Dodaj do ulubionych

Jak żyć z cholerykiem????

11.10.04, 09:33
Jesteśmy po ślubie kilka lat. Mój mąz jest strasznym cholerykiem (a dodatkowo
malkontentem, ale z tym jakoś sobie radzę). Powoli boję się do niego
cokolwiek powiedzieć, bo nie chcę słyszeć krzyków, przekleństw albo
przekamarzania mnie. Przykłady?
Oderwana listwa w samochodzie po mojej stronie. Wysiadam z samochodu,
pokazuję mu, ze coś się tu zepsuło. Reakcja: K...w! Ciągle coś psujesz! Tyle
lat jezdzę i nic, a Ty wsiądziesz i od razu zepsute! Wydziera się, robi z
tego tragedię życiową!!!
Tak jest ze wszystkim! Z rozlanego soku, zwrócenia njamniejszej uwagi,czasem
nawet prośby (pośpiesz się, bo nie zdążymy) robi koszmarne awantury!!
Włącznie z przekleństwami, obrażaniem mnie i wyzwiskami. Nie są to niestety
tylko moje spostrzeżenia. Ale także rodziny (po jego stronie też) a nawet
obcych osób, np. Pediatry naszego dziecka, który przy każdej wizycie pyta,
jak ja to wytrzymuję..........
Wiele razy z nim już rozmawiałam i prosiłam, zeby panował nad sobą. Wiecie co
słyszę? Że to ja mam się zmienić!! On jest cholerykiem i tyle! Pokrzyczy a ja
mam się nie przejmować, usmiechać, uspakajać go i tworzyć miłą atmosferę w
domu aaaaa i NIE PROWOKOWAC!!!!!!
Powiedzcie, co mam zrobić? Czy jest jakieś leczenie? Jakieś proszki?
JAK MAM Z NIM ŻYĆ??? Żeby wiecznie nie płakac, nie łkać po nocach, nie mieć
depresji??????
Pomóżcie proszę.......
Edytor zaawansowany
  • 11.10.04, 09:39
    Słuchaj,ja nie wiem czy jest sens z kimś takim żyć.Mówisz że rozmawiałaś,prosiłaś...A może terapia?
  • 11.10.04, 09:41
    to przykro słuchac.
  • 11.10.04, 09:43
    A ty jesteś drugi lipiec.Co złego jest w terapii???
  • 11.10.04, 09:44
    sytl lipca bardziej pasuje do ciebie.Moja droga troche taktu
  • 11.10.04, 09:45
    Przecież sama proponujesz terapię a jak nic nie da to wtedy rozstanie.
  • 11.10.04, 09:47
    w formie straszaka
  • 11.10.04, 09:49
    Słuchaj,nie kłóć się.Czy to co napisałam jest nietaktem niech oceni autorka.Jak powie że ją to uraziło to przeproszę.
  • 29.12.04, 19:07
    Strasznie ci wspołczuje. Ja tez byłam z takim człowiekiem 5 lat. Przed ślubem
    był zupełnie inny... Zaczeło sie kiedy zamieszkalismy razem.
    Zaczeły sie wyrzuty wyrzuty i jeszcze raz wyrzuty... Zerwana firanka ( przez
    dziecko) KRZYK! Porozrzucane zabawki KRZYK! I tylko pretensje i rozkazy -
    przypnij, zrób, posprzataj... a potem najlepiej chodz ze mna do łóżka...
    Najpierw sie na mnie wydzierał a pozniej chciał kochac jakby nigdy nic...
    Nawet jak on cos zepsuł to wydzierał sie na mnie.
    Jak dzicko zwymiotowało kiedys w samochodowym foteliku tez sie na mnie darł że
    mogłam to przewidzec i podłozyc mu recznik a nie tak tapicerke zapaskudził. A
    jak Mateusz rozbił sobie głowe na rowerku ( dodam że obydwoje bylismy przy tym
    zdazeniu) to wyrzywał sie na mnie i wrzeszczał na ulicy przy ludziach, że ja
    taki rower do d....y mu kupiłam. to było bardzo przykre. Sama musiałam jechac
    do szpitala na zszywanie bo sie obraził.
    To było nie do zniesienia.
    Mój mąż nie jest złym człowiekiem - bardzo kocha syna i dobrze go traktuje.
    może nawet poniekad rozpieszcza.
    Ale ja nie mogłam zniesc ciągłych pretenji - znam swoją wartość. Rozwiodłam sie
    niecłay rok temu.
    Jestem szczęśliwa i spokojna. Nikt na mnie nie krzyczy....
    Teraz jestem z innym mężczyzną - nazywam go "nowym mężem". Mieszkamy razem.
    Jest cudowny - wreszcie czuje że to ktoś warty mnie. Teraz widze w jakiej
    patologii żyłam tyle lat.
    Życze ci abyś znalazła spokoj. I zastanów sie czy warto sie męczyć.
    pozdrawiam goraco!
  • 11.10.04, 09:42
    spróbuj go wysłąc na terapie albo zagrozić ze jak sie nie opanuje to sie
    pożegnacie
  • 11.10.04, 09:48
    O cholera! To ja też jestem takim cholerykiem. I teraz po Twoim poście dopiero
    rozumiem co czuje mój mąż. On - spokojny, zrównowazony, prawie nigdy nie
    krzyczy, nawet jak zdenerwowany to tylko zęby zaciśnie, westchnie sobie i już.
    A ja? ja to dopiero jestem choleryczka. Np. sytuacja taka: zima, ubrałam
    siebie, ubieram dziecko, mąz juz poszedł z tobołkami i fotelikiem do samochodu,
    dziecko płacze, ja buta nie mogę założyć dziecku (za grube skarpety) - rzucam
    butami o szafę, dzwonie do męża i go opierniczam...
    Raz mąz kupił zamiast kapusty pekińskiej koncentrat pomidorowy - też zrobiłam
    awanturę, ze łazami w oczach i krzyku na ile mi starczyło sił.
    Mąż mi mówi w takich sytuacjach, że jak muszę krzyczeć to niech krzycze do
    kibla. Zawsze myślałam, że te moje nerwy są od napięcia przedmiesiączkowego ale
    chyba nie... Kurde, zupełnie nad tym nie panuję a jak tak pokrzyczę to mi sie
    robi o niebo lepiej.
    Wiesz co... jak nie wiem, może jakąś meliske mu zaparzaj, ja nie biorę żadnych
    uspokajaczy a może powinnam.
    Jedno jest pewne, on nie umie nad sobą zapanować, może nie chciałby krzyczeć
    ale to silniejsze od niego.
    --
    //
    (,")
    , ),
    JL
  • 11.10.04, 10:31
    koleandra napisała:

    > O cholera! To ja też jestem takim cholerykiem. I teraz po Twoim poście
    dopiero
    > rozumiem co czuje mój mąż.
    Wiesz, to samo sobie pomyślałam - że teraz wiem, co czuje mój mąż. Ja też
    wrzeszczę przeważnie na tego, kto sie pod ręke nawinie, a że przewaznie nawinie
    sie małżonek.....
    Np. sytuacja taka: zima, ubrałam
    > siebie, ubieram dziecko, mąz juz poszedł z tobołkami i fotelikiem do
    samochodu,
    >
    > dziecko płacze, ja buta nie mogę założyć dziecku (za grube skarpety) - rzucam
    > butami o szafę, dzwonie do męża i go opierniczam...

    Oj, to, to mojemu tez dostaje się za to, że na przykład dziecko sie uderzyło i
    ryczy ....

    > Mąż mi mówi w takich sytuacjach, że jak muszę krzyczeć to niech krzycze do
    > kibla.
    Dobre, chyba sobie na lodówce powieszę kartkę z napisem "KRZYCZY DO
    KIBLA!!!!" wink))))))
    > Jedno jest pewne, on nie umie nad sobą zapanować, może nie chciałby krzyczeć
    > ale to silniejsze od niego.
    Fakt, ja najpierw wrzeszczę, a potem myślę sad(((( Hmmmm,a może jednak
    terapia ???????


    --
    Pozdrawiamy
    Ania +Zuzia i Szymonek (23.09.2003)
    Nasze fotki
  • 11.10.04, 09:53
    Ale Wy macie dziewczyny pomysły. Terapia... też mi coś. Jestem pewna, ze po
    takiej propozycji mąż Rosarki odpowiedział by jej to samo co ja swojemu mężowi:
    "Spier..., sam sobie idź na terapię jak się źle czujesz". Wtedy to by dopiero
    burza była!
    --
    //
    (,")
    , ),
    JL
  • 11.10.04, 09:55
    No to jaka rada?Ma być przez całe życie chłopcem do bicia?
  • 11.10.04, 10:07
    Nie do bicia, nikt tu nikogo nie bije.
    Bardzo dużo można pomóc cholerykowi rozmową. Zamiast mówić "czego się drzesz?"
    lepiej działa "nic się nie stało, zaraz Ci pomogę".
    Ja wiem, że ze mną jest ciężko wytrzymać. Mnie nawet samej ze sobą jest ciężko
    wytrzymać. Tak mnie te nerwy noszą, że mam wrażenie, że jak się nie wydrę to
    zwariuję.
    Rada taka - starać się nie przejmować bo taki choleryk choć krzyczy i wyklina
    to tak naprawdę jest to tylko po to aby odreagowac swoje nerwy a nie, żeby
    urazic najbliższą sobie osobę.
    --
    //
    (,")
    , ),
    JL
  • 11.10.04, 10:24
    dzięki dziewczyny.
    hmm... nad terapią powiem szczerze też się zastanawiałam. Nawet proponowałam
    mężowi wspólne pójscie do psychologa. Niestety zareagowałtak, jak napisałą
    Koleandra.......
    dzięki Koleandro za rady. Starałam się jak mogłam - w czasie jego wybuchów -
    mówiłam: kochanie nic się nie stało. nie denerwuj się. Ale juz nie mam siły....
    Ja też mam gorsze dni, jestem poddenerwowana, mam jeszcze dołujące kłopoty ze
    zdrowiem, jestem raczej słaba psychicznie. Jak jestem w takim słabszym
    nastroju, to nie mam siły byc wyrozumiałą. I wtedy dopiero jest zadyma w domu.
    On się drze, ja płaczę.......
    Najgorsze jest to, że dziecko patrzy......
  • 11.10.04, 10:47
    A ja myslę, że terapia nie jest złym pomysłem, ale wcześniej musisz z męzem
    spokojnie porozmawiac, wtedy gdy jest dobrze między wami, powiedz mu ,co
    czujesz, jak ci z tym zle, i niech ma swiadomosć jak takim zachowaniem zmienia
    sie w Twoich oczach- na gorsze. Nie pisze tego z księżyca- też mam ten problem-
    i to nieprawda, ze nic się nie da z tym zrobić, trzeba tylko mocno chcieć. Też
    robiłam mężowi awantury o duperele, a on zaciskał zeby i nic nie mówił, mi
    szybko przechodziło- jak pisała Koleandra- ale po mężu to wcale nie spływało,
    to, że nie okazuje emocji, nie znaczy , że go nie rusza i nie zaowocuje to np
    nerwicą. Nie zwracałam szczególnej uwagi na te moje napady, ale kilka razy
    doprowadziłam męża do granic wytrzymałości, poza tym obserwuję ,co się dzieje w
    małzeństwie mojej siostry- tam jej maż jest strasznym cholerykiem. Ja mam
    szczęście, że w porę uświadomiłam sobie problem i po prostu pracuję nad sobą,
    uświadamiam sobie ,co jest naprawdę ważne i od jakichś 2 lat słyszę od męża, że
    zmieniłam się na korzyśćwink A zaczęłam 4 lata temu, kiedy strata dziecka
    uświadomiła mi, co jest w zyciu ważne i o co warto dbać.
    Przepraszam za chaotyczny post, ale poruszyło mnie to ,co napisałaś, życzę
    szczerej i konstruktywnej rozmowy z mężem, może daj mu do poczytania ten wątek-
    jeśli pojawią się jakies szczególnie madre wypowiedziwink-pozdrawiam
    --
    wyszłam za mąż, zaraz wracam
  • 11.10.04, 14:30
    rosarka30 napisała:

    Starałam się jak mogłam - w czasie jego wybuchów -
    > mówiłam: kochanie nic się nie stało. nie denerwuj się

    O matko, nie chcę cię martwić, ale na mnie hasła tego typu działaja jak płąchta
    na byka. Według mnie recepta na twojego męża jest jedna i niestety on ci ją juz
    podpowiedział - nie przejmuj się i daj mu sie wykrzyczeć. Oczywiście sa
    granice, na przykład nie pozwól sie obrażać, ale w dyskusje nie wchodź.
    Najlepiej wyjdź do innego pomieszczenia, a jego wrzaski puść mimo uszu. Jak sie
    wykrzyczy, to mu przejdzie. W czasach względnego spokoju powiedz mu jednak, że
    mógłby próbowa pochamowac swoje reakcje. Moim zdaniem on naprawdę nie chce ci
    zrobić krzywdy.
    --
    Pozdrawiamy
    Ania +Zuzia i Szymonek (23.09.2003)
    Nasze fotki
  • 11.10.04, 10:44
    a czy zachowuje sie tak w stosunku do innych,swoich rodziców, szefów,dziecka?
    jeśli potrafi sie wtedy opanować, to może da się cos zrobić, napewno nie będzie
    to łatwe.i nigdy nie mów,że się rozstaniecie jeśli nie jesteś na to
    gotowa.
  • 11.10.04, 10:56
    W stosunku do swoich rodziców, moich rodziców jest taki sam, czyli choleryk,
    wybuchowy, wściekajacy się o byle co, nie zwracajacy uwagi na czas, miejsce,
    okolicznosci (Na chrzcinach naszego dziecka, zrobil awanturę, bo maleństwo
    ulało mu na krawat!!!!!).
    Próbuje powstrzymywać się w stosunku do dziecka.
    Z szefem, współpracownikami, znajomymi radzi sobie dużo lepiej.......raczej nie
    znają go z tej strony. Postrzegany jest w tych środowiskach, jako osoba pewna
    siebie, zdecydowana, nie do przegadania.

    mw35 dlaczego sugerujesz, zeby nie mówić o rozstaniu, kidy nie jest się gotowym?
    Mam swoje zdanie na ten tamat, czy moglabyć poproszę wyjaśnić swoje?
  • 11.10.04, 11:08
    rosarka30 napisała:
    > mw35 dlaczego sugerujesz, zeby nie mówić o rozstaniu, kidy nie jest się
    gotowym
    > ?

    Rosarko, pozwól, ze wyrażę swoje zdanie. Uważam, że w takiej sprawie nie
    powinno się rzucac słów na wiatr bo to zbyto poważne słowa. Jeśli nie masz
    powaznego zamiaru co do odejścia to lepiej nie krakać bo poprostu partner,
    który to usłyszy po raz któryś znieczuli się na te słowa i nie będzie traktował
    ich poważnie.
    --
    //
    (,")
    , ),
    JL
  • 11.10.04, 11:15
    jeśli postawisz sprawę bardzo ostro, a taką jest decyzja o rozstaniu to musisz
    być na to gotowa, gdy sytuacja się nie zmieni.twój mąż szybko przyzwyczai się
    do różnych "gróżb" za którymi nie pójdą czyny i zupełnie będzie je miał w
    nosie.o szacunku nie wspomnę. nie czuję się kompetentna dawać rady co zrobic w
    tej sytuacji,czasami do radykalnych posunięć trzeba "dojrzeć"(w sobie, a nie
    wiekowo kwoli scisłosci)
  • 11.10.04, 10:47
    Wiesz co? Mój tata ma baaardzo podobny charakter. Bardzo łatwo wpada we
    wściekłość, nigdy nie wiadomo, co go wyprowadzi z równowagi. Pamiętam w jakim
    napięciu czekaliśmy(kiedy jeszcze mieszkałam z rodzicami i bratem) na jego
    powrót z pracy: w jakim dzisiaj będzie humorze? A jak w dobrym, to robiliśmy
    wszystko, żeby mu się nie popsuł. I nie chodziło tu o żadne bicie czy wyzwiska,
    bo takich nie było. Tylko ta okrpna atmosfera, krzyki.
    Czasem się zastanawiam, dlaczego moja mama, która jest silną, wręcz despotyczną
    kobietą, nigdy sobie z tym nie poradziła. I czasem nie rozumiem, po co są ze
    sobą, jeśli ponad połowa ich małżeństwa to kłótnie i obrażanie się.
    A gdybyś tak spróbowała pokonać go jego własną bronią? On na Ciebie wrzeszczy?
    Krzyknij głośniej, że sobie nie życzysz, trzaśnij drzwiami i wyjdź z domu,
    niech się zastanowi. Ja bym tak zrobiła, ale mój mąż jest inny, nie wiem, jak
    to podziała na Twojego.
    Pewne jest, że coś z tym musisz zrobić, nawet zagrozić odejściem, bo tak się
    nie da.
    --
    Agnieszka
  • 11.10.04, 10:58
    dzięki Agnieszko.
    Niestety, jak ja zaczynam na niego krzyczeć, On krzyczy wtedy jeszcze
    głosniej.... trzaskanie drzwiami też było, drze się straaasznie....
    Odejsciem groziłam, powiedział: proszę bardzo...........................
  • 11.10.04, 11:06
    O rany... To naprawdę współczujęsad
    Ale rozumiem że przez większość czasu bywa między Wami dobrze?
    Bo jeśli nie, to ja bym w takim związku nie wytrzymała...
    Aha, jeśli chodzi o to, żeby nie mówić o rozstaniu jeśli nie jesteś gotowa, to
    ja uważam, że jeśli tylko zagrozisz i nic z tego nie wyniknie, to następnym
    razem on nawet się taką groźbą nie przejmie. Jeśli już się na taką groźbę
    zdecydujesz, to musisz to zrobić, może się opamięta!
    --
    Agnieszka
  • 11.10.04, 11:11
    kolorko, napisz proszę, na czym polega ta praca nad sobą? Może cos będę mogła
    mężowi podpowiedziec? O ile w ogóle będzie chciał słuchać? No bo On- jak
    twierdzi - nie ma sobie nic do zarzucenia. A to że krzyczy, to tylko moja wina,
    bo go prowokuję.
    Widzisz, u nas były takie sytuacje, które powinny mu pokazać, co jest w zyciu
    ważne. Pokazały, ale tylko na chwilę.Ale wtedy był naprawdę innym, kochanym
    człowiekiem. Zapomniał o tym i wrócił do starych zachowań.
  • 11.10.04, 11:30
    U mnie ważniejszy od pracy nad sobą był moment ,kiedy uswiadomiłam sobie, że to
    ze mną jest coś nie tak , a nie z całym otaczajacym swiatem, przyznam, ze nie
    wiem, jak uświadomić to twemu męzowi- może rzeczywiscie niech poczyta ten
    wątek.A praca nad sobą- udaje mi sie taraz- oczywiscie nie zawsze- przed
    wybuchem pomyśleć, czy to , o co mam zamiar się burzyć, jest tego warte, mam
    wielkie wsparcie w mężu- często w takich sytuacjach mówi- no i co swiat się
    zawali? i przytula mnie, zresztą teraz jest na tyle dobrze ,że zdarza mi się
    zamiast się złościć spojrzeć na męża i razem z nim wybuchnąć śmiechemwink A życie
    jest łatwiejsze i piękniejszewink Aha, i jeszcze chciałam coś dodać -zawsze
    nałatwiej wyładować się na najbliższych, cholerycy przez dalsze otoczenie
    postrzegani są zwykle zupełnie inaczej.
    --
    wyszłam za mąż, zaraz wracam
  • 11.10.04, 11:25
    Jagusiu, to co napisalas o swoim Tacie, to jakby zaobserwowane w moim rodzinnym
    domu. Juz jako dziecko bylam wyczulona na cholerykow - omijalam ich z daleka -
    starczl mi na cale zycie ojciec-choleryk. Chyba dzieki temu udalo mi sie
    znalesc partnera ktory nie ma nawet namiastki klotliwego, rozpieszczonego,
    rozwrzeszczanego, samoluba. To jedyna zasluga wychowawcza mojego Ojca -
    unikalam w zyciu mezczyzn jego pokroju.
    Pozdrawiam.
  • 11.10.04, 11:28
    Mój ojciec też był cholerykiem i ja to chyba po nim odziedziczyłam. A męża też
    szukałam sobie spokojnego bo dwóch choleryków w domu to trochę za dużo wink

    --
    //
    (,")
    , ),
    JL
  • 11.10.04, 12:03
    Spróbuj, kiedy tak sie zachowuje, udac sie do innego pomieszczenia- do drugiego
    pokoju, łazienki, zamknac drzwi.Niech sobie powrzeszczy do sciany.Przerzucanie
    sie wrzaskami nic nie daje, bo nastepuje eskalacja agresji.Nie tłumacz sie
    przede wszystkim, bo z reguly jest tak, ze obrywasz za sprawy kompletnie
    niezawinione przez Ciebie.A nawet jesli popełnisz bład, to masz do tego prawo,
    nie czuj sie winna.I nie przepraszaj, rodzina takze.Niech poniesie konsekwencje
    swojego zachowania- przechodzenie nad awanturami do porzadku dziennego w imie
    swietego spokoju upewnia go, ze ma racje, nie dostrzega , jak bardzo rani
    otoczenie.
    Ja nagrałabym go jeszcze na dyktafon i puscila w chwili, gdy bedzie
    wyciszony, "normalny", wtedy bedzie mial okazje wysłuchac siebie w akcji i
    uzmyslowic sobie jakie idiote z siebie robi- wtedy gdy wrzeszczy nie kontroluje
    sie, później róbuje bagatelizowac problem, a nawet wmawiac, ze na pewno osoba
    atakowana sie przesłyszała- ja przynajmniej z takim typem człowieka z mojej
    rodziny mam do czynienia.Podejrzewam, ze to taki sam przypadek jak Twój maz.
    Niestety, taki czlowiek raczej nie bedzie Twoim partnerem, ostoja, nie jemu
    bedziesz sie zwierzac, bo w sytuacji gdy sie odsłonisz on nie omieszka ci
    wypomniec Twoich słabosci, wykorzysta to przeciw Tobie.Dobrze, gdybys miala
    sojusznika w rodzinie, kto Cie poprze, pomoze.
    I powiedz mu dobitnie, ze ani myslisz sie zmieniac, bo to on ma problem, a nie
    ty, bądz harda, łzy , zale to dla niego dowód, ze jestes przewrazliwiona,
    histeryczka- te typy tak to odbieraja.

    --
    --------------------------------------------------
    Chcesz schudnąc, zdrowo sie odżywiać, zajrzyj tu:

    forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=11143
  • 11.10.04, 13:01
    Ha ha... nie minełoby pół sekundy kiedy dyktafon poszedł by w strzępy!
    Ja się bardzo cieszę kiedy w takich chwilach małżonek usuwa mi sie z drogi,
    idzie do drugiego pokuju, zabiera dziecko. Wtedy moge sobie porzucac mięsem w
    samotności, nie raniąc nikogo i co najważniejsze - żeby dziecko na to nie
    patrzyło.
    Nie sądzę żeby to była choroba kwalifikująca sie do leczenia... to taki
    charakter po prostu, nic się nie da z tym zrobić. Oczywiście, mozna z tym
    walczyć tak jak ktos tu napisał, ze mu się udaje, trzeba tylko uważać żeby się
    nie udusić. I jeszcze jedno - jesli taka osoba na siłę dusi w sobie złośc,
    nerwy, nauczy się nie krzyczeć to jest to bardzo szkodliwe dla jej zdrowia
    psychicznego, można nabawic się poważnej nerwicy zatrzymując swoje emocje w
    sobie.
    --
    //
    (,")
    , ),
    JL
  • 11.10.04, 13:33
    Dyktafon "przecwiczyłam" , wiec nie koniecznie musi zostac rzucony o
    sciane,trzeba tylko wiedziec, kiedy zrobic z niego uzytek.
    Mysle, ze kobieta choleryczka rózni sie od faceta choleryka, choc pewnosci nie
    mam, bo dotychczas spotkalam sie tylko z meskimi przypadkami.
    Prawde mówiac mnie psychiczne zdrowie takiego faceta malo obchodzi- owszem, on
    z siebie wyrzuca, ale ta strona w ktora to trafia przeplaca nerwica.Dlaczego
    akurat ta normalna ma cierpiec?
    Nie mozna nie zwracac uwagi, nie brac do siebie słow typu "kur..a, szmata",jak
    sie tu radzi-zdajesz sobie sprawe, co czuje kobieta ktorej maz, czyli ktos z
    kim sie sypia, dzieli zycie, tak sie do niej odzywa? I jeszcze wmawia, ze to
    ona go sprowokowała? Bo np. stłukla szklanke? To jest patologia i trzeba z tym
    walczyc, a nie głaskac padalca po głowce za to , ze on biedaczek nie umie
    inaczej sie zloscic.Jestem pewna, ze do szefa tak nie wrzeszczy, mimo ze mialby
    ku temu powody, wtedy jakos potrafi sie opanowac.
    Nie mam absolutnie zrozumienia dla takich ludzi, guzik mnie obchodzi ich dobre
    samopoczucie okupione krzywda bliskich.
    Pomysl, czy sama z usmiechem podchodzilabys do sytuacji, w ktorej maz ci
    ubliza, traktuje jak smiecia, bo np. rozlałas sok?Ty sie cieszysz, ze maz sie
    usuwa, a on byc moze czuje sie jak ostatnia oferma, ktorej mozna wejsc na
    głowe.Poddaje sie, czyli przegrywa.Jesli tak nie jest , to lepiej dla niego,
    ale własnie takie uczucia towarzysza ofiarom choleryków.
  • 11.10.04, 14:02
    Jesteś w wielkim błędzie. Tego typu wybuchów nie można pozostawiać bez
    leczenia. Dlaczego? Ano dlatego że człowiek ma fantastyczny dar przesuwania
    sobie granic. Np: Dzisiaj tylko krzyczysz i klniesz, a jutro palniesz córcie w
    ucho, albo w nerwach przyłożysz mężowi w głowę patelnią. Wierz mi, wiem co
    mówię...
    Najgorsze jest to, że wszyscy cholerycy bagtelizują swoją skłonność i tłumaczą,
    że to im pozwala pozbyć się negatywnych emocji. Tymczasem metod radzenia sobie
    ze swoją złością jest naprawdę wiele i doprowadzenie się do stanu, kiedy
    przestaje się reagować w sposób przykry dla otoczenia ( a zapewniam Cię, że
    widok rzucającej się, krzyczącej bliskiej osoby jest straszny), jest tylko
    kwestią dobrej woli i treningu nad sobą. Jeśli się samemu tego nie potrafi,
    powinno się poprosić o pomoc specjalistę. Ludzie którym udało się wygrać ze
    sobą, są naprawdę szczęśliwsi i zapewniam, że nieraz w glos się śmieją, z tego
    co dawniej doprowadzało ich do szewskiej pasji.
    --
    "Zwróć swą twarz ku słońcu, a cień zostanie w tyle"
  • 11.10.04, 14:14
    hej. co prawda pisalas do koleandry, ale sie wtrace.
    masz racje, ze trzeba sie starac nad tym panowac. i pewnie masz racje, ze gdy
    sie to osiagnie, to ulge odczuwa nie tylko rodzina, ale tez i my sami.
    w sumie to chce napisac, ze dziekuje ci za te slowa, bo fakt faktem jest, ze
    czesto tlumaczymy sobie - tacy jestesmy, nic sie nie da z tym zrobic. pewno tak
    jak juz pislam - temperamentu sie nie zmieni, ale sposob regowania na problem i
    owszem..
    a mozesz polecic jakas ksiazke? pisalas o tym - nie wiem czy teoretycznie czy
    mialas na mysli jakas konkretna publikacje. pytam, o wsrod tego typu poradnikow
    jest sporo syfu i dosc trudno wygrzebac cos dobrego.

    pozdrawiam i obiecuje pracowac nad soba
    choleryk sad((
    --
    -----------------------------------
    tak mi dobrze, ze mam kogo kochac...
    -----------------------------------
  • 11.10.04, 21:30
    Hej hej. Pisałam na przykładzie mojej bardzo bliskiej przyjaciółki, która była
    właśnie taką choleryczką. Do pewnego momentu było to nawet zabawne ( śmialiśmy
    się wszyscy, że "A to ma temperamencik"), mam na myśli tu czas kiedy jeszcze
    chodziłyśmy razem do liceum. Natomiast kiedy założyła rodzinę, zaczęło to być
    naprawdę uciążliwe. Kilka razy byłam świadkiem jej wybuchów wobec męża -
    zupełnie nie adekwatnych do jego "winy". Ponieważ znałyśmy się od lat, przy
    mnie się wogóle nie hamowała. Po paru latach małżeństwa, przestała się
    kontrolować także przy obcych ludziach. Właśnie u niej widziałam tę
    przesuwającą się granicę dopuszczalnych zachowań. Skończyło się na tym, że
    kiedyś jak wkurzyła się na swojego m, rozwaliła nieszczęśnikowi głowę wazonem.
    Po powrocie ze szpitala postawił jej ultimatum - albo rozwód, albo terapia.
    Poszła na terapię, najpierw indywidualną, a potem uczastniczyła w spotkaniach
    grupy wsparcia. Teraz potrafi panować nad sobą całkowicie. Pozdrawiam Cię.

    Uma

    P.S. Taką przesuwającą się granicę widziałam też u mojego pierwszego męża, z
    tym że on nie chciał słyszeć o terapii, a co gorsze uważał, że jego zachowanie
    to moje wina. Skończyło się na tym, że na terapie chodziłam ja. Jak się
    domyślasz jestem po rozwodzie
    --
    "Zwróć swą twarz ku słońcu, a cień zostanie w tyle"
  • 11.10.04, 23:44
    wiesz Uma, tym bardziej dzieki za Twoje slowa. Bo ja zaczelam przesuwac granice
    i mam nadzieje, ze zauwazylam to w pore, a ta dzisiejsza dyskusja tylko
    utwierdzila mnie w tym, ze to jest moj obowiazek, by cos z tym zrobic.

    pozdrawiam cie bardzo serdecznie
    --
    -----------------------------------
    tak mi dobrze, ze mam kogo kochac...
    -----------------------------------
  • 11.10.04, 12:54
    no coz, napisze tak jak koleandra - tez jestem cholerykiem i tez chyba to mam
    po moim tacie. moj niemaz to calkowite moje przeciwienstwo. nie wiem czy
    terapia cos tu pomoze. tak to juz jest, ze ludzie maja 4 rozne temperamenty i
    tego sie nie zmieni. uwazam, ze mozna zrobic dwie rzeczy.
    jedna to postarac sie zrozumiec, ze taki wybuch dla Twego meza i dla Ciebie
    oznacza cos zupelnie innego. dla niego to tylko rozladowanie, to sposob w jaki
    on reaguje na problem, taki "gwaltowny wydech" z siebie. jak to zrozumiesz, to
    zrozumiesz, ze on ciebie nie chce obrazic, ze on tak po prostu reaguje na
    problem, nie na Ciebie. najlepiej zareagowac zdziwionym spojrzeniem i
    uspokajajacym slowem w stylu "misiaczku.." Na mnie przynajmniej to dziala.

    druga rzecz - uwazam, ze temperamentu sie nie zmieni (psychologiem nie jestem,
    moze jakas e-mama psycholog sie wypowie?), natomiast mozna pracowac nad swoimi
    reakcjami na problem. ja jestem swiadoma swoich reakcji i tego, ze rania mego
    niemeza, wiec te pierwsze "gwaltowne wydechy" pozamienialam sobie na
    siarczyste "K..." wypowiadane w myslach. przyznaje, nie zawsze mi sie udaje,
    ale staram sie.

    swoja droga straszni jestesmy my cholerycy i moze jednak ktos tu da jakas
    lepsza rade na zmiane tego?
    --
    -----------------------------------
    tak mi dobrze, ze mam kogo kochac...
    -----------------------------------
  • 11.10.04, 13:24
    tak sobie jeszcze pomyslalam - mi zawsze pomaga sport. jesli chodze regularnie
    na aerobic (na co ostatnio niestety nie mam czasu), wyladowuje tam negatywne
    emocje, stres i naladowuje sie pozytywnie. zwykle starcza mi to na dosc dlugo.
    Moze zaproponujesz jakis sport mezowi?

    P.S. sport naprawde dziala - nawet moj niemaz to widzi i blaga mnie, bym
    chodzila na sport, bo potem jestem taakaaa kochana smile)
    --
    -----------------------------------
    tak mi dobrze, ze mam kogo kochac...
    -----------------------------------
  • 11.10.04, 13:59
    Hhmm...

    Też mam męża, który tłumaczy się tym, że jest cholerykiem. Także w stosunku do
    jednych potrafi się opanować (zazwyczaj gdy mu zależy na dobrych stosunkach) a
    w stosunku do innych to nagle jest "niemożliwe".

    Także najpierw próbowałam łagodzić sytuację (kochanie nie denewuj się, pomogę
    Ci itp. itd...). Starałam się rozmawiać, tłumaczyć, wyjaśniać - na to była
    jedna odpowiedź - ja jestem cholerykiem, nie potrafię, nie umiem, przeczekaj.

    Ale ja nie jestem maszyną i nie spływa po mnie wszystko jak woda po kaczce.
    Płakałam w samotności, płakałam przy nim. Z czasem zauważyłam, że wybuchy męża
    są coraz bardziej obraźliwe dla mnie, a ja mam w sobie coraz mniej tolerancji
    na takie zachowanie (zwłaszcza jeśli mnie obrażał).

    Aż kiedyś puściły mu hamulce. Poszło o nic, o głupotę niewartą pięciu słów. Nie
    było zadnej winy z mojej strony, nie było jednego słowa głośniej przeze mnie
    wypowiedzianego. Nie było zadnej reakcji z mojej strony na jego obraźliwe
    teksty, poza tym, że nie chcę rozmawiać jak on jest w takim stanie i chętnie to
    zrobię jak on się uspokoi. Dodam, że cała awantura odbywała się na oczach
    naszego trzyletniego syna. W pewnym momencie rzucił się na mnie. Uderzył dwa
    razy, nie mocno, ale to akurat nie jest dla mnie argumentem na jego korzyść.

    Nie chciał mnie z dzieckiem wypuścić z domu, kiedy powiedziałam, że jadę do
    siostry, bo boję się o siebie i dziecko. Bałam się autentycznie. A jednoczesnie
    coś we mnie pękło. Byłam zdecydowana na rozstanie.

    Przepraszał bardzo, i szczerze. Dałam mu jeszcze jedną, ostatnią szansę. I
    skończyło się. Okazało się, że można zapanować nad swoimi wybuchami, kiedy sie
    tego naprawdę chce. A ja nauczyłam się, że nie można ustępować, przeczekiwać,
    uspokajać. To, że ktoś ma problem ze swoimi emocjami nie znaczy, że mam na tym
    cierpieć ja i moje dziecko. A jeśli ktoś twierdzi, że sam nie potrafi nad tym
    zapanować to myślę, że powinien porozmawiać ze specjalistą.

    Trzymaj się Rosarko i nie ustępuj. To ślepa uliczka. A jednocześnie bądź mądra,
    bo Twój mąż musi sobie uświadomić, że ma spory problem ze sobą. Jak będziesz
    chciała to napisz na priv.

    Pozdrawiam
    Ola
  • 11.10.04, 14:21
    Terapia jest dobrym pomysłem. Każdemu może zdarzyć się czasem wrzasnąć czy
    nawet czymś rzucić, ale z tego, co piszesz to Twojemu mężowi zdarza się to
    zdecydowanie zbyt często i zbyt gwałtownie. Obrywasz -nie w sensie fizycznym-
    Ty, obrywa Twoje dziecko (bo przecież słyszy te wrzaski i przekleństwa).
    Dorosła osoba powinna jednak panować nad swoimi emocjami, no i emocje te
    powinny być adekwatne do wagi zdarzenia. Jeśli do tej pory Twój mąż nie nauczył
    się kontrolować, to niestety jest mała szansa, że samo się to zmieni. Z rozmowy
    o terapii powinien wyniknąć jeszcze jeden pożytek - może do Twojego męża
    dotrze, że to co dla niego jest zwyczajnym rozładowaniem się czy wręcz stylem
    bycia, dla Waszej rodziny jest poważnym problemem i że liczą się nie tylko jego
    emocje, wygoda i lenistwo (bo czasem ludziom zwyczajnie nie chce się włożyć
    choćby minimum wysiłku w opanowanie się), ale również Twoje odczucia (i
    dziecka).

    Mówienie o odejściu - sądzę, że traktowanie tego jak straszaka nie jest dobrym
    pomysłem, natomiast jeżeli naprawdę czujesz, że brak samokontroli męża może
    rozbić Wasze małżeństwo, powiedz mu o tym. To może być kolejny krok, żeby
    uświadomić mu, że ma z sobą poważny problem.

    Pomyśl o jeszcze jednym - praca w większości firm jest stresująca. Ile
    zawodowych szans odbiera sobie Twój mąż poprzez niepanowanie nad własnymi
    reakcjami?
  • 11.10.04, 18:36
    Jeśli chodzi o pracę, to mój ambitny mąż pnie się po stopniach kariery
    błykawicznie..... Fakt, jest dobry w tym co robi.
    I w pracy - tak, jak któraś z mam pisała, jest zupełnie inaczej postrzegany.

    chyba ta terapia - i tak się nie zgodzi - byłaby najlepszym wyjsciem.
    Uświadomiła by mu przynajmniej, ze to nie świat, ale On powinien się zmienić.
  • 11.10.04, 19:14
    Słowa "taki mam charakter i się nei zmienię" to tylko wygodna wymówka.

    Charakteru moż eise nie zmieni - swoje reakcje - jak najbardziej. Problem w
    chęci. W motywacji.

    W pracy MUSI sie hamować - a w domu pry tobie - uważa że może "być sobą".
    Nawiasem mówiąc - to właśnie to że w pracy panuje nad sobą odbija się
    najbardziej na tobie. Kiedyś nagromadzone emocje musza znaleźć ujście,
    najmniej "groźna" osoba/osoby cierpią najbardziej.

    I jeszcze jedno. To nie musi ale może być choroba. Wiele zaburzeń może sie
    objawiac agresywnymi zachowaniami (a sama piszesz że to już jest nie tylko
    sprawa między wami, bo taki potrafi być dla i przy obcych). Nie wygląda to
    ciekawie. Jesli nie zechce czegoś ze soba i swoimi reakcjami czegoś zrobić może
    cie czekac nerwica, depresja i tym podobne skutki.

    Rozmawiac rozmawiać rozmawiać. Gdy jest spokojny (choc pewnie sama próba ten
    spokój zburzy..).
    W razi eczego zastanowić sie czy dasz sobie radę bez niego. Bo zawał albo wylew
    mogą trafić jego.. lub ciebie.
    No i szkoda dziecka. Może separacja na jakiś czas pomoże mu zrozumiec co może
    stracić?
    --
    procesor_ka
  • 11.10.04, 19:05
    A co powiecie na dwoje choleryków? Mój mąż jest strasznym cholerykiem, ja
    trochę mniej ( staram się). Obydwoje musimy się po prostu wykrzyczeć i zaraz
    nam przechodzi. Staramy się ( przynajmniej ja) żeby dziecko nie słyszało.
    Czasem pozwalam mu się wykrzyczeć i wychodzę ale czasem nie wytrzymuję. NIGDY
    SIĘ NIE WYZYWAMY. Zresztą za chwilę się godzimy.
  • 11.10.04, 19:21
    Jeszcze jedno dodam, ktoś już o tym wspomniał.
    Na przykładzie mojej rodziny widzę, że taki furiat nie jest dobrym partnerem w
    małżeństwie. Dlaczego? A bo wszystko wyprowadza go z równowagi. U nas było tak
    (i jest), że kiedy mama, która trzyma kasę mówiła tacie, że mają mało
    pieniędzy, zamiast usiąść i spokojnie zastanowić się, co z tym zrobić i jak
    oszczędzić, zaczynał się ciskać i wściekać. Kiedy zepsuł się samochód, wpadał w
    szał, zamiast spokojnie pomyśleć, że może trzeba go zepchnąć z drogi i
    zadzwonić po pomoc. I tak mama przejęła wszystkie obowiązki i o niczym mu nie
    mówi, żeby się nie zezłościł(bo potrafi przez tydzień psuć atmosferę). A
    najgorzej jest, kiedy musi zrobić coś, czego nie lubi, pamiętam, że wszyscy
    schodziliśmy mu wtedy z drogi, teraz to już tylko brat i mama, ja nie muszę.
    Przy tym wszystkim tata ma bardzo odpowiedzialną i stresującą pracę(lekarz), w
    której uważany jest za oazę spokoju, człowieka sumiennego, wesołego i mający
    świetny kontakt z ludźmi(jak mąż Rosarki). I ojcem też byłby super, gdyby nie
    te jego nagłe ataki złości...
    Dlatego koniecznie Rosarko musisz męża zmienić, bo może się stać tak jak w
    mojej rodzinie, gdzie mama zupełnie nie może liczyć na tatę w kryzysowych
    sytuacjach.
    Pozdrawiam jeszcze raz i życzę powodzenia!
    --
    Agnieszka
  • 12.10.04, 00:04
    Dzięki, dzięki, dzięki!
    Powiem Wam, ze mi ciężko. Tak, jak piszecie, taka osoba, jak mój mąż to bardzo
    trudny partner. Nie mam w nim przyjaciela, nie mogę o wszystkim powiedzieć, bo
    przy byle okazji użyje tego przeciwko mnie. Jestem więc sama ze swoimi
    problemami.
    Często wstydzę się za męża. W wiele miejsc (lekarze dla dziecka, urzędy i inne)
    wolę iść sama, bo jak idę z nim, to jestem cała rozstrzęsiona, bo myślę, jak
    się może zachować, gdyby coś go zdenerwowało.
    Wstydzę się też, kiedy tak wybucha, wydziera się, czy zwraca mi uwagę przy
    znajomych (jak się domyślacie krąg znajomych bardzo mi się zawęził). Jak wtedy
    reagować? Co mu odpowiadać, zeby nie czuć się, jak ofiara, a jednocześnie nie
    prowokowac go do dalszych krzyków???????
    Cieszę się z jednego, że niektórym mamom - choleryczkom moze coś ten wątek
    uświadomił? Może Wasi partnerzy, jakieś stokrotki w podziękowaniu mi przyślą wink
    A tak na poważnie dziewczyny zróbcie coś ze swoją agresją, bo marnujecie życie
    i zdrowie innym ludziom swoim najbliższym, najkochańszym..... Nie chcę
    uogólniać, ale ja właśnie tak czuję.......
  • 12.10.04, 13:14
    Twoj post jest bardzo adekwatny do mojej dzisiejszej sytuacji...mam meza
    choleryka i dzisiaj po okresie wzglednego spokoju kolejna klotnia...a o co?
    nawet nie pamietam..poprostu wstal lewa noga...przez dlugi czas łudzilam sie
    ze on sie zmienil ale dzisiaj juz we mnie cos peklo...on wrzeszczal a ja
    siedzialam i nic nie mowilam...nie bylo przegadywan...poszlam do innego pokoju
    a on za mna...i wiesz co zauwazylam? ze on zneca sie psychicznie do czasu kiedy
    ja jestem slaba..kiedy placze ..a kiedy odkryje ze nie ruszaja mnie jego slowa
    to lagodnieje..wiem jak ciezko z kims takim zyc ...znam smak wstydu za
    meza..jedyne co moge Ci poradzic to musisz poszukac sily w sobie..nie mozesz
    byc ulegla ofiara bo to jeszcze bardziej prowokuje .... w tej chwili wlasciwie
    postawilam wszystko na jedna karte...albo on zacznie mnie szanowac albo
    koniec ..nie chce zeby moje dziecko pomiatalo mna w ten sposob jak robi to jego
    ojciec.....musisz byc silna i musisz znalesc ta sile w sobie bo on nie ma
    prawa krzyczec i poniewierac...i nie ma tlumaczen w stylu"jestem cholerykiem
    musze sie wykrzyczec"...ja wychodze z zalozenia ze zycie mam jedno i nie chce
    go zmarnowac na szarpanie sie sie z kims kto mnie nie szanuje...odpowiedz sobie
    na pytanie jaka bedziesz osoba za 20 lat zyjac z kims takim?...bron Boze nie
    namawiam do rozstania ale moze zimny prysznic ostudzi troche ten
    temperament...rozpisalam sie ale ten temat jest mi strasznie bliski...i
    jednoczesnie tak bardzo rozumiem co czujesz...pozdrawiam
    --
    Co Cie nie zabije to Cie wzmocni...
  • 12.10.04, 13:20
    Andziu, bardzo mi przykro. Wiem, co czujesz......
    Co z nimi zrobić???? Co zrobić, zeby zrozumieli, ze zycie z nimi to koszmar,
    piekło i pogrążanie się w depresji!
    Jak ich zmienić??????
  • 12.10.04, 13:33
    Powiem Ci ze mi juz nawet nie jest przykro...te krzyki to poprostu wyraz jego
    slabosci ...nie jestem upowazniona do tego zeby dawac ci jakies rady ale...tak
    mysle ze kiedy on nastepnym razem odpowie na Twoje :odejde-to idz...to poprostu
    sie wyprowadz nawet na kilka dni zeby od niego odpoczac i zeby on odpoczal od
    ciebie...gdyby nie to ze moja rodzina mieszka 200 km stad to ja zrobilabym to
    juz dawno......Trzymaj sie cieplutkosmile))
    --
    Co Cie nie zabije to Cie wzmocni...
  • 12.10.04, 13:59
    Bardzo bliskie jest mi to, o czym tu piszecie. Moj pierwszy mąż tak właśnie
    mnie traktował, z tym że u nas dochodziło również do rękoczynów. Co wam mogę
    poradzić?
    Przede wszystkim w momencie ataku poprostu trzeba zejść z drogi. Wziąść
    dziecko, wyjść do innego pokoju, a nawet z mieszkania. Nie wolno wdawać się w
    dyskusje, bo to i tak nic nie da.
    Po drugie, kiedy jest spokój próbować o tym rozmawiać. Mówić jak to was boli,
    że się boicie jak bedzie wyglądać przyszłość waszego związku, próbować wspólnie
    znaleźć wyjście z sytuacji.
    Jeśli mąż odmawia rozmowy, napisać do niego list, zawierający to wszystko co
    chciałybyście powiedzieć, a przede wszystkim informacje o tym co czujecie w
    momencie ataku jego agresji. O strachu, bezsilności, tęsknocie za nim, takim
    jaki potrafi być w chwilach kiedy jest dobrze.
    Jeśli uda się przebrnąć przez te etapy i mąż zrozumie i będzie chciał pracować
    nad sobą, wtedy można spróbować namawiać go na terapie.

    Powiem szczerze - mnie się to nie udało, ale wiem że niektórzy odnoszą sukces

    Pozdrawiam

    --
    "Zwróć swą twarz ku słońcu, a cień zostanie w tyle"
  • 12.10.04, 14:52
    Uma czemu opowiadasz moją historię?wink
    Mój pierwszy mąż też był (pewnie jest) cholerykiem. Na terapię nie dał się
    namówić. Też słyszałam, że on taki po prostu jest (tak jakby mnie i wszystkich
    innych zagryzanie języka w pewnych sytuacjach nic nie kosztowało). Nawet jeśli
    z powodu jakiś dziedzicznych obciążeń jemu było trudniej, nawet jeśli
    wybuchowość była skutkiem nadpobudliwości, to i tak widziałam, że on kompletnie
    NIE STARA SIĘ, nie wkłada żadnego wysiłku żeby opanować się i zaoszczędzić mi
    przykrych wrażeń. Egoista który myślał tylko o sobie, bo rozumiecie on się musi
    wyładować (dla własnego zdrowia psychicznego) i on nie potrafi nad tym panować
    (czytaj 'nie chce mu się', bo jakoś w rozmowie z szefem potrafił nie wrzasnąć).
    Na terapię iść nie chciał, pracować nad sobą nie chciał, więc po kolejnej
    karczemnej awanturze, że w domu zabrakło jajek wyszłam i nie wróciłam (fakt, że
    to nie był jedyny problem).

    Ale znam też przypadek gdzie udało się furiata namówić na terapię i widać już
    efekty, więc myślę, że próbować trzeba. Dziewczyny - życzę Wam powodzenia.
  • 12.10.04, 19:22
    melka_x napisała:

    > Uma czemu opowiadasz moją historię?wink
    > Mój pierwszy mąż też był (pewnie jest) cholerykiem.

    Ha! Mój jest nadal. Mieszka ze swoimi rodzicami i toczy wojny ze swoją matką,
    która też ma "temperament" wink)
    >
    > Ale znam też przypadek gdzie udało się furiata namówić na terapię i widać już
    > efekty, więc myślę, że próbować trzeba. Dziewczyny - życzę Wam powodzenia.

    Ja też znam przypadek, gdzie terapia dała fantastyczny efekt. Pisałam o tym w
    którymś z poprzednich postów. Życzę wszystkim zebranym tu choleryczkom i żonom
    choleryków, żeby taki sukces stał się również ich udziałem smile). Kluczem do tego
    sukcesu są chęci z obu stron, ale przede wszystkim ze strony choleryka.
    Pozdrawiam.

    Uma


    --
    "Zwróć swą twarz ku słońcu, a cień zostanie w tyle"
  • 12.10.04, 15:32
    U mnie właśnie dzięki temu, że doszło do rękoczynów to coś zmieniło się na
    lepsze. Chyba. Opisałam naszą historię wyżej.

    Pamiętam jak stosowałam się do wszystkich zaleceń opisanych przez Umę
    (schodzenie z drogi, niewdawanie się w dyskusje i rozmowy, rozmowy, rozmowy).
    Próbowałam też pisać listy. I nic to nie dawało. Mąż listów nie czytał, albo
    tylko tak mówił. W czasie rozmów miał jeden argument - ja po prostu jestem
    cholerykiem - daj mi się wykrzyczeć i będzie dobrze. To szczególnie mnie
    rozkładało, bo co w takiej sytuacji odpowiedzieć?? Natomiast na schodzenie z
    drogi mąż zaczął reagować agresywnie - że go nie słucham, że olewam, że się
    czuję ważniejsza, że zachowuję się jak hrabina itp... I właśnie wtedy doszło do
    rękoczynów. On zaczął krzyczeć ja się odwróciłam i już nic więcej zrobic nie
    zdążyłam.

    Do dziś kiedy wspominam ten wieczór to trzęsą mi się ręce. Po raz pierwszy
    autentycznie zobaczyłam w moim mężu kogoś obcego, kogo suię boję. Nie sądziłam,
    że jest do tego zdolny, żeby uderzyć własną żonę z dzieckiem na ręku. Uciekłam
    do mojej siostry. Nic nie ukrywałam. Szczerze opowiedziałam co się stało. Mąż
    nie chciał mnie wypuścić z domu. Fakt, że był wtedy po kilku piwach.

    Potem dużo rozmawialiśmy. Były to bardzo trudne rozmowy, długie, bolesne. To
    zdarzenie pozwliło mojemu mężowi uświadomić sobie, że ma poważny problem ze
    sobą i swoimi emocjami. W końcu dałam mu jeszcze jedną ostatnią szansę. Mąż się
    bardzo zmienił. Nie ma już wybuchów gniewu, nie ma zwalania na mnie obowiązków,
    bo to nie na jego nerwy, właściwie nie mam zastrzeżeń. Ale cena tego jest
    bardzo wysoka, nie wiem czy nie za wysoka. Nie potrafię zapomnieć tamtego
    zdarzenia. Już mu nie ufam, już nie ma we mnie tej fajnej, normalnej miłości.
    Nie potrafię pozbyć się rezerwy, którą wobec niego odczuwam. I czas tu nie gra
    roli.

    Mąż jest tez oczywiście skreślony w oczach mojej rodziny. Zaakceptowali moją
    decyzję o pozostaniu razem, ale stosunki z mężem są bardzo oficjalne i
    formalne. Właściwie już nie jesteśmy normalną rodziną.

    Nie wiem co będzie dalej. Czuję, że musiałam mu dać tę szansę ze względu na
    nas, na dziecko, na to co razem stworzyliśmy.

    Nie wiem czy i jak można byłoby rozwiązać nasz problem wcześniej i inaczej. Czy
    był jakiś sposób, żeby zapobiec temu co sie stało? Jak pomóc cholerykowi w
    uświadomieniu sobie jego problemów? Przerażają nie troche wypowiedzi dziewczyn
    powyżej, które są dla siebie tak pobłażliwe. To jest egoizm, dla mnie w
    najczystszym wydaniu. Ale do tego najtrudniej się przyznać.

    Pozdrawiam
    Ola
  • 12.10.04, 19:10
    Twój post jest dowodem na to, że każdy przypadek jest inny. U mnie było
    podobnie do czasu. Tzn mąz nie dawał sobie nic powiedzieć - na wszystko reakcją
    była agresja. Po kilku latach takiego życia nie miałam już siły niczego
    ratować. Kazałam mu się wyprowadzić. Było mi o tyle łatwo to zrobić, ponieważ
    moja córka mało znała ojca i bała się go. Nigdy nie potrafił i nie chciał się
    nią zajmować. Wiedziałam, że bez niego może być nam tylko lepiej. Odczułam
    ulgę. A on? Coś tam kiedyś przebąknął, że może by wrócił, ale jakoś nie drążył
    zbytnio tematu, a ja po jakimś czasie poznałam mojego obecnego m i jestem
    szczęśliwa. Wreszcie.

    --
    "Zwróć swą twarz ku słońcu, a cień zostanie w tyle"
  • 13.10.04, 09:06
    To prawda, że każdy przypadek jest inny. Mój mąż ma bardzo dobry kontakt z
    synkiem. W sumie chętnie się nim opiekuje, dużo się bawią, razem wyjeżdżają na
    wakacje kiedy nie mam urlopu. Widzę jak bardzo mąż kocha synka i jak mu na nim
    zależy. Myślę, że to jest jeden z powodów, dla których postanowiliśmy jeszcze
    raz spróbować. Bo mąż udowodnił, że zależy mu na rodzinie. Myślę też, że to był
    dla niego bodziec do zmiany. Zrozumiał co traci, już nie dało się odsuwać
    problemu i udawać, że nie istnieje. Bez takiego wstrząsu trudno komuś
    uświadomić jego problem.

    Cieszę się, że jesteś w końcu szczęśliwa, że masz normalną rodzinę.
  • 12.10.04, 16:09
    Dziewczyny, jest taka książka: "Jak żyć ze złością?" (czy jakoś podobnie). Nie
    pamiętam, niestety, autora. Na okładce ilustracja osy.
    Jeśli ktoś jest cholerykiem, to całkiem możliwe, że jest też "uzależniony" od
    wysokiego poziomu adrenaliny.
    Działa to mniej więcej jak każde inne uzależnienie. "Zastrzyk" adrenaliny
    działa pobudzająco, daje energię (czasem nawet uczucie euforii), lecz działa
    stosunkowo krótko. Potem następuje rozładowanie i uczucie zmęczenia, wyprucia,
    otępienia. Człowiek podświadomie dąży do ponownego osiągnięcia stanu
    pobudzenia - każdy powód do podniesienia poziomu adrenaliny jest dobry (nie
    umyta szklanka, but leżący na przejściu, letnia zupa). Jeśli ktoś robi takie
    awantury kilkanaście razy dziennie, to prawdopodobnie już jest uzależniony.

    Któraś z Was napisała, że mąż powstrzymuje się, by nie wyładować się na
    dziecku. Póki dziecko jest małe, facet jakoś sobie radzi. Gorzej będzie potem -
    może już całkiem niedługo. Wystarczy, że zrobi to raz - później będzie to
    codzienność. Zgadzam się z umasumak, że granice chętnie się przesuwa - nawet w
    przeciętnych związkach, gdzie nie ma problemów z negatywnymi emocjami
    (wystarczy, że partner wyczuje, iż ten drugi jest spolegliwy).
    Dzieci źle znoszą, gdy rodzice na siebie krzyczą (co zdarza się w większości
    rodzin), a co się w nich dzieje, gdy obserwują ślepą furię połączoną z
    wulgaryzmami?!
    Dorka
    mama Sikorek i Leonka
  • 29.12.04, 08:07
    Rosarko i pozostałe dziewczyny,
    co u Was słychać, czy coś się zmieniło podczas tych dwóch m-cy?
    Tyle razy odszukiwałam ten wątek, znam go niemal na pamiec, jakos nigdy nie
    miałam odwagi by coś od siebie napisac. Jak sie możecie domyslać, jestem
    również żoną choleryka. Siedzę właśnie w pracy i ryczę bo już mam serdecznie
    dosć jego wybuchów złosci i unoszenia sie z byle pierdoly.
    Napiszcie proszę co u Was,
    pozdrawiam, Magda
    --
    "Puchatek spojrzał na swe obydwie łapki. Wiedział, że jedna z nich jest prawa,
    i wiedział jeszcze, ze kiedy się już ustaliło, która z nich jest prawa, to
    druga była lewa, ale nigdy nie wiedział, jak zacząć".
  • 29.12.04, 09:43
    Cześć Madziu,

    U mnie jest dobrze, coraz lepiej. Wręcz nie poznaję swojego męża. Myślałam, że
    po incydencie, który opisałam wyżej mąż trochę przystopuje, zmieni się na jakiś
    czas, ale szczerze nie wierzyłam w jakąś trwałą poprawę. A tu proszę tyle
    miesięcy, a mąż zaskakuje mnie ciągle pozytywnie. Odnajduję w nim powoli tego
    człowieka, w którym się kiedyś zakochałam. Ja też się zmieniłam, czuję to i
    widzę. Po prostu ja to wiem i wie to mąż, że więcej nie zaakceptuję obrażania
    mnie, jakiś manipulacji i psychicznego wykańczania. To nie są już żarty i wiemy
    to oboje. Teraz już nie boję się powiedzieć mężowi co myślę, nie boję się po
    prostu jego wybuchów. W rezultacie wybuchów nie ma już od długiego czasu.
    Metoda męża polega teraz na tym, że kiedy czuje, że traci nad sobą kontrolę to
    wychodzi gdzieś ochłonąć, policzyć sobie do dziesięciu i wraca gdy jest w
    stanie podjąć normalną rozmowę. Poza tym częstotliwość takich "ataków" bardzo
    zmalała. Mam nadzieję, że udało nam się pokonać kryzys.
    Nie wiem, co Tobie radzić. Na pewno mąż musi zrozumieć i zaakceptować, że nie
    może tak traktować swojej rodziny. Ale jak to zrobić, żeby jednocześnie nie
    uznał Ciebie za wroga, kogoś kto jest przeciwko niemu? Nie wiem. Każda sytuacja
    jest inna. Rób to co Ci serce podpowiada w danej chwili. Nie rób nic wbrew
    sobie. Trzymaj się i nie daj się.

    Pozdrawiam
    Ola
  • 29.12.04, 08:55
    Mam podobna sytuację, więc wiem co przeżywasz. A co u mnie działa? Dużo seksu
    (kiedy jest napięcie). Wiem że wtedy nie ma się ochoty na figliki, ale trzeba
    się przemóc, zrobić miłą atmosferę mimo wszystko i zaciągnąć go do łóżka. Poza
    tym działa jeszcze wata w uszach ( u mnie oczywiście) i "wyłączanie się" oraz i
    przede wszystkim środki uspokajające podawane mężowi nie w trakcie wybuchu
    złości ale z rana lub jak przyjdzie z pracy. Persen lub Kalms oraz herbatka z
    melisy dla obu stron. Wiem ze to nie jest działanie na dłużej, ale mąż wpada w
    ton uspokojenia po tym wszystkim, przyzwyczaja się i na pewien czas zapomina o
    wybuchowości. A jak powraca złóść na wszystko bez powodu to powtarzam zestaw
    przez jakiś czas. U mnie działa. Co zrobić - takie życie... Powodzenia
    --
    johana_mama Igoreczka-psoteczka
  • 29.12.04, 09:46
    Rosarko
    Witam Cię serdecznie.
    Mam dokładnie takiego samego męża-połączenie choleryka z malkontentem.Znam ten
    ból.Reagowałam też jak ty-płacz,prośby...Było coraz gorzej.Zauważyłam że wiele
    przedmówczyń (nie czytałam wszystkich wypowiedzi)niejako bagatelizuje ten
    problem.Trzeba byc ofiara choleryka żeby zrozumieć jak to wyniszcza.
    U mnie jest obecnie lepiej,zdarzaja się jeszcze takie dni ale nie ma
    porównania,a osiągnełam to w następujący sposób:
    Rewnego dnia nerwy mi puściły.Zdałam sobie sprawę że doszłam do ściany.Mąż
    jakąś tam awanturkę o g... zrobił z rana,potem chodził podminowany,a ja czułam
    jak cos we mnie pękło.Po południu uspokoił się.Ja nie.Czułam narastającą złość
    i brak akceptacji takiego życia.usiedliśmy.Z niesamowitym,zimnym spokojem
    zaczęłam mu mówić.Nazwałam to co robi po imieniu,czyli PRZEMOCĄ
    (psychiczną).Powiedziałam mu wyraźnie jak się czuję kiedy on to robi.Dokładnie
    opisałam nie tylko uczucia ale też stan fizyczny do którego mnie to
    doprowadza.Powiedziałam o myślach samobójczych.Nastepnie jasno i konkretnie
    postawiłam warunki.To się ma skończyć.Od jutra on szuka psychologa i chodzi na
    terapię.Ja dłużej nie będę tolerować takiego traktowania.I choć go kocham i
    przysiegałam byc do smierci-odejdę z dzieckiem jeśli się nie zmieni.Kilka razy
    walnęłam pięścią w podłogę.
    Przestraszył się.Był zdumiony gdy usłyszał jak bardzo cierpię i jak to
    przeżywam.Do psychologa ostatecznie nie poszedł...ale zaczął sam nad soba
    pracować i widzę efekty.Coś zrozumiał,coś do niego dotarło.Myślę że ten mój
    zimny spokój,determinacja i gniew zrobiły na nim wrażenie.
    Tak było u mnie.
    Życzę powodzenia i koniecznie coś z tym zrób.Nie daj się.
    Pozdrawiam
    Migotka
    --
    "Pewnego razu Hanka wyszła przed jaskinię i powiedziała do Rumcajsa:
    - Wiesz, urodził nam się synek!"
    smile
  • 29.12.04, 20:01
    Tez milam choleryka, albo czlowieka psychicznie chorego. Bo raczej zdrowy
    czlowiek, nie upokarzal by mnie- na kazdym kroku - z premedytacja. Atakow furii
    dostawal dzien w dzien, przez dwa lata. A ja, bylam strzepkiem nerwow. Odsuwalam
    sie na bok, kiedy sie zloscil, bylam grzeczna, zeby bardziej go nie rozjuszyc.
    Pierwszy raz uderzyl mnie, kiedy wkurzyl sie na swojego kolege, a tenze
    wrzeszczec na siebie nie pozwolil. Trzeci raz, uderzyl mnie, kiedy chcialam z
    nim isc na terapie. Z ulga na sercu odeszlam.
    A na terapie ja zaczelam chodzic, bo moja psychika w pewnym momencie zaczela
    szwankowac.
    pozdrawiam
    nanuk
    --
    Zycie istnieje dzieki temu, ze zawsze za pozno, by sie cofnac.
  • 02.01.05, 22:48
    Przeczytałam ten wątek parę dni temu i dzis postanowiłam napisać parę słów od
    siebie. Ja również mam męża choleryka, jesteśmy sześć lat po slubie i ciągle na
    nowo uczę sie z nim być. Widze jednak postępy w jego zachowaniu. Pierwsze
    miesiące małżeństwa były dla mnie ogromnym, zaskoczeniem. Zaczęło się od tego,
    że to on o wszystkim decydował, nie biorąc mojego zdania pod uwagę. No i
    przeszłam to co wiele z was tu opisuje. Nie chcę się rozpisywać, ale widziałam
    również błędy w swoim zachowaniu, właśnie to - nie denerwuj się, ja ci pmogę
    nic się nie stało - widziałam że taka moja reakcja wyzwala jeszcze większa
    agresję, którą oczywiście wyładowywał na mnie. Często w czasie jego wybuchów
    wpadałam w zaczepny ton - no bo przecież nie dam sie poniżać - skutek łatwy do
    przewidzenia. Przeprowadziliśmy masę rozmów, oczywiście w czasie kiedy był
    spokojny i bardzo się do siebie zbliżyliśmy - on wprost powiedział, że nie
    potrafi panować nad swoimi emocjami, ja ze swojej strony po każdym wybuchu
    mówię jak się źle z tym czułam, że mnie zranił itp. namawiałam go na terapię,
    ale nie chciał, jednak widzę, że sam stara się nad sobą pracować, naprawdę
    widzę wielkie zmiany w jego zachowaniu, nigdy nie straszyłam go odejściem, wiem
    napewno, że mu na mnie bardzo zależy i dla mnie stara się zmienić.

    --
    Wielka Mapa eRodziców
  • 07.01.05, 11:46
    Dziewczyny Kochane.
    U mnie różnie raz lepiej raz gorzej sad. Jednak z przewagą na lepiej smile)
    Przeprowadziliśmy wiele rozmów. Wydaje się, że mąż dużo zrozumiał.
    Wciąż jednak w wielu sytuacjach reaguje nie tak, jak bym to sobie wyobrażała i
    jakbym oczekiwała.
    Ale cóż pracujemy, pracujemy..... zmieniłam też nieco w swoim zachowaniu. Kiedy
    On wybuchnie, staram się spokojnie odpowiadać, zaprzestałąm zaczepnego tonu, o
    którym pisze grenta. Po wybuchu nie obrazam się, ale w miarę (!!) normalnie z
    nim rozmawiam. Po chwili słyszę "Przepraszam". Nie wiem, co będzie dalej??

    Zaniepokoiła mnie wypowiedź jednej z dziewczyn, że mimo niechęci (o ile dobrze
    zrozumiałam) ciągnie męża do łóżka sad, żeby rozładować sytuację.
    U nas tez na tym tle były problemy. Mąż chiał się kochać kilka godzin po
    awanturze, jakby nic się nie stało. Ja nie mogłam! I kolejna obrażona mina
    mojego męża i kolejna awantura. Dużo rozmów kosztowało mnie wyjaśnienie mu, że
    ja tak nie umiem, nie potrafię i nie chcę!!

    Ciężko, wciąż cieżko.....

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.