Dodaj do ulubionych

Jestem matką!

29.10.04, 14:10
Jestem matką. Ipso facto. Nie mogę wychowywać swojego dziecka, ale czy to
oznacza, że nie jestem matką? A kim? Jestem matką od chwili połączenia dwóch
gamet, od chwili poczęcia jedynego i niepowtarzalnego człowieka, którym jest
moje dziecko. Który ma moje geny, jest do mnie podobny, będzie miał mój
kształt nosa, czaszki, mój kolor włosów, moje gesty, głos, podobny do mojego,
odziedziczy po mnie moje zainteresowania naukami ścisłymi i przyrodniczymi,
jak również zamiłowanie do nauki języków obcych i tak jak ja będzie kochał
muzykę. Kim są ludzie, którzy wychowują moje dziecko? W aspekcie genetycznym
są obcymi ludźmi. Wg prawa są rodzicami. Tylko dlatego są rodzicami mojego
dziecka, że ja oddałam moje dziecko do adopcji. Tylko dlatego. Gdyby nie moja
decyzja i kobiet mi podobnych, nigdy nie mogliby powiedzieć o
sobie „rodzice”. W kategoriach niebywałego zbiegu szczęśliwych okoliczności
(czas teraźniejszy i bliższy przyszły + prawo teraźniejsze) rozpatrywałabym
fakt, iż Wasza adopcyjna droga przebiegała tak, a nie inaczej. Na szczęście,
dla przyszłych matek, które zdecydują się na tę trudną decyzję, prawo nie
pozostaje ślepą literą i zmienia się dostosowując się do cywilizacji
zachodniej. Standardem będzie, tak, jak to dzieje się np. w Ameryce, że chcąc
mieć dziecko, będziecie musieli godzić się na poznanie matki swego przyszłego
dziecka, na kontakty z nią, chociażby w formie zdjęć i relacji z rozwoju.
Rzecz jasna biorąc pod uwagę opcję, że matka będzie chciała wiedzieć, co
dzieje się z jej dzieckiem. Już niedługo te chore układy zmienią się na
dobre. Czy tego chcecie, czy nie. Czy Wam się to podoba, czy nie. Nie
zatrzymacie machiny zmian. Albo będziecie mieli dziecko na naszych warunkach,
albo nie będziecie mieć dzieci wcale. Fakty pozostają faktami. I są dla Was
bardzo bolesne i traumatyczne. Dzieci adoptowane są dziećmi innych matek, są
dziećmi ze swoją wcześniejszą historią, to nie jest tabula rasa. Dzieci
adoptowane mają prawo znać swoją matkę. Poprzez sam fakt, że są dziećmi
swojej matki, poprzez sam fakt bycia człowiekiem, o czym mówi Konwencja o
Prawach Dziecka.
Edytor zaawansowany
  • leli1 29.10.04, 15:01
    hmmmmmm
    Twoje słowa jakos tak dziwnie znajomo brzmią, mimo ze nick inny. Czy to Robin, vel Kalina vel Kalina1 ?
    Nie wiem czemu to piszesz?, przeciez my doskonale wiemy ze nasze dzieci maja matki. Maja nawet dwie!
    Piszesz z wyrzutem ze dzieci powinny znac swoje matki, przeciez maja takie prawo (po ukonczeniu 18-stu lat). Jesli moje dziecko bedzie chcialo ją poznac to na dzien dzisiejszy moge powiedziec ze chetnie mu w tym pomogę.
    Naprawde nikt nie musi nam uswiadamiac faktu ze zostalismy rodzicami TYLKO dlatego ze ktos oddał swoje dziecko. WIEMY O TYM, i mysle o matce mojego dziecka i bedę jej wdzieczna do konca zycia za dar jaki dzieki niej mamy......i ONA o tym wie.
  • joanna775 29.10.04, 15:03
    Tylko czemu tyle złości?

    Jako ta która adoptowała w pełni się zgadzam, że dziecko ma prawo znać swoją
    historię i poznać swoich biologicznych rodziców, jeśli tylko wyrazi taką chęć.
    I ja swojemu synowi na pewno w tym pomogę. Zrobię też wszystko by zaszczepić mu
    szacunek, dla kobiety, która dała mu życie i pozwoliła stać się naszym
    dzieckiem.

    Ale trudno mi zaakceptować jakieś "zarozumialstwo", które przebija z Twojego
    postu, a któro opiera się na zdolności do pełnienia funkcji prokreacyjnych (no
    sorry, ale chyba o to chodzi). Jak widać to nie zawsze wystarcza by być
    rodzicem i na szczęście moje i wielu innych ludzi, nie jest warunkiem
    koniecznym.
    Skąd pewność co do zainteresowań Twojego dziecka? Czy aby rzeczywiście
    determinują je geny a nie wychowanie?

    Ogromnie cenię ten dar jakim jest mój syn (mój, bo kocham go całym sercem i
    kochałam jeszcze kiedy był nieznanym Ktosiem, tak samo jak moją biologiczną
    córkę (czasem sie zastanawiam wręcz czy nie bardziej), bo dam mu wszystko co
    najlepszego dać mogę, bo tulę go gdy płacze w nocy, pokazuję mu żółknące
    liście, pomagam stawiać pierwsze kroki i nadal będe pomagała mu odkrywać świat
    i kształtować siebie, będe mu smażyć naleśniki i piec ulubione ciasto, nauczę
    się marek samochodów, by mu je podpowiadać...to niewiele może...bo mogłabym go
    nie mieć...ale może jednak choć trochę równoważy te 9 miesięcy i z pewnością
    najtrudniejszą życiowa decyzję? Chyba też zasługuję na miano matki?

    Ty dałas życie, bagaż genów...Ja dam całą resztę...Ale chyba obu nam nie chodzi
    o licytację, tylko o to by nasze dzieci były szczęśliwe?
  • mxp4 24.01.06, 08:13
    joanna775 napisała:

    > Tylko czemu tyle złości?
    >
    > Jako ta która adoptowała w pełni się zgadzam, że dziecko ma prawo znać swoją
    > historię i poznać swoich biologicznych rodziców, jeśli tylko wyrazi taką
    chęć.
    > I ja swojemu synowi na pewno w tym pomogę. Zrobię też wszystko by zaszczepić
    mu
    >
    > szacunek, dla kobiety, która dała mu życie i pozwoliła stać się naszym
    > dzieckiem.
    >
    > Ale trudno mi zaakceptować jakieś "zarozumialstwo", które przebija z Twojego
    > postu, a któro opiera się na zdolności do pełnienia funkcji prokreacyjnych
    (no
    > sorry, ale chyba o to chodzi). Jak widać to nie zawsze wystarcza by być
    > rodzicem i na szczęście moje i wielu innych ludzi, nie jest warunkiem
    > koniecznym.
    > Skąd pewność co do zainteresowań Twojego dziecka? Czy aby rzeczywiście
    > determinują je geny a nie wychowanie?
    >
    > Ogromnie cenię ten dar jakim jest mój syn (mój, bo kocham go całym sercem i
    > kochałam jeszcze kiedy był nieznanym Ktosiem, tak samo jak moją biologiczną
    > córkę (czasem sie zastanawiam wręcz czy nie bardziej), bo dam mu wszystko co
    > najlepszego dać mogę, bo tulę go gdy płacze w nocy, pokazuję mu żółknące
    > liście, pomagam stawiać pierwsze kroki i nadal będe pomagała mu odkrywać
    świat
    > i kształtować siebie, będe mu smażyć naleśniki i piec ulubione ciasto, nauczę
    > się marek samochodów, by mu je podpowiadać...to niewiele może...bo mogłabym
    go
    > nie mieć...ale może jednak choć trochę równoważy te 9 miesięcy i z pewnością
    > najtrudniejszą życiowa decyzję? Chyba też zasługuję na miano matki?
    >
    > Ty dałas życie, bagaż genów...Ja dam całą resztę...Ale chyba obu nam nie
    chodzi
    >
    > o licytację, tylko o to by nasze dzieci były szczęśliwe?


    JJESTES WSPANIALA! Wy Mamy adopcyjne jestescie o wiele wiecej warte od kobiet
    ktore urodzily dzieci i poszukaly pretekstu by je od siebie odsunac. Nie
    drgnelo im serce. Dzielicie sie z dziecmi wszystkim sercem, miloscia, domem ,
    pieniedzmi WSZYSTKIM. Jestescie Niezwyklei macie to zapisane w Niebie.
    Ja wyczulam w poscie autorki watku rozpacz. Moze teraz zaluje, ze oddala,
    zazdrosci colera ja wie co czuje ale przepadlo trzeba bylo pomyslec przed a nie
    po i nie ranic teraz niewinnych szlachetnych Ludzi
  • kasiapfk 29.10.04, 17:18
    Brawo, brawo, brawo. Gratuluję samopoczucia. I współczuję. Myślę, że naprawdę
    trudne chwile przed Tobą. I jak rozumiem chodzi tylko o to by adopcyjni za
    bardzo nie byli zadowoleni z siebie i nie "zgarnęli" dziecka tylko dla siebie.
    Bo przeciaż ono ma drugą wspaniała mamusię. Która byc może chwilowo zrobiła
    łaskę adopcyjnym i oddała dziecko. No tak, tym adopcyjnym, którzy w inny sposób
    nie mogliby zostać rodzicami. A jak się jej odwidzi, zapewne wejdzie bez
    pardonu w nową rodzinę i będzie dyktować swoje warunki.
    W takim razie mnie też matka mojego drugiegi synka zrobiła łaskę? Hmmm dziwna
    sprawa. bo ja nie muszę sobie i innym udowadniać jaką to dobrą jestem matką dla
    CZYJEGOŚ dziecka. Po pierwsze bo ono jest jednak MOJE i nie tylko w sensie
    prawnym ale i najważniejszym-emocjonalnym. Owszem genetycznie nie. Tylko
    genetycznie. A po drugie. Cóż, taki wypadek, pierwszego synka urodziłam. Zatem
    jestem też matką genetyczną. I jakoś nie czuję różnicy. Przypuszczam jednak, że
    mogę być emocjonalnie i intelektualnie ograniczona i różnicy nie zauważać.
    Fenomen obronny (oooooo).
    Co do warunków... hmmmm jak na razie z doświadczenia wiem, że warunki to
    dyktują: ośrodek oadopcyjny i dzieci. A moje uczucie do dzieci i zdrowy
    rozsądek porządkuą życie.
    Wyjaśnienie: NIE - NIE jesteś matką w pełni tego słowa znaczenia. Jesteś
    kobieta, która urodziła dziecko. Tylko i AŻ tyle. Nikt tego faktu nie neguje.
    Kolor oczu i zamiłowanie do czegoś tam może równie dobrze odziedziczyć po
    dziadku tatusia genetycznego smile
    I proszę nie piszcie, że to Robin, Kalina, Mariola, Maryla itp. Robin kocha
    przede wszystkim swoje dziecko. Ta, która to napisała raczej ma problem.
    A, zapomniałabym dodać. Kobieta, która urodziła mojego synka JEST matką. Ale to
    zupełnie inna historia. Będę ją zawsze wspierać modlitwą i dziękuję za listy,
    które od niej dostaliśmy. My i mały.
    całooski
  • ewa2000 29.10.04, 21:23
    Nie jest to takie jednoznaczne i proste. Sama nie mam takich problemów, bowiem
    jestem matką biologiczną. Kilkanaście lat temu moja znajoma adoptowała dziecko.
    Wszystko było ok , problemy zaczęły się gdy dziewczynka poznała swoich
    biologicznych rodziców. Ludzie z tzw. elementu, nieciekawi, byli dla niej
    istotnijsi niż adopcyjni rodzice. W efekcie najwięcej straciła ona sama. Miała
    szansę na naukę, normalny dom , dobre warunki finansowe- wybrała picie z
    menelami.
    Generalnie jestem przeciwna niedopowiedzeniom, ale w tym wypadku zrobiło to
    więcej złego niż dobrego.
  • verdana 29.10.04, 21:56
    Czegos tu nie rozumiem. Czy sugerujesz, ze zaszłas w ciążę i urodziłaś swoje
    dziecko po to, zeby jakimś nieznanym ludziom szrobić prezent? No, to
    przyjmijmy, ze na Twoich warunkach ludzie tego prezentu nie chcą. Więc co
    zrobisz? Na dziecku ci nie zalezy, bo je oddałaś nie wiadomo komu - moze je
    teraz biją i głodzą? Jesli nikt nie przygarnie dziecka na warunkach
    przedstawionych przez Ciebie spędzi życie w Domu Dziecka - czy wtedy uznasz, ze
    to prezent dla państwa?
    Moze jesteś i matką - ale na pewno bardzo niedobrą. Bo nawet po oddaniu dziecka
    roscisz sobie prawo do jego zycia. Jesli oddasz jakąś rzecz - dziecko, anochód,
    apaszkę - yo już do ciebie nie należy. Nie możesz się domagać zwrotu,
    obejrzenia, ponoszenia. Koniec. Straciłaś je.
  • lenka70 29.10.04, 23:37
    im_peria napisała:

    > Jestem matką.
    (...) Już niedługo te chore układy zmienią się na
    > dobre. Czy tego chcecie, czy nie. Czy Wam się to podoba, czy nie. Nie
    > zatrzymacie machiny zmian. Albo będziecie mieli dziecko na naszych warunkach,
    > albo nie będziecie mieć dzieci wcale.


    Brzmi to bardzo groźnie. Może powinniśmy sie bać?
  • kalina1 30.10.04, 09:16
    Witaj im_peria ...jeśli możesz zajżyj do nas matek biolog na forum
    www.epomoc.pl jest kącik dla nas ....możesz pisać na priw ....
  • zosiulka 30.10.04, 21:50
    Jedynie mi Ciebie żal... Musi być Ci bardzo trudno, ale atakowanie rodziców
    adopcyjnych chyba jednak nie pomoże. To nie są złodzieje dzieci, ale ludzie,
    którzy chcą i potrafia kochać dzieci, z którymi nie wiążą ich geny. Jaka jest
    inna alternatywa dla tych dzieci? Może Dom Dziecka..? Zresztą nie o to chodzi.
    Współczuję Ci i proponuję dobrego psychoterapeutę.
  • marrrta26 01.11.04, 14:05
    Mysle,ze nadchodza chwile,kiedy zalujesz,ze oddalas dziecko do adopcji.Czujesz
    pustke,zal i zazdrosc,ze ma je ktos inny.To byl twoj wybor,za ktory cie nie
    potepiam,ale nie jestes matka.Mialas szanse byc matka,dostalas od zycia
    najpiekniejszy dar,moglas urodzic dziecko.Gdyby nie twoja decyzja byloby ono z
    toba,bylabys prawdziwa mama.Bo prawdziwa mama jest ta,ktora bezwarunkowo
    kocha,wychowuje,spedza kazdy dzien,daje siebie,stwarza dziecku dom.Piszesz,ze
    chory uklad sie zmieni....,ale znowu myslisz o sobie,a nie o dziecku.Myslisz,ze
    dla dziecka to jest dobre,zeby mial kontakt z jedna i druga mama?Pomyslalas o
    psychice i emocjach dziecka,czy tylko o swoich potrzebach .Sama jestem mama,mam
    coreczke,od pierwszej chwili czulam jak bardzo ja kocham i od razu stala sie
    najwazniejsza!Nie wyobrazam sobie,zeby oddac swoje dziecko.To
    niesprawiedliwe,ze kazde urodzone dziecko nie jest otoczone miloscia przez
    swoja mame.Ale na szczescie sa kobiety,ktore,choc nie urodzily,potrafia
    kochac ,byc prawdziwymi matkami.
  • kalina1 02.11.04, 10:23
    marrrta 26 ..dlaczego jesteś taka pewna że matki ktore urodzą dziecko i oddają,
    nie kochają dziecka ?
    Piszesz że to niedobre żeby dziecko miało kontakt z jedną i drugą mamą ,a czy
    jesteś pewna że to nie jest lepsze dla dziecka ...przynajmniej tam gdzie taka
    możliwość istnieje ....jeszcze wczoraj w drodze z cmentarza ,kuzynka wspominała
    jak zawoziła swoje adoptowane dziecko do rodziny biolog [już dorosłe ma swoje
    dzieci]i nikomu to nie zaszkodziło że miał dwie mamy, i może ta otwartość na
    przeszłość dziecka sprawiła że jest tak bardzo związany z rodzicami
    adopcyjnymi,a tą adopcję miałam okazje obserwować od początku ....ostatnio
    częśto rozmawiam z matkami biolog ,ale też z adoptowanymi dziećmi już
    dorosłymi, bo szkoda że dla dorosłych adoptowanych dzieci nie organizuje sie
    warsztatow[ tu rola dla ośrodkow] tak samo jak dla rodzicow biolog ,może wtedy
    byłoby nam łatwiej zrozumieć czego oczekują dzieci i co jest dla nich
    dobre ....i nie myślmy co jest dobre dla nas rodzicow jednych i drugich , ale
    raczej kierujmy sie dobrem dzieci i starajmy sie siebie na wzajem
    zrozumieć ...bo tak krotko jesteśmy na tej ziemi że każda minuta bez miłości i
    zrozumienia drugiego człowieka to nasz stracony czas...
  • maja45 02.11.04, 13:43
    Kalino, ale w normalnych rodzinach dziecko nie ma 2 mamus i 2 tatusiów, a
    adopcja jak dla mnie ma być i dla rodziców i dla dziecka szansa na normalne
    zycie.
    Pozdrawiam.
    Marta
  • kasiapfk 02.11.04, 13:47
    Kalino, nie uważam by systematyczne kontakty z mamą biologiczną mojego syna
    były czymś dobrym i normalnym w przypadku adopcji (nie dotyczy to r.z.). Tak
    jest, że dziecko ma jedną wychowującą mamę. I jako taka nie chcę by jego mama
    biol miała jakikolwiek wpłw na jego wychowanie. Nie mam nic przeciwko aby jako
    dorosły i dojrzały człowiek kontaktował się ze swoją biol. rodziną. Sama mu w
    tym pomogę. Czuję taką potrzebę jako matka biol. Wyobrażam sobie co m.b mojego
    synka moze czuć nie widząc go na co dzień. Bo informacje jak się rozwija, jaki
    jest, ba zdjęcia o trzymuje od nas za pośrednictwem OAO.
    Wiem, że musi budować swoją tożsamość, przechodzić będzie okres burzy i naporu.
    I ja w tym mu pomogę. Ale wybacz, przy całrj sympatii do m.b. i przede
    wszystkim braniu pd uwagę uczuć mojego dziecka. Nie chcę by jego dzieciństwo
    różniło się od dzieciństwia dzieci w r.b.
  • kalina1 02.11.04, 14:16
    Kasiu..... wiesz że to co robisz wysyłając matce biolog wiadomosci i
    zdjecia ...to marzenie wielu matek ,ja nie pisałam że to jedyny słuszny wybor
    żeby rodziny utrzymywały ze sobą kontakty ,chciałam pokazać że takie adopcje
    są też ,a w tym przypadku, ktory ja znam dziecku napewno to nie zaszkodziło , a
    to że rodziny sie kontaktowały to był wybor rodzicow adopcyjnych ...chciałam
    pokazac ze nie ma jednej recepty jak bedzie najlepiej ......
  • kasiapfk 02.11.04, 18:48
    Kalino... i za TĘ otwartość na wielość rozwiązań BARDZO CI DZIĘKUJĘ! smile))
  • im_peria 17.11.04, 20:35
    Czy na pewno wiecie, że nasze dzieci mają rodziców biologicznych? Co to
    znaczy „wiedzieć”? Moim zdaniem macie w olbrzymiej większości zaburzoną funkcję
    poznawczą oraz wypaczoną percepcję. Czy „wiedzieć” to znaczy przyjąć do
    wiadomości i wyprzeć ze świadomości? Udawać, że dziecko jest „nasze”? Czy
    wiedzieć oznacza żyć każdego dnia z realną i niezmienną wiedzą, iż dziecko nie
    jest tak do końca nasze? Że nie jest „nasze” holistycznie?
    Nie pomniejszałabym wartości (tak spejoratyzowanych tu) zdolności
    prokreacyjnych. Zdolności te są warunek sine qua non szczęścia i spełnienia
    kobiety. Adopcja jest zastępstwem. Adopcja jest erzacem. Dowód? Proszę bardzo.
    Czy adoptujecie dzieci dlatego, że chcecie, zawsze chcieliście, mieć dziecko w
    ten sposób? Nie, prawda? Wyjątki tylko potwierdzają regułę. Tak, świadomie
    posługuję się rozumowaniem uproszczonym i nie wychodzę poza ramy pewnego
    schematu. Tak więc nie mając potrzeby wychowywania cudzego dziecka, z często
    zupełnie niekoherentym genotypem, wychowujecie je jednak. Mając do wyboru: mieć
    dziecko adoptowane lub nie mieć go wcale, wybieracie aurea miediocritas.
    Adoptujecie dziecko godząc się w akcie desperacji na inną drogę do
    wychowawstwa. Albo adopcja albo bezdzietność. Nie jest to Wasz wybór, adopcja
    nie jest przejawem Waszej wolnej woli. Adopcja jest w finalnym aspekcie
    krzykiem rozdartego serca.
    Udowodniono, że geny mają decydujący wpływ na to, kim jesteśmy, jacy jesteśmy,
    czy lubimy ser brie, czy ementaler, jakim potencjałem intelektualnym
    dysponujemy. Nie wychowacie geniusza z dziecka, których rodzice szczycili się
    ilorazem na poziomie dziecka opóźnionego. Choćbyście sami będąc osobami o
    wybitnej inteligencji wkładali w ten proces wiele wysiłku i nakładów
    finansowych. Chyba wszyscy się z tym zgodzimy.
    Jestem matką. Jestem i będę do końca mych dni. Dowodem na to jest sam fakt
    istnienia mojego dziecka. Dowodem na to jest moja blizna po zszywaniu krocza. I
    kilka rozstępów na brzuchu. Kim Wy, ludzie adoptujący dziecko, jesteście?
    Wychowawcami. Tylko tyle i az tyle. Waszą rolą jest wychowanie nie swojego
    genetycznie, mentalnie, intelektualnie i historycznie dziecka i wprowadzenie go
    w jakże trudny świat dorosłości.
    Przyznajcie, że było Wam bardzo trudno na pierwszej wizycie u pediatry. Lekarz
    zapyta o przebieg porodu. O choroby w rodzinie. O obciążenia genetyczne. O
    skłonność do alergii. A tu nic. Pustka. Czarna dziura. „Moje dziecko jest
    adoptowane”. Tylko tyle potraficie cichutko, ze wstydem, z poczuciem inności i
    ułomności, wydusić, szybko ucinając ten niewygodny temat. Zadusić tę traumę w
    zarodku! O spazmy neurotyczne przyprawiają Was wszelkie pytania innych mam (w
    piaskownicy, w żłobku, w przedszkolu) o poród, karmienie piersią, uwaga, że
    dziecko nie jest podobne ani do mamy, ani do taty. „Jest podobne do ciotecznej
    babci ze strony męża”, odpowiadacie z uśmiechem. Ach! Żart! Wyparcie.
    Zepchnięcie w niebyt podświadomości. Żeby tylko z obcymi ludźmi nie rozmawiać
    na tematy niewygodne. A to Polska właśnie. Nie żyjemy w Holandii, gdzie fakt
    adopcji jest powodem do dumy. Tu, w naszej ojczyźnie, adopcyjni są
    gorsi. „Biedni! Nawet własnych dzieci mieć nie mogą!” „Ależ my mamy dzieci!”
    Wyparcie. Zaprzeczenie. Jako ratunek „Nie muszę wszystkim mówić o fakcie
    adopcji, to nasza sprawa”. To poczucie winy, ten lęk, obezwładniający. Dziecko
    pyta, Skąd się wzięło. „To nie ja cie urodziłam, zrobiła to inna pani”. Pani.
    Ta kobieta jest tylko panią. Matką jestem ja, bo to ja wychowuję moje dziecko.
    Bo matka jest tylko jedna. Prawda. Matka jest jedna. Ty jesteś wychowawczynią.
    Bo skoro ja jestem tylko „panią”.
    Dziecko dorasta. Lęk przechodzi w obsesję, fobię. Zwariuję! Jestem zazdrosna.
    Jaka ona jest? Na pewno jest młodsza. Może ładniejsza? Co zrobię, jeśli dziecko
    będzie chciało ja poznać? Jak ja to zniosę? Jeśli będą utrzymywali kontakty?
    Zazdrość mnie paralizuje, obezwładnia, odbiera mi siły witalne. Przestaję
    racjonalnie myśleć.
    Opowiem Wam pewną historię. Małżeństwo, ze względów zdrowotnych, zmuszone było
    oddać do adopcji dwoje swoich dzieci, bliźniaki. Najpierw oddali jedno, z
    nadzieją, że jednak podołają trudom wychowania chociaż jednego dziecka. Druga
    dziewczynka w tym czasie już trafiła do rodziny adopcyjnej. Niestety, po pół
    roku zmuszeni byli ze łzami w oczach oddać także drugie dziecko. Prosili bardzo
    w ośrodku o skontaktowanie się z pierwszą rodziną adopcyjną, o powiadomienie
    jej, że jest jeszcze siostra ich córki. Niestety, ludzie ci nie zgodzili się na
    adopcję drugiego dziecka. Wychowawczyni była w 3 miesiącu ciąży. Dziewczynki
    zostały rozdzielone. Minęło wiele lat. Już jako dorosłe kobiety spotkały się.
    Jak sądzicie, polepszyły się czy pogorszyły relacje pierwszej adoptowanej
    dziewczynki z wychowawcami? Nie utrzymują ze sobą kontaktów. Kobieta do tej
    pory nie wybaczyła im rozłąki z biologiczną siostrą. Obie kobiety poznały swoją
    matkę. Wszystkie trzy bardzo się kochają, wspierają, trzymają się razem. Są
    rodziną.
    Odniosę się jeszcze do mojej historii. Tak się składa, dla mnie szczęśliwie, że
    w ośrodku, który zajmował się procedurą adopcyjną mojego dziecka pracuje moja
    przyjaciółka. To, co robi, jest wprawdzie nielegalne, ale nie interesuje mnie
    to. Otrzymałam od niej szczegółowe informacje o rodzinie adopcyjnej. Wiem o
    nich bardzo dużo. Nie znam adresu. Rodzina ta uczestniczy systematycznie w
    meetingach dla rodziców adopcyjnych. Przyjeżdżają z moim dzieckiem.
    Przyjaciółka dostarcza mi co najmniej raz w roku najnowsze info wraz ze
    zdjęciami mojej córki. Znam siebie. Znam mojego byłego partnera. I wiem, że
    moje dziecko mnie odnajdzie. Po prostu to wiem. Tak czuję. Nie straciłam jej na
    zawsze. Straciłam ją na chwilę.
  • mama-talki 17.11.04, 21:09
    Po Twoim poscie widac jak traumatycznym przezyciem jest oddanie wlasnego
    dziecka. Wyrzuty sumienia Cie zzeraja. To smutne. Musisz jednak pamietac, ze
    kazde dziecko ( a pozniej dorosly) nie jest niczyja wlasnaoscia - ani rodzicow
    biologicznych, ani adopcyjnych. Twoje dziecko teraz jest dzieckiem swoich
    rodzicow adopcyjnych. Prawnie i emocjonalnie. Wspaniale,gdy po Tobie
    odziedziczy inteligencje, bo tego Ci nie brakuje. Wspaniale, gdy jak dorosnie
    bedziecie mieli dobre kontakty. Tylko sie cieszyc. Milosc to dobre uczucie -
    starczy dla wszystkich. Zycze Twojemu dziecku,zeby mialo super kontakt i z Toba
    i z adopcyjnymi. Nie umniejszaj ich roli - to oni maja teraz duzy wplyw na
    wychowanie. I pragneli zajac sie Twoim dzieckiem - dla nich genetycznie obcym.
    Pokochali go. Dali dom. Chyba lepsze to niz dom dziecka? Rodzice adopcyjni sa
    rodzicami z wyboru. Ty nie wychowujesz swojego dziecka tez z wyboru. I to nie
    jest chwilka, tylko cale dziecinstwo!!!!!!!!!!!!!!!!! I jeszcze opluwasz
    adopcyjnych............. A podjecie przez Ciebie tego watku jest obrazem Twoich
    lekow i Twojej zazdrosci. I jakiejs takiej nienawisci do tych,ktorzy wlasnie
    dla Twojego dyiecka robia tak wiele. Przemysl to!!!!!!!!!!
  • adaneto 17.11.04, 21:52
    Wiesz im_peria, żal mi ciebie, musi ci być strasznie trudno żyć ze
    świadomością, że twoje dziecko nie do ciebie przytula się, nie ty leczysz
    pocałunkiem jego "ała" nie ty widziałaś jego pierwsze kroki, wszystkie chwile
    wspaniałego rozwoju dziecka są poza tobą. Jestem mamą adopcyjną i wcale się
    tego nie wsytydzę. Na pytania odpowiadam chętnie, uważam, że dzieki mojej
    postawie adopcja w moim środowisku jest czymś normalnym. Nie możemy mieć
    potomstwa, ale adopcja nie była dla nas krzykiem rozpaczy. Rozmawialiśmy o
    takiej drodze rodzicielstwa zanim zaczęliśmy próby poczęcia dziecka
    biologicznego. Potrafię rozmawiać z innymi mamami o ich porodzie czy karmieniu
    piersią i nie wymyślam, żadnych historii tylko odpowiadam, że ja tego nie
    przechodziłam, bo mój synek jest adoptowany i nie czuję się gorsza. To naprawdę
    nic strasznego. Polska to nie taki bardzo zaściankowy kraj, gdzie wszyscy
    obawiają się, aby tylko nie wydało się, że dziecko jest adoptowane. Boimy się
    tego co nieznane, dzięki otwartości rodziców adopcyjnych temat przestaje być
    tabu. Nie mam lęków typu jak dorośnie to odejdzie i mnie zostawi, które dziecko
    nie odchodzi od swoich rodziców i nie zakłada swojej rodziny, bardzo
    nieliczne.
    Mam nadzieję, że uda ci się kiedyś znaleźć spokój i spojrzysz na nas rodziców
    adopcyjnych z odrobinę większym zrozumieniem i szacunkiem, my nie odebraliśmy
    wam dzieci, a tylko przyjęliśmy do swoich domów i serc, te które zostały
    opuszczone.
  • joanna775 17.11.04, 22:10
    adaneto napisała:
    my nie odebraliśmy
    > wam dzieci, a tylko przyjęliśmy do swoich domów i serc, te które zostały
    > opuszczone.

    Święte słowa.
    Może rzeczywiście świat nie wygląda dziś tak starsznie jak Ci się wydaje? Ja
    też nie mam oporów przed "chwaleniem się", że mój synek jest adoptowany...o
    dziwo w moim otoczeniu nie jest to powód do wstydu raczej do dumy.

    I wiesz co, każdego dnia myślę o jego biologicznej matce...i starsznie mi jej
    żal, bo to ja sie nim cieszę każdego dnia, a nie ona. Nie zparzeczam temu, że
    wszystko co ma, zawdziezca komuś innemu, ale to tylko jak naczynie, którego
    wypełnieniem zajmiemy się w dużej mierze my, jego adopcyjni rodzice.

    I jeszcze coś...inteligencja, posiadanie solidnego wykształcenia nie wystarczą
    do stawania ponad innymi...I jak widać na Twoim przykładzie niczego nie
    gwarantują dziecku...Może jednak przestaniesz nas traktować jak drugorzędnych?
  • kasiapfk 18.11.04, 19:32
    PRą państwa, ja bardzo proszę o dokładne przeczytanie regulaminu forum. Jest
    tam coś o nie daniu się rpowokacjomsmile - to tak OT.
    całooski
  • asik69 19.11.04, 19:49
    ...bo jeżeli wierzysz w to, co piszesz, to potrzebujesz psychiatry. Plinie!

    I jeszcze coś: może twoja córka się kiedyś z toba skontaktuje. Przypuszczam jednak, że szybko zerwie te kontakty... I słusznie. Lecz się, dziewczyno! Głupio pokierowałaś swoim zyciem... I teraz tego żalujesz. Ale nie cofniesz czasu.
  • edytajankowska 20.11.04, 00:32
    COZ TY MASZ CORKE NA ZDJECIU ALE FAJNIE!SZKODA ZE WCZESNIEJ TEGO NIE DOCZYTALAM BO WIESZ JUZ JEST POZNO I IDE SIE PRZYTULIC DO MOICH DWOCH COREK I DWOCH SYNOW ALE COZ TY MOZESZ O TYM WIEDZIEC ILE LAT JESZCZE MUSISZ CZEKAC MATKO ZEBY DOTKNAC SWEJ CORKI O ILE KIEDYS CI NA TO POZWOLI!MOZNA BY WIELE NAPISAC ALE TY NIE JESTES TEGO WARTA ALE CIEKAWI MNIE JEDNO CZY TY PRZYZNALAS SIE RODZINIE I ZNAJOMYM DO TEGO ZE ODDALAS DZIECKO SZCZERZE WATPIE . POWOD DO DUMY I CHWALENIA SIE MY MAMY NAPEWNO!A O KARMIENIU PIERSIA NIE DO CZYTALAS BO TO TEZ SIE DA A ROZSTEPY PO CIAZY NIGDY NIE BYLY POWODEM DO DUMY I JA TAKICH NIE MAM PAPA
  • dzul1 25.11.04, 08:02
    Dziewczyno, co ty wygadujesz? Z twoich postow, pelnych "naukowych" wyziera totalny egoizm. Rozumiem ze ci ciezko i ze decyzja o oddaniu wlasnego dziecka zawazyla na calym twoim zyciu. Niestety w tej chwili powinnas sobie zdawac sprawe, ze owa decyzja jest nieodwracalna, a jezeli nawiazesz kontakt ze swoja corka, sprawisz, ze zawali jej sie swiat. Jak sobie wyobrazasz te relacje? Dzien dobry Aniu, to ja Twoja Mamusia, co prawda nie chcialam cie wczesniej bo ... ale teraz chetnie zabiore cie na wernisaz, przeciez jestes rownie madra jak ja (ach te geny), po czym wrocisz grzecznie do domku swoich wychowawcow, ktorzy maja wobec cie OBOWIAZKI. A czy oni cie przypadkiem nie bija? I krzywdy ci nie robia? Buhahaa. Co za bzdury.
    Mama biologiczna.
  • ewa2000 25.11.04, 14:25
    Wizyta u pediatry: matka, która adoptowala dziecko po prostu informuje o tej
    formie rodzicielstwa. Inne istotne informacje znajdują sie w książeczce zdrowia
    dziecka. Bardzo wiele matek, które same urodziły nie karmią piersią, bo nie
    chcą, bo nie mogą, bo ..... tysiac powodów.
  • sandra55 27.01.05, 08:59
    dla mnie nie jesteś żadną matką - jesteś kobietą, która urodziła dziecko i nic
    poza tym. Rodzice adopcyjni są wszystkim dla dziecka. Zapewniają mu wszystko,
    spędzają z nim czas, dobre i gorsze chwile, jedzą z nim śniadanka, odprowadzają
    do szkoły/przedszkola, bawią się z nim, jeżdżą na wakacje, uczestniczą w
    dalszym życiu dorosłym dziecka, uczą życia, kochają je i dają mu wszystko.
    Jestem przekonana, że być rodzicem adopcyjnym w Polsce to nie jest , jak
    piszesz wstyd, dla mnie to jest DUMA.
    W większości Twoje stwierdzenia są jakieś dziwne i niejasne - co znaczy Twoje
    stwierdzenie "Adopcja jest w finalnym aspekcie krzykiem rozdartego serca" -
    Adopcja jest dla dziecka mozliwością normalnego, pełnego miłości życia.
    Nie wiem dlaczego jesteś tak bardzo przekonana, że Twoja córka będzie chciała
    utrzymywać z Tobą kontakt, może wcale tak nie będzie, myślę ,że to Ona sama o
    tym zdecyduje, Ty nie będziesz miała za wiele do powiedzenia w tej kwestii.
  • malagonia6 11.04.05, 21:40
    Co z ciebie za matka?! Podglądasz swoje dziecko z ukrycia?! Jeśli wybrałaś taki
    sposób bycia rodzicem, to przynajmniej pozostaw swoje wywody filozoficzne na
    rozprawę naukową i wrzuć ją głęboko do szuflady. A jeśli jedynym efektem
    twojego macierzyństwa jest szef w kroczu i rozstępy na brzuchu.... hm... to
    może nie warto było o tym pisać, bo w obliczu tych wszystkich mądrych słów,
    którymi okrasiłaś swoje bycie matką, brzmi to co najmniej głupio.
  • k.kasia1 12.04.05, 11:10
    Kobieto, nawet nie wiesz jak bardzo krzywdzisz wiele osób swoimi
    wypowiedziami!!!! To chyba był ostatni list jaki przeczytałam na tym forum, w
    ogóle. czy to moja win, że rak zabrał mi możliwość urodzenia dziecka?? Czy wiesz
    ile miesięcy walczyłam żeby nie mysleć o sobie w sposób jaki ty to opisałaś??
    jakie masz prawo żeby wypowiadzać się w tak bezduszny i okrutny sposób o
    ludziach, którzy każdego dnia przezwyciężają własne uprzedzenia, wątpliwości,
    lęki i KOCHAJĄ dzieci, krótym nie dali życia, bo NIE MOGLI!!! W czym ty jesteś
    lepsza?? to nie twoja zasługa, ze możesz dać życie, nie starałaś się o to, nie
    walczyłaś. Jak śmiesz obrażać ludzi, którzy zapewnią byt, wykształcenie, a
    przede wszystkim MIŁOŚĆ twoim "genom"??
    Nie jesteś matką, żadna MATKA nie miałaby w sobie tyle pogardy do innych MATEK.
    Bo MATKA to ta, która kocha, urodzić moze pierwszza lepsza suka, ale KOCHA tylko
    MATKA. Nie pozdrawiam cię, bo na to nie zasługujesz.
  • reynevan_a 12.05.05, 15:57
    Współczuję Ci, jesteś pełna bólu, twoja decyzja o oddaniu dziecka do adopcji
    była chyba bardzo nieprzemyślana. Do dzisiaj nie umiesz się z tym pogodzić,
    więc dlaczego nie zatrzymałaś dziecka przy sobie? Co Cię zmusiło do tego, by
    dziecko oddać?
    Cały twój wywód na temat adopcji ma na celu udowodnienie samej sobie, że
    dziecko pomimo wszystko jest twoje, samą siebie przekonujesz, że tak właśnie
    jest, a najboleśniejsze dla ciebie zdaje się być to, że w głębi serca czujesz,
    że jest inaczej. Współczuję Ci bardzo.
    Nie masz do końca racji z tymi podobieństwami dziecka do rodziców, czasami
    dziecko podobne jest do pradziadka ze strony męża smile, dla większości z nas
    człowieka najzupełniej obcego...
  • mxp4 24.01.06, 08:30
    Jestes podlym czlowiekiem i dobrze ci, ze masz sytuacje jako masz. Myslalas,
    ze dziecko mozna oddac bezkarnie jak psiaka?! O, nie bedziesz cierpiala do
    konca zycia. Nigdy nie pozbedziesz sie wyrzutow sumienia i dobrze ci tak
    zapracowalas na to i pracujesz dalej.
  • mxp4 24.01.06, 08:34
    do im-peria

    Jestes ku.. jakich malo!
  • mxp4 24.01.06, 08:41
    Jak ty moglas oddac dziecko?! Jak moglas spojrzec ostatni raz na to malenstwo i
    odejsc w sina dal. Jak moglas spojrzec temu dziecka i... jak spojrzysz kiedys.
    Choc ciebie do dziecka nigdy nie powinni dopuscic zbyt jestes toksyczna.
    Rozjasnie ci we lbie ja nie jestem mama adopcyjna mam biologiczna juz dorosla
    corke ktora jest wspaniala. Ty nigdy nie poznasz szczescia macierzynstwa /mam
    nadzieje ze juz nie bedziesz miala wiecej dzieci bo na mame sie nie nadajesz.
  • edytajankowska 20.11.04, 00:00
    Niestety ale ty matka na pewno nie jestes bo czy to ty karmilas dziecko ktore nie jestes wstanie nazwac corka czy synem nie?!Ty je zostawilas w szpitalu nie majac pewnosci gdzie trafi!Nie masz pewnosci czy nie spi teraz gdzies w domu dziecka samotne i myslac ze ktos je adoptowal zabijasz wyrzuty sumienia wykrzykujac jacy z nas sa rodzice na papierze!Zamiast pisac o tym jaki kolor wlosow bedzie mialo dziecko ktore porzucilas twierdzac/nie moge wychowac swojego dziecka/poczytaj o genetyce.Zastanow sie tez nad tym czy wazne jest to czy bedzie kochal muzyke czy to jak odbierze ciebie jezeli ktos z tych znienawidzonych ludzi da ci szanse!I nie mysl sobie ze jestes kims lepszym od ludzi ktorzy adoptuja dzieci bo tak nie jest.Ja urodzilam dwoje i dwoje adoptowalam dlatego ze nie ma nic piekniejszego niz patrzenie jak dorastaja jak mowia pierwsze slowa mama tata jak sie przytulaja z ufnoscia kiedy zasypiaja ale coz to znaczy dla ciebie matko ktora mialas chwile zapomnienia!dla ciebie lepiej bedzie jak zajmiesz sie lepiej zamilowaniem do nauki jezykow obcych.Dziekuj rodzicom ktorzy teraz przytulaja dziecko ktore porzucilas zamiast interpretowac zmiany prawa.Moje drugi dziecko adoptowalam bo sie okazalo ze pseudomama zaszalala drugi raz i tez nie mogla jak ty czy tez nie chciala jak ty go wychowac wiec ja mam teraz czworke a ona z pieciu nie ma zadnego.I prosze nie nazywaj sie wiecej matka skoro nia nie jestes bo gdzie jest twoje dziecko!?nie jest sztuka urodzenie i porzucenie dziecka .Poczytaj troche jeszcze to bedziesz wiedziala co w zyciu diecka a potem czlowieka jest najwazniejsze-MILOSC BEZPIECZENSTWO to dopiero poczatek ale coz ty mozesz o tym wiedzie!I JAKA JEST Z CIEBIE MATKA>
  • im_peria 20.11.04, 15:58
    Nie wysnułam tezy, że dziecko jest moją własnością.
    Na jakiej podstawie oceniacie mnie tak jednoznacznie pejoratywnie, nie mając
    żadnych przesłanek ku temu? Oddałam moją córkę do adopcji dlatego, ze ją bardzo
    kocham. To ja wybrałam dla niej wychowawców. Warunkiem sine qua non było
    solidne wykształcenie i dobra sytuacja materialna małżeństwa gotowego przyjąć
    moją córkę do siebie. Tak też się stało. Dziewczynka trafiła do tych państwa
    tydzień po urodzeniu. Przez te siedem dni karmiłam ją i zajmowałam się nią
    najlepiej jak mogłam. W szpitalu. Nie porzuciłam mojego dziecka. Nie oddałam
    jej. Zapewniłam jej godne życie i najlepszy start w dorosłość, jaki był w mojej
    mocy. Kochać, to chcieć dobra osoby, którą się kocha. Kosztem siebie. Kosztem
    rozłąki.
    Pokochałam z całych sił moją córeczkę od momentu, kiedy uświadomiłam sobie, że
    jest. Nie była to łatwa ciąża. Przez pół roku leżałam w łóżku. Piszę o tym nie
    dlatego, aby oczekiwac wdzięczności. Nie można oczekiwac wdzięczności za coś,
    co jest nierozerwalnie związane z macierzyństwem,, tak jak nie należy
    spodziewać się wdzięczności za nieprzespane noce, opiekę w zdrowiu i chorobie,
    wywiadówki i uporanie się z problemami wychowawczymi dziecka. Jest to istota
    rodzicielstwa lub w tym przypadku wychowawstwa. Czyż można domagać się
    wdzięczności za to, ze kocha się swoje dziecko? Spełnianie obowiązków nie może
    być powodem do dumy.
    Wychowawcy adopcyjni są tacy dobrzy. Kwintesencja dobroci i miłości. Czyzby?
    Gdyby tak było, wiedzac, ze dziecko nie jest owocem przypadkowego stosunku
    narkomanki i kryminalisty, lecz dziewczyny, która z miłości do dziecka nie może
    go wychowywac, która nie pochodzi z patologicznej rodziny, zabranialiby
    (kochając wychowywane przez siebie dziecko) kontaktów matki z dzieckiem? Nie,
    prawda? Gdyby dziecko było faktycznie kochane, pozwoliliby mu dorastac w
    swiadomosci, ze nie jest niechciane i porzucone, ze nie było problemem dla nie-
    wiadomo-kogo, lecz jego biologiczna matka kocha je, interesuje się nim (matka w
    tej sytuacji nazywana bylaby np. ciocią), prawda? Rodzi się zatem pytanie: dla
    kogo jest lepiej nie znac matki biologicznej? Tylko dla adopcyjnych! Dziecko
    dorasta w przerażającej świadomości, ze jest porzucone, nie wie, skad pochodzi,
    nie wie, kim jest. Targaja nim obawy, ze oddala go kobieta z marginesu
    społecznego, ergo: nie warto jej odnajdywac. Rzecz jasna, są takie sytuacje i
    ja sama, gdy bylabym wychowawczynia adoptowanego dziecka, nie pozwoliłabym
    kategorycznie na żadne kontakty. Coz jednak począć z całkowicie odmienna
    sytuacją? Gdy matka jest kobieta wyksztalcona, założyła rodzine i spodziewa się
    dziecka, przyrodniej siostry dziecka oddanego do adopcji?
    Kolejny dowod na to, czyje dobro jest wartością nadrzedna. Gdyby w procedurze
    adopcyjnej w Polsce dobro dziecka było faktycznie wartością nadrzedna, czy
    pozwolono by na to, aby niemowle przez kilka tygodni lub nawet miesięcy leżało
    samo, porzucone (nie przez matke, z winy ośrodków!) w pogotowiu opiekuńczym?
    Tylko dlatego, ze wychowawcy boja się zabrac do siebie kilkudniowe dziecko
    prosto ze szpitala, bo to nie ma uregulowanej sytuacji prawnej i matka może je
    odebrac? Pojawia się znowu chorobliwa obawa o to, ze ktos może im dziecko
    odebrac!!! Obawa graniczaca z obsesja zaburza zdolność właściwej oceny sytuacji
    i wybrania mniejszego zla w postaci cierpienia po ewentualnej zmianie decyzji
    matki! Z obawy przed cierpieniem wychowawcow pozwala się na kilkutygodniowe
    cierpienie dziecka!!! Dzieckiem nikt się nie interesuje. Najważniejsze są
    uczucia wychowawcow!
    Gdyby wychowawcom adopcyjnym, a szczególnie tym zamożnym, rzeczywiście chodzilo
    o dobro dziecka, podzieliliby się swoim majatkiem z matka dziecka! Wszyscy
    byliby zadowoleni: dziecko, gdyz wychowuje się z matka, matka, bo zatrzymuje
    dziecko i ma srodki na jego wychowanie, i niedoszli wychowawcy, gdyz zrobili
    dobry uczynek i pomogli dziecku wychowywac się z matka. „Uratowali” jedno Zycie
    ludzkie. A chyba o to w tym wszystkim chodzi, prawda? O dzieci? Czy się myle?
    Rzecz jasna znowu generalizuje. Są przeciez takie matki, które nawet
    otrzymawszy pomoc finansowa, nie zdecydowalyby się na wychowywanie dziecka. Nie
    chca go, nie kochaja. Wtedy droga wolna. Wychowawcy, po wyczerpaniu wszelkich
    możliwości, biora dziecko do siebie.
    Jak wspomniałam, wiem duzo o wychowawcach mojego dziecka. Oni nie wiedza o tym,
    ze ja wiem. I bardzo dobrze. Niech zyja w słodkim przeświadczeniu, ze nic o
    nich nie wiem. Dochodza mnie ostatnio niepokojące informacje. Na spotkaniach
    rodzin adopcyjnych, w których wychowawcy mojego dziecka uczestnicza, podobno
    wykazuja się zweikszona nerwowością, co pozwala wysnuc przypuszczenie, ze mogą
    stosowac kary cielesne. Ja sama jestem bardzo nerwową osobą, ojciec mojego
    dziecka również do asteników nie należy, tak wiec corka moja sprawia z
    pewnością problemy wychowawcze. Jeseli informacje te będą się powtarzac,
    przysiegam, dlatego, ze kocham moje dziecko i nie pozwole zrobic mu krzywdy,
    doniose te rodzine do prokuratury i będą odpowiadac za znecanie się na
    wychowywanym przez siebie dzieckiem.
    I kończąc. Kasiupfk. Brak Ci klasy. Wydajesz się mieć zaburzoną strukture
    osobowości. Zdecyduj się: albo wprowadzasz cos, cokolwiek, konstruktywnego do
    dyskusji, odpierasz argumenty, logicznie i bez niepotrzebnych uniesień
    emocjonalnych, albo jątrzysz nadal. To ostatnie spowoduje wygaszenie przeze
    mnie Twojego nicka.
    Zapraszam do konstruktywnej dyskusji na argumenty.


  • maja45 20.11.04, 17:04
    Zarzucasz adopcyjnym rodzicom egoizm. A czym w Twoim pojęciu jest chory pomysł,
    by dzielili się majątkiem z matką dziecka, by ta mogła wychowywać w spokoju
    swoje dziecko?
    Utopia i tyle, bo kto by chcia brnąć w taki ukąd. Jest on wygodny dlaq mamuśki,
    która najpierw nieodpowiedzialnie zmalowała sobie dzieciaka, nie nmając środków
    na jego utrzymanie, a póżniej chce żerowac na innych. Jak byłaby w tym rola
    adopcyjnych rodziców-bankomatu???A gdzie są ich uzucia???
    I dlaczego uważasz , że adopcyjne dziecko, żyje w poczuciu nizszości i
    przekonaniu, że pochodzą od patologicznej matki. Są takie niemowleta to wiedża,
    myślisz , ze adopcyjni rodzice tak przedstawiają sprawę.
    Ja nie dziwię się , że rodzice dziecka które urodziłas, zabraniają mu kontaktów
    z Tobą-on po prostu chcą zyc normalne, a proponowana przez Ciebie forma rodziny
    normalna w żaden sposób nie jest. Bo czym ta ciocia byłaby-suprvisorem, który
    sprawdza czy wszystko z dzieckiem ok i wtraca swoje trzy grosze ?
    Skoro nie odpowiadała Ci adopcja, trzeba było nie zrzekac się praw i oddac
    dziecko do domu dziecka-tam mogłabyś być dochodzacą mamusią, bez zobowiązan
    finansowych.
    Dobrze , że wszystko co proponujesz, pozostaje w sferze pobożnych życzeń. W
    inym wypadku trudno było by znalezć chętnych kandydatów na rodziców adopcyjnych.
    Marta
  • jedrekb 20.11.04, 18:00
    Wasze Dzieci

    Wasze dzieci nie są waszą własnością;
    są synami i córkami samej mocy życia.
    Jesteście ich rodzicami, ale nie stworzycielami.
    Mieszkają z wami, a mimo wszystko do Was nie należą:
    Możecie dać im swą miłość, lecz nie wasze idee
    ponieważ one mają swoje idee.
    Możecie dać dom ich ciałom,
    ale nie ich duszom, ponieważ ich dusze mieszkają w domu przyszłości,
    którego wy nie możecie odwiedzać
    nawet w waszych snach.
    Możecie wysilać się, by dotrzymać im kroku,
    ale nie żądać, by byli podobni do Was,
    ponieważ Życie się nie cofa,
    ani nie może zatrzymać się na dniu wczorajszym.
    Wy jesteście jak łuk, z którego wasze dzieci,
    jak żywe strzały, zostały wyrzucone naprzód;
    Strzelec mierzy do celu na szlaku nieskończoności
    i trzyma cięciwę napiętą całą swą mocą,
    żeby strzały mogły poszybować szybko i daleko.
    Poddajcie się z radością rękom Strzelca,
    ponieważ on kocha równą miarą i strzały, które szybują,
    i łuk, który pozostaje niewzruszony.
    Kahil Gibran
    Myślę że prawda tego wiersza dotyczy rodziców biologicznych i adopcyjnych (lub
    opiekunów jak sobie życzysz im_perio, chociaż gdy przeczytałem u Eichelbergera,
    ze jestem tylko opiekunem to się wściekłem)
    Jestem więc łukiem, dosyć przypadkowym, tak jak przypadkowe jest rodzicielstwo
    biologiczne (8 na 10 gamet nie staje się dzieckiem), chociaz gdy patrzę na mego
    adoptowanego syna to czuję jakbym go sam urodził, tak fizycznie jak to tylko
    możliwe. Rozumiem że to wyznanie może rodzić dysonans poznawczy, ale tak mam
    mimo że na pewno nie jestem kobietą.
    Większość emocji, które Wami tu miotają biorą się jak sądzę z różnych lęków,
    niepeności i poczucia winy, straty. Nie poddają się one racjonalnej kontroli,
    więc nie oczekiwałbym im_palo polemiki na argumenty. Twoje elokwentne posty też
    przecież biorą się z Twych emocji.Rozumiem Ciebie, rozumiem pozostałe
    uczestniczki tego wątku. Jest on kolejnym wywołanym przez biologicznego rodzica
    atakiem na bogu ducha winnych adopcyjnych,a przeciez winien jest system, zły
    los, albo beztroska rodziców biologicznych.
    Co do kwestii kontaktów z rodzicami biologicznymi, także uważam za niezbędne,
    by dzieci miały taką możliwość z prostego psychologicznego powodu: przychodzi
    okres dojżewania i konieczność uzyskania przez dziecko autonomicznej dorosłej
    tożsamości-jest to możliwe przez akt "odseparowania" się od swych rodziców.
    Dziecko adoptowane ma trudniej, bo musi to uczynić w relacji do adopcyjnych i
    biologicznych, choćby symbolicznie. Jeśli nie pozna tych drugich to ma kłopot,
    kosztowny kłopot, bo może wymagać psychoterapii , a i tak może się to ciagnąć
    przez całe dorosłe życie.
    Jestem ojcem, bo mój syn mówi do mnie - tato, to on czyni mnie tym kim dla
    niego jetsem. Ja wykonuję swoje powinności z miłością i wedle swej najlepszej
    woli. Ja jestem dla NIEGO,
  • jedrekb 20.11.04, 18:03
    Wasze Dzieci

    Wasze dzieci nie są waszą własnością;
    są synami i córkami samej mocy życia.
    Jesteście ich rodzicami, ale nie stworzycielami.
    Mieszkają z wami, a mimo wszystko do Was nie należą:
    Możecie dać im swą miłość, lecz nie wasze idee
    ponieważ one mają swoje idee.
    Możecie dać dom ich ciałom,
    ale nie ich duszom, ponieważ ich dusze mieszkają w domu przyszłości,
    którego wy nie możecie odwiedzać
    nawet w waszych snach.
    Możecie wysilać się, by dotrzymać im kroku,
    ale nie żądać, by byli podobni do Was,
    ponieważ Życie się nie cofa,
    ani nie może zatrzymać się na dniu wczorajszym.
    Wy jesteście jak łuk, z którego wasze dzieci,
    jak żywe strzały, zostały wyrzucone naprzód;
    Strzelec mierzy do celu na szlaku nieskończoności
    i trzyma cięciwę napiętą całą swą mocą,
    żeby strzały mogły poszybować szybko i daleko.
    Poddajcie się z radością rękom Strzelca,
    ponieważ on kocha równą miarą i strzały, które szybują,
    i łuk, który pozostaje niewzruszony.
    Kahil Gibran
    Myślę że prawda tego wiersza dotyczy rodziców biologicznych i adopcyjnych (lub
    opiekunów jak sobie życzysz im_perio, chociaż gdy przeczytałem u Eichelbergera,
    ze jestem tylko opiekunem to się wściekłem)
    Jestem więc łukiem, dosyć przypadkowym, tak jak przypadkowe jest rodzicielstwo
    biologiczne (8 na 10 gamet nie staje się dzieckiem), chociaz gdy patrzę na mego
    adoptowanego syna to czuję jakbym go sam urodził, tak fizycznie jak to tylko
    możliwe. Rozumiem że to wyznanie może rodzić dysonans poznawczy, ale tak mam
    mimo że na pewno nie jestem kobietą.
    Większość emocji, które Wami tu miotają biorą się jak sądzę z różnych lęków,
    niepeności, poczucia winy i straty. Nie poddają się one racjonalnej kontroli,
    więc nie oczekiwałbym im_palo polemiki na argumenty. Twoje elokwentne posty też
    przecież biorą się z Twych emocji.Rozumiem Ciebie, rozumiem pozostałe
    uczestniczki tego wątku. Jest on kolejnym wywołanym przez biologicznego rodzica
    atakiem na bogu ducha winnych adopcyjnych,a przeciez winien jest system, zły
    los, albo beztroska rodziców biologicznych.
    Co do kwestii kontaktów z rodzicami biologicznymi, także uważam za niezbędne,
    by dzieci miały taką możliwość z prostego psychologicznego powodu: przychodzi
    okres dojżewania i konieczność uzyskania przez dziecko autonomicznej dorosłej
    tożsamości-jest to możliwe przez akt "odseparowania" się od swych rodziców.
    Dziecko adoptowane ma trudniej, bo musi to uczynić w relacji do adopcyjnych i
    biologicznych, choćby symbolicznie. Jeśli nie pozna tych drugich to ma kłopot,
    kosztowny kłopot, bo może wymagać psychoterapii , a i tak może się to ciagnąć
    przez całe dorosłe życie.
    Jestem ojcem, bo mój syn mówi do mnie - tato, to on czyni mnie tym kim dla
    niego jetsem. Ja wykonuję swoje powinności z miłością i wedle swej najlepszej
    woli. Ja jestem dla NIEGO,a nie On dla mnie. Dla siebie mam wystarczająco dużo
    obszarów, w których się mogę spełniac i oczekiwać, że wróci do mnie to co daję.
    jędrek
  • asik69 20.11.04, 19:17
    Wklejam to samo, co w wątku "skąd te ataki", bo temat się rozmnożył wink:

    im-perio, szkoda mi ciebie...
    Upierasz się, że Rodzice adopocyjni są tylko wychowawcami. A kim ty jesteś wobec tego? Dawczynią materiału genetycznego. I tu kończy się twoja rola. Na zawsze.
    A gdy twoja "córka" skończy 18 lat... no, cóż, prawo pozwala jej na kontakt z tobą. Podkreślam: to ONA ma prawo skontaktować się z TOBĄ, a nie odwrotnie. Ty swoich praw się zrzekłaś. I choć teraz tego bardzo żałujesz, nic na to nie poradzisz.
    Może dziewczynka, która mogła być twoją córkę, rzeczywiście skontaktuje się z tobą. Ale badania pokazują, że dorosłe adoptowane dzieci niezwykle rzadko odnajdują więź z dawcami komórki jajowej (bądź z dawcami nasienia), z tymi ludźmi, którzy przed laty nie chcieli zostać ich rodzicami.

    Byłaś przy tej maleńkiej dziewczynce, którą śmiesz nazywać "córką", kiedy wyrastał jej pierwszy ząbek i w gorączce płakała trzy noce? Złapałaś ją w ramiona, kiedy postawiła swoje pierwsze kroczki? Tuliłaś ją, kiedy bała się ciemności? Wzruszałaś, kiedy mówiła pierwsze słowa? Moja Mama była wtedy ze mną! Nieważne, jakie ma geny i nieważne, jakie ja mam geny. Mama to ta osoba, której chłodną dłoń czułam na rozpalonym czole, kiedy przechodziłam anginę. Ta, która była ze mną ZAWSZE. Nie tylko przez 9 pierwszych miesięcy mojego istnienia. Rysowała dla mnie kwiatki i czytała bajki na dobranoc. Wie, jaką zupę najbardziej lubię i od czego dostaję wysypki. Wspiera mnie. Gdy mam problem, dzwoni, choć nawet nie zdążyłam jej o tym wspomnieć. To JEJ miłość zawsze czułam. I czuję. Nie dlatego, że mamy czy nie mamy wspólnych genów...
    I najważniejsze: czy to ciebie urodzona przez ciebie dzidzia nazwała MAMĄ? Nie. Ty jesteś dla niej obcą panią. I niech tak pozostanie. DLA DOBRA DZIECKA - sama tak lubisz to podkreslać... Pozwólmy dzieciom nazywać reczywistość tak, jak ją widzą.

    I na koniec coś bardzo ważnego: Żywię ogromną wdzięczność do tej pani i tego pana, którzy spłodzili moje dzieci. Wdzięczna im jestem również za to, że w odpowienim momencie podpisali zrzeczenie blankietowe. Moich dzieci nie okłamuję, one wiedzą, że są adoptowane. Gdy zechcą, pojedziemy do Ośrodka Adopcyjnego po dane dawców materiału genetycznego. I wiesz co? Nie mam żadnych obaw, że kiedyś nas zostawią. Pewnie mnóstwo kryzysów przed nami, jak przed każdą rodziną, ale kochamy się, rozumiemy, jesteśmy wobec siebie szczerzy, mamy do siebie zaufanie, mamy mnóstwo wspólnych przeżyć - zbudowaliśmy tak silną więź, że żadna dawczyni komórki jajowej jej nie przerwie.

    Więc daj sobie spokój. I daj spokój tej dziewczynce, którą wciąż z jakiegoś powodu nazywasz "córką". Zapomnij! Nie unieszczęśliwiaj jej. Bo przecież ona nigdy nie będzie się czuła twoją córką! A działania, jakie chyba zamierzasz podjąć, mogą narobić olbrzymich szkód w jej psychice. Nie bądź aż tak STRASZNĄ EGOISTKĄ. Bo przecież nie o Rodziców tej małej tu chodzi, a o nią samą.
  • kasiapfk 20.11.04, 20:48
    Rozumiem, że dygresja o zaburzonej strukturze mojej osobowości wynika z:
    1) wieloletniego doświadczenia zawodowego w określaniu takowych,
    2) przprowadzeniu rzetelnej amnalizy zachowań i treści przeze mnie
    przedstawianych,
    3) potrzebie życzliwego przekazania informacji piszącej te słowa,
    i w żaden sposób nie odnosi się do do mojego porzedniego postu "o nie daniu się
    prowokacjom.
    Po raz kolejny gratuluję.
    a normanowi też dziękowałam za trafne spostrzeżeniesmile
  • psotna 04.12.04, 23:31
    toż to rośnie nam filozof na miarę XXI wieku!
    ale do rzeczy, czy zapomniałaś dzisiaj połknąć swojej pastylki????
  • kapyl 07.12.04, 16:58
    im_peria.
    Kobieto... na twoje argumenty ręce opadają.
    Krótka piłka - jeżeli tak kochasz swoje dziecko to dlaczego je oddałaś?
    "Wybrałam dziecku wychowawców"... wiesz co? To najobrzydliwsza rzecz jaką w
    życiu słyszałam!!! Z miłości dla dziecka wybrałaś mu wychowawców, żeby
    zastąpili BIOLOGICZNEGO rodzica w trudzie wychowania, i co? Wygląda na to że za
    18 lat chcesz przyjść na gotowe?
    Zapukasz do drzwi, powiesz "cześć córko. dobrze pokierowałam twoim życiem,
    spójrz jakich wychowawców ci znalazłam, jesteś mi za to pewnie wdzięczna"
    Kurczę!!! Kobieto!!!
    Nikt nie ma patentu na idealne wychowanie dziecka - ani rodzice adopcyjni ani
    biologiczni, a kocha się tą istotę, która pojawia się w twoim życiu, to
    nieważne czy urodzoną czy adoptowaną.
    To co? Pewnie lepiej żeby dzieci leżakowały w bidulach i czekały na
    swoich "dawców genów" - "zjawią się czy nie???"
    Ja swoje dziecko chciałam oddać do adopcji, byłam sama (ojciec Bóg wie gdzie),
    nie miałam żadnych perspektyw - ani pracy ani skończonych studiów, surowych
    rodziców.
    I nie oddałam mojego dziecka (chociaż zaczęłam załatwiać już formalności), i
    teraz jesteśmy obie. Ale gdybym je oddała... cóż musiałabym się liczyć z tym,
    że mogę go nigdy już nie zobaczyć. A dla ludzi którzy by je przygarnęli
    czułabym wdzięczność a nie pogardę.
    Tak bardzo epatujesz "mądrym" słownictwem, że się chyba za nim pogubiłaś
    koleżanko... jak widać wykształcenie to nie wszystko. W całym twoim poście nie
    czuć miłości do tego dziecka, kobieta, która kocha tak nie pisze, kobieta która
    kocha, ma w sobie odrobinę pokory.
    Tu nie chodzi o wysnuwanie żadnych tez - tu chodzi o dziecko!!
    Powtarzam - jeżeli tak je kochasz, trzeba było zrobić wszystko by z tobą
    zostało!
    A rodziców adopcyjnych zostaw w spokoju!!!
  • asik69 07.12.04, 17:24
    Kapyl, dziękuję za tyle mądrych słow!
    A
  • mowawe 25.03.05, 12:15
    1) Z Twoich słów wynika, że miałaś/ masz kontakt ze srodowiskiem
    psychologów/psychiatrów , domyslam się dlaczego
    2) starannie ukrywasz uczucia pod mechanizmem obronnym jakim jest epatowanie
    językiem naukowym
    3) masz poczucie nierealnego wpływu na cos co w ogóle od Ciebie nie zależy,
    nawet Twó nick jest w tym nurcie
    4) skoro chciałaś byc ciocią dla swojego dziecka i urzymywać z nim kontakty to
    trzebya było oddać go do rodziny zastępczej, nie do adopcji
    5) insynuacje, iż rodzice adopcyjni mają dzielić się majątkiem z osobami
    porzucajacymi dziecko jest wysoce nie na miejcu, rozumiem dobroczynność, ale
    żądania Twoje rozumiem świadczą o braku środkó finansowych, cel - OPS
    6) broń nas Boże od pseudopsychologów : zwięksozna nerwoowść ma swiadczyć o
    używnaiu kar cielesnych. może siegnij jeszcze po inne poradniki i troche Ci sie
    rozjaśni,
    7) cyt " kocham dziecko i nie pozwolę zrobić mu krzywdy" - zrobiłaś mu
    największą krzywdę, oddałaś go, a o deklaracjach na co pozwolisz a na co nie
    trzebabyło myśleć troche wcześniej
    8) a ja chętnie widziałabym jak ktoś donosi na Twoją koleżnkę z ośrodka

    bez odbioru
    --
    Sygnaturka w poszukiwaniu wink
  • malagonia6 11.04.05, 21:44
    Jak mogłaś "oddać" tygodniowe dziecko do rodziców adopcyjnych? O ile wiem,
    dziecko trafiając do rodziny adopcyjnej może mieć conajmniej 6 tygodni. Takie
    są w Polsce przepisy.
  • k.kasia1 19.04.05, 15:48
    ty laska jesteś jakims cyborgie, jak boni-dydy!!
    a wyłącz sobie też mojego nika, bo mi niedobrze jak czytam takie bzdety.
    kostruktywna dyskusja?? arumentacja?? z tobą nie mozna roozmawiać
    kontruktywnie, bo nie rozumiesz jednej podstawowej rzeczy - ODDAŁAŚ SWOJE
    DZIECKO I ONO MA TERAZ NOWYCH RODZICÓW!!!Nie wychowawców, rodziców - prawnie,
    emocjonalnie i zwyczajowo. Wybija z twojej wypowiedzi postawa roszczeniowa - ja
    będę pracować, zyły sobie wyprówać, żeby jakaś lalunia mogła sobie pozwolić na
    momenty zapomnienia?? oszalałaś?? ty moze i szkoły skończyłaś, ale mądrości u
    ciebie nawet grama nie mozna się doszukać. a przede wszzystkim uczuć. ja ci
    życzę pwodzenia, ale obym nigdy nie trafiła w swoim życiu na kogoś takeigo jak
    ty. a poza tym, żałuję, ze nie wiem skąd jesteś, bo natychmiast powiadomiłabym
    odpowiednie władze o tym, co robicie razem z przyjaciółką.
  • mxp4 24.01.06, 09:00
    Jak ty bedziesz zyla bawiac i karmiac drugie dziecko, ze inna istotke oddalas
    jak psine na wychowanie, ze nigdy nie robilas kolo niej tych wszystkich rzeczy
    ktore robisz kolo tego dziecka? Przeciez to pieklo. Na ktore zaslugujesz.
  • mxp4 24.01.06, 09:05
    Ty jestes naprawde niebezpieczna wariatka. Nidgy nie powinnas miec kontaktu z
    dzieckiem ktore urodzilas i porzucilas a i drugie dziecko powinno ci byc
    odebrane.
  • im_peria 20.11.04, 22:46
    „Zmalowała sobie dzieciaka”, „chce żerowac na innych”
    Szanowna internauto, poniżej pewnego poziomu nie zwykłam schodzić. EOT
    Jędrku dziękuję za mądry i wywazony wpis.
    Poprosze o autora badan, tytuł pracy naukowej oraz nazwe uniwersytetu, którego
    pracownik naukowy przeprowadzał te wazne badania o tak zdumiewającym wyniku.
    Czy Ty Asik69 byłaś przez 9 miesięcy w ciąży? Nie wstawałaś pół roku z łóżka?
    Bałas się, że gdy wstaniesz, poronisz? Czy Ty zdajesz sobie sprawe z tego, ile
    to godzin, dni, tygodni? Nie umniejszaj z łaski swojej mojej roli. I pomyśl,
    zanim cokolwiek napiszesz. Pragne przypomnieć, ze gdyby nie ja, nie to, ze z
    miłości do mojej córki zdecydowałam się ja w ogromnych, niewyobrażalnych bolach
    urodzic, uprzednio noszac ja w swoim lonie przez 41 tygodni, wychowawcy mojego
    dziecka mogliby sobie tylko pomazyc o pelnej rodzinie. Dzieki mnie i kobietom
    oddającym swoje dzieci do adopcji. Nie czytasz moich wypowiedzi. Reagujesz
    nerwowo i emocjonalnie. Powtorze zatem: czy uwazasz, ze wychowawcom należy się
    wdzięczność za to, ze wychowuja? Za to, ze wstaja w nocy do chorego dziecka? Za
    trud włożony w ukształtowanie nowego człowieka? Bo jeśli tak uwazasz to
    powinnas zastanowic się nad soba bardzo powaznie. Nie można domagac się
    wdzięczności za to, co należy do naszych obowiązków. Nie musze dawac pieniędzy
    żebrakowi na ulicy. Daje, bo tak chce. On wyraza swą wdzięczność. I w tym
    konkretnym przypadku jest ona uzasadniona. Rodzice/ wychowawcy musza poprzez
    sam fakt bycia rodzicem/wychowawca zapenic dziecku godziwe warunki zycia,
    opiekowac się nim, wstawac w nocy itp. Gdyby tego nie czynili, zostaliby
    pozbawieni praw rodzicielskich.
    Nie wolno mi być egoistka. Wychowawca mojego dziecka owszem. Skad tak
    dychotomiczne podejście do tematu? Skad taka niesprawiedliwe i jednostronne
    podejście do tematu? „Tak jak księżyc ludzie znaja mnie tylko z jednej,
    jesiennej strony”? Zainteresowanie moją córką nie wynika z egoizmu, lecz z
    miłości do niej. Niechęć do mnie, niezezwalanie na spotykanie się z moja córką
    wynika z czystego i chorego zarazem egoizmu. Ja nie stanowie zadnego
    zagrozenia. Nie naleze do podkasty lumpenproletariackiej, nie narkotyzuje się,
    nie nadużywam alkoholu, nie jestem kryminalistka. Skad zatem owe nieuzasadnione
    obawy, ze moim celem jest zburzenie spokoju wlasnego dziecka? Jest to zawisc i
    zazdrość w najczystszej postaci. Opiekunka mojej corki jest 13 lat ode mnie
    starsza, nie jest zbyt urodziwa. Jako kobieta czuje się zagrozona. Nie dziwie
    się jej niechęci do mnie i jej reakcji. To wynika z jej kobiecej natury. Tylko
    dlaczego jej problemy emocjonalne maja odbijac się na moim dziecku? Czy kobieta
    ta boi się, ze zabiore jej meza i razem z nim będę wychowywala wlasne dziecko?
    Mam już meza i spodziewam się dziecka. Tylko ona o tym nie wie.
    I nietypowe zakończenie. Kasiupfk. Profesor wspomniany mawial „sądze, ze
    wątpię”. Cytuj dosłownie. Pani prof. dr hab. Tematem pracy doktorskiej było
    zapewne „niepozdrawianie tych wylewających pomyje”. Pisałam już. Brak Ci klasy.
    Nie czytasz ze zrozumieniem. Dokonujesz nadinterpretacji. Nigdzie nie
    napisałam, jakoby o jakości miłości do dzieci czy człowieczeństwie świadczyla
    ilość tytułów naukowych. Tak ze szanowna Kasiupfk jestes przeze mnie wygaszona.
    Nie wnosisz nic sensownego do dyskusji. Zaczepiasz mnie, jestes ordynarna i
    bezczelna. Nie kontrargumentujesz tylko w aktywnej fazie maniakalnej uciekasz
    się do wycieczek personalnych, czego tolerowac nie zamierzam. Jako Twoja
    interlokutorka domagam się, a raczej domagałam, bo to już czas przeszly
    dokonany, szacunku. Nie z racji tego, ze wymieniam posty na publicznym forum z
    Tobą, lecz poprzez fakt, iż podobnie jak Ty, jestem stroną w dyskusji. Kto Ci
    dał prawo, pani prof. dr hab. do formułowania tego typu opinii, i tu
    cytat: „nie chce na odległość stawiac diagnozy stanu psychicznego im-perii (mój
    nick to im_peria). Nie mogę i nie chce. Za malo danych”? Może przydalaby Ci się
    raczej autodiagnoza? Danych chyba masz pod dostatkiem? A może podasz mi numer
    telefonu do swojego psychiatry? Niestety, nie skorzystam, gdyz po Tobie widac,
    ze marny z niego specjalista. O odnosząc się do rozchwianej struktury Twojej
    osobowości. Wystarczy przeczytac Twoje schizofreniczne posty. Wnioski każdy
    myślący człowiek sam potrafi wyciągnąć. I jeszcze jedno. Co chcesz udowodnić
    piszac, ze masz kilka tytułów naukowych? Czyzby targaly Toba jakies kompleksy?
    Czujesz się niedowartosciowana? Masz jakis problem, który leczysz w sieci? Stan
    intelektu adwersarza jaki jest każdy widzi po poziomie wypowiedzi rzeczonego.
    Poziom Twoich postow jest żenująco niemerytoryczny i niski. Słownictwo
    kolokwialne. Pytania były retoryczne. EOT.

  • agamis71 21.11.04, 02:04

    Im_perio, do spółki z normanem i jeszcze kilkoma osobami/nikami tworzycie obraz
    rodziców biologicznych którzy są najczarniejszym snem nowych rodziców lub jak
    zapewne wolisz wychowawców waszych dzieci. Choć norman jest zdecydowanie mniej
    skomplikowany od ciebie, może dlatego że to facet, to obydwoje przyznajecie się
    do tego że podglądacie życie waszych dzieci. Cele macie chyba różna, bo norman
    pragnie odzyskać córkę wkraczając w jej życie w dniu 18 urodzin, oszałamiając
    samochodem, kwiatami i zasypując prezentami, a ty (na razie) nadzorujesz czy
    dziecku nie dzieje się (w twojej definicji) krzywda. Stworzyliście nową
    kategorie rodziców biologicznych, podglądaczy - nadzorców o istnieniu których
    nie miałem do niedawna pojęcia. No i właśnie przez to że rościcie sobie nadal
    prawo, pomimo że się go zrzekliście, do (aż/tylko?) biologicznie waszych dzieci
    i usiłujecie wpływać w taki czy inny sposób na ich życie jesteście
    niebezpieczni. Niebezpieczni dla wychowawców, ale zdecydowanie bardziej dla
    dzieci. Nie trzeba być narkomanem czy pijakiem by stanowić dla nich zagrożenie.
    Nie sądzę żeby dla dzieci najlepsze było posiadanie 2 matek na raz. Do której
    miało by się udawać po pomoc i poradę, która i jak bardzo mogła by je karcić?
    Czy lanie spuszczone przez jedną z nich mogło by być wystarczającym powodem do
    nasłania kuratora przez drugą?
    Ja jestem zwolennikiem jawności adopcji, nie miał bym oporów przed dzieleniem
    się informacjami o tym jak dziecko się rozwija, dorasta, jakie postępy robi lub
    nie robi w szkole z rodzicami biologicznymi, gdyby któreś było zainteresowane.
    Ale bez podglądania z daleka przez detektywów, czy odgadywania moich nastrojów
    przez nieuczciwych pracowników OAO.
    Prawo w Polsce daje możliwość zrzeczenia się blankietowego i ze wskazaniem, to
    drugie daje rodzicom biologicznym więcej możliwości. Jest jeszcze możliwość nie
    zrzekania się praw i oddanie dziecka do placówki opiekuńczej lub rodziny
    zastępczej. Rodzina zastępcza tworzy układ o którym pisałaś zarówno ty , jak i
    kalina/robin, czyli jest tylko jedna matka, ta biologiczna, wychowawca nazywa
    się wychowawcą, a gdy matka biologiczna wygrzebie się z pułapki losu w która
    wpadła, może znowu zająć się swoim dzieckiem. Niestety w Polsce ta forma opieki
    jest popularna jedynie na antenie polsatu.
    Ja adoptowałem moje dzieci a nie stworzyłem rodzinę zastępczą, ty zrzekłaś się
    blankietowo praw do swojego dziecka, nie twierdzę że powinnaś o nim zapomnieć,
    twierdzę że nie masz prawa podglądać i wtrącać się w jego życie, tak długo aż
    ono nie postanowi cię odnaleźć.

    A co do poziomu dyskusji, sama staraj się również nie robić osobistych
    wycieczek, nie spowoduje to automatycznie że nikt cię nie będzie obrażał, ale
    jak sama słusznie zauważyłaś nie wnosi to nic do dyskusji.

    Pozdrawiam
    Michał
  • kasiapfk 21.11.04, 08:26
    Rozumiem, że fragment postu do mnie to właśnie owa rzeczowa dyskusja na
    argumenty, do któej nawołujesz. No cóż kolokwializmó używam, aby można mnie
    było zrozumieć i nie silę się na pseudonaukowe wywody. Odnoszę wrażenie, że
    jednak dotknęłam wrażliwszej strony intelokutorki. Pozdrawiam i biologicznych i
    adopcyjnych.
  • asik69 21.11.04, 10:24
    im_peria napisała:


    > Czy Ty Asik69 byłaś przez 9 miesięcy w ciąży? Nie wstawałaś pół roku z łóżka?
    > Bałas się, że gdy wstaniesz, poronisz? Czy Ty zdajesz sobie sprawe z tego, ile
    > to godzin, dni, tygodni?

    Byłam w ciąży dłużej niż 9 miesięcy. W wielu ciążach. Leżałam w szpitalach jeszcze dłużej. Oczywiście, że bałam się, że poronię. I roniłam.

    To ty nie zdajesz sobie sprawy z wielu spraw.

    Pragne przypomnieć, ze gdyby nie ja, nie to, ze z
    > miłości do mojej córki zdecydowałam się ja w ogromnych, niewyobrażalnych bolach
    >
    > urodzic, uprzednio noszac ja w swoim lonie przez 41 tygodni,

    Mam wrażenie, że w tym właśnie miejscu dajesz do zrozumienia, jaki wielki dług wdzięczności ma u ciebie DZIECKO.

    Powtorze zatem: czy uwazasz, ze wychowawcom należy się
    > wdzięczność za to, ze wychowuja?

    A skąd ci to przyszło do głowy?

    Za to, ze wstaja w nocy do chorego dziecka? Za
    > trud włożony w ukształtowanie nowego człowieka? Bo jeśli tak uwazasz to
    > powinnas zastanowic się nad soba bardzo powaznie. Nie można domagac się
    > wdzięczności za to, co należy do naszych obowiązków.

    Ale za ciążę i poród owszem?


    Niechęć do mnie, niezezwalanie na spotykanie się z moja córką
    > wynika z czystego i chorego zarazem egoizmu. Ja nie stanowie zadnego
    > zagrozenia.

    A ja uważam, że stanowisz ogromne zagrożenie. Zwłaszcza dla tej istotki, którą urodziłaś.

    Nie naleze do podkasty lumpenproletariackiej, nie narkotyzuje się,
    > nie nadużywam alkoholu, nie jestem kryminalistka.

    No i co z tego?

    Skad zatem owe nieuzasadnione
    >
    > obawy, ze moim celem jest zburzenie spokoju wlasnego dziecka?

    Piszesz o tym w każdym poście.

    >Jest to zawisc i
    > zazdrość w najczystszej postaci. Opiekunka mojej corki jest 13 lat ode mnie
    > starsza, nie jest zbyt urodziwa.

    No i co z tego?! Przecież jej córka nie kocha jej za urode ani wiek. I nie przestanie kochać, gdy Mamie wyrośnie pryszcz na nosie. Strasznie pokręcone te Twoje poglądy. Fakt, że jesteś młodsza, naprawdę nie przebije wspólnych lat, jakie mała i jej Rodzice przezyją w miłości.

    Jako kobieta czuje się zagrozona. Nie dziwie
    > się jej niechęci do mnie i jej reakcji. To wynika z jej kobiecej natury. Tylko
    > dlaczego jej problemy emocjonalne maja odbijac się na moim dziecku? Czy kobieta
    >
    > ta boi się, ze zabiore jej meza

    A to już jakaś paranoja wink))

    Dalszej części twojego postu komentować nie będę, za daleko się posuwasz. Kasiupfk, pozdrawiam Cię serdecznie.
    Pozdrawiam też innych Rodziców. Rodziców adopcyjnych i tych mądrych Rodziców biologicznych, którzy rzeczywiście kochają swoje dzieci. Bo ja do matek moich dzieci mam ogromny szacunek. I wdzięczność. Nigdy w zyciu nie powiedziałam o nich złego słowa. I nie powiem. To mądre kobiety; wiedzą, że wtrącając sie w życie swoich biologicznych dzieci mogłyby narobić ogromnych szkód. Choć pewnie myślą o swoich maleństwach, ważniejsze dla nich jest dobro dzieci, niż własne egoityczne potrzeby.

  • kasiapfk 21.11.04, 17:26
    Dziękuję bardzo za pozdrowienia. Mam duże poczucie humoru i równie dużo
    wyrozumiałości. Dla siebie i innychsmile))) Mam nadzieję, że moje dzieci to
    odziedziczą.wink
    Jędrkowi bardzo dziękuję za to, że ubrał w słowa to, co czujemy i my. Jesteśmy
    rodzicami adopcyjnego synka, bo on zwraca się do nas "mamo" i "tato". Zupełnie
    tak samo jak biologiczny.
  • im_peria 21.11.04, 18:18
    Agamisie! Dlaczego uzywasz zwrotu „podglądanie”? Ma on negatywne zabarwienie.
    Nie porównuj dbałości o dobro mojego dziecka z podglądaniem, proszę.
    Nadzorowanie. Wiem tylko tyle, ile mi zostaje przekazane. Nic ponad to.
    Spotkania, które nie są obowiązkowe zreszta, odbywaja się kilka razy w roku. I
    z ostatniego otrzymałam niepokojące informacje. Cóż ja mogę na obecnym etapie
    zrobić? Nie znam ich adresu! Jedyna nadzieja w mojej przyjaciółce. I w tym, ze
    wychowawcy mojego dziecka nadal będą na spotkania przyjeżdżac. Uwazasz, ze
    wolałabym, aby ci ludzie bili moją córkę tylko dlatego, abym mogla się na nich
    odegrać? Zemścić? Za to, ze „ukradli mi dziecko”? (btw nie wiem, czy spotkałeś
    się z określeniem „złodzieje dzieci”, bo tak w pewnych kręgach wychowawcy
    adopcyjni są niestety nazywani, co jest moim zdaniem oburzające) Jedyne czego
    pragne, to dobra mojego dziecka! Nie mogę znieść mysli, ze może dziac się jej
    krzywda! Sugerowane przez Ciebie zagrozenie, jakie mogę Stanowic dla mojej
    córki, jest bezzasadne. Z tego względu chociażby, ze gdyby takim zagrozeniem
    dla swoich dzieci matki biologiczne faktycznie były, to nikt z wychowawców
    adopcyjnych w krajach Europy Zachodniej, USA czy Kanady nie zdecydowałby się na
    kontakty dziecka z matka, ojcem i rodzeństwem przed ukończeniem przez nie 18
    roku życia. W Polsce owszem. Dlaczego? Dlaczego mojej córce ograniczy się
    kontakty z jej bratem, który za kila miesięcy się urodzi? Jakim prawem? Prawem
    posiadania władzy rodzicielskiej przez wychowawców adopcyjnych? Czyz nie jest
    to egoizm w najczystszej postaci? Co powiesz, Szanowny Agamisie, o wychowawcach
    mojej córki, którzy kategorycznie nie godza się na żadne kontakty dziecka z
    bratem? Nie bo nie. Bo oni tak powiedzieli. Jakimże zagrozeniem dla dziecka
    byłby brat? Z którym łączą go geny i wiezy krwi? Dlaczego to, co na Zachodzie
    jest normą, w Polsce jest niemalże przestępstwem? Co sadzisz Agamisie o
    historii, która opisałam w jednym z wcześniejszych postow? Bliźniaczki zostaly
    rodzielone, okrutnie i nieludzko, tylko dlatego, ze wychowawczyni zaszla w
    ciaze? Nie przyjęli na wychowanie rodzonej siostry swojej adoptowanej corki!
    Skomentuj to, proszę. Przepraszam, ze się uniosłam, ale nie mogę nie reagowac w
    sytuacji, gdy obca i nic o mnie nie wiedzaca osoba nie podejmuje się
    postanowienia diagnozy mojej psychiki tylko dlatego, ze mam zbyt mało danych.
    Ok. Nie wracajmy do tego. Licze na Twoją odpowiedź. I jeszcze jedno. Czy
    rodzice wychowywanych przez Ciebie dzieci wiedzą o Twojej gotowości dzielenia
    się z nimi informacjami o ich rozwoju?
    Tu też się wpisałaś. Ok. pozwolisz, ze zacznę od tego, ze uwazam za skrajna
    nieodpowiedzialność, egoizm i brak wyobraźni zachodzenie w ciaze kilka, a nawet
    kilkanaście razy tylko dlatego, ze chce się mieć dziecko. To nie jest żyjątko,
    pierwotniak, owad. To nowa istota ludzka. Jak można zachodzic tyle razy w ciaze
    wiedzac, ze po kilku poronieniach szanse na donoszenie i urodzenie zdrowego
    dziecka są znikome? I kto tu nie zdaje sobie sprawy z wielu spraw? Asik69!
    Świadomie uśmierciłaś kilka istnień ludzkich! Nie uwazasz, ze powinnas dac
    sobie spokoj po drugim poronieniu? Ja nie zabilam swojego dziecka. Ty zabilas
    poprzez swoja niefrasobliwość kilkoro swoich dzieci. No, rzuc jeszcze we mnie
    kamieniem. Jestes bez winy, prawda? Owszem, uwazam, ze należy mi się
    wdzięczność za urodzenie mojej corki. Od niej i jej wychowawcow przede
    wszystkim. Mogłam się jej pozbyc, a nie zrobliam tego. Gdyby nie moja decyzja,
    wychowawcy z pewnością nie trafiliby na tak sliczną i mądrą dziewczynkę. Tak,
    za ciąże i poród, powtorze, domagam się wdzięczności, gdyż _nie_musialam_
    urodzic. Nikt by mnie nie ukarał za to, ze pozbyłam się dziecka. Natomiast
    wychowawcow mojej corki kara za zaniedbywanie _obowiazkow_ lub stosowanie kar
    cielesnych może spotkac bardzo szybko i nieuchronnie. Ja jestem prapoczątkiem.
    Beze mnie nie byłoby mojej corki. Ode mnie wszystko się zaczyna, od genow
    poczynając, przez decyzje utrzymania ciazy, na porodzie kończąc. Nie to nie
    paranoja, to fakty. Pisałam o tym w innym wątku, nie będę się powtarzać.
    Wkraczając w Zycie swoich dzieci moglyby narobic ogromnych szkod. To Twoja,
    niepoparta zreszta zadnymi faktami czy badaniami, opinia. Czy rownie wiele
    szkod nieodwracalnych wyrządzają adoptowanym dzieciom kontakty z rodzicami i
    rodzeństwem w wielu rodzinach adopcyjnych na zachodzie Europy? Nie, prawda? A
    tam to jest normą. Więc nie masz racji, droga Asiu69. Nie pogrązaj się.
    Pozdrawiam.
  • asik69 21.11.04, 18:56
    im_peria napisała:

    > uwazam za skrajna
    > nieodpowiedzialność, egoizm i brak wyobraźni zachodzenie w ciaze kilka, a nawet
    >
    > kilkanaście razy tylko dlatego, ze chce się mieć dziecko. To nie jest żyjątko,
    > pierwotniak, owad. To nowa istota ludzka. Jak można zachodzic tyle razy w ciaze
    >
    > wiedzac, ze po kilku poronieniach szanse na donoszenie i urodzenie zdrowego
    > dziecka są znikome? I kto tu nie zdaje sobie sprawy z wielu spraw? Asik69!
    > Świadomie uśmierciłaś kilka istnień ludzkich! Nie uwazasz, ze powinnas dac
    > sobie spokoj po drugim poronieniu? Ja nie zabilam swojego dziecka. Ty zabilas
    > poprzez swoja niefrasobliwość kilkoro swoich dzieci.

    im_perio, myślałam, że ty jesteś zwyczajną egoistką. Ale ty jesteś po prostu przeraźliwie głupia! I okrutna.
    Zastanów się, może tego chłopca, którego nosisz w brzuchu, też powinaś oddać normalnym ludziom? Dla jego dobra. Bo mam nadzieję, że donosisz tę ciążę i nie będziesz musiała przekonywać się, co to znaczy poronienie... Ale i bez tego doświadczenia normalny cżłowiek, po napisaniu cytowanych słów, a nawet po pomyśleniu czegoś równie okrutnego, zapadłby sie pod ziemię... Ale nie ty...
    Rozejrzyj się, twoje posty czyta mnóstwo ludzi i jakie odpowiedzi otrzymujesz? Wszyscy cię mają za potwora!
    Wygaszam Twojego nicka...
  • maretina 23.11.04, 08:04
    nie wiem, naprawde co Ci napisac, zeby Cie nie urazic....
    jestes po prostu glupia i tyle. poronilam 4 razy: 2 ciaze biochemiczne i 2 z
    pecherzykami. jesli ktos na taka tragede umie odpisac komus;"jestes skrajna
    egouistka" to naprawde wyraz totalnej glupoty, ktorej zaden horyzont nie
    ogranicza!
    jesli nie umiesz wspolczuc, jsli nie masz empatii to ladniej zmilczec, niz
    kopac lezacego!
    to moja sprawa ile razy bede sie starala! moja i meza! niczyja wiecej.
    --
    myślisz, że możesz wszystko...to trzaśnij drzwiami obrotowymismile)))
    gg:559322
  • marakuja1 12.07.05, 15:08
    maretina napisała:
    > jestes po prostu glupia i tyle.

    Więc jej nie odpowiadaj. To prawda, osoba która podpisuje się im-perio jest
    strasznie głupia, a z idiotami się nie dyskutuje.
    Można się pośmiać z tego co napiszą, ale nie brać tego do siebie. Żal własnego
    czasu wink
  • mama-talki 22.11.04, 09:00
    Oczekujesz wdziecznosci, bo przeciez nie musialas urodzic........ O
    wspaniala!!! Dziekujemy,ze nie zabilas wlasnego dziecka!!! Wiesz...adopcyjni
    tez maja wybor. Oni wybrali - chca przyjac do swoich domow i serc dzieci z
    domow dziecka. Mogli nie przyjmowac. Wtedy dzieci calymi latami przebywalyby w
    DD. I wiesz - oni nie oczekuja wdziecznosci. Po prostu chca pokochac i dac
    start w zyciu. DD nie daje ani milosci ani tzw.startu.
    Na przyszlosc pamietaj,ze inteligentni ludzie nie zachodza w ciaze jak nie maja
    mozliwosci wychowac.
    W czasie studiow wiele dziewczyn zaszlo w ciaze, czesto tatus zniknal, rodzice
    nie mogli czy nie chcieli pomoc i dawaly sobie rade. Maja dzieci i sa
    szczesliwe. Moze studiujac z dzieckiem poznaly mniej jezykow, czy skonczyly
    tylko jeden fakultet, ale nie drecza adopcyjnych. big_grinbig_grinbig_grinbig_grinbig_grinbig_grinbig_grinbig_grinbig_grinbig_grin
  • jedrekb 22.11.04, 10:48
    Myślę im_perio, że cała ta polemika, z chlastaniem się na odlew nie służy
    niczemu. Ty rozgrzebujesz swoją ranę, zamiast pozwolić jej się zagoić, nie
    jesteś w stanie nic zrobić, nie odwrócisz wydarzeń, każda Twoja interwencja
    zaszkodzi dziecku, oddałaś swoje dziecko na zawsze i przyjmij skutki swego
    czynu. Odpuść sobie i innym.
    jędrek
  • marakuja1 12.07.05, 15:11
    jedrekb napisał:
    > Myślę im_perio, że cała ta polemika, z chlastaniem się na odlew nie służy
    > niczemu.

    Myślę, że ta kobieta próbuje się w ten sposób usprawiedliwić. Nie wiem przed
    kim, może przed samą sobą? Nowym mężem? Rodziną? Może jej wstyd, bo pozbyła się
    własnego dziecka?
    Ludzie którzy się wstydzą swojego zachowania najczęściej zachowują się
    agresywnie. Im-perio jest bardzo agresywna w swoich wypowiedziach, więc musi
    się czuć bardzo niepewnie.
  • adju 22.11.04, 18:38
    im_peria napisała:

    > Agamisie! Dlaczego uzywasz zwrotu „podglądanie”? Ma on negatywne za
    > barwienie.
    > Nie porównuj dbałości o dobro mojego dziecka z podglądaniem, proszę.
    > Nadzorowanie. Wiem tylko tyle, ile mi zostaje przekazane. Nic ponad to.
    > Spotkania, które nie są obowiązkowe zreszta, odbywaja się kilka razy w roku.
    I
    > z ostatniego otrzymałam niepokojące informacje. Cóż ja mogę na obecnym etapie
    > zrobić? Nie znam ich adresu! Jedyna nadzieja w mojej przyjaciółce. I w tym,
    ze
    > wychowawcy mojego dziecka nadal będą na spotkania przyjeżdżac. Uwazasz, ze
    > wolałabym, aby ci ludzie bili moją córkę tylko dlatego, abym mogla się na
    nich
    > odegrać? Zemścić? Za to, ze „ukradli mi dziecko”? (btw nie wiem, cz
    > y spotkałeś
    > się z określeniem „złodzieje dzieci”, bo tak w pewnych kręgach wych
    > owawcy
    > adopcyjni są niestety nazywani, co jest moim zdaniem oburzające) Jedyne czego
    > pragne, to dobra mojego dziecka! Nie mogę znieść mysli, ze może dziac się jej
    > krzywda! Sugerowane przez Ciebie zagrozenie, jakie mogę Stanowic dla mojej
    > córki, jest bezzasadne. Z tego względu chociażby, ze gdyby takim zagrozeniem
    > dla swoich dzieci matki biologiczne faktycznie były, to nikt z wychowawców
    > adopcyjnych w krajach Europy Zachodniej, USA czy Kanady nie zdecydowałby się
    na
    >
    > kontakty dziecka z matka, ojcem i rodzeństwem przed ukończeniem przez nie 18
    > roku życia. W Polsce owszem. Dlaczego? Dlaczego mojej córce ograniczy się
    > kontakty z jej bratem, który za kila miesięcy się urodzi? Jakim prawem?
    Prawem
    > posiadania władzy rodzicielskiej przez wychowawców adopcyjnych? Czyz nie jest
    > to egoizm w najczystszej postaci? Co powiesz, Szanowny Agamisie, o
    wychowawcach
    >
    > mojej córki, którzy kategorycznie nie godza się na żadne kontakty dziecka z
    > bratem? Nie bo nie. Bo oni tak powiedzieli. Jakimże zagrozeniem dla dziecka
    > byłby brat? Z którym łączą go geny i wiezy krwi? Dlaczego to, co na Zachodzie
    > jest normą, w Polsce jest niemalże przestępstwem? Co sadzisz Agamisie o
    > historii, która opisałam w jednym z wcześniejszych postow? Bliźniaczki
    zostaly
    > rodzielone, okrutnie i nieludzko, tylko dlatego, ze wychowawczyni zaszla w
    > ciaze? Nie przyjęli na wychowanie rodzonej siostry swojej adoptowanej corki!
    > Skomentuj to, proszę. Przepraszam, ze się uniosłam, ale nie mogę nie reagowac
    w
    >
    > sytuacji, gdy obca i nic o mnie nie wiedzaca osoba nie podejmuje się
    > postanowienia diagnozy mojej psychiki tylko dlatego, ze mam zbyt mało danych.
    > Ok. Nie wracajmy do tego. Licze na Twoją odpowiedź. I jeszcze jedno. Czy
    > rodzice wychowywanych przez Ciebie dzieci wiedzą o Twojej gotowości dzielenia
    > się z nimi informacjami o ich rozwoju?
    > Tu też się wpisałaś. Ok. pozwolisz, ze zacznę od tego, ze uwazam za skrajna
    > nieodpowiedzialność, egoizm i brak wyobraźni zachodzenie w ciaze kilka, a
    nawet
    >
    > kilkanaście razy tylko dlatego, ze chce się mieć dziecko. To nie jest
    żyjątko,
    > pierwotniak, owad. To nowa istota ludzka. Jak można zachodzic tyle razy w
    ciaze
    >
    > wiedzac, ze po kilku poronieniach szanse na donoszenie i urodzenie zdrowego
    > dziecka są znikome? I kto tu nie zdaje sobie sprawy z wielu spraw? Asik69!
    > Świadomie uśmierciłaś kilka istnień ludzkich! Nie uwazasz, ze powinnas dac
    > sobie spokoj po drugim poronieniu? Ja nie zabilam swojego dziecka. Ty zabilas
    > poprzez swoja niefrasobliwość kilkoro swoich dzieci. No, rzuc jeszcze we mnie
    > kamieniem. Jestes bez winy, prawda? Owszem, uwazam, ze należy mi się
    > wdzięczność za urodzenie mojej corki. Od niej i jej wychowawcow przede
    > wszystkim. Mogłam się jej pozbyc, a nie zrobliam tego. Gdyby nie moja
    decyzja,
    > wychowawcy z pewnością nie trafiliby na tak sliczną i mądrą dziewczynkę. Tak,
    > za ciąże i poród, powtorze, domagam się wdzięczności, gdyż _nie_musialam_
    > urodzic. Nikt by mnie nie ukarał za to, ze pozbyłam się dziecka. Natomiast
    > wychowawcow mojej corki kara za zaniedbywanie _obowiazkow_ lub stosowanie kar
    > cielesnych może spotkac bardzo szybko i nieuchronnie. Ja jestem
    prapoczątkiem.
    > Beze mnie nie byłoby mojej corki. Ode mnie wszystko się zaczyna, od genow
    > poczynając, przez decyzje utrzymania ciazy, na porodzie kończąc. Nie to nie
    > paranoja, to fakty. Pisałam o tym w innym wątku, nie będę się powtarzać.
    > Wkraczając w Zycie swoich dzieci moglyby narobic ogromnych szkod. To Twoja,
    > niepoparta zreszta zadnymi faktami czy badaniami, opinia. Czy rownie wiele
    > szkod nieodwracalnych wyrządzają adoptowanym dzieciom kontakty z rodzicami i
    > rodzeństwem w wielu rodzinach adopcyjnych na zachodzie Europy? Nie, prawda? A
    > tam to jest normą. Więc nie masz racji, droga Asiu69. Nie pogrązaj się.
    > Pozdrawiam.


    --
    Forum PORONIENIE
  • adju 22.11.04, 18:57
    Witam
    Dostałam informację od dziewczyn z Forum "Poronienie" którego jestem
    założycielką, że padły tu niezbyt miłe słowa pod kątem dziewczyny która
    poroniła.Postanowiłam włączyc się do dyskusji bo twoje słowa uderzyły również
    we mnie. Tak się składa, że mnie również dotknęła ta tragedia i zapeniam cię,
    że poronienie nawet kilkakrotne nie jest zabójstwem na życzenie. Chyba pomyliły
    ci się znaczenia słów. Przede wszystkim każda kobieta która świadomie decyduje
    się na macierzyństwo nie zakłada, ze ciąża zakończy się w tak przykry sposób.
    Czy wiesz jak ogromnym cierpieniem jest strata dziecka? kierując swoje okrutne,
    bezwzględne słowa do Asi69 pokazałaś na jak niskim poziomie w swej zawiści i
    gniewie osiadłaś.
    Tak się składa, ze bardzo poważnie myślę o adopcji. Mimo iż po poronieniu
    urodziłam synka mam w sobie takie pokłady miłości, że biorę pod uwagę adopcję.
    Jestem zdrowa, mam szansę znów urodzić ale chcę pokochać dziecko które nie
    miało tyle szczęścia co ja czy mój syn i nie może wychowywać się z rodzicami.
    Takie posty jak twój przerażają mnie! Jesteś zmorą rodziców adopcyjnych! Jeżeli
    nazywasz m.in mnie "wychowawcą" to ja będę nazywać cie nie matką lecz
    RODZICIELKĄ. Co z tego, że maleństwo nie rozwijało się w moim brzuchu?i tak
    będę dla niego mamą. To ja przytulę je jak płacze, to ja przyklęję plaster,
    pomogę odrobić lekcje, wyprawię wesele i pomogę gdy tylko będzie tego chciało.
    To są cechy MATKI!
    Nie potępiam cie że zostawiłaś swoje dziecko ale i nie pochwalę bo skoro
    kochasz swoją córkę to wybrałaś dla niej jak najlepiej uznałaś.
    Zastanów się nad tym co piszesz bo wieje z tych listów groza i...obłęd
    Justyna
    --
    Forum PORONIENIE
  • milka_milka 23.11.04, 18:15
    O Boże, ty jesteś nienormalna...
  • lenka70 21.11.04, 23:02
    Im_perio,
    zastawiałam się czemu mają służyć Twoje przeintelektualizowane posty? Może
    napisz w jednym, zwięźle o co Ci chodzi, czego od nas oczekujesz ? Może w
    punktach? :
    1. „za ciąże i poród, powtorze, domagam się wdzięczności, gdyż
    _nie_musialam_ urodzic.”
    2. .....


    Wiem, że mama biologiczna „moich dzieci” myśli o nich, tęskni, wspomina, martwi
    się, może płacze za nimi, może wyobraża je sobie.... ma je po prostu w sercu.
    Ty chyba masz swoją córkę tylko w głowie...
  • im_peria 22.11.04, 21:05
    Pozwolę sobie na przedstawienie moich tez. Aby było przejrzyście. Szanownych
    dyskutantów (ewentualnych) prosiłabym o podzielenie się swoimi opiniami.

    I. Złem ipso facto nazwać należy zakaz kontaktowania się matki ze swoim
    dzieckiem (w przypadku, gdy ona deklaruje chęć).
    II. Złem ipso facto jest zakaz kontaktowania się dziecka ze swoim
    biologicznym rodzeństwem (chęć nawiązania więzi wychodzi od matki, zakaz od
    wychowawców).
    III. Matce dziecka należy się szacunek i wdzięczność za to, ze dziecko
    urodziła i oddała do adopcji w poczuciu, że czyni dobro.
    IV. Wychowawcom nie należy się wdzięczność za wywiazywanie się z obowiązków
    rodzicielskich (wychowawczych w tym przypadku).
    V. Nie należy w żadnym razie dziecka przysposobionego nazywac „swoim
    dzieckiem”. Nie można nie móc mieć dzieci (być niepłodnym) i je mieć
    jednocześnie.
    VI. Kontakt z matką dziecka (po wyrażeniu takiej chęci) może mieć tylko
    dobre skutki dla dziecka:
    A. po osiągnięciu pełnoletniości i powiadomieniu, ze „ciocia” jest matką
    dziecka, wspomniane nie będzie się czuło porzucone i niechciane, zdobędzie
    świadomość, że matka przez cały czas była blisko i interesowała się faktycznie
    losem dziecka
    B. nawiąże się więź matki z dzieckiem, która w życiu dorosłym może
    zaprocentować w postaci zdrowia psychicznego i braku chwiejności emocjonalnej
    C. matka dziecka przez cały czas wie, co się dzieje z jej dzieckiem
    D. ewentualne rodzeństwo dziecka ma kontakt z bratem lub siostrą

    VII. Przysposobienie blankietowe jest złem. Zapewnia komfort psychiczny
    wyłącznie
    przysposabiającym. Wychowują oni dziecko w poczuciu braku zagrozenia ze strony
    matki, co jest założeniem błędnym (poza wyjątkami w postaci matki chorej
    psychicznie bądź przewlekle, np. alkoholizm) lub nie zawsze słusznym.
    Przysposobienie blankietowe nie jest uwarunkowane „dobrem dziecka” lecz dobrem
    przysposabiających.
    VIII. Adopcja nie jest lekiem na niepłodność. A często jest w ten sposób
    traktowana.
    Dziecko adoptowane nie jest i nigdy nie będzie „naszym dzieckiem” w dosłownym
    tego słowa znaczeniu. Adopcja jest chęcią udowodnienia rodzinie, sąsiadom,
    współpracownikom, ze my, jako rodzina (adopcyjna czyli quasi rodzina, zawsze
    jednak lepsza od DD) jesteśmy nią faktycznie. Na początku są zdesperowani
    małżonkowie z diagnozą: niepłodność. Potem jest chorobliwa chęć posiadania (już
    nie naszego) ale j a k i e g o k o l w i e k dziecka, aby tylko było dziecko!
    Mamy już: pracę, dom, samochód, nie mamy jeszcze dziecka! A większość małżonków
    już ma!
    IX. Adopcja jest dla przysposabiających, nie dla przysposobionego. To
    przysposabiający cierpią z powodu braku dziecka, nie odwrotnie.
    Przysposabiający nie liczą się z uczuciami matki dziecka. Ma ona zniknąć z ich
    życia. Żądają liczenia się ze swoimi uczuciami. Czy nie jest to egoistyczne? Z
    chwilą uzyskania prawomocnego wyroku sądu rodzinnego wychowując dziecko
    wypełniają obowiązki rodzicielskie (wychowawcze w tym przypadku). Nie czynią
    niczego nadzwyczajnego.

    Pozdrawiam serdecznie wszystkich dyskutantów.
  • adju 22.11.04, 21:41
    hmmm z twoich słów wynika, że chciałabyś aby "wychowawca"zajmował się twoją
    córką, odrabiał z nią lekcje, urzymywał finansowo, zapewnił dach nad głową,
    ubrał, wykąpał, spełniał zachcianki, pielęgnował w chorobie, wzywał lekarza i
    płacił za wizytę a ty jako BILOGICZNA matka wpadniesz sobie jak po ogień raz na
    jakiś czas, zabierzesz małą na spacer lub lody a potem znów znikniesz by
    pojawić się w wybranej przez siebie chwili.
    Tak na szczęście nie ma. Jeśli rzeczywiście kochasz swoją córkę to pozwól jej
    zyć w nowej rodzinie. Nie niszcz tego co już wspólnie zbudowali. To ty
    zdecydowałaś o tej rozłące a starasz się ukarać ich za to, że pokochali twoje
    dziecko?
    Justyna
    --
    Forum PORONIENIE
  • maja45 22.11.04, 21:54
    Chciałabyś zjesć ciastko i mieć ciastko. Bo z jednej strony oddałaś dziecko do
    adopcji, a z drugiej nadal chcesz byc obecna w jego życiu.Ale czy chodzi Ci o
    dobro dziecka, dla którego przecież de facto nie istniejesz , czy o Twoje dobre
    samopoczucie?
    Wymyślasz mądre argumenty, ale jak dla mnie sprawa jest jasna -chodzi o Twój
    strach przed odrzuceniem ze strony dziecka , gdy pozna prawdę o swoim
    pochodzeniu.Bo co mu wtedy powiesz?
    Tak bardzo Cię kochałam, ze musiałam Cie oddac?
    Przyznasz , ze to brzmi smiesznie.
    Twoje posty ogólnie są śmieszne i straszne jednocześnie.
    Myślę , że Twoje pisanie tutaj jest pomyłką, bo reprezentujesz tak skrajny
    sposob pojmowania tematu, że jakikolwiek dialog jest niemozliwy. Zatem może
    powinnaś założyć własne forum pt Dawcy genów, nienwidzący wychowawców
    adopcyjnych.
    Kilku frustratów z pewnoscią się zainteresuje.
    Pozdrawiam mimo wszystko.
    Marta
  • lenka70 22.11.04, 21:58
    Im_perio, dzięki za przedstawienie swoich tez. Z niektórymi zgadzam się, bez
    żadnych zastrzeżeń (III, IV, VIII). Co do pozostałych, to myślę, że związane są
    One z Twoja konkretnie sytuacją i Twoimi potrzebami. Ale nie jesteś jedyna mamą
    na świecie, która oddała dziecko do adopcji i niestety w innych przypadkach
    tezy te nie miałyby żadnej zasadności. Odwołam się do historii znanych mi
    dzieci adopcyjnych.
    teza I i II. Sama chęć matki nie może być brana pod uwagę. Matka dzieci moich
    znajomych jest recydywistką i mimo, ze ona miałby chęć (nie deprecjonuje jej
    uczuć) nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie się z nią spotykał. jest po
    prostu niebezpieczna.
    teza V. Jak moje dzieci (wiedzą, ze są adoptowane) mówią do mnie "jesteś naszą
    najukochańsza mamą" to co mam im odpowiedzieć? "A Wy nie jesteście moimi
    dziećmi"?
    Teza VI
    "A. po osiągnięciu pełnoletniości i powiadomieniu, ze „ciocia” jest
    > matką dziecka, wspomniane nie będzie się czuło porzucone i niechciane,
    zdobędzie świadomość, że matka przez cały czas była blisko i interesowała się
    faktycznie losem dziecka"
    Ciotka to ciotka, a matka to matka. Uważam, ze dziecko zdobędzie świadomość, ze
    było oszukiwane.
    teza VII,. Czy jak cos nie jest dobre dla matki biolol.(to tez sprawa względna)
    musi być od razu złe?
    teza IX. "Adopcja jest dla przysposabiających, nie dla przysposobionego. To
    > przysposabiający cierpią z powodu braku dziecka, nie odwrotnie"
    Uważam, ze obie strony cierpią, a dziecko najbardziej.

    dodałabym jeszcze tezę X. Matka biologiczna ponosi konsekwencję swoich decyzji
    bez odgrywania się na rodzicach adopcyjnych.


    Pozdrawiam
  • nusik1 23.11.04, 01:23
    Niestety Twoje argumenty do mnie nie przemawiają. Nie rozumiem, jak można oddać
    swoje dziecko dla jego własnego dobra, a potem znowu dla jego dobra odbierać mu
    to co najcenniejsze czyli poczucie bezpieczeństwa? Dziecko dopiero się rozwija,
    jego osobowość nie jest w pełni dojrzała nie można go traktować jak osoby
    dorosłej. Skąd ma ono niby wiedzieć jak powinno postępować, skąd ma wiedzieć
    jak postrzegać rzeczywistość jaką mu zgotujesz? Może wzbudzisz w nim poczucie
    winy? Może zachwiejesz jego stanem emocjonalnym? Może nie będzie potrafiło
    sobie z tą sytuacją poradzić - pomyslałaś o tym. Może będzie miało Twoje geny i
    tak jak Ty zrobiłaś - odrzuci Ciebie ?
    Nie rozumiem jak można oddać dziecko, bo nie ma się warunków - mówię tu o
    Tobie (nie o skrajnie biednych rodzinach). Mam wrażenie, że masz kolosalne
    poczucie winy i próbujesz się przed światem wytłumaczyć, dlaczego oddałaś swoje
    dziecko. Decydując się na dziecko trzeba być odpowiedzialnym za nie, nie tylko
    w sensie materialnym, ale i emocjonalnym. Jak widać nie poniosłaś
    odpowiedzialności za poczęcie dziecka. Jesteś wykształcona, ale znasz miłość
    macierzyńską tylko teoretycznie. Twoje wypowiedzi świadczą o tym, że to Ty
    niestety masz kompleksy i chcesz wszystkim udowodnić, że Twoje studiowanie nie
    poszło na marne - tryskasz elokwencją, która w żaden sposób nie przedkłada się
    na wiedzę tylko umiejętność konwersacji ( dla mnie możesz być jedynie
    negocjatorem w czysto biznesowych sprawach, takich które nie dotyczą uczuć i
    emocji). Traktujesz rodziców adopcyjnych jako substytut w sprawie zaspokajania
    podstawowych potrzeb materialnych - dziecku, które oddałaś do adopcji i
    zrzekłaś się praw rodzicielskich. Nie na tym polega rodzicielstwo. Nie wiem
    gdzie w Twoich poglądach znajduje się miejsce na zaspokajanie potrzeby
    bezpieczeństwa, miłości to dla mnie istotniejsze niż wszystkie dobra
    materialne. Cóz cierpisz rozumiem, ale dlaczego atakujesz rodziców adopcyjnych?
    Za to że pragną podzielić się swoją miłością z dziećmi oddanymi przez takie
    kobiety jak TY? Dla których ukończenie w terminie studiów jest ważniejsze niż
    własne dziecko? Zaspokoiłaś swoje potrzeby? A pomyślałaś o potrzebach swojego
    dziecka, które wtedy pragnęło być przy Tobie? Jakoś na ukończenie studiów
    znalazłaś pieniądze, a na nie - nie! Osoba z takim potencjałem intelektualnym i
    bezradna? Teraz jest za późno, podjęłaś decyzję kiedy zrzekłaś się dziecka.
    Może teraz masz wszystko i mogłabyś je odzyskać, ale nigdy nie odzyskasz już
    chwil, które straciłaś z własnej woli.
    Jeśli chodzi o Twoje "podglądanie" to zostawiam to bez komentarza...
    W sprawie tez wypowiem się tak:
    I. Mogę się z tym zgodzić, ale tylko wtedy gdy i dziecko wyraża chęć.
    II. Z tym się zgodzę. Dzieci nie są niczemu winne.
    III. Gdybyś była w skrajnych warunkach (ubóstwo) to można by się zastanowić nad
    szacunkiem, ale nie dla Ciebie tylko dla Twojego postępowania.
    IV.O wdzięczności nie będę dyskutować, bo to sprawa indywidualna.
    V. Dlaczego nie można nazwać dziecka swoim jeśli się go adoptowało. Nazywam tak
    swojego tatę, choć nie jest moim genetycznym ojcem, totalna bzdura? Niby jak
    mam się zwracać do niego "wychowawco"? To i tak nic nie zmieni, jest dla mnie
    ojcem. Jest moim tatą, bo traktuje mnie jak córkę.
    VI. Kontakt matki z dzieckiem może mieć pozytywne skutki w niektórych
    przypadkach.
    A. Nikt nie mówi tu o okłamywaniu dziecka, że to ciocia - o takich kobietach
    jak Ty mówi się - to Twoja biologiczna matka.
    B. Być może nawiąże się bliski kontakt między matką biologiczną a dzieckiem,
    (ale nie taki o jakim marzysz).
    C. Skoro nie chciała dziecka to niestety jej wola, nie chciała wiedzieć co się
    dzieje z jej dzieckiem.
    D. Hmm teraz myślisz o tym, że pozbawiłaś swojego dziecka kontaktów z
    rodzeństwem?
    VII. Nie rozumiem o jakim konforcie piszesz. Zrzekłaś się praw do dziecka!
    Dziecko ma wiedzieć, że nie jest zabawką "wtedy Cię nie chciałam, a teraz Cię
    chcę". To ma być komfort dla dziecka tu chodzi o dziecko. Nie wolno bawić się
    jego uczuciami. Teraz Cię kocha ta mama to Cię weźmie, a jak ja Cię pokocham to
    ja Cię wezmę.
    VIII. Mam nadzieję, że nie zdarza się to często.
    IX. Czyż dziecko nie cierpi, że zostało odrzucone? Owszem ludzie, którzy chca a
    nie mają dzieci na pewno cierpią, bo nie mają się z kim podzielić miłością.
    Uważam, że to naturalne. Owszem czynią coś nadzwyczajnego, wyręczaja takie
    matki jak TY. Takie które nie potrafią, docenić czegoś najcudniejszego w życiu,
    daru życia.
    Cała Twoja postawa jest bardzo roszczeniowa, myślisz tylko o sobie, gdybyś
    myślała o dziecku które porzuciłaś, nigdy byś mu tego nie zrobiła. Walczyła byś
    wszystkimi siłami żeby móc je wychowywać, dać mu to co powinnaś. Może studia
    zdałaś na 5, ale macierzyństwa niestety "nie zaliczyłaś".
  • q_vw 23.11.04, 03:09
    Witam, jestem tutaj pierwszy raz, od razu wszedlem w dyskusje (na noże niemalże) dotyczącą relacji rodzice adopcyjni-rodzice biologiczni i dyskusję wywołaną przez im_perię. Jako, że jestem poza sporem będąc ojcem własnego dziecka, dorzucę swoje kilka groszy...

    > I. Złem ipso facto nazwać należy zakaz kontaktowania się matki ze swoim
    > dzieckiem (w przypadku, gdy ona deklaruje chęć).
    Nie masz racji, juz nie odpowiadasz za dziecko, które urodziłaś, nie ma obowiązku, by umozliwić Tobie kontakt z dzieckiem, dając je do adopcji, bez względu na przesłanki, straciłaś wszelkie prawo do dziecka i jego życia. Teraz juz tylko dobra wola jego nowych rodziców i dziecka samego zdecyduje, czy będziesz miała z nim kontakt. Im wcześniej to pojmiesz tym lepiej, dla ciebie i dziecka.

    > II. Złem ipso facto jest zakaz kontaktowania się dziecka ze swoim
    > biologicznym rodzeństwem (chęć nawiązania więzi wychodzi od matki, zakaz od
    > wychowawców).
    Brutalnie to zabrzmi, ale prawdziwie, jesli chciałaś mieć kontakt, nie należało oddawać dziecka do adopcji. Powtórzę, to juz nie twoje dziecko, a doprawdy, sam fakt, że ma biologiczne rodzeństwo, w tym wypadku nie jest argumentem. Naprawdę.

    > III. Matce dziecka należy się szacunek i wdzięczność za to, ze dziecko
    > urodziła i oddała do adopcji w poczuciu, że czyni dobro.
    Należą sie niewątpliwie podziękowania, że zdecydowałaś sie urodzic dziecko, to fakt. Ale nie licz na hołdy. Niby dlaczego. Tym niemniej szanuję Cię za to, że urodziłaś.

    > IV. Wychowawcom nie należy się wdzięczność za wywiazywanie się z obowiązków
    > rodzicielskich (wychowawczych w tym przypadku).
    Należy się. Zdecydowali się adoptowac dziecko i być dlań rodzicami. proste i klarowne. Nie są firma usługową.

    > V. Nie należy w żadnym razie dziecka przysposobionego nazywac „swoim
    > dzieckiem”. Nie można nie móc mieć dzieci (być niepłodnym) i je mieć
    > jednocześnie.
    Przemyśl swój tekst, jest, delikatnie pisząc, niepoważny. Rodzicielstwo wiąże się z wychowywaniem, nie tylko z faktem urodzenia. Nie używaj tego argumentu bo jest denny i niepoważny oraz bezzasadny.

    > VI. Kontakt z matką dziecka (po wyrażeniu takiej chęci) może mieć tylko
    > dobre skutki dla dziecka:
    > A. po osiągnięciu pełnoletniości i powiadomieniu, ze „ciocia” jest
    > matką
    > dziecka, wspomniane nie będzie się czuło porzucone i niechciane, zdobędzie
    > świadomość, że matka przez cały czas była blisko i interesowała się faktycznie
    > losem dziecka
    > B. nawiąże się więź matki z dzieckiem, która w życiu dorosłym może
    > zaprocentować w postaci zdrowia psychicznego i braku chwiejności emocjonalnej
    > C. matka dziecka przez cały czas wie, co się dzieje z jej dzieckiem
    > D. ewentualne rodzeństwo dziecka ma kontakt z bratem lub siostrą
    Oddzałaś dziecko do adopcji i tyle. Oznacza to, że wcale a wcale nie musisz juz uczestniczyć w jego życiu. jesli racjonalnie nie ustalisz tego z jego nowymi rodzicami, to nie ingeruj, czynisz dziecku krzywdę.


    > VII. Przysposobienie blankietowe jest złem. Zapewnia komfort psychiczny
    > wyłącznie
    > przysposabiającym. Wychowują oni dziecko w poczuciu braku zagrozenia ze strony
    > matki, co jest założeniem błędnym (poza wyjątkami w postaci matki chorej
    > psychicznie bądź przewlekle, np. alkoholizm) lub nie zawsze słusznym.
    > Przysposobienie blankietowe nie jest uwarunkowane „dobrem dziecka”
    > lecz dobrem
    > przysposabiających.
    Nie komentuję.

    > VIII. Adopcja nie jest lekiem na niepłodność. A często jest w ten sposób
    > traktowana.
    > Dziecko adoptowane nie jest i nigdy nie będzie „naszym dzieckiem” w
    > dosłownym
    > tego słowa znaczeniu. Adopcja jest chęcią udowodnienia rodzinie, sąsiadom,
    > współpracownikom, ze my, jako rodzina (adopcyjna czyli quasi rodzina, zawsze
    > jednak lepsza od DD) jesteśmy nią faktycznie. Na początku są zdesperowani
    > małżonkowie z diagnozą: niepłodność. Potem jest chorobliwa chęć posiadania (już
    >
    > nie naszego) ale j a k i e g o k o l w i e k dziecka, aby tylko było dziecko!
    > Mamy już: pracę, dom, samochód, nie mamy jeszcze dziecka! A większość małżonków
    >
    > już ma!
    Nie podnoś tego argumenty, jest dalece niepoważny, dziecko nie jest rzeczą ani kaprysem wynikającym z chęci posiadania.

    > IX. Adopcja jest dla przysposabiających, nie dla przysposobionego. To
    > przysposabiający cierpią z powodu braku dziecka, nie odwrotnie.
    > Przysposabiający nie liczą się z uczuciami matki dziecka. Ma ona zniknąć z ich
    > życia. Żądają liczenia się ze swoimi uczuciami. Czy nie jest to egoistyczne? Z
    > chwilą uzyskania prawomocnego wyroku sądu rodzinnego wychowując dziecko
    > wypełniają obowiązki rodzicielskie (wychowawcze w tym przypadku). Nie czynią
    > niczego nadzwyczajnego.
    No tak, lepiej by dziecko było w domu dziecka, czyli w bidulu ?! Adopcja jest dla obu stron, dla nowych rodziców i dla dziecka. Pomysl racjonalnie, oddałaś dziecko, bo stwierdziłaś, że nie dasz rady wychowywać, gdyby nie rodzice adopcyjni, Twoje dziecko trafiłoby do bidula. Dziękuj Bogu i tym ludziom, że zapewnili dziecku normalny dom.

    Im_peria, twoja sytuacja jest nie do pozazdroszczenia, jednak musisz uzmysłowic sobie fakt, że podjęłaś juz w życiu decyzje odnośnie życia dziecka, które urodziłaś. Nie jest ono zabawką podatna na Twoje kaprysy. Oddzając dziecko do adopcji straciłaś do niego wszelkie prawa. To trudne, ale niestety prawdziwe. Musisz się z tym pogodzić innej rady nie ma. Juz zadecydowałaś.

    Gdybym ja był ojcem adopcyjnym, a ty biologiczną matką adoptowanego przeze mnie dziecka, nie miałabyś do niego dostępu po tym co tu wyczytałem z Twoich argumentów. Sorry, ale to ja jako rodzic, prawny opiekun dziecka, decyduje co jest dla niego najlepsze, Ciebie już nie ma w jego życiu tak długo, jak długo ja nie podejme innej decyzji. Oczywiście dziecko dowiedziałoby sie o Tobie, bo dlaczego nie, ale nie na twoich warunkach, tylko na moich.

    Im_peria, jestes koszmarnym snem rodziców adopcyjnych, wiesz o tym ? Rodzicem, prawdziwym rodzicem, jest ten, kto wychowuje dziecko.
  • gaja102 23.11.04, 13:02
    Ty się wykształciłaś kosztem tego dziecka.Policz ile rodzice wydali na niby
    Twoje dziecko,dlaczego nic nie piszesz o sprawach finansowych.
  • g0sik 23.11.04, 16:52
    Niestety nie można zmusić dziecka biologicznego do miłości, po latach gdy się
    spotkacie będziesz dla niego zupełnie obcą osobą . Czy Twoje dziecko gdy
    dorośnie zrozumie, że go nie chciałaś i oddałaś dla jego dobra? Dlaczego
    sądzisz, że pokocha Cię tylko za dar życia? Na podstawie jakich badań sądzisz
    że doceni ból porodu i Twoje leżenie pół roku przed nim? I niby jak ma okazać
    Ci wdzięczność? Może doceni to czego nie pamięta, a może zwyczajnie zwycięży
    uczucie złości i nienawiści za odrzucenie? Dlaczego ma bardziej docenić Twoje
    poświęcenie, a nie poświęcenie Mamy która była przy nim od najmłodszych lat
    dzieciństwa? Mamy która była w chorobie i która go wspierała przez kilkanaście
    lat. Jeśli by Twoje tezy wprowadzić w życie, każda kobieta powinna swoje
    pierwsze dziecko oddać żeby zapewnić sobie dozgonną wdzięczność, albo źródło
    utrzymania. Matką nie jest ta która urodziła ale ta która wychowała - to nie do
    Ciebie Twoja córka mówi Mamo!
  • melka_x 23.11.04, 19:01
    > Nie należy w żadnym razie dziecka przysposobionego nazywac „swoim
    > dzieckiem”. Nie można nie móc mieć dzieci (być niepłodnym) i je mieć
    > jednocześnie.

    Z bycia niepłodnym wynika wyłącznie to, że nie można spłodzić dziecka. Spłodzić
    a być rodzicem to są dwie różne sprawy.
    Ja bym powiedziała, że raczej nie można oddać dziecka i być nadal matką
    jednocześnie.

    > Adopcja jest dla przysposabiających, nie dla przysposobionego. To
    > przysposabiający cierpią z powodu braku dziecka, nie odwrotnie.

    Rozumiem, że chcesz powiedzieć, że dziecko oddane przez biologicznych rodziców
    nie cierpi? I fakt czy znajdzie rodzinę jest mu w wysokim stopniu obojętny?

    > po osiągnięciu pełnoletniości i powiadomieniu, ze „ciocia” jest
    > matką
    > dziecka, wspomniane nie będzie się czuło porzucone i niechciane

    Na jakiej podstawie twierdzisz, że wystarczy powiedzieć, że biologiczna matka
    interesowała się jego losami, żeby nie czuło się odrzucone? Takie to proste
    uważasz? Pstrykasz palcami, mówisz "ciocia to Twoja mamusia, która Cię kochała,
    a Twoja mamusia to tylko wychowawczyni, której prawdziwa mamusia oddała Cię na
    wychowanie" i dziecko przestaje czuć się odrzucone?

    Poza tym dziecko to nie przedmiot, który można oddać na przechowanie i po
    osiągnięciu przez niego pełnoletności odebrać jak przesyłkę.

    > Dziecko adoptowane nie jest i nigdy nie będzie „naszym dzieckiem” w
    > dosłownym
    > tego słowa znaczeniu.

    Urodzone i spłodzone przez nas dziecko również nie jest naszym dzieckiem w
    dosłownym tego słowa znaczeniu.

    > Z chwilą uzyskania prawomocnego wyroku sądu rodzinnego wychowując dziecko
    > wypełniają obowiązki rodzicielskie (wychowawcze w tym przypadku).
    > Adopcja jest chęcią udowodnienia rodzinie, sąsiadom,
    > współpracownikom, ze my, jako rodzina (adopcyjna czyli quasi rodzina, zawsze
    > jednak lepsza od DD) jesteśmy nią faktycznie. Na początku są zdesperowani
    > małżonkowie z diagnozą: niepłodność. Potem jest chorobliwa chęć posiadania
    (już
    >
    > nie naszego) ale j a k i e g o k o l w i e k dziecka, aby tylko było dziecko!

    Na pewno są przypadki nieudanych adopcji, gdzie wina leży po stronie
    adoptujących, ale w ogromnej części ci ludzie wypełniają obowiązki
    rodzicielskie za osoby, które tego nie chciały lub nie mogły robić. Radziłabym
    pamiętać, że ktoś za Ciebie je wypełnia i jeśli faktycznie kochasz dziecko,
    które urodziłaś, nie lekceważ tego.

    Zakładanie z góry, że rodzice adopcyjni stali się nimi z powodu presji sąsiadów
    jest równie sensowne jak zakładanie, że jedyną motywacją w przypadku wszystkich
    decydujących się na dziecko -obojętnie czy adoptowane, czy spłodzone przez daną
    parę- jest chęć udowodnienia czegoś otoczeniu.

    Twoje podkreślanie, że dziecko jest j a k i e k o l w i e k, a nie biologicznie
    własne wyraźnie sugeruje, że nie potrafisz sobie wyobrazić, że można kochać
    dziecko mimo braku pokrewieństwa. To, że Ty nie jesteś sobie w stanie tego
    wyobrazić, nie oznacza jednak, że takich ludzi nie ma.

    > Przysposabiający nie liczą się z uczuciami matki dziecka. Żądają liczenia się
    > ze swoimi uczuciami. Czy nie jest to egoistyczne?

    Egoistyczna jest raczej chęć odebrania dziecka po latach jak przesyłki po
    latach kochania i wychowywania przez adopcyjnych rodziców, które Twoim zdaniem
    są oczywiście dla dziecka nieistotne. Murzyn zrobił swoje, murzyn zajmuje się i
    kocha dziecko od blisko 20 lat, ale murzyn powinien odejść, bo biologiczna
    mamusia chce mieć dorosłe dziecko z powrotem?

    Moich rodziców nie kocham dlatego, że mnie spłodzili, do tego wystarczy
    zdrowie, a nie miłość, świadomość, odpowiedzialność czy jakiekolwiek
    umiejętności, które byłyby ich zasługą. Nie kocham ich również za to, że nie
    pomyśleli o aborcji, nie ma w tym nic nadzwyczajnego.

    Kocham ich za wspomnienia jak przyrzekali pierwszego dnia w przedszkolu, że na
    pewno po mnie wrócą, za wspomnienie, że gdy zaatakował mnie pies natychmiast
    znalazłam się w bezpiecznych ramionach mamy, za zbieranie ze mną kasztanów,
    wypady do zoo, wspólne obiady, za układanie klocków, za czytanie przed
    zaśnięciem, za tłumaczenie zadań z matematyki, za mówienie co jest dobre, co
    złe, za prowadzenie mnie na zajęcia pozalekcyjne zgodne z moimi
    zainteresowaniami, za czułość, za pewność, że mnie kochali i kochają, że mogę
    na nich zawsze liczyć, za to że wiedzą o mnie niemal wszystko i za tysiące
    innych rzeczy.
    Twoim zdaniem to były tylko obowiązki wychowawcze, które nic nie znaczą?


  • wieczna-gosia 24.11.04, 06:21
    > I. Złem ipso facto nazwać należy zakaz kontaktowania się matki ze swoim
    > dzieckiem (w przypadku, gdy ona deklaruje chęć).
    I co jak w reklamie- mowisz masz? Dzien dobry mam chec zobaczyc moje dziecko i
    pojsc z nim do kina. OK. A teraz mam chec zniknac na dalsze 8 lat. OK. Uwazam
    ze jakiekolwiek prawa scedowalas na rodzicow adopcyjnych. Twoja chec nie ma tu
    nic do rzeczy.

    > II. Złem ipso facto jest zakaz kontaktowania się dziecka ze swoim
    > biologicznym rodzeństwem (chęć nawiązania więzi wychodzi od matki, zakaz od
    > wychowawców).
    Tak samo jak powyzej.

    > III. Matce dziecka należy się szacunek i wdzięczność za to, ze dziecko
    > urodziła i oddała do adopcji w poczuciu, że czyni dobro.
    > IV. Wychowawcom nie należy się wdzięczność za wywiazywanie się z obowiązków
    > rodzicielskich (wychowawczych w tym przypadku).

    czyli- idac tym tropem- rodzicowi naturalnemu nie nalezy sie szacunek za to ze
    wychowuje tylko za to ze urodzil?? Bzdura. Kazdemu nalezy sie szacunek i tego
    swe nieadopcyjne dzieci ucze. Nie.

    > V. Nie należy w żadnym razie dziecka przysposobionego nazywac „swoim
    > dzieckiem”. Nie można nie móc mieć dzieci (być niepłodnym) i je mieć
    > jednocześnie.
    Nie urodzilam psa ani kota a jednak mowie o nich moj pies i moj kot. A one
    traktuja mnie jak czlonka swojego stada. Nie gryza moich dzieci, pozwalaja
    sobie zabrac jedzenie z miski. Dlaczego dziecko adopcyjne ma miec gorzej?
    Dlaczego, skoro jestem gotowa w krag rodzinny przyjac psa- mam swiadfomie
    odpychac dziecko? Boze jakiz to egoistyczny postulat. Mam wychowywac dziecko
    wiele lat w poczuciu, ze nie nalezy do mojej rodziny? Ze jest obce? Brrr....

    > VI. Kontakt z matką dziecka (po wyrażeniu takiej chęci) może mieć tylko
    > dobre skutki dla dziecka:
    > A. po osiągnięciu pełnoletniości i powiadomieniu, ze „ciocia” jest
    > matką
    > dziecka, wspomniane nie będzie się czuło porzucone i niechciane, zdobędzie
    > świadomość, że matka przez cały czas była blisko i interesowała się
    faktycznie
    > losem dziecka
    > B. nawiąże się więź matki z dzieckiem, która w życiu dorosłym może
    > zaprocentować w postaci zdrowia psychicznego i braku chwiejności emocjonalnej
    > C. matka dziecka przez cały czas wie, co się dzieje z jej dzieckiem
    > D. ewentualne rodzeństwo dziecka ma kontakt z bratem lub siostrą
    >
    Taka decyzja nalezy glownie do dziecka i jego rodzicow. To oni je znaja. Ty
    masz zludzenie ze je znasz. I uwazam ze moc decyzyjna o losach dziecka powinna
    nalezec do ludzi, ktorzy je znaja. Uwazam, ze uczucie odrzucenia jest
    nieodlacznym elementem dojrzewania dziecka adopcyjnego. A odrzucenie moja droga
    jest faktem. Powody dla ktorych to sie stalo sa swiatem nas, ludzi doroslych. A
    dziecko swiat odbiera prosciej. Ktos mnie nie chcial, ktos mnie oddal. Wcale
    nie uwazam, ze jedyna droga by przez to przejsc jest staly kontakt z matka
    biologiczna i rodzenstwem. Ba, jest w tym ogromny ladunek okrucienmstwa nie
    uwazasz? Ciebie oddalam a ich nie. Nie no oczywiscie ciebie kocham tam samo jak
    ich, ale jednak to oni mieszkaja ze mna a ty nie. Terefere.

    > VIII. Adopcja nie jest lekiem na niepłodność. A często jest w ten sposób
    > traktowana.
    > Dziecko adoptowane nie jest i nigdy nie będzie „naszym dzieckiem” w
    > dosłownym
    > tego słowa znaczeniu. Adopcja jest chęcią udowodnienia rodzinie, sąsiadom,
    > współpracownikom, ze my, jako rodzina (adopcyjna czyli quasi rodzina, zawsze
    > jednak lepsza od DD) jesteśmy nią faktycznie. Na początku są zdesperowani
    > małżonkowie z diagnozą: niepłodność. Potem jest chorobliwa chęć posiadania
    (już
    >
    > nie naszego) ale j a k i e g o k o l w i e k dziecka, aby tylko było dziecko!
    > Mamy już: pracę, dom, samochód, nie mamy jeszcze dziecka! A większość
    małżonków
    >
    > już ma!

    Zadne dziecko nie jest w dosłownym tego slowa znaczeniu naszym dzieckiem, jest
    darem, danym nam na jakis czas zeby po uplywie tego czasu odfrunac do wlasnych
    spraw. Stajemy sie w jego zyciu kims mniej waznym od jego wlasnych dzieci czy
    meza/ zony czy innego partnera. Amerykinie odkrylas. Nadalnie qumam DLACZEGO
    rodzicielstwo adopcyjne jest w twoim mniemaniu gorsze, dlaczego rodzice
    adopcyjni maja sie wyrzec tego czasu kiedy dziecko w pelni jest z nimi. A juz
    posadzanie rodzicow adopcyjnych o tak niskie pobudki, ze chca miec dziecko bo
    sasiedzi juz maja.... no prosze... a co z tymi, ktorzy maja wlasne dzieci a
    decyduja sie na adopcje? Pewnie chcieli se chmurke w niebie zaklepac? Milosc do
    obcego dziecka jest niemozliwa?
    > IX. Adopcja jest dla przysposabiających, nie dla przysposobionego. To
    > przysposabiający cierpią z powodu braku dziecka, nie odwrotnie.
    > Przysposabiający nie liczą się z uczuciami matki dziecka. Ma ona zniknąć z
    ich
    > życia. Żądają liczenia się ze swoimi uczuciami. Czy nie jest to egoistyczne?
    Z
    > chwilą uzyskania prawomocnego wyroku sądu rodzinnego wychowując dziecko
    > wypełniają obowiązki rodzicielskie (wychowawcze w tym przypadku). Nie czynią
    > niczego nadzwyczajnego.
    >
    Prawda imperio jest brutalna. Jak sie chce miec dziecko to sie go nie oddaje do
    adopcji. Nie mozna miec ciastka i zjesc ciastko. Sytuacja o ktorej piszesz jest
    do rozwiazania w polskim pawodawstwie. Ty nie zgadzasz sie na aodpcje, a
    dziecko bierze rodzina zastepcza. Masz wtedy mozliwosc kontaktowania sie z
    dzieckiem, mozesz sobie uczestniczyc w jego wychowaniu ile dusza zapragnie.
    Owszem rodzice adopcyjni nie czynia niczego nadzwyczajnego. Wychowuja dziecko.
    Ty tez nie uczynilas niczego nadzwyczajnego. Urodzilas dziecko. Ja urodzilam 5
    wielka mi rzecz. Oczywiscie moglas usunac, ale jesli za podstawe moralna i
    ludzka przyjmiemy ze usuwanie ciazy jest norma i nalezy podziwiac osoby ktore
    urodza zrobi sie paranoja. Nie. Norma jest urodzenie dziecka i poniesienie
    konsekwencji dlugofalowych zreszta urodzenia go. Konsekwencje te moga byc
    dwojakie. Urodzilam i wychowuje moje wlasne dziecko. Lub urodzilam, lecz nie
    wychowuje. Wychowuje ktos inny. To TEZ jest konsekwencja.
    --
    IARTPFWTSIOWIM
    I Am Repeating This Parrot-Fashion Without The Slightest Idea Of What It Means
  • ewa2000 25.11.04, 13:51
    Jestem ginekologiem-położnikiem i matką kilkunastoletniego syna. Zajmuję się (
    głównie) tzw. trudnymi ciążami, ale 2-3 razy w miesiącu dyżuruję na
    połoznictwie. Widziałam wiele - i rozpacz ludzi, którzy nie mogą mieć dzieci, i
    radość gdy jednak się udało, i dramaty kobiet, które są w niechcianej ciąży (
    bez względu na ich status czy sytuację rodzinną) i adopcję z każdej możliwej
    strony.
    Moja diagnoza jest jednoznaczna - czujesz ogromne wyrzuty sumienia spowodowane
    tym, że nie jestes (już) matką!
    Może zdecydowałaś się na oddanie dziecka do adopcji bez głębszego przemyślenia?
    Może nie miałaś warunków, choć bardzo chciałaś wychowywać dziecko?
    Może byłaś pod presją środowiska ( ojca dziecka, rodziców itp)?
    Może...... ja mogę tylko gdybać, jak było naprawdę wiesz Ty.
    Odważę się stwierdzić, że:
    - nie kochasz małej, skoro chcesz kiedykolwiek i w jakikolwiek sposób wejść w
    jej życie,
    - kierujesz się egoizmem i chęcią zaspokojenia swoich instynktów macierzyńskich
    ( niezaspokojonych, skoro nie jesteś już matką) kosztem zburzenia spokoju nowej
    rodziny.
    Przyjmij do wiadomości, że nie jesteś matką. Dziecko ma inne nazwisko i inne
    dane w dokumentach. Nie Ty lecz inni ludzie mają wobec dziewczynki prawa i
    obowązki ( także alimentacyjne). I dziecko będzie miało wszelkie prawa i
    obowiązki wobec swoich rodziców ( a nie "wychowawców", gdyz "wychowawca" może
    być np. na kolonii lub w szkole), po nich będzie dziedziczyło itp.
    Matką jest nie ta osoba, która urodziła i przez 9 miesięcy była w ciąży - matką
    jest ta, która zajmuje się dzieckiem na co dzień i ma stosowne dokumenty prawne
    ( metryka).
    Podjęłaś określoną decyzję- oddania dziecka do adopcji. A za każdą decyzją
    kryją się jej dalsze konsekwencje - w Twoim wypadku zrzeczenie się praw
    rodzicielskich RAZ NA ZAWSZE. Nie masz już dziecka, nie jesteś matką.
    Symptomatyczne jest jeszcze porównywanie siebie z kobietą, która adoptowała
    Twoje dziecko? Jakie to ma znaczenie, że jest starsza? Żadne - pewnie jest
    dojrzalsza i bardziej doświadczona. Piszesz, że jest brzydka? Dziewczyno, nie
    ładne to co ładne, a co się komu podoba! Być może dla tysięcy mężczyzn i kobiet
    Ty także nie wydajesz się urodziwa. Rzecz gustu.
    A teraz pozwól, że ustosunkuję się do Twoich tez:
    I. Złem jest pozwolenie na burzenie spokoju nowej rodziny kosztem zaspokojenia
    chęci kontaktów z dzieckiem kobiety, która je urodziła
    II. j.w
    III. Matce BIOLOGICZNEJ nalezy się szacunek, że podjęła decyzję korzystną dla
    dziecka,
    IV. Nie uznaje w tym przypadku słowa "wychowawcy"- ci ludzie są rodzicami
    V.Dziecko - nieważne urodzone czy adoptowane jest dzieckiem tych ludzi, którzy
    prawnie ( według dokumentów0 sa jego rodzicami.Można mieć dzieci i nie móc ich
    urodzić - adopcja jest również forma rodzicielstwa.
    VI kontakt matka ( rozumiem , że w tym wypadku osoba, która urodziła i oddała
    do adopcji) i dziecko może skutecznie i na całe zycie zakłócić spokój i
    równowagę psychiczną dziecka, prowadzic do tragedii. O to chodzi?
    Jestem zwolenniczką informowania dziecka o adopcji i ...tyle.
    VII Adopcja blankietowa jest formą prawną stosowaną wszędzie i nie widzę tu
    niczego nienormalnego czy złego.
    VIII Adopcja nie jest lekiem na niepłodnośc - jest inną formą posiadania
    dziecka - tyle.Rodzice decydujący się na adopcje nikomu niczego nie muszą
    udowadniać.A jesli ktos prowadzi dalsze wywody ( vide Twój post) ma bardzo, ale
    to bardzo małe pojęcie o życiu.
    IX Dywagacje dla kogo jest a dla kogo nie jest adopcja są kolejnym dowodem, że
    Twoja wiedza o życiu jest w powijakach.

    Pisząc ten post szukasz sama dla siebie usprawiedliwienia, tłumaczysz się (
    zresztą zbędnie) ze swojej takiej a nie innej decyzji. Moim zdaniem potrzebna
    Ci jest pomoc mądrego psychologa i psychatry. Nie po to, żeby Cie oceniac,
    oskarżać czy osądzać, ale uswiadomć Ci to i owo. Skorzystaj z tej sugestii dla
    dobra Ciebie samej, Twojej nowej rodziny i tamtej, o której piszesz z taka
    pogardą.
    Pozdrawiam serdecznie- Ewa, matka ( biologiczna) 15 letniego Adama, i osoba,
    która nie jedno w życiu widziała, a na dodatek córka adwokata.
  • asik69 25.11.04, 19:37
    Ewo, dziekuję.
    Dziękuję Ci za mądrą, spokojną, rzeczową odpowiedź. I za wyrażenie tego, co myśli większość z nas, a co nie każdemu (mnie nie...) udaje się wyrazić SPOKOJNIE.
    Pozdrawiam serdecznie,
    A
  • jam_30 23.05.05, 11:23
    imperio- taka jesteś wyedukowana a w XXI wieku nie potrafiłaś zadbać o
    antykoncepcjęsmile.
  • marakuja1 12.07.05, 15:41
    im_peria napisała:
    > Pozwolę sobie na przedstawienie moich tez. Aby było przejrzyście. Szanownych
    > dyskutantów (ewentualnych) prosiłabym o podzielenie się swoimi opiniami.

    Oczywiście, że dzielimy się swoimi opiniami, ale ich sprzeczność z twoimi
    poglądami wprawia ciebie w furię.

    > I. Złem ipso facto nazwać należy zakaz kontaktowania się matki ze swoim
    > dzieckiem (w przypadku, gdy ona deklaruje chęć).

    W adopcji liczy się dobro dziecka a nie dobro matki. Dziecko ma jedną matkę i w
    momencie adopcji staje się nią matka adopcyjna. Dwunożna macica (matka
    biologiczna) w tym momencie przestaje matką być.

    > II. Złem ipso facto jest zakaz kontaktowania się dziecka ze swoim
    > biologicznym rodzeństwem (chęć nawiązania więzi wychodzi od matki, zakaz od
    > wychowawców).

    Nie jest to złem, ponieważ dziecko adoptowane ma już swoją nową rodzinę, a
    przyrodnie rodzeństwo są rodziną tylko genetycznie. Tak samo dwunożna macica
    jest matką tylko genetycznie

    > III. Matce dziecka należy się szacunek i wdzięczność za to, ze dziecko
    > urodziła i oddała do adopcji w poczuciu, że czyni dobro.

    Dwunożnej macicy należy się tylko wdzięczność za to że ciążę donosiła. Dlaczego
    oddała do adopcji? Pewnie w poczuciu czynienia dobra tylko dla samej siebie.

    > IV. Wychowawcom nie należy się wdzięczność za wywiazywanie się z obowiązków
    > rodzicielskich (wychowawczych w tym przypadku).

    Rodzicom adopcyjnym należy się szacunek, że podjęli się wychowania dziecka
    zrzeczonego się przez "dwunożną macicę". Sama "dwunożna macica" była na to zbyt
    leniwa.

    > V. Nie należy w żadnym razie dziecka przysposobionego nazywac „swoim
    > dzieckiem”. Nie można nie móc mieć dzieci (być niepłodnym) i je mieć
    > jednocześnie.

    Tymbardziej "dwunożna macica" nie może nazywać dziecka oddanego "swoim"
    ponieważ je oddała. Jak oddajesz komuś coś to przestaje być twoje.

    > VI. Kontakt z matką dziecka (po wyrażeniu takiej chęci) może mieć tylko
    > dobre skutki dla dziecka:

    Kontakt z "dwunożna macicą" ma dobry skutek dla dziecka tylko wtedy kiedy
    dziecko tego chce. To czego chce matka biologiczna naprawdę się nie liczy.

    > A. po osiągnięciu pełnoletniości i powiadomieniu, ze „ciocia” jest
    > matką
    > dziecka, wspomniane nie będzie się czuło porzucone i niechciane, zdobędzie
    > świadomość, że matka przez cały czas była blisko i interesowała się
    faktycznie
    > losem dziecka

    Więc nie trzeba było oddawać dziecka do adopcji, lecz do rodziny zastępczej.
    Może się bałaś, że nowy mąż z ciężarem z poprzedniego związku cię nie zechce?
    Może nie jesteś aż tak atrakcyjna jak ci się wydaje wink

    > B. nawiąże się więź matki z dzieckiem, która w życiu dorosłym może
    > zaprocentować w postaci zdrowia psychicznego i braku chwiejności emocjonalnej

    Brak chwiejności emocjonalnej wyrabia się w okresie dzieciństwa. Ale kontakt
    nawiązuje dziecko z matką adopcyjną, a nie z "dwunożną macicą".

    > C. matka dziecka przez cały czas wie, co się dzieje z jej dzieckiem

    To po co je oddawała do adopcji?

    > D. ewentualne rodzeństwo dziecka ma kontakt z bratem lub siostrą

    O tym zadecyduje dziecko adoptowane, a nie "dwunożna macica" i jej następne
    potomstwo.

    > VII. Przysposobienie blankietowe jest złem. Zapewnia komfort psychiczny
    > wyłącznie
    > przysposabiającym. Wychowują oni dziecko w poczuciu braku zagrozenia ze
    strony
    > matki, co jest założeniem błędnym

    Z twoich postów wynika, że nie jest zagrożeniem błędnym. Jesteś naprawdę złem
    dla swego dziecka, gdyż w imię swoich wypaczonych idei próbujesz zrujnować mu
    dzieciństwo, w przyszłości lepsze życie.

    (poza wyjątkami w postaci matki chorej
    > psychicznie bądź przewlekle, np. alkoholizm) lub nie zawsze słusznym.

    Zastanów się czy taki egoizm przebijający z każdej twojej wypowiedz nie
    świadczy o byciu chorym psychicznie.

    > Przysposobienie blankietowe nie jest uwarunkowane „dobrem dziecka”
    > lecz dobrem
    > przysposabiających.

    Adopcja jest dobrem dla dziecka i dla rodziców adopcyjnych. "Dwunożna macica"
    tu się kompletnie nie liczy.

    > VIII. Adopcja nie jest lekiem na niepłodność. A często jest w ten sposób
    > traktowana.

    Oczywiście. Adopcja jest dobrem świadczonym dla porzuconych dzieci,
    których "dwunożne macice" miały ważniejsze sprawy niż ich wychowywanie.

    > Dziecko adoptowane nie jest i nigdy nie będzie „naszym dzieckiem” w
    > dosłownym
    > tego słowa znaczeniu.

    Mąż też nigdy nie będzie twoją "prawdziwą" rodziną. I czy ma to jakiekolwiek
    znaczenie?

    Adopcja jest chęcią udowodnienia rodzinie, sąsiadom,
    > współpracownikom, ze my, jako rodzina (adopcyjna czyli quasi rodzina, zawsze
    > jednak lepsza od DD) jesteśmy nią faktycznie.

    Rodziną jest się od razu po zawarciu związku małżeńskiego. Rozumiem, że twoje
    rozpaczliwe posty są chęcią udowodnienia, że ty jesteś faktycznie matką a
    nie "dwunożną macicą". Niestety dla adoptowanego dziecka jesteś tylko workiem w
    którym się rozwijało przez 9 miesięcy.

    Na początku są zdesperowani
    > małżonkowie z diagnozą: niepłodność. Potem jest chorobliwa chęć posiadania
    (już > nie naszego) ale j a k i e g o k o l w i e k dziecka, aby tylko było
    dziecko!

    Możliwe że są na początku zdesperowani. I dobrze, bo w domach dziecka jest
    mnóstwo dzieci z takimi pseudo-matkami jak ty.

    > Mamy już: pracę, dom, samochód, nie mamy jeszcze dziecka! A większość
    małżonków > już ma!

    Widzę, że zabezpieczenie materialne innych naprawdę Cię boli wink
    Czyżbyś była aż w tak fatalnej sytuacji finansowej, że wypisujesz takie
    głupoty? Chęć posiadania dziecka jest zaprogramowana biologicznie. I dla
    większości par nie ma znaczenia co powiedzą inni.

    > IX. Adopcja jest dla przysposabiających, nie dla przysposobionego. To
    > przysposabiający cierpią z powodu braku dziecka, nie odwrotnie.

    Adopcja jest i dla dziecka i dla rodziców adopcyjnych. Rodzice nie mają
    dziecka, a dziecko nie ma rodziców (bo "dwunożna macica" i "dawca spermy" się
    nie liczą)

    > Przysposabiający nie liczą się z uczuciami matki dziecka. Ma ona zniknąć z
    ich
    > życia. Żądają liczenia się ze swoimi uczuciami. Czy nie jest to egoistyczne?

    Egoistyczne jest wtrącanie się w czyjeś życie w imię swoich chorych idei.
    Trzeba było samemu wychowywać dziecko, wtedy miałabyś cokolwiek do powiedzenia.
    Z chwilą podpisania blankietu twoje uczucia przestały się liczyć.

    Z > chwilą uzyskania prawomocnego wyroku sądu rodzinnego wychowując dziecko
    > wypełniają obowiązki rodzicielskie (wychowawcze w tym przypadku). Nie czynią
    > niczego nadzwyczajnego.

    Skoro to takie nic nadzwyczajnego to dlaczego ciebie przerosło? Chyba że miałaś
    15 lat i kompletne siano w głowie ...

    > Pozdrawiam serdecznie wszystkich dyskutantów.
    Ja też pozdrawiam i życzę szybkiego dorośnięcia do prawdziwego życia. Bo
    bujanie w obłokach i próby niszczenia życia innym o dorosłości nie świadczą.
  • melka_x 23.11.04, 14:33
    Nie jestem adoptowaną matką i nie oddałam dziecka do adopcji. Sądzę, że jestem
    więc w miarę obiektywna.

    Zgadzam się, że dziecko powinno mieć prawo do poznania biologicznych rodziców,
    niemniej w żadnej mierze ten pogląd nie czyni Cię matką. Poza sytuacjami, kiedy
    kobietę zmusza do oddania dziecka bardzo ciężka i przewlekła choroba, lub
    skrajna nędza, zrzeczenie się praw rodzicielskich jest końcem macierzyństwa.
    Kobieta na własne życzenie ogranicza swój związek z dzieckiem do bycia dawcą
    genów i pełnieniem przez 9 miesięcy roli inkubatora. Matką jest ta, która
    dziecko przewija, karmi, usypia, wstaje do niego w nocy, masuje brzuch przy
    kolkach, która widzi pierwszy uśmiech, która opatruje stłuczone łokcia i
    kolana, która nie śpi przed pierwszym dniem w przedszkolu czy szkole, która
    chodzi na wywiadówki, która dziecku wyjaśnia dlaczego zimą pada śnieg, a w
    Australii ludzie nie chodzą do góry nogami itd itd itd. Matką jest ta, do
    której dziecko codziennie mówi "mamo".

    Być może Twoje dziecko kiedyś Cię odszuka. Ale czy jesteś pewna, że nie zrobi
    tego po to by powiedzieć Ci, że nie jesteś matką? Bo i takie znam przypadki.
  • agata_to_ja 23.11.04, 17:21
    III. Matce dziecka należy się szacunek i wdzięczność za to, ze dziecko
    urodziła i oddała do adopcji w poczuciu, że czyni dobro.
    IV. Wychowawcom nie należy się wdzięczność za wywiazywanie się z obowiązków
    rodzicielskich (wychowawczych w tym przypadku).

    Zaraz, zaraz, czegoś tu chyba nie rozumiem. Tobie należy się szacunek i
    wdzięczność, bo mogłaś zabić własne dziecko, a ajednak tego nie zrobiłaś? A
    rodzicom adopcyjnym nie należy się, bo co? Bo mają obowiązek wychowywać? Bo sie
    raz zdecydowali, więc muszą?
    Wejrzyjmy na początki Waszych relacji z dzieckiem - Ty zaszłaś w ciążę, miałaś
    więc obowiązek je urodzić. takie jest moje zdanie. Że miałaś jeszcze inne,
    nielegalne wyjście, tego nie biore pod uwagę. "Decyzja" zapadła - jesteś w
    ciąży, musisz urodzić.
    Rodzice adopcyjni - podjęli sie wychowywania dziecka, więc teraz muszą
    wypełniać obowiązki.
    Te dwie sytuacje mają u zarania pewną decyzję (ty podjęłaś współżycie płciowe,
    którego skutkiem było dziecko, oni podjęli decyzję o adopcji), więc obie strony
    mają pewne obowiązki. Jest ok.
    Lub...
    Ty podjęłaś decyzję o współżyciu, zaszłaś w ciążę, ale to nie znaczy, że masz
    jakikolwiek obowiązek wobec dziecka. Możesz je urodzić i wychować, lub usunąć,
    albo urodzić i oddać. Twoja sprawa, nie masz żadnych obowiązków. chwała Ci
    jednak za to, że nie wybrałaś najgorszego z wyjść.
    Rodzice adopcyjni - zdecydowali sie na adopcję, ale przecież w każdej chwili
    mogą ją rozwiązać. Nie ma obowiązku wychowywać do pełnoletniości tego dziecka,
    ich sprawa.
    Jak widzisz, obu stron dotyczą podobne zasady. Jeśli Tobie należy się szacunek,
    to im też. Albo jeśli nie należy się im, to tobie także nie.

    Pomyśl tylko, że jeśli oni nie zdecydowaliby się na adopcję, to cierpiałoby
    Twoje dziecko, w bidulu. Dlatego akurat bardziej zasadne jest oczekiwanie
    wdzięczności od nich, nie od Ciebie.

    Przypomniał mi sie dowcip o Stalinie, który zawołał do siebie chłopca i dał mu
    cukierka. A potem ludzie mówili - wot kakoj wielikij czieławiek. Mog ubit
    malczika, no nie ubił. I z ciebie chyba toże samoj wielikij czieławiek...
  • asik69 23.11.04, 18:32
    Boooże! Jak miło przeczytać tyle mądrych, sympatycznych wypowiedzi! Dzieki Wam
    za to!
  • kasiapfk 23.11.04, 20:31
    Prą państwa, darujmy sobie już odpowiedzi na .... no dobra - tekst.
    Jeszcze jedna tożsamość wyszczekała swoje frustracje, bóle, wyrzuty sumienia
    czy co tam jeszcze.
    I bardzo dobrze. Ponoć ...która dużo ryczy mało melka daje. Zatem nie
    obawiałabym się podjęcia jakichkolwiek prób wprowadzenia w czyn "obietnic".
    Dobranocka.
  • marakuja1 12.07.05, 15:58
    Wydaje się że jest to jakaś prowokacja, choć z drugiej strony istnieją ludzie o
    tak pogiętych mentalnościach, że niczemu już się nie zdziwię.
    Jestem pełna podziwu dla rodziców adopcyjnych, którzy za wszelką cenę tworzą
    rodziny dla tych niechcianych.
    JESTEŚCIE WSPANIALI wink
  • iwonaw2 23.11.04, 22:03
    Trollujesz czy żartujesz?
    Jesli jednak nie to, co Ty łaskę zrobiłaś tym którzy nie mogą mieć dzieci
    rodząć jedno - a może i cały tuzin, he? Skoro taką MATKĄ jesteś to czemuś je
    oddała???!!!
    Masz tupet. Dla takich jak Ty (nie wszystkich matek które oddały swoje dzieci),
    mam nadzieję, że nasze prawo w tej kwestii NIGDY się nie zmieni.


    Nie pozdrawiam

    Iwona
  • ivia 24.11.04, 10:48
    Generalnie rzecz biorąc, jestem zdruzgotana postawą im_perii. Mój kolega z
    pracy, któremu przeczytałam ten wątek, skomentował to krótko: "krowa też rodzi
    a matką nie jest".
    To tyle.
    Ivia
  • agata_to_ja 24.11.04, 11:26
    A to mnie zaciekawiłaś smile A dlaczego krowa nie jest matką???
  • ulanka_k 25.11.04, 18:36
    Czytam te wątki, i mam jedno pytanie, które już kiedyś zadałam bezpośrednio
    osobie, która oddała swoje dziecko, ale nie uzyskałam wiarygodnej
    odpowiedzi: "Co zmusiło Ciebie, żeby oddać swoje dziecko? Jeżeli sytuacja
    ekonomiczna, to jakim cudem i w jakim czasie poprawiła się tak znacząco, że
    jesteś w stanie wychowywać inne dzieci? Czego nie mogłaś dać swojemu dziecku,
    że zdecydowałaś je oddać obcym ludziom i co zrobiłaś, żeby móc mu zapewnic w
    życiu wszystko co najlepsze, bo rozumiem, że dziecko można oddać tylko w
    skrajnej sytuacji, kiedy wszytkie sposoby już zawiodły, czy nie tak?? Nie mów
    tu o miłości, powiedz tylko czego nie mogłaś mu zapewnić, co zrobiłaś, żeby
    jednak to zdobyć, bardzo bym chciała wiedzieć.
    Pozdrawiam
    Ula
  • im_peria 26.11.04, 10:52
    Szanowne forumowiczki, szanowni forumowicze!
    Nie dojdziemy do żadnego konsensusu. Stosujecie swoistą projekcję - staracie
    się udowodnić mi, że czuję do wychowawców adopcyjnych to, czego nie czuję,
    imputujecie mi, że Was nienawidzę. Nie nienawidzę Was ani nie kocham/lubię.
    Jesteście mi obojętni.
    Sądzę, że jesteście upośledzeni przez Naturę i odczuwacie ból fantomowy, który
    staracie się zniwelowac przy pomocy adopcji. Wykorzystujecie maksymalnie swoje
    prawa i zabraniacie dziecku na nawiązanie więzi ze swoją matką i rodzeństwem.
    Tłumaczycie ten fakt, jak i wiele innych, błędnie pojmowanym dobrem dziecka.
    Zarzucacie mi niedorzeczne argumenty, głupotę, rolling, chorobę psychiczną
    (vide pani od diagnozy, niepostawionej z racji zbyt małej ilości danych),
    obrażacie mnie, pierwsi atakujecie, gdy odpieram atak – zarzucacie wycieczki
    osobiste i zejście z właściwej drogi merytoryki.
    Dalszą dyskusję uważam za bezcelową.
    Chciałabym odnieść się na koniec do tak przez Was podważanej roli genetyki w
    życiu dziecka. Nie macie obowiązku w to wierzyć, zresztą wielu uczonych i
    terapeutów uważa go za szarlatana, ale poczytajcie o teorii „wiedzącego pola”
    Berta Hellingera lub teorii pól morfogenetycznych Ruperta Sheldrake’a. Kazde
    dziecko rodzi się w konkretnej rodzinie, z takimi a nie innymi uwikłaniami i
    obciążeniami, odziedziczonymi po swoich przodkach, na które Wy nigdy nie
    będziecie mieli wpływu (vide historia adoptowanego żydowskiego chłopca – nie
    wiedział, że jest adoptowany, dopiero podczas ustawienia otrzymał tą wiedzę i
    wyszły na światło dzienne uwikłania, które były przyczyną jego problemów, wcale
    niezwiązane z jego rodziną adopcyjną, lecz z tą, w której się urodził, z którą
    wiążą go geny i ta sama krew).
    W maju 2005 r. moja córka przystąpi do I Komunii św. Zrobię wszystko, aby w tym
    dniu jej towarzyszyć. Będę w zaawansowanej ciąży. Chciałabym powiadomić ją, że
    będzie miała rodzeństwo, że jestem jej mamą. Jeśli jej wychowawcy zabronią mi
    widywania się z Olą (tak dałam córce na imię, ale rzecz jasna zostało ono
    zmienione, nawet tego w przeważającej części nie potraficie uszanować), strzelą
    sobie samobója. W przyszłości, czyli za niecałe 10 lat, z pewnością nie
    omieszkam tego faktu wykorzystać przeciwko nim. Chciałam, córeczko, być obecna
    w Twoim życiu, chciałam, abyś znała od początku swojego przyrodniego brata, ale
    Twoi wychowawcy w Twoim imieniu zabronili nam tego.
    Może odezwę się w przyszłym roku. Po zobaczeniu się z córką po 9 latach.
    Zobaczymy….
    Pozdrawiam wszystkich.
  • leli1 26.11.04, 12:54
    Im_perio, wiele juz zostalo napisane zarowno pod twoim jak i pod naszym adresem. Ale jedna rzecz przyszla mi do glowy, przeciez Ty oddajac dziecko do adopcji ZGODZIŁAS SIE na pewne warunki. Przeciez prawo adopcyjne od tego czasu jest takie samo. Zgodzilas sie ze nie bedziesz miala mozliwosci kontaktu z dzieckiem, ze nie mozesz wplywac na jej losy, ze powierzasz dziecko panstwu X ze wszystkimi konsekwencjami. Bylas pelnoletnia z tego co rozumem i swiadoma tego faktu. Brutalnie mowiac zawarlas pewną umowę....a teraz chcesz zmieniac jej zasady. Niektore decyzje są nieodwracalne, prawo w Polsce jest jakie jest i Ty go na pewno nie zmienisz. Jesli byloby od poczatku jasno powiedzine ze oddajesz dziecko pod warunkiem ze........ wtedy rodzice adopcyjni wiedzieliby na co się "piszą", tymczasem skoro adopcja miała być niejawna pozwól im aby taka pozostała.
  • wieczna-gosia 01.12.04, 23:51
    > W maju 2005 r. moja córka przystąpi do I Komunii św. Zrobię wszystko, aby w
    tym
    >
    > dniu jej towarzyszyć. Będę w zaawansowanej ciąży. Chciałabym powiadomić ją,
    że
    > będzie miała rodzeństwo, że jestem jej mamą. Jeśli jej wychowawcy zabronią mi
    > widywania się z Olą (tak dałam córce na imię, ale rzecz jasna zostało ono
    > zmienione, nawet tego w przeważającej części nie potraficie uszanować),
    strzelą
    >
    > sobie samobója. W przyszłości, czyli za niecałe 10 lat, z pewnością nie
    > omieszkam tego faktu wykorzystać przeciwko nim. Chciałam, córeczko, być
    obecna
    > w Twoim życiu, chciałam, abyś znała od początku swojego przyrodniego brata,
    ale
    >
    > Twoi wychowawcy w Twoim imieniu zabronili nam tego.
    > Może odezwę się w przyszłym roku. Po zobaczeniu się z córką po 9 latach.

    Moze uda ci jej sie jeszcze wytlumaczyc dlaczego oddalas ja do adopcji
    Dlaczego zrzeklas sie wszelkich praw do niej.
    I dlaczego niby ty masz byc wazniejsza w jej zyciu niz ludzie ktorzy ja
    wychowali.
    To oni nie spali po nocach.
    Oni uczyli siusiac na nocnik
    Ale uczyio czegos jeszcze.
    Uczyli kochac.
    Gdyby nie oni- twoja corka nie poznalaby smaku milosci.

    --
    IARTPFWTSIOWIM
    I Am Repeating This Parrot-Fashion Without The Slightest Idea Of What It Means
  • eve144 03.02.05, 20:18
    ...po przeczytaniu 2 i 3 wypowiedzi im_perii, albo ta kobieta
    jest "upośledzona" psychicznie i "odczuwa ból fantomowy" w mózgu z powodu braku
    szarych komórek albo ktoś jej płaci za podburzanie innych
  • margosia.kr 16.02.05, 22:59
    Witaj.
    To co przeczytałam w Twoich postach jest okrutne. Przemawia przez Ciebie jakiś
    cholerny ( przepraszam za zwrot) kompleks, poczucie winy ? Zadaj sobie pytanie,
    czy Twoja córeczka będzie chciała byś była obecna w jej życiu ? Może będzie
    chciała tylko MATKI, która była przy niej każdego ranka, gdy otwierała oczy ?
    Która szła z nią do przedszkola, stawiała pierwsze literki, uczyła kochać
    otaczający świat? Czy choć raz pomyślałaś czego ona będzie chciała??? Jesteś
    dla niej OBCA. Jesteś tylko i zarazem aż OBCĄ kobietą, która wydała ją na
    świat. Myślisz tylko o sobie. Z Twoich postów bije wielki egoizm. Uważasz, że
    oddałaś córkę dla jej dobra, wykształcenia itp. Może ona będzie szczęśliwa nie
    mając zamiłowań takich jak Twoje, podobnego charakteru, może wcale nie będzie
    chciała kończyć prestiżowych uczelni. Może będzie pragnęła być np. fryzjerką.
    Nie rozumiem dlaczego chcesz z buciorami wkraczać w jej życie. Kto lub co daje
    Ci takie prawo? Wychowawcy adopcyjni, jak ich nazywasz zasługują z Twojej
    strony na wielki szacunek. To oni dają MIŁOŚĆ dzieciom, których PSEUDO MATKI
    ograniczyły się tylko do przypadkowego poczęcia i urodzenia. Uważam, że na
    miano MATKI nie zasługujesz !!! Okazałaś się tylko SAMICĄ, która urodziła
    młode. Za każde wszystkie swoje obłudne i chore słowa powinnaś przeprosić
    RODZICÓW adopcyjnych. Dodam jeszcze, że jestem MATKĄ, która urodziła swoje
    dzieci.
  • dorinatea 13.05.05, 11:13
    Ty również jesteś mi obojętna, a Twoje teorie tym bardziej. Mam daleko w nosie
    Twoje intelektualne wywody. Powinnaś wykładać filozofię.
  • tochter 26.11.04, 16:49
    kochani. Imperii nie ma. To norman 11. Facet. Przeczytajcie sobie wątek czy w
    polsce jest możliwa adopcja ze wskazaniem. Ten sam typ argumentacji, ta sama
    zajadłość, nawet fakty z życia się zgadzają (tyle że tu akurat norman jest w
    ciąży:_)
    dajcie spokój: facet was napuszcza i ma zabawę z tego, że się pieklicie. To
    prymitywna taktyka: obazić i schować się za krzesło.
    idzie mikołaj - dzieci czekają na prezenty. Nie musicie ich robić normanowi,
    pisząc do niego listy żeby mógł spuścić z siebie trochę frustracji.
    ściskam wszyskich
  • kasialu 26.11.04, 22:06
    Jestem matką!
    Adoptowaliśmy cudną dziewczynkę. Cudną nie dlatego, że śliczna czy mądra. Cudna
    dlatego, że jest. Nie oceniam jej mamy biologicznej. Podziwiam.
    Uczestniczymy w warsztatach adopcyjnych na których omawiane są kwestie czy
    jesteśmy rodzicami. Oczywiscie to zależy od tego jak zdefiniujemy pojecie
    rodziców. jeżeli uznamy, ze rodzice to ludzie, którzy URODZILI to rodzicami nie
    jesteśmy. Jeżeli natomiast uznamy, że rodzice to ludzie którzy zapewniaja
    dziecku poczucie bezpieczeństwa, miłość, uczą kochać i pomagaja poznawać świat
    to jesteśmy rodzicami jak najbardziej.
    Udowadnianie Tobie czy innym czy jesteśmy rodzicami czy nie mija sie z celem.
    Rodzicem jest ten, który wychowuje dziecko.
    Za kilka miesiecy moja córka będzie miała rodzeństwo. Jestem w ciąży. Będę
    podwójną matką dwójki moich dzieci. Mała od małego bedzxie znała prawdę o jej
    pochodzeniu. Dorośnie i sama zadecyduje co chce z tą wiedzą zrobić.
    Jeżeli chodzi o Twoją koleżankę z OAO to postępuje nieetycznie. Etyka zawodowa
    chyba jest jej obca.
  • nusik1 27.11.04, 21:18
    Mam nadzieję, że to prowokacja. Nie wyobrażam sobie wstrząsu jakie mogło by
    dziecko przeżyć gdyby rzeczywiście matka miała się pojawić nagle w dniu jego
    komunii, żal mi osoby która to pisze... Bestialstwo tak to mogę nazwać...Egoizm
    czy egocentryzm (ale w tym wieku?), etc... Zakłócać spokój psychiczny dziecka,
    które się kocha, z powodu własnych wyrzutów sumienia??? Ty osobo która to
    piszesz jesteś zdrowa psychicznie??? Jeśli Cię to bawi - to się baw, ale swoim
    kosztem. Psychopata lub psychopatka i tyle. Nie trzeba znać szczegółów, ani być
    lekarzem aby się domyślić.
  • aku_nia 01.12.04, 23:13
    "Tylko dlatego są rodzicami mojego
    dziecka, że ja oddałam moje dziecko do adopcji. Tylko dlatego. Gdyby nie moja
    > decyzja i kobiet mi podobnych, nigdy nie mogliby powiedzieć o
    > sobie „rodzice”. "

    A wy tylko dlatego nie musicie zastanawiać sie, jak wasze niechciane,
    niewterminie, niewtymmomencie, niestety dziecko przeżyło bez waszej miłości,
    czasu i chęci i możliwości.
    Jaki wybór zostawiliście dzieciom i SOBIE, gdyby nas "rodziców" nie było....
  • renataum 02.12.04, 22:52
    Moja droga do Ameryki jeszcze nam daleko a Ty podjęłaś decyzję w momencie
    zrzeczenia się praw rodzicielskich. Nie oczekuj więc zrozumienia ,ani teraz ani
    w przyszłości, Bo twoje dziecko może go nie mieć dla Ciebie, i to nie powinno
    Cię zdziwić. Matka to ta która uczy , kocha, wstaje w nocy, jest podczas
    choroby czy w trudnych chwilach. Ja również jestem wdzięczna osobie która
    urodziła moją córkę, znam jej dane i jeżeli moja córka będzie je chciała poznać
    udostępnię je jej. Ale nie wiem jakby się zachowała gdyby znała prawdę o tym że
    została porzucona. Więc zastanów się kobieto nad tym co napisałaś.
  • kornelcia75 04.12.04, 12:36
    gosiu nic dodac nic ując,a Tobie cóz mogę powiedziec bądz matką dla swjego
    jeszcze nienarodzonego dziecka,bo Twoje pierwsze dziecko matkę juz ma.
    Nie Ole,Olą byłaby gdybys jej nie oddała
    --
    a to moje cudo Maks
    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=621&w=16105051
  • kapyl 09.12.04, 13:57
    Słuchajcie a może ta osoba lubuje się w ranieniu innych ludzi, bawią ją po
    prostu posty pełne oburzenia.
    A tak serio - czy admin nie może takich rozmówców usuwać?
    To jest chyba forum wsparcia dla rodziców adopcyjnych, miejsce gdzie mogą
    wymienić się doświadczeniami z podobnymi sobie, miejsce gdzie osoby planujące
    adopcję, bądź oddanie do adopcji mogą zasięgnąć porady.
    Po co na takim forum ktoś kto psuje powietrze???
  • miska_malcova 12.12.04, 22:31
    przeczytałam to co ma do powiedzenia autorka wątku i zrobiło mi sie niedobrze.
    Dziewczyno, gdybyś wiedziała jak cierpia ludzie, którzy nie moga mieć własnego
    dziecka nie pojawiłabyś sie tutaj ze swoim nonsensownym wątkiem.
    Na usta cisną mi sie obrzydliwe słowa, ale nie zniżę sie do Twojego poziomu

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka