Nauczanie domowe- homeschooling Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Rozumiem entuzjazm dla wyników badań popierających homeschooling a
    publikowanych przez organizację propagującą tę formę nauczania, ale
    byłbym ostrożny o tyle, że zwykle Ci, którzy są zainteresowani pewną
    wizją maja skłonnośc do lubowaniu się w argumentach za nią, a
    niewygodne uwazając za nieistotne.
    Ale przyjmijmy, że faktycznie testy kompetencyjne wypadają lepiej dla
    osób nauczanych przez rodziców. Ale nie odnalazłem odpowiedzi na moje
    pytanie jak Agnieszka wyobraża sobie funkcjonowanie swojej rodziny?
    Czy nie obawia sie, ze inne ważne aspekty jej zycia (relacje z mężem,
    czas na własne hobby, na własny rozwój, życie rodzinne i towarzyskie)
    nie odczują pogorszenia jakości. I co na to wszystko jej mąż (moze
    przeoczyłem jego stanowisko w tej kwestii)?
    --
    www.manhood.com.au/
  • podejrzewam, że uczenie matematyki w terenie może rozpraszać. W
    parku dziecko ma sto różnych bodźców i wcale niekoniecznie będzie
    spokojnie liczyło mrówki.

    Nie wspomnę już o tym,że mrówki też spokojnie nie czekają, aż
    zostaną policzone... IMHO:łatwiej jest policzyć patyczki.
  • Przecież w takim harcerstwie może się
    zetknąć np. z przemocą i narkotykami. Teoretycznie nie powinien, ale
    różnie bywa.

    Zdarzali się i homeschoolerzy, co narkotyki zażywali...


  • > Wychodzac z zalozenia, ze nauka w domu, to odcinanie dziecka od
    > > swiata, mozna by przypuszczac, ze na propozycje zapisania do
    > > harcerstwa taki ED bedzie skakal do gory,- bo w koncu jakas
    > > wolnosc!, czyz nie? wink

    srebrnarybka napisała:
    > Wolność byłaby, gdyby Sara SAMA, po namyśle i mając wiele okazji
    > poznania tych organizacji, zdecydowała, że chce zapisać się do
    > harcerstwa, bielanek (damska odmiana ministrantów), kółka
    ateistów,
    > klubu płetwonurków, kółka wędkarskiego, szydełkowego czy
    > jakiegokolwiek innego. Natomiast jeśli to Ty decydujesz, że 11
    > miesięczne obecnie dziecko zapiszesz do harcerstwa, jak będzie
    miało
    > 6 lat, to o wolności mowy nie ma. To jest ścisła zależność.

    Slowa 'wolnosc' uzylam w innym znaczeniu niz to do czego Ty sie
    odnioslas srebrnarybko, no, ale to szczegol wink
    Bylam bielanka kiedys, ale nie poznalam tej 'organizacji' wzdluz i
    wszerz zanim przystapilam, po prostu rodzice wytlumaczyli na czym to
    polega, zapytali czy bylabym zainteresowana, potem 'formalnosci' i
    juz. Nie jakis dlugi proces.
    --

  • tata.kasi napisał:

    Ale nie odnalazłem odpowiedzi na moje
    > pytanie jak Agnieszka wyobraża sobie funkcjonowanie swojej
    rodziny?
    > Czy nie obawia sie, ze inne ważne aspekty jej zycia (relacje z
    mężem,
    > czas na własne hobby, na własny rozwój, życie rodzinne i
    towarzyskie)
    > nie odczują pogorszenia jakości. I co na to wszystko jej mąż (moze
    > przeoczyłem jego stanowisko w tej kwestii)?

    Przeoczyles jego stanowisko w tej kwestii- na calej linii smile.
    O 'stanowisku' meza pisalam w tym watku wielokrotnie.
    Jest na TAK, chce aktywnie uczestniczyc w edukowaniu naszych dzieci.

    Zwazywszy na to, ze na ''ksiazkowa nauke'', te rodziny, ktore chca z
    dziecmi pracowac podazajac za programem, spedzaja dziennie srednio 2
    godziny, nie ma co sie martwic o pogorszenie naszej jakosci zycia.

    To tak jakbym ja zastanawiala sie jaki poziom satysfakcji z zycia
    maja rodzice pracujacy od 9-17, spieszacym by odebrac dzieci ze
    swietlicy, potem szybkie zakupy, kolacja, dobranocka, przeczytana
    bajka, dzieci w lozkach, a maz z zona maja dla siebie godzinke (jak
    dobrze pojdzie, bo przeciez trzeba jeszcze wstawic pranie,
    przygotowac dzieciom ciuchy na nast dzien itp.).
    Typowa rodzina pracujaca.

    Moj maz pracuje 5-6 godz dziennie, o 11 jest juz po pracy, ja jak
    juz zaczne pracowac, bede miala godziny elastyczne i na pol etatu.

    --
    04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
  • srebrnarybka napisała:


    > kazde dziecko jest inteligentne inaczej, ???

    przyznam ze troche niejasno sie wyrazilam
    poczytaj sobie tu
    en.wikipedia.org/wiki/Theory_of_multiple_intelligences
    --
    Nothing you become will disappoint me;
    I have no preconception that I'd like to see you be or do.
    I have no desire to foresee you, only to discover you.
    You cannot disappoint me.
  • donkaczka napisala:

    >prywatnych nauczycieli wcale nie ma, homeschooling bazuje na rodzicach i BEZ
    ZNACZENIA jest ich akademickie wyksztalcenie, dzieci i tak osiagaja wyniki duzo
    powyzej publicznej przecietnej, zgroza, nie??

    A dzieje sie tak dlatego,ze nauka w domu jest o wiele przyjemniejsza i mniej stresujaca, nie ma ciaglego strachu przed sprawdzianami, rywalizacji miedzy dziecmi, faworyzowania najlepszych uczniow itp.
    W ktoryms poscie srebrnarybka napisala,ze nauka nie musi byc przyjemnoscia.
    Pytam sie dlaczego nie?
    Dlaczego nauka musi byc meka i udreka? bo tym wlasnie jest dla wielu dzieci.
    O ile latwiej przyswajana jest wiedza jesli dziecko ma pozytywne nastawienie do nauki. Szkola pozytywnym doswiadczeniem dla wiekszosci dzieci nie jest.
    No, moze znajdzie sie pare wyjatkowych szkol, ja mialam szczescie znalezc taka niedaleko od domu. Nie ma w niej ocen, testow, sa laczone klasy. Dzieci uczone sa pomocy blizniemu, empatii, respektu dla innych i ich uczuc. Przecietna szkola niestety nie uczy takich wartosci.




    --
    Nothing you become will disappoint me;
    I have no preconception that I'd like to see you be or do.
    I have no desire to foresee you, only to discover you.
    You cannot disappoint me.
  • Nie wiem jak jest w Polsce,ale w Stanach rodzice czesto zatrudniaja korepetytorow. Nie sa oni noblistami, nie spelniaja wiec pewnie wysokich wymagan emam wink
    --
    Nothing you become will disappoint me;
    I have no preconception that I'd like to see you be or do.
    I have no desire to foresee you, only to discover you.
    You cannot disappoint me.


  • morekac napisała:

    > podejrzewam, że uczenie matematyki w terenie może rozpraszać. W
    > parku dziecko ma sto różnych bodźców i wcale niekoniecznie będzie
    > spokojnie liczyło mrówki.

    A w klasie tak spokojnie jest,ze nic dzieci nie rozprasza? Nie wiem
    do jakiej szkoly chodzilas,ale w mojej zawsze sie znalazl jakis
    balwan albo paru, ktorzy wiecznie zadyme robili,potrafili nawet
    nauczycielke do lez doprowadzic. Atmosfera sprzyjala skupieniu tongue_out
    Poza tym takie wypady nie sa codziennoscia, sa tylko UROZMAICENIEM.
    >
    > Nie wspomnę już o tym,że mrówki też spokojnie nie czekają, aż
    > zostaną policzone... IMHO:łatwiej jest policzyć patyczki.

    Bzdur sie czepiacie, mozna liczyc tez listki,koniczyny, zdzbla
    trawy, drzewa i co tam jeszcze sobie wymyslicie


    --
    Nothing you become will disappoint me;
    I have no preconception that I'd like to see you be or do.
    I have no desire to foresee you, only to discover you.
    You cannot disappoint me.
  • : )
  • Slowa 'wolnosc' uzylam w innym znaczeniu niz to do czego Ty sie
    > odnioslas srebrnarybko, no, ale to szczegol wink

    nie szczegól. Wolność albo jest, albo jej nie ma. Nie ma jajeczka
    częściowo nieświeżego.

    zanim przystapilam, po prostu rodzice wytlumaczyli na czym to
    > polega, zapytali czy bylabym zainteresowana, potem 'formalnosci' i
    > juz. Nie jakis dlugi proces.

    Otóż właśnie. A dla mnie wolność i zsocjalizowane dziecko to nie
    jest takie, które należy do organizacji wybranych mu i
    zaproponwanych przez rodziców, tylko do takich, jakie sobie samo
    wybierze.
  • Swojego czasu uczyłam się w 'szkole', w której nauczycielami byli
    rodzice i znajomi rodziców - ale każdy z nich uczył przedmiotu,
    który by jego pasją. Uczniów też było mało, warunki lokalowe takie
    sobie - ale pomimo to wspominam to jako najmilsze lata szkolne.
    Dlatego też nie jestem przeciwna homechoolingowi polegającemi na
    tym, że dla kilkorga uczniów rodzice wynajmują nauczycieli bądź sami
    uczą. IMHO: warunkiem koniecznym jest to, aby przedmiot nauczany był
    pasją i hobby. Jeśli jeden-dwoje rodziców chcą uczyć wszystkiego -
    niestety, nie będą we wszystkim dobrzy.
  • Eee, Srebrnarybko, ja nie widzę nic złego w proponowaniu dzieciom
    różnych rzeczy. Dziecko z natury rzeczy nie ma pełnej orientacji w
    różnych możliwościach. I nic złego w tym, ze rodzic proponuje to, co
    uważa za pożyteczne i ciekawe.
    Ja na przykład od pięciu lat namawiam córkę na harcerstwo, które
    bardzo by się jej przydało z wielu względów. Bezskutecznie ; )
  • > > Nie wspomnę już o tym,że mrówki też spokojnie nie czekają, aż
    > > zostaną policzone... IMHO:łatwiej jest policzyć patyczki.
    >
    > Bzdur sie czepiacie, mozna liczyc tez listki,koniczyny, zdzbla
    > trawy, drzewa i co tam jeszcze sobie wymyslicie
    >
    A próbowałas te mrówki policzyć? Bo one naprawdę takie chętne nie
    wink.
  • verdana napisała:

    > Bo zrobila błąd- powinna byla uczy dzieci sama, anie noblistow do
    > tego zatrudniaćsmile

    Miała po jednym własnym "noblu" na każda córkę.
    Ona rowniez uczyła.
    Rychło się jednak okazało,że oprócz rozwijania pasji naukowych dziecko powinno
    być nauczone i tego, jak "przywitać się z panią",
    i nie tylko.
    (Cytaty z książki Ewy Curie).
    Czyli jednak ta paskudna socjalizacja...
  • A w klasie tak spokojnie jest,ze nic dzieci nie rozprasza? Nie wiem
    > do jakiej szkoly chodzilas,ale w mojej zawsze sie znalazl jakis
    > balwan albo paru, ktorzy wiecznie zadyme robili,potrafili nawet
    > nauczycielke do lez doprowadzic.

    Mimo wszystko w klasie jest mniej bodźców.

    Poza tym takie wypady nie sa codziennoscia, sa tylko UROZMAICENIEM.

    czyli zupełnie tak, jak w szkole.
    Nie rozumiem. Zwolennicy ED najpierw piszą, że to nauka ciekawsza,
    niż szkolna, bo odbywa się w terenie. A jak się wskaże minusy
    nauczania w terenie, to się okazuje, że to tylko urozmaicenie od
    czasu do czasu. To się zdecydujcie.
  • Ja też nie widzę nic złego w proponowaniu. Widzę coś złego w
    postawieniu dziecka w takiej sytuacji, że może ono wybierać
    WYŁĄCZNIE z tego, co zaproponowali rodzice, bo samodzielnie nie
    miało okazji zetknąć się z żadną grupą rówieśniczą i spotkać
    rówieśników, którzy należą do czegoś, o czym rodzice w ogóle nie
    słyszeli, a co może być wartościowe.
    Ewentualny kontrargument, że dziecko może w ten sposób spotkać np.
    narkomanów, odpieram od razu: rodzcie właściwie wychowujący dziecko
    mają z nim kontakt, rozmawiają i ono opowiada im o swoich kolegach i
    organizacji, do której chce się zapisać. To chyba normalne.
    Zapewne harcerstwo przydałoby się Twojej córce, ja widzę w nim dużo
    wartości, ale radzę odpuścić. Im silniej będziesz córkę namawiała,
    tym silniej ona będzie na nie.
  • jak Agnieszka wyobraża sobie funkcjonowanie swojej rodziny?
    > Czy nie obawia sie, ze inne ważne aspekty jej zycia (relacje z
    mężem,
    > czas na własne hobby, na własny rozwój, życie rodzinne i
    towarzyskie)
    > nie odczują pogorszenia jakości. I co na to wszystko jej mąż (moze
    > przeoczyłem jego stanowisko w tej kwestii)?

    Co do Agnieszki - nie pisała o tym. Natomiast donkaczka napisała
    wprost, że chętnie uczyłaby dzieci w domu (nie może, bo mieszka w
    Niemczech, gdzie jest to zabronione), bo inaczej będzie jej się
    nudziło, gdy dzieci pójdą do szkoły. Odpisałam jej ostro, ale tak
    właśnie uważam: dzieci nie są lekarstwem na nudę rodziców, którzy
    nie mają pomysłu na własne życie.

    Wzorowe mamusie napiszą Ci na to pytanie, iż wobec dziecka nie liczy
    się ani życie towarzyskie, ani własne hobby, ani relacja z mężem, bo
    liczy się tylko dziecko.
    Osobiście uważam, że dziecko powinno od rodziców otrzymać tyle, ile
    mu potrzebne do właściwego rozwoju (nie chcę wyszczególniać, co
    mianowice, dużo niewątpliwie). Ale to nie oznacza, że rodzice mają
    rezygnować z własnego życia, lub co gorzej - że na rodzicielstwo
    mają się decydować tylko ci ludzie, którzy nie mają pomysłu na
    własne życie. Po pierwsze byłaby to negatywna selekcja do
    rodzicielstwa, po drugie - rodzic będący tylko maszynką obsługującą
    dziecko w rezultacie robi to źle, bo dziecko poznaje nieprawidłowy
    obraz świata. Nie widzi rodziców w innych rolach społecznych, a to
    przecież też bardzo ważna nauka. Donkaczka zbagatelizowała podany
    przeze mnie przykład o znaczeniu, jakie dla mojego wychowanie miało
    chodzenie przez moich rodziców do teatru na dorosłe sztuki w moim
    wczesnym dzieciństwie. Właśnie dlatego, że z powodu dziecka nie
    zrezygnowali z własnych zainteresowań, ich przekaz wychowawczy był
    bogatszy.
  • Otóż to.
    Dziecko musi nauczyć zachowywac się w warunkach pozadomowych, a
    przede wszystkim poza kontrola rodziców. Komplety i korepetytorzy sa
    i tak częściowo szkołą, natomiast świat, ktory ogląda się tylko z
    punktu widzenia rodzinnego domu lub przez zajecia dobrane (czy nawet
    zaproponowane) przez rodziców to nie jest prawdziwy świat.
    No i ciekawa jestem, jak się czuje takie dziecko w towarzystwie
    rowiesników, gdy nie moze powiedziec do ktorej klasy chodzi, nie
    wie, jak wygląda szkoła, nie zapomniało odrobić lekcji itd. Nie
    sądze, aby szczegolnie dobrze.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • Co jest lepszym rozwiązaniem, szkoła czy niż nauczanie domowe? Gdy się nad tym zastanawiam, przypomina mi się pewien wieczór.
    Pisałam już pewnie o tym ,ale na koniec tej dyskusji - powtórzę się.

    Był listopadowy zmierzch, deszcz, wichura - i brak prądu.
    Siedliśmy z dzieciakami "przy kominku" czyli w kuchni przy piekarniku gazowym...
    Wesoła trójka naszych pociech i dwaj ich koledzy - wszyscy ze szkoły podstawowej.

    Któreś z dzieci zadało poważne pytanie - czego najbardziej w świecie nie lubisz, a co najbardziej lubisz?
    Nie było zaskoczenia - towarzystwo zgodnie orzekło, że najmniej do lubienia nadaje się szkoła, a najbardziej - prezenty.

    Odsunęłam się w cień i zadumałam nad prostotą ludzkiej natury, co to od obowiązków ucieka, a przyjemności lubi...

    Gromadka dyskutowała dalej, tym razem o filmie z życia sławnej osoby, który to obraz pokazano w tv.
    O tym, że o nich też można by nakręcić film.
    O tym, że film można cofać i jeszcze raz oglądać.
    O tym, że z filmu można wyciąć niektóre fragmenty.
    O tym, że z prawdziwego życia nic już nie można wyciąć.

    Wtedy przyszło mi do głowy, że stare pytanie "co najbardziej lubisz, a czego nie" - można zadać w innej formie.

    - Słuchajcie, a które momenty ze swego życia miałybyście ochotę "wyciąć", a które uważacie za najlepsze?

    Odpowiedzi były zaskakujące!

    Co było najlepsze?
    - Jak nasza klasa zwyciężyła w konkursie na zbieranie makulatury.
    - Jak pierwszy rozwiązałem zadanie z gwiazdką.
    - Jak wygraliśmy mecz z III c.
    - Jak powiedziałam wiersz na akademii i dostałam brawa.
    - Jak mnie wybrano do samorządu.
    - Jak pani powiedziała, że mój zielnik jest bardzo ładny, chociaż sam robiłem.
    - Jak się na wf-ie nauczyłem przewrotu w tył , i już umiałem, jak wszyscy.
    - Jak zorganizowaliśmy kabaret szkolny.
    - Jak na obozie zuchowym wytrzymałam na warcie do północy, chociaż się bałam.
    PRAWIE WSZYSTKO ZWIĄZANE ZE SZKOŁĄ!

    Czego dzieci nie chciałyby za nic przeżywać jeszcze raz?
    - Jak wszyscy poszliście na imprezę noworoczną, a ja chora zostałam w łóżku.
    - Jak mnie Agnieszka nie zaprosiła na urodziny.
    - Jak Tomek dostał nowy komputer, zaprosił kolegów, a mnie nie.
    - Jak cała klasa pojechała na wycieczkę, a ja nie.

    Zadumałam się raz jeszcze.
    Czy dzieci, czy dorośli - wszyscy jesteśmy jednakowi. Może nie umiemy tego nazwać, ale najbardziej cenne są dla nas własne konkretne dokonania, gdy potwierdza się, że coś potrafimy, coś jesteśmy warci.
    I gdy możemy działać razem.
    Żadna manna z nieba.

    I że najbardziej boli nas odrzucenie i samotność.
  • Poza tym takie wypady nie sa codziennoscia, sa tylko UROZMAICENIEM.

    >czyli zupełnie tak, jak w szkole.

    O tak? A w ktorej, bo w mojej nie bylo, w mojej siedzialo sie cicho w lawce 45 minut. Dzieci kolezanek, ktore chodza do szkoly tez takich urozmicen nie maja


    >Nie rozumiem. Zwolennicy ED najpierw piszą, że to nauka ciekawsza,
    niż szkolna, bo odbywa się w terenie. A jak się wskaże minusy
    nauczania w terenie, to się okazuje, że to tylko urozmaicenie od
    czasu do czasu. To się zdecydujcie.

    Kobieto, pomysl logicznie, nie wszystko sie da zrobic w terenie, nie zawsze warunki atmosferyczne pozwalaja. ED pozwala na takie wypady czesciej niz szkola.

    I na tym zakonczmy ta bezsensowna szarpanine slowna.




    --
    Nothing you become will disappoint me;
    I have no preconception that I'd like to see you be or do.
    I have no desire to foresee you, only to discover you.
    You cannot disappoint me.
  • Kobieto, pomysl logicznie, nie wszystko sie da zrobic w terenie,
    nie zawsze war
    > unki atmosferyczne pozwalaja.

    przecież ja o tym piszę cały czas.
  • Rycerzowa, piekna historia

    Ale czy zwrocilas uwage na to jak wiele z tych najpiekniejszych chwil zwiazane bylo z rywalizacja, z wygrywaniem, z byciem lepszym. Jest to kolejna rzecz, ktora w szkole mi sie nie podoba, ciagla rywalizacja, chec czucia sie lepszym od innych uczniow/kolegow.
    Dzieci uczone w domu tez ucza sie przewrotow w tyl i w przod, tez biora udzial w teatrzykach, jezdza na obozy harcerskie, moga tez zrobic zielnik. Nie trzeba chodzic do szkoly zeby to wszystko przezyc. We wczesniejszych postach Agnieszka pisala,ze homescholer'zy organizuja wspolne zajecia, lekcje WF-u, muzyki, wypady do muzeow, dzieci maja pelno wspomnien takich chwil spedzonych z innymi dziecmi.

    Kazdego boli samotnosc i odrzucenie, doswiadczaja jej dzieci chodzace do szkoly i dzieci uczone w domu, dorosli rowniez jej dowiadczaja, jest to nieodlaczna czesc zycia.


    --
    Nothing you become will disappoint me;
    I have no preconception that I'd like to see you be or do.
    I have no desire to foresee you, only to discover you.
    You cannot disappoint me.
  • Ale czy zwrocilas uwage na to jak wiele z tych najpiekniejszych
    chwil zwiazane
    > bylo z rywalizacja, z wygrywaniem, z byciem lepszym. Jest to
    kolejna rzecz, kto
    > ra w szkole mi sie nie podoba, ciagla rywalizacja, chec czucia sie
    lepszym od i
    > nnych uczniow/kolegow.

    Rywalizacja jest nieodłączną częścią życia i trzeba się jej nauczyć.
    Trzeba się nauczyć wygrywać, przegrywać, rywalizować uczciwie.

    We wczesniejszych postach Agnieszka
    > pisala,ze homescholer'zy organizuja wspolne zajecia, lekcje WF-u,
    muzyki, wypa
    > dy do muzeow, dzieci maja pelno wspomnien takich chwil spedzonych
    z innymi dzie
    > cmi.

    I co: na takiej wspólnej lekcji nie ma rywalizacji? Przecież widać
    wyraźnie, że jedno dziecko lepiej robi te przewroty, drugie gorzej,
    w muzeum jedno będzie lepiej zorientowane "w temacie", inne gorzej.
    Nie da się tego uniknąć, bo jesteśmy różni, w jednym gorsi, w innym
    lepsi. I też dobrze, jeśli dziecko zda sobie sprawę, że jest w czymś
    gorsze albo lepsze. I że być gorszym w czymś tam też nie jest
    tragedią. Także na tym polega socjalizacja.

    Kazdego boli samotnosc i odrzucenie, doswiadczaja jej dzieci
    chodzace do szkoly
    > i dzieci uczone w domu, dorosli rowniez jej dowiadczaja, jest to
    nieodlaczna c
    > zesc zycia.

    Więc dlatego należy dzieciom ułatwiać nawiązywanie kontaktów z
    rówieśnikami, a nie utrudniać.
  • srebrnarybka napisała:

    > Rywalizacja jest nieodłączną częścią życia i trzeba się jej
    nauczyć.
    > Trzeba się nauczyć wygrywać, przegrywać, rywalizować uczciwie.

    Zgadzam sie,ze rywalizacja jest czescia zycia,spotykamy sie z nia na
    kazdym kroku, w kazdej rodzinie. Ale czy szkola rzeczywiscie uczy
    tej dobrej uczciwej rywalizacji? Hmmm pamietam wiele przypadkow
    sciagania, podkladania gotowcow, bicia dzieci przez rowiesnikow za
    to ze sa kujonami. System ocen prowadzi do tego,ze dzieci chca byc
    najlepsze za wszelka cena, chca byc wyroznione na apelu, przypodobac
    sie nauczycielowi, a jak sie nie uda to zawsze mozna sie poczuc
    lepiej jak sie da popalic temu, ktoremu sie udalo.
    Szkola nie uczy zdrowej rywalizacji, wrecz przeciwnie.
    >
    > We wczesniejszych postach Agnieszka
    > > pisala,ze homescholer'zy organizuja wspolne zajecia, lekcje WF-
    u, muzyki, wypady do muzeow, dzieci maja pelno wspomnien takich
    chwil spedzonych
    > z innymi dziecmi.
    >
    > I co: na takiej wspólnej lekcji nie ma rywalizacji? Przecież widać
    > wyraźnie, że jedno dziecko lepiej robi te przewroty, drugie
    gorzej,
    > w muzeum jedno będzie lepiej zorientowane "w temacie", inne
    gorzej.

    Na pewno rywalizacja jest mniejsza, bo nikt nie ocenia dzieci za te
    przewroty, nie ma koniecznosci porownywac sie bez przerwy z innymi.


    > Nie da się tego uniknąć, bo jesteśmy różni, w jednym gorsi, w
    innym
    > lepsi. I też dobrze, jeśli dziecko zda sobie sprawę, że jest w
    czymś
    > gorsze albo lepsze. I że być gorszym w czymś tam też nie jest
    > tragedią. Także na tym polega socjalizacja.

    Dzieci ucza sie tego od malego, na placu zabaw sa dzieci, ktore
    skacza wyzej, wspinaja sie szybciej, w bibliotece sa dzieci ktore
    umieja czytac podczas gdy inne w tym wieku ledwo skladaja literki. I
    pewnie zadne dziecko nie widzialoby w tym nic zlego gdyby nie
    zostalo nauczone tego,ze jest cos zlego w tym,ze nie potrafi skoczyc
    tak wysoko jak dziecko X i czytac tak ladnie jak dziecko Y. Takie
    dziecko po prostu by myslalo,ze skacze nizej i czyta wolniej.To,ze
    dziecko nie potrafi robic czegos co potrafi inne dziecko nie
    oznacza,ze jest gorsze. I tego wlasnie moje dzieci beda uczone,
    szkola skutecznie by mi w tym przeszkodzila ze swoim naciskiem na
    osiagniecia, wyroznieniami, niezdrowa rywalizacja, ktore czesto sa
    przyczyna niskiej samooceny zarowno u tych "lepszych" jak i
    "gorszych".
    Zdarzaja sie oczywiscie dobre szkoly, do ktorych dzieci lubia
    chodzic, ktore ucza podstawowych wartosci, nie dziela na lepszych i
    gorszych,ale takich niestety jest garstka.


    >
    > Kazdego boli samotnosc i odrzucenie, doswiadczaja jej dzieci
    > chodzace do szkoly
    > > i dzieci uczone w domu, dorosli rowniez jej dowiadczaja, jest to
    > nieodlaczna c
    > > zesc zycia.
    >
    > Więc dlatego należy dzieciom ułatwiać nawiązywanie kontaktów z
    > rówieśnikami, a nie utrudniać.

    Ale przeciez caly czas piszemy,ze ED to sa tez wspolnie organizowane
    zajecia sportowe, muzyka, muzea, parki itd. Pomysl o tym inaczej,
    podczas gdy dzieci chodzace do szkoly siedza w domu i mecza sie z
    zadaniem domowym, dzieci homescholer'ow bawia sie na dworze z
    dziecmi sasiadow, albo sa na basenie lub karate.


    --
    Nothing you become will disappoint me;
    I have no preconception that I'd like to see you be or do.
    I have no desire to foresee you, only to discover you.
    You cannot disappoint me.
  • podczas gdy dzieci chodzace do szkoly siedza w domu i mecza sie z
    zadaniem domowym, dzieci homescholer'ow bawia sie na dworze z
    dziecmi sasiadow, albo sa na basenie lub karate.

    o ile dzieci sąsiadów tez są homeschoolerami, oczywiście.

    Aaaale.... podczas kiedy 13-letnia homeschoolerka uczy się grzecznie
    z mamuśką /jeśli jest Anielką Prusa to z guwernantką/ 13-letnie
    przedstawicielki plebsu a to szepczą sobie ploteczki, a to wpatrują
    się w ulubionego nauczyciela fizyki a to wypełniają jakieś "złote
    myśli" , czy w ramach niezorganizowanych odgornie zabaw inne
    straszne głupoty robią, ktore potem będą cieplo wspominać. Szkoda
    ze teraz przeważnie sie dzieci do szkoly i ze szkoły wozi, bo ja
    najmilej wspominam dlugie i rozgadane powroty ze szkoły raz z tą,
    raz z inna koleżanką.
    Drogie apostolki homeschoolingu... Tak do niego przekonujecie, ze
    ja, ktora w gruncie rzeczy nienawidzilam i nadal nienawidzę szkoly
    własnie zdalam sobie sprawę z tych jej zalet, których nie zastąpią
    starania najlepszych i najmądrzejszych rodzicow. W dodatku wartosć
    doznan szkolnych wydaje mi sie szczegolnie cenna dla dzieci
    wychuchanych w tzw dobrych rodzinach, dla dzieci nietowarzyskich i
    intelektualnie nadrozwiniętych. Jeśli nawet takie dziecko siedzi
    sobie z boczku, jeśli uważa, że marnuje czas /prawda, efektywnej
    nauki w szkole czasem za malo jest, moze materialu z 6 godzin daloby
    sie nauczyć w domu w godzinę.../, to ma w tej okropnej szkole
    kontakt z prawdziwym życiem. Zabawy / zorganizowane oczywiście /ze
    starannie dobranymi dziećmi z tego samego środowiska to nie jest to
    samo, co obserwacja , zabawa i rozmowy z dziećmi z rodzin
    zroznicowanych, o rożnych tradycjach, jadlospisach, poglądach.
    Nauczanie przez najmadrzejszych rodzicow nie zastąpi bogactwa
    doświadczen zdobytych w kontaktach z nauczycielami o różnym sposobie
    bycia i rożnych wymaganiach. Nawet, jeśli część z tych nauczycieli
    jest glupia i niesprawiedliwa.
    Tak myślę sobie, ze jak jestem w stanie wyobrazić sobie ED do 3
    powiedzmy klasy podstawowki /choć i tak dziecko moze miec klopoty z
    przystosowaniem/ - bo daleko do szkoły, bo za liczne klasy, bo
    cośtam, to trzymanie w domu /tak, tak, muzeum, basen, karate, kolko
    teatralne/ czlowieka od dziesięciolatka wzwyz jest zwyczajnym
    robieniem z niego dziwadła albo i torturą.
    Do tego rodzic jako nauczyciel...Moim zdaniem zbyt dużego wplywu
    rodziny człowiek nie wytrzyma, bunt jest nieuchronny. I może byc
    jak u srebrnejrybki z łaciną. Kicha. Dobrze, ze choc sąsiadka
    skorzystała wink
  • Tak sie sklada,ze znam i wiele czytalam o rodzinach ED, dzieci nie
    maja problemu z przystosowaniem do zycia w spoleczenstwie, wiele
    wyrasta na inteligentnych i wrazliwych ludzi, bez problemu radza
    sobie z nauka na uczelniach wyzszych i ze znalezieniem pracy.

    Ja rowniez chodzilam do szkoly i wlasnie dlatego nie chce by moje
    dziecko w takiej szkole sie uczylo. Jak juz pisalam wyzej, mialam
    szczescie, znalazlam niedaleko domu szkole, w ktorej nie ma ocen,
    testow, sa laczone klasy,kladzie sie duzy nacisk na nauke wartosci
    takich jak szczerosc, szacunek dla innych, empatia. Jesli nadal bede
    mieszkac w tek okolicy za 4 lata, moj syn na pewno do tej szkoly
    pojdzie.

    --
    Nothing you become will disappoint me;
    I have no preconception that I'd like to see you be or do.
    I have no desire to foresee you, only to discover you.
    You cannot disappoint me.
  • Nikt tu nie kazał dziecka posyłać do najbliższej rejonówki, bez
    względu na jej standard...
  • > Natomiast donkaczka napisała
    > wprost, że chętnie uczyłaby dzieci w domu (nie może, bo mieszka w
    > Niemczech, gdzie jest to zabronione), bo inaczej będzie jej się
    > nudziło, gdy dzieci pójdą do szkoły. Odpisałam jej ostro, ale tak
    > właśnie uważam: dzieci nie są lekarstwem na nudę rodziców, którzy
    > nie mają pomysłu na własne życie.


    srebrnarybko

    jestes mistrzem dopowiadania i to bzdur niestety smile

    i absolutnie masz pierwsze miejsce w konkurencji spietych posladkow, nie
    wylapujesz zartow ani luznego tonu

    mnie ten watek nie irytuje tak jak ciebie najwyrazniej, pisze na swobodnie i bez
    piany na ustach, wiec moze dla ciebie bede od tej pory zaznaczac w nawiasach jak
    cos na rozluznienie wtrace "uwaga srebrnarybko, to taki luzny zart jest"


    mam co robic, oj mam
    mam kilka fajnych hobby, ba, nie uwierzysz, ale z trojka dzieci do 3 lat takze
    pracuje, w niewielkim wymiarze, ale jednak
    a i tak chetnie poswiecilabym czesc rozrywek na rzecz uczenia dzieci, bez zalu,
    tak ja teraz poswiecam swoj czas na ukladanie klockow, malowanie, lepienie
    ciastoliny, spacery itp
    dzieci rosna, zajecia ewoluuja
    chyba nawet chetniej zajelabym sie czyms na wyzszym poziomie niz takie "ambitne"
    zabawy (uwaga srebrnarybko luzny zarcik)
    nie wydaje mi sie to mniej ciekawe, niz moje rozrywki

    i nie prezentuje tak jednotorowego myslenia, ze jak juz ktos sie zajmuje chetnie
    i w zaangazowany sposob wlasnymi dziecmi, to juz na siebie ani czasu ani pomyslu
    nie ma
    kazdy ocenia ludzi wedlug siebie smile
    --
    "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
    prababcia Luśki
  • to, czym można zajmować się w czasie, kiedy dzieci są w szkole,
    niekoniecznie musi być rozrywką, z której przecież wzorowa Matka
    Polka powinna zrezygnować dla dobra dziecka. Można mieć różne hobby:
    nie tylko oglądać seriale albo podlewać kwiatki. Można też się
    dokształcać, czytać literaturę (bardzo się przydaje potem w czasie
    rozmów z dziećmi), opiekować się sąsiadką, zajmować się
    działalnością społeczną. I bardzo fajnie, jeśli dzieci będą taki
    przykład od rodziców z domu wynosiły.

  • srebrnarybka napisała:

    > to, czym można zajmować się w czasie, kiedy dzieci są w szkole,
    > niekoniecznie musi być rozrywką, z której przecież wzorowa Matka
    > Polka powinna zrezygnować dla dobra dziecka. Można mieć różne
    hobby:
    > nie tylko oglądać seriale albo podlewać kwiatki. Można też się
    > dokształcać, czytać literaturę (bardzo się przydaje potem w czasie
    > rozmów z dziećmi), opiekować się sąsiadką, zajmować się
    > działalnością społeczną. I bardzo fajnie, jeśli dzieci będą taki
    > przykład od rodziców z domu wynosiły.

    W typowej polskiej (i nie tylko) rodzinie, to co rodzice robia,
    podczas gdy dzieci sa w szkole to najczesciej jednak praca zarobkowa.

    --
    www.parentingscience.com/

  • mmk9 napisała:

    > Aaaale.... podczas kiedy 13-letnia homeschoolerka uczy się
    grzecznie
    > z mamuśką /jeśli jest Anielką Prusa to z guwernantką/ 13-letnie
    > przedstawicielki plebsu a to szepczą sobie ploteczki, a to
    wpatrują
    > się w ulubionego nauczyciela fizyki a to wypełniają jakieś "złote
    > myśli" , czy w ramach niezorganizowanych odgornie zabaw inne
    > straszne głupoty robią, ktore potem będą cieplo wspominać.

    Albo tez beda sie chowac po katach przed klasowymi 'oprawcami' (w UK
    bullying to powazna plaga, nie wiem jak w Polsce), badz tez nudzic
    maksymalnie na lekcji, ktora nie jest niczym innym niz
    przepisywaniem jakiegos rozdzialu z ksiazki. Moze takze zalewac sie
    lzami, dlatego, ze zadna z kolezanek nie daje im ''zlotych mysli''
    do wypelnienia. Opcja jest takze lek przed podniesieniem reki, kiedy
    ma sie jakas wiedze, gdyz latwo o etykietke kujona (a takich sie
    raczej nie lubi wink).
    Do tego niezorganizowane odgornie zabawy, ktore moga polegac na
    potajemnym paleniu petow (zeby tylko), badz macaniu po katach przez
    bardziej swiadomych i rozbuchanych seksualnie kolegow czy
    kolezanki smile.

    Szkola z calym swoim inwentarzem, jakby to sie nie potoczylo, dla
    kazdego bedzie niezapomnianym wspomnieniem.

    --
    www.parentingscience.com/
  • Jeżeli rodzice pracują z konieczności ekonomicznej i żadne z nich
    nie może zrezygnować ze swojej pracy, bo rodzina się nie utrzyma, to
    trudno mówić, że się nudzą, gdy dzieci są w szkole. Donkaczka podała
    przykład kobiety niepracującej, która nudzi się w domu nie mając
    innych zajęć. I tu właśnie jest problem: jeżeli matka nie ma pomysłu
    na życie, a nie musi pracować, to może robić wiele, by zatrzymać
    przy sobie dzieci, bo inaczej faktycznie umrze z nudów. Znam
    osobiście taki przypadek: zamożna kobieta niepracująca, bo mąż
    zarabiał dużo w prywatnej firmie nudziła się w podmiejskiej willi i
    wobec tego pod pozorem chorób wymuszała co roku domowe naucznie
    (nauczyciele przychodzili do domu, sama nie uczyła) jednego z synów.
    Syn był rzeczywiście chor, ale to, czy nie mógł chodzić do szkoły,
    było mocno dyskusyjne i matka ewidentnie wyszukiwała choroby.
    Zarówno mąż i ojciec dziecka, jak i starszy brat, byli za tym, by
    młody chodził do szkoły i wprost mówili, że matce się nudzi. Mogę
    sobie wyobrazić, że w zamożniejszych społeczeństwach, gdzie łatwiej
    utrzymać rodzinę z jednej pensji, takie nudzące się matki bez
    pomysłu na własne życie mogą być częstsze.
    Sama zresztą tego też doświadczyłam: moja matka nie pracowała pod
    pozorem najpierw tego, że jej nie chcieli zatrudnić jako katoliczki,
    potem wychowywania mnie, potem choroby ojca, potem choroby własnej
    matki, a potem to już jej się znudziło szukanie pracy. Cały czas
    zresztą narzekała, że siedzi w domu. Oczywiście na szczęście nie
    było mowy o tym, by mnie nie posłać do szkoły. Ale poza tym matka
    robiła wszystko, żebym miała jak najmniej znajomych, kolegów i
    własnego życia, bo jak wychodziłam z domu, nudziło jej się cholernie.
    BTW: moja matka jest właśnie wychowanką homeschooling. Pochodzi z
    rodziny ziemiańskiej i do 11 roku życia miała guwernantkę, a potem
    trafiła na Syberię, gdzie miała szkołę życia, ale nie szkołę. Przy
    tym wśród polskich zesłańców nie było w tej miejscowości akurat dużo
    dzieci w zbliżonym wieku, więc nie miała jak się socjalizować. W ten
    sposób obie jesteśmy ofiarami homeschoolingu. Nie był on zresztą
    wybrany dla mojej matki jako rozwiązanie lepsze od szkoły, tylko
    jako tańsze: szkoła z internatem starszego brata w mieście
    kosztowała tyle, że na drugi internat na pensji zakonnej dziadków
    nie było stać. Mama strasznie chciała tam trafić, ale niestety co
    roku nie było pieniędzy, a jak miała już pójść, to wybuchła wojna i
    trafiła całkiem gdzie indziej.
  • Albo tez beda sie chowac po katach przed klasowymi 'oprawcami' (w UK
    > bullying to powazna plaga, nie wiem jak w Polsce), badz tez nudzic
    > maksymalnie na lekcji, ktora nie jest niczym innym niz
    > przepisywaniem jakiegos rozdzialu z ksiazki. Moze takze zalewac
    sie
    > lzami, dlatego, ze zadna z kolezanek nie daje im ''zlotych mysli''
    > do wypelnienia. Opcja jest takze lek przed podniesieniem reki,
    kiedy
    > ma sie jakas wiedze, gdyz latwo o etykietke kujona (a takich sie
    > raczej nie lubi wink).
    > Do tego niezorganizowane odgornie zabawy, ktore moga polegac na
    > potajemnym paleniu petow (zeby tylko), badz macaniu po katach
    przez
    > bardziej swiadomych i rozbuchanych seksualnie kolegow czy
    > kolezanki smile.
    >
    > Szkola z calym swoim inwentarzem, jakby to sie nie potoczylo, dla
    > kazdego bedzie niezapomnianym wspomnieniem.

    Otóż właśnie po to jest szkoła, by nauczyć się w tym żyć. By nauczyć
    się bronić przed "oprawcami", by nauczyć się, że czasami trzeba
    odbyć jakieś nudne zajęcia (na studiach trzeba będzie i w pracy
    nieraz też. Polecam kursy bhp), by nauczyć się zdobywać przyjaźń
    koleżanek, by nauczyć się, jak sprzedawać swoją wiedzę nie będąc
    uznanym za kujona, by mieć też wspomnienia nawet z palenia petów
    (jak cholera żałuję, że takich nie mam), by umieć się bronić przed
    molestowaniem.
    Sztuczne chronienie pod kloszem przed zjawiskami, które w życiu
    występują, tylko zwiększy szok, jaki nastąpi, gdy człowiek w to
    trafi.
  • kwiatow w domu nie mam, a ogrodek sam sie podlewa smile telewizora tez nie posiadam smile
    jestem rzemieslnikiem, wiec doksztalcam sie pracujac i na warsztaty jezdzac
    czytam niemalo, choc to kosztuje niestety, ale akurat budzet na ksiazki, takze
    dla dzieci mamy spory, poki nas stac
    spolecznie dzialam w dwoch stowarzyszeniach

    no to jak na Twoje standardy, zdecydowanie nie jestem matka zyjaca zyciem dzieci
    idaje im swiatle wzorce big_grin, a mam jeszcze kilka pasji, ktorych nawet nie
    zgadniesz, a w ktore dzieci sa wlaczone na ile moga i chlona od malego

    wiec moze zarzuc ocenianie forumowiczow wedlug jakichs dziwnych swoich domyslow
    i nie projektuj na nich swoich obaw i lekow

    twoi rodzice byli najwyrazniej wyktsztalona inteligencja na wysokim poziomie,
    dali ci, jak piszesz, ambitne wzorce, a jednak mysl o uczeniu przez ojca
    przeraza cie niebywale
    nie dziwie sie w sumie, gdybym ja chciala dziecku zabierac wolnosc wyboru
    literatury do opracowania, to niech mnie lumbago pokreci za kare

    dzieci moga wyrosnac na fajnych ludzi, nawet nie wynoszac swiatlych przykladow z
    domu, majac za rodzicow miernie wyksztalcona i zyjaca praca i sprzataniem klasa
    robotnicza, czego ja jestem przykladem smile
    a jak widac majac nawet elyte za wzorce, mozna miec sztywne poglady, nie umiec
    wyjsc z mysleniem poza schematy i przyjete rozwiazania



    --
    "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
    prababcia Luśki

  • rycerzowa napisała:

    > Co jest lepszym rozwiązaniem, szkoła czy niż nauczanie domowe? Gdy
    się nad tym
    > zastanawiam, przypomina mi się pewien wieczór.
    > Pisałam już pewnie o tym ,ale na koniec tej dyskusji - powtórzę
    się.

    Piekna opowiesc rycerzowa, wczoraj, kiedy ja przeczytalam, na caly
    wieczor mialam wspomnien z dziecinstwa smile. Zadzwonilam nawet do
    mojej przyjaciolki i powspominalysmy razem, bo duza czesc moich
    wspomnien laczyla sie wlasnie z tym co robilysmy razem.
    Jednak pierwszymi myslami jakie sie pojawily, byly wspomnienia z
    wyjazdow do dziadkow na wsi- wspolne z dziadkiem 'ganianie golebi',
    praca w polu z babcia, kiedy pielac rozmawialysmy godzinami (oj
    wartosci tych rozmow nie da sie przecenic!), chleb z maslem i
    cukrem, ktory potem babcia mi dawala do jedzenia, proby dosiadania
    swini wierzchem przy entuzjastycznych zachetach dziadka. No moglabym
    wyliczac godzinami.
    Potem, to co mowilam, szalenstwa z moja przyjaciolka, wloczenie sie
    po dzialkach i uprawianie 'repety' (+ucieczki przed wscieklymi
    ogrodnikami uncertain), poczatki jazdy konnej razem, wycieczki autobusami
    po warszawie-gadajac o bzdetach badz liczac panow w kapeluszach, i
    wiele...wiele innych.
    Zasadniczo, to z podstawowka nic milego mi sie nie kojarzy, bo nie
    bylam lubiana, i zawsze czulam sie gorsza. Moich rodzicow nie bylo
    stac na jeansy 'marmurki', na lalke barbi z pewexu, na ladny
    piornik, na zegarek na reke, no na nic co bylo przez dzieciaki
    cholubione w tamtych czasach, moich rodzicow nie bylo stac.
    Za to, kiedy juz poszlam do technikum, gdzie juz nie rzeczy
    determinowaly przynaleznosc do grupy 'popularnych', a umiejetnosci i
    wiedza (jazda konna, wiedza o koniach- szkola kierunkowa), tam
    przezylam rozkwit swojej osobowosci smile. I z tamtad jest kupa cudnych
    wspomnien.

    Rozne dzieci, rozni rodzice, rozne szkoly, rozne wspomnienia, nie
    upraszczalabym tutaj. Nie kazde dziecko ma boskie wspomnienia z
    podstawowy, a jest spora grupa takich, ktore maja traume, a nie
    lezke w oku uncertain.

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/u/aagnie.szkaa.html -nasze
    foty
  • > Sztuczne chronienie pod kloszem przed zjawiskami, które w życiu
    > występują, tylko zwiększy szok, jaki nastąpi, gdy człowiek w to
    > trafi.

    usmialam sie
    wypisz wymaluj argument z dyskusji o zdrowym zywieniu, w ktorych tez stoje po
    niepopularnej stronie
    a brzmi on na przyklad tak:
    "i takie dziecko, jak nigdy nie jadlo chipsa, to jak sprobuje w szkole, to moze
    dostac alergii albo zatrucia"
    i moj drugi ulubiony:
    "dzieci karmione bio-marchewka jak zjedza zwykla marchew w przedszkolu moga
    dostac smiertlnej biegunki"


    ludzie to nie marines, uczeni odruchowych niemal reakcji na konkretne zagrozenia
    umiejetnosc radzenia sobie w roznych zyciowych sytuacjach to nie efekt treningu,
    tylko sily charakteru, wpojonych wartosci, pewnosci siebie, a temu ED sprzyja
    rozejrzyj sie po spoleczenstwie, produkcie szkolnych doswiadczen, skoro sa
    nauczeni sobie radzic, to skad te wszystkie problemy z relacjami, sytuacjami,
    chore uklady

    coraz nizej zjezdzasz z argumentami i coraz zabawniej sie w watku robi

    --
    "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
    prababcia Luśki
  • donkaczka nie podala przykladu
    donakczka zazartowala, dla rozluznienia atmosfery, ale chyba trafila kula w plot

    naprawde, nie oceniaj innych ludzi wg swoich rodzicow, bo im wiecej o nich
    piszesz, tym bardziej mi ciebie zal i tym bardziej rozumiem poglady, ale nadal
    nie podzielam, bo to nie sa normalne zachowania i na szczescie nie zdarzaja sie
    powszechnie


    swoja droga, gdyby efektem braku pomyslu na siebie i swoj czas, miala byc
    edukacja dziecka, to nie widze problemu i tak
    owszem, problem jest gdy rodzice przelewaja swe ambicje na dziecko i maja parcie
    na wyniki, ale do tego homeschooling potrzebny nie jest, a jak to napisano w
    zalinowanych badaniu - dewianci sa wszedzie

    imo lepsza matka z nudow rozwijajaca dziecku pasje i robiaca z homeschoolingu
    hobby i spelniajaca sie w tym, niz obijajaca sie o sciany, gdy dziecko w szkole,
    znudzona kobieta tnaca dziecku kontakty, zeby miec do kogo w domu buzie otworzyc

    --
    "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
    prababcia Luśki
  • Albo tez beda sie chowac po katach przed klasowymi 'oprawcami' (w UK
    bullying to powazna plaga

    w zyciu bym nie pojechala do UK
  • agnieszko,chciałam przeczytać cały wątek,ale w pewnym momencie ręce mi opadły i
    nie dałam rady.my tez uczymy córkę w domu,mamy jeszcze dwójkę młodszych,których
    też pewnie tak będziemy uczyć.czy ten adres który podałaś jako mail jest
    aktualny?jutro postaram się coś napisać więcej na priva.
    pozdrawiam serdecznie,dorota.
    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/photo/8/ti/ra/yqar/zJWh7R8bDx0GDCyAoA.jpg
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/photo/8/ti/ra/
  • hej Dorota smile

    tak ten e-mail zafi1@interia.pl to moj staly adres, mozesz smialo na
    niego napisac smile

    --
    www.education-otherwise.org/
  • ale wiekszosc szkol niestety ma nie za wysokie standardy
    --
    Nothing you become will disappoint me;
    I have no preconception that I'd like to see you be or do.
    I have no desire to foresee you, only to discover you.
    You cannot disappoint me.
  • mamo.rozy jaka metoda uczycie?

    --
    Nothing you become will disappoint me;
    I have no preconception that I'd like to see you be or do.
    I have no desire to foresee you, only to discover you.
    You cannot disappoint me.
  • dorota, niech ci rece nie opadaja, pisz tutaj tez smile
    z forumowego doswiadczenia, jako uczestniczka wielu tasiemcowych flejmow moge Ci
    zareczyc, ze sa osoby czytajace, w ktorych sie zasiewaja ziarenka, wiec warto pisac


    --
    "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
    prababcia Luśki

  • donkaczka napisała:

    > dorota, niech ci rece nie opadaja, pisz tutaj tez smile
    > z forumowego doswiadczenia, jako uczestniczka wielu tasiemcowych
    flejmow moge C
    > i
    > zareczyc, ze sa osoby czytajace, w ktorych sie zasiewaja ziarenka,
    wiec warto p
    > isac

    zgadzam sie z donkaczka, jesli mozesz to napisz tez cos tutaj, glos
    praktyka wzbogacilby nasza rozmowe znaczaco,
    pozdr

    --
    www.youtube.com/watch?v=NeBb2eSvOnM&feature=related
  • pytanie jakie nalezy w tym momencie zadac brzmi- czy w imie tego ze JA nie mam
    milych wspomnien z podstawowki i JA nie mam lezki w oku- mam prawo pozbawic
    dziecka mozliwosci posiadania milych wspomnien z podstawowki i lezki w oku.

    Ja tez nie mam milych wspomnien z podstawowki- wielu moich podstawowkowych
    znajomych- z tej samej klasy, ktora ja uwazalam za agresywna, niemila- wynioslo
    przyjaznie na cale zycie a nawt zony i mezow smile

    Na tej samej zasadzie- jesli uwazalabys ze twoje studia byly strata czasu- czy
    masz wobec tego prawo przekonywac dziecko ze studia to syf?

    Ja osobiscie lubue HS i chetnie korzystam z materialow itd, owszem fajna zabawa-
    ale nie moge oprzec sie wrazeniu ze to jest w tak duzej mierze oparte na
    wymagradzaniu wlasnego dziecinstwa i zaleczaniu traum- ze az boli. Zreszta znani
    mi HS z ktorymi jestemn w stanie rozmawiac bo nie wiele ideologia na kilometr-
    wyslali dzieci do gimnazjum i zagranicznych odpowiednikow do szkol. Miedzy
    innymi wlasnie dlatego ze ideologia nie wieja na kilometr.
    --
    opsesyjna.blox.pl/html
    przez pierwsze dwa lata uczysz dzieci chodzić i mówić a przez
    następne szesnaście lat marzysz o tym żeby usiadły spokojnie i się zamknęły
  • alez sie nakrecasz no no....o nozach zapomnialas i karabinach, ktore niektorzy
    uczniowie przynosza w ramach rozladowywania emocji.....
    --
    opsesyjna.blox.pl/html
    przez pierwsze dwa lata uczysz dzieci chodzić i mówić a przez
    następne szesnaście lat marzysz o tym żeby usiadły spokojnie i się zamknęły
  • Ja tez się zastanawiam na ile HS to gotowość rodziców do "podążania za
    dzieckiem", a na ile ich podążanie za samą ideą.
    Bardzo jestem ciekawa wypowiedzi praktyka mamy-róży wink Nie bój się pisać.
    Pozdr

  • wieczna-gosia napisała:

    > pytanie jakie nalezy w tym momencie zadac brzmi- czy w imie tego
    ze JA nie mam
    > milych wspomnien z podstawowki i JA nie mam lezki w oku- mam prawo
    pozbawic
    > dziecka mozliwosci posiadania milych wspomnien z podstawowki i
    lezki w oku.

    Innym pytaniem moze byc takie- czy dlatego, ze my mielismy ze szkoly
    boskie wspomnienia, nalezaloby z ED zrezygnowac, nawet majac ku temu
    mozliwosci, checi i znajac dodatkowe profity jakie moga z niej dla
    dziecka wyniknac? ;/.

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/u/aagnie.szkaa.html -nasze
    foty

  • wieczna-gosia napisała:

    > alez sie nakrecasz no no....o nozach zapomnialas i karabinach,
    ktore niektorzy
    > uczniowie przynosza w ramach rozladowywania emocji.....

    Fakt jest taki, ze niewiadomo w ktorej ze szkol kolejny sfrustorwany
    uczen 'uderzy' z karabinem. wink wink wink
    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/u/aagnie.szkaa.html -nasze
    foty
  • no i tego sie trzymaj- i buduj w sobie przekonanie ze w szkolach sam szatan-
    bedzie ci jeszcze latwiej w zyciu.

    Naprawde za twoich czasow w szkole tak bylo? za moich nie.
    --
    opsesyjna.blox.pl/html
    przez pierwsze dwa lata uczysz dzieci chodzić i mówić a przez
    następne szesnaście lat marzysz o tym żeby usiadły spokojnie i się zamknęły
  • a jeszcze kolejne pytanie jakie moze sie rodzic to dlaczego nie poszukac
    rozwiazania ktore pogodziloby dodatkowe profity, ktore sa wiedza magiczna gdyz
    ich nie znam, ake rozmawiam z ekspertem, oraz profity wynikajace z nauki w
    grupie rowiesnikow. Bo jednak wszyscy znani mi Hsowcy ucza duze rodziny a nie
    jedynakow. Czyli koncepcja nie jest im obca.
    --
    opsesyjna.blox.pl/html
    przez pierwsze dwa lata uczysz dzieci chodzić i mówić a przez
    następne szesnaście lat marzysz o tym żeby usiadły spokojnie i się zamknęły
  • Ja mowie plynnie po polsku, ale nie jestem w stanie pomoc mezowi w
    nauce tego jezyka, bo nie pamietam - a po czesci tez nie znam -
    pewnych zasad gramatyki. I kiedy on mnie pyta, jaka forme ma
    rzeczownik nieozywiony w bierniku, to pojecia nie mam, jak mu to
    wytlumaczyc, chociaz wiem, jak brzmiec powinna prawidlowa forma.

    Owszem, moglabym zaczac czytac ksiazki gramatyczne i przypomniec
    sobie na tyle, zeby mu wytlumaczyc jakies zasady (biedak chodzi na
    lepcje polskiego, z wlasnej woli zaznaczam), ale nie mam
    przygotowania metodologicznego i pedagogicznego, by sensownie cos
    wytlumaczyc.

    Sama ZNAJOMOSC jezyka nie wystarcza, by go uczyc - o czym przekonano
    sie w wielu szkolach jezykowych, kiedy zatrudniono native speakerow
    bez przygotowania nauczycielskiego.

    Jeszcze powiem, do calej tej bardzo interesujacej zreszta dyskusji,
    ze jesli corka okaze sie utalentowana w jakiejs dziedzinie, o ktorej
    nie masz pojecia, mozesz zmarnowac jej talent nie zauwazajac go
    (osobiscie nie jestem w stanie rozpoznac np. talentu muzycznego czy
    sportowego) - a jesli zauwazysz, i tak bedziesz musiala wyslac ja do
    np. szkoly baletowej, a tam bedzie z kolei dryl i dyscyplina od
    najwczesniejszych lat. Tak samo w muzycznej.
    --
    I love my computer, because my friends live in it.

  • croyance napisała:
    > Jeszcze powiem, do calej tej bardzo interesujacej zreszta
    dyskusji,
    > ze jesli corka okaze sie utalentowana w jakiejs dziedzinie, o
    ktorej
    > nie masz pojecia, mozesz zmarnowac jej talent nie zauwazajac go
    > (osobiscie nie jestem w stanie rozpoznac np. talentu muzycznego
    czy
    > sportowego) - a jesli zauwazysz, i tak bedziesz musiala wyslac ja
    do
    > np. szkoly baletowej, a tam bedzie z kolei dryl i dyscyplina od
    > najwczesniejszych lat. Tak samo w muzycznej.

    Tak sie zastanawiam, czy rzeczywiscie, nauczyciel, majac pod opieka
    20-30 uczniow, przerabiajac z dzieciakami konkretny program, ma
    wieksza szanse na 'wylapanie' talentu dziecka, niz rodzic,
    spedzajacy z tym dzieckiem wiekszosc dnia jeden na jeden
    (zakladajac, ze rodzic uczac dziecko takze podaza za programem).

    Uzdolnienia baletowe to raczej na WF nie wyjda, raczej przy
    wyglupach w domu ewentualnych, jesli dziecko mialoby zamilowanie do
    wygibasow wink.
    Spiew dziecka rodzic ma szanse uslyszec czesciej niz nauczyciel
    muzyki (flet prosty takze moglabym dzieciakowi kupic wink, i
    cymbalki), ale nie chodzi przeciez tylko o to, czy dziecko ma ladny
    glos, czy 'sprawne ucho', ale o to, czy ma do tego zamilowanie,
    jesli bedzie spiewac duzo i chetnie, mozna zaproponowac lekcje
    kierunkowe (to samo ze sprawnoscia fizyczna, plastyczna i cala
    reszta w zasadzie).
    Zastanawiam sie jakie uzdolnienie mogloby pozostac przez rodzica
    niezauwazone, podczas realizowania programu szkolnego ;/.A
    jednoczesnie z cala pewnoscia zostaloby zauwazone przez nauczyciela
    w szkole.
    Bo serio mysle, ze w wiekszosci przypadkow za uzdolnieniem idzie
    pasja, i chec wykonywania, jesli uzdolnienie jest, a nie ma pasji-
    nie wywieralabym nacisku i pozwolilabym zrezygnowac z tych
    przykladowych lekcji spiewu.

    --
    04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
  • Tak sie zastanawiam, czy rzeczywiscie, nauczyciel, majac pod opieka
    > 20-30 uczniow, przerabiajac z dzieciakami konkretny program, ma
    > wieksza szanse na 'wylapanie' talentu dziecka, niz rodzic,
    > spedzajacy z tym dzieckiem wiekszosc dnia jeden na jeden
    > (zakladajac, ze rodzic uczac dziecko takze podaza za programem).

    Ma, bo ma większą wiedzę w danej dziedzinie, niż rodzic. Poza tym ma
    skalę porównawczą z innymi dziećmi, której nie ma rodzic. Poza tym
    nic nie przeszkadza rodzicowi obserwować dziecka chodzącego do
    szkoły. Jeśli rodzic coś przeoczy, może to wyłapać nauczyciel.

    Uzdolnienia baletowe to raczej na WF nie wyjda, raczej przy
    > wyglupach w domu ewentualnych, jesli dziecko mialoby zamilowanie
    do
    > wygibasow wink.

    czy dziecko chodzące do szkoły nie może wygłupiać się w domu? Też
    zresztą nie sądzę, by rodzic nieznający się na balecie umiał
    odrożnić zwykłe wygibasy od takich, które świadczą o uzdolnieniach
    baletowych.

    Spiew dziecka rodzic ma szanse uslyszec czesciej niz nauczyciel
    > muzyki (flet prosty takze moglabym dzieciakowi kupic wink, i
    > cymbalki), ale nie chodzi przeciez tylko o to, czy dziecko ma
    ladny
    > glos, czy 'sprawne ucho', ale o to, czy ma do tego zamilowanie,
    > jesli bedzie spiewac duzo i chetnie, mozna zaproponowac lekcje
    > kierunkowe

    Jeżeli dziecko nie ma sprawnego ucha i ładnego głosu, to żadna pasja
    nie pomoże. Jestem takim przypadkiem, lubię śpiewac, chociaż słoń
    nadepnął mi na ucho. Gdybym chodziła do przedszkola, jeździłą
    częściej na kolonie i wycieczki w grupie, gdzie się dużo śpiewa,
    trochę mniej bym fałszowała. Ale talentu śpiewaczego by u mnie nikt
    nie wyhodował.

    Bo serio mysle, ze w wiekszosci przypadkow za uzdolnieniem idzie
    > pasja, i chec wykonywania, jesli uzdolnienie jest, a nie ma pasji-
    > nie wywieralabym nacisku i pozwolilabym zrezygnowac z tych
    > przykladowych lekcji spiewu.

    Ja też bym pozowoliła, ale to już zupełnie inna sprawa. Natomiast
    dobrze jest jednak orientować się w uzdolnieniach dziecka, by mu nie
    zamknąć drogi.

    Nieprawdziwe jest założenie, że każdy jest wszechstronnie i
    jednakowo uzdolniony i kazdego można wszystkiego wyuczyć, byle tylko
    znaleźć metodę (tak zdaje się twierdzi kobraluca). Dziecko nie rodzi
    się jako tabula rasa, ale ma już pewne uzdolnienia i cechy
    genetyczne i wrodzone. Wpływ środowiska (nie tylko rodziców) ma duże
    znaczenie, ale żadne nauczanie nie zrobiłoby ze mnie Marii Callas
    ani Małysza. I dobrze, że ludzie są różni, przez to świat jest
    ciekawszy i kolorowy.

  • "i takie dziecko, jak nigdy nie jadlo chipsa, to jak sprobuje w
    szkole, to moze
    > dostac alergii albo zatrucia"

    Alergii raczej nie, natomiast może zzcząć to jeść nałogowo, bo
    zakazany owoc kusi. Ale Twoim dzieciom to nie grozi, bo nie będą
    chodzić do szkoły.
    Skądinąd nie dawałabym takich rzeczy dziecku za dużo i uważam, że
    to, że dzieci lubią tzw. plastikowe żarcie, to wynik generowania
    przez rodziców i innych dorosłych, ulegających reklamom: jeśli
    nagrodą fundowaną stale dziecku jest wyprawa do Mc Donalda, to
    trudno się dziwić, że dziecko uczy się, że to świństwo to jakaś
    atrakcja. Myślę, że równie dobrze można w dzieciahc rozbudzić
    poczucie, że wielką atrakcją jest zjedzenie np. owocu mango czy
    czegoś podobnego, a zdrowego. Ale raczej oddziaływałabym pozytywnie,
    tzn. traktowała jako atrakcję właście kupienie kiwi czy mango, by
    wzmacniać poczucie, że to rzecz zdrowa, ale nie deonizowałabym
    chipsow, jeśli już się zdarzą.
  • nie oceniaj innych ludzi wg swoich rodzicow, bo im wiecej o nich
    > piszesz, tym bardziej mi ciebie zal i tym bardziej rozumiem
    poglady, ale nadal
    > nie podzielam, bo to nie sa normalne zachowania i na szczescie nie
    zdarzaja sie
    > powszechnie

    Podobnie ja mogłabym napisać, że żal mi Ciebie, bo miałaś złe
    doświadczenia ze szkołą, ale to nie jest normalne i nie zdarza się
    powszechnie.
    A co do moich rodziców - niestety ich zachowania były dość
    powszechne w ich środowisku i powszechnie akceptowane. Co więcej,
    znam w obecnym pokoleniu bardzo wielu rodziców, którzy podobnie się
    zachowuję. Moja 50letnia kuzynka aranżuje małżeństwa swoich córek i
    nikt w rodzinie (to nie jest sprawa gentyki, rodzina bardzo daleka)
    nie widzi w tym niczego nienormalnego. Panujące obecnie trendy
    wychowawcze sprzyjają zaborczości rodziców znacznie bardziej niż w
    czasach, gdy ja byłam wychowywana. Wtedy nie było takiej presji na
    rodziców, by "nie zaniedbywali dzieci", by "spędzali z nimi jak
    najwięcej czasu", nikt nie dyskutował, jaką krzywdę wyrządza dziecku
    posyłając je do przedszkola (ja nie chodziłam, bo matka nie
    pracowała, więc nie przyjęliby mnie) lub wynajmująć nianię,
    wychodzenie co jakiś czas wieczorem i zostawienia dziecka pod opieką
    babci, cioci czy niani uważano za normalne, a nie za krzywdę i
    porzucanie dziecka (tak oceniła postępowanie moich rodziców jedna
    foremka), nikt mnie nie usypiał (mama po zmówieniu ze mną pacierza i
    rachunku sumienia - istniał kiedyś taki rytuał wychowawczy, bardzo
    pożyteczny - wychodziła z pokoju, by umożliwić mi zaśnięcie), nikt
    ze mną/zza mnie nie odrabiał lekcji, bo wtedy nie uważano tego za
    obowiązek rodziców (miałam prawo spytać, gdy czegoś nie rozumiałam,
    i to wtedy, gdy rzeczywiście się upewniam, że nie rozumiem, uczyło
    znakomicie samodzielnej pracy) i mimo tych rażących "zanidbań"
    uważam, że moja matka była zaborcza. Poświęcała mi na moje potrzeby
    znacznie mniej czasu, niż dzisiejsze pracujące matki, które podobno
    zaniedbują dzieci. Dlatego obwaiam się, że obecna presja na
    rodziców, wpędzająca ich w poczucie winy, jeśli tylko na chwilę
    zajmą się sobą, może stanowić znakomitą pożywkę i usprawiedliwienie
    dla zaborczości matek.

    swoja droga, gdyby efektem braku pomyslu na siebie i swoj czas,
    miala byc
    > edukacja dziecka, to nie widze problemu i tak
    imo lepsza matka z nudow rozwijajaca dziecku pasje i robiaca z
    homeschoolingu
    > hobby i spelniajaca sie w tym, niz obijajaca sie o sciany, gdy
    dziecko w szkole
    > ,
    > znudzona kobieta tnaca dziecku kontakty, zeby miec do kogo w domu
    buzie otworzy

    nie widzę różnicy między jedną i drugą matką. I jedna i druga tnie
    kontakty dziecku, by mieć towarzystwo. DZiecko nie jest zabawką dla
    rodziców. To rodzice mają zaspokoić potrzeby dziecka, a nie dziecko
    potrzeby rodziców.


    Poza tym co będzie robiła ta znudzona matka, gdy jej dziecko zda
    maturę?
  • > Podobnie ja mogłabym napisać, że żal mi Ciebie, bo miałaś złe
    > doświadczenia ze szkołą, ale to nie jest normalne i nie zdarza się
    > powszechnie.

    zle? normalne po prostu, i mile i byle jakie
    standard po prostu

    > A co do moich rodziców - niestety ich zachowania były dość
    > powszechne w ich środowisku i powszechnie akceptowane.

    coz sa srodowiska w ktorych sie akceptuje bicie dzieci jako metode wychowawcza,
    zamordyzm i traktowanie dziecka jak bezwolna niemote
    ale to nie czyni takich podejscia prawidlowym i pozadanym

    > Moja 50letnia kuzynka aranżuje małżeństwa swoich córek
    ????????????
    interesujace musi miec techniki wychowacze, ze corki sobie pozwalaja mezow
    wybierac...


    > Panujące obecnie trendy
    > wychowawcze sprzyjają zaborczości rodziców znacznie bardziej
    nie wiem, jak mozna byc zaborczym bardziej niz to co opisujesz, a dla kazdej
    dzisiejszej matki to dopiero jest wyczyn, dziecku meza, ba lektury chociaz wybierac
    dzisiejsze trendy sa bardzo rozlegle, mozna wybierac co komu w duszy gra tak
    naprawde, zaborczosc raczej wyniknie z chcrakteru rodzicow niz narzucanych form
    wychowania dziecka

    rachunek sumienia z roczniakiem/dwulatkiem? smile interesujace
    usypianie dzieci to sprawa indywidualna, moje tez zasypiaja samodzielnie, ale
    dopuszczam mysl, ze bywaja inne dzieci, wymagajce wiecej zaanagazowania


    pokrecone masz myslenie, z jednej strony uwazasz, ze twoja matka tak dbajaca o
    wlasny czas i rozrywki byla jednak zaborcza, z drugiej uwazasz, ze dzisiejsze
    podejscie do dzieci zaborczosci sprzyja
    owszem, kiedys sie podchodzilo do dzieci inaczej, rzutowalo to dosc negatywnie
    na emocjonalne wiezi z rodzicami
    dzis sie dzieci wychowuje cieplej i rozumniej w moim odczuciu, daje im wiecej
    uwagi, ale nie kosztem rodzicow na pewno, a przynajmniej tak to w zdrowym
    ukladzie dziala

    a odchyly sa w kazda strone, i matki skupione na dziecku za bardzo - najczesciej
    te, ktore i przed dzieckiem niewiele w zyciu mialy do roboty, i matki
    rozmnazajace sie, bo dziadkowie cisneli i uciekajace od dziecka ile mozna

    za to klimat sie nieco dla dzieci ocieplil, wiecej sie zwraca uwagi na emocje
    dzieci, na to jak drobne niby sprawy rzutuja na dalsze zycie
    wychowanie dzieci to trudna sztuka, bledy robi kazdy, grunt by je wylapywac i
    naprawiac
    mi korczak i jego podejscie sa najblizsze, kocham moje dzieci i one to wiedza,
    ale bywam tez surowa i konsekwentna mama, stawiam granice tam gdzie sa potrzebne
    i sadze, ze ED w moim wykonaniu nie byloby ani proba zawlaszczenia dzieci i ich
    zycia dla siebie, jak to probujesz sugerowac


    > nie widzę różnicy między jedną i drugą matką. I jedna i druga tnie
    > kontakty dziecku, by mieć towarzystwo. DZiecko nie jest zabawką dla
    > rodziców. To rodzice mają zaspokoić potrzeby dziecka, a nie dziecko
    > potrzeby rodziców.

    no to jeszcze raz, metoda zdartej plyty, moze zaskoczysz
    dzieci edukowane w domu maja rozlegle kontakty z rowiesnikami, a homeschooling
    to dla rodzica praca i obowiazek, dla rozrywki nikt normalny tego robic nie
    bedzie, bo szybko wymieknie





    --
    "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
    prababcia Luśki
  • > Alergii raczej nie, natomiast może zzcząć to jeść nałogowo, bo
    > zakazany owoc kusi.

    serio?
    a skad dziecko wie, ze to zakazany owoc i ze ma kusic?
    tak samo sie rzuci na kazda rzecz, ktorej nie jadlo?
    dla kogos, kto jada smacznie i zdrowo, chips to sama sol gryzac w jezyk i nie
    smakuje po prostu
    jedzenie to bogactwo smakow, mozliwosci jest tak duzo, zeby kubkom smakowym
    dogodzic czyms fajnym, ze smieciowe zarcie wypada za nawias po prostu, pomijajac
    fakt, ze nie smakuje
    nawet czekolady maja ogromne roznice w smaku, lubie bardzo, ale niewiele jest
    dla mnie smacznych, a juz wszelkie tansze odpadaja, slodkie do zmulenia i gryza
    w gardlo od jakichs poprawiaczy smaku

    dobra, to juz zupelny offtopic, nie bede nawet kontynowac, bo same watki o
    jedzeniu na kilkaset postow bywaja
    eot
    --
    "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
    prababcia Luśki
  • Moja 50letnia kuzynka aranżuje małżeństwa swoich córek
    > ????????????
    > interesujace musi miec techniki wychowacze, ze corki sobie
    pozwalaja mezow
    > wybierac...

    niespecjalnie. Kuzynka mieszka na wsi, bo uciekła od złego świata, w
    właściwie nie na wsi, tylko w gospodarstwie poza wsią, córki miały
    najpierw do szkoły parę kilometrów, były dowożone i oczywiście nie
    kolegowały się z wiejskimi dziećmi, potem posyłane do szkoły
    klasztornej, obracają się wyłącznie w towarzystwie dzieci znajomych
    matki lub też jeżdżą na zamknięte rekolekcje i stamtąd przywozi się
    mężów. Po prostu nie znają innych środowisk, niż dzieci znajomych
    matki.

    twoja matka tak dbajaca o
    > wlasny czas i rozrywki

    - uderz w stół -nożyce się odezwą. Nie uważam, by pójście raz na
    miesiąc - 3 tygodnie do teatru lub na imieniny do znajomych i
    pozostawienie dziecka pod opieką babci były "takim dbaniem" o własny
    czas i rozrywki. Nie żartuj. O tym właśnie piszę,że takie, normalne
    moim zdaniem zachowania matki, która była zaborcza, wtedy jednak nie
    wywoływały negatywnej oceny. Dzisiaj oceniasz je nagtywnie i zapewne
    dzisiaj moja matka pod presją nie pozwalałaby sobie na takie
    zaniedbanie, a ja zmuszona byłabym dla mojego dobra nie mieć nawet
    tej rozmaitości, że co któryś wieczór spędzałam z babcią, a nie z
    mamą i nudziłabym się jeszcze bardziej.

    zaborczosc raczej wyniknie z chcrakteru rodzicow niz narzucanych form
    > wychowania dziecka

    owszem, ale pewne narzucane formy jej sprzyjają. Gdyby moja matka
    uginała się pod dzisiejszą presją i nie chodziła do tego teatru i
    miałą mniejszy krąg znajomych nie chodząc na żadne imieniny,
    nudziłaby się jeszcze bardziej i wobec tego wymagałaby ode mnie
    jeszcze bardziej dotryzmywania jej towarzystwa. Dla mnie
    błogosławieństwem był ten teatr raz na miesiąc, dobrze, że miała
    chociaż to.

    owszem, kiedys sie podchodzilo do dzieci inaczej, rzutowalo to dosc
    negatywnie
    > na emocjonalne wiezi z rodzicami
    > dzis sie dzieci wychowuje cieplej i rozumniej w moim odczuciu,
    daje im wiecej
    > uwagi, ale nie kosztem rodzicow na pewno, a przynajmniej tak to w
    zdrowym
    > ukladzie dziala

    w moim odcuzciu to, co za mojego dzieciństwa uchodziło za
    zaborczość, teraz uchodzi za zanidbywanie dziecka. Obserwują, że
    dzieci wychowuje się coraz mniej samodzielnie i coraz dłużej je
    odpępawia. I wcale nie sądzę, żeby wychodziło to na zdrowie. Ciepło,
    życzliwość i zrozumienie dla dziecka nie oznacza, że dzieci i
    rodzice mają mieć całkowice jedno życie.

    i matki
    > rozmnazajace sie, bo dziadkowie cisneli i uciekajace od dziecka
    ile mozna


    ciekawe techniki wychowawcze muszą mieć tacy dziadkowie, żeby zmusić
    dorosłą córkę i niechętną macierzyństwu do urodzenia dziecka tylko
    dlatego, że chcą mieć wnuka. Czy to nie świadczy o zaborczości
    takich dziadków jako rodziców? I dlaczego się dziwisz, że moja
    kuzynka aranżuje małżeństwa córkom, skoro twierdzisz, że istnieją
    kobiety, które rodzą dzieci tylko pod naciskiem swoich rodziców?
    Chyba to mniej więcej to samo?

    za to klimat sie nieco dla dzieci ocieplil, wiecej sie zwraca uwagi
    na emocje
    > dzieci, na to jak drobne niby sprawy rzutuja na dalsze zyci

    Oczywiście, że należy zwracać uwagę na emocje dzieci. Przede
    wszystkim dzieci należy traktować poważnie. Ale nie uważam, by
    wyjście raz na miesiąc do teatru i zostawienie dziecka z ukochaną
    babcią było lekceważeniem emocji dziecka.

    rachunek sumienia z roczniakiem/dwulatkiem? smile interesujace

    rachunek sumienia miałam, odkąd zaczęłam chodzić na religię dla
    przedszkolaków, czyli od czwartego roku życia. Pacierz wcześniej.
  • dzis sie dzieci wychowuje cieplej i rozumniej w moim odczuciu, daje
    im wiecej
    uwagi, ale nie kosztem rodzicow na pewno

    Oczywiście, że kosztem rodziców. Każdy, kto podejmuje się wychownia
    dzieci, podejmuje poważne obowiązki i liczy się z tym, że będzie to
    jego kosztem i będzie wymagało wielu ograniczeń. Ale nie w tym
    poblem. Problem w tym, by te koszty służyły dobru dziecka, a nie
    tylko umacnianiu przekonania rodziców, że są dobrymu rodzicami.
  • Mnie to nie dziwi - gdybym osobiscie miala spedzac caly prawie moj czas
    z rodzicami, pierwsza bym sie po nie zglosila, zeby dostarczyc sobie
    chociaz nieco rozrywki smile

    --
    I love my computer, because my friends live in it.
  • Agnieszka, demonizujesz. Sama mieszkam w UK i syn meza chodzi tu do
    colleagu. Nie jest latwo, bo i taki wiek, ze zycie jest trudne. Ale
    Twoja corka bedzie miala i tak ciezej od poczatku, bo bedzie juz na
    starcie inna, z racji nie bycia Angielka. I Ty, zamiast pomoc jej
    zaaklimatyzowac sie i zintegrowac ze spoleczenstwem, w ktorym
    przyjdzie jej zyc, chcesz ja od niego izolowac i kazac jej czytac
    polskie ksiazki?

    Angielski, jak sama pisalas, nie jest pierwszym jezykiem ani Twoim,
    ani meza. Nauczycie ja wiec z nieuniknionymi bledami, ktorych pozniej
    nie sposob sie oduczyc. Bedzie mowila w ebonics, a nie po angielsku.
    Jakim cudem chcesz ja wypchnac do Cambridge z takim przygotowaniem?

    Mysle, ze w Twoim przypadku role odgrywa jakis czynnik religijny, o
    ktorym wybralas nie pisac. Powiem Ci tylko tyle, ze moj maz, ktory
    jest Anglikiem i profesorem na uczelni, styka sie non-stop ze
    studentami, ktorzy urodzili sie i wychowali w Anglii - a nie mowia po
    angielsku. I wylatuja niestety, i wszedzie sa obcy. Nie rob tego
    swojej corce.

    Inna rzecz - chcialabyc pracowac u swojej matki? Albo zeby Twoj
    ojciec byl Twoim szefem? Ja troche tak pracowalam, i wolalabym
    zamiatac ulice, niz jeszcze raz znalezc sie w takiej sytuacji.

    Poza tym, wszystko dziala w dwie strony - kiedy corka zorientuje sie,
    ze uczysz ja zle, albo popelniasz bledy, moze stracic do Ciebie
    szacunek, i zadne 'zobacz, jak sie dla Ciebie poswiecam' Ci wtedy nie
    pomoze.
    --
    I love my computer, because my friends live in it.
  • college'u big_grin
    --
    I love my computer, because my friends live in it.

  • Mialabym taka propozycje na poczatek, by odpowiadac z cytowaniem, do
    czego sie odnosimy, bo bez tego, to ja czesto nie wiem na co
    odpowiadacie, i jak sie do tego odniescsmile, gdyz szukac 'drzewkiem'
    to sie niemal nie da przy tak duzym watku.

    --
    www.education-otherwise.org/
  • he he,już się odzywam.napiszę o tym,jak sobie radzimy.
    nas sytuacja wygląda tak-najstarsza córka ma 6 lat,zaczęła swoją edukację w
    zerówce,uczona w domu.umie pisać i czytać.z liczeniem jest gorzej,ale myślę,że
    jak na jej wiek,to i tak nieźle.nigdy nie trzeba jej było zachęcać do
    czytania,jeszcze jak my jej czytaliśmy.książeczki w kółko,aż do znudzenia.sama
    czyta tak gdzieś od wiosny,lata,czyli jak miała 5,5roku.jest dzieckiem,które
    bardzo szybko się uczy i od razu pamięta.bardzo ufna.aż za bardzo.jak coś jej
    pzrychodzi szybko,to jest dobrze,ale jak juz nad czymś trzeba posiedzieć,to juz
    się robią problemy.dlatego jest co z takim dzieckiem robić.pisać potrafi,czasem
    jej się mylą litery,ale nie chce jej się robić szlaczków i uczyć pisania
    starannego.lubi muzea,teatr ją trochę przeraża,bo bierze wszystko na serio.jest
    ciągle w ruchu.bardzo mi pomaga w domu.mamy książki ze szkoły,w której jest
    zapisana,ale dość ciężko przerabia się program,gdzie w kółko o chmurkach i
    pszczółkach.
    nie idziemy jakims specjalnym systemem,na razie traktujemy tematy trochę z
    doskoku,jeszcze sami musimy z mężem usiąść i przejrzeć program,żeby jakoś go
    rozłożyć w czasie.marcelinę jakiś czas tem bardzo interesowała druga
    wojna,teraz raczej siedzi z książkami o zwierzętach.
    ale cały czas jest małą dziewczynką,która chodzi z lalką i szuka krasnoludkówsmile
    teraz dlaczego ED-bo nam się podobasmilefajne jest to,że ma się dużo czasu na
    robienie tego,co robiłoby się pewnie tylko w weekendy,albo w ogóle nie
    robiło.druga sprawa-jestem dość poważnie chora(mam ziarnicę),więc i tak jestem w
    domu.dzieci są ze mną.naturalnym jest,że coś się w tym domu robi
    razem...sprząta,bałagani,uczy różnych rzeczy...
    a trzecia sprawa-szkoła w naszej miejscowości oddalona jest od nas 5km,co prawda
    ludzie się jakoś organizują i wożą wspólnie(nie mamy samochodu),ale nam to jakoś
    nie podeszło.
    mamy troje dzieci,średnie-chłopiec-kończy 4 lata w styczni,zobaczymy co będzie z
    nim,na razie widać,że lubi oglądać książki,szczególnie te o
    strażakachsmilenajmłodsza ma niecałe 2 lata,teraz specjalizuje się w robieniu
    wszystkiego odwrotnie niż my chcemysmile
    nie mamy ambicji uczenia dzieci do czasu studiów,ale nie ograniczamy sobie czas
    nauczania.zobaczymy.
    kontakty z innymi mamy,wszyscyśmy wielodzietni,więc wystarczy,że spotkają się
    trzy rodziny i mamy przedszkole gotowe.a co do wspomnień ze szkoły,to ja ją
    uwielbiałam,a mąż miał prawie cały czas indywidualny tok(no i wyrósł z niego
    filozofsmile).
    pozdrawiam.agnieszko,odezwe się,bo nasza szkoła ma jakiś specjalny program do
    dzieci za granicą.

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/photo/8/ti/ra/yqar/zJWh7R8bDx0GDCyAoA.jpg
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/photo/8/ti/ra/
  • srebrnarybka napisała:
    >
    > Rodzice, którzy posyłają dziecko do szkoły, także biorą
    > odpowiedzialność za edukację swoich dzieci. Tylko uważają, że
    > profesjonalny nauczyciel dokona jej lepiej niż rodzice, którzy nie
    > są do tego przygotowania.

    Pewnie tak uważają i tak by chcieli, żeby było. Niestety tu jest
    wiele rozczarowanych. Jak trafisz na złego nauczyciela wychowawcę
    szczególnie w pierwszych latach edukacji to może to skutkować na
    całe życie. I mam tu na mysli nie tyle wyedukowanie nauczyciela
    tylko samo podejście do dzieci.
  • Problem w tym, że rodzice moga sami nie zauważac, ze jako
    nauczyciele maja złe podejscie do dziecka - i to nie
    tylko "skutkuje" na całe życie, ale w dodatku dziecko nie ma zadnej
    instancji odwoławczej.

    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • Ja szesciolatka tez uczylam w domu, choć chodził do przedszkola, ale
    prawde mowiac nie uwazam uczenia dzieci w tym wieku za edukacje
    domową. Jest bowiem spora róznica pomiedzy szesciolatkiem, ktory
    uczy sie rzeczy podstawowych, i towarzystwo rodzeństwa i rodziny mu
    moze spokojnie wystarczyć - i tak nie jest samodzielny, a
    nastolatkiem, ktory uczony w domu jest pozbawiony wielu możliwosci
    decydownia sam o sobie. Może bowiem wybierac tylko z tego, co
    zaproponuja mu rodzice.
    Nastolatek z natury rzeczy powinien odalac się od domu, zacząć zyć
    także poza nim. Gdy jest uczony przez wlasnych rodzicow może tylko
    im sie podporzadkowac, albo zbuntowac, nie ma szans na powolne, ale
    harmonijne oddalanie się od domu.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • verdana napisała:

    > Socjalizacja nie jest smieszna.
    Socjalizacja jest bardzo ważna ale przecież socjalizację i edukację
    można śmiało rozłączyć. Z pożytkiem dla tej drugiej. Czy nie jest
    lepiej gdy dzieci ucza sie w jak najmniejszych grupach? w ogóle
    komfortowo byłoby gdyby każdy uczeń miał swojego nauczyciela smile i
    potem dzieci spotykałyby sie w grupach na wspólna zabawę. Liczne
    klasy nie sprzyjają dobrej edukacji a przecież idac Twoim tokiem
    myslenia czyli socjalizacja = edukacja powinny być jak
    najliczniejsze wink

  • verdana napisała:

    > Problem w tym, że rodzice moga sami nie zauważac, ze jako
    > nauczyciele maja złe podejscie do dziecka

    Trochę odwróciłas kota ogonem. Oczywiscie że może sie zdarzyć że
    rodzic nauczajacy ma złe podejście do dziecka /chociaz szczerze
    watpię - to trudne zadanie i jeżeli juz rodzic sie podejmuje to
    dołoży wszelkich starań/ale wcale nie jest tak że zawsze nauczyciel
    z racji swojego wykształcenia gwarantuje lepszą edykacje niz matka w
    domu. Tak uważa srebrnarybka.
  • aagnie.szkaa napisała:


    > Choc jak juz pisalam, obserwuje sie tendencje wzrostowa, coraz
    > wiecej wspolczesnych rodzicow decyduje sie na wziecie
    > odpowiedzialnosci za edukacje swoich dzieci.

    I bardzo pięknie... Właściwie widze w edukacji domowej same plusy.
    Jeżeli tylko rodzice mają czas i czują sie na siłach to tylko
    pozazdrościć smile
    >
  • verdana napisała:

    > Ja szesciolatka tez uczylam w domu, choć chodził do przedszkola,
    ale
    > prawde mowiac nie uwazam uczenia dzieci w tym wieku za edukacje
    > domową. Jest bowiem spora róznica pomiedzy szesciolatkiem, ktory
    > uczy sie rzeczy podstawowych, i towarzystwo rodzeństwa i rodziny
    mu
    > moze spokojnie wystarczyć

    Sześciolatkowi też raczej towarzystwo rodzeństwa i rodziny nie
    wystarczy ale ty wciąz mylisz edukację z socjalizacją

    > nastolatkiem, ktory uczony w domu jest pozbawiony wielu możliwosci
    > decydownia sam o sobie. Może bowiem wybierac tylko z tego, co
    > zaproponuja mu rodzice.

    A co to za róznica czy proponuja rodzice czy tez nauczyciele w
    szkole? Potrzeba decydowania o sobie może sie ujawnic i tu i tu.

    > Nastolatek z natury rzeczy powinien odalac się od domu, zacząć zyć
    > także poza nim. Gdy jest uczony przez wlasnych rodzicow może tylko
    > im sie podporzadkowac, albo zbuntowac, nie ma szans na powolne,
    ale
    > harmonijne oddalanie się od domu.

    Niejeden nastolatek edukowany w szkole czuje sie także zupełnie
    podporządkowany rodzicom. To kwestia podejście.
  • a ja się trochę z verdaną zgadzam,trochę.znam przykład matki samotnie
    wychowującej syna,która właśnie doprowadziła do tego,ze syn,zdecydowanie
    nastoletni,jest z nią wszędzie.nie wiem,jak będzie u nas,ale mam nasze dzieci są
    na tyle asertywne,że nam wygarną w oczy,jak będą nas miały dosyćsmile
    tylko verdano,niestety,sześciolatki są już objęte państwową edukacją,więc nie
    chcąc posyłać dziecka do zerówki/wczesnej podstawówki,uczymy je w domu.dlatego
    ED.nie jestem zaciekłą przeciwniczką szkoły a idealizowania nauki w domu,sami
    prawdopodobnie przeprowadzimy się w pobliże teściów,bo już widzimy,że trzeba
    będzie poświęcić więcej czasu dla dzieci,co teraz jest niemożliwością.po prostu
    chcielibyśmy wychować dzieci,które będą dobrymi ludźmi,otwartymi na świat i
    innych,ale też potrafiące bronić swoich przekonań.może
    idealistycznie,zobaczymy.dla nas nie jest ważne,czy dzieci będą naukowcami czy
    będą zamiatać ulice,każdy zawód jest potrzebny.byle byliby szczęśliwi w tym,co
    robią.traktujemy w tej chwili ED jako podstawę ich edukacji,żeby potem potrafili
    się poruszać w świecie nauki,internetu,codziennym życiu.i nic na siłę(oprócz
    niektórych obowiązków,do których czasem trzeba ich silniej zachęcaćsmile)
    pozdrawiam.
    --
    fotoforum.gazeta.pl/photo/8/ti/ra/yqar/lULzWTAC0olZueO5WB.jpg
  • Ale wtedy w odwodzie sa jeszcze rodzice, ktorzy wspieraja dziecko.
    W wypadku rodziców, ktorzy nie zauwazaja swoich błedow dziecko nie
    ma już nikogo.
    Prawdę mowiac, większość znanych mi osob, ktora probuje uczyc wlasne
    dzieci odnosi sukcesy do momentu, gdy okazuje się, ze dziecko wcale
    nie jest wybitnym uczniem,że nie ma ochoty sluchac nauczyciela, ze
    nie rozumie piątego tłumazenia z rzedu. Wtedy rodzic zazwyczaj
    gniewa się na dziecko - a nie na siebie.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • Nie myle edukacji z socjalizacją. szesciolatkowi absolutnie
    wystarczy bowiem socjalizacja "pod okiem rodzica' - place zabaw,
    dzieci znajomych rodzicow, zajecia, na ktore prowadzi mama.
    Szesciolatki zazwyczaj bawia się pod opieką doroslych, chodza na
    zajecia wybrane przez doroslych i nie ma w tym nic, co zagrazaloby
    ich rozwojowi.
    Natomias nastolatek potrzebuje socjalizacji i towarzystwa
    rowiesników bez rodzicelskiego nadzoru i mozliwosci wyboru nie tylko
    sposód tego, co zaproponuja mu rodzice. A jaka jest róznica -
    piszesz troche tak, jakby dziecko wyslane do szkoły traciło
    rodziców. Tymaczasem dziecko, ktore uczy się poza domem ma bez
    porownania większy wybor - i to co proponuja rodzice i szkola i
    rowieśnicy. dziecko uczone w domu musi zadowolic się tylko jednym
    źrodlem.
    Jesli nastolatek uczacy się w szkole jest podporzadkowany totalnie
    rodzicom, to oznacza powazne błędy wychowawcze. Nastolatek uczony w
    domu z definicji jest podporzadkowany rodzicom - i to nie jest błąd?
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • A ja nie jestem fanatyczna zwolenniczka wysylania malych dzieci do
    szkoly, niezaleznie od okolicznosci. Moj syn nie chodzil do
    obowiazkowej zerowki i przezył. Ale uwazam, ze to dotyczy tylko
    małych dzieci (najwyżej do 9-10 lat) i nigdy - jedynaków. I z jedna
    opcja - wyslania nawet malego dziecka do szkoły, w dniu, gdy powie,
    ze chcialoby tam chodzic.
    --
    Mops i kot

    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
  • Autorka wątku najzwyczajniej w świecie ma BARDZO MOCNO rozbudowaną,
    hmm..., żądzę (?) kontrolowania na maksa każdego elementu i momentu
    życia swojego dziecka. Psycholog może już nie wystarczyć.
    Oczywiście, jest to rozpaczliwa próba "zrekompensowania" sobie "na
    dziecku" niezbyt udanego (we własnym mniemaniu) dzieciństwa. Czyli
    droga donikąd.

    Ale rozumiecie... Dziewczyna nie musi posyłać córki do jakiejś tam
    szkoły - bo przecież mąż musi wyjeżdżać... Matko, gdzie tu związek?
    To mąż będzie wyjeżdżał przecież; dziecko z mamą mogą zostać gdzieś
    tam...

    A krzywdzenie małego stworzenia to przecież drobiazg.
  • ty wciąz mylisz edukację z socjalizacją

    Verdana tych pojęć nie myli, tylko twierdzi, że ED nie jest dobra
    ani pod względem edukacji, ani pod względme socjalizacji.

    A co to za róznica czy proponuja rodzice czy tez nauczyciele w
    > szkole? Potrzeba decydowania o sobie może sie ujawnic i tu i tu.

    Nastolatek ma wtedy większy wybór i spotyka się z różnymi sposobami
    myślenia. Możliwość decydowania o sobie jest więc większa.

    Niejeden nastolatek edukowany w szkole czuje sie także zupełnie
    > podporządkowany rodzicom. To kwestia podejście.

    Owszem, i dlatego właśnie należy nastolatkom ułatwiać
    uniezależnienie się do rodziców przez włączanie ich w dodatkowe
    środowiska.
  • To, o czym piszesz, to normalna zachowanie kulturalnej rodziny i
    spędzanie czasu z dzieckiem niezależnie od tego, czy chodzi do
    szkoły, przedszkola, zerówki. Problem jest na etapie późniejszym niż
    6 czy 5,5 latka.

    nie idziemy jakims specjalnym systemem,na razie traktujemy tematy
    trochę z
    > doskoku,jeszcze sami musimy z mężem usiąść i przejrzeć
    program,żeby jakoś go
    > rozłożyć w czasie.marcelinę jakiś czas tem bardzo interesowała
    druga
    > wojna,teraz raczej siedzi z książkami o zwierzętach.

    na etapie 6atki OK, bo II wojna i tak nie wchodzi do programu
    zerówki. Ale takie podejście, zachwalane przez miłośniczki ED, na
    dalszym etapie wydaje mi się błędne. Nie można uczyć się tylko tego,
    co w danej chwili wydaje się interesujące, bo systematyczne
    opanowanie jakieś dziedziny, nawet takiej, która nas bardzo
    interesuje, wymaga nauczenia się także tych jej części, które są
    mniej interejące, a także wielu żmudnych czynności, które składają
    się na całość. Przyjemnie jest mówić obcym językiem, ale wymaga to
    żmudnej nauki słówek i zasad ortografii. Może kogoś interesować
    matematyka, ale niekoniecznie musi lubić rachunek
    prawdopodobieństwa. Ktoś może uwielbiać czytać ksiązki, ale nudzie
    go gramtyka, którą jednakowoż znać (i zdać) trzeba. Ktoś uwielbia
    zwierzęta, ale dla opanowania biologii musi też uczyć się o
    roślinacb. Jestem badaczem historii, ale od podstawówki interesowała
    mnie przede wszystkim historia średniowieczna, inne epoki mniej, a
    XIX w. i historia najnowsza mnie nudzi. Niemniej jednak uczyłam się
    tego i zaliczałam, nawet na 5 (6 wtedy nie było), bo wiedziałam, że
    jest to niezbędne zarówno do tego, by móc dostać się na umiłowaną
    historią, jak i do pewnej wiedzy ogólnej (to, że wyprawy krzyżowe
    uważam za nieporównanie ciekawsze od II wojny światowej, nie znaczy,
    bym, jako kulturalny człowiek, mogła nie wiedzieć kiedy ta wojna
    wybuchła i nie znać jej przebiegu). etc. etc. Nauka szkolna wymusza
    tę systematyczność i moim zdaniem jest to dobre doświadczenie na
    przyszłość - uczy, że nie zawsze w życiu robi się to, na co się ma
    ochotę, i że nielubiane obowiązki też można i należy wykonywać
    dobrze.

    jestem dość poważnie chora(mam ziarnicę),więc i tak jestem
    > w
    > domu.dzieci są ze mną


    życzę zdrowia. To, co napiszę, może być dla Ciebie przykre, z góry
    przepraszam. Jeśli jesteś poważnie chora, to dzieci tym bardziej
    powinny mieć inne, niezależne od domowego środowisko, bo przebywanie
    cały czas w domu, gdzie wszyscy martwią się o zdrowie mamy, nie jest
    też dobre dla dzieci. Sama mam takie doświadczenia: gdy miałam 4
    lata, moja matka zachorowała na ciężkie zapalenie płuc, potem ojciec
    miał poważną operację kamicy nerkowej wiążącą się zagrożeniem życia,
    gdy miałam 6 lat, u mieszkającej z nami babci wykryto raka, zmarła
    po 9 miesiącach, gdy miałam 8 lat, ojciec przeszedł ciężki zawał.
    Nie chodziłam do przedszkola, przebywałam w domu prawie stale i
    pamiętam, jak bawiłam się w pokoju, gdzie leżała chora na płuca
    matka i najczęściej spała (innego pokoju nie mieliśmy), a ja co
    chwila sprawdzałam, czy jeszcze żyje. Byłoby dużo lepiej, gdybym w
    tym czasie bawiła się z innymi dziećmi w przedszkolu i miała kawałek
    własnego życia, niezależny od rodziców i ich zmartwień.
    Przepraszam, domyślam się, że zrobiłam Ci przykrość. Nikt nie jest
    winien temu, że jest chory, ale trzeba mieć świadomość, że choroby w
    domu stanowią traumę dla dzieci i starać się tę traumę
    zmininalizować.


  • i właśnie dlatego uważam,że nie da sie na siłę przekonać kogoś do czego jest
    uprzedzony.ja sie nie obrażam jak ktoś pisze inaczej,niż ja.my akurat tak
    żyjemy,inni inaczej.nie robimy nic zabronionego,a czasem mam wrażenie,że toczymy
    walki jak te o karmienie piersią czy noszenie w chuście.na szczęście jest
    wolność wyboru i nie muszę się nikomu przed tym tłumaczyć.
    a o mojej chorobie dzieci wiedzą niewiele,ziarnica jest na szczęście
    uleczalna.oczywiście,że ją przeżywamy,nie da się inaczej.ale to nie jest ten wątek.
    --
    fotoforum.gazeta.pl/photo/8/ti/ra/yqar/lULzWTAC0olZueO5WB.jpg

  • croyance napisała:

    > Agnieszka, demonizujesz. Sama mieszkam w UK i syn meza chodzi tu
    do
    > colleagu. Nie jest latwo, bo i taki wiek, ze zycie jest trudne.
    Ale
    > Twoja corka bedzie miala i tak ciezej od poczatku, bo bedzie juz
    na
    > starcie inna, z racji nie bycia Angielka. I Ty, zamiast pomoc jej
    > zaaklimatyzowac sie i zintegrowac ze spoleczenstwem, w ktorym
    > przyjdzie jej zyc, chcesz ja od niego izolowac i kazac jej czytac
    > polskie ksiazki?
    >
    Tak dla scislosci, to ksiazki polskie, francuskie i angielskie,
    kompletuje wcale duza kolekcje literatury, takze bedzie w czym
    wybierac wink.


    > Angielski, jak sama pisalas, nie jest pierwszym jezykiem ani
    Twoim,
    > ani meza. Nauczycie ja wiec z nieuniknionymi bledami, ktorych
    pozniej
    > nie sposob sie oduczyc. Bedzie mowila w ebonics, a nie po
    angielsku.
    > Jakim cudem chcesz ja wypchnac do Cambridge z takim przygotowaniem?

    Nie bedziemy jej uczyc jezyka angielskiego, wlasnie ze wzgledu na
    ewentualne bledy, ktore moglaby od nas przejac.
    Ja bede ja uczyla polskiego, maz francuskiego, a na tej podstawie
    nabuduje sobie jezyk angielski, korzystajac z zajec dodatkowych,
    kontaktow z anglojezycznymi rowiesnikami i naszymi znajomymi.

    > Mysle, ze w Twoim przypadku role odgrywa jakis czynnik religijny,
    o
    > ktorym wybralas nie pisac. Powiem Ci tylko tyle, ze moj maz, ktory
    > jest Anglikiem i profesorem na uczelni, styka sie non-stop ze
    > studentami, ktorzy urodzili sie i wychowali w Anglii - a nie mowia
    po
    > angielsku. I wylatuja niestety, i wszedzie sa obcy. Nie rob tego
    > swojej corce.

    Nie ma czynnika religijnego, poniewaz zasadniczo jestesmy z mezem
    niewierzacy (a szkoda, bo gdybysmy wierzacy byli, moznaby bylo Sare
    takze w jakies koscielne aktywnosci rowiesnicze zaangazowac).
    Nie wiem, co dokladnie masz na mysli piszac o wylatujacych
    studentach wychowanych w UK, nie mowiacych po angielsku- jak to sie
    stalo, ze nie mowia (a przeciez chodzili chyba do szkol tutaj) uncertain
    Sarah bedzie wladala angielskim plynnie, za to recze.

    > Inna rzecz - chcialabyc pracowac u swojej matki? Albo zeby Twoj
    > ojciec byl Twoim szefem? Ja troche tak pracowalam, i wolalabym
    > zamiatac ulice, niz jeszcze raz znalezc sie w takiej sytuacji.

    A skad takie pytanie?


    --
    04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
  • verdana napisała:


    > Natomias nastolatek potrzebuje socjalizacji i towarzystwa
    > rowiesników bez rodzicelskiego nadzoru i mozliwosci wyboru nie
    tylko
    > sposód tego, co zaproponuja mu rodzice.

    No ale kto mu broni kontaktu z rówieśnikami? Czy kontakt z
    rówieśnikami zapewnia tylko szkola? W sumie o tym jak uczy sie i
    spędza czas dziecko czy nastolatek decyzduja jednak rodzice a to czy
    młody człowiek ma dużo do powiedzenia w kwestii decydowania o sobie
    to juz kwestia wychowania, stosunków panujących w rodzinie itd.
    Niektórzy nie moga poprostu wyobrazić sobie innej formy edukacji jak
    szkoła. Mam jednak nadzieje że DE będzie zataczać coraz szersze kręgi
  • srebrnarybka napisała:

    > Verdana tych pojęć nie myli, tylko twierdzi, że ED nie jest dobra
    > ani pod względem edukacji, ani pod względme socjalizacji.

    Nie umie rozdzielić jednego od drugiego bo głównym minusem ED jest
    dla niej brak socjalizacji. Tymczasem jak się dłużej zastanowić to
    dla samej edukacji socjalizacja jest wcale nie potrzebna i można by
    to z powodzeniem rozdzielić. Mam takiego jednego młodego kuzyna
    odludka. Chodzi do szkoły a jakże, osiąga bardzo dobre wyniki ale po
    szkole prosto do domku. Nie ma kolegów. Wręcz unika rówieśników. Ja
    sie pytam - gdzie ta socjalizacja szkolna w jego przypadku?
  • Verdana obszernie omawiała minusy ED i w dziedzinie edukacji i w
    dziedzinie socjalizacji.
    Co do kuzyna:
    1. dzięki temu, że chodzi do szkoły, miał szansę poznać kolegów i
    nauczyć się kontaktu z nimi. To, że woli tego nie robić - jego
    sprawa, ludzie są różni, ale nie ma powodu ograniczać mu takiej
    szansy.
    2. gdyby nie chodził do szkoły, mógłby być jeszcze większym
    odludkiem.
    3. doświadczenia szkolne mogą zaprocentować w przyszłości, bo kiedyś
    może trafić na środowisko, w którym odnajdzie się lepiej.
    4. jaka krzywda dzieje mu się przez to, że chodzi do szkoły?
  • wysłałam WAm wiadomość na skrzynkę gazetową.pozdrawiam.
    --
    fotoforum.gazeta.pl/photo/8/ti/ra/yqar/piCiTLi0BnILOZOd9B.jpg
  • Mamo.rózy - mój kuzyn jest już ponad 3lata w remisji. Całe jego leczenie ZZ
    trwało 9mc. Poza kilkoma dołkami po wlewach chodził do pracy i żył normalnie (na
    ile się dało wink) A od roku jest szczęśliwym Tatą ;-p
    Życzę dużo zdrówka i wytrwałości.
    Pozdr
  • srebrnarybka napisała:

    > 4. jaka krzywda dzieje mu się przez to, że chodzi do szkoły?

    Krzywda? Może i niewielka - tylko nerwica smile ale gdzie ta wspaniała
    socjalizacja w jego przypadku?

  • dzięki,ja właśnie kończę leczenie.wszystko jest ok.pozdrawiamsmile
    --
    fotoforum.gazeta.pl/photo/8/ti/ra/yqar/lULzWTAC0olZueO5WB.jpg
  • bardzo ciekawe ,zgadzam sie w 100%.
  • po pierwsze niechodzi o postacie superwybitne bo to tak jak oceniać
    sport uprawiany dla zdrowia do sportu wyczynowego ,po drugie pewnie
    dzieci uczone w domu są inteligentniejsze niż przeciętnie ale
    głownie to dlatego że ich rodzice też mają pewnie statystycznie
    wyższe IQ a my musimy porównać systemy edukacyjne .
    skłaniam sie do opini iż edukacja lepiej przebiega w domu a w
    radzeniu sobie z trudnościami(socjalizacją ) publiczna szkoła równie
    mało pomaga jak dom.
    przecież w dorosłym życiu niebędziemy działać w tak licznych
    zespołach jak 30 osobowa klasa .
    raczej 3-4 osobowe zespoły.
  • oczywiście mam na myśli jedynie nauczanie początkowe ,potem należy
    sie zastanowić nad kompetecjami nauczycieli.
  • wydaje mi sie że najlepszym wyjściem była by szkoła o niskiej
    liczebości na zajęciach edukacyjnych a różnej liczebności na
    zajęciach socjalizujących . nauka radzenia sobie z nieznośnymi
    kolegami która staje sie udziałem dzieci głównie w szkołach
    publicznych jest zupełnie zbyteczna w dorosłym życiu a w
    młodzieńczym jako taka w zupełności sprawdza sie umiejętnośc
    dawania w dzioba (jakiś boks czy karate ).
    w dorosłym życiu 30 osobowe zespoły w pracy występują zbyt żadko .

  • jotde2 napisał:

    > po pierwsze niechodzi o postacie superwybitne bo to tak jak
    oceniać
    > sport uprawiany dla zdrowia do sportu wyczynowego ,po drugie
    pewnie
    > dzieci uczone w domu są inteligentniejsze niż przeciętnie ale
    > głownie to dlatego że ich rodzice też mają pewnie statystycznie
    > wyższe IQ a my musimy porównać systemy edukacyjne .

    Myslisz, ze ED przeklada sie na wyzsze IQ?
    Nigdy bym na to nie wpadla wink

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/u/aagnie.szkaa.html -nasze
    foty
  • > Myslisz, ze ED przeklada sie na wyzsze IQ?
    > Nigdy bym na to nie wpadla wink

    a skąd .edukacja ma niewielki wpływ na IQ ale na wiedze i
    umiejętności i postawy może mieć znaczny.
    sądze że do edukacji domowej statystycznie rzadziej trafiają dzieci
    osób o niższej ilteligencji .
  • Pozazdrościć znajomości literatury, historii, języków obcych,
    biologii, geografii, fizyki, astronomii, chemii, matematyki,
    gramatyki.... i wielu, wielu przedmiotów uczonych w szkołach.
    Moim zdaniem homeschooling jest wyrazem snobizmu i egoizmu rodziców,
    którzy odcinając dziecko od zróżnicowanego środowiska, nie pozwalają
    mu na nauczenie się postępowania w dorosłym świecie. Ciekawa jestem,
    jak wyglądaja domowe eksperymenty chemiczne.
    Verdana - 100 % popieram. Nigdy nie zdobyłąbym się wobec mioch
    dzieci na taki egoizm, jakim jest odizolowanie ich w domu. I nie
    wierzę, sorry, nie wierzę w omnibusowatość rodziców. Mimo wszystkich
    pięknych teorii więcej moim zdaniem jest wad niż zalet tego systemu.
    A ludzie przytoczeni na początku nie byli uczeni przez własnych
    rodziców, tylko wynajętych, PRZYGOTOWANYCH do tego ludzi.
  • A nie bierzesz pod uwagę, że Sara nie będzie miała szansy na naukę w
    szkole, o której bedzie śniła daletgo, że Ty jej do niej nie
    przygotujesz? Że nie będzie w stanie zdać egzaminów wstępnych (o ile
    takie są), czy nawet rozumieć, o czym mówi się na lekcji (jeśli już
    tam się dostanie), bo nie będzie znała podstaw? Bo Ty ich nie znasz?

  • wana napisała:

    > A nie bierzesz pod uwagę, że Sara nie będzie miała szansy na naukę
    w
    > szkole, o której bedzie śniła daletgo, że Ty jej do niej nie
    > przygotujesz?

    wierze w to, ze jesli nastolatek bedzie marzyl o jakiejs szkole, to
    zrobi wszystko co w jego mocy, by sie do ewentualnych egzaminow
    przygotowac.
    Rodzic nie wciska wiedzy dziecku do glowy, chetnemu dziecku rodzic
    pomoze w znalezieniu sposobu na zdobycie potrzebnej wiedzy.

    Dzieci nie sa tak glupie, jak sie Tobie wiraznie wydaje, nauczyciel
    takze w sposob magiczny wiedzy do glow uczniom nie wklada, duza
    czesc to motywacja (zadkosc w szkolach) i autoedukacja, przy nauce
    domowej dochodzi uczenie rownolegle, ktore jest ogromna frajda dla
    dziecka.

    I jest bajka, Sara jest szczesciara smile.

    --
    <*>
    fotoforum.gazeta.pl/u/aagnie.szkaa.html -nasze
    foty
  • >chetnemu dziecku rodzic
    Właśnie: chętnemu.
  • Najlepsza bylaby szkola z bardzo malymi klasami, niekoniecznie
    rocznikowymi, zupelnie indywidualnycm tokiem nauczania, niekladaca
    nacisku na uczenie dla oceny. Modelem skandynawskim.

    Z masowcyh szkol publicznych niestety wiekszosc wychodzi jak po
    urawnilowce, nie wychylac sie, nie narazac, nie angazowac,
    przetrwac, nie beda sie czepiac. Zabija sie talenty, chec zdobywania
    wiedzy, naturalna ciekawosc poznawcza, uczniowie lubia te
    przedmioty, jak trafia na nauczyciela-pasjonata. Jak nie ma
    srodowiska domowego, ktore utrawaloby i pielegnowalo
    zainteresowania, to dziecko sie zagubi, talent zmarnuje.
    Sama sie zastanawiam jak to zbalansowac, na ED absolutnie sie nie
    nadaje i nie chce, nie czuje, nie lubie podpietej do tego ideologii,
    nie mam misji i nie podjelabym sie odpowiedzialnosci i
    eskperymentowania na wlasnym dziecku.
    Nie mam odpowiedzi.
    jak na razie moj introwertyczny i towarzyski inaczej przedszkolak-
    zerowkowicz czuje sie tam jak ryba w wodzie.
(201-300)
przejdź do: 1-100 101-200 201-300 301-400 401-431
(401-431)

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Zadaj pytanie na Forum

Za darmo

Na każdy temat

Tysiącom użytkowników

Zapytaj

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.