Dodaj do ulubionych

Opel i Australia i nowe tendecje okradania roboli.

23.10.04, 21:58
Opel pada mocno na ryja.
Ostatnio polnocnymi Niemcami wstrzasnely strajki w Fabrykach Opla.
Powodem tego jest planowane zamkniecie trzech Fabryk.
Na poczatku kompromisem mialo byc nie zamykanie fabryk, ale pracownicy
musieliby zrezygnowac na trzy lata z podwyzek. Teraz oswiadcza General Motors
(wlasciciel Opla), ze farbryki beda jednak zamkniete. Cios.
Strajki obdyly sie rowniez w holandzkiej Antwerpii.

Dzisiaj podano, ze rozwoj technologii Opla tzn. sie badania rozwojowe maja
byc przeniesione do...Australii.

Podobna sytuacja byla niedawno w Boeblingen (kolo Stuttgartu), gdzie
planowano zamkniecie fabryki, lecz jednak odstapiono od tego pomyslu, gdy
robotnicy zgodzili sie zrezygnowac z podwyzek na trzy lata.
Tak oto kapitalizm pokazuje swoje najgorsze oblicze. I tendencja zamrazania
zarobkow w Niemczech zatacza coraz wieksze kregi.
A wiec panowie i panie, niech zyje globalizacja! (kurwa jego mac).
Edytor zaawansowany
  • darkshadow1 23.10.04, 22:27
  • darkshadow1 23.10.04, 22:29
    Antwerpen w Holandii?!!!
  • artur666 23.10.04, 22:53
    Tak, w Holandii.
    Opel przespal cos i zostal w tyle.
    Od kakiegos czasu skarzyli sie, ze sprzedarz spada i padaka. Robotnik niemiecki
    jest za drogi, Opel nie jest autem luxusowym, wiec maja cholerna konkurencje ze
    strony Japsow i Korei, zwiazki zawodowe blokuja wszystko i robi sie maniana.
    Robole w fabrykach niemieckich maja jak u pana boga za piecem. Wiec co sie
    dziwisz? NIE RENTOWNE i kwita. Bolesne, ale prawdziwe.
  • Gość: artur666 IP: *.dip.t-dialin.net 23.10.04, 23:55
    no wlasnie! czego sie dziwisz? nie wiesz ze to ta HOLANDZKA ANTWERPIA!
  • mazyciel 23.10.04, 22:33
    no wiec Arturku
    nie ma ucieczki przed tym nowym trendem
    ci co zrozumieja nowe czasu zyskaja
    ci co beda tkwic w przeszlosci czeka gorzkie rozczarowanie i porazki
    globalizacja zniszczy kazda gospodarke, ktora nie bedzi w stanie
    sie przystosowac do nowych regul gry
    Nawet takie pozornie wysoko rozwiniete ekonomie jak niemiecka
    padna jak szczygiel jezeli nie zrozumieja tego globalnego
    potwora
    w USA tez jest troche niezadowolenia, niektore sektory gospodarki
    sa eksportowane za granice do Meksyku i Indii, ale ogolnie
    USA korzysta chyba najbardziej na globalizacji
    jak zwykle traca biedni i glupi
    a zyskuja madrzy i bogaci
    prawo natury, sztuka przystosowanie, prawie prosto z darwinizmu...
  • artur666 23.10.04, 22:58
    Mialem ostatnio takie kilkudniowe zlecenie w Daimler-Chreisler. Nawet nie masz
    pojecia jaka kase przeznaczaja na pranie mozgow pracownikom na temat
    Globalizacji. Propaganda na calego. Mialem wrazenie, ze to spotkanie jakiejs
    sekty. To nie bedzie dobrze.
    Management kreci wlasne lody, a robolom sprzedaje bajere, ktorza musza lykac
    jak pelikany.
  • Gość: ertes IP: *.dip.t-dialin.net 25.10.04, 18:56
    Coś mi się zdaje, że na wypranie twojego mózgu wystarczyło parę groszy...
  • artur666 25.10.04, 19:05
    Cioto.
  • Gość: Kagan IP: *.latrobe.edu.au / *.latrobe.edu.au 25.10.04, 10:03
    Zarty sobie stroicie! Chyba, ze Howard bedzie fiansowac ten dzial R&D GM-Holden
    z pieniedzy podatnikow...
  • artur666 25.10.04, 11:03
    W tym przypadku Signor Howard ma gowno do powiedzenia.
    Globalizacja misiu, globalizacja!

    Chyba, ze Austalia ma ochote zostac nastepna Albania lub Cuba.
    Wtedy moge wam zyczyc tylko szerokiej drogi dobrej podrozy...w nieznane.
  • Gość: Kagan IP: *.latrobe.edu.au / *.latrobe.edu.au 25.10.04, 12:04
    Mylisz sie! Rzady australijskie (federalne i stanowe) znane sa z tego, ze
    wydaja pieniadze podatnikow na pomoc dla Holdena (GM), Forda i Mitsubishi oraz
    Toyoty, aby dalej montowaly samochody w Australii. Maja w gebie globalizacje,
    ale niekoniecznie robia co glosza...
  • artur666 25.10.04, 14:50
    Kagan,
    ty chyba nie za dokladnie przeczytales moje posty.
    Czy napialem, ze Opel-GM do was chce przeniesc produkcje?
    Jeden wydzial chca przeniesc, badania rozwoju produkcji. A to nie sa chyba
    robole trzech fabryk. A wiec odpadnie nam max. 200 miejsc pracy.
    Co do globalizacji napisalem dokladnie to samo co ty, tylko innymi slowami.
  • Gość: Kagan IP: *.latrobe.edu.au / *.latrobe.edu.au 28.10.04, 12:16
    OK. Drobne nieporozumienie...
    Jeśli chodzi o rynek pracy, to, jak już wspomniałem, oficjalna stopa bezrobocia
    w Australii spadła w roku 2003 nawet nieco poniżej poziomu USA. Jednakże ów
    spadek jest nie tyle rezultatem polepszenia się realnej sytuacji na rynku
    pracy, a takich czynników jak zmiany w metodologii obliczania ilości
    bezrobotnych (np. nie branie pod uwagę regionów ze szczególnie wysokim i
    chronicznym bezrobociem, jako “niereprezentatywnych”, oraz podawanie raz danych
    surowych , nieprzetworzonych, a innym razem danych uwzględniającym wahania
    sezonowe, ) co powoduje, iż dane z przeszłości i z innych państw nie są w pełni
    porównywalne z danymi podawanym przez Australijski Urząd Statystyczny (ABS).

    Dynamika płac realnych w okresie wdrażania prorynkowych reform była zaś
    zasadniczo ujemna. Średni wzrost płac realnych w Australii wynosił w omawianych
    latach (1984-2004) średnio 0.34%, a więc był praktycznie w granicach błedu
    pomiaru. Tak więc można przyjąć, i to z bardzo małym prawdopobieństwem
    popełnienia błedu, iż płace realne, a więc także stopa życiowa australijskich
    ludzi pracy, pozostały statyczne w latach przyspieszonych neoliberalnych
    reform. Jeśli zaś uwzględni się chroniczne i systematyczne niedoszacowanie
    przez ABS (Australian Bureau of Statistics) wzrostu poziomu cen płaconych przez
    konsumentów (czyli CPI), to nasuwa się nieuchronnie wniosek, iż owe prorynkowe
    reformy przyniosły Australijczykom spadek płac realnych, a więc spadek poziomu
    życia osobom utrzymującym się w tym kraju z pracy. Tak więc koszty owych reform
    poniosła głownie najbardziej produktywna grupa ludności Australii, grupa, która
    w ostatecznej instancji decyduje o sukcesie bądź porażce owych reform.

    Problematyka rynku pracy i poziomu płac realnych łączy się ściśle z
    problematyką stosunków między pracownikami a pracodawcami, czyli w skrócie
    industrial relations. Faktem jest, iż ilość strajków, a szczególnie ilość
    godzin pracy straconych w gospodarce australijskiej na skutek owych strajków
    zmniejszyła się w ostatnich latach (p. Dodatek Statystyczny – Część
    III „Warunki pracy i płacy”wink Jednakże nie jest to wynikiem powodzenia jakiejś
    ugody społecznej, a raczej wynikiem pogorszenia się sytuacji na rynku pracy,
    oraz antyzwiązkowej, a nawet antypracowniczej postawy rządu federalnego.
    Wiadomo, iż pracobiorcy, zagrożeni utratą pracy, nie są skłonni walczyć o
    poprawę warunków pracy i płacy, i zadowolą się raczej samym posiadaniem miejsca
    pracy i związanego z tym mniej lub bardziej stałego i pewnego dochodu. Także
    antyzwiązkowe ustawodawstwo, wprowadzone przez konserwatywną koalicję premiera
    federalnego Howarda, uczyniło strajkowanie nader ryzykownym zajęciem. I tak np.
    zakazano strajków politycznych i tzw. strajków solidarnościowych (np. w obronie
    miejsc pracy robotników w innym przedsiębiorstwie, czy też jako poparcie dla
    strajkujących w innej fabryce czy branży). Osoby biorące udział w strajkach
    politycznych i solidarnościowych, oraz ich organizatorzy mogą być bowiem
    pozwani przed sąd cywilny i zmuszeni do wypłaty rekompensaty dla właścicieli
    przedsiębiorstw, które poniosły straty z powodu owych strajków
    solidarnościowych. Oczywiście, de facto odebranie (choćby nawet tylko
    częściowe) prawa do strajku jest poważnym zamachem na podstawowe prawa ludzkie
    (human rights), co powoduje, iż rząd Australii nie ma dłużej moralnego prawa do
    krytykowania naruszeń owych praw w pobliskich państwach (w tym np. Birmie czy
    nawet ChRL), ponieważ sam jest uwikłany w ograniczanie owych praw u siebie.
  • Gość: Kagan IP: *.latrobe.edu.au / *.latrobe.edu.au 28.10.04, 12:16
    OK. Drobne nieporozumienie...
    Jeśli chodzi o rynek pracy, to, jak już wspomniałem, oficjalna stopa bezrobocia
    w Australii spadła w roku 2003 nawet nieco poniżej poziomu USA. Jednakże ów
    spadek jest nie tyle rezultatem polepszenia się realnej sytuacji na rynku
    pracy, a takich czynników jak zmiany w metodologii obliczania ilości
    bezrobotnych (np. nie branie pod uwagę regionów ze szczególnie wysokim i
    chronicznym bezrobociem, jako “niereprezentatywnych”, oraz podawanie raz danych
    surowych , nieprzetworzonych, a innym razem danych uwzględniającym wahania
    sezonowe, ) co powoduje, iż dane z przeszłości i z innych państw nie są w pełni
    porównywalne z danymi podawanym przez Australijski Urząd Statystyczny (ABS).

    Dynamika płac realnych w okresie wdrażania prorynkowych reform była zaś
    zasadniczo ujemna. Średni wzrost płac realnych w Australii wynosił w omawianych
    latach (1984-2004) średnio 0.34%, a więc był praktycznie w granicach błedu
    pomiaru. Tak więc można przyjąć, i to z bardzo małym prawdopobieństwem
    popełnienia błedu, iż płace realne, a więc także stopa życiowa australijskich
    ludzi pracy, pozostały statyczne w latach przyspieszonych neoliberalnych
    reform. Jeśli zaś uwzględni się chroniczne i systematyczne niedoszacowanie
    przez ABS (Australian Bureau of Statistics) wzrostu poziomu cen płaconych przez
    konsumentów (czyli CPI), to nasuwa się nieuchronnie wniosek, iż owe prorynkowe
    reformy przyniosły Australijczykom spadek płac realnych, a więc spadek poziomu
    życia osobom utrzymującym się w tym kraju z pracy. Tak więc koszty owych reform
    poniosła głownie najbardziej produktywna grupa ludności Australii, grupa, która
    w ostatecznej instancji decyduje o sukcesie bądź porażce owych reform.

    Problematyka rynku pracy i poziomu płac realnych łączy się ściśle z
    problematyką stosunków między pracownikami a pracodawcami, czyli w skrócie
    industrial relations. Faktem jest, iż ilość strajków, a szczególnie ilość
    godzin pracy straconych w gospodarce australijskiej na skutek owych strajków
    zmniejszyła się w ostatnich latach (p. Dodatek Statystyczny – Część
    III „Warunki pracy i płacy”wink Jednakże nie jest to wynikiem powodzenia jakiejś
    ugody społecznej, a raczej wynikiem pogorszenia się sytuacji na rynku pracy,
    oraz antyzwiązkowej, a nawet antypracowniczej postawy rządu federalnego.
    Wiadomo, iż pracobiorcy, zagrożeni utratą pracy, nie są skłonni walczyć o
    poprawę warunków pracy i płacy, i zadowolą się raczej samym posiadaniem miejsca
    pracy i związanego z tym mniej lub bardziej stałego i pewnego dochodu. Także
    antyzwiązkowe ustawodawstwo, wprowadzone przez konserwatywną koalicję premiera
    federalnego Howarda, uczyniło strajkowanie nader ryzykownym zajęciem. I tak np.
    zakazano strajków politycznych i tzw. strajków solidarnościowych (np. w obronie
    miejsc pracy robotników w innym przedsiębiorstwie, czy też jako poparcie dla
    strajkujących w innej fabryce czy branży). Osoby biorące udział w strajkach
    politycznych i solidarnościowych, oraz ich organizatorzy mogą być bowiem
    pozwani przed sąd cywilny i zmuszeni do wypłaty rekompensaty dla właścicieli
    przedsiębiorstw, które poniosły straty z powodu owych strajków
    solidarnościowych. Oczywiście, de facto odebranie (choćby nawet tylko
    częściowe) prawa do strajku jest poważnym zamachem na podstawowe prawa ludzkie
    (human rights), co powoduje, iż rząd Australii nie ma dłużej moralnego prawa do
    krytykowania naruszeń owych praw w pobliskich państwach (w tym np. Birmie czy
    nawet ChRL), ponieważ sam jest uwikłany w ograniczanie owych praw u siebie.
  • prawdziwystarywiarus 25.10.04, 14:07
    ...przyjmę emigrujące do Australii niemieckie miejsca pracy. Miejsca u nas
    dosyć, a i z pieniedzmi nieżle, z powodu redukcji podatków dla przywoicie
    zarabiających przez rozumny rząd premiera Howarda.

    A lewactwo do Niemiec, budować tam nową Republikę Weimarską. Keller będzie tam
    przemawiał w Bierkeller, Latham organizował bojówki, a Joschka Fischer wróci do
    nalewania piwa.
  • kan_z_oz 26.10.04, 05:12
    prawdziwystarywiarus napisał:

    > ...przyjmę emigrujące do Australii niemieckie miejsca pracy. Miejsca u nas
    > dosyć, a i z pieniedzmi nieżle, z powodu redukcji podatków dla przywoicie
    > zarabiających przez rozumny rząd premiera Howarda.
    >
    > A lewactwo do Niemiec, budować tam nową Republikę Weimarską. Keller będzie
    tam
    > przemawiał w Bierkeller, Latham organizował bojówki, a Joschka Fischer wróci
    do
    >
    > nalewania piwa.

    Globalizacja daje wszystkim w dupsko. Robotnik/pracownik jest zawsze pierwsza
    ofiara. Bez obrazy StaryW; nie ma to zadnego znaczenia; dzisiaj Niemcy wysla
    pare miejsc do Oz, jutro my gdzies wyslemy. Jest to poza Howardem i poza jego
    kontrola. Uklad zamkniety, w tym ukladzie tylko CEO wychodzi na 'czysto';
    popatrz na buca z MSD (Merck Sharp Dhome). Viox byl od poczatku sprzedawany ze
    znakiem zapytania. Od poczatku wiedzieli, ze nie maja potwierdzonych badan
    klinicznych. Jakie znaczenie ma usmierceniu kilku starych dziadkow z
    artretyzmem w porownaniu z 500 miliardami dochodu?
    Zgadzam sie z Arturem, globalizacja nie przynosi ludziom korzysci, ma zwiekszyc
    zyski korporacji. Ty i ja zobaczymy z tych zyskow wielkie 'g...no' i do tego
    doktrynacja, ze to wszystko w imie dobra pracownika.
    Ide na kawe, podniesc moje wkurzone niskie cisnienie.
    Pzd

  • Gość: Kagan IP: *.latrobe.edu.au / *.latrobe.edu.au 28.10.04, 12:20
    Na podstawie przeprowadzonej w tej pracy analizy neoliberalnych reform
    gospodarczych i społecznych zastosowanych w Australii i Nowej Zelandii w latach
    1983-2003 doszedłem do wniosku, iż wyniki prób zastosowania rozwiązań systemu
    amerykańskiego w Australii i Nowej Zelandii nie wydają się być pozytywne. Jak
    to już bowiem objaśniałem, po pierwsze Nowa Zelandia, a nawet Australia, to
    jednak zupełnie inne gospodarki, społeczeństwa i kultura niż Stany Zjednoczone
    Ameryki Północnej (pomimo licznych, ale na ogół mylących i głównie
    powierzchownych podobieństw), a po drugie wprowadzenie owych rozwiązań w samym
    USA dało też raczej kontrowersyjne rezultaty: co prawda na krótką metę
    zwiększyły one efektywność i konkurencyjność gospodarki amerykańskiej, ale
    kosztem olbrzymiego zadłużenia zagranicznego, oraz olbrzymim kosztem
    społecznym, w tym kosztem spadku płac realnych, a więc kosztem obniżenia
    poziomu życia ludzi pracy.

    Mit Ameryki jest wciąż bardzo silny w Polsce, a szczególnie w ubogich krajach
    III świata i byłego II (“postkomunistycznego”wink świata z Rosją na czele,
    jednakże raczej trudno szukać jego gorliwych wyznawców nie tylko w zamożnych
    krajach Europy Zachodniej („Stara Europa”wink, ale także i wśród wielu zwyczajnych
    mieszkańców Australii i Nowej Zelandii. Podobnie jak w USA, na owych reformach
    zyskało we wspomnianych krajach głównie „górne” 20 procent („upper class”
    i „upper middle class”wink, a straciło, i to często sporo, „dolne” 20 procent
    („working class” a nawet i „lower midle class”wink. Tzw. middle class (średnie
    mieszczaństwo) właściwie nieco zyskało na owych reformach, ale ponieważ
    powiększył się, i to znacznie, dystans, szczególnie pomiędzy
    najliczniejszymi „midle middle class” i „lower midle class”, a klasami
    wyższymi, to znaczna większość klasy średniej (głównie middle class) w
    Australii i Nowej Zelandii też nie jest zbytnio zachwycona owymi reformami.
    Tak więc z punktu widzenia ekonomii politycznej i europejskiej klasycznej
    szkoły (tradycji) w naukach społecznych, próby zastosowania rozwiązań modelu
    amerykańskiego w Australii, a szczególnie w Nowej Zelandii należy uznać za
    raczej chybione. Poprawiły one bowiem nieco konkurencyjność gospodarek tych
    państw, ale nie były w stanie zahamować względnego obniżania się poziomu życia
    w tych krajach, a ich koszta społeczne (problemy wzrostu bezrobocia, spadku
    płac realnych i związane z nimi problemy pogłębienia się rozwarstwienia
    społecznego i wzrostu ilości chorych psychicznie oraz zwiększonej
    przestępczości i narkomanii) a także i finansowe (problemy deficytu budżetowego
    i rachunku bieżącego oraz wzrostu zadłużenia zagranicznego) należy uznać za
    zdecydowanie nadmierne i niewspółmierne z dość ograniczonymi efektami (głównie
    spadek inflacji i względna stabilizacja waluty).

    Zwiększona konkurencyjność gospodarek Australii i Nowej Zelandii przyciągnęła
    głównie kapitał spekulacyjny, inwestujący raczej krótko- niż długoterminowo, w
    inwestycje przynoszące szybkie zyski (kasyna, hotele i ośrodki wypoczynkowe dla
    zagranicznych turystów czy centra handlowe), a nie w najbardziej potrzebną
    Australii infrastrukturę, przemysł przetwórczy czy dostępne dla “przeciętnej
    kieszeni” mieszkania i domki jednorodzinne. Owe inwestycje
    zagraniczne “zaowocowały” głównie olbrzymim zwiększeniem się deficytu
    handlowego (zamiast dodatniego bilansu handlowego z lat 1970tych, Australia ma
    obecnie jego znaczny a permanentny deficyt ), jeszcze większym deficytem
    rachunku bieżącego oraz, last but not least, olbrzymim długiem zagranicznym:
    ponad 173 miliardy USD w roku 2002, co stanowi ponad 45% PKB (około 8700
    dolarów USA na głowę mieszkańca). Tak więc “boom” australijski jest w dużej
    mierze, podobnie jak amerykański, iluzoryczny, i, co gorsza, na kredyt, a więc
    nie do utrzymania w dłuższym okresie czasu. Stąd ma generalnie negatywna ocena
    prób zastosowania rozwiązań systemu amerykańskiego w Australii, a szczególnie
    Nowej Zelandii, gdzie koszty społeczne owych reform były jeszcze wyższe niż w
    Australii, a pozytywne efekty jeszcze mniejsze.

    Integracja gospodarki australijskiej i nowozelandzkiej z gospodarką światową
    poprzez eliminację barier do owej pełnej integracji, i związane z ową
    eliminacją barier reformy mikroekonomiczne, były głównymi cechami procesu
    globalizacji w przypadku Australii i Nowej Zelandii. W przypadku Australii,
    dominującej gospodarki w regionie Oceanii, mieliśmy do czynienia z trzema
    głównymi procesami, które “zglobalizowały” Australię w latach 1983-2003:
    1. “Upłynnienie” waluty (AUD) w roku 1983;
    2. Deregulacja finansów w roku 1984 oraz
    3. Program redukcji ceł, rozpoczęty we wczesnych latach 1980tych.
    Podobne, a nawet bardziej radykalne, reformy zostały przeprowadzone mniej
    więcej w tym samym czasie w Nowej Zelandii. Jednakże zgodnie z opinią
    większości ekspertów, wpływ (impact) globalizacji jest trudny do identyfikacji
    i pomiaru. Redukcja ceł przyniosła, na przykład, obniżkę cen importowanych
    wyrobów, a więc zmniejszyła inflację. Jednakże “upłynnienie” (floating) dolara
    australijskiego (AUD) wpłynęlo na wzrost inflacji, poprzez spadek jego kursu
    względem innych walut, a szczególnie dolara amerykańskiego (USD). Ogólnie
    biorąc, poziom inflacji obniżył się w Australii, szczególnie w latach 1990,
    ale raczej na skutek innych czynników niż globalizacja (np. “dzięki” stosunkowo
    wysokiemu bezrobociu, które zmniejszyło naciski na wzrost płac).

    Usunięcie barier w handlu zagranicznym spowodowało w Australii, a także i Nowej
    Zelandii, prawdziwą eksplozję deficytu rachunku bieżącego (p. Dodatek
    Statystyczny cz. XII). W konsekwencji dług zagraniczny Australii i Nowej
    Zelandii zaczął gwałtownie rosnąć: oba te kraje są obecnie światowymi liderami
    w zadłużeniu zagranicznym per capita. Pomimo uspokajających opinii
    niektórych “ekspertów”, rosnące zadłużenie zagraniczne Australii i Nowej
    Zelandii jest poważnym problemem, powodującym wyższe stopy procentowe (a więc w
    konsekwencji mniejsze inwestycje a więc i wolniejszy wzrost gospodarczy) oraz
    zwracającym uwagę wszechwładnych obecnie międzynarodowych rynków finansowych na
    takie problemy jak zdolność gospodarek Australii i Nowej Zelandii do obsługi
    owych długów w dłuższym okesie czasu, oraz na bardzo niską stopę oszczędności w
    tych państwach, gdzie mieszkańcy utrzymują sztucznie wysoką stopę życiową
    poprzez zaciąganie coraz to nowych kredytów konsumpcyjnych, w tym często na
    obsługę kredytów uprzednio zaciągniętych (p. też rozdział V – podrozdział o
    bankowości i finansach).

    Tak więc redukcja ceł i innych barier w handlu zagranicznym miała efekty
    głównie negatywne, które były znacznie szybsze, łatwiejsze do zauważenia i
    bardziej skoncentrowane niż nieliczne i słabe pozytywne efekty. Jednym z
    najbardziej widocznych efektów liberalizacji handlu zagranicznego był upadek
    przemysłu przetwórczego w Australii i Nowej Zelandii, zresztą i tak słabo
    rozwiniętego, jak na kraje z poziomem i strukturą konsumpcji I świata. Wzrost
    bezrobocia wywołany upadkiem tego przemysłu nie mógł być zrównoważony
    zwiększonym zatrudnieniem np. w usługach, jako iż nawet turystyka nie była (w
    tych krajach) w stanie wchłonąć większej liczby nowych pracowników, ze względu
    na marginalne położenie Australii i Nowej Zelandii: z dala od głównych “rynków
    zbytu”, czyli daleko od Europy, Japonii i Ameryki Północnej oraz na dość
    ograniczoną ofertę, szczególnie w przypadku Australii. Na dodatek przemysł
    przetwórczy Australii został zmuszony do konkurowania z azjatyckimi krajami o
    bardzo niskim poziomie płac, często używających półniewolniczą siłę roboczę
    (Np. Filipiny, Tajlandia, Korea P
  • Gość: Kagan IP: *.latrobe.edu.au / *.latrobe.edu.au 28.10.04, 12:21
    Tak więc redukcja ceł i innych barier w handlu zagranicznym miała efekty
    głównie negatywne, które były znacznie szybsze, łatwiejsze do zauważenia i
    bardziej skoncentrowane niż nieliczne i słabe pozytywne efekty. Jednym z
    najbardziej widocznych efektów liberalizacji handlu zagranicznego był upadek
    przemysłu przetwórczego w Australii i Nowej Zelandii, zresztą i tak słabo
    rozwiniętego, jak na kraje z poziomem i strukturą konsumpcji I świata. Wzrost
    bezrobocia wywołany upadkiem tego przemysłu nie mógł być zrównoważony
    zwiększonym zatrudnieniem np. w usługach, jako iż nawet turystyka nie była (w
    tych krajach) w stanie wchłonąć większej liczby nowych pracowników, ze względu
    na marginalne położenie Australii i Nowej Zelandii: z dala od głównych “rynków
    zbytu”, czyli daleko od Europy, Japonii i Ameryki Północnej oraz na dość
    ograniczoną ofertę, szczególnie w przypadku Australii. Na dodatek przemysł
    przetwórczy Australii został zmuszony do konkurowania z azjatyckimi krajami o
    bardzo niskim poziomie płac, często używających półniewolniczą siłę roboczę
    (Np. Filipiny, Tajlandia, Korea Płd., do niedawna Tajwan) czy też niemalże
    darmową pracę więźniów (Chiny, Wietnam, Burma). Tak więc globalizacja miała
    zdecydowanie negatywny impakt na zatrudnienie w Australii i Nowej Zelandii.
    Wzrost gospodarczy nie był w stanie poprawić radykalnie sytuacji na rynku pracy
    tych krajów, jako iż był on zbyt wolny (w Australii średnio 2.9% w latach 1990-
    1999 i ok. 3.4% w latach 1980-1990, a w Nowej Zelandii jeszcze mniej:
    odpowiednio 1.8% i ok. 1.7%), a także ze wzgędu na pracoszczędny wzrost
    wydajności pracy (tzw. fenomen “jobless growth” – “wzrost bez nowych miejsc
    pracy” ).

    Globalizacja i “otwarcie na świat”, czyli podstawowe elementy neoliberalanej
    polityki ekonomicznej Australii i Nowej Zelandii z lat 1983-2003 miały, przede
    wszystkim, przynieść poprawę konkurencyjności gospodarek tych krajów, głównie
    poprzez wzrost wydajności (productivity) owych gospodarek. Jednakże , jak to
    zauważają Meredith i Dyster w swej autorytatywnej monografii, owa wydajność
    (productivity) zmalała w Australii w latach 1990tych do poziomu lat 1970tych, a
    więc poniżej poziomu lat 1960tych. Tak więc nie ma wątpliwości, iż neoliberalno-
    monetarystyczny eksperyment zakończył się klęską w Australii, i jeszcze większą
    w Nowej Zelandii, skąd mieszkańcy masowo emigrują do pogrążonej w niemalże
    permanentnej recesji Australii, która nie jest dłużej “szczęśliwym krajem”
    (“lucky country”wink lat 1960tych, ale także nie zdołała się, pomimo licznych a
    gołosłownych obietnic czynionych przez tamtejsze elity, przekształcić się
    w “zdolny kraj” (“clever country”wink. Takowa transformacja wymaga bowiem
    olbrzymich funduszy, których ani rząd, ani tym bardziej prywatny sektor nie
    chcą poświęcić na przedsięwzięcie, które nie gwarantuje ani szybkich, ani też
    tym bardziej nadmiernie wysokich, spekulacyjnych zysków. Ślepe wzorowanie się
    na unikalnych w skali światowej doświadczeniach amerykańskich kosztowały więc
    drogo zarówno Australię jak i Nową Zelandię, które po rozpadzie Imperium
    Brytyjskiego w latach 1950tych i 1960tych, wstąpieniu Zjednoczonego Królestwa
    do Unii Europejskiej (wówczas zwanej Wspólnotą Europejską – European Community)
    w roku 1973 oraz na skutek globalnej długotrwałej recesji rozpoczętej kryzysami
    paliwowo-energetycznymi wczesnych lat 1970tych, nie potrafią znaleźć dla siebie
    miejsca w nowej globalnej rzeczywistości, a swój nadmienie wysoki (typowy dla
    wysoko rozwiniętych, przemysłowych krajów I świata) standard konsumpcji
    sztucznie utrzymują poprzez zaciąganie coraz to nowych pożyczek, obsługiwanych
    eksportem surowców i żywności, co jest strukturą handlu zagranicznego typową
    dla zacofanych, agrarno-surowcowych krajów III świata.

    Społeczno-polityczne skutki globalizacji w Australii i Nowej Zelandii są
    znaczne: dla wielu Australijczyków i Nowozelandczyków są też one zdecydowanie
    negatywne. Zalew zagranicznych towarów spowodowany zniesieniem praktycznie
    wszystkich ograniczeń na import pozbawił pracy wiele osób. Stracili też sporo
    australijscy i nowozelandzcy rolnicy, jako iż terms of trade zmieniły się na
    ich niekorzyść, oraz stracili oni poparcie i ochronę ze strony swych rządów.
    Spora część australijskich bezrobotnych i farmerów poparła więc populistyczną,
    skrajnie prawicową partię One Nation (Jeden Naród).

    Australijczycy i Nowozelandczycy nie zostali nigdy jasno i uczciwie
    poinformowani, iż globalizacja oznacza w ich przypadku bardzo często niższą
    płacę realną, a nawet brak pracy. Dyskusja na temat globalizacji została bowiem
    w tym regionie “porwana” (“hijacked”wink przez elity, dla których globalizacja
    jest niewątpliwie korzystna. Jednakże brak jest poważnych argumentów
    wskaujących na to, iż globalizacja jest korzystna dla znacznej większości
    Australijczyków i Nowozelandczyków. Stąd też w regionie przeważa dezorientacja
    i niepewność, co do jego przyszłości ekonomicznej. Owa niepewność i
    dezorientacja jest pogłębiona przez ostatnie ataki terorystyczne na zachodnie
    (głównie australijskie) cele w regionie (szczególnie wybuchy bomb w Indonezji:
    w kurorcie na wyspie Bali, oraz w Jakarcie, stolicy tego państwa, gdzie
    zaatakowano w ostanim czasie hotel Mariott i ambasadę Australii). Ataki te
    wykorzystywane są w Australii przez polityków, szczególnie konserwatywnych, do
    ich wąskich i doraźnych celów, czyli do wygrania wyborów, oraz do odwrócenia
    uwagi społeczeństwa od realnych problemów trapiących region, takich jak
    niepokojące trendy w w gospodarce. Owe niepokojące trendy to głownie chroniczne
    deficyty rachunku bieżącego i spowodowana nimi prawdziwa eksplozja zadłużenia
    zagranicznego, które muszą, i to raczej prędzej niż później, doprowadzić do
    prawdziwego kryzysu gospodarczego w tym regionie, niegdyś stawianym za wzór
    stabilności politycznej i dobrego zarządzania gospodarką.
  • Gość: Kagan IP: *.latrobe.edu.au / *.latrobe.edu.au 28.10.04, 12:17


    W zakresie edukacji prorynkowe reformy zapoczątkowane przez laburzystowski
    gabinet Hawke’a, a kontynuowane przez (również laburzystowski) gabinet Keatinga
    i konserwatywny gabinet Howarda spowodowały głęboki kryzys w australijskim
    systemie edukacji. Najbardziej na owych reformach ucierpiały szkoły wyższe (w
    tym głównie uniwersytety, a na nich szczególnie kierunki humanistyczne i
    społeczne). Wzorowanie się na systemie amerykańskim nie miało od początku szans
    w Australii, kraju o znacznie mniejszej gospodarce, i to gospodarce nie
    nastawionej w takim stopniu jak gospodarka USA na tzw. R&D (Research and
    Development, czyli badania naukowe i wdrożenia ich wyników). Australia nie
    posiada takich olbrzymich koncernów jak np. General Electric czy Boeing,
    koncernów obficie dotowanych przez rząd federalny, aby były one w stanie
    utrzymać technologiczną przewagę nad resztą świata. Największą firmą
    kontrolowaną przez australijski kapitał była do niedawna BHP (Broken Hill
    Proprietary), właściciel kopalni i hut (największa huta w Newcastle, NSW
    została ostatnio zresztą zamknięta i zdemontowana, powodując bardzo wysokie
    bezrobocie i związane z tym problemy społeczne w ponad półmilionowej
    aglomeracji). Jednakże nawet ta ikona przemysłu australijskiego została
    ostatnio de facto przejęta przez kapitał brytyjski, i nazywa się obecnie BHP-
    Billinton. Australia zresztą nigdy nie zdobyła się na efektywne popieranie
    badań naukowych w tzw. przyszłościowych dziedzinach. Przykładowo, pod koniec II
    Wojny Światowej australijscy naukowcy opracowali jeden z pierwszych
    elektronicznych komputerów, ale rząd odmówił im dalszych funduszy argumentując,
    iż w Australii, kraju żyjącym głownie z eksportu owiec (jako mięso i wełnę),
    ważniejsze są badania w dziedzinie rolnictwa i hodowli zwierząt niż nad jakimiś
    tam komputerami. Podobna mentalność pokutuje niestety w Australii do dziś, i
    trzeba było dopiero ogromnego spadku światowych cen wełny, aby zdemontować
    olbrzymi, finansowany przez podatników system, pomagający farmerom hodującym
    owce, i aby pozbyć się, choćby i ze stratą, olbrzymiego zapasu surowej wełny,
    trzymanej w próżnej nadziei na poprawę światowej koniunktury.

    Tak wiec z braku wielkich koncernów finansujących badania naukowe na wielka
    skalę, Australia, a tym bardziej Nowa Zelandia, skazane są niejako na
    finansowanie tych badań przez państwo. Podobnie fiaskiem zakończyły się próby
    choćby częściowej prywatyzacji australijskich uniwersytetów i utworzenia
    prywatnych wyższych uczelni. Najbardziej spektakularnym przypadkiem było fiasko
    tzw. Melbourne Private University (prywatnego uniwersytetu, utworzonego na
    bazie istniejącego od roku 1853 renomowanego The University of Melbourne).
    Jedyny większy australijski prawdziwie prywatny uniwersytet (Bond University w
    stanie Queensland) ma zaś raczej marną opinię, i jest jakby prześladowany przez
    fakt, iż jego założyciel, niejaki Allan Bond, został skazany na wieloletnie
    więzienie za poważne oszustwa finansowe, a uniwersytet katolicki (Australian
    Catholic University), jak całe zresztą katolickie szkolnictwo australijskie,
    jest obficie dotowany z budżetu państwa. Tak więc najważniejszym efektem
    prorynkowych reform w australijskim szkolnictwie wyższym jest zamknięcie
    szeregu kierunków studiów (głównie takich jak języki obce, archeologia, czy
    slawistyka ), zwolnienie sporej ilości wykładowców, oraz obłożenie studentów
    większymi kosztami nauki.
  • Gość: Kapitalizm_Kaputt IP: *.nsw.bigpond.net.au 28.10.04, 12:37
    Moge w to uwierzyc, ze Opel chce przeniesc R&D do Australii, bo Australia ma
    dzis najtansze R&D na Swiecie. Naukowcow traktuje sie tu gorzej niz najtanszych
    robotnikow (ci maja silne zwiazki zawodowe), bo na Australii pasozytuja mafie
    powiazanych z wladza prawnikow i entrepreneurs, czyli spekulantow.
  • Gość: Kagan IP: *.latrobe.edu.au / *.latrobe.edu.au 28.10.04, 12:42
    Pewnie licza, ze od Howarda dostana dotacje, tak jak dostal je juz Ford i
    Toyota, aby montowaly auta tutaj. Inaczej by na Australie nawet nie spluneli,
    bo tu nauka i kultura techniczna upadaja...
    Edukacja

    W zakresie edukacji prorynkowe reformy zapoczątkowane przez laburzystowski
    gabinet Hawke’a, a kontynuowane przez (również laburzystowski) gabinet Keatinga
    i konserwatywny gabinet Howarda spowodowały głęboki kryzys w australijskim
    systemie edukacji. Najbardziej na owych reformach ucierpiały szkoły wyższe (w
    tym głównie uniwersytety, a na nich szczególnie kierunki humanistyczne i
    społeczne). Wzorowanie się na systemie amerykańskim nie miało od początku szans
    w Australii, kraju o znacznie mniejszej gospodarce, i to gospodarce nie
    nastawionej w takim stopniu jak gospodarka USA na tzw. R&D (Research and
    Development, czyli badania naukowe i wdrożenia ich wyników). Australia nie
    posiada takich olbrzymich koncernów jak np. General Electric czy Boeing,
    koncernów obficie dotowanych przez rząd federalny, aby były one w stanie
    utrzymać technologiczną przewagę nad resztą świata. Największą firmą
    kontrolowaną przez australijski kapitał była do niedawna BHP (Broken Hill
    Proprietary), właściciel kopalni i hut (największa huta w Newcastle, NSW
    została ostatnio zresztą zamknięta i zdemontowana, powodując bardzo wysokie
    bezrobocie i związane z tym problemy społeczne w ponad półmilionowej
    aglomeracji). Jednakże nawet ta ikona przemysłu australijskiego została
    ostatnio de facto przejęta przez kapitał brytyjski, i nazywa się obecnie BHP-
    Billinton. Australia zresztą nigdy nie zdobyła się na efektywne popieranie
    badań naukowych w tzw. przyszłościowych dziedzinach. Przykładowo, pod koniec II
    Wojny Światowej australijscy naukowcy opracowali jeden z pierwszych
    elektronicznych komputerów, ale rząd odmówił im dalszych funduszy argumentując,
    iż w Australii, kraju żyjącym głownie z eksportu owiec (jako mięso i wełnę),
    ważniejsze są badania w dziedzinie rolnictwa i hodowli zwierząt niż nad jakimiś
    tam komputerami. Podobna mentalność pokutuje niestety w Australii do dziś, i
    trzeba było dopiero ogromnego spadku światowych cen wełny, aby zdemontować
    olbrzymi, finansowany przez podatników system, pomagający farmerom hodującym
    owce, i aby pozbyć się, choćby i ze stratą, olbrzymiego zapasu surowej wełny,
    trzymanej w próżnej nadziei na poprawę światowej koniunktury.

    Tak wiec z braku wielkich koncernów finansujących badania naukowe na wielka
    skalę, Australia, a tym bardziej Nowa Zelandia, skazane są niejako na
    finansowanie tych badań przez państwo. Podobnie fiaskiem zakończyły się próby
    choćby częściowej prywatyzacji australijskich uniwersytetów i utworzenia
    prywatnych wyższych uczelni. Najbardziej spektakularnym przypadkiem było fiasko
    tzw. Melbourne Private University (prywatnego uniwersytetu, utworzonego na
    bazie istniejącego od roku 1853 renomowanego The University of Melbourne).
    Jedyny większy australijski prawdziwie prywatny uniwersytet (Bond University w
    stanie Queensland) ma zaś raczej marną opinię, i jest jakby prześladowany przez
    fakt, iż jego założyciel, niejaki Allan Bond, został skazany na wieloletnie
    więzienie za poważne oszustwa finansowe, a uniwersytet katolicki (Australian
    Catholic University), jak całe zresztą katolickie szkolnictwo australijskie,
    jest obficie dotowany z budżetu państwa. Tak więc najważniejszym efektem
    prorynkowych reform w australijskim szkolnictwie wyższym jest zamknięcie
    szeregu kierunków studiów (głównie takich jak języki obce, archeologia, czy
    slawistyka ), zwolnienie sporej ilości wykładowców, oraz obłożenie studentów
    większymi kosztami nauki.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka