Dodaj do ulubionych

Podwójne szczęście podwójna tragedia

03.04.07, 16:32
Witamy was razem z żoną własnie po tygodniu męki w szpitalu wrocilismy do domu
nie mamy nic został tylko kot...

A było tak pięknie 34 tydzień zapukały na świat Angelika i Weronika lecz nikt
im nie otworzył . Lekarz powiedział " NOSPA i do domu , jak się bedzie coś
dziać to prosze dzwonić"

Żona dzwoni do mnie do pracy i nie wie co ma robić zapis KTG pokazuje liczne
skurcze, położna inforumuje ją że nie wie co by w takiej sytuacji zrobiła,
druga informuje że brak jest miejsc w szpitalu dla wczesniaków (najlepiej
wyposażony szpital w Rzeszowie dzieki owsiakowi w aparature dla wczesniaków) i
lekarz dyżurny powie jej do jakiego szpitala ją skierują. Pyta się co ma
robić. Na co ja odpowiadam dzwoń do swojego lekarza powie ci co masz robić
przecież" zna całą twoją historię to chyba wie najlepiej.

I to był mój najwiekszy życiowy błąd. Zaufaliśmy "człowiekowi" , który okazał
się kompletnym dnem. " NOSPA i do DOMU !!!!!" jak się będzie coś działo to dzwoń.

I poszła do domu nafaszerowała się według zaleceń nospą. Bóle ustały .
Zapis KTG z niedzieli mówi nie ma skurczy. Na co lekarz odpowiada do
zobaczenia w czwartek.

Szczesliwi wrociliśmy do domu. W poniedziałek i we wtorek samopoczucie żony
gwałtownie się poprawiło. Niestety chyba bylo już po wszystkim. W środę żona
zaniepokojona ciszą w swoim brzuchu, stwierdziła że musi to sprawdzić i
pojechała do szpitala na USG.
Lekarz już roztrzęsiony chyba wiedział co wisi w powietrzu. Włączajac USG
powiedział, że jesli będzie wszystko w porządku to wraca po torbe do domu i
idzie do szpitala. Jesli nie będzie w porządku, to zrobiła to sobie na własne
życzenie. SUPER PODEJSCIE SUPER LEKARZ. Po włączeniu USG informuje ją, że
dzieci nie żyja i jak wiedziała że sie nie ruszaja to trzeba było wczesniej
dzwonić.


PYTAM SIE PO CO PO CO dzwonic jak sie nie ruszaja." NOSPA i Do DOMU"

Roztrzęsiona żona dzwoni do mnie do pracy i przekazuje informacje, po której
telefony wypada mi z ręki.

Przyjeżdżam do szpitala. Wchodzę do gabinetu USG widzę załamaną i zapłakaną
żone u boku której jest lekarz. NIESTETY, nie jest to jej lekarz ginekolog
tylko pediatra, który zaprosił ją z korytarza z powrotem do gabinetu usg żeby
nie musiała znosić wzroków przechodzących ludzi skompana w kałuży łez.
Proponuje herbate, kawe pyta się jak może pomc chociaż sam wie, że nie jest w
stanie nic zrobić. ALE REAGUJE NA LUDZKI BÓL. W przeciwieństwie do "OPIEKUNA"
, który się zmył i wyszedł.
Przyjmują żonę do szpitala "rewelacja jest miejsce dla wczesniaków, znalazło
sie szkoda, że dla martwych". Ide do lekarza zapytać co się stało. I co słysze
"nie wiem co się stało, mówiłem żonie żeby została w szpitalu to się nie
zgodziła. Paranoja, kompletna paranoja. Żona już w piątek była spakowana do
szpitala wszystko ze sobą wzieła nawet ciuszki dla dzieci, już przeczuwała, że
coś wisi w powietrzu ponieważ cały tydzień sie źle czuła. Nawiasem mówiąc była
wcześniej u swojej koleżanki, która też miała mieć bliźniaki i ją o tym
poinformowała, że źle sie czuje i chyba ją wezmą do szpitala. Niestety wyrok
brzmiał "NOSPA i do domu". Sam siedziałem przed gabinetem USG i słyszałem do
zobaczenia w czwartek. No cóż może ktoś coś innego mówi a co innego myśli. Nie
umie czytać w myślach.

Pytam pana OPIEKUNA czy nie warto było ciąć w piątek przy takich skurczach
przecież dzieci żyły i mając po 2kg mogły bez problemu żyć w naszym realnym
świecie. Na co uzyskuje odpowiedź jakbym je wyciągną i zmarły by pod
respiratorem to też byście mieli do mnie pretensje.


Panie "OPIEKUNIE" ale wtedy ktoś by zawalczył o ich los a w tym przypadku nikt
nie otworzył im dzrzwi na świat. Powiedziałem że 2 kg to nie tak źle chyba jak
na wcześniaki z tego co się słyszy to bez problemy takie anioły przeżywają.
Dowiedziałem sie że i 0,7kg żyja . Ale widocznie moje nie mogły.............



Następna informacja brzmi żona musi urodzić teraz naturalnie, z martwymi
płodami może chodzić do miesiąca czasu bez zagrożenia jej zdrowia. W drugim
dniu pobytu dostaje środki na wywołanie porodu. Zaczyna sie eldorado rodzenie
dzieci siłami natury ze świadomością, że nie żyją, nic lepszego kobiecie nie
może się przytrafić w życiu. Jedno dziecko ułożone miednicowo drugie główkowo.
Jestem przy żonie cały czas, cały poród, patrząc na moje małe śliczne
blondyneczki, które pukały ale nikt nie otworzył. Przy porodzie okazuje się
jest dwóch lekarzy i dwie połóżne. Jak się później okazało dwie najbardziej
życzliwe położne w całym szpitalu, które wspierają zarówno żone jak i mnie.
Pomagają mi zostac przy zonie, kiedy tego potrzebuje. Nie wywalaja mnie ze
szpitala czy też opryskliwie nie informują mnie, że łóżko jest dla chorych i
prosze z niego zejść, tak jak robią to inne panie.

A ja sie tylko chciałem przytulić do żony, bo dwa moje aniołki już nie mogły.

W porodzie uczestniczą także dwaj lekarze, "mowy nie ma o OPIEKUNIE jego nie
ma" jeden pomaga wydostać się pierwszemu dziecku ułożonemu miednicowo, drugi
przebija pęcherz i pozwala odejść drugim wodom płodowym. Po porodzie zostaje
wyproszony z sali, następuję czyszczenie.
Po 10 min żona "na głupim jasiu" wraca na sale jestem szczęśliwy, że żyje.
Położne informują mnie, że dzwonił lekarz "OPIEKUN" i zaraz tu przyjedzie
zobaczyć jak się żona czuje. NO REWELACJA !!! Powiedziałem żeby się tu nawet
nie pokazywał. Położne zdziwione moją reakcją, nie wiedziały o moim stosunku
do "opiekuna" . Lecz żona na "głupim jasiu prosi mnie żebym nic nie mówił jak
on przyjdzie, żebym wyszedł z sali. I wychodze nie słysze tej arcyciekawej
romowy ale gdy tylko wróciłem dowiedziałem się, że żona została poinformowana
że jeśli chciała środki przeciwbólowe to mogła do niego zadzwonić. Ten tekst
pozostawiam wogóle bez komentarza. Na drugi dzień znowu przychodzi "OPIEKUN"
zatroskany i znowu wychodze. Tylko tym razem się dowiaduje. "Widzę że pani mąż
nie może się na mnie patrzeć wcale się mu nie dziwie".
Na nastepny dzień będącu u boku żony znowu słysze nadchodzącego opiekuna, tym
razem nie wytrzymuje. Otwiera dzwi pyta czy może . Mówie że nie i wychodzi.
I to już koniec kontaktu z tym ...


Teraz już pochowałem Angele i Weronike ubrane w śliczne malinowe ubranka. Żona
nie była na pogrzebie, była jeszcze w szpitalu. Zresztą, to i dobrze może
oszczedziło to troche jej cierpienia.

To tyle czekam teraz na wyniki sekcji, która robiona jest w tym samym
szpitalu, tak że wiem z góry, że nic nie wniesie.
Składam podziekowania dla dwóch położnych, myślę że napewno będą wiedziały o
kogo chodzi. I dla tych lekarzy którzy sprawili że moja żona urodziła owoc 34
tygodni ciąży u boku swojego "opiekuna", którego na pewno nie pozdrawiam i
chciałbym mu tylko powiedzieć, że dzieci to nie żadna fabryka i podchodzenie
do kobiet jak maszyn, to jakaś kpina...


Trochę mniej książek, troche więcej życia bo takie sytuacje się już zdarzały
(szkoda, że nam o tym nikt wcześniej nie powiedział), wiec można było je
przewidzieć panie "m". Zmień swoje motto życiowe. Ono nie powinno brzmieć "
NOSPA I DO DOMU". Myślę, że nam ANGELA i WERONIKA już nie przyniosą tyle
szcześci, ale tobie dadzą do myślenia dosyć dużo.

No coż co mi teraz zostało:
- pustka w domu
- brak moich aniołków, dla których wszystko było już przygtowane, wyprasowane,
wyprane, dom przewrócony do góry nogami, życie zmienione o 180 stopni
- żona załamana psychicznie , reagująca płaczem na każdy przejeżdżający wózek
bo tylko ona wie ile troski i serca dała tym dwóm cudownym takim samym
(jednojajowym) aniołkom.


No i nauczka jaka została to nigdy nie ufać lekarzowi, tylko kierować się
swoim sercem ale skąd to mogła wiedzieć, to była jej pierwsza ciąża.



reszta jest
milczeniem........................................................................................
..........................................................................................................................
.........................
Obserwuj wątek
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka