Dodaj do ulubionych

Relacja z Tajlandii

11.06.07, 11:20
Informuję niniejszym, że wrzuciłem na naszą stronę internetową relację z
podróży do Tajlandii i Malezji. Relacja jak relacja, może się komuś do czegoś
przyda. Jej nietypowość polega na tym, że jeździmy po świecie z małym
dzieckiem.
Link do strony:
www.sfinjak.wroclaw.pl/tajlandia.htm
Niestety, chwilowo nie będzie on umożliwiał wejścia bezpośrednio do relacji.
Trzeba przejść na informacje o autorze i wyszukać na stronie link do
informacji o podróżach.
Edytor zaawansowany
  • mal_art 11.06.07, 22:00
    Ale fajna relacja!!! Naprawdę trochę zazdroszczę, chociaż faktycznie plażowania
    (które generalnie jest miłe, ale niekoniecznie długo) było u Was sporo. Ciekawe
    w sumie, Ania ostatnio obraziła się na tajskie wyspy, twierdząc że drogo
    upiornie i wszędzie naciągają, ale z tego, co piszesz, to chyba w normie...
    Moje spostrzeżenia:
    miłość do króla w Tajlandii jest niezależna od puczów wojskowych itp wydarzeń,
    jakoś tak jest. Byliśmy w Tajlandii w okresie nader spokojnym politycznie, a
    król był wszędzie (Wielki Brat patrzy... ale z dobrotliwym uśmiechem), ludzie
    chętnie wstawali na dźwięki hymnu państwowego, a Artura kolega Taj zawsze jadąc
    samochodem i mijając portret króla puszczał kierownicę i składał ukłon. Taki
    obyczaj. Zresztą z króla całkiem sympatyczny gość...
    W Bangkoku faktycznie sporo do zwiedzania jest, Khao San jest dość obrzydliwa i
    zawsze była, może w sezonie jest tylko jeszcze gorsza niż poza. Podkoszulki
    bynajmniej nie są (nie były?) tandetne, nosimy je już 6 lat i trzymają się
    lepiej niż niejedne kupowane w Polsce! Piękna jest jeszcze Wat Arun, no i
    mniejsze świątynki takie nie dla turystów, my byliśmy w Lak Muang = City Pillar,
    gdzie odgrywane są przedstawienia Ramajany.
    Czy Szmaragdowy Budda nadal jest niefotografowalny?
    Wybrzeże z tego co piszesz mocno podniosło ceny (my poza sezonem płaciliśmy ok
    200 bahtów za dwójkę na Ko Phangan), ale w sumie nic dziwnego. Jakieś pamiątki z
    tsunami? Zginął tam chyba królewski wnuk, więc powinno coś być, ale może
    dyskretnie schowane, żeby nie psuć turystom zabawy...
    A stosunek do dzieci zapewne byłby zupełnie inny gdybyście ruszyli gdzieś na
    północ, na południu są przyzwyczajeni do rodzin z dzieciakami, więc mały
    blondasek to już nie atrakcja. No ale wiadomo, malaria... Chociaż (nie
    sprawdzałam, ale jestem pewna na 99%) w takiej Ajuttai czy Sukhotai malarii nie
    ma, tylko moze dyskusyjne jest zabieranie tam małego dziecka, które niewiele
    tam znajdzie atrakcji dla siebie (z wyjątkiem ptaszków, kwiatków, jaszczurek no
    i może się Wam trafić tak jak nam mały archeolog czy inny miłośnik zabytków,
    więc warto może spróbować, to w sumie dość przyjemne miejsca na piknik). A tam
    na pewno dzieciaków europejskich tyle nie bywa, więc zainteresowanie
    proporcjonalnie wzrasta, co jak wiadomo nie musi być zaletą.
    A Laos czy Kambodża... No cóż, niechętny jesteś antymalarykom, no i opieka
    medyczna na niższym poziomie (przechodziliśmy koło szpitala w Luang Prabang i w
    Vang Vieng, widok raczej jak na stodołę kołchozu), ale może coś się zmieniło? W
    kazdym razie można tak spróbować układać trasę, żeby do Tajlandii blisko było,
    zeby zawsze móc szybko na tajską stronę przejechać i tam się leczyć.
    To gdzie jedziecie na następną wyprawę?
    Pozdrawiam dzielnych podróżników Malwina
    PS Aha, strasznie mnie zbulwersowała panienka z Warty, chyba już się tam nie
    ubezpieczymy bo z tego, co piszesz bez sensu i tak nie pomogą. Niech żyje służba
    zdrowia w Azji!!!
  • pawel_zet 11.06.07, 22:46
    > Ale fajna relacja!!! Naprawdę trochę zazdroszczę, chociaż faktycznie
    plażowania
    > (które generalnie jest miłe, ale niekoniecznie długo) było u Was sporo.
    Ciekawe
    > w sumie, Ania ostatnio obraziła się na tajskie wyspy, twierdząc że drogo
    > upiornie i wszędzie naciągają, ale z tego, co piszesz, to chyba w normie...

    Świat się zmienia, niestety. Podobno Tajlandia nie jest już tym samym miejscem,
    którym była kilkanaście lat temu. Ceny idą w górę, z turystyki robi się biznes
    itd. itp. Nie jest to, co prawda, ten poziom, co Hurghada czy inne Sousse,
    gdzie jak pszczoły do miodu ciągną lokalni naciągacze, żeby tylko wyrwać trochę
    bugsów turyście, ale trochę podobno zmierza to w tym kierunku. Podobno, bo
    musiałbym być w Tajlandii kilkanaście lat temu, by to ocenić, a nie byłem. W
    każdym razie i tak nie mam powodu narzekać na naciągactwo, bo nikt mnie
    brutalnie nie okantował.
    Muszę jednak przyznać, że było tam dość drogo. Szczególnie gastronomia jakaś
    nieprawdopodobnie droga (jak na warunki Azji Południowo-Wschodniej), zwłaszcza
    w miejscach uczęszczanych przez turystów.
    Szczerze mówiąc, spodziewałem się po tych wyspach czegoś innego, więc rozumiem,
    że można się obrazić. Mam teraz taką rozterkę, że krytykuję miejsca, które są
    faktycznie bardzo piękne i pewnie niektórym sposród tych, których zachwyca
    plaża w Egipcie, szczęka by opadła, gdyby zobaczyli TE plaże, ale mam
    porównanie np. z Langkawi, na której niektórzy wieszają psy, że to taki
    malezyjski kurort. Może i kurort, ale:
    1.) jest taniej niż na wyspach tajskich - przynajmniej jeśli chodzi o
    gastronomię,
    2.) jest tam co robić - jest kilka lokalnych atrakcji, ładne oceanarium,
    wodospady, miasto, po którym można połazić, z Parkiem Legend, po którym można
    wieczorem z przyjemnością pospacerować,
    3.) plaże są ładniejsze - serio! - ludzi jeszcze mniej, a przyroda jeszcze
    bujniejsza.
    > W Bangkoku faktycznie sporo do zwiedzania jest, Khao San jest dość obrzydliwa
    i
    > zawsze była, może w sezonie jest tylko jeszcze gorsza niż poza. Podkoszulki
    > bynajmniej nie są (nie były?) tandetne, nosimy je już 6 lat i trzymają się
    > lepiej niż niejedne kupowane w Polsce! Piękna jest jeszcze Wat Arun, no i
    > mniejsze świątynki takie nie dla turystów, my byliśmy w Lak Muang = City
    Pillar
    > ,
    > gdzie odgrywane są przedstawienia Ramajany.

    Tak, wiem już o tym. Planowo mieliśmy zaliczyć i City Pillar, i Wat Arun, tylko
    choroba Andrzejka skomplikowała rzeczy. Zresztą widzę teraz, że w Bangkoku
    można siedzieć i dwa tygodnie, a i tak będzie co robić.

    > Czy Szmaragdowy Budda nadal jest niefotografowalny?

    Niestety, nie można go fotografować.

    > Wybrzeże z tego co piszesz mocno podniosło ceny (my poza sezonem płaciliśmy ok
    > 200 bahtów za dwójkę na Ko Phangan), ale w sumie nic dziwnego.

    Niby byliśmy w szczycie sezonu, ale faktycznie drożyzna.

    > Jakieś pamiątki z
    > tsunami? Zginął tam chyba królewski wnuk, więc powinno coś być, ale może
    > dyskretnie schowane, żeby nie psuć turystom zabawy...

    Śladu nie ma. Można by pomyśleć, że nigdy tam tsunami nie było.

    > A stosunek do dzieci zapewne byłby zupełnie inny gdybyście ruszyli gdzieś na
    > północ, na południu są przyzwyczajeni do rodzin z dzieciakami, więc mały
    > blondasek to już nie atrakcja. No ale wiadomo, malaria... Chociaż (nie
    > sprawdzałam, ale jestem pewna na 99%) w takiej Ajuttai czy Sukhotai malarii
    nie
    > ma, tylko moze dyskusyjne jest zabieranie tam małego dziecka, które niewiele
    > tam znajdzie atrakcji dla siebie (z wyjątkiem ptaszków, kwiatków, jaszczurek
    no
    > i może się Wam trafić tak jak nam mały archeolog czy inny miłośnik zabytków,
    > więc warto może spróbować, to w sumie dość przyjemne miejsca na piknik). A tam
    > na pewno dzieciaków europejskich tyle nie bywa, więc zainteresowanie
    > proporcjonalnie wzrasta, co jak wiadomo nie musi być zaletą

    Tam profilaktyka antymalaryczna nie jest jeszcze zalecana. Zalecana jest w
    strefie przygranicznej z Laosem lub Birmą (np. most na rzece Kwai). Chyba sobie
    jeszcze daruję na jakiś czas Tajlandię, bo teraz myślę, że pewnie trzeba by ją
    było połączyć z Laosem lub Kambodżą, a tam bez antymalaryków ni rusz. Pewnie
    kiedyś się zdecyduję, ale to raczej w okolicach początku szkoły podstawowej.
    A co do zainteresowań Andrzejka, to zawsze tak miał, że lubił obserwować. Gdy
    siedzi mi w nosidle na plecach, to zazwyczaj nie marudzi, tylko ciekawie się
    rozgląda dookoła. To pozwala nam zwiedzać w miarę komfortowych warunkach. W
    Chinach zaliczyliśmy bardzo aktywne zwiedzanie i pod tym względem nie było
    problemów.

    > To gdzie jedziecie na następną wyprawę?

    Chyba kupię jutro bilet na jesień do Gruzji. Wylot z Wrocławia przez Monachium
    Lufthansą. Czytałem trochę o tym kraju, zwłaszcza na forach rosyjskich i jestem
    pod ogromnym wrażeniem. Wynika z tego, że tam praktycznie nie nocuje się w
    hotelach. Ludzie są supergościnni i zapraszają jeszcze w autobusie czy pociągu
    do siebie do domu. Nie wiem, czy uda nam się tak podróżować z dzieckiem, ale
    wygląda mi na to, że jest to - jak Chiny - doskonały wybór w przypadku
    podróżowania z dzieckiem. Już się nie mogę doczekać słodkich melonów na plaży w
    Batumi!

    > PS Aha, strasznie mnie zbulwersowała panienka z Warty, chyba już się tam nie
    > ubezpieczymy bo z tego, co piszesz bez sensu i tak nie pomogą. Niech żyje
    służb
    > a
    > zdrowia w Azji!!!

    Ja też się czułem zbulwersowany. Zwłaszcza nieznajomość angielskiego na
    infolinii rozłożyła mnie na łopatki. Tak się obraziłem na nich, że nawet nie
    zgłosiłem szkody po powrocie. Pewnie warto się ubezpieczać, ale może np. w
    Allianzie. To niemieckie towarzystwo, więc może są bardziej poukładni.

    A Wy myślicie o jakiejś nowej podróży?
  • mal_art 12.06.07, 11:49
    Gratuluję fantastycznego pomysłu na Gruzję! Sama b. chciałabym tam pojechać, ale
    moje kochanie trochę nie za bardzo, nie wiem czemu. No, ale jest jeszcze mnóstwo
    innych miejsc, gdzie chcielibyśmy pojechać i się w 100% zgadzamy, więc niezgoda
    co do jednej Gruzji nie stanowi większego problemu... Może zachęci go Wasza
    relacja, na którą już niecierpliwie czekam.
    Sami jeszcze nie możemy z różnych przyczyn sprecyzować naszego celu następnej
    podróży, z przyczyn urlopowo-finansowo-zdrowotnych wszystko nam się nieco
    pokomplikowało, ale może po0d koniec sierpnia coś się wyklaruje... Już od
    dłuższego czasu marzy nam się Sri Lanka, może by się udało, a to świetny kraj na
    wyjazdy z dziećmi no i nieduży, więc można sporo zwiedzić nie potrzebuje się na
    przejazdy aż tyle czasu!
    Co do plazowania - pewnie Tajlandia robi się już zbyt oklepana, podobnie jak
    Khao San, która kiedyś faktycznie była kultowym miejscem z atmosferą, a teraz
    jest jakimś obrzydliwym jarmarkiem. Niestety to jest druga strona medalu podróży
    backpackerskich - większe skupiska westmenów jakoś tak degradują środowisko...
    No i bogaci Australijczycy, Amerykanie itp nie targują się, nie pilnują
    rachunków, tylko płacą, zachwyceni że tak tanio. No i z raju robi się piekiełko,
    tylko stopniowo... Nie wiem, czy jeszcze kiedyś wrócę na plaże w Tajlandii, bo
    wydaje mi się, że robią się już nadmiernie komercyjne i naciągactwo kwitnie. Nie
    wiem, czy dokładnie sprawdziliscie Wasz rachunek za pobyt w bungalowie, zakupy,
    jedzenie itp. Nasz miał kilka pozycji z księżyca i musieliśmy się niestety
    wykłócać, żeby nie płacić za coś, czego nie było... Niestety, żerowanie na
    naiwnych turystach robi się chyba na wyspach powszechne.
    Ale nie wszystko stracone, za jakieś 20 lat ludziom znudzi się Tajlandia i znowu
    będzie można tam jeździć.
    A tymczasem bardziej interesująco jest chyba w Kambodźy (relacja Ani z Małego
    Podróżnika jest super i b. zachęcająca), Wietnamie (południowe plaże są fajne,
    puste i kolorowe, a na północy Zatoka Ha Long na pewno nie ustępuje
    widowiskowością Krabi, tylko morze chyba zimnejsze). A najciekawsze wydaje mi
    się wybrzeże Birmy, pogranicze z Tajlandią. Tam musi być wspaniale, tylko
    pytanie, czy w ogóle da się tam dojechać...
    W nadziei, że kiedys to nastąpi - Malwina
  • pawel_zet 12.06.07, 12:40
    Sri Lanka też mnie bardzo pociąga, tylko ta malaria...
    Wydaje mi się, że nie zostałem nigdzie naciągnięty w Tajlandii. Może mieliście
    pecha. Musiałem tylko upomnieć się o resztę u pogranicznika na lotnisku, ale nie
    musiałem się wykłócać - oddał pieniądze, gdy tylko go o to poprosiłem.
    Nie ukrywam jednak, że trochę rozczarowany jestem, bo naczytałem się bajek o
    tym, jak tam jest pusto, tanio i gościnnie, a to wcale nie jest prawda. Turystów
    jest wielu, ceny są dość wysokie, a ludzie, z którymi się stykałem, głównie
    starali się robić ze mną biznes.
    Wydaje mi się, że przeżywamy właśnie zmierzch Azji Południowo-Wschodniej jako
    rejonu tanich podróży backpackerskich po bezdrożach. Myślę, że to już nie minie,
    a tylko może się pogłębić. Taka Tunezja czy Maroko nikomu się nie nudzą.
    Transport jest coraz tańszy, więc wciąż nowe tłumy coraz uboższych ludzi
    zalewają tamtejsze plaże, co prowokuje arabsko-berberyjskich naciągaczy do coraz
    większego naciągactwa. Czy słyszałaś o planach Air Asia uruchomienia
    transkontynentalnych tanich połączeń między BKK a Europą? Za chwilę te same
    tłumy, które dzisiaj zalewają Egipt, rzucą się wyspy Tajlandii.
    Cieszmy się, że został jeszcze Laos czy Kambodża. Trzeba szybko je zwiedzać, bo
    za 10 lat będzie tam chyba tak samo jak w Tunezji.
    Co do Birmy, to Air Asia lata do Rangunu, więc pewnie dostać się tam można za
    stosunkowo niewielkie pieniądze.
  • mal_art 12.06.07, 16:42
    Tajlandia ma to do siebie, że tamtejsi naciągacze robią to co np. naciągacze
    arabscy, tylko z większym wdziękiem. Przy tym łatwiej im oszukiwać bo turyści
    karmieni są tą bajką o kraju gościnych ludzi, więc nie sprawdzają tak bardzo...
    Coś w stylu naszych górali, którzy podobno przed wojną też słynęli z uczciwości
    i "niekomercyjności" a po wojnie... Szkoda gadać.
    Pusto, tanio i gościnie to - zgadzam się - w Tajlandii już było, ale mam
    nadzieję że jeszcze będzie. Chorwacja też powoli ludziom się nudzi, zaczynają
    przerzucać się na Bułgarię, to może Tajlandia też kiedyś spowszednieje. No i
    odległość też zrobi swoje... Co lot 6-7 godzinny, to jednak nie 2-godzinny.
    Ale cała Azja Poł-Wsch jeszcze długo będzie rajem, między innymi "dzięki"
    dyktaturom i reżimom wojskowym, komunistom i innym takim brzydkim panom. Na
    razie, jak pisałam, zachęcający jest Wietnam - naprawdę było tam puściutko, a
    miejscowi dopiero uczą się korzystać z wolnego rynku i turystów, więc jeszcze
    nie nauczyli się oszukiwać... Część Wietnamu jest zresztą wolna od malarii, z
    tego co pamiętam informacje WHO. No i Kambodża czy Birma, gdzie równie cieplutko
    i ładnie jak w Tajlandii, a dużo puściej i przyjemniej.
    Plany Air Asia bynajmniej mnie nie martwią, bo może dzięki temu sami częściej
    polatamy... Mam nadzieję, że większość ludzi rzuci się na plaże i inne dzielnice
    czerwonych latarni, a interior zostanie ten sam. W każdym razie dość długo. Na
    tyle długo, że uda nam się go porządnie zwiedzić.
    Birma jest super, tylko problem odległościowy - długie przejazdy - no i wiza
    dość droga. Na czworo to jednak już dużo... No, ale będą pieniążki i urlop
    (tylko że mój wypada w takim dość nieciekawym jak na Azję okresie) to pomyślimy...
    Pozdrawiam Malwina
  • pawel_zet 12.06.07, 22:36
    Obyś miała rację z tą Azją. Z mojej osobistej perspektywy Air Asia też nie
    stanowi problemu. Po prostu będzie trochę więcej ludzi na wyspach, ale
    generalnie i tak miałem zamiar szukać plaż gdzieś indziej. Może i w Wietnamie
    lub w Kambodży. Z tego, co pamiętam, w Wietnamie faktycznie zaleca się
    profilaktykę tylko na pewnych obszarach, ale są to chyba dość ciekawe obszary,
    więc zaczekam jeszcze tych kilka lat. Na razie przerzucę się chyba na Amerykę
    Łacińską (już uczę się hiszpańskiego) i z bliższych obszarów na Kaukaz i Azję
    Środkową (po rosyjsku mówię świetnie - zadbała o to komuna).
    W Birmie trochę mnie odstrasza oprócz malarii fakt, że jest tam ta paskudna
    zamordystyczna dyktatura, a turyści jej właściwie pomagają.
    Na razie tylko z kasą i czasem nie mam na szczęście strasznych problemów, ale
    to może się zmienić - raz na wozie, raz pod wozem.
  • mal_art 13.06.07, 10:17
    W Wietnamie wolne od malarii są okolice obu stolic (Hanoi i Sajgon) oraz Hue,
    poza tym większość wybrzeża. Nie wierzę do końca w zapewnienia o delcie Mekongu,
    bo to jednak, jak sama nazwa wskazuje okolica dość wilgotna...
    Malaria jest w górach i to najbardziej wredna odmiana (w przeciwieństwie do
    tego, co o "febrze", a właściwie malarii napisał Sienkiewicz, wysokość wcale
    przed malarią nie chroni, a może w Afryce jest inaczej???) Tam gdzie byliśmy to
    jest na północy przy granicy chińskiej tak, nie pamietam jak na płaskowyżu na
    południu, bo nas tam nie było z braku czasu. Zatoka HaLong nie. Niestety kilka
    parków narodowych w interiorze - tak. Ogólnie rzecz biorąc, my podawaliśmy
    Malarone na południu (Hoi An - Nha Trang) i w górach, w okolicach Sapy. Poza tym
    było spoko, zresztą widzieliśmy w całym Wietnamie może 10 komarów na krzyż.
    Tak więc Wietnam w miarę się nadaje nawet dla sceptyków.
    Tylko dyktatura w Wietnamie wcale lepsza od tej birmańskiej nie jest, może tylko
    bardziej dyplomatyczna (no i nikt z Wietnamu nie dostał pokojowego Nobla i nie
    siedzi za to w areszcie domowym). Prześladowania są, tylko sprytnie ukrywane
    przed turystami - jeśli coś się dzieje, w regionie ogłasza się np. klęskę
    życiołową albo epidemię i się to "spokojnie" i bez świadków tłumi... Takie są w
    każdym razie nasze informacje od naszych znajomych Wietnamczyków opozycyjnych.
    Ale jeździć warto, bo gdyby nie turyści połowa Wietnamczyków zostałaby bez
    pracy, a praca zresztą - to osobny temat. Uwierzysz, że takie fanaberie jak
    urlopy wypoczynkowe i macierzyńskie mają tylko partyjni i pracownicy
    przedsiębiorstw państwowych itp? Jak ktoś pracuje w firmie prywatnej, czy
    zacodnej fabryce, pracuje w piątek świątek i niedziele, grubo ponad 8 godzin -
    to z kolei informacje od Wietnamczyków w kraju, z którymi nam się udało pogadać
    szczerze...
    Nas najbardziej po prostu pociąga Azja, jakaś taka magia czy chemia, chociaż
    Ameryka Pd też na pewno piękna jest. I też się chętnie wybierzemy. Ale może
    dlatego, że nas tam nigdy nie było, jeszcze nie wiemy, jak się za to zabrać...
    Tzn teoretycznie tak, ale jakoś bariera psychiczna. Przecież tam jest DZIKO!
    Śmieszne, ale prawdziwe. Nasi znajomi z kolei bywali z dzieciakami w Ameryce
    poł., ale nie wyobrażają sobie podróży z nimi do Azji. Tak więc jakoś nam ta
    Ameryka nie leży, mimo że teoretycznie super. No, ale jakoś ostatnio zazdrościmy
    coraz bardziej Sylwii i Markowi Kulczykom (tekst w ostatnich Podróżach o
    wyjazdach z dziećmi) ich wyjazdu z chłopakami do Wenezueli, więc może sami się
    też zdecydujemy....
    Pozdrawiam i biegnę do pracy!!! M
  • pawel_zet 13.06.07, 13:26
    Ja do Ameryki mam stosunek pozytywny, tylko jakoś tak bywało, że do tej pory nie
    mogłem trafić na tańsze bilety, a wydawanie 4000 złotych za bilet od osoby jakoś
    mnie przerażało.
    A dzikość? No wiesz, nie wszędzie jest dziko, a na ogół nie wydaje mi się, by
    było bardziej dziko niż np. w Laosie. Chile to kraj bardzo cywilizowany.
    Podobnie jak Argentyna. To samo można w zasadzie powiedzieć o Meksyku.
  • mal_art 13.06.07, 16:14
    Właśnie dlatego mówię, że Ameryka "nie leży nam" bardziej z przyczyn
    psychicznych. Niby teoretycznie wiemy, że wcale nie jest tam tak dziko, a już
    zwłaszcza w państwach, które wymieniłeś, ale jakoś tak... Łatwiej nam się
    zdecydować na Azję. Po prostu lepiej jesteśmy w stanie przygotować się do takiej
    podróży, bo lepiej wiemy, czego spodziewać się na miejscu. A bilety niestety,
    jak piszesz drogie, czasem się coś zdarzy tańszego, ale właściwie za te
    pieniądze całkiem komfortowo można dolecieć też do Azji, więc jakoś nigdy nie
    możemy się zdecydować. Poza tym to, co nas najbardziej kręci, tzn kolorowi
    ludzie (jacyś Yanomami czy inni Carapana) to już niestety nie jest temat na
    wyprawę z dziećmi.
    A Laos dziki specjalnie nie jest, w każdym razie nie w tej części, gdzie
    wpuszczają turystów - nad Mekongiem, na Bolovens Plateau czy nawet na północy
    już tak dziko nie jest, tylko problem z niebezpieczeństwami powojennymi - poza
    oznaczonymi ścieżkami może coś leżeć, zresztą na Laos spadło w czesie wojny
    więcej bomb niż na Wietnam. (Zachęcające, prawda?) A Wietnam to już w ogóle
    pełna cywilizacja i kultura, sami się nie spodziewaliśmy, co zastaniemy na miejscu.
    A jakie macie jeszcze inne pomysły na wyprawę z dziećmi? M
  • pawel_zet 13.06.07, 17:04
    Chwilowo będziemy jeździli do strefy niemalarycznej, czyli:
    1.) Chile (wygląda mi na piękny kraj do zwiedzania i to co najmniej na dwie
    wyprawy, biorąc pod uwagę wielkość).
    2.) Ekwador - te ich górki muszą być śliczne, kuchnia podobno wspaniała, rzecz
    jasna chwilowo bez Amazonii.
    3.) Argentyna - też bardzo zróżnicowana i nadająca się do wielokrotnego
    zwiedzania.
    4.) Meksyk - wiadomo.
    5.) Brazylia - chwilowo możliwy tylko kawałek, ale to wielki kraj, więc też
    można kilka razy.
    Myślałem też kiedyś o Karaibach, ale ostatnio wypadły z rankingu (mamy
    generalnie dość plażowania smile ). Wenezuelę trzeba by odwiedzić pewnie raz i w
    całości, a to bez antymalaryków niemożliwe.
    Z Azji:
    1.) Chiny południowe - całkiem inne niż północne pod względem kulturowo-
    kulinarno-krajobrazowym.
    2.) Indonezja - kawałek.
    3.) Armenia - to po Gruzji. Też stara kultura, z ładnymi górkami w tle.4.)
    4.) Wietnam (ale to wiecie).
    5.) Bliski Wschód - Liban, Jordania i Syria, bo jeszcze nie są zadeptane aż tak
    strasznie przez turystów, a jest tam co zwiedzać.
    Są też takie miejsca w rodzaju Maroka, które z opisów wygląda mi ślicznie i do
    którego można się tam łatwo i dość tanio dostać, ale trochę osłabia mnie myśl,
    że znowu trzeba będzie męczyć się z naciągaczami.
    Jeśli w końcu przekonam się do użycia antymalaryków, to - rzecz jasna - lista
    znacznie się wydłuży. Bardzo chętnie wpadłbym np. do Nikaragui. Mało kto tam
    jeździ, a z opisów i przewodników kraj ten wygląda superinteresująco do podróży
    z dziećmi.
  • mal_art 13.06.07, 18:12
    U nas lista wygląda dość podobnie...
    Z miejsc łatwych i tanich do dostania się : Maroko już było, ale nawet
    moglibyśmy tam wrócić, bo jeszcze zostało nam trochę do zwiedzenia, a do
    naganiaczy można jakoś przywyknąć, zresztą też nie było ich tak strasznie dużo.
    Tunezja chętnie, ale koniecznie z jazdą na pustynię, bo pustynia to pustynia i
    coś naprawdę pięknego. Turcja, wiadomo, Kapadocja itp, chociaż Kurdystan już
    chyba nie niestety. Syria itp też chętnie, chociaż dla dzieci mogłoby być dość
    męcząco. No i Izrael, chociaż tani to raczej nie jest.
    Z Azji: Wietnam południowy + powrót w góry na północy + chętnie Laos albo
    Kambodża, bo jeszcze duuużo nam tam zostało do zobaczenia. A naprawde czujemy
    się tam na tyle bezpiecznie i jest tak pięknie, że jakoś tę profilaktykę
    antymalaryczną łykamy. Birma, na długo i wyczerpująco, żeby zobaczyć wszystkie
    te piękne miejsca, która Ania O. pokazuje na slajdach. Chiny chętnie, chociaż
    nie aż tak, jak Kambodża czy Birma. Indonezja od Jawy do Flores mniej więcej, na
    pewno nie Irian Jaya, chociaż tam pewnie też fajnie wink Filipiny, chociaż mniej
    zabytków, a i plemiona podobno już mało tradycyjne (tylko na pokazach dla
    turystów) Japonia, jeśli nas kiedyś będzie stać (nie ma malarii!!!) Ta Sri
    Lanka, Artur twierdzi, że malaria to tam się raczej nie trafia, ale na pewno
    będę wiedziała, jak spytam eksperta.
    Z kaukaskich klimatów to podobnie Armenia i Gruzja.
    Afrykę centralną pominąłeś, trochę nam się marzy safari niekoniecznie w Kenii,
    tylko to też droga przyjemność. Ale chyba warto (właśnie niedawno wrócili nasi
    przyjaciele z wyprawy z dwoma córeczkami, starsza 7 lat, młodsza 3 w czasie
    wyjazdu)(a właśnie to ojciec tej sympatycznej rodzinki jest naszym ekspertem
    zdrowotnym, byli właśnie w Kenii i na Sri Lance, a wybierają się właśnie do
    Indonezji, oczywiście z dziewczynkami)
    Ameryka - chętnie Meksyk, chętnie Kuba, mimo że reżim, chętnie Wenezuela, bo
    skoro Sylwia z Markiem i dzieciakami byli i wrócili, to my pewnie też. Marzy nam
    się Chile i Boliwia, te płaskowyże, salary... No ale zimno i wysoko, nie wiem,
    jak nasze dzieci dałyby sobie radę na takich wysokościach. No ale byli tam też z
    dzieckiem niejacy Szymańscy, nie znam osobiście, no ale też okazuje się zę się
    da. Ich adres: podroze.szymanskich.net
    Ale zasadniczo tematykę amerykańską mamy rozpoznaną słabo, może dlatego, że
    jeśli tam jechać to jak Pawlikowska z Cejrowskim na jakąś STRRRRRASZNĄ DZICZ i
    do PRAWDZIWYCH Indian wink co oczywiście z dzieciakami niemożliwe, a bez
    znajomości hiszpańskiego i bez jakiego-takiego obycia w miejscowych warunkach
    raczej nierealne.
    Trochę też nas ciągną ale raczej teoretycznie północnoamerykańskie parki
    narodowe i nie tylko, wiadomo, na Młodym zrobił ogromne wrażenie film "Auta" i
    pewnie nie spocznie, póki nie odnajdzie Chłodnicy Górskiej... Tylko odstrasza
    nas drożyzna, no i te wizy!!! Nie wiem, czy z moimi zarobkami by mnie wpuścili,
    nawet jeśli miałabym zaproszenie od miejscowej rodziny.
    W ogóle jeszcze ta lista pewnie jest niekompletna, bo w ogóle ciągnie nas prawie
    wszędzie, a są ludzie, co zabierali ze sobą dzieci na Antarktydę, więc wszędzie
    się da. Ale niekoniecznie przy naszych zasobach finansowych. Może sponsora
    jakiegoś poszukać, czy coś??? No i w przyszłym roku zaczyna nam się obowiązkowa
    jak wiadomo zerówka, trochę już będzie trudniej o wyjazdy w ciągu roku
    szkolnego, nawet jeśli sama zrezygnuję z nauczycielstwa.
    Pozdrawiam i życzę wielu udanych wyjazdów! M
  • mikasara 14.06.07, 13:15
    przepraszam, że się wcinam, ale tak bardzo mi się spodobały wasze wycieczki i
    pomysły. sama bym tak chciała, ale chyba w życiu czegoś podobnego sobie i mojej
    rodzinie nie zorganizuję. lubię sobie poczytać o fajnych miejscach i pomarzyć.
    pozazdrościć takim osobom jak Wy i w końcu kupuję wycieczkę do Tunezji lub
    innego podobnego kraju, gdzie jest więcej turystów niż domowników.kładę się na
    plaży i dalej marzę o ciekawych wycieczkach. do tej pory usprawiedliwiałam się,
    że mam za małe dziecię, aby fajniej podróżować i że ta jedna plaża przy hotelu
    to właśnie dla małej. teraz zniszczyliście moje mętne wytłumaczenie. pozdraiwam
    Was i życzę fajnych wycieczek, może kiedyś dołączę... Katarzyna smile
  • pawel_zet 14.06.07, 13:36
    Dołącz, dołącz. Naprawdę nie ma się czego bać, a jest to bardzo fajne i
    przyjemne. My też musieliśmy się przełamać, może o tyle było nam łatwiej, że
    mieliśmy już za sobą takie doświadczenia jeszcze bez dziecka. Po prostu trzeba o
    tym myśleć jak o samodzielnej wycieczce do Kołobrzegu lub do Pragi. Przecież
    nikt się tego nie boi.
  • mal_art 14.06.07, 18:17
    Nie masz racji Pawle, mnóstwo ludzi boi się wyjazdów do Kołobrzegu!!! Tzn różni
    "przewrażliwieni", którzy uważają jazdę z rocznym dzieckiem nad morze za
    wyzwanie ponad siły. Albo tacy, którzy unikają Kołobrzegów, Ustek i innych Łeb,
    bo wzbudzają one w nich stany lękowe wink
    A ja, no cóż, musiałam b. wcześnie przywyknąć do podróżowania z dzieckiem
    kilkumiesięcznym samochodem i pociągami między Warszawą, gdzie mieszkaliśmy, a
    Wrocławiem, gdzie studiowałam (dziennie!) Jeśli jakieś dziecko wytrzyma tyle
    kilometrów, co mój Piotrek, w PKP, to już żadna Afryka ani Azja mu niestraszna!
    Organizacja wyjazdu z maluchem np. pociągiem pospiesznym na dystansie 300 km czy
    więcej nie różni się już specjalnie od organizacji 2-tygodniowego wyjazdu gdzieś
    w tropiki. Jeśli dasz sobie radę w PKP, to dasz sobie radę wszędzie.
    A nawet w tropikach będzie Ci lepiej, bo: Twoje dziecko wzbudzi tam zrozumiały
    entuzjazm i prawdopodobnie będzie sporo chętnych do pomocy w zajmowaniu się nim;
    samo dziecko będzie bardziej zainteresowane aktualnie zwiedzanym, wiekszym
    kawałkiem świata, a dla rodziców z Polski, zaprawionych w bojach, kolejkach w
    przychodni, wysokich krawężnikach i dziurawych chodnikach, tropiki nie muszą
    stanowić aż tak wielkiego wyzwania... Nie wiem, jak na to zapatrują się rodzice
    "westmeni" czyli z Europy zachodniej, gdzie jest czyściutko w pociągach i na
    ulicach, równe drogi bez dziur i w ogóle pełna cywilizacja. Ale ja nasz kraj
    odbieram jak niezły przedsionek wschodu, na tyle jeszcze mało cywilizowany, że
    takie kraje jak Wietnam czy Maroko mi niestraszne.
    A w ogóle to nie jest duet na dwa głosy, tylko dyskusja otwarta na wszystkich, i
    tych, co z dziećmi "tylko" po Polsce, i tych, co po Europie, my też się w końcu
    możemy paru ciekawych rzeczy dowiedzieć. Nas przecież też wszędzie nie było!
    Aha, a Tunezja i plaża to też fajny sposób spędzania wakacji, sama chętnie się
    piszę. No, plaża może na kilka dni, potem by mi się znudziło (podejrzewam, że
    moim dzieciom niekoniecznie) ale tam naprawdę jest sporo do zobaczenia i chętnie
    się wybiorę!
    Udanych wypraw! M
  • pawel_zet 14.06.07, 19:06
    No tak, są tacy, co dziecko w 30 stopniowym upale owijają w jakieś koce, żeby
    go nie przewiało. Ale to chyba ekstrema? Chociaż może i nie. wink
    My zawsze lubiliśmy Czechy i wyjazdy w czaskie Sudety, więc niedługo trwało,
    gdy po raz pierwszy z małym Andrzejkiem wybraliśmy się w góry. Potem jeszvze
    kilka razy wybraliśmy się do Czech. I w końcu Egipt, ale zorganizowany, bo się
    trochę baliśmy. No i w sumie po tym Egipcie jakoś przestaliśmy się zupełnie
    bać. Bo skoro nawet w takim Egipcie, zacofanym kraju, generalnie jest wszystko,
    co jest potrzebne dla małego dziecka, to tym bardziej będzie to dostępne w
    Chinach - a nawet w Tajlandii.
    A w Tunezji też byliśmy, jeszcze długo przed ślubem. Tylko że wtedy wybraliśmy
    się z biurem podróży, bo do Tunezji tak jest z reguły taniej, a poza tym to
    były dopiero początki naszego wspólnego jeżdżenia. Dzisiaj też pewnie byśmy tak
    zrobili, biorąc pod uwagę, że last minute można znaleźć w cenie nawet poniżej
    1000 złotych. Zostawilibyśmy bagaże w pokoju i ruszylibyśmy na zwiedzanie.
    Tunezja to nie jest duży kraj, ale jest tam trochę fajnych miejsc. Wtedy
    byliśmy początkujący, ale też trochę pozwiedzaliśmy - szliśmy rano na postój
    luaży w Sousse, jechaliśmy w jakieś miejsce, potem w następne i wieczorem
    wracaliśmy do hotelu. I tak mniej więcej co drugi dzień, żeby w miedzyczasie
    poplażować. Był to w sumie dość udany urlop. smile
  • mikasara 16.06.07, 20:50
    tak mnie nakręciliście, że teraz nakręcam mężą. zmieniłam już nasze plany
    wakacyjne z posiadówki w tatralandii i na agroturystyce na rzecz wycieczek po
    okolicach. jak nasze maluchy podrosną to może w przyszłym roku faktycznie
    wyruszymy no podój świata a nie hoteli. pozdrawiam, Katarzyna
  • pawel_zet 16.06.07, 22:34
    Pewnie warto spróbować na początek zobaczyć, jak się aktywnie spędza czas z
    dzieckiem w bliskim świecie, by nabrać odwagi na ten dalszy. W razie czego
    służymy zawsze radą.
  • mal_art 16.06.07, 23:31
    Takie moje rady na pierwsze wyjazdy z dzieckiem na własną rękę:
    w miejsce, które podoba się rodzicom - dla dziecka wszędzie coś się znajdzie,
    ale jeśli w okolicy jest tylko piaskownica i wesołe miasteczko, to prędzej czy
    później rodzicom znudzić się MUSI;
    w miejsce, które rodzicom jest znane albo mogą je sobie wyobrazić czyli np. w
    sąsiednie pasmo gór do tego, które już się schodziło przed urodzeniem dziecka,
    albo powtórka z rozrywki w mijescu które zapamiętaliście szczególnie miło, tak
    żeby było Wam przyjemnie - zdenerwowani, spęci rodzice to 100% gwarancji, że
    dziecku udzieli się nastrój i dopiero zacznie marudzić;
    wyjazdy bliższe warto dopracować sobie póki dziecko jest małe, zaobserwować, co
    mu się nie podoba (np. długotrwałe siedzenie w nosidle czy w foteliku
    samochodowym) i zastanowić się, jak to uprzyjemnić, ograniczyć itp;
    opracować sobie jakąś listę rzeczy do zabrania w teren - taka lista nawet w
    tropikach specjalnie się nie różni! Wszędzie trzeba zabrać krem do opalania, coś
    na komary, podręczną apteczkę itp. A nawet w krajach egzotycznych można kupić
    zarówno kosmetyki, jak i (no, może nie w każdym sklepie) coś, co nadaje się do
    jedzenia dla dziecka (sztuczne mleko, zupki czy kaszki, a w najgorszym razie -
    jajko, biszkopty, banany itp). Naprawdę, Polska jakoś strasznie nie różni się od
    reszty świata!
    Po wyjazdach w Polskę warto poćwiczyć też na wypadach za granicę, np. Czechy,
    Słowacja, czy Litwa, bo blisko, tanio, podobnie do Polski, ale jednak inaczej,
    można zobaczyć wiele ciekawych miejsc nie jadąc specjalnie daleko.
    A egzotyka? Jak już się człowiek wytrzęsie w polskim PKSie czy pociągu, jak już
    skorzysta z musu raz i drugi z dworcowej toalety (jakby do toalety na dworcu we
    Wrocławiu Gł. wszedł jakiś Taj, Wietnamczyk czy Marokańczyk, to by uciekł w
    wrzaskiem, myśląc, co to za dzicz!!!), jak już trochę się uodporni na różne
    drobne krajowe niewygody - to świat gdy się już go zobaczy, wydaje się
    niewiarygodnie łatwy!!! Naprawdę, Polska jest b. trudnym do podróżowania z
    dziećmi krajem, nie ma typowych dla Europy udogodnień typu przewijak dla dziecka
    w toalecie, pokój dla matki z dzieckiem, sala zabaw, nie ma typowego dla Azjatów
    (i innych "rozwijających się") życzliwego podejścia do dzieci i ich rodziców, za
    to rodacy uwielbiają wszystko krytykować i w niczym nie pomagać (generalizuję,
    ale niestety często się z tym spotykam). Naprawdę, w Wietnamie nie miałabym
    problemu z wsiadaniem z dziećmi do zatłoczonego autobusu miejskiego, bo zawsze
    ktoś ustąpiłby mi miejsca. A w Warszawie??? Kto pomoże matce z wózkiem? Rzadkość.
    Tak więc świat trochę dalej może okazać się łatwizną w porównaniu z jeżdżeniem
    po Polsce. Naprawdę. Tylko trzeba się do wyjazdu przygotować, co specjalnie
    trudne nie jest. Czyta się przewodnik po danym kraju, sprawdza ew. zagrożenia
    zdrowotne (przed którymi trzeba się oczywiście zawczasu zabezpieczyć) i ciekawe
    miejsca, które warto odwiedzić i tyle. Jak się zapomni czegoś z bagażu (majtek
    czy skarpetek) to się je kupuje na miejscu, bo wszędzie (no, prawie) ludzie
    noszą majtki i skarpetki. Nie mówiąc już o tym, że my wyprawy do Azji traktujemy
    jak okazję do uzupełnienia braków w szafie i namiętnie kupujemy koszulki itp. Na
    pamiątkę i dlatego, że w Polsce są brzydsze i droższe. I jakoś tak się to
    kręci... Nie ma się czego bać, w końcu dzieci mieszkają na całym świecie!
    Pozdrawiam Malwina
  • mikasara 17.06.07, 20:21
    ok, ok! muszę tylko zastanowić się jak utrudnić sobie życie na wakacjach, bo
    wszędzie jeździmy samochodem, a w dalsze podróże samochód raczej nie będzie
    wchodził w grę. chyba nie zmieści się do samolotu? wink
  • pawel_zet 17.06.07, 23:31
    Nie zmieści się raczej. Można niby wypożyczyć samochód na miejscu, ale nigdy
    nie praktykowałem. Nawet jeśli ruch jest prawostronny, to i tak jego zasady są
    nam przeważnie obce w tych odleglejszych krajach. Ludzie tam jeżdżą czasami
    trochę dziwnie. Tu i ówdzie można jeszcze wynająć auto z szoferem. ale tego też
    nie praktykowałem jeszcze.
    Generalnie my również od pewnego czasu jeździmy głównie samochodem po Polsce i
    okolicach, bo jest to dość wygodny środek transportu, czemu trudno zaprzeczyć.
    Autobusy w naszym kraju to sypiące się jelcze, a PKP tnie połączenia jak
    szalone. Już w tej chwili zostało właściwie niewiele poza głównymi szlakami.
    Nie jeździmy jednak na odległości dłuższe niż takie, które wymagają 3-4 godzin
    jazdy. Po tym czasie Andrzejek zaczyna się okropnie nudzić i strasznie marudzi.
    Jadąc na wyprawę za granicę, bierzemy zazwyczaj dla mnie plecak i torbę do
    ręki, a dla Małgosi - nosidło turystyczne i mały plecaczek. Do małego plecaczka
    pakujemy rzeczy do samolotu - głównie dla Andrzejka - soczki, zupki, pieluszki
    itp., bo nam niewiele w samolocie trzeba. W drodze do samolotu i w drodze z
    lotniska poruszamy się w takiej konfiguracji, że ja robię za osła, tj. niosę
    ten wielki plecak i dużą torbę, a Małgosia ma na plecach nosidło, do którego
    jest wetknięty mały plecak, a Andrzejka prowadzi za rączkę. Czasem, jeśli
    Andrzejek marudzi, bo jest zmęczony lub śpiący, ląduje w nosidle, a Małgosia
    niesie plecaczek w ręce.
    W podobnej konfiguracji poruszamy się w drodze na pociąg/autobus/statek już na
    miejscu. chyba że od hotelu mamy daleko - wtedy bierzemy taksówkę lub inny
    analogiczny pojazd.
    Po zostawieniu rzeczy w hotelu poruszamy się już na miejscu bardziej
    komfortowo. Zazwyczaj ja noszę w nosidle Andrzejka, a Małgosia nosi mały plecak
    wycieczkowy (w którym są rzeczy dla Andrzejka, a dla nas jakaś woda do picia).
    W ten sposób można naprawdę dużo zwiedzić, nie męcząc się specjalnie - i w
    mieście, i w terenie. Odkąd jednak Andrzejek zaczął ważyć więcej niż 10 kg
    muszę przyznać, że na górskich podejściach zaczynam wyraźnie wymiękkać. Dla
    mnie to dość spore obciążenie. Generalnie zatem z nosidłem nie podjąłbym się
    teraz wchodzenia z Międzygórza na Śnieżnik, przynajmniej bez wcześniejszego
    przygotowania kondycyjnego na bardziej płaskich górkach.
    Może na podstawie w/w opisów wymyślisz jakiś sposób na utrudnienie sobie
    życia. smile
  • ninka70 18.06.07, 12:30
    Z ogromnym zainteresoowaniem przeczytalam Twoja relacje z podrozy do Tajlandii,
    jak rowniez pozniejsza wymiane zdan na forum. I hmmm...jesli mozna zadac jedno
    pytanie, czy tak naprawde szczerze i z reka na sercu mozesz powiedziec, ze
    Twoje dziecko mialo z tej podrozy taka sama frajde jak Ty? Czy zwiedzanie w
    ponad trzydziestostopniowym upale bylo dla niego rownie zajmujace jak dla
    Ciebie? A Bangkog? To miasto to kwintesencja smogu, halasu i upalu, meczy
    najwytrwalszych podroznikow, a coz dopiero mowic o takim maluchu. Nie zrozum
    mnie zle, nie jestem zwolenniczka kurortow typu Capri i pieciogwiazdkowych
    hoteli, dwa razy w zyciu bylam na tzw. wczasach, natomiast mam za soba kilka
    podobnych podrozy m.in. tez do Tajlandii i Turcji. Zawsze kupowalam tylko bilet
    lotniczy, a reszta to juz byla improwizacja na miejscu. Ja uwielbiam takie
    wakacje, natomiast odkad w naszej rodzinie pojawil sie mlody czlowiek
    postanowilismy troche zweryfikowac nasze plany wakacyjne. I to nie chodzi o
    organizacje wyjazdu, bo to jest do zrobienia, troche doswiadczenia w tym mamy,
    ale mnie sie po prostu wydaje, ze wakacje nad morzem/na mazurach/w gorach sa
    dla dziecka po prostu wieksza atrakcja niz zwiedzanie zatloczonych miast, ruin
    swiatyni, czy mostu na rzece Kwai w palacym sloncu i przy 40 stopniach upalu.
    Po prostu...wszystko w swoim czasie, na taka wspolna wyprawe przjdzie jeszcze
    czas.
    A Tajlandia faktycznie piekna jest... smile.
  • pawel_zet 18.06.07, 21:57
    Nie mam najmniejszych wątpliwości, że dla mojego dziecka takie podróże są
    bardzo ciekawe. Co prawda, nie może o tym mówić, ale przecież widzę, że tak
    jest, bo gdyby mu się nie podobało, to by narzekał. Tymczasem siedzi mi w
    nosidle na plecach i z zainteresowaniem obserwuje otoczenie. Upał też mu nie
    przeszkadza. Oczywiście, pewnie nie ma takiej frajdy jak ja, bo dla niego
    pewnie istotne jest to, że widzi wiele nowych ciekawych rzeczy, np. błyskającą
    się iglicę, a nie to, że widzi XVII-wieczną stupę buddyjską w stylu birmańskim.
    Tym niemniej jest to dla niego ciekawe, zaręczam Ci. Dzieci lubią odmianę i
    więcej stresu mamy, gdy czasem siedzimy w domu i próbujemy go zabawiać. Bo
    przecież w domu nie jesteśmy w stanie dostarczyć mu takich atrakcji.
    Być może, że podobnie atrakcyjny byłby dla niego wyjazd na Mazury, ale dla mnie
    już nie. Mazury są dla mnie nudne, góry są już ciekawsze, ale raczej do
    wyjazdów na kilka dni czy góra tydzień. I bardzo proszę, nie odczytuj to jako
    krytykę kogokolwiek czy czegokolwiek, a zwłaszcza Mazur, bo pewnie i Mazury
    mają swoje uroki. Po prostu ja tak mam. "Statyczny" wypoczynek to dla mnie
    tortura, a nie żaden wypoczynek.
    Zawsze spędzałem czas bardzo aktywnie. Od końca szkoły podstawowej właściwie
    każdy weekend spędzałem gdzieś poza domem - w górach czy na innej wycieczce.
    Odkąd świat stał się dla nas bardziej dostępny, jeżdżę za granicę, bo mogę to
    robić. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym przestać i nie widzę żadnego powodu, by
    to robić. I ja, i żona bardzo dobrze znosimy 40-stopniowe gorąco i zupełnie nas
    ono nie męczy. Nasze dziecko też siedzi sobie lekko ubrane w nosidle i
    obserwuje z zainteresowaniem świat. W Bangkoku czuliśmy się świetnie i
    zastanawialiśmy się, czemu w tych przewodnikach rozpisują się o smogach i
    korkach ulicznych. Korki większe bywają w Warszawie, zwłaszcza np. dzisiaj, a
    smogu też nie zauważyliśmy specjalnie więcej niż w innych dużych miastach.
    Męczy nas natomiast bardzo zimno. Ostatnia próba spędzenia wakacji (tj.
    dłuższego urlopu) w Polsce zakończyła się porażką - przez cały urlop
    siedzieliśmy w hotelu z Małgosią i oglądaliśmy telewizor, bo lało i było zimno.
    Spędzanie w Polsce urlopu oznacza ryzyko przeziębienia. Dlatego nie spędzamy
    urlopów w Polsce. W Polsce i w ościennych krajach, zwłaszcza w Czechach, które
    uwielbiam, są ładne miejsca, ale raczej na kilkudniowy wypad, a nie na urlop.
    Kilka dni w najgorszym przypadku można jakoś w hotelu wytrzymać, a w
    ostateczności można skrócić pobyt i wracać do domu.
  • mal_art 18.06.07, 22:30
    Jeśli można wtrącę swoje trzy grosze, głównie dlatego, że moje dzieci są już
    dość duże i na tyle komunikatywne, że same wyrażają swoje opinie w sposób werbalny.
    Otóż Piotrek od powrotu z Wietnamu zanudza nas pytaniami kiedy następna wyprawa,
    b. imponuje mu że ma rodziców podróżników i podnosi jego pozycję towarzyską w
    przedszkolu. Nie na zasadzie "jestem od was lepszy" tylko na zasadzie"fajnie ma
    ten Piotrek, bo był w miejscu, gdzie nas nie było".
    Radochę dzieci (te które lubią wyjeżdżać, nie mają choroby lokomocyjnej, dobrze
    adaptują się do ciągłych zmian) mają z każdego wyjazdu, czy do Tajlandii, czy na
    wiejskie podwórze na Podlasie (nasza ostatnia wycieczka - chodziliśmy wieczorami
    na koncerty folkowe w Czeremsze, a dni spędzaliśmy na podwórku, gadając sobie z
    licznymi znajomymi, którzy też się tam zjechali, podczas gdy dzieci w ogóle "nie
    było" bo ponad towarzystwo rodziców przedkładały zabawy ze znajomymi dziećmi).
    Pod warunkiem, że rodzice tej radochy im nie psują np. ciągłym krytykowaniem
    (typu jak ty wyglądasz, bluzeczka brudna i jak to się teraz wypierze),
    zamartwianiem się, że "gdzie indziej jest ładniej a Kowalscy to pojechali na
    Teneryfę", czy ciągłym zdenerwowaniem i lękiem (reisefieber). Natomiast dalekie
    wyjazdy są dla nich kształcące, myslę że jednak w większym stopniu niż krajowe
    (chociaż to zależy, w jakim zakresie chcemy dziecko kształcić - wiadomo, że
    geografii i historii ojczystej nie będziemy uczyć w Tajlandii! Ale o słoniu jak
    najbardziej). No i dają starszym dzieciom atrakcję w postaci obserwacji czegoś,
    czego u nas nie ma - teatru marionetek na wodzie, orangutanów w środowisku
    naturalnym czy pieknie ubranych ludzi z mniejszości narodowych.
    Kończąc - moje dzieciaki uwielbiają oglądać zdjęcia z naszych podróży i same
    zaczynają jeździć palcem po mapie (np. Aga, niespełna 4-letnia, domaga się od
    nas wyjazdu "na wyspy", ma na myśli konkretnie Indonezję, bo spodobały jej się
    fotki pań z plemienia Bataków, no i zdjęcia z plaży z ogromnymi muszlami).
    Takiej gwiazdki w dziczy nie znajdziesz, jak mawia Aleks z "Madagaskaru" - tego
    nad Bałtykiem nie będzie, a poznawanie świata poprzez zwiedzanie np. muzeum
    etnograficznego to nie to samo. (Chociaż sami z dziećmi w muzeach też oczywiście
    bywamy i proszę tego nie odczytywać jako atak na osoby, które chodzą z dziećmi
    do muzeów, bo to b. pożyteczna i kształcąca rozrywka - po prostu co innego
    eksponat w muzeum, a co innego taki sam "eksponat" w warunkach naturalnych).
    Pozdrawiam i życzę udanych wyjazdów, takich, jakie będą dawały radość wszystkim
    członkom Waszych rodzin! M
  • mal_art 18.06.07, 16:21
    Ja też p Polsce poruszam się głównie samochodem, chociaż koleje czy PKSy mają
    swój klimacik, no ale wiadomo, wygoda.
    Ale przed wyjazdem w podróż, gdzie poruszać się będziesz pociągami czy
    autobusami, polecam jakąś (niekoniecznie długą) wycieczkę z plecakiem i
    dzieckiem np. pociągiem podmiejskim. Tak dla sprawdzenia się. I dla odczulenia.
    Naprawdę po wrunkach czystościowych panujących w polskich pociągach i na
    dworcach, nic już nie jest straszne. W każdym razie żadne z miejsc, w których
    sama byłam nie dorówna np. porannemu pociągowi relacji Warszawa
    Wschodnia-Grodzisk Mazowiecki, ja czasem korzystam i naprawdę to doświadczenie
    doskonale przygotowuje do podróży w krajach których największą zaletą nie jest
    czystość.
    A co do wypowiedzi Pawła o wynajmowaniu samochodu - w Tajlandii, Birmie i
    Wietnamie jest to jak najbardziej możliwe, chociaż sama nie praktykowałam. Znam
    natomiast osoby, które b. sobie to rozwiązanie chwalą, jako niespecjalnie
    droższe od przejazdów autobusem/koleją a dużo wygodniejsze, no i w niektóre
    miejsca praktycznie nie dojedzie się inaczej. I tak na pewno jest najszybciej,
    chociaż oczywiście nie ma tego kolorytu lokalnego i znajomości z miejscowymi
    nawiązywanych w autobusach... My sobie zawsze ogromnie chwaliliśmy podróżowanie
    lokalnym transportem, bo zawsze było tam mnóstwo chętnych do zabawiania naszych
    dzieci, rozmowy, poradzenia gdzie najlepiej się zatrzymać itp.
    Przyjemnego utrudniania sobie życia! M
  • ninka70 19.06.07, 10:17
    Drogi Pawle, dzieki za odpowiedz smile.
    Jesli Twoje dziecko faktycznie wyglada na zadowolonego, to pewnie tak jest smile.
    Trafil Ci sie prawdziwy podroznik wink) Ja po prostu wychodze z zalozenia, ze to
    co dobre dla mnie nie musi byc dobre dla mojego dziecka i dlatego nie ciagam go
    na przyklad do kina, klubu, czy na wystawe, chociaz sama lubie sobie pojsc smile.
    Wychodze z zalozenia, a zalozenie to wyciagam na podstawie obserwacji, ze moje
    dziecko do szczescia potrzebuje duzo przestrzeni, zeby sie wybiegac, od czasu
    do czasu jakis plac zabaw, zeby mogl sobie pogrzebac lopatka w piachu, tudziez
    powlazic do roznych domkow , zjezdzalni itp, duzym plusem jest woda do ktorej
    mozna wejsc, rozchlapac i mniej lub bardziej sie pomoczyc. No i nieststy slabo
    znosi upal i noszenie w nosidelku (15 min. to max). No i to jest jeszcze ten
    wiek, kiedy moim zdaniem maluch preferuje pewna stabilizacje. Dlatego w tym
    roku jedziemy nad morze polskie i jak bedzie slaba pogoda, to bedziemy sobie
    robic wycieczki i spacerowac, wdychac jod + jezdzic na rowerze smile.
    P.S. Naprawde nie czuliscie smogu w Bangkoku miescie aniolow ???? Mnie Bangkok
    powalil na ziemie totalnie. A korki faktycznie wczoraj byly, jednak do
    bangkogskich to im jeszcze dalekoooo.
    Droga Malwino, zgadzam sie z Toba w 1500%, ze nic tak nie ksztalci jak podroze,
    bez wzgledu na cel, choc oczywiscie im dalej i bardziej inaczej niz u nas tym
    ksztalca bardziej wink. I dlatego tak jak napisalam wczesniej na wyprawe z naszym
    mlodocianym pojedziemy na pewno, ale najwczesniej za dwa lata, kiedy jego
    percepcja bedzie w stanie przyswoic atrakcje jakie ma swiat do zaoferowania i
    kiedy juz pozna Baltyk, jeziora i lasy Mazurskie i bedzie w stanie zauwazyc jak
    one sie roznia od oceanu indyjskiego np, lub od dzungli.

    Pozdrawiam serdecznie i zycze (Wam i sobie) udanych wypraw.

    Ninka




  • mal_art 19.06.07, 12:45
    Muszę przyznać, że ciekawszym naszym wyjazdem był Wietnam z 4-letnim,
    "kapującym" już Piotrusiem, niż Maroko z półtorarocznym. Po prostu samo dziecko
    dostarczyło nam tylu wrażeń, tylu ciekawych komentarzy do otaczającej nas
    rzeczywistości, zadało tyle fajnych pytań - że wyjazd miał dodatkowy smak. I był
    również dla nas bardziej kształcący.
    Ale musze powiedzieć, że nie zauważyłam, żeby moje dzieci były zwolennikami
    jakiejś stabilizacji. Żeby czuć się bezpiecznie, potrzeują Nas tzn rodziców,
    ulubionej przytulanki i chyba tyle. Ale tu każde dziecko jest różne, nasze przez
    częste wyjazdy musiały od niemowlęctwa przyzwyczaić się do zmian, raz jedna
    babcia, raz druga, raz jeden dom, raz inny... Ot, uroki posiadania najbliższej
    rodziny w dwóch różnych miastach. Tak więc łatwo nam było pozbawiać je domowej
    stabilizacji i ciągnąć na wakacje w świat, bo były do różnych zmian i wyjazdów
    przyzwyczajone.
    A co do wyjazdów w Polskę - naprawdę to jedne z najlepszych i najbardziej
    kształcących podróży, jakie z dzieckiem można odbyć, oczywiście pod warunkiem,
    że się widzi coś poza plażą, deptakiem, Krupówkami itp. Ale o to chyba na tym
    forum nie musimy się martwić... wink
    Pozdrawiam M
  • ninka70 19.06.07, 14:57
    No jasne, ze jadac na wakacje w Polske zakladamy rozne wycieczki i aktywnosci
    wykraczajace poza plaze i deptak wink (zreszta jedziemy do malej miejscowosci i
    tam chyba nie ma nawet deptaku wink))). A spacery plaza, obserwacja ptakow,
    statkow itp tez potrafia byc fascynujace.
    Bardzo podobalo mi sie twoje zdanie na temat podrozy z nieco juz starszym
    dzieckiem, bo ujelas w tym zdaniu dokladnie to, o co mi chodzi. O pewien rodzaj
    interakcji miedzy dzieckiem, a otaczajacym swiatem. Dla mnie wazne jest, zeby
    mlody czlowiek, ze sie tak kolokwialnie wyraze "wyniosl" cos z wyjazdu. Bo
    roczniakowi to chyba jest wszystko jedno, czy jest nad Baltykiem czy nad
    Oceanem Indyjskim, i jedno i drugie to dla niego nowe doswiadczenie. A bedac
    swiadomym czterolatkiem bedzie mial wieksza satysfakcje z wyjazdu. Takie
    dziecko zdaje juz sobie sprawe i z odleglosci i roznic i z egzotyki. No takie
    jest moje zdanie.
    A co do stabilizacji, to pewnie, kazde dziecko inne. I nie chodzi mi o taka
    stabilizacje typu robimy wszystko na gwizdek, wstajemy, spimy, jemy, nie
    ruszamy sie z miejsca zamieszkania przez pierwsze 10 lat itp. bardziej o
    zapewnienie dziecku kilku chwil w ciagu dnia na spokojne pobawienie sie swoimi
    zabawkami. A wiesz skad mi sie to wzielo? My zawsze bardzo duzo czasu
    spedzalismy z mlodym na poza domem. Rano spacer z babcia przynajmniej na 3-4
    godziny (oczywiscie poza mrozna zima), po poludniu z nami tez przynajmniej 2,
    poza tym basen, rower, z koniecznosci zakupy w supermarkecie. I kiedys
    zauwazylam, ze on nie ma czasu pobawic sie w domu swoimi zabaweczkami wink).
    Kiedys jak mial roczek stanowczo odmowil mi spaceru dajac do zrozumienia, ze
    zostaje w domu i chce sie pobawic. I wtedy przyszlo mi do glowy, ze faktycznie
    taki maluch moze miec ochote posiedziec sobie w domku i ze moze za duzo
    atrakcji mu fundujemy smile. Teraz troche bardziej rozsadnie komponujemy czas,
    tzn. jest i dlugi spacer, ale jest tez czas na takie sobie pobyczenie sie w
    domku i popuszczanie sobie samochodzikow po przedpokoju, ulozenie wiezy z
    klockow, poczytanie ksiazeczek itp. Uswiadomilam sobie ze ten czas w domu tez
    jest wazny, ze wplywa na budowanie relacji z dzieckiem (oczywiscie rozsadnie
    wykorzystany i faktycznie poswiecony dziecku). Pawel napisal, ze maja wiekszego
    stresa usilujac zorganizowac czas dziecku w domu, no bo to prawda, jest to
    trudniejsze, co nie znaczy ze gorsze i mniej wartosciowe.
    A co do zmiany miejsca zamieszkania, to u nas bylo podobnie, ze wzgledu na
    slabe warunki mieszkaniowe przez pierwszy rok sporo czasu spedzalismy w domu
    dziadkow, ktorzy mieszkaja pare km od nas, wiec dziecko mialo od urodzenia 2
    domy, potem ok 1,5 roku przezylo (ciezko bylo) przeprowadzke do nowego
    mieszkania. I teraz juz moge powiedziec, ze sie zadmowil na dobre, niechetnie
    wyrusza sie z domu np do babci, ktora nawiasem mowiac uwielbia i z ktora spedza
    duzo czasu... dzieci rozne sa wink)

    Pozdrawiam,
    Ninka

    P.S. Fajna macie stronke
  • mal_art 19.06.07, 16:22
    No to mamy wiele wspólnych myśli. U starszego dziecka świetnie widać, jak ono
    odbiera świat, jak stara się go zrozumieć, jakie jest jeszcze chłonne i
    ciekawe... Tak naprawdę z młodszym jest chyba podobnie, tylko że dziecko, które
    za dobrze jeszcze nie mówi - nie umie tego poznawania świata wyrazić w taki
    sposób żebyśmy to zrozumieli. A dla każdego dziecka egzotyką jest wszystko,
    czego ono nie zna, czyli i tajskie wyspy, i afrykańska sawanna, i Tatry, i
    wiejskie podwórko... I wszystkiego tego - jesli oczywiście może - dobrze, jeśli
    doświadczy, bo to nie tylko da mu wiedzę o słoniu czy buddyzmie, ale też buduje
    jego osobowość.
    U nas stabilizacja była dość dziwna, bo częste wyjazdy na studia na pewno tu
    nieźle namieszały... No ale we Wrocławiu są moi rodzice, rodzeństwo, rodzinka
    dalsza, pradziadkowie, poza tym - były kochane ciocie, czyli moje koleżanki z
    roku, nowi koledzy... Pewnie, że inny dom, inne zabawki, ale też nie tęskniło
    się jakoś strasznie za starymi. W sumie we Wrocku spędzaliśmy tydzień - dwa
    miesięczni, potem do domku w Warszawie, nauka i za miesiąc jazda na następne
    zaliczenie, czyli studia niby dizenne, ale system jakby zaoczny. Radziłam sobie
    z nauką i z dzieckiem nieźle, synek spał to ja do książek, zresztą pewne rzeczy
    (teorie rozwoju dziecka, p. Piageta), same do głowy wchodziły wink No i ponieważ
    nie pracowałam miałam wiele czasu dla dziecka, na zabawy i spacery, na
    pogaduszki z najlepszą moją przyjaciółką a mamą najlepszego przyjaciela na
    świecie mojego synka (poznałyśmy się z wózeczkami w parku i dotąd regularnie
    spotykamy, a chłopaki są ciągle najszczęśliwsi na świecie we własnym
    towarzystwie). Tak więc mały miał taką może nieco inną stabilizację, dość stały
    cykl drzemek, jedzenia stałe zasady itp. No i dużo miłości. A mnie te wszystkie
    niedogodności, przejazdy pociągami, przewijanie na kolanach itp doskonale
    przygotowały do wyjazdów, bo nieco "odwrażliwiły" na kwestie higieny,
    przyzwyczaiły do jeżdżenia i radzenia sobie w różnych sytuacjach. Potem z córką
    też miałam dobrze, tzn dzieciątko zdrowe, spokojne, byłam z nią trzy lata w
    domu, póki nie poszła do przedszkola - i tej stabilizacji było tu już więcej,
    ale "mimo to", albo właśnie dlatego, jest b. ciekawa świata, otwarta, odważna. W
    każdym razie mam poczucie, że domowej rutyny, zwyczajów, bliskości i poczucia
    bezpieczeństwa moje dzieci od małego miały dużo. I to właśnie otwiera je na świat.
    Ze stabilizacją i poczuciem bezpieczeństwa u dzieciaków bywa różnie, bo każde ma
    przecież inny temperament, inne przyzwyczajenia, inaczej jest wychowywane...
    Znam dzieci, które na wyjazdach z rodzicami gdzieś blisko już są chore tzn
    zmiana jest dla nich takim szokiem, że nie mogą sobie z nią poradzić przez kilka
    dni. A są i takie, którym zmiany, wyjazdy, zwiedzanie nie tylko nie
    przeszkadzają, ale i właśnie na wyjazdach bywają najszczęśliwsze, być może taki
    jest właśnie synek Pawła (nie wiem, nie widziałam tego konkretnego
    "egzemplarza"). I trudno mówić dlaczego tak jest, ani winić rodziców jednych i
    drugich, osądzać, że to przez nich, bo czegoś tam dziecku nie dali czy coś
    zaniedbali. Naprawdę, spotykam w pracy dzieciaki z tak różnych rodzin, niektórzy
    rodzice naprawdę biedni, niezaradni życiowo, sami upośledzeni umysłowo - ale
    dzieciaki mają na medal, naprawdę dobrze wychowane. Tzn niekoniecznie
    grzeczniutkie, ale mają serce po właściwej stronie. I jak to wytłumaczyć, że tu
    rodzina patologiczna, a tu takie dziecko?! No ale tu już całkiem schodzę z tematu.
    A egzotyką dla małego dziecka jest wszystko, czego ono nie doświadczyło:
    wiejskie podwórze, las, zamek krzyżacki, tajskie wyspy i afrykańska sawanna. I
    fajnie, jeśli tego wszystkiego doświadczyć może (w miarę możliwości). Wszędzie -
    nawet blisko - można być szczęśliwym i znaleźć coś ciekawego, zwłaszcza jak się
    jest niedużym i ma bujną wyobraźnię. Zresztą Polska jest naprawde świetnym
    krajem do podróży z dzieckiem pod względem zróżnicowania - tylko trzeba pokonać
    rozmaite niedogodności nazwijmy to organizacyjne. I opór otoczenia tzn różnych
    obcych osób, które wiedzą lepiej jak wychowywać dzieci...
    Pozdrawiam i życzę udanych wyjazdów! Malwina
    Aha, wielkie dzięki za miłe słowa o stronce! M
    www.flaczynscy.art.pl (nowy adresik, ale stary nadal aktualny)
  • ninka70 19.06.07, 17:15
    No fakt, mamy bardzo wiele wspolnych mysli smile)

    Napisalas:

    "U starszego dziecka świetnie widać, jak ono
    odbiera świat, jak stara się go zrozumieć, jakie jest jeszcze chłonne i
    ciekawe... Tak naprawdę z młodszym jest chyba podobnie, tylko że dziecko, które
    za dobrze jeszcze nie mówi - nie umie tego poznawania świata wyrazić w taki
    sposób żebyśmy to zrozumieli."

    Mysle, ze jest to bardzo celne spostrzezenie. W sumie nic dodac nic ujac.
    Maluszek, ktory nie umie sie wypowiedziec, a ma szanse ogladac cos
    ciekawego "kumuluje" te informacje/bodzce/odczucia i na pewno w jakis sposob
    wplywa to na jego rozwoj i ksztalltuje osobowosc. Ale tez - nie wiem czy sie ze
    mna zgodzisz - rozwoj dziecka w sferze komunikacji daje rodzicom ogromny
    komfort, rowniez w kontekscie podrozowania. Bo zaczynamy wiedziec na pewno, a
    nie tylko sie domyslac, po pewnych symptomach, czy dziecko jest zadowolone, czy
    mu sie podoba, czy mamy dalej realizowac program wycieczki, czy tez wprowadzic
    pewne modyfikacje.
    No, a ze dzieciaki sa rozne, to tez sie zgadzam, moje jest na przyklad
    nieprzewidywalne. Tzn. zdarza sie, ze jest supergrzeczne i superspokojne i
    wtedy mozna z nim jechac na konec swiata, a zdarza sie, ze wyjazd na dzialke 50
    km od W-wy jest problemem i jedziemy tam kilka godzin bo jest wrzask i nie
    wiadomo o co chodzi. Takze roznie to bywa smile Podobnie jak z adaptacja w obcym
    miejscu, np. w dzien jest OK, dziecko zadowolone, a w nocy spi niespokojnie,
    budzi sie po kilka razy. Wiec tez jakos tam przezywa.

    Pozdrawiam serdecznie smile
    Ninka
  • pawel_zet 19.06.07, 18:56
    Widzę, że ucięłaś sobie dyskusję z Malwiną, która wyłożyła swój punkt widzenia
    dość zbieżny z moim.
    Człowiek jest istotą złożoną i nasze dzieci też są złożone. W pewien sposób
    można je kształtować, ale inne cechy są wrodzone. Prawdę mówiąc, od początku
    staraliśmy się kształtować Andrzejka tak, by lubił podróże i zmiany. Ciągaliśmy
    go ze sobą wszędzie, właściwie codziennie spędzał przynajmniej 15 minut w
    nosidle, zaczęliśmy jeździć na wycieczki za miasto, kiedy tylko można było. Tym
    niemniej pewnie mogłoby się pewnie nie udać, gdyby nie jakieś wrodzone cechy.
    Tak samo udało nam się na przykład skłonić go do czytania książek. Staraliśmy
    się czytać mu, gdy tylko zaczęło miec to sens i teraz jest to jego ulubiona
    rozrywka.
    Korków w Bangkoku nie doświadczyliśmy może dlatego, że nasz hotel był blisko
    obwodnicy, w dzielnicy, gdzie mieszkaliśmy (czyli w okolicach Pałacu
    Królewskiego), też korków specjalnie nie było. Może gdzieś indziej jest
    inaczej. A warszawskie korki zrobiły się ostatnio naprawdę masakrystyczne.
  • mikasara 19.06.07, 18:38
    witam znowu!
    ja chciałam się podpytać jaki kraj jest Waszym zdaniem najlepszy na dobry
    początek. moja stasrsza córka ma 4 latka. latała już samolotem i całkiem dobrze
    to znosiła. uwielbia nowe miejsca. moje maleństwo na razie ma 5 miesięcy, ale w
    przyszłym roku będzie już starsze. myśle, że jak coś zaproponujecie to będę
    miała czas, aby się zastanowić i dużo poczytać. bo na razie to marzy mi się
    Meksyk i Irlandia (myślałam, że zwiedzę te kraje jak dzieci będą duże - a przez
    Was to mi się wszystko przestawia wink jak w przyszłym roku nie pojedziemy, bo na
    przykład stwierdzimy, że Giś jest jeszcze za mały (będzie wtedy jeszcze
    potrzebował wózka) to może już za dwa lata? pozdrawiam, Katarzyna
  • pawel_zet 19.06.07, 19:27
    Ciężko mi się wypowiadać, skoro na razie nie mam szczególnie wielkich
    doświadczeń i nie odwiedziłem z dzieckiem np. 10 krajów, ale uważam, że do
    podróżowania z dziećmi nadają się doskonale Chiny. Chińczycy uwielbiają dzieci
    i są zazwyczaj bardzo pomocni dla ludzi z dziećmi.
    Poza tym to kraj cywilizowany, więc nie ma się stresu, że w razie czego może
    być problem np. z dostępem do lekarza.
    Bilety lotnicze do Chin z Europy można kupić stosunkowo tanio - nam się udało
    za 1800 od osoby mniej więcej.
    Na miejscu można kupić bez problemu podstawowe artykuły dla dziecka - zwłaszcza
    pieluszki. Jest problem z zupkami, dlatego też jeśli dziecko żywi się wyłącznie
    zupkami, to wyjazd do Chin nie jest najlepszym pomysłem.
    Z Chińczykami zazwyczaj nie dogadasz się w żadnym języku (nawet w
    trójgwiazdkowym hotelu), ale to nie jest specjalnie duży problem przy
    założeniu, że masz przewodnik z chińskimi znaczkami. Tam jest w zasadzie
    wszystko, co trzeba.
    Jeśli boisz się bariery językowej, a znasz angielski, pomyśl o Malezji - była
    kolonia brytyjska, więc znajomość angielskiego jest tam bardzo dobra. Jest to
    kraj bardzo cywilizowany i bardzo egzotyczny (tylko 10 stopni geograficznych od
    równika, więc przyroda tam buzuje - jak wiesz, im bliżej równika, tym więcej
    życia). Air Asia zapowiada uruchomienie tanich lotów z Europy (normalny bilet
    kursowy kosztuje teraz przeważnie około 3000 w dwie strony od osoby), może do
    przyszłego roku już zrealizują te plany.
    Do Meksyku się wybieram, ale chcę najpierw podszlifować sobie hiszpański. Co
    prawda, z tego, co słyszałem, jest to jedyny kraj Ameryki Łaciskiej, gdzie
    można względnie dobrze dogadać się po angielsku - ze względu na licznych
    amerykańskich turystów - ale chętnie bym wykorzystał wizytę do poćwiczenia
    języka.
    Irlandia jest dla mnie za droga. sad
  • mal_art 19.06.07, 20:50
    Ja ze swej strony polecam Wietnam, podobnie jak Paweł jest to po prostu
    wypróbowane przez nas miejsce. Nadspodziewanie cywilizowane, pragnę zaznaczyć.
    Też w sumie blisko równika (nie tak jak Malezja, oczywiście, ale dzięki temu
    troszkę chłodniej), przyroda, jesli ktoś chce zwiedzać jest b. ładna, ze trzy
    parki narodowe wpisane na Listę UNESCO, m. in Za toka HaLong, rzeczywiście b.
    piękna.
    Podróżuje się bbbbbbbb. łatwo! Aż za łatwo!!! Wszystko polega tylko na tym, żeby
    dostać się do hotelu w Hanoi (taksówką można też autobusem, ale mimo wszystko
    taxi szybsze i wygodniejsze, chociaż droższe). Potem polecają Ci kolejne hotele,
    pod Twój hotel podjeżdża autobus (różny standard, ale zawsze można pokaprysić
    przy zamawianiu biletów), załadowuje się bagaże i tym samym autobusem dojeżdżasz
    pod hotel, gdzie chcesz się zatrzymać, a o drodze zawsze możesz zmienić zdanie.
    Ale hotele są czyściutkie (czystsze niż takie w Tajlandii, w których się
    zatrzymywaliśmy), często pokoje z łazienką, klima, lodówka, w najdroższym
    miejscu za naprawde b. ładny pokój dla 4 osób z wszystkimi wygodami płaciliśmy
    12 dolarów za dobę (za wszystkich). Ale nocowaliśmy też w takim za pół tej ceny
    i też było wygodnie, tylko nie tak ładnie, bo tam za 12 zielonych codziennie
    mieliśmy nie tylko sprzątanie w pokoju, ale jeszcze świeże kwiatki i
    artystycznie zwijaną moskitierę nad łóżkiem. Dawali ręczniki, zamawiali
    taksówki, organizowali transport, pomagali w zabawianiu dzieci, uszyli mi
    narodowy strój wietnamski w 1 dzień... A wszystko "za jeden uśmiech" tzn dopiero
    żegnając się z nimi daliśmy jakiś napiwek i dodatkowo jeszcze
    najsympatyczniejszej recepcjonistce krem przeciwsłoneczny (one tam mają fioła na
    punkcie jasnej cery!)
    Tak więc luksusy, jak na nasze doświadczenia i w dodatku nikt nie jest nachalny,
    nikt nie nagania, nie próbuje naciągnąć itp. Ale ten raj się pewnie za jakiś
    czas skończy, im więcej turystów, tym bardziej niemiło.
    Aha, druga opcja podróżowania (żeby nie było, żeśmy tacy wygodni wink to pociąg o
    dumnej nazwie Ekspress Zjednoczenia, wykupuje się kuszetkę z miękkimi leżankami
    i jedzie. Można nawet całą, nam wystarczały dwie leżanki, czyli pół przedziału.
    Pociąg jedzie b. wolno, więc nawet niedługi przejazd (typu Hanoi-Hue) zajmuje
    całąś noc, rano wysiada się wyspany i rusza do hotelu (jeśli zarezerwuje się
    wcześniej miejsce, to wyjeżdża po człowieka busik, jeśli nie - taksówka, poza
    Hanoi i może Sajgonem nie jeździ komunikacja miejska).
    A zwiedzania w Wietnamie duuuużo, ceny niskie, pogoda zróżnicowana (Wietnam jest
    b. rozciągnięty, są duże różnice w pogodzie, np. na północy pada, w centrum
    piękna pogoda i ok. 25 stopni, południe gorące). No i ludzie niesamowicie
    przyjaźni, sympatyczni, uwielbiają dzieci, chętni do pomocy... Lubią Polaków, z
    jednej strony z powodu propagandy (podobno uczą się pieśni o bohaterskich
    polskich partyzantach), z drugiej - bo wiedzą, że w Polsce udało nam się dojść
    do demokracji od socjalizmu (choć u nas na pewno nie było aż tak źle, jak u
    nich). Chętnie rozmawiają, ale w pełni szczerzy są dopiero na osobności, gdy są
    pewni, że nikt nie podsłucha. W kazdym razie b. sympatycznie jest i nawet
    panowie w mundurach i z marsem na czole uśmiechają się do dzieciaków i przez
    chwilę wyglądają całkiem miło.
    A wózek czy nosidło to zupełnie nie problem, chodniki w miestach raczej równe no
    nie ma tylko obniżanych krawężników przy przejściach dla pieszych. Można
    pojechać z wózkiem parasolką, albo z nosidełkiem z kółkami (my mamy takie, które
    można rozłożyć i powstaje wózeczek z czterema kółkami, Mothercare, troszkę
    drogie, ale warto było!) i naprawdę nie ma kłopotu z poruszaniem się. Poza tym
    jakichś wielkich odległości nie trzeba pokonywać, taksówki czy inne motoriksze
    są tanie.
    Najtrudniejsze i najdroższe (jak na całym świecie) duże miasta, czyli Hanoi i
    Sajgon (o tym ostatnim tylko słyszałam, bo nie dojechaliśmy ze względu na upały).
    Do Meksyku wybierają się niedługo znajomi, to na pewno będą mieli szczegółowe
    dane. Do Irlandii też bym chciała, ale też dla mnie drogo, no i pogoda b.
    zmienna i deszczowa, slajdy kiepsko wychodzą. Poza tym, wychodzę z założenia, że
    do Europy mogę sobie jeździć jak już będę stara i nie będę miała siły na długie
    wyprawy (pytanie tylko, jaką będę miała emeryturę... Czy nie wyjadę na Białoruś
    i nie założę hodowli kóz, żeby jakoś wyżyć wink
    A w ogóle nie wiem, czy czytałaś książkę "Z dzieckiem po świecie" Małgorzaty
    Szumilas, wyd. Pascal, tam są relacje m. in z Meksyku i Irlandii z dziećmi, oraz
    z innych ciekawych wyjazdów. No i sporo praktycznych porad, jak się do podróży
    przygotować. W kazdym razie polecam.
    Pozdrawiam, udanych wypraw! Malwina
  • ninka70 20.06.07, 09:58
    To naprawde szczesciarze z Was, skoro nie uswiadczyliscie korkow w Bangkoku wink
    Nam mniej wiecej tyle samo zajelo przemieszczenie sie z jednego dworca na drugi
    w B., co dojazd z B. do Ban Phe, ktore jest w drodze na Ko Samet !! Co do
    Warszawy zgadzam sie, odkad zamknieto kawalek Al. Jerozolimskich jezdzi sie
    koszmarnie, ja jednak mimo wszystko wole warszawskie korki, przynajmniej nie ma
    tu tylu motorow i tuk-tukow, ktore smrodza i wywoluja nieziemski halas, no ale
    non gustibus, kazdy woli to co woli.
    Co do ksztaltowania dziecka, zgadzam sie, ze do pewnego stopnia mozna miec
    wplyw na dziecko, ale chyba tylko w ramach indywidualnych cech i preferencji.
    Nam tez sie udalo mlodemu zaszczepic milosc do ksiazek, ale tez nasze dziecko
    okazywalo od poczatku zainteresowanie ksiazeczkami, czasopismami. Moi znajomi,
    mino, ze ludzie wyksztalceni i czytajacy, zadna miara nie sa w stanie przekonac
    synka, do slowa drukowanego.
    Jesli zas chodzi o podroze, to tak jak napisalam u nas bywa roznie, od zachwytu
    do totalnej porazki. A wyjazd z jeczacym dzieckiem to naprawde porazka.

    Takze gratuluje potomka smile, zycze wielu udanych wyjazdow + relacji w necie i
    pozdrawiam,

    Ninka
  • pawel_zet 21.06.07, 19:40
    Dziękuję i mam nadzieję, że Wasze latorośle dadzą Wam pojeździć po świecie, bo
    to - o czym pewnie i tak wiesz - wielka przyjemność.
    Pozdrawiam,
    Paweł Z.
  • kiwi1910 15.11.07, 10:16
    przede wszystkim gratulacje z okazji fantastycznych wypraw i odwagi.
    My narzaie wybieramy zorganizowane wycieczki - własnie wybieramy
    sie z naszą 14 miesięczną córka do Tajlandii. jako 4 miesięczniak
    była w Egipcie a ząbkujący siedmiomiesięczniak w Grecji. teraz czas
    na powazniejsze podróże a moje pytanie jest dośc prozaiczne... co z
    pieluchami?? Brać czy nie brać? kupię bez problemu? jedziemy w
    typowo turystyczne miejsca do Pattaya.

    --
    UWAGA! używam słowa: dupa
  • pawel_zet 15.11.07, 12:26
    Nie bierz (z wyjątkiem - rzecz jasna - kilku na drogę wink ).
    Pieluchy kupisz bez problemu na miejscu.
    PS. Po Tajlandii byliśmy jeszcze w Gruzji, ale relację dopiero piszę.
  • kiwi1910 15.11.07, 18:37
    smaruj a żywo! bo ciekawa jestem okrutnie!!! pozdrawiam rodzinkę!
    --
    UWAGA! używam słowa: dupa
  • kiwi1910 15.11.07, 18:38
    no i dzieki za info o pieluchach oczywiscie.
    --
    UWAGA! używam słowa: dupa
  • ewkka72 13.12.07, 23:46
    oh la la...
    dlaczego jedziecie akurat do pattaya?
    byc w tajlandii i osiasc w takim miejscu! i to jeszcze z dzieckiem!

    przepraszam, to na prawde nie zlosliwe komentarze... my z dzieckiem zwiedzilismy
    krabi, koh samui, a teraz jedziemy do koh chang, na phuket (krotko) i rejon
    phang nga (na dluzej)

    taki tlok i wielkomiejskosc jak w pattaya to mozna przeciez przezyc znacznie
    blizej polski, albo i w samej polsce...
  • aniao3 19.12.07, 00:04
    Witajcie!
    ja bardzo lubie pytania pt "ale po co podrozowac z dzieckiem, co ono z tego
    bedzie mialo"
    smile
    wtedy zawsze mowie ze rodzicow, ktorzy wreszcie maja dla niego czas+ caly swiat
    na dokladke
    a
    --
    www.malypodroznik.pl/
    serwis dla rodziców wyjezdzajacych z dziecmi

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.