• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego

Nauczanie domowe- homeschooling Dodaj do ulubionych

  • 02.10.09, 23:04

    Zeby nie zasmiecac watku o problemach w przedszkolu zalozylam nowy
    watek smile.


    morekac napisała:

    BTW: ten system zastosował Stanisław Witkiewicz względem
    Witkacego...

    Noooo, nie tylko Witkacy to 'homeschooler', mamy takze:


    Artists
    Claude Monet
    Grandma Moses
    Leonardo da Vinci
    Rembrandt Peale

    Athletes
    Jason Taylor
    Tim Tebow
    Serena Williams
    Venus Williams

    Authors
    Agatha Christie
    Alex Haley
    Beatrix Potter
    C.S. Lewis
    Charles Dickens
    George Bernard Shaw
    Hans Christian Anderson
    Louisa May Alcott
    Margaret Atwood
    Mark Twain
    Phillis Wheatley
    Pearl S. Buck
    Robert Frost
    Virginia Woolf

    Businessmen
    Andrew Carnegie
    Colonel Harland Sanders
    Dave Thomas
    Joseph Pulitzer
    Ray Kroc

    Composers
    Felix Mendelssohn
    Irving Berlin
    John Philip Sousa
    Wolfgang Amadeus Mozart

    Entertainers
    Alan Alda
    Charlie Chaplin
    Christina Aguilera
    Dakota Fanning
    Hanson
    Hillary Duff
    Jennifer Love Hewitt
    Justin Timberlake
    LeAnne Rimes
    Louis Armstrong
    Whoopi Goldberg

    Explorers
    Davy Crockett
    George Rogers Clark

    Inventors
    Alexander Graham Bell
    Benjamin Franklin
    Cyrus McCormick
    Eli Whitney
    Thomas Edison
    Orville Wright
    Wilbur Wright

    Military Leaders
    Douglas MacArthur
    George Patton
    John Paul Jones
    Robert E. Lee
    Stonewall Jackson
    Matthew Perry

    Photographers
    Ansel Adams

    Presidents
    Abraham Lincoln
    Andrew Jackson
    Franklin Delano Roosevelt
    George Washington
    Grover Cleveland
    James Garfield
    James Madison
    John Adams
    John Quincy Adams
    John Tyler
    Theodore Roosevelt
    Thomas Jefferson
    William Henry Harrison
    Woodrow Wilson

    Religious Leaders
    Brigham Young
    Dwight L. Moody
    Joan of Arc
    John & Charles Wesley
    William Carey

    Scientists
    Albert Einstein
    Blaise Pascal
    Booker T. Washington
    George Washington Carver
    Pierre Curie

    Statesman
    Alexander Hamilton
    Daniel Webster
    Patrick Henry
    William Jennings Bryan
    William Penn
    Winston Churchill

    United States Supreme Court Judges
    John Jay
    John Marshall
    John Rutledge
    Sandra Day O’Connor

    Women
    Abigail Adams, wife of John Adams
    Clara Barton, started the red cross
    Florence Nightingale, nurse
    Martha Washington, wife of George Washington
    Susan B. Anthony, women’s rights leader

    Famous Homeschooling Parents
    Lisa Whelchel
    Kelley Preston and John Travolta
    Will and Jada Pinkett Smith

    --
    www.dzikiedzieci.pl/

    04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
    Edytor zaawansowany
    • 02.10.09, 23:06
      Cóż, w czasach, gdy wychowywały sie wymienione osoby po prostu
      byłinny system szkolny.
      --
      Mops i kot

      img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
      • 02.10.09, 23:09
        I jeszcze jedno - widac, ze wybitni absolwenci 'domowego nauczania"
        dadza się wyliczyc na dwoch stronach . Tych, co byli wybitni i
        skończyli szkoly wyliczyc ise jakos nie da - sa ich tysiące.

        --
        Mops i kot

        img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
        • 02.10.09, 23:14
          Sa ich tysiace, bo dzieci uczace sie w domu , a nie w szkole to,
          kropla w morzu.
          Choc jak juz pisalam, obserwuje sie tendencje wzrostowa, coraz
          wiecej wspolczesnych rodzicow decyduje sie na wziecie
          odpowiedzialnosci za edukacje swoich dzieci.

          --
          www.dzikiedzieci.pl/

          04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
          • 02.10.09, 23:16
            > Choc jak juz pisalam, obserwuje sie tendencje wzrostowa, coraz
            > wiecej wspolczesnych rodzicow decyduje sie na wziecie
            > odpowiedzialnosci za edukacje swoich dzieci.


            Owszem, bo i poziom lęku nieustannie wzrasta.
            --
            "Bo do tego trzeba serca, miłości, przyjaźni... Ale powiem wprost: najważniejszy
            jest spirytus."
            Pani A., mistrzyni nalewek
            • 02.10.09, 23:25

              nangaparbat3 napisała:
              > Owszem, bo i poziom lęku nieustannie wzrasta.

              Nie bez powodu zdaje sie smile.

              Dlugo z mezem rozmawialismy, zglebialismy wiedze, przed podjeciem
              decyzji o nauczaniu domowym, i po prostu, uznalismy, ze wiecej
              szkody niz pozytku przyniosloby jej spedzanie 6 godz dziennie w
              srodowisku szkolnym.
              Nie uwazamy sie za osoby mniej kompetentne niz nauczyciele szkolni,
              a wyciaganie problemu socjalizacji jest smieszny.
              Wciaz jeszcze sa ,playgrupy,, dzieci naszych przyjaciol, zajecia
              dodatkowe, wyjazdy, obozy, inni homeschoolerzy (w UK sporo jest grup
              rodzicow nauczajacych spotykajacych sie regularnie).

              Nie widze zadnego przeciw-same ZA smile.

              --
              www.dzikiedzieci.pl/

              04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
              • 03.10.09, 14:06
                Socjalizacja nie jest smieszna.
                Twoja corka nigdy nie wygra konkursu na najladniejszy obrazek w
                klasie. Nigdy tez nie przegra... Nie bedzie miala żadnej najblizszej
                przyjaciółki, z ktorą po lekcjach będzie wracała plotkujac do domu.
                Nigdy nie kupi w sklepiku zabronionego paczka. Nigdy nie będzie
                miala satysfakcji z szóstki, ani szans na dostanie jedynki, za to,
                ze zapomni odrobić lekcje. Nigdy nie olsni ją zupelnie nowa myśl
                zupelnie nowego nauczyciela. Nigdy nikt nie oceni jej obiektywnie.
                Wszystko o czym piszesz, to zajecia kontrolowane przez rodzine - nie
                można zwierzać się beztrosko dziecku Waszych przyjaciół, znajomosci
                obozowe kończa się po trzech tygodniach.
                Dziecko nigdy nie pozna nikogo z innego środowiska. A to wyjątkowo
                zubaza inteligencję i postrzeganie swiata.
                --
                Mops i kot

                img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                • 04.10.09, 22:00
                  verdana napisała:

                  > Twoja corka nigdy nie wygra konkursu na najladniejszy obrazek w
                  > klasie. Nigdy tez nie przegra...

                  Wybacz, ale twoje pojęcie o socjalizacji i jej roli jest śmieszne

                  --
                  W deszczu czarne koty podsłuchują każdy szept
                  • 14.06.10, 14:27
                    no nie wztrzymałam...

                    > Wybacz, ale twoje pojęcie o socjalizacji i jej roli jest śmieszne

                    to był taki naprawde niezwykle poważny argument :oP

                    pozdrawiam
                    Judyta
                • 06.10.09, 19:04
                  w stu procentach popieram. Wszystko to, co Verdana wymieniła to są
                  elementy nauki socjalizacji. Bardzo ważne, aby odbywało się to w
                  grupie rówieśniczej, bo niestety kiedyś i tak dziecko się w tej
                  grupie znajdzie, tyle, że może już nie jako dziecko i niestety będzie
                  się musiał ten dorosły człowiek uczyć tego wszystkiego, czego nie
                  nauczył się żyjąc większość czasu sam na sam z dorosłym.
                  --
                  WYSEPKA na KARŁOWICACH to cudowne miejsce dla Twojego Maluszka!!
                  www.wysepka.wroclaw.pl/
                • 10.10.09, 20:13
                  verdana napisała:

                  > Socjalizacja nie jest smieszna.
                  Socjalizacja jest bardzo ważna ale przecież socjalizację i edukację
                  można śmiało rozłączyć. Z pożytkiem dla tej drugiej. Czy nie jest
                  lepiej gdy dzieci ucza sie w jak najmniejszych grupach? w ogóle
                  komfortowo byłoby gdyby każdy uczeń miał swojego nauczyciela smile i
                  potem dzieci spotykałyby sie w grupach na wspólna zabawę. Liczne
                  klasy nie sprzyjają dobrej edukacji a przecież idac Twoim tokiem
                  myslenia czyli socjalizacja = edukacja powinny być jak
                  najliczniejsze wink

                  • 14.10.09, 14:55
                    bardzo ciekawe ,zgadzam sie w 100%.
          • 02.10.09, 23:20
            Po co?
            Żeby odizolowac dziecko od innych dzieci? Żeby odizolowac dziecko od
            innych doroslych? Żeby miec pełną kontrole nad dzieckiem i nie
            ddopuscic, by zaczęło interpretowac i postrzegac swiat inczej niz
            rodzice? Po to, zeby nie poznalo innego stylu zycia i innych
            zachowań?
            Czy po to, zeby zachować dziecko dla siebie, nie dzielic się nim z
            innycmi?
            Bo mam nadzieje, ze rodzice nie po to izolują dziecko od
            rowieśnikow, od normalnych zabaw z dziecmi, od sluchania Pani, ktora
            czasem ma cos równie madrego do rpzekazanie , co rodzice, żeby
            dziecko nauczyć odrobine wiecej kosztem jeo rozwoju spolecznego.
            Zwracam bowiem uwagę, ze kiedys dzieci i tak przebywaly w gronie
            rowieśnikow, licznego rodzeństwa, kuzynow i kuzynek - teraz takie
            dziecko oprocz kilku dobranych przez rodxiców kolegow przebywa tylko
            z doroslymi.

            --
            Mops i kot

            img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
          • 03.10.09, 11:13
            coraz
            > wiecej wspolczesnych rodzicow decyduje sie na wziecie
            > odpowiedzialnosci za edukacje swoich dzieci.

            Rodzice, którzy posyłają dziecko do szkoły, także biorą
            odpowiedzialność za edukację swoich dzieci. Tylko uważają, że
            profesjonalny nauczyciel dokona jej lepiej niż rodzice, którzy nie
            są do tego przygotowania. Czy rodzice, którzy idą z dzieckiem do
            lekarza, zamiast leczyć je sami w domu, nie biorą odpowiedzianości
            za zdrowie swojego dziecka? Odpowiedzialność nie polega na tym, by
            absolutnie robić wszystko osobiście, tylko by zorganizować dziecku
            warunki do edukacji.
            • 10.10.09, 20:02
              srebrnarybka napisała:
              >
              > Rodzice, którzy posyłają dziecko do szkoły, także biorą
              > odpowiedzialność za edukację swoich dzieci. Tylko uważają, że
              > profesjonalny nauczyciel dokona jej lepiej niż rodzice, którzy nie
              > są do tego przygotowania.

              Pewnie tak uważają i tak by chcieli, żeby było. Niestety tu jest
              wiele rozczarowanych. Jak trafisz na złego nauczyciela wychowawcę
              szczególnie w pierwszych latach edukacji to może to skutkować na
              całe życie. I mam tu na mysli nie tyle wyedukowanie nauczyciela
              tylko samo podejście do dzieci.
              • 10.10.09, 20:06
                Problem w tym, że rodzice moga sami nie zauważac, ze jako
                nauczyciele maja złe podejscie do dziecka - i to nie
                tylko "skutkuje" na całe życie, ale w dodatku dziecko nie ma zadnej
                instancji odwoławczej.

                --
                Mops i kot

                img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                • 10.10.09, 20:22
                  verdana napisała:

                  > Problem w tym, że rodzice moga sami nie zauważac, ze jako
                  > nauczyciele maja złe podejscie do dziecka

                  Trochę odwróciłas kota ogonem. Oczywiscie że może sie zdarzyć że
                  rodzic nauczajacy ma złe podejście do dziecka /chociaz szczerze
                  watpię - to trudne zadanie i jeżeli juz rodzic sie podejmuje to
                  dołoży wszelkich starań/ale wcale nie jest tak że zawsze nauczyciel
                  z racji swojego wykształcenia gwarantuje lepszą edykacje niz matka w
                  domu. Tak uważa srebrnarybka.
                  • 10.10.09, 21:21
                    Ale wtedy w odwodzie sa jeszcze rodzice, ktorzy wspieraja dziecko.
                    W wypadku rodziców, ktorzy nie zauwazaja swoich błedow dziecko nie
                    ma już nikogo.
                    Prawdę mowiac, większość znanych mi osob, ktora probuje uczyc wlasne
                    dzieci odnosi sukcesy do momentu, gdy okazuje się, ze dziecko wcale
                    nie jest wybitnym uczniem,że nie ma ochoty sluchac nauczyciela, ze
                    nie rozumie piątego tłumazenia z rzedu. Wtedy rodzic zazwyczaj
                    gniewa się na dziecko - a nie na siebie.
                    --
                    Mops i kot

                    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
          • 10.10.09, 20:26
            aagnie.szkaa napisała:


            > Choc jak juz pisalam, obserwuje sie tendencje wzrostowa, coraz
            > wiecej wspolczesnych rodzicow decyduje sie na wziecie
            > odpowiedzialnosci za edukacje swoich dzieci.

            I bardzo pięknie... Właściwie widze w edukacji domowej same plusy.
            Jeżeli tylko rodzice mają czas i czują sie na siłach to tylko
            pozazdrościć smile
            >
        • 03.10.09, 12:13
          Verdana napisała:

          > I jeszcze jedno - widac, ze wybitni
          > absolwenci 'domowego nauczania"
          > dadza się wyliczyc na dwoch stronach.

          Owszem, gdyby to było wyliczenie enumeratywne, a nie przykładowe.

          > Tych, co byli wybitni i skończyli szkoly
          > wyliczyc ise jakos nie da - sa ich tysiące.

          Bardzo dobre spostrzeżenie. Prawie tak dobre jak "nie znam żadnego
          wegetarianina, który dożył osiemdziesiątki". I oparte na tym samym przekręcie
          myślowym.
          Biorąc pod uwagę skalę zjawiska homeschoolingu, dysproporcja nie dziwi. Dziwić
          by się raczej należało, gdyby jej nie było.
          Wprawdzie w Europie tylko w jednym kraju w ogóle nie ma możliwości
          homeschoolingu dziecka zdrowego (Niemcy, od 1938), ale zjawisko jest
          statystycznie nieuchwytne.

          --
          Nie ma sensu dyskusja, co jest prawdziwym socjalizmem, a co jego wypaczoną formą
          - każdy socjalizm jest dobry, dopóki jego zwolennicy nie dorwą się do władzy.
          (Wiktor Suworow)
          • 14.10.09, 15:15
            po pierwsze niechodzi o postacie superwybitne bo to tak jak oceniać
            sport uprawiany dla zdrowia do sportu wyczynowego ,po drugie pewnie
            dzieci uczone w domu są inteligentniejsze niż przeciętnie ale
            głownie to dlatego że ich rodzice też mają pewnie statystycznie
            wyższe IQ a my musimy porównać systemy edukacyjne .
            skłaniam sie do opini iż edukacja lepiej przebiega w domu a w
            radzeniu sobie z trudnościami(socjalizacją ) publiczna szkoła równie
            mało pomaga jak dom.
            przecież w dorosłym życiu niebędziemy działać w tak licznych
            zespołach jak 30 osobowa klasa .
            raczej 3-4 osobowe zespoły.
            • 14.10.09, 15:21
              oczywiście mam na myśli jedynie nauczanie początkowe ,potem należy
              sie zastanowić nad kompetecjami nauczycieli.
            • 14.10.09, 15:37

              jotde2 napisał:

              > po pierwsze niechodzi o postacie superwybitne bo to tak jak
              oceniać
              > sport uprawiany dla zdrowia do sportu wyczynowego ,po drugie
              pewnie
              > dzieci uczone w domu są inteligentniejsze niż przeciętnie ale
              > głownie to dlatego że ich rodzice też mają pewnie statystycznie
              > wyższe IQ a my musimy porównać systemy edukacyjne .

              Myslisz, ze ED przeklada sie na wyzsze IQ?
              Nigdy bym na to nie wpadla wink

              --
              <*>
              fotoforum.gazeta.pl/u/aagnie.szkaa.html -nasze
              foty
              • 14.10.09, 15:43
                > Myslisz, ze ED przeklada sie na wyzsze IQ?
                > Nigdy bym na to nie wpadla wink

                a skąd .edukacja ma niewielki wpływ na IQ ale na wiedze i
                umiejętności i postawy może mieć znaczny.
                sądze że do edukacji domowej statystycznie rzadziej trafiają dzieci
                osób o niższej ilteligencji .
    • 02.10.09, 23:09

      nangaparbat3 i verdana, przyznajcie, ze niewiele wiecie
      o ,nauce ,domowej, smile, no ale oczywiscie zdanie teoretykow nie
      znajacych tematu tez warto poznac smile.

      .--
      www.dzikiedzieci.pl/

      04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
      • 02.10.09, 23:13
        Jako, ze jestem m.in. historykiem i socjologiem zajmujacym sie
        historią edukacji i opublikowalam na ten temat książkę, wiem bardzo
        wiele o domowym nauczaniu - przez ostatnie 250 lat. Podejrzewam, ze
        znacznie więcej niż Ty...
        Nie jestem więc teoretykiem nie znajacym tematu, ale praktykiem
        znajacym temat, bowiem w domu przerabiałam z dzieckiem program
        zerowki.
        --
        Mops i kot

        img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
        • 02.10.09, 23:17
          Majac cala ta wiedze, wciaz Pani utrzymuje, ze edukacja domowa to
          wylegarnia socjopatow, nie potrafiacych odnalezc sie w naszym
          spoleczenstwie, w grupie?.
          Gdy szkola to cudowny wynalazek, gdzie dziecko uczy sie harmonijnego
          wspoldzialania z innymi i cudownie ksztaltuje osobowosc?.

          --
          www.dzikiedzieci.pl/

          04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
          • 02.10.09, 23:22
            Utrzymuje, ze w dzisiejszych czasach, w czasach niewielkich rodzin i
            licznych jedynaków dzieci uczone w domu moga nigdy nie odnaleźć się
            w spoleczeństwie. Rodzice bowiem nie sa w stanie nauczyć dziecka
            zachowań stosownych w grupie.
            Tak, szkola to doskonałe miejsce, gdzie dziecko uczy się przebywania
            wśrod innych. Nawet, jeśli nie zawsze jest to raj na ziemi.
            --
            Mops i kot

            img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
            • 02.10.09, 23:39
              Mam bliskiego przyjaciela, ktory pierwsze lata szkolne zaliczyl w
              Australii, na farmie, wysluchujac lekcji przez radio, wspomagany
              przez rodzicow, zaliczal kolejne klasy. Sa okolicznosci, w ktorych
              szkola domowa jest JEDYNYM rozwiazaniem, bo lepsze takie nauczanie
              niz zadne wink Podobnie rzecz sie ma z dziecmi majacymi okreslone
              zaburzenia zdrowotne. Zadne inne wzgledy, moim zdaniem, nie
              przemawiaja nakorzysc szkoly domowej nawet biorac pod uwage
              wymienionych successful absolwentow smile
              Ja pracuje z mlodzieza w szkole, widze na codzien wszystkie NEGATYWY
              szkoly ale uwazam, ze ze szkola jest podobnie jak z demokracja -
              okropny system ale jedyny, ktory ma sens.

              PS. Nie wyobrazam sobie sytuacji, w ktorej mialabym sie porownywac z
              wykwalifikowanymi nauczycielami przedmiotow lub nauczania
              poczatkowego - ja oczekuje szacunku wobec mojej wiedzy i
              doswiadczenia, w zamian nie mam zadnych oporow w okazywaniu szacunku
              nauczycielom!
              • 02.10.09, 23:52

                Ja takze nie mam oporow przed okazywaniem szacunku nauczycielom smile.
                Jedynie sadze, iz w takim samym stopniu jak nie jeden nauczyciel,
                moge mojej corce wiedze z zakresu szkoly min podstawowej przekazac
                (dodatkowy bonus to autoedukacja) wink.

                --
                www.dzikiedzieci.pl/

                04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                • 03.10.09, 00:09

                  Nie napisalam jeszcze o innym z czynnikow, ktory wplynal na moja i
                  meza decyzje o nauczaniu domowym, a ktory w naszym przypadku nie
                  pozostaje bez znaczenia.
                  Specyfika pracy meza wymaga od niego, by przez 5 miesiecy w roku
                  pracowal w Dubaju, co wiazaloby sie z dwiema szkolami dla Sary - tu
                  w UK i tam.
                  Chcemy oszczedzic jej stresu zwiazanego z cyklicznymi zmianami szkol
                  i wyrownywaniem roznic programowych.
                  Ale to raczej argument poboczny niz glowny.

                  --
                  www.dzikiedzieci.pl/

                  04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                  • 03.10.09, 11:47
                    Specyfika pracy meza wymaga od niego, by przez 5 miesiecy w roku
                    > pracowal w Dubaju, co wiazaloby sie z dwiema szkolami dla Sary -
                    tu
                    > w UK i tam.
                    > Chcemy oszczedzic jej stresu zwiazanego z cyklicznymi zmianami
                    szkol
                    > i wyrownywaniem roznic programowych.
                    > Ale to raczej argument poboczny niz glowny.
                    >

                    To jest w ogóle JEDYNY sensowny argument przemawiający za domowym
                    nauczaniem. Z drugiej strony można zapytać, czy człowiek, który
                    zakłada rodzinę powinien godzić się na tego rodzaju pracę, która
                    życie rodzinne rozbija? I nie chodzi tu tylko o szkołę dzieci, ale o
                    brak swojego miejsca na ziemi, trudności w podtrzymywaniu kontaktów
                    towarzyskich, bo też trudno mieć stałych przyjaciół, jak się ciągle
                    pojawia i znika i w ogóle trudności życia na dwa domy? Może warto to
                    rozwiązać jakoś inaczej? Np. jeździsz z córkę na 2 miesiące wakacji
                    do Dubaju, resztę roku spędzasz w UK, bo tu jest Wasz dom, a
                    pozostałe 3 miesiące w roku mąż spędza tam sam. Jest to oczywiście
                    też niedobre, ale może lepsze niż stałe zmienianie miejsca
                    zamieszkania? Oczywiście nie wiem i na odległość nie mogłabym
                    radzić. W każdym razie Wasz przypadek jest szczególny i nie można go
                    przenosić automatycznie na sytuację ludzi, którzy mają stałą pracę w
                    jednym miejscu.
                    • 03.10.09, 14:06

                      srebrnarybka napisała:

                      > To jest w ogóle JEDYNY sensowny argument przemawiający za domowym
                      > nauczaniem. Z drugiej strony można zapytać, czy człowiek, który
                      > zakłada rodzinę powinien godzić się na tego rodzaju pracę, która
                      > życie rodzinne rozbija? I nie chodzi tu tylko o szkołę dzieci, ale
                      o
                      > brak swojego miejsca na ziemi, trudności w podtrzymywaniu
                      kontaktów
                      > towarzyskich, bo też trudno mieć stałych przyjaciół, jak się
                      ciągle
                      > pojawia i znika i w ogóle trudności życia na dwa domy?


                      Ja nie widze tego w az tak ciemnych barwach, choc fakt, wolalabym
                      mieszkac tylko w UK.
                      Mam kolezanki z dziecmi i tutaj i tam, plus takie, ktore podobnie
                      jak ja podazaja za mezami do Emiratow smile. Takze jest pewna pula
                      dzieci, z ktorymi Sara moze sie widziec przez okragly rok, tym
                      bardziej, ze tam, nawet mieszkamy w jednym apartamentowcu ze
                      wspolnymi obiektami rekreacyjnymi, placem zabaw dla dzieciakow itd.

                      Takze nie jest zle.

                      --
                      www.dzikiedzieci.pl/

                      04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                      • 03.10.09, 14:09
                        Istnieje pewne pula dzieci, ale dobranych przez rodziców. Twoja Sara
                        nie ma szans wybrać sobie samodzielnie przyjaciółki nieznanej Tobie,
                        jak mogłoby być w szkole. To bardzo ważne doświadczenie.
                        • 03.10.09, 14:35

                          srebrnarybka napisała:

                          > Istnieje pewne pula dzieci, ale dobranych przez rodziców. Twoja
                          Sara
                          > nie ma szans wybrać sobie samodzielnie przyjaciółki nieznanej
                          Tobie,
                          > jak mogłoby być w szkole. To bardzo ważne doświadczenie.

                          Ech, nie sadze, ze to tak serio jest, ze dzieciaki sa dobierane
                          przez rodzicow. Biegaja razem po placu zabaw, w grupie, gdzie moga
                          dokonac samodzielnego wyboru komu przyloza lopatka w glowe, a komu
                          dadza cukierka przeciez. smile
                          (20-30 osob z firmy meza jezdzi co roku do Dubaju, wiekszosc z nich
                          ma rodziny i dzieci w roznym wieku, jest wybor)- z 5 zonami jestem w
                          kontakcie takze w UK, ale w razie potrzeby jestem gotowa na
                          zaciesnienie innych znajomosci wink.
                          Pomysl, ze lepsze te kolezanki, ktorych mama nie zna, wydaje sie
                          mocno naciagany.


                          --
                          www.dzikiedzieci.pl/

                          04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                          • 03.10.09, 14:45
                            Pomysl, ze lepsze te kolezanki, ktorych mama nie zna, wydaje sie
                            > mocno naciagany.

                            Tego nie napisałam. Uważam tylko, że dziecko powinno mieć możliwość
                            wyboru koleżanki niezależnie od upodobań rodziców. Bo z faktu, że Ty
                            przyjaźnisz się z jakąś "żoną dubajską" nie wynika, że akurat Wasze
                            dzieci też muszą się lubić, a z drugiej strony, jeśli nie lubisz
                            innej "żony dubajskiej", dlaczego ma to obciążać dziecko?
                            Moi rodzice mieli znajomych, z których dziećmi się bawiłam. Dzisiaj
                            tych kontaktów nie podtrzymuję, wielu z tych osób nie poznałabym na
                            ulicy. Znacznie bliżsi są mi dawni koledzy szkolni, których
                            dobierałam sobie sama, a znajomość nie była obciążona relacjami
                            moich rodziców z ich rodzicami, bo tych relacji nie było.
                            • 03.10.09, 14:50
                              Pamiętam też, że musiałam bawić się z córką znajomych rodziców,
                              której nie znosiłam i uważałam za głupią (do dziś uważam, że
                              słusznia). Ale spotykaliśmy się z tymi ludźmi często w czasie
                              wakacji i wtedy wypadało, by dziewczynki razem się bawiły. Na
                              szczęście ci ludzie mieszkali w innymi mieście, więc nie miałam
                              narzuconego stale towarzystwa tej panny. Ale gdybyśmy mieszkali w
                              jednym mieście, a ja nie chodziła do szkoły, wtedy owa panna
                              pozostawałaby dla mnie jedynym towarzystwem tylko z tego powodu, że
                              moi rodzice lubili jej rodziców (też słusznie zresztą, bo to byli
                              sympatyczni ludzie, tylko córka im się nie udała). Więc dlaczego
                              rodzice mieliby mi dobierać przyjaciół?
                              • 03.10.09, 15:04
                                Samorzutnie zwiera się przyjaxnie podwórkowe majac parę lat. Gdy
                                dziecko jest w wieku szkolnym taka spontaniczność się konczy -
                                dziecko dobiera sobie znajomych ze sporej grupy dzieci w szkole lub
                                w klasie.
                                Takich dzieci Twoje dziecko nie bedzie mialo - tym bardziej, ze
                                większość kolegow bedzie zajetych w szkole i tam bedzie zawieralo
                                przyjaźnie.
                                --
                                Mops i kot

                                img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
            • 02.10.09, 23:47
              Uwazam, ze srodowisko szkolne jest komorka unikalna w
              spoleczenstwie, nie sadze, ze umiejetnosc funkcjonowania w tym
              srodowisku, w tej strukturze, w jakikolwiek sposob pozytywnie
              wplynie na spoleczne funkcjonowanie mojego dziecka.
              Szkola uczy dzieci odnalezienia sie w srodowisku szkolnym, badz
              innych masowych instytucjach. By dziecko umialo odnalezc sie w
              spoleczenstwie, socjalizacja powinna miec miejsce w naturalnych
              sytuacjach spolecznych.
              Nigdzie indziej nie znajdziesz tak jednorodnej pod wzgledem wieku
              grupy majacej przed soba identyczne zadanie, czesto pracujacych
              samodzielnie, majacej nad soba jedna osobe oceniajaca.
              Uwazam, ze dziecko do optymalnego rozwoju potrzebuje kontaktow z
              wieksza iloscia ludzi doroslych-mentorow (nie tylko rodzicow), niz
              gromada rowiesnikow, ktorzy czesto w tym swiecie sa tak samo
              zagubieni jak one.
              Spoleczne kontakty z rowiesnikami, w szkole czesto ograniczaja sie
              do przerw, kiedy to wiekszosc z dzieci rozladowywuje napiecie,
              biegajac i krzyczac wink).
              Nauka to bierny odbior z mala szansa na interakcje i dyskusje.
              Wg mnie to czego szkola uczy najdobitniej, to konformizm, gdyz kazdy
              przejaw indywidualizmu jest bardzo czesto brutalnie tepiony, dziecko
              uczy sie byc niewidzialne.
              Tego nie chce dla mojej malej, chce by byla wolnym myslicielem,
              nonkomformista - tak jak ja smile.

              (nie, nie bylam tepiona w szkole, nie mam traumy)


              --
              www.dzikiedzieci.pl/

              04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
              • 03.10.09, 08:53
                Proszę, agnie.szkaa, najpierw wróć do formy emocjonalnej po urodzeniu
                dziecka (spory lęk bije z postów), później wychowaj je, do etapu 5-6-7
                lat, a wtedy porozmawiamy o nauczaniu...

                bo zarzucać innym teoretyzowanie jest łatwo, ale wypadałoby mieć jakąś
                podstawę praktyczną samemu.
                --
                A mnie to Vichy!
                • 03.10.09, 09:57
                  Tu gdzie mieszkam dzieci zaczynaja edukacje w wieku 4 lat, do szkoly
                  czesto trzeba dziecko zapisywac kiedy ma 2 lata, moja mala ma rok,
                  takze dlatego juz o tym mysle, i planuje.
                  w moich postach jest jakas doza leku, nie przecze, ale przeciez
                  jestem matka smile, zalezy mi na jak najlepszym wychowaniu dziecka.

                  Co do teoretyzowania, kiedy jeszcze bylam w ciazy, prowadzilam
                  dyskusje na temat posylania kilkomiesieczniakow do zlobka (gdzie ja
                  bylam i jestem totalnie na NIE w tej kwestii), gdzie matki
                  traktowaly mnie z przymrozeniem oka, mowiac, ze urodze i mi sie
                  opinia zmieni, gdyz dzieci sa tak absorbujace, iz tylko bede czekac
                  by od mojego malca odpoczac.
                  No niestety racji nie mialy, ha ha. Opinia nie tylko mi sie nie
                  zmienila, ale jeszcze bardziej nie rozumiem mam, ktore nie majac
                  powaznych trudnosci ekonomicznych, posylaja ich dzieci to takich
                  instytucji.

                  Do czego daze... w moich zalozeniach wychowawczych jestem bardzo
                  konsekwentna i nie feruje opinii zanim ich solidnie nie przemysle smile.

                  --
                  www.dzikiedzieci.pl/

                  04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                  • 03.10.09, 11:02
                    aagnie.szkaa napisała:

                    > Tu gdzie mieszkam dzieci zaczynaja edukacje w wieku 4 lat, do szkoly
                    > czesto trzeba dziecko zapisywac kiedy ma 2 lata, moja mala ma rok,
                    > takze dlatego juz o tym mysle, i planuje.

                    Mozna zapisac i zrezygnowac. W drugą stronę zapewne trudniej będzie. Radzilabym
                    rozważyc takie zabezpieczenie się, kryzys jeszcze się nie skończyl, moze trzeba
                    bedzie na przyklad pójsc do pracy.
                    Twoja Mala NIE MA jeszcze roku. Ja sama planowalam 3 lata w domu na wychowawczym
                    - przez rok bylo rewelacyjnie, kiedy miala 1,5 zaczęlam świrowac po prostu, ale
                    trwalam w postanowieniu, kiedy miala 20 miesiecy moja babcia niemal siłą
                    wypchnela mnie do pracy (fakt, że pierwsze miesiace to bylo 9 godzin tygodniowo)
                    - odzylam i babci bede wdzięczna do końca zycia.


                    > w moich postach jest jakas doza leku, nie przecze, ale przeciez
                    > jestem matka smile, zalezy mi na jak najlepszym wychowaniu dziecka.

                    Wyluzuj. Najbardziej szkodzą dzieciom te matki, ktore chcą byc doskonałe.

                    > Co do teoretyzowania, kiedy jeszcze bylam w ciazy, prowadzilam
                    > dyskusje na temat posylania kilkomiesieczniakow do zlobka (gdzie ja bylam i
                    jestem totalnie na NIE w tej kwestii
                    tu akyrat sie zgodzę, czasem nie ma wyjscia, ale jesli nie musi sie poslac do
                    żlobka, lepiej tego nie robic


                    gdzie matki
                    > traktowaly mnie z przymrozeniem oka, mowiac, ze urodze i mi sie
                    > opinia zmieni, gdyz dzieci sa tak absorbujace, iz tylko bede czekac by od
                    mojego malca odpoczac.
                    > No niestety racji nie mialy, ha ha.
                    Jeszcze tego nie wiesz. Dla mnie i paru znanych mi dobrze matek najstraszniejszy
                    byl 2-3 rok zycia dziecka. Niemowlę to przy takim czysta rozrywka i relaks.


                    >
                    > Do czego daze... w moich zalozeniach wychowawczych jestem bardzo
                    > konsekwentna i nie feruje opinii zanim ich solidnie nie przemysle smile.
                    >

                    Konsekwencja jest w wychowaniu bardzo ważna, bo zapewnia dziecku poczucie
                    bezpieczeństwa. Nalezy jednak zachowac czujnośc, by nie utozsamiac konsekwencji
                    z upartym trwaniem przy swoim.
                    Od konsekwencji wazniejsza elastycznosc - bo dziecko sie zmienia, bo Ty sie
                    zmieniasz, bo oklicznosci się zmieniają.
                    --
                    "Bo do tego trzeba serca, miłości, przyjaźni... Ale powiem wprost: najważniejszy
                    jest spirytus."
                    Pani A., mistrzyni nalewek
                    • 03.10.09, 13:41

                      > Mozna zapisac i zrezygnowac. W drugą stronę zapewne trudniej
                      będzie. Radzilabym
                      > rozważyc takie zabezpieczenie się, kryzys jeszcze się nie
                      skończyl, moze trzeba
                      > bedzie na przyklad pójsc do pracy.


                      Mogloby byc o tyle trudniej, ze w lepszych szkolach nie bedzie
                      miejsca, generalnie w UK, dziecko w kazdej chwili moze wrocic do
                      szkoly. Zaczynanie od ED nie oznacza, ze wrota szkol zostaja dla
                      takiego dziecka zamkniete smile. Inna opcja jest uczeszczanie do szkoly
                      part-time, np. tylko na wybrane przedmioty.

                      Co do pracy, to ja bede pracowac, jedno nie wyklucza drugiego, moj
                      maz spedza w pracy 5 max 6 godz dziennie, jakos sobie grafiki
                      zsynchronizujemy.

                      --
                      www.dzikiedzieci.pl/

                      04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                      • 03.10.09, 20:56
                        Lepiej tak sobie te grafiki zsynchronicowac, by miec czas na pielegnowanie
                        relacji z mężem, kiedy Mała bedzie w szkolewink
                        --
                        "Mrówki są tak liczne, że swoją wagą dorównują wadze całej populacji ludzi."
                        • 03.10.09, 21:03
                          Nanga, jesteś genialna!!!!
                  • 03.10.09, 11:10
                    kiedy jeszcze bylam w ciazy, prowadzilam
                    > dyskusje na temat posylania kilkomiesieczniakow do zlobka (gdzie
                    ja
                    > bylam i jestem totalnie na NIE w tej kwestii), gdzie matki
                    > traktowaly mnie z przymrozeniem oka, mowiac, ze urodze i mi sie
                    > opinia zmieni, gdyz dzieci sa tak absorbujace, iz tylko bede
                    czekac
                    > by od mojego malca odpoczac.
                    > No niestety racji nie mialy, ha ha. Opinia nie tylko mi sie nie
                    > zmienila, ale jeszcze bardziej nie rozumiem mam, ktore nie majac
                    > powaznych trudnosci ekonomicznych, posylaja ich dzieci to takich
                    > instytucji.

                    Jest chyba różnica między posyłaniem kilkumisięcznego dziecka do
                    żłobka a zastępowaniem szkoły nauką domową.
              • 03.10.09, 11:37
                aagnie.szkaa napisała:

                > Uwazam, ze srodowisko szkolne jest komorka unikalna w
                > spoleczenstwie, nie sadze, ze umiejetnosc funkcjonowania w tym
                > srodowisku, w tej strukturze, w jakikolwiek sposob pozytywnie
                > wplynie na spoleczne funkcjonowanie mojego dziecka.
                > Szkola uczy dzieci odnalezienia sie w srodowisku szkolnym, badz
                > innych masowych instytucjach. By dziecko umialo odnalezc sie w
                > spoleczenstwie, socjalizacja powinna miec miejsce w naturalnych
                > sytuacjach spolecznych.

                Otóż właśnie masowe instytucje są naturalnymi sytuacjami
                społecznymi. Dziecko kiedyś pójdzie na studia, będzie w zespole
                sportowym, teatralnym, muzycznym, będzie pracować w dużej firmie
                etc. i będzie w podobnej sytuacji. Szkoła jest to dobtry trening.

                > Nigdzie indziej nie znajdziesz tak jednorodnej pod wzgledem wieku
                > grupy majacej przed soba identyczne zadanie, czesto pracujacych
                > samodzielnie, majacej nad soba jedna osobe oceniajaca.

                Chociażby w dużej firmie. W wieku dorosłym różnice wieku typu 10 lat
                nie mają znaczenie i ludzie w wieku 30-40 lat zachowują się jak
                rówieśnicy.

                > Uwazam, ze dziecko do optymalnego rozwoju potrzebuje kontaktow z
                > wieksza iloscia ludzi doroslych-mentorow (nie tylko rodzicow), niz
                > gromada rowiesnikow, ktorzy czesto w tym swiecie sa tak samo
                > zagubieni jak one.

                Kontakty z dorosłymi dziecko ma bez specjalnego zachodu, bo rodzice
                mają przecież znajomych, sąsiadów czy krewnych, którzy w domu bywają
                (chyba, że żyją w kompletnej izolacji). Natomiast dużym plusem
                szkoły jest to, że dziecko uczy się życia samodzielnego, bez stałej
                opieki rodziców, podczas, gdy ze znajomymi rodziców spotyka się w
                ich obecności czy w każdym razie z ich inspiracji. Poza tym w szkole
                właśnie spotyka innych dorosłych mentorów czyli naucyzcieli, podczas
                gdy przyjaciółka mamy niekoniecznie musi wobec dziecka występować w
                roli mentora.

                > Spoleczne kontakty z rowiesnikami, w szkole czesto ograniczaja sie
                > do przerw,

                To zależy po pierwsze od rodziców, czy nie będą ograniczali dziecku
                kontkatów z kolegami szkolnymi, bo przecież można zapraszać
                poznanych w szkole kolegów do domu po lekcjach. Poza tym bardzo
                płytko postrzegasz te kontakty. W szkole zaczynają się problemy, że
                oto np. moja przyjaciółka nie chce już ze mną spacerować, bo woli
                Kasię, pojawia się problem skarżypyctwa i solidarności wobec
                nauczyciela, pojawia się problem rywalizacji, pojawia się problem
                odwiedzenia chorej koleżanki w domu i zaniesienia jej lekcji,
                pojawia się problem przepytania koleżanki na przerwie, czy nawet
                dania jej odpisać lekcje (nie demonizowałabym, to też ważne
                doświadczenie), pojawia się możliwość poznania dzieci z innego
                środowiska, niż to, w którym obracają się rodzice.

                kiedy to wiekszosc z dzieci rozladowywuje napiecie,
                > biegajac i krzyczac wink).

                no i bardzo dobrze, to też jest dziecku potrzebne.

                > Nauka to bierny odbior z mala szansa na interakcje i dyskusje.
                > Wg mnie to czego szkola uczy najdobitniej, to konformizm, gdyz
                kazdy
                > przejaw indywidualizmu jest bardzo czesto brutalnie tepiony,
                dziecko
                > uczy sie byc niewidzialne.
                > Tego nie chce dla mojej malej, chce by byla wolnym myslicielem,
                > nonkomformista - tak jak ja smile.
                >
                > (nie, nie bylam tepiona w szkole, nie mam traumy)
                >
                > To akurat zależy od szkoły. W domu także można zdusić wolne
                myślenie. Znam to dobrze. Mój ojciec jest emerytowanym profeorem
                uniwersyteckim literatury polskiej, zajmował się też pobocznie
                filologią klasyczną (łacina). Uparł się, że będzie mi dawał domowe
                lekcje łaciny ( w szkole nie było), a także nieraz rozmawiał ze mną
                na tematy związane ze szkolną nauką polskiego i historii. Jeżeli
                tylko ośmielałam się powiedzieć cokolwiek bardziej oryginalnego,
                była awantura pod sufit. Jak to, żebym ja smarkata, ośmielała się
                miec inne zdanie niż sławny (rzeczywiście) profesor? Po paru latach
                skończyło się na prywatnych lekcjach łaciny u znajomej lektorki. Nie
                zapomnę też, kiedy jako 17latka uczestniczyłam w olimpiadzie
                historycznej. Przyniosłam ze szkoły spis lektur, z których trzeba
                było wybrać 5 i przeczytać do któregoś tam etapu. Powiedziałam o tym
                przy obiedzie, na co ojciec stwierdził głosem nieznoszącym
                sprzeciwu: daj mi, ja wybiorę ci lektury i wypożyczę z biblioteki
                uniwersyteckiej. Odmówiłam, powiedziałam, że to ja zdaję olimpiadę i
                sama sobie wybiorę lektury. Znów awantura pod sufit, jako pobożna
                nastolatka czułam wyrzuty sumienia i poleciałam do spowiedzi. Na
                szczęście trafiłam na mądrego ks.-psychologa (trochę praktykuje jako
                psychoterapeuta), który wytłumaczył mi, że bardzo mądrze zrobiłam,
                bo może pominęłam jakąś wartościową książkę, ale przecież jeszcze
                zdążę ją przeczytać, ale ważne jest to, że samodzielnie dokonałam
                wyboru kierując się jakimiś kryteriami. Była to jedna z mądrzejszych
                rad, jakie otrzymałam w życiu. I w tych warunkach całe szczęście, że
                chodziłam do szkoły i szkoła miała jakieś wymagania nie zawsze
                zbieżne z tym, co wymyślił mój ojciec. Gdyby tylko on uczył mnie
                przedmiotów humanistycznych, nigdy nie nauczyłabym się myśleć
                samodzielnie. Moja polonistka i historyczka w szkole były oczywiście
                dużo mniej kompetentne od ojca, ale nawet wynajdując ich błędy
                uczyłam się samodzielności i krytycyzmu, a rozmowy z ojcem
                traktowałam tylko jako uzupełnienie. Gdybym była skazana na ojca
                jako jedynego nauczyciela, byłoby tragicznie.
                > --
                > www.dzikiedzieci.pl/
                >
                > 04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
      • 03.10.09, 10:13

        Pisalam o teoretyzowaniu, na podstawie postow z watku o przedszkolu.
        Trudno mi uwierzyc, ze ktos wie o czym pisze, kiedy mowiac o
        edukacji domowej, mowi, iz jest to totalne odcinanie dziecka od
        swiata, gdzie kreujemy socjopate, a szkola jest miejscem
        sprzyjajacym optymalnemu rozwojowi, i nic nie moze z takim sukcesem
        przygotowadz dziecka do zycia w spoleczenstwie, jak zamkniecie go na
        wiele godzin dziennie w jednym budynku z setkami innych dzieci i
        garstka doroslych.

        Verdane baaardzo szanuje, i jestem pod duzym wrazeniem wiekszosci
        jej wypowiedzi na forum, jednak, jak widac nie ze wszystkimi sie
        zgadzam, nic nie ujmujac jej osobie.


        --
        www.dzikiedzieci.pl/

        04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
      • 16.10.09, 14:55
        Pozazdrościć znajomości literatury, historii, języków obcych,
        biologii, geografii, fizyki, astronomii, chemii, matematyki,
        gramatyki.... i wielu, wielu przedmiotów uczonych w szkołach.
        Moim zdaniem homeschooling jest wyrazem snobizmu i egoizmu rodziców,
        którzy odcinając dziecko od zróżnicowanego środowiska, nie pozwalają
        mu na nauczenie się postępowania w dorosłym świecie. Ciekawa jestem,
        jak wyglądaja domowe eksperymenty chemiczne.
        Verdana - 100 % popieram. Nigdy nie zdobyłąbym się wobec mioch
        dzieci na taki egoizm, jakim jest odizolowanie ich w domu. I nie
        wierzę, sorry, nie wierzę w omnibusowatość rodziców. Mimo wszystkich
        pięknych teorii więcej moim zdaniem jest wad niż zalet tego systemu.
        A ludzie przytoczeni na początku nie byli uczeni przez własnych
        rodziców, tylko wynajętych, PRZYGOTOWANYCH do tego ludzi.
    • 03.10.09, 09:22

      IMHO: nie wydaje się, żeby z przeciętnego dziecka dało się w ten
      sposób wychować geniusza...

      BTW: Połowa z tych ludzi żyła w czasach, kiedy nie było szkół
      publicznych i prywatnych- więc jedyne wykształcenie mogło odbywać
      się w domu.
      Część z nich miała homeschooling z powodu problemów szkolnych (np.
      Agata Christie, Edison - jeśli wogóle) bądź z powodu dostępności do
      szkoły. Natomiast część nie miała możliwośći kształcenia z powodu
      złych warunków rodzinno-materialnych - chociażby Chaplin, Dickens
      czy Andersen, Amstrong czy Twain - w ich przypadku mówienie o
      homeschoolingu jest jakąś kpiną. Wirginia Woolf miała załamania i
      depresje, zaś jej śrosowisko rodzinne było dalekie o ideału w
      świetle dzisiejszych standardów. W kilku przypadkach wymienione
      przez Ciebie osoby uczęszczały do szkół (Einstein). Wypadałoby
      wiedzieć, o czym się pisze.
      • 03.10.09, 09:46
        Ja to skopiowalam ze strony, a nie sama przeprowadzalam
        rozpoznanie smile
        Zrodlo:

        www.successful-homeschooling.com/famous-homeschoolers.html
        --
        www.dzikiedzieci.pl/

        04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
        • 03.10.09, 11:03
          Ja to skopiowalam ze strony, a nie sama przeprowadzalam
          > rozpoznanie smile

          - jeżeli będziesz uczyła dziecko opierając się na powierzchownych
          informacjach z różnych dziedzin, bo nie jesteś przecież w stanie
          opanować na poziomie zbliżonym do absolwenta studiów wyższych
          jednocześnie matematyki, biologii, fizyki, muzyki, plastyki,
          historii i literatury angielskiej (o polskiej nie mówię), to małe
          masz szanse wychować Edisona. Tzn. jeśli Twoje dziecko jest genialne
          w sposób wrodzony, to nim będzie, mimo edukacji na niższym niż
          szkolny, poziomie, ale jeśli nie jest wrodzonym geniuszem, a
          większość ludzi nie jest, to dlaczego odbierasz mu szansę na starcie
          skazując na naukę przez osobę dopiero uczącą się powierzchownie
          tego, czego uczy się w szkole?
          • 03.10.09, 11:06
            Dodatkowo chciałam zauważyć, że wskazane przez Ciebie osoby, które
            miały "homeschooling" na ogół nie były uczone osobiście przez
            rodziców, tylko przez profesjonalnych guwernerów lub guwernantki,
            zależnie od płci. Istniał w tamtych czasach zawód nauczyciela czy
            nauczycielki domowej i byli to ludzie przygotowani do nauczania,
            zdawali specjalne egzaminy. Bynajmniej nie robili tego rodzice
            osobiście. W tamtych czasach rodzice w ogóle mało się zajmowali
            osobiście dziećmi, od tego były niańki i guwernantki. Dobrze, jeśli
            rodzice ucałowali dzieci na dobranoc.
            • 03.10.09, 13:20
              Nonkonformizm jako cel wychowania jest tak samo zly jak konformizm.
              Nie o to chodzi bowiem, aby wychowac dziecko na osobe
              nieprzestrzegającą zasad, ale na takę, ktora mysli - sadze, ze o to
              Ci chodzi.
              I obawiam się, ze w systemie nauczania domowego wychowanie dziecka
              na nonkonformiste jest kompletnie niemozliwe. Bowiem jest to system
              wymuszający skrajny konformizm wobec dwojga doroslych, od ktorych
              dziecko jest zalezne - od rodzicow. Nie ma bowiem od nich żadnej
              ucieczki, nie ma możliwosci nawet cichego buntu - poskarzenia się
              kolezance, ze "starzy sa nie do zniesienia". Jedynym wychowujacym,
              oceniajacym i egzekwujacym wykonanie róznych zadań bedziesz bowiem
              Ty. I podejrzewam, ze nie zamierzasz wychować dziecka tak, aby się
              własnie przeciw Tobie i Twoim zasadom zbuntowało. Jesli nauczysz je
              braku pokory i buntu wobec innych niż swoje norm - bedziesz je
              uczyła wlasnie konformizmu. Zastanow się nad tym.
              Druga sprawa to dyskusje. Rzeczywiscie, jako osobisty wrog szkoly
              (zgadzam się, ze to marna instytuja, ale niczego lepszego nie
              wynaleziono) tez denerwuje mnie, ze szkoła za dużo "uczy", a za malo
              dyskutuje. Te dyskusje jednak są - nie tylko nad lektura, ale nad
              normalnymi, dzieciecymi sprawami. Dyskusje na przerwach, czasem i na
              lekcjach, w kółkach zainteresowań. Nie istnieje tak naprawdę
              prawdziwa dyskusja pomiędzy rodzicem a malym dzieckiem. Przewaga
              rodzicow jest zbyt duża. O pewnych sprawach dziecko nie chce
              dyskutowac, z pewnymi opiniami rodzice "odgórnie" zgodzić sie nie
              moga. Czyli nie nauczysz dziecka prawdziwej dyskusji z równorzednym
              partnerem.
              Trzecia kwestia to fakt nieprzygotowania rodziców i to nie
              merytorycznego, bo na poziomie podstawowym niemal kazdy dorosly
              opanuje program podstawowki. Chodzi jednak o brak porownania. Podam
              Ci przyklad z mojego zycia. Rodzeństwo w iwlku przeszkolno-
              wczesnoszkolnym. Oboje opowiadaja rózne historyjki. Ocena i moja i
              całej rodziny - mlodsza o trzy lata dziewczynka opowiada dobrze,
              starszy brat - bardzo źle, jego poziom jest wręcz niepokojacy,
              zastanawiamy się, czy w ogole jest inteligentny i czy poradzi sobie
              w szkole. Przez parę lat jesteśmy przekonani, ze tak sprawa wyglada.
              A jaka jest prawda? Córka ma wybitne, rzadko spotykane zdolnosci,
              jest na poziomie o 5-6 lat przekraczającym rowieśnikow. Syn wykracza
              PONAD poziom rowiesnikow tylko o jakis rok czy dwa. Czyli w wypadku
              edukacji domowej zmarnowalibysmy talent jednego dzicka i zdolowali
              drugie. I zareczam Ci, ze nie przez brak troski, ani przez głupote -
              przez brak porownania.


              --
              Mops i kot

              img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
              • 03.10.09, 13:42
                Verdana napisała:

                > Nonkonformizm jako cel wychowania jest tak samo
                > zly jak konformizm.
                > Nie o to chodzi bowiem, aby wychowac dziecko na
                > osobe nieprzestrzegającą zasad, ale na takę,
                > ktora mysli - sadze, ze o to Ci chodzi.

                Też tak przypuszczam, zważywszy znaczenie tych słów. Nonkonformizm to nie jest
                nieprzestrzeganie zasad. Powiem więcej, to jest właśnie przestrzeganie zasad,
                które się uważa za słuszne, chociażby było to wbrew opinii otoczenia. Konformizm
                natomiast to podporządkowywanie się stadu jako naczelna zasada życia.
                W takim ujęciu oczywiście nonkonformizm jest dobry, a konformizm zły.

                --
                Walka z paleniem - Hitler był pierwszy
                • 03.10.09, 14:07
                  Konformiz
                  > m
                  > natomiast to podporządkowywanie się stadu jako naczelna zasada
                  życia.

                  Oczywiście. Ale trudno nauczyć się, że jest to złe, jeśli nigdy nie
                  było się w stadzie i nie miało sie żadnych doświadczeń z
                  wyartykułowaniem, a może nawet wytworzeniem w umyśle własnego
                  zdania, niekoniecznie stadnego. Wtedy po trafieniu w stado, co
                  prędzej czy później w rozmaitych sytuacjach może się zdarzyć, łatwo
                  właśnie wpaść w konformizm. Bo człowiek nie był nauczony zachowania
                  odrębności w stadzie.
          • 03.10.09, 13:47

            W wieku 16 lat, kiedy przyjdzie do wyboru collage-u, Sara dokona
            wyboru, czy chce kontynuowac w domu, czy chce isc do szkoly
            publicznej, to samo dot edukacji wyzszej.

            --
            www.dzikiedzieci.pl/

            04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
            • 03.10.09, 13:53

              college, sorry, literowka.

              --
              www.dzikiedzieci.pl/

              04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
              • 03.10.09, 14:02
                A do 16 lat bedzie tylko z rodzicami? Jesteś w stanie zainteresować
                ja czyms, czym sama się nie interesujesz? Uniezaleznic od siebie, by
                mając lat 16 umiała zadecydować sama, nie znajac żadnych innych
                pogladów, poza Twoimi?
                Watpię.
                --
                Mops i kot

                img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                • 03.10.09, 14:13

                  verdana napisała:

                  > A do 16 lat bedzie tylko z rodzicami? Jesteś w stanie
                  zainteresować
                  > ja czyms, czym sama się nie interesujesz? Uniezaleznic od siebie,
                  by
                  > mając lat 16 umiała zadecydować sama, nie znajac żadnych innych
                  > pogladów, poza Twoimi?
                  > Watpię.

                  Wierze w naturalna, wrodzona ciekawosc dzieci otaczajacym ich
                  swiatem. Wloze duzo energii w to, by podazac za nia, a nie ciagnac
                  ja za soba. Choc kilka z moich zainteresowan chetnie bym jej
                  zaszczepila, bo moglaby na tym jedynie zyskac wink.

                  Sadze, ze moze mi sie udac wychowanie Sary na niezalezna,
                  wolnomyslaca jednostke, generalnie moje zalozenia wychowawcze sa
                  dalekie od tych tradycyjnych, gdzie rodzic mowi, a dziecko bez
                  sprzeciwu slucha i wykonuje polecenia.

                  --
                  www.dzikiedzieci.pl/

                  04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                  • 03.10.09, 14:21
                    Wierze w naturalna, wrodzona ciekawosc dzieci otaczajacym ich
                    > swiatem.

                    Ciekawość owszem, ale możliwości jej zaspokojenia to druga sprawa.
                    Jeśli jesteś np. niemuzykalna, to Twojemu dziecku bardzo trudno
                    będzie w wieku np. 5 lat zainteresować się muzyką poważną. A w wieku
                    10 lat stwierdzisz po prostu, że muzyka jej nie interesuje. Zresztą
                    nie ma siły, byś to, co Ciebie nie interesuje, przedstawiła jej
                    równie atrakcyjnie, jak to, co Ciebie rajcuje.

                    Choc kilka z moich zainteresowan chetnie bym jej
                    > zaszczepila, bo moglaby na tym jedynie zyskac wink.

                    Posyłanie dziecka do szkoły nie przeszkadza w zaszczepianiu mu
                    zainteresowań rodziców, o ile oczywiście dziecko je "chwyci".
                    Przecież z dzieckiem chodzącym do szkoły się rozmawia (oby!!!),
                    mieszka pod jednym dachem i ono widzi, że np. lubisz czytać poezję,
                    chodzić do teatru, oglądać Felliniego, chodzić po górach albo
                    zwiedzać zabytki. W pewnej części tych czynności także uczestniczy,
                    naturalne jest, że rozmawiacie o tym, co czytasz albo po co i dokąd
                    wychodzisz wieczorem. Tak samo, jak rozmawiasz o tym także z innymi
                    ludźmi.
                    • 03.10.09, 14:25
                      Możliwe
                      -- , że chodząc do szkoły można się czegoś nauczyć - ale jaka to potworna strata
                      czasu!
                      Poczytaj o Rodzicielstwie Bliskości
                    • 03.10.09, 14:26
                      Chodziłam do szkoły, ale atmosfera domu moich rodziców wpłynęła na
                      to, że wybrałam studia humanistyczne (jednak nie polonistykę, którą
                      skończyli oboje rodzice), zajęłam się pracą naukową, jak mój ojciec,
                      lubię zwiedzać zabytki, lubię teatr (chociaż rzadko chodzę).
                      Ale np. żałuję, że moi rodzice, oboje bardzo niemuzykalni, nie
                      zapewnili mi edukacji muzycznej przynajmniej w takim stopniu, bym
                      umiała słuchać muzyki (to jest umiejętność) i nie fałszowała
                      tragicznie, gdy śpiewa się w grupie. To ostatnie można było
                      osiągnąć, gdybym chodziła do przedszkola i więcej jeździłą na
                      zorganizowane wakacje w grupie. Niby nic się nie stało, mam dużo
                      innych zainteresowań i moje życie jest ciekawe. Ale wiem, że jest
                      uboższe ze względu na nieumiejętność odbierania muzyki. Zapewne,
                      gdybym w szkole nie miała znienawidzonych lekcji śpiewu, byłoby
                      jeszcze gorzej ...
                    • 03.10.09, 14:28
                      Mylisz się. Male dziecko ma naturalną ciekawość swiata, ale
                      nastolatek sam nie zgłebi róznych dziedzin wiedzy, nie mająć kogoś,
                      kto go tym zainteresuje - bo to nie obserwacja motylka, tylko brak
                      swiadomosci istnienia pewnych obszarów.
                      Nikt nie jest w stanie zainteresowac dziecka czymś, co jego samego
                      nudzi. Moi synowie uwielbiają biologię, ktorej ja nie znoszę. Moja
                      corka czyta poezje, ktorej ja nie kupuje i nie czytam - i wygrywa
                      konkursy poetyckie, podczas gdy dla mnie pisanie poezji bylo zawsze
                      czyms z innego świata. Mój syn chodzi do filharmonii, choć ja z
                      muzyki kocham ciszę.
                      To wszystko zasługa nauczycieli - innych ludzi, ktorzy
                      zainteresowali moje dzieci, dali im coś, czego ja bym im dac nie
                      mogła. szkoda, zę Twoja corka nie bedzie miala mozliwosci spotkania
                      ludzi, ktorzy moga odkryć przed nia coś, co przed Toba jest
                      zamkniete.
                      A zainteresowania rodziców - oczywiscie, ich przekazywanie tez jest
                      cenne - jako jedna z mozliwych opcji. Moja corka studiuje dwa
                      kierunki - jeden moj, drugi męża. A syn skonczyl za to cos zupełnie
                      innego.
                      --
                      Mops i kot

                      img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                      • 03.10.09, 16:53

                        Sporo jest racji w tym co napisalas, jednak, czy milosc do muzyki
                        powaznej zrodzila sie na skutek nauczania w szkole podstawowej?, a
                        poezja corki, myslisz, ze gdyby nie dobra nauczycielka, sama nie
                        znalazlaby przyjemnosci w pisaniu?.
                        Kiedy tak przytaczamy przyklady z wlasnego zycia, to ja z cala
                        odpowiedzialnoscia moge powiedziec, ze moje zainteresowania z
                        nauczaniem szkolnym nie maja nic wspolnego.
                        Ja od zawsze kochalam zwierzeta, jako maluch jeszcze, biegalam z
                        psem do weterynarza, ktory wzial mnie po swoje skrzydla,
                        zostal ''mentorem'' i mianowal mnie swoja asystentka smile.
                        Przesiadywalam u niego godzinami, codziennie.
                        Nauczyl mnie bardzo wiele, wciaz jestesmy w przyjaznym kontakcie.
                        Potem zaintrygowal mnie mur Torow Wyscigow Konnych w Warszawie,
                        przelazlysmy przez niego z przyjaciolka (poznalysmy sie majac po 10
                        lat-na podworku!! smile, teraz mamy 33, i wciaz jestesmy sobie bardzo
                        bliskie),i tam w wieku lat 14 zaczelysmy uczyc sie jezdzic konno.
                        Naturalna konsekwencja byl wybor Technikom Rolniczego o
                        specjalizacji Hodowla i Uzytkowanie Koni.
                        Z czasem moje zainteresowania poszerzyly sie o psychologie, co
                        oczywiscie zaowocowalo wyborem Psychologii jako kierunku studiow
                        wyzszych.
                        Samo zycie, mnie ksztaltowalo, nie szkolna lawka smile.
                        A wymienilam zaledwie kilka obszarow ktore uwielbiam, bo nie chce mi
                        sie rozpisywac wink.


                        --
                        www.dzikiedzieci.pl/

                        04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                        • 03.10.09, 17:07
                          Na 100% gdyby nie nauczyciel-pasjonat corka nie napisalaby w życiu
                          ani jednego wiesza, bo nie lubila poezji. Mąż nawet lubi, ale pasją
                          jej nie zarazil - nauczyciel tak. Miłość do muzyki powaznej do
                          skutek chodzenia do filharmonii ze szkołą. Mąż tez lubi muzyke, ale
                          okazalo się, ze dopiero szkoła zdołala syna naprawde nia
                          zainteresować.
                          W moim wypadku byl genialny matematyk w podstawowce, ktory
                          doprowadził mnie do olimpiady. A w rodzinie sami humanisci - ja w
                          efekcie też. Matematyki wprawdzie już nie pamiętam dobrze, ale
                          uczucie rozwiązania trudnego twierdzenia, czy przeprowadzenia dowodu
                          matematycznego pamietam do dziś. Nie ma mozliwosci, aby to mogli
                          przekazać mi rodzice - bo nawet gdyby mnie matematyki sumiennie
                          nauczyli, to nie byłoby to samo.
                          pamietam tez, jako cos niezwykle milego, przedstawienia teatralne w
                          najmlodszych klasach, córka tez wspomina je milo, a syn z kolegami
                          pisza scenariusz na Dni Teatru. Tego poza szkołą mieć nie mozna,
                          niestety - zadne kółko teatralne, ktore ma ambicje wystawienia
                          czegos dobrego nie zastapi smiechu z kiczowatych przedstawień.
                          Jako psycholog powinnas wiedzieć, ze dla prawidlowej socjalizacji
                          potrzebna jest grupa nieformalna.
                          Nikt nie mowi o "szkolnym nauczaniu" - pisanie poezji ma też zero
                          wspólnego ze szkołą. Weż tez pod uwagę,że Twoja corka nie pójdzie
                          nigdzie z kolezanka z podwórka - będa mialy najprawdopodobniej wolne
                          o innych godzinach, nie mowiąc juz o tym, ze nikt teraz kolezanki na
                          pół dnia samej nie puści. Przyjaźnie podworkowe mozesz w wieku
                          szkolnym od razu wykreslić.
                          --
                          Mops i kot

                          img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                        • 03.10.09, 17:26
                          Sporo jest racji w tym co napisalas, jednak, czy milosc do muzyki
                          > powaznej zrodzila sie na skutek nauczania w szkole podstawowej?, a
                          > poezja corki, myslisz, ze gdyby nie dobra nauczycielka, sama nie
                          > znalazlaby przyjemnosci w pisaniu?.

                          Jeśli dom był niemuzykalny, a lekcje muzyki w szkole dobrze
                          prowadzone, to mógł to być pierwszy kontakt dziecka z muzyką, który
                          doprowadził do zainteresowania tą sztuką. Niemuzykalni rodzice,
                          nawet, gdyby puszczali dziecku płyty z muzyką poważną, raczej mało
                          prawdopodobne, by wzbudzili w nim miłość. Po pierwsze, jeśli dziecko
                          obserwuje reakcje rodziców na słuchanie muzyki, to trudno mu
                          zauważyć, że ile pięknych przeżyć może to dotarczyć, skoro rodzice
                          nic nie przeżywają słuchając muzyki. Słuchania muzyki trzeba się
                          nauczyć, to nie przychodzi samo z siebie. Po drugie - niemuzykalni
                          rodzice mogą nie wybrać do słuchania utworów, które najlepiej
                          odpowiadają temperamentowi małego dziecka, bo się na muzyce nie
                          znają. A muzyka poważna muzyce poważnej nierówna, jeden lubi Bacha,
                          a drugi Pendereckiego. Po trzecie - nawet jeśli niemuzykalni rodzice
                          będą z poczucia obowiązku puszczać muzykę poważną, to będą to robić
                          znacznie rzadziej, niż muzykalni, bo przecież będą chcieli rozwijać
                          też w dziecku inne talenty i muzykę, chcąc nie chcąc, zepchną na
                          dalszy plan. Co do poezji - sama Verdana już odpowiedziała.
                          Z moich osobistych doświadczeń - wychowywali mnie rodzice poloniści,
                          w tym ojciec - profesor uniwersytetu. Mogę więc uznać, że poziom
                          intelektualny by wyższy od przeciętnej. I oto, co wyniosłam ze
                          szkoły:
                          1. jaką taką znajomość matematyki, fizyki i chemii. Mój ojciec
                          wysiadł przy mojej matmie w V kl. na dzieleniu ułamka zwykłego przez
                          ułamek zwykły. Nie interesuję się tymi przedmiotami, ale mam pewną
                          elementarną wiedzę na ten temat i rozumiem np. co to znacyz wolny
                          elektron, co to jest soczewka, promienie podczerwone i nadfioletowe,
                          polimer, a pewien wzór, którego nauczono mnie na chemii, stosuję w
                          życiu codziennym. Nie wyniosłabym tego z domu.
                          2. jaką taką wiedzę z biologii - wiem np., co to jest DNA i parę
                          innych rzeczy, o których moi rodzice nie mają pojęcia.
                          3. do dziś pamiętam wycieczkę w szkole podstawowej na wystawę rzeźb
                          Aliny Szapocznikow. Moi rodzice byli raczej konserwatywni i nauczyli
                          mnie wrażliwości na zabytki, ale sztuki nowoczesnej oni sami nie
                          rozumieją, a nawet przekazali mi pogląd obiegowy, że to takie
                          bezsensowne bohomazy. Wystawę pamiętam do dziś, nie tyle same
                          rzeźby, ile bardzo kompetentne objaśnienia, jak rozumieć sztukę
                          nowoczesną. Nie jestem wielką miłośniczką tej sztuki, ale myślę, że
                          lepiej jednak to odbieram dzięki tamtej jednej lekcji.
                          4. śpiew. Fałszuję straszliwie, ale gdyby nie konieczność śpiewania
                          przez 8 lat w grupie na lekcjach fałszowałaby pewnie jeszcze
                          bardziej. A śpiewanie sprawia mi przyjemność, więc czasem na to się
                          odważam. Myślę, że jednak te 8 lat nie poszły na marne.
                          5. wf. Byłam fatalna, ale moi rodzice jeszcze gorsi, zresztą nie
                          byli najmłodsi, gdy się urodziłam. Gdyby nie szkoła, zapewne w ogóle
                          bym się nie ruszała.



                          Naturalna konsekwencja byl wybor Technikom Rolniczego o
                          > specjalizacji Hodowla i Uzytkowanie Koni.

                          Po co kończyłaś to technikum? Przecież w szkole nie można się
                          niczego nauczyć. Nie lepiej było nie chodzić do żadnej szkoły, tylko
                          cały czas siedzieć u tego weterynarza?

                          Przy okazji: zabawa w asystentkę weterynarza to nie jest nauka
                          biologii czy nawet zoologii. Do tego potrzebna jest systematyczne
                          zdobywanie wiedzy, a nie tylko zabawa i robienie tego, co się chce.
                          • 03.10.09, 20:22
                            Kiedy ja chodzilam do szkoly, na lekcjach muzyki glowny nacisk byl
                            kladziony na nauke gru na flecie prostym, potem kiedy pani z
                            umiejetnosci gry klase przepytywala, dzwieki jakie rozchodzily sie
                            po klasie, nie zachecaly do refleksji nad pieknem muzyki.

                            A chyba w naszej rozmowie chodzi wlasnie o to, ze wy przekonujecie,
                            iz to wlasnie szkola zaszczepia w dzieciach zainteresowania i
                            fascynacje, a ja mowie - oj, baaardzo rzadko.


                            Filharmonia, muzea, wystawy, i inne wydarzenia kulturalne, tak mam
                            je na liscie rzeczy do zrobienia z moimi dziecmi smile.
                            --
                            www.dzikiedzieci.pl/

                            04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                            • 03.10.09, 20:28
                              A sadzisz, że dziecko nie wolaloby w pare z tych miejsc iść z
                              kolegami?
                              poza tym jest cos , czego nie rozumiem - ja też chodze w te
                              wszystkie miejsca z dziećmi - jako dodatek do szkoly. W związku z
                              tym dzieci mają znacznie bardziej zróznicowana ofertę, niż gdybym
                              zajmowała sie tym tylko ja. Zwiedzają np. zaklady pracy - do ktorych
                              ja nie mam dostępu, studia telewizyjne, gzie pracują rodzice
                              kolegow .
                              --
                              Mops i kot

                              img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                          • 03.10.09, 20:33

                            > Po co kończyłaś to technikum? Przecież w szkole nie można się
                            > niczego nauczyć. Nie lepiej było nie chodzić do żadnej szkoły,
                            tylko
                            > cały czas siedzieć u tego weterynarza?

                            Fajnie sie uczyc rzeczy ktore sa interesujace, ktore sa zgodne z
                            zainteresowaniami, w przeciwienstwie do podstawowy, technikum bardzo
                            lubilam. Ciekawym doswiadczeniem byla nauka i znajomosci, z ludzmi,
                            o takiej samej pasji jak moja, bylo o czym pogadac, byl wspolny
                            grunt.
                            Sara oczywiscie tez bedzie miala mozliwosc nauki w szkole wybranej
                            przez siebie, zgodnej z jej zainteresowaniami, jesli tylko bedzie
                            chciala.

                            > Przy okazji: zabawa w asystentkę weterynarza to nie jest nauka
                            > biologii czy nawet zoologii. Do tego potrzebna jest systematyczne
                            > zdobywanie wiedzy, a nie tylko zabawa i robienie tego, co się chce.

                            Pewnie, ze nie nauka, a zabawa, pisalam o korzeniach moich
                            pierwszych zainteresowan. Z ta 'opowiescia' wyszlam po tym jak z
                            Verdana sugerowalyscie, ze jesli dziecko nie pojdzie do szkoly to
                            nie ma szans, by miec jakiekolwiek zainteresowania, bo pasje moga
                            zrodzic sie tylko pod szkolna kopula wink.



                            >
                            > Przy okazji: zabawa w asystentkę weterynarza to nie jest nauka
                            > biologii czy nawet zoologii. Do tego potrzebna jest systematyczne
                            > zdobywanie wiedzy, a nie tylko zabawa i robienie tego, co się chce.
                            --
                            www.dzikiedzieci.pl/

                            04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                            • 03.10.09, 22:12
                              Nie czytasz ze zrozumieniem.
                              Sugerowałam,z e dziecko chodzace do szkoly ma wieksze szanse
                              rozwijania zainteresowań, ktore nie sa zainteresowaniami rodziców.
                              Czyli ma dwukrotnie wieksze szanse na odkrycie, co go interesuje,
                              niz dziecko, ktore ma kontakt tylko z rodzicami.
                              --
                              Mops i kot

                              img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                            • 16.10.09, 15:20
                              A nie bierzesz pod uwagę, że Sara nie będzie miała szansy na naukę w
                              szkole, o której bedzie śniła daletgo, że Ty jej do niej nie
                              przygotujesz? Że nie będzie w stanie zdać egzaminów wstępnych (o ile
                              takie są), czy nawet rozumieć, o czym mówi się na lekcji (jeśli już
                              tam się dostanie), bo nie będzie znała podstaw? Bo Ty ich nie znasz?
                              • 16.10.09, 16:33

                                wana napisała:

                                > A nie bierzesz pod uwagę, że Sara nie będzie miała szansy na naukę
                                w
                                > szkole, o której bedzie śniła daletgo, że Ty jej do niej nie
                                > przygotujesz?

                                wierze w to, ze jesli nastolatek bedzie marzyl o jakiejs szkole, to
                                zrobi wszystko co w jego mocy, by sie do ewentualnych egzaminow
                                przygotowac.
                                Rodzic nie wciska wiedzy dziecku do glowy, chetnemu dziecku rodzic
                                pomoze w znalezieniu sposobu na zdobycie potrzebnej wiedzy.

                                Dzieci nie sa tak glupie, jak sie Tobie wiraznie wydaje, nauczyciel
                                takze w sposob magiczny wiedzy do glow uczniom nie wklada, duza
                                czesc to motywacja (zadkosc w szkolach) i autoedukacja, przy nauce
                                domowej dochodzi uczenie rownolegle, ktore jest ogromna frajda dla
                                dziecka.

                                I jest bajka, Sara jest szczesciara smile.

                                --
                                <*>
                                fotoforum.gazeta.pl/u/aagnie.szkaa.html -nasze
                                foty
                                • 16.10.09, 16:36
                                  >chetnemu dziecku rodzic
                                  Właśnie: chętnemu.
                                • 16.10.09, 19:09

                                  duza
                                  > czesc to motywacja (zadkosc w szkolach) i autoedukacja, przy nauce
                                  > domowej dochodzi uczenie rownolegle,

                                  Jesssuuuu, - rzadkosc, sorrki.

                                  --
                                  www.parentingscience.com/
                                • 16.10.09, 22:07
                                  Teoretyzujesz, kochana. Mam 2 dzieci w szkole, a Ty dopiero zbliżasz
                                  się do okresu przedszkolnego. Gwarantuję Ci, że dziecko, które nie
                                  zdobędzie solidnych podstaw to, jako nastolatek, nie nadrobi
                                  straconego czasu, bo będzie musiał iść naprzód.
                                  • 16.10.09, 23:17

                                    wana napisała:

                                    > Teoretyzujesz, kochana. Mam 2 dzieci w szkole, a Ty dopiero
                                    zbliżasz
                                    > się do okresu przedszkolnego. Gwarantuję Ci, że dziecko, które nie
                                    > zdobędzie solidnych podstaw to, jako nastolatek, nie nadrobi
                                    > straconego czasu, bo będzie musiał iść naprzód.

                                    Ja faktycznie zblizam sie do okresu przedszkolnego, ale kilka setek
                                    tysiecy dzieci uczacych sie w domu w kraju w ktorym mieszkam,
                                    oddalilo sie juz od przedszkola znacznie.
                                    I te ktore zdecydowaly sie na edukacje wyzsza, radza sobie
                                    wysmienicie, a czesto lepiej niz szkola-wychowani rowiesnicy.

                                    --
                                    www.education-otherwise.org/
                                    • 17.10.09, 12:21
                                      Zawsze można się posłużyć przykładem innych, prawda? Fakt jest taki,
                                      że do dobrego nauczania, czy to w domu, czy to w szkole potrzeba
                                      fachowców, a nie rodziców, którzy wiedzę zdobywają z internetu,
                                      szablonów czy kursów wieczorowych. Ty nie masz przygotowania, co już
                                      widać - Twoja niechęć do pewnych dziedzin wiedzy już bije po oczach.
                                      Przewaga szkoły jest taka, że są różni nauczyciele, dobrzy i źli,
                                      ale jednak fachowi w swoich dziedzinach. Nie wyorażam sobie, by w
                                      woim brytyjsko - dubajskim życiu miała miejsce przez 10 lat żelazna
                                      konsekwencja w uczeniu dziecka. Więcej pokory.

                                      kilka setek
                                      > tysiecy dzieci uczacych sie w domu w kraju w ktorym mieszkam,
                                      > oddalilo sie juz od przedszkola znacznie.
                                      > I te ktore zdecydowaly sie na edukacje wyzsza, radza sobie
                                      > wysmienicie, a czesto lepiej niz szkola-wychowani rowiesnicy

                                      Czy to są sprawdzone statystyki? I jak to się ma do dzieci
                                      edukowanych w szkołach? Zważywszy na to, że ludność w WB wynosi 60
                                      943 912, z czego 16,9% to ludność w wieku od 0 - 14 lat, to nie
                                      bardzo wierzę w te setki tysięcy. Szkoły w takim razie trzebaby
                                      zamknąć.

                                      Twoje dziecko, Twój wybór, jednak ja uważam, że ani nie jesteś do
                                      tego przygotowana merytorycznie, ani nie podchodzisz do sprawy
                                      rajonalnie. Nie da się poświęcić dziecku w takim stopniu, jak Ty
                                      planujesz, w międzyczasie - pomiędzy pracą i podróżami na trasie WB -
                                      Dubaj.
                                    • 17.10.09, 12:27
                                      Tak na marginesie - znalezione na szyko:
                                      Cytat ze strony: www.eastherts.gov.uk/index.jsp?articleid=4683

                                      "Wszystkie szkoły w Wielkiej Brytanii mają obowiązek zapewnić swoim
                                      podopiecznym edukację w kilku podstawowych przedmiotach i według ich
                                      programu nauczania. Obowiązkowe przedmioty nauczania w Zjednoczonym
                                      Królestwie to: matematyka, język angielski, nauka (fizyka i
                                      chemia), historia, geografia, technologia, muzyka, sztuka,
                                      wychowanie fizyczne oraz w szkołach średnich język obcy
                                      ".

                                      Czyli jednak nie uciekniesz od przedmiotów ścisłych.
                                      • 17.10.09, 13:07
                                        no to i ja na szybko:

                                        www.direct.gov.uk/en/Parents/Schoolslearninganddevelopment/ChoosingASchool/DG_4016124

                                        Wymagania dla domowej szkoły w UK

                                        Jako rodzice, nie musimy być wykwalifikowanymi nauczycielami, aby
                                        zapewnić prawidłowe wykształcenie naszemu dziecku. Nie musimy też
                                        kierować się ściśle programem
                                        nauczania szkół, chociaż dobrze jest posiłkować się w procesie
                                        nauczania, wytycznymi, otrzymanymi od lokalnych władz. Aby rozpocząć
                                        nauczanie dziecka w domu musimy wiedzieć, że:


                                        •Nie ma obowiązku realizowania Narodowego Programu, w nauczaniu
                                        domowym, ale jako rodzice, jesteśmy regulaminowo zobowiązani,
                                        zapewnić dziecku pełnowymiarową edukację, odpowiednią do ich wieku,
                                        zdolności i możliwości.
                                        •Jeśli dziecko, z racji np. niepełnosprawności, wymaga spełnienia
                                        dodatkowych, specjalnych potrzeb, musimy uwzględnić je w planie
                                        nauczania.
                                        •Nie potrzebujemy specjalnego pozwolenia ze szkoły lub lokalnych
                                        władz, by wykształcić swoje dziecko w domu, ale, jeśli zdecydujemy
                                        się na nauczanie domowe musimy o tym fakcie zawiadomić szkołę na
                                        piśmie
                                        •Musimy zawiadomić lokalne władze, jeśli postanowimy zabrać dziecko
                                        ze szkoły specjalnej, aby kontynuować naukę w domu.
                                        •W nauczaniu domowym nie obowiązują nas szkolne godziny, ani okresy,
                                        najważniejsze jest, aby zapewnić dziecku taki zakres wiedzy, jaki
                                        odpowiada jego wiekowi i możliwościom.
                                        •Nie musimy tworzyć planów lekcji, ani organizować nauki w formie
                                        lekcji szkolnych.

                                        ----fajny cytat, ktory znalazlam w starym watku, na tym, mniej
                                        wiecej, polega ED:

                                        Jak dziecko edukowane domowo wymienia żarówkę?

                                        Najpierw mama przegląda trzy książki na temat elektryczności, które
                                        wcześniej
                                        wypożyczyła z biblioteki, a dziecko przygotowuje model żarówki.
                                        Potem wspólnie
                                        zapoznają się z biografią T. A. Edisona, który zresztą sam był
                                        edukowany
                                        domowo, i poznają historię oświetlenia. Następnie dziecko
                                        własnoręcznie robi
                                        lampion do swojej świeczki, po czym udaje się do sklepu wraz mamą,
                                        rodzeństwem
                                        czy kolegami, gdzie porównuje rodzaje żarówek i ich ceny. W myślach
                                        dokonuje
                                        obliczeń, ile może kupić danych żarówek za 20 złotych. Po kupieniu
                                        odpowiedniej
                                        żarówki, dziecko wraz z mamą i kolegami dyskutuje w domu nad
                                        postacią króla
                                        Bolesława Chrobrego, którego podobizna widnieje na banknocie
                                        dwudziestozłotowym. Potem poznają kraje, w których wciąż istnieje
                                        monarchia i
                                        pokazują je na mapie.
                                        A potem ...wymieniają spaloną żarówkę.

                                        --
                                        www.youtube.com/watch?v=NeBb2eSvOnM&feature=related
                                        • 17.10.09, 13:36
                                          I ten cytat przekonuje nas , gdzie tkwia trzy błędy w zalozeniu, ze
                                          nauczanie domowe jest doskonale
                                          -po pierwsze matka dziecka uczęszczajacego do szkoly może zrobic
                                          dokladnie to samo, nie ma zakazu. Tyle, ze oprocz jej wykladu,
                                          dziecko bedzie miało jeszcze szanse zapoznać się z fizyka prowadzona
                                          przez kogos, kto się na tym zna i np. odpowie na pytania, na ktore
                                          mama nie potrafila odpowiedziec, bo odpowiedzi znajdowaly sie w
                                          innej książce...
                                          -a po drugie, znacznie wazniejsze - dziecko ma prawo w domu nie być
                                          pouczane na ogrąglo, przy okazji robienia czegokolwiek. Moze chiec
                                          wkręcić żarowke bez pouczania. Czas pracy i czas odpoczynku, o ile
                                          nie sa od siebie oddzialone powoduje, ze nigdy nie da się powiedzieć
                                          sobie "Koniec, mam wolne". Jako osoba dorosła, ktora wlasnie ma
                                          prace zawodową, ktora nie kończy się w godzinach pracy, moge
                                          stwierdzic, ze jest to sposób zycia niezwykle wprost uciązliwy.
                                          - po trzecie - tak uczone dziecko w rezultacie nie umie jednej
                                          rzeczy - zrobic czegokolwiek szybko i sprawnie. Ani umiescic
                                          Chrobrego w żadnym kontekscie historycznym, bo banknotu z Mieszkiem
                                          II nie uswiadczysz.

                                          --
                                          Mops i kot

                                          img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                                          • 17.10.09, 16:24
                                            Oto tematy przy dzisiejszym obiedzie w domu, gdzie dziecko uczęszcza
                                            do szkoly:
                                            -co to jest brzytwa Ockhama
                                            - wady i zalety proponowanej reformy szkolnictwa wyzszego
                                            - co to jest veniam legendi
                                            - repertuar tegorocznego Festiwalu filmowego
                                            -wyzszość buraków na cieplo nad burakami na zimno i odwrotnie
                                            - oraz plotki bieżące
                                            Wyzszośc tego nad uczeniem domowym - 14-latek dowiaduje się tego
                                            wszystkiego mimochodem, dodatkowo (a nie wyłącznie...) i w dodatku
                                            włącza się do dyskusji wiedzac, ze to rozmowa i nikt nie bedzie od
                                            niego wymagał tego, czego dowiedział sie "przy okazji". mógł
                                            sluchać, a mogl zająć się jedzeniem klopsa i mysleć o niebieskich
                                            migdalach. Gdyby to samo bylo w ramach "nauczania domowego" trzeba
                                            by z pewnych rzeczy odpytac, utrwalić i obiad nie bylby juz
                                            beztroski.
                                            --
                                            Mops i kot

                                            img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                                            • 17.10.09, 18:48
                                              Verdna, takie rozmowy to maja miejsce w Twoim domu, a nie w kazdym
                                              domu typowego 14 latka. Twoj dom jest przesiakniety wiedza, ze
                                              wzgledu na to, ze oboje z meze prezetujece soba wysoki poziom.

                                              14-latki, ktore ja znam, niemal wcale nie sa zaiteresowane rozmowa
                                              rodzicami, gdyz wiecznie siedza z komorka w dloni, przy kompie- na
                                              czatach lub gg, lub poza domem bratajac sie z przyjaciolmi.
                                              W wielu domach dzieci w tym wieku juz nie chca z rodzicami
                                              rozmawiac, za priorytet w zyciu majac kontakty ze znajomymi.
                                              Twoja sytuacje potraktowalabym jako wyjatek od reguly raczej.

                                              Gdyby to samo bylo w ramach "nauczania domowego" trzeba
                                              > by z pewnych rzeczy odpytac, utrwalić i obiad nie bylby juz
                                              > beztroski.

                                              Ciekawe, ze tyle wiesz o ED wink, moze jeszcze testy wielokrotnego
                                              wyboru rodzice homschoolerom robia, i oceny wystawiaja, co?
                                              Dziennik prowadza i by zabrac glos nalezy podniesc reke? wink
                                              Nie, ED tak jak ja ja rozumiem, tak jak ja bede to robila, nie
                                              zawiera w sobie tego typu atrakcji.

                                              ED to nie jest szkola w domu, gdyby tak bylo, w moich oczach nie
                                              mialby to zadnego sensu.

                                              --
                                              www.parentingscience.com/
                                              • 17.10.09, 21:40
                                                aagnie.szkaa napisała:

                                                > Verdna, takie rozmowy to maja miejsce w Twoim domu, a nie w kazdym
                                                > domu typowego 14 latka. Twoj dom jest przesiakniety wiedza, ze
                                                > wzgledu na to, ze oboje z meze prezetujece soba wysoki poziom.
                                                >
                                                > 14-latki, ktore ja znam, niemal wcale nie sa zaiteresowane rozmowa
                                                > rodzicami, gdyz wiecznie siedza z komorka w dloni, przy kompie- na
                                                > czatach lub gg, lub poza domem bratajac sie z przyjaciolmi.
                                                > W wielu domach dzieci w tym wieku juz nie chca z rodzicami
                                                > rozmawiac, za priorytet w zyciu majac kontakty ze znajomymi.
                                                > Twoja sytuacje potraktowalabym jako wyjatek od reguly raczej

                                                A wniosek z tego, Agnieszko, jaki ? Że Verdana moglaby, ale nie
                                                chce ? Że znane Ci 14-latki, gdyby były nauczane przez rodzicow,
                                                pragnęłyby kontaktu z nimi, a nie z rowieśnikami ? A moze odwrotnie,
                                                uciekanie od rodzicow jako efekt nauczania domowego ? Pogubilam sie
                                                w twoich argumentach...
                                                • 17.10.09, 22:06

                                                  > A wniosek z tego, Agnieszko, jaki ? Że Verdana moglaby, ale nie
                                                  > chce ? Że znane Ci 14-latki, gdyby były nauczane przez rodzicow,
                                                  > pragnęłyby kontaktu z nimi, a nie z rowieśnikami ? A moze
                                                  odwrotnie,
                                                  > uciekanie od rodzicow jako efekt nauczania domowego ? Pogubilam
                                                  sie
                                                  > w twoich argumentach...

                                                  Nie argumentowalam, a odpowiadalam na post Verdany. wink
                                                  Nie znam osobiscie ani jednej rodziny uczacej w domu, dzieci
                                                  znajomych uczeszczaja do szkol publicznych.

                                                  Tak, sadze, ze jesli dziecko od wczesnych lat, wiekszosc dnia spedza
                                                  w towarzystwie rowiesnikow (zlobek, potem przedszkole, potem szkola-
                                                  a to wszystko czesto 8-10 godz dziennie), a nie osob doroslych, moze
                                                  to wplynac negatywnie na wiezi z rodzinne.

                                                  --
                                                  <*>
                                                  fotoforum.gazeta.pl/u/aagnie.szkaa.html -nasze
                                                  foty
                                                  • 17.10.09, 22:28
                                                    Uczyć w domu moga chyba tylko osoby, ktore maja spory zasób wiedzy -
                                                    czyli wlasnie te, ktore rozmawiają przy stole o najdziwniejszych
                                                    rzeczach. Jednak nie jest to wiedza systematyczna i jako nauczanie
                                                    nie zdaje egzaminu.
                                                    A jeslli sa domy, gdzie rodzice nie maja odpowiedniego poziomu
                                                    wiedzy, by prowadzić rozmowy nie tylko o niczym, to nie powinni brac
                                                    się do uczenia dzieci - bo niewiele mają im do przekazania - tak jak
                                                    ja nie bedę dziecka uczyla fizyki ani chemii.
                                                    No, a na to zeby 14-latek chcial z rodzicami rozmawiać, trzeba sobie
                                                    zapracować, a nie po prostu trzymac nastolatka w domu, aby nie
                                                    bardzo miał alternatywę. Zresztą tiwidze spora sprzecznośc - jesli
                                                    twierdzi się, ze 14-latki uczone w domu bedą mialy zapewnione
                                                    srodowisko rowieśnicze, a jednoczesnie - ze 14-latki, ktore tych
                                                    kolegow maja nie rozmawiaja z rodzicami - to jak uczyc 14-latka,
                                                    ktory nie ma ochoty na kontakt z rodzicem? To jest dopiero
                                                    dramatyczna sytuacja.
                                                    Czyli jednak nauczanie domowe ma drastycznie ograniczyć dziecku
                                                    mozliwość pozadomowych kontaktów, aby z koniecznosci i przymusowo
                                                    podtrzymywać więzy z rodzicami. Co twierdzilam od poczatku.
                                                    --
                                                    Mops i kot

                                                    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                                                  • 17.10.09, 22:55

                                                    verdana napisała:

                                                    > Uczyć w domu moga chyba tylko osoby, ktore maja spory zasób
                                                    wiedzy -
                                                    > czyli wlasnie te, ktore rozmawiają przy stole o najdziwniejszych
                                                    > rzeczach.

                                                    -oczywiscie, ze tak.

                                                    Jednak nie jest to wiedza systematyczna i jako nauczanie
                                                    > nie zdaje egzaminu.

                                                    -dlatego tez ED NIE ogranicza sie do nauki przy obiedzie jedynie smile

                                                    > A jeslli sa domy, gdzie rodzice nie maja odpowiedniego poziomu
                                                    > wiedzy, by prowadzić rozmowy nie tylko o niczym, to nie powinni
                                                    brac
                                                    > się do uczenia dzieci

                                                    -mam taka sama opinie.

                                                    > No, a na to zeby 14-latek chcial z rodzicami rozmawiać, trzeba
                                                    sobie
                                                    > zapracować, a nie po prostu trzymac nastolatka w domu, aby nie
                                                    > bardzo miał alternatywę.

                                                    -prawda.
                                                    Zresztą tiwidze spora sprzecznośc - jesli
                                                    > twierdzi się, ze 14-latki uczone w domu bedą mialy zapewnione
                                                    > srodowisko rowieśnicze, a jednoczesnie - ze 14-latki, ktore tych
                                                    > kolegow maja nie rozmawiaja z rodzicami - to jak uczyc 14-latka,
                                                    > ktory nie ma ochoty na kontakt z rodzicem? To jest dopiero
                                                    > dramatyczna sytuacja.

                                                    -bez watpienia, byloby to baaardzo trudne, jezeli wogole mozliwe uncertain

                                                    > Czyli jednak nauczanie domowe ma drastycznie ograniczyć dziecku
                                                    > mozliwość pozadomowych kontaktów, aby z koniecznosci i przymusowo
                                                    > podtrzymywać więzy z rodzicami. Co twierdzilam od poczatku.

                                                    Absolutnie NIE.



                                                    --
                                                    www.youtube.com/watch?v=NeBb2eSvOnM&feature=related
                                        • 19.10.09, 23:10
                                          Jak dziecko edukowane domowo wymienia żarówkę?

                                          Ilu psychologów potrzeba do zmiany żarówki?
                                          Żadnego. Żarówka sama się zmieni, gdy będzie na to gotowa.
                    • 03.10.09, 16:35

                      srebrnarybka napisała:
                      > Ciekawość owszem, ale możliwości jej zaspokojenia to druga sprawa.
                      > Jeśli jesteś np. niemuzykalna, to Twojemu dziecku bardzo trudno
                      > będzie w wieku np. 5 lat zainteresować się muzyką poważną. A w
                      wieku
                      > 10 lat stwierdzisz po prostu, że muzyka jej nie interesuje.
                      Zresztą
                      > nie ma siły, byś to, co Ciebie nie interesuje, przedstawiła jej
                      > równie atrakcyjnie, jak to, co Ciebie rajcuje.

                      Dzieci uczace sie w domu korzystaja z wielu
                      zajec ,,pozalekcyjnych'', norma jest zapisywanie ich na rozmaite
                      zajecia czy to muzyczne, sportowe czy tez kolka zainteresowan, np.
                      teatralne, czy plastyczne.
                      Wazne, by obserwowac dziecko, sluchac go, a potem poszukac
                      odpowiednich zajec.

                      04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                      • 03.10.09, 16:43
                        Ale ciagle wybierasz z zajęć, ktore Ty uznajesz za pozyteczne i
                        stosowne. A chodzi własnie o to, ze inni moga dziecku pokazać to, co
                        Tobie by nie przyszło nawet do głowy.
                        Żaden pojedynczy czlowiek nie jest w stanie zauwazyć u dziecka
                        wszystkiego, szczególnie, gdy nie ma porownania z rowieśnikami
                        dziecka - i to nie jedym czy dziesiecioma, ale z bardzo wieloma. Nie
                        mowiac juz o tym, ze nie da się "zaobserwować" wszstkiego. Mogę
                        wprawdzie - jak nauczyciel mojej corki - zadac do napisania wiersz,
                        ale nie jestem w stanie ocenić obiektywnie czy jest on przeciętny,
                        czy nie.
                        Dla mnie wiersz córki był niezly. Nauczyciel - krytyk literacki -
                        stwierdził, ze ma talent i kazał pisac dalej. Ja bym nie namawiała,
                        a najprawdopodobniej w ogole nie zadalabym tego pierwszego wiersza
                        bo po co?
                        Nie ma takiej mozliwosci, aby sami rodzice byli w stanie pokazac
                        dziecku to, czego sami nie umieję - nie sa tez w stanie wybrac dla
                        dziecka zajęć, ktore wcale ich zdaniem nie sa wartosciowe, czy
                        potrzebne, a dla dziecka mogą stac się prawdziwą pasją.
                        No i powiedz mi - jak zamierzasz oceniać wlasne dziecko, nie
                        wiedzac, jaki jest przecietny poziom dzieci w tym wieku. I kwestia
                        najistotniejsza - co zrobisz, gdy Twoje dziecko bedzie się slabo
                        uczyło i Ty - jako matka - będziesz je nisko oceniać. Zwracam ci
                        uwagę, ze zle oceny otrzymywane od nauczyciela, to ocena ucznia. Żle
                        oceny i uwagi otrzymywane od matki - to ocena dziecka, mogą działać
                        absolutnie destrukcyjnie.
                        --
                        Mops i kot

                        img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                      • 03.10.09, 17:40
                        Dzieci uczace sie w domu korzystaja z wielu
                        > zajec ,,pozalekcyjnych'', norma jest zapisywanie ich na rozmaite
                        > zajecia czy to muzyczne, sportowe czy tez kolka zainteresowan, np.
                        > teatralne, czy plastyczne.

                        Czyli przyznajesz, że nie jesteś w stanie sama nauczyć dziecka we
                        wszystkich dziedzinach, co zresztą wydaje się oczywiste, bo nikt nie
                        zna się na wszystkim. To po co zapisywać dziecko na rozmaite kółka
                        zainteresowań zamiast posłać do szkoły, gdzie tę edukację osiągnie w
                        jednym miejscu?
                        • 03.10.09, 20:37

                          > Czyli przyznajesz, że nie jesteś w stanie sama nauczyć dziecka we
                          > wszystkich dziedzinach, co zresztą wydaje się oczywiste, bo nikt
                          nie
                          > zna się na wszystkim. To po co zapisywać dziecko na rozmaite kółka
                          > zainteresowań zamiast posłać do szkoły, gdzie tę edukację osiągnie
                          w
                          > jednym miejscu?

                          Niczego nie przyznaje!! smile
                          Tlumacze tylko, ze dziecko uczone w domu ma wiele sytuacji i
                          mozliwosci, by spotykac sie z innymi dziecmi, a takze by rozwijac
                          sie zgodnie ze swoimi zainteresowaniami, takze dlatego, ze ma na to
                          czas ;p.

                          --
                          www.dzikiedzieci.pl/

                          04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                          • 03.10.09, 20:50
                            Będę brutalna - dziecko na poziomie szkoły podstawowej nie może
                            ograniczyć się do uczenia się tylko tego, co je interesuje. Jednego
                            dziecka może nie interesować tabliczka mnożenia, innego zasady
                            ortografii i gramatyki, jeszcze innego wiedza o tym, jak czytać
                            mapę, jakie są kontynenty, co jest stolicą Francji i co to jest
                            dorzecze, jakieś może w ogóle nie lubić śpiewu i muzyki, a kolejne
                            nudzić się na biologii czy tam przyrodzie i nie chcieć dowiedzieć
                            się, że ptaki wykluwają się z jajek ani oglądać preparatów pod
                            mikroskopem, a jakieś tam jeszcze słuchać o tym, że była II wojna
                            światowa. Ale dziecko na poziomie szkoły podstawowej powinno te
                            rzeczy opanować niezależnie od tego, czy je to interesuje, czy nie,
                            bo dorosły, który nie zna pojęcia dorzecze albo dopełniacz, nie umie
                            tabliczki mnożenia albo nie słyszał o II wojnie światowej, w życiu
                            sobie nie poradzi. Nie pisz mi, że teraz są kalkulatory i słowniki
                            ortograficzne w komputerach, bo jakieś podstawy wiedzy trzeba mieć.
                            I bez tych podstaw dziecko żadnych poważnych zainteresowań w sobie
                            nie wykrzesze. Na to, by wybrać szkołę profilowaną zgodną z
                            zainteresowaniami trzeba te zainteresowania mieć i to ugruntowane,
                            tzn. nie tylko lubić coś, ale i znać. Jeżeli w domu chcesz
                            gruntownie przerobić z dzieckiem program szkoły podstawowej, to ono
                            będzie tyle samo czasu poświęcało na naukę, co w tej szkole, więc
                            niby dlaczego ma mieć więcej czasu na kółka? Chyba, że chcesz coś
                            skrócić, ale wtedy nie wyjdzie to dziecku na dobre.
                            • 03.10.09, 21:02
                              Co do zainteresowań - co roku, gdy dostaję nową grupę studentów,
                              pytam każdego o indywidualne zainteresowania naukowe. Bardziej cwani
                              podają mi tematykę odległą od przedmiotu, który prowadzę, bo liczą,
                              że dam im święty spokój. Natomiast niektóre grzeczne dziewczynki w
                              białych bluzeczkach mówią, że interesują się ... i tu wymieniają coś
                              z zakresu mojego przedmiotu. Ja wtedy zadaję nieśmiertelne pytanie:
                              a co pani czytała z tej tematyki? Na ogół dziewczę wtedy się płoni i
                              okazuje się, że albo nic nie czytało, albo szkolny podręcznik 2 lata
                              temu. No to pytam: a w czym się przejawiają pani zainteresowania?
                              Dziewczę znów się płoni i dochodzimy wspólnie do wniosku, że ona tę
                              tematykę lubi. A to różnica. Lubi, ale nie interesuje się, bo gdyby
                              się interesowała, bo coś by na ten temat czytała.
                            • 03.10.09, 21:34

                              Jeżeli w domu chcesz
                              > gruntownie przerobić z dzieckiem program szkoły podstawowej, to
                              ono
                              > będzie tyle samo czasu poświęcało na naukę, co w tej szkole, więc
                              > niby dlaczego ma mieć więcej czasu na kółka? Chyba, że chcesz coś
                              > skrócić, ale wtedy nie wyjdzie to dziecku na dobre.

                              A wlasnie chyba nie bede podazala za programem tak calkowicie,
                              bedziemy mieli wszystkie podreczniki oczywiscie, cos sie wybierze,
                              cos sie poglowkuje. Bedzie dobrze smile.

                              --
                              www.dzikiedzieci.pl/

                              04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                              • 03.10.09, 21:51
                                A wlasnie chyba nie bede podazala za programem tak calkowicie,
                                > bedziemy mieli wszystkie podreczniki oczywiscie, cos sie wybierze,
                                > cos sie poglowkuje.

                                Czyli wybierzemy geografię, ale bez czytania mapy, i matematykę, ale
                                bez tabliczki mnożenia, a zaoszczędzony czas przeznaczymy na kółko
                                teatralne, bo to dziecko lubi. W ten sposób wychowuje się
                                ćwierćinteligenta pozbawionego podstaw wiedzy.
                                • 03.10.09, 21:56
                                  Nie spekuluj serbrnarybka, nie spekuluj... smile

                                  --
                                  www.dzikiedzieci.pl/

                                  04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                                  • 03.10.09, 22:07
                                    Nie spekuluję. Przełożyłam z polskiego na nasze to, co napisałaś.
                                    Napisałaś, że nie będziesz się trzymała programu i że Twoje dziecko
                                    będzie miało więcej czasu na rozwijanie indywidualnych
                                    zainteresowań. Czyli cięcia w programie dla ekstrawagancji.
                                    Swoją drogą przygotowywałam kiedyś do egzaminu wstępnego pannę,
                                    która chodziła do prywatnej szkoły i dlatego miała lekcje z historii
                                    sztuki, historii teatru i historii filozofii. Wiedziała, że byl
                                    filozof Plotyn, który był neoplatonikiem (chociaż podejrzewam, że
                                    nie rozumiała, co to znaczy), ale nie wiedziała, jakiego państwa
                                    stolicą jest Bukareszt. Poległa z kretesem na egzaminie wstępnym,
                                    zgodnie zresztą z moimi oczekiwaniami.
                                    • 04.10.09, 00:31

                                      srebrnarybka napisała:

                                      > Nie spekuluję. Przełożyłam z polskiego na nasze to, co napisałaś.
                                      > Napisałaś, że nie będziesz się trzymała programu i że Twoje
                                      dziecko
                                      > będzie miało więcej czasu na rozwijanie indywidualnych
                                      > zainteresowań. Czyli cięcia w programie dla ekstrawagancji.

                                      Mocno powiedziane wink.
                                      A co, program to wyrocznia?, bez opanowanego programu podstawowy
                                      dziecko mi zginie w odmetach nicosci egzystencjalnej?.
                                      Juz pisalam jakie sa kryteria przyjmowania do szkol srednich i
                                      wyzszych, gdzie widzisz problem?.
                                      Przypominam, ze nie pisze zza Wisly wink.
                                      W tym, ze fizyki, chemii nie naucze - a te przedmioty wogole sa w
                                      programie szkol podstawowych-bo, chyba mi umknelo wink.

                                      Bedzie miala ochote wkuwac tablice Mendelejewa-wkuje, bedzie miala
                                      ochote nauczyc sie kilku wzorkow - cholera wie po co z reszta-
                                      opanuje pamieciowo, bo jest wlasnie ta wiedza, ktora ja wynioslam ze
                                      szkol z tych przedmiotow. Przydaje sie o tyle, ze mozna blysnac
                                      przed znajomymi ogladajac Milionerow, kiedy pojawia sie pytania z
                                      tej dziedziny wink.

                                      No, ale moze ja bylam malo pojetna jesli chodzi o nauki scisle,
                                      przyznac trzeba, podziel sie moze swoja wiedza chem-fiz, ktora
                                      pamietasz nie z innych szkol, ale wlasnie z podstawowy, plisss wink.
                                      Z biologii pamietam budowe dzdzownicy jeszcze smile, ha ha


                                      --
                                      www.dzikiedzieci.pl/

                                      04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                                      • 04.10.09, 01:17
                                        chodziłam do 8etniej podstawówki, którą skończyłam w wieku 15 lat,
                                        fizykę i chemię miałam jak najbardziej. Fizykę bodaj 4 lata, chemię
                                        3 lata. Nauczyłam się wtedy bardzo dużo. Fizyka nawet tak mnie
                                        zainteresowała, że przez parę lat zamierzałam studiować fizykę, dużo
                                        nad tym przedmiotem pracowałam, chodziłam na kółko, czytywałam
                                        książki o sławnych fizykach. Tych zainteresowań nie wyniosłabym z
                                        domu, bo moi rodzice o fizyce pojęcia nie mają.
                                        Z tego, co piszesz, wynika, że Twoja córka do 16 roku życia nie
                                        będzie się uczyła fizyki ani chemii. Uniemożliwi jej to studiowanie
                                        medycyny, studia inżynierskie, architekturę, weterynarię, fizykę i
                                        chemię czystą, a nawet rolnictwo, czy biologię.
                                        Skoro lubiłaś zwierzątka, to dziwię się, że nie uczyłaś się
                                        biologii. Wybacz, ale bez opanowania programu podstawówki nie da się
                                        kształcić dalej. Dlaczego - sama nazwa wskazuje. To, że Ty byłaś z
                                        czegoś niepojętna, to nie powód, by pozbawiać dziecko tej wiedzy.
                                        • 04.10.09, 01:36

                                          srebrnarybka napisała:
                                          > Z tego, co piszesz, wynika, że Twoja córka do 16 roku życia nie
                                          > będzie się uczyła fizyki ani chemii. Uniemożliwi jej to
                                          studiowanie
                                          > medycyny, studia inżynierskie, architekturę, weterynarię, fizykę i
                                          > chemię czystą, a nawet rolnictwo, czy biologię.
                                          > Skoro lubiłaś zwierzątka, to dziwię się, że nie uczyłaś się
                                          > biologii. Wybacz, ale bez opanowania programu podstawówki nie da
                                          się
                                          > kształcić dalej. Dlaczego - sama nazwa wskazuje. To, że Ty byłaś z
                                          > czegoś niepojętna, to nie powód, by pozbawiać dziecko tej wiedzy.

                                          Wybacz, ale sie da smile. Tydzien temu moja siostra, ledwo ledwo z
                                          klasy do klasy w podstawowie, 4 dni po porodzie obronila prace
                                          magisterska na 2 razy 5, da sie.

                                          Wybacz, ale nie zamkne jej zadnej drogi (co wiesz o zasadach
                                          przyjmowania homeschoolerow do college-ow i na studia wyzsze w UK?),
                                          wybacz, ale zmierzamy do nikad, a Ty zaczynasz uderzac ponizej pasa,
                                          bo cisnienie wzrasta.
                                          Apeluje o prowadzenie milej i sympatycznej rozmowy wink.


                                          04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                                          • 04.10.09, 11:32
                                            Wybacz, ale sie da smile. Tydzien temu moja siostra, ledwo ledwo z
                                            > klasy do klasy w podstawowie, 4 dni po porodzie obronila prace
                                            > magisterska na 2 razy 5, da sie.

                                            Skoro Twoja siostra przechodziła z klasy do klasy w podstawówce,
                                            nawet ledwo-ledwo, to znaczy, że jakieś minimum wiedzy miała
                                            opanowane, nawet jeśli sądzi, że niczego się nie nauczyła. I dzięki
                                            tym podstawom mogła wybrać taki kierunek studiów, który ją
                                            interesował i pracować nad nim już z zapałem.

                                            Wybacz, ale nie zamkne jej zadnej drogi (co wiesz o zasadach
                                            > przyjmowania homeschoolerow do college-ow i na studia wyzsze w
                                            UK?),
                                            > wybacz, ale zmierzamy do nikad, a Ty zaczynasz uderzac ponizej
                                            pasa,
                                            > bo cisnienie wzrasta.

                                            Nie uderzam poniżej pasa. Sama piszesz, że łatwo zostać przyjętym do
                                            collegu (w co wątpię, ale niech będzie), ale potem można sobie nie
                                            poradzić. Czyli na jedno wychodzi. Piszesz, że zamierzasz uczyć
                                            dziecko tylko tego, co będzie je interesowało, a na dodatek sama nie
                                            byłaś dobra z przedmiotów mat.-fiz. i nie widzisz potrzeby ich
                                            uczenia, bo to jest wkuwanie. Czyli raczej nie będziesz ich uczyć w
                                            ogóle, a jeśli już, to na podstawie wiadomości wyszukanych przez
                                            google, może tak rzetelnych, jak informacja o domowej edukacji
                                            Joanny d'Arc. Nie zorganizujesz też w domu laboratorium ani
                                            doświadczeń, nie kupisz odczynników etc. Zatem Twoja córka
                                            najprawdopoodbniej nie będzie miała podstaw chemii i fizyki do 16
                                            roku życia. Być może zostanie przyjęta do college'u, ale tam sobie
                                            nie poradzi. Czyli na jedno wychodzi.
                                            • 04.10.09, 11:40
                                              to ja jeszcze zapytam autorke watku skad pomysl o zakuwaniu fizyki i
                                              chemii?Przedmiotow scislych NIE DA SIE wykuc na pamiec jak historii,geografii
                                              czy biologii.Wykuc mozna co najwyzej definicje ale to nie daje dostatecznej
                                              wiedzy by przeksztalcic wzory,podstawic prawidlowe dane i ROZWIAZAC zadanie.
                                              --
                                              http://lb3m.lilypie.com/8ngEp2.png
                                              • 04.10.09, 11:49
                                                Oczywiście, że się nie da. No, chyba, że ktoś nic z nich nie rozumie.
                                                Jako historyk muszę jednak bronić honoru historii - tu też nie jest
                                                najistotniejsze "wykucie" dat etc., tylko rozumienie procesów
                                                historycznych.
                                                Podejrzewam, że z biologią i geografią jest tak samo.
                                                Generalnie wiedza nie polega na wykuciu. Wykuć można i nawet trzeba
                                                jedynie fakty, które stanowią cegiełki umożliwiające dalsze
                                                rozumowanie - w jezyku obcym będą to słówna, w matematyce tabliczka
                                                mnożenia, w fizyce wiedza o tym, z jakich części składa się atom, w
                                                chemii symbole pierwiastków, w historii podstawowe fakty i daty. Ale
                                                te wszystkie cegiełki mają dopiero sens, gdy się je widzi na
                                                szerszym tle i rozumie.
                                                Oczywiście nie sposób zapisać reakcji chemicznej, jeśli się nie wie,
                                                jakie są pierwiastki i nie zna ich wzorów. Podobnie nie sposób
                                                zrozumieć, dlaczego doszło do bitwy pod Grunwaldem, jeśli się nie
                                                słyszało o sprowadzeniu Krzyżaków i zaborze przez nich Pomorza
                                                Gdańskiego i unii polsko-litewkiej. Ale najistotniejsze jest
                                                rozumienie związku między tymi faktami, a nie sama znajomość
                                                pojedynczych faktów.
                                              • 04.10.09, 13:29
                                                kasiu, tak sie sklada, ze mimo ze chodzilam do najlepszego liceum w miescie i
                                                klasy mat-fiz fizyka polegala na kuciu regulek i rozwiazywaniu schematycznych zadan
                                                otoz pani fizyczka sama fizyki nie umiala, nasze protesty by zmienic nam
                                                nauczyciela walily w mur, gdyz pani miala plecy w zwiazkach

                                                podobnie wygladala moja nauka chemii w podstawowce, gdy w liceum trafilam na
                                                kose w tej materii, zajelo mi pol roku rycie od zera, bo nie umialam nic

                                                z przykroscia twierdze, ze znakomita wiekszosc nauczycieli uczy duzo gorzej, niz
                                                zrobi to zaangazowany rodzic, w liceum mialam dobrego matematyka, angliste
                                                (dopiero w 4 klasie) i polonistke
                                                reszta nauczycieli - nedza, geografia to bylo kucie lekcji, odpytywanie, do dzis
                                                nie nie umiem, az wstyd, podobnie z biologia
                                                az zazdroszcze szkol do ktorych chodziliscie wink

                                                ja bym chetnie chociaz podstawowke w domu przerobila, sadze ze z korzyscia dla
                                                dzieci
                                                --
                                                "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                                                prababcia Luśki
                                                • 04.10.09, 14:24
                                                  nie sposób kogoś nauczyć tego, czego się samemu nie umie.
                                                  Co do rzekomego kucia: owszem, są nauczyciele, którzy tak uczą, ale
                                                  często wynika to z postawy samych uczniów, których dany przedmiot
                                                  nie interesuje, nie chce im się go uczyć i co gorsza, są tak
                                                  ukierounkowywania z domu (a komu to potrzebne? a czego ta pani
                                                  wymaga? itd.) i w rezultacie, żeby chociaż zaliczyć, nie pozostaje
                                                  nic innego niż zakuć, zdać, zapomnieć.
                                                  Za parę godzin czeka mnie powtarzanie historii z przyszywanym
                                                  bratanekiem II licealna, przed klasówką we wtorek. Młody nie uczył
                                                  się cały czas, a teraz próbuje postawić ciocię pod ścianą - niech
                                                  ciocia mi w 2 godz. opowie to, czego sie przez miesiąc nie nauczyłem
                                                  sam. Oczywiście, że skutkiem takiej nauki będzie tylko tyle, że
                                                  wykuje parę dat i faktów, do wtorku trochę zapamięta i 2 albo 3
                                                  dostanie. Ponieważ w ogóle uczy się kiepsko, więc się na tę powtórkę
                                                  zgodziłam, zeby nieszczęsną klasówkę zaliczył. Ale przy okazji
                                                  opieprzyłam za brak systematycznej nauki i powiedziałam, że robi
                                                  mnie w balona, a poza tym niczego sie w ten sposób nie nauczy.
                                                  Kazałam mu się zresztą pouczyć samemu przed tą powtórką, ale czy i
                                                  jak to zrobi - pojęcia nie mam. I potem, jako dorosły, będzie
                                                  opowiadał, że historia polegała na wkuwaniu. Nie polegałaby, gdyby
                                                  się jej uczył systematycznie. Wtedy miałby szansę poza datami i
                                                  faktami dostrzec jeszcze związki między nimi zachodzące. Ale na to
                                                  trzeba znać pewną liczbę faktów, żeby nimi swobodnie operować.
                                                • 04.10.09, 16:46
                                                  Aagnie.szka ma jeden dobry argument za homeschoolingiem w swoim przypadku -
                                                  ewentualną konieczność częstej zmiany szkoły przez córkę. Natomiast wykonanie
                                                  może być... różne.
                                                  Powiedzmy, że w szkole mamy beznadziejnie prowadzone przedmioty - nauczyciele są
                                                  do d... niemal ze wszystkich przedmiotów. Możemy spróbować zmienić
                                                  nauczycieli.Albo zmienić szkołę.
                                                  Co jednak w przypadku kiedy to my sami - obiektywnie patrząc - jesteśmy tymi
                                                  nauczycielami? Czy jesteśmy w stanie przyznać to sami przed sobą?
                                                  Nauczanie to ciężki zawód i trzeba mieć do tego talent - zaś uczenie własnych
                                                  dzieci to czasami męka. Pewne rzeczy przyswoiliśmy tak dawno temu, że nie
                                                  pamiętamy już, że też kiedyś czegoś nie umieliśmy, nie rozumieliśmy, że
                                                  zrozumienie czegoś sprawiało nam problemy. I czasami nasze dzieci - jeśli nie są
                                                  genialne i łapią wszystko, pomimo pokrętnego tłumaczenia mamusi/tatusia - wydają
                                                  nam się po prostu tępe (na zasadzie: to takie proste, a on/ona nic z tego nie
                                                  rozumie).
                                                  BTW: też nie przepadam za instytucją szkoły (chociaż nie mam żadnych
                                                  traumatycznych przeżyć związanych ze szkołą), niemniej jeszcze mniej lubię
                                                  siedzieć z dziećmi nad lekcjami. Dlatego chodzą do szkoły. Też nie mają - jak
                                                  dotąd - traumatycznych przeżyć.
                                      • 04.10.09, 22:20
                                        aagnie.szkaa napisała:

                                        > Bedzie miala ochote wkuwac tablice Mendelejewa-wkuje, bedzie miala
                                        > ochote nauczyc sie kilku wzorkow - cholera wie po co z reszta-
                                        > opanuje pamieciowo, bo jest wlasnie ta wiedza, ktora ja wynioslam
                                        ze
                                        > szkol z tych przedmiotow. Przydaje sie o tyle, ze mozna blysnac
                                        > przed znajomymi ogladajac Milionerow, kiedy pojawia sie pytania z
                                        > tej dziedziny wink.
                                        [...]
                                        > Z biologii pamietam budowe dzdzownicy jeszcze smile, ha ha


                                        Dzień dobry. Gratuluję odważnej i jakże słusznej decyzji nie mącenia
                                        dziecku w głowie i nie marnowania jego czasu na takie bzdury jak
                                        nauki matematyczno-przyrodnicze.

                                        Gdy dziecko w przyszłości zostanie pełnoprawnym obywatelem, i będzie
                                        chciało wyrazić (np. w wyborach, referendach) opinię, czy podjąć
                                        decyzję dotyczącą jego zdrowia i otoczenia, w sprawach takich jak
                                        n.p.:

                                        - klonowanie terapeutyczne
                                        - aborcja
                                        - budowa elektrowni atomowych i termojądrowych
                                        - dodatki do żywności
                                        - szczepienia
                                        - globalne ocieplenie
                                        - instalacja masztów telefonicznych i linii wysokiego napięcia w
                                        pobliżu domów
                                        - żywność z organizmów modyfikowanych genetycznie

                                        nie będzie miało nawet minimalnych podstaw wiedzy by taką opinię
                                        sobie samodzielnie wyrobić. Ale przecież zapyta (albo wygugla
                                        opinię) jakiegoś polityka, albo piosenkarza lub aktora, albo księdza.

                                        Ci mu powiedzą, co ma zrobić, jak ma zagłosować.

                                        Witamy nową bezwolną owcę w stadzie baranów.


                                        --
                                        Masajowie uważają, iż mycie wodą naczyń do mleka daje mleku przykry
                                        zapach; dlatego myją te naczynia w krowim moczu.

                                        Za Kopalińskim
                                  • 03.10.09, 22:11
                                    Tqwoje dziecko moze uczyć sie w domu, ale egzaminy musi zdawac
                                    regularnie z programu szkoly. Wiec nie Ty bedziewsz wybierala to,
                                    czego się uczy - masz obowiązek nauczenia dziecko programu
                                    konkretnej klasy w konkretyym roku.
                                    Powiedz mi jedno - co zrobis, gdy się okaze, ze Twoje dziecko jest
                                    slabym uczniem? Co zrobisz, aby slabe oceny czy tez konicznośc
                                    poprawy prac nie wpłynęła ani na Twoj stosunek do niej, ani
                                    odwrotnie - aby nie czula, ze Cię zawiodła?
                                    I czy naprawde sadzisz, ze 15-16-latka będzie szczęśliwa przebywając
                                    z Toba, a nie z rówiesnikami większość czasu? Że będzie szczęśliwa,
                                    gdy będziesz miała kontrole nad niemal calym jej zyciem?
                                    Bo sa dwa wyjścia - nie będzie szczesliwa - to jedno.
                                    Będzie szczęśliwa i Ty zastapisz jej codzienne kontakty z
                                    rowieśnikami- i wtedy taka więż miedzu dorastająca corką a matka nie
                                    jest zdrowa dla żadnej ze stron.
                                    czy Ty chcialays spędzic dziecinstwo i mlodość tylko z mamą?
                                    Wychodzac najwyzej na jakies wybrane przez mamę kółko?
                                    --
                                    Mops i kot

                                    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                                    • 03.10.09, 22:14
                                      czy Ty chcialays spędzic dziecinstwo i mlodość tylko z mamą?
                                      > Wychodzac najwyzej na jakies wybrane przez mamę kółko?

                                      Do 7 roku życia przebywałam z rodzicami, babcią lub studentką
                                      wynajmowaną, by chodzić ze mną na spacery i wspominam ten okres
                                      życia jako przeraźliwie nudny. Bardzo chciałam pójść do szkoły, już
                                      podstawowej.
                                      • 04.10.09, 01:08

                                        srebrnarybka napisała:
                                        > Do 7 roku życia przebywałam z rodzicami, babcią lub studentką
                                        > wynajmowaną, by chodzić ze mną na spacery i wspominam ten okres
                                        > życia jako przeraźliwie nudny. Bardzo chciałam pójść do szkoły,
                                        już
                                        > podstawowej.

                                        Do zerowki (nie bylam posylana ani do zloba, ani do przedszkola)
                                        spedzalam czas z rodzicami i siostra, ale tez... na podworku,
                                        zabierajac innym dzieciakom rowerki (bo moich rodzicow nie bylo
                                        stac), przewodzac gangowi uciekinierow bagiennych,
                                        robiac ''widoczki'' pod balkonami, lazac po pobliskim cmetarzu-
                                        kradnac wstazki z wiazanek i przynoszac je calymi nareczami do
                                        domu,i wiele innych, swietne wspomnienia. Z jedna z kolezanek
                                        z 'klatki' odnalazlysmy sie oststnio na NK, i zatopilysmy we
                                        wspomnieniach z tamtych czasow smile.

                                        Podstawowka oznaczala dla mnie stres, dzis pewnie mialabym diagnoze
                                        ADHD, nie moglam usiedziec w lawce uncertain, sprawialam nauczycielom wiele
                                        problemow.

                                        --
                                        www.dzikiedzieci.pl/

                                        04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                                        • 04.10.09, 01:20
                                          spedzalam czas z rodzicami i siostra, ale tez... na podworku,
                                          > zabierajac innym dzieciakom rowerki (bo moich rodzicow nie bylo
                                          > stac), przewodzac gangowi uciekinierow bagiennych,
                                          > robiac ''widoczki'' pod balkonami, lazac po pobliskim cmetarzu-
                                          > kradnac wstazki z wiazanek i przynoszac je calymi nareczami do
                                          > domu,i wiele innych, swietne wspomnienia. Z jedna z kolezanek
                                          > z 'klatki' odnalazlysmy sie oststnio na NK, i zatopilysmy we
                                          > wspomnieniach z tamtych czasow smile.
                                          >
                                          > Podstawowka oznaczala dla mnie stres, dzis pewnie mialabym
                                          diagnoze
                                          > ADHD, nie moglam usiedziec w lawce uncertain, sprawialam nauczycielom
                                          wiele
                                          > problemow.

                                          Nie dziwię się, że sprawiałaś nauczycielom wiele problemów, bo byłaś
                                          po prostu dzieckiem bardzo zaniedbanym i niewychowanym. I sądzę, że
                                          lepiej byłoby dla Ciebie być w przedszkolu pod opieką niż włóczyć
                                          się z jakimiś łobuzami po cmentarzu. Chyba nie chcesz w ten
                                          sposób "wychowywać" swojego dziecka?
                                          • 04.10.09, 01:41

                                            Nie bylam dzieckiem zaniedbanym, bylam dzieckiem niezaleznym, z duza
                                            doza indywidualizmu smile. Lubilam przebywac na swiezym powietrzu, a
                                            rodzice mi tego nie bronili. Zdrowe podejscie stymulujace
                                            samodzielnosc smile

                                            I znowu- ...wybacz, ale zmierzamy do nikad, a Ty zaczynasz uderzac
                                            ponizej pasa, bo cisnienie wzrasta.
                                            Apeluje o prowadzenie milej i sympatycznej rozmowy .

                                            --
                                            www.dzikiedzieci.pl/

                                            04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                                            • 04.10.09, 11:37
                                              Taki sposób "wychowania" w dzisiejszej Polsce skończyłby się
                                              nasłaniem kuratora na rodziców. W UK tymbardziej. Nie wiem, czy się
                                              orientujesz, ale w Twoim ukochanym UK do 16 roku życia nie wolno
                                              dziecka na chwilę pozostawić samego w domu, bo za to odbiera się
                                              prawa rodzicielskie, co uważam zresztą za potężne przegięcie. Jeżeli
                                              Twoja Sarah w wieku 5 lat będzie biegała po pobliskim cmentarzu z
                                              gangiem uciekinierów bagiennych i kradła wstążki, szybko się Wami
                                              zainteresuje policja.
                                              Jestem za samodzielnością dzieci. Ale uważam, że wysyłanie ich do
                                              przedszkola czy szkoły, gdzie muszą samodzielnie radzić sobie w
                                              grupie rówieśników jest właśnie takim uczeniem samodzielności. Dużo
                                              bardziej, niż spędzanie całego dzieciństwa na nauce z mamusią.
                                    • 04.10.09, 01:00

                                      verdana napisała:

                                      > Tqwoje dziecko moze uczyć sie w domu, ale egzaminy musi zdawac
                                      > regularnie z programu szkoly. Wiec nie Ty bedziewsz wybierala to,
                                      > czego się uczy - masz obowiązek nauczenia dziecko programu
                                      > konkretnej klasy w konkretyym roku.

                                      Verdano, przypominam, mieszkamy w UK, homeschoolerzy tutaj NIE MUSZA
                                      PODCHODZIC DO ZADNYCH EGZAMINOW, nie ma zadnych restrykcji dot.
                                      podazania za programem realizowanym w szkolach publicznych (takze
                                      jesli mialabym taki kaprys moglabym z dzieckiem mlucic jedynie
                                      budowe dzdzownicy i innych 'robaczkow' przez 10 lat i nikt by sie
                                      nie przyczepil, jesli znalazlabym dobre uzasadnienie dla tak obranej
                                      drogi wink)
                                      Jesli moje dziecko, kiedy juz pojdzie do college-u ukaze sie slabym
                                      uczniem, to procz tego, ze sprobuje jej sama pomoc, badz zaproponuje
                                      pomoc korepetytora, nie zrobie nic. Oceny szkolne nie sa, i nigdy
                                      nie byly dla mnie wyznacznikiem 'jakosci' czlowieka.
                                      Zawiodla?- nie. Wazne by byla szczesliwa, nawet jesli wybierze
                                      kariere kucharki na stolowce uniwersyteckiej, a bedzie szczesliwa-
                                      bede szczesliwa razem z nia smile.

                                      Nie widze powodu dla ktorego moja 15-16 latka mialaby spedzac ze mna
                                      wiekszosc swojego czasu ;/.

                                      Nie bylabym szczesliwa spedzajac w latach nastoletnich wiekszosci
                                      czasu z moja mama, czas ten spedzalam w internacie, w technikum,
                                      ktore sama sobie wybralam przy koncu podstawowki. Taka sama
                                      mozliwosc wyboru bedzie miala Sara.

                                      Przed wyjazdem do internatu, takze nie spedzalam czasu z mama, ani
                                      tez z 'przyjaciolmi' ze szkoly. W wiekszosci bylam w stajni, z
                                      tamtejszymi ludzmi i moja przyjaciolka z podworka.

                                      To jest naprawde tak trudno przewidziec jaka Sara bedzie za 15 lat,
                                      co ja bedzie interesowalo, w jakim srodowisku bedzie przebywala, ze
                                      mam wrazenie iz od kilku juz postow, rozmawiamy 'o niczym',
                                      spekulacje, spekulacje, spekulacje..
                                      Wydaje mi sie, ze nastolatek musialby przejsc ostre pranie mozgu w
                                      domu, by wybrac mamusie jako swojego ulubionego kompana do spedzania
                                      dlugich jesiennych wieczorow ;/.

                                      Dla scislosci - nie zamierzam 'prac mozgu' mojej corki smile.

                                      --
                                      www.dzikiedzieci.pl/

                                      04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                                      • 04.10.09, 01:24
                                        Verdano, przypominam, mieszkamy w UK, homeschoolerzy tutaj NIE
                                        MUSZA
                                        > PODCHODZIC DO ZADNYCH EGZAMINOW, nie ma zadnych restrykcji dot.
                                        > podazania za programem realizowanym w szkolach publicznych (takze
                                        > jesli mialabym taki kaprys moglabym z dzieckiem mlucic jedynie
                                        > budowe dzdzownicy i innych 'robaczkow' przez 10 lat i nikt by sie
                                        > nie przyczepil, jesli znalazlabym dobre uzasadnienie dla tak
                                        obranej
                                        > drogi wink)
                                        > Jesli moje dziecko, kiedy juz pojdzie do college-u ukaze sie
                                        slabym
                                        > uczniem, to procz tego, ze sprobuje jej sama pomoc, badz
                                        zaproponuje
                                        > pomoc korepetytora, nie zrobie nic. Oceny szkolne nie sa, i nigdy
                                        > nie byly dla mnie wyznacznikiem 'jakosci' czlowieka.
                                        > Zawiodla?- nie. Wazne by byla szczesliwa, nawet jesli wybierze
                                        > kariere kucharki na stolowce uniwersyteckiej, a bedzie szczesliwa-
                                        > bede szczesliwa razem z nia smile.

                                        Oczywiście, że Twoja córka może wybrać karierę kucharki i być
                                        szczęśliwa, ale powinna mieć też inne alternatywy. Ucząc ją tak, jak
                                        planujesz, zamykasz przed nią możliwości zdania na studia.
                                        Oczywiście, że oceny szkolne nie stanowią o wartości człowieka, ale
                                        jeśli córka będzie się przez 10 lat uczyła tylko o budowie
                                        dżdżownicy, to nie dostanie się na studia lingwistyczne. I tyle.

                                        Nie widze powodu dla ktorego moja 15-16 latka mialaby spedzac ze mna
                                        > wiekszosc swojego czasu ;/.

                                        Powód jest taki, że będzie z Tobą spędzała ten czas, który
                                        spędziłaby w szkole.


                                        Wydaje mi sie, ze nastolatek musialby przejsc ostre pranie mozgu w
                                        > domu, by wybrac mamusie jako swojego ulubionego kompana do
                                        spedzania
                                        > dlugich jesiennych wieczorow ;/.

                                        A skąd ma wziąć innego kompana?
                                        • 04.10.09, 01:53

                                          srebrnarybka napisała:

                                          > A skąd ma wziąć innego kompana?


                                          To zagadnienie juz przerabialysmy przeciez ;/, jej.

                                          --
                                          www.dzikiedzieci.pl/

                                          04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
            • 03.10.09, 14:03
              W wieku 16 lat, kiedy przyjdzie do wyboru collage-u, Sara dokona
              > wyboru, czy chce kontynuowac w domu, czy chce isc do szkoly
              > publicznej, to samo dot edukacji wyzszej.

              Edukacji wyższej, czyli studiów na poziomie uniwersyteckim.
              Rozumiem, że Ty i Twój mąż jesteście w stanie w domu zorganizować
              córce we własnym zakresie studia w dowolnej dziedzinie, którą sobie
              wybierze (przecież nie będziesz jej uczyła konformizmu i narzucała
              wyboru tej dziedziny studiów, która Tobie najlepiej odpowiada).
              Czyli Ty i Twój mąż macie kwalifikacje profesorskie w dziedzinie
              literatury angielskiej, fizyki, chemii, ekonomii, prawa, biologii,
              medycyny etc., bo takie dziedziny studiów może sobie wybrać Wasza
              córka. Nie przypuszczałam, że rozmawiam z Leonardem da Vinci (pewnie
              nie znał się na literaturze angielskiej).
              • 03.10.09, 14:26

                Nie, nie czuje sie kompetentnym nauczycielem w zakresie szkoly
                wyzszej.
                Bedzie chciala kontynuowac nauke w domu to zdecyduje sie na college
                czy studia zaoczne badz korespondencyjne. Jej wybor.

                --
                www.dzikiedzieci.pl/

                04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                • 03.10.09, 14:29
                  Sądzisz, że studia zaoczne są na tym samym poziomie, co stacjonarne?
                  Tak przy okazji - jestem nauczycielem akademickim, w jednej
                  wprawdzie dziedzinie, ale o tym, jak funkcjonuje wyższa uczelnia,
                  pewne pojęcie mam.
                  • 03.10.09, 17:00

                    srebrnarybka napisała:

                    > Sądzisz, że studia zaoczne są na tym samym poziomie, co
                    stacjonarne?
                    > Tak przy okazji - jestem nauczycielem akademickim, w jednej
                    > wprawdzie dziedzinie, ale o tym, jak funkcjonuje wyższa uczelnia,
                    > pewne pojęcie mam.

                    Sadze, ze jest ten sam material do zaliczenia. smile
                    Utrzymuje tylko, ze dam jej mozliwosc wyboru, nie bede sila pchala
                    na dzienne, dlatego, ze poziom wyzszy, choc......mieszkamy 15 min
                    autem od Cambridge, czesto tam bywamy, i zawsze kiedy tam jestem
                    patrzac na te tlumy studentow w parkach, na ulicach, duch akademicki
                    unosi sie w powietrzu, marze sobie, ze Sara bedzie tam
                    studiowala smile. Zobaczymy.
                    Dzieci uczace sie w domu maja takie same prawo i mozliwosci jak te
                    szkolne, by korzystac w UK z edukacji sredniej i wyzszej.

                    --
                    www.dzikiedzieci.pl/

                    04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                    • 03.10.09, 17:09
                      Jako wykladowca oswiadczam otwarcie - poziom jest inny, materiał
                      inny, a czesto i wykładowcy inni. Nie mowiąc juz o mlodzieży. Ale ja
                      tez nie jestem zwolenniczka zmuszania do dziennych studiów.
                      Tyle, ze pewne kierunki dla Twojej corki pozostaną zamknięte - jak
                      wyobrazasz sobie ukonczenie nauk spolecznych przez osobe, ktora
                      wlasciwie zyla przez kilkanaście lat poza spoleczeństwem?
                      --
                      Mops i kot

                      img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                      • 03.10.09, 20:03

                        verdana napisała:

                        > Jako wykladowca oswiadczam otwarcie - poziom jest inny, materiał
                        > inny, a czesto i wykładowcy inni. Nie mowiąc juz o mlodzieży. Ale
                        ja
                        > tez nie jestem zwolenniczka zmuszania do dziennych studiów.
                        > Tyle, ze pewne kierunki dla Twojej corki pozostaną zamknięte - jak
                        > wyobrazasz sobie ukonczenie nauk spolecznych przez osobe, ktora
                        > wlasciwie zyla przez kilkanaście lat poza spoleczeństwem?

                        Po pierwsze, to jest tylko Twoje zdanie i wizja ED, gdzie dzieci sa
                        odseparowane od spoleczenstwa i siedza przez kilkanascie lat w domu,
                        jedynie w towarzystwie rodzicow.
                        Prawda i praktyka rodzin uczacych w domu jest zupelnie inna (choc
                        nie moge zareczyc, ze gdzies sa takie 'skrzywione' rodziny, ktore
                        robia wlasnie tak.
                        Po drugie, tak jak weterynarz nie musi byc posiadaczem psa, by
                        leczyc zwierzeta, pediatra nie musi miec dzieci, by byc dobrym
                        specjaslista, tak i osoba nie majaca za soba szkoly podstawowej,
                        moze z powodzeniem studiowac nauki spoleczne, jesli taka bedzie
                        miala fantazje.

                        --
                        www.dzikiedzieci.pl/

                        04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                        • 03.10.09, 20:22
                          Nie, ale te dzieci obracają się w absolutnie jednorodnym srodowisku.
                          To wystarczy, aby zwykle życie bylo dla nich innym światem.
                          Osoba, nie majaca za sobą szkoly podstawowej może robic wszystko -
                          osoba, ktora przez 16 lat zycia nie byla czlonikiem żadnej wiekszej
                          grupy spolecznej z trudem zrozumie strukture spoleczeństwa.
                          --
                          Mops i kot

                          img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                        • 10.10.09, 22:23
                          Autorka wątku najzwyczajniej w świecie ma BARDZO MOCNO rozbudowaną,
                          hmm..., żądzę (?) kontrolowania na maksa każdego elementu i momentu
                          życia swojego dziecka. Psycholog może już nie wystarczyć.
                          Oczywiście, jest to rozpaczliwa próba "zrekompensowania" sobie "na
                          dziecku" niezbyt udanego (we własnym mniemaniu) dzieciństwa. Czyli
                          droga donikąd.

                          Ale rozumiecie... Dziewczyna nie musi posyłać córki do jakiejś tam
                          szkoły - bo przecież mąż musi wyjeżdżać... Matko, gdzie tu związek?
                          To mąż będzie wyjeżdżał przecież; dziecko z mamą mogą zostać gdzieś
                          tam...

                          A krzywdzenie małego stworzenia to przecież drobiazg.
                • 03.10.09, 14:31
                  Mylisz się.
                  Zastanow się nad jedna rzeczą - czy dziecko wychowywane np. w
                  wierzacym domu, sympatycznym i zyczliwym, gdzie religia jest
                  nieodłączną częśćią codzienności i gdzie nie ma żadnego kontaktu z
                  niewierzacymi - ma w wieku 16 lat wybór, czy jest wierzace czy nie?
                  Świadomy wybor?
                  Nie ma. Wiara jest tak głęboko zinternalizowana, ze pozostanie osoba
                  wierzacą, albo bunt przeciw temu nie jest decyzja racjonalną i 16-
                  latka nie moze podjąć decyzji "od jutra już nie wierze w Boga",
                  ew "od jutra uwierze". Pewne rzeczy wpajane w zamknietym środowisku,
                  od wczesnego dzieciństwa wykluczaja później podejmowanie decyzji.
                  --
                  Mops i kot

                  img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                  • 03.10.09, 14:39
                    100/100. Znam to z własnego doświadczenia (oczywiście chodziłam do
                    szkoły, brat mojej matki był zadeklarowanym ateistą, od czasu do
                    czasu w domu mówiło się ze zgrozą o innych podobnych przypadkach,
                    więc wiedziałam niby, że takie zjawisko występuje, ale generalnie
                    ateista wydawał mi się czymś w rodzaju kangura albo pingwina - żyje
                    na innym kontynencie i spotkać go trudno). Oczywiście zdarzają się
                    czasem "bunty' nawet w takich stuacjach, ale są bardzo bolesne i
                    powodują kompletne rozchcianie osobowości. Zresztą te "bunty"
                    wywoływane są przez jakieś "rozszczelnienie", póki do niego nie
                    dojdzie, na bunt rzeczywiście nie ma szans.
                    • 03.10.09, 16:40
                      Kiedys tez bylam fanką edukacji domowej. Raz, ze kiepsko wspominalam wlasna szkole, dwa, ze slabo ocenialam poziom nauczania w niej... Wydawalo mi sie, ze sama zrobie to lepiej i ze kontaktow spolecznych mojemu dziecku nie bedzie brakowalo - juz ja to zorganizuje wink
                      Tymczasem dziecko trafilo mi sie nieprzecietne wink Z silnym charakterem, daje czadu odkad skonczylo jakies 2 lata smile Musialam sie wiele nauczyc, wiele w sobie odkryc, a i tak mam mnostwo problemow wychowawczych, ktorymi czasem zasmiecam forum tongue_out
                      Przecenialam tez swoja tworczosc i zapal... Kiedy nie pracuje i jestem w domu - wypalam sie... Na poczatku mam zapal i mnostwo pomyslow, widze, jak wiele rzeczy robie z dzieckiem. Ale potem to mija a ja nie wyrabiam... Zaczynam sie meczyc... Wyprobowalam to spedzajac pol roku z małą, gdy ta z powodu czestych chorob zawiesila swoje kursowanie do przedszkola. Gdy chodze do pracy czasem nadal mi sie zdaje, ze jednak byloby fajniej i lepiej. Ale mam juz realny obraz i nie-nie zdecyduje sie na to...
                      Teraz mam troche wrazenie, ze edukacja domowa jest szczegolnie atrakcyjna dla rodzicow wierzacych w siebie, tworczych, ale nieco zarozumialych, wierzacych, ze to oni beda najlepszymi nauczycielami dla swoich dzieci... Ze pokaza im swiat ciekawiej i atrakcyjniej... Po swoich doswiadczeniach jestem tego samego zdania, co niektorzy tutaj wczesniej piszacy: czas wszystko zweryfikuje... Moze bedzie latwiej, gdy dziecko bedzie z tych "latwiejszych w obsludze"...


                      --
                      Kolorowanki i inne do ściągnięcia i wydrukowania
                      • 03.10.09, 16:48
                        Uczyłam przez rok dziecko niezwykle latwe w obsłudze. Dziecko
                        chodziło do przedszkola, a ja przerabialam program zerowki, bowiem
                        chcialam dziecko poslać rok wczesniej, nie zmieniając mu grupy w
                        przedszkolu.
                        Dziecko merytorycznie przygotowane było bardzo dobrze, ale
                        oczywiscie nie znało pewnych szkolnych zwyczajów (chocby pakowania
                        się, podnoszenia ręki itd), zaznaczania zadanych lekcji - trudno
                        zadawać w domu....
                        Poza tym przekonalam się, ze dziecko fatalnie reaguje na wszelkie
                        negatywne uwagi typu "tego jescze nie umiesz", ktore bez problemu
                        przyjmowalo w szkole. Czym innym jest zwrocenie uwagi przez
                        nauczyciela, a czym innym - przez matkę, ktora karci nie tyle
                        nieprzygotowanie, ile charakter. Przynajmniej w rozumieniu dziecka.
                        --
                        Mops i kot

                        img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                    • 03.10.09, 17:17
                      Znałem inteligentną skądinąd pannę, która wychowana w Polsce (przez matkę i
                      również rozwiedzioną babcię) i bynajmniej nie edukowana domowo do lat nastu żyła
                      w przekonaniu, że "kościelniacy", jak nazywała babcia ludzi wierzących, to
                      niewielka grupa ludzi starych i/lub niewykształconych, a religia jest w Polsce
                      zjawiskiem marginalnym. Dopiero w liceum (w którym, nawiasem mówiąc, było więcej
                      niewierzących niż ogólnie wśród polskiej młodzieży) zorientowała się, że religia
                      chrześcijańska jest w Polsce zjawiskiem żywym również wśród inteligentnej
                      młodzieży (to było bardzo dobre warszawskie liceum) i wywiera istotny, a w wielu
                      przypadkach przemożny wpływ na życie swoich wyznawców.
                      Tak że o ile _nie_sądzę_, czy chodzenie do szkoły podstawowej jest warunkiem
                      koniecznym zdawania sobie sprawy, na jakim świecie się żyje, o tyle
                      _twierdzę_z_pełnym_przekonaniem_, nie jest warunkiem wystarczającym.

                      P.S. Żywą świnię zobaczyła ta istota pierwszy raz mając lat 15, nawiasem mówiąc
                      na Ukrainie.

                      --
                      Taki zwyczaj się ustalił,
                      Koleżanko i kolego:
                      Lepsi są ci, co oddali,
                      Niż ci, co nie mieli czego. (W.Młynarski)
                      • 03.10.09, 17:33
                        Ja też chodziłam do szkoły podstawowej i sądziłam, że ateiści, tacy,
                        jak mój rodzony wujek, to zjawisko marginalne. Oczywiście, że nie
                        jest tak, że szkoła uczy wszystkiego. Ale Twoja znajoma w końcu w
                        liceum dowiedziała się, że istnieją normalni wierzący. A
                        wątkodawczyni chce trzymać dziecko w domu do ukończenia 16 roku
                        życia co najmniej, a i potem sugeruje studia korespondencyjne.
                  • 03.10.09, 17:09
                    Verdana napisała:

                    > Mylisz się.
                    > Zastanow się nad jedna rzeczą - czy dziecko
                    > wychowywane np. w wierzacym domu, sympatycznym
                    > i zyczliwym, gdzie religia jest
                    > nieodłączną częśćią codzienności i gdzie
                    > nie ma żadnego kontaktu z niewierzacymi - ma w
                    > wieku 16 lat wybór, czy jest wierzace czy nie?
                    > Świadomy wybor?
                    > Nie ma. Wiara jest tak głęboko zinternalizowana,
                    > ze pozostanie osoba wierzacą,

                    Nie mam takiej pewności, ale gdybyś miała rację, to byłby to dla chrześcijanina
                    potężny argument za homeschoolingiem. Znaczyłoby to, że edukacja domowa daje
                    100% skuteczności w przekazaniu tego, co mam najcenniejszego i na czego
                    przekazaniu zależy mi najbardziej.
                    Chrześcijaninowi, który poważnie traktuje Jezusa, nie chodzi o to, żeby dziecko
                    wybrało cokolwiek, byle samo, tylko o przekazanie wiary.
                    To nie jest kwestia na poziomie wyboru, czy woli góry, morze czy konie, albo czy
                    chce być nurkiem, bibliotekarzem czy inżynierem zdunem, bo to są opcje
                    równorzędne i dla jednego będzie lepsze to, a dla innego tamto. Tutaj jedna
                    droga jest dobra i nie ma w razie czego znaczenia, którą złą drogę dziecko wybierze.
                    I bardzo proszę, nie przedstawiaj mi tego z perspektywy laickiej, bo ja ją
                    doskonale znam. To, co piszę, piszę po to, by unaocznić, że ludzie tworzący dom,
                    o jakim piszesz, ze skutkiem wychowawczym (daj Boże!) takim, jak piszesz, nie
                    mają wątpliwości, że jest to skutek dobry. A ci, którzy nie uważają go za dobry,
                    nie stworzą środowiska wychowawczego, o jakim piszesz, więc w ich przypadku
                    dyskusja jest bezprzedmiotowa.

                    --
                    Klaps ma się tak do maltretowania dziecka jak kufel piwa do delirium.
                    • 03.10.09, 17:18
                      Tak, jesli przyjmiemy, ze nauczanie domowe ma za zadanie odseparować
                      dziecko od wszelkich wplywow zewnetrznych, to jest to wrecz jedyne
                      wyjscie - zamknąć dziecko w domu i uczyć tak, aby nawet się nie
                      dowiedziało, ze istnieją jakieś inne wartosci, poza przekazywanymi
                      przez rodziców.
                      tylko to rozumwanie ma jedną, zasadnicza wadę. Kazde dziecko
                      dorasta. I w koncu zaczyna stykać się z innymi systemami wartości -
                      nie będąc na to przygotowanym. Wiecej - ono nawet nie bedzie umiało
                      bronić swego systemu wartosci, ponieważ nigdy nie musiało się nad
                      nim zastanawiać, argumentować i wyszukiwac racji za takim, nie innym
                      widzeniem świata. Jest nauczone, ze to co mowia dorośli czy inne
                      osoby, z ktorymi się styka - jest jedyna prawdą.
                      I jest bardzo prawdopodobne, ze znacznie predzej, niż dziecko, ktore
                      zostało "uodpornione" na inny rodzaj myslenia, po prostu uwierzy
                      nagle komu innemu, z taka sama ufnością, jak rodzicom.
                      Chrześcijaninowi nie chodzi przeciez o to, by jego dziecko bylo
                      wierzace jako dziecko, ale takze jako człowiek dorosly. By umiało
                      swoja wiare zachowac w nie sprzyjajacym środowisku. By umialo jej
                      bronić.
                      Nie jest przypadkiem, ze w okresie miedzywojennym chlopcy
                      uczeszczający do chederow, a nie do szkół, wywodzacy się z bardzo
                      zamknietych, ortodoksyjnych srodowisk, ktore nie utrzymywaly
                      kontaktow nie tylko z Polakami, ale nawet nieortodoksyjnymi Żydami,
                      czesto po osiągnieciu doroslości buntowali się i tracili wiarę. I w
                      Boga i w rodzicow.
                      --
                      Mops i kot

                      img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                      • 03.10.09, 17:28
                        Verdana napisała:

                        > Tak, jesli przyjmiemy, ze nauczanie domowe
                        > ma za zadanie odseparować dziecko od wszelkich
                        > wplywow zewnetrznych,

                        Przyjmujcie sobie, co chcecie, ale pierwsze słyszę, żeby ktokolwiek takie cele
                        nauczaniu domowemu stawiał. Choć nie mogę wykluczyć, że jeśli nie w Europie, bo
                        tu to za mała grupa, to wśród setek tysięcy amerykańskich rodziców
                        praktykujących ED jest paru takich świrów.

                        > Chrześcijaninowi nie chodzi przeciez o to,
                        > by jego dziecko bylo wierzace jako dziecko,
                        > ale takze jako człowiek dorosly.

                        Przesłanką wyjściową mojego wywodu była teza zacytowana z Twojej notki, że w tej
                        sytuacji prawdopodobieństwo odejścia od wiary dąży do zera. Powiem więcej,
                        zastrzegałem, że nie jestem przekonany o prawdziwości tej przesłanki, i trybu
                        przypuszczającego użyłem rozmyślnie, a nie przez roztargnienie.

                        --
                        Papierosy bez nikotyny
                        Kawa bez kofeiny
                        Piwo bez alkoholu
                        Seks bez orgazmu
                        • 03.10.09, 17:40
                          Dąży do zera w wieku lat 16 - czyli w momencie zakończenia domowego
                          wykształcenia. Po czym wzrasta niebotycznie, bo mlody czlowiek
                          spotyka się z czymś, czego nie zna i na co nie został przygotowany.
                          Ja znam osobiscie takich swirow w USA - i sadzac z tego co mowili,
                          wielu rodzicom (o ile nie wiekszości, ale tu za nic glowy nie dam)
                          przyswieca wlasnie mysl o odizolowaniu dziecka od zgubnego wplywu
                          spoleczeństwa. Nic innego.
                          Eksperyment moich znajomych zakonczyl się uczieczką jednego z dzieci
                          do dziadkow do Polski - syn 14-letni odmowil powrotu z wakacji. jako
                          ludzie ciężko rabnieci, ale nie glupi uznali eksperyment za
                          nieudany, dziecku pozwolili zostac, a resztę grzecznie zapisali do
                          szkoly.
                          --
                          Mops i kot

                          img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                          • 04.10.09, 22:23
                            > Ja znam osobiscie takich swirow w USA - i sadzac z tego co mowili,
                            > wielu rodzicom (o ile nie wiekszości, ale tu za nic glowy nie dam)
                            > przyswieca wlasnie mysl o odizolowaniu dziecka od zgubnego wplywu
                            > spoleczeństwa. Nic innego.
                            > Eksperyment moich znajomych zakonczyl się uczieczką jednego z dzieci
                            > do dziadkow do Polski - syn 14-letni odmowil powrotu z wakacji. jako
                            > ludzie ciężko rabnieci, ale nie glupi uznali eksperyment za
                            > nieudany, dziecku pozwolili zostac, a resztę grzecznie zapisali do
                            > szkoly.
                            Gratuluję znajomych - swój ciągnie do swego.
                            --
                            W deszczu czarne koty podsłuchują każdy szept
                            • 04.10.09, 23:07
                              A to bylo niepotrzebne.Zwykly prostacki komentarz.

                              sun_of_the_beach napisał:

                              > > Ja znam osobiscie takich swirow w USA - i sadzac z tego co mowili,
                              > > wielu rodzicom (o ile nie wiekszości, ale tu za nic glowy nie dam)
                              > > przyswieca wlasnie mysl o odizolowaniu dziecka od zgubnego wplywu
                              > > spoleczeństwa. Nic innego.
                              > > Eksperyment moich znajomych zakonczyl się uczieczką jednego z dzieci
                              > > do dziadkow do Polski - syn 14-letni odmowil powrotu z wakacji. jako
                              > > ludzie ciężko rabnieci, ale nie glupi uznali eksperyment za
                              > > nieudany, dziecku pozwolili zostac, a resztę grzecznie zapisali do
                              > > szkoly.
                              > Gratuluję znajomych - swój ciągnie do swego.


                              --
                              http://lb3m.lilypie.com/8ngEp2.png
                      • 04.10.09, 22:21
                        verdana napisała:

                        > Tak, jesli przyjmiemy, ze nauczanie domowe ma za zadanie odseparować
                        > dziecko od wszelkich wplywow zewnetrznych,

                        Obawiam się, że jest to wyłącznie twoje założenie.
                        --
                        W deszczu czarne koty podsłuchują każdy szept
                        • 04.10.09, 23:37
                          > verdana napisała:
                          >
                          > > Tak, jesli przyjmiemy, ze nauczanie domowe ma za zadanie odseparować
                          > > dziecko od wszelkich wplywow zewnetrznych,
                          >
                          > Obawiam się, że jest to wyłącznie twoje założenie.

                          tez jestem zdziwiona
                          i wychodzi na to, ze to dosc typowe na forach dyskusje - ja o gruszce, ty o
                          pietruszce

                          i te wnioski z kazdego posta kontra-ED, ze niby szkola uczy samodzielnego
                          myslenia, wyborow i daje doskonale umiejetnosci socjalne smile noo, jak sie tak
                          rozjerzec po spoleczenstwie, to jakos tego nie widac smile

                          za to ED to dziecina w lochu zamknieta smile
                          wiecie, mnie to szkoda tego kawalka zycia spedzonego w szkole, w sumie po
                          wielkie nic
                          a to co piszecie ah oh o szkole stoi w duzej sprzecznosci z narzekaniami
                          rodzicow, ze program przeladowany, ze dzieciaki dlugo siedza w szkole i jeszcze
                          dluzej lekcje odrabiaja, wiec czasu na bieganie za pilka nie maja, ze szkola nie
                          uczy tak jak powinna

                          zreszta wystarczy spojrzec na matury smile rzeczywiscie, myslaca i wyedukowana dzis
                          mlodziez, ze hoho
                          jakos nie mam poczucia, ze w domu moze byc gorzej
                          kiedys w rozmowie z mama w uk, uczaca w domu swoja gromadke wyszlo, ze dziennie
                          praca nad materialem wynikajacym z programu to 2-3 godziny
                          reszta to kreatywne zajecia i czas wolny
                          to ja wole tak, niz trzymac dzieciaka w lawce 6-7 godzin dziennie, potem jeszcze
                          lekcje odrabiac kilka kolejnych

                          nawet kosztem nieznajomosci najnowszych trendow w rozrywce 12 latkow, pokemonow,
                          barbie-histerii i tym podobnych niezwykle cennych doswiadczen smile sadze, ze i bez
                          tego mozna zyc
                          no, ale co to za zycie.. ;P
                          --
                          "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                          prababcia Luśki
                    • 03.10.09, 17:37
                      gdybyś miała rację, to byłby to dla chrześcijanina
                      > potężny argument za homeschoolingiem. Znaczyłoby to, że edukacja
                      domowa daje
                      > 100% skuteczności w przekazaniu tego, co mam najcenniejszego i na
                      czego
                      > przekazaniu zależy mi najbardziej.
                      > Chrześcijaninowi, który poważnie traktuje Jezusa, nie chodzi o to,
                      żeby dziecko
                      > wybrało cokolwiek, byle samo, tylko o przekazanie wiary.
                      > To nie jest kwestia na poziomie wyboru, czy woli góry, morze czy
                      konie, albo cz
                      > y
                      > chce być nurkiem, bibliotekarzem czy inżynierem zdunem, bo to są
                      opcje
                      > równorzędne i dla jednego będzie lepsze to, a dla innego tamto.
                      Tutaj jedna
                      > droga jest dobra i nie ma w razie czego znaczenia, którą złą drogę
                      dziecko wybi
                      > erze.
                      > I bardzo proszę, nie przedstawiaj mi tego z perspektywy laickiej,
                      bo ja ją
                      > doskonale znam. To, co piszę, piszę po to, by unaocznić, że ludzie
                      tworzący dom
                      > ,
                      > o jakim piszesz, ze skutkiem wychowawczym (daj Boże!) takim, jak
                      piszesz, nie
                      > mają wątpliwości, że jest to skutek dobry.

                      To nie jest skutek dobry dla chrześcijanina. Wiara powinna być
                      dojrzałym i świadomym wyborem, a nie wynikać z braku alternatywy. Na
                      religii uczą o tym, że Pan Bóg dał człowiekowi wolną wolę.
                    • 04.10.09, 22:20
                      Che, che... A powyższe (chodzi o cytat z verdany) napisała osoba, która nie wierzy w modelowanie...
                      --
                      W deszczu czarne koty podsłuchują każdy szept
                • 03.10.09, 19:55
                  Już widzę, jak Twoja córka korespondencyjnie studiuje medycynę, albo
                  choćby weterynarię, którą może wybrać, jeśli zaszczepisz jej miłość
                  do zwierząt. Albo psychologię wyłącznie z książek, nie
                  przeprowadzając żadnych wywiadów ani ankiet, nie przeprowadzając
                  żadnych praktyk czy też nie obserwując i nie uczestnicząc w żadnych
                  zajęciach grupowych i nie ucząć się takowych prowadzić.
                  • 03.10.09, 21:16

                    Zdaje sie, ze medycyna i weterynaria to akurat kierunki, ktorych w
                    zadnym kraju nie mozna studiowac zaocznie wink.
                    Moze 'pojdzie' w lingwistyke wink, jest wychowywana trojjezycznie
                    metoda OPOL (maz jest francuzem.

                    --
                    www.dzikiedzieci.pl/

                    04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                    • 03.10.09, 21:28
                      Lingwistyki też się nie da korespondencyjnie. Niezbędne jest uczenie
                      się wymowy i to nie z płyt oraz konwersacje.
                      Przy okazji: już jej zaplanowałaś nawet studia? To ryzykowne. Jak
                      miałam 3-4 lata, mój ojciec postanowił, że pójdę na filologię
                      klasyczną, bo on sam jej nie skończył, bo nie uczył się w szkole
                      greki, więc nie miał szans. Dlatego ja na filologię klasyczną nie
                      poszłam i czasem nawet trochę żałuję, bo czytanie po łacinie sprawia
                      mi dużą przyjemność, łacina jest tak logiczna i uczy logicznego
                      myślenia. Moja dyscyplina wymaga pracy z tekstami łacińskimi, ale
                      tylko w charakterze czytelnika. W każdym razie wybór filologii
                      klasycznej zdecydowanie odrzucałam właśnie dlatego, że ojciec sobie
                      wymyślił, że ja będę kontynuować jego niespełnione marzenia.
                      • 03.10.09, 21:41

                        Napisalam o lingwistyce dlatego przeciez, ze Sara jest wychowywana
                        wsrod 3 jezykow, metoda OPOL, tzn, ja mowie do niej po polsku, maz-
                        francuz-po francusku, srodowisko anglojezyczne, plus- jezykiem
                        domowym, moim i meza jest jezyk angielski (ale w tym jezyku do Sary
                        sie nie zwracamy).

                        Takze jezykowo ma dobry start, a homeschooling w tym wypadku
                        ochronnie wplywa na jezyki polski i francuski, gdyz czesto jezyk
                        szkoly w pewnym momencie dominuje nad jezykiem rodzicow.

                        --
                        www.dzikiedzieci.pl/

                        04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                        • 03.10.09, 22:02
                          Tak, czy owak, dziecko będzie prawdopodobnie żyło w UK, więc
                          angielski musi znać. Córka mojej przyjaciółki, Polki eksżony Włocha
                          mieszka we Włoszech, tam chodziła do szkoły i studiuje, z matką też
                          rozmawia po włosku, bo rozmawiać o życiu codziennym i sprawach,
                          które się dzieją po włosku, jest im łatwiej. Po polsku mówi, jakby
                          się wychowała w Polsce. Bez żadnego homeschoolingu.
                          • 03.10.09, 22:14
                            Zlituj sie, nawet uźne spekulowanie na co pójdzie roczne dziecko
                            jest dla tego dziecka groxne - bo zamierzasz ja ukierunkowywać, choc
                            nie masz jeszcze zielonego pojecia, co ją zainteresuje.
                            Byc może jej marzenim bedzie inżynieria dróg i mostów, albo
                            rolnictwo.
                            --
                            Mops i kot

                            img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                            • 04.10.09, 01:19

                              Moze tez zostac baletnica, bo tak cudnie umie fikac swoimi
                              tlusciutkimi nozkami, albo tez nocnym strozem, bo zdaza jej
                              sie 'siedziec po nocach'.
                              Albo architektem, bo lubi tworzyc 'budowle' z jedzenia jakie jej
                              podaje na tacce, albo tez pilotem, bo lubi jak tata robi jej
                              samolocik.
                              Albo piosenkarka, bo tak slicznie sobie nuci kiedy lezy przy cycku
                              miedzy snem, a jawa.
                              A moze zostanie informatykiem, bo lubi swoje lepkie paluszki klasc
                              na klawiaturze w najmniej oczekiwanych momentach- kocha naszego
                              laptopa!
                              Moze tez byc weterynarzem, bo z wielkim uczuciem sledzi kazde
                              poczynanie naszej suni, albo stomatologiem, bo lubi mi grzebac w
                              zebach smile.

                              Jedno jest pewne, swiat stoi przed nia otworem, nie szkola jej
                              potrzebna, a wiedza, a ta zamierzamy jej z mezem przekazac, nawet
                              jesli oznaczaloby to sleczenie nocami przy googlach i drukarce wink.

                              Socjalizacja to pryszcz, tym bardziej, ze ta szkolna z cala
                              pewnoscia, nie jest konieczna do optymalnego rozwoju czlowieka.
                              I nie ma bata, bym dala sie co do tego przekonac.

                              Tyle ;p

                              --
                              www.dzikiedzieci.pl/

                              04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                              • 04.10.09, 01:28
                                Wybacz, ale jeżeli będziecie dziecku przekazywali wyłącznie wiedzę
                                wyszukaną przez Was w googlach, to córka nie ma szans zostać
                                informatykiem, architektem, weterynarzem albo stomatologiem.
                                Powierzchowna wiedza przekazana przez amatorów, którzy sami tę
                                wiedzę nabyli wieczór wcześniej nie da jej podstaw, by dostać się na
                                odpowiednie studia.
                              • 04.10.09, 11:24
                                no ale przepraszam jak chcesz jej ta wiedze przekazac skoro w kilku postach
                                ponizej czytam ze nie masz pojecia o naukach scislych(musze powiedziec ze te dwa
                                posty sa tak infantylne ze mnie mocno zdziwily gdyz sledze ten watek od poczatku)?
                                Odnosze wrazenie ze to nie przekonania kaza Ci w przyszlosci podjac decyzje o
                                nauczaniu dziecka w domu a moda i Twoje fanaberie.
                                --
                                http://lb3m.lilypie.com/8ngEp2.png
                                • 04.10.09, 11:51
                                  > Odnosze wrazenie ze to nie przekonania kaza Ci w przyszlosci
                                  podjac decyzje o
                                  > nauczaniu dziecka w domu a moda i Twoje fanaberie

                                  Przeglądając życiorysy z listy zamieszczonej przez założycielkę
                                  wątku,nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że w wielu przypadkach
                                  rzeczywistego homeschoolingu nieuczęszczanie do szkoły przez
                                  dziecko spowodowane było koniecznością typu choroby (Roosvelt),
                                  częste przeprowadzki (Roosvelt), życie w głuszy (Atwood).
                                  W kilku przypadkach dziecko nie chciało chodzić do szkoły (Edison),
                                  bo nie uczono tam rzeczy je interesujących. Mozart, siostry Williams
                                  czy młodociani aktorzy ciężko pracowali w wieku kiedy zwykle chodzi
                                  się do szkół - w tych przypadkach normalnej nauce szkolnej
                                  przeszkodziły wcześnie wykryte i rozwijane talenty.
                                  • 04.10.09, 12:02
                                    W kilku przypadkach dziecko nie chciało chodzić do szkoły (Edison),
                                    > bo nie uczono tam rzeczy je interesujących.

                                    Z całej tej listy właściwie tylko w wypadku Edisona można mówić o
                                    sukcesie homeschoolingu - dziecko ponadprzeciętnie inteligentne
                                    nudzi się w normalnej szkole, uczone domowo rozwija swój talent.
                                    Ale nie możemy zakładać, że każde dziecko jest przysżłym Edisonem.
                                    Wielu ludziom właśnie nauka szkolna pomogła rozwinąć talent, zaś
                                    inni, gdyby do szkół nie chodzili, talent mogliby zmarnować.
                                    Właśnie, brak bowiem listy ludzi, i nigdy jej nie poznamy, którzy z
                                    powodu braku właściwej edukacji swoje talenty zmarnowali.
                                    Przypominam lekturę z moich szkolnych czasów "Janko Muzykant". Ilu
                                    było takich Janków Muzykantów, nie dowiemy się nigdy.
                                    Poza wszystkim, rzeczywiście nie wiem, na czym polegał sukces
                                    homeschoolingu w wypadku żony Waszyngtona i paru innych żon.
                                    • 04.10.09, 12:09
                                      > Z całej tej listy właściwie tylko w wypadku Edisona można mówić o
                                      > sukcesie homeschoolingu -
                                      To akurat jest przykład na sukces parentschoolingu - młodzian bowiem
                                      był edukowany przez ojca komiwojażera, zabierającego syna na wspólne
                                      trasy objazdowe po USA i Kanadzie.
                                      W przypadku homeschoolingu można też mówić o sukcesie w przypadkach,
                                      kiedy edukacją dzieci nie zajmowali się rodzice, a dobrze
                                      wykształceni nauczyciele.
                          • 04.10.09, 00:17

                            srebrnarybka napisała:

                            > Tak, czy owak, dziecko będzie prawdopodobnie żyło w UK, więc
                            > angielski musi znać. Córka mojej przyjaciółki, Polki eksżony
                            Włocha
                            > mieszka we Włoszech, tam chodziła do szkoły i studiuje, z matką
                            też
                            > rozmawia po włosku, bo rozmawiać o życiu codziennym i sprawach,
                            > które się dzieją po włosku, jest im łatwiej. Po polsku mówi, jakby
                            > się wychowała w Polsce. Bez żadnego homeschoolingu.


                            No to brawo, super smile

                            --
                            www.dzikiedzieci.pl/

                            04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                        • 04.10.09, 01:22
                          aagnie.szkaa napisała:

                          >
                          > Napisalam o lingwistyce dlatego przeciez, ze Sara jest wychowywana
                          > wsrod 3 jezykow, metoda OPOL, tzn, ja mowie do niej po polsku, maz-
                          > francuz-po francusku, srodowisko anglojezyczne, plus- jezykiem
                          > domowym, moim i meza jest jezyk angielski (ale w tym jezyku do
                          Sary
                          > sie nie zwracamy).
                          >
                          > Takze jezykowo ma dobry start, a homeschooling w tym wypadku
                          > ochronnie wplywa na jezyki polski i francuski, gdyz czesto jezyk
                          > szkoly w pewnym momencie dominuje nad jezykiem rodzicow.


                          Rozumiem, ze edukacja Twojej corki bedzie sie odbywac w jezyku
                          angielskim, jezeli tam planujesz jej studia.

                          Czy Twoj angielski jest na tyle dobry zeby przeprowadzic lekcje
                          matematyki, czy chemii.

                          Mam dzieci w wieku szkolnym, mieszkam za granica i sama skonczylam
                          szkoly w Polsce. I powiem Ci, ze to wcale nie jest takie proste
                          tlumaczyc ulamki po angielsku :o)


                          >
                          > --
                          > www.dzikiedzieci.pl/
                          >
                          > 04.11.2008 Sarah, moje szczescie.


                          --
                          We don't inherit the earth from our ancestors; we borrow it from our
                          children.
                          • 04.10.09, 01:29
                            Agnieszka uzna po prostu, że ułamki są niepotrzebne i tego uczyć nie
                            będzie.
                          • 04.10.09, 01:50

                            ma.pi napisała:

                            > Rozumiem, ze edukacja Twojej corki bedzie sie odbywac w jezyku
                            > angielskim, jezeli tam planujesz jej studia.

                            Nie, edukacja mojej corki nie bedzie sie odbywala w jezyku
                            angielskim, a w jezyku polskim.

                            Nie ma to wplywu na dalsza edukacje, gdyz docelowo ona bedzie troj-
                            jezyczna, jakos to sobie wszystko tam w glowie przetlumaczy
                            miedzyjezykowo, a jak slowek bedzie brak to slowniki pojda w ruch.


                            04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                            • 04.10.09, 08:28
                              Mam wątpliwości, czy w ten sposón uda Ci się osiągnąć trojjęzyczność.
                              Znam trójjęzycznego 6-latka: z mamą rozmawia po polsku, z tatą - w
                              jego języku, mówi też w języku kraju, w którym mieszkają - ale on
                              tam chodził do przedszkola i szkoły. Czyli język mamy, język taty,
                              język kraju w którym mieszkają. Posłali go do przedszkola jak
                              najwcześniej - właśnie ze względu na język miejsca zamieszkania,
                              chociaż oboje go znają. Niemniej nie znają go bardzo dobrze.


                              > Nie ma to wplywu na dalsza edukacje, gdyz docelowo ona bedzie troj-
                              > jezyczna, jakos to sobie wszystko tam w glowie przetlumaczy
                              > miedzyjezykowo, a jak slowek bedzie brak to slowniki pojda w ruch.
                              IMHO: właśnie dlatego, że będzie potem żyła i studiowała w kraju
                              angielskojęzycznym, wskazane byłoby, żeby uczyła się po angielsku.
                            • 04.10.09, 11:21
                              jakos to sobie wszystko tam w glowie przetlumaczy
                              > miedzyjezykowo,

                              jesteś absolutnie beztroska, nieznajomość słownictwa fachowego i
                              niedostateczna praktyka konwersowania w obcym języku, jakim
                              pozostanie dla niej angielski, jest bardzo poważnym problemem,
                              którego lekceważyć nie wolno. Jest to wielka trudność dla ludzi,
                              którzy uczyli się w jednym języku i muszą przechodzić na drugi. Mój
                              kuzyn z rodziny polskich emigrantów chodził w Anglii do szkoły z
                              internatem. Jako 20 latek przyjechał do Polski i zamieszkał na
                              stałe, mieszka tu już ponad 30 lat i dotąd liczy po angielsku, bo
                              tak mu łatwiej. Czyli Twoja córka będzie znała tabliczkę mnożenia po
                              polsku i zawsze będzie potrzebowała chwili czasu, by to
                              przetłumaczyć na angielski. Uprzedzam ewentulane ataki, że Twoja
                              córka będzie genialna, a mój kuzyn jest idiotą - mój kuzyn jest
                              poetą i tłumaczem i obraca się w kręgach elity intelektualnej.
                              • 04.10.09, 12:22

                                Tak, moja Sara jest geniuszem, Twoj kuzyn idiota, a Ty srebrna
                                rybko jestes jasnowidzem, tak?
                                smile

                                W UK sa setki tysiecy studentow, ktorzy przyjechali tutaj by
                                studiowac, a jezyk angielski nie jest ich pierwszym jezykiem, a
                                ktoryms z kolei. To raz.
                                Dwa, mieszczajac kilkanascie lat w 2 krajach anglojezycznym, majac
                                przyjaciol anglojezycznych, rodzicow, ktorych wspolnym jezykiem jest
                                angielski (tak, tak, na dobrym poziomie), uczesczajac na
                                zajecia 'pozalekcyjne' prowadzone w jezyku ang, wyjezdzajac na obozy
                                z dzieciakami anglo, trzeba by byc wyjatkowo opornym edukacyjnie
                                przypadkiem, by nie opanowac tego jezyka perfect ;/.


                                --
                                www.dzikiedzieci.pl/

                                04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                                • 04.10.09, 18:02
                                  Nie rozumiesz.
                                  Ci studenci, ktorzy przyjechali studiować sa cudzoziemcami.
                                  Doskonale maja opanowany wlasny jezyk i po prostu ucza się w obcym
                                  jezyku - co zawsze przysparza trudnosci. Ale sa to studenci
                                  przeciętnie zdolniejsi od innych, skoro udalo im sie dostać na
                                  studia w obcym kraju. I jeden jezyk mają opanowany perfekcyjnie.
                                  przy takim systemie nauczania, jaki zamierzasz zaproponowac corce
                                  ona bedzie cudzoziemka wszedzie i nie bedzie znala dobrze żadnego
                                  jezyka. Nie mowie już o slownictwie fachowym. Ale Ty nie nauczysz
                                  jej slownictwa młodziezowego, nie nauczysz jej rozumienia odniesień
                                  do kultury angielskiej (ani arabskiej). Nie nauczysz idiomow.
                                  Niezaleznie, gdzie bedzie się znajdowała Twoja corka będzie osoba
                                  nie do konca znajaca jezyk i nie najlepiej rozumiejaca kontekst
                                  kulturowy - wszedzie będzie obca.
                                  Na zajeciac pozaszkolnychnie ma najczęściej wiele okazji do rozmow,
                                  obozy trwaja dwa tygodnie. o ile oczywiscie Twoja corka bedzie
                                  chciala jeżdzic na obozy z dziecmi, ktore będa rozmawialy o
                                  szkolnych sprawach, o najmodniejszych w szkole książkach i filmach,
                                  o ktorych ona nie będzie miała zielonego pojecia.
                                  --
                                  Mops i kot

                                  img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                                  • 04.10.09, 18:34

                                    > przy takim systemie nauczania, jaki zamierzasz zaproponowac corce
                                    > ona bedzie cudzoziemka wszedzie i nie bedzie znala dobrze żadnego
                                    > jezyka. Nie mowie już o slownictwie fachowym.

                                    > Niezaleznie, gdzie bedzie się znajdowała Twoja corka będzie osoba
                                    > nie do konca znajaca jezyk i nie najlepiej rozumiejaca kontekst
                                    > kulturowy - wszedzie będzie obca.

                                    A skad taki pomysl?

                                    04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                                    • 04.10.09, 21:14
                                      Dlatego, ze mieszkając w innych krajach będzie uczona po polsku.
                                      Czyli nie pozna perfekcyjnie wspołczesnego języka mlodziezowego, nie
                                      bedzie znala odniesień do lieratury (tupu "Ociec prac?", nie będzie
                                      znała idiotycznych mlodziezowych powiedzonek i dowcipow.
                                      ja mieszkając w Polsce i posylając dzieci do polskiej szkoly też nie
                                      orientuje sie do konca, co oznaczają pewne nowe powiedzonka, czego
                                      się teraz slucha i jaka jest najpopularniejsza ksiązka wśrod
                                      mlodziecy, Nie muszę.
                                      Ale moje dzieci to oczywiscie wiedzą. Twoja corka wejdzie w
                                      środowisko mlodziecowe ze slownictwem i świadomoscią pani w średnim
                                      wieku. Nie śadże tez, zbys razem z dzieckiem zdolna byla pasjonowac
                                      się mlodziezowymi modami, wymieniała z nim nalepki i karteczki i z
                                      wypiekami omawiala zalety najnowszego idola. Twoja corka będzie
                                      wychowywana na osobe znająca doskonale to, co powinno się znać w
                                      średnim wieku, nie znającą współczesnego języka i jego idiomow.
                                      Moje dzieci nie interesują sie wpradzie mlodzieżowa muzyką i
                                      mlodziezowymi idolami, ale mialy taka szanse - Ty zas takiej szansy
                                      corce nie dasz.
                                      --
                                      Mops i kot

                                      img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                            • 05.10.09, 15:25
                              aagnie.szkaa napisała:

                              > docelowo ona bedzie troj-
                              > jezyczna, jakos to sobie wszystko tam w glowie przetlumaczy
                              > miedzyjezykowo, a jak slowek bedzie brak to slowniki pojda w ruch.

                              Wybacz ale to jest dosc naiwne co piszesz. Znajomosc jezyka na
                              poziomie "jakos" to nie jest zadna znajomosc a jesli chcesz zeby
                              Twoja corka byla faktycznie biegla w mowie i pismie we wspomnianych
                              trzech jezykach to zwyczajnie Wy we dwoje z mezem plus ksiazki i
                              media plus sporadyczne kontakty w kolkach zainteresowan i na placach
                              zabaw nie wystarcza. Szczegolnie w kwestii "reading comprehension"
                              tudziez poslugiwania sie roznymi formami pisanymi. Formami mowionymi
                              zreszta tez, bo z zalozenia pozbawisz corke obcowania z grupa
                              rowiesnicza NA CODZIEN, nie dasz Jej szansy cwiczenia prezenstacji
                              przed wiekszym gronem i calej innej gamy bodzcow jezykowych, ktore
                              swiadomie i mimochodem zapewnia uczestnictwo w zyciu szkolnym.
                              Nie chce Cie dolowac ale juz niedlugo sama zobaczysz jak trudno
                              bedzie Twojemu mezowi utrzymac u Waszej corki francuski. On jest w
                              tym ukladzie najbardziej vulnerable i to bedzie pewnie jezyk, z
                              ktorego przy nauczaniu w domu zrezygnujesz najpierw. A bedzie szkoda!
                              • 06.10.09, 19:32

                                bi_scotti napisała:

                                > aagnie.szkaa napisała:
                                >
                                > > docelowo ona bedzie troj-
                                > > jezyczna, jakos to sobie wszystko tam w glowie przetlumaczy
                                > > miedzyjezykowo, a jak slowek bedzie brak to slowniki pojda w
                                ruch.
                                >
                                > Wybacz ale to jest dosc naiwne co piszesz. Znajomosc jezyka na
                                > poziomie "jakos" to nie jest zadna znajomosc

                                Pewnie, ze tak. Zgadzam sie z toba. Tylko troszke zle mnie
                                zrozumialas, slowo JAKOS odnosilo sie do tego, ze Sara bedzie
                                zmuszona dokonac wysilku tlumaczenia sobie tego czego zostanie
                                nauczona w jezyku polskim, lub francuskim, na jezyk angielski, w
                                momencie kiedy bedzie przystepowala do ewentualnych egzaminow.
                                Bedzie to dodatkowe utrudnienie, ale wierze, ze da sobie rade.
                                Ja mieszkam w UK zaledwie kilka lat, a bez wiekszych problemow udaje
                                mi sie korzystac z wiedzy jaka zdobywalam w jezyku polskim, w jezyku
                                angielskim. Takze, da sie.


                                a jesli chcesz zeby
                                > Twoja corka byla faktycznie biegla w mowie i pismie we
                                wspomnianych
                                > trzech jezykach to zwyczajnie Wy we dwoje z mezem plus ksiazki i
                                > media plus sporadyczne kontakty w kolkach zainteresowan i na
                                placach
                                > zabaw nie wystarcza.

                                Doceniam zdanie osoby, ktora wychowuje swoje dzieci wielojezycznie,
                                wiem, ze wielojezycznosc dzieci, to ciezka praca rodzicow, a nie
                                proces automatyczny.

                                Szczegolnie w kwestii "reading comprehension"
                                > tudziez poslugiwania sie roznymi formami pisanymi. Formami
                                mowionymi
                                > zreszta tez, bo z zalozenia pozbawisz corke obcowania z grupa
                                > rowiesnicza NA CODZIEN, nie dasz Jej szansy cwiczenia prezenstacji
                                > przed wiekszym gronem i calej innej gamy bodzcow jezykowych, ktore
                                > swiadomie i mimochodem zapewnia uczestnictwo w zyciu szkolnym.

                                No coz, juz zdecydowalam, ze podejme te ryzyko.

                                > Nie chce Cie dolowac ale juz niedlugo sama zobaczysz jak trudno
                                > bedzie Twojemu mezowi utrzymac u Waszej corki francuski. On jest w
                                > tym ukladzie najbardziej vulnerable i to bedzie pewnie jezyk, z
                                > ktorego przy nauczaniu w domu zrezygnujesz najpierw. A bedzie
                                szkoda!

                                Juz chyba pisalam, ze moj maz deklaruje chec brania czynnego udzialu
                                w edukacji naszej corki, takze te tabliczke mnozenia (i inne) to
                                mala bedzie musiala i po polsku i po francusku opanowac smile

                                Pod wplywem tego watku, wczesniej niz zamierzalismy, zaczelismy sie
                                zastanawiac, kto ''bierze'' jakie przedmioty na siebie smile, a gdzie
                                bedziemy musieli zwrocic sie do korepetytorow, czy moze opcja part-
                                time school wejdzie (nie wiem, czy wspominalam, ale jest mozliwosc,
                                by dziecko chodzilo do szkoly na kilka wybranych przedmiotow.)

                                --
                                <*>
                                fotoforum.gazeta.pl/u/aagnie.szkaa.html -nasze
                                foty
                                • 06.10.09, 20:14
                                  aagnie.szkaa napisała:

                                  > Juz chyba pisalam, ze moj maz deklaruje chec brania czynnego
                                  udzialu
                                  > w edukacji naszej corki, takze te tabliczke mnozenia (i inne) to
                                  > mala bedzie musiala i po polsku i po francusku opanowac smile
                                  >

                                  Widzisz, moj maz siedzial z naszymi dziecmi przez pierwsze lata w
                                  domu; w sumie kilka ladnych lat gdy ja pracowalam. I to jest wyrazne
                                  w jezyku naszych dzieci smile Ten czas poswiecony NA POCZATKU - dlatego
                                  w wiekszosci rodzin, znakomitej wiekszosci rodzin, dzieci sa w
                                  stanie dosc skutecznie opanowac jezyk matki, ktora z nimi spedza
                                  gros czasu, gorzej jest z nawet najbardziej zaangazowanymi ojcami.
                                  Twoj maz musi byc gotowy do WIELKICH poswiecen czasowo-
                                  energetycznych i organizacyjnych zeby wyrownac poglebiajaca sie z
                                  kazdym tygodniem Twoja "wyzszosc" czasowa nad Jego wplywem na jezyk
                                  Waszej corki. Pisze to z wlasnego doswiadczenia - to naprawde wymaga
                                  BARDZO duzo pracy, poswiecenia i determinacji ze strony tego
                                  rodzica, ktorego w domu jest mniej. Dobre checi nie wystarcza,
                                  szczegolnie gdy (jak to u kazdego w koncu sie zdarza) dziecko
                                  zacznie sie swiadomie buntowac. W takich momentach mozliwosc
                                  polegania na wsparciu szkoly jest bezcenna, ale zapewne sami to
                                  odkryjecie za kilka lat smile
                                  • 06.10.09, 20:22

                                    bi_scotti napisała:
                                    Pisze to z wlasnego doswiadczenia - to naprawde wymaga
                                    > BARDZO duzo pracy, poswiecenia i determinacji ze strony tego
                                    > rodzica, ktorego w domu jest mniej. Dobre checi nie wystarcza,
                                    > szczegolnie gdy (jak to u kazdego w koncu sie zdarza) dziecko
                                    > zacznie sie swiadomie buntowac. W takich momentach mozliwosc
                                    > polegania na wsparciu szkoly jest bezcenna, ale zapewne sami to
                                    > odkryjecie za kilka lat smile

                                    A w jaki sposob szkola angielskojezyczna mialaby pozytywnie wplynac
                                    na francusko-polska bieglosc jezykowa naszej corki?

                                    --
                                    www.parentingscience.com/
                                    • 06.10.09, 20:39
                                      aagnie.szkaa napisała:

                                      > A w jaki sposob szkola angielskojezyczna mialaby pozytywnie
                                      wplynac
                                      > na francusko-polska bieglosc jezykowa naszej corki?
                                      >

                                      Malo jest szkol nie oferujacych drugiego jezyka; majac tate w domu i
                                      francuski w szkole, Sara (Sarah?) ma wieksze szanse, ot co.
                                      Mowiac szczerze, ja na Waszym miejscu bylabym tez bardzo
                                      zainteresowana zapisaniem Mlodej do szkoly z arabskim w Dubaju, bo
                                      akurat to uwazam za faktyczna "specjalna" szanse dla dziecka, ale to
                                      jest, oczywiscie, moje wlasne zdanie.
                                      • 06.10.09, 21:10


                                        bi_scotti napisała:
                                        > Malo jest szkol nie oferujacych drugiego jezyka; majac tate w domu
                                        i
                                        > francuski w szkole, Sara (Sarah?) ma wieksze szanse, ot co.

                                        gdzies czytalam, ze szkolne lekcje jezyka ktoregos z rodzicow, dla
                                        dziecka z rodziny wieloezycznej bywaja bardzo frustrujace, bo co
                                        jest fajnego w nauce z grupa kolegow z klasy, bedacych na etapie
                                        nauki slowek typu- pies, kot, mama, tata, i- mam na imie...,kiedy
                                        samemu mowi sie w tym jezyku calymi zdaniami od kilku lat? uncertain.


                                        > Mowiac szczerze, ja na Waszym miejscu bylabym tez bardzo
                                        > zainteresowana zapisaniem Mlodej do szkoly z arabskim w Dubaju, bo
                                        > akurat to uwazam za faktyczna "specjalna" szanse dla dziecka, ale
                                        to
                                        > jest, oczywiscie, moje wlasne zdanie.
                                        --
                                        www.parentingscience.com/
                                        • 09.10.09, 23:45
                                          Ja mowie plynnie po polsku, ale nie jestem w stanie pomoc mezowi w
                                          nauce tego jezyka, bo nie pamietam - a po czesci tez nie znam -
                                          pewnych zasad gramatyki. I kiedy on mnie pyta, jaka forme ma
                                          rzeczownik nieozywiony w bierniku, to pojecia nie mam, jak mu to
                                          wytlumaczyc, chociaz wiem, jak brzmiec powinna prawidlowa forma.

                                          Owszem, moglabym zaczac czytac ksiazki gramatyczne i przypomniec
                                          sobie na tyle, zeby mu wytlumaczyc jakies zasady (biedak chodzi na
                                          lepcje polskiego, z wlasnej woli zaznaczam), ale nie mam
                                          przygotowania metodologicznego i pedagogicznego, by sensownie cos
                                          wytlumaczyc.

                                          Sama ZNAJOMOSC jezyka nie wystarcza, by go uczyc - o czym przekonano
                                          sie w wielu szkolach jezykowych, kiedy zatrudniono native speakerow
                                          bez przygotowania nauczycielskiego.

                                          Jeszcze powiem, do calej tej bardzo interesujacej zreszta dyskusji,
                                          ze jesli corka okaze sie utalentowana w jakiejs dziedzinie, o ktorej
                                          nie masz pojecia, mozesz zmarnowac jej talent nie zauwazajac go
                                          (osobiscie nie jestem w stanie rozpoznac np. talentu muzycznego czy
                                          sportowego) - a jesli zauwazysz, i tak bedziesz musiala wyslac ja do
                                          np. szkoly baletowej, a tam bedzie z kolei dryl i dyscyplina od
                                          najwczesniejszych lat. Tak samo w muzycznej.
                                          --
                                          I love my computer, because my friends live in it.
                                          • 10.10.09, 01:03

                                            croyance napisała:
                                            > Jeszcze powiem, do calej tej bardzo interesujacej zreszta
                                            dyskusji,
                                            > ze jesli corka okaze sie utalentowana w jakiejs dziedzinie, o
                                            ktorej
                                            > nie masz pojecia, mozesz zmarnowac jej talent nie zauwazajac go
                                            > (osobiscie nie jestem w stanie rozpoznac np. talentu muzycznego
                                            czy
                                            > sportowego) - a jesli zauwazysz, i tak bedziesz musiala wyslac ja
                                            do
                                            > np. szkoly baletowej, a tam bedzie z kolei dryl i dyscyplina od
                                            > najwczesniejszych lat. Tak samo w muzycznej.

                                            Tak sie zastanawiam, czy rzeczywiscie, nauczyciel, majac pod opieka
                                            20-30 uczniow, przerabiajac z dzieciakami konkretny program, ma
                                            wieksza szanse na 'wylapanie' talentu dziecka, niz rodzic,
                                            spedzajacy z tym dzieckiem wiekszosc dnia jeden na jeden
                                            (zakladajac, ze rodzic uczac dziecko takze podaza za programem).

                                            Uzdolnienia baletowe to raczej na WF nie wyjda, raczej przy
                                            wyglupach w domu ewentualnych, jesli dziecko mialoby zamilowanie do
                                            wygibasow wink.
                                            Spiew dziecka rodzic ma szanse uslyszec czesciej niz nauczyciel
                                            muzyki (flet prosty takze moglabym dzieciakowi kupic wink, i
                                            cymbalki), ale nie chodzi przeciez tylko o to, czy dziecko ma ladny
                                            glos, czy 'sprawne ucho', ale o to, czy ma do tego zamilowanie,
                                            jesli bedzie spiewac duzo i chetnie, mozna zaproponowac lekcje
                                            kierunkowe (to samo ze sprawnoscia fizyczna, plastyczna i cala
                                            reszta w zasadzie).
                                            Zastanawiam sie jakie uzdolnienie mogloby pozostac przez rodzica
                                            niezauwazone, podczas realizowania programu szkolnego ;/.A
                                            jednoczesnie z cala pewnoscia zostaloby zauwazone przez nauczyciela
                                            w szkole.
                                            Bo serio mysle, ze w wiekszosci przypadkow za uzdolnieniem idzie
                                            pasja, i chec wykonywania, jesli uzdolnienie jest, a nie ma pasji-
                                            nie wywieralabym nacisku i pozwolilabym zrezygnowac z tych
                                            przykladowych lekcji spiewu.

                                            --
                                            04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                                            • 10.10.09, 09:31
                                              Tak sie zastanawiam, czy rzeczywiscie, nauczyciel, majac pod opieka
                                              > 20-30 uczniow, przerabiajac z dzieciakami konkretny program, ma
                                              > wieksza szanse na 'wylapanie' talentu dziecka, niz rodzic,
                                              > spedzajacy z tym dzieckiem wiekszosc dnia jeden na jeden
                                              > (zakladajac, ze rodzic uczac dziecko takze podaza za programem).

                                              Ma, bo ma większą wiedzę w danej dziedzinie, niż rodzic. Poza tym ma
                                              skalę porównawczą z innymi dziećmi, której nie ma rodzic. Poza tym
                                              nic nie przeszkadza rodzicowi obserwować dziecka chodzącego do
                                              szkoły. Jeśli rodzic coś przeoczy, może to wyłapać nauczyciel.

                                              Uzdolnienia baletowe to raczej na WF nie wyjda, raczej przy
                                              > wyglupach w domu ewentualnych, jesli dziecko mialoby zamilowanie
                                              do
                                              > wygibasow wink.

                                              czy dziecko chodzące do szkoły nie może wygłupiać się w domu? Też
                                              zresztą nie sądzę, by rodzic nieznający się na balecie umiał
                                              odrożnić zwykłe wygibasy od takich, które świadczą o uzdolnieniach
                                              baletowych.

                                              Spiew dziecka rodzic ma szanse uslyszec czesciej niz nauczyciel
                                              > muzyki (flet prosty takze moglabym dzieciakowi kupic wink, i
                                              > cymbalki), ale nie chodzi przeciez tylko o to, czy dziecko ma
                                              ladny
                                              > glos, czy 'sprawne ucho', ale o to, czy ma do tego zamilowanie,
                                              > jesli bedzie spiewac duzo i chetnie, mozna zaproponowac lekcje
                                              > kierunkowe

                                              Jeżeli dziecko nie ma sprawnego ucha i ładnego głosu, to żadna pasja
                                              nie pomoże. Jestem takim przypadkiem, lubię śpiewac, chociaż słoń
                                              nadepnął mi na ucho. Gdybym chodziła do przedszkola, jeździłą
                                              częściej na kolonie i wycieczki w grupie, gdzie się dużo śpiewa,
                                              trochę mniej bym fałszowała. Ale talentu śpiewaczego by u mnie nikt
                                              nie wyhodował.

                                              Bo serio mysle, ze w wiekszosci przypadkow za uzdolnieniem idzie
                                              > pasja, i chec wykonywania, jesli uzdolnienie jest, a nie ma pasji-
                                              > nie wywieralabym nacisku i pozwolilabym zrezygnowac z tych
                                              > przykladowych lekcji spiewu.

                                              Ja też bym pozowoliła, ale to już zupełnie inna sprawa. Natomiast
                                              dobrze jest jednak orientować się w uzdolnieniach dziecka, by mu nie
                                              zamknąć drogi.

                                              Nieprawdziwe jest założenie, że każdy jest wszechstronnie i
                                              jednakowo uzdolniony i kazdego można wszystkiego wyuczyć, byle tylko
                                              znaleźć metodę (tak zdaje się twierdzi kobraluca). Dziecko nie rodzi
                                              się jako tabula rasa, ale ma już pewne uzdolnienia i cechy
                                              genetyczne i wrodzone. Wpływ środowiska (nie tylko rodziców) ma duże
                                              znaczenie, ale żadne nauczanie nie zrobiłoby ze mnie Marii Callas
                                              ani Małysza. I dobrze, że ludzie są różni, przez to świat jest
                                              ciekawszy i kolorowy.

                                            • 19.10.09, 12:33
                                              Czesc, Agnieszko smile Przepraszam, ze tak dlugo nie odpowiadalam na
                                              posty, ale zapomnialam o tej dyskusji, i dopiero dzisiaj, gdy weszlam
                                              na forum, przypomnialam sobie, ze bralam w niej udzial i nadrabiam
                                              zaleglosci.

                                              Co do baletu, nie sadze, zeby wyszlo to przy wygibasach, bo nie o
                                              zainteresowanie czy zamilowanie do tanca chodzi, ale tez o pewne
                                              predyspozycje fizyczne, ktore badane sa przez specjalistow. Moja
                                              kuzynka, zanim przyjeto ja do szkly baletowej, miala wiele badan
                                              lekarskich, zdjecie roentgenowskie kregoslupa, badane stopy - a i tak
                                              dzieci czesto rozwijaja sie w kierunku innym od przewidzianego i sa
                                              potem ze szkol usuwane.

                                              Dam Ci przyklad: mam poczucie rytmu, tancze tango, latami chodzilam
                                              na balet. Ale jakichs wielkich zdolnosci muzycznych nie mam.
                                              Onserwowalam kilka lat temu moja siostrzenice, wtedy trzylatke, jak
                                              tanczyla do muzyki na jakiejs rodzinnej imprezie: jak dziecko, gibala
                                              sie na boki, fajnie bylo popatrzec, widac bylo, ze sprawia jej to
                                              frajde, ale czasem wypadala z rytmu etc. Ja sobie patrzylam,
                                              patrzylam, i myslalam, ze fajnie, ze lubi tanczyc, ze milo to
                                              poobserwowac, ale na tym sie moje przemyslenia skonczyly. Natomiast
                                              moj maz, ktory ma wyksztalcenie muzyczne i jego matka, nauczycielka
                                              gry na pianinie, oboje zwrocili uwage na to, ze jak na swoj wiek mala
                                              ma niesamowite wyczucie rytmu i cos tam jeszcze, co mnie nie
                                              przyszloby do glowy. Porozmawiali z moim bratem o tym, i faktycznie
                                              mala chodzi teraz na lekcje gry na skrzypcach, tanczy, i pokazuje
                                              zdolnosci, ktore dla mnie byly (i nadal sa) nierozpoznawalne, przede
                                              wszystkim dlatego, ze nie wiem nic o rozwoju zdolnosci/umiejetnosci
                                              muzycznych u dzieci, i nie mam doswiadczenia z np. uczeniem dzieci
                                              gry na pianinie. Dobry nauczyciel czesto po pierwszej lekcji jest w
                                              stanie stwierdzic, czy cos z tego bedzie, i entuzjazm ucznia nie ma
                                              tu nic do rzeczy smile

                                              I wlasnie bardzo chodzi o to, czy jet to faktyczny talent, czy tylko
                                              zamilowanie, bo zamilowanie pozostac moze w sferze hobby, a talent to
                                              zupelnie inna kwestia, i latwo go zmarnowac. A tak przeciez byc nie
                                              musi.

                                              Osobiscie nie bylabym w stanie powiedziec, czy ktos ma talent np.
                                              informatyczny- zainteresowanie w tym kierunku, owszem - i czy warto
                                              to zaintersowanie rozwijac i popychac dziecko w tym kierunku, czy tez
                                              nie. Widzialam sporo mam, ktorych corki mialy wielka pasje w kierunku
                                              tanca klasycznego, ale brakowalo im jednak talentu czy wlasnie
                                              fizycznych predyspozycji, ktore naprawde dziewczynki te
                                              unieszczesliwialy, zmuszajac do cwiczen i karmiac je marzeniami o
                                              karierze, na ktora te nie mialy szans. Potem odbywaly sie wielkie
                                              tragedie, gdy dziewczynki wyrzucane byly z baletowki.

                                              Mysle, ze rzetelne rozeznanie umiejetnosci dziecka, jego mocnych i
                                              slabych stron jest bardzo wazne, bo mozna zaoszczedzic mu wstapienia
                                              na droge, ktora doprowadzi je jedynie do rozczarowania. Zobacz, ile
                                              osob chce zostac gwiazdami pop, i ile z nich naprawde potrafi
                                              spiewac.

                                              Za uzdolnieniem nie zawsze, jak piszesz, idzie pasja, bo uzdolnienia
                                              czesto nie sa 'twarde' jak np. talent muzyczny, tylko 'miekkie',
                                              powiedzmy wyjatkowa elastycznosc umyslowa i empatia w stosunkach
                                              miedzyludzkich. Te cechy tez warto rozwijac, bo moga wyprodukowac np.
                                              swietnego terapeute, czy badacza, otwartego na innosc ludzi.

                                              Piszesz duzo o 'podazaniu za dzieckiem' i przyszlo mi do glowy, co
                                              zrobisz, gdy dziecko zechce jednak isc do szkoly? Gdy bedzie smutne,
                                              ze Agatka z Dorotka maja tornistry i siedza razem w lawce, a ona nie.
                                              Podazysz za nia?


                                              --
                                              I love my computer, because my friends live in it.
                                              • 19.10.09, 15:37

                                                croyance napisała:
                                                ,,Piszesz duzo o 'podazaniu za dzieckiem' i przyszlo mi do glowy, co
                                                zrobisz, gdy dziecko zechce jednak isc do szkoly? Gdy bedzie smutne,
                                                ze Agatka z Dorotka maja tornistry i siedza razem w lawce, a ona
                                                nie.
                                                Podazysz za nia?,,

                                                Tak, jesli bedzie chciala zaczac chodzic do szkoly, pozwole jej na
                                                to. Z informacja, ze zawsze moze zmienic zdanie i uczyc sie w domu.
                                                Gdyby corka chciala isc do szkoly, a ja na sile probowalabym
                                                przytrzymac ja w domu, nie widze rozowo tego jak przebiegalaby
                                                nauka wink.

                                                --
                                                04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
        • 03.10.09, 13:18
          aagnie.szkaa napisała:

          > Ja to skopiowalam ze strony, a nie sama przeprowadzalam
          > rozpoznanie smile
          Co jednak nie przeszkodziło ci przytoczyć tego na poparcie tezy ,
          że homeschooling jest najlepszy ze wszystkich i wychowuje się
          geniuszy... Akurat ta lista nie wydaje mi się wiarygodna. wink
          • 03.10.09, 13:22
            Ktos przytoczyl Witkacego jako przyklad porazki w temacie edukacji
            domowej, ja przytoczylam liste znaleziona na pierwszej stronie jaka
            mi w google wyskoczyla.
            Zadnych ukrytych tresci, wymiana info jedynie.

            --
            www.dzikiedzieci.pl/

            04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
            • 03.10.09, 16:49
              Nastolatka uczona w domu przez mamusię surprised Co za nuda. A gdzie
              szkolne miłości? Mój syn juz od dwóch lat ma stałą dziewczynę
              poznaną w przedszkolu i mnóstwo kolegów.
              Ja sama jako dzieciak uwielbiałam szkołę jako odskocznię od życia
              domowego. Gdyby mama zafundowała mi naukę w domu chyba bym w
              depresję wpadła uncertain
              Masz jeszcze mnóstwo czasu na decyzję, ale pomyśl o szkole
              montessori. Mój syn do takiej chodzi i póki co rewelacja. Takie
              studia dla małych dzieci smile
            • 04.10.09, 12:31
              Ktos przytoczyl Witkacego jako przyklad porazki w temacie edukacji

              Ja przytoczyłam. Ale Witkacy nie wyskoczył mi w guglach.
    • 03.10.09, 19:16
      Wybaczcie, ale nieco zgłupialam czytając ten wątek. Sygnaturka sugeruje, że Sarah urodziła się w listopadzie 2008. A mamy październik 2009. Czy piszecie o nauczaniu domowym dziecka w wieku 11 m-cy?smile Czy też mama tej dziewczynki zaplanowała dokładnie nastepne 5,10,15...( boję się sugerować więcej) lat życia swojej córki?
      • 03.10.09, 19:29
        Ależ tak - do 16 zycia dokładnie, a potem dziecko bedzie moglo samo
        wybrać...
        --
        Mops i kot

        img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
        • 03.10.09, 19:50
          Nie jestem tego pewnasmilePlanowanie aż tak dokładne zakłada, że ZAWSZE między dzieckiem a matką będzie pępowina, co we wcześniejszych swoich postach napisałaś, może nie tak dosadnie jak ja teraz. Im dziecko będzie starsze, tym trudniej będzie ją odciąć.
          • 03.10.09, 19:51
            Czytaj ze zrozumieniem. Nie spotkałaś się z czymś takim, jak ironia?
      • 03.10.09, 20:45

        Sara ma 11 miesiecy smile.
        Troche tak niechcacy rozmowa wyszla, po tym jak napisalam w innym
        temacie, ze nie przecenialabym znaczenia edukacji przedszkolnej, i ,
        ze moje dziecko takze do szkoly nie bedzie chodzilo.
        I tak od slowa do slowa, mamy omawiane szczegoly przyszlej edukacji
        mojej corki, wlacznie z tym na jakie kierunki studiow ma szanse sie
        dostac, a na jakie nie. smile smile
        Nie zalozylam tego watku dla wlasnej przyjemnosci, tak wyszlo, a ze
        ja baba co lubi pogadac merytorycznie, takze tak sobie sobote
        spedzam na doskokach do kompa.

        W wielu rodzinach decyzja o tym, ze dzieci beda uczone w domu (czy w
        jakiejs konkretnej prestizowej szkole) zostaje podjeta nawet kiedy
        dzieci nie sa jeszcze poczete, takze rekordzistka to ja nie jestem.

        --
        www.dzikiedzieci.pl/

        04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
    • 03.10.09, 19:49
      nie lubię takich "przepychanek słownych"więc przepraszam jesli
      gzdieś tam było i nie doczytałam pytam z ciekawości...jak to
      wygląda? dziekco uczy sie w domu do końca edukacji? czy do jakiegos
      tam wieku? i co z egzaminami? świadectwami? dyplomami?
      --
      tiny.pl/dl2v
      • 03.10.09, 21:03

        agazuchwa napisała:

        > nie lubię takich "przepychanek słownych"więc przepraszam jesli
        > gzdieś tam było i nie doczytałam pytam z ciekawości...jak to
        > wygląda? dziekco uczy sie w domu do końca edukacji? czy do
        jakiegos
        > tam wieku? i co z egzaminami? świadectwami? dyplomami?

        Wiekszosc dzieci jest uczona w domu z zakresu szkoly podstawowej,
        pozniej korzysta z szkolnictwa publicznego.
        Z tego co wiem, w Polsce dziecko co jakis czas podchodzi do
        egzaminow sprawdzajacych wiedze.
        W UK, nie ma takiego wymogu, nie ma nawet wymogu podazania za
        programem. Sa inspektorzy, ktorzy od czasu do czasu przychodza do
        domu, sa im przedstawiane prace wykonywane przez dziecko, jest
        rozmowa o zalozeniach edukacyjnych.
        Jako warunek przyjecia do college-u, w wiekszosci przypadkow jest
        rozmowa kwalifikacyjna, wzglednie jakis esej.
        Co do szkolnictwa wyzszego, roznice w wymaganiach zmieniaja sie wraz
        z uczelniami, niektore wymagaja zdanego egzaminu GCSE, do ktorego
        mlodzian moze sie przygotowac uczeszczajac na lekcje wybranych
        przedmiotow w specjalizujacych sie w tym osrodkach edukacyjnych.

        To jest kraj bardzo przyjazny homeschoolerom, ktorych jest tutaj
        kilkaset tysiecy.
        W kazdym wiekszym miescie sa grupy rodzicow i dzieci uczacych sie w
        ten sposob i spotykajacych regularnie, kilka razy w roku
        organizowane sa zloty homeschoolerow w roznych miejscach, gromadzace
        setki przyjezdnych.
        Nie jestem sama smile smile.
        --
        www.dzikiedzieci.pl/

        04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
        • 03.10.09, 21:49
          czyli do mniej więcej 13 roku? i dajecie rade np z nauką chemii,
          fizyki, historii???szczerze podziwiam (chyba że macie inny program)
          mam wrażenie, że ja bym nie dała rady
          moje dziecię poszlo do przedszkola ( 3 latka) i jakoś mi z tym raz
          dobrze raz źlesmile
          zwłaszcza przedszkolna dieta mnie martwi, ale widze też masę
          pozytywów.....mysle że każdy zna najlepiej swoje dziecko
          --
          tiny.pl/dl2v
          • 03.10.09, 21:54
            Agnieszka chce uczyć swoją córkę do 16 roku życia. Jak rozumiem,
            opanowała na poziomie akademickim, bo takiego wymaga się od
            nauczyciela, wszystkie dziedziny od chemii poczynając na historii
            kończąć. Jedno na ch, drugie na h, co za różnica.
            • 03.10.09, 21:58
              Od nauczyciela sie wymaga, nie wymaga sie od rodzica uczacego swoje
              dzieci, bo i nie ma takiej potrzeby.

              --
              www.dzikiedzieci.pl/

              04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
              • 03.10.09, 22:11
                Tzn. rodzic jest mniej kompetentny od nauczyciela. Poza tym rodzic
                wchodzi w rolę nauczyciela, w takim razie powinien być jednakowo
                przygotowany. Jestem dr habilitowanym historii, ale nie podjęłabym
                się 16 letniemu dziecku tłumaczyć chemii ani fizyki, chociaż z tym
                przedmiotów mam piątki na maturze, bo nie jestem do tego
                przygotowana i kompetentna. Pozostawienie w moich rękach edukacji
                dziecka w dziedzinie chemii i fizyki byłoby dla niego krzywdą, bo
                byłoby uczone przez niekompetentnego nauczyciela. Nauczyciel nie
                może być od ucznia mądrzejszy o jedną lekcję.
                • 04.10.09, 00:33

                  Nauczyciel nie
                  > może być od ucznia mądrzejszy o jedną lekcję.

                  A dlaczego?

                  --
                  www.dzikiedzieci.pl/

                  04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                  • 04.10.09, 01:33
                    ano dlatego, że wiedza, którą przekazuje na lekcji bieżącej, stanowi
                    część większej całości. I na to, by dobrze tą cząstkę przekazać, a
                    nawet po to, by sensownie ułożyć plan lekcji i rozkłąd materiału,
                    musi widzieć sens tej cząstki w kontekście większej całości. Jeśli
                    jest tylko o 1 cząstkę lepszy, to całości nadal nie widzi.
                    Kobieto, ja uczę studentów 16 lat, skończyłam studia ze
                    specjalnością nauczycielską, miałam zatem uprawnienia do nauczania
                    historii w szkole, uczę przyszłych nauczycieli i co nieco na ten
                    temat wiem.
              • 03.10.09, 22:17
                Czyli piszesz po prostu, ze bedziesz uczyla dziecko tylko tego, co
                sama umiesz. Zamykając mu droge na wiele kierunkow studiów.
                --
                Mops i kot

                img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
        • 04.10.09, 01:29
          aagnie.szkaa napisała:

          >
          > agazuchwa napisała:
          >

          > Jako warunek przyjecia do college-u, w wiekszosci przypadkow jest
          > rozmowa kwalifikacyjna, wzglednie jakis esej.
          >

          Czyli mamy rozumiec, ze w UK do College-u moze sie dostac analfabeta
          aby tylko na rozmowie kwalifikacyjnej sie wykazal? :o)
          Fajne te UK :o)

          --
          We don't inherit the earth from our ancestors; we borrow it from our
          children.
          • 04.10.09, 01:57

            ma.pi napisała:
            > Czyli mamy rozumiec, ze w UK do College-u moze sie dostac
            analfabeta
            > aby tylko na rozmowie kwalifikacyjnej sie wykazal? :o)

            Teoretycznie tak jest smile, tylko taki to sie dlugo w takim college
            nie pouczy bez umiejetnosci pisania i czytania, takze selekcja
            naturalna smile

            --
            www.dzikiedzieci.pl/

            04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
            • 04.10.09, 02:22
              Zebym juz nie musiala tak tlumaczyc duzo, dla ciekawskich link
              podaje, na tej stronie jest duuuzo i czytelnie bardzo o tym 'jak to
              sie robi w UK' wink. Sa dziesiatki stron na ten temat, ja lubie akurat
              ta najbardziej-

              home-ed.info/index.html
              --
              www.dzikiedzieci.pl/

              04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
              • 04.10.09, 10:16
                aagnie.szkoo
                masz talent do ciekawych watkow
                akurat ja stoje po Twojej stronie i w kwestii AP, i zywienia niemowlakow i
                edukacji domowej
                pechowo jeszcze dekretem hitlera jest tutaj zakazana, ale korcil mnie pomysl
                niezmiernie, jesli sie przeniesiemy do innego kraju, to rozwaze

                umykaja w tej dyskusji dwie kwestie - homeschooling to nie tylko edukacja przez
                rodzica
                z tego co ja czytalam, zapisuje sie dzieciaki na zajecia rozmaite i korzysta ze
                wsparcia sily fachowej, jesli to mozliwe

                szczerze to ja podstawowke wspominam mizernie, mozliwosc zlikwidowania
                wiekszosci nudnych i nic nie wnoszacych lekcji na konto ciekawych zajec w
                kolkach itp - baaardzo kuszaca
                moja matematyczka byla beznadziejna, do dzis pamietam zadania z 4 klasy, ktorych
                ona rozwiazac nie umiala, glownie ogryzala paprotki wiszace nad biurkiem i
                gapila sie za okno
                a ja matematycznie jestem niezla, gdyby mnie popchnal ktos, moze bylabym jeszcze
                lepsza, tak mi zostaly zadania ze swiata mlodych to kombinowania

                druga sprawa - ja sie zetknelam z ED na gruncie rodzin wielodzietnych, tu trudno
                pisac o zawlaszczaniu dziecka, zajecia tez zyskuja inny wymiar z powodu roznic
                wieku dzieci


                mam wrazenie, ze macie wizje ED jako szkoly tylko 1:1 w murach domowych, a to
                nie ma nic wspolnego z siedzeniem w lawce i kuciem z podrecznika materialu
                jesli sie przerabia material historyczny, to oklada sie ciekawymi ksiazkami,
                encyklopediami, idzie do muzeum, robi quizy, jakies gry, przedstawieinie dzieci
                organizuja
                wszystko to na co mozna sobie pozwolic w domu, a czego nauczyciel obciazony
                20tka czy 30tka dzieci zrobic nie moze

                to jest nauka spleciona z zabawa, z wyjsciami w teren

                jasne, ze to wymaga ogromnej kreatywnosci od rodzica, ale efekty sa
                dzieci zdaja testy na koniec roku czy semestru i najwyrazniej radza sobie ok,
                skoro jest to metoda przyjeta i akceptowana

                agnieszko, powodzenia
                masz jakis email? skrobnelabym na priva
                --
                "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                prababcia Luśki
                • 04.10.09, 12:03

                  donkaczka napisała:

                  > aagnie.szkoo
                  > masz talent do ciekawych watkow
                  > akurat ja stoje po Twojej stronie i w kwestii AP, i zywienia
                  niemowlakow i
                  > edukacji domowej
                  > pechowo jeszcze dekretem hitlera jest tutaj zakazana, ale korcil
                  mnie pomysl
                  > niezmiernie, jesli sie przeniesiemy do innego kraju, to rozwaze

                  Nawet nie wiesz jaka przyjemnosc sprawil mi Twoj post w tym
                  temacie!. Bardzo mi milo, ze ktos w koncu, jest 'po mojej
                  stronie' wink, tzn. wierzy, ze homeschooling moze byc dobry, ze dzieci
                  moga na tym skorzystac itd.
                  Tak, czesc rodzicow korzysta z pomocy korepetytorow, glownie wtedy
                  kiedy dziecko przygotowywuje sie do egzaminow GCSE.
                  Odzywaj sie czesciej, jesli czas pozwoli smile.

                  pozdrawiam

                  Moj mail to- zafi1@interia.pl

                  --
                  www.dzikiedzieci.pl/

                  04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                  • 04.10.09, 12:05
                    Tak, czesc rodzicow korzysta z pomocy korepetytorow, glownie wtedy
                    > kiedy dziecko przygotowywuje sie do egzaminow GCSE.

                    tzn., że są jednak jakieś egzaminy i rodzice nie są wystarczająco
                    kompetentni, żeby do nich przygotować.
                    • 04.10.09, 12:32
                      Na niektore uczelnie srednie i wyzsze, na niektore kierunki wymagane
                      sa zdane egzaminy GCSE, do ktorych dzieci podchodza w wieku 14-15
                      lat.

                      --
                      www.dzikiedzieci.pl/

                      04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                      • 04.10.09, 12:37

                        --
                        15-16 LAT, sorrki

                        www.dzikiedzieci.pl/

                        04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                      • 04.10.09, 14:42
                        Na niektore uczelnie srednie i wyzsze, na niektore kierunki
                        wymagane
                        > sa zdane egzaminy GCSE, do ktorych dzieci podchodza w wieku 14-15
                        > lat.

                        Czyli sama przyznajesz, że rodzice nie są w stanie przygotować do
                        studiowania na niektórych kierunkach, skoro wynajmują korepetytorów,
                        by dzieci zdały wymagany na tych kierunkach egzamin. A przecież ci
                        rodzice mogli sobie w googlach przeczytać jedną lekcję więcej.
                        Najwyraźniej to jednak nie wystarcza.
                • 04.10.09, 12:41
                  Donkaczka, ty masz wizję taką:
                  mam wrazenie, ze macie wizje ED jako szkoly tylko 1:1 w murach
                  domowych, a to
                  nie ma nic wspolnego z siedzeniem w lawce i kuciem z podrecznika
                  materialu
                  jesli sie przerabia material historyczny, to oklada sie ciekawymi
                  ksiazkami,
                  encyklopediami, idzie do muzeum, robi quizy, jakies gry,
                  przedstawieinie dzieci
                  organizuja
                  wszystko to na co mozna sobie pozwolic w domu, a czego nauczyciel
                  obciazony
                  20tka czy 30tka dzieci zrobic nie moze

                  to jest nauka spleciona z zabawa, z wyjsciami w teren

                  jasne, ze to wymaga ogromnej kreatywnosci od rodzica, ale efekty sa
                  dzieci zdaja testy na koniec roku czy semestru i najwyrazniej radza
                  sobie ok,
                  skoro jest to metoda przyjeta i akceptowana

                  Natomiast szkoła domowa w wykonaniu aagnie.szki to nie wyjścia do
                  muzeum, nie ciekawe lekcje, to coś wciśniętego pomiędzy pracę
                  zawodową a życie rodzinne, nauka na podstawie wyszukiwarki
                  internetowej, nauka, gdzie matka jest lekcję do przodu.

                  aagnie.szka ma wizję taką:
                  Co do pracy, to ja bede pracowac, jedno nie wyklucza drugiego, moj
                  maz spedza w pracy 5 max 6 godz dziennie, jakos sobie grafiki
                  zsynchronizujemy.

                  Wierze w naturalna, wrodzona ciekawosc dzieci otaczajacym ich
                  swiatem. Wloze duzo energii w to, by podazac za nia, a nie ciagnac
                  ja za soba. Choc kilka z moich zainteresowan chetnie bym jej
                  zaszczepila, bo moglaby na tym jedynie zyskac
                  A wlasnie chyba nie bede podazala za programem tak calkowicie,
                  bedziemy mieli wszystkie podreczniki oczywiscie, cos sie wybierze,
                  cos sie poglowkuje. Bedzie dobrze .
                  W tym, ze fizyki, chemii nie naucze - a te przedmioty wogole sa w
                  programie szkol podstawowych-bo, chyba mi umknelo .
                  Bedzie miala ochote wkuwac tablice Mendelejewa-wkuje, bedzie miala
                  ochote nauczyc sie kilku wzorkow - cholera wie po co z reszta-
                  opanuje pamieciowo, bo jest wlasnie ta wiedza, ktora ja wynioslam ze
                  szkol z tych przedmiotow. Przydaje sie o tyle, ze mozna blysnac
                  przed znajomymi ogladajac Milionerow, kiedy pojawia sie pytania z
                  tej dziedziny .

                  No, ale moze ja bylam malo pojetna jesli chodzi o nauki scisle,
                  przyznac trzeba, podziel sie moze swoja wiedza chem-fiz, ktora
                  pamietasz nie z innych szkol, ale wlasnie z podstawowy, plisss .
                  Z biologii pamietam budowe dzdzownicy jeszcze , ha ha

                  jesli mialabym taki kaprys moglabym z dzieckiem mlucic jedynie
                  budowe dzdzownicy i innych 'robaczkow' przez 10 lat i nikt by sie
                  nie przyczepil, jesli znalazlabym dobre uzasadnienie dla tak obranej
                  drogi )
                  Jesli moje dziecko, kiedy juz pojdzie do college-u ukaze sie slabym
                  uczniem, to procz tego, ze sprobuje jej sama pomoc, badz zaproponuje
                  pomoc korepetytora, nie zrobie nic. Oceny szkolne nie sa, i nigdy
                  nie byly dla mnie wyznacznikiem 'jakosci' człowieka

                  Nie, nie czuje sie kompetentnym nauczycielem w zakresie szkoly
                  wyzszej.
                  Bedzie chciala kontynuowac nauke w domu to zdecyduje sie na college
                  czy studia zaoczne badz korespondencyjne. Jej wybor.
                  nie szkola jej
                  potrzebna, a wiedza, a ta zamierzamy jej z mezem przekazac, nawet
                  jesli oznaczaloby to sleczenie nocami przy googlach i drukarce .

                  Nauczyciel nie
                  > może być od ucznia mądrzejszy o jedną lekcję.

                  A dlaczego?
                  • 04.10.09, 12:57

                    morekac napisała:

                    > Natomiast szkoła domowa w wykonaniu aagnie.szki to nie wyjścia do
                    > muzeum, nie ciekawe lekcje, to coś wciśniętego pomiędzy pracę
                    > zawodową a życie rodzinne, nauka na podstawie wyszukiwarki
                    > internetowej, nauka, gdzie matka jest lekcję do przodu.

                    Doprawdy? smile

                    Ladnie zebralas w calosc moje wypowiedzi, ktore wydaly Ci sie
                    uzyteczne na poparcie tezy iz moje dziecko nie otrzyma ode mnie
                    zadnej edukacji wink.
                    Pominelas te fragmety, ktore jednak bardzo zblizone do pomyslow
                    donakaczki, ale rozumiem, ze tak to juz musi byc, efekt mial byc
                    powalajacy. wink

                    Moze, nie udalo Ci sie tego w prawidlowy sposob odebrac, ale w
                    niektorych wybranych przez Ciebie fragmentach poslugiwalam sie
                    ironia i humorem smile



                    --
                    www.dzikiedzieci.pl/

                    04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                    • 04.10.09, 13:14
                      Nie jestem przeciwnikiem homeschoolingu, po prostu uważam, że trzeba
                      podejść do tematu porządnie i odpowiedzialnie, nie zaś
                      powierzchownie i z pomocą internetu.
                      - co zrobisz, jeśli twoje dziecko postanowi np. nie uczyć się
                      ułamków czy tabliczki mnożenia?
                      - co zrobisz, jeśli nie będzie się chciało uczyć? Zmusisz ją? A
                      jeśli nie będzie potrafiło opanować jakiejś dziedziny - powiedzmy,
                      że dziedziny podstawowej typu język czy matematyka? Będziesz zła na
                      nie, że takie głupie czy też na siebie, że nie umiesz jej tego
                      przekazać?
                      - co zrobisz, jeśli twoje dziecko będzie miało jakiekolwiek problemy
                      z uczeniem się?
                      Sama przyznajesz się do braków w dziedzinach ścisłych - jak
                      zamierzasz nauczyć córki tych przedmiotów?
                      Bo na razie zamierzasz posługiwać się guglem i wciskać naukę dziecka
                      pomiędzy pracę zawodową a życie domowe. A gdzie wciśniesz zajęcia
                      socjalizacyjne i dodatkowe?
                      • 04.10.09, 15:47
                        morekac napisała:

                        > Nie jestem przeciwnikiem homeschoolingu, po prostu uważam, że
                        trzeba
                        > podejść do tematu porządnie i odpowiedzialnie, nie zaś
                        > powierzchownie i z pomocą internetu.

                        No to tutaj sie zgadzamy, choc nie do konca, bo ja uwazam, ze
                        internet moze byc bardzo pomocny, zasoby sieciowe dot.
                        homeschoolingu sa ogromne!- szablony, przyklady, pomysly na
                        prowadzenie zajec, tutoria on-line, e-booki (choc ja wole kupowac
                        wersje papierowe, kocham kolekcjonerstwo wink), strony edukacyjne
                        takie jak chocby ta- www.bbc.co.uk/schools/gcsebitesize/ -
                        rewelacja.
                        I wiele wiele innych.
                        Pomoce naukowe (do wykonywania roznorakich eksperymentow wlasnie),
                        czesto kraza mdzy rodzicami uczacymi w domu, o czym mozna sie
                        dowiedziec na listach np.yahoo. Materialy w niskiej cenie, i wymiana
                        pomyslow na nauke to typowe dzialania takich grup.
                        Organizowane sa dni nauki, spotkania edukacyjne, mozna utrzymac
                        pomoc od rodzicow znajacych sie na jakis tematach wyjatkowo dobrze,
                        w zamian za 'poprowadzenie lekcji' dla ich dzieci z tematu w ktorym
                        ty jestes super.
                        MOZLIWOSCI SA NIEOGRANICZONE, A POMOC INTERNETU NIEOCENIONA.

                        > - co zrobisz, jeśli twoje dziecko postanowi np. nie uczyć się
                        > ułamków czy tabliczki mnożenia?

                        A co Ty zrobilabys w takiej sytuacj?. Ja probowalabym zmotywowac,
                        sprobowac alternatywnych metod cwiczenia z ulamkami, czy tabliczka
                        mnozenia.

                        > - co zrobisz, jeśli nie będzie się chciało uczyć? Zmusisz ją? A
                        > jeśli nie będzie potrafiło opanować jakiejś dziedziny - powiedzmy,
                        > że dziedziny podstawowej typu język czy matematyka?

                        Bede probowala uczyc matematyki poprzez zabawe, da sie, w
                        szczegolnosci tej matematyki z zakresu szkoly podstawowej wink.
                        Kiedy rzeczywiscie gdzies nie bede sobie dawala rady z przedmiotem,
                        poszukam pomyslow rozwiazania tego problemu na forach rodzicow
                        uczacych w domu, na pewno znajdzie sie ktos, kto bedzie umial w tym
                        pomoc, polecic zrodla materialow, czy polecic tutorow zajmujacych
                        sie tym zagadnieniem.

                        > - co zrobisz, jeśli twoje dziecko będzie miało jakiekolwiek
                        problemy
                        > z uczeniem się?

                        Pewnie to samo co kazda inna matka zrobila w takiej sytuacji,
                        poszukalabym pomocy u specjalistow, gdyz jesli problem z uczeniem
                        sie wystapilby u nas, gdzie nauka odbywac sie bedzie ''jeden na
                        jednen'', moze to oznaczac powazne uposledzenie.

                        > Sama przyznajesz się do braków w dziedzinach ścisłych - jak
                        > zamierzasz nauczyć córki tych przedmiotów?

                        Przerobie program przedmiotow scislych z zakresu szkoly podstawowej
                        na kursie wieczorowym wink.


                        > Bo na razie zamierzasz posługiwać się guglem i wciskać naukę
                        dziecka
                        > pomiędzy pracę zawodową a życie domowe. A gdzie wciśniesz zajęcia
                        > socjalizacyjne i dodatkowe?

                        Nauka dziecka bedzie czescia zycia domowego, niczego nie trzeba
                        bedzie wciskac. Maz nie mniej niz ja jest zdeterminowany do uczenia
                        naszych dzieci, takze nie bede miala wszystkiego na swoich barkach.
                        Bede pracowac, ale tylko na pol etetu, raczej 'symbolicznie' niz w
                        pocie czola. Maz pracuje 5-6 godzin dziennie, o 11 rano jest juz po
                        pracy.

                        A tak na marginesie, duza czesc rodzicow uczacych swoje dzieci w UK,
                        to single-parents, takze ucza swoje dzieci z duzym sukcesem, da sie,
                        gdyz homeschooling to nie kopia szkoly w domu, to zupelnie inna
                        forma nauczania od tego co jest w szkole.











                        --
                        www.dzikiedzieci.pl/

                        04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                        • 04.10.09, 15:54

                          > A tak na marginesie, duza czesc rodzicow uczacych swoje dzieci w
                          UK,
                          > to single-parents, takze ucza swoje dzieci z duzym sukcesem, da
                          sie,
                          > gdyz homeschooling to nie kopia szkoly w domu, to zupelnie inna
                          > forma nauczania od tego co jest w szkole.
                          >

                          sprostowanie- nie tego co jest w szkole, to po prostu inna forma
                          nauczania smile.

                          --
                          www.dzikiedzieci.pl/

                          04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                          • 04.10.09, 16:17
                            nie tego co jest w szkole,

                            ano właśnie. Czyli tego, co jest w szkole, dziecko umieć nie będzie.
                            I może kiedyś tego żałować.
                        • 04.10.09, 16:15
                          Przerobie program przedmiotow scislych z zakresu szkoly podstawowej
                          > na kursie wieczorowym wink.

                          ja bym wolała, żeby mojego dziecka nie uczył fizyki ktoś, kto
                          przerobił program fizyki ze szkoły podstawowej na kursie wieczorowym.

                          Maz pracuje 5-6 godzin dziennie, o 11 rano jest juz po
                          > pracy.

                          To jakaś fajna praca, jeżeli za 6 godz. pracy dziennie można
                          utrzymać 3 osoby.
                          • 04.10.09, 16:22
                            Ni i to, co powtarzam nieustannie - rodzic, ktory z trudem uczy sie
                            tej matematyki czy fizyki i jej nie lubi - nie ma szans
                            zainteresowac nia dziecka.
                            Pare razy powtarzałaś, ze nie szkodzi, jesli dziecko będzie się xle
                            uczyło. A ja Ci powtarzam, ze bardzo szkodzi... Bo przecież, jesli
                            dziecko nie będzie chcialo uwazać , gdy go czegos uczysz, będzie
                            nieuważne, znudzone, nie będzie chialo odrabiac lekcji (mam
                            nadzieję,z e będziesz je uczyla samodzielnej pracy) - to bedziesz
                            miala albo poczucie osobistej kleski, albo uznasz, ze dziecko jest
                            niegrzeczne. Niezaleznie, jak idealistycznie do tego podchodzisz
                            teraz, nie ma w tym wypadku trzeciego rozwiazania, chyba,z e uznasz,
                            ze dziecko jak nie chce się uczyc, to po prostu nie musi.
                            Dziecko nie będzie tez mialo zadnych szans dowiedziec się, jak
                            wypada na tle rówiesnikow - będzie wiec wybieralo uczelnie tak
                            naprawde nie wiedzac, czy jest niezwykle bystre i zdolne, czy tez
                            bardzo, bardzo slabe w porownaniu z innymi dziecmi.
                            --
                            Mops i kot

                            img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                            • 04.10.09, 16:32
                              będzie wiec wybieralo uczelnie

                              Nie będzie wybierało uczelni. Uczelnia zostanie mu wybrana albo
                              zasugerowana w sposób nieznoszący sprzeciwu przez matkę.
                              Verdano, jesteś zbyt optymistyczna w tej sprawie.
                              • 04.10.09, 17:02
                                srebrnarybka napisała:

                                > będzie wiec wybieralo uczelnie
                                >
                                > Nie będzie wybierało uczelni. Uczelnia zostanie mu wybrana albo
                                > zasugerowana w sposób nieznoszący sprzeciwu przez matkę.
                                > Verdano, jesteś zbyt optymistyczna w tej sprawie.

                                I znow sie to powtarza smile, srebrnarybka mysli, ze jest
                                jasnowidzem !!! smile

                                --
                                04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                                • 04.10.09, 17:09
                                  Srebrnarybka nie jest jasnowidzem. Srebrnarybka ma srebrne włosy
                                  przykryte umiejętnie kremem koloryzującym, lat pewnie 2* tyle, co
                                  Ty, sporo doświadczeń, także w pracy z młodzieżą, zna bardzo wielu
                                  ludzi i obserwowała wychowanie bardzo wielu osób od kołyski do
                                  studiów, a nawet już po. I Srebrnarybka zauważyła, że bardzo wiele
                                  zachowań i sytuacji się powtarza. Dlatego Srebrnarybka się produkuje
                                  na tym forum, żeby podzielić swoimi doświadczeniami z ludźmi, którzy
                                  ich jeszcze nie mają.
                                  • 04.10.09, 20:09
                                    srebrnarybko

                                    moze gdyby zamiast wsiadania na agnieszke byla tu konkretna dyskusja nad
                                    slabosciami ED i mocnymi stronami szkoly, wyszloby ciekawiej, szkoda ze chec
                                    wybicia jej z glowy pomyslu zacietrzewila was tak bardzo, ze argumenty macie
                                    raczej zlosliwo niechetnie niz przekonujace zyciowym doswiadczeniem

                                    nie wiem dlaczego net wyzwala w ludziach chec dokopania, dokuczenia,
                                    udowodnienia za wszelka cene, ze moja racja jest mojsza niz twojsza


                                    slusznie ktos zauwazyl, ze sarah ma niecaly rok
                                    czyli agnieszka ma duzo czasu, zeby przemyslec co, jak, czy podola, czy efekty
                                    ja zadowola
                                    ma czas na zglebienie jak to dziala, poczytania zrodel, przygotowania sie i
                                    podjecia ostatecznej decyzji

                                    moim zdaniem to super, ze w ogole takie pomysly i idace za nimi przemyslenia ma,
                                    ze chce poznac zdanie innych ludzi, bo czesto w zachwycie nad czyms mozemy
                                    slabych stron nie wylapac (zreszta krytyka jest tu tak miazdzaca, ze ma sie nad
                                    czym zastanowic)

                                    osobicie wole takie refleksyjne i zaangazowane rodzicielstwo, niz plynace z
                                    pradem i nie zastanawiajace sie nad soba, co potem skutkuje w rozpaczliwych
                                    postach typu "jak sobie poradzic i co sie stalo z moim dzieckiem"
                                    ale to juz lekko oftopic

                                    ED jest super
                                    ja naprawde uwazam, ze fajny inteligentny rodzic, ktory sie zaangazuje w temat
                                    jest w stanie dziecko niezle wyksztalcic, oczywiscie do pewnego poziomu
                                    szczerze mowiac, to ja bym tylko plastycznie polegla w zakresie podstawowkowym,
                                    tu mnie ratuja kolka plastyczne
                                    reszte materialu bylabym w stanie bez problemu, ciekawie z dziecmi opanowac na pewno


                                    --
                                    "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                                    prababcia Luśki
                                    • 04.10.09, 22:11
                                      przecież wlasnie wiekszość wypowiedzi jest o slabosciach nauczania
                                      domowego - czyli
                                      - wychowania dziecka w zamkniętym środowisku, kontrolowanym przez
                                      rodziców
                                      -nieprzygotowaniu rodzicow do nauczania wszystkich przedmiotow -
                                      poza może nauczaniem poczatkowym
                                      -niemoznosci rozbudzenia w dziecku pasji czy po prostu
                                      zainteresowania w tych dziedzinach, ktore nie interesują rodziców
                                      -braku kontaktu z ludxmi o innych zainteresoawaniach i poglądach,
                                      ktorzy mogliby coś zupelnie nowego pokazać dziecku i być moze -
                                      odkryc w nim talenty, albo zauwazyć braki
                                      - niemoznośći porownania rozwoju wlasnego dziecka z innymi, co moze
                                      spowodowac przecenianie lub niedocenianie dziecka
                                      - zbytnia zalezność od rodziców, brak możliwosci "odseparowania
                                      się", wyboru przyjaciół, zajęć, o ktorych rodzice nie do konca sa
                                      pojnformowani (to dla starszych dzieci i nastolatkow moze byc wręcz
                                      niszczące)
                                      - łaczenia roli matki i nauczycielki, z czego wynika bardzo niedoba
                                      sytuacja, gdy dziecko jest nieustannie oceniane przez wlasna matke -
                                      i to czesto ocenianie źle.
                                      To nie dotyczy akutar Agnieszki, tylko nauczania domowego, a moze
                                      weziej - nauczania domowego wlasnych dzieci. Nie bylabym bowiem tak
                                      krytyczna np,. gdyby pare osob zebralo dzieci w tzw. komplet i
                                      zatrudnilo nauczycieli.
                                      Mnie w tym wszystkim jednak najbardziej przeraza wiek dziecka.
                                      Agnieszka pisze bowiem o "podążaniu za dzieckiem", jednoczesnie
                                      mając już dosyć sprecyzowany plan na najblizsze 15 lat zycia corki.
                                      Czyli nie ma tu mowy o zadnym "podążaniu" - jest wyznaczanie dziecku
                                      jedynej słusznej drogi. To nie jest dobre dla dziecka.
                                      Rodzic jest w stanie dziecko wykształcić w zakresie podstawowki -
                                      tyle, ze dziecku w życiu potrzebne jest nie tylko wyksztalcenie. A
                                      rodzic, ktory ma ambicje - spokojnie moze dziecko "ksztalcić"
                                      mimochodem i tak, nawet jesli chodzi do szkoly.

                                      --
                                      Mops i kot

                                      img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                                      • 05.10.09, 08:47
                                        to nie sa slabosci ED
                                        to sa slabosci waszej wersji ED
                                        takiej edukacji, jaka wy opisujecie jako ED nie zyczylabym najgorszemu wrogowi -
                                        kontrola, ubezwlasnowolnienie, rodzic niedoedukowany ale wyrocznia ostateczna

                                        to moze lepiej sie zorientowac czym jest ED naprawde, jak moze wygladac i skupic
                                        sie na dyskusji, nie malowaniu ED w czarnych barwach a szkoly jako swietlanej
                                        ostoi wiedzy, wolnej woli - typowy zabieg - to co popieram obieram z wad, to co
                                        ganie niemal karykaturalnie obrzydzam

                                        szkola jaka wy malujecie - rozbudzajaca pasje, uczaca samodzielnego myslenia
                                        (juz widze ilu ludzi ma przemyslenia odnosnie klonowania czy genetycznej
                                        modyfikacji zywnosci), oferujaca w kazdym przedmiocie wiedze na najwyzszym
                                        poziomie, to marzenie, ladne ale marzenie

                                        --
                                        "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                                        prababcia Luśki
                                        • 05.10.09, 09:36
                                          szkola jaka wy malujecie - rozbudzajaca pasje, uczaca samodzielnego
                                          myslenia
                                          > (juz widze ilu ludzi ma przemyslenia odnosnie klonowania czy
                                          genetycznej
                                          > modyfikacji zywnosci), oferujaca w kazdym przedmiocie wiedze na
                                          najwyzszym
                                          > poziomie, to marzenie, ladne ale marzenie

                                          Nikt z nas nie twierdzi, że szkoła jest idealna. Bo nie jest, jak
                                          nic na tym świecie. Ale samo zapoznanie się z różnymi sposobami
                                          przekazywania wiedzy, nawet wtedy, ggdy ten szkolny jest kulawy,
                                          daje uczniowi możliwość oderwania się od schematów myślowych
                                          przekazywanych w domu. Na tej samej zasadzie zalecam studentom, by
                                          przygotowywali się do egzaminu z dwóch równoległych podręczników,
                                          obejmujących ten sam materiał. Nie chodzi o to, że jeden podręcznik
                                          jest lepszy, drugi gorszy, oba są niezłe, tylko o to, że każdy z
                                          nich te same zagadnienia ujmuje trochę inaczej. Dzięki temu studenci
                                          mogą, porównując odpowiednie fragmenty podręczników, przemyśleć
                                          sprawę samodzielnie, a nie klepać bezmyślnie formułki z jednego
                                          podręcznika. Nawet najlepszego.
                                          Ponadto szkoła, nawet zła, uczy w praktyce zachowania się w różnych
                                          sytuacjach. Także z posiadania złych nauczycieli albo głupiego
                                          dyrektora można wynieść pewnien pożytek (o ile nie będzie to
                                          zdecydowana większość nauczycieli), bo dziecko dowiaduje się, jak
                                          żyć mając głupich przełożonych i jak się zachować wtedy, gdy
                                          dotykają go głupie rozporządzenia. Taka sytuacja może zdarzyć się
                                          każdemu, nawet jeśli całe życie spędzi na farmie nie mając nad sobą
                                          bezpośredniego szefa. Nie uchroni go to przed głupimi ustawami czy
                                          rozporzędzanimi wyższego rzędu, głupi może być burmistrz, wójt czy
                                          jakiś inny urzędnik.

                                          Obecni na formum zwolennicy ED dokonują podobnego zabiegu, jaki
                                          zarzucają nam. Twierdzą, że ED to właśnie jakiś raj uczący
                                          samodzielnego myślenia i rozbudzający pasję. Otóż nie, bo nie ma
                                          takiej możliwości, by sama miłość i zaangażownie rodziców zastąpiło
                                          ich niekompetencję.


                                          Ilu młodych ludzi ma przemyślenia na temat aborcji albo klonowania?
                                          Na etapie 12 lat może nie ma, ale nie o to chodziło w poście
                                          misekdomeka. Chodziło o to, że matka ucząca dziecko sama, która nie
                                          widzi potrzeby uczenia dziecka chemii i fizyki, bo to są jakieś
                                          wzory, które wkuwa się nie wiadomo, po jaką cholerę, (tak się
                                          wyraziła) nie przekaże dziecku wiedzy potrzebnej do tego, by mogło
                                          przemyśleć te sprawy w sposób świadomy, gdy będzie musiało.
                                          • 05.10.09, 09:51
                                            rybko, ale piszesz o studentach
                                            a ja nie kojarze podawania podrecznikow do wyboru w podstawowce??

                                            i w czym sa lepsze "schematy myslenia" zmeczonej 30letnia kariera pani od
                                            historii, ktora od X lat prowadzi te same lekcje i robi te same klasowki,
                                            zadajac te same pytania od schematow matki czy ojca?

                                            ja nie twierdze ze ED to raj, uwazam, ze to fajna alternatywa, jesli rodzic ma
                                            checi i czas, imo to ciezka praca jest
                                            sama pociagnelabym tylko podstawowke, bo mam intuicyjnie poczucie, ze dziecku
                                            nieco szkoly sie przyda, do gimnazjum czy liceum wypchnelabym juz
                                            pierwsze milosci, kolka przyjaciol, jakies klotnie, caly ten towarzyski balagan
                                            tez ma swoja wartosc



                                            brr, i ta kontrola w kazdym prawie poscie
                                            jesli tak to widzicie, to faktycznie jakies wypaczone macie spojrzenie

                                            --
                                            "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                                            prababcia Luśki
                                            • 05.10.09, 10:06
                                              czytaj ze zrozumieniem. Tak samo, jak student odniesie pożytek,
                                              jeśli o bitwie pod Grunwaldem przeczyta w dwóch różnych
                                              podręcznikach ujmujących różnie to zagadnienie, tak samo i uczeń
                                              odniesie pożytek, jeśli zetnie się ze schematem myślenia "zmeczonej
                                              30letnia kariera pani od
                                              > historii, ktora od X lat prowadzi te same lekcje i robi te same
                                              klasowki," ze schemtem myślenia matki czy ojca. Bo przecież nikt nie
                                              broni ojcu czy matce, jeśli mają jakąś wiedzę, rozmawiać z dziećmi o
                                              tym, czego nauczyły się w szkole. Nawet jest to wskazane.

                                              Doświadczenie domowej edukacji przeżyłam: mój ojciec, który był
                                              (jest, chwała Bogu żyje) wybitnym specjalistą od literatury
                                              polskiej, ale także łaciny, postanowił mnie uczyć łąciny w domu.
                                              Miał z pewnością dobre przygotowanie, wiedzę, zaangażowanie etc. Ale
                                              ja nie potrafiłam zaakceptować ojca w roli nauczyciela i totalnie
                                              olewałam te lekcje. Po paru latach rodzice uznali, że to nie ma
                                              sensu, i zorganizowali mi prywatne lekcje u dobrej ektorki. Tam już
                                              uczyłam się z zaangażowaniem.
                                              • 05.10.09, 10:22
                                                tak, czytalam o Twoim ojcu juz wczesniej
                                                i jest w zgodzie z tym co napisalam, ludzie przygotowani do nauczania uczyc w
                                                domu nie powinni, a na pewno nie swoja rodzine
                                                przykro mi, ze takie masz doswiadczenie, ale przenoszenie tego na ED w calosci
                                                to nieporozumienia


                                                a moja inteligencja cierpi, bo nadal nie rozumiem o co wam chodzi ze schematami
                                                myslenia,
                                                o ile studenta porownujacego podreczniki i rozne interpretacje faktow czy rozne
                                                wnioski czy rozny ciezar kladziony przez autora widze oczami wyborazni, to
                                                dziecka zupelnie nie
                                                btw nie znam rodzicow dzieci chodzacych do szkoly, ktorzy swoje dzieci
                                                doksztalcaja, wiec porownywanie owych schematow to tez raczej pobozne zyczenie
                                                --
                                                "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                                                prababcia Luśki
                                                • 05.10.09, 10:25
                                                  btw nie znam rodzicow dzieci chodzacych do szkoly, ktorzy swoje
                                                  dzieci
                                                  > doksztalcaja, wiec porownywanie owych schematow to tez raczej
                                                  pobozne zyczenie

                                                  dzieci nie trzeba "dokształcać". Z dziećmi trzeba po prostu
                                                  rozmawiać o tym, co przeżywają. A że przeżywają szkołę, to się
                                                  rozmawia o tym, co było w szkole. I nie rozumiem, jak można tego nie
                                                  robić.
                                          • 05.10.09, 09:57
                                            Ilu młodych ludzi ma przemyślenia na temat aborcji albo klonowania?
                                            Na etapie 12 lat może nie ma, ale nie o to chodziło w poście
                                            misekdomeka. Chodziło o to, że matka ucząca dziecko sama, która nie
                                            widzi potrzeby uczenia dziecka chemii i fizyki, bo to są jakieś
                                            wzory, które wkuwa się nie wiadomo, po jaką cholerę, (tak się
                                            wyraziła) nie przekaże dziecku wiedzy potrzebnej do tego, by mogło
                                            przemyśleć te sprawy w sposób świadomy, gdy będzie musiało.


                                            wiesz, zrozumialam jego posta, nie pisal ani on ani ja o 12latkach
                                            ale wszyscy moi znajomi sa ksztalceni w szkolach i wiekszosc nie ma dokladnie
                                            zadnego zdania na wymienione przez niego zagadnienia, no aborcja jest w polsce
                                            tematem przerobionym, malo tego, sadze ze gdyby przyszlo im wyrobic sobie zdanie
                                            o genetycznie modyfikowanej zywnosci tez siegneliby do netu
                                            i pewnie polegli, tyle jest sprzecznych informacji


                                            a jak ewentualna niechec matki do fizyki i chemii ma zawazyc na umiejetnosci
                                            swiadomego przemysliwania o czyms przez dziecko, to juz zupelnie nie rozumiem??
                                            pomijam kwestie, ze jesli czegos nie lubie czy nie umiem, to szukam zastepstwa
                                            na zajecia




                                            --
                                            "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                                            prababcia Luśki
                                            • 05.10.09, 10:12
                                              jesli czegos nie lubie czy nie umiem, to szukam zastepstwa
                                              > na zajecia

                                              Agnieszka zamierza przerobić program fizyki i chemii w zakresie
                                              szkoły podstawowej na wieczorowym kursie i po tej doniosłej edukacji
                                              uczyć tych przedmiotów dziecko.

                                              a jak ewentualna niechec matki do fizyki i chemii ma zawazyc na
                                              umiejetnosci
                                              > swiadomego przemysliwania o czyms przez dziecko, to juz zupelnie
                                              nie rozumiem??

                                              ano tak, że matka, która chemii i fizyki nie lubi i dobrze nie zna
                                              będzie jeszcze mniej kreatywnym nauczycielem niż zmęczona 30letnią
                                              karierą nauczycielka, która jednak jakąś wiedzę z tego przedmiotu
                                              posiada i wybrała jako przedmiot studiów właśnie fizykę, a nie
                                              polonistykę, więc można sądzić, że fizyka bardziej ją interesowała.

                                              sadze ze gdyby przyszlo im wyrobic sobie zdani
                                              > e
                                              > o genetycznie modyfikowanej zywnosci tez siegneliby do netu
                                              > i pewnie polegli, tyle jest sprzecznych informacji
                                              >
                                              ale jeżeli nie będą znali podstawowych pojęć, to tych sprzecznych
                                              informacji nie będą w stanie zrozumieć.
                                              • 05.10.09, 10:15
                                                > ano tak, że matka, która chemii i fizyki nie lubi i dobrze nie zna
                                                > będzie jeszcze mniej kreatywnym nauczycielem niż zmęczona 30letnią
                                                > karierą nauczycielka, która jednak jakąś wiedzę z tego przedmiotu
                                                > posiada i wybrała jako przedmiot studiów właśnie fizykę, a nie
                                                > polonistykę, więc można sądzić, że fizyka bardziej ją interesowała.

                                                ale jak??? to wplywa na umiejetnosc budowania wlasnych osadow?? dlaczego w ogole
                                                zakladacie, ze ED odziera z samodzielnosci myslenia i umiejetnosci wyciagania
                                                wnioskow??
                                                --
                                                "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                                                prababcia Luśki
                                                • 05.10.09, 10:27
                                                  dlaczego w ogol
                                                  > e
                                                  > zakladacie, ze ED odziera z samodzielnosci myslenia i umiejetnosci
                                                  wyciagania
                                                  > wnioskow??

                                                  dlatego, że wszystko podaje jeden nauczyciel, który zarazem jest
                                                  matką. Czyli dziecko ma bardzo ograniczoną możliwość spotkania się z
                                                  innymi poglądami i schematami myślenia, niż schemat myślenia matki.
                                                  • 05.10.09, 15:48
                                                    Bardzo proste. dziecko wychowane w domu - przykladowym - gdzie
                                                    uznaje się, ze nauki humanistyczne sa bardziej rozwijające od
                                                    matematyki, gzie wielbi się Mickiweicza, a nie przepada za
                                                    Słowackim, gzie woli się prozę od poezji itd itd. może albo przyjąć
                                                    to, co mu dom przekazuje, albo sie demonstracyjnie zbuntować. Nie ma
                                                    natomiast szans spotkać kogoś, kto ma całkowicie inne upodobania i
                                                    poglady i kto pokaze mu, ze można mysleć zupelnie inaczej, a wcale
                                                    nie gorzej. Dziecko, ktore ma szanse wysluchac tylko jednej
                                                    interpretacji zjawisk moze wprawdzie wiedziec, ze sa ludzie, ktorzy
                                                    mysla inaczej - ale dopiero spotkanie na swojej drodze takich ludzi
                                                    pozwala mu wyrobic sobie wlasne, niezalezne od rodzicow poglady.
                                                    Spotyka sie tez z bardzo róznymi systemami oceny - czego dom nie
                                                    jest w stanie mu zapewnić, a to tez bardzo rozwija. Dom podsuwa
                                                    dziecku lektury, czy dziedziny zainteresowań i tego zadna szkola nie
                                                    odbierze. Natomiast to samo dziecko nie zetknie się z innymi
                                                    lekturami czy zainteresowaniami, z ktorym spotka się nawet w slabej
                                                    szkole.
                                                    A co do dziecięcych zainteresowan, Pokemonow itd. Sa one niewazne
                                                    dla doroslych i bardzo wazne dla dzieci - dzieci nie moga zyć w
                                                    kregu doroslych zainteresowań. Dlaczego nikt nie twierdzi, ze
                                                    dorosemu czlowiekowi rowieśnicy i wlasne srodowisko sa niepotrzebne,
                                                    powinna mu wystarczyć rodzina? Dziecku tez nie wystarcza.
                                                    --
                                                    Mops i kot

                                                    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                                              • 05.10.09, 16:42
                                                srebrnarybka napisała:


                                                > > o genetycznie modyfikowanej zywnosci tez siegneliby do netu
                                                > > i pewnie polegli, tyle jest sprzecznych informacji
                                                > >
                                                > ale jeżeli nie będą znali podstawowych pojęć, to tych sprzecznych
                                                > informacji nie będą w stanie zrozumieć.

                                                O to to. Nie mówiąc o tym, że dobra szkoła powinna pomóc nauczyć
                                                odróżniać źródła wiarygodne od niewiarygodnych. Zwłaszcza, że tych
                                                ostatnich w internecie co niemiara.

                                                Pewnie, że nierzadko szkoła tego nie zrobi, ale jakoś w sumie
                                                bardziej nią wierzę niż w przeciętnych rodziców. Fora
                                                wystarczy poczytać, albo gazety nawet codzienne, by zobaczyć, jak
                                                wielu ludzi jest przekonanych, że szczepionki szkodzą, w czasie
                                                burzy i podczas miesiączki ogórki kiszone nie wychodzą, witamina C w
                                                soku jest dobra a kwas askorbinowy zły (to ostatnie z Gazety
                                                Wyborczej), a chemia to tylko kucie tablicy Mendelejewa, które nie
                                                ma odniesienia do rzeczywistości.


                                                --
                                                Masajowie uważają, iż mycie wodą naczyń do mleka daje mleku przykry
                                                zapach; dlatego myją te naczynia w krowim moczu.

                                                Za Kopalińskim
                                                • 05.10.09, 16:52
                                                  Nieprzecietni rodzice sa jeszcze gorsi... Bo nawet najwieksza wiedza
                                                  jednego czlowieka nie wystarcza - a "nieprzecietni" rodzice sa
                                                  zazwyczaj tak przekonani o swojej wyzszości, ze przekonuja dziecko,
                                                  iz tylko informacje od nich sa wiarygodne.
                                                  Gorzej - jesli rodzice sa jedynym xrodlem wiedzy, to ucza dziecko
                                                  jednego z dwojga - albo w wersji hard , ze cala reszta swiata jest
                                                  niewiarygodna - i dlatego szkola jest zła, albo w wersji light - że
                                                  wszystko to co mowia, jest prawdą, bo sa przeciez dorosli i wiedza -
                                                  nie uczac tym samym dziecka krytycyzmu i umiejetnosci porownywania
                                                  dwoch róznych pogladów.
                                                  dziś moj syn przyniosł ze szkoły dwoje zpolskiego, z najglupdzej
                                                  kartkowki wszechczasów, czyli testu - ile rozdziałó licza "Kamienie
                                                  na Szaniec", odzanaka druzyny harcerskiej bohaterow, ktora nigdy nie
                                                  powstała miala być a/ cyfra 23 w trojkącie, b. cyfra 23 w kole, c.
                                                  cyfra 13 w trójkącie. d. cyfra 13 w kole. Czy moj syn wyniosł z tego
                                                  nauke - tak - dowiedział się, ze dorosli bywaja bezdennie głupi i ze
                                                  nie z każda oceną jego dokonań nalezy się liczyć . Bardzo cenna
                                                  nauka.
                                                  --
                                                  Mops i kot

                                                  img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                                                  • 05.10.09, 17:14
                                                    verdana napisała:

                                                    > Nieprzecietni rodzice sa jeszcze gorsi... Bo nawet najwieksza
                                                    wiedza
                                                    > jednego czlowieka nie wystarcza

                                                    Też racja. Jednak posiadanie dużej wiedzy często wiąże się ze
                                                    świadomością ograniczeń, więc rodzice o dużej wiedzy mogą mieć
                                                    lepszą świadomość, czego nie wiedzą. Ale dobrze ukierunkowana
                                                    rozmaitość to imho najlepsze wyjście.

                                                    Fajna ta kartkówka uncertain
                                                    --
                                                    Masajowie uważają, iż mycie wodą naczyń do mleka daje mleku przykry
                                                    zapach; dlatego myją te naczynia w krowim moczu.

                                                    Za Kopalińskim
                                                  • 05.10.09, 17:27
                                                    Ja mam jeszcze taka refleksje na temat rodzicow: mimo lat spedzonych
                                                    w wielokulturowym spolecznestwie wciaz nie moge pojac skad sie w
                                                    rodzicach innych kultur bierze ta nieslychana pewnosc siebie
                                                    pozwalajaca im wybierac wspolmalzonkow dla swoich dzieci, bez
                                                    zadnych watpliwosci! Ja mam watpliwosci co do wlasnego wyboru w tym
                                                    wzgledzie wink a coz dopiero gdybym miala wybrac meza dla mojej corki
                                                    i zony dla moich synow - ilez pychy trzeba miec w sobie by podjac
                                                    sie takiego zadania. W sumie podobnie mysle o homeschooling. Jakaz
                                                    trzeba miec pewnosc siebie zeby w dzisiejszym swiecie zakladac, ze
                                                    JA i tylko JA jestem wystarczajacym nauczycielem dla mojego dziecka.
                                                    Pisze o dziesiejszym swiecie, bo kompleksowosc wiedzy biologiczno-
                                                    chemicznej, techniki i technologii, wysoki poziom abstrakcji dziel
                                                    literackich, plastycznych i muzycznych sa tak oczywiste, ze trudno
                                                    doprawdy spodziewac sie i oczekiwac by jakakolwiek jednostka byla w
                                                    stanie taki caloksztalt wytlumaczyc, przekazac, wprowadzic w sposob
                                                    zrozumialy i sensowny w swiat rozwijajacego sie dziecka.
                                                    Niektore malzenstwa aranzowane przez rodzicow maja sie dobrze i
                                                    ludzie sa szczeslwi, zapewne niektore dzieci uczone wylacznie w domu
                                                    tez beda mialy sie dobrze i poradza sobie w swiecie, ktory przed
                                                    nimi ALE uwazam, ze jest to zwiekszone ryzyko niepowodzenia i
                                                    jako "cykor" w takich sprawach jak bym takiego ryzyka nie podjela.
                                                    Bo ryzykowalabym nie moim wlasnym niedostosowaniem ale
                                                    niedostosowaniem mojego dziecka!
                                                  • 05.10.09, 17:52
                                                    > Pisze o dziesiejszym swiecie, bo kompleksowosc wiedzy biologiczno-
                                                    > chemicznej, techniki i technologii, wysoki poziom abstrakcji dziel
                                                    > literackich, plastycznych i muzycznych sa tak oczywiste, ze trudno
                                                    > doprawdy spodziewac sie i oczekiwac by jakakolwiek jednostka byla w
                                                    > stanie taki caloksztalt wytlumaczyc, przekazac, wprowadzic w sposob
                                                    > zrozumialy i sensowny w swiat rozwijajacego sie dziecka.

                                                    hm, dzieci z bullerbyn, proste funkcje, robotki na szydelku to zakres
                                                    podstawowki mniej wiecej
                                                    sporo odbiega od tego o czym piszesz

                                                    zreszta, ja postrzegam ED jako ogromny wysilek dla rodzica, plus wielojezycznosc
                                                    tez na tym straci, wiec o ile wiedzy by mi wystarczylo zapewne, to naklady pracy
                                                    chyba by mnie przerosly
                                                    wole sie skupic na poszkolnym czasie i wypelnic go ciekawie, ale idea ED podoba
                                                    mi sie bardzo i widze jej zalety
                                                    --
                                                    "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                                                    prababcia Luśki
                                                  • 05.10.09, 18:13
                                                    donkaczka napisała:

                                                    > hm, dzieci z bullerbyn, proste funkcje, robotki na szydelku to
                                                    zakres
                                                    > podstawowki mniej wiecej
                                                    > sporo odbiega od tego o czym piszesz
                                                    >

                                                    No dobra, ale podstawowka nie konczy nie na 3 klasie smile
                                                    Nie zapomne projektu wulkanu i oazy, ktora moj syn robil chyba w 5
                                                    czy 6 klasie. Poczynajac od technicznego rozplanowania na blue
                                                    prints, poprzez caly historyczno-geograficzno-biologiczny podklad
                                                    teoretyczny i fizyczno-chemiczne doswiadczenia az po zbudowanie
                                                    faktycznego modelu, ktory dzialal. Do tego doszly prezentacje w
                                                    szkole poswiecone kulturom ludow zyjacych tam gdzie te pustynie i
                                                    wulkany polaczone z muzyka i jedzeniem - mniam smile
                                                    To jest maciupenki przyklad na zupelnie marginalna prace wykonana w
                                                    szkole, do ktorej potrzebna byla mojemu dziecku (wtedy w
                                                    podstawowce!) KOMPLEKSOWA wiedza z kilku dziedzin przedstawiona Mu w
                                                    przystepny sposob i wykorzystana tak zeby On mial poczucie, ze owa
                                                    wiedza ma praktyczne zastosowanie.
                                                    Ja bym pewnie nawet i taki schemat mogla wymyslic i moze nawet (z
                                                    pomoca google wink ) bylabym w stanie zaplanowac kolejne etapy takich
                                                    lekcji z historii, literatury, geografii, fizyki, chemii, historii
                                                    kultury, jezyka, plastyki zeby moj syn skonczyl z podobnym modelem
                                                    ALE nie bylabym Mu w stanie zapewnic wspolpracy z dwudziestka
                                                    innych "budowniczych" (moja corka budowala na szkolnym backyard'zie
                                                    piramide a potem samochod na solar power - wszystko w podstawowce)
                                                    tudziez pozbawilabym Go mozliwosci calej kulturowej oprawy dostepnej
                                                    wylacznie w WIEKSZYM GRONIE. W imie czego? Przekonania, ze mama wie
                                                    lepiej? Ja nie mam takiego przekonania - o zadnej mamie zreszta wink

                                                    > zreszta, ja postrzegam ED jako ogromny wysilek dla rodzica, plus
                                                    wielojezycznos
                                                    > c
                                                    > tez na tym straci, wiec o ile wiedzy by mi wystarczylo zapewne,

                                                    Chyla czola, mnie by nie wystarczylo.

                                                    to naklady prac
                                                    > y
                                                    > chyba by mnie przerosly
                                                    > wole sie skupic na poszkolnym czasie i wypelnic go ciekawie, ale
                                                    idea ED podoba
                                                    > mi sie bardzo i widze jej zalety

                                                    Mnie sie idea homeschooling nie podoba ale rozumiem, ze sa
                                                    okolicznosci (wspomniane wczesciej), w ktorych bywa to jedyne
                                                    wyjscie. Ogolnie to ja mam dzieci "dla swiata", nie dla siebie wink
                                                    Wiec niech i ten swiat wspoluczestniczy w Ich nauce, rozwoju ...
                          • 04.10.09, 16:58

                            srebrnarybka napisała:
                            > To jakaś fajna praca, jeżeli za 6 godz. pracy dziennie można
                            > utrzymać 3 osoby.

                            Tak, da sie utrzymac 3 osoby, a nawet 4 smile, to bardzo fajna praca,
                            maz ja uwielbia - pracuje z konmi wyscigowymi Sheikh-a Mohammeda,
                            wladcy Dubaju.
                            en.wikipedia.org/wiki/Mohammed_bin_Rashid_Al_Maktoum





                            --
                            www.dzikiedzieci.pl/

                            04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                            • 04.10.09, 17:05
                              Pozdrów ode mnie szejka.
                              Skądinąd ciekawe sformułowanie "pracuje z końmi wyścigowymi". Fajnie
                              mieć takich kolegów.
                              Aha, a może w ogóle zamieszkalibyście w Dubaju? Myślę, że tam w
                              ogóle nie ma obowiązku szkolnego dla dziewczynek i z pewnością nie
                              muszą studiować. Więc po prostu wydacie córkę za jakiegoś szejka i
                              nie będzie przeszkadzało, że nie zna ułamków i nie słyszała o prawie
                              Ohma.
                              • 04.10.09, 17:12

                                srebrnarybka napisała:

                                > Pozdrów ode mnie szejka.

                                jasne wink

                                > Skądinąd ciekawe sformułowanie "pracuje z końmi wyścigowymi".
                                Fajnie
                                > mieć takich kolegów.

                                A jeszcze fajniej miec takiego meza smile
                                I tak troszke za duzo tu sie na forum otwieram, nie czuje sie z tym
                                zbyt komfortowo, takze gdzie nie musze, tam sie w szczegoly nie
                                wdaje smile.

                                > Aha, a może w ogóle zamieszkalibyście w Dubaju? Myślę, że tam w
                                > ogóle nie ma obowiązku szkolnego dla dziewczynek i z pewnością nie
                                > muszą studiować. Więc po prostu wydacie córkę za jakiegoś szejka i
                                > nie będzie przeszkadzało, że nie zna ułamków i nie słyszała o
                                prawie
                                > Ohma.

                                Noooo, to jest jakas mysl wink, przemysle to wink.

                                --
                                04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                    • 04.10.09, 14:54
                      Pisałaś gdzieś o chodzeniu z dziećmi do muzeów, na wystawy,
                      koncerty, do teatru etc., co ma zastąpić systematyczną naukę
                      historii i pewnie jeszcze czegoś (iteratury sztuki, muzyki) i
                      stwierdziłaś, że to wymaga od rodziców kreatywności. Otóż żadnej
                      kreatywności nie wymaga. Chodzenie do teatru, kina, na wystawy,
                      koncerty, zwiedzanie zabytków, czytanie książek, słuchanie muzyki to
                      normalne zachowania ludzi inteligentnych, którzy mają jakieś
                      zainteresowania. I jest normalne, że w tego rodzaju przedsięwzięcia
                      wciąga się dzieci, gdy tylko są już odpowiednio dojrzałe. Bo to
                      chyba normalne, że część wolnego czasu spędza się z dziećmi, a
                      wyjście do kina albo na wystawę jest bardziej atrakcyjnym spędzeniem
                      wolnego czasu, niż siedzenie przez TV albo granie w grę komputerową.
                      A nawet jeśli dziecko jest jeszcze za małe, to widzi, że rodzice coś
                      takiego robię i może (oczywiście nie musi) nabrać takiego nawyku, a
                      przynajmniej się z nim zapoznać. Zawsze powtarzam, że znacznie
                      cenniejszym doświadczeniem mojego dzieciństwa był fakt, że rodzice
                      raz na miesiąc-półtora wieczorem zostawiali mnie pod opieką babci i
                      wychodzili do teatru, niż gdyby nie wychodzili, żeby nie narażać
                      mnie na rzekomy lęk separacyjny, którego zresztą nie miałam. Bo w
                      ten sposób od dziecka przyzwyczaiłam się, że ludzie dorośli chodzą
                      do teatru, rodzice po powrocie opowiadali mi o przedstawieniach
                      (czasem było to trudne, bo nie każda sztuka dla dziecka się nadaje),
                      zatem już jako 4-5 latka wiedziałam, co to scena, widownia, kurtyna
                      etc. Jak raz było przedstawienie dla dzieci, to ojciec mnie zabrał,
                      ale ja już i tak wiedziałam, co to jest teatr i bardzo byłam tego
                      ciekawa. To nie wynikało z żadnej kreatywności moich rodziców i nie
                      był to żaden homeschooling. Po prostu rodzice realizowali swoje
                      zainteresowania, a ja dzięki temu miałam okazję zapoznać się z tą
                      sferą doznań, która ich interesowała.
                      • 04.10.09, 19:57
                        srebrna rybko, domyslam sie, ze piszesz do mnie

                        a domyslam sie, bo uzylas slow, ktorych ja uzylam w swoim poscie -
                        kreatywnosc, muzeum
                        niestety to, co napisalas zupelnie, by mnie nie nakierowalo, bo piszesz cos obok
                        mojej wypowiedzi, jakbys nie posiadla umiejetnosci opanowywanej w podstawowce -
                        czytania tekstu ze zrozumieniem



                        > Pisałaś gdzieś o chodzeniu z dziećmi do muzeów, na wystawy,
                        > koncerty, do teatru etc., co ma zastąpić systematyczną naukę
                        > historii i pewnie jeszcze czegoś (iteratury sztuki, muzyki)
                        > stwierdziłaś, że to wymaga od rodziców kreatywności.

                        serio tak napisalam?
                        ze ma zastapic i ze samo chodzenie do teatru wymaga kreatywnosci?
                        bo czytam i czytam swoja wypowiedz i jak wol mi wychodzi, ze kreatywnosci
                        wymagaja ciekawe zajecia w ramach ED, a wyjscia w teren sa elementem i urozmaiceniem
                        i Twoje wnioski wyciagniete z mojej wypowiedzi to duze naciaganie i nieporozumienie

                        chyba sie tak zapetlilas w checi skrytykowania wszystkiego co tu padnie w
                        obronie ED, ze az zalosnie wyszlo

                        BTW wlasnie dzis bylam w teatrze
                        nie sama
                        z dziecmi
                        z 2latka i 3latka, nie musze slucha opowiesci o kurtynie i aktorach, znaja to z
                        autopsji, a nie bylo to nasze pierwsze wyjscie do teatru


                        --
                        "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                        prababcia Luśki
                        • 05.10.09, 01:03
                          kreatywnosci
                          > wymagaja ciekawe zajecia w ramach ED, a wyjscia w teren sa
                          elementem i urozmaic
                          > eniem

                          kreatywności wymagają każde zajęcia. Przy czym łatwiej o kreatywność
                          dobrze przygotowanemu profesjonaliście nauczycielowi, niż
                          powierzchownie znającemu temat rodzicowi.

                          Nikt nie broni rodzicom zabierać do muzeów, na koncerty i do teatru
                          dziecka, które chodzi do szkoły. Co więcej, dziecko, które jest
                          sensownie prowadzane na takie imprezy, może potem szybciej uczyć się
                          do szkoły, bo pomaga mu w tym wiedza zdobyta pozaszkolnie. Półtorej
                          godziny temu skończyłam z przyszywanym bratankiem powtórkę przed
                          klasówką z historii. Fajnie, że po to, by wytłumaczyć mu, jak były
                          rozplanowane miasta średniowieczne, mogłam odwołać się do przykładów
                          miast, które zwiedzaliśmy wspólnie podczas wycieczek w ciągu
                          ostatnich dwóch lat. Gdybym tego przykładu na podorędziu nie miała,
                          powtórka trwałaby dużo dłużej.

                          BTW wlasnie dzis bylam w teatrze
                          > nie sama
                          > z dziecmi
                          > z 2latka i 3latka, nie musze slucha opowiesci o kurtynie i
                          aktorach, znaja to z
                          > autopsji, a nie bylo to nasze pierwsze wyjscie do teatru

                          Roczne dziecko wysiedziało w teatrze całą sztukę? Ze dwie godziny? I
                          mam nadzieję, że była to sztuka dla dzieci, a nie "Dialogi penisa"?
                          Zresztą rocznemu dziecku wszystko jedno, czy każą mu siedieć
                          spokojnie na "Dialogach penisa" czy na "Królewnie Śnieżce", bo i tak
                          nic z tego nie rozumie. Ale 3latka już bym na "DP" nie prowadziła.

                          Do teatru lalkowego chodziłam jako małe dziecko, nie pamiętam, czy
                          miałam 3 czy 4 lata. Byłam tam wielokrotnie w najwcześniejszym
                          dzieciństwie. W teatrze "dorosłym" w wieku przedszkolnym byłam tylko
                          raz na "Czerwonym kapturku". Mieszkaliśmy wtedy w mieście, gdzie był
                          tylko jeden "dorosły" teatr i sztuki dla dzieci były tam rzadko. Jak
                          się pojawiła - rodzice mnie tam zaprowadzili. Natomiast uważam za
                          bardzo cenne doświadczenie również to, że rodzice wychodzili do
                          teatru sami i potem mi o tym opowiadali. Miałam okazję zaobserować,
                          że ich to interesuje i że jest to sposób spędzania czasu wolnego
                          przez dorosłych kulturalnych ludzi. Gdyby rodzice chodzili do teatru
                          wyłącznie ze mną na "Czerwonego kapturka", nie miałabym okazji tego
                          zauważyć, bo nic na to nie poradzę, że najlepiej nawet zagrany "Czk"
                          nie jest w stanie wzbudzić u dwojga wykształconych polonistów,
                          jednego w randze wówczas docenta, takich przeżyć intelektualnych,
                          jak "Tango" Mrożka, i że na "Czerwonym kapturku" postrzegałam ojca
                          raczej w roli konwojenta niż widza. Ale wiedziałam, że on ma swoje
                          dorosłe sztuki, które ogląda z takim samym zainteresowaniem, jak
                          ja "Czerwonego kapturka".
                          • 05.10.09, 09:03
                            i znow czytasz jednym okiem i odpowiadasz obok tematu

                            nie mam roczniaka, mam 8miesieczniaka, spacerowal w parku w tym czasie
                            2latka i 3latka byly w teatrze, sztuka dla dzieci, trwa godzine
                            3latka cala obejrzala i byla zachwycona, 2latka wyszla po 40 minutach, bo nie
                            kaze dzieciom siedziec spokojnie, ogladaja albo wychodza, jak chca
                            i nie uwazam, ze dziecku jest wszystko jedno przed czym jest posadzone, wtedy
                            sadzalabym je przed cartoon network, zamiast kupowac bilety, jechac 40
                            kilometrow w jedna strone cala ekipa i miec zajecie na pol niedzieli


                            czy naprawde uwazasz, ze dla rozbudzenia zainteresowan u dzieci niezbedne jest
                            obserwowanie co interesuje rodzicow? ja tego tak nie widze, moi rodzice zadnych
                            zainteresowan nie mieli, ja mam ich sporo na szczescie
                            no i jesli tak, to nie ma cudow, zanikna niektore niszowe hobby smile


                            kretywny nauczyciel profesjonalista smile chyba dawno do szkoly chodzilas, o takich
                            nauczycielach sie legendy opowiada, a nie spotyka ich w szkolach
                            niestety
                            i to jest dla mnie argument za ED wlasnie, dzis nauczycielami zostaja
                            najczesciej ludzie bez powolania i pomyslu na zawod, tych ktorzy prowadza lekcje
                            z zaangazowaniem jest niewielu, nawet nie kazda szkola takiego pasjonata ma
                            --
                            "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                            prababcia Luśki
                            • 05.10.09, 09:54
                              nie mam roczniaka, mam 8miesieczniaka,

                              napisałaś, że byłaś w teatrze z dwulatką nie po raz pierwszy, zatem
                              bywała tam przed ukończeniem dwóch lat.

                              2latka wyszla po 40 minutach, bo nie
                              > kaze dzieciom siedziec spokojnie, ogladaja albo wychodza, jak chca

                              podejrzewam, że 2latki częście chcą wychodzić, bo dla 2latka
                              obejrzenie całej sztuki jest za trudne. Nie rozumie przecież fabuły.

                              naprawde uwazasz, ze dla rozbudzenia zainteresowan u dzieci
                              niezbedne jest
                              > obserwowanie co interesuje rodzicow? ja tego tak nie widze, moi
                              rodzice zadnych
                              > zainteresowan nie mieli, ja mam ich sporo na szczescie
                              > no i jesli tak, to nie ma cudow, zanikna niektore niszowe hobby smile

                              nie jest niezbędne, ale może być wartościowym doświadczeniem. Myślę,
                              że to, że obserwowałam moich rodziców zarówno w roli opiekunów, gdy
                              chodzili ze mną do teatru kukiełkowego, jak i w roli widzów, gdy
                              chodzili na dorosłe przedstawienia, zresztą odkąd się dało,
                              zabierali także mnie, było wartościowym doświadczeniem. Nie jestem
                              taką skrajną zwolenniczką "modelowania", jak sun_od_the_beach, bo
                              uważam, że człowiek kształtuje się dzięki rozmaitym doświadczeniom,
                              a nie jest wierną kopią rodziców, ale z pewnością jest pożyteczne,
                              jeśli widzi zachowania rodziców godne naśladowania. Tak z
                              ciekawości: moi rodzice zmuszali mnie do oglądania filmów
                              przyrodniczych, zwykle o owadach w trawie, w czarnobiałym TV (innych
                              wtedy nie było), a ja miałam już wtedy dość poważną wadę wzroku.
                              Sami jednak takich filmów nie oglądali, bo ich to nie interesowało,
                              ale uważali, że dobrze, żeby dziecko oglądało takie "kształcące"
                              programy. Nienawidziłam tego i nienawidzę dalej, a teatr lubię. Czy
                              sądzisz, że stało się to bez wpływu przykładu rodziców? Ale np.
                              zbierałam też znaczki, choć tego nie robili rodzice, tylko koledzy.
                              Gdybym owych kolegów nie miała, może taki przykład nie przyszedłby
                              mi do głowy. Chodzę regularnie na basen, czego moi rodzice nie
                              robili nigdy, a matka nawet nie umie pływać. Jako dziecko
                              towarzyszyłam ojcu, gdy grywał w tenisa i z zapałem podawałam piłki
                              (bardzo to lubiłam), ale w tenisa grać nie umiem i nigdy mnie nie
                              ciągnęło. Jak widać, człowiek kształtuje się w oparciu o różne
                              doświadczenia. W każdym razie przykład sensownego zachowania
                              rodziców, nawet, jeśli ono nie ma bezpośredniego celu wychowawczego,
                              może być dla dziecka wartościowy.

                              kretywny nauczyciel profesjonalista smile chyba dawno do szkoly
                              chodzilas, o takic
                              > h
                              > nauczycielach sie legendy opowiada, a nie spotyka ich w szkolach
                              > niestety
                              > i to jest dla mnie argument za ED wlasnie, dzis nauczycielami
                              zostaja
                              > najczesciej ludzie bez powolania i pomyslu na zawod, tych ktorzy
                              prowadza lekcj
                              > e
                              > z zaangazowaniem jest niewielu, nawet nie kazda szkola takiego
                              pasjonata ma

                              od 16 at uczę przyszłych nauczycieli. I wiem, że, pomijając jakieś
                              niechlubne wyjątki klinicznych przypadków, są oni lepiej
                              przygotowani merytoryczni do nauczania, niż rodzice bez tego
                              przygotowania. Mam kontakt z wielu moimi absolwentami i radością
                              widzą, że wyrośli na ludzi dużo bardziej, niż bym się tego
                              spodziewała w chwili, gdy studiowali.


                              Co więcej - nauczyciele to całkiem spora grupa społeczna i też
                              miewają dzieci. Czy uważasz, że byliby dobrymi nauczycielami swoich
                              dzieci w homeschoolingu?
                              • 05.10.09, 10:08
                                wnioskowanie nie jest Twoja mocna strona wink bo robisz niewlasciwe zalozenia smile
                                do teatru chodzimy w tym roku, roczniaka bym na sztuke nie ciagnela
                                a dziecko moze i fabuly nie rozumie, ale i tak zainteresowane jest cokolwiek z
                                bajki wylapie
                                tak wnioskujac to i 3-4 latka szkoda na sztuki prowadzac, czy ksiazki czytac, bo
                                rozumie piate przez dziesiate z fabuly

                                i zapewniam, ze jesli moja dwulatka chce wyjsc, to wychodzi smile chyba naprawde
                                nie masz dzieci smile inna rzecz, ze malych dzieci jak moje w sumie nie widze w
                                teatrach, chyba jak Ty rodzice wychodza z zalozenia, ze nie rozumieja, wiec po co
                                dla mnie tez osluchanie z jezykiem jest wazne, wiec chodzimy



                                obserwowanie rodzicow moze byc wartosciowe, ale jak widze po sobie nie jest
                                niezbedne i krytyczne dla budowanie swoich zainteresowan, a juz z ED to nic
                                wspolnego nie ma, wiec zostawmy to moze


                                nie, nie uwazam, ze nauczyciel swoje dzieci uczyc powinien, co zreszta pewnie
                                wiesz, jak i lekarz rodziny leczyc
                                ba, uwazam, ze nauczyciel nidgy by sie nie zdecydowal na ED, wlasnie dlatego, ze
                                jest metodycznie ukierunkowany i przygotowany, zreszta w jego wykonaniu ED
                                straciloby cala swiezosc, spontanicznosc i nieszkolnosc jaka rodzic,
                                zaangazowany nieprofesjonalista wlasnie zaakcentuje i to plusem ED jest



                                --
                                "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                                prababcia Luśki
                                • 05.10.09, 10:22
                                  tak wnioskujac to i 3-4 latka szkoda na sztuki prowadzac, czy
                                  ksiazki czytac, b
                                  > o
                                  > rozumie piate przez dziesiate z fabuly

                                  różnica jest i to zasadnicza. 4 latek spokojnie rozumie fabułę
                                  zarówno książki, jak i przedstawienia, jeśli nie jest bardzo
                                  awangardowe, 2 latek nie. Dwulatkowi czyta się książeczki, ale
                                  raczej z wierszykami, a jeśli jest fabuła, to dość prosta. Raczej
                                  dla 2 latków są książeczki typu to jest lisek chytrusek, a to
                                  sikorka, a to zły wilk. Dla 3 czy 4 latków fabuły są już
                                  poważniejsze.
                                  Sama zresztą piszesz, że 2 latka znudziła się po 40 minutach -i tak
                                  usiedziała długo, a 3 latka przetrwała. No właśnie, bo rozumiała
                                  fabułę.
                                • 05.10.09, 13:30
                                  Pomijając całą listę rozważanych za i przeciw ... ja dorzucę jeszcze dwa moje
                                  skromne przykłady wink
                                  1) Problem wchodzenia rodzica w rolę nauczyciela.
                                  Mój syn dość dobrze pływa. Ma 10 lat. Chodzi na zajęcia z doskonalenia pływania.
                                  Trenuje w grupie 10-cio osobowej. W tym samym czasie ja również sobie pływam wink
                                  rekreacyjnie. Nic w sumie nie stałoby na przeszkodzie, aby pływał razem ze mną,
                                  a nie w ramach treningu ... ale
                                  a) Ja nie pływam stylowo - więc wiele ode mnie by się nie nauczył
                                  b) Pływając ze mną 50% czasu spędziłby zapewne na zjeżdżalni i w basenie z
                                  bąbelkami lub obraziłby się po kilku próbach motywacji do pływania z mojej
                                  strony. I ostatecznie z basenu wychodzilibyśmy obje niezadowoleni.
                                  c) przy trenerze śmiga "w te i z powrotem" wink
                                  2) Rozwijanie zainteresowań innych niż rodzicielskie ...
                                  W IV kl SP ulubionym przedmiotem syna okazała się historia, którą ja osobiście
                                  nienawidziłam do końca mojej edukacji szkolnej ;-p Dlaczego historia ? "Bo Pan
                                  jest taki fajny !" ... Na wczesnym etapie edukacji haryzmatyczny nauczyciel jest
                                  często wyznacznikiem tego czy dany materiał/przedmiot spodoba się uczniom.

                                  Ja osobiście nie podjęłabym się ED w wypadku moich pociech. Nie czuję się na
                                  siłach ... z resztą ja już "wymiękałam" na etapie przedszkolnym - gdy podczas
                                  dłuższych chorób musiałam kreatywnie i edukacyjne zająć Młodym czas. Brakowało
                                  pomysłów, materiałów, wiedzy, a i grupki dzieci do kółka graniastego wink
                                  W pierwszych klasach sp - w wypadku nieobecności - zaległości w materiale
                                  nadrabialiśmy szybko i bezproblemowo. Ale nie było możliwości nadrobienia prac
                                  grupowych, dyskusji o lekturze czy choćby rywalizacji czyj zespół napisze
                                  najładniejsze opowiadanie ....

                                  Pozdr

                                  • 05.10.09, 15:51
                                    Kreatywni nauczyciele nie są częstym zjawiskiem, ale bywaja. Moim
                                    dzieciom trafilo się kilku takich, mnie troje - i powiem krótko - sa
                                    bezcenni.

                                    --
                                    Mops i kot

                                    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                                    • 06.10.09, 03:51
                                      verdana napisała:

                                      > Kreatywni nauczyciele nie są częstym zjawiskiem, ale bywaja. Moim
                                      > dzieciom trafilo się kilku takich, mnie troje - i powiem krótko - sa
                                      > bezcenni.

                                      Ja niestety nie mialam ani jednego kreatywnego nauczyciela w podstawowce, jednego w liceum
                                      ale za to mialam paru nauczycieli alkoholikow wink


                                      --
                                      Nothing you become will disappoint me;
                                      I have no preconception that I'd like to see you be or do.
                                      I have no desire to foresee you, only to discover you.
                                      You cannot disappoint me.
                                      • 06.10.09, 17:55
                                        Ja niestety nie mialam ani jednego kreatywnego nauczyciela w
                                        podstawowce, jedne
                                        > go w liceum
                                        > ale za to mialam paru nauczycieli alkoholikow wink

                                        w podstawówce miałam co najmniej 2 przyzwoite nauczycielki,
                                        sensownego nauczyciela od śpiewu, w liceum kilku dobrych
                                        nauczycieli, przez jeden rok wybitną historyczkę, niestety potem
                                        poszła na emeryturę.

                                        Czy sądzisz, że nie zdarzają się rodzice-alkoholicy?
                                        • 06.10.09, 19:59

                                          srebrnarybka napisała:
                                          > Czy sądzisz, że nie zdarzają się rodzice-alkoholicy?

                                          Moge sie mylic, ale wydaje mi sie, ze rodzice z takim 'hobby' na ED
                                          raczej sie nie decyduja, bo jak tu na spokojnie kaca leczyc, kiedy
                                          dziecko 'nad glowa sterczy' caly bozy dzien wink.

                                          --
                                          04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                                          • 06.10.09, 20:47
                                            Mylisz alkohoików z pijakami. Alkoholicy bywają inteligentni i
                                            zaangażowani.
                                            Chodziło mi o wskazanie, że i rodzice nie muszą być ideałami, którzy
                                            bezbłędnie rozumieją swoje dzieci.
                                  • 05.10.09, 19:25



                                    Wiele z Was mylnie mysli,ze homeschooling to jest rozwijanie zainteresowan rodzicow. Wrecz przeciwnie, rodzice bacznie obserwuja dzieci po to by zorientowac sie czym one sa zaineresowane i w tym kierunku podazaja. Nauczyciele tego nie robia, bo zwyczajnie nie maja czasu by poswiecic wystarczajaco duzo czasu kazdemu uczniowi, a wiekszosc nawet checi nie ma.

                                    Co do plywania, chyba nikt przy zdrowych zmyslach nie uwaza ze obowiazkiem rodzica sa lekcje plywania, dzieci uczone w domu, podobnie jak te uczone w szkole zapisywane sa na przerozne zajecia sporotwe muzyczne itp Rodzice wspolnie wynajmuja sale sportowe, po to by dzieci mialy lekcje WF-u, organizuja wspolne wypady do muzeow, parkow. O ile ciekawsza jest nauka w terenie niz siedzenie w lawce i wysluchiwanie nudnych wykladow.

                                    Jestem zwolenniczka homeschooling i gdyby nie to,ze mieszkam za granica i obawiam sie,ze nie dam rady uczyc po angielsku zdecydowalabym sie na ta forme nauki.




                                    --
                                    Nothing you become will disappoint me;
                                    I have no preconception that I'd like to see you be or do.
                                    I have no desire to foresee you, only to discover you.
                                    You cannot disappoint me.
                                    • 05.10.09, 19:32
                                      A rodzice, wysylajacy dzieci do szkoly ich nie obserwują? Zaręczam,
                                      ze tak.
                                      Ale jeden czlowiek nie jest naprawe w stanie zaobserwowac
                                      wszystkiego - ani obiektywnie ocenić kogos, kogo kocha.
                                      --
                                      Mops i kot

                                      img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                                      • 06.10.09, 03:45
                                        verdana napisała:

                                        > A rodzice, wysylajacy dzieci do szkoly ich nie obserwują? Zaręczam,
                                        > ze tak.


                                        Ale jak? Przeciez nie ma ich na lekcji?

                                        System nauczania publicznego wrzuca wszystkie dzieci do jednego worka,wszystkie uczone sa w ten sam sposob. A przeciez kazde dziecko jest inne, ma swoje mocne i slabe strony. Kazde dziecko potrzebuje innego podejscia, czego szkola nie jest w stanie zapewnic. Skad bierze sie tak wielu zlych uczniow, dlaczego w kazdej klasie jest tylko paru dobrych uczniow,a reszta to przecietniaki lub gorzej? Czy mylsisz,ze az tyle mamy nieinteligentnych dzieci?
                                        Nie nie i jeszcze raz nie, kazde dziecko jest inteligentne inaczej,ale tego w szkole juz nie bierze sie pod uwage, tylko niektore dzieci odnajduja sie w systemie nauki spotykanym w przecietnej szkole i wlasnie te dzieci maja dobre oceny, cala reszta potrzebuje po prostu innego podejscia. I wlasnie takie indywidulane podejscie jest w stanie zapewnic rodzic uczacy w domu.




                                        --
                                        Nothing you become will disappoint me;
                                        I have no preconception that I'd like to see you be or do.
                                        I have no desire to foresee you, only to discover you.
                                        You cannot disappoint me.
                                        • 06.10.09, 18:03
                                          verdana napisała:
                                          >
                                          > > A rodzice, wysylajacy dzieci do szkoly ich nie obserwują?
                                          Zaręczam,
                                          > > ze tak.
                                          >
                                          >
                                          > Ale jak? Przeciez nie ma ich na lekcji?

                                          I całe szczęście. Rodzice sensownie wychowujący dzieci rozmawiają z
                                          nimi o tym, co one przeżywają, czyli o szkole, w której spędzają
                                          sporo czasu. I powinni rozmawiac o tym, czego się dzieci uczą. Jeśli
                                          dziecko czymś się interesuje rzeczywiście, to wyniknie to z rozmowy.
                                          Rodzice rozmawiają też z nauczycielami, którzy, wbrew temu, co
                                          sądzisz, dzieci też obserwują. Rodzice obseruwją sposób odrabiania
                                          lekcji przez dziecko. NIe mówiąc o tym, że w domu rozmawia się o
                                          takich rzeczach, jak ocena powstawnia warszawskiego, globalne
                                          ocieplenie, walka z terroryzmem, klonowanie, loty kosmiczne czy też
                                          najnowsze przedstawienie. I w trakcie takich rozmów można zauwazyc,
                                          co dziecko intereuje. Chyba, ze w domu w ogóle się nie rozmawia,
                                          tylko ogląda "Klan". Ale wtedy i homeschooling nie wyjdzie.

                                          dlaczego w kazde
                                          > j klasie jest tylko paru dobrych uczniow,a reszta to przecietniaki
                                          lub gorzej?
                                          > Czy mylsisz,ze az tyle mamy nieinteligentnych dzieci?

                                          Sama nazwa przeciętniaki wskazuje, że jest ich najwięcej. Wszyscy
                                          nie są wybitni i nie mogą być.
                                          Nie ma specjalnego nieszczęścia, jeśli dziecko interesuje się czymś
                                          pozaszkolnym tak bardzo, że ma złe stopnie z przedmiotow w szkole.
                                          Ale żeby uzyskać te stopnie, pewne minimum musi opanować.

                                          kazde dziecko jest inteligentne inaczej, ???
                                          • 06.10.09, 20:06
                                            No tak z reka na sercu - wszyscy jestesmy tacy wybitni? I dzieci
                                            nasze takoz? Nie przesadzajmy! Swiat (podobnie jak szkola) pelen
                                            jest ludzi przecietnych i "zwyczajnych". My w sumie tez tacy
                                            jestesmy i najczesciej takie sa wlasnie nasze dzieci, choc kazdy
                                            rodzic zyje w przekonaniu, ze jego dzieci sa zdecydowanie
                                            nieprzecietne wink Do tego tez przydaje sie szkola - do weryfikacji
                                            takich (niezdrowych dla owych dzieci!) przekonan. Ponadto, obcowanie
                                            z "przecietniakami" to jest to, co w koncu spotyka wiekszosc z nas
                                            (i spotka nasze dzieci) w doroslym zyciu. I nie ma sie co na to
                                            krzywic. Z geniuszami, nieprzecietnymi artystami czy naukowcami zyje
                                            sie trudno i najczesciej malo-szczesliwie; oni sami tez najczesciej
                                            cierpia wiecej niz przecietni (!) zjadacze chleba.
                                            Ja akurat uwazam, ze to, ze w szkole publicznej spotykaja sie na
                                            codzien dzieci smieciarzy, hydraulikow, lekarzy, polityko, malarzy
                                            pokojowych i malarzy artystow, kur domowych i profesorow filozofii
                                            to jedna z najwazniejszych zalet szkolnictwa publicznego! Ale to
                                            jest, oczywiscie, moje zdanie smile
                                          • 07.10.09, 00:14
                                            srebrnarybka napisała:


                                            > kazde dziecko jest inteligentne inaczej, ???

                                            przyznam ze troche niejasno sie wyrazilam
                                            poczytaj sobie tu
                                            en.wikipedia.org/wiki/Theory_of_multiple_intelligences
                                            --
                                            Nothing you become will disappoint me;
                                            I have no preconception that I'd like to see you be or do.
                                            I have no desire to foresee you, only to discover you.
                                            You cannot disappoint me.
                                    • 05.10.09, 19:39
                                      Wiele z Was mylnie mysli,ze homeschooling to jest rozwijanie
                                      zainteresowan rodz
                                      > icow. Wrecz przeciwnie, rodzice bacznie obserwuja dzieci po to by
                                      zorientowac s
                                      > ie czym one sa zaineresowane i w tym kierunku podazaja.

                                      1. Jeżeli dziecko interesuje się czymś, co nie interesuje rodziców,
                                      to rodzicom trudno jest to zauważyć, bo się na tym nie znają, a
                                      następnie podążać i rozwijać takie zainteresowanie.
                                      2. Do pewnego etapu edukacji dziecko nie może uczyć się tylko tego,
                                      co je interesuje. Bo jeśli jakiegoś dziecka nie interesuje tabliczka
                                      mnożenia, drugiego nauka pisania, trzecie czytanie mapy, a czwartego
                                      procenty i ułamki, to co z tym zrobić? Jakąś minimalną wiedzę na ten
                                      temat każdy mieć musi, nawet, jeśli będzie go to nudziło.

                                      dzieci uczone w domu, podobnie jak te uczone w szkole z
                                      > apisywane sa na przerozne zajecia sporotwe muzyczne itp Rodzice
                                      wspolnie wynajm
                                      > uja sale sportowe, po to by dzieci mialy lekcje WF-u,

                                      to po co ten homeshooling, by były takie same lekcje, jak w szkole?


                                      organizuja wspolne wypady
                                      > do muzeow, parkow.

                                      wszyscy zwolennicy homeschoolingu mają błędne przekonanie, że
                                      dziecka chodzącego do szkoły rodzice nie mogą zaprowadzić do muzeum
                                      albo do parku. Nie mówiąc o tym, że i szkoły to robią.

                                      O ile ciekawsza jest nauka w terenie niz siedzenie w lawce
                                      > i wysluchiwanie nudnych wykladow.

                                      nie wszystkiego da się uczyć w terenie. NIe da sią zrobić dyktanda,
                                      doświadczeń laboratoryjnych ani przeprowadzić dowodu matematycznego.
                                      • 05.10.09, 19:56
                                        > 1. Jeżeli dziecko interesuje się czymś, co nie interesuje rodziców,
                                        > to rodzicom trudno jest to zauważyć, bo się na tym nie znają, a
                                        > następnie podążać i rozwijać takie zainteresowanie.

                                        to trzeba sie na czyms znac, zeby zainteresowanie tematem zauwazyc? zakladam, ze
                                        nie interesuje mnie muzyka klasyczna, zapewne kompletnie zignoruje, ze moje
                                        dziecie wsluchuje sie taka muzyke, tak?
                                        jesli sie rodzic nie zna, sa zajecia pozaszkolne, kolka zainteresowan, szkoly
                                        muzyczne itp


                                        > 2. Do pewnego etapu edukacji dziecko nie może uczyć się tylko tego,
                                        > co je interesuje. Bo jeśli jakiegoś dziecka nie interesuje tabliczka
                                        > mnożenia, drugiego nauka pisania, trzecie czytanie mapy, a czwartego
                                        > procenty i ułamki, to co z tym zrobić? Jakąś minimalną wiedzę na ten
                                        > temat każdy mieć musi, nawet, jeśli będzie go to nudziło.

                                        rodzic dostaje na papierze zakres materialu do opanowania, dzieci zdaja egzaminy
                                        co semestr, wiec tu wolnej amerykanki nie ma

                                        > to po co ten homeshooling, by były takie same lekcje, jak w szkole?

                                        zeby wf nie polegal na rzuceniu dzieciom pilki "macie pograjcie w cos" a wfista
                                        zamyka sie w kanciapie na papieroska
                                        zeby muzyka nie polegala na wkuwaniu i odspiewywaniu jakiejs piosenki tudziez
                                        odgrywania jej na cymbalkach, za to mozna dzieciaki zabrac do filharmonii

                                        > wszyscy zwolennicy homeschoolingu mają błędne przekonanie, że
                                        > dziecka chodzącego do szkoły rodzice nie mogą zaprowadzić do muzeum
                                        > albo do parku. Nie mówiąc o tym, że i szkoły to robią.

                                        serio? gdzie ktos z nas tak pisze? oj z tym wnioskowaniem to sie wstrzymaj, bo
                                        kiepsko wychodzi
                                        btw to ani moi, ani znajomych dzieciakow rodzice nie chodzili z nimi do muzeow
                                        czy parku, szkola na wycieczkach klasowych to robila, ku niezadowoleniu
                                        uczestnikow zazwyczaj
                                        pewnie gdyby to bylo zamiats siedzenia w klasie w ramach lekcji, entuzjazm bylby
                                        wiekszy a zainteresowanie lepsze


                                        > nie wszystkiego da się uczyć w terenie. NIe da sią zrobić dyktanda,
                                        > doświadczeń laboratoryjnych ani przeprowadzić dowodu matematycznego.

                                        ze skrajnosci w skrajnosc
                                        ale da sie zrobic lekcje przyrody, geografii, historii, fizyki prawda? szkola
                                        tego nie praktykuje, bo nie ma jak, a wiedza duzo latwiej wchodzi namacalnie,
                                        niz kuta z kartek ksiazki w szkolnej lawce

                                        --
                                        "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                                        prababcia Luśki
                                        • 05.10.09, 20:16
                                          zakladam, z
                                          > e
                                          > nie interesuje mnie muzyka klasyczna, zapewne kompletnie
                                          zignoruje, ze moje
                                          > dziecie wsluchuje sie taka muzyke, tak?

                                          niewykluczone. Po pierwsze w domu, gdzie rodzice nie interesują się
                                          muzyką klasyczną, jest ona znacznie rzadziej puszczana, niż gdzie
                                          indziej, więc dziecko rzadko ma okazję sie wsłuchiwać, po drugie
                                          ludzie "głusi" na muzykę, niezauważający w niej niczego godnego
                                          uwagi mogą nie zauważyć tego wsłuchiwania się, bo nie przyjdzie im
                                          do głowy, że można się w coś takiego wsłuchiwać. Ot, dziecko się
                                          zagapiło, albo już śpiące.

                                          jesli sie rodzic nie zna, sa zajecia pozaszkolne, kolka
                                          zainteresowan, szkoly
                                          > muzyczne itp

                                          to nie prościej posłać do szkoły?

                                          2. Do pewnego etapu edukacji dziecko nie może uczyć się tylko tego,
                                          > > co je interesuje. Bo jeśli jakiegoś dziecka nie interesuje
                                          tabliczka
                                          > > mnożenia, drugiego nauka pisania, trzecie czytanie mapy, a
                                          czwartego
                                          > > procenty i ułamki, to co z tym zrobić? Jakąś minimalną wiedzę na
                                          ten
                                          > > temat każdy mieć musi, nawet, jeśli będzie go to nudziło.
                                          >
                                          > rodzic dostaje na papierze zakres materialu do opanowania, dzieci
                                          zdaja egzamin
                                          > y
                                          > co semestr, wiec tu wolnej amerykanki nie ma

                                          Agnieszka twierdziła, że nie ma żadnego programu i może przez 10
                                          lat "młucić (tak napisała) budowę dżdżownicy", jeśli uzna, że jest
                                          to zasadne.
                                          A jeżeli jest program, to nie ma żadnego podążania za
                                          zainteresowaniami, bo program obejmuje też takie rzeczy, które
                                          dziecka nie interesują i słusznie zresztą. Skądinąd na to, by
                                          wiedzieć, czym się interesuję, dobrze też poznać pewne dziedziny,
                                          którymi się znudzę, Wtedy wybieram świadomie.

                                          to po co ten homeshooling, by były takie same lekcje, jak w szkole?
                                          >
                                          > zeby wf nie polegal na rzuceniu dzieciom pilki "macie pograjcie w
                                          cos" a wfista
                                          > zamyka sie w kanciapie na papieroska

                                          owszem, miewałam taki wf (nie przez całą szkołę i nie zawsze), ale
                                          jeśli w szkole się coś takiego trafi, to rodzice powinni
                                          protestować. Moi nie protestowali, bo wf uważali za rzecz nieważną,
                                          ale kiedy bzdury gadała polonistka i historyczka, zorganizowali mi
                                          dodatkowe lektury.

                                          > zeby muzyka nie polegala na wkuwaniu i odspiewywaniu jakiejs
                                          piosenki tudziez
                                          > odgrywania jej na cymbalkach, za to mozna dzieciaki zabrac do
                                          filharmonii

                                          wkuwanie i odśpiewywanie piosenki ma sens jak najbardziej, bo uczy
                                          poprawnego śpiewania. Po szkolnym śpiewie nie zostanie się Marią
                                          Callas, ale można wskutek tego nieco mniej fałszować przy ognisku.
                                          Verdana napisała, że jej syn zainteresował się muzyką klasyczną,
                                          gdyż w ramach lekcji muzyki był zabierany do filharmonii. Nikt
                                          zresztą nie broni rodzicom dzieci chodzących do szkoły chodzić z
                                          nimi też do filharmonii.

                                          btw to ani moi, ani znajomych dzieciakow rodzice nie chodzili z nimi
                                          do muzeow
                                          > czy parku,

                                          to na jakiej podstawie zakładasz, że robiliby to, gdyby byli
                                          jedynymi nauczycielami swoich dzieci?


                                          ani moi, ani znajomych dzieciakow rodzice nie chodzili z nimi do
                                          muzeow
                                          > czy parku, szkola na wycieczkach klasowych to robila,


                                          dobrze więc, że te dzieci chodziły do szkoły, bo inaczej nie
                                          trafiłyby nigdy w życiu do muzeum.

                                          do muzeow
                                          > czy parku, szkola na wycieczkach klasowych to robila, ku
                                          niezadowoleniu
                                          > uczestnikow zazwyczaj
                                          > pewnie gdyby to bylo zamiats siedzenia w klasie w ramach lekcji,
                                          entuzjazm bylb
                                          > y
                                          > wiekszy a zainteresowanie lepsze

                                          dlaczego sądzisz, że gdyby poszli z rodzicami, bardziej by ich to
                                          interesowało, niż jak poszli ze szkołą?

                                          nie wszystkiego da się uczyć w terenie. NIe da sią zrobić dyktanda,
                                          > > doświadczeń laboratoryjnych ani przeprowadzić dowodu
                                          matematycznego.
                                          >
                                          > ze skrajnosci w skrajnosc
                                          > ale da sie zrobic lekcje przyrody, geografii, historii, fizyki
                                          prawda? szkola
                                          > tego nie praktykuje, bo nie ma jak, a wiedza duzo latwiej wchodzi
                                          namacalnie,
                                          > niz kuta z kartek ksiazki w szkolnej lawce

                                          no, nie wszystko nawet z tych przedmiotów da się zrobić w terenie.
                                          Jak np. przeprowadzić w terenie lekcje o geografii Afryki albo
                                          Australii? o DNA albo budowie ludzkiego układu trawiennego? O
                                          elektyrczności? Czekać na piorun?
                                          • 05.10.09, 20:38
                                            > niewykluczone. Po pierwsze w domu, gdzie rodzice nie interesują się
                                            > muzyką klasyczną, jest ona znacznie rzadziej puszczana,

                                            no tak, w szkole za to leci dosc czesto i na pewno jest okazja zainteresowanie
                                            dziecka wychwycic

                                            > to nie prościej posłać do szkoły?
                                            a ED to ma byc prosciej i tyle?

                                            > Agnieszka twierdziła, że nie ma żadnego programu i może przez 10
                                            > lat "młucić (tak napisała) budowę dżdżownicy", jeśli uzna, że jest
                                            > to zasadne.
                                            bo agnieszka ma luzna mysl o Ed i dala sie wam wpedzic w kozi rog nadmiarem
                                            pytan i udzielala szybkich i nieprzemyslanych odpowiedzi jak sadze

                                            > A jeżeli jest program, to nie ma żadnego podążania za
                                            > zainteresowaniami, bo program obejmuje też takie rzeczy, które
                                            > dziecka nie interesują i słusznie zresztą. Skądinąd na to, by
                                            > wiedzieć, czym się interesuję, dobrze też poznać pewne dziedziny,
                                            > którymi się znudzę, Wtedy wybieram świadomie.
                                            >
                                            > to po co ten homeshooling, by były takie same lekcje, jak w szkole?

                                            sa ramy programowe, ktore dziecko ma opanowac i chyba nic w tym dziwnego? za to
                                            jest pelna dowolnosc formy w jakiej jest material podawany i sprawdzany, tu jest
                                            miejsce na kreatywnosc i cos ciekawszego niz siedzenie 7x45 minut z utesknieniem
                                            czekajac na dzwonek i odbebniajac rozdzial z ksiazki

                                            i jest tez czas i sa mozliwosci na poszerzanie tych ram programowych, jesli
                                            widac, ze dziecko cos interesuje

                                            w szkole idzie sie programem ciagnac ostatki i przydeptujac wystajacych, ze
                                            szkoda dla tych drugich

                                            > protestować. Moi nie protestowali, bo wf uważali za rzecz nieważną,
                                            > ale kiedy bzdury gadała polonistka i historyczka, zorganizowali mi
                                            > dodatkowe lektury.
                                            bo sie na tym znali, rozumiem ze reszta ksztalconych przez owa polonistke i
                                            historyczke na tych bzdurach musiala poprzestac?

                                            wiekszosc rodzicow oprotestuje co najwyzej zbyt wysoka skladka na pzu, a
                                            dzieciom do zeszytow nie zaglada nawet

                                            > wkuwanie i odśpiewywanie piosenki ma sens jak najbardziej, bo uczy
                                            > poprawnego śpiewania.

                                            proszeeee oplulam sie ze smiechu
                                            dwa razy w polroczu przezycie obciachu, bo mutujacy chlopcy musza sie przemeczyc
                                            i odspiewac "siedza u przasniczki" na pewno podziala jako udoskonalajaca
                                            technike lekcja spiewu smile

                                            > Verdana napisała, że jej syn zainteresował się muzyką klasyczną,
                                            > gdyż w ramach lekcji muzyki był zabierany do filharmonii.
                                            wielka rzadkosc, ja sie z tym nie spotkalam, w filharmonii bywalam na wlasna reke


                                            > to na jakiej podstawie zakładasz, że robiliby to, gdyby byli
                                            > jedynymi nauczycielami swoich dzieci?
                                            ja tak zakladam? to Ty piszesz, ze dzieci chodzace do szkoly przeciez moga
                                            chodzic po lekcjach z rodzicami tu i tam
                                            moze i moga, wiekszosc nie chodzi, rodzice zwalaja zajmowanie sie dziecmi i ich
                                            edukacje na szkole
                                            sadze, ze tacy rodzice na bank by sie ED nie podjeli, wrecz byliby przerazeni
                                            pomyslem


                                            > no, nie wszystko nawet z tych przedmiotów da się zrobić w terenie.
                                            > Jak np. przeprowadzić w terenie lekcje o geografii Afryki albo
                                            > Australii? o DNA albo budowie ludzkiego układu trawiennego? O
                                            > elektyrczności? Czekać na piorun?

                                            to sie nazywa homeschooling, nie wide-open-space-schooling
                                            wychodzic mozna i robi sie to czesciej niz w szkole, bo i czasu jest wiecej i
                                            technicznie to lepiej wykonalne
                                            mozna robic blokami material, nie kawalkami po 45 minut, czyli dzis historia,
                                            jedziemy do muzeum, robimy po powrocie quiz itp



                                            --
                                            "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                                            prababcia Luśki
                                            • 05.10.09, 21:09
                                              niewykluczone. Po pierwsze w domu, gdzie rodzice nie interesują się
                                              > > muzyką klasyczną, jest ona znacznie rzadziej puszczana,
                                              >
                                              > no tak, w szkole za to leci dosc czesto i na pewno jest okazja
                                              zainteresowanie
                                              > dziecka wychwycic

                                              - jeżei nie potrafią tego zrobić rodzice, to nie zaszkodzi stworzyć
                                              jeszcze dodatkową okazję w szkole. A nuż się uda?

                                              to nie prościej posłać do szkoły?
                                              > a ED to ma byc prosciej i tyle?

                                              jeżeli ten sam efekt (np. lekcję wf) można osiągnąć mniejszym
                                              wysiłkiem, to nie widzę powodu do wysiłku zbędnego. Lepiej ten
                                              wysiłek spożytkować w innym sensownym kierunku.

                                              bo agnieszka ma luzna mysl o Ed i dala sie wam wpedzic w kozi rog
                                              nadmiarem
                                              > pytan i udzielala szybkich i nieprzemyslanych odpowiedzi jak sadze

                                              ale niektórym poglądy Agnieszki się podobały.

                                              sa ramy programowe, ktore dziecko ma opanowac i chyba nic w tym
                                              dziwnego? za to
                                              > jest pelna dowolnosc formy w jakiej jest material podawany i
                                              sprawdzany, tu jes
                                              > t
                                              > miejsce na kreatywnosc i cos ciekawszego niz siedzenie 7x45 minut
                                              z utesknienie
                                              > m
                                              > czekajac na dzwonek i odbebniajac rozdzial z ksiazki

                                              już widzę tę dowolność i kreatywność w nauczaniu ortografii albo
                                              tabliczki mnożenia.

                                              i jest tez czas i sa mozliwosci na poszerzanie tych ram
                                              programowych, jesli
                                              > widac, ze dziecko cos interesuje

                                              nic nie stoi na przeszkodzie, by rodzice dzieci chodących do szkoły
                                              to robili.

                                              w szkole idzie sie programem ciagnac ostatki i przydeptujac
                                              wystajacych, ze
                                              > szkoda dla tych drugich

                                              w ten sposób wystający uczą się pracy w zespole. To się przyda
                                              każdemu.

                                              protestować. Moi nie protestowali, bo wf uważali za rzecz nieważną,
                                              > > ale kiedy bzdury gadała polonistka i historyczka, zorganizowali
                                              mi
                                              > > dodatkowe lektury.
                                              > bo sie na tym znali, rozumiem ze reszta ksztalconych przez owa
                                              polonistke i
                                              > historyczke na tych bzdurach musiala poprzestac?

                                              gdyby ta "reszta", czyli moi koledzy, nie chodzili do szkoły, ale
                                              byli uczeni w domu, to zapewne umieliby jeszcze mniej z polskiego i
                                              historii, niż nauczyli się w szkole. Nikt poza mną nie miał w tej
                                              klasie rodziców z wykształceniem humanitycznym, a niektórzy nie
                                              mieli w ogóle rodziców z wykształceniem. Gdyby ci rodzice uczyli
                                              swoje dzieci w domu, nauczyliby je jeszcze mniej, niż owa polonistka
                                              i historyczka, które, mimo licznych błędów, miały nieco większą
                                              wiedzę w swoich dziedzinach, niż matka mojej koleżanki, prządka.
                                              Niezbyt dokształcona polonista organizowała nam np. regularnie
                                              wyjścia do teatru i chwała jej za to. Ja już wcześniej lubiłam to,
                                              ale u wielu moich kolegów zaszczepiłą zamiłowanie do teatru. Część z
                                              nich, gdyby uczyły ich matki-prządki, do teatru by nigdy nie poszła.

                                              wiekszosc rodzicow oprotestuje co najwyzej zbyt wysoka skladka na
                                              pzu, a
                                              > dzieciom do zeszytow nie zaglada nawet

                                              Czy sądzisz, że ci rodzice byliby kreatywni prowadząc homeschooling?

                                              wiekszosc rodzicow oprotestuje co najwyzej zbyt wysoka skladka na
                                              pzu, a
                                              > dzieciom do zeszytow nie zaglada nawet
                                              >
                                              > > wkuwanie i odśpiewywanie piosenki ma sens jak najbardziej, bo
                                              uczy
                                              > > poprawnego śpiewania.
                                              >
                                              > proszeeee oplulam sie ze smiechu
                                              > dwa razy w polroczu przezycie obciachu, bo mutujacy chlopcy musza
                                              sie przemeczy
                                              > c
                                              > i odspiewac "siedza u przasniczki" na pewno podziala jako
                                              udoskonalajaca
                                              > technike lekcja spiewu smile

                                              mutacja trwa jak wiadomo przez cały okres nauki szkolnej i podlegają
                                              jej też dziewczynki. Poza tym śpiewaliśmy na tych lekcjach także
                                              całą klasą, a wtedy już można jednak trochę potrenować. Nie było
                                              tego dużo, ale gdybym tych lekcji nie miała, zapewne fałszowałabym
                                              jeszcze bardziej. Jestem jak najbardziej za prowadzaniem do
                                              filharmonii.

                                              to na jakiej podstawie zakładasz, że robiliby to, gdyby byli
                                              > > jedynymi nauczycielami swoich dzieci?
                                              > ja tak zakladam? to Ty piszesz, ze dzieci chodzace do szkoly
                                              przeciez moga
                                              > chodzic po lekcjach z rodzicami tu i tam
                                              > moze i moga, wiekszosc nie chodzi, rodzice zwalaja zajmowanie sie
                                              dziecmi i ich
                                              > edukacje na szkole
                                              > sadze, ze tacy rodzice na bank by sie ED nie podjeli, wrecz byliby
                                              przerazeni
                                              > pomyslem

                                              I słusznie byliby przerażeni. Ale nie rozumiem, dlaczego pokazujesz
                                              dwie skrajności: albo rodzice, którzy uczą wszystkiego biegając z
                                              dzieckiem cały dzień do filharmonii, teatru i muzeum, albo tacy,
                                              którzy w ogóle nie wiedzą, czego dziecko się uczy i nigdy nie
                                              chodzą? A czy nie możesz sobie wyobrazić, że rodzic może uzupełnić w
                                              sposób całkiem naturalny braki szkolne poprzez różne zajęcia
                                              kulturalne, realizując nawet po drodze swoje zainteresowania?

                                              mozna robic blokami material, nie kawalkami po 45 minut, czyli dzis
                                              historia,
                                              > jedziemy do muzeum, robimy po powrocie quiz itp

                                              czyli cały dzień uczymy się historii? Dużo koszmarniejsze, niż 45
                                              min. historii, 45. fizyki, 45 min. angielskiego i 45 min. wf. Miałam
                                              kiedyś zajęcia na studium podyplomowym dla nauczycieli dla wygody
                                              wukłądowców zblokowane tak, że w sobotę od 8 do 16 i w niedzielę
                                              toże było średniowiecze, weekend za 2 tygodnie to samo, za następne
                                              2 tygodnie w podobnym trybie nowożytna etc. Dorośli ludzie wyli, jak
                                              mieli 8 godzin jedneog przedmiotu. Ty chcesz tak urządzić dzieci?
                                            • 05.10.09, 21:34
                                              > Verdana napisała, że jej syn zainteresował się muzyką klasyczną,
                                              > > gdyż w ramach lekcji muzyki był zabierany do filharmonii.
                                              > wielka rzadkosc, ja sie z tym nie spotkalam, w filharmonii bywalam
                                              na wlasna re
                                              > ke
                                              Moje dziecię też musi 'odbębnić' filharmonię - program się zmienił
                                              czy co?

                                              > wiekszosc rodzicow oprotestuje co najwyzej zbyt wysoka skladka na
                                              pzu, a
                                              > dzieciom do zeszytow nie zaglada nawet
                                              Do zeszytów staram się nadmiernie niezaglądać (zbyt mnie te kulfony
                                              stresują...), niemniej wf swojego czasu oprotestowałam.

                                              > wkuwanie i odśpiewywanie piosenki ma sens jak najbardziej, bo uczy
                                              > > poprawnego śpiewania.
                                              >
                                              > proszeeee oplulam sie ze smiechu
                                              Mnie to nawet z chóru wyrzucili...
                                              • 05.10.09, 21:54
                                                Moje dziecię też musi 'odbębnić' filharmonię - program się zmienił
                                                > czy co?

                                                Jak to "odbębnić"? Przecież zdaniem zwolenników homeschoolingu
                                                odbębnia się tylko lekcje w szkole, a jeżeli coś wymaga wychodzenie
                                                gdzieś, to nie jest odbębnianie tylko sama radość?

                                                wkuwanie i odśpiewywanie piosenki ma sens jak najbardziej, bo uczy
                                                > > > poprawnego śpiewania.
                                                > >
                                                > > proszeeee oplulam sie ze smiechu
                                                > Mnie to nawet z chóru wyrzucili...

                                                chór i lekcje obowiązkowe to dwie różne rzeczy. Do chóru
                                                rzeczywiście nie mogą należeć osoby niemające pewnych zdolności
                                                (przepraszam morekac, ale rozumiem, że tak było, ze mnie też żadna
                                                Maria Callas), ale lekcje śpiewu służą temu, by wszyscy choć trochę
                                                nad śpiewem popracowali. Przy okazji: gdybym była uczona w domu, to
                                                nawet nie miałabym okazji dowiedzieć się, że fałszuję. Dowiedziałam
                                                się tego i to też jakiś pożytek.
                                                • 05.10.09, 23:19
                                                  srebrnarybka napisała:

                                                  > Moje dziecię też musi 'odbębnić' filharmonię - program się zmienił
                                                  > > czy co?
                                                  >
                                                  > Jak to "odbębnić"? Przecież zdaniem zwolenników homeschoolingu
                                                  > odbębnia się tylko lekcje w szkole, a jeżeli coś wymaga
                                                  wychodzenie
                                                  > gdzieś, to nie jest odbębnianie tylko sama radość?

                                                  W jej odczuciu jest to odbębnienie. Chociaż liczę, że się jej
                                                  spodoba chociaż trochę.
                                                  >
                                                  > wkuwanie i odśpiewywanie piosenki ma sens jak najbardziej, bo uczy
                                                  > > > > poprawnego śpiewania.
                                                  > > >
                                                  > > > proszeeee oplulam sie ze smiechu
                                                  > > Mnie to nawet z chóru wyrzucili...
                                                  >
                                                  > chór i lekcje obowiązkowe to dwie różne rzeczy. Do chóru
                                                  > rzeczywiście nie mogą należeć osoby niemające pewnych zdolności
                                                  > (przepraszam morekac, ale rozumiem, że tak było, ze mnie też żadna
                                                  > Maria Callas), ale lekcje śpiewu służą temu, by wszyscy choć
                                                  trochę
                                                  > nad śpiewem popracowali. Przy okazji: gdybym była uczona w domu,
                                                  to
                                                  > nawet nie miałabym okazji dowiedzieć się, że fałszuję.
                                                  Dowiedziałam
                                                  > się tego i to też jakiś pożytek.

                                                  Akurat u mnie w szkole podstawowej (dawne to były czasy i dyktatura
                                                  pani od muzyki) chór był obowiązkowy dla płci pięknej (dla chłopaków
                                                  nie, co odbierałam jako jaskrawą nieprawiedliwość)- trzeba się było
                                                  z tego jakoś wymiksować, co było tym łatwiejsze, że zadatków na divę
                                                  operową nie miałam nigdy. Tak kończy się zmuszanie do działalności
                                                  artystycznej wink .
                                          • 05.10.09, 20:39
                                            srebrnarybka napisała:
                                            > O
                                            > elektyrczności? Czekać na piorun?

                                            Latawce puszczać można w czasie burzy, jak Franklin wink


                                            --
                                            Masajowie uważają, iż mycie wodą naczyń do mleka daje mleku przykry
                                            zapach; dlatego myją te naczynia w krowim moczu.

                                            Za Kopalińskim
                                      • 06.10.09, 04:12
                                        srebrnarybka napisała:


                                        > 1. Jeżeli dziecko interesuje się czymś, co nie interesuje rodziców,
                                        > to rodzicom trudno jest to zauważyć, bo się na tym nie znają, a
                                        > następnie podążać i rozwijać takie zainteresowanie.

                                        a to ciekawe, moja pasja jako dziecka byla astronomia, chyba nie sposob bylo niezauwazyc tego, bo naokraglo o tym mowilam i prosilam tate o ksiazki, w szkole niestety nie bylo zbyt wiele lekcji na ten temat.
                                        Rodzice moga pomoc dzieciom rozwijac takie zainteresowania, wymaga to jednak sporo pracy z ich strony, no i tu juz dla wielu zaczyna sie problem, bo niewielu sie chce


                                        > 2. Do pewnego etapu edukacji dziecko nie może uczyć się tylko tego,
                                        > co je interesuje. Bo jeśli jakiegoś dziecka nie interesuje tabliczka
                                        > mnożenia, drugiego nauka pisania, trzecie czytanie mapy, a czwartego
                                        > procenty i ułamki, to co z tym zrobić? Jakąś minimalną wiedzę na ten
                                        > temat każdy mieć musi, nawet, jeśli będzie go to nudziło.

                                        Ale kto mowi,ze dziecko ma byc uczone tylko tego czego chce? Ma za to prawo wybierac czego chce sie uczyc w pierwszej kolejnosci, na jakim temacie chce sie zatrzymac na dluzej. Przyklad - dziecko interesuje sie bardzo historia, w szczegolnosci Powstaniem Warszawskim, rodzic moze wiec poswiecic temu tematowi tydzien a nie dzien,w szkole takiej mozliwosci nie ma.

                                        > dzieci uczone w domu, podobnie jak te uczone w szkole z
                                        > > apisywane sa na przerozne zajecia sporotwe muzyczne itp Rodzice
                                        > wspolnie wynajm
                                        > > uja sale sportowe, po to by dzieci mialy lekcje WF-u,
                                        >
                                        > to po co ten homeshooling, by były takie same lekcje, jak w szkole?


                                        Dzieci uczone w domu tez chca sie poruszac, pospiewac i pobawic z innymi dziecmi


                                        > organizuja wspolne wypady
                                        > > do muzeow, parkow.
                                        >
                                        > wszyscy zwolennicy homeschoolingu mają błędne przekonanie, że
                                        > dziecka chodzącego do szkoły rodzice nie mogą zaprowadzić do muzeum
                                        > albo do parku. Nie mówiąc o tym, że i szkoły to robią.

                                        Jak czesto, raz na piec lat?


                                        >
                                        > O ile ciekawsza jest nauka w terenie niz siedzenie w lawce
                                        > > i wysluchiwanie nudnych wykladow.
                                        >
                                        > nie wszystkiego da się uczyć w terenie. NIe da sią zrobić dyktanda,
                                        > doświadczeń laboratoryjnych ani przeprowadzić dowodu matematycznego.

                                        I znowu przesadzasz, oczywiste jest przeciez ze nauka w terenie to tylko czesc programu. W teren chodza dzieci uczace sie przykladowo o ptakach, ciekawie jest przy okazji posluchac ich spiewu.
                                        A co do matematyki mylisz sie, mozna i ciekawie jest uczyc maluchy liczenia w terenie, mozna liczyc drzewa, dodawac i odejmowac mrowki, pisac cyferki w piasku. Przy okazji zabawy jest swietne nauka. I uprzedze Twoje zarzuty, jest to tylko UROZMAICENIE programu.
                                        A na wypadek gdybys miala jeszcze watpliwosci - dyktanda pisane sa w domach, choc pewnie dyktando pisane na lawce w parku byloby o stokroc przyjemniejsze.

                                        --
                                        Nothing you become will disappoint me;
                                        I have no preconception that I'd like to see you be or do.
                                        I have no desire to foresee you, only to discover you.
                                        You cannot disappoint me.
                                        • 06.10.09, 18:16
                                          a to ciekawe, moja pasja jako dziecka byla astronomia, chyba nie
                                          sposob bylo ni
                                          > ezauwazyc tego, bo naokraglo o tym mowilam i prosilam tate o
                                          ksiazki, w szkole
                                          > niestety nie bylo zbyt wiele lekcji na ten temat.

                                          Czy fakt, że chodziłaś do szkoły, przeszkadzał Twoim rodzicm we
                                          wspieraniu Twoich zainteresowań?

                                          Ale kto mowi,ze dziecko ma byc uczone tylko tego czego chce? Ma za
                                          to prawo wyb
                                          > ierac czego chce sie uczyc w pierwszej kolejnosci, na jakim
                                          temacie chce sie za
                                          > trzymac na dluzej. Przyklad - dziecko interesuje sie bardzo
                                          historia, w szczego
                                          > lnosci Powstaniem Warszawskim, rodzic moze wiec poswiecic temu
                                          tematowi tydzien
                                          > a nie dzien,w szkole takiej mozliwosci nie ma

                                          I słusznie. Nie można uczyć sie najpierw o Powstaniu wWrszawskim, a
                                          potem o wbuchu II wojny światowej. I znajomość historii to nie jest
                                          tylko znajomość Powstania Warszawskiego. Natomiast nic nie stoi na
                                          przeszkodzie, by dziecko, które interesuje się Powstaniem
                                          Warszawskim, czytało dodatkowe ksiązki na ten temat, by porozmawiało
                                          o tym z rodzicami, by rodzice zaprowadzili je do muzeum Powstania
                                          etc. Normali rodzice taką rzecz zauważą, chyba, że cały czas
                                          oglądają "Klan".

                                          Dzieci uczone w domu tez chca sie poruszac, pospiewac i pobawic z
                                          innymi dziecm

                                          też tak myślę i dlatego nie rozumiem, po co im to utrudniać?

                                          wszyscy zwolennicy homeschoolingu mają błędne przekonanie, że
                                          > > dziecka chodzącego do szkoły rodzice nie mogą zaprowadzić do
                                          muzeum
                                          > > albo do parku. Nie mówiąc o tym, że i szkoły to robią.
                                          >
                                          > Jak czesto, raz na piec lat?

                                          Częściej. A poza tym powtarzam, że nic nie przeszkadza rodzicom
                                          spragnionyym homeschoolingu, by zabierali do muzeum dzieci, które
                                          chodzą do szkoły. Nawiaem mówiąc, nawet w Warszawie, gdzie muzeów
                                          jest dużo, w ciągu roku da się obejrzeć wszystkie. I nie da się
                                          prowadzić lekcji wyłącznie w muzeum.

                                          I znowu przesadzasz, oczywiste jest przeciez ze nauka w terenie to
                                          tylko czesc
                                          > programu. W teren chodza dzieci uczace sie przykladowo o ptakach,
                                          ciekawie jest
                                          > przy okazji posluchac ich spiewu.

                                          A co zrobić, jeżeli akurat ten ptak, o którym chcemy uczyć, nie
                                          przyfrunie albo nie będzie chciał śpiewać? Oczywiście nie mam nic
                                          przeciwko wycieczkom w teren, ale one nie mogą być głownym celem. Do
                                          tego, by nauczyć się schematu budowy układu trawiennego ptaka, nie
                                          trzeba chodzić słuchać jego śpiewu. Trzeba obejrzeć odpowiednią
                                          plasznę i zrobić notatki.

                                          A co do matematyki mylisz sie, mozna i ciekawie jest uczyc maluchy
                                          liczenia w t
                                          > erenie, mozna liczyc drzewa, dodawac i odejmowac mrowki, pisac
                                          cyferki w piasku
                                          > . Przy okazji zabawy jest swietne nauka. I uprzedze Twoje zarzuty,
                                          jest to tylk
                                          > o UROZMAICENIE programu.

                                          podejrzewam, że uczenie matematyki w terenie może rozpraszać. W
                                          parku dziecko ma sto różnych bodźców i wcale niekoniecznie będzie
                                          spokojnie liczyło mrówki.

                                          A na wypadek gdybys miala jeszcze watpliwosci - dyktanda pisane sa
                                          w domach, ch
                                          > oc pewnie dyktando pisane na lawce w parku byloby o stokroc
                                          przyjemniejsze.
                                          >
                                          Ale mniej wygodne, gdy trzyma się kartkę na kolanach, nie mowiąc o
                                          tym, że można źle dosłyszeć dyktowane zdanie.

                                          Nauka nie musi byc wyłącznie przyjemnością, tak jak i całe życie nie
                                          jest. Nie musi byc szczególnie przykra, ale nie przesadzajmy już z
                                          tym, że ze wszystkiego trzeba robić zabawę i przyjemność.
                                          • 06.10.09, 21:36
                                            podejrzewam, że uczenie matematyki w terenie może rozpraszać. W
                                            parku dziecko ma sto różnych bodźców i wcale niekoniecznie będzie
                                            spokojnie liczyło mrówki.

                                            Nie wspomnę już o tym,że mrówki też spokojnie nie czekają, aż
                                            zostaną policzone... IMHO:łatwiej jest policzyć patyczki.
                                            • 07.10.09, 03:17


                                              morekac napisała:

                                              > podejrzewam, że uczenie matematyki w terenie może rozpraszać. W
                                              > parku dziecko ma sto różnych bodźców i wcale niekoniecznie będzie
                                              > spokojnie liczyło mrówki.

                                              A w klasie tak spokojnie jest,ze nic dzieci nie rozprasza? Nie wiem
                                              do jakiej szkoly chodzilas,ale w mojej zawsze sie znalazl jakis
                                              balwan albo paru, ktorzy wiecznie zadyme robili,potrafili nawet
                                              nauczycielke do lez doprowadzic. Atmosfera sprzyjala skupieniu tongue_out
                                              Poza tym takie wypady nie sa codziennoscia, sa tylko UROZMAICENIEM.
                                              >
                                              > Nie wspomnę już o tym,że mrówki też spokojnie nie czekają, aż
                                              > zostaną policzone... IMHO:łatwiej jest policzyć patyczki.

                                              Bzdur sie czepiacie, mozna liczyc tez listki,koniczyny, zdzbla
                                              trawy, drzewa i co tam jeszcze sobie wymyslicie


                                              --
                                              Nothing you become will disappoint me;
                                              I have no preconception that I'd like to see you be or do.
                                              I have no desire to foresee you, only to discover you.
                                              You cannot disappoint me.
                                              • 07.10.09, 09:31
                                                > > Nie wspomnę już o tym,że mrówki też spokojnie nie czekają, aż
                                                > > zostaną policzone... IMHO:łatwiej jest policzyć patyczki.
                                                >
                                                > Bzdur sie czepiacie, mozna liczyc tez listki,koniczyny, zdzbla
                                                > trawy, drzewa i co tam jeszcze sobie wymyslicie
                                                >
                                                A próbowałas te mrówki policzyć? Bo one naprawdę takie chętne nie
                                                wink.
                                              • 07.10.09, 15:14
                                                A w klasie tak spokojnie jest,ze nic dzieci nie rozprasza? Nie wiem
                                                > do jakiej szkoly chodzilas,ale w mojej zawsze sie znalazl jakis
                                                > balwan albo paru, ktorzy wiecznie zadyme robili,potrafili nawet
                                                > nauczycielke do lez doprowadzic.

                                                Mimo wszystko w klasie jest mniej bodźców.

                                                Poza tym takie wypady nie sa codziennoscia, sa tylko UROZMAICENIEM.

                                                czyli zupełnie tak, jak w szkole.
                                                Nie rozumiem. Zwolennicy ED najpierw piszą, że to nauka ciekawsza,
                                                niż szkolna, bo odbywa się w terenie. A jak się wskaże minusy
                                                nauczania w terenie, to się okazuje, że to tylko urozmaicenie od
                                                czasu do czasu. To się zdecydujcie.
                                                • 07.10.09, 18:46
                                                  Poza tym takie wypady nie sa codziennoscia, sa tylko UROZMAICENIEM.

                                                  >czyli zupełnie tak, jak w szkole.

                                                  O tak? A w ktorej, bo w mojej nie bylo, w mojej siedzialo sie cicho w lawce 45 minut. Dzieci kolezanek, ktore chodza do szkoly tez takich urozmicen nie maja


                                                  >Nie rozumiem. Zwolennicy ED najpierw piszą, że to nauka ciekawsza,
                                                  niż szkolna, bo odbywa się w terenie. A jak się wskaże minusy
                                                  nauczania w terenie, to się okazuje, że to tylko urozmaicenie od
                                                  czasu do czasu. To się zdecydujcie.

                                                  Kobieto, pomysl logicznie, nie wszystko sie da zrobic w terenie, nie zawsze warunki atmosferyczne pozwalaja. ED pozwala na takie wypady czesciej niz szkola.

                                                  I na tym zakonczmy ta bezsensowna szarpanine slowna.




                                                  --
                                                  Nothing you become will disappoint me;
                                                  I have no preconception that I'd like to see you be or do.
                                                  I have no desire to foresee you, only to discover you.
                                                  You cannot disappoint me.
                                                  • 07.10.09, 18:54
                                                    Kobieto, pomysl logicznie, nie wszystko sie da zrobic w terenie,
                                                    nie zawsze war
                                                    > unki atmosferyczne pozwalaja.

                                                    przecież ja o tym piszę cały czas.
                  • 04.10.09, 13:37
                    To i ja zrobie takiego 'skladaka' smile

                    -Dlugo z mezem rozmawialismy, zglebialismy wiedze, przed podjeciem
                    decyzji o nauczaniu domowym, i po prostu, uznalismy, ze wiecej
                    szkody niz pozytku przyniosloby jej spedzanie 6 godz dziennie w
                    srodowisku szkolnym.
                    Nie uwazamy sie za osoby mniej kompetentne niz nauczyciele szkolni,
                    a wyciaganie problemu socjalizacji jest smieszny.
                    Wciaz jeszcze sa ,playgrupy,, dzieci naszych przyjaciol, zajecia
                    dodatkowe, wyjazdy, obozy, inni homeschoolerzy (w UK sporo jest grup
                    rodzicow nauczajacych spotykajacych sie regularnie).
                    - Jedynie sadze, iz w takim samym stopniu jak nie jeden nauczyciel,
                    moge mojej corce wiedze z zakresu szkoly min podstawowej przekazac
                    (dodatkowy bonus to autoedukacja) .
                    -Chcemy oszczedzic jej stresu zwiazanego z cyklicznymi zmianami
                    szkol i wyrownywaniem roznic programowych.
                    -W wieku 16 lat, kiedy przyjdzie do wyboru collage-u, Sara dokona
                    wyboru, czy chce kontynuowac w domu, czy chce isc do szkoly
                    publicznej, to samo dot edukacji wyzszej.
                    -Wierze w naturalna, wrodzona ciekawosc dzieci otaczajacym ich
                    swiatem. Wloze duzo energii w to, by podazac za nia, a nie ciagnac
                    ja za soba. Choc kilka z moich zainteresowan chetnie bym jej
                    zaszczepila, bo moglaby na tym jedynie zyskac .

                    -Filharmonia, muzea, wystawy, i inne wydarzenia kulturalne, tak mam
                    je na liscie rzeczy do zrobienia z moimi dziecmi .
                    -Ciekawym doswiadczeniem byla nauka i znajomosci, z ludzmi,
                    o takiej samej pasji jak moja, bylo o czym pogadac, byl wspolny
                    grunt.
                    Sara oczywiscie tez bedzie miala mozliwosc nauki w szkole wybranej
                    przez siebie, zgodnej z jej zainteresowaniami, jesli tylko bedzie
                    chciala.
                    -Dzieci uczace sie w domu korzystaja z wielu
                    zajec ,,pozalekcyjnych'', norma jest zapisywanie ich na rozmaite
                    zajecia czy to muzyczne, sportowe czy tez kolka zainteresowan, np.
                    teatralne, czy plastyczne.
                    Wazne, by obserwowac dziecko, sluchac go, a potem poszukac
                    odpowiednich zajec.
                    -A wlasnie chyba nie bede podazala za programem tak calkowicie,
                    bedziemy mieli wszystkie podreczniki oczywiscie.
                    - mieszkamy w UK, homeschoolerzy tutaj NIE MUSZA
                    PODCHODZIC DO ZADNYCH EGZAMINOW, nie ma zadnych restrykcji dot.
                    podazania za programem realizowanym w szkolach publicznych
                    -Utrzymuje tylko, ze dam jej mozliwosc wyboru, nie bede sila pchala
                    na dzienne, dlatego, ze poziom wyzszy, choc......mieszkamy 15 min
                    autem od Cambridge, czesto tam bywamy, i zawsze kiedy tam jestem
                    patrzac na te tlumy studentow w parkach, na ulicach, duch akademicki
                    unosi sie w powietrzu, marze sobie, ze Sara bedzie tam
                    studiowala . Zobaczymy.
                    Dzieci uczace sie w domu maja takie same prawo i mozliwosci jak te
                    szkolne, by korzystac w UK z edukacji sredniej i wyzszej.
                    - Sara jest wychowywana
                    wsrod 3 jezykow, metoda OPOL, tzn, ja mowie do niej po polsku, maz-
                    francuz-po francusku, srodowisko anglojezyczne, plus- jezykiem
                    domowym, moim i meza jest jezyk angielski
                    -Co do szkolnictwa wyzszego, roznice w wymaganiach zmieniaja sie
                    wraz z uczelniami, niektore wymagaja zdanego egzaminu GCSE, do
                    ktorego mlodzian moze sie przygotowac uczeszczajac na lekcje
                    wybranych przedmiotow w specjalizujacych sie w tym osrodkach
                    edukacyjnych.
                    To jest kraj bardzo przyjazny homeschoolerom, ktorych jest tutaj
                    kilkaset tysiecy.
                    W kazdym wiekszym miescie sa grupy rodzicow i dzieci uczacych sie w
                    ten sposob i spotykajacych regularnie, kilka razy w roku
                    organizowane sa zloty homeschoolerow w roznych miejscach, gromadzace
                    setki przyjezdnych.
                    -W Dubaju jest ogromny wybor, jesli chodzi o nauke, istnieje cos
                    takiego jak miasteczko edukacyjne, miasto w miescie gdzie na
                    ogromnej przestrzeni znajduja sie 'akcesoria' edukacyjne z ktorych
                    dowolnie mozna wykorzystac, uczac tym samym swoje dziecko.

                    A i to nie wszystko. Rozmawiamy w sposob chaotyczny, wyrywkowy,
                    riopsta na riposte. O szczegolowy plan zajec z moja corka (dziecmi)
                    nikt mnie nie pytal, ja sama tego jeszcze nawet nie rozpracowalam,
                    mam kilka lat na namysl, choc kazdy dzien jest dla dziecka nauka,
                    codziennie uczy sie jakis nowych umiejetnosci, takze chyba juz teraz
                    praktykujemy homeschooling tak naprawde wink.

                    wink-emotikony usmiechow oznaczaja momenty kiedy mowie ''z
                    przymrozeniem oka'', badz zartuje, czasem oznaczaja takze
                    sympatyczny usmiech, badz moment kiedy ja sie usmiecham piszac.
                    Moze teraz troszke sie rozjasni wink.






                    www.dzikiedzieci.pl/

                    04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
    • 03.10.09, 21:41
      Witam,
      Jestem przeciw.
      Generalnie podpisuję się pod postami Verdany,a od siebie dodam
      tylko, że takie "nauczanie przez mamusię" kojarzy mi się z
      toksycznym zawłaszczeniem dziecka.
      Pzdr.
      Inguszetia













      • 03.10.09, 23:02
        pod Verdana i Inguszetia podpisuje sie obiema rekami.
        PS.Inguszetia,bardzo trafna uwaga.
        --
        http://lb3m.lilypie.com/8ngEp2.png
    • 04.10.09, 09:28
      A ja pozwolę sobie skomentować listę przytoczoną na poparcie
      rzekomych sukcesów homeschoolingu. W wielu przypadkach homeschooling
      to po prostu brak wykształcenia, ludzie ci odnosili sukcesy WBREW
      swemu wykształceniu i warunkom domowym.
      Żeby nie było - informacje wyguglałam, najczęściej w wikipedii. Ale
      to bardzo dobra metoda zdobywania wiarygodnych informacji. Część
      osób pominęłam - brak informacji.


      > Artists
      > Leonardo da Vinci - w jego czasach szkoły i edukacja nie były
      nadmiernie rozpowszechnione - jego wykształcenie ograniczone było do
      czytania, pisania i liczenia, ze względu na jego pochodzenia
      niedostępna była dla niego edukacja uniwersytecka...
      >
      > Athletes - prawdopodobnie nie jest możliwe pogodzenia
      uprawiania sportu na wysokim poziomie z normalnym trybem edukacji
      >
      > Authors
      > Agatha Christie - istotnie, nie chodziła do szkoły. Rodzinę stać
      było na wykwalifikowane guwernantki.
      > Beatrix Potter - j.w.
      > C.S. Lewis - chodził do szkoły (z internatem) przez pewien
      czas,jednak czuł się tam na tyle źle, że ojciec szarpnął się na
      guwernera.
      > Charles Dickens - poszedł do pracy jako 12-latek, ojciec siedział
      w więzieniu za długi...
      > Hans Christian Anderson - był synem szewca i niepiśmiennej praczki-
      alkoholiczki
      > Margaret Atwood - chadzała do szkoły, ale nie przez cały rok,
      ojciec był entomologiem i z zasady siedzieli w jakiejś głuszy.
      > Mark Twain - poszedł do pracy jako 12-latek.
      > Virginia Woolf - współcześni uczeni stwierdzili, że załamania i
      późniejsze powtarzające się okresy depresji były również wywołane
      przez fakt, że Virginia i Vanessa były wykorzystywane seksualnie
      przez swoich przyrodnich braci George’a i Geralda. IMHO: środowisko
      domowe nie zawsze jest najzdrowsze.

      >
      > Businessmen
      > Andrew Carnegie - pracował już jako kilkunastolatek...
      > Colonel Harland Sanders - j.w. , a najpierw gotował posiłki dla
      całej rodziny - matka pracowała.



      > Wolfgang Amadeus Mozart - mały Wolfi grywał duety klawesynowe na
      zasłoniętej materiałem klawiaturze. Ojciec – Leopold Mozart – woził
      ich po całej Europie, przez co Wolfgang zaczął chorować

      >
      > Entertainers
      > Alan Alda - jako dziecko chorował na Heine-Medina i był przez
      pewien czas sparaliżowany...
      > Charlie Chaplin - w pewnym okresie swego życia mieszkał w
      przytułku, uczęszczał do szkoły dla sierot

      > Christina Aguilera
      > Dakota Fanning
      > Hillary Duff
      > Justin Timberlake
      > Whoopi Goldberg
      W/w aktorzy swoją karierę zaczynali b. wcześnie i być może nie byli
      w stanie pogodzić normalnej nauki z pracą.

      > Louis Armstrong - pochodził z b.biednej rodziny, matka i siostra
      były prostytutkami

      >
      > Explorers
      > Davy Crockett - zdobył b. słabe wykształcenie, w dużej mierze za
      względu miejsce zamieszkania (brak szkół)
      > George Rogers Clark - mógł chodzić do szkoły - nie jest to
      wykluczone
      >
      > Inventors

      > Benjamin Franklin - jeden z siedemnaściorga dzieci w rodzinie
      biednego wytwórcy świec i mydła
      > Thomas Edison - chadzał do szkoły, jednak został z niej
      wyrzucony. Edukacją zajął się ojciec.

      >
      > Military Leaders
      > Douglas MacArthur - w szkole od 13-roku życia
      >> Presidents
      > Abraham Lincoln - urodził się w ubogiej rodzinie na amerykańskim
      pograniczu. Pracował na farmie, był sklepikarzem

      > Andrew Jackson - Jackson nie miał wyższych studiów. Nigdy nie
      nauczył się też poprawni pisać.

      > Franklin Delano Roosevelt - W dzieciństwie rokrocznie podróżował
      do Europy dlatego był kształcony przez guwernerów i nie miał
      kontaktu z rówieśnikami, więc aby rozproszyć samotność, dużo czytał.
      W latach 1896-1900 uczęszczał do prywatnej szkoły

      > George Washington - Niektórzy jego biografowie twierdzą, że uczył
      go pewien przestępca, którego ojciec przyjął do domu w charakterze
      nauczyciela (co jest prawdopodobne, bowiem zdarzały się takie
      przypadki w Wirginii). Część historyków uważa jednak, że uczęszczał
      do szkoły w Fredericksburgu prowadzonej przez pastora Jamesa Marye.
      Jednak na obie te teorie brakuje potwierdzenia

      > Grover Cleveland - Osierocony w wieku dwóch lat, wcześnie musiał
      zacząć zarabiać na swoje utrzymanie.

      > James Garfield - W wieku 11 lat został wysłany do szkół,
      > John Quincy Adams - Uczył się w szkołach w Paryżu (1778-79),
      Amsterdamie (1780-82) i na Uniwersytecie w Lejdzie.

      > Theodore Roosevelt - Był bardzo słabego zdrowia; w dzieciństwie
      cierpiał na astmę i krótkowzroczność. Ze względu na stan zdrowia
      uczył się prywatnie

      > Thomas Jefferson - Na poziomie podstawowym uczył się prywatnie

      > >
      > Religious Leaders
      > Brigham Young - słabo wykształcony (raptem dwa lata spędzone w
      szkole)
      > Joan of Arc - Pochodziła z chłopskiej rodziny i była kobietą.
      > John & Charles Wesley
      > William Carey - miał zdolności językowe, ale ojciec kazał mu być
      szewcem.
      >
      > Scientists
      > Albert Einstein -W 1886 r. zaczął uczęszczać do szkoły
      powszechnej, gdzie był jednym z najlepszych uczniów
      > Blaise Pascal -Był słabowity, dlatego ojciec sprowadzał do swego
      domu prywatnych nauczycieli
      > >

      > Winston Churchill -Winston spędził większość dzieciństwa w
      szkołach z internatem

      > >
      > Women
      > Abigail Adams, wife of John Adams
      > Martha Washington, wife of George Washington
      > Susan B. Anthony, women’s rights leader
      > Clara Barton, started the red cross
      > Florence Nightingale, nurse - informacja, że chce zostać
      pielęgniarką , przeraziła rodzinę.
      w/w damy żyły w czasah, kiedy kobiety w zamożnych rodzinach
      kształcone były przez guwernantki, biedne zaś z reguły nie były
      kształcone wogóle. BTW: co to za sukces homeschoolingu, że ktoś
      został żoną/mężem celebryty?
      • 04.10.09, 10:14

        morekac napisała:

        > A ja pozwolę sobie skomentować listę przytoczoną na poparcie
        > rzekomych sukcesów homeschoolingu. W wielu przypadkach
        homeschooling
        > to po prostu brak wykształcenia, ludzie ci odnosili sukcesy WBREW
        > swemu wykształceniu i warunkom domowym.

        Twoje notatki przeczytalam z duzym zainteresowaniem, ciekawe
        dlaczego niektore osoby z tej listy uczeszczaly do szkoly, a pomimo
        to zostaly na podlinkowanej przezemnie stronie jako homeschoolerzy-
        tego sie raczej nie dowiemy uncertain.
        Spora grupa uczona przez gruwernerow- to wciaz homeschooling (nie
        bez powodu NIE nazywany 'parentschoolingiem' wink)

        I rzecz najwazniejsza w rozmowie z Verdana- jak to sie stalo, ze
        osoby te, w wiekszosci, z duzym sukcesem funkcjonowaly/funkcjonuja w
        spoleczenstwie, pomimo to, ze nie spedzaly gooodzin dziennie w
        placowkach szkoly publicznej?.

        --

        04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
        • 04.10.09, 11:07
          ciekawe
          > dlaczego niektore osoby z tej listy uczeszczaly do szkoly, a
          pomimo
          > to zostaly na podlinkowanej przezemnie stronie jako homeschoolerzy-

          > tego sie raczej nie dowiemy uncertain.

          Dlatego, że poziom rzeczy, które wrzuca się bez żadnej kontroli do
          internetu, jest często żenujący. Na to, by wykorzystywać informacje
          znalezione w internecie i odróżnić ziarno od plew, trzeba mieć
          bardzo dużą wiedzę i umiejętność krytycznyego czytania. Fakt, że
          przelinkowałaś tę listę "jak leci", nie dowodzi, że robisz to
          szczególnie wnikliwie. Jeżeli będziesz tak uczyć swoje dziecko, nie
          wróżę temu powodzenia.
          • 04.10.09, 11:15
            przy okazji: umieszczenie na tej liście "Joan of Arc" jako osoby
            wykształconej domowo zakrawa na kpinę. Joanna d'Arc, bo tak określa
            się tę osobę po polsku (jeśli chcesz uczyć dziecko po polsku, to
            może weź już ten słownik i naucz się, że i niektóre osoby określa
            się różnie w różnych językach) była prostą i niewykształconą
            dziewczyną wiejską. Pasanie gęsi w rodzinnym gospodarstwie trudno
            określić jako homeschooling. Dlatego zresztą mogła uchodzić za osobę
            wybraną przez Boga poprzez doznane objawienia. Na ogół takich
            objawień doznają osoby niewykształcone i wskutek tego są one
            uznawane za objawienia, bo osoba niewykształcona nie byłaby w stanie
            samodzielnie wymyślić przesłania, które powtarza. Uważa się więc, że
            otrzymała je od Boga w sposób nadprzyrodzony, a do tego żadne
            wykształcenie nie jest potrzebne. Kwestię wiarygodności objawień i
            wiary w Boga w ogóle pozostawiam tu otwartą - nie dyskutujemy na ten
            temat.
            Co do niewykształconych mistyczek: niejaka Bernadetta z Lourdes,
            której objawienia przyczyniły się do ustanowienia dogmatu o
            Niepokalanym Poczęciu NMP, też była wiejską dziewczyną i w szkole,
            do której jednak uczęszczała (to był XIX w., a nie XV, kiedy żyła
            "Joan of Arc") dostała dwóję z religii, bo nie słyszała o Trójcy Św.
            Zapewne wiedza religijna "Joan of Arc" też była w punkcie wyjściowym
            na podobnym poziomie.
            • 04.10.09, 11:22
              Otóż to - na tej liście jest wiele osób, które nie miały żadnego
              wykształcenia...Ale przecież swoje sukcesy odniosły nie dzięki
              sobie, ale dzięki homeschoolingowi. Nauczycielami w tej szkole były
              niepiśmienne matki alkoholiczki (Andersen), rozrzutni ojcowie
              siedzący w więzieniu za długi (Dickens) czy macochy wyrzucające
              dzieci na noc z domu (Chaplin).
              • 04.10.09, 11:39
                Tak, to ja bym już chyba wolała tę okropną podstawówkę.
            • 06.10.09, 08:10
              Też był wykształcony przez homeschooling...A co, widział ktoś jego
              świadectwo szkolne ? smile
              To było tak: jak starodawnym zwyczajem po osiągnieciu siódmego roku
              życia opuścił wreszcie towarzystwo kobiet big_grin, to zawołał go do
              siebie Pan Bóg i mówi "Mam dla Ciebie robotę - zbawisz Świat", a
              mały Joszue pyta - "Ale jak mam tego dokonać, Tate?". A Pan Bóg
              wziął go na kolana i powiada....a zresztą, poczytajcie w Biblii co
              było dalej, ale dla mnie to ewidentny homeschooling był wink
              --
              www.manhood.com.au/
              • 07.10.09, 09:00
                : )
        • 04.10.09, 11:16
          ciekawe
          > dlaczego niektore osoby z tej listy uczeszczaly do szkoly, a
          pomimo
          > to zostaly na podlinkowanej przezemnie stronie jako homeschoolerzy-

          > tego sie raczej nie dowiemy uncertain.
          Albowiem w internecie wystarczy coś napisać - i już jest to
          przyjęte za prawdę objawioną.
          Poza tym w wielu przypadkach sytuacja była taka, że delikwent nauki
          podstawowe pobierał w domu - nie sądzę, żeby wielu rodziców wysyłało
          swoje 7-8 letnie dzieci do odległych szkół z internatem, do szkoły
          szli jako 12-13-14 latki. Alternatywą do nauki domowej była bowiem
          często odległa szkoła. Jak zresztą wyglądały szkoły z internatem w
          wersji hardkorowej - można sobie poczytać chociażby u Dickensa. C.S.
          Lewis miał kłopoty z zaaaklimatyzowaniem się w szkole i właśnie
          dlatego został w końcu przez ojca zabrany i powierzony opiece
          prywatnego nauczyciela.
          Z kolei wiele kobiet z zamożnych domów było pod opieką guwernantek -
          w tym przypadku także nie było właściwie innej, sensownej
          alternatywy, jeśli ktoś chciał, aby córka była solidnie wykształcona
          ( a nie tylko w dziedzinie haftu i różańca).
          Ale dlaczego Andersen, Diskens czy Twain zostali umieszczeni na tej
          liście - tego naprawdę nie pojmuję. Chyba po to, żeby dojśc do
          wniosku - pisarz powinien mieć ciężkie warunki domowe i pójść do
          pracy w wieku lat 12-tu. Ewentualnie po to, żeby można było dojść do
          wniosku, że pod homeschooling można podciągnąć również brak
          jakiegokolwiek wykształcenia.

          Spora grupa uczona przez gruwernerow- to wciaz homeschooling (nie
          > bez powodu NIE nazywany 'parentschoolingiem' wink)
          Czym innym jest nauczanie przez wykwalifikowanego nauczyciela, a
          czym innym - przez rodzica.
          IMHO: dobrze przygotowany (pod względem
          pedagogicznym głównie) rodzic jest w stanie nauczyć swoje dziecko
          pisania, czytania i liczenia, podstaw niektórych przedmiotów - być
          może nie wszystkich. W pewnym momencie dochodzi się jednak do
          obszarów, które są nam obce, których nie potrafimy wytłumaczyć,
          których nie lubimy itp.
          BTW: na guwernerów trzeba mieć pieniądze. Tak samo, jak na
          wyposażenie laboratorium do nauk ścisłych.
          Jeśli będziecie się przeprowadzać na kilka miesięcy w roku do tego
          Dubaju - to przewóz i utrzymanie 1-2 nauczycieli dla córki może być
          kosztowne.
          Pisałaś, że Sarę będziesz uczyła po polsku, zaś swoją wiedzę
          zdobędziesz w internecie.
          IMHO: Sara będzie mocno niedouczona, co może jej bardzo zawęzić
          możliwości nauki w życiu dorosłym.

          jak to sie stalo, ze
          > osoby te, w wiekszosci, z duzym sukcesem funkcjonowaly/funkcjonuja
          w
          > spoleczenstwie, pomimo to, ze nie spedzaly gooodzin dziennie w
          > placowkach szkoly publicznej?.

          Może rodziny były liczniejsze? Chociażby w zamożnych domach:
          rodzice, często rodzice jednej ze stron, jakaś masa dzieci (w tym
          sieroty po krewnych...) i kupa ubogich krewnych na utrzymaniu
          (np.owdowiała kuzynka męża z dziećmi) + guwernantka i 3 bony do
          dzieci...Dodaj do tego służbę. To z reguły nie była rodzina dwoje
          rodziców + jedno dziecko + dochodząca sprzątaczka.
          • 04.10.09, 12:14

            > Pisałaś, że Sarę będziesz uczyła po polsku, zaś swoją wiedzę
            > zdobędziesz w internecie.
            > IMHO: Sara będzie mocno niedouczona, co może jej bardzo zawęzić
            > możliwości nauki w życiu dorosłym.
            >

            oj, no prosze Cie, nie upraszczaj uncertain
            pisalam o wielu pomyslach jakie mam odnosnie jej edukacji, a te o
            ktorych pisalam to tez nie wszystko o czym mysle, i co jeszcze dodam
            kiedy zaczniemy sie spotykac z innymi rodzinami uczacymi w domu.

            W Dubaju jest ogromny wybor, jesli chodzi o nauke, istnieje cos
            takiego jak miasteczko edukacyjne, miasto w miescie gdzie na
            ogromnej przestrzeni znajduja sie 'akcesoria' edukacyjne z ktorych
            dowolnie mozna wykorzystac, uczac tym samym swoje dziecko.

            --
            www.dzikiedzieci.pl/

            04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
      • 04.10.09, 11:04
        morekac napisała:

        > A ja pozwolę sobie skomentować listę przytoczoną na poparcie
        > rzekomych sukcesów homeschoolingu. W wielu przypadkach
        homeschooling
        > to po prostu brak wykształcenia, ludzie ci odnosili sukcesy WBREW
        > swemu wykształceniu i warunkom domowym.

        NO WLASNIE, cz to nie piekne, ze jesli jest potencjal, to i szkoly,
        i wzorowej rodziny nie potrzeba, by czlowiek zyl, pracowal, a nawet
        stal sie jednostka wybitna w jakiejs dziedzinie.

        > Żeby nie było - informacje wyguglałam, najczęściej w wikipedii.
        Ale
        > to bardzo dobra metoda zdobywania wiarygodnych informacji. Część
        > osób pominęłam - brak informacji.

        No ja takze liste wyguglalam, i teraz jaki fajny mamy material do
        dyskusji smile. Smiem twierdzic, ze duzo ciekawszy niz ja, moja
        rodzina, moja 11 mczna corka, i moje zalozenia edukacyjne :p

        --
        www.dzikiedzieci.pl/

        04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
        • 05.10.09, 17:34
          Nie, potencjał można bardzo pieknie zmarnować. Tylko nikt nie jest w
          stanie zrobic listy zmarnowanego potencjalu.
          Wikipedia jest absolutnie niewiarygodnym xrodlem, studenci nie moga
          sie na nia powolywać. mam nadzieję, ze nauczysz tego córkę.
          --
          Mops i kot

          img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
    • 04.10.09, 16:56
      Mam propozycję jeszcze dalej idącą. Nie ograniczajmy się do
      homeschoolingu. Proponuję jeszcze homehealing. Każdy przecież wie,
      że lekarze bywają niekompetentni, zdarzają im się błędy i
      zaniedbania, nie mają dość serca dla każdego pacjenta. Poza tym do
      lekarza na ogół trzeba chodzić albo wozić chore dziecko, dla którego
      jest to uciążliwe, może się nabawić u lekarza jakiejś choroby. Poza
      tym lekarze robią dzieciom takie rzeczy, których dzieci nie lubią:
      zastrzyki, zaglądanie łyżką do gardła, osłuchiwanie, bandażują,
      gipsują, a czasem jakieś operacje. I czasem nawet takie chore
      dziecko musi zostać w szpitalu, co jest dla niego bardzo
      stressujące, a dla mamusi to już dopiero. Więc może lepiej, żeby
      rodzice sami leczyli dzieci w domu? Od lekarza wymaga się studiów
      medycznych, ale przecież nie od rodzica, który dziecko kocha. Któż,
      jak nie rodzic, zna dobrze dziecko i wie, czego mu potrzeba? Po co
      męczyć dziecko lekarzem? Niech więc mamusie zajmą się leczeniem, z
      pewnością dzieciom wyjdzie to na zdrowie. Jeśli mamusia nie zna
      akurat jakieś choroby albo objawów, to przecież może poszukać w
      googlach i rozwiązanie się znajdzie.
      Dla czytających ze zrozumieniem: to była złośliwa i zjadliwa kpina.

      A teraz poważnie: tak właśnie (no niezupełnie, bo skorzystali jednak
      z pomocy lekarza) rozumowali wiele lat przed wojną moi dziadkowie,
      gdy 5 letni braciszek mojego ojca dostał ataku wyrostka
      robaczkowego. Byli ludźmi zamożnymi, dzierżawili majątek ziemski,
      było ich stać na opłacenie lekarza wezwanego z najbliższego miasta,
      opłacenie dziecku szpitala, dodatkowej opieki w tym szpitalu, babcia
      mogłaby w szpitalu opiekować się dzieckiem, bo nie musiała iść do
      biura. Ale stwierdili, że 5latka nie można wysyłać do szpitala na
      zaleconą przez lekarza operację, bo przecież dzieciaczyny do
      szpitala oddać nie można. Zapłacii więc lekarzowi za przeprowadzenie
      operacji w domu, w salonie, gdzie meble przykryto białymi
      prześcieradłami, żeby wyglądało aseptycznie. Tylko zarazki nie
      przestraszyły się białych prześcieradeł. Efekt przewidzieć
      nietrudno: mój 5letni niedoszły stryjek zmarł na zakażenie. Zapewne
      wysłanie 5latka do szpitala byłoby dla niego szokiem. Ale miałby
      szansę przeżycia, a z różnych tego rodzaju szoków dzieci wychodzą
      przy odpowiedniej pomocy rodziców. Ale tu rodzice uznali, że prawie
      sama miłość wystarczy, profesjonalny sprzęt i postępowanie
      niepotrzebne. Podobnie z homeschoolingiem - samą miłością dzieci
      wyedukować się nie da. Potrzebne jest profesjonalne przygotowanie i
      odpowiedni sprzęt (pomoce naukowe).
      • 04.10.09, 20:17
        no coz
        wzywanie lekarza, zeby zrobil operacje w domu to glupota i rodzicow i lekarza,
        nie zaden homehealing
        jesli juz, to gdyby rodzice sami ta operacje przeprowadzili, to owszem analogia
        by byla sluszna

        ja sie na operacje nie porywam, ale dzieci w zakresie, ktory opanowalam, lecze
        nie chodze do lekarzy, bo nie widze potrzeby, gdybym uwazala, ze sytuacja sie
        wymyka spod kontroli, poszlabym
        do tej pory bylam na kontrolach, bo sa obowiazkowe, a z wizyta 3 razy
        (dzieciakow mam trzy sztuki): raz ze srednia po krople do oczu na zapalenie
        spojowek (taka jestem madra smile, ze wiem, ze to bakteria i anytbiotyk potrzebny)
        i dwa razy osluchac kaszlacego 2tygodniowego noworodka (tego tez nie umiem,
        swtierdzic, kiedy kaszel schodzi nizej)

        z ED podobnie - dopoki uwazam, ze daje rade i robie to dobrze, to ucze
        widze, ze efekty nie sa dobre, albo uwazam, ze nie podolam w czesci czy calosci
        - zwracam sie do fachowcow


        wiec tak ironicznie znowu nie wyszlo big_grin
        --
        "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
        prababcia Luśki
        • 04.10.09, 22:25
          donkaczka napisała:

          >
          > z ED podobnie - dopoki uwazam, ze daje rade i robie to dobrze, to ucze
          > widze, ze efekty nie sa dobre, albo uwazam, ze nie podolam w czesci czy calosci
          > - zwracam sie do fachowcow

          Amen
          >
          >
          > wiec tak ironicznie znowu nie wyszlo big_grin


          --
          W deszczu czarne koty podsłuchują każdy szept
        • 05.10.09, 00:46
          W kręgach opozycyjnych w PRL uznawano coś takiego, jak prawo
          Lityńskiego. Brzemiało ono: wymyśl coś bardzo głupiego, a władze
          natychmiast wcielą to w życie.

          ja sie na operacje nie porywam, ale dzieci w zakresie, ktory
          opanowalam, lecze
          > nie chodze do lekarzy, bo nie widze potrzeby, gdybym uwazala, ze
          sytuacja sie
          > wymyka spod kontroli, poszlabym

          na jakiej podstawie sądzisz, że opanowałaś ten zakres nie mając
          wiedzy medycznej?

          > do tej pory bylam na kontrolach, bo sa obowiazkowe, a z wizyta 3
          razy
          > (dzieciakow mam trzy sztuki): raz ze srednia po krople do oczu na
          zapalenie
          > spojowek (taka jestem madra smile, ze wiem, ze to bakteria i
          anytbiotyk potrzebny)

          a gdyby była inna dolegliwość, przy której byś tego nie wiedziała?

          > i dwa razy osluchac kaszlacego 2tygodniowego noworodka (tego tez
          nie umiem,
          > swtierdzic, kiedy kaszel schodzi nizej)
          >
          > z ED podobnie - dopoki uwazam, ze daje rade i robie to dobrze,

          to, że Ty uważasz, że robisz to dobrze, nie musi oznaczać, że
          rzeczywiście tak jest



          • 05.10.09, 09:41
            rybko, a dzieci masz?
            bo nie pytalabys o wiedze medyczna smile doswiadczenie plus minimalna wiedza o
            dzieciecych infekcjach na poczatek wystarczy

            dzieci w wiekszosci lapia wirusowki, na ktore lekarstwa nie ma
            a lekarz cudotworca nie jest, widzac dziecko z goraczka, albo wysypka tez
            diagnozy nie postawi, bo z czego?

            wiec dopoki moje dzieci maja takie lekkie, pojedyncze, szybko mijajace objawy,
            do lekarza sie nie fatyguje, uslysze to co i tak robie - obserwowac jak sie
            roziwnie i reagowac objawowo
            gdybym miala watpliwosci, tak jak bylo z noworodkiem, poszlabym i tyle
            ja z byle czym nie chodze, choc znam mamy biegajace z kazda wyzsza temperatura,
            wysypka, katarem, pokaslywaniem
            ich wola, moze lubia

            a dopoki efekty sa dobre, to moje postepowanie widac tez, bo chyba po efektach
            oceniamy?


            a co do analogii, dalej twierdze, ze nietrafiona
            dziadkowie mieli awersje do murow szpitalnych, ale szpital-lekarza do domu
            zaprosili i dziecko pozwolili ciac, narazajac na zakazenie

            ED jesli juz, to raczej niechetnie o metodyce mysli i woli swoja, rodzicielska
            nie organizuje dziecku lekcji z nauczycielami przy kuchennym stole jak w szkole,
            byle z dala od jej murow i innych uczniow


            --
            "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
            prababcia Luśki
            • 05.10.09, 09:59
              dzieci w wiekszosci lapia wirusowki, na ktore lekarstwa nie ma
              > a lekarz cudotworca nie jest, widzac dziecko z goraczka, albo
              wysypka tez
              > diagnozy nie postawi, bo z czego?

              za to Ty stawiasz, bo wiesz, że to wurusówka, na którą lekarstwa nie
              ma.

              a co do analogii, dalej twierdze, ze nietrafiona
              > dziadkowie mieli awersje do murow szpitalnych, ale szpital-lekarza
              do domu
              > zaprosili i dziecko pozwolili ciac, narazajac na zakazenie

              dla mnie to się niczym nie różni od uczenia dzieci w domu, byle nie
              posłać ich do szkoły. Tym najwyżej, że istotnie wysłanie chorego
              5latka do szpitala jest dla niego szokiem, gdy chodzenie do szkoły
              jest normą. Ale oczywiście wizja tego szoku nie była powodem, by
              narażać dziecko na śmierć z powodu zakażenia.
              • 05.10.09, 13:56
                dzieci w wiekszosci lapia wirusowki, na ktore lekarstwa nie ma
                > a lekarz cudotworca nie jest, widzac dziecko z goraczka, albo
                wysypka tez
                > diagnozy nie postawi, bo z czego?

                za to Ty stawiasz, bo wiesz, że to wurusówka, na którą lekarstwa nie
                ma.


                Srebrnarybko wink Ale Małe dzieciaki w większości przypadków łapią wirusówki i na
                to najlepszy dom, wyrko, rutinoscorbin i miłość Mamy wink Poważnie.
                A częste wizyty u polskich pediatrów kończą się częstym podawaniem antybiotyków,
                rozregulowaniem układu odpornościowego i kolejnymi chorobami. Do tego akurat
                dyplom z medycyny nie jest potrzebny ;-p
                Ja do pierworodnego wołałam pediatrę przy każdej gorączce (jeszcze prywatnie) ..
                efektem zwykle była jakaś wysypka w następnej dobie i kolejna wizyta pediatry
                (za koleje 100zł) ...
                Najpierw ja wyrosłam z lataniem do lekarza z każdym kichnięciem, a potem
                dzieciaki wyrosły z częsty chorób (nie licząc alergii Dużego).

                Pozdro
                Pam
                • 05.10.09, 14:24
                  Nie mówię, że absolutnie ze wszystkim należy latać do lekarza, ale
                  założenie, że miłość mamy jest ważniejsza od lekarza, jest
                  niebezpieczne. Miłość mamy nakazuje właściwą troskę o dziecko i
                  właśnie skorzystanie z porady lekarza, który ma większą wiedzę
                  medyczną, niż mama.
                  • 05.10.09, 14:32
                    srebrnarybka napisała:

                    > Nie mówię, że absolutnie ze wszystkim należy latać do lekarza, ale
                    > założenie, że miłość mamy jest ważniejsza od lekarza, jest
                    > niebezpieczne. Miłość mamy nakazuje właściwą troskę o dziecko i
                    > właśnie skorzystanie z porady lekarza, który ma większą wiedzę
                    > medyczną, niż mama.

                    No .. ja o tym samym pisałam wink
                  • 05.10.09, 17:31
                    ah srebrnarybko, coraz bardziej narasta we mnie podejrzenie, ze nie masz dzieci smile

                    miloscia matki zastepuje leczenie? nie, po prostu poczytalam, pogadalam (z
                    pediatra zeby nie bylo) doswiadczylam i wiem, kiedy moge reagowac domowo, a
                    kiedy lekarz jest niezbedny
                    tak naprawde wypad do lekarza zawsze grozi przywleczeniem czegos z poczekalni,
                    tak bylo jak po krople do oczu poszlysmy - jakas wirusowke dzieci przyniosly
                    a mogly cos gorszego smile
                    zadna to dla mnie atrakcja pakowac sie z trojka, odsiedziec z nimi godzine w
                    poczekalni zeby uslyszec - poczekac, obserwowac dziecko i tyle

                    ale to tez offtopic, mozna sobie darowac chyba
                    --
                    "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                    prababcia Luśki
                    • 05.10.09, 17:52
                      po prostu poczytalam, pogadalam (z
                      > pediatra zeby nie bylo) doswiadczylam i wiem, kiedy moge reagowac
                      domowo, a
                      > kiedy lekarz jest niezbedny

                      gdyby to wystarczyło, to lekarze byliby niepotrzebni.

                      tak naprawde wypad do lekarza zawsze grozi przywleczeniem czegos z
                      poczekalni,

                      niepójście do lekarza grozi błędną diagnozą postawioną przez matkę-
                      znachorkę i przeoczeniem poważnej dolegliwości.
                      • 05.10.09, 17:55
                        aha
                        no to jak juz bedziesz miala dzieci, to mozesz z nimi biegac do lekarza do woli
                        smile ja pozostane przy swoim znachorstwie
                        --
                        "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                        prababcia Luśki
                      • 05.10.09, 18:07
                        > po prostu poczytalam, pogadalam (z
                        > > pediatra zeby nie bylo) doswiadczylam i wiem, kiedy moge reagowac
                        > domowo, a
                        > > kiedy lekarz jest niezbedny
                        >
                        > gdyby to wystarczyło, to lekarze byliby niepotrzebni.


                        hehehehe, czyli lekarz jest mi potrzebny, zeby stwierdzic kiedy powinnam isc do
                        lekarza smile

                        rozumiem, ze musisz miec ostatnie slowo, wiec uznajmy, ze jestem nie tylko na
                        tyle glupia, by uwazac ze homeschooling to fajna idea, ale jeszcze narazam
                        nieustajaco zdrowie moich dzieci, osmielajac sie interpretowac objawe niegorzej
                        od lekarza smile

                        jak jezdzilam osluchiwac noworodka, to dla spokoju sumienia, bo na sluch
                        wydawalo mi sie, ze nie kaszle oskrzelowo i mialam racje; a lekarz na tyle ufal
                        moim osadom, ze antybiotyk zapisal ale decyzje pozostawil mnie, sugerujac, ze
                        jesli czuje sie na silach, to moge go dalej pociagnac domowo i homeopatycznie
                        no i beszlo sie bez antybiotyku, bo jako matka znachorka zrobilam po swojemu


                        zadne z moich dzieci antybiotykow nie bralo, a maja co i gdzie lapac
                        wiec albo mam wiecej szczescia niz rozumu, albo to znachorstwo nienajgorsze smilesmile


                        --
                        "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                        prababcia Luśki
                        • 05.10.09, 18:27
                          No ale nie wylewajcie dziecka z kapiela - wiadomo, ze mnostwa rzeczy
                          uczy sie dzieci w domu podobnie zreszta jak wiele drobnych
                          dolegliwosci leczy sie w domu ALE tu nacisk na "drobne" smile
                          Ze zdrapanym kolanem nie ma co gnac do lekarza ale juz z rozcieta na
                          5 cm broda warto zeby zalozyl szwy i czlowiek wygladal jako-tako po
                          zagojeniu. Ja nie wiem czy tu faktycznie jest jakas analogia do
                          szkoly.
                          Chyba tylko taka, ze przychodzi moment gdy rodzic "nie poradzi",
                          przy czym dla wiekszosci z nas ten moment przychodzi w okolicach 3-4
                          roku zycia gdy posylamy dzieci do szkoly, a dla pewnej czesci
                          (popierajacej i praktykujacej homeschooling) dopiero kolo 15-16, gdy
                          jest czas na high school.
                          Osobiscie uwazam, ze szkola, nawet tak niedoskonala jak kazda, w
                          ktorej mialam i miewam okazje bywac, jest dobrodziejstwem dla
                          dzieci, rodzicow i nas wszystkich podobnie jak wyzej wspomniana,
                          jakze niedoskonala, demokracja wink Dlatego ja np. "nie poradzilam"
                          sama jako rodzic juz wlasnie na etapie JK (4 lata).
                          Wydaje mi sie tez nielogicznym "hodowanie" w domu jakiegos super-
                          modelu dziecka/czlowieka/obywatela, ktorego i tak sie w koncu "wysle
                          w swiat" - w imie czego wiec opozniac ten proces wysylki skoro ten
                          swiat jak byl niedoskonaly tak i pozostanie?
                          • 05.10.09, 19:09
                            podpisuję się pod tym w całości.
            • 05.10.09, 15:53
              Ja też czasem wiem, co dziecku jest. Ale moja przyjaciółka
              lekceważąc drobny objaw, ktory wzięła za alergię, przeoczyła u
              dziecka raka.
              --
              Mops i kot

              img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
              • 05.10.09, 18:37
                a moja znajoma nie zlekcewazyla
                dziecko mialo zly apetyt, podkrazone oczy, okazyjnie slabla
                pol roku biegala po lekarzach, opisywala objawy
                zorientowali sie, ze to rak, gdy sytuacja byla beznadziejna, mala zyla po
                diagnozie jeszcze 4 miesiace

                jakie stad wnioski? i matka i lekarz moga popelnic blad,
                obserwuje swoje dzieci i jestem w stanie lepiej niz widzacy je kilka minut
                lekarz ocenic wage i ilosc objawow, wszelkie zmiany w ich zachowaniu i kondycji
                madrzy lekarze to wiedza, sluchaja matek i wspolpracuja z nimi

                zreszta, moj pediatra radzi czekac 3 dni na rozwoj wypadkow, jesli objawy nie
                mijaja, dopiero wizyta
                zabawne, bo robilam podobne zalozenia zanim mi to powiedzial, u nas tylko katary
                trwaja dluzej niz 48 godzin
                trzeba troche ufac sobie i swojej intuicji
                --
                "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                prababcia Luśki
                • 05.10.09, 19:08
                  i matka i lekarz moga popelnic blad,

                  mogą. Ale jeśli matka zaprowadzi dziecko do lekarza, jest większa
                  szansa, że któreś z nich jednak błędu nie popełni.

                  obserwuje swoje dzieci i jestem w stanie lepiej niz widzacy je kilka
                  minut
                  > lekarz ocenic wage i ilosc objawow,

                  temu słuzy wywiad. Kompetentny lekarz powinien umieć go
                  przeprowadzić, by dowiedzieć się o te objawy, które są istotne.
                  Matka może nie odróżnić objawów istotnych od nieistotnych.

                  wszelkie zmiany w ich zachowaniu i kondycji
                  > madrzy lekarze to wiedza, sluchaja matek i wspolpracuja z nimi

                  Oczywiście. Tylko ja sądzę, że mądre matki współpracują z lekarzami.
                  • 05.10.09, 19:45
                    ales sie uwziela, wyciagasz z kontekstu to co Ci pasuje i dopisujesz swoje
                    teorie, ochrzcilas mnie znachorka, bo osmielam sie dzielic objawy chorobowe na
                    takie, z ktorymi sama sobie radze i takie, z ktorymi do lekarz ide, az doszlas
                    do absurdu, ze lekarz mi jest potrzebny, zeby ocenic czy powinnam do lekarza
                    isc.. zauwazyls??

                    tak, dokladnie wiem co to jest tajemnica poliszynela, to z mojego wpisu wynika,
                    ale chyba kolejny raz po lebkach czytasz, az szkoda z Toba dyskutowac
                    --
                    "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                    prababcia Luśki
        • 05.10.09, 01:15
          no coz
          > wzywanie lekarza, zeby zrobil operacje w domu to glupota i
          rodzicow i lekarza,
          > nie zaden homehealing

          wspólnym mianownikiem ED i tego, co opisałam, jest posunięta do
          skrajności niechęć do powierzenia opieki nad dzieckiem jakiejkolwiek
          instytucji publicznej powołanej do takiej opieki. Moi dziadkowie nie
          chcieli zabijać synka, tylko uważali, że w żadnym wypadku nie można
          go oddać do szpitala i wszystko będzie lepsze, niż pozostawienie tam
          dziecka, bo w szpitalu z pewnością zrobią mu krzywdę. Kto
          rzeczywiście zrobił dziecku krzywdę, jest chyba oczywiste.
          jesli juz, to gdyby rodzice sami ta operacje przeprowadzili, to
          owszem analogia
          > by byla sluszna

          analogia jest słuszna, bo niektóre osoby przywoływane tu jako
          wychowankowie homechooingu były kształcone przez wykwalifikowanych
          guwernerów, a nie przez rodziców osobiście.
          • 05.10.09, 02:28
            Przeczytalam sumiennie wszystkie posty i zastanawiam sie nad sensem
            watku. Autorka jest swiecie przekonana o tym, ze postapi slusznie
            uczac corke w domu wiec wlasciwie o czym tu dyskutowac. Jej prawo,
            Jej dziecko, Jej problem. Agnieszka nie ma pytan ani watpliwosci,
            jest przekonana o slusznosci decyzji. Bog z Nia smile
            Zrobilam szybka sonde i okazuje sie, ze zupelnie przypadkiem, nic o
            tym wczesniej nie wiedzac, znam kilka osob, ktore maja za soba co
            najmniej kilka lat homeschooling. Wszystkie pochodza z farm i
            homeschooling wynikalo nie z wyboru dokonanego przez rodzicow ale z
            koniecznosci - brak pieniedzy na boarding school, niemoznosc
            dowozenia dzieci do odleglej szkoly, dzieci za male by jezdzic same.
            Kazda z tych osob czule wspomina lekcje przy kuchennym stole,
            podreczniki wysylane przez lokalny board of education ALE najczulej
            wspomina pierwszy dzien PRAWDZIWEJ szkoly. Jeden z kolegow, dzis
            principal w high school pochodzacy w malenkiej dziury w Manitobie
            stwierdzil, ze ten pierwszy dzien w 6 klasie kiedy zaczal nauke w
            normalnej szkole z dziecmi to bylo dla Niego jak otwarcie drzwi na
            swiat. A socjalizacji to Mu nie brakowalo, bo farma, na ktorej
            mieszkal prowadzona byla przez 3 rodziny, ktore w sumie mialy 17
            dzieci! Pojscie do szkoly jest jak utrata zebow mlecznych smile Rite of
            passage - daje dziecku poczucie dorastania, przynaleznosci do
            tych "starszych", osiagniecia kolejnego etapu. Najmadrzejsi,
            najlepiej wyksztalceni i najczulsi rodzice nie sa w stanie dac
            dziecku uczonemu w domu tego poczucia "wchodzenia w swiat". Zapewne
            daja swoim dzieciom jakies inne wartosci, dla ktorych sklonni sa
            poswiecic to "otwarcie drzwi", o ktorym wspomnial moj kolega, ale ja
            osobiscie watpie czy to jest faktycznie sluszna decyzja.
            I jeszcze cos o jezykach. Moje dzieci sa biegle troj-jezyczne - juz
            kiedys o tym pisalam. Wlozylismy w to BARDZO duzo pracy i kosztowalo
            to nas rowniez troche pieniedzy - wakacje w Polsce itp. Czescia
            nauki polskiego bylo uczestnictwo w obozach w Polsce, gdzie nasza
            trojka uczyla sie tego, o czym wspomina Verdana - wspolczesnego
            jezyka Ich generacji. Podobnie rzecz sie ma gdy posluguja sie na
            codzien angielskim i francuskim w swoich grupach rowiesniczych - my,
            rodzice, nigdy nie bylibysmy w stanie dac Im tego poziomu fluency,
            bo sami nie jestesmy fluent w takim stopniu w slangu mlodziezowym
            zadnego z tych jezykow a slang mojego pokolenia to juz dla moich
            dzieci czysty archaic wink Dlatego uwazam, ze akurat dla dzieci takich
            jak nasze, wychowywanych metoda OPOL, funkcjonowanie w normalnym
            srodowisku szkolnym jest crucial (!) aby moc poczuc pelna
            przynaleznosc jezykowa i osiagnac 100% znajomosci jezykow, ktore sa
            wprowadzane.
            I przepraszam za wtrety z angielskiego ale to jest moje czyste
            lenistwo w niedziele wieczorem - kto jest bez grzechu niech
            pierwszy... wink
            • 05.10.09, 12:33
              > dzieci! Pojscie do szkoly jest jak utrata zebow mlecznych smile Rite
              > of passage - daje dziecku poczucie dorastania, przynaleznosci do
              > tych "starszych", osiagniecia kolejnego etapu.

              Dobrze, że o tym wspominasz, bo ludzie potrzebują w życiu wyraźnych
              wydarzeń, które są jakby grubymi kreskami oddzielającymi ich
              dotychczasowe losy. Jest to kwestia przełamania, nowego otwarcia,
              czasem inicjacji, wejścia w nowy krąg kultury, doświadczeń i nowego
              sposobu myślenia - często o starych sprawach. Bywa, że bez owego
              wyraźnego odczucia kiedy ten nowy etap się kończy, a kiedy zaczyna
              ludzie czują się nieszczęsliwi i niespełnieni, bo brak im wyraźnych
              bodźców, choć dla innych - ich życie może się jawić, jak bajka.
              Wiele osób, za takie wydarzenia uznaje właśnie wejście w nowe
              środowisko - coś niesłychanie stymulującego intelektualnie, jakby
              podróż w zupełnie nieznany, nowy świat. Dla innych będzie to
              choroba, wypadek, otarcie się o śmierć. Dla niektórych wojna, lub
              dokonanie heroicznego czynu. Potrzebujemy punktów zwrotnych, jak
              świeżego powietrza smile
              --
              www.manhood.com.au/
    • 05.10.09, 09:24
      A Ty nie zakładasz przypadkiem, że Wasze dziecko jest wybitnie
      uzdolnione, bo przypisywanie sukcesów (lista osób, jaka załączyłaś)
      się ma nijak do nauczania domowego (proponuję być ostrożnym w
      używaniu zwrotów obcojęzycznych, bo nie zawsze oznaczają one lepsze,
      nowoczesniejsze spojrzenie na sprawy)?
      A co będzie, jak nie będzie zdolne, tylko normalne? I będzie
      potrzebowało normalnego systemu edukacji, żeby znaleźć sobie miejsce
      w życiu?
      Czy Ty przypadkiem nie należysz do grona ambitnych matek, które
      zgłoszą 4-letnią córkę do wyborów miss przedszkola, a w wieku 6 lat
      zaczną im stosować dietę, żeby były szczupłe?

      Zamierzasz poświecac dużo czasu dziecku, OK - ale, czy nie obawiasz
      się, że pewnego dnia zdziwisz sie, że Twój lekko zaniedbany przez
      Ciebie mąż ma jakąś świetną, głęboką symbioze myśli i emocji z
      koleżanką z pracy, która słucha go, a nie tylko mówi o swoim dziecku?
      Wielu facetów dostaje kopa w 4 litery od żon zajętych nowym celem w
      życiu - wychowaniem swojego dziecka na gwiazdę.


      Wydaje mi sie, że chcesz szalenie kontrolować swoje dziecko, że ma
      być dokładnie, tak, jak sobie przemyślałaś, zaplanowałaś i co jest
      cool.

      Weźmy np. fizykę i chemię, co do których chyba masz pogląd, że sa
      one zupełnie zbędne w życiu. Chyba to wynika z tego, ze sama za
      naukami ścisłymi nie przepadałaś. A co, jak mała będize uzdolniona w
      tym kierunku? A będzie musiała ćwiczyć balet ?
      Tak swoja drogą, to akurat fizyka i chemia, a nawet tablica
      Mendelejewa, wymieniona przez Ciebie jako synonim bezmyslnego
      wkuwania mają o tyle znaczenie w życiu, że świat własnie taki jest,
      jakim go widzimy, bo materia ma takie własności w takim własnie
      środowisku. Nawet to, że to czytasz, to proces fizykochemiczny smile.
      Nie będę przetaczał ponownie argumentów verdany, czy srebrnejrybki.
      W każdym razie jest coś jeszcze - przychodzi, mom zdaniem taki
      moment, kiedy dziecko sie wzmacnia wewnętrznie i ostatecznie
      kształtuje będąc w opozycji wobec rodziców. To jest takie szarpanie
      się przed zerwaniem tych silnych więzi psychicznych, jakie np. dziś
      łaczą Cię z dzieckiem. Dzieciak potrzebuje znajomości innego świata,
      żeby siebie zdefiniowac w opozycji do rodziców. A Ty chcesz dac
      świat zewnętrzny, ale w pełni kontrolowany.
      To pułapka, zamęczysz siebie i małą.
      Pozdrawiam smile
      --
      www.manhood.com.au/
    • 05.10.09, 10:01
      rok temu byl program w TV o dzeiciach (teraz juz doroslych)...
      wszytskie narzekaly na jedno..brak kontaktu z rowisnikami i brak w zyciu
      doroslym wspomnien z dziecinstwa i ze szkoly.

      Zadna z tych osob nie zdecydowala sie na nauke dzeicka w domu...

      • 05.10.09, 10:12
        coz, trawa u sasiada jest zawsze bardziej zielona

        my narzekamy, ze nie mielismy lego i barbie, kupujemy je namietnie naszym
        dzieciom, a czy naprawde nasze dziecinstwo by zyskalo?
        nie mielibysmy wspomnien z budowania namiotow z krzesl i kocow, bo rodzice
        kupilibym gotowy namiot

        a i homeschooling ma rozne twarze, jest ten z koniecznosci, roznej jakosci, jest
        ten z wyboru, ktory na pewno dzieci moga swietnie wspominac
        --
        "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
        prababcia Luśki
        • 05.10.09, 12:17
          oczywiscie, ze moga wspominac..tylko co?
          nauke w domu z mama? obiad z mama? wszytsko z mama (lub tata)?

          proponuje porozmawianie z np. niepeolnosprawnymi dzeicmi, ktore sila rzeczy
          musza si euczyc w domu...ile by daly za kontakt i zabawe z rowneisnikami.

          oczywiscie, jezeli w poblizu sa same szkoly do ktorych chodzi 90% dzeici z
          marginesu..coz..pozostaje taka nauka lub dojezdzanie daleko..

          NIe, szczerze mowiac nie widze takiego typu nauczynia...
          podane przyklady...niby sa ok, ale problem w tym, ze wtedy byly inne czasy i
          teraz sa inne...

          • 05.10.09, 13:19
            camel, watku chyba nie przeczytales, bo tez widze, ze dla ciebie ED to dziecina
            biedna w domu zamknieta, od swiata odcieta, bez kontaktu z rowiesnikami
            a juz dzieci niepelnosprawne zupelnie od rzeczy przytaczasz, bo to inne zjawisko
            i inne ograniczenia


            > NIe, szczerze mowiac nie widze takiego typu nauczynia...
            > podane przyklady...niby sa ok, ale problem w tym, ze wtedy byly inne czasy i
            teraz sa inne...

            no ED to zjawisko marginalne, podobnie jak porody domowe, niby mozna, niby ok,
            ale jednak tylko garstka kobiet sie decyduje, bo profesjonalny szpital na pewno
            bedzie lepszy wink

            teraz sa inne czasy, to fakt
            do szkoly zawitaly narkotyki, przemoc, mobbing, seks, jak czytam co wyczyniaja i
            widze jak sie zachowuja dzisiejsze 12-13 latki, kiedy ja w tym wieku niewinne
            dziecie bylam, to jakos narasta we mnie chec trzymania dzieci od takich kolegow
            z daleka big_grin
            --
            "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
            prababcia Luśki
            • 05.10.09, 14:09
              teraz sa inne czasy, to fakt
              do szkoly zawitaly narkotyki, przemoc, mobbing, seks, jak czytam co wyczyniaja i
              widze jak sie zachowuja dzisiejsze 12-13 latki, kiedy ja w tym wieku niewinne
              dziecie bylam, to jakos narasta we mnie chec trzymania dzieci od takich kolegow
              z daleka big_grin


              Trzymanie z daleka nic nie da. Efekt może okazać się odwrotny od tego jaki
              zamierzałaś ... Z narkotykami może się spotkać na podwórku czy na kolonii/obozie
              albo przyniesie je kuzynka wink
              Lepiej postarajmy się tak wychować dzieci, aby w momencie kiedy ktoś zaproponuje
              im narkotyki One odmówią. Izolacja od "złego środowiska" tego nie zapewni ... z
              resztą w końcu kiedyś zostaną spuszczone z maminej smyczy, będą chciały
              "zaistnieć" w grupie rówieśników ...
              • 05.10.09, 14:41
                to po pierwsze.
                Po drugie - z tymi innymi czasami też nie przesadzajmy. Mój ojciec
                kończył przed wojną prywatne gimnazjum i liceum. Starsi koledzy ojca
                uczęszczali tam do domów publicznych na Starym Mieście (nie zdradzę,
                jakie to miasto) i istniało powszechnie zrozumiałe wyrażenie "pójść
                na Stare Miasto", które oznaczało wizytę w domu niezupełnie
                prywatnym, na wycieczce szkolnej kilku kolegów mojego ojca
                przygruchało sobie pokojówkę z pensjonatu, gdzie nocowali, i za
                odpowiednią opłatą pozyskało od niej tę samą usługę, co od pań ze
                Starego Miasta. Przedtem, gdy przesiadali się i parę godzin czekali
                na pociąg w innym mieście, jeden z kolegów ojca stłukł szyld u
                fryzjera. Kilku kolegów ojca wyleciało ze szkoły tuż przed maturą za
                pijaństwo. W dyrektora szkoły rzucono kiedyś wycieraczką - fakt, że
                dyrektor był fajtłapą i słusznie mu się to należało. Inny kolega
                wyleciał tuż przed maturą za sfałszowanie podpisu swojego ojca na
                wekslu (szkoła była płatna, chodziło o weksel służący do płacenia za
                szkołę). Mogę jeszcze przytoczyć parę innych budujących historii z
                tej szkoły. Porządne przedwojenne prywatne liceum.
                Co więcej - moi dziadkowie, fanatyczni katolicy nie obawiali się
                posyłać dwóch synów (ojca i jego brata) do tej szkoły ani na takie
                demoralizujące wycieczki. Zresztą słusznie, bo moj ojciec w tych
                rozróbach nie uczetniczył, a na propozycję kolegi, który w
                pensjonacie umawiał tę pokojówkę (pop...liłbyś pannę Zosię?)
                wzruszył ramionami, bo wychowany był w ten sposób, że wiedział, że
                zadawanie się z przypadkową panną Zosią za pieniądze jest
                obrzydliwe, nieetyczne i niebezpieczne (choroby weneryczne). Gorzej
                byłoby, gdyby z taką propozycją spotkał się np. dopiero w wojsku,
                nie słyszawszy przedtem o problemie prostytucji i nie mając
                odpowiednich zasad wyniesionych z domu, bo nie warto dziecka uczyć
                zasad, skoro jest izolowane od złego świata.
                Nie jest prawdą, że zło zaczęło się w naszych czasach. Zło było
                zawsze. Tylko teraz jest większa histeria.
              • 05.10.09, 17:12
                czyli jednak nauczanie domowe ma być odseparowaniem diecka od
                zdemoralizowanego świata. Cóż, w takim razie całe zapewnianie o tym,
                ze dziecko będzie wysylane na obozy, na zajęcia jest albo tylko ot,
                takim sobie zapewnieniem, albo gruba nielogicznoscią. Jesli matka
                boi sie rowieśnikow, to przeciez oboz jest groxniejszy od szkoly...
                Tylko predzej zdemoralizuje się dziecko , ktore po raz pierwszy
                zetknie sie z pewnego rodzaju zjawiskami w wieku lat 16 , niż takie,
                ktore wie, ze nie nalezy we wszystkim nasladować kolegow i uczy sie
                tego juz w przedskolu.
                Swoją droga, jak mozna chciec samemu uczyć i wychowywac dziecko,
                kiedy się nie ma wiary w to, ze wlasna nauka i wlasny przyklad
                wplynął na dziecko tak, ze bedzie umiało poradzic sobie z pewnymi
                rzeczami. Trzeba nie miec cienia zaufania do swoich pedagogicznych
                zdolnosci i siły przekazu - a mimo to uwazac, zze to powinno dziecku
                wystarczyć.
                --
                Mops i kot

                img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
            • 05.10.09, 17:41
              nie no, matulu droga
              tak bardzo sie musicie czepic, ze umykaja wam zarciki

              ja ED robic nie bede, wiec nie bede miala okazji dzieci separowac hehe
              zdaje sobie sprawe, ze nie odcinanie od zla, tylko wychowywanie dziecka jest
              istotne, tak mi sie nasunelo zartobliwie w kwestii, ze mamy inne czasy smile ano
              mamy smile

              moze i starsi koledzy w gimnazjum chodzili do burdelu, dzis duzo mlodsze
              dziewczynki uwazaja, ze dziewictwo to obciach
              wiec troche sie jednak zmienilo



              --
              "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
              prababcia Luśki
              • 05.10.09, 18:10
                dzis duzo mlodsze
                > dziewczynki uwazaja, ze dziewictwo to obciach
                > wiec troche sie jednak zmienilo

                wtedy też były takie dziewczynki, całkiem młode, tylko nie chodziły
                do liceum. Bywały służącymi, pokojówkami, pasały gęsi. Radzę
                przeczytać Chłopów Reymonta. 19 letnia Jagna, jak wychodziła za
                Borynę, nie była dziewicą. Gdy brata Jagny matka wygnała z domu i
                uciekł do narzeczonej, to matka narzeczonej sama zachęcała: a weż go
                pod pierzynę, co to szkodzi, że trochę wcześniej, niż ksiądz
                pobłogosławi.
                Tylko w tzw. najwyższych sferach panna musiała być dziewicą aż do
                ślubu, co wynikało ze staroszlacheckiego poczucia tzw. honoru i
                rzekomo zapewniało, że przyszłe dzieci z pewnością będą dziećmi męża
                i żona nie wpuści żadnej "obcej krwi" do szlachetnego rodu swego
                małżonka. Mężczyzna, nawet z najwyższej sfery, nie musiał, a nawet z
                reguły nie był czysty do ślubu. Co najwyżej, jeśli służąca zaszła w
                ciążę, wypadało ją odpowiednio wydać za mąż, co zwykle nie było
                szczególnie kosztowne. No, a w sferach bardziej "tandentnych", które
                nieudolnie naśladowały tradycję szlachecką, jak pani Dulska,
                wystarczyło zapłacić za skrobankę. Była to głęboka hipokryzja, w
                której za "nieskalanie" przyszłych dam płaciły dziewczęta z niższych
                sfer.
                Oczywiście należy wychowywać nastolatki tak, by były odpowiedzialne.
                Ale od tego są mądrzy rodzice. Zamknięcie dziecka w domu nic nie da.
                Polecam mądrość ludową w postaci piosenki Mazowsza:
                wysokie płoty tato grodził,
                żeby do Kasi nikt nie chdził,
                ale ta Kasia mądra była
                i dziurę w wywierciła.
                Łoj, żeby nie ta dziura w desce,
                byłaby Kasią panną jeszcze.
                Łoj nie pomogą tato płoty,
                gdy Kasia rada na zaloty.
                • 05.10.09, 18:24
                  wiesz, moja przyjaciolka z podstawowki rozmnozyla sie zaraz po 8 klasie
                  ale wtedy to bylo tajemnica poliszynela, o seksie sie nie rozmawialo po prostu
                  dzis 12, 13 latki otwarcie mowia o sprawach, o ktorych ja w ich wieku nie
                  wiedzialam, a uprawianie seksu jest omawiane glosno i ostentacyjnie

                  jasne, ze wierze, ze wychowam dzieci na myslace i dobrze wychowane nastolatki,
                  ktore sie nie pogubia
                  choc akurat na zachowanie dziewictwa do slubu nie mam cisnienia zupelnie, wrecz
                  przeciwnie, robienia z piczki kapliczki zaszczepiac im nie zamierzam, ale to juz
                  kolejny offtopic smile



                  --
                  "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                  prababcia Luśki
                  • 05.10.09, 18:32
                    donkaczka napisała:

                    > o seksie sie nie rozmawialo po prostu
                    > dzis 12, 13 latki otwarcie mowia o sprawach, o ktorych ja w ich
                    wieku nie
                    > wiedzialam,

                    Ale to sa kazdej z nas bardzo osobiste doswiadczenia - ja chodzilam
                    do podstawowki we wczesnych latach 70-tych i w wieku 12-13 lat nie
                    tylko rozmawialysmy o seksie z kolezankami ale rysowalysmy pozycje i
                    bylysmy niezle oblatane w terminologii. A bylysmy "panienkami z
                    dobrych, inteligenckich, warszawskich" domow. I chocby do takich
                    rozmow potrzebne sa szkolne psiapsiolki smile
                  • 05.10.09, 19:17
                    wtedy to bylo tajemnica poliszynela,

                    nie wiem, czy rozumiesz to sformułowanie. Tajemnica poliszynela
                    oznacza rzecz powszechnie znaną. Tak, jak napisałaś, znaczyłoby, że
                    nic się nie zmieniło, a zdaje mi się, że chciałaś powiedzieć coś
                    odwrotnego.

                    jasne, ze wierze, ze wychowam dzieci na myslace i dobrze wychowane
                    nastolatki,
                    > ktore sie nie pogubia

                    i życzę Ci tego. Jeśli nie, to zamykanie w domu nic nie pomoże. Tak
                    przy okazji znów przykłady przedwojennych opowieści mojego ojca:
                    znał przed wojną pewną arystokratyczną rodzinę, gdzie panienka
                    wychowywana na klasztornej pensji urodziła dziecko. Nawet
                    dziadkowie, konserwatywni katolicy, twierdzili, że to wynik
                    nieprzygotowania do życia na takiej pensji i nieumiejętności
                    zachowania się wobec mężczyzny. W mieście młodości mojego ojca
                    zdarzyło się też, że do ginekologa przyszła uczennica w mundurku
                    innej klasztornej pensji, prosząc, by ją zbadać, czy nie jest w
                    odmiennym stanie. Była, a ponadto ginekolog stwierdził syfilis.
                    Łoj nie poradzą tato płoty, łoj nie poradzą tato płoty,
                    gdy Kasia rada, gdy rada Kasia, gdy Kasia rada na zaloty.
                  • 05.10.09, 19:34
                    Nie wiem, ile masz lat - ale ja rozmawialam w tym wieku o seksie. Z
                    kolezankami. I wiesz - chyba wole mowienie glosno, niż szeptanie po
                    kątach.
                    --
                    Mops i kot

                    img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
                    • 05.10.09, 20:00
                      coz, my gdy mialysmy 12-13 lat, to jeszcze nie miesiaczkowalysmy, a o ile seks
                      nas ciekawil, to niewiele wiedzialysmy

                      ja tez wole mowienie wprost o seksie
                      ale to nie natezenie glosu idzie, a o slowa w jaki jest ubierany, o to ze
                      przedmiotem rozmow nie jest seks jako taki, tylko omawiane sa bujne
                      doswiadczenia nieletnich dziewczat
                      pewnie to nie norma, ale jednak dosc czeste niestety, mnie to zniesmacza i juz,
                      nie ten wiek, nie ci rozmowcy
                      ja sobie moge z kolezankami pogadac w dosc bezposredni sposob, ale gdy robia to
                      dzieci, mam oczy jak piec zlotych i szczeka mi opada

                      --
                      "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                      prababcia Luśki
    • 05.10.09, 10:02
      smile) tak cool. nowoczesnie, fajnie, super..prawie po amerykanszczansku?
      • 05.10.09, 20:09
        Ja swoje dziecko kocham miloscia wielka, meza tez, ale z zadnym z
        nich nie moglabym przebywac w pelnym wymiarze, a tego ED wymaga.
        Poza tym srodowiska ED to: konserwatywni chrzescijanie, albo New Age
        o swiatopogladzie skrajnym, nic po srodku, albo przynajmniej
        niewiele. W rzeczywistosc nei jest wiec tak rozowa jak zalozenia.

        Przyznaje, ze materialy do homeschooling sa swietne i czesto z nich
        korzystam, nie uprawiajac ED.

        Swoje dziecko posylam do najzwyklejszej, sredniej, publicznej szkoly
        gdzie jest zroznicowanie rasowe, kulturowe, etniczne i socjo-
        ekonomiczne. Jak mnie szkola zawiedzie to zmienie szkole, nie rzuce
        sie na ED. Od szkoly cudow nie wymagam, chce zeby zapewnila dziecku
        bezpieczenstwo i zroznicowane srodowisko. ED z uprawiamy caly czas,
        co nie przeszkadza dziecku do szkoly uczeszczac.

        Ale..... jak w demokracji, uwazam, ze rodzice powinni miec wybor i
        wsparcie (czyt. nie rzucenie klod pod nog ze strony biurokracji),
        jezeli chca wybrac ED, albo polaczyc ja z bardziej sformalizowana
        szkola, albo mozliwosci decydowania keidy dziecko ma do szkoly isc,
        alby czy zostac dluzej w przedszkolu.
    • 06.10.09, 00:21
      Moj maly przyszly homeschooler zabkuje i mam troche urwanie glowy,
      ale w wolnych momentach czytalam zawziecie posty dnia
      dzisiejszego smile.

      Nie bede zgrywala madralinskiej, ze niby sama wymyslilam wink, a po
      prostu podam wam link do artykulu o ED w Stanach u dolu. Maja tam 2
      miliony homeschoolerow, chetnych statystykow, takze sprawe solidnie
      przebadali i mozna sobie poczytac jak ktos chce. (tylko prosze mi
      nie mowic, ze- Ameryka daleko, ludzie sa inni i 'amerykanske' realia
      nijak do europejskich sie nie maja, bo rodzice madrzejsi, a trawa
      bardziej zielona wink)
      Tak na zasadzie - moja znajoma praktykowala ED i jej syn uciekl do
      dziadkow, i sa wariatami, i zadne dziecko nie chodzace do szkoly nie
      odnajdzie sie na uniwersytecie i bedzie nieprzystosowane, i mama nie
      lubiaca matmy nie nauczy dziecka tabliczki mnozenia, to mozemy sobie
      gadac nastepne 270 postow wink.

      - statystyki, ktore zawieraja odpowiedz na wiele z waszych pytan smile

      findarticles.com/p/articles/mi_qa3955/is_200410/ai_n9443747/?tag=content;col1


      • 06.10.09, 01:57
        aagnie.szkaa napisała:

        > - statystyki, ktore zawieraja odpowiedz na wiele z waszych pytan smile
        >

        Agnieszko, chyba cos Ci sie pomylilo - tu nikt nie zglaszal zadnych
        pytan na temat homeschooling. Wszyscy wypowiadajacy sie maja
        okreslone zdanie na temat, ktory podjelas. A ze akurat znakomita
        wiekszosc postow nie jest pisana przez osoby zachwycajace sie idea
        homeschooling to jeszcze nie powod by sugerowac niezbednosc jakichs
        statystyk do kontynuowania dyskusji. Z punkyu widzenia co najmniej
        kilkorga z nas to jest po prostu kiepski pomysl. Ale nadzieja w tym,
        ze dziecko masz male i zanim przyjdzie co czego, Twoje zycie i
        poglady ulegna tylu zmianom .... smile
        • 06.10.09, 10:54
          jak to nie zglaszal pytan?
          choc w sumie to masz racje, to byly tezy bez podparcia w danych, jak to
          homeschooling uposledza towarzysko, socjalnie i edukacyjnie

          zajrzalas do artykulu? mnie sie podobal, rzetelne zbadano studentow uczonych w
          domu, zadna z obaw krytykow sie nie potwierdza, a tezy okazuja sie bezpodstawnym
          czarnowidztwem, chocby to ze socjalnie i w postawach obywatelskich
          homeschoolerzy sa nawet lepiej rozwinieci


          mnie zastanowil fragment o postawach nastolatek, bardzo mocno przypomniala mi
          sie ksiazka "ocalic ofelie" o tym co wspolczesne spolecznestwo robi z
          dziewczynkami, a czego wlasnie homeschoolerki nie doswiadczaja - przymusu
          wtloczenia w ramy zachowan, ubioru, bycia jak wszyscy inni
          ja bym stokrtonie wolala miec w domu mala anarchistke buntowniczke z calym
          dobrodziejstwem inwentarza, niz kolejnego klona barbie, bo taki jest "trynd" w
          szkole


          i jeszcze to, ze homeschoolerzy czytaja raczej ksiazki i magazyny, niz gazety -
          to chyba skutek indywidualnego podjescia w nauczaniu, ogolnoinformacyjna papka
          jest mniej interesujaca niz tematyczne wydawnictwa

          i jeszcze to, ze rodzice przygotowani do nauczania z racji wyksztalcenia, nie
          osiagali lepszych wynikow niz przecietny rodzic wink

          interesujace badanie, przeczytam je jeszcze pozniej drugi raz dokladniej i
          pokopie za innymi

          --
          "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
          prababcia Luśki
          • 06.10.09, 17:42
            Przeczytalam, nie pierwszy to zreszta tego typu tekst, ktory sie
            pojawia smile Z powodu sasiedztwa jestem bardzo sceptyczna jesli chodzi
            o tzw. badania amerykanskie, szczegolnie w naukach spolecznych i
            spoleczno-politycznych ale nie chce tu skrecac watku, bo i tak jest
            dlugi jak tasiemiec.
            Ja nie kwestionuje pewnych osiagniec homeschooling, stwierdzam
            jedynie, ze widze sprzecznosc wewnetrzna w koncepcji (czy nadziei?)
            wychowania "lepszego" (?)/"lepiej wyksztalconego"(?)/"lepiej
            przygotowanego do wyzwan swiata"(?) czlowieka jakos tam go jednak
            izolujac od pewnego "swiatowego" standardu jakim jest szkola z
            zalozeniem, ze ten czlowiek ma w koncu w tym "odrzucanym" swiecie
            zaistniec z sukcesem. Albo rybki, albo akwarium wink
            I powtorze jeszcze raz - wiem, ze szkola zdecydowanie nie jest
            idealna i ma tysiace wad, ale co w zyciu jest bez wad? Nauczanie w
            domu tez bedzie miec/ma okreslone shortcomings/wady/problemy - jest
            to wiec, dla mnie, zamiana jednych problemow na inne, bo cudow nie
            ma i nic nie jest perfect smile Kwestia indywidulana pozostaje, ktore
            minusy jest danej rodzinie latwiej zaakceptowac (podobnie jak z
            emigracja, prawda? nie ma idealnego kraju, tylko w pewnych jest nam
            latwiej pogodzic sie z istniejacymi niedoskonalosciami).
            I tak dlugo jak rodzice decydujacy sie na homeschooling sa swiadomi,
            ze daja swoim dzieciom "cos" w zamian "czegos" a wiec
            ZAWSZE "czegos" te dzieci jednak pozbawiaja (!), to szafa gra.
            Problem zaczyna sie wtedy gdy dorosli postrzegaja homeschooling jako
            panaceum na wszystkie bolaczki edukacji i jako PERFEKCYJNA opcje,
            ktora powinna zastapic regularna szkole. Takie myslenie uwazam za
            krotkowzroczne i wrecz niebezpieczne, bo nacechowane jest wszystkimi
            negatywami zwiazanymi z "jedynym dobrym rozwiazaniem", "mama, ktora
            zawsze wie lepiej" itd, itd, itd.
            • 06.10.09, 18:04
              a widzisz, to ja postrzegam homeschooling jako alternatywe
              edukacyjno-wychowawcza, a nie jedyna sluszna droge ku "hodowli nadczlowieka"

              a watek mial wydzwiek odwrotny do tego czego Ty sie w ED boisz - szkola jest
              jedynym slusznym wyjsciem, homeschooling to porazka, bo jak rodzic moze dziecku
              edukacje i socjalizacje na poziomie zapewnic, no nie moze, a juz na pewno nie
              bez wyksztalcenia kierunkowego - no i te badania temu przecza




              imo ED to rozwiazanie dla chetnych rodzicow, ktorzy maja czas, czuja sie na
              silach i nie robia szkole konkurencji widzac w niej cale zlo, tylko chca cos z
              pozytkiem dla dzieci robic, bo homeschooling postrzegaja jako dajacy mozliwosci
              inne niz szkola i interesuje ich to bardziej, niz czekanie na dzieci z obiadem
              az ze szkoly wroca a w tym czasie pucowanie mytych tydzien temu okien i
              malowanie trawy na zielono z nudow wink


              zreszta, ja dzieki hitlerowi mam dylemat z glowy wink chyba ze wyemigrujemy gdzie
              indziej smile

              --
              "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
              prababcia Luśki
              • 06.10.09, 18:29
                interesuje ich to bardziej, niz czekanie na dzieci z obiadem
                > az ze szkoly wroca a w tym czasie pucowanie mytych tydzien temu
                okien i
                > malowanie trawy na zielono z nudow wink

                jest jeszcze parę innych ciekawych rzeczy do zrobienia w życiu.
                Dzieci nie służą do zabijania nudy rodziców którzy nie mają pomysłu
                na swoje zycie.
    • 06.10.09, 08:19
      A ja muszę trochę Agnieszki bronić smile, w końcu naprawdę nie wiadomo,
      czy jej się nie uda? Z tego, co pisze o systemie szkolnictwa w
      Anglii, to może faktycznie niewiele traci. Czasem nie trzeba
      specjalnej szerokiej wiedzy, żeby robić karierę - wystarczy
      podstawowy poziom komunikacji społecznej i własna pasja poparta
      talentem.
      Co do tego Cambridge, to rozumiem, że wreszcie określiliśmy
      konkretny cel - o co w tym wszystkim chodzi.
      To może trzebaby się dowiedzieć, czy procent tych, którzy zdają
      egzaminy wstępne na Cambridge, a mieli homeschooling jest znacząco
      wyższy niż reszty przyjętych (trzeba też oddzielić kwestie
      finansowe, to że jednego stać, a rodziców drugiego nie stać na
      Cambridge). Również stypendia dla zdolnej młodzieży, jeżeli miały
      wpływ na zdawalność do Cambridge.
      Warto tez powaznie sobie odpowiedzieć na pytanie na ile ten
      homeschooliong ma być zaspokojeniem pragnień matki co do posiadania
      thebeściarskiego dzieciaka.
      Z drugiej strony nam w Polsce homeschooling wydaje się jakiś
      wybrakowany, ale może w UK system kariery (na pewnych jej
      kierunkach) nie premiuje wiedzy uzyskanej i utrwalonej poprzez
      normalny, publiczny lub prywatny system edukacyjny?
      --
      www.manhood.com.au/
      • 06.10.09, 11:01
        coz, milionom ludzi na swiecie sie udaje, czemu ma sie Agnieszce nie udac??

        a w Polsce wszystko co inne jest wybrakowane, nie spotkalam sie z zaciekawieniem
        czy zainteresowaniem, gdy pojawia sie jakies odstajace od "norm" zachowanie czy
        metoda
        nawet tu na forum niemal kazdy watek o nowinkach chocby w wychowaniu dzieci -
        EC, nie karmienie papkami, chusty jeszcze niedawno, AP, ba pierdoly typu
        pieluchy wielorazowe, pranie w orzechach, a zaraz zamiast zyczliwego
        zainteresowania mnostwo tez o rzekomej szkodliwosci tegoz i wszelkie mozliwe
        zagrozenia ze stosowania tychze plynace
        o, porody w domu, nienacinanie przy porodzie - nie wychylac sie, isc z pradem,
        robic jak wszyscy, bo zadziobia wink

        wiesz, ja bym predzej w polsce niz tutaj w niemczech w ED poszla, bo jezyk ten sam
        wielojezycznosc nie jest prosta, juz to bedzie wymagalo pracy sporo, wiec ja sie
        raczej nastawiam na rozwijanie dzieciakom zainteresowan i poszerzanie wiedze
        poza szkola, niemieckie szkolnictwo tez pozostawia sporo do zyczenia

        --
        "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
        prababcia Luśki
        • 06.10.09, 11:51
          Zgoda, komentarze na forum bywają krytyczne, bo to po trochu taka
          materia. Kazdy ma za uszami, gdzieś tam z tyłu myslenie typu "A jak
          to się u nas robi?" "Co powiedziałaby mama?". W dodatku siedzi na
          plecach diabełek pod nazwą "Czy robię wszystko, co powinienem?" i
          kręci bicz z piasku smile.

          To trochę jak z budownictwem - nowości mile widziane, ale na
          tradycji (w dobrym tego słowa znaczeniu) niełatwo się zawieść smile.
          Też wolę uzupełnianie poza szkołą działań twórczych, autokreacji,
          pasji. Bo szkoła uczy też współdziałania w grupie w celu osiągniecia
          celu, reguł i dynamiki grup. Pozwala również dokonywać wyboru w
          zakresie upodobań co do przyszłego partnera życiowego i trenowanie
          różnego rodzaju zauroczeń, podkochiwań i "rzucania" bez czujnego oka
          mamy big_grin
          --
          www.manhood.com.au/
        • 06.10.09, 15:34
          Cóż, badano tylko te osoby, ktore się dostaly po nauczaniu domowym
          na uniwersytety. Czy sa także statystyki jaki jest to procent
          wszystkich uczonych w domu?
          I mnie prawde mowiac nie bardzo interesuje procent osob na
          uniwersytetach - jako jedyna cyfra. Chcialabym wiedzieć, ile osob z
          rodzin malodzietnych, uczonych tylko przez rodziców - jak już
          pisałam mam inne zdanie o kompletach uczniow i prywatnych
          nauczycielach - jest zadowolonych ze swojej mlodosci i dziecinstwa.
          jak radzą sobie z zyciem towarzyskim.
          Bo nie mam wątpliwosci, że część rodziców może nieźle przygotowac
          dziecko do studiow (z tym,z e nie na kazdy kierunek, tylko na kilka
          konkretnych), ale na studiach życie się nie konczy.
          --
          Mops i kot

          img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
          • 06.10.09, 17:26
            prosze bardzo, dokladne badanie spolecznosci homeschoolersow, swiezutkie, ale
            uprzedzam, nie spodoba Ci sie wink

            www.hslda.org/docs/study/ray2009/default.asp
            palasz tak duza niechecia do ED, ze az popadasz w smiesznosc
            jakie ma znaczenie dla wiarygodnosci zalinkowanych przez agnieszke badan, ilu
            domowych uczniow idzie na studia? widac, ze wypadaja powyzej przecietnej, wbrew
            krytyce
            i nagle wazniejsze jest TOWARZYSKIE zycie NIEKTORYCH uczniow, zeby calosc ED ocenic?
            jak to w tamtym artykule napisano, dewianci sa w kazdej spolecznosci, zeby
            jeszcze szkola publiczna gwarantowala wspanialy rozwoj socjalny i bogate zycie
            towarzyskie, to jeszcze
            a tu nagle przed ED stawia sie wymagania jakich sie szkole publicznej nie stawia..

            prywatnych nauczycieli wcale nie ma, homeschooling bazuje na rodzicach i BEZ
            ZNACZENIA jest ich akademickie wyksztalcenie, dzieci i tak osiagaja wyniki duzo
            powyzej publicznej przecietnej, zgroza, nie?? big_grin

            skoro sie na studiach zycie nie konczy, to po co ta cala jatka w watku nad
            chemia, fizyka, tabliczka mnozenia, skoro to nagle ma marginalne znaczenie, a
            zycie towarzyskie owszem?

            --
            "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
            prababcia Luśki
            • 06.10.09, 18:31

              skoro sie na studiach zycie nie konczy, to po co ta cala jatka w
              watku nad
              chemia, fizyka, tabliczka mnozenia, skoro to nagle ma marginalne
              znaczenie, a
              zycie towarzyskie owszem?

              Ważne jest i jedno i drugie.
              • 06.10.09, 18:43
                A co myslisz o przynaleznosci homeschoolera do harcerstwa (obok
                innych aktywnosci oczywiscie), jest struktura, jest wspolpraca, sa
                szczytne cele, rywalizacja i ciaglosc. Mozna juz 6-o latka posylac,
                pierwsze milosci przezywac i na obozy wyjezdzac.
                Wciaz byloby za malo w kwestii socjalizacji?

                Paluszki mnie swiezbia, ale nie mam kiedy pisac, mala fakt paskudnie
                sie czuje, goraczkuje i placze. Bidulka.

                --
                www.education-otherwise.org/
                • 06.10.09, 19:19
                  A co myslisz o przynaleznosci homeschoolera do harcerstwa (obok
                  > innych aktywnosci oczywiscie), jest struktura, jest wspolpraca, sa
                  > szczytne cele, rywalizacja i ciaglosc. Mozna juz 6-o latka
                  posylac,
                  > pierwsze milosci przezywac i na obozy wyjezdzac.
                  > Wciaz byloby za malo w kwestii socjalizacji?

                  Ja myślę dobrze, ale nie wiem, co będzie myślał homeschooler.
                  Harcerstwo z natury rzeczy jest dobrowolne, więc homeschooler może
                  nie chcieć.
                  No i wysłanie na obóz 6latka, który wcześniej nie chodził do
                  przedszkola i cały czas spędzął z mamusią, jest raczej niewskazane
                  jako zbyt wielki szok.
                  Zastanawiam się też czy Ty się nie boisz wysyłać dziecka na obóz i w
                  ogóle zapisywać do harcerstwa? Przecież w takim harcerstwie może się
                  zetknąć np. z przemocą i narkotykami. Teoretycznie nie powinien, ale
                  różnie bywa.

                  Paluszki mnie swiezbia, ale nie mam kiedy pisac, mala fakt
                  paskudnie
                  > sie czuje, goraczkuje i placze. Bidulka.
                  >
                  Życzę zdrowia córce. Ale pójdź z nią do lekarza, a nie uprawiaj
                  homehealingu.
                  • 06.10.09, 19:45

                    > No i wysłanie na obóz 6latka, który wcześniej nie chodził do
                    > przedszkola i cały czas spędzął z mamusią, jest raczej niewskazane
                    > jako zbyt wielki szok.

                    Harcerze to rozpietosc wiekowa od 6 r.z. do 25 r.z., gdzies tam sie
                    z obozem wstrzelimy, zobaczymy kiedy Sara bedzie na to gotowa. Nic
                    na sile.

                    Wychodzac z zalozenia, ze nauka w domu, to odcinanie dziecka od
                    swiata, mozna by przypuszczac, ze na propozycje zapisania do
                    harcerstwa taki ED bedzie skakal do gory,- bo w koncu jakas
                    wolnosc!, czyz nie? wink


                    > Zastanawiam się też czy Ty się nie boisz wysyłać dziecka na obóz i
                    w
                    > ogóle zapisywać do harcerstwa? Przecież w takim harcerstwie może
                    się
                    > zetknąć np. z przemocą i narkotykami. Teoretycznie nie powinien,
                    ale
                    > różnie bywa.

                    Nie zdecydowalam sie na ED ze strachu przed zlym wplywem rowiesnikow
                    na Sare, sa inne powody.

                    > Życzę zdrowia córce. Ale pójdź z nią do lekarza, a nie uprawiaj
                    > homehealingu.

                    Dziekuje. Jak do jutra temperatura nie wroci do normy-pojde, choc
                    mysle, ze takie po prostu uroki zabkowania i samo minie, kiedy juz
                    zabki sie przebija (gorne jedynki, dwie na raz walcza):/.

                    --
                    <*>
                    fotoforum.gazeta.pl/u/aagnie.szkaa.html -nasze
                    foty
                    • 06.10.09, 20:55
                      Harcerze to rozpietosc wiekowa od 6 r.z. do 25 r.z., gdzies tam sie
                      > z obozem wstrzelimy, zobaczymy kiedy Sara bedzie na to gotowa. Nic
                      > na sile.
                      >

                      My się wstrzelimy ... nic na siłę. To Sara ma się wstrzelić, nie Wy.

                      Wychodzac z zalozenia, ze nauka w domu, to odcinanie dziecka od
                      > swiata, mozna by przypuszczac, ze na propozycje zapisania do
                      > harcerstwa taki ED bedzie skakal do gory,- bo w koncu jakas
                      > wolnosc!, czyz nie? wink

                      Wolność byłaby, gdyby Sara SAMA, po namyśle i mając wiele okazji
                      poznania tych organizacji, zdecydowała, że chce zapisać się do
                      harcerstwa, bielanek (damska odmiana ministrantów), kółka ateistów,
                      klubu płetwonurków, kółka wędkarskiego, szydełkowego czy
                      jakiegokolwiek innego. Natomiast jeśli to Ty decydujesz, że 11
                      miesięczne obecnie dziecko zapiszesz do harcerstwa, jak będzie miało
                      6 lat, to o wolności mowy nie ma. To jest ścisła zależność.

                      Nie zdecydowalam sie na ED ze strachu przed zlym wplywem rowiesnikow
                      > na Sare, sa inne powody.

                      Takie powody podawała akurat donkaczka, ale są one częstym motywem
                      dla decyzi o homeschoolingu.
                      • 06.10.09, 23:22


                        > Wychodzac z zalozenia, ze nauka w domu, to odcinanie dziecka od
                        > > swiata, mozna by przypuszczac, ze na propozycje zapisania do
                        > > harcerstwa taki ED bedzie skakal do gory,- bo w koncu jakas
                        > > wolnosc!, czyz nie? wink

                        srebrnarybka napisała:
                        > Wolność byłaby, gdyby Sara SAMA, po namyśle i mając wiele okazji
                        > poznania tych organizacji, zdecydowała, że chce zapisać się do
                        > harcerstwa, bielanek (damska odmiana ministrantów), kółka
                        ateistów,
                        > klubu płetwonurków, kółka wędkarskiego, szydełkowego czy
                        > jakiegokolwiek innego. Natomiast jeśli to Ty decydujesz, że 11
                        > miesięczne obecnie dziecko zapiszesz do harcerstwa, jak będzie
                        miało
                        > 6 lat, to o wolności mowy nie ma. To jest ścisła zależność.

                        Slowa 'wolnosc' uzylam w innym znaczeniu niz to do czego Ty sie
                        odnioslas srebrnarybko, no, ale to szczegol wink
                        Bylam bielanka kiedys, ale nie poznalam tej 'organizacji' wzdluz i
                        wszerz zanim przystapilam, po prostu rodzice wytlumaczyli na czym to
                        polega, zapytali czy bylabym zainteresowana, potem 'formalnosci' i
                        juz. Nie jakis dlugi proces.
                        --
                        • 07.10.09, 09:06
                          Slowa 'wolnosc' uzylam w innym znaczeniu niz to do czego Ty sie
                          > odnioslas srebrnarybko, no, ale to szczegol wink

                          nie szczegól. Wolność albo jest, albo jej nie ma. Nie ma jajeczka
                          częściowo nieświeżego.

                          zanim przystapilam, po prostu rodzice wytlumaczyli na czym to
                          > polega, zapytali czy bylabym zainteresowana, potem 'formalnosci' i
                          > juz. Nie jakis dlugi proces.

                          Otóż właśnie. A dla mnie wolność i zsocjalizowane dziecko to nie
                          jest takie, które należy do organizacji wybranych mu i
                          zaproponwanych przez rodziców, tylko do takich, jakie sobie samo
                          wybierze.
                          • 07.10.09, 09:29
                            Eee, Srebrnarybko, ja nie widzę nic złego w proponowaniu dzieciom
                            różnych rzeczy. Dziecko z natury rzeczy nie ma pełnej orientacji w
                            różnych możliwościach. I nic złego w tym, ze rodzic proponuje to, co
                            uważa za pożyteczne i ciekawe.
                            Ja na przykład od pięciu lat namawiam córkę na harcerstwo, które
                            bardzo by się jej przydało z wielu względów. Bezskutecznie ; )
                            • 07.10.09, 15:21
                              Ja też nie widzę nic złego w proponowaniu. Widzę coś złego w
                              postawieniu dziecka w takiej sytuacji, że może ono wybierać
                              WYŁĄCZNIE z tego, co zaproponowali rodzice, bo samodzielnie nie
                              miało okazji zetknąć się z żadną grupą rówieśniczą i spotkać
                              rówieśników, którzy należą do czegoś, o czym rodzice w ogóle nie
                              słyszeli, a co może być wartościowe.
                              Ewentualny kontrargument, że dziecko może w ten sposób spotkać np.
                              narkomanów, odpieram od razu: rodzcie właściwie wychowujący dziecko
                              mają z nim kontakt, rozmawiają i ono opowiada im o swoich kolegach i
                              organizacji, do której chce się zapisać. To chyba normalne.
                              Zapewne harcerstwo przydałoby się Twojej córce, ja widzę w nim dużo
                              wartości, ale radzę odpuścić. Im silniej będziesz córkę namawiała,
                              tym silniej ona będzie na nie.
                  • 06.10.09, 21:41
                    Przecież w takim harcerstwie może się
                    zetknąć np. z przemocą i narkotykami. Teoretycznie nie powinien, ale
                    różnie bywa.

                    Zdarzali się i homeschoolerzy, co narkotyki zażywali...
                    • 10.10.09, 14:00
                      Mnie to nie dziwi - gdybym osobiscie miala spedzac caly prawie moj czas
                      z rodzicami, pierwsza bym sie po nie zglosila, zeby dostarczyc sobie
                      chociaz nieco rozrywki smile

                      --
                      I love my computer, because my friends live in it.
            • 07.10.09, 01:14
              donkaczka napisala:

              >prywatnych nauczycieli wcale nie ma, homeschooling bazuje na rodzicach i BEZ
              ZNACZENIA jest ich akademickie wyksztalcenie, dzieci i tak osiagaja wyniki duzo
              powyzej publicznej przecietnej, zgroza, nie??

              A dzieje sie tak dlatego,ze nauka w domu jest o wiele przyjemniejsza i mniej stresujaca, nie ma ciaglego strachu przed sprawdzianami, rywalizacji miedzy dziecmi, faworyzowania najlepszych uczniow itp.
              W ktoryms poscie srebrnarybka napisala,ze nauka nie musi byc przyjemnoscia.
              Pytam sie dlaczego nie?
              Dlaczego nauka musi byc meka i udreka? bo tym wlasnie jest dla wielu dzieci.
              O ile latwiej przyswajana jest wiedza jesli dziecko ma pozytywne nastawienie do nauki. Szkola pozytywnym doswiadczeniem dla wiekszosci dzieci nie jest.
              No, moze znajdzie sie pare wyjatkowych szkol, ja mialam szczescie znalezc taka niedaleko od domu. Nie ma w niej ocen, testow, sa laczone klasy. Dzieci uczone sa pomocy blizniemu, empatii, respektu dla innych i ich uczuc. Przecietna szkola niestety nie uczy takich wartosci.




              --
              Nothing you become will disappoint me;
              I have no preconception that I'd like to see you be or do.
              I have no desire to foresee you, only to discover you.
              You cannot disappoint me.
        • 06.10.09, 20:14

          donkaczka napisała:

          > coz, milionom ludzi na swiecie sie udaje, czemu ma sie Agnieszce
          nie udac??
          >

          No wlasnie smile

          Musze przyznac takze, ze cala ta nasza rozmowa tutaj, jeszcze
          bardziej umocnila mnie w przekonaniu co do slusznosci naszego
          wyboru, bo szukajac argumentow w rozmowie smile, odkrylam jak wiele
          jest w necie pomocy naukowych do nauki domowej, jak wiele mozliwosci
          urozmaicania lekcji, jak wiele regularnie spotykajacych sie grup
          rodzicow uczacych w domu w mojej okolicy.
          Plus dotarlam do napawajacych optymizmem statystyk, ktorych
          wczesniej nie czytalam, plus harcerstwo! smile, wczesniej o tym nie
          pomyslalam, a pomysl wydaje mi sie wysmienity (wiele dzieci uczonych
          w domu nalezy do harcerstwa).

          Oczywiscie, zanim wybilaby godzina zero, i tak zrobilabym
          taki ''research'', no, ale przynajmniej teraz mam wiekszosc zadania
          z glowy, i 'Ulubione' pekajace od linkow smile.

          --
          04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
          • 06.10.09, 21:24
            Rozumiem entuzjazm dla wyników badań popierających homeschooling a
            publikowanych przez organizację propagującą tę formę nauczania, ale
            byłbym ostrożny o tyle, że zwykle Ci, którzy są zainteresowani pewną
            wizją maja skłonnośc do lubowaniu się w argumentach za nią, a
            niewygodne uwazając za nieistotne.
            Ale przyjmijmy, że faktycznie testy kompetencyjne wypadają lepiej dla
            osób nauczanych przez rodziców. Ale nie odnalazłem odpowiedzi na moje
            pytanie jak Agnieszka wyobraża sobie funkcjonowanie swojej rodziny?
            Czy nie obawia sie, ze inne ważne aspekty jej zycia (relacje z mężem,
            czas na własne hobby, na własny rozwój, życie rodzinne i towarzyskie)
            nie odczują pogorszenia jakości. I co na to wszystko jej mąż (moze
            przeoczyłem jego stanowisko w tej kwestii)?
            --
            www.manhood.com.au/
            • 06.10.09, 23:40

              tata.kasi napisał:

              Ale nie odnalazłem odpowiedzi na moje
              > pytanie jak Agnieszka wyobraża sobie funkcjonowanie swojej
              rodziny?
              > Czy nie obawia sie, ze inne ważne aspekty jej zycia (relacje z
              mężem,
              > czas na własne hobby, na własny rozwój, życie rodzinne i
              towarzyskie)
              > nie odczują pogorszenia jakości. I co na to wszystko jej mąż (moze
              > przeoczyłem jego stanowisko w tej kwestii)?

              Przeoczyles jego stanowisko w tej kwestii- na calej linii smile.
              O 'stanowisku' meza pisalam w tym watku wielokrotnie.
              Jest na TAK, chce aktywnie uczestniczyc w edukowaniu naszych dzieci.

              Zwazywszy na to, ze na ''ksiazkowa nauke'', te rodziny, ktore chca z
              dziecmi pracowac podazajac za programem, spedzaja dziennie srednio 2
              godziny, nie ma co sie martwic o pogorszenie naszej jakosci zycia.

              To tak jakbym ja zastanawiala sie jaki poziom satysfakcji z zycia
              maja rodzice pracujacy od 9-17, spieszacym by odebrac dzieci ze
              swietlicy, potem szybkie zakupy, kolacja, dobranocka, przeczytana
              bajka, dzieci w lozkach, a maz z zona maja dla siebie godzinke (jak
              dobrze pojdzie, bo przeciez trzeba jeszcze wstawic pranie,
              przygotowac dzieciom ciuchy na nast dzien itp.).
              Typowa rodzina pracujaca.

              Moj maz pracuje 5-6 godz dziennie, o 11 jest juz po pracy, ja jak
              juz zaczne pracowac, bede miala godziny elastyczne i na pol etatu.

              --
              04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
            • 07.10.09, 15:30
              jak Agnieszka wyobraża sobie funkcjonowanie swojej rodziny?
              > Czy nie obawia sie, ze inne ważne aspekty jej zycia (relacje z
              mężem,
              > czas na własne hobby, na własny rozwój, życie rodzinne i
              towarzyskie)
              > nie odczują pogorszenia jakości. I co na to wszystko jej mąż (moze
              > przeoczyłem jego stanowisko w tej kwestii)?

              Co do Agnieszki - nie pisała o tym. Natomiast donkaczka napisała
              wprost, że chętnie uczyłaby dzieci w domu (nie może, bo mieszka w
              Niemczech, gdzie jest to zabronione), bo inaczej będzie jej się
              nudziło, gdy dzieci pójdą do szkoły. Odpisałam jej ostro, ale tak
              właśnie uważam: dzieci nie są lekarstwem na nudę rodziców, którzy
              nie mają pomysłu na własne życie.

              Wzorowe mamusie napiszą Ci na to pytanie, iż wobec dziecka nie liczy
              się ani życie towarzyskie, ani własne hobby, ani relacja z mężem, bo
              liczy się tylko dziecko.
              Osobiście uważam, że dziecko powinno od rodziców otrzymać tyle, ile
              mu potrzebne do właściwego rozwoju (nie chcę wyszczególniać, co
              mianowice, dużo niewątpliwie). Ale to nie oznacza, że rodzice mają
              rezygnować z własnego życia, lub co gorzej - że na rodzicielstwo
              mają się decydować tylko ci ludzie, którzy nie mają pomysłu na
              własne życie. Po pierwsze byłaby to negatywna selekcja do
              rodzicielstwa, po drugie - rodzic będący tylko maszynką obsługującą
              dziecko w rezultacie robi to źle, bo dziecko poznaje nieprawidłowy
              obraz świata. Nie widzi rodziców w innych rolach społecznych, a to
              przecież też bardzo ważna nauka. Donkaczka zbagatelizowała podany
              przeze mnie przykład o znaczeniu, jakie dla mojego wychowanie miało
              chodzenie przez moich rodziców do teatru na dorosłe sztuki w moim
              wczesnym dzieciństwie. Właśnie dlatego, że z powodu dziecka nie
              zrezygnowali z własnych zainteresowań, ich przekaz wychowawczy był
              bogatszy.
              • 08.10.09, 17:36
                > Natomiast donkaczka napisała
                > wprost, że chętnie uczyłaby dzieci w domu (nie może, bo mieszka w
                > Niemczech, gdzie jest to zabronione), bo inaczej będzie jej się
                > nudziło, gdy dzieci pójdą do szkoły. Odpisałam jej ostro, ale tak
                > właśnie uważam: dzieci nie są lekarstwem na nudę rodziców, którzy
                > nie mają pomysłu na własne życie.


                srebrnarybko

                jestes mistrzem dopowiadania i to bzdur niestety smile

                i absolutnie masz pierwsze miejsce w konkurencji spietych posladkow, nie
                wylapujesz zartow ani luznego tonu

                mnie ten watek nie irytuje tak jak ciebie najwyrazniej, pisze na swobodnie i bez
                piany na ustach, wiec moze dla ciebie bede od tej pory zaznaczac w nawiasach jak
                cos na rozluznienie wtrace "uwaga srebrnarybko, to taki luzny zart jest"


                mam co robic, oj mam
                mam kilka fajnych hobby, ba, nie uwierzysz, ale z trojka dzieci do 3 lat takze
                pracuje, w niewielkim wymiarze, ale jednak
                a i tak chetnie poswiecilabym czesc rozrywek na rzecz uczenia dzieci, bez zalu,
                tak ja teraz poswiecam swoj czas na ukladanie klockow, malowanie, lepienie
                ciastoliny, spacery itp
                dzieci rosna, zajecia ewoluuja
                chyba nawet chetniej zajelabym sie czyms na wyzszym poziomie niz takie "ambitne"
                zabawy (uwaga srebrnarybko luzny zarcik)
                nie wydaje mi sie to mniej ciekawe, niz moje rozrywki

                i nie prezentuje tak jednotorowego myslenia, ze jak juz ktos sie zajmuje chetnie
                i w zaangazowany sposob wlasnymi dziecmi, to juz na siebie ani czasu ani pomyslu
                nie ma
                kazdy ocenia ludzi wedlug siebie smile
                --
                "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                prababcia Luśki
                • 08.10.09, 18:04
                  to, czym można zajmować się w czasie, kiedy dzieci są w szkole,
                  niekoniecznie musi być rozrywką, z której przecież wzorowa Matka
                  Polka powinna zrezygnować dla dobra dziecka. Można mieć różne hobby:
                  nie tylko oglądać seriale albo podlewać kwiatki. Można też się
                  dokształcać, czytać literaturę (bardzo się przydaje potem w czasie
                  rozmów z dziećmi), opiekować się sąsiadką, zajmować się
                  działalnością społeczną. I bardzo fajnie, jeśli dzieci będą taki
                  przykład od rodziców z domu wynosiły.
                  • 08.10.09, 18:45

                    srebrnarybka napisała:

                    > to, czym można zajmować się w czasie, kiedy dzieci są w szkole,
                    > niekoniecznie musi być rozrywką, z której przecież wzorowa Matka
                    > Polka powinna zrezygnować dla dobra dziecka. Można mieć różne
                    hobby:
                    > nie tylko oglądać seriale albo podlewać kwiatki. Można też się
                    > dokształcać, czytać literaturę (bardzo się przydaje potem w czasie
                    > rozmów z dziećmi), opiekować się sąsiadką, zajmować się
                    > działalnością społeczną. I bardzo fajnie, jeśli dzieci będą taki
                    > przykład od rodziców z domu wynosiły.

                    W typowej polskiej (i nie tylko) rodzinie, to co rodzice robia,
                    podczas gdy dzieci sa w szkole to najczesciej jednak praca zarobkowa.

                    --
                    www.parentingscience.com/
                    • 08.10.09, 19:06
                      Jeżeli rodzice pracują z konieczności ekonomicznej i żadne z nich
                      nie może zrezygnować ze swojej pracy, bo rodzina się nie utrzyma, to
                      trudno mówić, że się nudzą, gdy dzieci są w szkole. Donkaczka podała
                      przykład kobiety niepracującej, która nudzi się w domu nie mając
                      innych zajęć. I tu właśnie jest problem: jeżeli matka nie ma pomysłu
                      na życie, a nie musi pracować, to może robić wiele, by zatrzymać
                      przy sobie dzieci, bo inaczej faktycznie umrze z nudów. Znam
                      osobiście taki przypadek: zamożna kobieta niepracująca, bo mąż
                      zarabiał dużo w prywatnej firmie nudziła się w podmiejskiej willi i
                      wobec tego pod pozorem chorób wymuszała co roku domowe naucznie
                      (nauczyciele przychodzili do domu, sama nie uczyła) jednego z synów.
                      Syn był rzeczywiście chor, ale to, czy nie mógł chodzić do szkoły,
                      było mocno dyskusyjne i matka ewidentnie wyszukiwała choroby.
                      Zarówno mąż i ojciec dziecka, jak i starszy brat, byli za tym, by
                      młody chodził do szkoły i wprost mówili, że matce się nudzi. Mogę
                      sobie wyobrazić, że w zamożniejszych społeczeństwach, gdzie łatwiej
                      utrzymać rodzinę z jednej pensji, takie nudzące się matki bez
                      pomysłu na własne życie mogą być częstsze.
                      Sama zresztą tego też doświadczyłam: moja matka nie pracowała pod
                      pozorem najpierw tego, że jej nie chcieli zatrudnić jako katoliczki,
                      potem wychowywania mnie, potem choroby ojca, potem choroby własnej
                      matki, a potem to już jej się znudziło szukanie pracy. Cały czas
                      zresztą narzekała, że siedzi w domu. Oczywiście na szczęście nie
                      było mowy o tym, by mnie nie posłać do szkoły. Ale poza tym matka
                      robiła wszystko, żebym miała jak najmniej znajomych, kolegów i
                      własnego życia, bo jak wychodziłam z domu, nudziło jej się cholernie.
                      BTW: moja matka jest właśnie wychowanką homeschooling. Pochodzi z
                      rodziny ziemiańskiej i do 11 roku życia miała guwernantkę, a potem
                      trafiła na Syberię, gdzie miała szkołę życia, ale nie szkołę. Przy
                      tym wśród polskich zesłańców nie było w tej miejscowości akurat dużo
                      dzieci w zbliżonym wieku, więc nie miała jak się socjalizować. W ten
                      sposób obie jesteśmy ofiarami homeschoolingu. Nie był on zresztą
                      wybrany dla mojej matki jako rozwiązanie lepsze od szkoły, tylko
                      jako tańsze: szkoła z internatem starszego brata w mieście
                      kosztowała tyle, że na drugi internat na pensji zakonnej dziadków
                      nie było stać. Mama strasznie chciała tam trafić, ale niestety co
                      roku nie było pieniędzy, a jak miała już pójść, to wybuchła wojna i
                      trafiła całkiem gdzie indziej.
                      • 08.10.09, 19:33
                        donkaczka nie podala przykladu
                        donakczka zazartowala, dla rozluznienia atmosfery, ale chyba trafila kula w plot

                        naprawde, nie oceniaj innych ludzi wg swoich rodzicow, bo im wiecej o nich
                        piszesz, tym bardziej mi ciebie zal i tym bardziej rozumiem poglady, ale nadal
                        nie podzielam, bo to nie sa normalne zachowania i na szczescie nie zdarzaja sie
                        powszechnie


                        swoja droga, gdyby efektem braku pomyslu na siebie i swoj czas, miala byc
                        edukacja dziecka, to nie widze problemu i tak
                        owszem, problem jest gdy rodzice przelewaja swe ambicje na dziecko i maja parcie
                        na wyniki, ale do tego homeschooling potrzebny nie jest, a jak to napisano w
                        zalinowanych badaniu - dewianci sa wszedzie

                        imo lepsza matka z nudow rozwijajaca dziecku pasje i robiaca z homeschoolingu
                        hobby i spelniajaca sie w tym, niz obijajaca sie o sciany, gdy dziecko w szkole,
                        znudzona kobieta tnaca dziecku kontakty, zeby miec do kogo w domu buzie otworzyc

                        --
                        "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                        prababcia Luśki
                        • 10.10.09, 09:54
                          nie oceniaj innych ludzi wg swoich rodzicow, bo im wiecej o nich
                          > piszesz, tym bardziej mi ciebie zal i tym bardziej rozumiem
                          poglady, ale nadal
                          > nie podzielam, bo to nie sa normalne zachowania i na szczescie nie
                          zdarzaja sie
                          > powszechnie

                          Podobnie ja mogłabym napisać, że żal mi Ciebie, bo miałaś złe
                          doświadczenia ze szkołą, ale to nie jest normalne i nie zdarza się
                          powszechnie.
                          A co do moich rodziców - niestety ich zachowania były dość
                          powszechne w ich środowisku i powszechnie akceptowane. Co więcej,
                          znam w obecnym pokoleniu bardzo wielu rodziców, którzy podobnie się
                          zachowuję. Moja 50letnia kuzynka aranżuje małżeństwa swoich córek i
                          nikt w rodzinie (to nie jest sprawa gentyki, rodzina bardzo daleka)
                          nie widzi w tym niczego nienormalnego. Panujące obecnie trendy
                          wychowawcze sprzyjają zaborczości rodziców znacznie bardziej niż w
                          czasach, gdy ja byłam wychowywana. Wtedy nie było takiej presji na
                          rodziców, by "nie zaniedbywali dzieci", by "spędzali z nimi jak
                          najwięcej czasu", nikt nie dyskutował, jaką krzywdę wyrządza dziecku
                          posyłając je do przedszkola (ja nie chodziłam, bo matka nie
                          pracowała, więc nie przyjęliby mnie) lub wynajmująć nianię,
                          wychodzenie co jakiś czas wieczorem i zostawienia dziecka pod opieką
                          babci, cioci czy niani uważano za normalne, a nie za krzywdę i
                          porzucanie dziecka (tak oceniła postępowanie moich rodziców jedna
                          foremka), nikt mnie nie usypiał (mama po zmówieniu ze mną pacierza i
                          rachunku sumienia - istniał kiedyś taki rytuał wychowawczy, bardzo
                          pożyteczny - wychodziła z pokoju, by umożliwić mi zaśnięcie), nikt
                          ze mną/zza mnie nie odrabiał lekcji, bo wtedy nie uważano tego za
                          obowiązek rodziców (miałam prawo spytać, gdy czegoś nie rozumiałam,
                          i to wtedy, gdy rzeczywiście się upewniam, że nie rozumiem, uczyło
                          znakomicie samodzielnej pracy) i mimo tych rażących "zanidbań"
                          uważam, że moja matka była zaborcza. Poświęcała mi na moje potrzeby
                          znacznie mniej czasu, niż dzisiejsze pracujące matki, które podobno
                          zaniedbują dzieci. Dlatego obwaiam się, że obecna presja na
                          rodziców, wpędzająca ich w poczucie winy, jeśli tylko na chwilę
                          zajmą się sobą, może stanowić znakomitą pożywkę i usprawiedliwienie
                          dla zaborczości matek.

                          swoja droga, gdyby efektem braku pomyslu na siebie i swoj czas,
                          miala byc
                          > edukacja dziecka, to nie widze problemu i tak
                          imo lepsza matka z nudow rozwijajaca dziecku pasje i robiaca z
                          homeschoolingu
                          > hobby i spelniajaca sie w tym, niz obijajaca sie o sciany, gdy
                          dziecko w szkole
                          > ,
                          > znudzona kobieta tnaca dziecku kontakty, zeby miec do kogo w domu
                          buzie otworzy

                          nie widzę różnicy między jedną i drugą matką. I jedna i druga tnie
                          kontakty dziecku, by mieć towarzystwo. DZiecko nie jest zabawką dla
                          rodziców. To rodzice mają zaspokoić potrzeby dziecka, a nie dziecko
                          potrzeby rodziców.


                          Poza tym co będzie robiła ta znudzona matka, gdy jej dziecko zda
                          maturę?
                          • 10.10.09, 11:37
                            > Podobnie ja mogłabym napisać, że żal mi Ciebie, bo miałaś złe
                            > doświadczenia ze szkołą, ale to nie jest normalne i nie zdarza się
                            > powszechnie.

                            zle? normalne po prostu, i mile i byle jakie
                            standard po prostu

                            > A co do moich rodziców - niestety ich zachowania były dość
                            > powszechne w ich środowisku i powszechnie akceptowane.

                            coz sa srodowiska w ktorych sie akceptuje bicie dzieci jako metode wychowawcza,
                            zamordyzm i traktowanie dziecka jak bezwolna niemote
                            ale to nie czyni takich podejscia prawidlowym i pozadanym

                            > Moja 50letnia kuzynka aranżuje małżeństwa swoich córek
                            ????????????
                            interesujace musi miec techniki wychowacze, ze corki sobie pozwalaja mezow
                            wybierac...


                            > Panujące obecnie trendy
                            > wychowawcze sprzyjają zaborczości rodziców znacznie bardziej
                            nie wiem, jak mozna byc zaborczym bardziej niz to co opisujesz, a dla kazdej
                            dzisiejszej matki to dopiero jest wyczyn, dziecku meza, ba lektury chociaz wybierac
                            dzisiejsze trendy sa bardzo rozlegle, mozna wybierac co komu w duszy gra tak
                            naprawde, zaborczosc raczej wyniknie z chcrakteru rodzicow niz narzucanych form
                            wychowania dziecka

                            rachunek sumienia z roczniakiem/dwulatkiem? smile interesujace
                            usypianie dzieci to sprawa indywidualna, moje tez zasypiaja samodzielnie, ale
                            dopuszczam mysl, ze bywaja inne dzieci, wymagajce wiecej zaanagazowania


                            pokrecone masz myslenie, z jednej strony uwazasz, ze twoja matka tak dbajaca o
                            wlasny czas i rozrywki byla jednak zaborcza, z drugiej uwazasz, ze dzisiejsze
                            podejscie do dzieci zaborczosci sprzyja
                            owszem, kiedys sie podchodzilo do dzieci inaczej, rzutowalo to dosc negatywnie
                            na emocjonalne wiezi z rodzicami
                            dzis sie dzieci wychowuje cieplej i rozumniej w moim odczuciu, daje im wiecej
                            uwagi, ale nie kosztem rodzicow na pewno, a przynajmniej tak to w zdrowym
                            ukladzie dziala

                            a odchyly sa w kazda strone, i matki skupione na dziecku za bardzo - najczesciej
                            te, ktore i przed dzieckiem niewiele w zyciu mialy do roboty, i matki
                            rozmnazajace sie, bo dziadkowie cisneli i uciekajace od dziecka ile mozna

                            za to klimat sie nieco dla dzieci ocieplil, wiecej sie zwraca uwagi na emocje
                            dzieci, na to jak drobne niby sprawy rzutuja na dalsze zycie
                            wychowanie dzieci to trudna sztuka, bledy robi kazdy, grunt by je wylapywac i
                            naprawiac
                            mi korczak i jego podejscie sa najblizsze, kocham moje dzieci i one to wiedza,
                            ale bywam tez surowa i konsekwentna mama, stawiam granice tam gdzie sa potrzebne
                            i sadze, ze ED w moim wykonaniu nie byloby ani proba zawlaszczenia dzieci i ich
                            zycia dla siebie, jak to probujesz sugerowac


                            > nie widzę różnicy między jedną i drugą matką. I jedna i druga tnie
                            > kontakty dziecku, by mieć towarzystwo. DZiecko nie jest zabawką dla
                            > rodziców. To rodzice mają zaspokoić potrzeby dziecka, a nie dziecko
                            > potrzeby rodziców.

                            no to jeszcze raz, metoda zdartej plyty, moze zaskoczysz
                            dzieci edukowane w domu maja rozlegle kontakty z rowiesnikami, a homeschooling
                            to dla rodzica praca i obowiazek, dla rozrywki nikt normalny tego robic nie
                            bedzie, bo szybko wymieknie





                            --
                            "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                            prababcia Luśki
                            • 10.10.09, 12:38
                              Moja 50letnia kuzynka aranżuje małżeństwa swoich córek
                              > ????????????
                              > interesujace musi miec techniki wychowacze, ze corki sobie
                              pozwalaja mezow
                              > wybierac...

                              niespecjalnie. Kuzynka mieszka na wsi, bo uciekła od złego świata, w
                              właściwie nie na wsi, tylko w gospodarstwie poza wsią, córki miały
                              najpierw do szkoły parę kilometrów, były dowożone i oczywiście nie
                              kolegowały się z wiejskimi dziećmi, potem posyłane do szkoły
                              klasztornej, obracają się wyłącznie w towarzystwie dzieci znajomych
                              matki lub też jeżdżą na zamknięte rekolekcje i stamtąd przywozi się
                              mężów. Po prostu nie znają innych środowisk, niż dzieci znajomych
                              matki.

                              twoja matka tak dbajaca o
                              > wlasny czas i rozrywki

                              - uderz w stół -nożyce się odezwą. Nie uważam, by pójście raz na
                              miesiąc - 3 tygodnie do teatru lub na imieniny do znajomych i
                              pozostawienie dziecka pod opieką babci były "takim dbaniem" o własny
                              czas i rozrywki. Nie żartuj. O tym właśnie piszę,że takie, normalne
                              moim zdaniem zachowania matki, która była zaborcza, wtedy jednak nie
                              wywoływały negatywnej oceny. Dzisiaj oceniasz je nagtywnie i zapewne
                              dzisiaj moja matka pod presją nie pozwalałaby sobie na takie
                              zaniedbanie, a ja zmuszona byłabym dla mojego dobra nie mieć nawet
                              tej rozmaitości, że co któryś wieczór spędzałam z babcią, a nie z
                              mamą i nudziłabym się jeszcze bardziej.

                              zaborczosc raczej wyniknie z chcrakteru rodzicow niz narzucanych form
                              > wychowania dziecka

                              owszem, ale pewne narzucane formy jej sprzyjają. Gdyby moja matka
                              uginała się pod dzisiejszą presją i nie chodziła do tego teatru i
                              miałą mniejszy krąg znajomych nie chodząc na żadne imieniny,
                              nudziłaby się jeszcze bardziej i wobec tego wymagałaby ode mnie
                              jeszcze bardziej dotryzmywania jej towarzystwa. Dla mnie
                              błogosławieństwem był ten teatr raz na miesiąc, dobrze, że miała
                              chociaż to.

                              owszem, kiedys sie podchodzilo do dzieci inaczej, rzutowalo to dosc
                              negatywnie
                              > na emocjonalne wiezi z rodzicami
                              > dzis sie dzieci wychowuje cieplej i rozumniej w moim odczuciu,
                              daje im wiecej
                              > uwagi, ale nie kosztem rodzicow na pewno, a przynajmniej tak to w
                              zdrowym
                              > ukladzie dziala

                              w moim odcuzciu to, co za mojego dzieciństwa uchodziło za
                              zaborczość, teraz uchodzi za zanidbywanie dziecka. Obserwują, że
                              dzieci wychowuje się coraz mniej samodzielnie i coraz dłużej je
                              odpępawia. I wcale nie sądzę, żeby wychodziło to na zdrowie. Ciepło,
                              życzliwość i zrozumienie dla dziecka nie oznacza, że dzieci i
                              rodzice mają mieć całkowice jedno życie.

                              i matki
                              > rozmnazajace sie, bo dziadkowie cisneli i uciekajace od dziecka
                              ile mozna


                              ciekawe techniki wychowawcze muszą mieć tacy dziadkowie, żeby zmusić
                              dorosłą córkę i niechętną macierzyństwu do urodzenia dziecka tylko
                              dlatego, że chcą mieć wnuka. Czy to nie świadczy o zaborczości
                              takich dziadków jako rodziców? I dlaczego się dziwisz, że moja
                              kuzynka aranżuje małżeństwa córkom, skoro twierdzisz, że istnieją
                              kobiety, które rodzą dzieci tylko pod naciskiem swoich rodziców?
                              Chyba to mniej więcej to samo?

                              za to klimat sie nieco dla dzieci ocieplil, wiecej sie zwraca uwagi
                              na emocje
                              > dzieci, na to jak drobne niby sprawy rzutuja na dalsze zyci

                              Oczywiście, że należy zwracać uwagę na emocje dzieci. Przede
                              wszystkim dzieci należy traktować poważnie. Ale nie uważam, by
                              wyjście raz na miesiąc do teatru i zostawienie dziecka z ukochaną
                              babcią było lekceważeniem emocji dziecka.

                              rachunek sumienia z roczniakiem/dwulatkiem? smile interesujace

                              rachunek sumienia miałam, odkąd zaczęłam chodzić na religię dla
                              przedszkolaków, czyli od czwartego roku życia. Pacierz wcześniej.
                            • 10.10.09, 13:20
                              dzis sie dzieci wychowuje cieplej i rozumniej w moim odczuciu, daje
                              im wiecej
                              uwagi, ale nie kosztem rodzicow na pewno

                              Oczywiście, że kosztem rodziców. Każdy, kto podejmuje się wychownia
                              dzieci, podejmuje poważne obowiązki i liczy się z tym, że będzie to
                              jego kosztem i będzie wymagało wielu ograniczeń. Ale nie w tym
                              poblem. Problem w tym, by te koszty służyły dobru dziecka, a nie
                              tylko umacnianiu przekonania rodziców, że są dobrymu rodzicami.
                  • 08.10.09, 19:17
                    kwiatow w domu nie mam, a ogrodek sam sie podlewa smile telewizora tez nie posiadam smile
                    jestem rzemieslnikiem, wiec doksztalcam sie pracujac i na warsztaty jezdzac
                    czytam niemalo, choc to kosztuje niestety, ale akurat budzet na ksiazki, takze
                    dla dzieci mamy spory, poki nas stac
                    spolecznie dzialam w dwoch stowarzyszeniach

                    no to jak na Twoje standardy, zdecydowanie nie jestem matka zyjaca zyciem dzieci
                    idaje im swiatle wzorce big_grin, a mam jeszcze kilka pasji, ktorych nawet nie
                    zgadniesz, a w ktore dzieci sa wlaczone na ile moga i chlona od malego

                    wiec moze zarzuc ocenianie forumowiczow wedlug jakichs dziwnych swoich domyslow
                    i nie projektuj na nich swoich obaw i lekow

                    twoi rodzice byli najwyrazniej wyktsztalona inteligencja na wysokim poziomie,
                    dali ci, jak piszesz, ambitne wzorce, a jednak mysl o uczeniu przez ojca
                    przeraza cie niebywale
                    nie dziwie sie w sumie, gdybym ja chciala dziecku zabierac wolnosc wyboru
                    literatury do opracowania, to niech mnie lumbago pokreci za kare

                    dzieci moga wyrosnac na fajnych ludzi, nawet nie wynoszac swiatlych przykladow z
                    domu, majac za rodzicow miernie wyksztalcona i zyjaca praca i sprzataniem klasa
                    robotnicza, czego ja jestem przykladem smile
                    a jak widac majac nawet elyte za wzorce, mozna miec sztywne poglady, nie umiec
                    wyjsc z mysleniem poza schematy i przyjete rozwiazania



                    --
                    "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                    prababcia Luśki
    • 06.10.09, 17:18
      Tu przypomnę sprawę edukacji córek Skłodowskiej.

      Gdy obie dziewczynki dorosły do wieku szkolnego, genialna mama stwierdziła, że "lepiej dzieci podusić, niż posłać do szkoły".
      I zorganizowała potomstwu - swojemu i zaprzyjaźnionych naukowców - homeschooling, a raczej universityschooling, bo dzieciarnia okupowała uczelniane laboratoria.

      I co?
      Skłodowska była naprawdę genialna, zatem dość szybko eksperyment zakończono i obie dziewczyny trafiły jednak do szkoły.
      Jak się okazało, na złe im to nie wyszło.
      • 06.10.09, 19:18
        Bo zrobila błąd- powinna byla uczy dzieci sama, anie noblistow do
        tego zatrudniaćsmile
        --
        Mops i kot

        img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
        • 07.10.09, 01:18
          Nie wiem jak jest w Polsce,ale w Stanach rodzice czesto zatrudniaja korepetytorow. Nie sa oni noblistami, nie spelniaja wiec pewnie wysokich wymagan emam wink
          --
          Nothing you become will disappoint me;
          I have no preconception that I'd like to see you be or do.
          I have no desire to foresee you, only to discover you.
          You cannot disappoint me.
          • 07.10.09, 09:29
            Swojego czasu uczyłam się w 'szkole', w której nauczycielami byli
            rodzice i znajomi rodziców - ale każdy z nich uczył przedmiotu,
            który by jego pasją. Uczniów też było mało, warunki lokalowe takie
            sobie - ale pomimo to wspominam to jako najmilsze lata szkolne.
            Dlatego też nie jestem przeciwna homechoolingowi polegającemi na
            tym, że dla kilkorga uczniów rodzice wynajmują nauczycieli bądź sami
            uczą. IMHO: warunkiem koniecznym jest to, aby przedmiot nauczany był
            pasją i hobby. Jeśli jeden-dwoje rodziców chcą uczyć wszystkiego -
            niestety, nie będą we wszystkim dobrzy.
        • 07.10.09, 10:19
          verdana napisała:

          > Bo zrobila błąd- powinna byla uczy dzieci sama, anie noblistow do
          > tego zatrudniaćsmile

          Miała po jednym własnym "noblu" na każda córkę.
          Ona rowniez uczyła.
          Rychło się jednak okazało,że oprócz rozwijania pasji naukowych dziecko powinno
          być nauczone i tego, jak "przywitać się z panią",
          i nie tylko.
          (Cytaty z książki Ewy Curie).
          Czyli jednak ta paskudna socjalizacja...
          • 07.10.09, 16:03
            Otóż to.
            Dziecko musi nauczyć zachowywac się w warunkach pozadomowych, a
            przede wszystkim poza kontrola rodziców. Komplety i korepetytorzy sa
            i tak częściowo szkołą, natomiast świat, ktory ogląda się tylko z
            punktu widzenia rodzinnego domu lub przez zajecia dobrane (czy nawet
            zaproponowane) przez rodziców to nie jest prawdziwy świat.
            No i ciekawa jestem, jak się czuje takie dziecko w towarzystwie
            rowiesników, gdy nie moze powiedziec do ktorej klasy chodzi, nie
            wie, jak wygląda szkoła, nie zapomniało odrobić lekcji itd. Nie
            sądze, aby szczegolnie dobrze.
            --
            Mops i kot

            img443.imageshack.us/my.php?image=znudzonyfh5.jpg
    • 06.10.09, 19:07
      nie wypada jednak nie zaznaczyć, że duża część wymienionych na liście
      uczniów domowych osobistości miało w dorosłym życiu różnego rodzaju
      problemy z przystosowaniem społecznym, zaburzenia psychiczne itp.
      Może więc tego typu system nie każdemu służy..

      --
      WYSEPKA na KARŁOWICACH to cudowne miejsce dla Twojego Maluszka!!
      www.wysepka.wroclaw.pl/
    • 07.10.09, 17:49
      Co jest lepszym rozwiązaniem, szkoła czy niż nauczanie domowe? Gdy się nad tym zastanawiam, przypomina mi się pewien wieczór.
      Pisałam już pewnie o tym ,ale na koniec tej dyskusji - powtórzę się.

      Był listopadowy zmierzch, deszcz, wichura - i brak prądu.
      Siedliśmy z dzieciakami "przy kominku" czyli w kuchni przy piekarniku gazowym...
      Wesoła trójka naszych pociech i dwaj ich koledzy - wszyscy ze szkoły podstawowej.

      Któreś z dzieci zadało poważne pytanie - czego najbardziej w świecie nie lubisz, a co najbardziej lubisz?
      Nie było zaskoczenia - towarzystwo zgodnie orzekło, że najmniej do lubienia nadaje się szkoła, a najbardziej - prezenty.

      Odsunęłam się w cień i zadumałam nad prostotą ludzkiej natury, co to od obowiązków ucieka, a przyjemności lubi...

      Gromadka dyskutowała dalej, tym razem o filmie z życia sławnej osoby, który to obraz pokazano w tv.
      O tym, że o nich też można by nakręcić film.
      O tym, że film można cofać i jeszcze raz oglądać.
      O tym, że z filmu można wyciąć niektóre fragmenty.
      O tym, że z prawdziwego życia nic już nie można wyciąć.

      Wtedy przyszło mi do głowy, że stare pytanie "co najbardziej lubisz, a czego nie" - można zadać w innej formie.

      - Słuchajcie, a które momenty ze swego życia miałybyście ochotę "wyciąć", a które uważacie za najlepsze?

      Odpowiedzi były zaskakujące!

      Co było najlepsze?
      - Jak nasza klasa zwyciężyła w konkursie na zbieranie makulatury.
      - Jak pierwszy rozwiązałem zadanie z gwiazdką.
      - Jak wygraliśmy mecz z III c.
      - Jak powiedziałam wiersz na akademii i dostałam brawa.
      - Jak mnie wybrano do samorządu.
      - Jak pani powiedziała, że mój zielnik jest bardzo ładny, chociaż sam robiłem.
      - Jak się na wf-ie nauczyłem przewrotu w tył , i już umiałem, jak wszyscy.
      - Jak zorganizowaliśmy kabaret szkolny.
      - Jak na obozie zuchowym wytrzymałam na warcie do północy, chociaż się bałam.
      PRAWIE WSZYSTKO ZWIĄZANE ZE SZKOŁĄ!

      Czego dzieci nie chciałyby za nic przeżywać jeszcze raz?
      - Jak wszyscy poszliście na imprezę noworoczną, a ja chora zostałam w łóżku.
      - Jak mnie Agnieszka nie zaprosiła na urodziny.
      - Jak Tomek dostał nowy komputer, zaprosił kolegów, a mnie nie.
      - Jak cała klasa pojechała na wycieczkę, a ja nie.

      Zadumałam się raz jeszcze.
      Czy dzieci, czy dorośli - wszyscy jesteśmy jednakowi. Może nie umiemy tego nazwać, ale najbardziej cenne są dla nas własne konkretne dokonania, gdy potwierdza się, że coś potrafimy, coś jesteśmy warci.
      I gdy możemy działać razem.
      Żadna manna z nieba.

      I że najbardziej boli nas odrzucenie i samotność.
      • 07.10.09, 19:02
        Rycerzowa, piekna historia

        Ale czy zwrocilas uwage na to jak wiele z tych najpiekniejszych chwil zwiazane bylo z rywalizacja, z wygrywaniem, z byciem lepszym. Jest to kolejna rzecz, ktora w szkole mi sie nie podoba, ciagla rywalizacja, chec czucia sie lepszym od innych uczniow/kolegow.
        Dzieci uczone w domu tez ucza sie przewrotow w tyl i w przod, tez biora udzial w teatrzykach, jezdza na obozy harcerskie, moga tez zrobic zielnik. Nie trzeba chodzic do szkoly zeby to wszystko przezyc. We wczesniejszych postach Agnieszka pisala,ze homescholer'zy organizuja wspolne zajecia, lekcje WF-u, muzyki, wypady do muzeow, dzieci maja pelno wspomnien takich chwil spedzonych z innymi dziecmi.

        Kazdego boli samotnosc i odrzucenie, doswiadczaja jej dzieci chodzace do szkoly i dzieci uczone w domu, dorosli rowniez jej dowiadczaja, jest to nieodlaczna czesc zycia.


        --
        Nothing you become will disappoint me;
        I have no preconception that I'd like to see you be or do.
        I have no desire to foresee you, only to discover you.
        You cannot disappoint me.
        • 07.10.09, 21:16
          Ale czy zwrocilas uwage na to jak wiele z tych najpiekniejszych
          chwil zwiazane
          > bylo z rywalizacja, z wygrywaniem, z byciem lepszym. Jest to
          kolejna rzecz, kto
          > ra w szkole mi sie nie podoba, ciagla rywalizacja, chec czucia sie
          lepszym od i
          > nnych uczniow/kolegow.

          Rywalizacja jest nieodłączną częścią życia i trzeba się jej nauczyć.
          Trzeba się nauczyć wygrywać, przegrywać, rywalizować uczciwie.

          We wczesniejszych postach Agnieszka
          > pisala,ze homescholer'zy organizuja wspolne zajecia, lekcje WF-u,
          muzyki, wypa
          > dy do muzeow, dzieci maja pelno wspomnien takich chwil spedzonych
          z innymi dzie
          > cmi.

          I co: na takiej wspólnej lekcji nie ma rywalizacji? Przecież widać
          wyraźnie, że jedno dziecko lepiej robi te przewroty, drugie gorzej,
          w muzeum jedno będzie lepiej zorientowane "w temacie", inne gorzej.
          Nie da się tego uniknąć, bo jesteśmy różni, w jednym gorsi, w innym
          lepsi. I też dobrze, jeśli dziecko zda sobie sprawę, że jest w czymś
          gorsze albo lepsze. I że być gorszym w czymś tam też nie jest
          tragedią. Także na tym polega socjalizacja.

          Kazdego boli samotnosc i odrzucenie, doswiadczaja jej dzieci
          chodzace do szkoly
          > i dzieci uczone w domu, dorosli rowniez jej dowiadczaja, jest to
          nieodlaczna c
          > zesc zycia.

          Więc dlatego należy dzieciom ułatwiać nawiązywanie kontaktów z
          rówieśnikami, a nie utrudniać.
          • 08.10.09, 05:00
            srebrnarybka napisała:

            > Rywalizacja jest nieodłączną częścią życia i trzeba się jej
            nauczyć.
            > Trzeba się nauczyć wygrywać, przegrywać, rywalizować uczciwie.

            Zgadzam sie,ze rywalizacja jest czescia zycia,spotykamy sie z nia na
            kazdym kroku, w kazdej rodzinie. Ale czy szkola rzeczywiscie uczy
            tej dobrej uczciwej rywalizacji? Hmmm pamietam wiele przypadkow
            sciagania, podkladania gotowcow, bicia dzieci przez rowiesnikow za
            to ze sa kujonami. System ocen prowadzi do tego,ze dzieci chca byc
            najlepsze za wszelka cena, chca byc wyroznione na apelu, przypodobac
            sie nauczycielowi, a jak sie nie uda to zawsze mozna sie poczuc
            lepiej jak sie da popalic temu, ktoremu sie udalo.
            Szkola nie uczy zdrowej rywalizacji, wrecz przeciwnie.
            >
            > We wczesniejszych postach Agnieszka
            > > pisala,ze homescholer'zy organizuja wspolne zajecia, lekcje WF-
            u, muzyki, wypady do muzeow, dzieci maja pelno wspomnien takich
            chwil spedzonych
            > z innymi dziecmi.
            >
            > I co: na takiej wspólnej lekcji nie ma rywalizacji? Przecież widać
            > wyraźnie, że jedno dziecko lepiej robi te przewroty, drugie
            gorzej,
            > w muzeum jedno będzie lepiej zorientowane "w temacie", inne
            gorzej.

            Na pewno rywalizacja jest mniejsza, bo nikt nie ocenia dzieci za te
            przewroty, nie ma koniecznosci porownywac sie bez przerwy z innymi.


            > Nie da się tego uniknąć, bo jesteśmy różni, w jednym gorsi, w
            innym
            > lepsi. I też dobrze, jeśli dziecko zda sobie sprawę, że jest w
            czymś
            > gorsze albo lepsze. I że być gorszym w czymś tam też nie jest
            > tragedią. Także na tym polega socjalizacja.

            Dzieci ucza sie tego od malego, na placu zabaw sa dzieci, ktore
            skacza wyzej, wspinaja sie szybciej, w bibliotece sa dzieci ktore
            umieja czytac podczas gdy inne w tym wieku ledwo skladaja literki. I
            pewnie zadne dziecko nie widzialoby w tym nic zlego gdyby nie
            zostalo nauczone tego,ze jest cos zlego w tym,ze nie potrafi skoczyc
            tak wysoko jak dziecko X i czytac tak ladnie jak dziecko Y. Takie
            dziecko po prostu by myslalo,ze skacze nizej i czyta wolniej.To,ze
            dziecko nie potrafi robic czegos co potrafi inne dziecko nie
            oznacza,ze jest gorsze. I tego wlasnie moje dzieci beda uczone,
            szkola skutecznie by mi w tym przeszkodzila ze swoim naciskiem na
            osiagniecia, wyroznieniami, niezdrowa rywalizacja, ktore czesto sa
            przyczyna niskiej samooceny zarowno u tych "lepszych" jak i
            "gorszych".
            Zdarzaja sie oczywiscie dobre szkoly, do ktorych dzieci lubia
            chodzic, ktore ucza podstawowych wartosci, nie dziela na lepszych i
            gorszych,ale takich niestety jest garstka.


            >
            > Kazdego boli samotnosc i odrzucenie, doswiadczaja jej dzieci
            > chodzace do szkoly
            > > i dzieci uczone w domu, dorosli rowniez jej dowiadczaja, jest to
            > nieodlaczna c
            > > zesc zycia.
            >
            > Więc dlatego należy dzieciom ułatwiać nawiązywanie kontaktów z
            > rówieśnikami, a nie utrudniać.

            Ale przeciez caly czas piszemy,ze ED to sa tez wspolnie organizowane
            zajecia sportowe, muzyka, muzea, parki itd. Pomysl o tym inaczej,
            podczas gdy dzieci chodzace do szkoly siedza w domu i mecza sie z
            zadaniem domowym, dzieci homescholer'ow bawia sie na dworze z
            dziecmi sasiadow, albo sa na basenie lub karate.


            --
            Nothing you become will disappoint me;
            I have no preconception that I'd like to see you be or do.
            I have no desire to foresee you, only to discover you.
            You cannot disappoint me.
            • 08.10.09, 09:26
              podczas gdy dzieci chodzace do szkoly siedza w domu i mecza sie z
              zadaniem domowym, dzieci homescholer'ow bawia sie na dworze z
              dziecmi sasiadow, albo sa na basenie lub karate.

              o ile dzieci sąsiadów tez są homeschoolerami, oczywiście.

              Aaaale.... podczas kiedy 13-letnia homeschoolerka uczy się grzecznie
              z mamuśką /jeśli jest Anielką Prusa to z guwernantką/ 13-letnie
              przedstawicielki plebsu a to szepczą sobie ploteczki, a to wpatrują
              się w ulubionego nauczyciela fizyki a to wypełniają jakieś "złote
              myśli" , czy w ramach niezorganizowanych odgornie zabaw inne
              straszne głupoty robią, ktore potem będą cieplo wspominać. Szkoda
              ze teraz przeważnie sie dzieci do szkoly i ze szkoły wozi, bo ja
              najmilej wspominam dlugie i rozgadane powroty ze szkoły raz z tą,
              raz z inna koleżanką.
              Drogie apostolki homeschoolingu... Tak do niego przekonujecie, ze
              ja, ktora w gruncie rzeczy nienawidzilam i nadal nienawidzę szkoly
              własnie zdalam sobie sprawę z tych jej zalet, których nie zastąpią
              starania najlepszych i najmądrzejszych rodzicow. W dodatku wartosć
              doznan szkolnych wydaje mi sie szczegolnie cenna dla dzieci
              wychuchanych w tzw dobrych rodzinach, dla dzieci nietowarzyskich i
              intelektualnie nadrozwiniętych. Jeśli nawet takie dziecko siedzi
              sobie z boczku, jeśli uważa, że marnuje czas /prawda, efektywnej
              nauki w szkole czasem za malo jest, moze materialu z 6 godzin daloby
              sie nauczyć w domu w godzinę.../, to ma w tej okropnej szkole
              kontakt z prawdziwym życiem. Zabawy / zorganizowane oczywiście /ze
              starannie dobranymi dziećmi z tego samego środowiska to nie jest to
              samo, co obserwacja , zabawa i rozmowy z dziećmi z rodzin
              zroznicowanych, o rożnych tradycjach, jadlospisach, poglądach.
              Nauczanie przez najmadrzejszych rodzicow nie zastąpi bogactwa
              doświadczen zdobytych w kontaktach z nauczycielami o różnym sposobie
              bycia i rożnych wymaganiach. Nawet, jeśli część z tych nauczycieli
              jest glupia i niesprawiedliwa.
              Tak myślę sobie, ze jak jestem w stanie wyobrazić sobie ED do 3
              powiedzmy klasy podstawowki /choć i tak dziecko moze miec klopoty z
              przystosowaniem/ - bo daleko do szkoły, bo za liczne klasy, bo
              cośtam, to trzymanie w domu /tak, tak, muzeum, basen, karate, kolko
              teatralne/ czlowieka od dziesięciolatka wzwyz jest zwyczajnym
              robieniem z niego dziwadła albo i torturą.
              Do tego rodzic jako nauczyciel...Moim zdaniem zbyt dużego wplywu
              rodziny człowiek nie wytrzyma, bunt jest nieuchronny. I może byc
              jak u srebrnejrybki z łaciną. Kicha. Dobrze, ze choc sąsiadka
              skorzystała wink
              • 08.10.09, 14:01
                Tak sie sklada,ze znam i wiele czytalam o rodzinach ED, dzieci nie
                maja problemu z przystosowaniem do zycia w spoleczenstwie, wiele
                wyrasta na inteligentnych i wrazliwych ludzi, bez problemu radza
                sobie z nauka na uczelniach wyzszych i ze znalezieniem pracy.

                Ja rowniez chodzilam do szkoly i wlasnie dlatego nie chce by moje
                dziecko w takiej szkole sie uczylo. Jak juz pisalam wyzej, mialam
                szczescie, znalazlam niedaleko domu szkole, w ktorej nie ma ocen,
                testow, sa laczone klasy,kladzie sie duzy nacisk na nauke wartosci
                takich jak szczerosc, szacunek dla innych, empatia. Jesli nadal bede
                mieszkac w tek okolicy za 4 lata, moj syn na pewno do tej szkoly
                pojdzie.

                --
                Nothing you become will disappoint me;
                I have no preconception that I'd like to see you be or do.
                I have no desire to foresee you, only to discover you.
                You cannot disappoint me.
                • 08.10.09, 17:12
                  Nikt tu nie kazał dziecka posyłać do najbliższej rejonówki, bez
                  względu na jej standard...
                  • 08.10.09, 22:26
                    ale wiekszosc szkol niestety ma nie za wysokie standardy
                    --
                    Nothing you become will disappoint me;
                    I have no preconception that I'd like to see you be or do.
                    I have no desire to foresee you, only to discover you.
                    You cannot disappoint me.
              • 08.10.09, 19:00

                mmk9 napisała:

                > Aaaale.... podczas kiedy 13-letnia homeschoolerka uczy się
                grzecznie
                > z mamuśką /jeśli jest Anielką Prusa to z guwernantką/ 13-letnie
                > przedstawicielki plebsu a to szepczą sobie ploteczki, a to
                wpatrują
                > się w ulubionego nauczyciela fizyki a to wypełniają jakieś "złote
                > myśli" , czy w ramach niezorganizowanych odgornie zabaw inne
                > straszne głupoty robią, ktore potem będą cieplo wspominać.

                Albo tez beda sie chowac po katach przed klasowymi 'oprawcami' (w UK
                bullying to powazna plaga, nie wiem jak w Polsce), badz tez nudzic
                maksymalnie na lekcji, ktora nie jest niczym innym niz
                przepisywaniem jakiegos rozdzialu z ksiazki. Moze takze zalewac sie
                lzami, dlatego, ze zadna z kolezanek nie daje im ''zlotych mysli''
                do wypelnienia. Opcja jest takze lek przed podniesieniem reki, kiedy
                ma sie jakas wiedze, gdyz latwo o etykietke kujona (a takich sie
                raczej nie lubi wink).
                Do tego niezorganizowane odgornie zabawy, ktore moga polegac na
                potajemnym paleniu petow (zeby tylko), badz macaniu po katach przez
                bardziej swiadomych i rozbuchanych seksualnie kolegow czy
                kolezanki smile.

                Szkola z calym swoim inwentarzem, jakby to sie nie potoczylo, dla
                kazdego bedzie niezapomnianym wspomnieniem.

                --
                www.parentingscience.com/
                • 08.10.09, 19:11
                  Albo tez beda sie chowac po katach przed klasowymi 'oprawcami' (w UK
                  > bullying to powazna plaga, nie wiem jak w Polsce), badz tez nudzic
                  > maksymalnie na lekcji, ktora nie jest niczym innym niz
                  > przepisywaniem jakiegos rozdzialu z ksiazki. Moze takze zalewac
                  sie
                  > lzami, dlatego, ze zadna z kolezanek nie daje im ''zlotych mysli''
                  > do wypelnienia. Opcja jest takze lek przed podniesieniem reki,
                  kiedy
                  > ma sie jakas wiedze, gdyz latwo o etykietke kujona (a takich sie
                  > raczej nie lubi wink).
                  > Do tego niezorganizowane odgornie zabawy, ktore moga polegac na
                  > potajemnym paleniu petow (zeby tylko), badz macaniu po katach
                  przez
                  > bardziej swiadomych i rozbuchanych seksualnie kolegow czy
                  > kolezanki smile.
                  >
                  > Szkola z calym swoim inwentarzem, jakby to sie nie potoczylo, dla
                  > kazdego bedzie niezapomnianym wspomnieniem.

                  Otóż właśnie po to jest szkoła, by nauczyć się w tym żyć. By nauczyć
                  się bronić przed "oprawcami", by nauczyć się, że czasami trzeba
                  odbyć jakieś nudne zajęcia (na studiach trzeba będzie i w pracy
                  nieraz też. Polecam kursy bhp), by nauczyć się zdobywać przyjaźń
                  koleżanek, by nauczyć się, jak sprzedawać swoją wiedzę nie będąc
                  uznanym za kujona, by mieć też wspomnienia nawet z palenia petów
                  (jak cholera żałuję, że takich nie mam), by umieć się bronić przed
                  molestowaniem.
                  Sztuczne chronienie pod kloszem przed zjawiskami, które w życiu
                  występują, tylko zwiększy szok, jaki nastąpi, gdy człowiek w to
                  trafi.
                  • 08.10.09, 19:25
                    > Sztuczne chronienie pod kloszem przed zjawiskami, które w życiu
                    > występują, tylko zwiększy szok, jaki nastąpi, gdy człowiek w to
                    > trafi.

                    usmialam sie
                    wypisz wymaluj argument z dyskusji o zdrowym zywieniu, w ktorych tez stoje po
                    niepopularnej stronie
                    a brzmi on na przyklad tak:
                    "i takie dziecko, jak nigdy nie jadlo chipsa, to jak sprobuje w szkole, to moze
                    dostac alergii albo zatrucia"
                    i moj drugi ulubiony:
                    "dzieci karmione bio-marchewka jak zjedza zwykla marchew w przedszkolu moga
                    dostac smiertlnej biegunki"


                    ludzie to nie marines, uczeni odruchowych niemal reakcji na konkretne zagrozenia
                    umiejetnosc radzenia sobie w roznych zyciowych sytuacjach to nie efekt treningu,
                    tylko sily charakteru, wpojonych wartosci, pewnosci siebie, a temu ED sprzyja
                    rozejrzyj sie po spoleczenstwie, produkcie szkolnych doswiadczen, skoro sa
                    nauczeni sobie radzic, to skad te wszystkie problemy z relacjami, sytuacjami,
                    chore uklady

                    coraz nizej zjezdzasz z argumentami i coraz zabawniej sie w watku robi

                    --
                    "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                    prababcia Luśki
                    • 10.10.09, 09:39
                      "i takie dziecko, jak nigdy nie jadlo chipsa, to jak sprobuje w
                      szkole, to moze
                      > dostac alergii albo zatrucia"

                      Alergii raczej nie, natomiast może zzcząć to jeść nałogowo, bo
                      zakazany owoc kusi. Ale Twoim dzieciom to nie grozi, bo nie będą
                      chodzić do szkoły.
                      Skądinąd nie dawałabym takich rzeczy dziecku za dużo i uważam, że
                      to, że dzieci lubią tzw. plastikowe żarcie, to wynik generowania
                      przez rodziców i innych dorosłych, ulegających reklamom: jeśli
                      nagrodą fundowaną stale dziecku jest wyprawa do Mc Donalda, to
                      trudno się dziwić, że dziecko uczy się, że to świństwo to jakaś
                      atrakcja. Myślę, że równie dobrze można w dzieciahc rozbudzić
                      poczucie, że wielką atrakcją jest zjedzenie np. owocu mango czy
                      czegoś podobnego, a zdrowego. Ale raczej oddziaływałabym pozytywnie,
                      tzn. traktowała jako atrakcję właście kupienie kiwi czy mango, by
                      wzmacniać poczucie, że to rzecz zdrowa, ale nie deonizowałabym
                      chipsow, jeśli już się zdarzą.
                      • 10.10.09, 11:46
                        > Alergii raczej nie, natomiast może zzcząć to jeść nałogowo, bo
                        > zakazany owoc kusi.

                        serio?
                        a skad dziecko wie, ze to zakazany owoc i ze ma kusic?
                        tak samo sie rzuci na kazda rzecz, ktorej nie jadlo?
                        dla kogos, kto jada smacznie i zdrowo, chips to sama sol gryzac w jezyk i nie
                        smakuje po prostu
                        jedzenie to bogactwo smakow, mozliwosci jest tak duzo, zeby kubkom smakowym
                        dogodzic czyms fajnym, ze smieciowe zarcie wypada za nawias po prostu, pomijajac
                        fakt, ze nie smakuje
                        nawet czekolady maja ogromne roznice w smaku, lubie bardzo, ale niewiele jest
                        dla mnie smacznych, a juz wszelkie tansze odpadaja, slodkie do zmulenia i gryza
                        w gardlo od jakichs poprawiaczy smaku

                        dobra, to juz zupelny offtopic, nie bede nawet kontynowac, bo same watki o
                        jedzeniu na kilkaset postow bywaja
                        eot
                        --
                        "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
                        prababcia Luśki
                      • 19.10.09, 13:11
                        Swoja droga, pracowalam kiedys z Kanadyjka, ktora opowiedziala mi
                        ciekawa historie.

                        Jej rodzice bardzo zwracali uwage na to, co ona i jej brat jedza: do
                        18 roku zycia oboje nie sprobowali cukru, miesa, rafinowanych
                        tluszczow, matka piekla w domu ekologiczny chleb, sami hodowali tez
                        jakies warzywa. Byla to, z tego, co uslyszalam, bardzo restrykcyjna
                        hippisowska rodzina, w ktorej wielki nacisk kladlo sie na prawa
                        zwierzat, srodowisko i naturalne zywienie.

                        Kiedy moja kolezanka skonczyla 18 lat i wyprowadzila sie z domu, i
                        ona, i jej brat, dostali takiego odbicia w druga strone, ze - jak
                        sama przyznaje - przez nastepne kilka lat zywili sie glownie
                        jedzeniem z McDonaldsa i DunkinDonuts. Wspomina, jak jezdzila z
                        bratem po miescie i szukali najbardziej niezdrowego jedzenia z
                        mozliwych, i jedynie McDrive spelnialo ich standardy. Kiedy ja ja
                        poznalam, miala spora nadwage, i w kantynie pracowej wybierala zawsze
                        najtlustsza i najbardziej slodka z mozliwych opcji obiadowych.

                        Oczywiscie, nie uzywam tego przykladu po to, zeby powiedziec, ze tak
                        bedzie zawsze. Mysle, ze wprost przeciwnie, wiekszosc tak wychowanych
                        osob jednak kontynuowac bedzie nawyki zywieniowe wyniesione z domu, a
                        podana przeze mnie historia jest mniej spotykana.

                        Natomiast, warto zdawac sobie sprawe z tego, ze dzieci to jednak
                        odrebne istoty, i nie da sie im w 100% zaszczepic ani swiatopogladu,
                        ani stylu zycia.
                        --
                        I love my computer, because my friends live in it.
                • 08.10.09, 21:33
                  Albo tez beda sie chowac po katach przed klasowymi 'oprawcami' (w UK
                  bullying to powazna plaga

                  w zyciu bym nie pojechala do UK
                • 09.10.09, 09:21
                  alez sie nakrecasz no no....o nozach zapomnialas i karabinach, ktore niektorzy
                  uczniowie przynosza w ramach rozladowywania emocji.....
                  --
                  opsesyjna.blox.pl/html
                  przez pierwsze dwa lata uczysz dzieci chodzić i mówić a przez
                  następne szesnaście lat marzysz o tym żeby usiadły spokojnie i się zamknęły
                  • 09.10.09, 13:19

                    wieczna-gosia napisała:

                    > alez sie nakrecasz no no....o nozach zapomnialas i karabinach,
                    ktore niektorzy
                    > uczniowie przynosza w ramach rozladowywania emocji.....

                    Fakt jest taki, ze niewiadomo w ktorej ze szkol kolejny sfrustorwany
                    uczen 'uderzy' z karabinem. wink wink wink
                    --
                    <*>
                    fotoforum.gazeta.pl/u/aagnie.szkaa.html -nasze
                    foty
                    • 09.10.09, 22:21
                      no i tego sie trzymaj- i buduj w sobie przekonanie ze w szkolach sam szatan-
                      bedzie ci jeszcze latwiej w zyciu.

                      Naprawde za twoich czasow w szkole tak bylo? za moich nie.
                      --
                      opsesyjna.blox.pl/html
                      przez pierwsze dwa lata uczysz dzieci chodzić i mówić a przez
                      następne szesnaście lat marzysz o tym żeby usiadły spokojnie i się zamknęły
                • 10.10.09, 14:18
                  Agnieszka, demonizujesz. Sama mieszkam w UK i syn meza chodzi tu do
                  colleagu. Nie jest latwo, bo i taki wiek, ze zycie jest trudne. Ale
                  Twoja corka bedzie miala i tak ciezej od poczatku, bo bedzie juz na
                  starcie inna, z racji nie bycia Angielka. I Ty, zamiast pomoc jej
                  zaaklimatyzowac sie i zintegrowac ze spoleczenstwem, w ktorym
                  przyjdzie jej zyc, chcesz ja od niego izolowac i kazac jej czytac
                  polskie ksiazki?

                  Angielski, jak sama pisalas, nie jest pierwszym jezykiem ani Twoim,
                  ani meza. Nauczycie ja wiec z nieuniknionymi bledami, ktorych pozniej
                  nie sposob sie oduczyc. Bedzie mowila w ebonics, a nie po angielsku.
                  Jakim cudem chcesz ja wypchnac do Cambridge z takim przygotowaniem?

                  Mysle, ze w Twoim przypadku role odgrywa jakis czynnik religijny, o
                  ktorym wybralas nie pisac. Powiem Ci tylko tyle, ze moj maz, ktory
                  jest Anglikiem i profesorem na uczelni, styka sie non-stop ze
                  studentami, ktorzy urodzili sie i wychowali w Anglii - a nie mowia po
                  angielsku. I wylatuja niestety, i wszedzie sa obcy. Nie rob tego
                  swojej corce.

                  Inna rzecz - chcialabyc pracowac u swojej matki? Albo zeby Twoj
                  ojciec byl Twoim szefem? Ja troche tak pracowalam, i wolalabym
                  zamiatac ulice, niz jeszcze raz znalezc sie w takiej sytuacji.

                  Poza tym, wszystko dziala w dwie strony - kiedy corka zorientuje sie,
                  ze uczysz ja zle, albo popelniasz bledy, moze stracic do Ciebie
                  szacunek, i zadne 'zobacz, jak sie dla Ciebie poswiecam' Ci wtedy nie
                  pomoze.
                  --
                  I love my computer, because my friends live in it.
                  • 10.10.09, 14:20
                    college'u big_grin
                    --
                    I love my computer, because my friends live in it.
                  • 10.10.09, 14:52

                    Mialabym taka propozycje na poczatek, by odpowiadac z cytowaniem, do
                    czego sie odnosimy, bo bez tego, to ja czesto nie wiem na co
                    odpowiadacie, i jak sie do tego odniescsmile, gdyz szukac 'drzewkiem'
                    to sie niemal nie da przy tak duzym watku.

                    --
                    www.education-otherwise.org/
                  • 11.10.09, 13:49

                    croyance napisała:

                    > Agnieszka, demonizujesz. Sama mieszkam w UK i syn meza chodzi tu
                    do
                    > colleagu. Nie jest latwo, bo i taki wiek, ze zycie jest trudne.
                    Ale
                    > Twoja corka bedzie miala i tak ciezej od poczatku, bo bedzie juz
                    na
                    > starcie inna, z racji nie bycia Angielka. I Ty, zamiast pomoc jej
                    > zaaklimatyzowac sie i zintegrowac ze spoleczenstwem, w ktorym
                    > przyjdzie jej zyc, chcesz ja od niego izolowac i kazac jej czytac
                    > polskie ksiazki?
                    >
                    Tak dla scislosci, to ksiazki polskie, francuskie i angielskie,
                    kompletuje wcale duza kolekcje literatury, takze bedzie w czym
                    wybierac wink.


                    > Angielski, jak sama pisalas, nie jest pierwszym jezykiem ani
                    Twoim,
                    > ani meza. Nauczycie ja wiec z nieuniknionymi bledami, ktorych
                    pozniej
                    > nie sposob sie oduczyc. Bedzie mowila w ebonics, a nie po
                    angielsku.
                    > Jakim cudem chcesz ja wypchnac do Cambridge z takim przygotowaniem?

                    Nie bedziemy jej uczyc jezyka angielskiego, wlasnie ze wzgledu na
                    ewentualne bledy, ktore moglaby od nas przejac.
                    Ja bede ja uczyla polskiego, maz francuskiego, a na tej podstawie
                    nabuduje sobie jezyk angielski, korzystajac z zajec dodatkowych,
                    kontaktow z anglojezycznymi rowiesnikami i naszymi znajomymi.

                    > Mysle, ze w Twoim przypadku role odgrywa jakis czynnik religijny,
                    o
                    > ktorym wybralas nie pisac. Powiem Ci tylko tyle, ze moj maz, ktory
                    > jest Anglikiem i profesorem na uczelni, styka sie non-stop ze
                    > studentami, ktorzy urodzili sie i wychowali w Anglii - a nie mowia
                    po
                    > angielsku. I wylatuja niestety, i wszedzie sa obcy. Nie rob tego
                    > swojej corce.

                    Nie ma czynnika religijnego, poniewaz zasadniczo jestesmy z mezem
                    niewierzacy (a szkoda, bo gdybysmy wierzacy byli, moznaby bylo Sare
                    takze w jakies koscielne aktywnosci rowiesnicze zaangazowac).
                    Nie wiem, co dokladnie masz na mysli piszac o wylatujacych
                    studentach wychowanych w UK, nie mowiacych po angielsku- jak to sie
                    stalo, ze nie mowia (a przeciez chodzili chyba do szkol tutaj) uncertain
                    Sarah bedzie wladala angielskim plynnie, za to recze.

                    > Inna rzecz - chcialabyc pracowac u swojej matki? Albo zeby Twoj
                    > ojciec byl Twoim szefem? Ja troche tak pracowalam, i wolalabym
                    > zamiatac ulice, niz jeszcze raz znalezc sie w takiej sytuacji.

                    A skad takie pytanie?


                    --
                    04.11.2008 Sarah, moje szczescie.
                    • 19.10.09, 13:25
                      No wlasnie stalo sie to tak, ze w domu mowi sie innym jezykiem, niz
                      angielski, a rodziny np. pakistanskie czesto bardzo kontroluja swoje
                      dzieci i nie maja one wielu okazji, by integrowac sie ze srodowiskiem
                      angielskim, chociaz chodza do angielskich szkol. Jednak i
                      szkola to za malo, jesli poza nia dzieciak caly czas spedza z
                      rodzina, ktora nie mowi po angielsku.

                      Dlatego sceptycznie podchodze do zalozenia, ze Sarah bedzie mowila po
                      angielsku plynnie jedynie chodzac na zajecia dodatkowe, jesli nie
                      bedzie to jezyk, w ktorym bedzie porozumiewala sie codzienne.
                      --
                      I love my computer, because my friends live in it.
                      • 19.10.09, 14:19

                        Czesc Croyance smile

                        > No wlasnie stalo sie to tak, ze w domu mowi sie innym jezykiem,
                        niz
                        > angielski, a rodziny np. pakistanskie czesto bardzo kontroluja
                        swoje
                        > dzieci i nie maja one wielu okazji, by integrowac sie ze
                        srodowiskiem
                        > angielskim, chociaz chodza do angielskich szkol. Jednak i
                        > szkola to za malo, jesli poza nia dzieciak caly czas spedza z
                        > rodzina, ktora nie mowi po angielsku.

                        Z latwoscia moge sobie wyobrazic taka sytuacje, podobny efekt ma
                        miejsce w Niemczech (mieszkalam w Niemczech 3 lata), gdzie czesto
                        dzieci z hermetycznych rodzin tureckich, pomimo uczeszczania do
                        szkol maja trudnosci z dobrym opanowaniem jezyka.

                        Dla mnie to dowod na to, ze szkola nie jest czynnikiem
                        wystarczajacym, by dziecko super opanowalo jezyk. W kazdym
                        przypadku, wielojezycznosc dziecka to ciezka praca rodzicow,
                        posylanie do szkoly nie wystarczy, trzeba znajezc duzo mozliwosci
                        alternatywnych dla kontaktu z jezykiem, co dla Sary mamy zaplanowane.

                        Nasza rodzina jest anglojezyczna poniekad wink, moim i meza wspolnym
                        jezykiem jest angielski, takze kontakt z jezykiem bedzie miala na
                        codzien (jestesmy z mezem baaardzo gadatliwi smile). Ale oczywiscie,
                        jako, ze konsekwentnie trzymamy sie metody OPOL, nie bedziemy w tym
                        jezyku zwracac sie do corki. Przy rodzinnym stole 3 jezyki sa w
                        uzyciu, maz mowi do corki po francusku, ja sie dopytuje co
                        powiedzial (nie znam francuskiego), on mi powtarza to samo po
                        angielsku, i to samo w druga strone, ja cos tam gadam do Sary, maz
                        pyta (gdyz nie zna polskiego), ja tlumacze to samo na angielski.
                        Mozna sie urobic po pachy w takim systemie, ale nie jestesmy ani
                        pierwsza, ani ostatnia rodzina, ktora zyje w ten sposob.

                        Takze nie porownywalabym tego do sytuacji, kiedy w rodzinie
                        pakistanskiej nie ma kontaktu z jezykiem ang.

                        Damy rade smile. Zdam sprawozdanie z postepow za 15 lat wink.

                        --
                        www.education-otherwise.org/
                        • 22.10.09, 09:51
                          Przy rodzinnym stole 3 jezyki sa w
                          uzyciu, maz mowi do corki po francusku, ja sie dopytuje co
                          powiedzial (nie znam francuskiego), on mi powtarza to samo po
                          angielsku, i to samo w druga strone, ja cos tam gadam do Sary, maz
                          pyta (gdyz nie zna polskiego), ja tlumacze to samo na angielski.
                          Mozna sie urobic po pachy w takim systemie, ale nie jestesmy ani
                          pierwsza, ani ostatnia rodzina, ktora zyje w ten sposob.

                          W takiej sytuacji poświecilabym jezyki ojczyste na rzecz komunikacji
                          wewnątrzrodzinnej. Tak można sie porozumiewać w recepcji jakiejś
                          albo w muzeum. Przy rodzinnym stole wielka doopa dla mnie. Co innego
                          rozmowa między 2 osobami, oczywiście.
                          • 22.10.09, 11:04

                            mmk9 napisała:

                            > W takiej sytuacji poświecilabym jezyki ojczyste na rzecz
                            komunikacji
                            > wewnątrzrodzinnej. Tak można sie porozumiewać w recepcji jakiejś
                            > albo w muzeum. Przy rodzinnym stole wielka doopa dla mnie. Co
                            innego
                            > rozmowa między 2 osobami, oczywiście.

                            wiesz, OPOL jest znany nie od dzis, i poki co jest uwazany za metode
                            najskuteczniejsza, w funkcjonowaniu rodzin wielojezycznych, taka
                            sytuacja jak nasza nie jest odosobniona, i chocby czytajac
                            forum ,,Wielojezycznosc w rodzinie'', mozna sie utwierdzic w
                            przekonaniu, ze to najlepsza droga.

                            --
                            www.parentingscience.com/
                            • 22.10.09, 13:38
                              Aguś .. mam takie nieodparte uczucie (choc może mylne wink), że wszędzie
                              "metoda", "idea", "koncepcja", "teoria" ... a gdzie miejsce na dziecko i jego
                              indywidualizm wink
                              Pozdro
                              ps: najlepszy moment po zdanym egzaminie to ... palenie książek i zeszytów z
                              teorią ;-p
                            • 22.10.09, 13:48
                              Aga .. akurat to co piszą poprzedniczki o angielskich szkołach brzmi bardzo
                              sensownie. Przemyśl to. Tym bardziej, że nie musicie wysyłać Sary do pierwszej
                              lepszej szkoły. Możecie dokonać wyboru ... skąd więc ta anty-szkolna fobia ?!
                              Podobne irracjonalne lęki prezentowałaś w wątku o drugim dziecku (jeśli dobrze
                              pamiętam) ...
                              Świat tak naprawdę nie jest aż taki zły, a i ludzie to nie tylko zboczeńcy wink
                              Nie chciałam Cię obrazić ... a jedynie pobudzić do głębszej refleksji.
                              Pozdrawiam
                              • 22.10.09, 14:48

                                pam_71 napisała:

                                > Aga .. akurat to co piszą poprzedniczki o angielskich szkołach
                                brzmi bardzo
                                > sensownie. Przemyśl to. Tym bardziej, że nie musicie wysyłać Sary
                                do pierwszej
                                > lepszej szkoły. Możecie dokonać wyboru ... skąd więc ta anty-
                                szkolna fobia ?!
                                > Podobne irracjonalne lęki prezentowałaś w wątku o drugim dziecku
                                (jeśli dobrze
                                > pamiętam) ...

                                To, ze chce by Sarah uczyla sie w domu, nie wynika jedynie z tego,
                                ze mam ''fobie szkolna''. Rozmowa potoczyla sie w kierunku krytyki
                                ED, to i ja zaczelam podawac jakies argumenty za tym, ze
                                szkola ''jest zla''. Generalnie powody, ktore sklaniaja mnie ku HS,
                                sa bardziej zlozone niz ''gans, crack and abuse'' smile

                                Tak w tamtym watku, bylo o moich irracjonalnych lekach dot. faktu
                                posiadania drugiego dziecka, gdzie martwilam sie o to, ze poprzez to
                                Sara moze cos stracic, takze lek o to, ze moglabym nie pokochac
                                mojego drugiego dziecka tak mocno jak kocham Sare.
                                Dzieki postom dziewczyn w tamtym temacie, jestem obecnie wolna od
                                tych lekow, i w przyszlym roku zaczynamy starania smile.
                                Moja zmiana postrzegania tamtego problemu moze byc dowodem na to, ze
                                przy odpowiednich argumentach, wiedzy, jestem w stanie zreformowac
                                swoje postrzeganie sytuacji.
                                Niestety/stety, w kwestii ED nie padl zaden argument, wystarczajaco
                                silny, by mnie od HS odstreczyc smile. wrecz przeciwnie, poszukujac
                                informacji w necie, przydatnych w tej rozmowie, natknelam sie na
                                wiele statystyk, materialow, blogow rodzin uczacych w domu, ktore
                                jedynie przekonaly mnie o slusznosci naszej decyzji.
                                + jako prezent na nadchodzace urodziny, zamowilam sobie u meza 5
                                ksiazek dot. ED, wtedy to juz bede wiedziala wszystko smile.
                                Mysle tez nad skontaktowaniem sie z lokalna grupa rodzin uczacych w
                                domu, by bezposrednio poznac srodowisko, pogadac z dzieciakami,
                                wymienic opinie twarza w twarz. smile

                                --
                                <*>
                                fotoforum.gazeta.pl/u/aagnie.szkaa.html -nasze
                                foty
                                • 22.10.09, 15:01
                                  Cokolwiek będzie napisane tu na tym forum czy w książkach i niezależnie od
                                  opinii osób doświadczonych w HS - ostateczną decyzję podejmiecie WY - rodzice Sary.
                                  Pozdrawiam serdecznie

                                  • 22.10.09, 15:18

                                    pam_71 napisała:

                                    > Cokolwiek będzie napisane tu na tym forum czy w książkach i
                                    niezależnie od
                                    > opinii osób doświadczonych w HS - ostateczną decyzję podejmiecie
                                    WY - rodzice S
                                    > ary.
                                    > Pozdrawiam serdecznie

                                    Ostateczna decyzje juz podjelismy smile. Informacje ksiazkowe, i te z
                                    pierwszej reki pomoga w upewnieniu sie w jej slusznosci wink, plus
                                    posluza jako skarbnica wiedzy dot. procesu wykonawczego, tzn. z
                                    czego najlepiej korzystac przy opracowywaniu planu nauczania, jak
                                    motywowac, gdzie najfajniejsze aktywnosci rowiesnicze w naszej
                                    okolicy, czy jest sens posylac do szkoly part-time (np. tylko na
                                    angielski), jak i kiedy zaczac dziecko przygotowywac do egzaminow
                                    GCSE. ITP.
                                    >
                                    >
                                    --
                                    www.education-otherwise.org/
      • 08.10.09, 19:19

        rycerzowa napisała:

        > Co jest lepszym rozwiązaniem, szkoła czy niż nauczanie domowe? Gdy
        się nad tym
        > zastanawiam, przypomina mi się pewien wieczór.
        > Pisałam już pewnie o tym ,ale na koniec tej dyskusji - powtórzę
        się.

        Piekna opowiesc rycerzowa, wczoraj, kiedy ja przeczytalam, na caly
        wieczor mialam wspomnien z dziecinstwa smile. Zadzwonilam nawet do
        mojej przyjaciolki i powspominalysmy razem, bo duza czesc moich
        wspomnien laczyla sie wlasnie z tym co robilysmy razem.
        Jednak pierwszymi myslami jakie sie pojawily, byly wspomnienia z
        wyjazdow do dziadkow na wsi- wspolne z dziadkiem 'ganianie golebi',
        praca w polu z babcia, kiedy pielac rozmawialysmy godzinami (oj
        wartosci tych rozmow nie da sie przecenic!), chleb z maslem i
        cukrem, ktory potem babcia mi dawala do jedzenia, proby dosiadania
        swini wierzchem przy entuzjastycznych zachetach dziadka. No moglabym
        wyliczac godzinami.
        Potem, to co mowilam, szalenstwa z moja przyjaciolka, wloczenie sie
        po dzialkach i uprawianie 'repety' (+ucieczki przed wscieklymi
        ogrodnikami uncertain), poczatki jazdy konnej razem, wycieczki autobusami
        po warszawie-gadajac o bzdetach badz liczac panow w kapeluszach, i
        wiele...wiele innych.
        Zasadniczo, to z podstawowka nic milego mi sie nie kojarzy, bo nie
        bylam lubiana, i zawsze czulam sie gorsza. Moich rodzicow nie bylo
        stac na jeansy 'marmurki', na lalke barbi z pewexu, na ladny
        piornik, na zegarek na reke, no na nic co bylo przez dzieciaki
        cholubione w tamtych czasach, moich rodzicow nie bylo stac.
        Za to, kiedy juz poszlam do technikum, gdzie juz nie rzeczy
        determinowaly przynaleznosc do grupy 'popularnych', a umiejetnosci i
        wiedza (jazda konna, wiedza o koniach- szkola kierunkowa), tam
        przezylam rozkwit swojej osobowosci smile. I z tamtad jest kupa cudnych
        wspomnien.

        Rozne dzieci, rozni rodzice, rozne szkoly, rozne wspomnienia, nie
        upraszczalabym tutaj. Nie kazde dziecko ma boskie wspomnienia z
        podstawowy, a jest spora grupa takich, ktore maja traume, a nie
        lezke w oku uncertain.

        --
        <*>
        fotoforum.gazeta.pl/u/aagnie.szkaa.html -nasze
        foty
        • 08.10.09, 21:58
          agnieszko,chciałam przeczytać cały wątek,ale w pewnym momencie ręce mi opadły i
          nie dałam rady.my tez uczymy córkę w domu,mamy jeszcze dwójkę młodszych,których
          też pewnie tak będziemy uczyć.czy ten adres który podałaś jako mail jest
          aktualny?jutro postaram się coś napisać więcej na priva.
          pozdrawiam serdecznie,dorota.
          --
          <*>
          fotoforum.gazeta.pl/photo/8/ti/ra/yqar/zJWh7R8bDx0GDCyAoA.jpg
          <*>
          fotoforum.gazeta.pl/photo/8/ti/ra/
          • 08.10.09, 22:02
            hej Dorota smile

            tak ten e-mail zafi1@interia.pl to moj staly adres, mozesz smialo na
            niego napisac smile

            --
            www.education-otherwise.org/
          • 08.10.09, 22:31
            mamo.rozy jaka metoda uczycie?

            --
            Nothing you become will disappoint me;
            I have no preconception that I'd like to see you be or do.
            I have no desire to foresee you, only to discover you.
            You cannot disappoint me.
          • 08.10.09, 22:57
            dorota, niech ci rece nie opadaja, pisz tutaj tez smile
            z forumowego doswiadczenia, jako uczestniczka wielu tasiemcowych flejmow moge Ci
            zareczyc, ze sa osoby czytajace, w ktorych sie zasiewaja ziarenka, wiec warto pisac


            --
            "tak jak siano ma się suszyć na grabiach, tak dziecko ma rosnąć na rękach" by
            prababcia Luśki
            • 08.10.09, 23:14

              donkaczka napisała:

              > dorota, niech ci rece nie opadaja, pisz tutaj tez smile
              > z forumowego doswiadczenia, jako uczestniczka wielu tasiemcowych
              flejmow moge C
              > i
              > zareczyc, ze sa osoby czytajace, w ktorych sie zasiewaja ziarenka,
              wiec warto p
              > isac

              zgadzam sie z donkaczka, jesli mozesz to napisz tez cos tutaj, glos
              praktyka wzbogacilby nasza rozmowe znaczaco,
              pozdr

              --
              www.youtube.com/watch?v=NeBb2eSvOnM&feature=related
        • 09.10.09, 09:19
          pytanie jakie nalezy w tym momencie zadac brzmi- czy w imie tego ze JA nie mam
          milych wspomnien z podstawowki i JA nie mam lezki w oku- mam prawo pozbawic
          dziecka mozliwosci posiadania milych wspomnien z podstawowki i lezki w oku.

          Ja tez nie mam milych wspomnien z podstawowki- wielu moich podstawowkowych
          znajomych- z tej samej klasy, ktora ja uwazalam za agresywna, niemila- wynioslo
          przyjaznie na cale zycie a nawt zony i mezow smile

          Na tej samej zasadzie- jesli uwazalabys ze twoje studia byly strata czasu- czy
          masz wobec tego prawo przekonywac dziecko ze studia to syf?

          Ja osobiscie lubue HS i chetnie korzystam z materialow itd, owszem fajna zabawa-
          ale nie moge oprzec sie wrazeniu ze to jest w tak duzej mierze oparte na
          wymagradzaniu wlasnego dziecinstwa i zaleczaniu traum- ze az boli. Zreszta znani
          mi HS z ktorymi jestemn w stanie rozmawiac bo nie wiele ideologia na kilometr-
          wyslali dzieci do gimnazjum i zagranicznych odpowiednikow do szkol. Miedzy
          innymi wlasnie dlatego ze ideologia nie wieja na kilometr.
          --
          opsesyjna.blox.pl/html
          przez pierwsze dwa lata uczysz dzieci chodzić i mówić a przez
          następne szesnaście lat marzysz o tym żeby usiadły spokojnie i się zamknęły
          • 09.10.09, 09:43
            Ja tez się zastanawiam na ile HS to gotowość rodziców do "podążania za
            dzieckiem", a na ile ich podążanie za samą ideą.
            Bardzo jestem ciekawa wypowiedzi praktyka mamy-róży wink Nie bój się pisać.
            Pozdr
          • 09.10.09, 13:17

            wieczna-gosia napisała:

            > pytanie jakie nalezy w tym momencie zadac brzmi- czy w imie tego
            ze JA nie mam
            > milych wspomnien z podstawowki i JA nie mam lezki w oku- mam prawo
            pozbawic
            > dziecka mozliwosci posiadania milych wspomnien z podstawowki i
            lezki w oku.

            Innym pytaniem moze byc takie- czy dlatego, ze my mielismy ze szkoly
            boskie wspomnienia, nalezaloby z ED zrezygnowac, nawet majac ku temu
            mozliwosci, checi i znajac dodatkowe profity jakie moga z niej dla
            dziecka wyniknac? ;/.

            --
            <*>
            fotoforum.gazeta.pl/u/aagnie.szkaa.html -nasze
            foty
            • 09.10.09, 22:23
              a jeszcze kolejne pytanie jakie moze sie rodzic to dlaczego nie poszukac
              rozwiazania ktore pogodziloby dodatkowe profity, ktore sa wiedza magiczna gdyz
              ich nie znam, ake rozmawiam z ekspertem, oraz profity wynikajace z nauki w
              grupie rowiesnikow. Bo jednak wszyscy znani mi Hsowcy ucza duze rodziny a nie
              jedynakow. Czyli koncepcja nie jest im obca.
              --
              opsesyjna.blox.pl/html
              przez pierwsze dwa lata uczysz dzieci chodzić i mówić a przez
              następne szesnaście lat marzysz o tym żeby usiadły spokojnie i się zamknęły
              • 10.10.09, 18:10
                he he,już się odzywam.napiszę o tym,jak sobie radzimy.
                nas sytuacja wygląda tak-najstarsza córka ma 6 lat,zaczęła swoją edukację w
                zerówce,uczona w domu.umie pisać i czytać.z liczeniem jest gorzej,ale myślę,że
                jak na jej wiek,to i tak nieźle.nigdy nie trzeba jej było zachęcać do
                czytania,jeszcze jak my jej czytaliśmy.książeczki w kółko,aż do znudzenia.sama
                czyta tak gdzieś od wiosny,lata,czyli jak miała 5,5roku.jest dzieckiem,które
                bardzo szybko się uczy i od razu pamięta.bardzo ufna.aż za bardzo.jak coś jej
                pzrychodzi szybko,to jest dobrze,ale jak juz nad czymś trzeba posiedzieć,to juz
                się robią problemy.dlatego jest co z takim dzieckiem robić.pisać potrafi,czasem
                jej się mylą litery,ale nie chce jej się robić szlaczków i uczyć pisania
                starannego.lubi muzea,teatr ją trochę przeraża,bo bierze wszystko na serio.jest
                ciągle w ruchu.bardzo mi pomaga w domu.mamy książki ze szkoły,w której jest
                zapisana,ale dość ciężko przerabia się program,gdzie w kółko o chmurkach i
                pszczółkach.
                nie idziemy jakims specjalnym systemem,na razie traktujemy tematy trochę z
                doskoku,jeszcze sami musimy z mężem usiąść i przejrzeć program,żeby jakoś go
                rozłożyć w czasie.marcelinę jakiś czas tem bardzo interesowała druga
                wojna,teraz raczej siedzi z książkami o zwierzętach.
                ale cały czas jest małą dziewczynką,która chodzi z lalką i szuka krasnoludkówsmile
                teraz dlaczego ED-bo nam się podobasmilefajne jest to,że ma się dużo czasu na
                robienie tego,co robiłoby się pewnie tylko w weekendy,albo w ogóle nie
                robiło.druga sprawa-jestem dość poważnie chora(mam ziarnicę),więc i tak jestem w
                domu.dzieci są ze mną.naturalnym jest,że coś się w tym domu robi
                razem...sprząta,bałagani,uczy różnych rzeczy...
                a trzecia sprawa-szkoła w naszej miejscowości oddalona jest od nas 5km,co prawda
                ludzie się jakoś organizują i wożą wspólnie(nie mamy samochodu),ale nam to jakoś
                nie podeszło.
                mamy troje dzieci,średnie-chłopiec-kończy 4 lata w styczni,zobaczymy co będzie z
                nim,na razie widać,że lubi oglądać książki,szczególnie te o
                strażakachsmilenajmłodsza ma niecałe 2 lata,teraz specjalizuje się w robieniu
                wszystkiego odwrotnie niż my chcemysmile
                nie mamy ambicji uczenia dzieci do czasu studiów,ale nie ograniczamy sobie czas
                nauczania.zobaczymy.
                kontakty z innymi mamy,wszyscyśmy wielodzietni,więc wystarczy,że spotkają się
                trzy rodziny i mamy przedszkole gotowe.a co do wspomnień ze szkoły,to ja ją
                uwielbiałam,a mąż miał prawie cały czas indywidualny tok(no i wyrósł z niego
                filozofsmile).
                pozdrawiam.agnieszko,odezwe się,bo nasza szkoła ma jakiś specjalny program do
                dzieci za granicą.

                --
                <*>
                fotoforum.gazeta.pl/photo/8/ti/ra/yqar/zJWh7R8bDx0GDCyAoA.jpg
                <*>
                fotoforum.gazeta.pl/photo/8/ti/ra/