Dodaj do ulubionych

Rodzicielstwo bliskości

13.08.13, 20:45
dla każdego rodzica, najlepiej na początku drogi, koniecznie:
www.edziecko.pl/edziecko/1,105020,14431828,_W_naszej_kulturze_jest_jakis_sztuczny__wyidealizowany.html
Obserwuj wątek
    • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 13.08.13, 21:46
      Nie mogę sie jednak zgodzić wizją tego, ze kiedyś dzieci miały o wiele gorzej, ze dopiero teraz, po tysiącach lat wynaleźliśmy jedyny słuszny sposób wychowania dzieci.
      Problem nie leży wyłącznie w niesłuchaniu dzieci. Może nawet nie przede wszystkim. Problem lezy w tym, ze dzieci stały sie dobrem rzadkim i nadzorowanym. Pytamy je o zdanie, ale naprawdę, w porównaniu z dziećmi, które biegały po polach czy podwórkach, mają bez porównanie mniej wolności i możliwości podejmowania realnych decyzji, a nie tych pod rodzicielskim nadzorem, wyłącznie słusznych i bezpiecznych. Dzieci są infantylizowane, traktowane jako coraz młodsze - wystarczy zobaczyć akcję "ratujmy maluchy". W dodatku sa stale porównywane, troskliwie naprawiane, nawet najlepsi rodzice liczą, że dziecko będzie doskonałe, osiągnie sukces. Rodzicielstwo bliskości tu nie pomoże. Może nawet zaszkodzi, bo rodzice bedą jeszcze uważniej przyglądać sie dziecku i uniezależniać je od siebie - choć teoretycznie ma byc inaczej.
      To wywoła dokładnie tyle samo - choć może nie takich samych- problemów psychicznych i nerwic, jak wychowanie autorytarne.
      --
      • sebalda Re: Rodzicielstwo bliskości 13.08.13, 22:12
        Moim zdaniem mylisz trochę, Verdano, rodzicielstwo bliskości z wychowaniem bezstresowym, ktore rzeczywiście było równie niebezpieczne i złe, tylko na przeciwnym biegunie skrajności, jak wychowanie autorytarne. W wywiadzie Stein wyraźnie pisze, ze tylko z pozoru takie dzieci są mniej samodzielne. Ja od 3 lat obserwuję matkę i wychowywane przez nią według reguł rodzicielstwa bliskości dwie coreczki (wychowuje samotnie, tatuś nie psuje jej pracy, co niestety jest częste) i zapewniam, że tak fajnych, rozumnych, mądrych i samodzielnych dzieci nigdy nie widziałam. Do tego spokojnych, nierozwydrzonych, normalnych. Swoje dzieci też wychowałam nieco podobnie, choć nie mialam pojęcia o tej metodzie, robiłam to intuicyjnie, też sobie chwalę, dzieci mam na medal, nigdy nie sprawialy mi powazniejszych problemow wychowawczych.
        • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 13.08.13, 22:41
          Absolutnie nie. Rodzicielstwo bliskości nie ma nic wspólnego z bezstresowym, bo to ostatnie wcale nie musi być powiązane z bliskością. Dla mnie własnie rodzicielstwo bliskości jest rodzicielstwem stresującym obie strony - bo wymaga, aby rodzic w dużym stopniu żył życiem dziecka. Dziecko potrzebuje nie tylko bliskości (poza zupełnie malutkim, oczywiście), ale właśnie oddalenia. Samodzielność to nie tylko umiejętność jedzenia łyżką i pójścia po zakupy - to także umiejętność stopniowego uniezależniania się od rodziców i od dziecka. Ja widywałam samodzielne i niesamodzielne dzieci w bardzo rożnych rodzinach. Żadna metoda wychowawcza, wymyślona i narzucona dobra nie jest - bycie naturalnym jest ważniejsze od tego, jaki obecnie wzorzec jest modny. A juz zdanie o tym, ze tatuś psuje pracę wydaje sie mi być wręcz groźne - ojcowie jawią sie nie jako osoby zbędne, tymczasem są bardzo ważni dla dziecka, jesli tylko są wystarczająco dobrzy. Jeśli wychowują inaczej, to nie "psują" pracy matki, bo wychowanie należy do obojga .
          Przypisywanie zaburzeń psychicznych temu, że dzieci wychowywane były w inny sposób, niż w "bliskości" jest nadużyciem. Nie wiemy jeszcze, czy dzieci wychowywane pod nieustannym nadzorem, w stałej bliskości rodzica - nie bedą miały innych problemów. Na przykład czy nie będą za bardzo uzależnione, mimo pozornej samodzielności, od opinii rodziców. Czy nie będą separowały się od rówieśników, nie w nich szukając oparcia, a w domu - w wieku, gdy dom nie powinien już byc tak istotny.
          Tak czy inaczej - absolutnie nei wierzę,z ę istnieje jedna, słuszna, dobra dla wszystkich metoda wychowawcza, którą odkryto po paru tysiącach lat, dotychczas wychowując wszystkich źle.
          --
          • sebalda Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 10:12
            Dziecko potrzebuje nie tylko bliskoś
            > ci (poza zupełnie malutkim, oczywiście), ale właśnie oddalenia

            Rodzicielstwo bliskości nie jest przyklejeniem do dziecka. Chyba nie rozumiesz założeń tej metody. Piszesz, że dziecko potrzebuje też oddalenia. Skoro rodzicielstwo bliskości zakłada zwracanie uwagi na potrzeby dziecka, a jedną z nich jest potrzeba oddalenia (z czym się zgadzam), to prawdziwe rodzicielstwo bliskości na to oddalenie jak najbardziej pozwala i je wspiera.

            - bycie naturalnym jest ważniejsze
            > od tego, jaki obecnie wzorzec jest modny
            Rodzicielstwo bliskości nie jest metodą wychowawczą, jest bardzo luźnym założeniem, daje sporą dowolność, jest właśnie zaprzeczeniem sztywności, ścisłej dyscypliny. Daje ogromne pole do działania intuicji zarówno dziecięcej, jak i rodzicielskiej. Ja kompletnie nie wiedziałam nic o tej metodzie, a ją stosowałam intuicyjnie. I świetnie na tym wyszłam, podobnie jak moje dzieci, nie wiem zatem, co stresującego obie strony jest w tym modelu.
            Z drugiej strony takie całkowite "bycie naturalnym" też nie do końca jest dobre. A co, jeśli się człowiek wychował w zimnym, pełnym sztywnych zasad domu i nie ma innych wzorców? Też ma być "naturalnym", czyli takim, jaki wzorzec wyniósł z domu? Czy nie potrzeba wiedzy o stadiach rozwojowych dziecka? Dla niektórych "naturalne" jest wymaganie od półrocznego dziecka, żeby nie płakało, jak jest najedzone i suche. I to jest dobre??? Sama znam taką matkę, która twierdzi z dumą, że dziecko trzeba wychowywać od początku, jak jej córka w wieku 4 miesięcy płakała w nocy, choć była najedzona i sucha, to ona się nie poddała temu "terrorowi", pozwoliła się dziecku wypłakać, a potem było już spokojne. O, jaka dzielna i mądra matka!
            Co do psucia przez tatusia, to przecież nie piszę, że każdy czy większość tatusiów psuje. Ale nie jest dobrze, gdy matka chce dzieci wychowywać w miłości i szacunku, a ojciec jest zwolennikiem żelaznej dyscypliny i zasady, że dzieci i ryby głosu nie mają. I wtedy ojciec generuje konflikty, bo nieustannie ma za złe żonie, że się z dziećmi cacka, że na wszystko im pozwala, że one przez to będą rozwydrzone i nieznośne. A rodzicielstwo bliskości nie polega na tym, żeby dzieciom na wszystko pozwalać, ale żeby z nimi rozmawiać i starać się je zrozumieć, a w razie potrzeby umieć z nimi negocjować, a nie nieustannie narzucać, zmuszać, karać, gdy nie są dość grzeczne.

            Nie wiemy jeszcze, czy dzieci wychowywa
            > ne pod nieustannym nadzorem, w stałej bliskości rodzica - nie bedą miały innych
            > problemów.
            Znowu wypaczasz idee rodzicielstwa bliskości. To nie jest nieustanny nadzór i stała bliskość, to jedynie zrozumienie potrzeb dziecka. A w moim przypadku, pamięć o tym, co było dla mnie ważne, co lubiłam, czego się bała, czego nie znosiłam, jak miałam 4 lata, 7 lat, 15 i tak dalej. Wystarczy pamiętać, mieć kontakt ze swoim dawnym ja, to się naprawdę sprawdza.
            • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 10:55
              Rodzicielstwo bliskości ignoruje potrzeby dorosłych. Gdyby było propagowane jako jeden ze stylów wychowania, byłoby OK. Natomiast ten artykuł przekonuje nas, że albo rodzicielstwo bliskości, albo krzywdzenie dziecka. Że to jedyny sposób, aby dziecko było szczęśliwe - co jest tak oczywistą nieprawdą, że budzi podejrzenia co do całokształtu metody.
              Problem w tym, ze rodzic nie ma obowiązku być skoncentrowany tylko na potrzebach dziecka. Brak sztywnej dyscypliny to jeszcze nie rodzicielstwo bliskości. Rodzicielstwo bliskości to skoncentrowanie się rodziny na wypełnianiu potrzeb dzieci.
              Jesli rodzic źle funkcjonuje "na luzie", to nie stosując dyscypliny będzie sie z dzieckiem męczył, a to dla dziecka wcale nie jest dobre środowisko wychowawcze. Rodzic pozwoli mu na to, na co należy pozwolić, kosztem tego, zę dziecko nie będzie dla niego radością, tylko utrapieniem. Rodzice są różni i musza wychowywać dziecko w różny sposób.
              Nie wiem, czy trzeba coś wiedzieć o stadiach rozwojowych dziecka - przez całe stulecia nie wiedziano, a dzieci bywały bardzo szczęśliwe. Pewnie,z ę warto wiedzieć, zę półroczne dziecko może płakać, ale rodzic, którego denerwuje pacz dziecka nie będzie dużo lepszy, gdy sie mu wmówi, zę nie ma prawa być zły. Być może jest lepiej, gdy matka nie znosząca płaczu da sie dziecku wypłakać, a potem cieszy sie spokojnym dzieckiem, niz gdy zajmuje się płaczącym niemowlęciem, marząc tylko o tym, aby mieć święty spokój.
              Ta metoda dla ludzi o innym temperamencie sprowadza sie do tego, że mówi im się, zę są złymi rodzicami - bo model wychowania jest tylko jeden, a oni nie spełniają jego standardów. Życie w przeświadczeniu, że jest się niedobrym rodzicem, jest czasem fatalne dla dziecka.
              Mam wrażenie, że pisząc o ojcach nie piszesz o ojcach, tylko o swojej rodzinie. Znam tyle samo matek, które są dla dzieci niedobre, co ojców.
              Takich "jedynie słusznych" metod wychowawczych było już mnóstwo. Żadna nie była dobr dla wszystkich. Żadna nie spowodowała nieodwracalnych szkód, ale też nie sprawiła, ze nowe pokolenie było inne, niz te wcześniejsze.
              --
              • jotde3 Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 11:43
                erdana napisała:
                > Problem w tym, ze rodzic nie ma obowiązku być skoncentrowany tylko na potrzebac
                > h dziecka.

                ja jestem skoncentrowany na potrzebach dzieci i uważam że np. jak chce mi sie spać to mały ma zmykać do siebie bo dziecko ma potrzebe słuchać sie silniejszego by czuć sie bezpiecznie smile
              • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 11:54
                verdana napisała:

                > Rodzicielstwo bliskości ignoruje potrzeby dorosłych.

                Nieprawda. Wspólnie z mężem przyjęliśmy nasze cele wychowawcze: skoncentrowanie się na potrzebach dziecka, nie wdrażanie do posłuszeństwa, podążanie za dzieckiem, raczej wspieranie i umożliwianie rozwoju, niż jego wymuszanie, nie wpajanie reguł dyscypliną (od niedawna wiem, ze jest to spójne z ideą rodzicielstwa bliskości, która odkryliśmy, stosując ją wcześniej intuicyjnie). Nie oznacza to jednak, że nasze potrzeby nie są ważne - choć z niektórych jako rodzice odpowiedzialni jesteśmy zmuszeni czasem zrezygnować, lub przełożyć ich realizację w czasie.

                >Natomiast ten artykuł przekonuje nas,
                > że albo rodzicielstwo bliskości, albo krzywdzenie dziecka.

                Jeśli jako rodzicielstwo bliskości będziemy rozumieć podporządkowanie rodziny potrzebom dziecka, skoncentrowanie na nich - to jest to prawda. Rodzina, która nie dostrzega, ignoruje potrzeby dziecka (ono samo nie jest w stanie ich zaspokoić) - krzywdzi je.

                > Problem w tym, ze rodzic nie ma obowiązku być skoncentrowany tylko na potrzebac
                > h dziecka.

                Krytykujesz rodzicielstwo bliskości, błędnie pojmując jego ideę. Może najpierw poczytaj coś więcej na ten temat i porozmawiaj z osobami, które przyjęły taki sposób wychowania. Rodzicielstwo bliskości nie zakłada, że rodzic "ma być skoncentrowany tylko na potrzebach dziecka", nie zakłada nawet, że wszystkie potrzeby dziecka rodzic ma z marszu realizować, czym innym jest tez potrzeba, czyn innym jej wyraz - jak z tą piżamą. To nie jest tzw. wychowanie bezstresowe - bardzo szkodliwe, gdy rodzic stale i zawsze ma ulegać wszystkim zachciankom. Ty tak to przedstawiasz.

                >Brak sztywnej dyscypliny to jeszcze nie rodzicielstwo bliskości.

                Rodzice stosujący rodzicielstwo bliskości dobrze to wiedzą.

                >Rodzicielstwo bliskości to skoncentrowanie się rodziny na wypełnianiu potrzeb dzieci.

                To prawda. Wydaje mi się też, że nie ma innego modelu prawidłowo funkcjonującej rodziny, niż taki w którym potrzeby dzieci są dostrzegane i zaspokajane. Zaczynając od potrzeb fizycznych - jedzenie, ciepło, ubranie, przestrzeń do snu, do zabawy, po potrzebę ciepła, bliskości,intymności, aż do potrzeb rozwojowych - ruchu, rozwoju, zwiększania samodzielności, prywatności, odrębności.

                • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 12:39
                  Innymi słowy - wychowywaliście tak, jak chcieliście. Nie zmuszaliście się do wychowania sprzecznego z waszymi potrzebami.
                  Sadząc z tego, co piszesz nie istnieje nic takiego jak "rodzicielstwo bliskości" - bo oznacza to zupełnie niesprecyzowany postulat dobrego traktowania dziecka i liczenia sie z nim. Jesli przyjmiemy, zę zaspokojenie podstawowych potrzeb dziecka to jest "rodzicielstwo bliskości" - to nei mamy o czym dyskutować. Tylko jednak rodzicielstwo bliskości jest jednak czymś znacznie szerszym, niż po prostu nie ignorowaniem dziecka.
                  --
                  • sebalda Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 12:56
                    Tylk
                    > o jednak rodzicielstwo bliskości jest jednak czymś znacznie szerszym, niż po pr
                    > ostu nie ignorowaniem dziecka.

                    Może napisz, Verdano, czym według Ciebie jest rodzicielstwo bliskości i wtedy łatwiej będzie rozmawiać. Obie z Twojąboginią widzimy ten typ podejścia do dziecka zupełnie inaczej niż Ty, może po prostu rozmawiamy o dwóch zupełnie różnych rzeczach, stąd brak zrozumienia.
                    Jeszcze raz: rodzicielstwo bliskości to nie jest jeden, konkretny model/system wychowawczy. To bardziej idea i jak Cię trochę znam, to Ty też ją kultywowałaś, tylko o tym nie wieszsmile))
                    Z Twoich słów wynika, że w Twojej opinii rodzicielstwo bliskości jest bliższe bezstresowemu wychowaniu (w założeniach, może nie w praktyce, nie piszemy tu o noszeniu w chuście i spaniu z dzieckiem, ale o założeniu, że dziecku można na wszystko pozwalać). Tymczasem nic bardziej błędnego.
                    W moim odczuciu rodzicielstwo bliskości jest tym złotym środkiem, tym unikaniem jakichkolwiek skrajności (dyscyplina versus wychowanie bezstresowe). I wiem, co mówię, bo sprawdziłam to w praktyce, nie w teorii.
                  • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 13:05
                    verdana napisała:

                    > Innymi słowy - wychowywaliście tak, jak chcieliście. Nie zmuszaliście się do wy
                    > chowania sprzecznego z waszymi potrzebami.

                    Nie wiem na jakiej podstawie dokonałaś takiej oceny. Wielokrotnie, stawiając potrzeby dziecka nad własne byliśmy zmuszeni do rezygnacji z naszych potrzeb lub ich znacznego ograniczenia. Największym z ograniczeń z jakim wiąże się rodzicielstwo bliskości jest ograniczenie pracy zawodowej i zmiana stylu pracy. Nie ma możliwości bycia blisko z dzieckiem, bycia uważnym wobec niego i jego zmieniających się potrzeb i pogodzenia tego z ponad 10 godzinna nieobecnością w domu.
                    W pierwszych latach życia dziecka jego jedną z najpilniejszych potrzeb jest uważna opieka jego rodziców. Żłobki, przedszkola, nianie realizują potrzeby rodziców, nie dzieci. Więc model bliskiego uważnego rodzicielstwa wymaga także zmiany stylu dotychczasowego życia.
                    Znacznie wygodniej też jest mieć dziecko wdrożone do dyscypliny, posłuszne. Rodzicielstwo bliskości jest drogą trudniejszą.


                    > Jesli przyjmiemy, zę zaspokojenie podstawowych potrzeb
                    > dziecka to jest "rodzicielstwo bliskości" - to nei mamy o czym dyskutować.

                    To ty tak przyjmujesz. Rodzicielstwo bliskości to wsłuchanie się w autentyczne potrzeby dziecka, umiejętność ich zidentyfikowania i zorganizowania życia rodzinnego tak, aby potrzeby dzieci (a nie podstawowe potrzeby) były zaspokojone. Jedną z podstawowych potrzeb dzieci w ogóle jest obecność rodziców. W pierwszych latach - stała obecność i stała opieka rodziców. Są dzieci, które potrzebują intensywnej bliskości fizycznej - do takich należał nasz mały - więc zapewnialiśmy mu tyle kontaktu fizycznego ile potrzebował, zarówno w dzień, jak i w nocy.

                    >Tylko jednak rodzicielstwo bliskości jest jednak czymś znacznie szerszym, niż po prostu nie >ignorowaniem dziecka.

                    Cieszę się, ze to zrozumiałaś. Mam nadzieję, ze przestałaś sądzić, że jest to podporządkowywanie się kaprysom dziecka i całkowite podporządkowanie rodziców dziecku. Bo czym innym jest organizacja życia rodziny, tak aby potrzeby dzieci były dostrzegane i zauważane, a czym innym hodowanie królewien i królewiczów.
                    • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 15:03
                      Ograniczenia dla potrzeb dziecka są zawsze. Na tym polega rodzicielstwo. Jednak stawianie zawsze potrzeb dziecka nad własnymi nie jest dobra opcją dla wszystkich. Na przykład ja nie byłam skłonna zrezygnować z pracy, fakt, nie pracowałam 10 godzin, ale dziecko było w złobku. I nie uważam, abym tym samym była gorsza matką, nić ci, którzy z pracy rezygnują. Więcej - nie uważam, aby dziecko na tym cokolwiek straciło - a mam porównanie, bo starsze w żłobku nie były. Własnie o to mi chodzi - o uznanie, ze jest JEDEN dobry model wychowania i jesli sie do niego nie stosujesz, to zaniedbujesz dziecko. Przy czym zwracam uwagę, że zaniedbać dziecko można także nie mając nie tylko czasu, ale i pieniędzy.
                      Mam troje dzieci - kazde miało inne potrzeby. Rodzicielstwo bliskości zatem najwyraźniej nie uwzględnia takiej możliwości. I nie jest prawdą, ze dziecku potrzebna jest stała obecność rodziców, poza najwcześniejszym okresem - potrzebna mu jest obecność osoby godnej zaufania, lubiącej dziecko.
                      Wisz, jesli ludziom o takim nastawieniu rodzi sie drugie dziecko, to często mają do wyboru albo zaniedbać - ich zdaniem - jedno, albo drugie. Zapewniasz młodszemu tyle czasu i kontaktu fizycznego, ile potrzebuje, tymczasem potrzebą starszego dziecka jest bycie sam na sam z mamą. Zapewniasz młodszemu obecność rodziców, a starszym nie zapewniasz czasu na wyjście do kina, ani pieniędzy na wycieczkę szkolną.
                      Dobrym rodzicem można byc na bardzo wiele sposobów, nie na jeden.


                      --
                      • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 16.08.13, 13:39
                        Nie uważam osób, które korzystają z pomocy żłobków, niań lub babć za gorszych rodziców,niezależnie od tego, czy ich decyzja wynika z pobudek finansowych, czy też osobistych.
                        Żaden taki zarzut nie padł ze strony osób, które jako swoja drogę rodzicielską wybrały rodzicielstwo bliskości.
                        Nie rozumiem więc skąd takie twoja wartościowanie - "nie uważam, abym była gorsza matką". Nikt tu w dyskusji ci takiego zarzutu nie postawił.
                        Rodzice, decydujący się na rodzicielstwo bliskości uznają, że jedną z najważniejszych potrzeb w życiu ich dzieci jest obecność rodziców. I jest to zarówno potrzeba dzieci jak i rodziców. Nie oznacza to, że trzeba zrezygnować z pracy zawodowej. Oboje z mężem pracujemy, zmieniliśmy tylko styl pracy, mąż pracuje blisko domu, ja najczęściej w domu. Pracujemy też znacznie mniej niż przed założeniem rodziny, uzgadniamy godziny pracy, tak aby zostawał czas na życie rodzinne. Nie jesteśmy świrami siedzącymi z dziećmi 24na dobę (zresztą im to nie jest potrzebne). Korzystamy z pomocy członków rodziny w opiece nad dzieciakami, czasem wyjeżdżamy bez dzieci - razem lub w pojedynkę.
                        Z drugiej strony nie da się ukryć, że jeśli oboje rodziców pracuje na 8 godzinnym etacie i dojeżdża długo do pracy - dzieci często bywają zaniedbane, niezależnie od jakości niań, babć, czy placówek opiekuńczych. Naprawdę trudno jest być z dziećmi gdy przebywa się poza domem przez około 10 godzin na dobę.
                        Znam wiele kobiet, które nie są w stanie przebywać w domu z dziećmi, bo dostają od tego kręćka. W ich przypadku z kolei, być może naprawdę cenniejsza jest godzina dziennie ze szczęśliwą mamą, niż 10 z taką, która ma nerwy w strzępach. I to też nazwałabym rodzicielstwem bliskości - bo jedną z potrzeb dziecka jest mieć szczęśliwych rodziców, zaangażowanych w kontakt z dziećmi.
                        Nie nazwałabym natomiast rodzicielstwem bliskości sytuacji, gdy oboje rodziców pracuje, z trudem godzi obowiązki i zaniedbuje z tego powodu w jakiejś formie dzieci - np. z powodu przemęczenia często wpadając w złość,nie spędzając z nimi czasu, wymagając posłuchu, bez wdawania się w szczegóły i przyczyny zachowania dzieci, albo np. zaniedbując kondycję dzieci, lub sposób w jaki się odżywiają. To przytrafia się wielu pracującym rodzicom, którzy sadzą, że inaczej się nie da, a doba ma tylko 24 godziny, że dzieci i oni jakoś dadzą radę. Większość z nas dorastała w takich domach i uważano to za normę.
                        Rodzicielstwo bliskości stawia na to, aby nie było jakoś, tylko żeby było dobrze, ciepło, rodzinnie, bez pospiechu, bez presji. Że jeśli jesteśmy jako rodzice zagonieni, zmęczeni godzeniem wszystkich obowiązków - to dobrze poszukać alternatywnych rozwiązań- nie tylko dla dobra dzieci, ale i nas samych.
                        • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 16.08.13, 14:44
                          Nie, ale mówi się - trzeba po prostu się "nauczyć", nie robisz tego a tego, bo nie rozumiesz, jako że sama byłaś wychowana inaczej. To jest wartościowanie.
                          Dzieci pracujących rodziców mogą byc zaniedbane w takim samym stopniu jak niepracujących. A już oświadczenie "często bywają zaniedbane" - jest nadużyciem. Tak samo można powiedzieć, ze zaniedbane są dzieci w rodzinach wielodzietnych, gdzie matka nie ma czasu. Albo tam, gdzie matka zrezygnowała z pracy, ale nie ma ani pieniędzy, ani cierpliwości dla dziecka - bo jest z nim całe dnie sama, maż zarabia na rodzinę. Nie ma modelu, w którym dzieci są "zaniedbywane" tylko z powodu wyboru rodziców, są zaniedbywane - albo zadbane - w bardzo wielu bardzo różnorodnych modelach rodzin.
                          Ale z kolei zupełnie sie zgadzam, co do tego, że jeśli matka nie moze przebywać w domu, to nie musi - tylko ja bym juz tego nie nazywała rodzicielstwem bliskości, bo nim nie jest. Problem polega na tym, ze jeśli rozszerzymy nazwę RB na wszystkie akceptowalne wypadki, to okaże się,że ten termin nie oznacza po prostu nic, poza brakiem zaniedbywania dzieci.
                          Dzieci nie należy zaniedbywać, należy z nimi rozmawiać, należy im tłumaczyć świat i dbać o ich uczucia - ale to nie jest tożsame z RB, ktre jednak postuluje coś więcej.
                          --
              • esr-esr Re: Rodzicielstwo bliskości 28.08.13, 14:11
                ja mam inny problem z rodzicielstwem bliskości - mam wrażenie, że jest to metoda dla rodziców jedynaków, albo dzieci z dużą różnicą wieku. ja mam dwoje maluchów, których potrzeby, aktualnie, są diametralnie różne. nie potrafię być jednocześnie w dwóch miejscach, więc potrafię "zająć się" jedną potrzebą na raz. co z drugą?
                poza tym nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy bardziej zajmuję się problemem dziecka, które uderzyło, niż tego które zostało uderzone.
                jestem zwolennikiem rodzicielstwa intuicyjnego i naturalnego, a nie tego z aktualnych bestsellerów. każda rodzina jest inna i nie ma neutralnych rad, z założenia nie wierzę w osoby posiadające lek na całe zło i z przerażeniem myślę o tym, jakie społeczeństwo wyrośnie z nowych pokoleń nastawionych na własne potrzeby.
                • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 28.08.13, 14:28
                  Ja przyznam się, mam jeszcze inny problem. Mam wrażenie, ze to model rodzicielstwa albo dla par starszych, albo takich, w których rodzice nie czują absolutnie potrzeby bycia czasem tylko we dwoje - innymi słowy dla par nieprzepadających za sobą nawzajem. Dziecko ma często potrzebę bycia stale z rodzicami - ale jakoś nie mniej naturalna jest dla mnie potrzeba pobycia ze sobą bez dziecka. Obawiam się, że takie rodzicielstwo, ignorujące potrzeby - zazwyczaj męża - moze się skończyć bliskością z własnym dzieckiem i brakiem bliskości między rodzicami.
                  --
                  • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 28.08.13, 16:17
                    verdana napisała:

                    > Ja przyznam się, mam jeszcze inny problem. Mam wrażenie, ze to model rodziciels
                    > twa albo dla par starszych, albo takich, w których rodzice nie czują absolutnie
                    > potrzeby bycia czasem tylko we dwoje - innymi słowy dla par nieprzepadających
                    > za sobą nawzajem. Dziecko ma często potrzebę bycia stale z rodzicami - ale jako
                    > ś nie mniej naturalna jest dla mnie potrzeba pobycia ze sobą bez dziecka.

                    Stale pod opieką potrzebuje przebywać jedynie niemowlę i nie zawsze musi to być opieka rodzica. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby zapewnić dziecku raz na jakiś czas opiekę i spędzić czas tylko razem we dwoje. Potrzebą dziecka jest także posiadanie dwójki rodziców pozostających w stałym i harmonijnym związku. Patrząc globalnie - jest to jedna z najważniejszych potrzeb dziecka i nie wolno jej ignorować.

                    Gdy jako rodzice zmieniliśmy model naszej pracy, uznając za priorytet potrzeby naszych dzieci - uwzględniliśmy także nasze potrzeby. Nie ma szans, aby dwoje ludzi pracujących na pełnych etatach i dojeżdżających do pracy, obok zaspokojenia przynajmniej podstawowych potrzeb dziecka/dzieci miało jeszcze siłę, by funkcjonować jeszcze jako para i jako para się rozwijać. Doba ma 24 godziny.

                    Obawi
                    > am się, że takie rodzicielstwo, ignorujące potrzeby - zazwyczaj męża - moze się
                    > skończyć bliskością z własnym dzieckiem i brakiem bliskości między rodzicami.

                    Rodzicielstwo bliskości nie zakłada ignorowania potrzeb rodziców, w tym ich potrzeby bycia razem bez dzieci. A dzieci naprawdę nie potrzebują rodziców 24 na dobę. Z mojej obserwacji wynika, że wrażenie, że dzieci chciałyby mieć rodziców non stop przy sobie, mają te osoby, które z dziećmi non stop nie przebywają. Wtedy rzeczywiście - wraca się z pracy, człowiek chciałby odpocząć, a tu dziecko niemal wisi na człowieku i nie rozumie, że jeszcze trzeba pranie wstawić, obiad na jutro ugotować itp.
                    Gdy rodzice dostosują tryb swojej pracy i rytm życia rodziny do potrzeb dzieci, okazuje się, że tych rodziców z czasem dzieci potrzebują coraz mniej, chętnie spędzają czas u dziadków, z innymi dziećmi - i jest to równie silna potrzeba, jak potrzeba spędzania czasu z rodzicami. Wtedy naprawdę można wygospodarować sporo czasu dla siebie nawzajem - w parze.
                    jedną z potrzeb dzieci jest tez potrzeba zdobywania nowych doświadczeń. Wyjazd rodziców na weekend, gdy dziecko ma zapewnioną dobrą opiekę nie godzi w dobro dziecka.
                • gazeta_mi_placi Re: Rodzicielstwo bliskości 28.08.13, 14:31
                  10/10
                  Niedawno na pewnej rodzinnej imprezie był właśnie bachor rodem z wychowania bliskości, koszmar jakich mało. Non stop przerywał innym, wydzierał się gdy ktoś od razu nie zwrócił na niego uwagi lub na moment dorośli byli zajęci rozmową, zawłaszczał całą imprezę, przy rozdawaniu prezentów rwał się przed innymi jako pierwszy, w mieszkaniu moich znajomych bez pytania ruszał różne rzeczy na półkach (do tej chwili myślałam, że takie rzeczy i takie bachory tylko na forum).
                  I wcale nie był maluszkiem, chłopak 6/7 letni.
                  --
                  http://www.suwaczki.com/tickers/m0j63x6ahbb5v4nm.png
    • el_elefante Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 09:38
      [...] Myślę, że to współcześni dorośli nie radzą sobie z dziećmi, bo sami byli źle wychowani [...]
      Idąc dalej, nasi rodzice źle nas wychowywali, bo sami byli źle wychowywani itd. Czyli z pokolenia na pokolenie powinniśmy obserwować jakiś postęp w jakości wychowania? Czy może było plateau a dopiero rodzicielstwo bliskości spowoduje gwałtowny skok? Jakoś mi to nie pasuje.

      [...]Taka skala problemów psychicznych, jaka jest teraz, to na pewno skutek złego wychowania[...]
      Myślę, że panią Stein nieco poniosło. To jest zdecydowanie zbyt daleko idące wnioskowanie.

      Poza tym co to oznacza, że kiedyś dzieci były wyjęte z przestrzeni publicznej, a teraz są w niej obecne? Ja byłem wyjęty a mój syn jest obecny? Co to za konstrukcja?
      --
      Nigdy nie porównuj tego, co masz w środku, z tym, co ktoś inny ma na zewnątrz. H.MacLeod
      • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 09:49
        Dzieci były "wyjęte z przestrzeni publicznej" w bardzo zamożnych domach w XIX wieku i przez część XX. Poza tym dzieci były o wiele bardziej "w przestrzeni publicznej", niz mają szanse byc teraz. Nie mówiąc już o tym, ze od lat 30-tych mniej więcej XX wieku wiele mówi się o dzieciach, sa one coraz bardziej w centrum uwagi dorosłych "Stulecie dziecka" Ellen Key ukazało sie w roku 1900. O doktorze Spocku i latach 60-tych już nie wspomnę.
        Nie ma teraz więcej problemów psychicznych, jest więcej psychologów. I nacisk, aby każde dziecko mieściło sie w normie - aby nie miało leków nocnych, natręctw, dziwactw, aby było towarzyskie, śmiałe i przebojowe. Leczymy to, co kiedyś nazywało się "charakter". Nie zawsze oczywiście, ale zdecydowanie zbyt często.
        --
        • sebalda Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 10:22
          I nacisk,
          > aby każde dziecko mieściło sie w normie
          Nie, nie, nie. To właśnie wychowanie autorytarne kładło na to nacisk. Żeby każde dziecko mieściło się w normie grzeczności, posłuszeństwa, krnąbrności, znania swojego miejsca. Teraz kładzie się nacisk na indywidualność dziecka. A dbanie o to, by dziecko nie miało lęków nocnych, by nie było zahukane, by znało swoją wartość, to coś złego? Ja tam starałam się, żeby rozwiewać lęki dzieci, tłumaczyłam im świat i zjawiska, pokazywałam na przykładach albo bajkach, że nie warto się bać pewnych rzeczy. Rozwiewanie lęków dziecięcych jest złe, bo nie rozumiem? Ośmielanie dzieci też?

          A z przestrzenią publiczną chodzi chyba też o to, że kiedyś rodzice nie pojawiali się tak często w miejscach publicznych z dziećmi. Rzadziej się brało małe dzieci do restauracji, na koncert, na spotkania towarzyskie. Stąd osoby bezdzietne nie były tak często "narażone" na dziecięcą ekspresję i uważały, że dziecko "powinno" to czy tamto. Że dziecko ma siedzieć spokojnie i nie przeszkadzać, jak dorośli rozmawiają. Że ma być zawsze grzeczne i posłuszne.
          • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 11:02
            Ależ skąd, wcale nie wychowanie autorytarne. Wychowanie autorytarne - bardzo rzadkie zresztą, niezależnie od społeczeństwa występujące w 10% rodzin, po prostu wymaga od dziecka określonych zachowań. Teraz nacisk kładzie sie na "indywidualność" - i każde dziecko ma obowiązek byc indywidualne - nie dajemy mu być nieśmiałym (nie chce mówić wierszyka? Wymaga pomocy psychologa, z nieśmiałością w życiu mu ciężko), interesuje sie tylko dinozaurami (konieczna diagnoza, pewnie ZA), boi się ciemności ( biedne dziecko, trzeba zapytać specjalisty, jak mu pomóc). Dzieci miewają lęki nocne, to jest jeden z etapów rozwojowych, bywają nieśmiałe - ale teraz ich obowiązkiem jest znać swoją wartość i byc przebojowym. To nie jest dobre, to jest takie samo łamanie wrodzonego charakteru, jak zmuszanie przebojowego dziecka do siedzenia w kąciku i mówienia "tak, proszę mamy". Nadal ujednolicamy dzieci tak, przerabiamy je tak, aby odpowiadały naszej wizji - tylko w innym kierunku i tyle.
            Dzieci chodziły do restauracji, kawiarni i na spotkania juz za czasów moich rodziców. Nie wiem, skąd autorka wzięła, zę trzymano je w domu...
            --
            • sebalda Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 11:19
              Verdano, Ty zupełnie nie piszesz o rodzicielstwie bliskości. O wychowaniu autorytarnym też nie, ale o jakimś dziwnym stworzesmile Oczywiście, że to, o czym piszesz, zachodzi w wielu przypadkach, ale to nie ma nic wspólnego z rodzicielstwem bliskości. Ty piszesz o łamaniu dzieciom kręgosłupa (kiedyś przez dyscyplinę, dziś przez narzucanie dzieciom za wszelką cenę przebojowości), a rodzicielstwo bliskości tego właśnie chce uniknąć, niczego dziecku nie narzuca, podąża za jego wrodzonymi predyspozycjami. Jak jest nieśmiałe, to na siłę go nie uspołecznia, pozwala mu na to, jak jest towarzyskie, to pomaga mu to realizować.

              > Dzieci chodziły do restauracji, kawiarni i na spotkania juz za czasów moich rod
              > ziców. Nie wiem, skąd autorka wzięła, zę trzymano je w domu...

              Dzieci wychodziły z rodzicami, ale znacznie rzadziej niż teraz. W pewnych kręgach w naszym pokoleniu wychodziło się z dziećmi, a w wielu nie. Ja pamiętam, jak mój mąż często się zżymał na to, że nasze dzieci uczestniczyly w naszych (w naszym domu) spotkaniach towarzyskich (do pewnej godziny, potem szły spać i mieliśmy jeszcze czas na "rozmowy dorosłych"). Jego to denerwowało, bo uważał, że to nie jest miejsce dla dzieci. A one to uwielbialy, tym bardziej, że mieszkamy daleko, nie tak często ktoś nas odwiedzał. I taki model był częsty: dzieci w swoim gronie, dorośli w swoim, bo tak wygodniej, bo to "naturalne".

              • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 12:51
                I naprawdę jesteś absolutnie pewna, ze dzieci uczestniczące w życiu dorosłych, to jest realizacja potrzeb dziecka? Hasło, zę dziecko w niczym nie ogranicza, zę można je zabierać wszędzie jest dla mnie ilustracją potrzeb rodziców, nie dzieci. Rodzice zabierają dzieci, aby nie byc zamkniętym z dziećmi w domu. Dzieci w restauracjach nudzą się zazwyczaj niemiłosiernie, na koncertach wiercą na fotelu i marzą o wyjściu. Gdy widzę paroletnie dzieci w nosiłkach w górach, mam wrażenie nie "uczestnictwa dzieci w zycu publicznym", ale rodziców, którzy nie poswiecą wakacji na to, aby dziecko mogło pobawić sie w ogrodzie, czy popluskać w basenie - oni chcą w góry, wiec dziecko im nie przeszkadza... Dzieci w świecie dorosłych chyba wcale
                nie są takie znowu szczęśliwe. W wypadku spotkań dorosłych - uwazam, że dziecku nie stanie sie krzywda, jeśli nie bedzie w nich uczestniczyło, jeśli dorosłemu to przeszkadza. Rozumiem czasami, na krótko - ale nie ukrywam, ze przy większych spotkaniach towarzyskich dzieci są uciążliwe(nastolatki juz nie) . Podobnie jak byliby kłopotliwi rodzice, siedzacy w pokoju dzieci w trakcie wizyty kolegów.
                Nie ma możliwości "podążania za dzieckiem" i ne narzucania im niczego - to hasło bez pokrycia. Cała socjalizacja opiera się na narzucaniu, dziecko musi skądś czerpać wzorce, inaczej zostanie niedostosowane i nieszczęśliwe. W dodatku dziecko nie ma pojęcia o możliwościach wyboru, a wiec "narzucanie" pewnych rzeczy i pokazywanie ich jest obowiązkiem rodziców. Powiem więcej - obowiązkiem rodziców jest też nie wzmacnianie zachowań kłopotliwych, czyli raczej jednak przełamywanie niesmiałości, choć nie na siłę, niz utrwalanie. A juz na pewno nie utrwalanie np. agresji, choć i ta moze być predyspozycją dziecka...Nie znoszę takich pięknych haseł, za którymi nic się nie kryje.
                --
                • sebalda Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 14:32
                  Nie zgodzę się z tezą, że zabieranie dzieci ze sobą jest wyrazem wygody rodziców. W dobie opiekunek i przy możliwościach zostawienia dziecka u babci chyba nie o to jednak chodzi. I jak widzimy, że dziecko się nudzi w restauracji czy na koncercie, to go po prostu drugi raz nie zabieramy. Wszystko zależy od dziecka. Pamiętam doskonale moją wówczas 4-letnią córkę, gdy poszłam z nią na małą wystawę obrazów Beksińskiego. Zabrałam ją, bo fakt, nie mialam z kim jej zostawić. Mała chodziła, oglądała, podziwiała i przed obrazem najbardziej realistycznym (jak na Beksińskiego) powiedziała takie zdanie: "O, ten mi się podoba, jest taki praktyczny" smile)) Na koncerty, szczególnie plenerowe, uwielbiała chodzić.
                  Co do spotkań towarzyskich uważam, że odganianie dzieci, które uwielbiają gości, jest nieludzkie. I nie mówię tutaj o pozwalaniu im siedzieć w nieskończoność, tylko do pewnej godziny. Co nam ubędzie, gdy one z nami trochę posiedzą? I znowu zależy od dzieci. Jedne się nudzą z dorosłymi, inne to uwielbiają. Jedne są męczące, drugie starają się "dorównać" dorosłym. Znowu muszę się pochwalić, ale moje były z reguły lubiane przez naszych gości, były zabawne, wnosiły wiele radości do tych spotkań. Mam to na filmach, nie koloryzujęsmile

                  Powiem więcej - obowiązkiem rodzicó
                  > w jest też nie wzmacnianie zachowań kłopotliwych, czyli raczej jednak przełamyw
                  > anie niesmiałości, choć nie na siłę, niz utrwalanie.

                  A tu już Verdano brakuje Ci konsekwencji, zaprzeczasz sama sobie. Najpierw krytykujesz, że obecnie rodzice nie chcą, by ich dzieci były nieśmiałe, na siłę leczą je z tej nieśmiałości, a ta wszak może być wyrazem charakteru dziecka, a teraz piszesz coś odwrotnego, że obowiązkiem rodziców jest przełamywanie nieśmiałości. To jak w końcu ma być, bo się zagubiłam.
                  • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 15:11
                    Bardzo często o to chodzi. Naprawdę, sporo osób nie ma z kim zostawić dziecka na wakacje, czy na wieczorne wyjście. Teraz nawet modne jest hasło, że dziecko w niczym nie ogranicza - a powinno, zdecydowanie powinno. To, zę Twojej córce podobała się wystawa, nie oznacza, że mnóstwo dzieci nie wolałoby zamiast tego iść na plac zabaw czy do parku. Ale pójdą na wystawę, bo rodzice chcą ja obejrzeć - nic w tym złego nie ma, ale nie róbmy z tego ideologii, ze to dla dobra dziecka.
                    Uważam, ze nie jest nieludzkie powiedzenie dzieciom, że po przywitaniu się i ew. półgodzinnej rozmowie z gośćmi mają sobie iść. A nawet nie uważam za nieludzkie powiedzenie dzieciom, ze goście przychodzą do rodziców, tak samo jak ich goście - do nich. Rodzice mają prawo robić niektóre rzeczy bez dzieci.
                    Ja też zawsze uśmiechałam się i bawiłam z dziećmi, które rodzice zapraszali do towarzystwa, w duszy wściekając się, zę nie po to z trudem wyrwałam się z domu, od swoich dzieci, aby teraz po raz kolejny prowadzić z dziećmi rozmowy. Pewnie na filmach też wypadłabym miło...
                    Jak ma być? Różnie. Nie można "podążać za dzieckiem" i akceptować wszystkiego, szczególnie jeśli to przeszkadza dziecku lub innym - jeśli dziecko jest na tyle nieśmiałe, ze stroni od kolegów, boi się, to trzeba to starać sie przełamać, nie wzmacniać. Ale jesli dziecko jest po prostu mało przebojowe, w niczym to mu nie przeszkadza, tylko wierszyka na akademii nie powie, to nie ma co wysyłać go na terapię. Ale też nie ma co wzmacniać takich zachowań, uznając :tak jest" i nie zachęcając czasem do wypowiedzenia się.
                    --
                  • mruwa9 Re: Rodzicielstwo bliskości 17.08.13, 01:47
                    sebalda napisała:

                    > Co do spotkań towarzyskich uważam, że odganianie dzieci, które uwielbiają gości
                    > , jest nieludzkie. I nie mówię tutaj o pozwalaniu im siedzieć w nieskończoność,
                    > tylko do pewnej godziny. Co nam ubędzie, gdy one z nami trochę posiedzą? I zno
                    > wu zależy od dzieci. Jedne się nudzą z dorosłymi, inne to uwielbiają. Jedne są
                    > męczące, drugie starają się "dorównać" dorosłym. Znowu muszę się pochwalić, ale
                    > moje były z reguły lubiane przez naszych gości, były zabawne, wnosiły wiele ra
                    > dości do tych spotkań. Mam to na filmach, nie koloryzujęsmile



                    a goscie pewnie, z czystej kurtuazji, przyklejali do twarzy sztuczny usmiech i dyskutowali ze smarkateria, choc w glebi duszy zyczyli sobie DOROSLYCH rozmow na DOROSLE tematy, DOROSLYM jezykiem, w DOROSLYM gronie.
                    Widocznie masz naprawde bardzo dobre wychowanych gosci, ze nie okazali zmeczenia i znuzenia dziecmi, zawlaszczajacymi spotkanie DOROSLYCH ludzi.
                    To juz nie tyle wyglada na RB, ile na pajdokracje...
                    • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 26.08.13, 16:00
                      mruwa9 napisała:

                      > a goscie pewnie, z czystej kurtuazji, przyklejali do twarzy sztuczny usmiech i
                      > dyskutowali ze smarkateria, choc w glebi duszy zyczyli sobie DOROSLYCH rozmow n
                      > a DOROSLE tematy, DOROSLYM jezykiem, w DOROSLYM gronie.
                      > Widocznie masz naprawde bardzo dobre wychowanych gosci, ze nie okazali zmeczeni
                      > a i znuzenia dziecmi, zawlaszczajacymi spotkanie DOROSLYCH ludzi.
                      > To juz nie tyle wyglada na RB, ile na pajdokracje...

                      Moje dzieci także uczestniczą w spotkaniach rodzinnych, spotkaniach w gronie znajomych - a znajomi i rodzina wizytują nas ze swoimi dziećmi. I jest to normą. Nikt nie przykleja uśmiechów. Dzieci są dla nas ważne.
                      Oczywiście zdarzają się spotkania "dorosłe" ale jako wyjątki - gdy dzieci nie powinny być świadkami pewnych rozmów lub zdarzeń (płacząca rozhisteryzowana przyjaciółka pomstująca na męża drania, który ją zdradził, opisującej jego rzekomy homoseksualizm i wszystkie seksualne ekscesy w wulgarny sposób to nie jest dobry klimat dla dajmy na to trzylatki, która lubi ciszę i spokój i nie dojrzała do tego rodzaju "informacji"). Podobnie jak nie jest dobrym klimatem impreza na której większość uczestników jest pod mocnym wpływem alkoholu, koncert rockowy, palarnia, rozbierana randka rodziców itp. Są miejsca i sytuacje nieprzystosowane do pobytu dzieci, lub dla nich szkodliwe.
                      Ale dzieci mają prawo uczestniczyć w normalnym życiu towarzyskim - bo gdzie inaczej miały by się uczyć reguł życia społecznego, jak nie w środowisko rodzinnym, a potem także w środowisku z tą rodziną związanym?
                      • mruwa9 Re: Rodzicielstwo bliskości 26.08.13, 21:56
                        pod warunkiem, ze ucza sie swojego miejsca w szeregu. Ze czasem moga uczestniczyc w rozmowie doroslych, a czasem maja spadac i zajac sie zabawa w innym pokoju. Ze nie kazda dyskusja doroslych jest dla nich i nie w kazdej maja prawo zabierania glosu.
                        Natomiast sytuacja, gdy dziecko stoi w centrum calej imprezy i zawlaszcza ja w 100%, brzmi jak horror.
                        Dzieci sa wazne. Ale nie najwazniejsze. Nie zawsze i nie wylacznie.
                        • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 27.08.13, 15:34
                          mruwa9 napisała:

                          > pod warunkiem, ze ucza sie swojego miejsca w szeregu. Ze czasem moga uczestnicz
                          > yc w rozmowie doroslych, a czasem maja spadac i zajac sie zabawa w innym pokoju
                          > . Ze nie kazda dyskusja doroslych jest dla nich i nie w kazdej maja prawo zabie
                          > rania glosu.

                          To podejscie autorytarne - dziecko ma swoje miejsce w szeregu, a raczej w hierarchii i nie stoi w niej zbyt wysoko, czasem ma spadać bez żadnych dodatkowych uzasadnień - po prostu dlatego, że jest dzieckiem - to zaprzeczenie idei rodzicielstwa bliskości.

                          > Natomiast sytuacja, gdy dziecko stoi w centrum calej imprezy i zawlaszcza ja w
                          > 100%, brzmi jak horror.

                          To podejscie bezstresowe - także zaprzeczenie rodzicielstwa bliskości.

                          > Dzieci sa wazne. Ale nie najwazniejsze. Nie zawsze i nie wylacznie.

                          Dzieci są ważne zawsze i ich potrzeby także są ważne zawsze. Nie oznacza to, że goście mają spełniać potrzeby dzieci gospodarzy - ale rodzice niezależnie od tego, czy są gośćmi, czy gospodarzami - powinni. Dlatego w środowiskach, w których dzieci wychowuje się według idei rodzicielstwa bliskości nie problemów z obecnością dzieci w towarzystwie. Nie ma drących się dzieci i dzieci żebrzących o uwagę. Ale też nikt nie każe dzieciom spadać, bo są dziećmi - co nie znaczy, że nie można poprosić dziecka o to, żeby zostawiło dorosłych na jakiś czas samo - bo taka jest potrzeba dorosłych (a nie - bo dziecko ma znać swoje niskie miejsce w hierarchii).
                          • mruwa9 Re: Rodzicielstwo bliskości 27.08.13, 18:20
                            Dzieci sa wazne, ale inni ludzie tez sa wazni.
                            Wedlug tego, co piszesz licza sie li i jedynie potrzeby dziecka, zawsze i wszedzie.
                            Potrzeby innych osob sa nieistotne.
                            A ja uwazam, ze od okresu poniemowlecego warto uczyc dzieci, ze nie sa pepkiem swiata, ze oprocz nich istnieja inni ludzie, majacy inne potrzeby i niekoniecznie ta potrzeba jest towarzystwo naszego dziecka. Nie non stop w kazdym razie.
                            Jesli pajdokracja jest istota rodzicielstwa bliskosci, to ja pinkole taka idee..
                            Wybieram rodzicielstwo zdrowego rozsadku.
                            • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 28.08.13, 12:37
                              mruwa9 napisała:

                              > Dzieci sa wazne, ale inni ludzie tez sa wazni.
                              > Wedlug tego, co piszesz licza sie li i jedynie potrzeby dziecka, zawsze i wszed
                              > zie.

                              Przekręcasz moje słowa. Ja piszę, że potrzeby dziecka są zawsze i wszędzie ważne (to podstawowe założenie rodzicielstwa bliskości)- a nie, że JEDYNIE potrzeby dziecka są ważne. Nie rozumiem też na jakiej zasadzie zaspokojenie potrzeb dziecka przez jego rodziców miałoby stać w opozycji do potrzeb innych ludzi.
                              Sytuacja do której powracasz - dziecko które dominuje spotkanie i za wszelką cenę zwraca na siebie uwagę, to klasyczny przykład sytuacji w której rodzice nie zwrócili uwagi na potrzeb dziecka i przerzucają odpowiedzialność za nie na gości. Z rodzicielstwem bliskości nie ma nic wspólnego.

                              Może opiszę ci jak ja organizuję spotkania w których uczestniczą małe potrzebujące non stop uwagi dzieci (także moje) i dorośli. Przede wszystkim dzieci mają zorganizowany czas i zajęcia, oraz osobna przestrzeń, w tym miejsce do odpoczynku. Często wyznaczam dyżury rodziców - w ten sposób każdy z dorosłych, w tym rodzice, może czuć się swobodnie i nie musi uważać na biegających malców, gorąca kawę czy herbatę itp. Część czasu jest spędzana wspólnie i wtedy dzieci uczestniczą w rozmowie, mają okazję obserwować dorosłych, naśladować ich, wykazać się manierami przy stole, albo usłyszeć krytyczną uwagę, gdy coś pójdzie nie tak. Często udaje się też zachęcić malców do przygotowania występu dla dorosłych - co zaspokaja dziecięcą potrzebę uwagi i zajmuje dzieci. Dorośli z kolei wciągają się w mecz piłki, albo puszczanie baniek, albo budowanie z klocków.
                              Gdy któryś z maluchów domaga się uwagi, zgłasza problem - rodzice reagują od razu, dorosła osoba nie ma problemu żeby np. poczekać chwilę z kontynuacją rozmowy, za to malec, który się wystraszył chce siusiu, lub nie umie rozwiązać konfliktu z kuzynem raczej jeszcze nie będzie potrafił poczekać, aż dorosły dopije swój napój albo skończy oglądać zdjęcia, czy co tam robi.

                              > A ja uwazam, ze od okresu poniemowlecego warto uczyc dzieci, ze nie sa pepkiem
                              > swiata, ze oprocz nich istnieja inni ludzie, majacy inne potrzeby i niekonieczn
                              > ie ta potrzeba jest towarzystwo naszego dziecka.

                              Zorganizowanie spotkania tak, żeby potrzeby dzieci były zaspokojone nie stoi w opozycji do potrzeb innych ludzi, a dzieci nie potrzebują skupiać na sobie non stop uwagi całego towarzystwa - takie próby podejmują tylko dzieci, których potrzeby nie są spełnione. Wtedy "nauka" polegająca na odesłaniu dzieci nie jest w istocie treningiem społecznym, tylko komunikatem - twoje potrzeby nie są ważne i nie mają znaczenia w obliczu potrzeb dorosłych (idź się teraz pobawić do siebie i zabierz Kasię, nie widzisz, że dorośli są zajęci).

                              > Jesli pajdokracja jest istota rodzicielstwa bliskosci, to ja pinkole taka idee.

                              Nie jest.
                          • gazeta_mi_placi Re: Rodzicielstwo bliskości 28.08.13, 14:26
                            Rozumiem, że to działa w dwie strony i jak do dzieci przychodzą mali znajomi i wspólnie się bawią np. w chowanego czy dom dorośli mają prawo cały czas być z nimi i bawić się wraz z nimi, nie ma mowy o zabawie wyłącznie w gronie małych rówieśników.
                            --
                            http://www.suwaczki.com/tickers/m0j63x6ahbb5v4nm.png
                        • gazeta_mi_placi Re: Rodzicielstwo bliskości 28.08.13, 14:22
                          Miałam niedawno taką sytuację, opiszę ją wkrótce w wątku "Przykłady niewychowania...."
                          Mówię Ci Kochana, spotkałam najprawdziwszego z prawdziwych koszmarów i forumowych dykteryjek BACHORA bo dzieckiem mimo najszczerszych chęci nie dało się tego kogoś nazwać, i wcale nie najmłodsze dziecko tylko prawie 7 latek big_grin
                          --
                          http://www.suwaczki.com/tickers/m0j63x6ahbb5v4nm.png
              • jotde3 Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 11:52
                gazeta_mi_placi napisała:

                > To prawda, teraz grzeczne z natury i spokojne dziecko nazywane jest "dupą wołow
                > ą", która na pewno (o ile się nie zmieni) nie poradzi sobie w życiu.

                nie no ,poradzi sobie . tylko statystycznie jak ?
                • gazeta_mi_placi Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 17:10
                  Na tej samej zasadzie na której nie każdy ekstrawertyk z żywym temperament zostaje kierownikiem czy dyrektorem i robi wielką karierę lub osiąga w życiu sukces (cokolwiek ktokolwiek rozumie przez to słowo).
                  Część z nich będzie przeciętnymi zjadaczami chleba (jak i osoby w dzieciństwie ekstrawertyczne i towarzyskie), część może się stoczyć np. w nałogi jak i część osób ekstrawertycznych, część może zrobić karierę lub być po prostu szczęśliwa w życiu czy rodzinnym czy zawodowym (podobnie jak ekstrawertycy).
                  Grupa introwertyków to jedna trzecia społeczeństwa, nie jest to patologia którą należy leczyć.
                  Świat potrzebuje i jednych i drugich, i jedni i drudzy mogą zrobić karierę lub stoczyć się na dno.

                  --
                  http://www.suwaczki.com/tickers/9nicpoqnnhed3fm8.png
            • jotde3 Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 11:50
              verdana napisała:

              > iałe - ale teraz ich obowiązkiem jest znać swoją wartość i byc przebojowym.

              fajnie wyśmiałas te latanie z byle czym do specjalisty smile ale nie ma sie co dziwić że rodzice chca by ich dzieci znały swoją wartość i były przebojowe , tylko ze liczą na droge na skróty , że pójdą do magika i on im dziecko odmieni .
              dziecko musi być przede wszystkim w czymś dobre by znać swoją wartość a potem być ewentualnie przebojowym ( z tym to trudniej ale bycie dobrym w istotnych rzeczach raczej pomaga )
            • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 12:02
              Verdana, to co krytykujesz zasługuje na krytykę, ale nie ma nic wspólnego z rodzicielstwem bliskości.
              Rodzicielstwo bliskości to nie kształtowanie dziecka pod jakiś model (posłuszne/przebojowe/nielękliwe), tylko akceptowanie dziecka takiego jakim jest i wspieranie go w jego rozwoju, bez łamania go, przekształcania. Rodzic, którego dziecko przezywa fazę lęków nocnych, będzie dziecko po prostu uspokajał, rozmawiał z nim, tulił. Do lekarza uda się wtedy, gdy te lęki będą źle wpływać na dziecko, jego funkcjonowanie, gdy wyjdą poza normę rozwojową. Ale nie będzie z tego powodu obwiniać dziecka, ze jest nie takie - po prostu uzna, ze jego zadaniem jest pomóc dziecku, które ma problem z którym samo nie jest w stanie sobie poradzić i źle to na nie wpływa.
              Rodzicielstwo bliskości zakłada tez akceptację dla wszystkich uczuć - dziecko nie ma być wiecznie uśmiechniętym pajacem, ma prawo do smutku, lęku, żalu, wściekłości.
              • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 15:15
                Ale nie zawsze da się zaakceptować dziecko takie, jakim jest! Oznaczałoby to, ze rodzice nie wspierają dziecka w doskonaleniu się, tylko akceptują. To kolejne hasło, bez pokrycia - bo tak nie robi absolutnie nikt.
                Normalne rodzicielstwo zakłada też akceptację wszystkich uczuć, choć o wielu z nich należy dyskutować i próbować je osłabić, albo wręcz sie ich pozbyć. Akceptuję,z ę moje dziecko jest zazdrosne o młodsze rodzeństwo, ale jednak staram sie to uczucie zmienić. Nie akceptuję natomiast duszenia młodszego braciszka.
                --
                • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 16.08.13, 13:54
                  verdana napisała:

                  > Ale nie zawsze da się zaakceptować dziecko takie, jakim jest! Oznaczałoby to, z
                  > e rodzice nie wspierają dziecka w doskonaleniu się, tylko akceptują. To kolejne
                  > hasło, bez pokrycia - bo tak nie robi absolutnie nikt.

                  Robię tak ja i wielu innych rodziców. Jeden z moich synów ma ekspansywny styl bycia, zajmuje przestrzeń, dominuje. Nie zmieniam go - bo on taki jest. To czego mogę go nauczyć, to wiedza o nim samym, wiedza o innych ludziach i ich zachowaniach, oraz że taki sposób bycia nie jest wszędzie akceptowany oraz w jaki sposób stosować samokontrolę. To lepsze niż próby zmiany samego dziecka, wieczna krytyka, treningi.

                  > Normalne rodzicielstwo zakłada też akceptację wszystkich uczuć, choć o wielu z
                  > nich należy dyskutować i próbować je osłabić, albo wręcz się ich pozbyć.

                  Nie uważam, że jakichkolwiek uczuć należy się pozbywać. Uczucia po prostu są. Sądzę, że lepiej nauczyć dziecko jak te uczucia konstruktywnie przeżywać, co one dają, skąd się biorą, co oznaczają, sensownie wyrażać lub rozładowywać, gdy potrzeba.

                  >Akcept
                  > uję,z ę moje dziecko jest zazdrosne o młodsze rodzeństwo, ale jednak staram sie
                  > to uczucie zmienić. Nie akceptuję natomiast duszenia młodszego braciszka.

                  Ja z kolei uważam, że "zazdrość o rodzeństwo" to taka gotowa diagnoza na kłopotliwe zachowania. Rywalizacja rodzeństwa, rywalizacja o uwagę rodziców jest normalna - choć powszechnienie uznaje się ja za złą i stara wyplenić. Także bitwy, duszenie itp. to jeden ze sposobów w jaki dzieci się kontaktują. Trzeba to po prostu przerywać, jeśli tworzy zagrożenie.
                  powiedzenie dziecku w takiej sytuacji - byłeś zazdrosny o siostrę nic mu nie da. Warto zastanowić się co naprawdę motywowało dziecko do ataku - np. wściekłość? Wtedy warto uświadomić dziecku jak można kontrolować ta emocje, jak ja wyrazić bezpiecznie dla rodzeństwa i jakie zagrożenia wiążą się z utrata kontroli nad złością.

                  Próba wyeliminowania zazdrości o rodzeństwo - jest właśnie próbą zmiany dziecka, jego uczuć, emocji. Ja uważam, że żaden dorosły nie ma prawa do takich ingerencji w imię "wychowania". Co innego nauka kontroli tego co czuję, jaki jestem.
                  • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 16.08.13, 14:59
                    Jest lepsze dla Twojego syn. Gorsze dla dzieci, które bedą musiały byc z Twoim synem.
                    Zasada Korczaka , aby wychowywać "aby dzieciom było dobrze i z dziećmi było dobrze" została tu ograniczona w dużym stopniu do pierwszej części. Bardzo brakuje takiego samego nacisku na drugą.
                    Ja jednak uczyłabym, jak starać sie pozbywać pewnych uczuć - nie tłumić, ale własnie pozbywać. Oczywiście w ograniczony sposób, bo całkowicie sie nie da. Ale lepiej jest w zyciu człowiekowi nie zazdrosnemu, od zazdrosnego, życzliwemu od krytykanta. Tak, zazdrość o rodzeństwo trzeba starać sie wyplenić, nie dziwiąc sie dziecku że jest zazdrosne, ani nie zakazując mu tego, ale samemu robić wszystko, aby nie miało powodów rywalizować o względy rodzica. No i sama zaprzeczasz uczuciom dziecka - ono jest zazdrosne, ale starasz sie mu wmówić, ze jest złe na siostrę. Tymczasem to zupełnie inne uczucie, tylko Twoim zdaniem - bardziej akceptowalne.

                    --
    • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 11:30
      Dobrze, że toczy się dyskusja o wychowaniu dzieci, że proponowane są inne, nieautorytatywne metody wychowania. Kiedy po raz pierwszy zostałam mamą, nie miałam żadnych sensownych drogowskazów. Za cel wychowania dziecka powszechnie uważano wychowanie do posłuszeństwa, dyscypliny, dostosowywania się do norm i reguł, szanowania osób dorosłych (przy czym szacunek ten miał się objawiać głównie posłuszeństwem), kształtowania dziecka, jego charakteru, umiejętności. Nadal wiele osób tak sądzi.

      Czułam w sobie ogromy sprzeciw wobec tak postawionych celów wychowawczych. Patrzyłam na mojego niespełna trzykilogramowego synka i obiecałam sobie, że spróbuję inaczej, nie będę go dyscyplinować, wdrażać do posłuchu, doskonalić. Po co, skoro on był doskonały?

      Nie było wtedy dostępnych żadnych publikacji o rodzicielstwie bliskości. Więc pierwszą zasadą jaką przyjęłam była po prostu miłość i troska. Drugą: podporządkowanie potrzebom dziecka, słuchanie ich. Czytałam, szukałam informacji: o rozwoju dzieci, o tym jak wychowuje się dzieci w innych kulturach, jak wygląda wychowanie w kulturach pierwotnych, jak rozwija się organizm, funkcje psychiczne - żeby jak najwięcej rozumieć. Niektóre publikacje podważały moją pewność, że obrana przeze mnie droga jest dobra. Ale nie rezygnowałam, choć czasem błądziłam.

      Mój najstarszy syn nie jest posłuszny (jego nastoletni koledzy wychowani autorytarnie też już teraz nie są). Jest za to odpowiedzialny za siebie, mam z nim bliski kontakt i mogę na niego liczyć - rodzice nastolatków wychowanych autorytarnie mają z tym problem, wciąż starając się zmusić swoje nastoletnie pociechy do posłuszeństwa i z rozpaczą stwierdzając, "on mnie już nie słucha, a ja niewiele dla niego znaczę". Dlatego cieszę się z wybranej drogi.
      I ciesze się, że nie muszę już brnąc na oślep, że jest coraz więcej rodziców przyjmujących lub rozumiejących mój punkt widzenia.
      Aha, moje najstarsze dziecko od lat nie nosi pieluchy (mimo braku treningu czystości), samodzielnie zrezygnowało z niemowlęcych nawyków i od lat śpi samo w swoim łóżku. Przyswoił sobie także zasady dobrego wychowania i kulturalnego zachowania.

      Nie mogę nie wspomnieć o minusach. W konserwatywnym społeczeństwie dziecko nie nawykłe do ślepego posłuszeństwa, wyrażające otwarcie swoje potrzeby i uważające je za równie ważne jak potrzeby dorosłych miewa problemy. Zwłaszcza w placówkach edukacyjnych. W tych o bardzo autorytatywnych wzorcach dzieci nie będą w stanie przetrwać, będą narażone na silny stres. Dlatego trzeba liczyć się z tym, że dziecko zwłaszcza w pierwszych latach edukacji (gdy nie będzie umiało sobie poradzić ze źle je traktującymi i ignorującymi ich potrzeby dorosłymi,tj. przynajmniej do końca szkoły podstawowej) trzeba będzie lokować w takich palcówkach, w których nie tylko dziecko będzie przekonane, że ma swoją wartość, a jego potrzeby są ważne - ale że przekonani będą o tym także dorośli.

      • sebalda Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 12:45
        Mogłabym się podpisać pod prawie calym tekstem Twojejbogini, robiłam i miałam podobnie i osiągałam podobne wyniki. Przy czym mam dzieci dużo starsze (22 i prawie 18 lat), więc mogę jeszcze więcej powiedzieć o odległych skutkach takiego wychowania. A te skutki są ze wszech miar dobre. Nie chcę się zanadto chwalić dziećmi, ale powiem tylko, że nie miałam z nimi nigdy żadnych powaznych problemów wychowawczych, one nie mają na ogól problemów emocjonalnych ani społecznych, a przede wszystkim bardzo się lubimy. Kochać dzieci nie jest trudno, ale o przyjaźń z nimi już trudniej. Ja swoje bardzo lubię i pod wieloma względami podziwiam.
        Co do szkoły, nie jest na pewno różowo, w podstawówce mieliśmy szczęście, bo byla kameralna i sensowna. Córka zawsze dość dobrze sobie radziła z socjalizacją, u syna zmieniło się w gimnazjum. Ale zmieniło się na lepsze w stosunku do tego, co obserwowałam u innych dzieci. Gdzie był pęd do podporządkowania się grupie za wszelką cenę, u syna rodził się indywidualizm i pewność siebie. Syn mial swoje zainteresowania i swoją mniej liczną, ale bliższą grupę kolegów. No i trafił znowu (sam wybrał) do sensownego gimnazjum z sensownymi nauczycielami.
        Jeśli dziecko ma mocny kręgosłup, nie będzie się za bardzo przejmowało ani opinią grupy trzymającej władzę, ani nawet nauczycielami, którzy nie rozumieją specyfiki ucznia indywidualisty.
        Ja nie widzę zagrożeń płynących z rodzicielstwa bliskości, może jedynie gdy rodzice przeginają i gdy przy dzieciach zanadto krytykują innych, innych rodziców, nauczycieli, opiekunów. Nie można milczeć, gdy ktoś źle traktuje nasze dziecko, ale też nie można wyolbrzymiać krzywdy, gdy nauczyciel nie jest dość skoncentrowany na każdym uczniu. Bez przesady.
        • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 15:36
          Ja tez nie mam problemów wychowawczych z dziećmi, tylko nie sądzę, aby to był wynik takiego, a nie innego wychowania. W każdym razie na pewno nie w całości, ani może nawet nie w większej części. My też sie lubimy, a ja nie byłam ani szczególnie łagodną matka (nie polecam dla dobrego wychowania dzieci np. urządzania awantur), ani nie poświęcałam małym dzieciom całego czasu - były opiekunki i złobki. Zresztą najbardziej spokojny i stabilny psychicznie jest właśnie ten żłobkowy...
          Nie mówię, zę rodzicielstwo bliskości jest złe. Mówię,z ę jest złe, jesli uzna sie je za jedyny dobry model wychowania. Ja bym dzieci udusiła, gdybym miała z nimi siedzieć trzy lata w domu, naprawdę. Mogę byc dobrą matką tylko mając jednocześnie pracę i odpoczynek od dzieci. Nie sądzę, abym była jedyna. Dla takich matek tłumaczenie, że tylko przebywanie na stałe dziecka z rodzicem uczyni dziecko szczęśliwym jest pułapką. Bo one po prostu dziećmi sie zmęćzą, przestaną je lubić, będa marzyły tylko o tym, aby sie jak najprędzej wyrwać z domu. A nie sa wcale gorszymi matkami, niż inne.
          --
          • sebalda Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 15:58
            No widzisz, Verdano, a ja oba urlopy wychowawcze uznaję z najpiękniejsze okresy w moim życiu i nigdy bym ich nie oddała za nic.
            Z jednym się zgodzę. Żadnego systemu ani żadnej metody nie można stosować sztywno, nieelastycznie. I to też podkreślałam. Bo rodzicielstwo bliskości nie jest metodą wychowawczą, tylko ideą, bardzo pojemną, jak myślę. Nikt przy zdrowych zmysłach nie każe matce poświęcać wszystkiego dla dziecka, bo takie poświęcenie prędzej czy później odbije się na ich relacjach, matka zestresowana na pewno nie jest dobrą matką. Wszystko musi być traktowane z sensem i rozsądkiem. I nadal ciągle mam wrażenie, że mieszasz rodzicielstwo bliskości z wychowaniem bezstresowym, którego jestem wielką przeciwniczką. Rodzicielstwo bliskości nie jest metodą polegającą na całkowitym uleganiu dziecku i niestawianiu mu żadnych granic.
            Co do korygowania. Ja na przykład nakłaniałam dzieci do czytania książek, podsuwałam im odpowiednie do wieku lektury. Oczywiście nie na siłę, ale dość upierdliwiewink Chwilami się nie dawały, potem jednak czytały polecone tytuły. Bo rodzic ma właśnie podsuwać, nie zmuszać. To się sprawdza.
            Czytam wiele skarg rodziców na nastolatki. I zawsze, naprawdę zawsze, prędzej czy później z takiego rodzica wyłazi coś takiego, co pozwala stwierdzić, że sam sobie zgotował ten los. Uważam na podstawie własnych doświadczeń i bardzo wielu historii, że to jednak my, rodzice głównie determinujemy to, jakie są nasze dzieci. Wrodzony charakter też, ale to w dużej mierze można skorygować, środowisko w najmniejszym stopniu, gdy damy dzieciom dobre podstawy i przekażemy wartości w domu, zbudujemy ich poczucie swojej wartości. Wtedy nie będą musiały udowadniać niczego grupie rówieśniczej. Będą sobą.
            • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 16:26
              No i o to chodzi. Nie ma jednego dobrego modelu. Ja na macierzyńskim nielegalnie chodziłam do pracy od czasu do czasu, żeby nie zwariować. Dlatego też nie można powiedzieć różnym rodzicom i różnym dzieciom, że jedna metoda wychowawcza jest odpowiednia, a nawet zdecydowanie lepsza od innych. Ludzie - i dorośli i dzieci - mają różne potrzeby, różne priorytety i chodzi o to, aby dobrze było obu stronom. Jeśli dobrze jest tylko jednej, nawet jeśli tą jedną sa dzieci - nie sądzę, aby to był sukces wychowawczy.
              Nie mieszam wychowania bliskości z bezstresowym - bo bezstresowe na przykład wcale nie wymaga stałej obecności rodziców, czy podążania za dzieckiem. Uważam jednak, ze i jedno i drugie jest mitem - ładnie sie przedstawiającym na papierze i bez realnego odniesienia do rzeczywistości, w której dziecko w najbardziej podstawowych sprawach podporządkowane jest woli rodziców, jak by nie zaklinać, że nie jest.
              Poza tym, podobnie jak moja matka, uważam, że żadna "metoda" w wychowaniu dziecka nie jest dobra.
              Do czytania zmuszać nie trzeba - ale juz do straszliwie monotonnego ćwiczenia ortografii tak. I do bardzo wielu innych rzeczy. Ja z kolei absolutnie nie zachęcałam do czytania, tylko czytałam na głos. W dodatku tylko to, co sama lubiłam. I efekt był taki sam.
              Myślę,z ę przekonanie o tym, zę determinujemy los naszych dzieci jest pułapką - bo to by oznaczało, że dzieci same z siebie nie mają charakteru, ze można je dowolnie kształtować - i ze sukces dzieci jest naszym sukcesem. Nie jest, jest ich własnym.
              --
              • jotde3 Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 19:34
                > Myślę,z ę przekonanie o tym, zę determinujemy los naszych dzieci jest pułapką -
                > bo to by oznaczało, że dzieci same z siebie nie mają charakteru, ze można je d
                > owolnie kształtować - i ze sukces dzieci jest naszym sukcesem. Nie jest, jest i
                > ch własnym.

                dowolnie nie , ale można je kształtować , i sukces dzieci może być po części naszym sukcesem .
                np.jak dziecko o średniej samoocenie przygotujesz tak że bedzie błyszczęć to zyska ono lepszą samoocene i wszystko co za tym idzie
                  • sebalda Re: Rodzicielstwo bliskości 15.08.13, 11:30
                    Verdano, ja dalej Cię nie rozumiem. Z jednej strony piszesz, że powinniśmy ingerować w to, jakie są nasze dzieci, pewne rzeczy korygować, a z drugiej, że nie mamy na nie wpływu.
                    Ja nie twierdzę, że nasze dzieci są jak plastelina i mamy je formować. Uchowaj Boże. Ale to od nas zależy, w co dzieci wyposażymy. Jakie im przekażemy wartości, jaką będą miały samoocenę, jak się będą poruszały w pierwszych latach samodzielności. Potem oczywiście one decydują, one dalej wykuwają swój los, ale zręby dajemy my, rodzice.
                    Dlaczego rodzeństwo się różni? Też się nad tym zastanawiałam. Nie zawsze oczywiście, ale często dzieje się tak, że rodzice/rodzic faworyzują jedno dziecko. Albo traktują jedno bardziej pobłażliwie, a drugie nie. Inaczej się nieco wychowuje pierwsze dziecko, dopiero się eksperymentuje, inaczej kolejne. Moje dzieci nie różnią się tak bardzo między sobą, różnice wynikają oczywiście z tego, że są innej płci, że mają nieco inne temperamenty i charaktery, ale też widzę różnicę spowodowaną tym, że z córką bardziej się cackałam, bo była pierwsza i ciężko chorowała po urodzeniu, syn był traktowany już inaczej, okrzepłam w roli matki, wyluzowałam, a on nie chorował, miał świetny apetyt (w przeciwieństwie do córki), w ogóle było z nim łatwiej. Ale to dowodzi, że choćbyśmy się zarzekali, są różnice w podejściu do dzieci i nie można na podstawie tego, że rodzeństwo się różni, wysnuwać wniosku, że wychowanie ma tylko bardzo mały wpływ na dzieci. Ma wielki i dlatego musimy być odpowiedzialni, uważni, troskliwi wobec naszych dzieci. Traktować je z szacunkiem i zrozumieniem, wtedy i ona tym odpłacą. Nam i innym. Ja w to wierzę, bo mam na to najbliższy przykład. O!
                    • jotde3 Re: Rodzicielstwo bliskości 15.08.13, 11:50
                      tak sebalda rodzice róznie wychowują swoje dzieci , trzeba by tu porównać różnice raczej nie wśród ogólnie rzecz biorąc rodzeństwa a wśród bliżniąt dwujajowych ale tej samej płci i wtedy próbować analizować różnice.
                      ja jednak za badaczami bliżniąt jednojajowych rozdzielonych w dzicinstwie uważam że standartowe wychowanie czy to bardziej autorytarne czy bardziej partnerskie powoduje niedostateczne różnice by znieść wpływ genów i dopiero danie dziecku jakiejś wazne umiejetnośc zapoczątkowuje łańcuch zmian . złym przykładem takie oddziaływania jest tzw. "szajba" co bije już przecież dorosłym ludziom po odniesieniu sukcesu . ale trucizne od lekarstwa różni często tylko dawka i jeśli bedą to małe sukcesy w młodym wieku to mam wrażenie że mogą one poważnie zmienić życie dziecka w przyszłości , ocZywiście na plus .
                  • jotde3 Re: Rodzicielstwo bliskości 15.08.13, 11:39
                    verdana napisała:

                    > Naprawdę ,za Twoje sukcesy i klęski odpowiedzialni sa rodzice? Nie Ty sam?

                    oczywiście odpowiadają za klęski wink za sukcesy to juz ja sam wink hehehe
                    a tak na serio to przecież nie napisałem że dotyczy to każdego , napisałem tylko że mozna pomóc dziecku odnieść sukcesy a przez to podnieść jego status w grupie i zapoczątkować łańcuch autoselekcji oparty na wierze w siebie a z czasem może i w to co do tego prowadzi , czyli nauczyć pracy .faktem jest że mało którzy rodzice to robią prawidłowo bo oni tylko wychowują a nie dają dodatkowych ważnych kompetencji i ztąd wnioski badaczy rozdzielonych w dziecinstwie blizniąt jednojajowych że wychowanie ma nikły wpływ.



                    • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 15.08.13, 12:29
                      Można dziecko wychowywać, można zmienić pewne rzeczy, pokazać jedne, a nie pokazać drugich - ale udział rodziców w wychowaniu to tylko jeden element całokształtu wychowania i charakteru. Pewnych rzeczy sie nie zmieni i nie skoryguje, pewne kwestie sa genetyczne, zależą od charakteru, duży wpływ ma na dzieci i towarzystwo i okolica i inni dorośli.
                      Dzieci należy wychowywać, oczywiście, pomagać , wspierać itd - ale nie przypisywać sobie zasługi, że tak pięknie wyrosły. Nie uważać ich sukcesów za własne, a ich klęsk - za swoje klęski (chyba, że popełniło sie takie błędy wychowawcze, ze uniemożliwiły normalny rozwój).
                      Można pomóc dziecku odnieść sukces, ale dziecku - nie dotyczy to juz raczej dzieci dorosłych. No, chyba , ze mamy na myśli znajomości - ale to inna bajka.
                      --
                      • jotde3 Re: Rodzicielstwo bliskości 15.08.13, 13:11
                        > wać sobie zasługi, że tak pięknie wyrosły. Nie uważać ich sukcesów za własne, a
                        > ich klęsk - za swoje klęski

                        a czy trenerzy maja prawo uważać sukces zawodnika i za wsłasny ? oczywiście to nie oni biją rekordy i sądze że zdają sobie z tego sprawe wink

                        > łtu wychowania i charakteru. Pewnych rzeczy sie nie zmieni i nie skoryguje,

                        nikt nie twierdzi ze wszystko mozna zmienić . twierdze jedynie że można zmienić to cos co jest istotne dla życia dziecka w pszyszłości .nie ważne co tam kształtuje dziecko wśród rówieśników , w okolicy czy w szkole , ważne czy dasz dziecku umiejętności które wzmocnią jego pozycje w grupie i ułatwią socjalizacje zwiekszając akceptacje dla wymagań szkolnych i to jedno raczej starczy bo dać mu statystycznie znacznie wieksze szanse na poradzenie sobie w życiu .
                        reszta tzw wychowania , a w szczególności "metod wychowawczych " jest bez wiekszego znaczenia ( pomijam oczywiście krańcowe przypadki wychowania autorytarnego czy bezstresowego )
                        • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 15.08.13, 13:45
                          Tak, bo kształtują umiejętność wyselekcjonowanych osób, a nie całe życie. I mogą uznać,z ę umieją trenować - ale i umieją dobrać zawodników. Dzieci się nie wybiera.
                          Dzieci s różne - nie da sie wycofanemu i nieśmiałemu dziecku dać umiejętności, które kształtują pozycję w grupie i jednocześnie zadowolenie z tej pozycji. Nie da sie niezdolnemu dziecku ułatwić akceptacji dla wymagań szkolnych - znam dzieci takich rodziców i zaręczam Ci, że to nieszczęśliwi ludzie, bo wymagania rodziców sa dla nich nie do spełnienia, a akceptacji rówieśników i tak nie zyskują. Zresztą akceptacja rówieśników nie dla wszystkich jest równie wazna, podobnie jak pozycja w grupie - wychowywanie dziecka tak, aby dziecko było dobrze zintegrowane jest często realizacją ambicji rodzica, a nie ma nic wspólnego z dobrem dziecka.

                          --
                          • jotde3 Re: Rodzicielstwo bliskości 15.08.13, 14:30
                            verdana napisała:

                            > Tak, bo kształtują umiejętność wyselekcjonowanych osób, a nie całe życie. I mog
                            > ą uznać,z ę umieją trenować - ale i umieją dobrać zawodników. Dzieci się nie wy
                            > biera.


                            to akurat wyżej nie ma znaczenia .

                            ale musze sie zgodzić że wszystkim nie da sie dać umiejętności na wystarczającym poziomie . tylko tym z potencjałem . jak dziecko jest wycofane bo wrażliwe ale przy tym np. dość duże i sprawne to gdy nauczysz go sie bić i oddawać podwójnie to nikt już go nie bedzie zaczepiał ale jak jest małe to ta nauka mogła by sie ciągnąć i ćwierć wieku a i tak niewiele by to dało .
                            jak jest inteligentne ale jedynie ma lepsze rzeczy do roboty to zmusisz go do nauki i odniesie sukces , dyrekcja bedzie przychodzić do klasy gratulować a ono bedzie przez chwile patrzyć w ciebie jak w boga ale najpierw musi być inteligentne .
                            ciekawe ile dzieci z potencjałem nie dostaje właściwych umiejętności we właściwym czasie by wcześnie odniesiony sukces budował ich dalsze życie .
                            • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 15.08.13, 17:30
                              Może też tak być, że dziecko będzie sie biło, mimo że tego nienawidzi i się boi, aby sprostać Twoim wymaganiom. To wcale nie jest kształtowanie pewności siebie, to wymaganie od dziecka, aby było takie, jakie rodzic sobie wymarzył. Nauka konformizmu wobec oczekiwań rodziców. W rezultacie wcale nie osiągniesz dziecka przebojowego, tylko bezradne, bo robiące coś wbrew sobie.
                              Dziecko inteligentne, patrzące w rodzica jak w boga? Jesli tak, to nie jest inteligentne, inteligentne wie, ze rodzic to zwykły, mylący się człowiek i że jego rady sa czasem dobre, a czasem fatalne.
                              Rzeczywiście, problemem może być marnowanie potencjału, ale to nie jest tak, zę nienadzorowane dziecku marnuje potencjał. Dziecko, które pracuje tylko pod nadzorem potencjału praktycznie nie ma...
                              Mam wrażenie, ze nie o dziecko tu chodzi - chodzi o to, aby samemu czuć sie dobrym rodzicem, który robi "wszystko", a bez niego dziecko sobie samo rady nie da. To owszem, doskonale robi rodziców i na samoocenę, dziecku jednak wcale nie służy. Dziecko nie ma być przedmiotem, służącym za wizytówkę rodzica i świadectwem jego kompetencji rodzicielskich. Dziecko ma własną koncepcję życia i nie przewidzimy, co mu się przyda.
                              --
                              • jotde3 Re: Rodzicielstwo bliskości 15.08.13, 18:49
                                verdana napisała:

                                > Może też tak być, że dziecko będzie sie biło, mimo że tego nienawidzi i się boi
                                > , aby sprostać Twoim wymaganiom.


                                może to być różnie ale po co wymyślać takie niestworzone historie . no faktycznie , wykluczyć nie można . ale to za mało by snuć takie dyrdymały .
                                kto lubi sie bić ? a kto lubi być poniżony ?czasem masz wybór tylko jeden , któreś nie "nie lubie" musi ustapić bo kolega rozmawiać nie chce .
                                u chyba niemal wszystkich chłopców w koncu pojawia sie chęć bycia silnym i od tego momentu o jego decyzjach bedą decydować oprócz obaw o uszczerbek na urodzie również jego umiejętności , doświadczenie i medale na ścianie za zawody . a , i jeszcze jedno - lubi treningi i lubi wygrywać .

                                > Dziecko inteligentne, patrzące w rodzica jak w boga?

                                nie napisałem że przez chwile ? czy ty czytać nie umiesz ? jak moja droga prowadzi go do chwały czy nie może być przez chwile za to wdziecZny ?to chyba naturalny odruch ? doceniając tym spojrzeniem moje starania które pozowliły mu zdobyć takie uznanie ?


                                > Rzeczywiście, problemem może być marnowanie potencjału, ale to nie jest tak, zę
                                > nienadzorowane dziecku marnuje potencjał.

                                to radzisz zostawić decyzje o tym czy dziecko raczy sie pouczyć na miare jego mozliwości jemu samemu ? 9 latkowi ? bo nie mówimy tu o nauce szkolnej gddzie przecież też jest nadzór ale Pani.

                                Dziecko, które pracuje tylko pod nad
                                > zorem potencjału praktycznie nie ma...

                                chodzi ci chyba o potencjał samosterowalności czy coś takiego ?a ja pisałem o potencjale inteligencji potrzebnym do sukcesów matematycznych . mysle że dbam i o tą samosterowalność na tyle na ile można u 9 latka nie ograniczając go za bardzo ale mysle że w pełni ujawni sie on pózniej , tak jak i dojrzewanie seksualne , to poprostu nie ten czas . jest dzieckiem . i tak można mówić o potencjale inteligencji u 9 ltka ale nie u jedno latka ( może poza jakimiś krańcowymi przypadkami geniuszy )


                                > Mam wrażenie, ze nie o dziecko tu chodzi - chodzi o to, aby samemu czuć sie dob
                                > rym rodzicem, który robi "wszystko", a bez niego dziecko sobie samo rady nie da

                                dać sobie rade można różnie .


                                > . To owszem, doskonale robi rodziców i na samoocenę, dziecku jednak wcale nie s
                                > łuży.

                                jakos mojemu służy , jest silnym , lubianym przez kolegów i cenionym w szkole wesołym chłopcem .nie wiem czy moje starania mają wpływ na jego kontakty z kolegami ale napewno mają wpływ na bycie silnym i cenionym w szkole a mysle że to daje jakieś punkty i u kolegów .

                                Dziecko nie ma być przedmiotem, służącym za wizytówkę rodzica i świadectw
                                > em jego kompetencji rodzicielskich.

                                za twoją wizytówke może służyć sofa z ikei . twoja sprawa . dla mnie dziecko jest najważniejsze .
                                lubie budować , a niema nic ważniejszego do budowania niż własne potomstwo.

                                Dziecko ma własną koncepcję życia i nie prz
                                > ewidzimy, co mu się przyda.

                                zawsze sie przyda bycie pięknym i bogatym winktak jak i chłopakowi sie przyda zawsze umiejętność dania w ryj i ruszenia kiepełą , co tu do przewidywania ? aaaa, wiem powiesz "mozna być piękną i zostać k..... " " znam bogatych co sie zaćpali ".
                                no wiec dobrze dodajmy słówko "statystycznie "- statystycznie zawsze sie przyda bycie pieknym i bogatym smile
                                • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 15.08.13, 20:08
                                  Nie stanie się piękny i bogaty? To znaczy,że dla Ciebie już nie będzie kimś, kim warto sie pochwalić, wizytówką kompetencji rodzicielskich. Nie da w ryj - będziesz zawiedziony. Będzie lał w ryj zamiast dyskutować, zdobędzie kasę - będziesz przekonany, ze to Twoja, nie jego zasługa. Twój syn będzie przegrany tak czy inaczej. Nie ma szans, abyś docenił jego, nie siebie.
                                    • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 16.08.13, 09:44
                                      Ale wybacz, to, jak wychowujesz syna, to nie Twoja zasługa, żadna. To wszystko zasługa Twoich rodziców, bo ni Cie wychowywali - wszystko co robisz, jest tylko efektem ich starań, to kim jesteś jest tylko efektem ich starań - sam niczego absolutnie nie reprezentujesz i nie masz z czego byc dumny. To tylko Twoi rodzice mogą powiedzieć "O, tak wychowaliśmy syna, ze teraz dobrze wychowuje swojego syna, bez nas byłby zerem, sam nie byłby w stanie nic pozytywnego zrobić". Twoje sukcesy to sukces Twoich rodzcow, nie przypisuj sobie zaslug.
                                      --
                                      • jotde3 Re: Rodzicielstwo bliskości 16.08.13, 10:14
                                        > Ale wybacz, to, jak wychowujesz syna, to nie Twoja zasługa, żadna. To wszystko
                                        > zasługa Twoich rodziców, bo ni Cie wychowywali - wszystko co robisz, jest tylko
                                        > efektem ich starań, to kim jesteś jest tylko efektem ich starań

                                        o zasłudze ,patrząc tak jak Ty teraz próbujesz , trudno oczywiście mówić bo pokazujesz że wszystko jest ciągiem związków przyczynowo skutkowych z czym sie zgadzam , niema wolnej woli , jesteśmy jak widzowie w kinie . z tym że to jest prawda o której lepiej zapomnieć by nie psuć sobie filmu wink
                                        ponadto pisałem już o czym chyba zapomniałaś że wychowanie standartowe nie czyni efektów bo jest zbyt słabe by przełamać znaczenie genów ,( ale również znaczenie przypadku ) a wychowanie moich rodziców było standartowe a nie "kompetencyje " ( znalazła sie mi fajna nazwa na "mój" styl smile ) . ja najpierw pokazuje cele a potem je osiagam .ucze wiec jak wyznaczać i osiągać cele .
                                        moi rodzice nie mogli by tak dowodzić , mogli by powiedzieć " patrz dobrze wyszło " ale do zadnych "małych sukcesów " mnie nie prowadzili . nie oskarżam ich , przyszli z wiochy ,nie mieli takich mozliwości .
                                        tak że ja sukces syna uznaje za swój , geny moje i ogólnie jestem bardzo zadowolony ale mu tego samozadowolenia przed oczy nie pcham a on sukces uważa oczywiście za swój ( sukces ma wielu ojców wink . odniesliśmy oboje swoje małe sukcesy ale mierzone inną miarą . mój miarą ojca a jego miarą ucznia czy zawodnika .
                                            • jotde3 Re: Rodzicielstwo bliskości 16.08.13, 13:23
                                              jeszcze na koniec taki dowód błędności i uporczywości twojego czarnowidztwa
                                              forum.gazeta.pl/forum/w,851,109666769,109708091,Re_nauka_5_latka.html
                                              " verdana 06.04.10, 20:22 Odpowiedz
                                              Jotde muszę Cię zmartwić. Dzieci b. inteligentne mają kłopoty w
                                              szkole - bardzo często. A dzieci, ktore idą do szkoły, znając
                                              program, mają zazwyczaj bardzo powazne klopoty w szkole. Teraz moj
                                              syn kończy gimmnazjum. Nie jest dobrym uczniem, ale czytał już w
                                              wieku 4,5 roku. Nauczył się sam.
                                              Jeśli człowiek slucha tego co dobrze zna i rozumie - przestaje
                                              uwazać. Uczeń, ktory zna już program, albo uczeń, ktory rozumie po
                                              pierwszym wytłumaczeniu problemu, kiedy nauczyciel tłumaczy to po
                                              raz drugi czy trzeci - dla tych co nie zrozumieli - przestaje
                                              słuchać. Tymczasem nauczyciel zaczyna mowić o czymś nowym, dziecko
                                              jednak juz nie słucha, bo mysli o czym innym. Nie rozumie zatem
                                              nowego materiału - i zaleglości swietnie przygotowanego, bardzo
                                              inteligentnego dziecka rosną.
                                              Wiem, mam dwóch takich synów. Naprawdę, na razie robisz wszystko,
                                              aby gdzieś koło trzeciej klasy załamywać ręce "Ja się tak starałem,
                                              dlaczego dziecko ma same tróje?"

                                              własnie skończył drugą ( jest wiec koło 3 )i po raz drugi dostał nagrode na koniec klasy i pochwałe przy wszystkich rodzicach i uczniach z klasy za jego osiągniecia matematyczne. wynik za konkur matematyczny ma wpisany na świadectwie .wygrał na nim wycieczke .
                                              wiec może swoje brednie /przepowiednie zostaw dla takich jak Ty .
                                              musisz jednak przełozyć dalej w przyszłość czas apokalipsy smile buhehhehhehe
                                              • jotde3 Re: Rodzicielstwo bliskości 16.08.13, 13:30
                                                a tu drugi kwiatek smile

                                                " verdana 07.04.10, 14:38 Odpowiedz
                                                Po mamusi. Mamusia np. rozumie to, co czyta. Ja wiem, ze to trudne. "

                                                wychodzi jednak ze nie wie co Ci wykazałem pokazując że polemizowałaś ze zdaniem którego nie napisałem ( opusciłaś zwrot "przez chwile " i skategoryzowałaś ).
                                                pedagogu od siedmiu boleści
                                              • jotde3 Re: Rodzicielstwo bliskości 16.08.13, 17:05
                                                verdena , właż pod stół i odszczekuj swoje głupoty smile buhehhehe

                                                "> Wiem, mam dwóch takich synów. Naprawdę, na razie robisz wszystko,
                                                > aby gdzieś koło trzeciej klasy załamywać ręce "Ja się tak starałem,
                                                > dlaczego dziecko ma same tróje?"
                                                • jotde3 Re: Rodzicielstwo bliskości 16.08.13, 17:26
                                                  w zasadzie to już szukałem haków na kogoś innego a tu popatr, twój kolejny post do mnie z dawnych czasów
                                                  " verdana 07.04.10, 20:41 Odpowiedz
                                                  Nie każde, ale w Twoim wypadku - tak.
                                                  I nie rozumiem, jak człowiek, który nie umie napisać poprawnie dwóch
                                                  zdań może uczyć dziecko pisania. Wybacz, sama mam dzieci z
                                                  dysortografią, ale one pisania nikogo uczyć nie zamierzają. "

                                                  no patrz , nauczył sie smile nauczycielka chciała go wystawiać jako jednego z 3 do konkursu szkolnego z ortografi ( ale zachorował i nie był ) .
                                                  widzisz , wielu rzeczy nie rozumiesz smile pod stół i odszczekać smile hehehehe
      • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 15:29
        Nie wiem, kiedy zostałaś mamą, ale naprawdę, przynajmniej od lat 60-tych, czyli dr Spocka, a w Polsce od Korczaka - nie uznawano powszechnie, że dziecko ma milczeć i słuchać. Może miałaś złe wzorce rodzinne czy środowiskowe, ale powszechne nie były już one co najmniej od lat 40. Osławione "bezstresowe wychowanie" to lata 60-te...
        Problemem bywa "prawo wahadła" - ludzie wychowani w sposób surowy i autorytarny tak bardzo nie znoszą tego sposobu wychowania, ze przesadzają w drugą stronę, zapominając, że dziecku czasami potrzebny jest zdecydowany, jednoznaczny nakaz lub zakaz. I odwrotnie - widzę jak dziewczyna , wychowana w niezmiernie liberalnym domu, dyscyplinuje swoje dzieci.
        Dzieci moich znajomych wychowywane były w bardzo różny sposób - od niemal bezstresowego, po autorytarne. Efekt wychowania jest niemal zerowo powiązany ze stylem wychowania - za wyjątkiem jednego, wychowanego tak, aby spełnił wymagania rodziców. Niestety, ten rzeczywiście je spełnia.
        Zręczam Ci, że dzieci moich znajomych, wychowane raczej surowo, nie zbuntowały się w nastoletnim wieku, co więcej mają fantastyczne kontakty z rodzicami, a bunt przeżyła koleżanka, która wychowywała dzieci dając im pełną wolność wyboru i możliwość decydowania o sobie. Ona była wychowana surowo i też się buntowała - tu istotne okazały się geny, a nie styl wychowania.
        Niestety, mitem jest też, że dziecko, które uważa swoje potrzeby za równie wazne, jak potrzeby dorosłych, jest przez kogokolwiek tolerowane. Jesli dziecko nie ma potrzeby chodzenia do szkoły, czy uczenia sie czytać, to załamuje się postawa nawet najbardziej liberalnych rodziców. Jeśli dziecko nie ma potrzeby mycia zębów, posiadania rodzeństwa, przeprowadzki - to rodzice i tak przeprowadza swoją wolę.
        Problem w tym, zę dziecko nie potrafi jeszcze przewidzieć konsekwencji swoich "potrzeb". Mój 6-latek sprzeciwiał sie pójściu do szkoły. Chciał zostać w przedszkolu. Nie zawrzając na jego opinię, posłałam go do szkoły, z bardzo różnych względów. Po trzech dniach wrócił szczęśliwy. Po latach powiedział, dlaczego nie chciał iść do szkoły - wprawdzie w przedszkolu nie miał w grupie kolegów, ale w sali zerówki była fajna zabawka i marzył o tym, że za rok sie nią pobawi.
        Okazało sie, zę taka sama zabawka była w szkolnej świetlicy. I ze jednak ja lepiej znałam potrzeby dziecka, niz sześciolatek, który nie rozpatrywał sytuacji z różnych punktów widzenia. Bo miał sześć lat. I nie umiał patrzeć perspektywicznie.
        --
        • gumitex Re: Rodzicielstwo bliskości 28.08.13, 11:57
          Dlaczego dopiero po latach ci powiedział? Nie mogłaś porozmawiać z nim wcześniej i rozwiać jego wątpliwości? A co by było, gdyby w szkole nie było takiej samej zabawki? Syn by był nieszczęśliwy z pójścia do szkoły? Czy wtedy swoją decyzję też uznałabyś za trafioną?

          Wiem, że ciężko od dziecka coś się dowiedzieć, bo ono ci nie powie jak je zapytasz. Moje najwięcej mówią jak wspólnie coś robimy i wtedy mimochodem rzucają, "a wiesz mamo, że...". Ale na to potrzeba czasu, a dorośli mają go tak mało. Ja też, niestety.

          > Problem w tym, zę dziecko nie potrafi jeszcze przewidzieć konsekwencji swoich "
          > potrzeb". Mój 6-latek sprzeciwiał sie pójściu do szkoły. Chciał zostać w przeds
          > zkolu. Nie zawrzając na jego opinię, posłałam go do szkoły, z bardzo różnych wz
          > ględów. Po trzech dniach wrócił szczęśliwy. Po latach powiedział, dlaczego nie
          > chciał iść do szkoły - wprawdzie w przedszkolu nie miał w grupie kolegów, ale
          > w sali zerówki była fajna zabawka i marzył o tym, że za rok sie nią pobawi.
          > Okazało sie, zę taka sama zabawka była w szkolnej świetlicy. I ze jednak ja lep
          > iej znałam potrzeby dziecka, niz sześciolatek, który nie rozpatrywał sytuacji z
          > różnych punktów widzenia. Bo miał sześć lat. I nie umiał patrzeć perspektywicz
          > nie.
          • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 28.08.13, 12:48
            Powiedział mi po latach, bo sam uważał mając sześć lat, że jego argumentacja nie jest rozsądna. Gdyby w szkole nie było takiej samej zabawki - to trudno. Na pewno nie byłoby to żadnym nieszczęściem - tyle tylko, że dziecko nie miałoby tak miłej niespodzianki. I materiału do przemyślenia pt "Czym należy się kierować przy istotnych wyborach życiowych".

            --
    • jotde3 Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 12:18
      taki cytat :
      "Czy rodzicowi wychowującemu dziecko w duchu rodzicielstwa bliskości wolno krzyknąć na dziecko, ukarać je? Czy to się wyklucza?- Na pewno może mu się to zdarzyć, chociaż myślę, że prędzej chyba krzyknąć niż zastosować karę. Jest różnica pomiędzy sytuacją, w której człowiek popełnia błąd"

      no to ja życze tej pani powodzenia smile mnie denerwuje mało co bym musiał krzyczeć ale jest coś takiego , nieprzykładanie sie do nauki i faktycznie , myslałem że to mój błąd ale po pewnym czasie zauważyłem że jak wydre ryja to lepiej jakoś wszystko idzie i zapał do nauki rośnie bo chyba człowiekowi , nawet dziecku , jest potrzebny jakiś poziom stresu i teraz dalej mnie ponosi ale nie rozumiem tego jako swojego błędu tylko jako właściwą reakcje .

      biorąc pod uwage cały artykół to mam wrażenie że to uproszczenie tak jak gadka że tłuszcze rośline są zdrowsze od zwierzęcych a tu chodzi poprostu o proporcje - rodzicielstwo bliskości a i owszem ale czasem autorytarnie czyli to raczej jakieś raczej standartowe wychowanie gdzie matka to ten dobry policjant a ojciec zły ( w uproszczeniu oczywiście )
      • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 13:14
        jotde3 napisał:

        > no to ja życze tej pani powodzenia smile mnie denerwuje mało co bym musiał krzycze
        > ć ale jest coś takiego , nieprzykładanie sie do nauki i faktycznie , myslałem ż
        > e to mój błąd ale po pewnym czasie zauważyłem że jak wydre ryja to lepiej jakoś
        > wszystko idzie i zapał do nauki rośnie bo chyba człowiekowi , nawet dziecku ,
        > jest potrzebny jakiś poziom stresu i teraz dalej mnie ponosi ale nie rozumiem t
        > ego jako swojego błędu tylko jako właściwą reakcje .

        Jak krzyk przestanie działać, to co zaczniesz stosować? Kary cielesne?Zdarza mi się krzyknąć na moje dzieci - jestem osobą emocjonalną. Ale nie po to, żeby wywrzeć na nie presję - czasem tak wyrażam emocje.
        Co do niechęci do nauki - wielu rodziców to "przerabia". Zamiast drzeć się, lepiej dowiedzieć się od dziecka w czym jest problem. czasem rodzic ma wyższe ambicje niż dziecko i dziecku wystarczą oceny dostateczne. czasem dziecko ma trudności. Czasem ma kłopot z motywacją.
        Na syna-studenta też będziesz wrzeszczał przed sesją?
        • jotde3 Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 13:37
          > Jak krzyk przestanie działać, to co zaczniesz stosować?

          to zawsze działa . jak sie podrzemy na siebie ze starą to potem jakoś oboje jesteśmy chetniejsi do kompromisu i omawiane sprawy zyskują na znaczeniu.

          Kary cielesne?Zdarza mi
          > się krzyknąć na moje dzieci - jestem osobą emocjonalną. Ale nie po to, żeby wy
          > wrzeć na nie presję - czasem tak wyrażam emocje.

          mam wrażenie że ta rozmowa już sie kiedyś odbyła . różni nas swiadomośc konsekwencji zachowań i uwarunkowań bo ja tak jak ty dre sie jak mnie poniesie ale rozumiem skąd i po co to jest .


          > Co do niechęci do nauki - wielu rodziców to "przerabia". Zamiast drzeć się, lep
          > iej dowiedzieć się od dziecka w czym jest problem.

          problem jest w tym że dziecko ma fajniejsze rzeczy do roboty

          > czasem rodzic ma wyższe ambi
          > cje niż dziecko i dziecku wystarczą oceny dostateczne.

          no tak a potem chciało by wiecej zarabiać . moją ambicją nie są jego oceny a by dał sobie rade w zyciu . pokazuje że praca prowadzi do sukcesów .

          > czasem dziecko ma trudno
          > ści. Czasem ma kłopot z motywacją.

          no pewnie, bo ma ciekawsze rzeczy do roboty

          > Na syna-studenta też będziesz wrzeszczał przed sesją?

          niewiem czy bede ale chyba by należało wink . generalnie bede tak długo werbalnie oddziaływał jak długo bedą z tego korzyści przewyższające straty od darcia przechodząc do gderania wink
    • szamanta Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 12:55
      Po raz :Wyciągnelam wnioski ,ze bardzo krytycznie podchodzi sie do dyscypliny ,traktuje sie ją jak najwieksze zło,dziecko ktore jest dyscyplinowane w procesie wychowawczym traktuje sie z wspolczuciem ,czyli odgornie jest to wyznacznik ,ze w domu gdzie panuje dyscyplina nie ma milosci, czulosci ,o bliskosci dziecka z rodziciami mowy nie ma, ale sposob wychowania jakie wychwala A.S jest najidealniejszy i ten jedyny najtrafniejszy, najwlasciwszy do kazdego dziecka -Nonsens, obluda wg mnie

      Po dwa: 100 % skupionej uwagi na potrzebach,zachciankach dziecka, dzieciecy egocentryzm ma zdomninowac otoczenie, kazdy ma byc podlegly pod jego oczekiwania i rządy ...bo to dziecko wiec trzeba stanąc z boku a jemu dac pierwszenstwo .Bez przerwy okazywac zainteresowanie jego osoba.Moje zdanie?
      Wg mnie robimy celebryte z dziecka, pepek swiata ,egocentryka ,ktory pokory i poszanowania do innych planow i zachcianek nie ma,bo zostanie nauczoiny ze wszystko pod jego zachcianki i widzimisie musi być

      Po trzy : Pani psycholog zupelnie momentami obkręca kota ogonem i konkretnie nie potrafila odpowiedzie na zadane pytania tylko fiksum dyrdum z tego wychodzilo, wrecz momentami science-fiction
      Przytaczam fragmet jaki mnie oszołomił (a dokladniej odpowiedz)

      pyt.""No tak, ale jeśli przyzwyczajamy dzieci do tego, że inni wsłuchują się w ich potrzeby i traktują jak równorzędnych partnerów, to mogą mieć w przyszłości problemy, żeby odnaleźć się w społeczeństwie opartym na hierarchii, w świecie korporacji i zależności zawodowych.

      odp A.S :- One będą po prostu zmieniać ten świat! Takie myślenie wynika z naszej postawy, że świat jest taki jaki jest i nie mamy na to wpływu. A przecież to my ten świat tworzymy! To dzisiejsi dorośli, którzy byli wychowywani w określony sposób, sprawiają, że ten świat tak wygląda, a jeśli my wychowamy nasze dzieci inaczej, to będzie on inny.

      Nie moge sie nadziwic tej naiwnosci .Dziecko wychowane zgodnie z zasadami rodzicielskiej bliskosci zmieni swiat i takie cos jak hierarchia w pracy /podporządkowania sie wyzszym szczeblom nie bedzie obowiązywac ? hehehe o ironio ,zimny kubel nie jeden zostanie wylany idąc takim mysleniem i zalozeniem
      • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 13:29
        > Przytaczam fragmet jaki mnie oszołomił (a dokladniej odpowiedz)
        >
        > pyt.""No tak, ale jeśli przyzwyczajamy dzieci do tego, że inni wsłuchują
        > się w ich potrzeby i traktują jak równorzędnych partnerów, to mogą mieć w p
        > rzyszłości problemy, żeby odnaleźć się w społeczeństwie opartym na hierarchii,
        > w świecie korporacji i zależności zawodowych.

        >
        > odp A.S :- One będą po prostu zmieniać ten świat! Takie myślenie wyni
        > ka z naszej postawy, że świat jest taki jaki jest i nie mamy na to wpływu. A pr
        > zecież to my ten świat tworzymy! To dzisiejsi dorośli, którzy byli wychowywani
        > w określony sposób, sprawiają, że ten świat tak wygląda, a jeśli my wychowam
        > y nasze dzieci inaczej, to będzie on inny
        .

        >
        > Nie moge sie nadziwic tej naiwnosci .Dziecko wychowane zgodnie z zasadami rodzi
        > cielskiej bliskosci zmieni swiat i takie cos jak hierarchia w pracy /podporządk
        > owania sie wyzszym szczeblom nie bedzie obowiązywac ?

        Nie zgodzę się. Obserwuję jak mój syn funkcjonował i funkcjonuje w strukturach hierarchicznych. Owszem wielokrotnie zdarzyło mu się kwestionować obowiązujące zasady, proponować innowacje. Nie chodzi tu o łamanie rozsądnych reguł, ale o kwestionowanie tych, które uważał za niepotrzebne, zbyt sztywne itp. I nie w formie buntu - ale tak jak się nauczył, - wyrażenia opinii, zaproponowania innego rozwiązania. I gdy natrafiał na ludzi, którzy potrafili go z szacunkiem wysłuchać - często dochodziło do zmiany. Okazało się, że uczniowie mogą prowadzić zajęcia dla innych uczniów, że ta czy inna sala może być otwierana na ich potrzeby - wiele takich drobiazgów.
        Dzieci traktowane z szacunkiem, także innych traktują z szacunkiem. I naprawdę są zdolne wprowadzać zmiany.

        • sebalda Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 14:45
          > Nie zgodzę się. Obserwuję jak mój syn funkcjonował i funkcjonuje w strukturach
          > hierarchicznych. Owszem wielokrotnie zdarzyło mu się kwestionować obowiązujące
          > zasady, proponować innowacje

          Mam takie same obserwacje. Też syn był z tych aktywistów i innowatorów. Z reguły trafiał na zrozumienie i wiele razy dano mu się wykazać. Córka z kolei w szkole podstawowej trafiła na świetną polonistkę, która bardzo ją wspierała w rozwoju i promowaniu jej talentu. Dzieci wychowywane bez żelaznej dyscypliny, a nigdy nie sprawiały problemów wychowawczych ani w domu, ani w szkole, lubiane przez nauczycieli, córka była przewodniczącą samorządu uczniowskiego, no jakoś te nasze dzieci wychowane w poszanowaniu ich osób i potrzeb nie chcą być dowodami na to, na jakich rozwydrzonych, egoistycznych i pogubionych w społeczeństwie ludzi wyrastają takie osobniki.
          • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 15:40
            Tylko nie każde dziecko, niezależnie jak wychowane, jest innowacyjne. Równie dobrze może byc buntownicze, albo uległe i nieszczęśliwe. Znowu wpadamy w pułapkę - wychowane w odpowiedni sposób dzieci sa przeznaczone do tego, aby zmieniać świat. Sporo ludzi nie chce nic zmieniać, lepiej sie czuje słuchając, niz wydając polecenia. A zatem znowu wychowujemy dzieci nie na takich, jakimi chcą byc, ale na określony, zaplanowany przez rodziców typ jednostek.
            Ps. Moja córka, wychowywana jednak w jakiejś tam dyscyplinie, tez była w samorządzie, też była innowacyjna, a nawet miejscami buntownicza. Jej bracia -z decydowanie nie.
            --
            • gazeta_mi_placi Re: Rodzicielstwo bliskości 14.08.13, 17:18
              Ja znam całe mnóstwo przykładów wspólnie wychowywanego rodzeństwa które różni się charakterami jak woda i ogień.
              Na wrodzony temperament dziecka niewiele można zrobić, dlatego śmieszą mnie czasem wątki typu "Ja odważna, pewna siebie, synek wrażliwy, jak go zmienić" i myślenie, że odpowiednim wychowaniem można z osoby o pewnych wrodzonych predyspozycjach zrobić "gwiazdę" lub "wodza".
              Nie wszyscy rodzą się generałami i dobrze, dla każdego znajdzie się miejsce na tym świecie, przy odrobinie szczęścia tak samo szczęście i sukces w życiu odniesie innowator jak i spokojny domator.
              Tak samo w przypadku pecha.
              --
              http://www.suwaczki.com/tickers/9nicpoqnnhed3fm8.png
              • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 16.08.13, 14:07
                Zgodzę się. Dlatego rodzicielstwo bliskości zakłada akceptację dziecka takim jakim jest i pełny szacunek i respektowania jego potrzeb.
                Niemniej jednak jest także faktem, że osoby tak wychowane źle będą się czuły w sztywnych instytucjach i hierarchiach, grupach, zwłaszcza jeśli obowiązujące reguły będą dotkliwe, ograniczające, bez sensu. I nie da się ukryć, że dzieci wychowane z poszanowaniem ich potrzeb jako grupa charakteryzują określone cechy - uznanie siebie i innych za wartościowe jednostki, szacunek, niezgoda na złe, niewłaściwe, głupie reguły i umiejętność przeciwstawienia się im.
                I dotyczy to dzieci o skrajnie rożnych charakterach, intro, ekstrawertyków, generałów, domatorów. Jedne zostaną szefami samorządów i założą grupę przeciwko przemocy w szkole, inne ujmą się otwarcie za szykanowanym kolegą, a jeszcze inne po cichu go pocieszą lub poinformują o problemie dorosłych do których mają zaufanie.

                Dlatego nie ma sensu na sile zmieniać charakteru dziecka, ale szanując je i jego potrzeby warto przekonać je o własnej wartości i o wartości innych ludzi. Taki model wychowania tworzy osoby kreatywne, zdolne do wprowadzania zmian w otoczeniu - bo maja wiarę w siebie, w to, ze ich zdanie jest znaczące.

                Jednym z psychologów, który zajął się problemem kształcenia "bohaterów", tj.jednostek, które nie pójdą za tłumem wbrew głosowi sumienia, będą w stanie zakwestionować krzywdzące dla nich lub innych reguły - jest Zimbardo. poczytajcie sobie o jego szkole bohaterów.
                • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 16.08.13, 14:53
                  Czy szacunek dla dziecka nie powinien przypadkiem uwzględniać tego,z ę jest dzieckiem - czyli szanujemy na przykład fakt, ze dziecko nie ma umiejętności przewidywania skutków części swoich czynów i ze w przeciwieństwie do osób dorosłych dla poczucia bezpieczeństw potrzebne mu są czasem autorytety, a nie tylko partnerzy do dyskusji?
                  Z tego co piszesz wynika jasno, zę wcale nie akceptujemy dziecka takiergo, jakim jest, tylko mamy bardzo ściśle określony wzór osobowy człowieka niezależnego, umiejącego przeciwstawić sie grupie, wiedzącego co jest dobre a co złe (zgodnie z wyobrażeniem rodziców o wartościach moralnych). To jest absolutnie sprzeczne z postulatem "akceptowania jakim jest". Bo zakłada bardzo zdecydowaną zmianę charakteru niepewnego siebie dziecka, zakłada zmianę charakteru dziecka konformistycznego czy mającego tendencję do podporządkowania się. Nie, nie jest tak, że każde dziecko wychowywane konkretną metodą wyrośnie na dokładnie takiego samego człowieka.
                  Poczytaliśmy sobie Zimbardo. Na razie ze szkoły bohaterów niewiele wychodzi. Nie chciałabym byc złośliwa, ale "szkoła" ucząca nonkonformizmu i przełamywania zasad niczego takiego nie uczy - uczy konformizmu i zachowywania zasad mistrza i szkoły.
                  --
                  • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 26.08.13, 15:49
                    verdana napisała:

                    > Czy szacunek dla dziecka nie powinien przypadkiem uwzględniać tego,z ę jest dz
                    > ieckiem - czyli szanujemy na przykład fakt, ze dziecko nie ma umiejętności prze
                    > widywania skutków części swoich czynów i ze w przeciwieństwie do osób dorosłych
                    > dla poczucia bezpieczeństw potrzebne mu są czasem autorytety, a nie tylko part
                    > nerzy do dyskusji?

                    Ależ rodzicielstwo bliskość nie zakłada partnerstwa. Wciąż mylisz pojęcie rodzicielstwa bliskości z wychowaniem bezstresowym - może dlatego, że rodzicielstwo bliskości stoi niejako w opozycji do modelu wychowania autorytarnego.

                    > Z tego co piszesz wynika jasno, zę wcale nie akceptujemy dziecka takiergo, jaki
                    > m jest, tylko mamy bardzo ściśle określony wzór osobowy człowieka niezależnego,
                    > umiejącego przeciwstawić sie grupie, wiedzącego co jest dobre a co złe (zgodni
                    > e z wyobrażeniem rodziców o wartościach moralnych).

                    Mylisz skutek z przyczyną. Rodzicielstwo bliskości nie zakłada wychowania dziecka na "kogoś". Zakłada wspólną podróż z dzieckiem przez proces jego dorastania, dojrzewania, odpowiadanie w tym czasie na jego indywidualne potrzeby, wspieranie go w rozwoju, traktowanie jako osoby ważnej, odrębnej, od poczatku godnej szacunku, uwagi, miłości - kogoś kto już jest, a nie kogoś kogo jako rodzice mamy dopiero ukształtować. Jakoś tak się składa, że dzieci wychowane w ten sposób są osobami pewnymi swojej wartości, niezależnymi, umiejącymi otwarcie wyrażać swoje (a nie jak sugerujesz rodziców) poglądy, ale także odnoszącymi się z szacunkiem do innych osób (tego zostały nauczone i tego doświadczyły w domach rodzinnych).

                    Nie, nie jest tak,
                    > że każde dziecko wychowywane konkretną metodą wyrośnie na dokładnie takiego sam
                    > ego człowieka.

                    Rodzicielstwo bliskości to nie metoda. To indywidualne podejscie do konkretnego małego człowieka i jego potrzeb. I jak pokazuje doświadczenie wielu rodzin - takie podejscie pozwala ukształtować wartościowych ludzi, pewnych zarowno tego, że sami zasługują na szacunek jak i szanujących innych, takich, którzy w pełni są w stanie wykorzystać swoje indywidualne predyspozycje i możliwości, bo znają je, podobnie jak i swoje ograniczenia.

                    Co do Zimbardo - jego projekt to nie jest szkoła nonkomformizmu, jak to określiłaś. Raczej niewiele zrozumiałaś z jego założeń.

                    Trudno się z tobą dyskutuje, gdyż z góry dokonujesz nieprawdziwych uproszczeń i klasyfikacji - rodzicielstwo bliskości opisujesz jako "metodę" (mimo, że wiele osób tłumaczy ci, że tu nie ma z góry przyjętej metody), zakładasz bezpodstawnie, że rodzic decydujący się na taki model rodzicielstwa będzie partnerem, a nie autorytetem, że istnieje jakis model dziecka, do którego rodzice dążą.
                    Podobnie jak zakładasz, że szkoła bohaterów to szkła nonkomformizmu, tylko dlatego, że jednym z jej celów jest umiejętność przeciwstawienia się grupie/sytuacji (pomijasz, że wtedy gdy grupa ta lub sytuacja prowadzą do złamania POWSZECHNIE przyjętych norm i wartości takich jak krzywdzenie kogoś, bierność wobec zła, któremu można zapobiec). To nie jest nonkomformizm.
    • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 28.08.13, 16:26
      Z dyskusji wynika, że rodzicielstwo bliskości jest dla wielu osób idea nieznaną, myloną z wychowaniem bezstresowym lub totalnej fiksacji dorosłych na dziecku. Lub też jakiejś metodzie na wychowanie skupionego na sobie egoisty.

      To nie tak. To w ogóle nie jest systematyczna metoda wychowawcza i zbiór gotowych recept. Podstawowa ideą jest założenie, że dziecko ma potrzeby i że je wyraża. Zadaniem rodzica jest nauczyć się te potrzeby zauważać i zaspokajać je, bo dziecko samo tego nie potrafi. Drugim fundamentem idei jest szacunek dla dziecka. Każde dziecko ma swoja indywidualność, która trzeba uszanować. Celem wychowanie nie może być trening grzeczności, który ma na celu spokój w domu i brak problemów wychowawczych. celem jest jak najpełniejszy rozwój dziecka przy wsparciu i asyście rodziców.
      • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 28.08.13, 16:32
        Nie, wynika, ze rodzicielstwo bliskości nie istnieje. Nie ma żadnego wychowania, w którym przyjmuje się, ze dziecko nie ma potrzeb. Tylko potrzeby różnie się definiuje. A już założenie, ze dziecko nie wie, jakie ma potrzeby, wiec rodzic je zauważa - to jest podstawowe założenie autorytarnego wychowania, naprawdę.
        To, ze dziecko jest indywidualnością i że trzeba je szanować jest założeniem słusznym, tylko tak ogólny, ze nie bardzo ma sens z hukiem je propagować jako nowość.
        Brak problemów wychowawczych jednak powinien byc celem wychowania - problemy wychowawcze nie sprzyjają rozwojowi dziecka.
        --
        • twojabogini Teraz widać różnice!!! 04.09.13, 12:56
          verdana napisała:

          > A już założenie, ze dziecko nie wie, jakie ma potrzeby, wiec rodzic
          > je zauważa - to jest podstawowe założenie autorytarnego wychowania, naprawdę.

          Zgadza się. A podstawą rodzicielstwa bliskości jest przeświadczenie, że dziecko wie jakie ma potrzeby i je wyraża.To czego nie potrafi samo - to tych potrzeb zaspokoić i potrzebuje do tego rodziców. Rodzic autorytarny zakłada, że dziecko nie wie jakie ma potrzeby, lub chce rzeczy dla siebie niedobrych - więc decyduje o potrzebach za dziecko. jeden i drugi rodzic oczywiście zaspokaja zidentyfikowane potrzeby dziecka.

          > Brak problemów wychowawczych jednak powinien byc celem wychowania - problemy wy
          > chowawcze nie sprzyjają rozwojowi dziecka.

          Znów - celem wychowania autorytarnego jest zapobieganie problemom wychowawczym. Rodzic autorytarny stawia się na niemal boskiej pozycji i przypisuje sobie wszechwładzę - jak to będzie w stanie zapobiec problemom wychowawczym (dajmy na to osławionym eksperymentom nastolatków z używkami). Rodzicielstwo bliskości nie zakłada wystąpienia w przyszłości problemów i konieczności prowadzenia prewencji, a te które się pojawią - rozwiązuje się na bieżąco.

          Dam przykład - wielu rodziców autorytarnych prowadzi w swoich domach prewencję picia alkoholu przez nastolatki, często z góry zapowiadając, że w razie czego nie będzie przelewek. Podeszłam do problemu inaczej - znam moje dziecko, jego skłonność do eksperymentów, znam jego środowisko. Wiem, że nastolatki mają swobodny dostęp do alkoholu i jest to plaga naszego kraju, zarówno dużych miast, jak i małych miejscowości. Jest więcej niż pewne, że moje dziecko spróbuje alkoholu w gronie rówieśników, zanim skończy lat 18.
          Stworzyłam klimat, w którym moje dziecko zamiast się mnie bać, będzie mogło przyjść i mi o tym doświadczeniu opowiedzieć, a także zadzwonić po mnie, gdy na przykład z powodu alkoholu on lub kolega wpakują się w kłopoty (np. nie będą w stanie dojść do domu, zatrują się, znajdą w niebezpiecznej sytuacji).
      • gazeta_mi_placi Re: Rodzicielstwo bliskości 30.08.13, 16:15
        A czy to wychowanie bierze pod uwagę potrzeby także innych ludzi oraz fakt, że w życiu społecznym niekiedy potrzeby dziecka muszą ustąpić przed potrzebami innych osób, nawet jeśli są to osoby dorosłe i że generalnie życie (także niektóre imprezy czy spotkania) nie zawsze kręci się wokół dziecka? Czy uczy się dziecko, że czasem warto lub należy ( w pewnych sytuacjach oczywiście) poświęcić swoją wygodę czy swoje aktualne potrzeby (np. bycia w centrum uwagi) dla innej osoby?
        --
        http://www.suwaczki.com/tickers/7o8b3x6acm8oyc9h.png
          • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 30.08.13, 18:59
            Ja? Jesli ja to o dwóch rzeczach
            -niedookreśloności pojęcia. Jeśli "rodzicielstwo bliskości" oznacza tylko tye, ze dziecko trzeba szanować i zaspokajać jego potrzeby (i to potrzeby określone przez rodziców, z których dziecko nei zdaja sobie nawet sprawy) - to właściwie nie ma nic takiego jak "rodzicielstwo bliskości". Praktycznie każde niepatologiczne wychowanie sie w tym mieści.
            - Jesli jednak o tym, że w ramach rodzicielstwa bliskości rodzice powinni spać z dzieckiem, matka powinna karmić piersią, że kazda potrzeba bliskości u dziecka powinna byc realizowana w nieograniczonym zakresie - i ze rodziców trzeba przekonać,z ę jest to jedyna droga do wychowania zupełnie nowego gatunku ludzkiego, wolnego od kompleksów i szczęśliwego - to jest to a. wtłaczanie rodziców w kolejny kanał jedynych słusznych rozwiązań (jesli nie chcesz czegoś z tego robić, to albo nie jesteś dobrą matką, albo miałaś trudności, albo ktoś ci nie wytłumaczył, że to może dać ci szczęście), b. nowe pokolenie, jakkolwiek wychowywane, będzie takie samo jak poprzednie.
            --
            • jola_ep Re: Rodzicielstwo bliskości 31.08.13, 11:31
              Akurat nie TY smile)

              Ale:
              1. zgadzam się
              2. nie zgadzam się, ale już o tym rozmawiałyśmy wink
              3. Jeśli odkryjemy nagle jakąś ważną ideę, to zwykle trąbimy o tym na lewo i prawo z entuzjazmem z ogromną gorliwością i potrzebą przekonywania. Ja tam tych odkrywców rozumiem smile
              • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 31.08.13, 12:18
                A ja własnie na takich odkrywców mam alergięsmile No i nie mogę się zgodzić na to, aby każda matka musiała byc taka sama, a jeśli jest inna - to znaczy, że trzeba ją reedukować. Pomijając absurd takiego rozumowania, to nie służy propagowaniu idei, przeciwnie.
                --
                • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 04.09.13, 13:31
                  verdana napisała:

                  > A ja własnie na takich odkrywców mam alergięsmile No i nie mogę się zgodzić na to,
                  > aby każda matka musiała byc taka sama, a jeśli jest inna - to znaczy, że trzeb
                  > a ją reedukować. Pomijając absurd takiego rozumowania, to nie służy propagowani
                  > u idei, przeciwnie.

                  Ależ autorytarni rodzice są identyczni. Grają określone role i czasem trudno odróżnić tatę od Wojtusia, od mamy Różyczki. Zwłaszcza gdy ich poglądy spiszemy. Przyjecie autorytarnej koncepcji wychowania unifikuje. Zasada 1: Rodzic wie co dla dziecka dobre. Zasada 2: Rodzi działa z pozycji autorytetu. Zasada 3: Celem rodzica jest wdrożenie dziecka do posłuchu, dyscypliny, oraz zapobieżenie kłopotom wychowawczym. Zasad 4: dobrze wychowane dziecko, to dziecko, które utrzymuje wokół siebie porządek, uczy się systematycznie i nie sprawia kłopotów, a także nie pyskuje i okazuje szacunek rodzicom i osobom starszym.

                  Z uwagi na to, że potrzeby dzieci są różne - rodzice podążający za tymi potrzebami także są rożni. Jedni śpią ze swoimi dziećmi do 6 roku życia, inni nie (wszystkie dzieci autorytarnych rodziców śpią same w swoich łóżkach najpóźniej w trzecim roku życia). Przykładów mogłabym mnożyć.

                  • verdana Re: Rodzicielstwo bliskości 06.09.13, 12:25
                    Mozna przyjąć zasadę - kto śpi z dzieckiem po 3 roku życia nie jest autorytarny. Tylko a. nie na tym polega autorytaryzm, b. nie ma to żadnego znaczenia, c. znam niezwykle autorytarną matkę śpiącą jeszcze z 7-latkiem
                    A rodzic, niezależnie od tego, jaki jest, powinien być dla dziecka autorytetem i od czasu do czasu występować z takiej pozycji. Bowiem posiadanie autorytetu jest dla dziecka, szczególnie małego, bardzo istotną potrzebą.
                    --
            • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 04.09.13, 13:24
              verdana napisała:

              > -niedookreśloności pojęcia. Jeśli "rodzicielstwo bliskości" oznacza tylko tye,
              > ze dziecko trzeba szanować i zaspokajać jego potrzeby (i to potrzeby określone
              > przez rodziców, z których dziecko nei zdaja sobie nawet sprawy)

              Nie oznacza. Jak już pisałam - trudno dyskutować z kimś, kto nie zgadza się z poglądem, ktorego nie zna. Potrzeby określa i wyraża dziecko - rodzic uczy się je odczytywać i zaspokajać. To podstawa idei rodzicielstwa bliskości.

              > - Jesli jednak o tym, że w ramach rodzicielstwa bliskości rodzice powinni spać
              > z dzieckiem, matka powinna karmić piersią, że kazda potrzeba bliskości u dzieck
              > a powinna byc realizowana w nieograniczonym zakresie

              Od dawien dawna wiadomo, że małe dzieci mają ogromną potrzebę kontaktu fizycznego z opiekunem. Od dawna wiadomo też, że małe dzieci potrzebują stabilnego środowiska i jednego lub dwóch "wiodących" opiekunów. Wiadomo też, że nie zaspokojenie tych potrzeb zaburza rozwój dzieci.
              Zapotrzebowanie na bliskość fizyczną jest u dzieci różne. Jedne potrzebują stałego kontaktu non stop, inne dobrze się czują, śpiąc w swoich łóżeczkach i usypiając trzymane za rękę, lub nawet same. Kierujemy się tu potrzebami dziecka.
              W wielu rodzinach widzę inny problem - dziecko śpi z rodzicami, lub z jednym rodziców, nie dlatego ze tego potrzebuje, tylko jako pretekst pozwalający unikać niechcianych kontaktów seksualnych.

              - i ze rodziców trzeba prz
              > ekonać,z ę jest to jedyna droga do wychowania zupełnie nowego gatunku ludzkiego
              > , wolnego od kompleksów i szczęśliwego

              Nie ma wychowania wolnego od błędów. Jednak na pewno zaspokajanie potrzeb dzieci jest dobrą drogą do wychowania stabilnych emocjonalnie i szczęśliwych ludzi. Każde wychowanie, które polega na niezaspokojeniu niektórych potrzeb (np. bliskości) prowadzi do wypaczeń, zaburzeń osobowości itp. Były już próby ćwiczenia charakteru niemowlętom i nie brania ich na ręce, bo się przyzwyczają. skutki dla rozwoju osobowości tak traktowanych dzieci zostały dobrze zbadane i opisane.
              Współcześnie wielu rodziców ignoruje potrzeby dzieci - w tym najważniejszą potrzebę obecności rodzica - na co dzień. I to jest kanał. "Jak to ktoś kiedyś napisał - widząc grupę rozhukanych nastolatków, klnących i z papierosami albo i piwami w dłoniach wielu ludzi zastanawia się - "Gdzie są ich rodzice?". Te dzieci też się nad tym zastanawiają."

              - to jest to a. wtłaczanie rodziców w ko
              > lejny kanał jedynych słusznych rozwiązań (jesli nie chcesz czegoś z tego robić,
              > to albo nie jesteś dobrą matką, albo miałaś trudności, albo ktoś ci nie wytłum
              > aczył, że to może dać ci szczęście), b. nowe pokolenie, jakkolwiek wychowywane,
              > będzie takie samo jak poprzednie.

              Tak dzieci w większości będą mieć po dwie ręce nogi i dojrzeją płciowo. Nie da się jednak ukryć, ze istnieje korelacja pomiędzy dominującym stylem wychowania w danym okresie, a np. liczbą i typem występowania określonych zaburzeń i patologii w społeczeństwie. W niektórych przypadkach nie jest to korelacja a udokumentowana i zbadana zależność. To jak wychowujemy i wspieramy rozwój naszych dzieci ma znaczenie.
        • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 04.09.13, 13:08
          gazeta_mi_placi napisała:

          > A czy to wychowanie bierze pod uwagę potrzeby także innych ludzi

          Dziecko nauczone szacunku wobec swoich potrzeb potrafi uszanować potrzeby innych. Wiem to ja i inni rodzice, którzy opiekują się dziećmi z szacunkiem. Wiem, że na razie nie mieści się to ludziom w głowie, badania formalne są w fazie wstępnej.

          >oraz fakt, że
          > w życiu społecznym niekiedy potrzeby dziecka muszą ustąpić przed potrzeb
          > ami innych osób, nawet jeśli są to osoby dorosłe

          Proszę o przykład? Kiedy to potrzeba dziecka musi "ustąpić"?

          i że generalnie życie (także n
          > iektóre imprezy czy spotkania) nie zawsze kręci się wokół dziecka?

          Ależ potrzebą zdrowego emocjonalnie dziecka, nie jest znajdowanie się w centrum imprezy rodzinnej! To, że takie zachowanie uważamy za typowe dla dzieci jest efektem wychowanie ignorującego potrzeby dzieci - i albo przyzwyczajania ich do stałego bycia w centrum uwagi, albo nie poświęcania im tej uwagi. Moje dzieci i dzieci osób, które zdecydowały się na rodzicielstwo bliskości tak się nie zachowują.

          Czy uczy się
          > dziecko, że czasem warto lub należy ( w pewnych sytuacjach oczywiście) poświęc
          > ić swoją wygodę czy swoje aktualne potrzeby (np. bycia w centrum uwagi) dla inn
          > ej osoby?

          Niczego takiego nie "uczę", ale żadne z moich dzieci nie problemu z tym, gdy mówię im, "Słuchaj - teraz nie mogę poczekaj chwilę". Może dlatego, że ja też jestem gotowa poczekać i nie wymagam od dzieci, aby wszystko robiły "już", gdy ja tego zażądam. Rodzice autorytarni wymagają natychmiastowego posłuchu, i dziwią się, gdy ich dzieci od nich też zaczynają wymagać tego samego - daj mi to JUŻ, zwróć na mnie uwagę JUŻ. Zbyt łatwo zapomina się, że dzieci uczą się naśladując dorosłych, a nie przyswajając pogadanki.
          • gazeta_mi_placi Re: Rodzicielstwo bliskości 06.09.13, 09:42
            >Kiedy to potrzeba dziecka musi "ustąpić"?

            W wielu różnych sytuacjach społecznych i życiowych, nie zawsze dziecko (może poza domem rodzinnym) będzie w centrum zainteresowania i jego potrzeby również w centrum zainteresowania, chyba że kisicie te dzieciaki wyłącznie w domu i wyłącznie w towarzystwie rodziny.
            A w życiu społecznym trzeba czasem na coś zaczekać (np. w kolejce), czasem kogoś przepuścić (mimo, że dziecko niecierpliwe i ma potrzebę zabawy), czasem zamilknąć w pewnych miejscach (a dziecko np. ma potrzebę gadania) itp. itd.
            Generalnie dostosować się mimo, że potrzeba dziecka na daną chwilę jest inna.
            Niestety dużo ludzi ma różne potrzeby, ale musi je dostosować do otoczenia i czasami stłumić.
            Wyobraźmy sobie dorosłego mężczyznę który ma potrzebę seksu i robi to na oczach wszystkich czy w każdym możliwym miejscu.
            Albo inna osoba która ma potrzebę jedzenia i je np. w kościele podczas podniesienia.

            --
            http://www.suwaczki.com/tickers/7o8b3x6acm8oyc9h.png
              • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 06.09.13, 14:38
                verdana napisała:

                > Kiedy potrzeba dziecka musi ustąpić - na przykład wtedy, kiedy koliduje z potrz
                > ebą innego dziecka.

                Zaraz zaraz - pisaliśmy o potrzebach dzieci, które muszą ustąpić przed potrzebami dorosłych. Nie ma takich sytuacji, bo to dorośli potrafią odkładać realizacje swoich potrzeb w czasie, w przeciwieństwie do dzieci. Jak dotąd nikt z was nie wskazał przykładu, kiedy to potrzeba dziecka musi poczekać i ustąpić potrzebie dorosłego.

                Co do potrzeb dzieci ustępujących przed potrzebami innych dzieci - w gronie rówieśników lub dzieci w równym wieku następują zupełnie inne procesy - socjalizacyjne. Nie ma czegoś takiego, ze z obiektywnych powodów jedna potrzeba ustępuje drugiej - czasem jedno dziecko wyrywa drugiemu zabawkę, czasem dziecko skutecznie jej broni. Czasem okazuje się, że nie pozostaje nic innego jak wyć z frustracji, że jaś nie da traktorka, albo następnym razem skuteczniej bronic swojego. Dorośli, którzy próbują takie konflikty rozwiązywać na zasadach słuszności i z moralnej perspektywy są po prostu stuknięci.

                W rodzinie z kolei czasem trzeba zdecydować, czy najpierw Joasi kupimy sukienkę, czy mackowi światła do roweru. ale to decyzja rodziców i dzieci się niewiele z tego nauczą - niezależnie od decyzji, to które musi zaczekać na rzecz rodzeństwa i się o tym dowie odbierze to jako niesprawiedliwość. A "decyzje" czy najpierw zmienić pieluchę niemowlęciu, czy nakarmić starszaka to przykłady sztuczne. Odpowiedź dyktuje zdrowy rozsądek i są one oczywiste nawet dla małych dzieci.
                Więc nie widzę sytuacji której z obiektywnych przyczyn potrzeba jednego dziecka musi ustąpić przed potrzeba drugiego i jeszcze ma to walor edukacyjny.

                Coś mi się wydaje, że tak naprawdę nikt w tej dyskusji nie będzie umiał wskazać realnej sytuacji, gdy potrzeba dziecka musi poczekać, ustąpić czyjejś innej potrzebie. Jedynym racjonalnym wyjściem jest zaspokajanie potrzeb dzieci, do czasu aż nabędą one umiejętności odczekania jakiś czas lub zaspokojenia swoich potrzeb samodzielnie. Sądzę, że nieuzasadnione przekonanie, ze potrzeby dzieci "muszą ustępować" - to jedynie usprawiedliwianie tego, ze potrzeb dzieci nie zaspokajamy i łudzimy się, że w ten sposób nie tylko ich nie krzywdzimy, ale też, że je w ten sposób uczymy życia w społeczeństwie.
                • gazeta_mi_placi Re: Rodzicielstwo bliskości 06.09.13, 16:49
                  >Nie ma takich sytuacji, bo to dorośli potrafią odkładać realizacje swoich potrzeb w czasie, w przeciwieństwie do dzieci.

                  Zatem odmówiłabyś sąsiadowi który po nocnym dyżurze zapuka do Ciebie z prośbą o cichszą zabawę Twoich dzieci?
                  I wepchnęłabyś się przed staruszkę (dorosła osoba wszak) w kolejce gdy dziecko by zaczęło marudzić?
                  --
                  http://www.suwaczki.com/tickers/7o8b3x6acm8oyc9h.png
                  • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 07.09.13, 12:04
                    gazeta_mi_placi napisała:

                    > >Nie ma takich sytuacji, bo to dorośli potrafią odkładać realizacje swoich
                    > potrzeb w czasie, w przeciwieństwie do dzieci.

                    > Zatem odmówiłabyś sąsiadowi który po nocnym dyżurze zapuka do Ciebie z prośbą o
                    > cichszą zabawę Twoich dzieci?

                    Skąd taki pomysł? dzieci nie maja potrzeby wrzeszczeć i biegać, wiec pewnie zorganizowałabym im po prostu inna zabawę. a gdyby to był dzień lub pora dnia, gdy maja nadmiar energii - po prostu zabrałabym je na spacer. Dzieci nie są w stanie "nie przeszkadzać" sąsiadowi, za to ja jestem w stanie tak zając się moimi dziećmi, żeby mógł on odpocząć.

                    > I wepchnęłabyś się przed staruszkę (dorosła osoba wszak) w kolejce gdy dziecko
                    > by zaczęło marudzić?
                    Skąd taki pomysł? Jeśli dziecko zaczyna marudzić w kolejce - to daje sygnał, że coś jest nie tak - może głodne, może znudzone. Jeśli nie mogę go uspokoić - wychodzę z dzieckiem z kolejki, to chore męczyć dziecko i wszystkich dookoła.

                    > I wepchnęłabyś się przed staruszkę (dorosła osoba wszak) w kolejce gdy dziecko
                    > by zaczęło marudzić?
                • mruwa9 prosisz i masz: 06.09.13, 22:58
                  twojabogini napisała:

                  > Jak dotąd nikt z was ni
                  > e wskazał przykładu, kiedy to potrzeba dziecka musi poczekać i ustąpić potrzebi
                  > e dorosłego.
                  >

                  Bardzo prosze:
                  mama chce KUPE. Ma prawo. Musi, teraz, juz isc do toalety. Nie za pol godziny
                  A w domu: jedno dziecko ma ogromna potrzebe napicia sie kakao i tylko mama ma je zrobic. Drugie dziecko z trzecim wyrywaja sobie zabawke i leja sie po glowach. Kazde z dzieci ma przeogromna potrzebe zabawy dokladnie ta sama zabawka.Nie-razem, wspolnie, ale kazde osobno. A matka musi do klopa.MUSI . Natychmiast.
                  A pierwsze dzecko jescze jeczy,zeby sie z nim pobawic.
                  • mruwa9 i jeszcze dwa: 07.09.13, 00:08
                    moje dziecko ueglo wypadkowi. Bez zagrozenia zycia, ale konieczna byla wizyta na pogotowiu. Pogotowie wspolne dla dzieci i doroslych, o kolejnosci przyjec decyduje personel pogotowia, priorytet maja oczywiscie osoby w stanie zagrozenia zycia. Banalniejsze przypadki, w tym moje dziecko, czekaja do skutku, az personel bedzie mial wolne moce przerobowe. Moze trzeba bedzie czekac godzine, a moze dwanascie, nie da sie przewidziec. Nie ma znaczenia, czy dziecko jest zmeczone,,glodne, czy przyjechalo na pogotowie o 19, w porze swojej kolacji , kapieli i snu musi sie dostosowac do regul doroslych i cierpliwie czekac na swoja kolej. Nawet glodne i zmeczone, bo na pogotowiu inne sprawy maja pierwszenstwo przed prawem dziecka do snu w warunkach domowych.

                    Albo: wsiadasz do autobusu, sadzasz dziecko na wolnym miejscu. Na kolejnym przystanku wsiada pelno ludzi, w tym nad glowa zawisa wam starsza osoba /pani w zaawansowanej ciazy.
                    Ustepujecie miejsca czy odwraccie glowe do szyby, zeby "nie widziec" ciezarnego brzucha nad wasza twarza, bo prawo dziecka do siedzenia podczas podrozy jest wazniejsze od prawa starszego czlowieka do zajecia siedzenia?
                    Ja jestem z pokolenia, w ktorym oczywiste bylo, ze dzieci/mlodziez ustepuja starszym miejsca isiedzace w srodkach komunikacji publicznej. Ty byc moze jestes mloda osoba, wychowana w duchu, ze miejsce staruszkow jest w grobie, a nie w tramwaju, a ustepowanie miejsca to obciach...
                    • twojabogini Re: i jeszcze dwa: 07.09.13, 12:49
                      mruwa9 napisała:

                      > moje dziecko ueglo wypadkowi. Bez zagrozenia zycia, ale konieczna byla wizyta n
                      > a pogotowiu. Pogotowie wspolne dla dzieci i doroslych, o kolejnosci przyjec dec
                      > yduje personel pogotowia, priorytet maja oczywiscie osoby w stanie zagrozenia
                      > zycia. Banalniejsze przypadki, w tym moje dziecko, czekaja do skutku, az person
                      > el bedzie mial wolne moce przerobowe. Moze trzeba bedzie czekac godzine, a moze
                      > dwanascie, nie da sie przewidziec. Nie ma znaczenia, czy dziecko jest zmeczone
                      > ,,glodne, czy przyjechalo na pogotowie o 19, w porze swojej kolacji , kapieli i
                      > snu musi sie dostosowac do regul doroslych i cierpliwie czekac na swoja kolej.
                      > Nawet glodne i zmeczone, bo na pogotowiu inne sprawy maja pierwszenstwo przed
                      > prawem dziecka do snu w warunkach domowych.

                      Zaraz zaraz, obowiązkiem pogotowia nie jest zapewniać dziecku bezpieczeństwo i zaspokojenie potrzeb w trakcie oczekiwania. Jest to obowiązek rodzica. Miałam przyjemność w rożnych okolicznościach oczekiwać w długiej kolejce na pomoc lekarską - i jeśli czas oczekiwania jest długi, to obowiązkiem rodzica jest zapewnić mu odpowiednio do stanu posiłek, napój, ciepło, spokój do snu. Chyba tylko jakiś stuknięty rodzic siedziałby po prostu z dzieciakiem przez dajmy na to osiem godzin, bez zapewnienia dziecku picia czy spokojnego snu - bo trzeba czekać i dziecko musi "się dostosować". To podpadałoby pod tortury.
                      Powtarzam - to zadaniem rodzica (a nie pogotowia, gościa w domu, czy osób z kolejki) jest zaspokajanie potrzeb dzieci.

                      Nie do końca rozumiem twój przykład - czy chodzi ci o to, ze zaspokojenie potrzeb dziecka musi być w takiej sytuacji odłożone (mam nadzieję, że nie). Nie rozumiem co ta sytuacja ma ilustrować i jakie potrzeby dziecka mają ustąpić przed jaką potrzeba dorosłego? (Jeśli chodzi ci o kategorię medyczną - dziecko czeka, a przyjmowani są dorośli - to tu nie ustępują potrzeby młodszych przed starszymi, tylko potrzebujących natychmiastowej pomocy, przed mogącymi poczekać).

                      Co do autobusu: jeśli jadę z moim nastolatkiem nie mam obaw, sam wstanie i ustąpi. Jeśli jadę z małym dzieckiem, któremu trudno będzie ustać w tłumie, z główką na wysokości pup dorosłych, albo utrzymać równowagę podczas jazdy - nie ustępuję, ale jeśli nikt tego nie robi to nie zostawiam tak sytuacji, tylko proszę osobę, która zajmuje miejsce uprzywilejowane o wstanie (lub inną osobę, która wydaje się nie mieć problemów).

                      >Ty byc moze jestes m
                      > loda osoba, wychowana w duchu, ze miejsce staruszkow jest w grobie, a nie w tra
                      > mwaju, a ustepowanie miejsca to obciach...

                      Słuchaj - to trochę nieprzyjemny sposób prowadzenia dyskusji i niczemu nie służy, takie idiotyczne sugestie. Nie rozumiem jaki widzisz związek pomiędzy tym, że uważam, że rodzice powinni zaspokajać potrzeby swoich dzieci, a stosunkiem do ustępowania miejsca w tramwaju. Zaspokajanie potrzeb dzieci nie jest wychowywaniem egoistów, tylko zdrowych psychicznie ludzi. Problemy społeczne tworzą te jednostki dorosłe, których potrzeby nie zostały zaspokojone w dzieciństwie - a nie odwrotnie.

                      Sądzę, że błędnie oceniasz postulat zaspokajania potrzeb dzieci - to nie wszyscy dookoła maja te potrzeby zaspokajać, tylko rodzice. To po pierwsze. Po drugie - dzieci, których rodzice dbają o ich potrzeby nie są uciążliwe dla otoczenia, uciążliwe są te dzieci, których potrzeb rodzice nie zaspokajają, np. dziecko wyjące w kolejce, z powodu nudy i bezruchu, albo dzieciaki szalejące w mieszkaniu w bloku, tak, że żyć się nie da.
                      Po drugie ja moich dzieci nie "uczę" zachowań społecznych, to one się ich uczą ode mnie. Zamiast pogadanek o potrzebie zwracania uwagi na innych po prostu ustępuję miejsca kiedy trzeba, pytam sąsiadkę, czy zrobić jej zakupy, gdy zachoruje, dzwonię do babci, dowiedzieć się jak się czuje, biorę na popołudnie dziecko znajomej, która nie ma co z nim zrobić, a ma sprawy do załatwienia. Rodzic nieobecny przez większość czasu będzie miał tylko gadki - które nie odnoszą żadnych efektów wychowawczych. Żeby wychować dziecko trzeba być przede wszystkim obecnym.
                      Dzięki temu dziecko nie tylko widzi moja postawę, ale widzi też realną korzyść jaką ona przynosi - bo kiedy pomagam innym i troszczę się o nich, to w zamian także w trudnych sytuacjach mam się do kogo zwrócić. I gdy z marszu, wprost z ulicy wyląduję z dzieckiem na pogotowiu w długiej kolejce, a mąż np. wyjechał na parę dni, to mam długą listę osób, do których mogę zwrócić się z prośbą o dowiezienie mi paru rzeczy, "przejęcie" pozostałych moich dzieci, i np. posiedzenie ze mną i pomoc dla mnie, jeśli np. dziecko jest niespokojne i potrzebuje, aby cały czas być noszone.
                      • mruwa9 Re: i jeszcze dwa: 07.09.13, 19:23
                        dwa posty wyzej piszesz, ze jesli dziecko jest zmeczone czekaniem w kolejce, nalezy ja opuscic.
                        Przyklad z pogotowiem: jesli karetka przywiozla dziecko z przedszkola/szkoly, a ja dojechalam do niego tak, jak stalam, z pracy, nie mialam czasu na przygotowanie zabawek i jedzenia. Po drugie jak moge dziecku zapewnic zaspokojenie potrzeby snu , wypoczynku i swietego spokoju, siedzac na twardym krzesle w zatloczonej, glosnej i mocno oswietlonej poczekalni pogotowia? Zwlaszcza, gdy dziecko chce sie polozyc w swoim lozku, ktorego nie ma i nie wiadomo, kiedy bedzie. Bylas samotna matka i pewnie wiesz, ze nie zawsze jest mozliwosc, zeby ktos z zewnatrz dowiozl niezbedne rzeczy, kolejki opuscic sie nie da, bo przeciez na pogotowie nie trafia sie dla rozrywki czy przyjemnosci, a czas oczekiwania jest zupelnie nieprzewidywalny.
                        Podobnych sytuacji jest pelno, gdy rodzinc nawet jest w stanie zrozumiec, o co chodzi dziecku i jakie sa jego potrzeby, ale nie jest w stanie ich zaspokoic, bo to przerasta jego mozliwosci w danym momencie.
                        na przyklad podroz samochodem z niemowlakiem, wyjacym w foteliku. Jedziesz autostrada, nastepny zjazd jest za kilkadziesiat kilometrow, dziecko wyje, bo chce byc wyjete z fotelika, a ty nie masz mozliwosci, zeby to zrobic.
                        Itd, itp...
                  • twojabogini Re: prosisz i masz: 07.09.13, 12:13
                    > Bardzo prosze:
                    > mama chce KUPE. Ma prawo. Musi, teraz, juz isc do toalety. Nie za pol godziny
                    > A w domu: jedno dziecko ma ogromna potrzebe napicia sie kakao i tylko mama ma
                    > je zrobic. Drugie dziecko z trzecim wyrywaja sobie zabawke i leja sie po glowa
                    > ch. Kazde z dzieci ma przeogromna potrzebe zabawy dokladnie ta sama zabawka.Nie
                    > -razem, wspolnie, ale kazde osobno. A matka musi do klopa.MUSI . Natychmiast.
                    > A pierwsze dzecko jescze jeczy,zeby sie z nim pobawic.

                    I? Jakiej potrzeby dziecka mama nie zaspokoi udając się do toalety?Jedyną rzeczą jaka musi zrobić, to zapewnić dzieciom bezpieczeństwo, zanim do tej toalety się uda. Dziecko domagające się kakao spokojnie poczeka, przeciętne bijące się rodzeństwo można zostawić żeby rozstrzygnęło spór samodzielnie (jeśli wiadomo, że jedno z dzieci albo oboje mogą stanowić zagrożenie - bywają rożne dzieci, po prostu wystarczy jedno zabrać ze sobą do łazienki).

                    Wydaje mi się, że taka mama która ma problem z udaniem się do toalety, ma kłopot z ustalaniem i obrona własnych granic i być może pełni właśnie funkcję służącej. Rodzicielstwo bliskości nie polega na byciu służącym swoich dzieci i zaspokajaniu ich zachcianek. Polega na zaspokajaniu potrzeb dzieci.
            • twojabogini Re: Rodzicielstwo bliskości 06.09.13, 14:13
              gazeta_mi_placi napisała:

              > W wielu różnych sytuacjach społecznych i życiowych, nie zawsze dziecko (może po
              > za domem rodzinnym) będzie w centrum zainteresowania i jego potrzeby również w
              > centrum zainteresowania, chyba że kisicie te dzieciaki wyłącznie w domu i wyłąc
              > znie w towarzystwie rodziny.

              Ależ dzieci nie potrzebują być stale w centrum zainteresowania, nawet w gronie rodzinnym. Błędnie interpretujesz uważność wobec potrzeb dziecka jako stawianie dziecka w centrum uwagi. Nadopiekuńczość to jedna z najpaskudniejszych i najbardziej zawoalowanych form przemocy - ale wynika z problemów rodziców, a nie z potrzeb dzieci. Inna sprawa, że zdarzają się dzieci, które non stop domagają się uwagi otoczenia - ale to są dzieci, których potrzeby nie są zaspokajane, bardzo często obciążone poważnymi problemami.

              > Generalnie dostosować się mimo, że potrzeba dziecka na daną chwilę jest inna.

              Podstawową potrzeba dziecka jest dostosowanie. Dzieci naśladują dorosłych, jeśli wejdziesz z dwulatkiem w miejsce gdzie jest cicho - będzie cicho. Chyba, że jest dzieckiem, które ma poważne problemy, jest ignorowane lub rozpieszczane (to tez forma przemocy i złego sposobu opiekowania się dzieckiem).

              > Niestety dużo ludzi ma różne potrzeby, ale musi je dostosować do otoczenia i cz
              > asami stłumić.

              Zanim dorosły nauczył się tłumić naturalne potrzeby i odsuwać ich zaspokojenie w czasie takie jak oddanie moczu, defekacja, głód, pragnienie, senność, potrzeba wyrażenia uczuć, bliskość innej osoby - był dzieckiem, które tego nie potrafiło. Niektórych dorosłych jeszcze jako dzieci inni dorośli postanowili tego nauczyć - z fatalnymi skutkami - zaburzenia żywienia, zaburzenia seksualne, i inne skutki "zbyt wczesnego wysadzania na nocnik", które dobrze i szczegółowo opisali badacze i psychoanalitycy.
              Rzecz w tym, ze nauka panowania nad potrzebami i impulsami jest wpisana w rozwój i każde dziecko w swoim tempie opanuje te umiejętności. W naszej kulturze do 12 roku życia dziecko nie jest w stanie swoich potrzeb zaspokajać ani często także wyrażać - i dlatego potrzebuje opieki i uwagi rodziców. A nie stałego bycia w centrum uwagi. Zdolność do odsuwania realizacji potrzeb w czasie przychodzi samo - z czasem.

              A przeciętny dorosły mężczyzna nie zaspokaja się seksualnie publicznie, choć raczej wątpię, aby w tym zakresie odebrał jakiekolwiek szkolenie lub lekcje albo pogadanki od rodziców. Po prostu nabył umiejętność hamowania popędu i przyswoił sobie przez obserwację obowiązujące reguły społeczne. Co więcej - zauważ, że publicznie zaspokajają się często ci mężczyźni, których rodzice postanowili podjąć swoisty trening seksualności dziecka - poczytaj o badaniach nad historiami rodzinnymi ekshibicjonistów-onanistów.

              Tak więc twój koronny przykład dobitnie ilustruje, dlaczego autorytaryzm w wychowaniu i przedwczesne nauczanie dziecka hamowania naturalnych impulsów i potrzeb przynosi szkody, a nie pożytek. I dlaczego nie warto "wychowywać" w ten sposób.
            • twojabogini jeszcze jedno 06.09.13, 14:22
              gazeta_mi_placi napisała:

              > A w życiu społecznym trzeba czasem na coś zaczekać (np. w kolejce), czasem kogo
              > ś przepuścić (mimo, że dziecko niecierpliwe i ma potrzebę zabawy), czasem zamil
              > knąć w pewnych miejscach (a dziecko np. ma potrzebę gadania) itp. itd.

              Zauważ ciekawą prawidłowość - uciążliwe w takich sytuacjach dla otoczenia będą te dzieci, których rodzice nie zaspokoją zgłaszanych przez nie potrzeb. Powiedzmy - trzeba spokojnie zaczekać w kolejce, a dziecko ma wyjątkową potrzebę ruchu albo jest głodne - okres oczekiwania będzie koszmarem dla wszystkich kolejkowiczów, a mama lub tata z dzieckiem odegrają bardziej lub mniej sympatyczne przedstawienie. Z tych względów i z uwagi na potrzeby małych ludzi w wielu społeczeństwach ustanowiono regułę pierwszeństwa rodziców z dziećmi - zarówno w interesie dzieci jak i członków społeczności.
              mama lub tata zwracający uwagę na potrzeby dziecka: a) nie pójdą z nim w kolejkę, b) pójdą w porze dnia kiedy kolejka jest mała lub dziecko wykazuje mniejszą aktywność c) przygotują coś co skutecznie zajmie dziecko w czasie oczekiwania i wcześniej je nakarmią.
              Tak więc taki "kolejkowy bachor" to nie bachor, tylko biedne dziecko, które ma tępą i leniwą opiekę, rodziców, którzy nie tylko nie liczą się z jego potrzebami, ale także potrzebami osób w kolejce, czy gdzie indziej. Mają w d. zarówno swoje dzieci jak i społeczeństwo.
                • twojabogini Re: jeszcze jedno 06.09.13, 14:48
                  Oczywiście że się sprawdza. W kolejce nie czekają dzieci obłożnie chore - bo tym przysługuje wizyta domowa. Są godziny gdy kolejki są długie i takie, gdy nie są. Powiedzmy, ze w sezonie zachorowań są bardzo długie przez całą dobę - wtedy nic nie stoi na przeszkodzie, aby w kolejce odstał ktoś inny, a rodzic z dzieckiem przybył gdy zbliża się kolej.
                  Nakarmienie dziecka i zaspokojenie jego potrzeb fizycznych, dobór pory dnia do pory wizyty u lekarza - jak również przygotowanie rzeczy które zajmą dziecko w czasie oczekiwania pozwoli spokojnie poczekać razem z dzieckiem. W stanie nagłym - dziecko będzie przyjęte od ręki, więc przygotowania nie są konieczne, ale i wtedy dziecko będzie tym spokojniejsze im lepiej jego rodzic zaspokoi jego bieżące potrzeby - od ukojenia nerwów po napojenie, lub otulenie, lub ulżenie w bólu czy gorączce.
                  Szczerze mówiąc w kolejkach do różnych przychodni nastałam się sporo z dzieciakami i raczej jestem pełna szacunku do oczekujących z dziećmi rodziców za dobrą organizację i prawidłowe zajmowanie się dziećmi i ich potrzebami. Tzw. bachorki widziałam w przychodniach zaledwie parę razy.
                  No chyba, że za niewychowane bachorki uzna ktoś: drepczącego wszędzie wokół roczniaka, zagadującą wszystkich czterolatkę, albo puszczającego z radosną miną bąki 2,5 latka.
                  • verdana Re: jeszcze jedno 06.09.13, 17:06
                    Byłaś Ty kiedy z chorym dzieckiem u lekarza? I ile miałaś osób do opieki nad dziećmi, skoro mogłaś wysłać do kolejki "kogo innego"? Cóż - równie dobrze można napisać, zę zawsze należy do domu wzywać lekarza, nie bacząc na to, jaka jest rzeczywistość.
                    Najwyrażniej nigdy nie czekałaś w poradni z marudzącym dzieckiem, które nie było ani chore obłożnie, a i stan nie był nagły - ot, po prostu okropnie bolało go ucho, albo miało zapalenie oskrzeli, albo własnie dobrze sie czuło i przepuszczało tych ciężej chorych przed dwie długie godziny.
                    Mam wrażenie, że zaczynasz dostosowywać rzeczywistość do teorii.
                    I nikt nie pisał o niewychowanych bachorach, tylko o płaczących dzieciach, które musza czekać na swoją kolej i inne dzieci nie dostosują się do jego potrzeb.
                    A poza tym coraz bardziej mam rażenie,z ę nie przedstawiasz żadnej teorii, tylko opisujesz siebie, jako jedyną wzorową matkę na świecie, która wszyscy powinni naśladować, bo zawsze najlepiej wie, co potrzeba i jej dzieciom i dzieciom, których absolutnie nie zna. A do idealnych matek podchodzę podejrzliwie. Albo są bezkrytyczne, albo konfabulują.
                    --
                    • jotde3 Re: jeszcze jedno 06.09.13, 19:31
                      bo zawsze najlepiej wie, co potrzeba i jej dzieciom i dzieciom, kt
                      > órych absolutnie nie zna.

                      a to przecież rola obsadzona przez ciebie smile
                      verdana , właż pod stół i odszczekuj smile heheheh
                      • verdana Re: jeszcze jedno 06.09.13, 21:04
                        Na razie wiem tyle, że siedzisz z synem i pilnujesz odrabiania lekcji, oraz uczysz się z nim w domu. Najwyraźniej Twoje dziecko bez pomocy nie jest w stanie ogarnąć programu la dzieci w jego wiekusmile
                        • jotde3 Re: jeszcze jedno 07.09.13, 09:43
                          verdana napisała:

                          > Na razie wiem tyle, że siedzisz z synem i pilnujesz odrabiania lekcji,


                          a lekcje z synem to robi żona i jest to nie tyle nauka co prowadzenie życia rodzinnego .

                          oraz ucz
                          > ysz się z nim w domu. Najwyraźniej Twoje dziecko bez pomocy nie jest w stanie o
                          > garnąć programu la dzieci w jego wiekusmile

                          verdena , snułaś prognozy z ważną miną i g.... ci sie sprawdziło bo mój syn wygrał w ogólnopolskim konkursie matematycznym dla 2 klas obóz matematyczny zajmując czołową lokate w kraju . wygrywa również pomniejsze konkursy szkolne (sudoku ) i 2 rok dostaje nagrody na koniec roku ,oprócz tego ma srebro w zapasach na miejskiej olimpiadzie . wszystko to teraz, kiedy w/g ciebie miała być katastrofa ( taka jaka była u ciebie , ale róznica jest taka że jesteś niezbyt rozgarnieta )
                          najpierw trzeba było doprowadzić do tego swoje dzieciątka po fakultetach z drapania sie po plecach a potem cwaniakować . zauważ że dziś studia kończy każdy kto chce ( chyba że to medycyna czy informatyka które to kierunki jak rozumiem nie są udziałem twoich dzieci ) a w konkursie matematycznym mogą wygrywać tylko najlepsi i najlepiej przygotowani przez rodziców .
                          nie pyskuj wiec niezguło tylko właż pod stół i odszczekuj swoje brednie .
                          bo twoje gadki "Najwyraźniej Twoje dziecko bez pomocy nie jest w stanie ogarnąć programu la dzieci w jego wiekusmile" pasują tak do nas jak byś gadała do ojcA radwańskiej " Najwyraźniej Twoje dziecko bez pomocy niebyło w stanie nauczyć sie grać w tenis smile buheheheheheh
                          WŁAŻ POD STÓŁ I SZCZEKAJ smile buheheheheheh
                          nie trzeba było grubego d...... wystawiać smile hehehhehehe


                    • twojabogini Re: jeszcze jedno 07.09.13, 13:23
                      verdana napisała:

                      > Byłaś Ty kiedy z chorym dzieckiem u lekarza?
                      Wiele razy.

                      >I ile miałaś osób do opieki nad dziećmi, skoro mogłaś wysłać do kolejki "kogo innego"?

                      Przez wiele lat "do opieki" miałam tylko siebie, bo byłam samotną mamą, teraz mam siebie i męża. Ale mam też przyjaciół sąsiadów, znajomych - i nie mam raczej problemu z tym, żeby ktoś "poszedł do kolejki", żebym nie musiała siedzieć z chorym i źle się czującym dzieckiem w kolejce.

                      >Cóż - równie dobrze można napisać, zę zawsze należy do domu wzywać lekarza, nie bacząc na to, jaka jest rzeczywistość.

                      Niby można, tylko po co.

                      > Najwyraźniej nigdy nie czekałaś w poradni z marudzącym dzieckiem, które nie był
                      > o ani chore obłożnie, a i stan nie był nagły - ot, po prostu okropnie bolało go
                      > ucho, albo miało zapalenie oskrzeli, albo własnie dobrze sie czuło i przepuszc
                      > zało tych ciężej chorych przed dwie długie godziny.

                      Czekałam. Tylko nie wiem jaka jego potrzeba miałaby w tej sytuacji USTĄPIĆ PRZED POTRZEBĄ DOROSŁEGO - bo o tym dyskutujemy przypominam - w jakich to sytuacjach potrzeba dziecka powinna ustąpić przed potrzebą dorosłego?

                      > Mam wrażenie, że zaczynasz dostosowywać rzeczywistość do teorii.
                      > I nikt nie pisał o niewychowanych bachorach, tylko o płaczących dzieciach, któr
                      > e musza czekać na swoją kolej i inne dzieci nie dostosują się do jego potrzeb.

                      A jak niby dzieci miałyby się dostosować do czyichkolwiek potrzeb skoro tego nie potrafią? I jak to się ma to do tego, że jako rodzic mam obowiązek zaspokoić potrzeby swojego dziecka, zwłaszcza te, które nie mogą poczekać, także oczekując w kolejce do lekarza? I co złego zrobię zaspokajając te potrzeby?

                      > A poza tym coraz bardziej mam rażenie,z ę nie przedstawiasz żadnej teorii,

                      O ile dobrze pamiętam, dyskusja toczy się o rodzicielstwie bliskości - czy ma sens, na czym polega, co się mu zarzuca. część zarzutów uważam za nietrafione i staram się pokazać dlaczego. Tymczasem ty starasz się przenieść ciężar dyskusji na moją osobę.

                      >tylko opisujesz siebie, jako jedyną wzorową matkę na świecie, która wszyscy powinni
                      > naśladować, bo zawsze najlepiej wie, co potrzeba i jej dzieciom i dzieciom, kt
                      > órych absolutnie nie zna.

                      Nie jestem idealną matką, ale na pewno coraz lepszą matką, w miarę doświadczenia w opiece nad dziećmi. Popełniłam wiele błędów, wiele razy zachowałam się niewłaściwie wobec moich dzieci, często gdy pojawiają się nowe sytuacje z którymi dotąd się nie zetknęłam, nie wiem co robić i jakie postępowanie będzie właściwe, nie skrzywdzi dziecka i będzie odpowiednie do jego potrzeb. Nie zawsze rozumiem zachowania moich dzieci.

                      Jednak w miarę doświadczenia wiem, że rodzicielstwo polega przede wszystkim na obecności w życiu dziecka. Nie da się wychować dziecka, nie będąc obecnym w jego życiu. Oraz, że podstawowym zadaniem rodzica jest zaspokajanie jego potrzeb. Dzieci mają prawo dorastać bez pospiechu, w atmosferze spokoju i bezpieczeństwa oraz pewności, że rodzice kochają je szanują i troszczą się o nie, także w uciążliwej kolejce do lekarza.
                      Co do naśladownictwa - sądzę, że im więcej rodziców zrozumie ideę rodzicielstwa bliskości, tym więcej będzie szczęśliwych rodzin i dzieci. Nie uważam jednak, żeby mój sposób bycia z dziećmi (z tradycyjnie pojmowanego wychowania zrezygnowałam lata temu i było to najlepsze co mogłam zrobić) był jedyny i właściwy - są różni rodzice i różne dzieci.

                      Przerażają mnie rodzice "autorytarni", którzy np. domagają się od dziecka dostosowania do otoczenia, zwłaszcza, że przecież gołym okiem widać, że to nie działa. Dzieci odsyłane do swoich pokoi podczas przyjęć i spotkań rodzinnych uparcie wracają (moje tego nie robią nie dlatego, że są mądrzejsze, lepiej wychowane - tylko dlatego, że mają zorganizowany czas i zajęcia i wiedzą, że jakiś czas także spędzą w gronie dorosłych), wyjące w sklepowych kolejkach (po co chodzić do kolejki z dzieckiem, które się do tego nie nadaje?), czy dające popalić sąsiadom strasznym zachowaniem (przecież to rodzic odpowiada za zachowanie dzieci, w tym także za to, żeby miały czas i przestrzeń do swobodnej zabawy, w miejscu gdzie to nie będzie nikomu przeszkadzać, jeśli tego nie zrobi - będą szaleć tam gdzie są).

                      To rodzice którzy nie zaspokajają potrzeb dzieci, lub sądzą że zaspokajają potrzeby dzieci (np. zidentyfikowane jako potrzebę wdrożenia do dyscypliny, lub "nauczenia" siedzenia na nocniku ) tworzą problem dla otoczenia - i co jeszcze gorsze - dla swoich dzieci, które nie są się w stanie obronić.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka