Dodaj do ulubionych

ciekawe artykuły

  • 06.08.08, 13:59
    POLITYKA
    wiadomosci.onet.pl/1501090,242,1,kioskart.html
    Cudo z kija
    Łuk tysiące lat służył do polowań, by z czasem stać się bronią
    Używano go też do innych celów. Żadna inna tak prosta machina nie
    miała aż tylu zastosowań.


    Siła człowieka, skumulowana w wygiętym kiju, po uwolnieniu cięciwy
    wyrzuca strzałę z prędkością 140–200 km/godz. Choć energia 36-
    gramowej strzały przy 160 km/godz. wynosi zaledwie 35 dżuli (pocisk
    kalibru 9 mm ma ich 600), wystarcza, by upolować duże zwierzę;
    wszystko zależy od grotu strzały – tak wynika z doświadczeń Sax-tona
    Popea i Arthura Younga, angielskich łuczników z początku XX w. Dziś
    nieliczni polują za pomocą łuku, nie zabieramy go na wojny, nadal
    jednak strzelają z niego sportowcy.

    Najstarsze sceny polowań z łukami mają ok. 20 tys. lat, ale łuk
    znano już wcześniej. – Dowodami są grociki z typowymi zniszczeniami
    wierzchołków, które złamały się w zetknięciu z kością zwierzęcia,
    oraz odpryski kamiennych grotów w kościach reniferów, żyjących 13
    tys. lat temu – mówi prof. Karol Szymczak z Instytutu Archeologii
    Uniwersytetu Warszawskiego. – Krzemienne i kościane narzędzia zwane
    ostrzami, mogące służyć jako groty strzał, wytwarzano już 15 tys.
    lat wcześniej – jest zatem bardzo prawdopodobne, że gdy w początku
    górnego paleolitu człowiek zasiedlił Europę, łuk był w powszechnym
    użyciu. Przypuszcza się, że rozkwit łucznictwa miał związek z
    zalesieniem Europy po ostatniej epoce lodowej. Używane do tego czasu
    długie oszczepy przestały się sprawdzać w gęstwinie drzew. Nie
    wiadomo natomiast, czy łukiem posługiwał się neandertalczyk.
    Zwolennicy intelektualnej przewagi człowieka utrzymują, że
    nieobeznanie z łukiem było jedną z przyczyn klęski homo
    neanderthalensis.

    Łuki do Europy dotarły z Afryki, gdzie, jak sądzono, pojawiły się
    ok. 40 tys. lat temu. Tymczasem tegoroczne odkrycie w jaskini
    KwaZulu Natal w południowej Afryce przesuwa tę datę jeszcze
    wcześniej. Zespół badawczy Lucindy Backwell z Uniwersytetu w
    Witwaterstrand znalazł bowiem 5-centymetrowy kościany grot liczący
    61 tys. lat.

    Prawie wszystkie ludy archaiczne używały łuku, ale z odkrycia
    sprężystości drewna korzystali nie tylko myśliwi. Łuk miał również
    zastosowanie gospodarcze – służył do rozniecania ognia oraz
    wiercenia, a także jako instrument muzyczny i prymitywny warsztat
    tkacki.

    Hi-tech ze wschodu

    Znaczenie łuku w pradziejowej Europie było ogromne, przynajmniej
    takie można odnieść wrażenie, gdyż dzisiejsi badacze znajdują setki
    tysięcy kamiennych grocików. To one też są podstawą do rozpoznawania
    poszczególnych kultur archeologicznych. – Ok. 10 tys. lat temu w
    Europie istniał tzw. krąg kultur z liściakami, czyli grotami w
    kształcie liści – mówi prof. Szymczak. – Różnice w formie i
    wielkości tych grotów pozwalają odróżnić od siebie współistniejące
    lub następujące po sobie kultury. W "Winnetou", gdy Old Shatterhand
    znajduje strzałę na prerii, od razu wie, że byli tam Komancze. To
    samo starają się robić archeolodzy.

    Najstarsze łuki Europy zachowały się na stanowiskach bagiennych i
    liczą ok. 10 tys. lat. Jest to solidnie wykonana broń łowiecka, z
    którą ówcześni ludzie musieli być obeznani od wielu pokoleń. Jeden z
    najstarszych – łuk z Holmegard w Danii – ma wyraźne przewężenie
    pośrodku, które ułatwiało trzymanie i wpływało na precyzyjniejszy
    lot strzały, płaskie ramiona zapewniały stabilność i większą
    elastyczność, a pocienione końce łuku nadawały strzale większą
    szybkość. To był prawdziwy mezolityczny hi-tech.

    Same strzały też nie oparły się nowinkom technicznym. Znaleziona w
    Lilla Loshult w Szwecji miała 92 cm, nadano jej wrzecionowaty
    kształt, przy czym najgrubsza jej część znajdowała się w 1/3
    długości, co sprawia, że była lżejsza i szybsza niż jej cylindryczna
    poprzedniczka. Ostre jak brzytwa grociki mogły zabić niedźwiedzia,
    tępymi polowano na zwierzęta futerkowe i ptaki, gdyż nie uszkadzały
    skóry i piór. Strzały z ekwipunku Człowieka z Lodu (Ötzi) miały inną
    nowinkę, która mimo upływu 5600 lat nadal jest w użyciu – trzy lotki
    z piór. Natomiast w epoce brązu (2500–800 p.n.e.) pojawiły się groty
    stworzone do walki z wrogiem, zaopatrzone w specjalne zadziory i
    kolce, które przy próbie usunięcia z ciała łamały się i zostawały w
    ranie. Niektórzy przypuszczają, że smarowano je trucizną.

    Najlepsze na łuki było drewno cisowe. W Europie było go sporo,
    mieszkańcy innych kontynentów musieli sobie radzić inaczej – powstał
    zatem łuk kompozytowy. Robiono go z kilku kawałków drewna,
    wzmacniano od strony grzbietu ścięgnami, od strony brzuśca kawałkami
    rogu, a wszystko spajano klejem z kości i ścięgien. Pochodzący z
    Azji łuk kompozytowy był o wiele bardziej sprężysty niż łuk prosty.
    Kolejną innowacją azjatycką był łuk refleksyjny, w którym
    przynajmniej jedną warstwę drewna sklejano w stanie silnego
    naprężenia. W ten sposób wykonane łęczysko tworzyło w stanie
    spoczynku wygięcie, cięciwę zakładano wyginając łuk w przeciwną
    stronę, co gwarantowało strzale większą prędkość przy mniejszych
    rozmiarach łuku.

    Broń niewieściucha

    W armiach kultur basenu Morza Śródziemnego dominuje łuk kompozytowy.
    Łuczników miały wojska egipskie, sumeryjskie, potem asyryjskie i
    babilońskie. Mimo to, gdy niezwyciężone dotąd wojska perskie
    spotkały się na polu walki z oddziałami Kimmerów, a potem Scytów,
    nie mogły sobie poradzić z konnymi łucznikami, którzy zasypywali
    Persów gradem strzał. Chociaż Mykeńczycy znali łuk kompozytowy
    (przywieźli go Kreteńczycy mający kontakt z Egiptem i Syrią), a
    srebrny łuk był atrybutem Apolla, to nigdy nie stał się on bronią
    podstawową Achajów, którzy w walce pieszej i z rydwanów używali
    ciężkich włóczni o długich ostrzach. O mieszanych uczuciach do łuku
    świadczy "Iliada" Homera, w której łuczników uważa się za
    unikających starcia tchórzy i niewieściuchów.

    Najwytrawniejszy łucznik trojański Pandaros, właściciel łuku
    wykonanego z "długiego na 16 dłoni" rogu dzikiego kozła,
    zakończonego złotymi gryfami, miał w czasie rozejmu wypuścić
    zdradziecką strzałę na Menelaosa. Chybił – po czym zginął w
    pojedynku na włócznie. Podstępne były także zatrute jadem hydry
    lerneńskiej strzały. Od jednej z nich zginął Parys, który, jak
    pamiętamy, sam zabił z łuku Achillesa trafiając go w piętę. Trochę
    większym szacunkiem cieszy się łuk w "Odysei", gdzie w kulminacyjnej
    scenie bohater za pomocą wielkiego łuku kompozytowo-refleksyjnego,
    na który nie jest w stanie założyć cięciwy żaden z jego rywali,
    dokonuje rzezi zalotników swej żony Penelopy.

    Na przełomie VIII i VII w. p.n.e. pojawia się nowy typ żołnierza –
    ciężkozbrojny hoplita walczący w głębokim szyku zwanym falangą.
    Hoplickim ideałem jest starcie wręcz, a lekkie oszczepy i strzały z
    łuku są dobre dla barbarzyńców i Amazonek. Brzmi to jak czcze
    przechwałki, ale pod Maratonem i Platejami Grecy dowiedli, że ich
    taktyka jest bardzo skuteczna. To wszystko (a także obecność
    rodyjskich procarzy, których ołowiane pociski miały większy zasięg
    niż strzały) sprawiło, że łucznicy – głównie kreteńscy i scytyjscy
    najemnicy – nie liczyli się szczególnie na polu walki. Niezastąpieni
    byli natomiast aż do pojawienia się artylerii oblężniczej w trakcie
    oblężeń i obrony miast.

    Rzymianie też oparli swoją sztukę wojowania na ciężkiej piechocie,
    łucznicy służyli jedynie w oddziałach pomocniczych. Pamiątką po nich
    są znajdowane na miejscach stacjonowania legionów zekiery, czyli
    metalowe pierścienie zakładane na kciuk, niezbędne przy napinaniu
    łuku refleksyjnego. I chociaż łucznicy partyjscy nieraz pokazali
    Rzymianom, jak są skuteczni, większą rolę odegrał łuk w legionach
    rzymskich dopiero w IV w., kiedy to Vege
  • 06.08.08, 14:00
    Rzymianie też oparli swoją sztukę wojowania na ciężkiej piechocie,
    łucznicy służyli jedynie w oddziałach pomocniczych. Pamiątką po nich
    są znajdowane na miejscach stacjonowania legionów zekiery, czyli
    metalowe pierścienie zakładane na kciuk, niezbędne przy napinaniu
    łuku refleksyjnego. I chociaż łucznicy partyjscy nieraz pokazali
    Rzymianom, jak są skuteczni, większą rolę odegrał łuk w legionach
    rzymskich dopiero w IV w., kiedy to Vegetius, autor wojskowego
    podręcznika, radził szkolić łuczników. Zmianę tego nastawienia łączy
    się z najazdem Hunów, doskonałych jeźdźców i łuczników.

    Pomocnik rycerza

    Podczas gdy na południu dominował łuk wschodni (kompozytowy) – na
    północy Europy nie sprawdzał się, ponieważ źle znosił wilgotny i
    chłodny klimat. W wiekach średnich, gdy punkt ciężkości dziejów
    Europy przeniósł się na północ, przeżywał renesans długi łuk
    wykonany w całości z drewna cisowego. Niektórzy uważają wręcz, że
    było to cofnięcie się w rozwoju – powrót do zwykłego kija bez
    przewężonego uchwytu o zupełnie nieekonomicznym, jeszcze bardziej
    prymitywnym niż w czasach prehistorycznych okrągłym przekroju. Ale
    cisowe długie łuki były łatwe do zrobienia i skuteczne. Prawdziwą
    sławę zyskał longbow (łuk walijski) w czasie wojny stuletniej, gdyż
    okazał się zabójczą bronią, szczególnie w bitwie pod Crécy(1346) i
    Agincourt (1415). Rycerstwo francuskie zostało wówczas przetrzebione
    przez chmury ciężkich strzał wypuszczane przez łuczników.

    Do oddziałów łuczników zaciągano w Anglii każdego wolnego mężczyznę,
    który miał na tyle siły, by naciągnąć długi łuk. Do celów wojskowych
    zaczęto produkcję łuków na masową skalę. W 1359 r. w Tower
    składowano 20 tys. długich łuków, 850 tys. strzał i 50 tys. cięciw.
    Aby zapewnić sobie dostawę materiałów, których coraz bardziej
    zaczynało brakować, Edward IV wydał w 1472 r. dekret nakazujący
    wszystkim statkom handlowym przywożenie odpowiedniej ilości drewna
    cisowego. Nie znaczy to jednak, że w tym czasie nie ceniono łuków
    kompozytowych. Arystokracja angielska chętnie używała łuków
    refleksyjnych. Jedne z najdoskonalszych wytwarzano we Włoszech,
    dlatego Edward IV nakazał wszystkim kupcom, sprowadzającym towary z
    Wenecji, dostarczać cztery takie łuki do każdej tony ładunku.

    – Wielbiciele długich łuków, których nie brakuje w Anglii, starają
    się udowodnić, że na odległość 220 m miał on taką samą siłę
    przebicia jak z 40 m – mówi Jerzy Jackowski, łucznik, od lat
    strzelający z różnych rodzajów łuków historycznych. – Może i miał,
    ale brak mu było precyzji w porównaniu z celnym łukiem tureckim, tak
    przynajmniej wynika z moich doświadczeń. Dla łucznika angielskiego
    najistotniejsza była masa pocisku i szybkostrzelność, łucznik
    wschodni tymczasem cenił przede wszystkim szybkość strzały, a tym
    samym jej donośność. Na "Mary Rose" – wyciągniętym na powierzchnię w
    1982 r. okręcie Henryka VIII (zatonął w 1545 r.) – znaleziono 137
    łuków i 3,5 tys. strzał. Okazało się, że łuki miały 187–211 cm
    długości i siłę naciągu 23–33 kg, a nie jak twierdzono wcześniej 90
    kg, natomiast strzały miały najwyżej 81 cm i leciały nie dalej niż
    224 m.

    W Polsce wczesnopiastowskiej strzelano przede wszystkim z łuków
    prostych, ale zawsze ceniono łuki wschodnie, które przybyły do nas
    wraz ze Scytami i Hunami (słynny łuk w stylu huńskim znaleziony w
    1911 r. w grobie mężczyzny w Jakuszowicach), a potem dzięki handlowi
    z Bizancjum. Każdy szlachcic miał szabelkę, nie wszyscy jednak mogli
    sobie pozwolić na sprowadzenie ze wschodu dobrego łuku, który
    kosztował fortunę. Jeśli już kogoś było nań stać, nosił ze sobą
    ozdobny sajdak lub kołczan, jako symbol bogactwa i prestiżu, nawet
    do kościoła. Wielkim miłośnikiem łuków wschodnich był Jan III
    Sobieski, który po bitwie pod Wiedniem przywiózł kilka łuków i
    sajdaków, które złożył w darze w skarbcu jasnogórskim.

    Robin Hood i następcy

    Pojawienie się broni palnej nie od razu wyrugowało łuk z pól
    bitewnych, ponieważ na początku nie była ona wystarczająco
    skuteczna – arkebuzy i muszkiety często nie wypalały, łuk był
    niezawodny i dużo celniejszy, a dobry łucznik mógł wystrzelić z
    niego nawet 12 strzał w ciągu minuty. Z długiego łuku ostatni raz
    strzelano w bitwie pod Bridgnorth w 1642 r., ale na Kaukazie łuki
    wschodnie były w użyciu jeszcze w XIX w. Później na wojnie łuk
    pojawiał się sporadycznie (np. w czasie II wojny światowej komandosi
    alianccy używali łuków stalowych z zatrutymi strzałami w akcjach na
    niemieckie laboratoria doświadczalne). W Anglii łucznictwo stało się
    sportem, coraz bardziej popularnym i w całej Europie. Łuk poprzez
    pola bitew w końcu trafił na stadiony.

    Łucznictwo jako sport nie było niczym nowym. Już w pradziejach
    wprawiano się w strzelaniu z łuku przez zabawę i współzawodnictwo.
    Wyszkolenie dobrego łucznika trwało długo, o czym doskonale
    wiedzieli japońscy szlachcice masowo zakładający szkoły na swoich
    dworach. Szkolone w jeździe konnej i strzelaniu z łuku były dzieci w
    plemionach koczowniczych, ale również żołnierze armii sumeryjskiej,
    asyryjskiej czy egipskiej. Wytrawnym łucznikiem był egipski faraon
    Amenhotep II, który uwielbiał polować z łukiem, co z dumą kazał
    odnotować w kronikach. Zawody w strzelaniu (choć nie zawsze liczyła
    się celność, najpierw chodziło o zasięg strzału i siłę przebicia)
    były zatem ważnym elementem szkolenia.

    W Europie już przed wiekami powstały pierwsze organizacje miłośników
    sportu łuczniczego (np. we Francji byli to Rycerze Łuku, a w Polsce
    liczne bractwa strzeleckie i towarzystwa kurkowe), gdzie nauka
    strzelania miała przygotowywać mężczyzn do wojaczki i polowań.
    Pojawiły się też pierwsze spisane zasady uprawiania łucznictwa, ale
    najważniejszym dziełem pozostaje traktat "Toxophilus" Rogera
    Aschana, wydany pod koniec panowania Henryka VIII (wielkiego
    miłośnika łucznictwa). W 1781 r. powstało pierwsze towarzystwo
    łucznicze Toxophilites. Pierwsze zawody o mistrzostwo Anglii w
    sportowym strzelaniu z łuku zorganizowano w 1844 r. Łucznikom
    patronował legendarny Robin Hood, który potrafił ponoć strzałą
    rozszczepić inną już tkwiącą w środku tarczy, a jego atrybuty (np.
    srebrna klamra) stały się symbolicznymi nagrodami, o które walczyli
    najlepsi strzelcy.

    Łucznicy nie startowali w pierwszych nowożytnych igrzyskach w
    Atenach w 1896 r., ale już cztery lata później w Paryżu, a także w
    St. Louis (1904), Londynie (1908) i Antwerpii (1920) łucznictwo było
    dyscypliną olimpijską. Po 50-letniej przerwie wróciło do programu
    igrzysk w 1972 r. Historia polskiego łucznictwa sportowego
    rozpoczyna się po 1925 r. Wtedy to za namową dwóch podróżników
    Mieczysława Fularskiego i Apoloniusza Zarychty odbyły się pierwsze
    zawody o tytuł wyborowego łucznika Polski. Z czasem nasi zawodnicy
    weszli do czołówki światowej, pokonując nawet dotychczasowych
    mistrzów angielskich i francuskich. Dzisiejsi sportowcy strzelają z
    nowoczesnego sprzętu wykonanego według najnowszych technologii. Łuk
    olimpijski jest co prawda łukiem refleksyjnym, ale wykonanym z
    włókna węglowego i lekkich stopów metali, ma celownik i
    stabilizatory.
  • 11.08.08, 10:08
    www.rp.pl/artykul/61991,174125_Nie_mozna_bylo_przeczyc.html
    Nie można było przeczyć
    Krzysztof Masłoń 09-08-2008, ostatnia aktualizacja 09-08-2008 00:40
    Sołżenicyn był zdecydowany pokazać światu prawdziwy obraz sowieckich
    prześladowań i rzeczywiste rozmiary tego przerażającego państwa w
    państwie, jakim było Gławnoje Uprawljenije Łagieriej - mówi w
    rozmowie z "Rz" Norman Davies

    Jeden z 15 milionów
    RZ: Jak pan ocenia Aleksandra Sołżenicyna i jego twórczość ze
    szczególnym uwzględnieniem „Archipelagu GUŁag”?

    To bardzo ciekawa, ale i złożona postać. Rzeczywiście, jego
    największym osiągnięciem było napisanie i opublikowanie w latach
    70. „Archipelagu GUŁag”. Ale przecież wcześniej, w 1962 roku,
    sensacją stał się „Jeden dzień Iwana Denisowicza”. Sołżenicyn był
    zdecydowany pokazać światu prawdziwy obraz sowieckich prześladowań i
    rzeczywiste rozmiary tego przerażającego państwa w państwie, jakim
    było Gławnoje Uprawljenije Łagieriej. Tematykę „Iwana Denisowicza”
    kontynuował w „Kręgu pierwszym”, także „Oddział chorych na raka”
    dotykał tej samej problematyki – reakcji człowieka na maksymalnie
    trudną sytuację. Tylko że to wszystko było dopiero zapowiedzią
    erupcji wulkanu, która nastąpiła w chwili wydania „Archipelagu...”.

    Czy pańskim zdaniem „Archipelag...” to literatura czy historia?

    Traktuję go jako jedyne w swoim rodzaju, bardzo osobiste świadectwo.
    Kibicowałem mu zresztą, wiele o tym dziele słysząc od
    tłumacza „Archipelagu...” na angielski, jednego z moich mentorów,
    Harry’ego Willetsa. Edycja „Archipelagu” miała kapitalne znaczenie.
    To od wydania tej książki zdecydowanie zmieniła się ocena ZSRR w
    świecie. Do tego momentu wielu ludzi, często światłych, nie chciało
    wierzyć w zbrodnie komunistycznego systemu. Świadectwo Sołżenicyna
    było tego rodzaju, że nie można już było mu zaprzeczyć. Inna sprawa,
    że podważano wiarygodność autora na wszelkie sposoby.

    Czy „Archipelag GUŁag” wywołał szok u zachodnich sympatyków Stalina
    i jego następców?

    W wielu wypadkach – tak. Trudno dziś uwierzyć, ale nawet oficjalne
    wypowiedzi Chruszczowa z lat 50. i 60. były kwestionowane, a książki
    Sołżenicyna, podobnie jak prace historyka Roberta Conquesta,
    nazywano „złośliwym antykomunistycznym fantazjowaniem”. Natomiast
    komuniści w rodzaju Erica Hobsbawma w najlepsze kierowali
    najważniejszymi katedrami uniwersyteckimi. Kiedy Andriej Amalrik
    przyjechał do Londynu w 1974(!) roku i publicznie bronił swej tezy z
    książki „Czy Związek Radziecki przetrwa do roku 1984?”, uznany
    został za niespełna rozumu. Mnie też, po powrocie z Polski miano
    nieomal za wariata. Utrzymywano, że przesadzam zarówno wtedy, gdy
    piszę o wojennych stratach Polski, jak i wówczas, gdy akcentowałem
    fakt, że na froncie wschodnim walki były bez porównania cięższe niż
    te na Zachodzie.

    W tym sensie Aleksander Sołżenicyn pomógł i panu?

    Oczywiście. Gdy mówiłem to samo, słyszałem, że jestem polonofilem
    prezentującym nacjonalistyczny pogląd na wojnę i jej następstwa.
    Kiedy Rosjanin też to napisał, i ze szczegółami, nie można go było
    zlekceważyć. I wyszło na to, że Conquest nie mylił się.

    Uważano go za skrajnego prawicowca.

    Tymczasem był raczej lewicowy, nawet kiedyś był komunistą, ale
    całkowicie zerwał z tą ideologią. To działało jak automat: skoro
    masz krytyczny stosunek do ZSRR, jesteś prawicowcem. To było zresztą
    względnie łagodne określenie, kto ostrzej zaatakował Sowiety,
    zostawał „faszystą” i już.

    Conquest i inni krytycy Związku Sowieckiego oskarżani byli o
    wymyślanie opisywanych wydarzeń, o to, że nie powołują się na
    drukowane źródła, na archiwa. To był nawet dobry argument, bo
    istotnie: jaką dokumentacją dysponowali? KGB-owską? Proszę pamiętać
    też, o jakich czasach rozmawiamy. Kiedy Alan Bullock w latach 80.
    zestawił na równi Hitlera ze Stalinem, było to jeszcze aktem odwagi.
    A w latach 60. to i o Holokauście mało kto jeszcze słyszał. Z tym że
    wkrótce za negowanie Holokaustu trafiało się do sądu, GUŁag negować
    można było do woli.

    We wstępie do najnowszej książki „Europa walczy 1939 – 1945. Nie
    takie proste zwycięstwo” powiada pan, że edycja „Archipelagu GUŁag”
    wyrwała wielu ludzi z samozadowolenia.

    Zaniepokoili się nawet intelektualiści tradycyjnie lewicujący. I
    wtedy nastąpiły daleko idące zmiany w ruchu eurokomunistycznym, gdyż
    duża część komunistów we Francji, Włoszech i Hiszpanii przyjęła
    postawę antysowiecką. Niemniej w dalszym ciągu zbrodnie
    komunistyczne nie wywołują takich reakcji, takiego wzburzenia jak
    zbrodnie popełnione przez Hitlera. Co więcej, doskonale pamiętam,
    jak jeden z ważnych sowietologów z uśmiechem cytował Stalina,
    mówiąc, że „nie da się zrobić omletu, nie rozbijając jajek”. Gdyby
    powiedział to samo o Hitlerze, miałby sprawę sądową.

    W literaturze sowietologicznej, z przełomu wieków widać ogromny
    postęp, jaki dokonał się w penetrowaniu tajemnic ZSRR.

    Świetną książką jest „Gułag” Anne Applebaum, która to – w pewnym
    sensie – dokończyła pracę Sołżenicyna. Ważne jest jej pochodzenie,
    gdyż nie brakuje Żydów uważających GUŁag za konkurencję dla
    Holokaustu. Sugerują oni, by nie zajmować się obozami w Rosji, gdyż –
    jakoby – zmniejsza to rangę żydowskiego cierpienia. No, ale tak to
    być nie może.

    Innym ciekawym autorem tej nowej fali sowietologicznej jest Simon
    Sebag Montefiore.

    To angielski historyk, z rodziny o włosko-żydowskich korzeniach, ale
    i ze stryjem – biskupem Kościoła anglikańskiego. Jego „Stalin. Dwór
    czerwonego cara” przyniósł nową perspektywę badawczą, gdyż autor
    jako pierwszy w tym zakresie wykorzystał źródła gruzińskie.
    Montefiore spędził tam prawie dziesięć lat, poznał rodziny tych
    wszystkich Beriów, Ordżonikidzów, otoczenia Stalina, przeprowadził z
    nimi rozmowy, dotarł do świadków, których nikt nigdy nie poprosił o
    wspomnienia.

    Warto też zwrócić uwagę na innych autorów: Catherine Merridale,
    Richarda Overy’ego, Roberta Service’a, a zwłaszcza Anhony’ego
    Beevora.

    – Autora „Stalingradu”?

    – Tak. To wojskowy, oficer, który dla pisarstwa rozstał się z armią.
    Napisał rewelacyjną książkę o bitwie pod Stalingradem po tym, gdy
    jako pierwszy – w czasach Jelcyna, dziś byłoby to niemożliwe –
    dotarł do materiałów z Centralnego Archiwum Ministerstwa Obrony
    Rosji. Znalazł tam dowody niebywałego maltretowania przez Sowietów
    własnych żołnierzy. Pod Stalingradem NKWD dokonało egzekucji około
    15 tysięcy czerwonoarmistów.

    Beevor, posługując się raportami wysyłanymi z frontu do Aleksandra
    Szczerbakowa, szefa Zarządu Politycznego Armii Czerwonej, ukazał
    cały ciąg dezercji, przechodzenia na stronę wroga, samookaleczeń,
    niekompetencji w sowieckim wojsku. Czyli tego wszystkiego, co we
    wszystkich armiach uchodzi za tabu. Nic dziwnego, że autora wezwał
    na dywanik ambasador Rosji w Londynie. Musieli sobie pluć w brodę:
    uwierzyli, że Beevor nie zna rosyjskiego i nie zorientowali się, że
    towarzyszące mu tłumaczka i sekretarka wynosiły dwa zestawy notatek –
    jeden do wglądu, a drugi, kompletnie niecenzuralny, opuszczał
    archiwum schowany pod damską bielizną.

    Dlaczego Sołżenicyn odrzucił zachodni styl życia, z żarliwego
    antykomunisty stając się zawziętym antyliberałem, nie cierpiącym
    Ameryki, wolnego rynku, demokratycznej prasy?

    On też przeżył szok. W ciągu kilku godzin – jak pisał we „Wpadło
    ziarno między żarna” – przeleciał jak wicher z lefortowskiego
    więzienia do domu Heinricha Bolla pod Kolonią. Niebawem jako
  • 06.12.08, 20:04
    Davies jak zwykle swietny.

    --
    ...na jakie święto przywieziono Was do Moskwy. - Rocznicę wygnania z Kremla
    polskiej załogi w 1612 r. - odpowiedziała dziewczyna. - Ale Polacy byli tu z
    polecenia Waszyngtonu i za pieniądze z USA - dodał zupełnie serio jej towarzysz.
  • 25.08.08, 09:43
    SPIEGEL
    wiadomosci.onet.pl/1503191,1292,1,szpiedzy_byli_bezradni,kioskart.html

    Klaus Wiegrefe/20.08.2008 11:42

    Szpiedzy byli bezradni

    Przed 40 laty Związek Radziecki zdusił Praską Wiosnę
    Nieznane dotąd dokumenty dowodzą, że największa operacja wojskowa w
    Europie po 1945 roku kompletnie zaskoczyła Zachód.
    Kiedy już było po wszystkim, zachodni oficerowie czuli się
    nieprzyjemnie skonsternowani. Z ociąganiem musieli przyznać, że
    maskowanie przygotowań do inwazji państw Układu Warszawskiego
    było "dobre", a tempo działań "imponujące". I to, jak
    Kreml "potajemnie" ściągnął jednostki z zachodnich terenów Związku
    Radzieckiego. Słowem – przeciwnik odniósł "taktyczny sukces".

    Ta ocena kwatery głównej NATO w Brukseli z 27 sierpnia 1968 roku
    dotyczyła "Operacji Dunaj", stłumienia legendarnej Praskiej Wiosny.
    Tydzień wcześniej 27 radzieckich, polskich, węgierskich i
    bułgarskich dywizji – łącznie około 300 tysięcy ludzi z dwoma
    tysiącami dział – wtargnęło do niewielkiej Czechosłowacji, by
    zakończyć eksperyment "socjalizmu z ludzką twarzą". Była to
    największa operacja wojskowa w Europie od czasu drugiej wojny
    światowej – i Zachód został nią całkowicie zaskoczony.

    A przecież uwaga światowej opinii publicznej od miesięcy skupiona
    była na Czechosłowacji, gdzie ugrupowanie szefa partii
    komunistycznej Alexandra Dubčeka stawiało Sowietom coraz to nowe
    wyzwania – pluralizm opinii i wolność prasy, prawa obywatelskie i
    plany prywatyzacyjne. W ramach pogróżek kremlowski aparatczyk Leonid
    Breżniew zarządzał od maja 1968 roku coraz to nowe manewry wojskowe
    w Czechosłowacji i wokół niej.

    Jednak gdy przekształciły się one w rzeczywistą inwazję, okazało
    się, że Amerykanie, Brytyjczycy i zachodni Niemcy niczego nie
    widzieli, niczego nie słyszeli i z niczego nie zdawali sobie sprawy.
    Dowodzą tego dokumenty z archiwum NATO w Brukseli i
    udostępnione "Spieglowi" tajne materiały wywiadu. "Nie było ani
    jednego wskazania", które zapowiadałoby dowodzoną przez Sowietów
    interwencję – ustalił komitet wojskowy NATO, najwyższe militarne
    gremium sojuszu.

    7500 czołgów robiło hałas, do startu przygotowywano ponad tysiąc
    samolotów, w tym niezliczone maszyny transportowe, które dowiozły do
    Brna i gdzie indziej oddziały powietrznodesantowe. W całym bloku
    wschodnim tysiącom oficerów wręczano rozkazy operacyjne – i nikt,
    żaden zachodni agent nawet tego nie zauważył. Inwazja na
    Czechosłowację okazała się jedną z największych porażek zachodniego
    szpiegostwa. (...)

    Przy takich rezultatach pracy wywiadowczej nie dziwi fakt, że o
    sowieckim ciosie kwatera główna NATO dowiedziała się ze źródeł
    prasowych: informująca o nim depesza agencji Associated Press
    została odebrana 21 sierpnia o godzinie 2.09 – cztery godziny po
    rozpoczęciu najazdu. I musiała upłynąć kolejna godzina, zanim w
    Brukseli zabrzmiały wreszcie dzwonki alarmowe. Tej nocy w centrum
    operacyjnym NATO wysiadł bowiem dalekopis, czego nikt nie
    spostrzegł, gdyż oficer dyżurny, w pełnej zgodzie z regulaminem,
    poszedł już spać.

    Jedno niepowodzenie goniło drugie: z tajnych dokumentów wynika, że
    radzieccy ambasadorzy w Londynie i Paryżu w noc inwazji zawiadomili
    o niej tamtejsze rządy. Ambasador ZSRR w Waszyngtonie Dobrynin udał
    się nawet osobiście do prezydenta Lyndona B. Johnsona – Breżniew nie
    chciał, by Zachód odniósł wrażenie, że interwencja w Czechosłowacji
    służy przygotowaniom do ataku na NATO

    Trzy wielkie mocarstwa zachowały tę wiedzę dla siebie. Dlatego też
    wojskowi z NATO w ciągu pierwszych 12 godzin byli zdani jedynie na
    informacje prasowe, jak się z oburzeniem skarżyli. Ten lament był
    usprawiedliwiony, gdyż na granicy czechosłowacko-
    zachodnioniemieckiej łatwo mogło dojść do incydentów. Oddziały
    inwazyjne obsadziły bowiem natychmiast zachodnią granicę CSRS, w
    kilku miejscach radzieckie czołgi podjechały aż do linii
    demarkacyjnej. Trudno wyobrazić sobie, co stałoby się, gdyby
    jakiemuś dowódcy Bundeswehry po drugiej stronie granicy puściły
    nerwy. Brytyjski ambasador przy NATO tłumaczył wstydliwie, że jego
    kraj już nie powtórzy takiej polityki informacyjnej.

    Później okazało się, że natowska 4. Sojusznicza Taktyczna Flota
    Powietrzna zauważyła transporty radzieckich wojsk
    powietrznodesantowych do Czechosłowacji. Skoro jednak kompetentni
    oficerowi nie widzieli w tym żadnego zagrożenia dla Sojuszu, nie
    przekazali swojej wiedzy dalej.

    Wpadki te muszą zdumiewać jeszcze bardziej, jeśli zważyć, że
    zachodnioniemiecka Federalna Służba Wywiadowcza (BND) była wcześniej
    w stanie prowadzić całkiem pomyślne rozpoznanie sytuacji. Latem
    wysłała ona do Pragi wielu agentów i "okazyjnych informatorów".
    Ekspozytury BND otrzymały ponadto rozkaz meldowania, pod
    hasłem "Nepomuk", "o wszystkich informacjach dotyczących wojskowych
    transportów kolejowych i drogowych". Święty Jan z Nepomuka (znany w
    wielu krajach, w tym w Polsce, jako św. Jan Nepomucen – przyp. Onet)
    jest patronem Czech – oraz tajemnicy spowiedzi.

    Według wewnętrznych dokumentów BND niemieccy agenci w Pradze zdołali
    również uzyskać "dostęp do ważnych osobistości politycznych, ze
    ścisłym otoczeniem Dubčeka włącznie". I wiele z tego, o czym
    donosili przed interwencją, okazało się w retrospektywie całkowicie
    prawdziwe. Na przykład informacje o przebiegu szczytu w Dreźnie w
    marcu 1968 roku.

    Dubček zniósł właśnie cenzurę i od przywódców partii bratnich państw
    socjalistycznych musiał wysłuchać zarzutów, że toruje drogę
    kontrrewolucji. Jak podawała BND, Breżniew groził, iż nie
    zamierza "bezczynnie przypatrywać się demontowaniu ustroju
    socjalistycznego", a jeśli Komunistycznej Partii
    Czechosłowacji "kontrola wymknie się z rąk, będzie interweniował".

    W kilka tygodni później – w maju 1968 roku – BND doszła do wniosku,
    iż "ustalona przez Sowietów granica tolerancji została niemal
    osiągnięta", a stosunki między tak zwanymi bratnimi partiami z
    Moskwy i Pragi należy "ocenić jako lodowate".

    Takie spostrzeżenie można było zresztą wysnuć również z
    lektury "Prawdy".

    Później BND stwierdziła, że "z wojskową interwencją Moskwy wraz z
    jej sojusznikami należy liczyć się od połowy sierpnia 1968 roku".
    BND powiodło się tu zatem wyraźnie lepiej niż CIA. Według ustaleń
    niemieckiego wywiadu kierownictwo CIA sądziło bowiem, że "wzgląd na
    światową opinię publiczną zmusi Związek Radziecki do rezygnacji ze
    zbrojnej interwencji". Tymczasem stało się dokładnie odwrotnie. (...)

    Jak bez żenady stwierdza opracowana post factum analiza BND, w
    służbach wywiadowczych bywa zwykle tak, że "jedynie w najrzadszych
    przypadkach udaje się przeniknąć do najważniejszych gremiów
    decyzyjnych potencjalnego przeciwnika". Autorom tego dokumentu nie
    przyszło do głowy, że pisząc takie zdanie postawili pod znakiem
    zapytania sens istnienia swojej organizacji.
  • 20.10.08, 14:05
    GOŚĆ NIEDZIELNY
    wiadomosci.onet.pl/1513099,1292,1,zniszczyc_konstruktora,kioskart.html

    Przemysław Kucharczak/16.10.2008 11:08
    Zniszczyć konstruktora
    Komuniści zmarnowali pomysły jednego z najbardziej genialnych
    konstruktorów w historii Polski


    Kiedy komputery były ogromnymi szafami, zbudował jeden z pierwszych
    na świecie minikomputerów, wyprzedzający swój czas o dekadę. Gdyby
    władze nie podkładały mu ciągle kłód pod nogi, Jacek Karpiński byłby
    dziś sławny i bogaty. Jednak komunistyczni aparatczycy nie mogli
    lubić naukowca, który w czasie wojny walczył w Armii Krajowej. I to
    w słynnych Szarych Szeregach, w batalionie "Zośka".

    Pożegnanie z Zośką

    Do Szarych Szeregów wstąpił w 1941 jako 14-latek. – Byłem
    wyrośnięty, więc podawałem się za starszego – uśmiecha się dzisiaj
    szelmowsko. Mimo schorowania, nie wygląda na swoje 81 lat. Zwłaszcza
    jego oczy, bystre i czarne jak węgiel, są młode. Jeździ dziś na
    wózku między łóżkiem, podłożonym kostkami brukowymi, a – oczywiście –
    komputerem. – Robiliśmy tzw. mały sabotaż. A to zamalowaliśmy
    swastykę, a to namalowali na murze polską flagę. No i nałogowo
    wybijaliśmy szyby w sklepach przeznaczonych tylko dla Niemców. To
    były wielkie szyby, dwa na dwa metry – wspomina z rozmarzeniem.
    Jacek robił też petardy i rzucał niemieckim wartownikom pod nogi. –
    Byliśmy zachwyceni, jeśli wartownik wrzasnął ze strachu – wspomina.

    – Warto było ryzykować? Wartownik mógł za wami strzelić – dziwię
    się. Karpiński kiwa głową. – Oczywiście, że strzelali. Ale my
    wyćwiczyliśmy szybki bieg... W tym wieku człowiek jest tak głupi, że
    ryzyko dla niego nie istnieje. Czułem satysfakcję, że upokorzyliśmy
    wrogów, którzy nas tak gnębili – wspomina.

    Z czasem przyszły poważniejsze zadania. Jacek ukończył kursy i
    został instruktorem wielkiej dywersji i sabotażu. Wysadzał z
    przyjaciółmi pociągi i mosty. W sierpniu 1943 r. rozbijał niemiecki
    posterunek w Sieczychach nad Bugiem. Ściskał w dłoniach niemiecki
    pistolet maszynowy schmeisser. – Pierwszy wstrząs tej nocy
    przeżyłem, kiedy kolega bardzo niefortunnie rzucił granatem
    filipinką. Wybuchła cztery metry ode mnie. To nieprawdopodobne, ale
    tylko fiknąłem kozła w powietrzu i upadłem w piasek. Wstałem
    półprzytomny, ogłuchłem. I do dziś pamiętam, co wtedy zobaczyłem:
    przede mną stoi Niemiec w samych gaciach i mierzy do mnie z
    karabinu. Więc ja też złożyłem się i chciałem serię puścić. A tu
    tylko pojedyncze: puk. Jeden strzał i koniec.

    Bo schmeisser upadł w piach, a to była broń dobra, ale delikatna.
    Steny się nie zacinały, późniejsze kałasznikowy się nie zacinały, a
    ta cholera się zacinała – mówi Karpiński.

    – I co stało się dalej?

    – Nie wiem. Ale z faktu, że ja żyję, a on upadł, wnioskuję, że ten
    pojedynczy wystrzał wystarczył – mówi z poważnym wyrazem twarzy.

    Niemiecki posterunek został zdobyty, ale za ogromną cenę. Bo w
    czasie szturmu poległ legendarny przywódca Szarych Szeregów Tadeusz
    Zawadzki "Zośka". – On jeden jedyny zginął. Widziałem, jak go
    wynoszą i ładują na wóz. Szedłem obok. Kiedy ręka "Zośki" bezwładnie
    zwisła z wozu, to ją poprawiłem. Za chwilę się to powtórzyło, znowu
    poprawiłem. A "Brom", nasz lekarz oddziałowy, odzywa się: "Jacek,
    jemu już jest wszystko jedno". Wtedy dopiero sobie uświadomiłem,
    że "Zośka" nie żyje – wspomina.

    Po drodze harcerze z Szarych Szeregów ustawili się w dwuszeregu na
    polanie. – "Zośka" leżał przed nami. Andrzej "Morro", który
    dowodził, wystrzelił raz z pistoletu w górę. I to było nasze
    wzruszające pożegnanie – mówi Jacek Karpiński.

    Synu, tylko wracaj

    Jacek był w AK dowódcą 6-osobowej sekcji. Drugą sekcją w drużynie
    dowodził jego przyjaciel Krzysztof Kamil Baczyński. Jacek woził z
    kolegami broń, sprytnie ukrytą w butlach spawalniczych. Brał udział
    w rozpoznaniu m.in. przed słynnym zamachem na esesmana i zbrodniarza
    Franza Kutscherę. Pod Urlami i Celestynowem chłopak tkwił przez całe
    noce przy torach kolejowych, rozpoznając ruch niemieckich patroli
    przed akcją wysadzania pociągów. – Wierzę w Opatrzność Boską. Wiele
    razy wyszedłem z opresji, choć właściwie nie powinienem. Raz przy
    torach wyczuł mnie pies. Szczekając, dociągnął wartowników o
    kilkanaście kroków ode mnie. A jednak tuż przede mną Niemiec
    powiedział: "Głupi pies, na pewno wyczuł zająca". I zawrócili –
    dodaje Karpiński.

    O ryzyku, które podejmował Jacek, wiedziała jego mama Wanda. Tato
    już wtedy nie żył. Oboje rodzice Jacka byli odznaczeni Virtuti
    Militari za bohaterstwo w wojnie polsko-bolszewickiej. – Mama
    komentowała: "Jacek, to jest twój obowiązek, idź". Przed akcją
    przytulała mnie, całowała w czoło i upominała: "Tylko wracaj!" –
    wspomina.

    W domu na Mokotowie Jacek miał magazyn broni w skrytce pod podłogą.
    A piętro wyżej, w mieszkaniu jego siostry Krysi i jej męża, grafika
    Staszka Tomaszewskiego, była skrytka na nielegalne gazety. – W
    piwnicy urządziłem też strzelnicę. I cała drużyna przychodziła do
    mnie postrzelać. Raz sąsiedzi powiedzieli do mamy: "Jakieś dziwne
    odgłosy strzałów było słychać. Czy to nie jest niebezpieczne?" –
    chichocze Jacek Karpiński.

    – I co mama? Zlikwidowała strzelnicę? – pytam.

    – Nie. Powiedziała: "Jacek, trzeba lepiej uszczelnić te okna"! Mama
    była wspaniałą kobietą – mówi Karpiński.

    Won, sabotażysto!

    Pierwszej nocy powstania warszawskiego Jacek dostał postrzał w
    kręgosłup. – O, właśnie mam nowe zdjęcia rentgenowskie – pan Jacek z
    uśmiechem podaje mi kliszę. W jego miednicy widać stożkowaty
    pocisk. – To kolejny cud, że przeżyłem, bo dziurę wlotową miałem w
    połowie pleców. Pocisk przeszedł między wyrostkami kręgosłupa i
    uszkodził tylko korzonki nerwowe. Byłem sparaliżowany. Po wojnie
    długo chodziłem o dwóch laskach. Ale może właśnie dlatego ubecy dali
    mi spokój w najgorszym okresie, kiedy większość moich przyjaciół
    z "Zośki" zostało aresztowanych. Powsadzali ich do ciupy, do
    kamieniołomów, a niektórych ubili od razu, jak "Anodę" – mówi.

    W 1951 roku Jacek skończył jednak politechnikę i dostał nakaz pracy
    w laboratorium Polskiego Radia. – Zgłosiłem się, a następnego dnia
    przylatuje kadrowa z pianą na gębie. I wrzeszczy: "Co tu robi ten
    dywersant! To sabotaż! Wróg ludu się tu zakradł, won mi stąd!". Za
    dwa tygodnie dostałem nowy nakaz do zakładów Kasprzaka. I ta sama
    historia. Przybiegł kadrowy z wrzaskiem, że jestem sabotażystą –
    wspomina. – Chodziło o to, że kiedy po wojnie ujawnialiśmy się przed
    władzami, podałem, że byłem w AK "instruktorem wielkiej dywersji".
    Czyli specjalistą od wysadzania mostów i pociągów – dodaje.

    Kiedy w końcu zaczął pracę, był prześladowany, w zakładzie
    nachodzili go ubecy. Odetchnął dopiero po trzech latach, w Polskiej
    Akademii Nauk. Zbudował tam maszynę AAH do prognoz pogody, czy AKAT-
    1, pierwszy na świecie tranzystorowy analizator równań
    różniczkowych. – Wtedy w PAN pracowali prawdziwi naukowcy. Dopiero z
    początkiem lat 60. przyszło na kierownicze stanowiska tałatajstwo,
    których jedyną kwalifikacją było członkostwo w partii i w UB. Ci
    politykierzy robili w latach 60. straszne świństwa prawdziwym
    naukowcom, jak mojemu promotorowi, sławnemu prof. Groszkowskiemu –
    mówi. – Ale wcześniej, po 1956 roku, chciało się pracować w Polsce,
    naprawdę. Po odwilży 1956 roku uważałem, że skoro walczyłem o Polskę
    w czasie okupacji, to mam obowiązek teraz pracować, żeby było w niej
    lepiej. Z wieloma moimi przyjaciółmi z "Zośki", niedobitkami, którzy
    przeżyli, zdawaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy pod okupacją. Ale
    okupacją jednak ograniczoną – mówi.

  • 20.10.08, 14:06
    Kiedy w końcu zaczął pracę, był prześladowany, w zakładzie
    nachodzili go ubecy. Odetchnął dopiero po trzech latach, w Polskiej
    Akademii Nauk. Zbudował tam maszynę AAH do prognoz pogody, czy AKAT-
    1, pierwszy na świecie tranzystorowy analizator równań
    różniczkowych. – Wtedy w PAN pracowali prawdziwi naukowcy. Dopiero z
    początkiem lat 60. przyszło na kierownicze stanowiska tałatajstwo,
    których jedyną kwalifikacją było członkostwo w partii i w UB. Ci
    politykierzy robili w latach 60. straszne świństwa prawdziwym
    naukowcom, jak mojemu promotorowi, sławnemu prof. Groszkowskiemu –
    mówi. – Ale wcześniej, po 1956 roku, chciało się pracować w Polsce,
    naprawdę. Po odwilży 1956 roku uważałem, że skoro walczyłem o Polskę
    w czasie okupacji, to mam obowiązek teraz pracować, żeby było w niej
    lepiej. Z wieloma moimi przyjaciółmi z "Zośki", niedobitkami, którzy
    przeżyli, zdawaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy pod okupacją. Ale
    okupacją jednak ograniczoną – mówi.

    W 1959 r. PAN przedstawiła jego kandydaturę do konkursu UNESCO dla
    młodych naukowców. Jacek wygrał: zdobył jedno z sześciu stypendiów
    na dwustu kandydatów. Poszedł na Harvard. A po zakończeniu
    stypendium dostał propozycje pracy na uczelniach w USA. Jednak uparł
    się, żeby pracować dla Polski.

    Niestety, na polskich uczelniach zamiast naukowców rządzili już
    komunistyczni aparatczycy. Karpiński robił kolejne genialne maszyny
    liczące, które pozostawały prototypami.


    Kiedy zaprojektował minikomputer K-202, zebrała się komisja, która
    orzekła, że to nie może działać. Bo gdyby było technologicznie
    możliwe upchnięcie komputera w takiej małej, mieszczącej się na
    stole skrzynce, Amerykanie już dawno by to zrobili.


    Dzięki uporowi Jacka udało się jednak ruszyć z produkcją K-202.
    Pieniądze dała brytyjska firma, ale produkcja odbywała się w Polsce.
    Powstało pierwszych 30 komputerów. Miały wspaniałe parametry.
    Pracowały z szybkością miliona operacji na sekundę, czyli szybciej
    niż pecety 10 lat później. Miały 150 kilobajtów pamięci, podczas gdy
    produkowane wtedy w ELWRO we Wrocławiu wielkie jak szafy komputery
    Odra-1204 miały tylko 48 kilobajtów. – W dodatku moje K-202 były
    dziesięć razy tańsze. Robiliśmy je w 200 osób, podczas gdy "Odry"
    robiło 6 tys. ludzi – mówi Karpiński.

    Być może pan Jacek stał się zagrożeniem dla jakiegoś wpływowego
    środowiska. Twierdzi, że w 1973 roku kierownictwo ELWRO spotkało się
    w jego sprawie z PRL-owskim dygnitarzem Piotrem Jaroszewiczem. –
    Uczestnik tego spotkania przekazał mi, że padły tam
    słowa: "Towarzyszu premierze, ratujcie nas przed Karpińskim, bo on
    nas zniszczy ekonomicznie". Jaroszewicz mówił: "Dobrze, ja go
    załatwię". Później się dowiedziałem, że osobiście napisał na mojej
    teczce w biurze paszportowym: "Nie wydawać paszportu. Powód:
    dywersja gospodarcza" – twierdzi Karpiński.

    Wkrótce pan Jacek został wyprowadzony pod karabinami z zakładu,
    którym kierował. 200 komputerów, które były w trakcie produkcji,
    zniszczono. Karpińskiemu pozwolono wykładać tylko w Instytucie
    Przemysłu Budowlanego Politechniki, nie w jego specjalności. Nie
    mógł też wyjechać do świetnej pracy w USA.

    Świnie drugiego rodzaju

    W 1978 r. Jacek przeniósł się na wieś, na Mazury. Hodował kury,
    świnie i krowę. Tam w 1980 roku, po wybuchu "Solidarności",
    odnaleźli go dziennikarze. I zapytali, dlaczego sławny konstruktor
    komputerów zajął się rolnictwem. "Bo wolę mieć do czynienia z
    prawdziwymi świniami" – odpalił Jacek. Cała Polska zobaczyła to w
    telewizji.

    Wtedy wreszcie pozwolono mu wyjechać do Szwajcarii. Wrócił jednak w
    1990 r. do Polski. Chciał tu produkować skaner własnej konstrukcji.
    W Szczytnie powstała pierwsza partia 500 egzemplarzy, były dalsze
    zamówienia. Karpiński wziął kredyt w BRE Banku, którego
    zabezpieczeniem był jego dom w Aninie. Niestety, genialni naukowcy
    nie zawsze są geniuszami w sprawach biznesowych. Kiedy pan Jacek
    zgłosił się po drugą transzę kredytu, dowiedział się, że jego dom
    był zabezpieczeniem tylko dla pierwszej transzy... Karpiński nie
    mógł więc uruchomić produkcji, a już musiał zacząć spłacać kredyt.
    Stracił wszystko. Dom z pamiątkami rodzinnymi rozjechał buldożer. A
    Karpiński do dzisiaj oddaje tamten dług. Z emerytury.

    Nie załamał się jednak. Skonstruował wraz z synem Danielem skaner
    dla audytorów, którzy sprawdzają księgi rachunkowe. – Wystarczy
    przejechać tym skanerem po kolumnie liczb, a program sam sprawdzi,
    czy nie ma tam błędów – pokazuje.

    We Wrocławiu mieszka Daniel, syn Jacka, który codziennie go
    odwiedza. Karpiński mówi z wielką czułością o nim, o swojej córce
    Dorocie z Warszawy, synu Adamie mieszkającym w Szwajcarii i o
    najmłodszym Sylwanie, który pracuje i uczy się w Kanadzie. –
    Niedawno wróciłem do pracy nad rozpoznawaniem przez komputer mowy
    ludzkiej i zapisywaniem jej w sensowny sposób – zdradza. – Zajmują
    się tym na świecie ogromne zespoły naukowe. Zaletą wielkiego zespołu
    są pieniądze na badania, ale wadą jest za dużo dyskusji. To trochę
    jak w demokracji: większość ludzi na świecie jest głupich. Więc kto
    podejmuje decyzję? Głupole. Wielkie zespoły mają ten sam problem z
    podejmowaniem decyzji co do kierunku badań. Bo tu trzeba znaleźć
    rozwiązanie bez dyskusji. Ja im jeszcze raz zrobię wstyd i sam to
    rozwiązanie znajdę – mówi.

    – Kiedy? – pytam.

    – Jeśli znajdę pieniądze na lingwistów, to za pół roku lub rok.
    Jeśli wszystko będę musiał robić sam, to potrzebuję jeszcze ze
    czterech latach. Ale jestem już bardzo blisko rozwiązania – uśmiecha
    się znów szelmowsko.
  • 06.12.08, 20:13

    --
    ...na jakie święto przywieziono Was do Moskwy. - Rocznicę wygnania z Kremla
    polskiej załogi w 1612 r. - odpowiedziała dziewczyna. - Ale Polacy byli tu z
    polecenia Waszyngtonu i za pieniądze z USA - dodał zupełnie serio jej towarzysz.
  • 16.03.13, 08:54
    dzsiaj w sobotę o 17:55
    i jutro w niedzielę o 8:50
    w niekodowanej satelitarnej TVP KULTURA
    będzie polski film dokumentalny z 1972 roku
    "Gra o minikomputer"
    włąśnie o tym genialnym konstruktorze JAcku Karpińskim
    byłym AK-owcu

    --
    Wbrew "urban legend" kot nie przyzwyczaja się do miejsca.
    Kot przyzwyczaja się do swojego opiekuna (żywiciela).
  • 06.11.08, 14:08
    GOŚĆ NIEDZIELNY

    wiadomosci.onet.pl/1516418,1292,1,kioskart.html
    Nawet sam Jan Nowak-Jeziorański nazywał ją "postacią legendarną".
    Przez pół wieku w Polsce o niej nie mówiono. Teraz to nadrabiamy:
    Elżbieta jest jedną z bohaterek książki "11 dzielnych ludzi", którą
    z okazji Święta Niepodległości wydało Narodowe Centrum Kultury. I
    jedyną z tej jedenastki, która żyje do dziś.

    Mieszka w bloku przy ul. Gagarina w Toruniu. Kiedy ktoś ją odwiedza,
    podchodzi do niego wyprostowana, zdecydowanym krokiem. Jest przecież
    jedną z dwóch kobiet w całej historii Polski, którym nadano stopień
    generała.

    Zresztą przez całe życie uwielbiała dowodzić. Jej koledzy
    cichociemni wspominali, że w czasie wojny była fajną panną, ale
    strasznie ostrą. Gdy w 1943 r. przedarła się przez okupowaną Europę
    do Londynu, to zarzuciła kolegów z biura łączności z krajem taką
    ilością roboty, że prawie wpadali w rozpacz. – Ona do dzisiaj ma
    niesamowity dar zmuszania ludzi do pracy – śmieje się córka jej
    kuzyna, Dorota Zawacka-Wakarecy. – Nawet znanym profesorom potrafi
    porozdzielać prace, które powinni wykonać dla Fundacji Archiwum
    Pomorskie AK... Trudno jej odmówić, a poza tym nie istnieje dla niej
    pojęcie, że coś jest niemożliwe do wykonania – dodaje.

    Jej biała sukienka

    Przed wojną ta rodowita torunianka, rocznik 1909, zdążyła skończyć
    matematykę. Została nauczycielką w Tarnowskich Górach. Na studiach
    zafascynowała ją też organizacja o nazwie Przysposobienie Wojskowe
    Kobiet. Zachwyciła się letnimi obozami PWK nad jeziorami i w górach,
    wspólnym śpiewaniem przy ogniskach. I wspólną służbą dla Polski. To
    sformułowanie może wydaje się komuś wyświechtane, ale ona poświęciła
    Polsce całe życie.

    Została instruktorką PWK. A kiedy wybuchła wojna, rzuciła się w
    podziemną działalność. W 1940 r. zadzwonił jej telefon. – Biała
    sukienka jest już gotowa! – powiedział kobiecy głos w słuchawce. To
    było hasło. Oznaczało, że Elżbieta została kurierką Komendy Głównej
    polskiego państwa podziemnego. Miała niebieskie oczy, jasne włosy i
    od dziecka perfekcyjnie władała niemieckim, więc na bezczelnego
    wchodziła do przedziałów "tylko dla Niemców". Z Polski ponad 100
    razy wywoziła pocztę, a z powrotem przywoziła walizki z dolarami.

    Nosiła pseudonim "Zo". Szło jej świetnie. Aż do maja 1942 roku.
    Przeżyła wtedy osobisty dramat.

    Klara w obozie

    Wracała wtedy z misji kurierskiej, taszcząc walizkę z dolarami.
    Wysiadła na dworcu w Sosnowcu i poszła do swojej młodszej siostry
    Klary. Sama wciągnęła Klarę do siatki kurierskiej. Teraz jednak
    zastała zamknięte drzwi.

    Zastukała więc do mieszkania naprzeciwko. Na widok Eli sąsiadka z
    przerażoną miną próbowała zatrzasnąć drzwi. Większość kobiet i
    mężczyzn w takiej chwili by zbaraniała. A Elżbieta po prostu włożyła
    nogę w szparę. – Uciekaj, gestapo! – syknęła sąsiadka.

    Ela wypadła więc na ulicę. Okazało się, że gestapowcy zabrali jej
    siostrę, a w mieszkaniu obok czekali jeszcze na osoby, które będą o
    Klarę pytać. Odezwało się to niesamowite wojenne szczęście Eli, bo
    chwilę wcześniej gestapowcy... wyszli na kolację.

    Następnego dnia Ela zostawiła walizkę w dworcowej przechowalni. I
    zaczęła krążyć wokół dworca, ostrzegając idące na pociąg koleżanki o
    wsypie. I wtedy przyczepili się do niej dwaj szpicle. Może przyszli
    za którąś z dziewczyn, które ostrzegała "Zo"? Wstrzymywali się z
    aresztowaniem Eli pewnie tylko w nadziei, że gdzieś ich jeszcze
    doprowadzi.

    Co zrobić w sytuacji, kiedy śmierć prawie namacalnie dyszy
    człowiekowi w kark? "Zo" podjęła na ulicach Katowic przerażającą grę
    nerwów z tajniakami. Zdejmowała i wkładała płaszcz w bramach – szli
    za nią. Wskakiwała w ostatniej chwili do tramwajów – oni też za
    każdym razem zdążyli uczepić się tylnej platformy.

    Wreszcie zrezygnowała z tego szarpania się. Weszła do apteki, w
    której pracowała jej koleżanka z Armii Krajowej. Zamiast recepty z
    niewinną miną podała jej jednak kwit bagażowy na walizkę z
    dolarami... Wsiadła do pociągu. Tajniacy też.

    Świtało. Przed Warszawą "Zo" wstała i ruszyła na tył składu. –
    Ciocia zostawiła w przedziale płaszcz, tak jakby wybierała się tylko
    do ubikacji. Ale na miejsce nie wróciła, bo z pociągu wyskoczyła –
    wspomina Dorota Zawacka-Wakarecy.

    Podobno konduktor był domyślny: bez słowa przytrzymał jej drzwi.
    Dziewczyna upadła na żwir i sturlała się do rowu. Zakrwawiona,
    gubiąc buty, przeskoczyła płot, śmignęła obok dwóch zdziwionych
    wędkarzy. Drogą szła kobieta w chuście. Ela wręczyła jej złoty
    pierścionek z akwamaryną, niebiesko-zielonym kamieniem. To był
    prezent od mamy. W zamian dostała chustę i kawałek chleba.

    Wkrótce dotarła bezpiecznie do Warszawy. Jej siostra Klara przeszła
    przez obóz w Ravensbrück, ale przeżyła wojnę. W Auschwitz zginął
    jednak ich brat Egon.

    Ruda w kapeluszu

    Niemcy wkrótce wydali za Elą list gończy. Dziewczyna przemykała się
    więc po stolicy w kapeluszu i ufarbowana na rudo. – Nawet znajomi
    mnie nie poznawali – wspominała później.

    AK wysłało wtedy Elżbietę do Londynu jako emisariuszkę. Emisariusz
    to funkcja zaszczytna, ale strasznie ryzykowna. Zwykły żołnierz miał
    wiedzieć jak najmniej na wypadek wsypy. Jednak emisariusz musiał
    wiedzieć o podziemiu jak najwięcej, żeby przekazać to polskiemu
    rządowi w Londynie. Elżbieta wykuła na pamięć setki szczegółowych
    informacji. Poznała wszystkie drogi kurierskiej łączności z
    zagranicą. A w końcu ruszyła do Londynu. Wiozła też mikrofilmy,
    sprytnie schowane w rozkręcanym trzonku klucza do drzwi.

    – We Francji schowała się w tendrze parowozu. Czyli w wielkim,
    otwartym od góry zbiorniku na wodę – mówi Dorota Zawacka-Wakarecy. –
    Ciocia opowiadała, że leżała tam nad wodą na desce. I że było
    trudne, żeby wchodząc tam, nie usmarować sobie płaszcza – dodaje.

    Przez pirenejskie, ośnieżone przełęcze "Zo" doszła do Andory, a
    potem do Hiszpanii.

    Czy pani generał umie w sobie wyłączyć strach? – pytam jej
    przyjaciół. Oni jednak kręcą głowami. Okazuje się, że Elżbieta bała
    się. I że w tym strachu widać było jej kobiecość. Bo bała się innych
    rzeczy, niż boją się mężczyźni. – Obawiała się na przykład
    rozszarpania przez psy. W Pirenejach drżała, żeby nie dopadła jej
    obława z psami – mówią. Ela czuła też lęk na myśl, że w razie wpadki
    gestapowcy na przesłuchiwaniu mogą szczuć ją psami. – Często się
    zapomina, ile dziewcząt zostało rozszarpanych przez psy na gestapo –
    dodaje Anna Rojewska z Fundacji Archiwum Pomorskie AK.

    Nocny skok

    Z Hiszpanii dotarła do brytyjskiego Gibraltaru. I okrętem do
    Londynu. Przekazała rządowi m.in. prośbę AK o prawne uregulowanie
    statusu kobiet żołnierzy. Rząd londyński z oporami, ale jednak to
    zrobił. Dlatego po powstaniu warszawskim Niemcy nie rozstrzeliwali
    dziewczyn żołnierzy. Traktowali je jako jeńców wojennych.

    W Londynie "Zo" mówiła o potrzebach AK ministrom i gen. Sikorskiemu.
    Ale generał zamiast

    słuchać jej uważnie, przez większość spotkania sam się skarżył,
    jakie kłody rzucają mu pod nogi przeciwnicy. – Oni nie byli wcale
    tak zainteresowani tym, co się w Polsce działo. Służyli Polsce, ale
    kraju nie rozumieli – oceniała Elżbieta po latach w filmie "Miałam
    ciekawe życie". – Żyli w Londynie prywatnym życiem, mieli swoje
    kawki, swoje śniadanka, wszystko, a myśmy w Polsce nie mieli nic –
    wspominała.

    Denerwowało ją też to, na czym najlepiej się znała, czyli
    organizacja pracy w komórce łączności z krajem. Tam tak pogoniła
    kolegów do pracy, że cały wydział krył się przed nią po kątach.
    Kazimierz Bilski wspominał ich pierwsze spotkanie: "Blondynka, pełna
    życia i temperamentu, ubrana bardzo skromnie, prawie nieelegancko.
    Spoj
  • 06.11.08, 14:09
    Denerwowało ją też to, na czym najlepiej się znała, czyli
    organizacja pracy w komórce łączności z krajem. Tam tak pogoniła
    kolegów do pracy, że cały wydział krył się przed nią po kątach.
    Kazimierz Bilski wspominał ich pierwsze spotkanie: "Blondynka, pełna
    życia i temperamentu, ubrana bardzo skromnie, prawie nieelegancko.
    Spojrzała na nas przez okulary i z dużą pewnością siebie
    powiedziała: »A, to właśnie panowie prowadzą łączność z nami!«. W
    powiedzeniu tym było coś, czego nie mogliśmy wziąć ani za wyraz
    radości, ani entuzjazmu. Miało ono po prostu charakter wymówki!" –
    napisał w książce "Drogi cichociemnych".

    Wydajność tej komórki rzeczywiście wzrosła, ale koledzy czasem mieli
    jej dość. "Mimo stanu wojennego, jaki istniał między nią a nami,
    darzyliśmy ją wielkim szacunkiem za rozmach, pracowitość i
    doświadczenie; mniej jednak za jej rady" – wspominał Bilski.

    Choć "Zo" wywołała w biurze huragan, Kazimierz Bilski mimo to
    próbował ją podrywać, np. gdy szli razem na obiad przez piękny park,
    pełen zakochanych par. "Radykalnie zmieniała temat i wówczas
    wprawdzie przestawała mówić o służbie i kurierach, lecz za to –
    wbrew moim oczekiwaniom – poruszała najpoważniejsze zagadnienia, a
    głównie ulubiony jej temat: o roli Polski w Europie (...). Była
    przekonana, że naród polski ma tak wiele duchowych wartości, iż
    powinny mu one dać realną siłę do wytrwania, chociażby znowu znalazł
    się w niewoli na długie lata. Na owe czasy tego rodzaju rozumowanie
    wydawało mi się bardzo nierealne" – wspominał Bilski.

    – Tak, ciocia opowiadała mi kiedyś o tym. Ona przyjechała tam do
    pracy, wszystko ją w tym Londynie denerwowało, a tu kolega wyjeżdża
    z flirtem w tak poważnych okolicznościach... – mówi Dorota Zawacka.

    Mimo to z Kazimierzem się zaprzyjaźniła. Kiedy przed powstaniem
    spotkała go przypadkowo w Warszawie, przegadali ze sobą cztery
    godziny.

    Bo Elżbieta wkrótce wróciła do Polski. Na spadochronie, nocą. Jako
    jedyna kobieta w elitarnym gronie 316 cichociemnych, których Polskie
    Siły Zbrojne zrzuciły w czasie wojny nad Polską. Na ziemi czekała na
    nią drużyna AK. – Oni mnie przyjmują i jak zwykle chcą wziąć w
    ramiona, i nagle odskakują: kobieta! – wspominała z rozbawieniem
    pani generał w filmie "Miałam ciekawe życie".

    Po powstaniu warszawskim to właśnie ona wysłała z misją do Londynu
    Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Sama przetarła mu trasę. "Nawet w
    konspiracji, gdzie panuje anonimowość, »Zo« stała się postacią
    legendarną" – wspominał "Nowak". – "Uchodziła za człowieka ostrego i
    wymagającego od innych, ale najbardziej od samej siebie (...). W
    czasie rozmowy ani razu nie uśmiechnęła się, nie padło ani jedno
    słowo natury bardziej osobistej, nic, co nie wiązało się ze
    służbowym tematem. »Zo« nie miała na to czasu. Dopiero na pożegnanie
    poczułem ciepły, mocny uścisk dłoni i usłyszałem lekkie
    westchnienie: Daj Boże, żebyście dotarli! Dała mi na drogę wiele
    cennych i praktycznych wskazówek, dokładny opis trasy i dojścia do
    meliny oraz hasło".

    Odwrócony stołek

    Po wojnie przez rok działała w antykomunistycznej organizacji WiN.
    UB aresztowało ją w 1951 roku. – Wspomina, że musiała "tylko"
    siedzieć na nodze odwróconego stołka – mówi Dorota Zawacka. –
    Znacznie częściej opowiada, jak przygotowywała tam do matury
    nastoletnie więźniarki polityczne – dodaje.

    Na wolność wyszła w 1955 roku. Została profesorem pedagogiki.
    Specjalizowała się w andragogice, czyli kształceniu dorosłych.
    Cenili ją zagraniczni uczeni, ale władze uniwersytetu w Toruniu
    spychały ją na boczny tor.

    Nie wyszła za mąż. Całe życie poświęciła pracy. Szkoda jej było
    czasu nawet na takie prozaiczne zajęcia, jak robienie zakupów. Za
    drobną opłatą wyręczała ją w tym sąsiadka. Po upadku komunizmu
    założyła fundację i muzeum poświęcone kobietom żołnierzom. Na
    objęcie społecznej funkcji prezesa namówiła panią Dorotę, córkę
    kuzyna. Z niewinną miną przekonywała: "zgódź się, to żadna praca".
    Potem nieraz telefonowała w sprawie tej "żadnej pracy" nawet o
    północy. Albo była zdziwiona, że pani Dorota wychodzi do parku z
    dziećmi, zamiast opracowywać archiwalne dokumenty. – Dzwoniła też z
    życzeniami dla męża i synów albo z pytaniem: "jak się czujesz". Ale
    podczas ćwierć wieku naszej przyjaźni ani razu nie zadzwoniła, jeśli
    potrzebowała czegoś dla siebie – mówi pani Dorota.

    W wieku 85 lat opanowała obsługę komputera. – Była zbulwersowana, że
    jej koleżanki kombatantki nie korzystają z Internetu i że z tego
    powodu ma z nimi utrudniony kontakt – wspomina pani Dorota.

    Pani generał pisze teraz książkę o kobietach – bohaterkach wojny.
    Spieszy się, żeby zdążyć, póki ma siły. Ale jej przyjaciele widzą,
    że tych sił ma mniej niż kiedyś. Dlatego od kilku miesięcy proszą
    dziennikarzy, żeby zrezygnowali z odpytywania pani generał. – Ciocia
    potrafi się zmobilizować i pewnie by z wami porozmawiała, ale
    później to spotkanie by odchorowała – mówi Dorota Zawacka.

    Choć w marcu skończy sto lat, "Zo" wciąż wymyśla kolejne prace
    pracowniczkom fundacji. I wciąż nie uznaje słowa "niemożliwe". – My
    jednocześnie ją kochamy i jej się boimy – mówią z uśmiechem panie z
    fundacji.

  • 01.12.08, 14:29
    PRZEGLĄD:
    wiadomosci.onet.pl/1520201,2678,1,kioskart.html
    Ameryka jest w szoku. Czarnoskórzy marines przez kilka godzin
    torturowali swego białego dowódcę i gwałcili jego czarną żonę. Potem
    dokonali egzekucji. Był Polakiem, nazywał się Jan Paweł Pietrzak, a
    imię otrzymał na cześć papieża.

    (…)
    Zielona karta

    Pietrzakowie przyjechali do Ameryki z synem Janem Pawłem i córką
    Alicją w 1994 r., kiedy matka wygrała zieloną kartę na loterii
    wizowej. Trafili na Brooklyn do dzielnicy Bensonhurst. Chodzili do
    pobliskiego kościoła św. Franciszki de Chantal, gdzie Janek był
    bierzmowany. Z dumą wszystkim opowiadał, że imiona ma po papieżu.

    A pierwszego z nich nie pozwalał wymawiać jako "Dżon", tylko w
    oryginalnym polskim brzmieniu. Równocześnie czuł się Amerykaninem.
    Po ataku

    11 września 2001 r. postanowił, że wstąpi do US Marines. Kiedy
    skończył szkołę i dwa lata college'u, tak właśnie zrobił. O mało
    jednak plany te nie skończyłby się niczym. 24 maja 2003 r., gdy
    szedł w swej dzielnicy New Utrecht Avenue, zobaczył, że jakiś zbir
    bije jego kolegę. Pośpieszył na pomoc. Chciał ich rozdzielić.
    Napastnik zadał mu cios nożem w głowę. Janek uchylił się, ostrze
    rozerwało mu prawy policzek od ucha po szczękę. Padł na ziemię we
    krwi. Pogotowie zabrało go do szpitala. Lekarze z niemałym wysiłkiem
    pozszywali twarz. Pozostała jednak na niej widoczna blizna.

    US Marines

    Jesienią zameldował się w ośrodku szkoleniowym marines. Po okresie
    przygotowawczym dostał przydział do jednostki helikopterowej w bazie
    Camp Pendleton, niedaleko San Diego w Kalifornii. Ponieważ zawsze
    miał smykałkę mechaniczną, przełożeni uznali, że największy pożytek
    będzie z Janka w obsłudze technicznej maszyn bojowych. Nie pomylili
    się. Polski marine szybko awansował.

    Trzy lata temu, kiedy jednostka odlatywała do Iraku, lokalna
    społeczność urządziła jej pożegnanie. Po części oficjalnej wojsko
    poszło na dyskotekę. Tam Janek poznał Quianę, o dwa lata starszą,
    piękną Afroamerykankę. Wyróżniała się zresztą nie tylko urodą. W
    odróżnieniu od większości murzyńskich dziewcząt była jedynaczką,
    pochodziła z inteligenckiej, zamożnej rodziny, pisała wiersze...


    Między młodymi zaiskrzyło.

    Love story

    Quiana czekała, aż Janek wróci z Iraku. Potem były tradycyjne
    zaręczyny z udziałem obu rodzin, niemal dwuletnie chodzenie ze sobą.
    W maju br. chłopak kupił dom w Winchester, eleganckim przedmieściu
    San Diego. Ślub wzięli 8 sierpnia 2008 r., czyli 8.8.08, a trzy
    ósemki w dacie miały zapewnić im, zgodnie z chińską tradycją,
    szczęście, powodzenie i majętność. Wesele było huczne. Zaraz potem
    wprowadzili się do swego domu przy Bermuda Street. 200-metrowego, z
    wielkim salonem i pięcioma sypialniami. 24-letni Janek był już
    sierżantem i dowodził

    20-osobowym oddziałem. Jego żona awansowała jako asystentka medyczna
    w szpitalu dziecięcym. Myślała o studiach medycznych.

    - Nie wierzyłam, że to się może skończyć źle - mówi Henryka
    Pietrzak. - Znajomi, zachwycając się zdjęciem Janka i Quiany,
    mówili, że to wszystko jest bardzo piękne, ale nie zawsze takie
    mieszane związki dobrze się kończą. Wzruszyłam ramionami. Przez kraj
    maszerował do Białego Domu Barack Obama z pieśnią zmiany i jedności
    Ameryki na ustach. Dla Quiany i Janka był niemal jak Bóg.

    (…)
    Obie rodziny w motyw rabunkowy nie wierzą. Podobnie Polonia, która
    dowierza raczej motywowi rasowemu czy wręcz - rasistowskiemu. Być
    może dla czarnoskórych podwładnych Pietrzaka fakt, że poślubił
    afroamerykańską piękność, robił karierę wojskową, a ich miał "pod
    sobą", był nie do zniesienia. Ten motyw zasugerował zresztą
    konserwatywny dziennik "New York Post".

    W swej korespondencji z Waszyngtonu PAP przypomina o tzw. syndromie
    Sally Hemings, czyli zjawisku wrogości, z jaką niektóre środowiska
    murzyńskie w USA odnoszą się do mieszanych par, w których kobieta
    jest czarna, a mężczyzna biały. Jest to nawiązanie do sytuacji z
    czasów niewolniczych, kiedy biali posiadacze wykorzystywali czarne
    niewolnice także seksualnie. Najbardziej znaną stała się Sally
    Hemings, kochanka prezydenta Thomasa Jeffersona. Stereotyp z nią
    związany pokutuje gdzieniegdzie do dziś jako ilustracja z jednej
    strony - niewolniczej eksploatacji, a z drugiej - braku godności.
    Nie budzą "zastrzeżeń" związki odwrotne: czarnych mężczyzn z białymi
    kobietami.

    Wszechobecna w USA poprawność polityczna sprawia, iż ten temat
    poruszany jest sporadycznie.

    (…)

    Sprawa bulwersuje. Z wielu powodów. Przede wszystkim z ludzkiego
    punktu widzenia, bo takie przypadki zezwierzęcenia zdarzają się
    rzadko. Po drugie, jest dewastująca dla wizerunku elitarnej formacji
    marines, dumy Ameryki. Po trzecie, godzi w afroamerykańską część
    społeczeństwa amerykańskiego. Wiara w wersję, że tu chodzi jedynie o
    rabunek, wymaga naprawdę niezwykłej determinacji.

    Gdyby czterej biali marines zamęczyli na śmierć swego czarnego
    dowódcę i jego białą żonę, na ulicach mielibyśmy dziś demonstracje.
    Po czwarte, dzieje się to wszystko w czasie euforii po wyborze na
    prezydenta Baracka Obamy.

    Z tych wszystkich powodów proces sprawców będzie śledzony zapewne z
    wielką uwagą. Już zajęły się nim wszystkie najważniejsze
    amerykańskie stacje telewizyjne i znane tytuły prasowe. Miejmy
    nadzieję, że wymiar sprawiedliwości wyjaśni wszystkie motywy zbrodni
    do samego końca.
    (…)
  • 13.05.15, 22:44
    >
    > Gdyby czterej biali marines zamęczyli na śmierć swego czarnego
    > dowódcę i jego białą żonę, na ulicach mielibyśmy dziś demonstracje.

    w 2014 z powodu zabicia "czarnego" przez policjanta w Ferguson
    i w 2015 w Baltimore
    były manifestacje uliczne "czarnych" w wielu miastach USA


    parę lat temu w programie Kuby Wojewódzkiego był koszykarz Marcin Gortat
    powiedział, że w USA co roku dochodzi do morderstwa na tle rasowym
    "białego" sportowca przez Murzynów lub Meksykanów
    i "biali" sportowcy przechodzą szkolenie, jak unikać zagrożeń

    jakoś nic nie słychać, żeby organizowano uliczne protesty
    po zamordowaniu "białego" z powodu nienawiści rasowej "czarnego"...


    --
    Oboje z Nel, prócz klejenia latawców i obok innych codziennych zajęć, zabrali się także do nawracania Kalego, Mei i Nasibu. Ale poszło to trudniej, niż się spodziewali. (...)
    – Powiedz mi – zapytał Staś – co to jest zły uczynek?
    Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy – odpowiedział po krótkim namyśle – to jest zły uczynek.
    – Doskonale! – zawołał Staś – a dobry?
    Tym razem odpowiedź przyszła bez namysłu:
    – Dobry, to jak Kali zabrać komu krowy.
    Staś był zbyt młody, by zmiarkować, że podobne poglądy na złe i dobre uczynki wygłaszają i w Europie – nie tylko politycy, ale i całe narody
    Henryk Sienkiewicz: " W pustyni i puszczy"
  • 08.12.08, 14:30
    stara POLITYKA:
    wiadomosci.onet.pl/1443806,1292,1,zniknal_w_mrokach_sredniowiecza,kioskart.html

    Między nimi, w oficjalnych pocztach polskich monarchów, nie ma
    żadnego władcy. A był.

    Mieszko II, następca Bolesława Wielkiego (Chrobrego), zmarł w 1034
    r., a w 1039 r. do Polski wkroczył jego syn Kazimierz Karol, by z
    niemiecką pomocą odzyskać dziedzictwo i odbudować zagrożone rozpadem
    państwo. Nadano mu przydomek Odnowiciel. Pięcioletni okres między
    tymi dwoma wydarzeniami przypomina czarną dziurę. Zadbali o to
    najbardziej znani średniowieczni kronikarze: Gall Anonim, Wincenty
    Kadłubek, Jan Długosz i plejada sławnych historyków z Joachimem
    Lelewelem i Adamem Naruszewiczem na czele. W ich przekazach brak
    wzmianek o wówczas panującym. Choć nie do końca. Długosz na przykład
    dokonał godnej podziwu ekwilibrystyki i, aby całkowicie nie pominąć
    w swoim przekazie istniejącego rzeczywiście władcy, zmienił mu imię
    i profilaktycznie uśmiercił jeszcze przed zgonem ojca!

    Jakie były przyczyny, dla których świadomie zakłamali historię? Komu
    zależało na tym, aby następca Mieszka II i poprzednik Kazimierza
    Odnowiciela pozostał w całkowitym niemal zapomnieniu?

    Skazany na zapomnienie władca nosił imię Bolesław. Był
    najprawdopodobniej pierworodnym synem Mieszka II i Rychezy, wnuczki
    cesarza niemieckiego Ottona II, starszym bratem Kazimierza Karola i
    Włodzisława, choć niewykluczone, że jego matką była poprzednia żona
    króla lub jedna z jego nałożnic. Urodził się w 1014 r. lub 1015 r.,
    zmarł natomiast zapewne krótko przed najazdem na Polskę czeskiego
    Brzetysława w 1039 r. Jego postać występuje w wielu źródłach obcych,
    m.in. w niemieckiej „Kronice z Braunweiler”, gdzie jest mowa o
    okrutnym prześladowaniu Ryksy (Rychezy) przez syna, w „Kronice
    Czechów” Kosmasa i w „Kronice węgierskiej Chartiritusa Biskupa” –
    fragment o militarnej pomocy, jakiej udzielić miał Bolesław II
    Węgrom.

    Również kilka polskich źródeł zawiera informacje o starszym synu
    Mieszka II. W rocznikach „Kapituły Krakowskiej” pod datą 1038 r.
    umieszczono zapis dotyczący zgonu króla Bolesława; skoro Chrobry
    zmarł w 1025 r., a Śmiały ponad pół wieku później, mogło jedynie
    chodzić o ich nieobecnego w poczcie królów i książąt polskich
    imiennika. Pośrednio jego istnienie potwierdza także „Rocznik
    małopolski”, w którym Bolesław Krzywousty nazwany jest Bolesławem
    IV, oraz zniszczony w XIX w. „Kodeks tyniecki” Bolesława Śmiałego z
    figurującą przy jego imieniu rzymską cyfrą III. Skoro zatem
    Chrobremu, poza wspaniałym przydomkiem Wielki, przyznano rzymską
    jedynkę, a Śmiałemu i Krzywoustemu trójkę i czwórkę, wniosek jest
    oczywisty: był między nimi jeszcze jeden Bolesław.

    W Polsce po raz pierwszy wspomniano o Bolesławie II w „Kronice
    Wielkopolskiej”, napisanej w XIII w. przez biskupa poznańskiego
    Boguchwała II, przeredagowanej później przez biskupa Janka z
    Czarnkowa. Było to złe wspomnienie. „Gdy zmarł w roku Pańskim 1033
    (mowa o Mieszku II – S.L.), nastąpił po nim pierworodny syn jego
    Bolesław. Skoro ten został ukoronowany na króla, wyrządził swej
    matce wiele zniewag. Matka jego pochodząca ze znakomitego rodu,
    zabrawszy syna swego Kazimierza, wróciła do ziemi ojczystej w
    Saksonii, do Brunszwiku, i umieściwszy tam syna dla nauki miała
    wstąpić do jakiegoś klasztoru. Bolesław zaś z powodu srogości i
    potworności występków, zbrodni okrutnych i nieludzkich, których się
    dopuszczał, źle skończył swe życie, i choć odznaczony został koroną
    królewską, nie policzony został nawet w liczbie królów i książąt
    polskich dla wielkiej nieprawości swojej. Po śmierci jego wielkie
    zaburzenia i wojny domowe wszczęły się w królestwie”. Warto także
    zacytować króciutki fragment opowieści Wincentego z Kielczy, który w
    połowie XIII w. napisał: „Zostało po nim [Mieszku II] dwóch synów,
    starszy Bolesław i małoletni Kazimierz. Po starszeństwie zasiada na
    tronie pierworodny Bolesław”. I dalej: „Nie panował długo, ale
    nagromadził tyle zbrodni, że śród nich stracił życie”.


    Informacje zawarte w „Kronice Wielkopolskiej” zostały w zbliżonej
    wersji, ale po licznych stylistycznych przeróbkach, powtórzone w
    późniejszych o cały wiek „Rocznikach Mazowieckich” i odleglejszych w
    czasie, piętnastowiecznych „Rocznikach Świętokrzyskich”, jednak w
    obu tych dziełach imię Bolesław, nie wiadomo czemu, zmieniono na
    Włodzisław. Jest jeszcze umieszczone w „Tabula regnum Poloniae” z
    końca XIV w. wiele mówiące zdanie: „Jeden waleczny król wymazany
    został z rzędu panujących”.

    W XIX w. dla wielu historyków fakt istnienia Bolesława II był
    bezsporny. Pisali o nim w swoich książkach Szajnocha, Lewicki,
    Smolka. Ale, jak stwierdza Oskar Balzer, autor wydanego w 1895 r. w
    Krakowie pomnikowego dzieła „Genealogia Piastów”, który postaci
    Bolesława poświęcił wielostronicowy wywód, „dopiero Wojciechowski ma
    zasługę, że istnienie jego udowodnił w sposób nie pozostawiający
    żadnej prawie wątpliwości”.

    Tadeusz Wojciechowski, wybitny historyk mediewista, znawca
    średniowiecznych źródeł i autor doskonałych opracowań na temat
    Polski piastowskiej, uczynił to na kartach utworu „O Kazimierzu
    Mnichu”. Najłatwiej rozprawił się z koronnym argumentem sceptyków
    podających w wątpliwość samo istnienie Bolesława – milczeniem na
    jego temat ze strony Anonima, najbliższego mu przecież w czasie, a
    zatem najlepiej zorientowanego w przebiegu zdarzeń polskiego
    kronikarza. Otóż brak relacji w kronice Galla, zdaniem
    Wojciechowskiego, nie stanowi bynajmniej dowodu na nieistnienie
    Bolesława, gdyż dziejopisarz świadomie pomijał również wiele innych
    faktów, których opisanie niekoniecznie spotkałoby się z aprobatą
    panującego, na którego dworze przebywał i tworzył. Los taki spotkał
    osobę księcia Bezpryma, pierworodnego syna Bolesława Chrobrego,
    który fatalnie zapisał się w dziejach, doprowadzając podczas
    krótkich, krwawych rządów do rozpadu państwa stworzonego przez ojca.

    Lecz nie tylko za to dosięgła go kara w postaci milczenia na jego
    temat w polskich kronikach. Jego wina była podobna do tej, jaką
    naraził się Bolesław Zapomniany. Również cenzorzy i sędziowie mieli
    okazać się ci sami. Bolesław Krzywousty był zaledwie prawnukiem
    Mieszka II i pamięć o wydarzeniach sprzed zaledwie kilku dziesiątek
    lat była w jego otoczeniu z pewnością dość żywa. Głoszenie prawdy
    natomiast całkowicie niepożądane.

    Z faktu, iż Kazimierz (Odnowiciel) oraz jego brat Włodzisław zostali
    oddani przez ojca do klasztoru – co stanowi okoliczność dobrze znaną
    badaczom epoki – Wojciechowski wysnuł jedyny logiczny wniosek, iż
    niepodobna przyjąć, aby panujący uczynił zakonnikami swoich jedynych
    synów. Musiał zatem mieć jeszcze innego potomka, dla którego
    przeznaczył królewską koronę; dalsze wywody, będące konsekwencją
    powyższej konkluzji, wskazują jako owego następcę właśnie Bolesława
    II. Chyba żeby przyjąć, iż Mieszko II był szaleńcem, który całkiem
    świadomie chciał zakończyć istnienie królewskiej gałęzi Piastów na
    sobie. Całe jego życie upłynęło jednak wśród racjonalnych posunięć,
    czasami znamionujących wręcz polityczny geniusz, i trudno przyjąć,
    by mógł się poważyć na tak niezwykły krok. Kastracja, którą
    zafundowali mu mściwi Czesi podczas wygnania z Polski, dotknęła go
    na ciele, ale z pewnością nie na umyśle!

    Prawdziwy klucz do rozwikłania tajemnicy Bolesława II Zapomnianego,
    zwanego niekiedy także Okrutnym, zawiera się w dwóch ostatnich
    zdaniach zacytowanego fragmentu „Kroniki Wielkopolskiej”, choć
    biskup Boguchwał nie zechciał wyjaśnić, na czym
  • 08.12.08, 14:32
    Prawdziwy klucz do rozwikłania tajemnicy Bolesława II Zapomnianego,
    zwanego niekiedy także Okrutnym, zawiera się w dwóch ostatnich
    zdaniach zacytowanego fragmentu „Kroniki Wielkopolskiej”, choć
    biskup Boguchwał nie zechciał wyjaśnić, na czym polegały potworne
    występki króla. Czyżby były aż tak straszne, że pióro duchownego z
    odrazy wzdragało się przed ich opisaniem? A może ciągle jeszcze
    trwało swoiste embargo na szczegółowe opisanie wypadków sprzed
    kilkuset lat?

    Nim nastąpią odpowiedzi na te pytania, warto sięgnąć po cytat z
    pasjonującej książki Andrzeja Zielińskiego „Początki Polski. Zagadki
    i tajemnice”, w której autor zawarł taki oto wywód: „Warto się
    zastanowić, co trzeba było wtedy zrobić, aby zostać na zawsze
    wykreślonym z ludzkiej pamięci? Wydawałoby się, że nie ma w dziejach
    ludzkości takiego uczynku ani takiej możliwości. Najlepszym
    przykładem jest przecież pośmiertna sława Herostratesa, podpalacza
    świątyni Artemidy w Efezie. Skazany w czasach starożytnych na
    wykreślenie po wieczne czasy z ludzkiej pamięci, ubogi szewc stał
    się szybko bohaterem wielu dzieł literackich, a jego imię, w
    odróżnieniu od imion tych, którzy go na tę niepamięć skazali,
    przetrwało przez wieki do dzisiejszych czasów i stało się synonimem
    zdobywania sławy za wszelką cenę. Okazuje się jednak, że w Polsce
    można było skazać na zapomnienie i wymazanie z historii nawet
    koronowaną głowę, w dodatku polskiego dynastycznego króla,
    oficjalnie koronowanego w polskiej katedrze i przez polskiego
    arcybiskupa. A wyrok taki przetrwał prawie tysiąc lat i praktycznie
    trwa po dzień dzisiejszy”.

    Za co odebrano królowi Bolesławowi miejsce w naszej historii?
    Zarówno przed Bolesławem Zapomnianym, jak i długo po nim
    przedstawiciele królewskiego rodu Piastów dopuszczali się czynów
    okrutnych i haniebnych; w niczym nie różnili się od innych srogich
    władców epoki. Gdy powszechnie lubiany i hołubiony przez historyków
    Bolesław Krzywousty kazał bezwzględnie okaleczyć rodzonego brata
    Zbigniewa, w konsekwencji powodując jego śmierć, Kościół dla
    porządku nałożył na krewkiego księcia-bratobójcę klątwę, którą
    okrutnik zmazał niezbyt dolegliwą zresztą pokutą. W gorsze tarapaty
    popadł jego stryj Bolesław Śmiały, który za uśmiercenie stojącego na
    czele spisku biskupa krakowskiego Stanisława zapłacił utratą tronu i
    wygnaniem z kraju.

    Kara nie dotknęła natomiast księcia Przemysła II, późniejszego
    króla, który dopomógł w opuszczeniu ziemskiego padołu swej małżonce,
    zaledwie 22-letniej, bezpłodnej Ludgardzie. Kazimierz Wielki, który
    jawi się jako władca dobrotliwy, doskonały administrator i ten,
    który Polskę pozostawił murowaną, mógłby pod względem okrucieństwa z
    powodzeniem licytować się ze swoimi poprzednikami. Żadnego z nich
    jednak i dziesiątek pomniejszych piastowskich książąt, którzy
    splamili ręce krwią bliskich lub poddanych, nie spotkała kara na
    miarę wymierzonej Bolesławowi, a także przytoczonemu już wcześniej
    Bezprymowi.

    Najgorsze bestialstwo ani bijąca w oczy rozpusta, ani nawet
    zboczenia seksualne – Śmiałemu Jan Długosz zarzucał sodomię z
    ulubioną przez króla klaczą – nie wywołały bezwzględnej kościelnej
    anatemy, powodującej śmierć cywilną. W czasach pierwszych
    koronowanych Piastów jedynie bezpośredni, bezpardonowy atak na
    Kościół, zagrażający jego istnieniu, mógł wywołać opisany skutek. I
    oto dochodzimy do sedna sprawy. Zarówno książę Bezprym, jak i
    Bolesław II Zapomniany wydali walkę nowej religii, a po jej
    przegraniu zapłacili wysoką cenę za swoją zbrodnię. Wraz z życiem
    odebrano im miejsce w historii.

    To, że w XI-wiecznej Polsce wprowadzone za Mieszka I chrześcijaństwo
    przeżywało ciężkie chwile, jest bezdyskusyjne. Bunty zwolenników
    starych plemiennych bogów wybuchały co i rusz z mniejszą lub większą
    intensywnością w różnych częściach rozległego państwa. Wzmiankują o
    nich wszystkie ówczesne kroniki. Sam Bolesław Chrobry pod koniec
    życia musiał bezwzględnie tłumić antychrześcijański bunt, który
    zagroził nie tylko strukturom jego państwa, ale mógł także
    storpedować koronacyjne plany. Lecz to, co stało się kilka lat po
    śmierci Mieszka II, nie było już tylko odosobnioną rebelią grupki
    zagorzałych pogan, lecz miało charakter nieomal powszechny.
    Kościołowi w Polsce, strukturze młodej i jeszcze nieokrzepłej,
    zajrzało w oczy widmo całkowitej zagłady, czego dowodzi chociażby
    fragment jednej z niemieckich kronik „Roczników z
    Hildesheim”: „Chrześcijaństwo tamże (w Polsce) przez jego (Mieszka
    II) poprzedników dobrze zaczęte, a przez niego bardziej umocnione,
    żałośnie upadło”.

    To właśnie wtedy doszło do owych wielkich zaburzeń i wojen domowych,
    o których wspomina „Kronika Wielkopolska”. Dla ludzi Kościoła
    przybrały one dramatyczny wyraz. „Znęcano się nad księżmi, zabijając
    ich różnymi sposobami. Jednych przebijano nożami lub dzidami, innym
    podrzynano gardła, jeszcze innych kamienowali, jakby jakieś ofiary”.
    Fragment tekstu autorstwa Jana Długosza daje wyobrażenie o sile
    pogańskiej reakcji i determinacji, z jaką trzecie pokolenie
    ochrzczonych Polan – w istocie nowa wiara zapuściła mocne korzenie
    jedynie na dworze i wśród grupy możnych – pragnęło powrócić pod
    opiekuńcze skrzydła starych bogów.

    Walczący o władzę Bezprym i Bolesław opowiedzieli się po stronie
    pogańskiego żywiołu i na jego czele wypowiedzieli wojnę Kościołowi,
    sojusznikowi ich politycznych konkurentów. To był zapewne ów
    straszliwy występek, jakiego dopuścił się Zapomniany.
    Najprawdopodobniej ustami arcybiskupa gnieźnieńskiego Bossuty
    wypowiedziana została uroczysta klątwa, która spadła nie tylko na
    samego władcę, ale także na całą Polskę. Bolesław II prawdopodobnie
    został skrytobójczo pozbawiony życia i wykreślony z pamięci, a
    Polska powrót na łono Kościoła okupiła szeregiem ciężkich
    obowiązków, za cenę których pozwolono księciu Kazimierzowi
    Odnowicielowi opuścić klasztorne mury i przybyć do Polski.

    Określono je nad wyraz dokładnie w bulli wydanej przez papieża
    Benedykta VIII: „Corocznie płacić będą Polacy kurii papieskiej
    zwyczajny pieniądz od każdej głowy, wyłączając głowy szlacheckie,
    nie będą zapuszczać włosów na głowie i brodzie, zwyczajem
    barbarzyńskim, ale będą je starannie postrzygać. Wielkiego Postu
    przestrzegać o trzy tygodnie dłużej niż w innych krajach (...),
    wiecznie też będą obowiązani, aby w Bogu i w Wierze Chrześcijańskiej
    wdzięczniejszymi i gorliwszymi byli”.
  • 16.02.09, 08:21
    Artykuł ten ukazał się na początku 1984 roku w ogólnopolskiej gazecie „EXPRESS WIECZORNY”.

    Prawdopodobnie 27 stycznia 1984 r. – taką datę podaje w innym wycinku gazety czytelnik p. Tadeusz Wojdalski, były pracownik Fabryki Karabinów (który potwierdził, że inż. Maroszek był jedynym konstruktorem) – ale 100% pewności nie mam. Na wycinku gazety z artykułem data wydania się niestety nie zachowała.

    Gazeta ta od kilkunastu lat NIE ISTNIEJE,
    więc domyślam się, że nikt o „własność intelektualną” awanturować się NIE będzie...

    moje uwagi do treści:
    1) przebijalność na 100 m – 20 mm to błąd w druku,
    inne źródła podają 30 czy 33 mm

    2) inż. Jurek, konstruktor konkurencyjnego karabinu ppanc. z oporopowrotnikiem sprężynowym ,
    skonstruował później nkm 20 mm wz. 38

    ***************************************************************

    Spotkanie w "Expressowym" KMPiK jesienią ub. r. poświęcone pistoletowi maszynowemu MORS wz. 39, który wzbogacił wówczas zbiory militariów Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, wywołało także dyskusję o karabinie przeciwpancernym wz. 35. Redakcja zwróciła się do płk. dra Kazimierza Satory z prośbą o artykuł naświetlający tę sprawę.

    WARSZAWSKI pułk z ul. 11 Listopada, 36 pułk piechoty Legii Akademickiej, 30 sierpnia 1939 roku zajął stanowiska obronne nad granicą niemiecką w miejscowości Fraszka. Na zbiórce w lesie w przeddzień wojny przemówił do grupy żołnierzy dowódca pułku, ppłk Karol Ziemski. Zaznaczył, że zebrał najlepszych strzelców, żołnierzy i podoficerów, chodzi bowiem o tajną, nie znaną jeszcze broń, którą dostaną za chwilą do ręki. Czasu na jej wypróbowanie nie będzie. Wypróbują ją w boju, Otwarto dwie skrzynie z dobrze zakonserwowanymi, naoliwionymi karabinami UR. Rozdano karabiny i amunicję.

    Po zbiórce, żołnierze z karabinami ppanc. wrócili na stanowiska obronne, wysunięte nieco w stosunku do linii swych oddziałów.

    Podczas ataku przedwieczornego 2 września strzelcy z karabinami przeciwpancernymi mieli sposobność zetknąć się z czołgami. Kpr. pchor. Jerzy Szymczak strzelał kolejno do dwóch ukazujących się czołgów, łącznie oddał 5 strzałów. Po strzałach, z włazu pierwszego czołgu wyskoczyli niemieccy czołgiści i pozostawiając pojazd na przedpolu, wycofali się. W drugim przypadkiu załoga również uciekła, a z pozostawionego wozu jął wydobywać się dym.

    Karabin przeciwpancerny UR, okryty skutecznie do września 1939 roku kryptonimem "Urugwaj", stanowił istotnie konstrukcję rewelacyjną. Spisał się bardzo dobrze na polach walk wrześniowych. Trudno zatem pogodzić się z powszechnie lansowanymi nieporozumieniami co do osoby konstruktora tej zasłużonej broni, czy niekiedy nawet co do samej konstrukcji.


    JEDEN KONSTRUKTOR

    MYLNIE popularyzuje się jako autora konstrukcji zespół: "ppłk dr T. Felsztyn, inżynierowie: J. Maroszek, P. Wilniewczyc, E. Szteke i inni". Serię zapoczątkowała przed laty, zdaje się cenna praca naukowa o naszym wojsku przedwrześniowym. Za nią, bezwiednie - a może też za inną jeszcze zwodniczą przesłanką - poszli inni, powtarzając i powielając tę tezę. Tymczasem karabin UR miał konkretnego, autentycznego jedynego konstruktora - mgra inż. Józefa Maroszka.

    Zajmowałem się przed kilkoma laty historią karabinu UR, którego parę egzemplarzy trafiło do zbiorów muzealnych. Sięgnąłem też do żywego źródła, do konstruktora kb UR, doc. mgra inż. J. Maroszka z Politechniki Warszawskiej. Na tle wyłaniającego się szkicu dziejów, zwróciły moją uwagę mylne informacje o 4-osobowym co najmniej zespole konstruktorskim UR, powtarzane w opracowaniach bronioznawczych. Informacja o "zespole konstruktorskim" UR nie ominęła popularnego opracowania bronioznawczego J. Magnuskiego pt. "Prezentuj broń" (1972 r.). W związku z tym doc. Maroszek za naszym pośrednictwem prosił w notatce z 20.XI.1979 roku, o sprostowanie mylnej informacji w kolejnym wydaniu książeczki. Ale nowe wydanie nie ukazało się, A w różnych publikacjach i artykułach kursuje ten sam pogląd o konstruktorach,

    Wyjaśnienie doc. J. Maroszka brzmiało następująco:
    "...gwoli ścisłości historycznej wyjaśniam, że w opracowaniu konstrukcji karabinu ppanc. UR wz. 35 nie brali udziału ani T. Felsztyn, ani E. Szteke. ani P. Wilniewczyc.
    T. Felsztyn należał do zespołu, który zlecił Instytutowi Technicznemu Uzbrojenia opracowanie karabinu do specjalnej amunicji 7,9 mm, która przy długości wylotowej lufy 1100 mm miał zezwolić na uzyskania prędkości wylotowej około 1250 m/sek. Z kolei w ramach ITU zlecono mi opracowanie odpowiedniego karabinu... Konstruktorem karabinu był właśnie inż. J. Maroszek...
    Należy dodać, że równocześnie Fabryka Karabinów opracowała inne rozwiązanie tej broni, jednak niezbyt udane, o masie ca 16 kg. Autorem tego rozwiązania był B. Jurek. Być może, P. Wilniewczye i E. Szteke współpracowali z B. Jurkiem jako pracownicy tej samej fabryki. Żaden z nich jednak nie współpracował z J. Maroszkiem przy opracowania kb UR wz. 35
    ...Konstrukcję tę opracowałem samodzielnie”.


    DZIEJE BUDOWY

    SPRÓBUJEMY nakreślić szkic dziejów budowy UR, Zacznijmy od odpowiedzi na pytanie: z czego wywodził się pomysł karabinu, kto dał asumpt do poszukiwań?

    Na początku lat trzydziestych dotarła do Polski informacja o wyjąt-kowej skuteczności broni o dużej prędkości pocisku. Chodziło o karabin myśliwski Gerlicha, firmy Halger. Płk dr inż. T. Felsztyn zwrócił uwagę na konieczność podjęcia badań w tym kierunku. Próby z karabinem firmy Halger przeprowadzono w Toruniu w październiku 1931 r. A w lutym 1932 roku odbyła się próba z doświadczalnym karabinem ppanc. pomysłu kpt. Kapkowskiego. Z prób wyciągnięto wnioski do dalszych badań.

    Z kolei przeprowadzono wstępne próby z amunicją nowo opracowaną przez fabryki w Pionkach i Skarżysku. Wykazały one, że przy przekroczeniu przez zwykły pocisk prędkości uderzenia w płytę pancerną ok. 900 m/sek., zmniejsza się w istotny sposób jej odporność na przebicie. To stało się impulsem do zbudowania specjalnej nowej broni.

    Zadanie skonstruowania karabinu ppanc. zlecono Instytutowi Badań Materiałów Uzbrojenia. W ramach Instytutu przedsięwzięcie to otrzymał mgr inż. Józef Maroszek, młody absolwent sekcji uzbrojenia Politechniki Warszawskiej. Zgodnie z założeniami otrzymać on miał do dyspozycji pełnowartościową amunicję, która umożliwiłaby osiągnięcie prędkości wylotowej pocisku SC ok. 1300 m/sek., przy długości lufy 1100 mm. Już wstępne próby, które przeprowadził inż. Maroszek na lufach osadzonych w aparacie ciśnieniowym, wykazały całkowitą nieprzydatność dostarczonej amunicji.

    Wskutek nadmiernego ciśnienia występowało bardzo silne zakleszczenia łusek w komorze nabojowej i przebijanie spłonek oraz gwałtowne zużywanie się przewodu lufy, A więc i spadek prędkości, i utrata celności. Z tego więc względu prace nad amunicją należało rozpocząć od nowa.

    Związane z tym prace badawcze trwały około 2 lat. Przebadano wiele gatunków prochu, wprowadzono wiele zmian w geometrii przewodu lufy i pocisku oraz sposobie osadzania pocisku w szyjce łuski. Poszukiwano również stali na lufy, bardziej odpornej na zużywanie się przewodu lufowego.

    W wyniku tych prac uzyskano parametry w odniesieniu do prochu, geometrii pocisku i jego zacisku w szyjce, grubości spłonki, geometrii przewodu lufy i jej wydłużenia z 1100 do 1200 mm, przy których to usprawnieniach osiągnięto prędkość wylotową pocisku ok. 1275 m/sek. i zwiększoną trwałość lufy odpowiadającą 300 celnym strzałom, zamiast początkowych 30.

    Z kolei nadeszła decyzja władz o zaniechaniu początkowej koncepcji konstruowania karabinu jako broni maszynowej i ograniczeniu się do karabinu powtarzalnego, którego lufę można będzie wymieniać w warunkach polowych a odrzut ("kopnięcie") nie będzie większy niż zwykłego karabinu piechoty.


    WŁASNA KONSTRUKCJA

    KARABIN UR był to typ mauzerowski, podobnie jak karabin piechoty w Polsce i wielu innych krajach. Ale nie była to prosta adaptacja, żadne powiększenie, lecz oparcie się o... własną ko
  • 16.02.09, 08:22
    WŁASNA KONSTRUKCJA

    KARABIN UR był to typ mauzerowski, podobnie jak karabin piechoty w Polsce i wielu innych krajach. Ale nie była to prosta adaptacja, żadne powiększenie, lecz oparcie się o... własną konstrukcję.

    Mało to znane, lecz w 1932 roku inż, J. Maroszek skonstruował udoskonalony karabin piechoty. Drogą uproszczeń - zamiast 66 części karabin Maroszka miał tylko 42 części, co podkreśla badacz dziejów uzbrojenia Leszek Komuda. Karabin ten nazywany był kbk-32 lub KP-32. Był to przypuszczalnie skrót "Karabin Polski" lub '"Karabin Piechoty" wzoru 32 r. Mimo zalet konstrukcji, nie doszło do masowej produkcji tego karabinu. Karabin wz. 32 stanowił pracę dyplomową młodego inż. Maroszka na Politechnice Warszawskiej.

    Bezpośrednio po tym inż. Maroszkowi powierzono w IBMU (potem: ITU) właśnie prace nad karabinem przeciwpancernym. Udoskonalenia z karabinu wz. 32 wykorzystał przy konstruowaniu karabinu ppanc. Owocem prac konstrukcyjnych był oryginalny, rewelacyjny w skali europejskiej karabin ppanc. UR wz. 35.

    Rewelacyjność karabinu można by zawrzeć w takiej jego charakterystyce:

    Zamek pomysłu inż. Maroszka był niesłychanie prosty, składał ale tylko z 6 części i nie miał żadnego połączenia gwintowego. Ciężar karabinu zbliżał się do polskiego rkm-u wz. 28 i wynosił 9,2 kg. Karabin wyposażony był w podpórkę składaną, w wymienny magazynek 4-nabojowy. Hamulec wylotowy, budzący początkowo u bronioznawców wiele wątpliwości, okazał się tak sprawny, że pozwolił na uzyskanie odrzutu odpowiadającego zwykłemu karabinowi.

    W 1935 roku na strzelnicy przy Fabryce Prochów w Pionkach demonstrowano dwa równoległe rozwiązania karabinu przeciwpancernego. Jeden, z hamulcem wylotowym należał do inż. J. Maroszka. Drugi, prawie dwa razy cięższy, z oporopowrotnikiem sprężynowym demonstrował inż. B. Jurek. Konstrukcję wygrał zdecydowanie karabin Maroszka.

    NAWET MASŁEM

    GENERALNA próba karabinu odbyła się na poligonie w Zielonce, z udziałem dostojników. Oglądając przebitą pociskiem płytę, nawiązując do idei wykorzystania osobliwych właściwości związanych z prędkością pocisku, przedstawionych przez konstruktora, obecny na pokazie prezydent I. Mościcki wypowiedział półżartobliwy komentarz: "Jak wynika z tego, płytę pancerną można by przebić nawet masłem, nadając mu odpowiednią prędkość".

    W czasie tej próby oddano strzały do płyty pancernej grubości 15 mm ustawionej pod kątem 30 st., w odległości 300 metrów, uzyskując doskonałe przebicia. W innej próbie konstruktorskiej strzałami z odległości 100 m przebijano płytą pancerną 20 mm pod tymże kątem 30 st. Zbliżanie się kąta strzału ku 90 st. bądź zmniejszanie odległości niosło odpowiednie zwiększenie przebijalności płyty.
    Karabin ppanc. UR stanowił zatem broń skuteczną wobec ówczesnych niemieckich lekkich czołgów.

    Karabin UR zalicza się do chlubnego dorobku polskiej myśli badawczej i konstruktorskiej okresu
    międzywojennego.
    W publikacji "Small Arms, Artillery and Special Weapons of the Third Reich", Londyn 1979, (autorzy: Chamberlain Peter i Gander T. J.) nasz UB nazywany jest "polskim karabinem przeciwpancernym Maroszka". Autorzy eksponują walory polskiego karabinu UK wspominając o fakcie wnikliwych badań Niemców nad polskim karabinem. Podają też, te znaczne ilości zdobycznych polskich karabinów UR przekazano w latach 1941 - 42 włoskiej 8 armii na froncie wschodnim, tej, co to w grudniu I942 roku rozbita została pod Stalingradem.

    NIE DOTARŁ DO ANGLII

    CZY UR-em zainteresowali się zachodni alianci, Brytyjczycy?
    Owszem, są na to wymowne dowody, W 1940 roku dotarł do Maroszka w Warszawie kurier z W. Brytanii, Otrzymał on zadanie zorganizowania przerzutu do Anglii konstruktora karabinu UR i samopowtarzalnego kb "M". Spotkanie i początek przerzutu umówiono w Krakowie.
    A oto dalszy ciąg przygody:
    Na umówione spotkanie w willi przy ul. NN nr 8 stawił się prawie jednocześnie kurier i inż. Maroszek. A wcześniej jeszcze - jak się okazało - gestapo zastawiło sieci na przybyszów. Obydwaj, kurier i konstruktor, zbliżali się z przeciwstawnych stron, kurier nieco wyprzedzał. Szczęście, że Maroszek powstrzymał się od chęci zawołania na kuriera. Tenże, otwierając już drzwi wejściowe, widocznie wpadł wprost w ręce Niemców zaczajonych w wejściu. Stając w drzwiach, podniósł od razu ręce do góry. Ten moment zauważył Maroszek, to wystarczyło. Zachował pozory przypadkowego przechodnia tej bocznej ulicy i przeszedł obok willi. Zmylił uwagę wyłaniającego się zza krzaków naprzeciw willi osobnika, wskoczył do tramwaju przejeżdżającego poprzeczną ulicę, Uszedł pułapce. Jak się później, już po wojnie wyjaśniło, kurier pragnął poszerzyć przerzut o dodatkową osobę, kobietę. Zwierzenie nie wyszło na dobre.

    Do omawianej przez nas tematyki dorzućmy jeszcze najświeższe wieści:

    Niedawno doc. Maroszek otrzymał odbitkę artykułu opracowanego po wojnie przez płka dra T. Felsztyna pt. "Polski karabin przeciwpancerny", opublikowanego w "Kulturze" (Paryż), 1953 Nr 2/3. Ze strony 208 czerpiemy zdanie, że "sprawę oddano Fabryce Karabinów, gdzie konstrukcji podjął się inż. Karczewski". Do tego J. Maroszek dodaje swe sprostowanie: "prawdopodobnie inż. B. Jurek". Zaś według naszego rozpoznania, osoba tego konstruktora nie jest bezdyskusyjna, przesądzona.
    W dalszym ciągu czytamy:
    "Równocześnie jednak fabryka miała wykonać drugi typ karabinu pomysłu inż. Maroszka z Instytutu Technicznego Uzbrojenia. Młody ten inżynier, genialny konstruktor, pełen młodzieńczego entuzjazmu, jakiegoś tajemniczego instynktu i "smykałki", wyznający zasadę, że niczego nie wolno konstruować bez obliczeń i że tam, gdzie nie wiadomo jak liczyć, trzeba przyjąć najprawdopodobniejszą hipotezę... postanowił zastosować do nowej broni wszystko, co technika dotąd znała, aby zmniejszyć jej ciężar. Zamek jego pomysłu, niesłychanie prosty, a równocześnie zwarty, wykazywał dużą wytrzymałość, mimo małej wagi. Przy obliczaniu grubości lufy przyjął on nie bardzo jeszcze wówczas rozpracowaną hipotezę o wytrzymałości na krótkotrwałe obciążenia. Wreszcie zastosował, podówczas zupełnie ząbkujący, hamulec wylotowy.

    Rezultat tych śmiałych poczynań okazał się wręcz imponujący: karabin konstrukcji Maroszka, ważąc mniej niż połowę tego co karabin inż. Karczewskiego okazał całkowitą wytrzymałość na te niezwykle naprężenia w broni o tak dużej szybkości początkowej. Oczywiście więc został on przyjęty z miejsca.

    NIESPODZIANKA DLA SWOICH

    STAN wyposażenia armii polskiej w UR-y w sierpniu 1939 roku w przededniu wojny, określany jest liczbą 3500 sztuk.
    Karabin ppanc. miał stanowić zaskoczenie dla wroga. Okazało się, że stanowił również niespodziankę i dla swoich. Karabiny te bowiem do dnia mobilizacji stały w pułkowych magazynach, w skrzyniach z napisem: "Sprzęt optyczny. Otworzyć w dniu ogłoszenia mobilizacji!". Z tego powodu wielu oficerów i żołnierzy nie mogło się nawet domyślać rzeczywistego zastosowania i skuteczności broni. Przeprowadzone w lipcu 1939 roku strzelanie do płyt pancernych otoczone było ścisłą tajemnicą. Strzelali żołnierze wybrani, rozkazy były tylko ustne, bez śladów pisemnych, przy czym obowiązywała ścisła tajemnica dotycząca przebiegu strzelań.

    Z "wyprawy" na Zaolzie jesienią 1938 roku ma pochodzić, epizod ostrzelania z karabinu Ur niemieckiego pociągu pancernego, który z "rozpędu" przejechał ustaloną linię demarkacyjną. Pociąg wycofał się, incydent zatuszowano. Hitlerowcy mieli domagać się jedynie wydania broni, z której ostrzelano pociąg.

    Nadszedł tragiczny wrzesień 1939 roku.

    Broń przeciwpancerną pułku piechoty stanowiło 9 armat ppanc. kal. 37 mm wz. 36 (licencja Boforsa).

    Obronę ppanc. uzupełniały karabiny konstrukcji inż. Maroszka. W pułku było 27 karabinów UR, które odrzucając maskę "Urugwaju" weszły na pola walk z hitlerowskim najeźdźcą. Tam, gdzie wypadło im zetknąć się w starciu z pojazdami pancernymi nieprzyjaciela - spisywały się dobrze.

    KAZIMIERZ SATORA
  • 12.06.09, 12:31
    Kazimierz Satora
    KRYPTONIM „URUGWAJ”
    (Istotne uzupełnienia)

    W „Expressie Wieczornym - Kulisach" (nr 20 z 27-29 stycznia 84 r.) opublikowany został artykuł prostujący mity co do konstruktora słynnego karabinu przeciwpancernego UR, jak też naświetlający istotę konstrukcji i dzieje tej broni. Artykuł -- jak potwierdziły to żywe odgłosy czytelników „Kulis" (nr 30 i 40) był potrzebny, i zyskał sobie bardzo przychylne przyjęcie. Obszerne omówienie znalazło się w tygodniku „Za wolność i lud" nr 7/84. W tej sytuacji winni jesteśmy zainteresowanym czytelnikom następujące wyjaśnienie: Istotne wątki tematu nie mieściły się w limicie objętości artykułu ze stycznia. Opuszczone fragmenty naświetlały istotne wypaczenia, pokutujące w niektórych publikacjach krajowych i zagranicznych, które nie powinny być przemilczane. Również pewne dodatkowe wątki zasługują na uwagę. Redakcja przychyliła się do takiego wniosku.

    OMÓWIMY publikację „Smali Arms, Artillery and Special Weapons of the Third Reich, Londyn 1979 (Broń strzelecka, artylerii i uzbrojenie specjalne III Rzeszy). Jej autorzy: Peter Chamberlain i T. J. Gander. Odbitkę stron 100-101 i 105 uzyskaliśmy od Polaka, pracownika naukowego Uniwersytetu w Belfast (Północna Irlandia), p. R. Danika. W wydawnictwie tym nasz UR nazywany jest „polskim karabinem przeciwpancernym Maroszka". Jak najbardziej błędne jest natomiast zdanie: „Niemieckiego wpływu można dopatrywać się również w polskim karabinie ppanc. Maroszka, który był bardzo zmodyfikowaną i lekką wersją starego mauzera „Karabin Czołgowy".
    Nic bardziej błędnego! Niemiecki karabin „Mauser-Antitank" z 1918 r. był po prostu powiększeniem zwykłego karabinu piechoty, doprowadzonego do kalibru 13 mm, jed-nostrzałowego, z pociskiem z rdzeniem stalowym. Był bronią ciężką (16 kg), z odrzutem mogącym strzelcowi złamać obojczyk. Natomiast polski, lekki karabin ppanc. wz, 35 był kalibru 7,9 mm, miał hamulec wylotowy redukujący odrzut do takiej mniej więcej wielkości, jak w zwykłym karabinie piechoty. Strzelał zwykłym miękkim pociskiem (z rdzeniem ołowianym), przy zwiększonym ładunku prochowym. A wywodził się z doświadczeń początku lat 30. nad właściwościami pocisku uderzającego w płytę pancerną przy prędkości wylotowej około l 250 m/s. Stanowił oryginalną, nowoczesną, rewelacyjną konstrukcję.

    Mylna jest w tej publikacji również informacja, jakoby karabin Maroszka „strzelał amunicją o. rdzeniu wolframowym, która została przyjęta przez armię niemiecką po 39 r.” Poza tym autor eksponuje walory polskiego korabinu UR wspominając o fakcie wnikliwych badań Niemców nad polskim karabinem. Podaje też, że znaczne ilości zdobycznych polskich karabinów UR przekazano w 1941-42 r. włoskiej 8 armii na froncie wschodnim, tej, co to w grudniu 42 rozbita została pod Stalingradem.

    W interesującej wypowiedzi p. Adama Sempa z Przemyśla („ Kulisy” 1984 - nr 30) dowiadujemy się o ,,kopnięciu" karabinu UR. Wypada odnieść się do tej uwagi sceptycznie. Czy Autor nie ulega autosugestii, po latach od zrelacjonowanego strzelania? - Nie mieliśmy dotąd żadnych uwag o silnym „kopaniu" UR - a jego użytkowników, w warunkach bojowych, było wielu. Żaden z nich nie odczuł nadmiernego odrzutu.

    Trzeba by na tym tle podkreślić, że skonstruowanie udanego hamulca wylotowego stanowiło duże osiągnięcie. Hamulec pochłaniał 68% odrzutu w stosunku do takiego karabinu bez hamulca. W rezultacie odrzut karabinu UR zbliżony był do odrzutu zwykłego karabinu piechoty, Dlatego właśnie nie dostrzegano problemu „kopania” kb Ur.

    Na tle tej odosobnionej opinii, niepotwierdzonej, wręcz mylnej można spotkać się ze zdaniem i to z kręgu ludzi zorientowanych w przedmiocie, iż odrzut,kb UR był... mniejszy od odrzutu zwykłego karabinu piechoty. Wobec dużego zainteresowania historią UR-a warto przytoczyć interesujące informacje, które ukazały się w lutym 1943 r. w Armii Polskiej na Bliskim Wschodzie, Ukazała się tam powielana instrukcja „Technika i taktyka obrony przeciwczołgowej", w opracowaniu płka dra Tadeusza Felsztyna, a więc balistyka, który właśnie zainspirował badania polskie, a ich rezultatem stało się potem skonstruowanie karabinu p-panc. przez J. Maroszka. Instrukcja wydana została „dla celów informacyjnych do użytku oddziałów Armii Polskiej na Wschodzie", w Jerozolimie w lutym 1943 r., firmowana przez komisję wyszkoleniowo-wydawniczą d-twa Armii Polskiej.

    Na wstępie autor odwołuje się do noweli Kazimierza Wierzyńskiego z sierpnia 41 r. pt. „Zasadzka". Cytuje on:
    „...karabin przeciwpancerny. To była nasza największa radość, tajemnica nikomu nieznana. W składach mobilizacyjnych pułku leżały ukryte z napisem „sprzęt optyczny"... Dopiero na krótko przed wybuchem wojny odbyło się polowe strzelanie w obecności oficerów sztabowych. Ćwiczenie to przeprowadzono pod przysięgą zachowania tajemnicy... czekał na nas karabin przeciwpancerny... przy polskiej biedzie myśleliśmy więcej o nadchodzącym niebezpieczeństwie, niż wszyscy możni tego świata".

    T. Felsztyn stwierdza, że spóźniono się z wyjawieniem oddziałom tajemnicy UR-a, skutkiem czego nie zdołano wzbudzić w nich na czas zaufania do tej broni. Broń, miała być jednak zaskoczeniem dla wroga, decydującym w dużej mierze o powodzeniu. Uznaje to opóźnienie za następstwo błędu zasadniczego tkwiącego u podstaw naszej wojny w 1939 r. i niewiary czynników kierowniczych, że wojna jest już tak bliska. Zwłaszcza, że u naszych sprzymierzeńców panowało przeświadczenie, że wojna nie wybuchnie w 1939 r. Gdyby broń tę rozdzielić np. miesiąc wcześniej oddziałom, jej skuteczność na polu walki, zaufanie do niej żołnierza wzrosłoby wielokrotnie.

    Przeciwnicy nasi - jak wskazuje Felsztyn - posługiwali się zdobytymi w 39 r. karabinami UR - w dalszych walkach w Narwiku, jak i w Libii.

    Płk. Felsztyn obrazowo przedstawił przewagę pocisku ze rdzeniem miękkim, ołowianym zastosowanym w UR-ze, w stosunku do rdzenia utwardzonego stosowanego w późniejszych karabinach p-panc. niemieckich. Rdzeń ołowiany niejako przylepiał się do pancerza czołgu, nagle zatrzymany - wywierał olbrzymie ciśnienie na płytę, a wyrwany z płyty korek stawał się niby nowym pociskiem uderzającym o tylną ścianę czołgu i rozbijającym się na kilka ostrych odłamków, raniących obsługę czołgu. Jedyną rzeczą peszącą strzelającego, to brak zewnętrznych objawów strzelania, wybuchu. Wskutek tego początkowo strzelcowi zdawało się, że nie odniósł żadnego skutku widocznego. Praktyka wykazywała, że czołg po trafieniu czasem szedł już bez kierowcy, a skutek był niezawodny, jeśli tylko czołg nie miał płyty grubszej niż przebijalność pocisku.


    Pocisk ze stalowym rdzeniem wykazywał gorsze działanie, pocisk łamał się na płycie i częściowo odbijał, czy ześlizgiwał PRZY NIECO SKOŚNYM USTAWIENIU PŁYTY. natomiast ołów „przyklejał się” do płyty i
    działał niewiele gorzej NIŻ PRZY STRZALE PROSTOPADŁYM.


    Punktem wyjścia do rewelacyjnych zalet naszego kb p-panc. wz. 35 było zastosowanie dużej prędkość początkowej pocisku. Dopiero w 1938 r., a więc 3 lata później po nas, Niemcy wprowadzili swoi kb. wz. 38 o podobnej prędkości. Ważył on za to przeszło 2 razv tyle co nasz, był bronią niezgrabną, dużo gorzej rozwiązaną rod względem konstrukcyjnym. Pocisk miał rdzeń ze stopu twardego.

    Nabój kb UR - wg określenia Felsztyna - wywołuje wrażenie bardzo komiczne: mały pocisk osadzony w dużej łusce, która mieściła aż 11 -g prochu, a więc około 80% ciężaru pocisku. Mimo olbrzymiej prędkości pocisku, odrzut, w opinii T. Felsztyna - jest bardzo lekki, o 10% słabszy niż odrzut zwykłego karabinu. Jest to zasługa hamulca wylotowego, pochłaniającego blisko 75% energii odrzutu. Praktycznie można przyjąć, że karabin UR przebijał 15 mm pancerze na odległość 300-400 m Radził sobie więc dobrze z lekkimi czołgami, przeważającymi w wojnie obronnej we wrześniu 39 r.




    --
    "Gdy nie ma części zamiennych,
    na
  • 11.03.11, 20:15
    artykuł:
    > Mylna jest w tej publikacji również informacja, jakoby karabin Maroszka „
    > strzelał amunicją o. rdzeniu wolframowym, która została przyjęta przez armię ni
    > emiecką po 39 r.” Poza tym autor eksponuje walory polskiego korabinu UR w
    > spominając o fakcie wnikliwych badań Niemców nad polskim karabinem. Podaje też,
    > że znaczne ilości zdobycznych polskich karabinów UR przekazano w 1941-42 r. wł
    > oskiej 8 armii na froncie wschodnim, tej, co to w grudniu 42 rozbita została po
    > d Stalingradem.
    > (...)
    >
    >
    > Pocisk ze stalowym rdzeniem wykazywał gorsze działanie, pocisk łamał się na pły
    > cie i częściowo odbijał, czy ześlizgiwał PRZY NIECO SKOŚNYM USTAWIENIU PŁYTY. n
    > atomiast ołów „przyklejał się” do płyty i
    > działał niewiele gorzej NIŻ PRZY STRZALE PROSTOPADŁYM.
    >

    gdzieś czytałem, że Niemcy pociski zdobycznych kb Ur-ów
    wyposażyli w rdzenie wolframowe
    to możliwe - przecież kaliber mieli ten sam...

    en.wikipedia.org/wiki/7.5_cm_PaK_41
    Tungsten was both needed for metal working tools and for armour piercing projectiles that impacted at significantly more than 1000 m/s. Steel alloys shatter at such high impact velocities and were not able to replace tungsten projectiles. There was thus no raw material available for large-scale ammunition production for this gun.

    w skrócie stalowe pociski rozstrzaskują się przy prędkościach
    większych niż 1000 m/s
    do takich zadań potrzebne są pociski wolframowe
    a to kosztuje...
  • 17.03.09, 08:32
    COOLTURA
    wiadomosci.onet.pl/1547710,2679,1,szpiedzy_wsrod_nas,kioskart.html

    Szpiedzy wśród nas

    (...)

    Rozmowa oscylowała wokół tego, jakie cechy powinien mieć współczesny
    James Bond. Wbrew temu, co przypuszczają jego wierni fani, nie jest
    to nienaganny brytyjski akcent, umiejętność godnego noszenia
    smokingu i jeżdżenia luksusowymi samochodami czy rozkochiwania w
    sobie pięknych kobiet (choć to ostatnie nie jest wadą...).

    Od kandydata na szpiega oczekuje się przede wszystkim umiejętności
    interpersonalnych. "Mamy do czynienia ze zbieraniem informacji"
    powiedział zaciemniony John - "(...) Ważna jest zatem umiejętność
    nawiązywania kontaktów i zrozumienia drugiego człowieka, jego
    kulturowej i emocjonalnej wrażliwości. Zdolność zdobywania zaufania
    i umiejętność dostosowania się do drugiej osoby.

    Ponadto SIS rekrutuje osoby pochodzące z różnych środowisk, reagując
    na wydarzenia na świecie". Jak powiedział agent jej Królewskiej
    Mości, SIS musi odzwierciedlać wielokulturowe społeczeństwo Wielkiej
    Brytanii, by móc sprawnie działać.

    "C"

    MI6 , czyli Secret Intelligence Service (SIS) w tym roku obchodzi
    setne urodziny. Jej pierwszym dyrektorem był specjalista w kodach i
    niewidzialnym atramencie, kapitan George Mansfield Smith-Cumming,
    który podpisywał dokumenty krótkim "C". I tak już do dzisiaj
    zostało – wszyscy dyrektorzy w ten sposób podpisują się pod
    rozkazami czy innymi dyrektywami. Nikt właściwie nigdy nie spisał
    historii SIS-u. Wynika to z faktu, że tak naprawdę nikt nigdy nie
    miał dostępu do tajnych akt organizacji. Dopiero w 2010 roku pojawi
    się książka autora, którego dopuszczono do archiwów SIS-u- profesor
    Keith Jeffrey z Queens Belfast University pracuje nad oficjalną
    historią SIS-u od jej powstania do końca zimnej wojny. Książka
    jednak nie będzie zawierała, naturalnie, żadnych informacji
    operacyjnych, a archiwum nie zostanie udostępnione szerszej
    publiczności.

    Podwójni agenci

    Nieoficjalna historia SIS pełna jest legend i sensacyjnych
    opowieści. Konstruować można ją właściwie tylko z doniesień
    prasowych, bo strona SISu zawiera na ten temat tylko kilkanaście
    skąpych zdań. W czasie pierwszej i drugiej wojny światowej MI6
    koncentrowała się głównie na przechwytywaniu niemieckich szpiegów
    infiltrujących Wielką Brytanię oraz prowadzeniu akcji szpiegowskich
    na terenie Rosji. Po wojnie natomiast SIS przeorientowała się na
    kraje bloku sowieckiego. Jej działalność kilkakrotnie była jednak
    poważnie zagrożona, dzięki tzw. pierścieniowi Cambridge - szpiegom ,
    absolwentom szacownego uniwersytetu, których zwerbowało NKWD. Byli
    nimi: Harold "Kim" Philby, Anthony Blunt, Guy Burgess i Donald
    Maclean. Czterej studenci byli zafascynowani komunizmem, pochodzili
    z tzw. "dobrych domów" i uważali, że tylko marksizm i leninizm jest
    w stanie uratować Wielką Brytanie przed skutkami kryzysu. Ulegli oni
    tej mrocznej fascynacji i stali się łatwym łupem NKWD. Pikanterii
    całości może dodać fakt, że Philby nazwany został przez
    rodziców "Kim" dla upamiętnienia małego szpiega z opowiadania
    Kiplinga o tym samym tytule. Naturalnie, nie mieli oni pojęcia, że
    ich syn będzie paręnaście lat później służył obcemu mocarstwu i
    obcemu wywiadowi.

    Znaczek po rosyjsku

    Praca "pierścienia" polegała na przekazywaniu radzieckiemu wywiadowi
    wszelkich informacji na temat działań jego brytyjskiego odpowiednika
    i rządu. Nie było to trudne. Philby został zwerbowany przez MI6, co
    zachwyciło NKWD, Maclean pracował dla Ministerstwa Spraw
    Zagranicznych, Burgess najpierw dla BBC, potem dla MI6, a Blunt,
    specjalizujący się w historii sztuki, dołączył do MI5. Wszyscy
    przekazywali tajne informacje NKWD, poważnie szkodząc wywiadowi
    brytyjskiemu. Co ciekawe, Philby za swoje zasługi doczekał się
    własnego znaczka w Związku Radzieckim. Maclean po kilkuletnim jednak
    pobycie w kraju swoich marzeń, dziwnym trafem przestał być jego
    gorącym wielbicielem. Pisał płomienne listy do domu, podkreślając
    swoje rozczarowanie Związkiem Radzieckim i komunizmem. Nie wrócił
    jednak nigdy do kraju. Zmarł na atak serca.

    Oldskulowa rekrutacja vs internet

    "Pierścień Cambridge" okrył SIS tymczasową niesławą. Niemniej,
    organizacja oczywiście nie przestała istnieć z tego powodu. Po
    zimnej wojnie SIS musiał zaadaptować się do zmieniającej się
    rzeczywistości i nowych zagrożeń, ze szczególnym uwzględnieniem
    Bliskiego Wschodu.

    Dlatego na jego stronach można znaleźć ogłoszenia, ogłaszające nabór
    osób znających język perski, arabski, urdu czy paszto – tych ciągle
    brakuje.

    Agencja prowadzi szeroko zakrojoną rekrutację odchodząc od
    oldskulowych, tradycyjnych metod, nazywanych tutaj "tap on the
    shoulder".

    ------------------------------
    John przyznał jednak, że nadal w wielu instytucjach, głównie na
    uniwersytetach, działają tzw. talent-spotters, czyli ci, którzy
    wyławiają z tłumów szczególnie uzdolnione osoby, ale dodał, że
    niemniej ważną rolę odgrywa rekrutacja elektroniczna.
    ------------------------------

    Strony SIS-u zawierają szczegółowe informacje, kto i dlaczego jest
    najbardziej pożądany w służbach Jej Królewskiej Mości. Oczywiście,
    nadal jednym z najważniejszych czynników jest dyskrecja – można o
    swojej aplikacji poinformować tylko rodziców , ewentualnie partnera,
    choć i z tym różnie bywa. John z BBC przyznał, że o jego zawodzie
    wie tylko jego żona. Dwaj nastoletni synowie – nie.

    (...)
  • 15.10.09, 14:34

    wyborcza.pl/1,76842,7096830,Jak_lowi_CBA.html
    (...)
    Podobieństwa: agent Tomek jest czuły i hojny

    W jednym i drugim przypadku do rozpracowania kobiet użyty zostaje
    agent CBA o operacyjnym imieniu Tomek. Dla potrzeb obydwu operacji
    CBA powołuje specjalne firmy (zarejestrowane za granicą).

    Tomek to przystojny, modnie ubrany mężczyzna. Jeździ luksusowymi
    samochodami (m.in. terenowym porsche cayenne). Wynajmuje drogi
    apartament w Warszawie.

    Agent stopniowo zdobywa zaufanie rozpracowywanych. Nad Sawicką
    pracuje osiem miesięcy. Nad Marczuk-Pazurą - aż dwa lata.

    Interesuje się ich środowiskiem (Sawicka - politycy PO, Marczuk-
    Pazura - ludzie telewizji i filmu, prezesi spółek giełdowych).

    W sprawie Sawickiej pojawia się element uwodzenia jej przez Tomka.
    Marczuk-Pazura również twierdzi, że agent próbował przejścia do
    bardziej intymnych relacji.
    (...)
  • 21.10.09, 09:39
    www.rp.pl/artykul/380590_Najbardziej_znany_z_tajnych_agentow.html

    Grażyna Zawadka , Jarosław Stróżyk 21-10-2009,

    (...)

    „Ubrania od Armaniego i Prady, porsche carrera i motocykl Harley,
    mieszkanie w apartamentowcu, portfel ostentacyjnie wypchany gotówką
    i kartami kredytowymi. Tymi akcesoriami rozporządzał agent CBA
    Tomasz” – przedstawia go z kolei „Gazeta Wyborcza”. Tajny agent
    został też jednym z bohaterów satyrycznego programu RMF FM, w którym
    występuje jako „pachnący Romek”.

    33-letni dziś Tomasz K. karierę w policji zaczynał w drugiej połowie
    lat 90. we Wrocławiu
    Kim jest człowiek, którego prawdziwego nazwiska nie znamy, ale z
    dnia na dzień stał się bohaterem mediów?


    Wrocławski policjant

    O policyjnej karierze najbardziej znanego dziś agenta w kraju
    wiadomo niewiele. 33-letni dziś Tomasz K. karierę w policji zaczynał
    w drugiej połowie lat 90. we Wrocławiu.

    Pracował m.in. jako wywiadowca oraz w sekcji zajmującej się
    zwalczaniem plagi tamtych czasów, jaką były kradzieże samochodów.
    Aby upodobnić się do środowiska złodziei samochodowych i nie rzucać
    się w oczy, ubierał się tak jak oni. – Złote łańcuchy na szyi,
    skórzane kurtki, luksusowe auta i szpan – opowiada jeden z
    rozmówców „Rz”.

    Zanim Tomasz trafił do CBA, pracował w Centralnym Biurze Śledczym,
    m.in. w komórce zajmującej się operacjami specjalnymi. Jednak – jak
    zaznaczają nasi rozmówcy – raczej nie na pierwszej linii. – Zdolny,
    dobrze się zapowiadający, ale solista, z tendencją do lansowania
    siebie, co w tej robocie jest zdecydowaną wadą – mówi jeden z
    rozmówców „Rz” z policji.

    Bardzo podobnie wypowiada się o nim nasz inny rozmówca, który
    pracował w policji pod przykryciem: – Do tego zajęcia trzeba
    szczególnych predyspozycji psychicznych, umiejętności oddzielenia
    roli odgrywanej w służbie od życia prywatnego. Tomasz za bardzo
    lubił się lansować i grać na siebie.

    (...)


    Znakomity tancerz

    – Raz, pamiętam, tańczyliśmy salsę do piątej rano. Całował mnie
    wtedy po włosach. Czułam jego podniecenie. Można mówić, że się kogoś
    kocha i kłamać. Ale nie można udawać, że się kogoś pragnie – żaliła
    się była posłanka PO Beata Sawicka, która została przyłapana na
    gorącym uczynku, gdy przyjęła 50 tys. zł łapówki.

    Tłumaczyła, że agent był „szalenie przystojny” i to z jego powodu
    wplątała się w całą sprawę. Podczas rozprawy Sawicka płakała i
    mówiła m. in., że agent obsypywał ją pocałunkami i bukietami róż
    (jeden miał być owinięty perłami).

    Podobnie o znajomości z Tomaszem mówi aktorka i gwiazda telewizyjna
    Weronika Marczuk-Pazura, którą CBA zatrzymało po przyjęciu 100 tys.
    zł łapówki. Jej zdaniem agent CBA próbował ją uwieść. – Wszyscy moi
    znajomi mówią, że maślane oczy to mało powiedziane – tak w
    programie „Teraz my” opisywała jego stosunek do siebie. Jej zdaniem
    pieniądze, które przyjęła, miały być nie łapówką, ale wynagrodzeniem
    dla jej firmy.

    Znajomi Marczuk-Pazury, którzy poznali Tomasza, nie przebierają w
    słowach. – Jak dla mnie, to był typ kolesia, który może wyrwać laskę
    z dyskoteki na fajną furę – mówił w TVN juror z programu „You can
    dance” Michał Piróg.

    Z taką oceną sytuacji nie zgadza się CBA. – To typowe odwracanie
    uwagi od udokumentowanych przypadków korupcji. Osoby, które się jej
    dopuściły, teraz próbują odgrywać rolę ofiar – można usłyszeć w
    biurze.
    (...)

    To nie film, to prawdziwa walka

    – To praca wyjątkowo niebezpieczna i stresująca, więc średnio na stu
    chętnych do tej roli, nadaje się jeden – opowiada „Rz” jeden z
    doświadczonych policjantów. – Funkcjonariusz operacyjny dostaje nową
    tożsamość, musi ją budować wiele miesięcy, a nawet lat.

    – To nie film, to prawdziwe życia, walka. Tu nie ma mowy o błędzie.
    Błąd policjanta pod przykryciem może narazić życie jego, a także
    nasze – dodaje policjant od kilkunastu lat zwalczający mafię
    narkotykową. – Nie przypominam sobie w naszej grupie dekonspiracji,
    ale gdyby się tak stało, zmieniłbym zawód.

    – Ujawnienie wizerunku dyskwalifikuje tego człowieka jako agenta
    pracującego pod przykryciem – przyznaje dr Zbigniew Rau, były
    wiceszef MSWiA.

    (...)

    – Wątpię, by mogło grozić mu jakieś niebezpieczeństwo – mówi „Rz”
    Piotr Niemczyk, były dyrektor biura analiz UOP. – Sam się trochę
    prosił o dekonspirację. Generalnie im agent mniej zwraca na siebie
    uwagi, tym lepiej. Ale on miał inny modus operandi.

    Dzisiaj, śledząc medialne informacje na temat jego działalności,
    nasi rozmówcy wskazują na błędy, jakich miał się dopuścić Tomasz. –
    „Przykrywkowcy” jak ognia unikają sytuacji, w której ktoś mógłby im
    zrobić zdjęcie. Co robią, by się od tego wykpić? Wychodzą do
    toalety, mówią, że pilnie muszą zadzwonić albo wyjść. Każdy pretekst
    jest dobry. A agent Tomasz jest na tylu fotkach, że głowa boli –
    zaznacza jeden z doświadczonych funkcjonariuszy policji.

    Nasi rozmówcy zgodnie twierdzą, że i tak agenta pracującego pod
    przykryciem po kilku akcjach się wycofuje.

    Nowy szef CBA Paweł Wojtunik już zapowiedział, że nie wyrzuci agenta
    Tomasza ze służby, ale przesunie go do innych zajęć.


    Rzeczpospolita
  • 09.07.10, 12:07
    www.dziennik.pl/katastrofa-smolensk/article641623/Nagrali_rozmowe_Kaczynskich_i_ja_utajnili.html

    (...) "Amerykanie wraz z Brytyjczykami w ramach alertu
    antyterrorystycznego prowadzą nasłuch środkami bezprzewodowymi i
    mogli zarejestrować rozmowę braci Kaczyńskich" - mówi "DGP"
    Konstanty Miodowicz, były szef polskiego kontrwywiadu, a dziś poseł
    PO.

    O tym, że Amerykanie ją nagrali, jest przekonany Duncan Campbell,
    współpracujący z BBC brytyjski dziennikarzy śledczy specjalizujący
    się w systemach szpiegowania. "Poprzez globalny system monitoringu
    Echelon Agencja Bezpieczeństwa Narodowego USA (NSA) śledzi rozmowy
    przywódców państw, czy to zaprzyjaźnionych, czy wrogich. Aparat
    telefonu satelitarnego znajdujący się w samolocie Tu-154M był
    zarejestrowany w NSA jako aparat prezydencki i dlatego połączenia z
    nim były rutynowo nagrywane" - opowiada nam Campbell.

    NSA ma siedzibę w Fort Meade w stanie Maryland. Przechwytuje
    informacje przesyłane drogą radiową, siecią komórkową czy przez
    internet.
    Agencja kontroluje m.in. stacje naziemne, satelity, a
    także szpiegowskie samoloty, których zdaniem jest wykrywanie źródeł
    emisji fal elektromagnetycznych. Echelon podsłuchuje rozmowy
    telefoniczne, e-maile, przepływ plików w internecie, a także faksy.
    Końcówki sieci są rozmieszczone m.in. w Niemczech i Wielkiej
    Brytanii. (...) polska końcówka Echelonu znajduje się w
    podwarszawskim Konstancinie.


    Prezydent rozmawiał z Jarosławem Kaczyńskim kilkanaście minut przed
    tragiczną katastrofą Tu-154M. W kręgach politycznych bliskich
    rządowi spekuluje się, że rozmowa mogła dotyczyć ewentualnych
    skutków politycznych lądowanie bądź nielądowania na lotnisku
    Siewiernyj pod Smoleńskiem. Rozmowa mogła być też monitorowana w
    ramach ochrony kontrwywiadowczej NATO. W jego ramach państwa
    ochraniają siebie nawzajem. "Amerykanie mogą rejestrować takie
    rozmowy na podstawie pakietu ustaw przeciwdziałających
    antyterroryzmowi.(...)
  • 08.06.13, 11:08

    technologie.gazeta.pl/internet/1,104530,14053774,PRISM___tajny_program_dajacy_rzadowi_USA_pelny_dostep.html#BoxTechTxt
    technologie.gazeta.pl/internet/1,104530,14053774,PRISM___tajny_program_dajacy_rzadowi_USA_pelny_dostep.html#BoxTechTxt
    amerykańskie specsłużby wykorzystują do szpiegowania dane z serwerów firm:
    Microsoft (Hotmail itd.)
    Google
    Yahoo
    Facebook
    Skype
    Youtube
    AOL
    PalTalk
    Apple
  • 04.08.13, 09:06
    coś Amerykanom automatyczna obróbka danych ze szpiegowania internetowego
    jakoś nie bardzo wychodzi

    dzisiaj chciałem zalogować się do Youtube

    i dostałem informację, że mam dwa konta Google w konflikcie
    (dwa konta z tym samym adresem mejlowym)

    support.google.com/accounts/answer/181526?hl=pl&ctx=ch_AddressNoLongerAvailable&p=youtube
    www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=BNR2mLxxIg8
    BZDURA

    mam jedno konto pocztowo-forumowe Gazeta.pl
    i drugie na Youtube (z tym samym adresem mejlowym)

    i CIA/NSA nie potrafi tego ogarnąć...
  • 08.08.10, 20:59
    NEWS OF THE WORLD
    wiadomosci.onet.pl/1621225,2678,1,szpiedzy_ze_szminka,kioskart.html



    (...) W ten sposób padł kolejny "męski" bastion: kobiety zdobywają
    szlify w wywiadowczym fachu.

    – Oczywiście, kobiety pokroju Anny Chapman starają się wykorzystać
    swoje powaby – przyznaje Claire Thomas, autorka głośnej
    książki "Szpiedzy. Nieoficjalna historia MI5" ("Spooks: the
    Unofficial History of MI5"). – Atrakcyjna i inteligentna kobieta
    jest w stanie owinąć sobie mężczyznę wokół palca, a przynajmniej
    sprawić, by przestał być czujny. Stanie się w jej rękach miękki jak
    wosk: można go "uformować" lub wycisnąć zeń dowolne informacje.
    Utalentowana agentka nie musi oferować seksu – wystarczy, że
    zasugeruje taką możliwość.

    Owszem, większości z nas pewnie brakuje muskułów i mogłybyśmy mieć
    problem ze stoczeniem walki na dachu pociągu ekspresowego, tyle że
    we współczesnej grze wywiadów nie jest to handicapem. – Szpiegostwo
    polega na gromadzeniu, selekcjonowaniu i analizowaniu informacji,
    nie zaś na pojedynkach w stylu Jasona Bourne’a odtwarzanego przez
    Matta Damona – przypomina Claire Thomas. – Trudno więc mówić o
    przewadze posiadanej przez mężczyzn. Przeciwnie, często to kobiety
    wykazują większe zdolności analityczne, lepiej radzą sobie w
    warunkach długotrwałego napięcia, a już szczególnie – z
    koniecznością prowadzenia podwójnego życia.

    (...)

    Przeciętna uroda – to kolejne zaprzeczenie wyobrażeń o wywiadzie,
    jakie powstają u wielbicieli Jamesa Bonda – może być atutem, zbyt
    wyróżniające zaś atuty – przekleństwem. – Istnieją dziesiątki
    sytuacji, kiedy to agentka woli nie rzucać się w oczy – podkreśla
    Thomas. – Zadania, które sprowadzają się do zarzucenia przynęty
    zdarzają się stosunkowo rzadko. Wówczas jednak, to jasne,
    zniewalająca uroda stanowi klucz do sukcesu.


    Potrzeba wabika malała z czasem. (...)

    Jak jednak trafić do służb, w których można się wykazać seksapilem,
    lojalnością i intelektem? Dawne sposoby, do których należało przede
    wszystkim "zapraszanie" upatrzonych osób przez ludzi wywiadu,
    odchodzą w przeszłość. MI5 już od dziesięciu lat prowadzi jawną
    rekrutację. Nie ma co liczyć na dyskretne "zaproszenie na rozmowę",
    ulubiony motyw tylu seriali i filmów sensacyjnych: testy z wielu
    dziedzin, od politologii po savoire-vivre, drobiazgowe CV, wreszcie
    zaś "prześwietlanie" kandydatów w szczegółowych rozmowach o
    przeszłości, rodzinie, przyjaciołach, związkach, pożyciu i
    doświadczeniach z narkotykami – kandydatom nie oszczędza się
    niczego, by uodpornić ich na przyszły szantaż.

    Rosną szanse kobiet – często bardziej powściągliwych i ochoczo
    wysyłanych na misje, zwłaszcza w przypadku szpiegostwa przemysłowego
    czy "biurowego": o wiele łatwiej jest im zatrudnić się w
    korporacjach czy dostać zaproszenie na drinka. – Ich najsilniejszą
    bronią jest odwoływanie się do męskiej próżności – ostrzega Claire
    Thomas. – Chwaląc kompetencje i wiedzę swoich rozmówców, mogą
    uzyskać od nich niemal wszystko. Mężczyźni w obecności
    komplementujących ich kobiet najczęściej wyzbywają się czujności, a
    już z pewnością nie reagują na niespodziewane pytania tak
    podejrzliwie, jak wówczas, gdy padają one z ust konkurenta lub
    rywala.(...)
  • 20.03.09, 11:39
    Le Monde
    wiadomosci.onet.pl/1548393,242,1,kioskart.html
    (...)
    Sztaby generalne zaczynają się niepokoić coraz wyraźniejszymi
    wyzwaniami natury etycznej. Świadczy o tym opublikowany pod koniec
    2008 roku na zamówienie marynarki wojennej USA raport "Autonomiczne
    roboty wojskowe: zagrożenia, etyka, konstrukcja". Ten pasjonujący
    dokument, który powołuje się na Kanta, Asimova, teorię ewolucji, ale
    także na wielkie koncepcje polemologiczne (dotyczące nauk o wojnie),
    został opracowany przez naukowców z Departamentu Etyki i
    Wschodzących Technologii Politechniki Kalifornijskiej.

    (...)
    Roboty wojskowe są już w użyciu w powietrzu, za ziemi, a nawet pod
    wodą. Będą się mnożyć: w 2000 roku amerykański Kongres przegłosował
    ustawę, która przewiduje, że w 2010 roku jedna trzecia bombowców
    będzie latać bez ludzkiego pilota, a w 2015 roku taki sam odsetek
    naziemnych wozów bojowych nie będzie potrzebował ludzkiego kierowcy.

    Według amerykańskiego Departamentu Obrony zadaniem robotów jest
    zastąpienie gatunku Homo sapiens w "uciążliwych, brudnych i
    niebezpiecznych pracach". Szacuje się, że w 2007 roku 5 tys. robotów
    zneutralizowało w Iraku i Afganistanie 10 tys. "ładunków wybuchowych
    domowej roboty".

    Na razie roboty wojskowe nie są całkowicie autonomiczne. Decyzja o
    wystrzeleniu serii z karabinu jest nadal podejmowana przez
    człowieka. Ale to tylko kwestia czasu.

    Robotyk Ronald Arkin (Instytut Technologiczny w Georgii) twierdzi,
    że "teledowodzenie ludzkie" w systemach zbrojnego nadzoru stref
    granicznych w Korei Południowej i Izraelu można już wyłączyć.

    Jeśli liczne systemy wykorzystywane na polu walki będą w stanie się
    ze sobą komunikować, "człowiekowi jako elementowi konglomeratu"
    będzie trudniej ocenić sytuację. W tej sytuacji lepiej, aby decyzję
    podejmował system autonomiczny – zapewnia Arkin.

    Ten amerykański naukowiec uważa nawet, że "roboty mogłyby działać na
    polu walki w sposób bardziej etyczny niż człowiek": czyż raport
    amerykańskiego resortu zdrowia z 2006 roku nie wykazał, że zaledwie
    47 proc. żołnierzy i 38 proc. marines służących w Iraku uznało, iż
    osoby nieuczestniczące w walkach należy traktować godnie i z
    szacunkiem?

    Nie wszyscy podzielają to zaufanie do robotów wojskowych.

    Raja Chatila, dyrektor naukowego Laboratorium Analiz i Architektury
    Systemu (wchodzącego w skład Krajowego Centrum Badań Naukowych w
    Tuluzie) uważa, że "długo jeszcze nie będziemy w stanie
    zagwarantować, że maszyny będą działać na podstawie rzetelnych
    informacji".

    Na każdym etapie procesu – wykrycie, identyfikacja, interpretacja,
    podjęcie decyzji i akcja – "może powstać element niepewności" –
    ocenia badacz.

    Ponieważ inżynierowie nie są w stanie przewidzieć wszystkich
    sytuacji, w jakich znajdą się roboty, niezbędny okaże się system
    samodzielnego przystosowywania się do nowych okoliczności.

    Jeśli jednak robot sam się czegoś nauczy, kontrolowanie jego reakcji
    stanie się niemal niemożliwe.

    – To dla nas duży problem – ocenia Raja Chatila.

    Załóżmy jednak, że uda nam się określić, czym jest zmysł moralny i
    zaszczepić go robotowi. Wówczas maszyna może stanąć wobec dylematu
    nie do rozwiązania, na przykład: czy wolno poświęcić jednostkę, by
    ratować setki ludzi?
    (...)
  • 27.03.09, 13:07
    RZECZOSPOLITA
    www.rp.pl/artykul/25,282572_Czar_egzotycznego_terroru.html
    (…) Młodzi ludzie ze stowarzyszenia Fighters+Lovers produkowali i
    sprzedawali w Internecie koszulki z logo marksistowskich
    Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii (FARC) i Ludowego Frontu
    Wyzwolenia Palestyny, wpisanych na listy organizacji
    terrorystycznych w Unii Europejskiej i w Stanach Zjednoczonych.
    Pięć euro z każdej sprzedanej koszulki szło na jedną z organizacji.

    Sędziowie nie dali się przekonać, że FARC walczy ze “skorumpowanym
    rządem Kolumbii”, a LFWP “z wojskami okupacyjnymi Izraela”. Strony
    Fighters+Lovers zostały początkowo zamknięte, ale teraz znów można
    kupić koszulki gloryfikujące terrorystów i przemoc.

    – Takie fascynacje w historii ludzkości zdarzają się cyklicznie –
    mówi “Rzeczpospolitej” politolog Grzegorz Kostrzewa-Zorbas. – Tym
    razem wynikają zapewne z tego, że wyrosło nowe pokolenie, które nie
    ma własnych negatywnych doświadczeń i łatwiej przejmuje radykalne
    hasła – dodaje. Jego zdaniem dużo gorsza jest jednak dziś fascynacja
    młodych ludzi wojskiem i wojną, której sami nie przeżyli.
    Nie wszyscy ograniczają się do zbierania datków dla zagranicznych
    bojowników i akcji solidarnościowych. Dwa lata temu głośno było o
    młodej Holenderce Tanji Nijmeijer walczącej od 2002 r. w szeregach
    FARC, parających się dziś głównie narkobiznesem i porwaniami.
    W jej dzienniku, który wpadł w ręce kolumbijskiej armii, 29-letnia
    wówczas Tanja (dla towarzyszy broni “Eillen”) opisuje życie w
    dżungli i służbę w FARC w ponurych barwach, ale potwierdza
    wierność “sprawie”. Jej bliscy tłumaczą, że Tanja to idealistka,
    osoba wrażliwa, całkowicie oddana temu, w co wierzy. Matka, która w
    2005 r. pojechała do Kolumbii i próbowała ściągnąć córkę do domu,
    odniosła wrażenie, że ktoś zrobił jej wodę z mózgu. Eksperci
    ostrzegają, że ekstremizm uzależnia słabych psychicznie młodych
    ludzi jak narkotyki czy alkohol.

    Śledztwo wykazało, że w FARC jest więcej Europejczyków. (…)

    Za finansowanie terroryzmu w Iraku w 2005 r. zostało skazanych dwóch
    Szwedów. (…)

    39-letnia Belgijka Muriel Degaque przejdzie do historii jako
    pierwsza Europejka, która dokonała samobójczego zamachu w Iraku (w
    2005 r.). Pięć lat wcześniej przeszła na islam.

    Tym razem prania mózgu dokonał jej mąż Marokańczyk. Nikt z jej
    bliskich nie podejrzewał jednak, że kobieta wysadzi się w powietrze.
    (…)

    ********************

    a ja myślałem
    że czasy "Czerwonych Brygad"
    i "Frakcji Czerwonej Armii"
    już się skończyły...
  • 12.05.09, 14:03
    Królem przestworzy możesz zostać już za równowartość bardzo dobrego samochodu. Ultralekki wiatrakowiec kosztuje tylko 50 tys. euro plus VAT.

    (…)
    Wiatrakowiec jest znacznie tańszy (także w eksploatacji) od helikoptera. Potrzebuje około stu metrów na start. Wylądować może na pięciu. Nie potrzebne jest mu lotnisko, zadowoli się trawiastym lądowiskiem. Może latać przy wietrze dochodzącym do 60 km/h, kiedy ultralekkie samoloty stoją na ziemi. Wirnik kręci się na tyle szybko (350-370 obrotów na minutę), że nie ulega oblodzeniu. Xenon waży 265 kg, dopuszczalna masa startowa wynosi 495.

    (…)

    Wiatrakowiec, choć przypomina helikopter, jest jego przeciwieństwem. Śmigłowiec można porównać do wentylatora. Odpycha się powietrzem tłoczonym przez napędzany silnikiem wirnik. Zaś w wiatrakowcu wirnik odłączony jest od napędu i kręci się sam dzięki pędowi powietrza powstającemu w trakcie ruchu do przodu. Całą maszynę popycha samolotowe śmigło umieszczone z tyłu.

    (…)


    - Lecimy! Widzi pan, jakie to fajne? Pilotuje się to jak samolot. Drążek, góra i dół. Dwa pedały do skręcania - mówi pan Wiesław, wyraźnie rozradowany. Kabina jest przestronna i mocno przeszklona. Mam wrażenie, że ziemia jest w zasięgu ręki. Pan Wiesław przyciąga mocno drążek sterowy do siebie. Wznosimy się ostro w górę. Wtedy naciska szybko lewy pedał i odpycha drążek. Zakręcamy bardzo ciasno, pod sporym kątem i lecimy stromo w dół. To tzw. zawrót bojowy. Wyrównujemy. Lecimy nisko nad ziemią, wprost na hangar. Ściana szybko rośnie w oczach.

    Pilot podrywa dziób do góry. Ale czad!

    Nie ma tu zbyt wiele miejsca, ale w końcu nie o to chodzi. W BMW serii 5 albo Mercedesie SLK za te same pieniądze byłoby wygodniej, ale bmw i mercedes stoją w korkach tak samo jak lanos. A wiatrakowiec nie.

    - Trochę można poszaleć, ale to nie jest sprzęt do akrobacji. Maksymalny przechył wynosi 60 stopni. Jest za to bezpiecznie. Nie da się wpaść w korkociąg. Skorupa kabiny wytrzymuje przeciążenie do 15 G. W przypadku awaryjnego lądowania maszyny zaczyna toczyć się jak jajko. Wszystko odpada, podwozie, wirnik. Ale zawartość jest nienaruszona. Mieliśmy taki przypadek. Ludzie od razu się zgłosili, żeby naprawić maszynę - mówi pan Wiesław.

    Wylatujemy znad lotniska. Nisko nad polami, wzdłuż lasu. Mijamy stadko sarenek. Aż chciałoby się polecieć gdzieś dalej. Prędkość przelotowa xenona w zależności od warunków wynosi 100-140 km/h (maksymalna 179 km/h), 120-konny silnik firmy Rotax spala 18 l zwykłej, samochodowej benzyny na godzinę. Na jednym tankowaniu 80 l maszyna potrafi przelecieć aż 500 km. Można wzbić się nią na wysokości ok. 4,5 tys. m. Jak na życzenie nagle wzbijamy się bardzo ostro.



    (…)

    Wiatrakowiec, tak jak helikopter, należy do rodziny wiropłatów. Nie potrafi jednak zawisnąć, latać w bok czy do tyłu. Pierwszy sprawny wiatrakowiec skonstruował w 1919 r. Hiszpan Juan de la Cierva. 15 lat przed zbudowaniem śmigłowca! Złotą erą wiatrakowców było dwudziestolecie międzywojenne. W trakcie II wojny światowej wiroszybowce wykorzystywane były do funkcji obserwacyjnych na niemieckich U-bootach. Po wojnie projektowano duże konstrukcje, ale ostatecznie zainteresowanie wiatrakowcami spadło. Dziś znów wracają do łask jako ekonomiczna i ekologiczna alternatywa dla helikopterów. Najwięcej lata ich w Australii, USA i Afryce.


    ***************
    PS.
    na rysunku wiatrakowca sprzed kilkudziesięciu lat
    wirnik był z przodu
    jak w klasycznym samolocie
  • 29.05.09, 14:37
    Najnowsza „POLITYKA”
    wiadomosci.onet.pl/1559017,1292,1,do_burdelu_marsz,kioskart.html

    Jedna z najbardziej pedantycznych i wyjątkowo surowych higienicznych
    instrukcji dla kobiet, które pracowały w domach publicznych dla
    żołnierzy Wehrmachtu na terenie okupowanej Francji, brzmiała
    następująco: "Po stosunku płciowym trzeba przeprowadzić gruntowne
    mycie intymnych części ciała wodą z mydłem. (...) Później wymagana
    jest codzienna kąpiel oczyszczająca całe ciało, staranna pielęgnacja
    włosów i częste nacieranie całego ciała wodą kolońską. Po każdym
    stosunku trzeba przemyć dokładnie pochwę wodą borową. Usta
    przepłukać wodą z kilkoma kroplami mocnego płynu do płukania ust; w
    tym przypadku podstawą jest przepłukanie gardła. Wargi każdorazowo
    trzeba przemyć wodą z mydłem i wetrzeć w nie wodę kolońską".

    (…)

    Na temat burdeli dla żołnierzy Wehrmachtu w Polsce pisał już Tomasz
    Szarota w swojej książce "Okupowanej Warszawy dzień powszedni". (…)

    Dla robotników i dla lotników

    Maisons de tolerance, inaczej maisons closes powstały we Francji już
    na początku XIX w. Były to tzw. legalne domy publiczne, nad którymi
    kontrolę sprawowały lokalne władze(…)

    Niemcy rozpoczęli tworzenie skomplikowanej sieci domów publicznych
    dla swoich żołnierzy już w lipcu 1940 r. na mocy rozkazu wydanego
    przez OKH (Oberkommando des Heeres), dotyczącego nadzoru prostytucji
    na nowo zajętych terenach. Tego typu działania były spowodowane
    specyficzną sytuacją okupacyjną i miały się koncentrować nie tylko
    na kontroli życia seksualnego żołnierzy, lecz przede wszystkim na
    niedopuszczeniu do kontaktu Niemców z lokalną ludnością bez wpływu
    władzy.

    Okupant bardzo szybko rozpoczął konfiskatę już istniejących burdeli,
    jednocześnie tworząc nowe placówki zgodnie ze ściśle określonym
    regulaminem. Bardzo często zamykano także domy schadzek dla
    Francuzów i przemianowywano je na burdele żołnierskie. Naziści w
    ogromnym stopniu przyczynili się do rozszerzenia sieci domów
    publicznych na terenie północnej Francji.

    Liczba tych miejsc była tak naprawdę zależna od liczby żołnierzy
    stacjonujących na danych terenach. (Przymiotnik sonder – specjalny,
    odnosił się również do tzw. puffów w obozach koncentracyjnych,
    nazywanych Sonderbau; burdele zakładane przez Niemców miały bardzo
    często taką eufemistyczną nazwę). Wehrmacht miał nieograniczoną
    władzę nad otwieraniem i zamykaniem domów publicznych, dlatego ich
    całkowita liczba jest bardzo trudna do ustalenia. Inse Meinen,
    autorka książki "Wehrmacht und Prostitution in besetzten
    Frankreich", twierdzi, iż w północnej części Francji, w okresie od
    1940 do 1942 r., istniało około stu burdeli. System rozszerzył się
    jeszcze bardziej po 1942 r. poprzez okupację Państwa Vichy.

    We Francji charakterystyczny był podział na różne rodzaje domów
    publicznych w zależności od klienta. Istniały burdele dla żołnierzy
    Wehrmachtu, oficerów, podoficerów, członków SS i innych jednostek,
    takich jak np. Luftwaffe. Dodatkowo ogromną rolę od pewnego momentu
    spełniała kategoria narodowościowa. W końcu zaczęto tworzyć domy
    publiczne dla francuskiej ludności cywilnej kolaborującej z wrogiem,
    robotników przymusowych czy członków Wehrmachtu innej narodowości.

    (…) Maisons de tolerance stanowiły więc coś w rodzaju struktury
    zarządzanej przez władze okupacyjne, przy pomocy władz lokalnych i
    często samych właścicieli nieruchomości, czy tzw. burdelmam.
    Podstawą polityki nazistów było jednak zachowanie dyskrecji. Z tej
    przyczyny fasady domów publicznych nie rzucały się w oczy, okna były
    zamknięte, a kolejki żołnierzy przed drzwiami przybytku rozkoszy
    należały do rzadkości.

    Generał von Brauchitsch zaleca

    Dla mężczyzny-żołnierza odwiedziny w domu publicznym stanowiły coś w
    rodzaju stałego punktu w tygodniowym planie. Dowódcy uważali, że
    wizyty w takich domach są konieczne. Główny dowódca wojsk lądowych
    gen. von Brauchitsch we wrześniu 1941 r. wręcz zalecił, aby młodsi
    żołnierze oraz podwładni starszych towarzyszy zostali przymuszeni do
    wizyty w burdelu w celu zapobieżenia "złym i niepożądanym ekscesom".
    W trakcie wizyt prowadzono statystyki odwiedzin, na podstawie tzw.
    kart odwiedzin, które mężczyzna każdorazowo otrzymywał od
    prostytutki. Taki dokument żołnierz miał obowiązek przechowywać
    przez dwa miesiące, znajdowały się na nim dane prostytutki oraz
    numer pokoju, w którym doszło do schadzki. Dzięki kartom w razie
    jakiejkolwiek epidemii bardzo szybko można było zlokalizować źródło
    choroby.

    Ważną kwestią była także kampania upowszechniania prezerwatyw.
    Stosunek seksualny bez zabezpieczenia był surowo zakazany. Dowództwo
    Wehrmachtu, podobnie jak służba sanitarna, przestrzegało zasady
    umieszczania w domach publicznych plakatów i ulotek przypominających
    o zabezpieczeniu. W rzeczywistości to na kobiety i właścicieli domów
    publicznych spadał ciężar przestrzegania tego prawa. Prostytutka
    zawsze była podejrzewana o przenoszenie chorób, co automatycznie
    wiązało się z oskarżeniem o osłabianie wojska niemieckiego i groziło
    karą śmierci. Niemcy od samego początku traktowali prostytutki
    jako "społeczne męty". Jak głosi cytat z wypowiedzi
    głównodowodzącego 15 Armii z lipca 1941 r.: "NASI LUDZIE POWINNI
    WIEDZIEĆ, ŻE TYLKO MĘTY/SZUMOWINY KOBIECEJ CZĘŚCI SPOŁECZEŃSTWA
    ZAJĘTYCH OBSZARÓW OBCUJĄ/SYPIAJĄ Z NIMI. Dlatego nie ma żadnej
    różnicy, czy to odbywa się za pieniądze, czy bez. Niemiecki żołnierz
    musi pamiętać o swojej narodowej godności, utrzymując
    relacje/stosunki z taką hałastrą/gawiedzią".

    W takiej sytuacji bardzo często dochodziło do aktów przemocy. Bardzo
    krótko i treściwie opisuje to ponownie głównodowodzący 15
    Armii: "Dziwki są nierzadko zmuszane pod groźbą do tolerowania
    stosunków płciowych bez zabezpieczenia. To jest niedorzeczne i
    karalne! Używanie kondomów jest wliczone w cenę wizyty w burdelu".

    (…)
    (…)W wielu przypadkach kobiety były rekrutowane do domów publicznych
    dla żołnierzy Wehrmachtu również w obozach koncentracyjnych, np. w
    obozie kobiecym Ravensbrück.

    Rozkaz Heydricha wprowadzał całkowity zakaz tzw. skrytej, ulicznej
    prostytucji, która byłaby niekontrolowana przez władze. A także,
    wbrew wcześniejszemu ustawodawstwu niemieckiemu, zezwalał na
    koszarowanie prostytutek, wręcz zachęcając do umieszczania ich w
    jednym miejscu pod ścisłym nadzorem.

    Od września 1939 r. policja kryminalna i obyczajowa zajmowała się
    tworzeniem ewidencji prostytutek w polskich miastach. Jednocześnie
    poszukiwano domów, hoteli, prywatnych willi bądź innych lokali,
    które mogłyby zostać przekształcone w domy publiczne dla żołnierzy
    Wehrmachtu. Pod koniec 1940 r. Niemcy ustalili, że na terenie
    Warszawy żyje około dwóch i pół tysiąca kobiet podejrzanych o
    nierząd bądź prostytuujących się. (…)

    Mazur, Saski, Paradis...

    Na terenie Polski, podobnie jak we Francji, powstały domy publiczne
    ustanowione przez okupanta. Przede wszystkim istniały burdele dla
    żołnierzy Wehrmachtu. W samej stolicy we wrześniu 1942 r. było pięć
    takich domów. Dwa najbardziej znane to dawne hotele przy ul. Koziej
    1 i 3: Mazur i Saski. W każdym z nich znajdowało się ponad
    dwadzieścia pokoi i restauracja. Zgodnie z dyrektywami dowództwa w
    każdym pokoju miała być bieżąca woda i ogrzewanie. Na samym początku
    wojny w hotelu Mazur pracowało 29 obywatelek byłego państwa
    polskiego. Liczby te zmieniały się, podobnie jak liczba domów
    publicznych, która była zależna od częstotliwości odwiedzin klientów.

    W czerwcu 1942 r. Heinrich Himmler zdecydował o utworzeniu domów
    publicznych dla oficerów SS na terenach Polski. Decyzję swoją
    motywował następująco: "[w burdelu] jest możliwe zdrowe spotkanie z
    dziewczyną, bez niebezpieczeństwa spłodzenia dziecka, zarażenia się
    c
  • 29.05.09, 14:38
    W czerwcu 1942 r. Heinrich Himmler zdecydował o utworzeniu domów
    publicznych dla oficerów SS na terenach Polski. Decyzję swoją
    motywował następująco: "[w burdelu] jest możliwe zdrowe spotkanie z
    dziewczyną, bez niebezpieczeństwa spłodzenia dziecka, zarażenia się
    chorobą czy nawiązania jakichkolwiek kontaktów z ludnością polską".
    Oczywiście Himmler miał w tym przypadku na myśli kontakty
    towarzyskie poza kontrolą władz. Plany powstania tego typu placówek
    dla oficerów SS sięgają początku 1941 r.; wtedy to przewidywano
    powstanie trzech burdeli SS na terenie Warszawy: na ul. Foksal 3/5,
    w hotelu Grand przy Chmielnej i w Cafe Paradis przy Nowym Świecie. W
    1942 r. potwierdzone zostało istnienie tylko jednego burdelu
    oficerskiego przy ul. Nowogrodzkiej 15. W Polsce i w Rosji w domach
    publicznych panował zakaz spożywania i sprzedaży alkoholu, w
    przeciwieństwie do Francji, gdzie trunki wysokoprocentowe miały
    zachęcać mężczyzn do odwiedzania domów schadzek.
    (…)
  • 09.07.09, 09:25
    www.rp.pl/artykul/9129,330369_Benzyna_z_dwutlenku_wegla_to_nie_science_fiction.html

    Benzyna z dwutlenku węgla to nie science fiction

    Tomasz Nieśpiał 07-07-2009,

    Przełomowy wynalazek Polaków. Chemicy z Lublina wiedzą, jak na
    masową skalę produkować tanie paliwo. I to ekologicznie


    (...)

    Naukowcy z Lublina przekonali do swojego wynalazku m.in. Zakłady
    Azotowe w Kędzierzynie-Koźlu, w których powstanie jedna z pierwszych
    komercyjnych instalacji. W sumie w tym roku w Polsce może się
    rozpocząć budowa czterech urządzeń, które będą przyjazne środowisku.

    (...)
    Prof. Dobiesław Nazimek: Wykorzystaliśmy sztuczną fotosyntezę,
    reakcję chemiczną, podczas której woda i dwutlenek węgla po dodaniu
    katalizatora i pod wpływem głębokiego ultrafioletu zamienia się w
    metanol. Potem poddajemy go separacji termicznej i syntezie MTG (z
    metanolu w benzynę). Otrzymujemy syntetyczne węglowodory, które
    praktycznie niczym się nie różnią od substancji, jaką lejemy do baku
    samochodów. To 108-oktanowe paliwo. Czyste i przyjazne środowisku.

    I do tego tanie?

    W Polsce uzyskanie 1 litra metanolu z metanu kosztuje około 40
    groszy. Nasza metoda pozwala na uzyskanie takiego samego efektu za
    9 – 11 groszy, a wyprodukowanie litra benzyny to koszt czterdziestu
    kilku groszy. Nie sposób oszacować, ile trzeba będzie zapłacić za
    takie paliwo na stacji, ale cena powinna być konkurencyjna.

    (...)

    Na naszych oczach dokonuje się prawdziwy przewrót technologiczny.
    Większość krajów ma już za sobą szczyt wydobycia ropy naftowej, z
    roku na rok złoża tego surowca topnieją. Produkcja paliwa z
    dwutlenku węgla jest więc ratunkiem dla gospodarek całego świata. To
    rzecz strategiczna, dzięki której można się uniezależnić od
    importerów.

    (...)
  • 27.08.09, 09:42
    POLITYKA
    http://wiadomosci.onet.pl/1572165,1292,1,wojna_przed_wojna,kioskart.h
    tml

    Wojna przed wojną
    Pierwsze strzały kampanii wrześniowej padły już 26 sierpnia 1939 r.

    Miejscem niemieckiego ataku była Przełęcz Jabłonkowska w Beskidzie
    Zachodnim, zaś pierwsze strzały oddali w nocy z 25 na 26 sierpnia
    naziści z grupy bojowej Abwehry – Kampforganisation Jablunka.

    Początkowo, zgodnie z rozkazem Hitlera, atak na Polskę miał się
    rozpocząć właśnie w sobotę 26 sierpnia, o godzinie 4.45, a
    szczególnie ważne znaczenie sztab generalny agresora przywiązywał do
    opanowania Przełęczy Jabłonkowskiej. W granicach ówczesnego państwa
    polskiego przebiegała tamtędy strategiczna linia kolejowa i szosa
    Żylina–Cieszyn. Warunkiem sprawnego przerzucenia przez przełęcz sił
    niemieckich, atakujących nas od południa, było takie opanowanie
    znajdującej się tam stacji kolejowej Mosty, a nade wszystko tunelu,
    by żołnierze polscy w obliczu atakującego nieprzyjaciela nie zdołali
    wysadzić w powietrze tych ważnych obiektów. Aby to zapewnić,
    przełęcz musiał opanować Wehrmacht nie w momencie wybuchu wojny,
    lecz tuż przed atakiem.

    Abwehra utworzyła specjalną grupę uderzeniową, wyznaczając na jej
    szefa sprawdzonego już w rozlicznych akcjach porucznika dr. Hansa
    Albrechta Herznera z Berlina. W grupie znalazło się około 70
    starannie dobranych nazistów po solidnym przeszkoleniu wojskowym.
    Ubrani byli po cywilnemu, a w oczach Polaków, których mieli
    podstępnie zaatakować, uchodzić mieli za trudną do zidentyfikowania
    bojówkę. Każdy miał w kieszeni przygotowaną opaskę ze swastyką, by w
    końcówce operacji ci z Wehrmachtu, którym torowali drogę, łatwo
    mogli ich rozpoznać jako swoich.

    Dokonano szczegółowego rozeznania sytuacji w terenie, wykorzystując
    informacje agentów penetrujących stronę polską. (...)
    W ustalonym czasie, już po polskiej stronie, wyznaczono spotkanie z
    agentami, od których oczekiwano najbardziej aktualnych danych o
    rozmieszczeniu posterunków polskich, ich sile, uzbrojeniu, tak by
    można było je opanować możliwie bez wywoływania alarmu mogącego
    ściągnąć posiłki Wojska Polskiego. Opanowanie stacji Mosty
    wyznaczono na godzinę drugą w nocy z 25 na 26 sierpnia, wszystko
    zgodnie z rozkazem Hitlera.

    Nie wszystko szło gładko. Na miejsce startowe wyprawy nie dotarła
    anonsowana wcześniej jako wsparcie stuosobowa grupa słowackich
    gwardzistów Hlinki. Ciemności powodowały, że przewodnicy błądzili,
    opóźniając marsz. Jedna z podgrup nawet się zgubiła. Sam Herzner
    znalazł się przy południowym wylocie tunelu przed godziną drugą i
    usłyszał nagle strzały po drugiej stronie – to, jak się okazało, owa
    zagubiona podgrupa starła się z posterunkiem polskim. Tuż przed
    czwartą Herzner zdołał wedrzeć się ze swoimi ludźmi na stację Mosty,
    terroryzując jej załogę i przecinając łącza telefoniczne.

    Wbrew grubo przesadzonym późniejszym opisom niemieckim (wedle
    których grupa Herznera łatwo opanowała teren, biorąc do niewoli
    pierwszych w drugiej wojnie światowej jeńców) jednostka dywersyjna
    rychło znalazła się w krytycznej sytuacji. Utarczka, do jakiej
    doszło, zaalarmowała stronę polską, nadciągnęły posiłki i ludzie
    Herznera stali się celem. A czas upływał. Przekroczony już został
    moment, w którym miała rozpocząć się wojna przeciwko Polsce, a 7
    Dywizji, której torowano drogę, nie było ani widać, ani słychać...
    Wreszcie poprzez swego człowieka wcześniej wysłanego do Czadcy por.
    Herzner otrzymał rozkaz z dowództwa 7 Dywizji: natychmiast uwolnić
    przetrzymywanych na stacji Polaków i jak najszybciej się wycofać!

    Przedzieranie się do swoich przebiegło pod ogniem ze strony WP.
    Zmieniając raz po raz kierunek marszu, czyniąc uniki, udało się w
    końcu Niemcom dotrzeć do granicy. Było to o godzinie 13.30. Dopiero
    wtedy Herzner dowiedział się, że wojna nie wybuchła, bowiem w
    ostatniej chwili Hitler odwołał swój rozkaz o uderzeniu Wehrmachtu
    rankiem 26 sierpnia. Wszystkie poprzedzające agresję operacje
    dywersyjne zostały w szaleńczym pośpiechu odwołane. Jedyną, której
    nie zdołano powstrzymać, była ta na Przełęczy Jabłonkowskiej. Gdy
    odwołanie dotarło z Berlina do sztabu 7 Dywizji – ludzie Herznera
    już od godziny przedzierali się na stronę polską. Łączności radiowej
    nie było. Wysłani z Czadcy łącznicy nie zdołali dotrzeć do Herznera –
    jedni zabłądzili, inni wpadli w ręce polskie...

    (...)

    Nie doszło do powtórzenia operacji sprzed trzech dni. Strona polska
    bowiem w międzyczasie starannie obsadziła strategiczne obiekty
    Przełęczy Jabłonkowskiej, sprawiając, że wszelkie akcje były z góry
    pozbawione szans. Porucznik wystąpił więc jedynie jako ekspert,
    znawca terenu, doradca 7 Dywizji tuż przed ostatecznym uderzeniem na
    Polskę. Lecz kiedy kilka dni później Wehrmacht uderzył, nie mogli
    już Niemcy liczyć na ułatwiony przemarsz przez Przełęcz. Saperzy
    polscy wysadzili w powietrze tunel kolejowy przy stacji Mosty przed
    samym nosem nacierających oddziałów.
    (...)
  • 28.08.09, 09:13

    wiadomosci.onet.pl/1572034,1292,2,kioskart.html
    POLISH EXPRESS

    (...)
    Próby poligonowe rakiety V2 przeniesione zostały w rejon Pustków -
    Blizna (koło Dębicy na Podkarpaciu). Pierwszą rakietę na nowym
    poligonie odpalono 5 listopada 1943r. W maju 1944 roku, w okolicach
    Sarnak, AK przejęła niewybuch V2. Po rozebraniu na części został on
    zbadany w tajnych laboratoriach AK. W badaniach pocisku udział brali
    m.in. prof. Janusz Groszkowski, prof. Marceli Straszyński i inż.
    Antoni Kocjan. Najważniejsze części rakiety oraz wyniki badań
    zabrane zostały do Wielkiej Brytanii w nocy z 25 na 26 lipca 1944
    przez brytyjski samolot, który wylądował na terenie okupowanej
    Polski w pobliżu Tarnowa.

    (...)

    Jak już wspomniano, po zakończeniu wojny Werner von Braun
    przechwycony został przez Amerykanów (operacja Paperclip).V2 stał
    się podstawą rozwoju pocisków balistycznych w USA, ZSRR, Chinach
    oraz Francji.

    Duża grupa naukowców i konstruktorów programu V2 została
    aresztowana, wielu z nich zostało przewiezionych do USA, gdzie
    stanowili następnie trzon personalny programu balistycznego US Army.
    Związek Radziecki dla przechwyconych przez siebie niemieckich
    specjalistów programu V2 utworzył pierwotnie ośrodek naukowo-
    badawczy Instytut Rabe w Nordhausen, gdzie mieli kontynuować swoją
    pracę. Jednakże 22 października 1946 roku NKWD aresztowało ich wraz
    z rodzinami oraz specjalistami innych dziedzin techniki wojskowej i
    tę grupę około pięciu tysięcy osób wywieziono wgłąb ZSRR, gdzie
    miały kontynuować swoje prace pod ścisłym nadzorem. W konsekwencji
    niemieccy konstruktorzy V2 wnieśli znaczący wkład zarówno do
    amerykańskich jak i radzieckich programów balistycznych.


    ++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

    ciekawa sprawa

    jest to JEDYNE znane mi lądowanie brytyjskiego samolotu w okupowanej
    przez Niemców Polsce

    czyli sprawdza się stare powiedzenie: "jak chce, to potrafi"
  • 02.10.09, 10:07
    Mówią Wieki 2007 r.
    wiadomosci.onet.pl/1432064,1292,1,zastraszyc_wroga,kioskart.html


    O ile działania propagandowe aliantów, Trzeciej Rzeszy i Związku
    Radzieckiego są powszechnie znane, o tyle o pomysłach japońskich w
    tym zakresie mówi się niewiele.

    Propaganda uprawiana podczas drugiej wojny światowej była czymś
    zasadniczo różnym od socjotechniki, którą stosuje się obecnie –
    zamiast opowieści o ochronie praw człowieka i zagrożeniu bronią
    biologiczną walono w przeciwnika każdą amunicją z możliwie
    największą siłą. Najczęściej działania propagandowe polegały na
    ujawnianiu rzekomej niezdarności i głupoty przeciwnika. Amerykanie
    twierdzili, że mózgi Japończyków pracują wolniej, ich oczy kiepsko
    radzą sobie z widzeniem w ciemności, a wielu Żydów pozostało w
    nazistowskich Niemczech, bo uwierzyło prasie syjonistycznej, że
    Hitler jest tak niezdarny, iż przegra wojnę w trzy miesiące i będzie
    po sprawie.

    (...)

    Próba urzeczywistnienia niemieckiej idei Mitteleuropy była jedną z
    przyczyn wybuchu pierwszej wojny światowej. Druga wojna rozpoczęła
    się pod hitlerowskim hasłem zdobycia przestrzeni życiowej –
    Lebensraumu Japońskie walki w Azji oraz konflikt ze Stanami
    Zjednoczonymi były próbą wcielenia w życie wizji wschodniej Azji i
    Pacyfiku pod panowaniem japońskim. Japończycy, rozpętując wojnę na
    Pacyfiku, zaczęli realizować marzenie o czymś w rodzaju azjatyckiej
    strefy współpracy kontrolowanej przez Tokio. Miało to uszczęśliwić
    wszystkie narody zależne od mocarstw kolonialnych. Białych należało
    zaś bezapelacyjnie przegonić.

    Wielka Wschodnioazjatycka Strefa Wspólnego Dobrobytu pojawia się
    po raz pierwszy w wystąpieniu premiera Yôsuke Matsuoki w sierpniu
    1940 roku, ale pomysł był wcześniejszy.
    Chodziło o swoiste
    poszerzenie izolacji japońskiej z czasów poprzedzających rewolucję
    Meiji. Wizja autarkicznego bloku państw azjatyckich pod
    przewodnictwem Japonii pojawiła się już w książce Fukuzawy Yukichi
    Japońska misja w Azji wydanej w 1882 roku. Wspólnota miała
    obejmować: Chiny, Koreę, Tajlandię, Birmę, Wietnam, Laos, Kambodżę,
    Malaje oraz Indonezję.

    Japonia potrzebowała wolnego dostępu do dóbr naturalnych Azji, w
    dużej mierze kontrolowanej przez Europejczyków. Zamiana jednej
    okupacji na drugą nie wchodziła w grę – kraje należało "wyzwolić".
    Trudno o większe nieszczęście niż bycie wyzwolonym bez własnej
    woli – możemy się domyślać, że Japończycy, wygrawszy wojnę,
    realizowaliby dalekowschodnią mutację kolonializmu – tyle że
    bardziej krwawą. Dość przypomnieć, że na terenach podbitych
    zachowywali się dużo brutalniej niż np. Europejczycy, którzy także
    przecież nie byli świętoszkami.

    Wydana w 1942 roku broszurka Wielka wojna wschodnioazjatycka i my
    roztacza wizję narodów i państw Azji Wschodniej jako odgałęzień
    tej samej rodziny, lansując przejście od współpracy militarnej i
    politycznej do jednego organizmu politycznego, choć nie państwowego.
    Z kolei autor Zarysu działań ekonomicznych dla południowej Azji
    akcentuje konieczność wspierania ekspansji ekonomicznej Japończyków
    w południowej Azji na bazie planowania i zaawansowanych zmian
    ekonomicznych w ramach strefy współpracy, a japoński minister Koki
    Hirota

    puentował: Jest szczególnie istotne, aby powiedzieć, iż celem
    politycznym japońskiego rządu jest stabilizacja Azji Wschodniej
    poprzez pojednanie i współpracę pomiędzy Japonią, Mandżurią i
    Chinami – dla ich rozwoju i dobrobytu. Ale dopóki Chiny ignorują
    nasze prawdziwe motywy, mobilizując ogromne armie przeciwko nam,
    możemy tylko powstrzymywać ich pochód przy pomocy naszych wojsk.

    Uogólniając: to działania Chin zmuszają Japonię do zbrojnej
    interwencji, ale mimo to Japonia, ustalając po zwycięstwie nowy
    porządek, nie zapomni o niedawnych przeciwnikach i zapewni im spokój
    oraz dobrobyt.

    (...)

    Oczywiście trzeba było wytłumaczyć również bieżące działania. W
    oświadczeniu nowojorskiej Japońskiej Izby Handlu w odniesieniu do
    wojny rosyjsko-japońskiej z początku wieku czytamy: Japonia
    walczyła, po pierwsze, aby chronić Chiny, a po drugie, aby bronić
    samej siebie. Oba państwa były w podobnej sytuacji, ponieważ
    wchłonięcie Chin przez Rosję oznaczałoby prawdopodobną zagładę
    Japonii. Kiedy Japonia walczyła, aby uchronić Chiny, co zrobili
    Chińczycy? Weszli w tajemne porozumienie z Rosją przeciwko Japonii.
    Te i inne teksty składają się na propagandową wizję Kraju Kwitnącej
    Wiśni jako jedynego ośrodka, który rozumie procesy zachodzące w Azji
    i wie, co jest najlepsze dla regionu.
    Co więcej, myśli o tym
    nieustannie i wszystko pięknie poustawia, gdy tylko zyska taką
    szansę.


    Zaprowadzenie nowego porządku oznaczało wyrzucenie białych. Płk
    Tsuji Masanobu w broszurce Przeczytaj to, a wojna będzie wygrana
    przedstawia Europejczyków i Amerykanów jako bezwzględnych kolonistów
    żerujących na niewolniczej pracy miejscowej ludności: pieniądze
    wyciśnięte z krwi Azjatów są wykorzystywane do zapewnienia białej
    mniejszości luksusowego życia. Podobny obraz wyłania się z innych
    materiałów. W Ścieżce pokonanych alianci to pozbawieni skrupułów
    chciwi najeźdźcy atakujący Wyspy Japońskie. Wraz z wypędzeniem
    ciemiężców zniknie nędza, w jakiej tkwią miliony Azjatów. Książeczka
    trafiła do żołnierzy walczących w południowej i południowo-
    wschodniej Azji.

    (...)

    Nakręconemu pod patronatem Cesarskiej Marynarki Wojennej obrazowi
    zabrakło paru minut, aby stać się pierwszym pełnometrażowym
    azjatyckim filmem animowanym (zaszczyt ten przypadł Chińczykom za
    Princess Iron fan). W filmie zwierzęta towarzyszące bohaterowi
    symbolizują narody Azji, rola demonicznych Oni przypada Amerykanom,
    a atak Momotaro na Onigashimę nawiązywał do nalotu na Pearl Harbor.
    Niestety, po kapitulacji Japonii kopie filmu zostały zniszczone i
    znamy go dziś tylko z opisów.

    (...)

    Japończycy kręcili również propagandowe filmy fabularne, żeby
    wymienić tylko Historię o dowódcy czołgów Nushizumi (1940), w której
    szlachetny żołnierz walczy w wojnie japońsko-chińskiej, by umrzeć w
    Nankinie ze słowami: "wszystko, co robiłem, robiłem dla cesarza!".
    Cesarza wychwala też osierocona rodzina w Czekoladzie i żołnierzach
    (1938), choć ojciec i mąż zginął na froncie w Chinach. Film
    propagandowy Najpiękniejsze nakręcił nawet sam Akiro Kurosawa. O ile
    niemiecka reżyserka Leni Riefenstahl przez całe życie płaciła za
    Tryumf woli, a Veit Harlan za Żyda Süssa i Kolberg, o tyle wojenny
    epizod nie przeszkodził Kurosawie w zrobieniu wielkiej
    międzynarodowej kariery. Może dlatego, że film o robotnicach z
    fabryki broni można współcześnie odczytywać jako historię ludzi
    przerażonych wojną i tęskniących za pokojem.
    (...) (...)
  • 12.10.09, 08:45
    ONET.PL
    wiadomosci.onet.pl/1578362,1292,1,bunt_w_fabryce_smierci,kioskart.html
    07.10.2009 04:40/
    Karolina Duda-Potapska


    Bunt w fabryce śmierci

    7 października 1944 roku w KL Auschwitz-Birkenau doszło do
    największego w historii obozu powstania więźniów

    Dokonała go załoga Sonderkommando.

    Kilkuset członków "komanda specjalnego" zmuszano do pracy przy
    eksterminacji. Odizolowani od innych więźniów obozu, zajmowali się
    przyjmowaniem masowych transportów Żydów, pomagali w rozbieralniach,
    wynosili z komory zagazowane ciała, obcinali włosy, wyrywali złote
    zęby, palili zwłoki i usuwali ich szczątki. Pod koniec istnienia
    obozu sami zostali przeznaczeni na śmierć, jako najbardziej
    niewygodni świadkowie Zagłady.

    We wrześniu 1941 roku w bloku 11 w KL Auschwitz dokonano pierwszych
    prób gazowania ludzi - zgładzono wtedy około 600 radzieckich jeńców
    wojennych i około 250 Polaków. (…)


    Zgodnie z zaleceniem Adolfa Eichmanna, pracujący przy eksterminacji
    więźniowie, głównie Żydzi, mieli być mordowani po każdej większej
    akcji likwidowania zwłok. W praktyce naziści czynili to co kilka
    miesięcy, pozostawiając niektórych członków Sonderkommanda przy
    życiu. (…)

    Machina Zagłady

    Żydzi, którzy w czasie selekcji zostali przeznaczeni na śmierć
    (około 80 procent całego transportu), przechodzili przez bramę
    któregoś z krematoriów i kierowani byli do rozbieralni. Tam, często
    nieświadomi swojego losu, zostawiali swoje ubrania, buty i tobołki
    na numerowanych wieszakach. Większe bagaże odbierano im już
    wcześniej, na rampie kolejowej. Oczekując na "kąpiel"
    czy "dezynfekcję", po raz pierwszy i ostatni stykali się z więźniami
    obozu - z członkami Sonderkommanda. (…)

    Nagi tłum wpychano do komory gazowej. Jeden z esesmanów wsypywał
    Cyklon B poprzez specjalny, zewnętrzny otwór. Po kilkunastu
    minutach, po agonii wszystkich Żydów, przystępowano do wietrzenia
    komór i odprowadzania resztek gazu. Część załogi Sonderkommanda
    rozpoczynała usuwanie zwłok i przenosiła je ku piecom krematoryjnym,
    inni czyścili puste już komory z odchodów i krwi, kolejni ścinali
    kobiece włosy, szukali przemyconych przez ofiary kosztowności,
    wyrywali złote zęby. Kolejni palili ciała i rozdrabniali resztki
    kości w specjalnej maszynie. Na końcu pozbywano się prochów, m.in.
    wysypując do pobliskiej Wisły i Soły lub rozsypując je na polach
    jako nawóz. - Strzyc jest łatwiej, niż wyrywać zęby. Wyrywać zęby
    jest łatwiej, niż ciągnąć zwłoki. Ciągnąć zwłoki jest lżej, niż
    rzucać na stos - mówił zmarły w zeszłym roku Henryk Mandelbaum.

    (…)

    Krematorium IV wznieca bunt

    Pod koniec lata 1944 roku, gdy zmniejszała się liczba transportów
    Żydów do Auschwitz, hitlerowcy postanowili sukcesywnie likwidować
    więźniów Sonderkommanda. We wrześniu zamordowali około 200 osób.
    Pozostali więźniowie zdawali sobie sprawę z zagrożenia. Zaplanowali
    bunt. - Choć nadzieja była słaba, wszyscy mieliśmy przekonanie,
    że lepiej działać i zginąć, niż umrzeć, nie podjąwszy nawet próby
    buntu
    - wspomina Venezia.

    W przygotowaniach Żydom pomagali jeńcy radzieccy, również wcieleni
    do Sonderkommanda. Więźniowie zaplanowali wysadzenie krematoriów,
    podpalenie baraków, przecięcie drutów i masową ucieczkę. Dysponowali
    prymitywnymi granatami, do wykonania których użyli materiału
    wybuchowego zdobytego od więźniarek pracujących przy demontażu
    starych samolotów.

    Rano, 7 października 1944 roku, organizacja obozowego ruchu oporu
    zawiadomiła przywódcę grupy bojowej w Sonderkommandzie, że
    hitlerowcy zamierzają zgładzić spośród nich 300 osób. Żydzi
    powrócili do planów buntu, by nie poddać się bez walki.
    Organizatorami byli polscy Żydzi: Jankiel Handelsman, Josef
    Deresiński, Załmen Gradowski, Josef Darębus. Sygnałem do walki miało
    być podpalenie krematorium.


    O godzinie 13.25 esesmani przyszli, by zabrać więźniów z krematorium
    IV. Zostali zaatakowani przez więźniów uzbrojonych w kamienie,
    młotki i siekiery. Podpalono krematorium. Akcję podjęli także
    osadzeni w krematorium II, którzy rzucili się na oberkapo i żywcem
    wrzucili go do pieca krematoryjnego. Następnie przecięli druty
    obozowe i zaczęli uciekać w stronę podobozu we wsi Rajsko,
    oddalonego od Birkenau o około 4 kilometry. - W tych ostatnich
    minutach, gdy każda sekunda decydowała o życiu, zatrzymali się na
    chwilę, by wykonać ostanie zadanie - czytamy w notatce Załmena
    Lewentala, odnalezionej po wojnie na terenie byłego obozu. Opisuje,
    jak więźniowie przecięli druty sąsiedniego obozu kobiecego, by
    umożliwić więźniarkom ucieczkę. Następnie zabarykadowali się w
    stodole.


    Hitlerowcy obrzucili stodołę granatami wzniecając pożar. Wielu Żydów
    zabili seriami z karabinów maszynowych. W walce zginęło około 250
    Żydów, wśród nich organizatorzy buntu. Około 200 ocalałych i
    zatrzymanych rozstrzelano niedługo potem. Liczba osób w
    Sonderkommando zmniejszyła się po buncie z 663 do 212. Pozostałych
    przy życiu hitlerowcy umieścili w krematorium III, natomiast
    krematorium IV zostało rozebrane. - Trzeba było wrócić do pracy,
    żeby spalić ciała leżące jeszcze w komorze gazowej - mówi Szlomo
    Venezia. - Pracowaliśmy przez 36 godzin i nikt się nami nie
    zainteresował. Potem pozwolono nam odpocząć - dodaje. Spalenie zwłok
    zbiegłych powierzono innym więźniom, w obawie przez kolejnym buntem
    członków Sonderkommanda.

    Po stłumieniu buntu Niemcy wszczęli dochodzenie, skąd więźniowie
    mieli proch. Ustalili, że dostarczały go cztery żydowskie dziewczęta
    zatrudnione w fabryce. Róża Robota, Ala Gertner, Regina Safirsztain
    i Estera Wajcblum zostały powieszone w styczniu 1945 roku, na 21 dni
    przed wyzwoleniem obozu. Jedynym więźniem, któremu udało się uciec w
    czasie buntu, był Rosjanin o imieniu Iwan. Jak wynika z relacji
    Venezii, odnaleziono go i zamordowano dwa tygodnie po powstaniu. W
    trakcie buntu Sonderkommanda zginęło trzech lub czterech esesmanów,
    a dwunastu zostało rannych.

    (…)
  • 20.11.09, 10:15
    "POLITYKA":
    wiadomosci.onet.pl/1585254,1292,1,pierwsza_odsiecz_wiedenska,kioskart.html

    Gdy w 1618 r. Czesi na Hradczanach wyrzucili katolickich posłów
    cesarza austriackiego przez okno, zainaugurowali tym czynem wielką
    wojnę wyznań, religii, społeczeństw i narodów. Ruszyła lawina
    podziałów, w tym na obóz katolicki i protestancki. Król polski
    Zygmunt III Waza opowiedział się po stronie katolickich Habsburgów.
    Podobno znaczący wpływ na jego decyzję miały austriackie obietnice
    zwrotu Śląska Polsce i błagania żony, Konstancji Habsburżanki, o
    pomoc dla jej brata.


    Jednakże Zygmunt nie miał nadziei, by sejm, który decydował o
    podatkach, uchwalił pobór na wojnę zagraniczną, narażając kraj na
    starcie z mocarstwem tureckim. Akcja mogła być jedynie prywatna i
    tajna. Coraz częściej jako wysłanników króla wymieniano lisowczyków,
    którzy szli w kierunku litewskiego Kowna z ostatniej wyprawy
    królewicza Władysława na Moskwę w 1617–1618 r. Niesforne bandy,
    które wojna moskiewska wyhodowała, były zagrożeniem dla porządku w
    Rzeczpospolitej; lisowczycy żądali wypłaty żołdu i grozili łupieniem
    dóbr.

    Płomień buntu ogarnął już Śląsk i biskup wrocławski, arcyksiążę
    Karol Habsburg, pojechał na dwór krakowski szukać poparcia. Cichcem,
    bez zgody sejmu, król i królewicz Władysław, który udał się na
    rozmowy do Nysy, zgodzili się na zaciąg 5 tys. lisowczyków. Wieści
    te szybko dotarły pod Kowno, o czym pisał w maju 1619 r. kanclerz
    wielki koronny Jakub Zadzik do biskupa warmińskiego
    Gembickiego: "pułk ten lisowczyków z tym się ozywa, że chce iść do
    Czech". Dwór nie oponował, być może dlatego, że "za cenę tego
    poparcia (udzielonego Habsburgom) obiecywano sobie odzyskanie
    Śląska" – zauważył wybitny historyk Adam Kersten.

    (…)

    Tymczasem na Węgrzech podległych cesarzowi wybuchło kolejne
    powstanie. Kandydat do madziarskiej korony, kalwinista, książę
    siedmiogrodzki Gábor Bethlen rozpoczął marsz w stronę Górnych
    Węgier, czyli na Słowację, co w opinii dworu krakowskiego oznaczało
    próbę zablokowania polskiej granicy. 14 października 1619 r. Bethlen
    zajął Pozsonyi, czyli Bratysławę, przejmując węgierskie insygnia
    koronne. Od Wiednia dzielił go już tylko Dunaj. Stolicy Habsburgów,
    otoczonej przez 42-tysięczną armię Bethlena i wojska stanów
    czeskich, śląskich i morawskich, broniło ledwie 2 tys. żołnierzy
    cesarza. Dwór habsburski ogarnęła panika.

    (…)

    Lisowczycy ruszyli z Ukrainy na przejścia karpackie w połowie
    października 1619 r. Ok. 10 tys. tych żołnierzy poszło na Jasło, a
    stamtąd usiłowali przejść granicę koło Piwnicznej. Ale wskutek
    targów o żołd, po nieudanym wypadzie i kontrataku Węgrów na
    przełęczach, granicę zdołali przekroczyć chyba dopiero 21 listopada.


    W tym czasie Bethlen oblegał już Wiedeń. (…)
    Już 23 listopada 1619 r. natknęli się na wojska madziarskie młodego
    Jerzego Rakoczego. Ale gdzie? Historycy węgierscy i czescy sądzą, że
    pod Stropkowem. Natomiast badania Adama Kerstena wykazały, że pod
    Humiennem. Były to posiadłości Hommonaya, który zapewne doskonale
    znał topografię terenu.

    Wojska Rakoczego nie miały liczebnej przewagi. Ale z innych przyczyn
    wydawała się ona wyraźna – ze względu na siłę ognia piechoty, która
    wówczas z wolna stawała się rozstrzygającym elementem sztuki
    wojennej. 2500 husarii i ciężkozbrojnych kopijników madziarskich
    chroniło 3 tys. piechoty i wpółdzikich górali Sabatów, uzbrojonych w
    rusznice, których lisowczycy mieli bardzo mało.

    Relacje źródłowe na temat tej bitwy są skąpe. Wiemy, że trwała dwa
    dni i Rakoczy zamknął Polakom drogę na Humienne, obsadzając wzgórza.
    Lisowczycy, zapewne za podpowiedzią Hommonaya, obeszli je drogą na
    Udavę i tamże znieśli oddział węgierski. Nie mając armat ani
    arkebuzów, lisowczycy nie mieli jednak szans na przebicie się przez
    pozycje madziarskie. Byli jednak mistrzami w tatarskim sposobie
    walki. Zdecydowali się następnego dnia pozorować ucieczkę. Chyba
    nadciągnęły też ich tabory. Piechota węgierska poszła za
    lisowczykami, nie tyle w pościg, ile na te tabory z zagrabionymi
    dobrami. (Łupy, rzecz święta – jak mawiał rosyjski feldmarszałek
    Aleksander Suworow). Wówczas Rogaski i Hommonay zawrócili, obeszli
    ciężkozbrojnych i gwałtowną szarżą uporządkowanych już czterech
    hufców ze wszystkich stron siedli piechocie Rakoczego na karkach.
    Ta, zajęta rabunkiem, nie zdołała odtworzyć szyków.

    Lisowczycy ocalili Wiedeń

    To była jatka. Pod szablami polskimi padło do 5 tys. Węgrów, w ręce
    zwycięzców dostało się 17 chorągwi. Dwie odesłano królowi Zygmuntowi
    III, resztę cesarzowi. Rakoczy ratował się ucieczką. Lisowczycy
    ruszyli przez Bodrok i Toplę na Sárospatak, w drodze oblegając
    Rakoczego w rodzinnym zamku Makowicy; "wszystko wszędy ogniem a
    mieczem znosząc" – pisał kapelan wojsk lisowskich Wojciech
    Dembołęcki.

    Jednakże, nie posiadając silnej "broni ognistej", lisowczycy nie
    mieli szans na zdobycie zamku w Makowicy. Ruszyli więc na Koszyce.
    Po spaleniu przedmieść miasta pojawiło się pytanie o sens dalszej
    wyprawy. Wytworzyły się natychmiast "fakcye między wojsko" (…)
    Ostatecznie, ok. 10 grudnia, zaczęli zawracać spod Koszyc do kraju.

    Zwycięstwo lisowczyków pod Humiennem i ich łupieżcze rajdy po
    Słowacji przyczyniły się nieoczekiwanie do odwrócenia kart
    historii. "Gdyby nie drobne i na pozór mało znaczące posunięcia
    zaledwie kilku tysięcy żołnierzy polskich, losy wojny
    trzydziestoletniej potoczyłyby się zupełnie inaczej lub, mówiąc
    prościej, zakończyłaby się ona w tymże 1619 r." – napisał przed laty
    Adam Kersten.

    Książę Gábor Bethlen na wieść o wyprawie i zwycięstwie lisowczyków
    zwinął oblężenie Wiednia i cofnął się do Bratysławy. Usiłował
    przejąć jeszcze inicjatywę, wysyłając 15-tysięczny korpus na
    Homonaya, a na lisowczyków znów Jerzego Rakoczego z nowymi siłami.
    Ci cofnęli się, nadal nieświadomi, że ocalili imperium Habsburgów.
    Co ciekawe, dwór króla Polski także był rozczarowany, przekonany, że
    wyprawa poniosła zupełne fiasko! Dopiero później dotrze do
    świadomości Zygmunta III i senatorów polskich, że przypadkiem
    lisowczycy ocalili Wiedeń i cesarstwo. Nie wykorzystano jednak tego
    ani propagandowo, ani dyplomatycznie.

    A lisowczycy szli "nazad ku Polsce przez Tatry", jak pisał
    Dembołęcki. Nie otrzymawszy żołdu, rozłożyli się w okolicach Krosna
    i Dukli. Potem niektóre pułki ruszyły, łupiąc "cały szlak podgórski,
    nie czyniąc różnicy między dobrami królewskimi, duchownymi i
    szlacheckimi". Król Zygmunt znalazł się w przykrej sytuacji, gdyż
    zewsząd szły narzekania łupionych Małopolan. (…)
    Zaowocowało to zawieszeniem broni w połowie stycznia 1620 r. Książę
    węgierski wiedział jednak dobrze, jak trafić w czułą strunę
    tureckich fobii i w akcie pomsty powiadomił sułtana tureckiego o
    wyprawie Polaków na Górne Węgry w obronie Habsburgów. Bez wątpienia
    te wieści przyczyniały się do umocnienia stronnictwa wojennego w
    Stambule i powiększyły grozę islamskiego ataku. Dopełniła się ona w
    nieszczęsnej bitwie pod Cecorą, niemal dokładnie w rok po Humiennem.
    Wtedy to zginął jeden z kreatorów polskiej polityki i wojskowości,
    kanclerz i hetman Stanisław Żółkiewski.

    Pogromcy czterech nacji

    Na razie protesty szlachty małopolskiej i obawy przed łupiestwem
    lisowczyków sprawiały, że dwór krakowski musiał coś z tymi
    żołnierskimi bandami uczynić. Król, konsekwentnie prohabsburski i
    katolicki, oraz wierni mu senatorowie zaplanowali wysłanie ich do
    armii cesarskiej. 4 tys. lisowczyków pod Hieronimem Kleczkowskim, w
    łunie pożarów i blaskach szabel, zaczęło przebijać się przez Śląsk i
    Morawy do Habsburga.

    Aż dla czterech nacji były to gorzkie zderzenia z lisowczykami. Nie
    dość, że pobili krwawo Węgrów, złupili bezlitośnie Śląza
  • 08.12.09, 08:22
    na forum militaria była dość niedawno dyskusja na temat
    administratorów wikipedii

    Rzeczpospolita z 5-6 grudnia 2009
    dziennikarz Robert Mazurek rozmawia z Pawłem Jochymem, współtwórcą
    polskiej wersji wikipedii

    (…)
    O co jeszcze spierają się polscy wikipedyści?

    O historię. Ona zawsze wywołuje emocje, bo jest słabo weryfikowalna.
    Są źródła, ale przecież one bywają różne, a ich wybór bywa odbiciem
    poglądów jakiegoś historyka, a te poglądy bywają sprzeczne z
    poglądami innego. Do największych kontrowersji dochodzi przy pisaniu
    biografii.

    (…)

    . I dlatego zawsze podkreślam, że do żadnego źródła informacji nie
    należy podchodzić bezkrytycznie, a zwłaszcza do takiego, które jest
    tworzone kolektywnie, z kolektywną kontrolą jakości. Poza tym na
    Wikipedii należy poszukiwania wiedzy w Internecie zaczynać, a nie
    kończyć.

    Znany polski archeolog byt autorem odkrycia opisanego w
    Wikipedii. Postanowił poprawie kilka faktów, ale został zbanowany i
    wyzwany od nieuków przez administratora, którym był 22-letni student
    prawa.


    To i tak administrator w podeszłym wieku, często są młodsi. To jest
    problem nieumiejętności komunikacji, a w Internecie łatwiej padają
    mocne słowa, łatwiej wyzywa się dyskutanta od głupków i ignorantów.
    Ale też argument z autorytetu to żaden argument. Co do zasady będę
    bronił administratora, bo sam fakt, że ktoś jest profesorem czy
    doktorem niczego nie przesądza.

    Tu mamy argument z wiedzy, nie z autorytetu. Profesor wiedział,
    student nie.


    Nie znam tej sprawy, trudno mi się wypowiedzieć, ale pewnie
    niektórzy administratorzy bywają zbyt pochopni.

    Inna sprawa: córka innego profesora poprawiła daty z jego
    biografii i została oskarżona o wywoływanie wojny edycyjnej!


    Tak na pewno nie powinno być, choć oczywiście czystsza jest
    sytuacja, gdy hasło pisze osoba całkowicie obca, bezstronna.

    Czy to nie jest poważna słabość Wikipedii, że szybko ustanowiła
    kastę uprzywilejowanych?


    To nie jest kasta, bo do grupy administratorów można szybko trafić,
    wystarczy tylko dużo edytować.

    Nie każdemu chce się wspinać po szczeblach kariery wikipedysty.


    To zrozumiałe, dlatego większość tych, którzy mieli z Wikipedią
    kontakt, to oczywiście odbiorcy, czytelnicy. Czasem taki ktoś zechce
    coś anonimowo zmienić, edytować jakieś hasło - to kolejny szczebel.
    Takie edycje, jeśli nie są w sposób oczywisty poprawne, mają duże
    prawdopodobieństwa natychmiastowego wylotu.

    Dlaczego?

    To pierwsza linia obrony tych, którzy przeglądają rejestr ostatnich
    zmian w poszukiwaniu wandalizmów. Jeśli ktoś widzi, że niezalogowany
    użytkownik dokonuje dużej, podejrzanej zmiany, to bezpieczniej ją
    usunąć, niż dopuścić do wandalizmu. Następnym etapem jest
    zarejestrowany użytkownik i tych jest dużo, ale redaktorów, którzy
    edytują codziennie, jest już znacznie mniej. Oni sami o sobie mówią,
    że to uzależniające.

    Pan był uzależniony?

    O dziwo nie, choć jestem podatny na uzależnienia. Na szczycie stoją
    administratorzy, czyli ci, którzy mają odpowiednią ilość edycji,
    którzy trzymają to w kupie.

    Przygotowując się do wywiadu sprawdzałem podesłane mi przez
    czytelników niektóre hasła z historii i polityki i mam kilku
    ulubionych administratorów oszołomów. Faworytem jest pewien
    gdynianin, rocznik 1980, ciekawy przypadek.


    Nie da się ukryć, że takie funkcje czasem przyciągają ludzi, którzy
    mają problemy ze sobą, mają kłopoty z komunikacją. To skądinąd
    zrozumiałe zjawisko psychologiczne i poważny problem projektu.

    Można mu jakoś zaradzić?

    To demokratyczna społeczność i wszystkie decyzje, także o tym, kogo
    pozbawić statusu administratora, zapadają w głosowaniach.

    Pana też mogą wyrzucić?

    Mogą. Skądinąd kiedyś brałem udział w głosowaniu i mój głos
    skreślono, bo nie spełniałem wymogów formalnych, gdyż większość
    moich edycji była bardzo stara i z przyczyn technicznych ich nie
    liczono. Dopiero ktoś zwrócił uwagę, że użytkownik ptj to twórca
    polskiej wikipedii i głos mi przywrócono (śmiech)
    (…)
  • 17.12.09, 13:05
    przeglądałem książkę
    Philip Kaplan: "Asy myśliwskie Luftwaffe II Wojny Światowej"

    przpadkiem otworzyła mi się na ciekawej stronie

    na Froncie Wschodnim Niemcy zimą przy
    minus 40 stopniach Celsjusza
    nie mogli uruchomić silników
    a radzieckie samoloty latały im nad głowami

    aż pewien wzięty do niewoli lotnik radziecki
    w duchu "internacjonalizmu"
    (dziś powiedzielibyśmy "globalizmu")

    zdradził sposób:

    do miski olejowej trzeba dolać benzyny

    silnik się uruchomi

    benzyna z czasem wyparuje

    i jest wszystko w porządku

    tylko taki olej trzeba wymieniać częściej...
  • 20.01.10, 08:36
    Niemcy na Kresach Wschodnich stosowali zasadę „Divide at Impera”

    potem przyszli Sowieci i też stosowali tę zasadę sprawdzoną przez
    starożytnych rzymskich imperialistów

    fragment artykułu z „Rzeczpospolitej” z 16 stycznia 2010 roku

    Z wrogiem na wroga
    Piotr Zychowicz 16-01-2010, ostatnia aktualizacja 16-01-2010 14:03


    (…)
    Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że mieszkańcy Kresów – najbardziej
    antysowiecka część polskiego społeczeństwa – poszli na współpracę z
    Moskwą? Wszyscy żyjący dziś członkowie batalionów odpowiadają
    zgodnie: to była konieczność. Wytworzyła ją specyficzna, nie
    występująca nigdzie indziej poza ziemiami południowo-wschodnimi,
    sytuacja. W regionie tym istniała bowiem trzecia siła. Tą trzecią
    siłą była Ukraińska Powstańcza Armia.

    – Zdejmowałem niemowlęta nabite na sztachety płotów. Widziałem ciała
    ludzi zamęczonych przy użyciu najbardziej wymyślnych metod.
    Spalonych, pokłutych widłami, z odrąbanymi kończynami i głowami.
    Mężczyzn, którym oderżnięto genitalia i wsadzono w usta. Kobiety,
    którym obcięto piersi lub żywcem wyrwano dzieci z brzuchów. Wszyscy
    zostali zamęczeni tylko dlatego, że byli Polakami. Między innymi
    wielu członków mojej rodziny – wspomina Siekierka.

    Gdy w 1944 roku tereny Tarnopolskiego, Stanisławowskiego i
    Lwowskiego dostały się spod okupacji niemieckiej pod okupację
    sowiecką, rzezie dokonywane przez Ukraińców przybrały apokaliptyczne
    rozmiary. W trakcie akcji „Burza” polskie podziemie ujawniło się
    przed Sowietami i zostało przez nich natychmiast rozbite, a resztę
    mężczyzn w wieku poborowym wcielono do Armii Czerwonej. W efekcie
    ludność cywilna pozostała bez żadnej ochrony.

    (…)

    Istriebitielnyje (od ros. słowa „niszczyć”) Bataliony zostały
    utworzone na mocy rozkazu Rady Komisarzy Ludowych z 24 czerwca 1941
    roku. Zadaniem tych paramilitarnych jednostek złożonych z lokalnych
    mieszkańców była pomoc regularnym oddziałom NKWD w „czyszczeniu”
    terenów zafrontowych z elementu antysowieckiego. Liczba batalionów
    wzrastała wraz z postępami sowieckiej ofensywy.

    Do jednostek tych należeć mogło nawet 30 tysięcy Polaków. W 80
    procentach byli to nastolatkowie poniżej 18. roku życia, zbyt
    młodzi, aby trafić do regularnych oddziałów frontowych, oraz osoby
    nie wcielone do Armii Czerwonej ze względów zdrowotnych. Dowodzeni
    przez sowieckich oficerów, w większości przypadków zostali
    podzieleni na mniejsze pododdziały, które rozlokowano po ich
    rodzinnych wsiach.

    Opowiada Tadeusz Banasiewicz ze wsi Cegielnia w powiecie kowelskim.
    Obecne miejsce zamieszkania: Warszawa.

    – To była klasyczna wiejska samoobrona. Siedzieliśmy po kilku we wsi
    i czekaliśmy na Ukraińców. Mieliśmy opracowany system alarmowy.
    Jedna raca oznaczała niebezpieczeństwo, a trzy – poważne kłopoty.
    Wtedy członkowie batalionów z sąsiednich wsi powinni przybyć z
    odsieczą.

    (…)

    – Wypłacano wam żołd?

    – Nie, nie dostaliśmy żadnych pieniędzy. Żywić także musieliśmy się
    we własnym zakresie.

    – Jaki był stosunek Polaków do służby w batalionie?

    – Nie będę ukrywał: byliśmy zachwyceni, że ktoś dał nam do ręki
    broń. Kto to zrobił, nie miało dla nas znaczenia. Gdy dostałem
    karabin, wiedziałem już, że nie zostanę zarżnięty jak prosię. Od
    razu zdecydowałem, że ostatni pocisk zostawiam dla siebie. Że nie
    dostanę się w ich ręce żywcem.

    – Czy z rąk Ukraińców zginął ktoś z pańskiej rodziny?

    – Tak, oboje rodziców. Ja z bratem w ostatniej chwili uciekliśmy do
    lasu.

    Z AK do NKWD

    W większości przypadków złożone z Polaków Istriebitielnyje Bataliony
    były formowane za pomocą poboru. Do IB zgłaszało się również wielu
    ochotników. W nielicznych przypadkach, gdy lokalne oddziały AK
    przetrwały akcję „Burza”, bataliony tworzono, opierając się na ich
    strukturach. Na stronę Sowietów przechodziły całe plutony lub
    kompanie. Od oficerów po kucharzy polowych i sanitariuszy.

    Tak było między innymi w Kołomyi, gdzie na układ z bolszewikami
    poszło tamtejsze kierownictwo AK. Oddział polskiego podziemia został
    przemianowany na Istriebitielnyj Batalion, podporządkowany Sowietom
    i skoszarowany w budynku przedwojennego 49. Huculskiego Pułku
    Piechoty. Nad bramą wejściową do koszar umieszczono nawet
    napis „Wojsko Polskie”.

    – Umowa była prosta. AK zobowiązała się do zaprzestania wszelkich
    działań wymierzonych w Sowiety, a bolszewicy pozwolili nam zachować
    broń i bronić ludności cywilnej przed Ukraińcami. To była transakcja
    wiązana. Oni nie mieli ludzi, żeby panować nad sytuacją na zapleczu
    frontu, a my chcieliśmy położyć kres rzeziom naszych rodaków –
    opowiada członek oddziału z Kołomyi Bolesław Mieczkowski, który
    obecnie mieszka w Warszawie i przewodniczy organizacji skupiającej
    weteranów batalionów.

    – Co by się stało, gdybyście na ten układ nie poszli?

    – Oznaczałoby to dla nas ponowne zejście do podziemia i konfrontację
    z Sowietami. W walce z tą potęgą zostalibyśmy starci na proch.
    Wszyscy wylądowalibyśmy w piachu albo w najlepszym wypadku na
    Syberii. Zresztą mniejsza o nas, przecież bez ochrony batalionów
    polska ludność cywilna zostałaby wyrżnięta do nogi! Na naszych
    ziemiach nie było miejsca na romantyczną walkę z nowym okupantem,
    jak to miało miejsce w zachodniej, zamieszkanej tylko przez Polaków,
    części kraju. Trzeba było myśleć realnie.

    – Są jednak ludzie, którzy uważają, że bataliony były jednostkami
    kolaboracyjnymi.

    – Co mieliśmy zrobić? Dać się wymordować, żeby dziś osoby, o których
    pan mówi, miały dobre samopoczucie? Wszystkim, którzy wysuwają
    przeciwko nam takie zarzuty, przypominam starą maksymę: postępowanie
    ludzi powinno się oceniać tylko w kontekście czasów, w których
    żyli...


    (…)


    Złamani żołnierze

    Sprawa Polaków służących w Istriebitielnych Batalionach ma jeszcze
    jeden nieprzyjemny wątek. Otóż dla niektórych ich członków taktyczne
    współdziałanie z NKWD zakończyło się współdziałaniem agenturalnym.
    Dotyczy to szczególnie byłych akowców, czyli ludzi, na których
    Sowieci mieli haki. Były przypadki, że zostali oni złamani przez
    swoich nowych zwierzchników i zwerbowani do tajnej współpracy.

    (…)
    Oskarżenia wysuwane wobec batalionów sprawiły, że w 1991 roku
    członkom tych formacji odebrano uprawnienia kombatanckie. Po pięciu
    latach, w wyniku działań podjętych przez środowiska byłych żołnierzy
    AK, Sąd Najwyższy uchylił tę decyzję. W wyroku wyraźnie zaznaczono
    jednak, że za osoby zasłużone dla walki o Polskę można uznać tylko
    członków IB z województw: tarnopolskiego, lwowskiego, wołyńskiego i
    stanisławowskiego.

    Czyli tylko z mieszanych polsko-ukraińskich terenów, gdzie polskie
    bataliony NKWD chroniły ludność cywilną przed UPA. Istriebitielnyje
    Bataliony, które powstały na północnych terenach Rzeczypospolitej –
    Białorusi i Wileńszczyźnie – miały bowiem diametralnie inny
    charakter. Ich głównym celem było niszczenie antysowieckich polskich
    organizacji niepodległościowych. A w szeregach tych Istriebitielnych
    Batalionów służyli głównie... Białorusini i Litwini.

    Bolszewicka gra

    Sowieci, tworząc bataliony, w mistrzowski sposób stosowali
    zasadę „dziel i rządź”. Antagonizmy pomiędzy narodami podbijanych
    terenów wykorzystywali do własnych celów. Na przykład w rejonie
    Gródka Jagiellońskiego NKWD sformowało Istriebitielnyje Bataliony
    złożone z Ukraińców, które były używane do... wyłapywania „wrogów
    ludu” w polskich wsiach i osadach.

    (…)
  • 14.02.10, 07:41
    wiadomosci.onet.pl/1597919,2678,1,1,zapach_mordercy,kioskart.html

    Zapach mordercy


    89-letnia Annette Schücking-Homeyer, prawniczka i była pracownica
    Czerwonego Krzyża opowiada o ataku na Rosję z 1941 roku i o tym co
    faktycznie wiedzieli

    niemieccy żołnierze na temat Holokaustu.

    Spiegel: Po wojnie większość Niemców twierdziła, że nic nie
    wiedziała o zagładzie Żydów. Pani w latach 1941-43 była pomocnicą
    Niemieckiego Czerwonego

    Krzyża na zapleczu frontu wschodniego. Kiedy dowiedziała się pani
    popełnianych zbrodniach?

    Schücking-Homeyer: Już w pociągu, kiedy jechałam do Rosji, było to w
    październiku 1941 roku. Wraz z innymi siostrami miałam poprowadzić
    dom żołnierza w

    Zwiahel (dziś Nowogród Wołyński – przyp. Onet), niewielkim
    miasteczku oddalonym o 200 kilometrów na zachód od Kijowa. Od
    Brześcia jechałyśmy razem z dwoma

    żołnierzami, nie pamiętam już, czy byli to ludzie z SS, czy zwykli
    wojskowi. Nagle jeden z nich zaczął opowiadać, jak dopiero co, w
    Brześciu, miał

    zastrzelić kobietę. Ta błagał go litość, mówiła, że musi opiekować
    się swoją kaleką siostrą. Kazał przyprowadzić i ją, po czym
    zastrzelił obie. Byłyśmy

    wstrząśnięte, ale nic nie powiedziałyśmy.


    Czy ten mężczyzna się przechwalał?

    Nie wiem.

    W Zwiahel jeszcze przed waszym przyjazdem zlikwidowano
    wielotysięczną gminę żydowską. Jak się pani o tym dowiedziała?

    Pewien starszy oficer, kiedy przybyłyśmy na miejsce, wyjaśnił nam,
    że w mieście nie ma już żadnych Żydów, wszyscy nie żyją, a ich domy
    stoją puste.

    Powiedział to pani na stronie?

    Nie, opowiadał o tym wieczorem podczas kolacji, w obecności innych.
    Krótko później napisałam o tym moim rodzicom. Wspomniałam również,
    że inne siostry

    słyszały, jak krzyczałam potem przez sen: "Ależ tak nie można, tego
    nie wolno robić, to wbrew wszelkim prawo międzynarodowym!".


    (...)

    W Równem było wiele takich akcji, podczas których mordowano tysiące
    ludzi. Wie pani coś o okolicznościach tamtych zdarzeń?

    Jeździłam tam dość często, by odebrać talony w siedzibie Wehrmachtu.
    A ponieważ tamtejsi żołnierze rozmawiali tak spokojnie o
    przesiedleniach, zaczęłam ich

    wypytywać.

    Wiedziała pani już wówczas, że pod tym określeniem kryło się w
    rzeczywistości mordowanie Żydów?

    Tak, ale dziś nie pamiętam już, kiedy i jak się o tym dowiedziałam.
    W każdym razie w siedzibie Wehrmachtu w Równem wyjaśniono
    mi: "Wczoraj wieczorem

    powiadomiono nas, że w pewnym miejscu mają się rozpocząć
    przesiedlenia i może przy tym dojść do awantur. Tą sprawą nie
    powinny się zajmować miejscowe

    oddziały, czyli że nie mają interweniować". Dziś wiemy, że egzekucje
    wykonywały jednostki specjalne i policyjne.

    Czy z ich przedstawicielami rozmawiała pani również w domu żołnierzy?

    Tego nie wiem, wszyscy mężczyźni nosili mundury i zachowywali się
    jak wojskowi.

    5 listopada 1941 roku napisała pani do rodziców: "To prawda, co
    zawsze powtarza tato: że ludzie pozbawieni hamulców moralnych
    wydzielają jakiś specyficzny

    zapach. Teraz i ja potrafię ich odróżnić, od wielu z nich czuć krew.
    Świat to jedna wielka rzeźnia". Naprawdę uważała pani, że potrafi w
    ten sposób

    rozpoznać morderców?

    Tak, miałam właśnie takie wrażenie. Człowiek będący panem czyjegoś
    życia i śmierci zachowuje się i porusza inaczej niż inni.
    Demonstruje, że to on decyduje

    o wszystkim.


    (...)

    Ale wszyscy znali prawdę?

    O żołnierzach na froncie nie mogę stwierdzić tego na pewno. Ale ci,
    którzy byli na tyłach, zwłaszcza ci, co dłużej tam pracowali,
    doskonale wiedzieli, co

    się dzieje.

    Co daje pani tę pewność?

    Punktem wyjścia wszystkich rozmów było założenie, że wszyscy dobrze
    wiedzą, o co chodzi. Nie opowiadałam panom jeszcze, jak któregoś
    dnia feldfebel o

    imieniu Frank (podobno pochodził z Münster) powiedział mi, gdy
    jechaliśmy samochodem, że w najbliższych tygodniach weźmie udział w
    jednej z największych

    akcji rozstrzeliwania. Chciał to zrobić, żeby dostać awans.
    Odparłam, że powinien się z tego wycofać, bo po czymś takim nie
    będzie już mógł spokojnie spać.

    I co on na to?

    Mimo to uczestniczył w rozstrzeliwaniach, a potem rzeczywiście
    skarżył mi się, że źle sypia i czuje się okropnie.

    Dlaczego się pani zwierzał?

    Nasze rozmowy z żołnierzami bywały często bardzo osobiste. Ci
    mężczyźni od dawna nie przebywali wśród kobiet – nie licząc
    Ukrainek, ale z nimi nie mogli

    porozmawiać – i bardzo potrzebowali współczucia. Innym razem
    jechałam z kierowcą ciężarówki, który bez żadnych wstępów zaczął
    nagle opowiadać, że w

    Koziatynie na południowy zachód od Kijowa kilkuset Żydów głodowało
    przez dwa dni, zanim zostali rozstrzelani, ponieważ ci, którzy mieli
    to zrobić, byli

    zajęci gdzie indziej.

    (...)

    Co po wojnie zrobiła pani ze swoją wiedzą o wydarzeniach w Zwiahel?

    Sądziłam, ze żołnierze złożą na ten temat doniesienie, ale o niczym
    takim potem nie słyszałam. Jeszcze w 1945 roku proponowałam
    prokuratorowi w Münster, u

    którego się kształciłam i który został potem prokuratorem naczelnym,
    by przeprowadził postępowanie w celu zabezpieczenia dowodów. Wtedy
    przecież wszystkie

    fakty były pod ręką. Ale on uważał, że powinniśmy to pozostawić
    Anglikom. Prawdopodobnie był zbyt tchórzliwy. Trzy, cztery lata
    później poinformowałam o

    wszystkim gminę żydowską w Dortmundzie, gdzie wówczas mieszkałam,
    ale i tam nikt się tym nie zainteresował.

    A jeszcze później?

    W sądownictwie nie można było otwarcie porozmawiać z żadnym z
    kolegów, który był na wschodzie – wszędzie siedzieli jeszcze starzy
    naziści. Dopiero kilka

    lat przed moim przejściem na emeryturę sprawa Zwiahel znowu wróciła.
    Byłam sędzią w sądzie społecznym w Detmold i w 1974 roku przekazano
    mi akta

    ubezpieczenia emerytalnego pewnego folksdojcza, który chciał, by
    zaliczono mu służbę w niemieckiej policji w Zwiahel w 1941 roku.
    Należał do tak zwanej

    drużyny porządkowej, która według moich przypuszczeń uczestniczyła w
    tak zwanych przesiedleniach. Napisałam mu, że wiem dokładnie, co
    wydarzyło się w

    październiku 1941 roku w Zwiahel i lepiej niech złoży wniosek o
    wyłączenie mnie ze sprawy. Natychmiast to zrobił, a mój zastępca
    zaliczył mu ten okres,

    tak, jak przewiduje to niestety nasze prawo.

    (...)

Nie pamiętasz hasła lub ?

Zapamiętaj mnie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.