodów nie podejmują pracy. Cofnęlibyśmy się o 100 lat, nie ma ci.
  • 04.10.17, 06:19
    Rezygnują z pracy bo mniej zarabiają niż mężowie. To moze by tak lepiej wyrównać dochody. Okazałoby sie ze i tatusiowie mogą zajmować soe dziećmi.
  • 04.10.17, 07:09
    No to wyrównajmy smile Łatwo napisać.
  • 04.10.17, 06:41
    Nie, nie zakładam ze najbogatsi- najmądrzejsi. No prosze cie. W Polsce najbogatsi dorobili sie na kradzionej prywatyzacji. Znam tez stado prymitywnych kimbinatorow którym sie udało dorobić na handlu skarpetami w tuszynie.
    (w miejsce skarpet można wstawić dowolny inny towar wprowadzony z chin, w miejsce tuszyna - inne miejsce choćby allegro)
    Jak sie zastanawiam nad zawodem w który mimo wysokiego wyksztalcenia licho sie zarabia to nauczyciel jest naturalnie pierwszym pomyslem. I tak, kojarzy mi sie z pewnym nieudacznictwem życiowym. Choc nauczyciele chętniej przystroja sie w piórka oswiconych co przed narodem niosą oświaty kaganek, to jednak w realu często wychodzi na to ze cenią sobie krótkie godziny pracy,długie wakacje i doplaty do urlopu pod grusza wink Można by oczywiscie przewiazac dyplomy kokardka i schować do szuflady ale wtedy trzeba by sie bylo zmierzyć z twardym rynkiem pracy. W życiu zawodowym spotkałam spora grupę ex- nauczycieli. Wszyscy zgodnie twierdzili ze oddali bezpiecznstwo i czas w zamian za pieniądze. W większości byli to nauczyciele jez.obcych. I musze przyznać ze byłam tez niemile zaskoczona iloscia popelnianych przez nich błędów a przecież cala ich edukacja skupiła sie na nauce tegoż jez.
    Ja tez pochodzę z nauczycielskiego domu. Mam 3 nauczycieli w najbliższej rodzinie. Największy leser to chyba ten akademicki. smile
    Moja mama zawsze ze smaczkiem cytowala staropolskie przekleństwo: " obyś cudze dzieci uczyl" Ona akurat jest mocno zdystansowana do swojego środowiska zawodowego. Potrafi spojrzeć na nie krytycznie.
  • 04.10.17, 08:30
    Kurde, a jak szłam na podyplomówkę, żeby zrobić uprawnienia to myślałam, że jednak jestem wariatką z powołaniem. A tu tyle profitów, że to jednak świetny zawód jest. Tylko dlaczego przygotowanie fajnej lekcji zajmuje mi tyle, że zaczynam się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby wziąć etat? Coś źle muszę robić. I moja dydaktyczna, która od lat kształci nauczycieli filozofii i etyki i organizuje mnóstwo wydarzeń dla dzieciaków też. No, ale w końcu jesteśmy nieudaczniczkami życiowymi, skoro z pełną świadomością wybieramy taki mało płatny zawód. W końcu wiadomo, że w życiu kasa się liczy. W ogóle dobrze im tak, nauczycielom, wakacje mają, mało pracują, niech nie marudzą, że małe zarobki. I niech za te małe zarobki jeszcze im się chce rzeczywiście lubić dzieci, naprawdę je uczyć i wychowywać.

    A czy Twoja mama odnosiła to do siebie, uważała się za złego nauczyciela, który się nie stara, nie przejmuje dziećmi tylko czeka z utęsknieniem na te jakże długie wakacje? Chociaż właściwie z krytyką się w wieku przypadkach zgadzam, bo w polskiej szkole nie dzieje się dobrze, ale może mam jakiś wrodzony optymizm czy co, w każdym razie nie potrafię oceniać źle wszystkich dookoła, odsądzając od czci i wiary całe środowisko. To raczej system produkuje patologie, robi z młodych i otwartych umysłów dętki, które uczenie pojmują jako zadawanie ćwiczeń z podręcznika a najbardziej martwią się tym, żeby papiery się zgadzały. No, ale skoro "góra" sprawdza tylko papiery i wyniki testów...

    Zresztą, w szkołach niesystemowych też uczą nauczyciele, najczęściej. Nauczyciele, którzy nie mogli lub nie chcieli znaleźć pracy w szkole, plus psychologowie i odeagodzy. A w szkołach zatwierdzonych przez MEN muszą uczyć ludzie z uprawnieniami. Także albo uczymy dziecko w domu, albo oddajemy temu strasznemu gatunkowi ludzi smile

    Nauczyciel akademicki to co innego niż szkolny. Ludzie, którzy chcą uprawiać naukę muszą jednocześnie uczyć, bo taki jest system. Co nie oznacza, że się do tego nadają albo że tego chcą.
  • 04.10.17, 09:03
    Ja wiem ze sa i prawdziwi pasjonaci, ktorzy wybrali ten zawod MIMO nikczemnych zarobkow. Jak byly prezydent "lacze sie w bulu" sad Ty faktycznie zdajesz sie byc oczytana I otwarta. Probuje znalezc chwile zeby odniesc sie do twojego poprzedniego wpisu.
    Jak napisala ashraf: To jeden z najwazniejszych zawodow, ktory wymaga doinwestowania, tak zeby przyciagal najlepszych, a wtedy wszyscy na tym skorzystaja.
    "W końcu wiadomo, że w życiu kasa się liczy. ".
    Niestety nie mozemy tylko "byc" bo "mamy" dzieci.
  • 04.10.17, 12:14
    Bijout, ale jakos sa kraje - i nie mam na mysli tylko Szwajcarii - gdzie da sie i byc i miec. Nauczyciel to jeden z najwazniejszych zawodow. Teraz jego status sie obniza, czesc maturzystow wybiera akademie pedagogiczne "z braku laku", a potem rodzice narzekaja na szkoly. Dlaczego lekarz "musi" dobrze zarabiac, a nauczyciel juz nie? Bo na kiepsko przekazywana wiedze sie nie umiera?
  • 05.10.17, 21:14
    Może dlatego, że u nas mało kto zdaje sobie sprawę z wagi edukacji. Podejście większości społeczeństwa można streścić: "dzieciaki są coraz głupsze, coraz mniej się uczą, nauczyciele nic nie wiedzą, mało pracują i jeszcze by zarabiać chcieli". Jako receptę proponuje się głównie więcej encyklopedycznej wiedzy i w ogóle więcej lekcji (co de facto oznacza więcej zadawania do domu i kucia bez zrozumienia oraz posiadania przez dzieci wielu informacji, których nie potrafią uporządkować). Bo "kiedyś się tak robiło i było dobrze". Podobnie myślą ludzie, którzy zasiadali i zasiadają w ministerialnych fotelach (z tym, że obecna władza już zauważyła, że edukacja to ważna rzecz, więc postanowiła ją wykorzystać, żeby sobie wychować głupie i nie myślące samodzielnie społeczeństwo). Rodzice interesują się losami własnego dziecka, a mało kto ma świadomość że od tego, jakie kiedyś będą dzisiejsze ośmio czy dziesięciolatki zależy, w jakim będziemy żyć świecie.

    Ja póki co jeśli widzę ogarnięte osoby, które potrafią myśleć inaczej, to jako szeregowych pracowników szkoły. Im wyżej, tym większy beton. Już nie wspominając o tym, że protest lekarzy jest doskonale widoczny, strajk górników grozi paleniem opon i ogólną rozróbą, a strajk nauczycieli... no matko, lekcji nie będzie jeden czy dwa dni, przecież nikt nie będzie płakał.
  • 29.09.17, 11:49
    A ja znam wijącego sie 6latka, ktory nie chce isc do zerówki. Bo jak wczesniej mama prowadziła go jak miał 3 latka to tak włąsnie na niej wymógl siedzenie w domu. Kolejna próba byla jak miał 4 latka- tez płacz i histeria pomogły. dziecko sie nauczyło, ze mamusia wpadnie w panike (wieksza niz dziecko) i zabierze do domu. A tu nagle obowiązek 6latka i niestety mama chce czy nie chce musi go psołać (siła) do zerówki. I płacz trwał do stycznia (której rozpaczałą moja 3 letnia córka w przedszkolu). Pani dziecko, Pani sprawa ale to są Pani lęki ktore przelewa Pani na dziecko. Wyjscie na podwórko nie zasąpi działania w grupie. Bo w grupie dzieci jedzą razem posiłki, bawią sie razem zabawkami, mają wspólne zajęcia (dziecko uczy sie słuchania nie tylko ammy ale tez Pani), ubierania sie wspólnego, zabawy na podwórku, na spacerze. Zebys staneła na rzęsach nie zastąpisz tego dziecku.Natomiast wysyłanie pózniej to gwarantowane wyobcowanie dziecka. Bedzie mu tylko trudniej. Ja sie zastnawiam czy twoje dziecko potrzebuje tak bardzo byc z toba cały dzien czy moze ty? I tez pytanie czy dziecko ma takie podejscie bo moze nasłuchało sie w domu jakie to przedszkole jest straszne....dziecko trzeba przygotowac, mówic ze beda koledzy, nowe zabawki, wycieczki, ze będzie fajnie. Jak sie stawia przedskzole wciemnych barwach i tak mowi przy dziecku nie ma szans zeby dziecko chciało tam isc. Jezeli tak demonizujesz przedszkole to co bedzie w szkole? Dziecko starsze i nie ebdzie problemu? Bzdrura, to nadal bedzie twoje dziecko tylko ze warunki 100 razy gorsze. Tutaj dziecko ma swoja klase, swoje Panie, zabawy przy stoliczkach, na dywanie. Pani wie co dziekco lubi jesc czego Nie (moja cóka nienawidzi ziemnaików, Pani wiedzą nie daja, kocha zupy wiec dostaje czesto zamiast drugie dania dolewke zupki). Szkoła w porównaniu z przedskzolem to dopiero twarde srodowisko
  • 29.09.17, 15:10
    Nie jestem pewna czy piszesz do mnie (telefon niedomaga) Bo moje dziecko nie ma problemu z pójściem do przedszkola. Ja go tam nie wysyłam. I jeśli tak postanowie to do zerówki tez nie wysle. Kto mnie zmusi? Bede decydować wspólnie z mężem i dzieckiem oczywiscie. A w domu tez nie jestem cały dzien. Na szczęście. Bo to bardzooo trudne.
  • 29.09.17, 15:18
    Ale wiem o co ci chodzi. Tez to widze choc nie do końca rozumiem, ze po takich falstartach z roku na rok coraz trudniej dziecku wybrać sie do przedszkola. Moze trauma poprzedniego roku?
  • 29.09.17, 16:20
    Nikt cię nie zmusi, jedyna forma egzekwowania tego obowiązku jest grzywna do 50 tys PLN.
  • 29.09.17, 14:44
    A widzisz, ja chodziłam tylko do zerówki i naprawdę żałuję, że nie chodziłam wcześniej (bardzo chorowałam). Wszyscy się znali, a ja długo wchodziłam w zaadaptowaną i znająca się od trzylatków grupę. W życiu nie zrobiłabyn tego swoim dzieciom, gdyby nie było potrzeby. Na co dzień nie było dzieci na dworze, bo były w przedszkolu i naprawdę im zazdrościłam. Mogłam ominąć zerówkę i iść do pierwszej klasy, bo siedząc w domu babcia nauczycielka poświęciła mi bardzo dużo uwagi i bardzo dużo mnie nauczyła, ale bardzo się cieszę, że rodzice jednaj zostawili mnie w zerówce, gdzie choć nudziłam się, to jednak społecznie bardzo się rozwinęłam i miałam szansę pobyć w grupie.
  • 29.09.17, 15:00
    A wiesz ze ja tez marzyłam o zerowce? Moze mój syn kiedyś powie: Mamo chce do przedszkola. Wtedy na stowe go tam wysle.
  • 28.09.17, 20:59
    Myślę, że warto się zastanowić, czym jest gotowość do przedszkola. Czy chodzi tylko o rozstanie z rodzicami i konieczność przebywania w grupie rówieśników? Już to jest dużym krokiem dla dzieci i wydaje mi się, że niektóre są gotowe na niego później. Np. mój w zeszłym roku (2,5 roku miał) miał możliwość pójścia do przedszkola ale moim zdaniem zdecydowanie nie był na to gotowy - bał się innych dzieci, trudno mu było rozstać się z mamą. Zatem ponieważ miałam taką możliwość, postanowiłam zostać z nim w domu. Już wtedy pracowałam nad jego gotowością do spotkania z rówieśnikami (bliskość innych dzieci wywoływała w nim panikę) - i dopiero kiedy skończył trzy lata osiągnęłam jakiś sukces. Teraz rzeczywiście lubi bawić się z dziećmi, szuka ich towarzystwa. Ale musiał do tego dojrzeć. I i tak nie jest różowo -w tym toku poszedł do maluchów i co prawda w przedszkolu zachowuje się wzorowo i wychodzi zadowolony, ale rozstania są trudne. Nie wspominając o tym, że na razie głównie choruje tongue_out

    Trzeba wziąć pod uwagę, że przedszkola, szczególnie te państwowe, to specyficzne środowisko. Jest duży hałas, nie da się uniknąć kontaktu dotykowego z innymi, sale są często przegrzane, ogólnie jest sporo bodźców. Dla nadwrażliwych sensorycznie dzieci to może być zbyt wiele i one nigdy nie przyzwyczają się do przedszkola. Mogą się męczyć (a przemęczone dzieci często wpadają w histerie), ich potencjał może być niewykorzystany, bo nie są w stanie pracować i rozwijać się w przedszkolnych warunkach. To nie znaczy, że przedszkola są złe - po prostu, jak w wielu wypadkach, brakuje pieniędzy, żeby można było podejść do każdego dziecka indywidualnie. Możliwe, że ta dziewczynka lepiej czułaby się w mniejszym przedszkolu, np. integracyjnym, gdzie jest kadra nastawiona na dzieci z problemami (choćby autystyczne, które często mają różne sensoryzmy). Warto byłoby wybrać się do dobrego psychologa.
  • 28.09.17, 21:17
    Tak tylko ze za chwile dziecko trafi do panstwowej szkoły a to juz jest sajgon. wazam ze przedszkole przyzwyczaja dziecko do szycia w społeczenstwie, gdzie często jest głosno, gorąco i tłumnie. Rozumiem ze sa dzieci ze specjalnymi wymaganiami ale tworzene nad nimi klosza nie pomaga im...beda musiały isc do szkoły i gorzej jak wtedy przezyją szok.
  • 28.09.17, 22:49
    Odwrażliwianie jest do pewnego stopnia możliwe, ale jak widać metoda "na hurra" nie pomaga. I takie dziecko i tak będzie miało problemy w szkole, może nawet większe, jeśli nikt wcześniej nie zauważył jego potrzeb. Czy mówienie, że dziecko np z nadwrażliwiścią słuchową lepiej zmusić do funcjonowania w przedszkolnym hałasie, bo i tak pójdzie do szkoły ma jakieś poparcie w praktyce, w badaniach? Bo z mojej wiedzy wynika raczej, że takie dzieci funkcjonują coraz gorzej i tracą szansę na rozwój, którą miałyby np w mniejszej grupie.
  • 29.09.17, 11:54
    A trzymnai pod kloszem do 6 roku i potem rzucenie na głęboką wodę jest lepsze? Przepraszam ale w przedszkolu jest mozliwosc zajecia sie takim dzieckiem. Predzej konkretna pani w przedszkolu podejdzie indywidualnie do dziecka niz w szkole. W grupie mojej córki jest chłoipiec na wózku i dziewczynka z zaburzeniami SI. Nauczycielka wie co to znaczy, czego dziecko potrzebuje, co moze je przerazić. Dzieci tez wiedzą ze tej dziewczynki np nie mozna przytulac bo tego nie lubi. Ja nikogo nie zmuszam na siłe do przedszkola. Kazdy robi ze swoimd zieckiem co chce. Tylko podejscie "ja nie chodziłam do przedskzola wiec córka nie musi" jest dosc ciekawe. Nie kazde dziecko płaczące na poczatku przedskzola jest tez nadwrazliwe. A tez podejscie rodzica ma duze znaczenie. Naprawde mozna zrobic dziecku krzywde przelewajac swoje lęki. Dzieci są w tej kwestii jak gąbka.
  • 29.09.17, 12:17
    U nas tez sa dzieciaczki z niepelnosprawnoscia (dzeiwczynka nie mowi i nie chodzi) i zaburzeniami SI i do tego jeszcze mamy 2 dziewczynki z rodziny uchodzcow. To tez jest fajny aspekt przedszkola - ze dzieci ucza sie innosci.
  • 29.09.17, 16:44
    To nie wiem, jakie znasz szkoły, ja znam takie, gdzie nieźle się zajmują dzieckiem, a w przedszkolach tego nie widzę. Mówię o polskich placówkach publicznych, nie o innych. Ja akurat przedszkole uwielbiałam i posłałam tam dziecko (zobaczymy, jak będzie). Ale tak, może lepiej klosz do szóstego roku życia, bo sześciolatek inaczej reaguje niż trzylatek. A może i nie, w każdym razie nie jestem specjalistką, więc nie będę się tak autorytatywnie wypowiadać "bo mi się wydaje".
  • 01.10.17, 20:52
    Przedszkole panstwowe. Sa lepsze i gorsze szkoły, są lepsze i gorsze przedszola. Natomiast swoich złych przezyc z przedszkolem nie mozna przelwac na dziecko. Po pierwsze czasami wyolbrzymiamy "leki" z dziecinstwa, po drugie 30 lat pózniej i w zupełnie innym miejscu raczej na 100% bedzie inaczej.
  • 28.09.17, 22:59
    Dziękuję za wszystkie odpowiedzismile
    Mogę teraz szerzej spojrzeć na możliwe problemy tej dziewczynki. A w przyszłości ewentualnie na syna. Chociaż to dopiero za rokwink

    Przedszkola są fajne i potrzebne ale serio - dzieci wychowane bez nich też dają sobie radę w życiu społecznym czy szkole. I to całkiem dobrze. I to nawet bez specjalnego super-zaangażowania rodziców. I jeśli ktoś ma duże trudności interpersonalne, np jest nieśmiały to nie ozacza, że przedszkole to zmieni.
  • 01.10.17, 10:27
    Moim zdaniem, istnieje coś takiego jak brak gotowości przedszkolnej. Moją starszą córkę usiłowałam posłać do przedszkola w wieku 4 lat. Problem był o ryle duży, że miała niezdiagnozowane wtedy problemy z układem pokarmowym i nie mogła jeść większości przedszkolnych potraw. Znalazłam przedszkole prywatne, byłam tam z nią 3 dni po kilka godzin w ramach adaptacji (więcej nie mogłam, musiałam wrócić do pracy). Było w miarę w porządku, dopóki byłam z nią. Jeśli usiłowałam wyjść, tak krzyczała i się wyrywała, że pół ulicy słyszało. W domu na wspomnienie o przedszkolu wymiotowała. Był to dla niej tak silny stres, że potrafiła obudzić się godzinę, dwie po zaśnięciu i zwymiotować. Wypisałam ją z tego przedszkola i została z babciami. Gdy miała 4 lata i 10 miesięcy na sąsiedniej posesji otworzyli prywatne przedszkole. Córka widziała przez okno dzieci na placu zabaw i zapytała, czy ina też bt mogła tam być. Akurat stworzyli możliwość zaprowadzenia dziecka na 3 godziny bez płacenia za cały miesiąc. Zaprowadziłam ją i czekałam na telefon, że wpada w histerię ale nic takiego się nie stało. Córka była tak zachwycona, że nie chciała wyjść. Gdy później przychodziłam pi nią i 16.00, mówiła: idź, wstaw obiad i przyjdź po mnie za godzinę, bo ha jeszcze chcę zostać. Później poszła do zerowki w innym miejscu u też było ok. W szkole też się zaaklimatyzowała bez większych problemów. Po prostu dorosła do rozstania- taki mi się trafił nadwrażliwy egzemplarz. Drugą córkę posłałam do przedszkola na 3-4 godziny w wieku 2, 9 lat. Obawiałam się histerii jak przy starszej ale nic takiego nie nastąpiło. Ona kocha swoje przedszkole (zwykłe, państwowe bardzo duże), miłością wielką. W tym roku jest już w zerówce, pi szczepieniu bolała ją ręka i powiedziałam, że jaj będzie mocno bolało ti następnego dnia może do przedszkola nie iść. Wstała rano, mówi, że ją boli, więc powiedziałam, żeby została w domu. Pomyślała chwilę i mówi: wiesz, ta ręka mnie już tak mocno nie boli. Mogę iść do przedszkola 😉 Jak więc widać, dzieci są różne i rożne powinno być do nich podejście, bo to dla jednego jest lekkim stresem dla innego może być traumatycznym przeżyciem.
  • 03.10.17, 09:54
    zabrać dziecko z przedszkola i dać dopiero za rok.
    jeśli nadal będą problemy, dać do szkolnej zerówki.
    nie każde dziecko lubi przedszkole, więc ja bym jej nim nie "katowała".

    --
    Ludzie często domagają się prawdy, ale rzadko lubią jej smak.
  • 05.10.17, 22:06
    a jak nie bedzie lubilo zerowki to zabrac, i poczekac do 1 klasy, a jak nie bedzie lubilo 1 klasy to zabrac i poczekac do 2 klasy..albo wogole zrezygnowac ze szkoly...

    big_grin

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.