Dodaj do ulubionych

korzenie "gliniaka" i "polonusa"

19.03.06, 07:15
Sarmacki Żul

Autor tekstu: Witold Stanisław Michałowski


W rozwoju cywilizacyjnym każdego kraju ogromną, jeśli nie decydującą rolę
ogrywają elity intelektualne. Kulturotwórcze i opiniotwórcze. Niestety
mechanizm generacji elit w Polsce jest od paru wieków zainfekowany śmiertelną
chorobą. Ona właśnie doprowadziła do upadku i wyeliminowania z mapy
politycznej Europy jednego z największych terytorialnie państw, jakim była
pod koniec XVIII wieku Rzeczpospolita, obszarowo niewiele mniejsza niż obecna
Unia Europejska.

Warto odnotować, że w tej ostatniej przy najważniejszych głosowaniach
obowiązuje prawo weta.

Za tragedię rozbiorów nie wińmy sąsiadów. Kilkunastomilionowy kraj miał
operetkową armię liczącą zaledwie 12000 żołnierzy, w której oficerską i
generalską rangę mógł sobie kupić każdy obwieś. Pod koniec XVIII wieku, gdy
Prusy i Rosja miały pod bronią dokładnie dwadzieścia razy więcej żołnierza
(każde z osobna), zaledwie co dziesiąty szlachcic gotów był w obronie
ojczyzny wyciągnąć szablę.

Dla wielu historyków nie ulegało i nie ulega wątpliwości, że rozbiory Polski
posiadały moc prawną. Podpisywali je przecież wybrani w demokratycznych
wyborach reprezentanci narodu. Szlacheckiego oczywiście. Reszta, czyli prawie
90% społeczeństwa wówczas się nie liczyła. Chłopi pańszczyźniani, mieszkańcy
nielicznych miast, w których żyłach płynęła głownie cudzoziemska krew, żydzi -
stanowili dla Panów Braci mierzwę. Panowie Bracia chcieli mieć innych
władców. Chcieli, to i mieli. Na całe 130 lat. Niektórzy na zmianie suwerenów
nawet się nieźle obłowili. Dobrowolne rozkawałkowanie wielkiego państwa
pomiędzy najbliższych sąsiadów za pełną zgodą i przyzwoleniem jego elit, w
dziejach powszechnych nigdy chyba nie miało miejsca. Należy też wziąć pod
uwagę, że zaledwie co dziesiąty szlachcic gotów był wyciągnąć szablę w
obronie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. A że szlachta stanowiła około 10%
ówczesnego społeczeństwa, wiec wnioski sami wyciągnijmy. Hierarchowie
Kościoła poza paru powieszonymi przez zrewoltowany warszawski motłoch szybko
też z zaborcami znaleźli płaszczyzny porozumienia. Nie przeszkadzało im, że
byli prawosławnymi lub protestantami. Dziwić się tylko należy zmowie
pedagogów w II i III Rzeczypospolitej oraz, co jest zaskakujące - również PRL-
u, nauczających szkolną dziatwę historii. Dla nich poczet królów Polski
kończył się zawsze i nieodwracalnie na nieudolnym kochanku carycy Katarzyny
II. O tym, że prawowitymi władcami krainy ze stolicą w Warszawie byli po nim
jeszcze Aleksander i Mikołaj, dzieci się nie naucza. Podobnie jak i o tym, że
w Petersburgu krzesło tronowe ostatniego polskiego króla przerobiono na...
bidet dla carycy Wszechrosji. Carowie byli wybierani przez polskie sejmy na
królów zgodnie z obowiązującym prawem. Wybory rosyjskich carów na królów
Polski były uznawane przez państwa europejskie, Meksyk, Stany Zjednoczone.

Owiany sławą, utrwalony w artystycznym przekazie czyn zbrojny jest elementem
narodowego etosu. Sławieniu konnej szarży w rozległej dolinie hiszpańskiej
sierry, garstki szukających guza napoleońskich najemników, powinna
towarzyszyć nieco głębsza refleksja. Nie jest ważnym, że parę przedpotopowych
dział, przeciwko którym gnali na końskich grzbietach szwoleżerowie,
obsługiwały głównie kobiety i podrostki. Szwoleżerowie należeli do formacji
elitarnych w armii Napoleona. Służyli w nich synowie elit Rzeczypospolitej.

Tych samych elit, o których pewien pruski generał miał zdanie raczej
wyrobione: "Ich nikczemne obyczaje państwowe i niezmierzona lekkomyślność
szły ręka w rękę i w ten sposób pędzili w przepaść. Na długo przed podziałem
Polski Rosjanie czuli się tam jak u siebie w domu - pojęcie niepodległego,
odgraniczonego z zewnątrz państwa już nie istniało i było rzeczą
najpewniejszą, że Polska, gdyby nie uległa rozbiorom, stałaby się prowincją
rosyjską... Żądać jednak, aby utrzymanie jakiegoś państwa było troską tylko
sił zewnętrznych, to doprawdy zbyt wiele" (Carl von Clausewitz, O wojnie,
Lublin 1995, s. 449, 450).

W wieku dojrzałym zdecydowana większość uczestników szarży wiernie służyła
rosyjskim carom, gospodarząc na rodzinnych włościach. W Powstaniu
Listopadowym raczej udziału nie brali. Zdecydowała nie tylko biologia.
Dowódcę spod Somosierry pochowano w Małym Belsku pod Grójcem a nie na
katordze. Najwyższy czas, aby sine ira et studio uświadomić sobie, że pożal
się boże "elity" III RP są w znaczącej części nader kontrowersyjnej
proweniencji. Znacząco to rzutuje i długo jeszcze będzie rzutowało na ich
jakość.

W którym to z demokratycznych krajów świata zaliczano by do elity władzy
osobników będących w niezbyt odległej przeszłości płatnymi agentami tajnych
służb utrwalających dominację nad własnym krajem sąsiedniego imperium. Obecny
Wielki Brat traktował też nader instrumentalnie lokalnych “wojowników o
wolność”. Ich bohaterskie czyny polegające głownie na wypisywaniu sprayami na
murach i płotach różnych sloganów miały swoją cenę. Nb. bardzo umiarkowaną.
Stosowne wynagrodzenie wypłacano w walucie wymienialnej. 10 USD za „PRECZ Z
KOMUNĄ”, a 20 USD za „PZPR PŁATNE PACHOŁKI MOSKWY” plus 100% premia, jeśli
napis pojawiłby się na murach K.C. lub w innym miejscu o zwiększonej
oglądalności.

Solidarnościowa rewolucja w PRL-u kosztowała amerykańskiego podatnika
zaledwie parę dziesiątków milionów dolarów. Miesięczne zyski działających w
III RP światowych kontrolowanych przez Amerykanów koncernów są obecnie dużo
większe.

SOLIDARNOŚĆ jako ruch rewindykacji praw społecznych i narodowych przeszłaby
do historii przez duże H. NSZZ SOLIDARNOŚĆ zaś wcześniej czy później znajdzie
się tam gdzie już się znajduje. Zadecydowała o tym ani nie klasa robotnicza,
ani nie chłopi, ani nie lud pracujący miast i wsi. To nie przez elity władzy
i opozycji ucztujące w Magdalenkach i nie przy Okrągłym Stole został
wyznaczony kierunek przemian Priwislanskogo Kraja mimo, że taka wersja
adresowana do miłośników telenoweli o niewolnicy Izaurze nadal obowiązuje.
Wszystko też wskazuje na to, że został on wytyczony dużo wcześniej a
decydenci nie posługiwali się w czasie negocjacji językiem polskim. W Moskwie
i w Waszyngtonie ten język jest prawie nieznany. Nasze pożal się boże “elity”
otrzymały tylko zadanie do wykonania. Za godziwym wynagrodzeniem oczywiście.
Z zadania się wywiązały. Dlatego są dziś bezkarni członkowie tych "elit"
zajmujący czołowe miejsca w rankingach najbogatszych. To nie tylko ex-
nomenklatura skutecznie unika płacenia podatków. Ci ludzie też są bohaterami
różnego rodzaju afer „przekrętowych”, prania brudnych pieniędzy, handlu
bronią, narkotykami. Ich związki z najróżnorodniejszymi mafiami już nikogo
nie dziwią.

Posłowie, senatorowie, prokuratorzy, sędziowie, prezesi, generalni
dyrektorzy. Biskupi i prałaci. Jednym słowem elity. Ludzie z dyplomami
najlepszych nie tylko polskich uczelni. Niektórych tych mniej sprytnych
zdołano już osądzić. Bagsików, Grobelnych, Gawroników, Kolasińskich,
Baranowskich na Wiejskiej są całe czambuły. Oni to właśnie wprowadzają nas do
Europy. Mamy wiele przykładów ludzi, którzy ongiś robili błyskotliwe kariery,
jako członkowie partii komunistycznej. Dziś plując za siebie z zamkniętymi
oczami pozwalają łaskawie zaliczać się do kręgów opiniotwórczych i elit
intelektualnych. Podobne zjawisko dotyczy inteligencji technicznej i
ekonomicznej. Nader liczni jej przedstawiciele zasilali przecież szeregi
partyjnej nomenklatury, w której zasadniczym gwarantem karier była dbałość o
gospodarczo-imperialne interesy Związku Sowieckiego. Moje pokolenie zna
pojęcie burżuazji kompradorskiej. Formacji, która w dawnych krajach
kolonialnych wiernie służyła interesom kolonizatorów. Obecnie zbliżoną
pozycję zajmuje dość niestety liczna grupa polskich naukow
Obserwuj wątek
    • fidel.castrol Re: korzenie "gliniaka" i "polonusa -2 19.03.06, 07:17
      Posłowie, senatorowie, prokuratorzy, sędziowie, prezesi, generalni dyrektorzy.
      Biskupi i prałaci. Jednym słowem elity. Ludzie z dyplomami najlepszych nie
      tylko polskich uczelni. Niektórych tych mniej sprytnych zdołano już osądzić.
      Bagsików, Grobelnych, Gawroników, Kolasińskich, Baranowskich na Wiejskiej są
      całe czambuły. Oni to właśnie wprowadzają nas do Europy. Mamy wiele przykładów
      ludzi, którzy ongiś robili błyskotliwe kariery, jako członkowie partii
      komunistycznej. Dziś plując za siebie z zamkniętymi oczami pozwalają łaskawie
      zaliczać się do kręgów opiniotwórczych i elit intelektualnych. Podobne zjawisko
      dotyczy inteligencji technicznej i ekonomicznej. Nader liczni jej
      przedstawiciele zasilali przecież szeregi partyjnej nomenklatury, w której
      zasadniczym gwarantem karier była dbałość o gospodarczo-imperialne interesy
      Związku Sowieckiego. Moje pokolenie zna pojęcie burżuazji kompradorskiej.
      Formacji, która w dawnych krajach kolonialnych wiernie służyła interesom
      kolonizatorów. Obecnie zbliżoną pozycję zajmuje dość niestety liczna grupa
      polskich naukowców, ekonomistów, techników, polityków wiernie i gorliwie
      służących interesom obcych organizacji finansowych i koncernów, wśród których
      Gazprom wcale nie jest największy i najbardziej drapieżny. Ludzie ci w pełni
      chyba zasługują na miano inteligencji kompradorskiej.

      Wnuk Aleksandra Świętochowskiego, profesor jednego z amerykańskich
      uniwersytetów, przewidując wyniki unijnego referendum w kraju ojców dobitnie
      stwierdzał, że jego rodacy będą musieli dokonać wyboru pomiędzy dżumą a
      cholerą. I dokonali. Mając w pamięci grzechot katyńskich kości z stepową dżumą
      mierzyć się już nie chcieli. Zjednoczona Europa musi się jednak porozumieć z
      Moskwą, będąc coraz bardziej uzależnioną od importu mediów energetycznych z
      obszarów dawnego ZSRR.

      Nazwa Polanie, zdaniem profesor filologii Anny Parzymies ma... chiński rodowód
      i oznaczała przy właściwym odczytaniu hieroglificznego znaku Po-Lań koczujących
      u stóp Ałtaju barbarzyńców, niezajmujących się hodowlą jedwabnika i
      nielubiących płacić podatków. Zostało to nam chyba do dziś. Zachowało się też
      przez minione stulecia najbardziej rzekomo polskie z polskich nakryć głowy:
      rogatywka, ozdoba munduru formacji utrwalonej w narodowym etosie jako ułani. W
      języku mongolskim to „czerwoni jeźdźcy ” od koloru powiewających na końcach
      bojowych lanc chorągiewek. W dolinach Himalajów rogatywki noszone były do
      niedawna wyłącznie przez kobiety. Panowała tam poliandria - wielomęstwo.

      W krajach Azji wielu historyków prezentuje zupełnie odmienną wizję dziejów
      powszechnych niż ta w którą nakazuje się nam wierzyć. Warto, aby powołujący się
      na grecko-rzymskie fundamenty europejskiej cywilizacji pamiętali, że tak
      naprawdę jej kolebkami był Kaukaz, Mezopotamia i dolina Nilu. W pierwszym
      państwie słowiańskim zorganizowanym przez kupca Samona, przy pomocy stepowych
      zbójów zwanych wówczas awarami, językiem urzędowym był mongolski. Tak
      przynajmniej twierdził tłumaczący Mickiewicza profesor Rinczen z Ułan-Bator. Od
      Awarów ma pochodzić nazwa Bawarii. Czcili oni Tengri - Pana Niebios. Na
      skórzanych napierśnikach nosili jego znak - wizerunek równoramiennego krzyża
      wpisanego w koło. Obecnie nazywany jest krzyżem celtyckim. Kolebka Celtów była
      nad Bajkałem. Do dziś jeden ze szczepów tego ludu mieszka niezbyt daleko od
      Moskwy. Wędrując na zachód utrwalili swój ślad w nazwach rzek: Wisły i Sanu.

      W 1241 roku mongolsko-ruskie formacje stosujące najbardziej wyrafinowane na owe
      czasy wojenne know-how, rakiety i gazy bojowe, rozgromiły polsko-niemieckie
      hufce. Wykuwane wówczas braterstwo broni z zachodnimi sąsiadami przetrwało
      przez blisko siedemset lat. Od mieszczan Norymbergii zapożyczyliśmy strój
      krakowski ten z pawimi piórami przy czapce. Z Magdeburga prawne procedury
      organizacji miast.

      Szlachecki naród prawdy wiary chrześcijańskiej przyswoił sobie nader wybiórczo
      i powierzchownie. Jest niezwykle charakterystyczne, że stroje, gusty kulinarne
      i broń potomkowie Sarmatów przyjmowali głównie za modą panującą w Isfahanie,
      Seraju czy Istambule. Gdzież więc te wzory grecko-rzymskiej cywilizacji?
      A „cywilizacja”, cytując Franciszka Konecznego, to sposób życia. No właśnie te
      kontusze, karabele i mięsiwa na słodko. Zdumiewa przemożna chęć kadry
      pedagogicznej nauczającej dziejów ojczystych do manipulowania faktami. Czcimy
      np. pamięć Konstytucji 3 Maja zapominając o jej zdecydowanie reakcyjnym, nawet
      na owe czasy, charakterze. Bowiem jaka by nie była, ale jednak demokracja
      szlachecka została zamieniona na monarchię i to w dodatku dziedziczną.

      Do Panteonu bohaterów narodowych zaliczyliśmy psychopatę, którego popisowym
      numerem było zwykle po wypiciu morza wódki rozwalanie się na progach domostw z
      żądaniem napełnienia kolejnej szklanicy i kruszenie ich zębami. Inny bohater
      kierując narodowym powstaniem nie dość, że w pijanym widzie przegrał
      najważniejszą bitwę, to po klęsce złożył carowi wiernopoddańczą przysięgę na
      wierność i co gorsza jej dochował. W okresie wojen napoleońskich zdecydowana
      większość szlacheckich synów służyła w armiach państw, które dokonały rozbioru
      ojczyzny. Służyła gorliwie. Nie należy się dziwić licznym generalskim szarżom
      ich potomków nadawanym przez władców Rosji, Austrii i Prus.

      Trudno zrozumieć motywy, dlaczego wizerunki popularnego Pocztu Królów Polski
      kończą się na zblazowanym nieudaczniku, który nawet jako kochanek musiał
      ustąpić miejsca lepszemu od siebie, a nie zawierają paru carów Wszechrosji,
      którzy zgodnie z ówczesnym prawem międzynarodowym nosili również tytuły naszych
      władców. To właśnie w ich imieniu polskie sądy obsadzone przez najprawdziwszych
      Polaków skazały na karę haniebnej śmierci na stryczku Romualda Traugutta i jego
      towarzyszy.

      Przemilczanie faktów, jakie w dziejach zaistniały, nie powinno mieć miejsca.
      Inaczej za dobrą monetę potraktujemy grecko-rzymskie korzenie. Z tego, jakim
      naprawdę narodem jesteśmy i jak nam daleko do tych „korzeni”, zdawał sobie
      doskonale sprawę marszałek Piłsudski. Stąd dosadność jego niektórych stwierdzeń
      i ocen. Po zakończeniu II Wojny Światowej, tzw. polscy komuniści, którzy w
      każdym normalnym kraju dawno już powinni być osądzeni jako zdrajcy i
      kolaboranci, lubowali się w przedstawianiu kampanii wrześniowej 1939 roku jako
      prowadzonych bez składu i ładu działań, w których kawalerzyści atakowali
      niemieckie czołgi.

      Darując sobie tylko tych kawalerzystów mieli w przeważającej części rację.
      Jeśli porównać najznamienitsze epizody z tej kampanii w postaci obrony
      Westerplatte, Helu i bitwy nad Bzurą, z determinacją i bojową skutecznością
      działań obrońców Groznego czy kaukaskich wąwozów w wojnach czeczeńskich, to
      musi nas ogarnąć co najmniej zażenowanie. Zażenowanie może być większe, gdy
      uświadomimy sobie, że straszliwe Gestapo terroryzujące cały kraj liczyło
      zaledwie parę tysięcy paradujących z trupimi czaszkami na czapkach
      funkcjonariuszy, wspomaganych przez armię donosicieli. Czystych rasowo
      oczywiście. Szczycenie się tym, że Niemcy nie zainstalowali w Warszawie rządu
      kolaboracyjnego jest też nieporozumieniem. Po prostu nie chcieli. Chcieli
      natomiast to uczynić Sowieci. I uczynili. Niezwykle sprawnie i szybko.
      Posłużyli się nie tylko ocalałymi z holocaustu i Wandą Wasilewską, chrzestną
      córką marszałka Piłsudskiego. W Urzędzie Bezpieczeństwa w przeważającej
      większości służyli poborowi z kieleckich, wołyńskich i mazowieckich wsi.
      Wspomagał ich kwiat inteligencji. Prokurator Zarako-Zarakowski, wyjątkowa
      kanalia i zbrodniarz, studiował przecież swego czasu na Uniwersytecie im.
      Stefana Batorego w Wilnie. W służbie „władzy ludowej” nie był osamotniony jako
      przedstawiciel swojej klasy.

      Wieloletniemu więźniowi łagrów i psychuszek, mieszkającemu w Anglii Wołodii
      Bukowskiemu można wierzyć. Z
      • fidel.castrol Re: korzenie "gliniaka" i "polonusa -3 19.03.06, 07:22
        Wieloletniemu więźniowi łagrów i psychuszek, mieszkającemu w Anglii Wołodii
        Bukowskiemu można wierzyć. Za prezydentury Jelcyna w Rosji udostępniono mu
        dostęp do kremlowskich archiwów. Jego zdaniem w powstaniu Solidarności i
        inicjatywach okrągło-stołowych znaczącą, jeśli nie decydującą rolę odegrały
        określone służby. Czy ich przedstawiciele spotykali się pod Waszyngtonem czy
        pod Moskwą, nie ma zbyt wielkiego znaczenia. Twierdzi, że bolszewicy dogadali
        się z mienszewikami, i że Unia Europejska wkrótce stanie się czymś w rodzaju
        Związku Sowieckiego. Przesadza. Nie warto likwidować 60 czy 70 milionów ludzi
        tak jak to zrobiono w Rosji. Oni przecież tworzą rynek. Są konsumentami
        doczesnych dóbr. No i płacą podatki. Skoro w I RP można było głos każdego posła
        sobie kupić, to niby dlaczego miało by być inaczej w III RP.

        Szczególnym wyjątkiem nie jest w tym przypadku pewien profesor biologii
        Uniwersytetu Łódzkiego. Na pewno uważa się, że jest pełną gębą członkiem elity
        tego narodu. Nosi staroszlacheckie nazwisko. I szeroko się reklamuje jako
        więzień polityczny PRL-u. A od czasu do czasu jeszcze jako żarliwy katolik.
        Robi to bardzo hałaśliwie Zastanowić się należy, kto i w jaki sposób wynagradza
        profesora od chrząszczy, że posiadając aspiracje polityczne sięgające
        niebotycznych wyżyn. Tylko świerszcze za kominem ćwierkają, jak by tak dobrze
        pogrzebać w archiwach Ochrany, Gestapo, NKWD czy SB to nie można wykluczyć, że
        znajdziemy nosicieli tego nazwiska figurujących bynajmniej nie wśród ofiar czy
        podejrzanych.

        Dość to typowe dla progenitury „starych i dobrych szlacheckich rodów”. Niestety
        nie działały w naszym kraju gilotyny Rewolucji Francuskiej. Dlatego wskazane
        byłoby dziś, aby ten Pan powiesił sobie nad łóżkiem lub nad dywanikiem, na
        którym odmawia wieczorny paciorek fragment wypowiedzi marszałka Józefa
        Piłsudskiego oceniającego kwalifikacje współczesnych mu parlamentarzystów. „Wam
        kury szcz.. prowadzać a nie politykę robić.”

        I prowadzaj Pan panie profesorze te swoje chrząszcze. Wyłącznie.

        www.racjonalista.pl/kk.php/s,4118



    • fidel.castrol ani "gliniak" ani "polonus" nie zareagowali 25.03.06, 09:06
      na ten samokrytyczny tekst Sarmaty, a milczenie jest oznaka zgody...

      nawet Looiza przyjmuje cicho na ten bulwersujacy fragment:
      "Nazwa Polanie, zdaniem profesor filologii Anny Parzymies ma... chiński rodowód
      i oznaczała przy właściwym odczytaniu hieroglificznego znaku Po-Lań koczujących
      u stóp Ałtaju barbarzyńców, niezajmujących się hodowlą jedwabnika i
      nielubiących płacić podatków. Zostało to nam chyba do dziś. Zachowało się też
      przez minione stulecia najbardziej rzekomo polskie z polskich nakryć głowy:
      rogatywka, ozdoba munduru formacji utrwalonej w narodowym etosie jako ułani. W
      języku mongolskim to „czerwoni jeźdźcy ” od koloru powiewających na końcach
      bojowych lanc chorągiewek. W dolinach Himalajów rogatywki noszone były do
      niedawna wyłącznie przez kobiety. Panowała tam poliandria - wielomęstwo."

      To by wyjasnialo, dlaczego z tymi Polkami tyle dzis klopotow, heheh.


Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka