nic dziwnego się nie działo

o 11:00 w dniu na który miałam termin
pojechałam do szpitala na kontrolne KTG, potem miałam badanie,
lekarz stwierdził, że szyjka długa zamknięta, nic się nie dzieje, do
domu i przyjść za trzy dni na kolejne KTG. Wściekła byłam jak nie
wiem, bo już miałam dosyć tej ciąży serdecznie, więc wieczorem
powiedziałam do męża, że skoro seks podobno przyspiesza, to idziemy
do łóżka i koniec. Obudziłam się o północy jak zwykle na siku,
siedzę na kibelku i jakoś tego siku dużo. Zajrzałam do muszli, a tam
zielono i leci, leci, leci. Oporządziłam się, obudziłam męża, mówię
wody zielone, za godzinę wychodzimy z domu. W ciągu tej godziny
ogarniania się, sprawdzania torby itepe zaczęły się skurcze, jak mąż
zaczął mierzyć to się okazało, że co trzy minuty

W szpitalu byłam
o 1:00, o 2:00 znieczulenie na sali porodowej, o 4:00 bóle parte i o
5:07 urodziła się Madzia.
Wszystkim znajomym po tym KTG wysłałam rozpaczliwego smsa, że do
końca życia będę chodzić w ciąży i już. Naprawdę byłam przekonana,
że przenoszę, skończy się patologią ciąży, oksytocyną, trzydniowymi
bólami i cesarką na końcu. Także w nocy bardzo byłam zdziwiona. A,
jeszcze mąż sobie trzy piwka wypił wieczorem pod meczyk, bo skoro
lekarz mówi, że nic, to nic. Ale twierdzi, że jak go obudziłam, to
wytrzeźwiał w sekundę
--