Dodaj do ulubionych

Czy brałyście udział w czymś, co było naganne

17.02.17, 15:48
sprzeczne z prawem, o czym "wszyscy wiedzieli" ale z jakiegoś powodu milczeli, co długo trwało...?
W nawiązaniu do wątku o choreografce i historii Krollopa.

Ja mam taka historię z dzieciństwa. Dotyczy księdza, który był sadystą. Wtedy na religię chodziło się jeszcze do salek przy kościołach. Rzecz działa się w Gorzowie, przy tzw. "białym kościółku", każdy z Gorzowa zna to miejsce. Mieliśmy religię, w klasie przygotowującej do I komunii. Prowadził ja ks. Józef (niestety nazwiska nie znam, choć teraz bardzo chciałabym je ustalić bo ciekawa jestem, jak dalej potoczyła sie jego historia). Ksiądz wielokrotnie mówił o sobie, że jest Ukraińcem, choć bardzo podkreślał swoją polskość. Teraz to interpretuję tak, że traktował Ukrainę jako cześć Polski po prostu.

Wielokrotnie nam opowiadał, jaki jest/był silny kult katolicyzmu na Ukrainie. Np historię jak to nie przyjmowano do szpitala, nawet bardzo ciężko chorych, umierających ludzi, jeśli nie zdeklarowali się jako katolicy. Dokładnie pamiętam jak z lubościom mówił: "zdychało takie ścierwo pod drzwiami szpitala a przechodzący lekarz nawet spojrzenia nie rzucił" i tak w tym klimacie. Na takich sadystycznych opowieściach się nie kończyło- regularnie tłukł dzieci. I urządzał przez cała lekcję dosłownie egzekucje. Np- pamiętam historię jak kazał wszystkim wstać i złożyć ręce do modlitwy i mówił, że będzie oceniał czy ręce sa prawidłowo złożone. Na koniec lekcji nam wytłumaczył na czym owa prawidłowość polegała - kciuki miały być SKRZYŻOWANE a nie ustawione równolegle. I on tak chodził, w absolutnej ciszy, po klasie i uderzał w te złożone ręce, dzieci, które jego zdaniem źle miały ułożone kciuki. Uderzania były bardzo mocne- najczęściej dzieci po nich się przewracały. A on kazał wstać, złożyć ponownie ręce (bez tłumaczenia, jak ma to wyglądać) i jak były kciuki równolegle to uderzał raz jeszcze.

Dzieci były ośmioletnie, często małe, chudziutkie więc taki rosły dwudziestoparolatek bez większego trudu uderzał tak, że dzieci lądowały na ziemi kilka metrów dalej.

Pamiętam, że bardzo był z siebie zadowolony chodząc tak po klasie, gdzie stały zastygłe z przerażenia dzieci a kilkoro gramoliło się z podłogi usiłując wstać. Afera zrobiła się po tym, jak w klasie równoległej, jeden z chłopców, tak sie bał, kiedy ta egzekucja już zbliżała się do niego, że ze strachu wyskoczył przez okno. A, że było to pierwsze piętro to złamał rękę. Bo i wtedy już nie dało się tego ukryć. Ksiądz dociągnął te lekcje do końca roku ale w roku następnym już dzieci nie uczył. I wtedy tak po kryjomu się mówiło, że naprawdę to wielka afera bo kogoś takiego odsunęli w cień. Nie mam oczywiście pewności, czy nie przenieśli go do innego miasta, gdzie robił dokładnie to samo.

I teraz pytanie- dlaczego milczałam. O tym biciu to dlatego, że byłam przekonana, że jakby mój tata się o tym dowiedział to chyba by go zabił. Moi rodzice ateiści, nie mieli nic wspólnego z tym środowiskiem, nie znali tej osoby. Na moją prośbę, na wywiadówki chodziła moja babcia, którą ten ksiądz bardzo zaniepokoił. Podsłuchałam jej rozmowę z moją mamą, jak jej opowiadała tę historię ze szpitalem i "ścierwem". Potem obie mnie pytały, czy ksiądz jest miły i ja zapewniałam, ze bardzo bo się bałam afery. Źle się czułam z tym, ze moja rodzina zawsze była inna, otwarcie ateistyczna, co spotykało sie z ostracyzmem (moi rodzice nic sobie z tego nie robili, ja, jako dziecko-bardzo). Sine po uderzeniach ręce skrzętnie ukrywałam.

Dlaczego inne dzieci milczały albo milczeli ich rodzice- nie wiem. Wiem, ze ksiądz budził powszechny strach ale i ogromy szacunek. pamiętam np taki widok, jak matki przychodziły do niego przed czy po religii i na powitanie/pożegnanie całowały go w ręce. Jak w końcu zniknął to wiele osób mówiło, ze to wielka szkoda i strata dla parafii. Sprawę utrudniał fakt, że ten ksiądz był znanym opozycjonistą, więc zamach na niego traktowano jak zamach na Polskę....


Macie podobne historie w życiorysie?
Edytor zaawansowany
  • 17.02.17, 15:56
    Skoro Twoi rodzice byli ateistami to dlaczego chodziłas na katechezę? Moi byli ateistami i szczęśliwie konsekwentnie trzymali mnie z daleka od kościoła. Na wywiadówki chodziła babcia i nikt się nie zainteresował gdzie są rodzice? Jakaś dziwna szkoła.
  • 17.02.17, 15:59
    >Skoro Twoi rodzice byli ateistami to dlaczego chodziłas na katechezę?
    Bo chciałam. Spytałam czy moge i się zgodzili.

    >Na wywiadówki chodziła babcia i nikt się nie zainteresował gdzie są rodzice?
    Na moja prośbę mówiła, że rodzice są w pracy. Bałam sie, że ksiądz zabroni mi przychodzić na religię, wiedząc, ze rodzice sa ateistami. I pewnie by tak było.

    >Jakaś dziwna szkoła.
    Przecież wyraźnie napisałam, że religia wtedy była w salkach przy kościołach. Do szkoły na wywiadówki chodzili rodzice.
  • 17.02.17, 16:06
    Ale co to znaczy "chciałam" u dziecka wczesnoszkolnego? Może sobie chcieć. Ksiądz był sadysta, bałas się go, ukrywałas siniaki i mimo tego lazlas na tę katechezę, w dodatku nieobowiązkowa. Miałaś zapędy masochistyczne czy wychowywali Cię na totalnie potulnego tłuka? Kupy się to nie trzyma.
    Radę, wiadomo było od zawsze, że księża są popieprzeni, a już zwłaszcza ci, którzy mieli kontakt z dziećmi, albo sadysci albo zboczency, a siostrzyczki miały kota na punkcie seksu i grzechów.
  • 17.02.17, 16:12
    "Wychowywali mnie na totalnie potulnego tłuka i miałam zapędy masochistyczne" - niech ci będzie. Mam nadzieję, ze poczułaś się po tym tekście jeszcze bardziej zajebiście.

    >iadomo było od zawsze, że księża są popieprzeni, a już zwłaszcza ci, którzy mieli kontakt z dziećmi, albo sadysci albo >zboczency, a siostrzyczki miały kota na punkcie seksu i grzechów.

    spotkałam w swoim życiu kilku księży i klika zakonnic- sadystę i zboczeńca tylko tego jednego.
  • 17.02.17, 16:16
    Poczułam, że jednak jako dziecko byłam normalna i miałam prawidłowe oceny rzeczywistości i jak wychowawca był chamem i kretynem to mówiłam o tym rodzicom otwarcie.
    Yyyy a po co spotykalas księży i zakonnice? Jako ateistce nigdy kontakt z nimi nie był mi do niczego w życiu potrzebny.
  • 17.02.17, 16:17
    A skąd wzięłaś, że ona jest ateistką? A tak poza tym to ja akurat jestem i zdarzało mi sie pić wódkę z księżmi gdzzieś na wschodzie.
  • 17.02.17, 16:20
    Z forum?
  • 17.02.17, 16:21
    A to szacun, że kojarzysz takie rzeczy smile Ja się zasugerowałam tym, że jak chodziła na religię to ateistką nie była.
  • 17.02.17, 16:27
    Tak, teraz jestem ateistką. Co oczywiste, wtedy nie byłam. Jako dziecko byłam bardzo wierząca. No dlatego czułam potrzebę chodzenia na religię. Oprócz powodów, które opisałam joe66 ponizej.
  • Jezu, dorosłe, zdrowe na umyśle kobiety żyją ze swymi katami, mężami-przemocowcami i nie chcą odejść, a ty od 8-letniego dziecka wymagasz racjonalnego myślenia i działań...
  • 17.02.17, 16:09
    > Skoro Twoi rodzice byli ateistami to dlaczego
    > chodziłas na katechezę?

    Ja też przez chwilę chodziłam, nawet nie pytałam rodziców o zgodę na wszelki wypadek. Powód? Ciekawość, zakazany owoc. Nauczyłam się paru modlitw a potem mi się znudziło i przestałam chodzić. Nudno było.
  • 17.02.17, 22:04
    Ja chodziłam na katechezę w tajemnicy przed rodzicami. Oraz w niedzielne poranki kłamałam, że idę "na dwór", a szłam na mszę wink
  • 17.02.17, 16:02
    Na szczęście nigdy mi się nie zdarzyło.
  • 17.02.17, 16:11
    Mnie zastanawia dlaczego chciałaś chodzić? Mnie wystarczyło znacznie mniej, żeby się wypisac z imprezy.
  • 17.02.17, 16:24
    Bardzo nie chciałam być inna niż pozostałe dzieci. Mocno dały mi w kość w przedszkolu- byłam jedynym nie chodzącym na religię dzieckiem. Pamiętam, że sprawdzały, czy aby na pewno znam religijne piosenki i potrafię do ich adekwatnie pokazywać (udawałam, że potrafię). Bardzo prosiłam mamę, jeszcze w przedszkolu, żeby mnie prowadzała na religię ale rodzicom się nie chciało. W szkole, kiedy mogłam już sama chodzić i nie musieli się w to angażować, wyrazili zgodę. W pierwszej klasie bardzo mi się podobało - była bardzo miła siostra. Do tej pory pamiętam jej imię- Emma. W drugiej był ten zboczeniec. Bałam się go ale miałam poczucie, że jakbym przestała chodzić to by mnie dzieciaki ze swoimi rodzicami żywcem zeżarli. Dokładnie pamietam te wypytywania, czy aby na pewno byłam tak chora, że nieobecność na religii jest usprawiedliwiona? Nie było opcji, że ktoś nie chodzi. Na początku lat osiemdziesiątych to był równoznaczne ze zdradą Polski i kolaborowaniem z PZPR. Poza tym, ja w tym czasie naprawdę byłam osobą wierzącąsmile


    Kiedy byłam starsza z ulgą zrezygnowałam (do spółki z moja najlepsza przyjaciółką). Traktowane to było jako ogromny ekscentryzm i to delikatnie ujmując. Pamiętam, że ojciec jednej z koleżanek nie odpowiadał na nasze dzień dobry. I to było takie oczywiste, że nie każdy z "takimi" gada.

    Moi rodzice w ogóle w to nie wnikali. Kiedyś w ogóle nikt tak się dziećmi nie przejmował.
  • 17.02.17, 16:33
    OK. Religia przy kosciele była o tyle fajną sprawą, że nikt (przynajmniej u mnie) nie wnikał kto chodzi, gdzie chodzi i kiedy chodzi (bylo kilka dni i godzin do wyboru). Jedynym poruszeniem były kiecki i fryzury do komunii. Teraz zdałam sobie sprawę, że ja nawet nie wiem czy moje najbliższe koleżanki/przyjaciółki chodziły na religię!

    "Wypisałam" się z organizacji kiedy miałam 10-11 lat (rok po komunii) - po pierwsze było nudno, po drugie wkurzyła mnie spowiedź. Zareagowli tylko rodzice i to też umiarkowanie (wielkie "o rany, co my mamy mowić" przed tzw kolędą)
  • 18.02.17, 16:58
    U mnie w blokowisku też było to traktowane jako ekscentryczne, ale w pewnym momencie odmówiłam chodzenia na religię za o wiele słabsze numery tongue_out. Matka nie chodząca do kościoła nie widziała w tym problemu. W klasie wypytywali, sąsiedzi wypytywali, tak tak - ucięłam dyskusje i tyle. To były czasy, kiedy chodziło się do salek, ale klasami.
    Do dzisiaj żal mi trochę tej religii, trafił się idiota, młodziutki i przemądrzały, po bardzo ciepłej katechetce i księdzu -społeczniku.
  • 17.02.17, 16:12
    Nie podobną, ale bardzo naganną. Tak naganną, że nie nadaje się na forum.
  • 17.02.17, 16:24
    Przyznam, ze znam co najmniej kilkoro doroslych z mojego pokolenia, ktorzy na religie chadzali, nawet pozaliczali kolejne sacraments (I Komunia + Bierzmowanie) choc mieli rodzicow ateistow. Poniewaz jednak zawsze gdzies w tle byla jakas babcia/byly jakies babcie i dziadkowie, ktorym "zalezalo", rodzice dla swietego spokoju w rodzinie godzili sie na uczestnictwo ich dzieci w tych ... hmmm ... extra-curriculum activities wink Wszyscy ci dorosli wyrosli sobie na ateistow ale lata chodzenia na religie wspominaja w wiekszosci z sentymentem, bo ponoc byla to mozliwosc kolegowania sie z dziecmi/teens chodzacymi do innych szkol, ktore trafialy na religie do tej samej salki parafialnej. Ja na religie nie chodzilam ale zawsze mialam poczucie, ze dla wielu kolezanek i kolegow ze szkoly to byly takie same zajecia pozaszkolne jak basen czy nauka jezyka - czas po szkole zorganizowany "dla rozwoju dziecka" wink Taka jedna z mojej klasy, ktora gdywala we wszystkich Jaselkach zostala nawet calkiem niezla aktorka wiec na cos sie to jednak przydalo. Nagannym zapewne, bo wybitnie konformistycznym i hypocritical bylo postepowanie tych rodzicow, ale tak overall to chyba nikomu krzywda sie nie stala - nikt o ksiezach pedofilach czy crazy nuns nie wspomina smile Cheers.
  • 17.02.17, 16:23
    Takich co długo trwało, to chyba nie - starałam się przypomnieć, ale nic nie przychodzi mi do głowy (pomijam przedszkolankę, która waliła ścierą kiedy ktos sie ruszał w czasie leżakowania -traktowałam to jako normę, więc o czym tu mówić)

    Było natomiast pare zdarzeń, w których wypadałoby zareagować - niestety nauczyłam się tego dopiero po dwudziestce - wczesniej troche sie bałam, troche wstydziłam.
  • 17.02.17, 16:45
    livia.kalina napisał(a):

    > Na takich sadysty
    > cznych opowieściach się nie kończyło- regularnie tłukł dzieci. I urządzał przez
    > cała lekcję dosłownie egzekucje. Np- pamiętam historię jak kazał wszystkim wst
    > ać i złożyć ręce do modlitwy i mówił, że będzie oceniał czy ręce sa prawidłowo
    > złożone.

    Maltretowanie dzieci w wieku wczesnoszkolnym na lekcjach religii w salkach katechetycznych to taki - rzekłbym - standard. W moim przypadku katem była siostra Lidia, kobieta wiekowa i doświadczona w wymierzaniu dyscypliny katolickiej. Stosowała różne metody od standardowych kar cielesnych po wymyślne metody znęcania psychicznego. pełny repertuar.

    Gdy sprawa zrobiła się głośna i rodzice zrobili scenę, zaniemogła na zdrowiu i na rok czy dwa została odsunięta od pracy z dziećmi. Jak się jej polepszyło i wróciła do prowadzenia katechezy to problem również powrócił, wiec musiała znowu zachorować.

    Co się z nią potem stało to nie wiem, ale mam nadzieję, że dobrze palą pod jej kotłem tam na dole.
  • 17.02.17, 17:00
    Bidna ta siostra, przez dzieci tak na zdrowiu upadła wink

    --
    Dlaczego kobiety mają zawsze tak dużo obowiązków? Bo, głupie, śpią w nocy, to im się zbiera.
  • 17.02.17, 16:52
    no pięknie, miałaś zadatki na świętą (spróbuj to odczytać pozytywnie), a xiądz porąbany psychol wszystko zepsuł.
    rozumiem przyczyny twojego milczenia - chodziłaś na religię na własną prośbę, gdyby wyszło na jaw, że to co się tam dzieje jest chore, czułabyś niejako, że "to twoja wina, skoro sama chciałaś chodzić". wolałaś udawać, że wszystko jest super.
    wyrazy współczucia.

    ksiądz był "znanym opozycjonistą", ale nie wiadomo, jak się nazywał...? widać, że konspiracja na wysokim była poziomie.
    a i tradycja podtrzymywana intensywnie - kiedy ja chodziłam na religię do salki, w innym mieście co prawda, katechety naprawdę nikt po rękach nie całował.
    ani żadnego innego księdza dwudziestoparolatka... obrazek jak z wieku dziewiętnastego, albo ja nie wiem, na jakim świecie żyję.

    osobiście nie mam podobnych historii w życiorysie, nie jest to moją zasługą a raczej szczęściem - bo nie trafiłam na żadnych zboczeńców w życiu - i konsekwencją faktu, że granice mam ustawione bardzo zdrowo, a z rodzicami zawsze miałam pełną sztamę.

    zastanawiałabym się raczej, czy nie biorę udziału w czymś nagannym, czego sama jestem sprawczynią!

    o. mam.
    namiętnie obsikuję tereny wokół myśliwskich ambonek, żeby zwierzęta nie podchodziły.
    jeżdżę samochodem bez zapiętych pasów.
    likwiduję oznaczenia drzew do wycięcia.
    pływam tam, gdzie są znaki "zakaz kąpieli". nie straszna mi nawet czerwona flaga!
    karmię wrony resztkami jedzenia na własnym parapecie (u nas w spółdzielni to zakazane).
    bywa, że spożywam alkohol w parkach...
    :~)


    --
    jest dobrze, ale nie beznadziejnie
  • 17.02.17, 16:55
    likwiduję oznaczenia drzew do wycięcia.

    Mam nadzieję, że to nie były te , które potem zwaliły się na samochody i ludzi
  • 17.02.17, 17:01
    oczywiście, że to były te.
    trafiony, zatopiony.

    --
    jest dobrze, ale nie beznadziejnie
  • 17.02.17, 16:59
    Tak. Kradlam, zdradzalam (jesli bylam zdradzana najpierw), bralam udzial w 3kacie. Nigdy sie z tego nie spowiadalam bo jestem niewierzaca. Nie mam tez wyrzutow sumienia.

    --
    Jesteśmy tylko szczególnie zaawansowaną w rozwoju odmianą małp na niezbyt ważnej planecie, krążącej wokół całkiem przeciętnego Słońca. (Stephen Hawking)
  • 17.02.17, 17:03
    A trójką to coś nagannego?
  • 17.02.17, 17:25
    On byl zajety.

    --
    Jesteśmy tylko szczególnie zaawansowaną w rozwoju odmianą małp na niezbyt ważnej planecie, krążącej wokół całkiem przeciętnego Słońca. (Stephen Hawking)
  • 17.02.17, 17:34
    To on robił coś nagannego nie Ty.
  • 17.02.17, 17:03
    ach, no ja też kradłam... epickie czasy...

    jeśli chodzi o zdradę, wszystko przede mną.

    --
    jest dobrze, ale nie beznadziejnie
  • 17.02.17, 17:04
    > chodziłaś na religię na własną prośbę, gdyby wyszło na jaw, że to co się tam dzieje jest chore, czułabyś niejako, że "to >twoja wina, skoro sama chciałaś chodzić". wolałaś udawać, że wszystko jest super.

    Może trochę coś w tym jest ale w sumie najważniejszym czynnikiem w tym wszystkim było to, że "wszyscy o tym wiedzieli i nikt nie mówił". Więc czemu ja bym to miała kwestionować? Na usprawiedliwienie księdza można powiedzieć to, ze bicie dzieci było wtedy powszechne. Z tego co pamiętam, to byłam na podwórku jedynym nie bitym dzieckiem i wszyscy w koło nazywali to byciem "rozpieszczoną jedynaczką". Może jak rodzice sami bili to nie widzieli w biciu przez księdza nic zdrożnego? Moze wyłącznie przejaw ojcowskiej miłości i troski?

    >no pięknie, miałaś zadatki na świętą
    Moze nie świętą ale faktem jest, ze po spotkaniu siostry Emmy (o której pisałam powyżej) marzyłam, żeby być siostrą zakonną. Emma była dla mnie uosobieniem dobroci i świętości...smile

    >ksiądz był "znanym opozycjonistą", ale nie wiadomo, jak się nazywał...?
    Te trzydzieści parę lat temu pewnie wiedziałam jak się nazywał, chociaż wszyscy posługiwali się określeniem "ksiądz/ojciec Józef". Teraz po prostu nie pamiętam. Potem zniknął więc legenda się nie utrzymała.
  • 17.02.17, 17:13
    pamiętam, jak w pierwszej klasie podstawówki dla żartu jednemu koledze ktoś ściągnął spodnie i gacie (jakieś takie dresy nosił). ukazał się tyłek, a na nim sine pręgi.
    kolega, wściekły, ubrał sie w sekundę, wszyscy się śmiali.
    ja prawdopodobnie też. było jasne, że w domu dostał lanie, i to nie ręką, a jakimś sznurem. nie wzbudziło to we mnie najmniejszego dyskomfortu - ot, zabawny widok. a przecież sama dostawałam tylko klapa od wielkiego dzwonu...

    natomiast z bijącymi księżmi/zakonnicami nie spotkałam się nigdy, i wtedy też wydawało mi się to oczywiste - że to ludzie "bezpieczni".

    oczywiście też miałam epizod marzenia o tym, że zostanę zakonnicą...

    --
    jest dobrze, ale nie beznadziejnie
  • 17.02.17, 17:18
    stephanie.plum napisała:

    > katechety naprawdę nikt po rękach nie całował.
    > ani żadnego innego księdza dwudziestoparolatka... obrazek jak z wieku dziewiętn
    > astego, albo ja nie wiem, na jakim świecie żyję.

    XIX wiek powiadasz?


    http://e1.pudelek.tv.sds.o2.pl/c256e879f45815e7847706e929c74819c83bb91d



  • 17.02.17, 17:21
    a to jest dwudziestoparoletni katecheta?
    czy udzielny władca w maybachu?

    --
    jest dobrze, ale nie beznadziejnie
  • 17.02.17, 17:23
    stephanie.plum napisała:

    > a to jest dwudziestoparoletni katecheta?
    > czy udzielny władca w maybachu?

    To jest osoba duchowna, której oddawany jest należny szacunek. Jakie znaczenie ma wiek osoby duchownej?
  • 17.02.17, 17:27
    a to chyba nie do mnie pytanie, nie jestem duchowna.

    --
    jest dobrze, ale nie beznadziejnie
  • 17.02.17, 17:36
    stephanie.plum napisała:

    > a to chyba nie do mnie pytanie, nie jestem duchowna.

    ale to Ty twierdzisz, że jest jakaś porażająca różnica pomiędzy ojcem Tadeuszem, a dwudziestoparoletnim ojcem Krzysztofem.....
  • 17.02.17, 22:37
    dość.
    scena na zdjęciu jest wyrwana z kontekstu i dobrze o tym wiesz.

    --
    jest dobrze, ale nie beznadziejnie
  • 17.02.17, 17:24
    stephanie.plum napisała:
    namiętnie obsikuję tereny wokół myśliwskich ambonek, żeby zwierzęta nie podchod
    > ziły.

    Siostro! Nie wiem, skąd jesteś ale u nas ostatnio pojawiły się kamerki, więc tegeswink

    Co do meritum czyli treści wątku, proszę o wyjaśnienie jednej sprawy, która mi zgrzyta: wychowałam się w czasach, gdy lekcje religii odbywały się poza szkołą. I u nas wtedy nie było żadnej religii w przedszkolach, bo niby jak miałoby to działać?
    --
    Lepiej być ostatnim pechowcem w demokracji, aniżeli męczennikiem lub władcą umysłów w tyranii. Josif Brodski
  • 17.02.17, 17:28
    ups, sikałam wczoraj. a pies nawet stolec oddał.
    kamerki nie widziałam...
    jestem z Mazowieckiego.

    --
    jest dobrze, ale nie beznadziejnie
  • 17.02.17, 18:15
    Ja i mój pies z Pomorzasmile

    --
    Nie idź za tłumem, bo nigdzie nie dojdziesz. Margaret Thatcher
  • 17.02.17, 22:38
    zazdroszczę!!!
    :~)

    --
    jest dobrze, ale nie beznadziejnie
  • 17.02.17, 17:30
    No nie było religii w przedszkolach, nie było, chyba że ktoś dziecko do katolickiego posyłał.
  • 17.02.17, 17:34
    >I u nas wtedy nie było żadnej religii w przedszkolach, bo niby jak miałoby to działać?

    Dla dzieci w wieku przedszkolnym były również lekcje religii w salkach katechetycznych, przy kościołach. Tyle że o ile w szkole to dzieci zaraz po lekcjach same szły na religię, to w wieku przedszkolnym rodzice musieli je prowadzać.
  • 17.02.17, 17:55
    U "nas" nie było na pewno religii dla przedszkolaków (PRL)
  • 17.02.17, 16:59
    Nie. Nie wiem, do końca jak to nazwać, ale już jako dziecko miałam silnie wbudowaną umiejętność wyłapywania tego, co jest dobre, a co złe i silną potrzebę ujawniania złych uczynków.
    Np. pamiętam, jak na zastępstwo przyszła obca nauczycielka w I klasie S.P. Zaczęła się nas drzeć i kazała nam wszystkim podnieść ręce do góry i trzymać dopóki ona nie zwolni nas. Ten, kto opuszczał ręce, dostawał po nich grubą linijką. Dla mnie to była tortura (do tej pory nie mogę za długo trzymać rąk w górze, jestem bliska omdlenia). W pewnym momencie nie dałam rady, opuściłam ręce, a ona do mnie podeszła i już miała się zamachnąć, jak powiedziałam, że powiem o tym rodzicom, którzy mnie nie biją nigdy, nawet jak coś złego zrobię, a tu nic nie zrobiłam, byłam grzeczna. Akurat zadzwonił dzwonek. Nie wiem, czy babsko by mi przywaliło, czy nie. Gdy mnie mama odebrała, od razu jej to powiedziałam. Fakt, że matka nie poszła zrobić awantury (ona nie z tych, a po drugie to były inne czasy). Za to pochwaliła mnie i przyznała mi rację. I powiedziała, że zawsze mam prawo, a wręcz obowiązek mówić na głos, jak ktoś źle się zachowuje/ źle postępuje itd.

    Kilka lat później , bodajże była to V lub VI klasa, za przewinienie kilku uczniów, cała klasa miała za karę gdzieś tam nie iść. Wstałam i powiedziałam, że nie jest to sprawiedliwe. W sprawę (namówienie koleżanki z młodszej klasy, aby w WC zdjęła majtki za pieniądze !!!) było zamieszanych bodajże 3 chłopaków. Oprócz nich nikt nie brał udziału, nawet nikt o tym nie wiedział, nikt nie mógł przeciwdziałać, więc dlaczego mamy wszyscy za to odpowiadać ? Klasa mnie poparła, a tych 3 chłopaków nadal się ze mną kumplowało, pretensji nie mieli.
    Znowu ileś lat później- była to III klasa L.O -zgłosiłyśmy do dyrektorki sprawę o niewłaściwe zachowanie jednego z nauczycieli w stosunku do dziewcząt z naszej klasy. Typ - świetnie uczył, ale po prostu nas molestował. Jak któraś np. ziewnęła, to od razu padał tekst : "Co, pracowita była nocka ?" z obleśnym uśmieszkiem, tym bardziej obleśnym, że był to starszy facet (koło 60-dziesiątki - dla nas staruch, mój ojciec miał wtedy 40 lat ). W czasie pisania sprawdzianów, jak każda pracowicie nachylała się nad kartką, a nie zauważyła, że jej np. bluzka wyszła ze spodni, to podchodził, dotykał i mówił, że "O, starasz się dostać lepszą ocenę, ale nie tędy droga, nie tędy droga". Co chwila rzucał teksty : "O, włos długi, rozum krótki". Pod tablicą tak zadawał dziewczynom pytania, że większość wychodziła na kretynki. Trzeba mu przyznać, że był bardzo inteligentny i nieźle potrafił zgnoić sad Jak któryś z facetów coś niegłupiego powiedział, to rzucał : "I widzicie dziewczyny, dlatego to faceci rządzą".
    Budząca się we mnie feministka dostawała szału, a nie znałam jeszcze określeń "molestowanie", "seksizm". To był początek lat 90-dziesiątych.
    Przyszła dyrektorka i zaczęła się jazda, że to my kusimy, my prowokujemy itd. Typowe teksty zwalające winę na ofiary. Głównie ja gadałam, bo w mini nie chodziłam (długie czarne spódnice i rozciągnięte czarne swetry tak się ubierałam), strzelającą oczami słodką blondyneczką, nie można było mnie nazwać i jako jedyna z całej klasy miałam 6 z geografii. Wiele nie ugrałyśmy, nauczyciel zaczął się trochę hamować, a ja straciłam 6 z geografii, ale i tak było warto. W IV klasie wszyscy nauczyciele się dziwili, że nie idę na prawo, bo potem byłam znana z takich wystąpień. Tym bardziej, że z dyrektorką jazdy były i nawet moi starzy byli wzywani do szkoły (ja już byłam po maturze pisemnej i ustnej) i delikatnie dyrektorka sugerowała im, co by zabrać mojego młodszego brata ze szkoły.
    Gdy było rozdanie świadectw maturalnych (miałam wyróżnienie), nauczyciele robili zakłady, czy mi poda rękę, czy nie. Nie podała smile


  • 17.02.17, 17:29
    Dziwne ze piszecie o religi czy szkole. Gdy ja przeczytalam temat postu to myslalam raczej o czyms zabronionym, niemoralnym, nagannym, wrecz kryminalnym, typu: spalenie samochodu bylemu chlopakowi, przespanie sie z zonatym nauczacielem i rozwalenie mu malzenstwie, zajscie w ciaze z kochankiem i wmowienie tego dziecka mezowi, podanie tesciowej lekow wywolujacych sraczke, po ktorych to odwodniona tesciowa trafila do szpitala, pranie brudnych pieniedzy, dorabianie sobie praca w burdelu czy handlem narkotykami itp. Ja uczynilam w zyciu wiele nagannych rzeczy, ale o wiekszosci wolalabym nie pisac, bo nie chce ponosic konsekwencji tych dzialan. Po prostu praktycznie nikt nie wie o mojej ciemnej stronie mocy i niech tak pozostanie😀
  • 17.02.17, 17:31
    * nauczycielem *malzenstwa
  • 17.02.17, 17:33
    niezłe pomysły...

    --
    jest dobrze, ale nie beznadziejnie
  • 17.02.17, 17:47
    Autorce wątku w dzieciństwie całkiem nieźle wpojono katolickie poczucie winy, skoro bycie ofiarą zaliczyła do brania udziału w czymś nagannym. Osobiście brałam udział w akcjach i sytuacjach bardziej standardowo uznawanych za takowe ale nie czuję się winna.
  • 17.02.17, 17:50
    Ja zrozumiałam, że branie udziału w czymś nagannym = bycie w sytuacji, która była naganna.
  • 17.02.17, 18:02
    >Ja zrozumiałam, że branie udziału w czymś nagannym = bycie w sytuacji, która była naganna.
    No oczywiście, że tak. Nie mieści mi się w głowie, że w ogóle można to zinterpretować inaczej.
  • 18.02.17, 14:27
    Branie udzialu to aktywne przyczynianie sie do czegos nagannego, a nie bycie swiadkiem czy ofiara. Tak to dozumiem.

    --
    Kłam­stwo nie sta­je się prawdą tyl­ko dla­tego, że wie­rzy w nie więcej osób. /Oscar Wilde/
  • 18.02.17, 15:26
    Mnie chodziło o to, że byłam w tym. W tej sytuacji. Czuję się wyłącznie ofiarą. Nie mam poczucia winy. Do głowy mi nie przyszło, ze ktoś mnie, w opisanej powyżej sytuacji, może uważać za sprawczynię, winną czegokolwiek.

    Użyłam sformułowania ogólnego bo ciekawa jestem doświadczeń w takich sytuacjach ze wszystkich stron. Choć, z oczywistych względów, nie spodziewam się tutaj wynurzeń sprawców.
  • 17.02.17, 22:36
    katolickie poczucie winy? hahaha, dobre.
    protestantów zapytaj, ci to mają dopiero.

    --
    jest dobrze, ale nie beznadziejnie
  • 17.02.17, 18:31
    No to skoro ty nie chcesz o swoich pisać to co się głupio dziwisz że inne nie chcą?
  • 17.02.17, 17:21
    Bicie, czy innego znecania sie nad dziecmi nie pamietam z lekcji religii - chyba mialam niebywale szczescie do siostr i ksiezy. To byly zawsze bardzo sympatyczne osoby, ktore nie bily, nie straszyly pieklem i nie opowiadaly glupot. Przysiegam, ze tak bylo, chociaz teoretycznie lekcje odbywaly sie przy kosciele, wiec kontroli nad nimi nie bylo.

    Natomiast z biciem spotkalam sie w podstawowce, kleczenie, trzymanie rak w gorze - nie wszyscy tacy byli, ale np. moja wychowawczyni 1-3 klasy zlala kiedys porzadnie chlopaka, ktory byl w nizszej normie intelektualnej. Do tej pory to pamietam, bo najpierw go sprowokowala do tego, zeby sie do czegos przyznal, a potem lala gdzie popadnie. Wychowawczyni rownorzednej klasy, ktora czasem miala zastepstwo stosowala metody kleczenia, rak w gore.

    Zadne dziecko sie nie skarzylo - mam wrazenie, ze mysmy wierzyli, ze to sa wlasciwe metody, w koncu to nauczyciele. Nigdy nie powiedzialam rodzicom, wrecz chyba balam sie, ze jak sie przyznam, ze nas bija to i od rodzicow dostane - nie wiem dlaczego tak myslalam!? psychika dzieci jest bardzo pokretna.

    --
    "Polacy to jedna z najbardziej nietolerancyjnych, niesolidarnych i zawistnych narodowości, jakie poznałam na emigracji." by Rosapulchra-0
  • 17.02.17, 17:39
    Wiedziałam, że ktoś jest pedofilem i nic nie powiedziałam. Ten ktoś nadal żyje, choć jest po 70. Mam czasem wyrzuty sumienia, że może on jeszcze kogoś skrzywdził przez to, że nic nie mówiłam ale z drugiej strony wiem, że nikt by mi nie uwierzył.
  • 18.02.17, 16:40
    Mam podobnie. Teraz to osoba po 60-tce.
    Ale wszyscy wiedzieli (wtedy, gdy byłam dzieckiem), ale każdy ignorował (tylko "macanie").

    --
    Sport to nie jest zdrowie."Ja się kiedyś nabawiłam urazu kręgosłupa, którego konsekwencje odczuwam do dziś na zajęciach...uwaga....zdrowy kręgosłup!" Saszanasza
  • 17.02.17, 21:59
    Troche tego bylo, bo bylam niegrzeczna i bardzo niestandardowa dziewczynka. Pierwsze kontakty seksualne zaliczylam dosyc nieswiadomie jako szesciolatka z 2 lata starszym kolega cyganem na oczach kilku innych kumpli i mojego brata, wtedy tez wypalilam pierwszego fajka i takie tam. Jak sie mama dowiedziala, to bylo naprawde grubo uncertain
    Bralam tez udzial w gnojeniu kolegi ze szkoly, ktory jesli dobrze pamietam zfajdal sie w gacie w 1 klasie i byl ciamajda, w zwiazku z tym mial przechlapane do konca podstawowki.

    Az dziwne, ze wyroslam na porzadnego obywatela, wrecz matke polke wink

    Aha, robote mam tez troche moralnie watpliwa dla sporej czesci ludzi, choc krzywdy nikomu nie robimy...


    --
    Dobra zmiana - boli przez 4 lata
  • 18.02.17, 11:36
    >
    Aha, robote mam tez troche moralnie watpliwa dla sporej czesci ludzi,

    no nie można nie spytać- a co robisz?smile
  • 18.02.17, 16:41
    Może jest księdzem?

    --
    Sport to nie jest zdrowie."Ja się kiedyś nabawiłam urazu kręgosłupa, którego konsekwencje odczuwam do dziś na zajęciach...uwaga....zdrowy kręgosłup!" Saszanasza
  • 17.02.17, 22:03
    Pewnie że mamy smile

    Katechetka na początku podstawówki tłukła nas regularnie - kiedyś wyrwała włosy koledze, rzuciła je na biurko i kazała mu posprzątać (później chodził z kilkucentymetrowym łysym plackiem na głowie). Innym razem waliła głową innego kolegi o ławkę. Ale najgorszy był terror psychiczny i odpytywanie przy całej klasie ("tylko prawdę mów bo do piekła pójdziesz") dlaczego nie było się na mszy, a po pierwszej komunii wyjaśnianie dlaczego nie było się u komunii.

    Nauczycielka geografii w podstawówce była duża i wyrywna i zdarzało się jej kogoś o ścianę rzucić albo przesunąć pół rzędu ławek razem z uczniami skompresowanymi pomiędzy ławkami. Większość uczniów ją lubiła bo w sumie nie terroryzowała ludzi i zwykle przepraszała jak komuś przyłożyła. No i była dobrą, zaangażowaną nauczycielką.

    Wuefista z równoległych klas został złapany w szatni z dwoma uczennicami późnej starej podstawówki bez kompletnego ubrania. Na pół roku poszedł na zwolnienie lekarskie, potem wrócił do uczenia. Nadal zdarzało mu się sprawdzać na zajęciach czy dobrze rosną piersi dziewczynom, i rzucać jednoznaczne teksty i komentarze o ich pupach, ale więcej go ze spuszczonymi spodniami nie znaleziono.

    Polonista w liceum bardzo lubił młode dziewczyny, szczególnie te które miały na czym siedzieć i czym oddychać. Zdarzało mu się przy tablicy macnąć tu i tam, albo na korytarzu - tak niby przypadkiem. Każda dziewczyna wiedziała że nigdy nie należy się do niego odwracać plecami i zawsze trzeba zachowywać właściwą odległość.
    Do tego raczył nas opowieściami ze swojego życia, jak to on (wtedy ok. 60 letni) nie tyka 30 letniego próchna. Jak mówił tak robił - miał kilka żon - każda zaczynała jako jego studentka na pierwszym lub drugim roku (był też prof na uniwerku) i kończyła przed 30 jako rozwódka.

    W każdym z tych przypadków wszyscy (wliczając innych uczniów, przełożonych, rodziców) wiedzieli jak wygląda sytuacja, ale nikt nic nie robił. Tak jak reszta myślałam więc że tak po prostu wygląda życie.
  • 18.02.17, 13:42
    nauczyciel zpt w podstawówce miał na nazwisko KAMIŃSKI. Macał dziewczyny , które były co bardziej rozwinięte. Mnie nie macał bo w VI klasie byłam płaska jak deska , nie budziłam jego zainteresowania. Gdy któraś z bujniej wyposazonych w biust koleżanek coś pisała w zeszycie-pismo techniczne - nachylał sie nad nią bardzo, obejmował ramionami, łapał za dłoń z ołówkiem i ją prowadził. Często stosował "ocieractwo". Wiedziałyśmy o tym , rozmawiałyśmy między sobą, nerwowo się śmiałyśmy ale..lubiłyśmy go. Był przystojny, wyluzowany, miał poczucie humoru i hojnie stawiał piątki. BYł lubiany.
  • 18.02.17, 16:27
    Jako 14-latka zostałam zaproszona przed nauczyciela z naszej podstawówki do kina. Poszłam, ale wzięłam ze sobą koleżankę i nas nie wpuszczono, bo film był od 18-lat...Nie powiedziałam o tym rodzicom, bo chyba wiedziałam, że to źle...
    Po 20-tu latach ten nauczyciel zjawił się w szkole, w której ja uczyłam. Powiedziałam mu gdzie chodziłam do podstawówki, przedstawiłam nazwiskiem panieńskim... Podobno mnie nie poznał.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.