Dodaj do ulubionych

Polacy nielegalnie przebywający w RFN czekają ...

10.02.03, 17:05
Podaje w kilku czesciach bo dlugie ale ciekawe

------------

Wtopić się w tłum Niemców

Polacy nielegalnie przebywający w RFN czekają, aż wejdziemy do Unii

Takich jak oni jest wielu w Berlinie, Hamburgu czy Stuttgarcie. Nie
wyróżniają się w tłumie. Przeciwnie, starają się w niego wtopić.
Zdemaskowanie grozi najczęściej zawaleniem budowanej misternie przez lata
egzystencji.
Obserwuj wątek
    • bozena_l Czesc 1 10.02.03, 17:06
      Angelo naprawdę nie nazywa się Angelo. Nie jest też Włochem. Na imię ma Wojtek,
      pochodzi ze Słupska i jest nielegalny. To znaczy, kiedyś był legalny, ale dawno
      temu. Przyjechał do Niemiec tak jak wielu innych w 1987 r. Miał nieszczęście
      spóźnić się o parę dni i to zaważyło na jego dalszym losie. 1 maja owego roku
      weszła w życie ustawa, zgodnie z którą wszyscy Polacy ubiegający się o azyl
      polityczny w przypadku negatywnego rozpatrzenia ich podań musieli opuścić teren
      RFN. Wojtek przyjechał tydzień po ustawowym terminie. Azylu nie dostał, bo jak
      sam twierdzi, słabo zmyślał, a drogę do duldungu, czyli pobytu tolerowanego,
      zamknęło mu nowe prawo. Starał się o emigrację do Kanady, ale i tu miał pecha.
      Podczas rozmowy z konsulem zapytano go, dlaczego chce opuścić Niemcy. - No to
      powiedziałem, że Niemcy są poj... I co? Nic, tłumacz miał największy problem z
      przetłumaczeniem słowa.

      To był pierwszy błąd, w urzędach tej rangi co kanadyjski konsulat należy się
      wyrażać precyzyjnie. Drugim było nieodebranie paszportu złożonego do depozytu
      na czas postępowania azylowego. Wojtek obawiał się, że funkcjonariusze
      Grenzschutzu mogą chcieć towarzyszyć mu w drodze do przejścia granicznego i
      postanowił nigdy więcej nie pojawić się dobrowolnie w budynku Ausländeramtu. -
      Głupi byłem. Oddaliby paszport i powiedzieli "Auf Wiedersehen". Bez dokumentów
      opuścił zajmowane do tej pory mieszkanie, przenosząc się kilka ulic dalej do
      służbówki nad włoską pizzerią, w której pełnił rolę

      człowieka do wszystkiego.

      Później zmieniał miejsca pracy wielokrotnie, ale do dziś pozostał w zaklętym
      kręgu włoskiej gastronomii. Cały dzień i dużą część nocy spędza w restauracji.
      Kontakty towarzyskie utrzymuje prawie wyłącznie z Włochami i za takiego też
      podaje się poznanym w dyskotekach Rosjankom i Chorwatkom. Dziewczyny też
      zazwyczaj są nielegalne i polują na kogoś "z pobytem". Jako Włoch ma u nich
      większe szanse. Za emigranta ze słonecznej Italii uchodzi też wśród klientów
      lokalu zamawiających lasagne bolognese czy pizzę quattro stagioni. Jego
      znajomość niemieckiego nadal pozostawia wiele do życzenia, a zaczesane na żel
      kruczoczarne włosy i wtrącane do rozmowy włoskie słowa rozwiewają ostatecznie
      wątpliwości.

      Wojtek przyznaje niechętnie, że ma polski paszport, fałszywy i na inne
      nazwisko, ale odmawia bliższych wyjaśnień na temat źródła jego pochodzenia.
      Każdy ma jakąś tajemnicę. Faktem jest, że kilka lat temu odwiedził na tym
      wątpliwym dokumencie rodzinny Słupsk, lecz związany z przekroczeniem granicy
      stres okupił pasmem siwych włosów. - Zresztą do Polski nie ma po co jeździć.
      Teraz Polska przyjeżdża do mnie. Nie tyle Polska, ile jej przedstawicielki, na
      ogół między 20. a 30. rokiem życia. W rodzinnych stronach Wojtka bezrobocie
      sięga 30%, toteż jego adres dziewczyny przekazują sobie z rąk do rąk jak cenną
      relikwię. Układ jest prosty. Dziewczyna przyjeżdża do pracy w restauracji
      lub "na sprzątania", dostaje u Wojtka

      miejsce do spania

      i płaci połowę jego czynszu. Jak na dżentelmena przystało, pytanie o aspekt
      seksualny sprawy zbywa uśmiechem. On ich przecież do niczego nie zmusza i tylko
      ze znalezieniem nowego lokum mogą być problemy. Mieszkanie to największy
      problem dla żyjących na czarno. Bez wizy pobytowej trudno coś wynająć, bo jak
      tu wytłumaczyć Niemcowi, że potencjalny lokator nie będzie w mieszkaniu
      zameldowany, a pieniądze za czynsz chciałby płacić z ręki do ręki, a nie
      przelewem z konta. Wojtek takich problemów nie ma. Właściciel jego mieszkania
      jest Włochem i ma dużo zrozumienia dla szarej strefy.

      Kiedyś najbardziej doskwierał Wojtkowi brak samochodu, bo do jego rejestracji
      potrzebny jest adres właściciela, ale w Stuttgarcie kursuje przecież metro, są
      autobusy, a za miasto nie ma właściwie po co wyjeżdżać. Tam cudzoziemiec
      bardziej rzuca się w oczy niż w multikulturowej metropolii. Komórka na kartę
      rozwiązuje problem telefonu i ten perfekcyjny obraz mąci tylko nieco brak
      ubezpieczenia zdrowotnego. Wiadomo, człowiek się starzeje i od czasu do czasu
      lekarza odwiedzić musi. W przypadku zwykłej wizyty wystarcza plastikowa karta
      ubezpieczeniowa pożyczona od znajomego Włocha lub Polaka legitymującego się
      pobytem. Trzeba tylko uważać, żeby zakodowana na niej data urodzenia zanadto
      nie odbiegała od aparycji pacjenta. Gorzej, jeśli choroba pojawi się nagle,
      wtedy może nie być czasu na zorganizowanie karty. O wypadku Wojtek nie chce
      nawet myśleć. To dlatego tak łatwo pożegnał się z myślą o samochodzie. Niemcy,
      kraj humanitarny, nikogo na ulicy bez pomocy nie zostawią, ale w szpitalu
      prędzej czy później ktoś zainteresuje się ubezpieczeniem poszkodowanego, a stąd
      już tylko krok do

      meldunku na policję,

      której funkcjonariusze chętnie odwiedzą pacjenta o nieustalonej tożsamości.
      Stary paszport Wojtka spoczywa gdzieś w archiwum Urzędu do Spraw Cudzoziemców i
      dopasowanie do niego prawowitego właściciela mimo upływu lat nie byłoby sprawą
      trudną. Jak wszyscy starający się o azyl musiał niegdyś Angelo ze Słupska
      złożyć odcisk swoich linii papilarnych, a te ciągną się za człowiekiem po kres
      jego dni.
    • bozena_l Czesc 2 10.02.03, 17:10
      Dorota jest nielegalna od samego początku, czyli już siedem lat. Przyjechała do
      siostry, która jest tu na stałe. Dorota nie chciała zostać na stałe. Chciała
      zarobić na mieszkanie. Właściwie mieszkanie miała, ale w małej miejscowości pod
      Toruniem, gdzie mąż był komendantem posterunku policji. Mąż miał
      nierozwiązywalny problem alkoholowy, więc Dorota z dorastającym synem
      postanowiła wrócić do rodziców, do Warszawy. Po rozwodzie mieszkanie jej
      przypadło w udziale, ale za jego równowartość nie udało się kupić w stolicy
      nawet kawalerki. Syn został z dziadkami, a Dorota ruszyła na Zachód. Przez
      pierwszy rok mieszkała u siostry. Teraz wynajmuje mieszkanie od rodaczki, która
      żyje z Niemcem, a swój spółdzielczy (czyt. tani) lokal udostępnia "czarnym".
      Trochę drożej, ale to i tak okazja, więc Dorota nie ma pretensji. Narzeka na
      pracę. W Polsce była technikiem dentystycznym, w Stuttgarcie sprząta. Przed
      południem jedno mieszkanie, po południu drugie. Pięć dni w tygodniu. Właściwie
      mogłaby też sprzątać w soboty, ale

      Niemki nie lubią,

      żeby im się ktoś obcy w Wochenende kręcił po domu. O pracy w wyuczonym zawodzie
      nie myśli. Wie, że to nierealne. W gabinecie stomatologicznym nikt jej na
      czarno nie zatrudni. Poza tym techników dentystycznych jest w Niemczech
      nadmiar. Sprzątaczek brakuje. Zarabia nieźle. Jakieś 1000 euro miesięcznie.
      Mieszkanie w Warszawie kupiła już dawno. Trzypokojowe w wieżowcu, wprawdzie w
      gierkowskim budownictwie, ale blisko rodziców. Potem były meble, remont też
      kosztował. Nie spieszy się z powrotem. Mieszkanie nie ucieknie. Syn w nim teraz
      mieszka. Wszystko ładnie urządził, okna wymienił, panele położył. Trzy lata
      temu się ożenił. Dzieci na razie nie mają i Dorota ma w mieszkaniu swój
      zamknięty na klucz pokój, ale mówi, że właściwie powinna zacząć zbierać na
      drugie mieszkanie dla siebie, bo ich na kupno nie stać, a na ulicę dzieci
      przecież nie wyrzuci.

      Dorota lubi Stuttgart. Ładne miasto, spokojne. Wieczorami można bez strachu
      wyjść na ulicę, nie tak jak na warszawskim Grochowie, gdzie się wychowała.

      Nauczyła się języka. Chodziła na kurs, bardziej dla zabicia czasu wieczorami
      niż z konieczności. Przy sprzątaniu nie ma z kim rozmawiać. Niemcy mają do niej
      zaufanie. Zostawiają samą w domu, zapłata leży na stole, po pracy musi tylko
      dobrze zatrzasnąć drzwi. U Polek nie sprząta. Nie chce, żeby się nad nią
      litowały. Lepiej u Niemców. Ich nie bardzo obchodzi, kto im podłogi myje, i nie
      trzeba zaraz całego życiorysu opowiadać. Prywatnie w jej życiu niewiele się
      dzieje. Czasami pójdzie na polską zabawę "u księdza", czyli przy polskim
      kościele. Przychodzą na nią głównie kontraktowcy i tacy jak ona - żyjący na
      czarno. Kontraktowcy stoją

      najniżej w hierarchii polonijnej.

      Niby pracują legalnie zatrudnieni przez polskie firmy podwykonawcze, ale
      zarabiają najniższe stawki i życie ich sprowadza się do liczenia dni dzielących
      od powrotu do kraju. Mieszkają w kontenerach lub po kilkunastu w wynajętych
      przez firmy ruderach. Najczęściej na peryferiach miasta.

      Dorota nie ma wątpliwości, że dobrze ustawiony "czarny" to w porównaniu z nimi
      krezus, ale woli ich zabawy niż imprezy organizowane przez liczną w Stuttgarcie
      Polonię. Tam prym wiodą ci ze stałym pobytem, zakorzenieni od lat w Niemczech.
      Żeby żyć tak jak oni, potrzebny jest ten nieszczęsny stempel w paszporcie, a
      droga do niego w wypadku Doroty może prowadzić wyłącznie przez małżeństwo.
      Tylko gdzie poznać w obcym kraju odpowiedniego kandydata, kiedy ma się prawie
      50 lat i bagaż doświadczeń wyniesionych z poprzedniego związku?

      Marek jest legalny. Od jakiegoś czasu. Na początku pobytu w Niemczech też był
      legalny. Przyjechał w 1990 r. z żoną i córką. Dziadek żony służył w czasie
      wojny w Wehrmachcie, we Włoszech. Każdy niemiecki żołnierz z II wojny światowej
      ma swoją kartotekę opisującą przebieg służby. W przypadku dziadka służbę dla
      III Rzeszy zakończyła dezercja z szeregów armii i fakt ten odkrył urzędnik
      zajmujący się przyznawaniem niemieckiego obywatelstwa przesiedleńcom ze
      wschodniej Europy. Żona Marka nie została uznana za Niemkę i całej rodzinie
      nakazano opuścić teren Republiki Federalnej. Nie od razu. Wzięli adwokata,
      odwoływali się. Sprawa ciągnęła się w sumie cztery lata. Po wyczerpaniu
      wszystkich możliwości żona z córką wróciły do Łodzi. Marek został. W Polsce nie
      mieli nic, więc postanowili, że na razie on zostanie, żeby

      zarobić na mieszkanie.

      Przysyłał pieniądze. Trwało to kilka lat, skończyło się rozwodem. On kogoś
      poznał, ona kogoś poznała.

      Marek pracuje w zoo. Małym, prywatnym, właściwie to raczej park z kilkoma
      gatunkami zwierząt. Kucyki, zebry, lamy. Nic specjalnego, ale Marek kocha
      zwierzęta. Nie bez powodu skończył weterynarię. W zwierzyńcu robi wszystko.
      Karmi czworonogi, sprząta klatki, w przypadku choroby udziela pierwszej pomocy.
      Właściciel jest zachwycony. Taki pracownik to skarb. O zatrudnieniu na stałe
      niemieckiego weterynarza mógłby tylko marzyć, a w osobie Marka znalazł
      specjalistę, i to za niewielkie pieniądze.

      Marek zdaje sobie sprawę, że jest wykorzystywany, ale co może zrobić. W
      restauracyjnej kuchni pracować nie chce, a na budowie łatwo o wpadkę, bo tam
      kontrole urzędników z Arbeitsamtu zdarzają się najczęściej. Tutaj przynajmniej
      zajmuje się zwierzętami. Po pracy wraca do domu i... znowu zajmuje się
      zwierzętami. W dwupokojowym mieszkaniu ma ich kilkanaście, głównie drobne
      gryzonie, gady i egzotyczne insekty. Oprócz nich zasuszone ptasie gniazda,
      preparaty w formalinie, skamienieliny. Najcenniejszy eksponat to fragment jaja
      dinozaura liczący kilka milionów lat. Dostał go od kolegi ze studiów,
      zatrudnionego w charakterze woźnego w jednym z amerykańskich muzeów
      archeologicznych. - Przysłał to w pudełku z corn-fleksami z ostrzeżeniem, żebym
      nie próbował gryźć. Nie pytam, jak to zdobył.
    • bozena_l Czesc 3 10.02.03, 17:13
      Marek mieszka z żoną. To właśnie ona jest powodem jego ponownej legalności.
      Polka, ale z niemieckim obywatelstwem otrzymanym po poprzednim, niemieckim
      mężu. Narzeczeństwo trwało kilka lat, zanim zdecydowali się na ślub. Bardziej z
      rozsądku niż z miłości. Po ślubie wszystko miało być łatwiejsze.

      Wizę dostał bez problemu,

      zezwolenie na pracę też, ale o uznaniu dyplomu nie było już mowy. Oficjalnie
      przez ostatnie 12 lat Marek nie wykonywał żadnego zawodu. Tłumaczy, że pracował
      jako weterynarz w Polsce, ale dociekliwi urzędnicy domagają się zaświadczeń od
      byłego pracodawcy. - Trzeba byłoby pojechać do kraju i załatwić jakiś dokument,
      ale gdyby nie daj Boże dopatrzyli się, że to fałszywka, strach pomyśleć. Oni tu
      mają złe doświadczenia z dokumentami z Ostblocku. Wiedzą, że tam można kupić
      wszystko: prawo jazdy, niemieckie pochodzenie czy zaświadczenie o całkowitej
      niezdolności do pracy. Kiedyś byli bardziej naiwni, dzisiaj sprawdzają każdy
      papier i w razie wykrycia grozi proces o fałszerstwo.

      Najmniej ze zmiany statusu prawnego Marka zadowolony jest jego pracodawca.
      Zatrudnił go oficjalnie i teraz musi płacić podatek i ubezpieczenie za
      legalnego pracownika.

      Wojtek dużo czyta. Każda dziewczyna, która u niego mieszka, ma obowiązek
      przywieźć mu z Polski kilka książek. Wojtek starannie dobiera
      tytuły. "Tajemnice Mossadu", "Z archiwum KGB", "Wyznania szpiega", historie z
      okresu II wojny światowej we wszystkich możliwych wariantach. Bitwy i kampanie
      go nie interesują, raczej zakulisowe rozgrywki, kto z kim przeciw komu i
      dlaczego. Najbardziej jednak ceni pozycje opisujące działalność izraelskiego
      wywiadu. - Mossad może wszystko, potrafią podrobić paszport każdego kraju, tak
      że będzie lepszy od oryginału - zapala się na krótko, ale po chwili schodzi na
      ziemię. Naprawdę to marzy o czymś innym. Żeby zacząć wszystko od początku, z
      czystym kontem, bez problemów, które ciągną się za nim od lat. I jeszcze żeby w
      Niemczech wydarzył się taki cud jak parę lat temu w Hiszpanii. Wszyscy
      nielegalni emigranci

      zostali objęci amnestią.

      Kto mógł udokumentować fakt posiadania miejsca pracy i kogo pracodawca zgadzał
      się zatrudnić legalnie, otrzymywał wizę pobytową. Albo jak w Stanach - co parę
      lat loteria wizowa i kto wygra, dostaje zieloną kartę, a jak nie, czeka dalej. -
      Tutaj tego chyba nie dożyję. Jak umrę, to nie będą wiedzieli, czy wolno mnie
      pochować, bo przecież oficjalnie nie istnieję. Dla takich jak ja nawet po
      śmierci amnestii nie będzie.

      Dorota była niedawno w Polsce. Kiedyś jeździła co trzy miesiące, żeby
      podstemplować na granicy paszport, teraz jeździ tylko wtedy, kiedy musi, bo na
      stemple i tak żaden celnik nie zwraca uwagi. Miała być trzy tygodnie,
      wytrzymała dziesięć dni. - Denerwowało mnie wszystko. Syn i synowa żyją własnym
      życiem, ja nie jestem im tam potrzebna. Odzwyczaiłam się od mieszkania z
      rodziną i z ulgą wróciłam do Stuttgartu. Gdyby Polskę przyjęli za dwa lata do
      Unii, takim jak ja chyba daliby zezwolenia na pracę.

      Małżeństwo Marka nie układa się. Żona już kilkakrotnie groziła rozwodem, więc
      dla uspokojenia sytuacji przeprowadził się do służbowego mieszkania na terenie
      zoo. Zabrał też większość swoich zbiorów. To o nie najczęściej wybuchały
      awantury.

      O pobyt się nie boi, chroni go teraz niemieckie prawo. Żona nie może się z nim
      rozwieść tak długo, jak długo on nie otrzyma bezterminowej wizy pobytowej.
      Paradoksalnie ten psychiczny komfort zawdzięcza feministkom. Organizacje
      walczące o prawa kobiet przeforsowały ustawę, dzięki której niemieccy mężowie
      nie mogą już tak łatwo pozbywać się swoich azjatyckich żon bez jakichkolwiek
      roszczeń natury finansowo-pobytowej z ich strony. Inicjatywa miała służyć
      sprawie kobiet, ale chroni Marka równie dobrze jak jego filipińskie czy tajskie
      towarzyszki niedoli, więc on sam może snuć plany na przyszłość. Chciałby kupić
      parę legwanów zielonych i wynająć nowe mieszkanie. Koniecznie duże, bo dorosłe
      legwany osiągają półtora metra długości.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka