Dodaj do ulubionych

Zagubiony 4,5 latek

IP: *.* 08.10.02, 11:26
Kochane Mamy!Mam problem. Moj synek ma 4,5 roczku. Jest mądrym, kochanym i bardzo wrazliwym dzieckiem. Można się z nim dogadać, w domu jest bardzo kontaktowy. No coż, i jest grzeczny. I chyba właśnie tu zaczyna się problem?Od września chodzi do przedszkola. Przedszkole jest malutkie, miłe, kolorowe, panie opiekuńcze. Bartuś zostaje w przedszkolu niezbyt chętnie, ale nie płacze!„Schody” zaczynają się później. Pani mówi, że praktycznie cały czas nie rozstaje się ze swoim „tobołkiem” (kilka małych zabawek z domu) i jest zdenerwowany. Nie chce uczestniczyć w zajęciach. Na prośby, żeby robił to, co dzieci, odpowiada, że on nie musi. Czasem płacze sobie po cichutku, podobno bez powodu. No i nie bawi się z dziećmi. Stoi gdzieś z boku i przygląda się. W czasie zajęć integracyjnych, kiedy dzieci biegają i szaleją Bartuś znowu tylko patrzy. Później w domu opowiada, jak dzieci się fajnie bawiły. Na moje pytanie, czy on też się bawił, odpowiada, ze jemu się nie chciało!!??? Myślę, że jest nieśmiały, trochę zamknięty w sobie, no i wrazliwy. Chciałabym mu pomóc odnaleźć się wśród dzieci, żeby się bawił, uczestniczył w zajęciach, żeby nie czuł się zagubiony w grupie, żeby miał choć trochę przyjemności z tego przedszkola, a nie tylko stres......Dodam, że wciąż jest zapewniany o naszej miłości, wie na pewno, ze zostanie z przedszkola odebrany po obiadku... hm, nie wiem gdzie jest problem???Szkoda mi tego mojego dziecka...... co mogę zrobić? Serducho mi pęka, jak pomyślę, że Bartuś czuje się tam samotny i zagubiony, nic Go nie cieszy……………Może jakaś Mama ma pomysł?Pozdrawiam,Mama Kasia
Obserwuj wątek
    • Gość edziecko: joannabo Re: Zagubiony 4,5 latek IP: *.* 09.10.02, 09:44
      Kasiu! W każdym razie nie możesz dziecka naciskać. Myślę, że materia jest w wypadku nieśmiałości tak delikatna, że nawet nie można zachęcać. Dziecko ma po prostu takie tempo poznawania świata i tak ostrożnie wchodzi w relacje. Nic tu się nie da zmienić. Wybiera między swoim bezpieczeństwem, a przyjemnością zabawy i nie można wybierać za nie. Na pewno czujesz, ze żadne "nie bój się" nie przynoszą pożądanych rezultatów, raczej już przeciwnie. Obawy dziecka trzeba uszanować, przyjąć do wiadomości, bo i tak nie uda się ich zmniejszyć. Za to można zwiększyć wagę tego, co jest na drugiej szali jego wyboru. Ja bym w najmniejszym stopniu nie dawała dziecku do zrozumienia, że cokolwiek w jego zachowaniu mnie martwi, nawet nie zapewniałabym go o swoich uczuciach przy okazji przedszkolnych przygód, a za to skłaniałabym go do opowiadania, jak dzieci się bawiły. Będzie rozumiał, że dla Ciebie w tych zabawach nie ma niczego groźnego, a i coraz bardziej (bo i na żywo i opowiadając) będzie mu żal, że w czymś atrakcyjnym nie uczestniczy.Powiedziałabym też przedszkolankom, żeby nie wywierały najmniejszej presji, o ile to robią. I czekałabym. Tyle, ile trzeba.joanna
      • Gość edziecko: katarzynamaria Re: Zagubiony 4,5 latek IP: *.* 09.10.02, 13:09
        Droga Joanno,barzdo dziekuję za odpowiedź. Jest wiele racji w tym co piszesz. Mam nadzieję, że przyjdzie taki moment, że synek będzie potrafił cieszyć się i bawić z dziećmi.Absolutnie nie okazuję Bartusiowi, ze coś mnie martwi w Jego zachowaniu, wręcz przeciwnie cały czas chwalę, że świetnie sobie radzi, że nie jest łatwo zostać przedszkolakiem, itp.Jest mi tylko smutno, jak pani w przedszkolu mówi, że Bartuś przez cały dzień stoi z boku, z nikim się nie bawi, tylko obserwuje. Wydaje mi się taki samotny. Chociaż, jak wraca z przedszkola, jest zadowolony, ma dobry nastroj i wszystko jest ok. Wczoraj w wielkiej tajemnicy powiedział, że rozmawiał z Karolinką. Rozczulił mnie tym bardzo, a jednocześnie utwierdził, że jest to dla niego naprawdę ogromne przezycie i stres związany z byciem w grupie. O rozmowie z Karolinką opowiadał tak, jakby właśnie wrócił w wyprawy dookoła świata. Takie to było dla niego przeżycie. Nie bardzo wiem tylko, czy w takiej sytuacji mam mówić: To super i świetnie i ach i och, że z nią rozmawiałeś. Czy opowiadać, że dzieci w przedszkolu ze sobą rozmawiają i że to jest norma. Wczoraj zastosowałam pierwszą metodę achów i ochów, ale nie wiem, czy dobrze???Bartuś był zadowolony ....Och...ciężkoPozdrawiam,Kasia
        • Gość edziecko: m2a4t6i Re: Zagubiony 4,5 latek IP: *.* 09.10.02, 13:42
          Drogie Mamy,Też mam 4,5 latka w domu i choć nie jest tak nieśmiały, to też jestem zdania że przede wszystkim nie naciskać. Twój drugi post Kasiu znaczy, że Bartuś zaczyna sobie radzić w grupie i wszystko jest na dobrej drodze. Twoje rola będzie teraz polegała na pokazaniu synkowi że dobrze rozumiesz jego emocje, różni specjaliści radzą nawet aby rodzice pomagali dziecku nazywać słownie jego lęki i obawy - w ten sposób ulegają one rozładowaniu. Np. możesz powiedzieć: "Wiem, że na początku trudno jest bawić się z dziećmi" czy "Rozumiem twoje obawy", czy opowiedzieć własne historie o nieśmiałości wobec nowych sytuacji. Ważne jest aby rozmawiać z dzieckiem, by mogło nazwać uczucia i rozładować stres. Ale sie wymądrzyłam, ale u mnie ta metoda działa.Powodzenia Iwona
        • Gość edziecko: ogrodnick Re: Zagubiony 4,5 latek IP: *.* 09.10.02, 16:55
          Katkasiu, po kolei:-mądry, wrażliwy, kontaktowy, grzeczny, można sie z nim dogadać - wspaniale, nie ma problemu. Tylko Mu tego nie powtarzaj.-w przedszkolu zostaje niezbyt chętnie - Ty też się z nim niechętnie rozstajesz.-schody zaczynają się później? - możliwe. Jeśli miłe, kolorowe i nazbyt opiekuńcze panie zbyt intensywnie namawiają do tego co one uważają za dobrą zabawę i okazują lekceważenie dla tego, co Twoje dziecię lubi (tobołek). Nie każdy lubi się bawić w "Kółko graniaste". Nie każdy lubi chodzić na mecze i dyskoteki.-robić tego co inne dzieci, nie musi. NAPRAWDĘ. Przynajmniej w przedszkolu.-czuje się samotny i zagubiony? - nie sądzę. Nie opowiadałby w domu o zabawach innych dzieci. Potrafi obserwować, to trudna sztuka.-dla małego człowieka wszystko jest stresujące. Jego uczuć nie można lekceważyc ani demonizować. To trudne... Ochy i achy niepotrzebne, potrzebna akceptacja takiego jaki jest. Normą jest rozmawiać gdy się widzi potrzebę. Własną, nie maminą.Kip smajling!!Jurek
            • Gość edziecko: eBeata Re: Zagubiony 4,5 latek IP: *.* 10.10.02, 09:11
              Jest bardzo trafna. Myślę też, że można trochę małemu pomóc.Nawiązać kontakt z jakąś mamą, wybrać się razem na plac zabaw lub zaprosić kolegę/koleżankę do domu. Kiedy synek nawiąże bliższą znajomość z jednym /udzielającym się/ dzieckiem łatwiej wejdzie w grupę. Tamto dziecko Go wprowadzi. To oczywiście tylko moje zdanie, nie jestem psychologiem ale na zdrowy rozum powinno pomóc.
      • Gość edziecko: joannabo Re: Zagubiony 4,5 latek IP: *.* 10.10.02, 17:12
        Kasiu!Skoro Ty z taką podziwu godną powagą traktujesz rady, to ja muszę jeszcze opowiedzieć, dlaczego teorię z tych podręczników, o których pisała Iwona, że należy dzieciom pomagać nazywać ich uczucia, uważam za szkodliwą.Takie nazywanie nie przynosi żadnego pożytku, bo dzieci bez nazywania i tak wiedzą, co czują. Czują to po prostu. One czują wszystko w setkach odcieni, a my mamy tylko kilkadziesiąt nazw. Nie jesteśmy małymi dziećmi, nie możemy przypisywać sobie wiedzy o ich uczuciach, musimy z pokorą przyjąć, że mogą odczuwać coś, czego w ogóle już nie znamy. I to my mamy im podpowiadać, co czują?! Od razu widać, że w niczym ich nie wzbogacimy tym nazywaniem, a za to na sto procent zubożymy - dziecko będzie przez nas zmuszone do uschematyzowania swoich uczuć, wszystkie subtelne odcienie na siłę poupycha do nazwanych przegródek, a to, co się nigdzie nie mieści straci znaczenie.Poza tym, koncentrując uwagę dziecka na jego uczuciach, robimy z nich samych dodatkowy problem. Zamiast stanąć oko w oko z konkretnym problemem, kierując się uczuciami jako drogowskazem, wdrożone konsekwentnie do "nazywania" dziecko najpierw analizuje osobno swoje uczucia. W dodatku na zasadzie sprzężenia zwrotnego następuje także uschematyzowanie reakcji - najpierw rodzic na podstawie zachowania dziecka wydedukowywał jego uczucie, a teraz dziecko "ustaliwszy" swoje uczucie czuje się zobligowane do zachowania się w ten właśnie sposób.Mamy taki wspaniały obiekt do obserwacji - obserwujmy, uczmy się, dużo milczmy, a za to uważnie i bez komentarzy słuchajmy, starajmy się WSPÓŁ-CZUĆ. Skorzystamy i my i dziecko.Pozdrowienia, joanna
        • Gość edziecko: eBeata do Joanny IP: *.* 11.10.02, 09:34
          Joasiu, czytam Ciebie i od jakiegos czasu chciałam wdać się w polemikę ale ciągle brak czasu. W końcu jednak kiedyś znajdę. Teraz krótko. Twoje założenia w wiekszości są słuszne, z częścią się zgadzam, część uważam jednak za słuszne teoretycznie. Trochę jak z socjalizmem - założenia też ma wspaniałe.Odniosę się teraz tylko do jednej sprawy. Nazewnictwa uczuć. To prawda, że język jest ubogi. Ale u ludzi nie służy wyłącznie do wydawania poleceń, wyrażania rozpaczy, radości. Mamy literaturę, poezję - musisz przyznać, że to sprawy, które powinny istnieć w naszym codziennym życiu, że to rzeczy, które niezaprzeczalnie człowieka wzbogacają.Czy wyobrażasz sobie literaturę bez przymiotników?! Nie mam na myśli zielonego stołu i koronkowej firanki. Całe bogactwo uczuć człowieka..... jak bez przymiotników charakteryzujących przekazać w 3 zdaniach opis tego człowieka. Jak wygląda np. list Twojego dziecka pisany z wakacji, opisujący stan Jego ducha? Po to mamy język, po to mamy przymiotniki aby ich używać. Po to uczymy dziecko wyrażania słownie swoich uczuć aby rozumiało co czuje drugi człowiek /nawet jż to rozumienie będzie ogólnikiem/ aby wiedziało o czym czyta. Mężczyźni nie są mocni w rozmowach o swoich uczuciach. Zobacz ile to rodzi problemów.Oczywiście jestem za tym aby jezyka używać rozsądnie. Jestem przeciwna przyklejaniu nalepek typu brudas, leń.To na razie tyle, jeszcze sie odezwę.PozdeawiamBeata
          • Gość edziecko: joannabo Re: do Joanny IP: *.* 11.10.02, 12:11
            Beatko!Najbardziej niezawodnym sposobem odróżnienia złej literatury od dobrej jest właśnie używanie przymiotników zamiast pobudzania wyobraźni czytelnika i wykładanie kawa na ławę motywacji bohaterów. Harlekina rozpoznasz po jednej kartce.Obawiam się, że żaden wybitny poeta nie przyłączy się do naszej dyskusji, ale założę się, jego rodzce konsekwentnie unikali mówienia " teraz czujesz to i to", "jeżeli ktoś sie tak zachowuje, to znaczy, że..". Gdyby było tak jak mówisz, to wybitni poeci mogliby być wyłącznie dziećmi wybitnych poetów.Moje dziecko nie miewa kłopotów z wypełnianiem beznadziejnych zadań szkolnych do ćwiczenia przymiotników np. "dobry kolega jest...", chociaż na codzień się bez nich obywa. Nie nazywa uczuć, ani swoich ani cudzych, ale potrafi je wyrazić używając opisu sytuacji. Np. kiedyś w szkole oglądał film o jakimś owadzie, który poluje w ten sposób, że swoją jamę maskuje uplecioną klapą i wyskakuje na ofiarę. Nie umiem zacytować jego bezprzymiotnikowej relacji, ale było to uderzające, jak on rozumie (i ja dzięki niemu) "uczucia" tego owada, kiedy się tak czai, napięcie całej sytuacji, a potem jej komizm, kiedy za którymś razem robal wystartował przedwcześnie i wyrzucił w powietrze ofiarę, która znajdowała się jeszcze na klapie.Chciałam to już kiedyś przytoczyć, teraz mam okazję - w "Wysokich obcasach" był wywiad z rodzicami dziwczynki z zespołem Downa, Celi (bohaterki książki "Cela" Anny Sobolewskiej) Matka mówi "Cela zadziwiajaco dobrze rozumie filmy psychologiczne (...)świat baśni, wyobraźni, mitu, emocji, tajemnice życia wewnętrznego". Mowa o dziecku z upośledzoną zdolnością abstrakcyjnego myślenia, mową, rozumieniem społecznych "wymagań" wobec siebie.No to tyle, idę robić omlet. Mam nadzieję, że Cię trochę przekonałam.joanna
            • Gość edziecko: m2a4t6i Re: do Joanny IP: *.* 12.10.02, 11:33
              Cieszę się że przy okazji wywołałam dyskusję. Owszem, nazywanie wszystkiego i na każdym kroku może być szkodliwe - wszelka przesada jest niezdrowa, ale nie mogę się Joasiu z Tobą zgodzić, że należy obserwować, nie komentować i milczeć. Jest to metoda zła, bo dziecko może odnieść wrażenie jest jest nam całkowicie obojętne, nie uczymy go też rozmawiać, a przecież rozmowa często nawet jeśli nie przynosi rozwiązania problemu, to zwykle przynosi ulgę. A pisząc post miałam na myśli to aby rozładować stres, by w dziecku nie narastała niepotrzebne frustracja. Bo przecież postaw się Joasiu na miejscu dziecka. Przychodzisz do domu z przytłaczającym problemem a twój mąż tylko obserwuje, nie komentuje i milczy... Moja frustracja z tego powodu, że nie mogę sobie pogadać wzrosłaby do ogromnych rozmiarów (a wraz z nią agresja), nawymyślałabym mężowi od nieczułych gburów... to ma być rozwiązanie??? Nie wydaje mi się. A przecież co my tu wszyscy robimy na tym, i innych forach?? Nazywamy swoje uczucia i problemy i nawet jeśli odpowiedzi nie przynoszą nam rewelacyjnego, odkrywczego i w 100% pewnego rozwiązania, to właśnie w ten sposób otrzymujemy wsparcie i zrozumienie lub pozwala nam to spojrzeć z innej strony, nie subiektywnej, na nasz problem. Moim zdaniem to właśnie o to chodzi. Po to są przyjaciele i rodzice (a najlepiej 2 w 1). Pozdrawiam Was wszystkie mamy serdecznie. Iwona
              • Gość edziecko: joannabo Re: do Joanny IP: *.* 12.10.02, 14:23
                Iwonko! Z mężem masz już niepisaną umowę, jak się zachowujecie w takich sytuacjach. Ale gdybyś poszła do porządnego psychoterapeuty, to on by właśnie obserwował, słuchał i współ-czuł. Oczywiście to nie oznacza beznamiętnego gapienia się, ale jedno pytanie na jedno spotkanie może całkowicie wystarczyć. Taki terapeuta też czesto budzi agresję, ale jeżeli klient w ogóle nadaje się do uratowania, to prędzej czy później docenia tę postawę, która wyraża szacunek do niego i wiarę, że samodzielnie znajdzie rozwiązanie własnego problemu. I zauważa, że właśnie taka postawa daje mu najwięcej.Zbyt pochopnie dorośli przyjmują własną perspektywę dla oceny potrzeb dziecka i uważają, że potrzebuje ono ich rady i to tym ściślejszej im jest mniejsze. A ono potrzebuje w nas tylko takiego dobrego psychoterapeuty. Czy ucząc się chodzić "pytało" Cię jak to się robi? Jak próbowało coś wsadzić do butelki, to było Ci wdzięczne za wyręczenie, czy wyrywało Ci się? Dziecko rozumie, że musi się nauczyć wszystkiego samo i ma wrodzone pokłady energii i optymizmu życiowego. Rodziców potrzebuje do podtrzymania w chwilowych kryzysach, uzupełnienia zapasów i, owszem, do tego, żeby dostarczli mu wiedzy o świecie, ale o jego ogólnych regułach, a nie o setkach szczegółowych sposobów postępowania w setkach różnych sytuacji.Powiedzmy, że dziecko przychodzi z przedszkola i opowiada, że ktoś mu zabierał uparcie zabawki. Sadzasz je na kolanach i z miną uważną, ale nie na zapas zmartwioną słuchasz, pytając od czasu do czasu o szczegóły tego wydarzenia, aż dziecko się całkiem uspokoi. Być może okaże się, że całkiem gdzie indziej widziało sedno sprawy niż Ty. Oprócz tego "słuchajacego" wsparcia, mówisz, że to niedobrze zabierać komuś zabawki. Dzięki temu pozwalasz dziecku powrócić do równowagi, przemyśleć sytuację jeszcze raz w warunkach zupełnego bezpieczeństwa, zebrać siły przed następnym dniem w przedszkolu, dajesz mu oparcie w zrozumiałej regule moralnej, którą "zabierze"ze sobą. Czego unikasz powstrzymując sie od rad: -trafienia kulą w płot, kiedy zobaczysz problem całkiem gdzie indziej i dla dziecka zamiast jednego, będą już od tej chwili dwa- wytrącenia dziecka z przekonania, że zachowało się najlepiej jak mogło, bo okaże się, że mogło zachować się inaczej (zgodnie z radą). Czyli, że samo sobie troche winne.- utrudnienia mu sprostania kolejnej takiej samej sytuacji, ponieważ samo zastosowanie się do rady może być dla niego trudniejsze niż brak klocków- ewentualności, że dziecko zrozumie, że od jego zastosowania się do rady zależy Twoja akceptacja dla niego, że POWINNO (a nie tylko może, jak Ty do mężowskiej) się do niej zastosować.-ograniczenia spontaniczności dziecka.Właśnie w tym ostatnim punkcie jest sedno nieporozumienia - dorośli uważają, że dziecko gorzej od nich poradzi sobie w różnych sytuacjach. Że dziecko będzie w miarę dorastania uzyskiwać instrumenty (nie mylić z wiedzą) pozwalające mu dostosować sie do świata. A jest właśnie odwrotnie - w miarę dorastania tracimy coś ciągle, tracimy wrażliwość, spontaniczność, popadamy w schematy i automatyzmy, ucieka nam optymizm i energia. Dlatego w sprawie instrumentarium, to my więcej możemy nauczyć się od dzieci niż one od nas. One mogą znajdować takie wyjścia z sytuacji, które nam nigdy nie przyszłyby do głowy, a mając problem, dążą do jego rozwiązania, dopóki nie rozwiążą (a nie wypierają). "Obiektywnwe" rozwiązania wcale nie istnieją, istnieją tylko subiektywne właśnie, a my nie umiemy wejść w skórę kogokolwiek, a małego dziecka najmniej, żeby mu w jego subiektywnych okolicznościach przychodzić z radą. Wiem, że dzieci mają dramatyczne problemy z którymi sobie nie radzą, ale to skutek niezrozumienia przez dorosłych, którzy podważają ich wiarę we własne siły i swoimi niby-upraszczającymi radami komplikują im życie. Trzeba jak najdłużej chronić spontaniczność dziecka, bo to napradę najlepsze co może być kiedy się trzeba zmierzyć z nieschematycznym światem.\r\nSpróbuj parę razy tak postąpić, jak opisałam. Być może Twoje dziecko sie już przyzwycziło i oczekuje rady, ale założę się, że zrozumie kiedy mu powiesz, że uważasz, że poradzi sobie samo i nie sprawisz mu tym zawodu.joanna
                • Gość edziecko: m2a4t6i Re: do Joanny IP: *.* 14.10.02, 12:54
                  Joasiu,niestety ale nie zrozumiałaś mojego punktu widzenia i trudno, tak czasem zdarza. Elaborat napisałaś potężny, ale w nim właśnie widzę to przed czym sama przestrzegasz: zaszufladkowałaś mnie i moje poglądy i mam wrażenie że za nic nie chcesz pozwolić by ktoś inny miał rację (a choćby maleńką jej cześć). Mojemu dziecku nie wmawiam uczuć których nie odczuwa (ale słucham i rozmawiam), ani nie wyręczam go we wszystkim (pozwalam podejmować własne decyzje). Tak jak napisałam w poprzednim poście - PRZESADA w każdą stronę jest zawsze niezdrowa. Odnoszę również wrażenie, ze Ty we wszystkim upatrujesz dominacji dorosłych w spontanicznym świecie dzieciaczków, mówienia im co mają czuć, robić i absolutnego posłuszeństwa (dziecko musi a nie moze zastosować się do rady???). Nie upatruj wszędzie złego wilka, bo nie zawsze się on tam znajduje,a uprzedzenia zaciemniają widzenie. Pozdrawiam Iwona (i mąż Iwony ;-)- od jakiegoś czasu przysłuchujący się dyskusji)
                  • Gość edziecko: joannabo Re: do Joanny IP: *.* 14.10.02, 16:28
                    Iwonko!Za pisanie elaboratów przepraszałam już parę razy, przepraszam jeszcze raz. Z jednej strony tak już mam, a z drugiej doświadczenie czytania forum wskazuje, że pisanie krótko rodzi zwykle więcej nieporozumień, niż wyjaśnień. Niestety pisanie długo też nie daje gwarancji ich uniknięcia.Nigdy nie piszę przeciwko konkretnej osobie tylko przeciwko najbardziej utartemu, powszechnemu, najczęstszemu przekonaniu. Wcale sobie nie wyobrażałam, że dziecko Ci coś opowiada, a Ty wydajesz mu polecenia, jak się ma zachować i nawet nie myślę, żeby się to w ogóle często zdarzało. Za to występują rozmaite pośrednie pośrednie modele reagowania na problem dziecka od tego aż do tej mojej "przesady". I ja prezentuję stanowisko, że im bliżej tej "przesady" tym lepiej.Uważam, że nie powinno się wcale ingerować w proces dostosowywania się dziecka do otoczenia, co nie znaczy, że należy je w ogóle zostawić swojemu losowi, bo czesto problemy rzeczywiście przerastaja jego aktualne możliwości, ale wtedy też nie należy podpowiadać (sorry) mu rozwiązań, tylko po prostu zadziałać, ułatwić sytuację. Uważam, że tu sie wcale nie da przesadzić z ostroznościa, żeby nie zaburzyć tego niezwykle skomplikowanego instumentarium, jakim dziecko dysponuje. I, niestety, niezwykle kruchego. To powszechne konsekwencje tej kruchości utrudniają nam wzajemne zrozumienie intencji. (Znaczy mnie i Tobie, ale nam i dzieciom też)A złego wilka będę szukać dalej, bo uważam, że jest możliwy do wytropienia. Pozdrowienia dla Ciebie i Męża, joanna
                    • Gość edziecko: m2a4t6i Re: do Joanny IP: *.* 14.10.02, 19:01
                      Joasiu,im dłużej wchodzimy w dyskusję tym dalej odchodzimy od sedna sprawy, każda próbując udowodnić swoje racje. Niedoskonałość materii jaką są posty, obawiam sie, sprawia, że nie do końca rozumiemy swoje racje. Zaczynam nawet podejrzewać że w samym sednie nasze przekonania są dość podobne (choć mają też i różnice - sorry). Wciąż uważam, że nazwanie emocji, uczucia, z jaka dziecko się boryka w codziennym życiu przez rodzica dobrze obserwującego swoje dziecko pozwoli dziecku na nazwanie problemu (w formie uproszczonej: smutek, przykrość, radość, samotność) tylko po to aby wyładować stres (a nie, broń Boże, w celu nauczenia się co ma czuć w takiej to a takiej sytuacji). POdpisuję się też oboma rąkoma pod tym, że należy dać dziecku swobodę wyrażania uczuć po swojemu, prawo do powiedzenia "wszechwładnemu" rodzicowi, że jest na niego złe, że się gniewa z jakiegoś powodu. A także swobodę podejmowania decyzji odpowiednich do jego wieku. Jestem podobnie jak Ty za rozwijaniem samodzielności dzieci i umożliwianiem im samodzielnego rozwiązania problemu w sposób im odpowiadający, o ile tylko nie krzywdzi to innych. I tu się zgadzamy.Polecam też pażdziernikowy numer dziecka i artykuł o wychowaniu dziecka "Nie wychowujmy narcyzów" (nie mam artykułu przed nosem więc tytuł moze różnić się od oryginału). Nie podam dosłownie, ale było tam powiedziane, ze dziecko to nie jest egzotyczny kwiat , to też człowiek. Kochajmy nasze dzieci a nie poddawajmy hodowli, (czyli specjalnemu procesowi wychowania). Czyli puenta: więcej luzu w kontaktach z naszymi pociechami.Czego sobie i innym życzę,Iwona
      • Gość edziecko: emama23 Re: Zagubiony 4,5 latek IP: *.* 14.10.02, 10:57
        Hej Kasiu,Gdzies w stercie starych gazet znalazlam artykul o nadwrazliwym dziecku - nie wiem czy to dotyczy rowniez Twojego Bartusia ale mamy w bliskiej rodzinie przypadek ktory wlasnie sie tak objawial w przedszkolu. Teraz jest bardzo duzy problem w szkole - dziecko jest juz w 4 klasie a nadal nie moze sie przystosowac - wymiotuje prawie codziennie. Po przeczytaniu tego artykulu stwierdzilam ze jego mama na 12 wyroznionych tam bledow popelnia 11. Chyba warte przeczytania choc nie wiem czy mozliwe do dostania. "Swiat kobiety" Nr 15 23 lipca 2002
    • Gość edziecko: xx Re: Zagubiony 4,5 latek IP: *.* 11.10.02, 11:24
      No, przeczytalam wszystkie odpowiedzi do tej pory i niezupełnie się zgadzam. Może i bym się zgodziła, gdyby nie to, że w mojej rodzinie był podobny przypadek. Kuba- mój siostrzeniec też zawsze stał z boku, nie chciał się razem bawić, był smutny, w przdszkolnym ogródku bawił się sam, nielubił mieć kolegów. W efekcie był przez nich źle traktowany, popychany, bity.(chyba nie chcesz, żeby to spotkało Twojego synka) Był nieszczęśliwy. Do tego wszystko przeżywał i codzień w nocy się moczył. Do tej pory potrafi się moczyć (ma 7 lat) w przypadku nowej sytuacji (wyjazd na wakacje, pójście do szkoły itp.)Jest po prostu wrażliwym dzieckiem. Ale bardzo dobre efekty w jego przypadku dawało przyzwyczajanie go - niejako na siłe - do towarzystwa, wspólnych zabaw itp. Wiem, że może to budzić Wasze kontrowerscje ale chodzi mi np. o wyjazy wakacyjne w większych gronach - rodzice + ich koledzy z dziecmi, wyjazdy na wieś z moimi dziećmi itp. Kuba początkowo się bronił, razem bawić się nie chciał i nie odpowiadało mu to. Potem (z pomocą babci) potrafił odnaleźć w tym przyjemność, a nawet sam ciągnął do wspólnych zabaw i...przestawał się moczyć. To chyba najlepszy sprawdzian. No cóż- przychodził rok szkolny nowe, sytuacje, stresy i sytuacja się powtarzała. Może gdyby zajął się tym psycholog potrafiłby znaleźć sposób na ukorzenienie wakacyjnego luzu. U nas na psychologa ciągle nie było czasu- a szkoda, chociaż cały czas się o tym mówiło. Nawet panie w przedszkolu polecały psychologa. Ja bym wcale się tym tak nie "nieprzejmowała". To nie jest normalna sytuacja i myśle, że dziecku w gruncie rzeczy jest źle. Popłakuje, jest smutny. Aż serce mi się kroi. Myślę, że musisz mu jakoś pomóc. Ale o tym powinien zdecydować psycholog. Na pewno są jakieś ćwiczenia, polegające na stawianiu dziecka w jakiś konkretnych sytuacjach. Może przedszkole jest jeszcze nie dla niego? Przecież dzieci rozwijają się różnie. Może powinien ćwiczyć kontakty z innymi dziećmi pod Twoim okiem w piaskownicy, na podwórku, z Twoją pomocą - powoli, nie na siłę, a jednak konsekwentnie. W każdym bądź razie musisz mu pomóc. On cierpi. I słodkie nicnierobienie i czekanie kiedy mu przejdzie nic nie da. Tzn. pewnie kiedyś mu przejdzie, ale po co czekać,? A może wybierze złą Scieżkę radzenia sobie z frustracją? On nie umie się znaleźć w tej sytuacji nie godzi się na to i nie umie sobie z tym poradzić. Moim zdaniem on się jakoś uparł i zatwardział- nie bo nie. Nie muszę. Ale czy myślisz, że on nie widzi, że jest inny? Że wszystkie dzieci się bawią dobrze, śmieją a on sobie z boku popłakuje? Dzieci nie są tak głupie i z wielu rzeczy zdają sobie sprawę. Wcale nie musisz mu pokazywać, że jego zachowanie jest inne. On to widzi.Pomóż mu. Nie stój biernie.Pozdrawiam serdecznieMarzena
      • Gość edziecko: eBeata Re: Zagubiony 4,5 latek IP: *.* 11.10.02, 12:52
        Nie chcę wracać do pierwszego postu, ale wydaje mi się, że synek Kasi poza przedszkolem i wcześniej nie miał problemów z rówieśnikami.Można więc sądzić, że to tylko problem adaptacji przedszkolnej.Nie napisałaś jaki był Kuba przed przedszkolem, czy miał częsty i dobry kontakt z rówieśnikami, czy ten kontakt zaczęto dopiero nawiązywać /jak napisałaś/ po problemach w przedszkolu.Wydaje mi się, że te dwie sprawy wiecej dzieli niż łączy.Decyzja i tak należy do Kasi.
        • Gość edziecko: xx Re: Zagubiony 4,5 latek IP: *.* 11.10.02, 13:07
          Nie, no oczywiście, że możesz mieć rację. Oczywiście że te przypadki mogą być spowodowane całkiem innymi czynnikami itd itd. Ja nie mówię, że te przypadki są takie same. Ale Katarzynamaria prosiła o rady. Ja napisałam co skutkowało w przypadku mojej rodziny. No i z resztą to samo jej radziłaś w swoim poście. Kontakt z rówieśnikami na innej płaszczyźnie niż przedszkole.Poza tym oczywiście decyzja należy do Kasi. Ja przecież nic nie każę jej robić. Ale jestem przeciwna nicnierobieniu w tym przypadku. Wyraziłam swoje zdanie że dziecku jest źle i potrzebuje fachowej pomocy. Przecież nic nie ryzykuje. Jeżeli to jest w porządku i OK. to uzyska takie potwierdzenie od psychologa. Psycholog to chyba nic strasznego. PozdrawiamMarzena
          • Gość edziecko: katarzynamaria Re: Zagubiony 4,5 latek IP: *.* 11.10.02, 13:14
            Powiem szczerze, że Bartuś zazwyczaj wolał posiedziec przy mnie, niż bawić się z dziećmi. A jest niemal regułą, że jak jest więcej niż 3-4 dzieci, Bartuś nie potrafi się z nimi bawić. Wciąz wydaje mi się, że boi się grupy dzieci, nie potrafi się w niej odnaleźć. Np. ostatnio na urodzinach u kolegi, właściwie 3/4 "imprezy" spędził z dorosłymi, koło mamusi i tatusia. No a dzieci było 10! To juz jednak za dużo dla Bartusia. Chociaż solenizanta zna od "zawsze" i potrafi się z nim bawić sam na sam, ewent. + 2 dzieci.Chyba mamy problem, ale nie wiem jak go rozwiązać? Może ważne jest jeszcze to, że Bartuś ma opiekunkę, którą bardzo lubi. Ania bawi się z nim dokładnie tak, jak On chce i w czasie zabawy mówi, to co Bartuś chce. Moze dlatego cieżej Bartusiowi wejść do grupy dzieci, które nie robią tak, jak On chce?nie wiem...Pozdrawiam,Mama zakatarzonego Bartusia
            • Gość edziecko: eBeata Re: Zagubiony 4,5 latek IP: *.* 11.10.02, 13:57
              Moje poprzednie rady są raczej nieaktualne.Wychodzi na to, że masz małego samotnika :-). Chociaż ... 4,5 roku ....Nie wiem. Przychylam się do poprzedniczki, może warto skorzystać z pomocy psychologa dziecięcego. Dowiesz się przynajmniej czy wszystko jest w porządku a synek ma taki charakter, czy coś w Bartusiu siedzi.
                • Gość edziecko: katarzynamaria Re: Zagubiony 4,5 latek IP: *.* 14.10.02, 07:34
                  Cóż Beato,no właśnie: moje dziecko samotnikiem nie jest. Uwielbia, kiedy w domu jest duzo osób, mama, tata, siostra, babcia, dziadek, ciocia, druga babcia itd., im więcej tym lepiej. Czuje się wtedy w swoim żywiole. Bojażliwość pojawia się pzy dzieciach, przy większych grupach dzieci. I stąd moja troska, że po prostu do tej grupy wejść nie potrafi a chciałby, oj chciał....Dzięki wszystkim za rady.Mama wciąż chorego Bartusia i zaczynającej chorobę Poli
                • Gość edziecko: eBeata do Jurka IP: *.* 14.10.02, 08:58
                  Jureczku, niewidzenie moich postów zwalam na jeden z objawów grypy i zdrowia życzę.Bartusiowi też.To dziecko ma problem. Z tego co napisała Kasia wynika, że chciałby a boi się. Jeżeli taka sytuacja trwa ponad miesiąc to masz rację - opiekunka powinna bardzo delikatnie zadziałać. Może faktycznie nie ma większego problemu a Bartuś musi tylko lepiej grupę poznać, przyzwyczaić się /skoro z liczną rodziną szaleje/. A może dobrze czuje się tylko z dorosłymi nie dziećmi? A może jakieś zdarzenie z przeszłości wlazło w jego psychikę i nie pozwala na spontaniczny kontakt z grupą? Może od urodzenia jest nieśmiały? Nie wiem, nie wiemy. Gdyby Bartek miał 2 latka, ale skończył cztery i pół ...Myślę, że potrzebna jest rozmowa z opiekunką, czy spotkała już podobne dzieci, jak ona to widzi. A rozmowa Kasi z psychologiem /są na kasę/, też mogłaby pomóc. Jeżeli uzna, że ten typ tak ma i trzeba przeczekać to Kasia się uspokoi.Jeszcze raz zdrówkaBeata
                • Gość edziecko: Misiek Re: Zagubiony 4,5 latek - nie tylko do Jurka IP: *.* 14.10.02, 12:51
                  Jurku pragnę Cie ponformować, że instytucja psychologa dziecięcego jest w naszym kraju instytucją pomagającą dzieciom (i rodzicom) pokonać pewne problemy. Nie zawsze rodzic jest w stanie obiektywnie spojrzeć na swoje dziecko - chciałby aby było jak najlepsze, najmądrzejsze, naj... naj... naj... A nie zawsze tak jest. Czasami wina jest po stronie rodziców, którzy mają inne marzenia niż ich dzieci, czasami po stronie dziecka, które nie wie jak sobie poradzić z jakimś problemem, a czasami po stronie np. pani w przedszkolu, która :what: nie potrafi (lub nie chce jej się) pomóc dziecku. Gdy dziecko ma problemy najbardziej cierpia rodzice. Wydaje im się, że muszą pomóc dziecku pokonać jakiś problem, że muszą coś zrobić. Ale zanim wyręczymy dziecko, zastanówmy się, spójrzmy na sprawę z boku i rozpatrzmyy wszelkie za i przeciw. Pozwólmy naszym dzieciom dorastać, a gdy nie mamy dość obiektywizmu - skorzystajmy z pomocy!
                  • Gość edziecko: ogrodnick Re: Do Beaty i Dorki (nie tylko?) IP: *.* 14.10.02, 21:01
                    Beato, pytałem, które rady są nieaktualne. Dramatyczne historie czwartoklasisty oraz dziesięciolatka opisywały całkiem inne Panie, nie Kasia, Mama Bartka!! Twoją radę z godziny 10:11 dnia 10.10.02 NADAL uważam za bardzo dobrą. Kasia wie nieporównanie więcej, Ona zdecyduje.Dorko!!Nie odmawiam racji bytu instytucji psychologa dziecięcego, wiem że ja wszystkim pomóc nie mogę, mam również inne obowiązki :)) Zapewne większość spośród piszących na tym forum powinna udać się do jakiegoś specjalisty (ja m. in. do ortopedy), ale tematem rozważań powinny być tylko treści zawarte w postach. Naprawdę uważam że największym problemem medycznym (na podstawie tego, co zechciała napisać Kasia ) jest dziwne zachowanie Bartkowej opiekunki - być może wizyta u psychologa będzie potrzebna. Życzę zdrowiaJurek
                    • Gość edziecko: eBeata Re: Do Beaty i Dorki (nie tylko?) IP: *.* 15.10.02, 08:10
                      A...... no to się różnimy w poglądach.Ja uważam radę z dn... godz... za jak najbardziej właściwą dla dziecka, które przed i poza przedszkolem nie miało i nie ma problemów z rówieśnikami. Gdy problem jest z tą konkretna grupą dzieci.Kasia jednak potem dodała, że Bartek sobie z dziećmi nie radził. Jeżeli wcześniej przy pomocy mamy, opiekunki nie pomagało wciągnięcie w zabawę, to nie sądzę, że moja wcześniejsza rada w tym przypadku wiele pomoże. Oczywiście próbować nie zaszkodzi, ale wydaje mi się, że będą potrzebne jeszcze inne środki. Zresztą o co my się spieramy :-).Miłego dniaBeata
            • Gość edziecko: Gosia1 Re: Zagubiony 4,5 latek IP: *.* 15.10.02, 08:46
              Kasiu, właściwie nie wiadomo, skąd taka reakcja. Ale muszę Ci jeszcze dodać, że mój Krzyś reagował paniką na jakiś większy hałas. Kiedyś próbowaliśmy zachęcić Go do treningów karate. Poszliśmy z Nim na halę, było tam a tak ze sto dzieciaków. Stanął w rządku (On zawsze usiłował poddać się naszej sugestii...to właśnie było takie niebezpieczne, zwłaszcza, że ja mam wyraźne cechy apodyktyczne), zaczął ćwiczyć z trenerem, choć minę miał okrutnie nieszczęśliwą. I nagle w czasie wykonywania wymachów rąk, kiedy wszystkie te dzieci zaczęły wydawać z siebie różnego rodzaju okrzyki (na polecenie trenera) Krzyś zasłonił rączkami główkę i uszy i zaczął krzyczeć rozpaczliwie: zabierz mnie stąd!!! zabierz mnie stąd!!!Przeraziłam się nie na żarty. Błyskawicznie wyprowadziłam stamtąd synka, a ubrałam dopiero w jakimś cichutkim pokoju. Do tej pory nie mam zielonego pojęcia o co chodziło. Ale miałam dowód, żeby NIGDY I POD ŻADNYM POZOREM nie zmuszać do niczego swojego dziecka, nie USZCZĘŚLIWIAĆ na siłę. Oczywiście pracowaliśmy nad Nim jeszcze "żarliwiej", ale to już osobny temat. Ta historia zdarzyła się jak Miś miał 5,5 roku. Teraz to naprawdę zupełnie inne dziecko - prawdziwy, łobuzowaty chłopczyk. Udało mi się, że tak nieskromnie powiem, udało! I jeszcze raz ponawiam propozycję - jeśli chcesz, pisz na priva, na ile będę mogła pomogę. Pozdrawiam GosiaP.S. Pracowałam przede wszystkim nad sobą, nad zmianą SWOJEGO myślenia i postępowania. Musiałam "nauczyć się", że moje dziecko jest odrębną istotą, która ma własne zdanie, uczucia, myśli. Z Anią było zupełnie inaczej, bowiem Ona urodziła się niejako z siłą przebicia, zwarta i gotowa do walki "o swoje". :-) Nie było łatwo, oooo nie...
    • Gość edziecko: Gosia1 Re: Zagubiony 4,5 latek IP: *.* 14.10.02, 18:37
      Witam Kasiu! Przeczytałam bardzo uważnie wszystkie posty i też chyba muszę się wypowiedzieć (nie chcem ale muszem...:lol:), bo mój Krzyś jest bardzo podobnym chłopcem do Twojego synka. Ale po kolei. Miś od zawsze był bardzo wrażliwy. Raczej typ samotnika, cudownie porozumiewający się ze swoja mamą (już gdzieś pisałam, że byłam np głosem mrówki, drzewa, samochodu, kamienia, że mnóstwo czasu spędzaliśmy na pogaduszkach). Był (i jest) przy tym niezwykle zdolym chłopcem - mając dwa lata zaskoczył mnie totalnie znajomością pierwszych literek. Zanim ukończył lat 3 znał je już wszystkie, a mając 4 czytał. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że NIKT Go tego nie uczył. Jak zdobył te umiejętności? Do końca chyba już pozostanie to tajemnicą. Od zawsze posiadał umiejętność abstrakcyjnego myślenia, lubił i nadal lubi analizować, mysleć, kombinować - zadaje mi pytania znacznie wybiegające ponad Jego wiek np ostatnio pytał o części ułamkowe (co to znaczy dwie piąte jakiejś części) i dotąd drążył temat, aż w końcu zrozumiał o co chodzi (ma siedem lat). Nie wiem, skąd u Niego takie myślenie i prawdę powiedziawszy troszkę się tego boję. Zawsze się bałam. Bo dla mnie robił się przy tym za dorosły. Chciałam aby był zwykłym chłopcem, urwisem takim jak chłopcy w Jego wieku. Bałam się tego, że zawsze bardzo dobrze czuł się sam w swoim towarzystwie. I nie potrzebował dzieci do tego, aby się nie nudzić. Do 3,5 lat traktowałam to wszystko jeszcze powiedzmy nie tak "ciężko". Ale mając 3,5 roku Miś miał zabieg na główce, który koszmarnie przeżył. I po którym zamknął się w sobie już na amen. Przez okrągły rok nie słyszałam w domu ani Jego płaczu ani głośnego śmiechu. Nie wiem, czy ktokolwiek wie, co to znaczy...taki pusty, zimny dom...bez radości. Koszmar. Jak miał 4 lata spróbowaliśmy zostawić Go w przedszkolu. No i to była klęska na całego. Miś nie płakał, ale na sali siedział cichutko w kąciku, tulił Kubusia Puchatka, nie dało się Go zainteresować NICZYM, nie dało się Go wciągnąć do absolutnie żadnej zabawy. W domu opowiadał mi z przejęciem i jakimś takim rozedrganiem, co dzieci robiły. Potem doszło do tego coś, co spowodowało, że zabrałam Go natychmiast. Otóż pani opowiedziała mi, że siedzi w kąciku i kołysze się w przód i tył, non stop, i szepcze do siebie: "kocham moją mamusię, kocham mojego tatusia, kocham moją siostrzyczkę"... i tak cały czas. Kilka miesięcy zabrało nam doprowadzenie Go do pionu. I wyprowadzenie na drogę ku normalnemu dzieciństwu, aby JEMU było łatwiej. Może znajdą się tu głosy sprzeciwu, że chciałam Go dołączyć do "grupy", ale ja wiem, że zrobiłam dobrze. Dziecku, które ZA BARDZO odstaje nie jest dobrze. Nawet jeśli umie walczyć o swoje (ja byłam takim dzieckiem...). Co robiłam? Po pierwsze nigdy nie pokazałam, że to jest problem, że jest inny, że zachowuje się niewłaściwie, że będzie Mu z tym źle. To schowałam niezwykle głęboko. Kochałam Go jeszcze mocniej, codziennie udowadniałam, że wolno Mu bardzo dużo. Okruchy na dywanie mimo iż właśnie skończyłam odkurzać? Hahahaha, ależ jesteśmy gapy synku! A Ty wiesz co ja zrobiłam kiedyś? Wywaliłam wszystko z tacy!!! Mówię Ci, ale była heca! Zalany obrus? Zapaćkana szyba w oknie? Umorusane czyściutkie spodnie? Smyku, chodź, zrobimy to razem! A kto jest łobuziakiem mamusi ukochanym? A kto tak nachuliganił, że aż mnie brzuch boli ze śmiechu? Oj będziesz Ty mamusi prasował, hihihi, będziesz! Najpierw Misiu patrzył na mnie a w oczach miał wszystkie lęki świata. Boże, skąd lęk??? Przecież NIGDY NIKT nie krzyczał na Niego, NIGDY NIKT Go nie bił!!!!! Na litość, skąd ten lęk? Nie wiem. I nikt tego nie wie. Dzięki Bogu tego lęku już NIE MA! :-) I moja w tym głowa, aby nigdy nie wrócił! Następnym moim krokiem był wyjazd nad morze do sanatorium dla matki z dzieckiem. Koszmar, bo był brud, smród i ubóstwo brrrr, ale były dzieci. Najpierw Miś za nic nie chciał do nich iść. Chłopcy przychodzili po Niego, ale On nie chciał. Nie naciskałam. Kiedyś wyszedł popatrzeć, jak się bawią na korytarzu. Zostawił otwarte drzwi do pokoju... Na drugi dzień wyszedł do chłopców, drzwi też otwarte. Na trzeci drzwi zamknął. A dziesiątego dnia musiałam Go szukać i wołać przez głośniki bo poleciał gdzieś z chłopaczyskami i nie mogłam Go znaleźć!!! :lol: Po powrocie do domu opowiedział mi, że biegali dosłownie wszędzie...od strychu po piwnice...Struchlałam, i powiedziałam sobie i Jemu: dobrze, że o tym nie wiedziałam! (zwiedzili nawet kotłownię...). No i następny krok, chyba najtrudniejszy dla matki. Zaczęłam wypuszczać Go samego na podwórko. Krzyś jest niezwykle miłym, spokojnym i naprawdę kochanym chłopczykiem. Nie ma w Nim nachalności, nie narzuca się. Jak Mu coś nie odpowiada, to bawi się sam i wcale nie wygląda, aby było Mu smutno. Ja nie ingeruję. Ale zauważyłam, że w ciągu tych trzech lat samodzielnego wychodzenia na dwór jest chyba najbardziej lubianym dzieckiem spośród dzieci z podwórka. Co chwilkę mam domofon i pytanie: wyjdzie Krzysio? W domu też zamknęłam swoje oczy ;), moje umiłowanie porządku i ciszy i od paru lat spraszam po kilku kolegów. Kasiu, nie jednego. Nie. Po kilku! Czasem dwóch, a czasem i trzech czy czterech. Jest totalny bajzel, wrzask, odgłosy strzelaniny, ale Miś jest przeszczęśliwy! Do przedszkola poszedł dopiero mając 6 lat, czyli do zerówki. Posłałam Go do przedszkola integracyjnego. Tam Panie są najlepiej przygotowane do opieki nad dziećmi "trudnymi". Był akceptowany taki, jaki jest. Nie przymuszany do niczego. Tylko pytany: chcesz? Nie? Nie ma sprawy. Trudne pierwsze miesiące: wymioty codziennie przez kilka miesięcy, moczenie w nocy, melancholia w oczach (mimo iż zawsze wyrażał się bardzo pochlebnie o przedszkolu!), zawsze do przedszkola szedł jak na ścięcie!!!, a potem już na sali witany głośnymi okrzykami: Krzyyyyysioooo, i był naprawdę bardzo zadowolony - te trudne miesiące się skończyły i od mniej więcej wiosny było już naprawdę super. Wręcz nie chciał wychodzić z przedszkola! Znalazł sobie przyjaciela - Grzesia. Spotykają się do dzisiaj, tak się lubią. Ale Pani powiedziała mi coś niezwykle ważnego. Otóż Krzyś był, jako jedyne znane Im dziecko, lubiany przez WSZYSTKICH. W grupie jak to w grupie, tworzyły się małe podgrupki, byli przywódcy, niektórzy ze sobą "konkurowali" - a Krzyś nie należał do żadnej, ba - był lubiany przez wszystkich. Panie były bardzo zdziwione. Ale zawsze nie mogły się Go nachwalić. To samo jest teraz w szkole. Też bardzo przeżył pójście do szkoły. Znowu moczenie w nocy, znowu melancholia w oczach, droga do szkoły jak na miejsce kaźni, zwieszona głowa, smutek. Porozmawiałam z Panią, wyłuszczyłam wszystko i widzę, że jest to mądra osoba, która SŁUCHA. Kilka razy pochwaliła (!) Krzysia, nagrodziła za pisanie - i co się okazało? Ano, że nagle szkoła okazała się najfajniejszym miejscem, że pisanie to najukochańszy (!!!) przedmiot ze wszystkich, że sprawdziany z matematyki są extra! Wystarczyło tylko inne podejście do dziecka... takie łatwe, a takie trudne zarazem. I niestety Joasiu, ale musiało być chwalenie. I podkreślanie, że jest kimś wartościowym. Od razu zapaliło się takie słoneczko w Jego oczkach. Coś jeszcze przyszło mi do głowy. Jak byliśmy nad tym morzem, kupiliśmy Mu taki fantastyczny pistolet na strzałki z pianki. Pistolet był naprawdę rewelacyjny, budzący zachwyt i zazdrość innych chłopców. Ależ ten mój syn był dumny!!! Miał coś, co spowodowało wysokie notowanie u innych. Ja wiem, wiem, to niepedagogiczne, ale...Ale moi kochani naprawdę skuteczne. Bo dzieciom w tym wieku raczej nie da się zaimponować niezwykłymi wiadomościami o dinozaurach (a te Misiu ma, oj ma), ani tym, że zna się super literki i umie się czytać biegle. Niestety. Mężczyźni szpanują sa
      • Gość edziecko: Gosia1 Re: Zagubiony 4,5 latek - coś jeszcze IP: *.* 14.10.02, 18:46
        Kasiu zapomniałam jeszcze napisać, że bardzo dobrze działają na dzieci opwieści z naszego dzieciństwa. Widzisz dzieci myślą, że my zawsze byliśmy dorośli, mądrzy, tacy wszystko wiedzący. Im nie mieści się w głowie, że my też kiedyś rozbijaliśmy kolana, płakaliśmy z powodu zgubienia zabawki, że też baliśmy się szkoły, skarcenia przez mamę, czy odrzucenia przez grupę. Mój synek, jak czasem robi coś "złego" i patrzy na moją reakcję ma w oczach pytanie: co z tym zrobisz? Ja Mu wtedy opowiadam, co ja broiłam, jak byłam mała. Kiedyś żalił się, że ma tak strasznie porozbijane kolana. :lol: No to ja pokazałam Mu blizny po swoich przygodach! Ależ się zdziwił!!! Duuużo Mu opowiedziałam, jakim była diablątkiem, jakie utrapienie miała ze mną moja Mama! :lol: Powiem Ci, że dla Niego to cudowna ulga. Wiedzieć, że ukochana mama wcale nie jest ideałem. A ile ja szklanek natłukłam...:lol:, a raz wlazłam w szarlotkę i tort! :lol: Ale była wtedy heca! Oj, była...I jadłam chcleb z cukrem i wodą, i ze smalcem, i ze śmietaną! Dzieci kochają takie opowieści! Zejdź do Niego, będzie MU bardzo miło i bezpiecznie zobaczyć w Tobie dziecko...Całuski
        • Gość edziecko: maminka Re: Zagubiony 4,5 latek - coś jeszcze IP: *.* 16.10.02, 22:47
          Gosiu, od pewnego czsu śledzę Twoje posty na forum i jestem pelna uznania dla Twej mądrości i trafności spostrzeżeń. Wiem, co to znaczy tzw trudne i nadwrazliwe dziecko. Jeżeli pozwolisz, pewnie kiedyś też odezwę się na priva. A jesli chodzi o adaptacje w duzej grupie, to niestety tak bywa, iż niektóre dzieci mają z tym sporo kłopotow. Tyle mądrego zostało już tutaj powiedziane,że podkreslę tylko jedno: przy odpowiednim postepowaniu jest prawie pewne, że Bartuś z tego wyrośnie.
    • Gość edziecko: Gosia1 Re: Zagubiony 4,5 latek IP: *.* 14.10.02, 18:37
      mochodami, malutki chłopiec - super hiper extra zabawką. Świat jest tylko światem i nie da się wychować kogoś zupełnie, całkowicie innego od reszty. Musiałby ktoś taki być niezwykle silny psychicznie i mieć niesamowitą siłę przebicia. A taki mój synek nie jest, i chyba Twój Kasiu też nie...Do tej pory powtarzam Mu, że jest niezwykły, kochany, mądry, dobry, sprawiedliwy, sympatyczny. I taki jest. A jak ma problem? Mówimy o tym, Joasiu, cały czas próbujemy (choć tyle) nazwać to co męczy, nieszkodzi, że nie zawsze da się wypowiedzieć, ubrać to w słowa, najważniejsze że próbujemy, bo próbując wyrzucamy to z siebie i potem jest już o wiele łatwiej. Nawet jak jest (jak to nazwya mój syn): "smutno nie wiadomo dlaczego...". To wtedy sięgamy sobie po coś słodkiego, przytulamy się, włączamy sobie śmieszny film, albo zaczynamy czytać coś lekkiego, albo łaskoczemy się, albo po prostu siedzimy i przytulamy bez słów, bo czasem smutek trzeba normalnie wysmucić. ;) Pozdrawiam GosiaP.S. Kasiu, jeśli chcesz, pisz na priva. :-)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka