Dodaj do ulubionych

Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Luksoru

28.08.10, 18:57
START
Jedziemy na "Airoprt Łódź". Lotnisko, że tak powiem nędzne ale chociaż blisko
położone. Na miejscu ścisk, odprawiane są 2 grupy turystów do Hurghady. Jedna
leci samolotem z Krakowa, z międzylądowaniem w Łodzi. Obie grupy lecą
samolotem egipskich linii AMC Airlines. Samoloty Boeing 737-800 w bardzo
dobrym stanie wyposażone są w monitorki, na których możemy przez cały czas
lotu obserwować na mapie komputerową symulację trasy lotu.
Odlot opóźnił się zaledwie o 15-20 minut ale w warunkach łódzkiego lotniska to
naprawdę niewiele. Pozostali pasażerowie standard; sporo osób z dziećmi, kilka
osób zdrowo popijających procenty. Szczególnie dwie siostry blondyny nie
żałowały sobie wszelakiego dobra nabytego na bezcłówce. Po kilku godzinach
lotu tak się już nabzdryngoliły, że zdrowo pokłóciły się ze sobą. Na szczęście
nie leciały do tego samego hotelu co my.
Rodacy oczywiście nie mogli sobie odmówić zrobienia obciachu na pokładzie, bo
pomimo kilku komunikatów i osobistych próśb personelu pokładowego nie
omieszkali wykorzystywać toalety również do popalania sobie papierosów, co
skończyło się zabraniem im przez stewardów paszportów. Faktem jest, że od tego
momentu poza kłócącymi się pijanymi siostrzyczkami żadnych innych zdarzeń na
pokładzie nie odnotowano.

5 letnia córka część podróży przesiedziała przed bajką z laptopa, część
przespała, resztę zaś czasu poświęciła na podziwianie widoków
rozpościerających się pod samolotem.

Piloci egipscy posadzili samolot przy pierwszym podejściu i powiem, że z
wprawą przebijającą naszych pilotów z byłych linii Air Polonia cze
Centralwings. Ale nic dziwnego, to przecież egipskie lotnisko.
Nieco zdziwiło mnie jedynie bicie braw przez naszych turystów po starcie. Mogę
jeszcze zrozumieć, że niektóre osoby biją brawo po wylądowaniu, ale po
starcie? Ale niech im będzie, jeśli to miało im poprawić humor.

Na pokładzie, w połowie lotu catering pokładowy. Wędlinka jak na egipskie
jedzenie wprost wyśmienita. Egipskie ciacho - jak zwykle ulepek. Za to kawa
całkiem całkiem (w Egipcie nigdy nie trafiłem na porządną kawę - albo lura,
albo doprawiana kardamonem).

Po wylądowaniu pierwsze zaskoczenie - wysiadamy na płytę lotniska,
przesiadając się do lotniskowego autobusu, licząc, że jak zwykle w lecie
wionie na nas upalne afrykańskie powietrze, a tu zaledwie ciepło. Ale może i
lepiej, będziemy mieli czas na aklimatyzację po zaledwie ciepłej Polsce.

Odprawa bardzo szybka, czyli zakup znaczków wizowych w okienkach bankowych. Tu
"nowość" - panowie w okienkach postanowili wprowadzić do tego procederu nieco
własnej inwencji i już nie dają znaczków do ręki, lecz sami wlepiają je do
paszportów. A niech im tam...
Pierwsza wymiana $ na LE, wypełnienie wniosku wizowego i do odprawy. Po
drugiej stronie okienka znajdujemy przedstawiciela naszego BP (Bee Free),
który informuje nas gdzie znajduje się busik, który zawiezie nas do hotelu.
Na zewnątrz nareszcie okazja do pierwszego dymka papierosowego. Sporo turystów
kręci się przed lotniskiem, a bagażowych jak na lekarstwo, więc sami ładujemy
na wózek swoje manele i zawozimy je do busika.
Busik klimatyzowany, w środku egipski rezydent całkiem nieźle posługujący się
naszą mową.
Zaledwie niecałe 10 minut jazdy i zostajemy dowiezieni do recepcji hotelu
Magawish Swiss Inn.
Obserwuj wątek
    • pc_maniac Nieco o hotelu 28.08.10, 19:00
      OPIS HOTELU
      (tę część mogą sobie darować forumowicze, których Magawish Swiss Inn nie interesuje)

      Sam kompleks hotelowy jest jednym ze starszych obiektów w Hurghadzie, ale
      niedawno zmienił właściciela z egipskiego na właśnie sieć Swiss Inn i widać, że
      ta zmiana wyszła mu na dobre.
      Oczywiście zwyczajem Egipskim zaproponowano nam "na pierwszy ogień" badziewny
      bungalow oddalony bardzo od plaży i ogólnie kiepski, ale "przemówienie do ręki"
      czyni cuda i za 10$ zaraz zmieniono nam domek na że tak powiem "położony
      strategicznie" i dużo ładniejszy. Tych, których na 100% należy się wystrzegać to
      numery 1-15, oraz tych wybudowanych w skrajnej lewej stronie kompleksu (patrząc
      w kierunku morza). W obecnej chwili w ich pobliżu dopiero planowany jest jakiś
      basen (choć na mapach hotelu już istnieje, to w rzeczywistości go nie ma). Po
      pobieżnym rozpakowaniu maneli (raczej ułożeniu ich gdzie popadnie) ruszamy
      "przywitać się z morzem",
      które nota bene widoczne mamy z okna.
      Woda w morzu ciepła... i słona (jak to w morzu). Plaża dokładnie jak w opisach
      turystów, bardzo długa, piaszczysta, bardzo dużo "parasoli", pod którymi kryją
      się przed słońcem turyści. A raczej kryją swoje rzeczy, bo większość korzysta z
      ostatnich w tym dniu promieni słonecznych. Podobno jest to w Hurghadzie kompleks
      z jedną z najdłuższych plaż.

      Po wykąpaniu się w morzu, powrót do domku, przebranie się i króciutki spacerek
      do głównej restauracji (o nazwie Manta). Mamy do niej nie więcej niż 100m, więc
      bardzo blisko.
      Sala bardzo duża o podstawie koła. W centrum znajdują się ustawione brytfanny z
      różnymi daniami. Każdy znajdzie coś dla siebie. Z boku sali znajduje się barek z
      napojami gazowanymi i alkoholami, gdzie barman zaserwuje to co sobie zamówimy.
      Niestety nie wszyscy turyści potrafią mu przekazać co konkretnie sobie życzą.
      Cóż, było się uczyć języków... Czasami śmiesznie to wygląda gdy rodak baaardzo
      powoli próbuje PO POLSKU wyjaśniać o co mu chodzi, licząc, że jak będzie
      sylabizował swoje zamówienie to Egipcjanin go zrozumie :D

      W bocznej nawie olbrzymiej sali znajduje się kącik konsumpcyjny dla dzieci.
      Posiłki tam rozstawione są te same (z przewagą ciast) lecz obok stoją stoły i
      krzesełka dostosowane wysokością do dzieci w wieku przedszkolnym.

      Należy dodać, że właściciele kompleksu postarali się również dostosować obiekt
      do osób niepełnosprawnych, których kilkoro w drugiej połowie naszego pobytu
      zawitało do Magawish. Prawie wszędzie są podjazdy dla wózków inwalidzkich.
      Niestety "prawie", bo jednak nie znalazłem takowych zjazdów na plażę, ale może
      ich nie zauważyłem, więc jeśli się mylę, to mnie poprawcie.
      Stołówka c.d.
      Na sali znajdują się również 2 dystrybutory niegazowanych napojów chłodzących. Z
      tym, że każdy z nich ma 3 dozowniki, z którego środkowy przeznaczony jest dla
      „wody pitnej”, którą turyści mogą nalewać również do butelek.
      Wszystkie pozostałe napoje na terenie kompleksu mamy prawo nalewać do literatek
      lub kubków plastikowych, o czym informują tabliczki.
      W głównej restauracji obowiązuje zakaz przebywania w stroju kąpielowym ale
      wystarczy, że kobieta narzuci na siebie chustę czy jakieś lekkie wdzianko i nikt
      do niej pretensji mieć nie będzie.
      Resort posiada również własny kanał w TV kablowej, informujący o innych
      obiektach Swiss Inn w Egipcie, jak również informujący o rozlokowaniu "atrakcji"
      i obiektów w samym Magawish. Tutaj również dowiemy się, że na terenie kompleksu
      panuje całkowity zakaz opalania się i poruszania topless, czego oczywiście
      niektóre panie nie przestrzegają ale obsługa jakoś przymyka na to oko.

      Teraz nieco szczegółów lokalizacyjnych.
      Prawie na przeciw głównej restauracji Manta (którą już opisałem) rozpościera
      się budynek Panorama Bar, gdzie organizowane są dyskoteki. Położona jest dość
      malowniczo, na kamiennym "grzebieniu" rozpościerając się nad plażą. Z lewej
      strony od restauracji Manta znajdują się 2 obok siebie położone baseny (jeden
      płyciutki dla dzieci – ok. 45 cm głębokości, drugi od 90cm
      do ok. 200cm), wokół leżaki i parasole.. Za basenami "wodopój" czyli barek z
      alkoholami i napojami gazowanymi.
      Patrząc zaś z basenów w kierunku morza mamy zejście, obok, którego wybudowano
      Cave Bar, Niestety jakoś nie trafiłem by był otwarty, ale może to tylko mój pech :D

      Przed nim rozpościera się piaskowa plaża, gdzie w dzień animatorzy prowadzą
      swoją standardową pracę zabawiania gości, w postaci nauki tańca brzucha, gry w
      siatkówkę plażową, czy aqua aerobic. Co do animatorów, to mamy 2 Rosjanki,
      Niemkę, Polkę, 2 Włochów i 1 Włoszkę mówiącą biegle również po francusku.
      Czasami ekipę animatorów wspomaga dwóch egipskich managerów. Ekipa ta naprawdę
      jest OK a szczególnie ich wieczorne występy; widać masę czasu włożonego w
      przygotowanie programów rozrywkowych dla gości.
      Programy rozrywkowe serwuje nie tylko grupa animatorów, ale także zespoły spoza
      resortu. Mamy Egipski taniec brzucha (oczywiście w wykonaniu artystek z Rosji
      :P), jak również taniec Derwiszów, czy inne egipskie ludowe "bajery". Od czasu
      do czasu na sali w czasie obiadów może dotrzeć do naszych uszu łomot Nubijskiej
      muzyki wydobywający się z piszczałek, tamtamów i ichniejszej odmiany skrzypiec,
      okraszonych arabskimi śpiewami. Cóż w góralskich i Nubijskich rytmach jakoś nie
      gustuję, ale co kraj to obyczaj. Zapewne Egipcjanin w Polsce tak samo by się
      czuł gdyby podczas posiłku wpadła na salę góralska kapela.

      Na terenie kompleksu (po prawej stronie od recepcji patrząc w stronę morza)
      znajduje się jeszcze 1 basen ładnie zaprojektowany z wysepką pośrodku, połączoną
      z brzegiem 2 mostkami. Wokół niego wybudowany jest budynek (Lotus) z pokojami
      hotelowymi. Jakie są tam pokoje nie wiem - nie byłem w nich.

      Wróćmy na plażę.
      Mamy tu do wyboru windsurfing, kitesurfing, przejażdżkę na wielbłądzie, jak
      również jazdę konną na naprawdę dobrze utrzymanych koniach pod wierzch. Dalej w
      prawo znajduje się centrum nurkowe, zaś po lewej przystań jachtowa, z której
      możemy wybrać się na snoorkowanie lub nury z butlą. Na przeciw wynurza się z
      zatoki małą piaszczysta wysepka, do której mogą dopłynąć nawet mało wytrawni
      pływacy. Same zaś zejście do wody jest bardzo delikatne i nawet dzieci mogą
      wejść do wody 20-50m i czuć pod stopami dno.
      Idąc w prawo plażą trafiamy na kolejny "wodopój", gdzie skorzystać możemy z
      drinków, napojów gazowanych a od 13tej otrzymać lody. Od południa do 17
      serwowana jest tam także nie najgorsza pizza (wszystko free dla all incl.).
      Za wodopojem mieści się knajpka serwująca potrawy z ryb (już nie dla all incl.),
      zaś obok Diving Center i Kite Center.
      Polecam przejść się jeszcze nieco dalej, choć właśnie za diving center kończą
      się leżaki i parasole, i zobaczymy strzelnicę. Obok niej budka strażnicza. Tutaj
      właśnie wchodząc do wody trafimy na jeszcze nie całkiem obumarłą rafę koralową.
      I co najważniejsze dla osób z dziećmi - znajduje się ona na głębokości od 50-100
      cm., więc dziecko wystarczy, że stanie na piaszczystym dnie wokół rafy i schyli
      się w masce, by mogło obserwować rafę oraz masę kolorowych ryb. Są tam nadymki,
      napoleony, papuzioryby, nemo i masa innych, których nazw nie znam. Są tam
      niestety również jeżowce wśród rafy, ale wystarczy nie dać się falom zepchnąć na
      rafę i stać na piaszczystym dnie wokół, by naszym nogom nie zagroziły kolce.

      --
      Moje fotoalbumy z Egiptu:
      Egipt na własną rękę cz.1
      Egipt na własną rękęcz.2
      • pc_maniac Pierwsza wyprawa do Sakkali 07.09.10, 09:47
        PIERWSZA WYPRAWA DO SAKKALI

        Wieczorem po przylocie oczywiście pierwsze kroki po rozpakowaniu skierowaliśmy nad morze. Mamy go jakieś 100m od domku. Ponieważ było już ciemno, więc na dziecku wielkiego wrażenia nie zrobiło.
        Po kąpieli przebranie się w domku i kolacja. W restauracji turystów było już nie za wiele, ponieważ przyszliśmy dość późno. Ale jedzenia w bród. No i oczywiście "to co tygrysy lubią najbardziej", czyli ciacha. Choć dla tych co wybierają się pierwszy raz do Egiptu drobna informacja - zobaczycie kilkadziesiąt rodzajów słodkości, ale prawie wszystkie mają jeden smak - cukru :D
        Egipcjanie chyba mają jakąś obsesję na punkcie cukru, bo tak naprawdę to nasze wyroby cukiernicze biję ichniejsze na głowę. Ale nie co dzień mamy do kolacji 20 rodzajów ciastek do wyboru, więc marudzić nie będę.
        W czasie posiłku kilkakrotnie gaśnie światło i zapalają się na stołówce blado-niebieskie światła awaryjne. To niestety notoryczne problemy Egiptu z energią elektryczną. Poniektórzy turyści sądząc, że to może jakaś iluminacja przed pokazami, zaczynają bić brawo. Na szczęście choć te wyłączenia prądu zdarzają się podczas kolacji kilka razy, nigdy nie trwają więcej niż pół minuty.

        Po kolacji wyprawa do Sakkali (handlowo-rozrywkowa dzielnica Hurghady). Idziemy do głównej arterii komunikacyjnej miasta. Oczywiście panowie przy bramie hotelowej proponują nam, że zamówią taksówkę. Grzecznie odmawiamy i udajemy się pieszo w stronę Sakkali. Już po kilku sekundach kolejne przejeżdżające pojazdy trąbią na nas i na migi pokazują, że nas podwiozą. Chcemy dziecku pokazać nieco inną stronę Egiptu, więc po upatrzeniu sobie busika decydujemy się nim pojechać. Chwila targowania się i za 5 LE za naszą trójkę wsiadamy i jedziemy.

        Tu ważna porada dla tych co pierwszy raz - nie wsiadaj w Egipcie do pojazdu gdy jeszcze nie ustaliłeś z kierowcą lub jego pomocnikiem ("konduktorem" :D) dokąd i za ile chcesz jechać.
        Busik pełen Egipcjan, my siadamy na samym końcu. Córka oczywiście swoim zwyczajem próbuje zawierać znajomości. Niestety szybko zauważa, że jej adwersarze nie rozumieją polskiego, więc zajmuje rozmową mamę.
        Hurghada jak zwykle, ciągle się rozbudowuje. Po drodze widzimy masę nowych obiektów lub choćby szkieletów dopiero co wznoszonych budynków. W lecie nigdy nie zauważyłem by trwały prace budowlane. Ale nie ma się co dziwić - przy takich upałach gdyby próbowali przygotować zaprawę, to zapewne zanim by ją dowieźli do miejsca docelowego, już by stężała w taczce, a może nawet podczas mieszania.

        Od ostatniego naszego pobytu w Hurghadzie nieco zmieniła się również organizacja ruchu. Busiki już nie jadą ulicą przy której stoi Alladin czy Grand Ressort, lecz tną główną arterią.
        W krajobrazie pojawiły się również taksówki "orange cab", których wcześniej jakoś nie pamiętam. Posiadają one nawet TAKSOMETR!. Oczywiście przez większość kierowców skrzętnie skrywany pod makatkami czy innymi ozdobami (ale nie przez wszystkich).
        Pomimo pojawienia się taksówek nadal jednak obowiązuje żelazna zasada ustalania ceny za przejazd. Ale o taksówkach później.

        Dojeżdżamy do Sakkali.
        Uff, teraz dopiero widać jak cholenie daleko jest położony ten Magawish. "kasjer" próbował prosić mnie o zapłatę jeszcze w czasie jazdy. Ja swoim zwyczajem odpowiedziałem, że na koniec. Busik zatrzymuje się gdzieś mniej więcej na wysokości MacDonalda. Wysiadamy, a po wyjściu odliczoną kwotę 5LE daję "kasjerowi" przez okienko busika.

        I tutaj małe wtrącenie.
        Przy poprzednich naszych wizytach w Egipcie tubylcy mieli niepohamowaną odrazę do egipskiego bilonu. Z resztą, te 4-9 lat temu przy naszych poprzednich pobytach, 50 Piastrów czy 1 LE były banknotami, najczęściej bardziej przypominającymi brudną wymiętoszoną ścierę, niż pieniądz. Teraz zostały one skutecznie zastąpione bilonem. Do tego tak różniącym się od siebie, że o pomyłce nie może być mowy. I bardzo dobrze, bo wiele się kiedyś słyszało o próbach nacinania turystów przy wydawaniu reszty, gdy osoba zamiast 50 LE miała po cichu podmieniany banknot na 50 Piastrów.
        Z resztą i Egipcjanie sami przekonali się, że bilon "nie gryzie", a nawet jest bardzo wygodny w przechowywaniu.

        Po wyjściu z busika fundujemy córce pierwszą małą atrakcję Egiptu - czyli przejście przez jezdnię :D
        Dla niewprawionych (a do takich niestety zalicza się moja żona) jest to nader frustrujące przeżycie. Czemu? Ponieważ po pierwsze w Egipcie za bardzo nie obowiązują przepisy ruchu drogowego. Po drugie zaś, będąc turystą ta czynność jest niestety jeszcze bardziej skomplikowana, ponieważ gdy już upatrzycie sobie lukę i za ostatnim pojazdem chcecie wkroczyć na jezdnię, jak na złość ten "ostatni" pojazd zatrzymuje się przy Was skutecznie tarasując drogę i z uśmiechem proponuje Wam, że Was podwiezie.
        Czasami wtedy miałem ochotę jak w kabarecie Zenona Laskowika (TEY) powiedzieć "na drugą stronę ulicy proszę" :D

        Dobra, nie będę przynudzał opowieściami o pokonywaniu ulicy :-)
        Po drugiej stronie udajemy się do Marketu Cleopatra sieci "Abu Ashara", gdzie robimy niezbędne zakupy napojów. Ceny baaardzo przyzwoite. Do tego stopnia, że dziwię się pozostałym straganiarzom, którzy mają przecież swoje stoiska zaledwie "rzut beretem" od tego marketu, że próbują np. papierosy czy napoje sprzedawać 50-70% drożej niż w tym domu handlowym.
        Ale cóż, może liczą na niezorientowanych?!
        Istotną różnica są również wszędzie przyklejone na towarach ceny w europejskich cyfrach. Sklep przyjmuje LE/$/Euro (zapewne Funty Brytyjskie również, ale pewności nie mam).
        Przy kasie dostajemy rachunek oraz resztę bez zbędnego targowania się. Z resztą targować się nie można, gdyż to szef sklepu ustala ceny.
        I tu kolejna dygresja. Choć Cleopatra jest sklepem sieci "Abu Ashara", to nie liczcie, że w innych przybytkach tej sieci zastaniecie te same ceny. Na terenie Magawish Swiss Inn. również znajduje się sklep tej sieci, ale ceny ma paskarskie. Może spowodowane jest to ceną za podnajem lokalu na terenie resortu?

        Dla tych co będą już wylatywać z Egiptu mała przestroga:
        Nie liczcie, że na egipskiej bezcłówce kupicie coś po atrakcyjnych cenach. W Cleopatrze ceny są o niebo niższe niż w sklepach bezcłowych na lotnisku.
        Po zaopatrzeniu się w picie i papierosy zaczynamy "zwiedzać" resztę Marketu. Szczerze mówiąc to byliśmy w nim podczas naszej obecnej wycieczki co najmniej 3 razy, ale gdyby ktoś zadał mi pytanie ile pięter zajmuje Cleopatra, to bym nie był w stanie mu odpowiedzieć. Cztery co najmniej. I tak włażąc z pełnym plecakiem napojów na kolejne piętra (zapomnijcie o ruchomych schodach) robimy sobie kolejne zakupy. A to zabawki do piasku dla córki, butki na rafy (tej samej firmy jak te, które kupiliśmy w Polsce córce tutaj dla dorosłej osoby są o 50% taniej.
        Po zaopatrzeniu się w różne bardziej lub mniej przydatne drobiazgi, już z najwyższego pietra dziewczyny wracają schodami na dół. Ja zaś postanawiam zjechać sobie windą.
        Hm, latania samolotem nigdy się nie bałem, karuzele i kolejki górskie w wesołym miasteczku również nie są mi straszne. Więc naprawdę nie mam pojęcia czemu jazda tą przeszkloną z zewnątrz windą zrobiła na mnie tak negatywne wrażenie, że postanowiłem już nigdy do niej nie wsiąść?! Może to jakieś wewnętrzne przeświadczenie, że to jednak egipska winda i przez egipskich konserwatorów konserwowana, a pomimo, że jest to bardzo ciekawy kraj, to ich podejście do życia "insz Allah" (jak Allach pozwoli) jest nazbyt odmienne od mojego :P
        Faktem jest, że po wyjściu z windy miałem jeszcze dziwne mrowienie.

        --
        Moje fotoalbumy z Egiptu:
        Egipt na własną rękę cz.1
        <a href="http://community.webshots.com/user/pc_maniac100">Egipt na własną rękę cz.2</m
        • pc_maniac c.d Pierwsza wyprawa do Sakkali 07.09.10, 10:16
          Drogę powrotną postanawiamy spędzić w nieco bardziej "luksusowych" warunkach, więc "łapiemy taksówkę (choć trudno stwierdzić kto kogo "złapał", taksiarz nas czy my jego).
          Po wytargowaniu ceny "fifteen LE", ruszamy do hotelu. "Klimatyzacja" w postaci na oścież otwartych okien owiewa nam twarze, a my chłoniemy widoki nocnej Hurghady.
          Taksówka podwozi mas pod recepcję i tu jak zwykle kierowca udaje głupiego, twierdząc, że umówiliśmy się na "fifty LE". Nie ma zmiłuj się, po wyjściu z taksówki dostaje odliczone wcześniej 15 funtów, a my udajemy się z zakupami do naszego domku.
          Zabieramy sprzęt foto i hajda na wieczorne animacje hotelowe.

          Córka w siódmym niebie. Masa dzieciaków tańczących pod okiem animatorki na scenie. Od czasu do czasu rodzice również wciągani sa do tej zabawy. Potem następuje 45 minutowa przerwa. Więc udajemy się do "oazy" czyli barku z zimnymi napojami (są ich 4-5 rozstawionych w różnych punktach resortu).
          Po powrocie do "amfiteatru" (bo nie wiem jak inaczej to miejsce nazwać), rozpoczyna się pokaz dla turystów. Standardowo taniec brzucha w wykonaniu "rodowitej artystki" z Rosji, następnie taniec Derwiszów. Ten drugi jak się okazało nieco obciachowy, gdyż w połowie występu przygasa światło, a artysta włącza na swoim stroju żaróweczki, więc wygląda jak Bożonarodzeniowa choinka". Ale córce się podoba. My również jesteśmy jak zwykle pod wrażeniem, że można bez ustanku przez pół godziny kręcić się jak bąk i nie przewrócić.

          Przed północą udajemy się na nasz pierwszy w tym roku spoczynek na ziemi Faraonów.

          c.d. wkrótce
          --
          Moje fotoalbumy z Egiptu:
          Egipt na własną rękę cz.1
          Egipt na własną rękę cz.2
          • pc_maniac Morze jest tu naprawdę słone! 07.09.10, 10:43
            MORZE JEST TU NAPRAWDĘ SŁONE!

            Rano na śniadanko. W trakcie posiłku jakaś lokalna "kapela" (zapewne złożona z pracowników hotelu) okrasza nam posiłek na stołówce Nubijska muzyką. Szczerze mówiąc nie gustuję w takich rytmach, ale córka oczarowana. NA szczęście utwór na piszczałce, tamburynie i kongo szybko się kończy i możemy skończyć posiłek w ciszy.

            Wracamy do domku po sprzęt do snookeringu, dzień wcześniej nabyte zabawki do pisaku dla córki, oraz jeszcze w Polsce zakupiony kapok dla małej. Z "towel cards" po ręczniki plażowe i szukamy miejsca na plaży. Smarowanie kremami ochronnymi córy, kapok na plecy, butki na rafy na nogi i biegiem do morza.
            Mała nieco się zdziwiła, że morze jest takie słone. Chyba nie zwróciła na to wczoraj uwagi, gdy poszliśmy pierwszy raz zakosztować kąpieli. Ale jakoś nieodparta chęć baraszkowania w wodzie nie zniechęciła jej do wody. Nareszcie dowiedziała się po jakiego diabła targaliśmy aż z Polski ten kapok. Z resztą bardzo jej się to podobało, że bez bezpośredniego nadzoru (trzymania za rękę) może sobie do woli używać w wodzie. No i pływanie maską i rurką również jej przypadły do gustu, choć to już miała "przetrenowane" w basenie w ogródku.
            Po kilku godzinach czas na "oazę". Czyli wybieram się z małą po chłodną colę do hotelowego "wodopoju". W drodze powrotnej małej coś "odbiło?! W pewnym momencie skręciła w bok, a ja zostałem z zimnymi napojami w ręku. Postanowiłem szybko zanieść je do żony i wrócić po córę. Niestety zanim wróciłem usłyszałem komunikat z głośników, że Asia w punkcie animacyjnym czeka na swoich rodziców. No fajnie, ale w którym punkcie animacyjnym? Mamy ich tu co najmniej 4. Zaczynam szukać o który z nich chodzi, lecz w pewnym momencie widzę małą wraz z animatorką jak zmierza w stronę naszego domku. Niestety zanim je dogoniłem, przeszły obok domku i zaczęły iść dalej. Resort jest tak duży, że dziecko może mieć poważne problemy z lokalizacją terenu. Gdy już je dogoniłem postanowiłem, że nauczę córę numeru domku na pamięć, tak na wszelki wypadek. Szczególnie bardzo jej się spodobała nauka numeru po arabsku (po angielsku też się nauczyła, ale było to tak atrakcyjne jak arabski) i nawet gdy już wróciliśmy do Polski, zapytana przez ciocię gdzie mieszkała, bez zająknięcia recytowała po arabsku "łached, talata, łached" co oczywiście wzbudzało salwy śmiechu.

            Po obiedzie znów nad morze, ale tym razem w inne miejsce, o którym wspominał nasz znajomy, który był już w tym hotelu. Otóż na wysokości centrum Kite-Divingu znajduje się obumarła rafa, na której można zobaczyć gdzie nie gdzie kolorowe ryby. Oczywiście mała z początku obawiała się, że któraś może ją "zjeść", ale po kilku minutach, gdy przekonała się, że rybki bardziej boją się jej niż ona ich, zachwytów nie było końca. Nawet mając w ustach ustnik od rurki, busia jej się nie zamykała od achów i ochów. Mieliśmy ze sobą aparat cyfrowy z wodoszczelną obudową, więc udało mi się uwiecznić na pamiątkę nie tylko kilka ryb, ale również naszą pociechę podczas snoorkowania.

            Dzisiejszy dzień jest swego czasu aklimatyzacja, więc nie mamy w planach wyprawy poza hotel. Wieczorem jak zwykle podczas naszego pobytu animacje dla dzieci. Po animacjach coś a'la kabaret w wykonaniu ekipy animatorów hotelu. Skecze lepsze, gorsze, ale ważne, że córa zaśmiewała się do łez.
            Po występach, po drodze jeszcze do "wodopoju", żona nie mogła sobie odmówić zapalenia sheeshy na dworze. Potem już tylko w kimę.
            Przed nami jeszcze jeden dzień w Hurghadzie, a potem wyjazd do Luksoru (a raczej Karnaku).


            --
            Moje fotoalbumy z Egiptu:
            Egipt na własną rękę cz.1
            Egipt na własną rękę cz.2
            • pc_maniac Drugi dzień "leżenia bykiem" 07.09.10, 11:21
              DRUGI DZIEŃ "LEŻENIA BYKIEM"

              Ten dzień postanowiliśmy zarezerwować sobie na rafę. Tak się składa, że Magawish Swiss Resort ma fragment plaży z jeszcze nie zniszczoną przez turystów rafą koralową. Nie jest ona oczywiście tak piękna jak w Sharmie, ale na pewno na 5-letnim brzdącu i tak robi wrażenie.
              Idąc plażą w prawo mijamy Kite-Diving, za nim znajduje się strzelnica.
              100 m za nią zaczyna się już przy brzegu obumarła rafa. Tutaj już bezwzględnie potrzebne są buty na rafy, ale i ostrożne stąpanie, gdyż każdy nierozważny krok może się skończyć upadkiem i skręceniem kostki.
              Po kilku metrach w wodzie naszym oczom ukazuje się połać rafy koralowej, co najważniejsze już na głębokości 60cm. Ale uwaga, jest tutaj dużo jeżowców!
              Najlepiej gdy rafę opływa się wokół, nie dając się zepchnąć falom na koralowce, ponieważ jest zbyt płytko, by móc wygodnie manewrować, a jeżowców jest tu co nie miara.

              Za to ryb do bólu! Córa mogła podziwać i Nadymki i Napoleony, Papuzioryby, czy nawet Nemo. Większości gatunków, jako całkowity amator snoorkowania w ogóle nie znam, ale nie przeszkadza mi to w podziwianiu tego bogactwa flory i fauny Morza Czerwonego.
              Miałem trochę problemów z moją maską, ponieważ mam wąsy i przez to ciągle dostawała się do niej woda. Ale dzięki kursowi nurkowania w Sharm nauczyłem się jak wypychać wodę z maski bez potrzeby ciągłego wynurzania się.
              Mała holowana za kapok mogła nareszcie przyjrzeć się bogactwu morza. Ja zaś oddałem się swojej pasji robienia zdjęć.
              Po kilku godzinach tak nieskrępowanego pływania wokół rafy postanowiliśmy wrócić do mamy. Małej buzia się nie zamykała od opowiadania o rybkach.
              Wzięliśmy z Polski nieco dmuchanych zabawek do wody (całkiem niepotrzebnie, bo za grosze można kupić je w Egipcie), więc resztę czasu do obiadu spędzilismy na pływaniu na "dmuchawcach" po morzu. Córa z mamą, a ja obok.
              Niestety dzień był bardzo wietrzny i w pewnym momencie zaczęło mnie zdrowo spychać w morze. Machanie nogami nie za bardzo pomagało. Na szczęście żona i córka były nieco bliżej brzegu, więc nie miały problemów z dopłynięciem. Ja męczyłem się ponad godzinę zanim dobiłem na plażę.

              Po obiedzie tym razem na basen. Mała postanowiła nadrobić zaległości "towarzyskie". Niestety szybko przekonała się, że wśród dzieci sporo jest takich, które nie rozumieją jej ojczystej mowy. Z początku nie przejmowała się tym, ale po pewnym czasie zaczęło ją to irytować i w pewnym momencie wybuchła złością na jakieś dziecko, mówiąc "nie udawaj, że mnie nie rozumiesz" :D

              Jak się miało okazać, córce na tyle spodobały się zabawy w basenie, że do morza już do końca pobytu nie miała ochoty się wybierać. My wręcz przeciwnie. Ale, że przyjechała z obojgiem rodziców, więc mogliśmy to jakoś pogodzić i od czasu do czasu w pojedynkę chadzaliśmy nad morze, dziecko zaś pod opieką drugiego rodzica czas spędzało na basenach.

              Dzień wcześniej, na kolacji poznaliśmy miłego Francuza, który sam z trzylatkiem przyjechał tutaj na wczasy. Od tego czasu Anisia, pomimo bariery językowej zabawiała małego Rafaela przy każdej nadarzającej się okazji.
              Na terenie było również sporo dzieci z Polski, więc Anisia na nudę nie narzekała.

              Wieczorem jak zwykle animacja i występy, zaś późno w nocy, gdy mała już spała, pakowanie małych plecaków na wyjazd do Luksoru.
              --
              Moje fotoalbumy z Egiptu:
              Egipt na własną rękę cz.1
              Egipt na własną rękę cz.2
              • pc_maniac Droga do Luksoru 07.09.10, 12:30
                DROGA DO LUKSORU

                Wcześnie rano śniadanie. Potem plecaki na plecy i udajemy się do Recepcji.
                Tutaj zgłaszamy swój wyjazd do Luksoru. Trochę się dziwią. Pytają czy chcemy zdać domek. Odpowiadamy, że nie, gdyż mamy tam resztę swoich rzeczy. Oddajemy klucz elektroniczny do domku i ruszamy do bramy wyjściowej.
                Za 5 LE łapiemy busika do Daharu (dzielnica mieszkalna Hurghady) i po 40 minutach jesteśmy już na dworcu autobusowym.
                Już dzień wcześniej upał się wzmógł, ale w tym dniu był naprawdę duży, nam zaś prawie skończyły się napoje. Więc po kupieniu biletów chcemy udać się na Suk (bazar).
                Na dworcu dowiadujemy się, że bilety należy nabyć u kierowcy autobusu, zaś ten przyjedzie za 2 godziny.

                Mamy więc czas. Przy dźwiękach trąbiących na nas klaksonów udajemy się w stronę Suku. Niestety mamy poważny problem. Jest obecnie Ramadan, więc wszystko w Daharze pozamykane na głucho. Sklepy otwierają dopiero po zmroku.
                Postanawiamy, ze żona i dziecko wraz z bagażami pozostaną przed wejściem na Suk, ja zaś udam się w poszukiwaniu sklepu z napojami. Błądzę i błądzę, a tu wszystko zamknięte. Pić się chce, zapasy się skończyły i zaczyna brać mnie cholera, że o takim "drobiazgu" jak zaopatrzenie się wcześniej w picie nie pomyślałem.
                No nareszcie! Trafiłem na sklepik, którego właściciel spokojnie spał sobie na schodach, na jakimś rozłożonym kartonie. Budzę go i pytam czy nie sprzedałby mi napojów. Oczywiście chętnie otworzył sklep i po chwili (po bardzo atrakcyjnych cenach) miałem cały plecaczek Coli, Fanty i Mirindy.
                Wracam do rodziny.
                Niestety nie jest to takie proste jak mi się w pierwszym momencie wydawało. Suk jest rozległy z tymi wszystkimi krętymi, wijącymi się uliczkami, w które się zagłębiłem. Ludzi zaś jak na lekarstwo. Wszyscy Ramadan próbują przetrwać w domach i na Suku żywej duszy.
                Zirytowany swoimi próbami łapię za komórkę i dzwonię do żony, że nie mogę ich znaleźć. Postanawiamy, że wszyscy spotkamy się na dworcu. Ledwie skończyłem rozmowę i widze, że gdzieś w oddali wynurza się żona i córka. Widocznie skryły się w cieniu i stad nie mogłem ich zauważyć. Kilka minut i już ich dogoniłem. Duży łyk picia i z nowymi siłami idziemy na dworzec.

                Na dworcu rozczarowanie. Po naszym powrocie otworzono sklepik, gdzie bez potrzeby włóczenia się można kupić napoje. Cóż, wcześniej był zamknięty. A gdyby go nie otworzono mielibyśmy nie lada kłopoty. Więc lepiej, że sprawę i tak mamy z głowy.
                Tutaj zjawiają się powoli kolejni turyści czekający na autobus do Luksoru. Poznajemy Angielkę pracującą w Aleksandrii jako nauczycielka języka w przedszkolu. Czas czekania na transport umilamy sobie pogawędką z nią.
                Po kilku minutach zjawia się również wycieczka z Korei Południowej wraz z przewodniczką. Jest ich sporo, coś ponad 20 osób, więc zaczynamy się martwić, czy starczy miejsca dla wszystkich, jeśli bilety kupuje się u kierowcy. Postanawiamy, że ja zajmę się bagażami, a zona z dzieckiem będzie łapać miejsca w autobusie. Okazało się, że miejsc nie brakowało. Ale zawsze trzeba mieć jakiś plan awaryjny.

                Po niecałej godzinie czekania zjawia się nasz "wymarzony" środek lokomocji.
                Okazał się nim wiekowy autobus pamiętający chyba jeszcze wojnę z Izraelem. Ogólnie wrażenie robił beznadziejne. I taki niestety był faktycznie. Cóż, jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B. Wsiadamy do tego złomka. Linią autobusową "Upper Egypt", już kilka razy jeździliśmy, ale chyba mają problemy z taborem, że wyciągnęli tego złoma z jakiegoś muzeum.
                Miejsc wystarczyło dla wszystkich, nawet kilka zostało wolnych. Żona siada z dzieckiem, ja przed nimi z jakimś oficerem Armii Egipskiej. Facet okazał się bardzo miły i jak to w egipskiej mentalności bywa - bardzo rozmowny. Choć po 2 godzinach jazdy w warunkach przypominających pracę w stalowni, nawet on już nie miał siły na rozmowy.
                Klimatyzacji to ten pojazd nigdy nie miał. Zaś nawiewy ponad fotelami zapewne już w latach osiemdziesiątych uległy bezpowrotnej awarii.
                Pozostała nam więc "ludowa klima" czyli otwarcie okien na oścież.
                Po kupieniu biletów po 30 LE od osoby (bez względu na wiek) "kasjer", bo kierowca miał pomocnika, który sprzedawał bilety, nie miał nam wydać reszty. Poinformował, że jak będzie miał drobne, to ureguluje brakującą sumę. O dziwo mój sąsiad, co jakiś czas pytał się mnie, czy już mi zwrócił brakującą kwotę, a nawet sam chciał interweniować. Powiedziałem, że spoko, poczekam, przecież jeszcze daleka droga przed nami. I faktycznie w Safadze, "kasjer" sam zjawił się z pieniędzmi.
                Nie zaskoczyła mnie bezinteresowna pomoc oficera, gdyż już będąc na tripie do Asuanu, wielokrotnie spotkaliśmy się z dużą uprzejmością tubylców, którzy okazywali ją bez najmniejszej chęci wymuszenia na nas bakszyszu. Zwróciliśmy uwagę, że im dalej od centrów turystycznych, tym Egipcjanie stają się bardziej bezinteresowni i tacy naprawdę gościnni.

                Od sąsiada (oficera) dowiedziałem się, że Ramadan nie obowiązuje dzieci poniżej 11 roku życia, że w Egipcie jest 2-letnia obowiązkowa służba wojskowa, on jest oficerem kontraktowym, na 6 letnim kontrakcie, że ma zapewnione przez państwo mieszkanie i samochód. Że służy w Asuanie, a wraca z urlopu u rodziny. Sporo wypytywał o Polskę, zimę, warunki pracy, bezrobocie.

                Koreańczycy w dość różnym wieku, na początku podziwiali widoki za oknem, czyli 100 odmian pustyni. Po pewnym czasie i oni zapadli w sen. Córka te piekielne warunki zniosła rewelacyjnie. My trochę wymiękaliśmy w 50 stopniowym upale.
                Najgorsze jednak, że pojazd ten wlókł się potwornie wolno i drogę, którą normalnie można przebyć w 4:30 min, pokonaliśmy ponad 6 godzin. Więc dotarliśmy na miejsce na godzinę przed zmrokiem.

                Niestety, ze względu na prace wykopaliskowe w Luksorze, dzięki którym ma zostać odrestaurowana Aleja Sfinksów pomiędzy Świątynią Luksorską i Świątynią w Karnaku, zlikwidowano przystanek autobusowy w mieście, a przeniesiono go na rogatki (a raczej wypadałoby napisać w szczere pole) za Karnakiem. Czyli od Luksoru jakieś 10 kilometrów.
                --
                Moje fotoalbumy z Egiptu:
                Egipt na własną rękę cz.1
                Egipt na własną rękę cz.2
                • pc_maniac Pierwszy wieczór w Luksorze 07.09.10, 21:19
                  PIERWSZY WIECZÓR W LUKSORZE

                  LUKSOR

                  Nasza angielska znajoma z podróży zorganizowała transport wszystkim turystom (również Koreańczykom) i w ciągu 30 minut zajechaliśmy pod zarezerwowany jeszcze w Polsce przez internet hotel.
                  Ze względu na dziecko (i zapewne również na prezent urodzinowy, jaki żona postanowiła mi zrobić) był to malowniczo położony nad samym Nilem, Sofitel Karnak Luxor hotel.

                  Hotel faktycznie robi miłe wrażenie i poza Winter Pallace, tej samej sieci hotelowej, jeden z lepszych obiektów w tym rejonie. Karnak to miejscowość sąsiadująca z Luksorem, podobnie jak z Gdańskiem i Gdynią, nie da się gołym okiem zauważyć granicy tych miast.

                  Zamówiliśmy pokój z łóżkiem "king size" oraz dostawką dla dziecka i takowy otrzymaliśmy. Pokój naprawdę elegancki z malowniczym widokiem z patio na basen i Nil.

                  Zanim rozpakowaliśmy się zastał nas już zmrok. Nie zrażeni tym pierwsze kroki skierowaliśmy na basen hotelowy, by ochłodzić się i odprężyć po bardzo męczącej podróży.
                  Córce też ten pomysł bardzo się spodobał.

                  Po odpoczynku w wodzie, wracamy do Hotelu, zabieramy lekki plecaczek z napojami, torbę z aparatem i ruszamy "na podbój Luksoru".

                  Zaraz przy bramie kompleksu (na zewnątrz) znajduje się mały sklepik spożywczy. Tam uzupełniamy napoje, które uszczupliliśmy podczas podróży, nieco smakołyków dla córki i postanawiamy złapać transport do Luksoru. Okazuje się, że właściciel sklepiku dorabia sobie wożeniem turystów swoim dopiero co kupionym na kredyt samochodem. Jest z niego bardzo dumny, faktycznie na warunki Egiptu ma z czego, bo limuzyna niczego sobie i klimę ma całkiem porządną, więc decydujemy się skorzystać z jego propozycji. Po krótkich targach ustalamy cenę na 20 LE (wysoka jak na tamtejsze warunki, ale to przecież zaledwie 11 PLN, więc nie mamy ochoty się targować do bólu). Wsiadamy do samochodu, zaś nasz kierowca bierze na kolana jeszcze jednego pasażera, w osobie swojego 2 letniego synka.
                  W Egipcie jak już wspominałem za bardzo nikt nie przejmuje się przepisami ruchu drogowego, czego świadkami byliśmy choćby jadąc z Hurghady do Luksoru, gdzie kierowca w czasie jazdy wyczyniał takie cuda wianki, że mojej żonie włosy się jeżyły na głowie. Potrafił pisać SMS'y nie trzymając kierownicy, czy nawet kłaść sobie kompres z zimnej wody na twarzy :D
                  Ale jeśli trafiłeś między wrony to kracz jak i one, więc chcąc nie chcąc możemy sobie co najwyżej w myślach powtórzyć popularne arabskie powiedzenie "insz Allah".

                  Kiedy samochód wjeżdża na główną ulicę nasz kierowca, z brzdącem na kolanach, zapina pas bezpieczeństwa. Troszkę się zdziwiłem i pytam się czy my też mamy zapiąć? Na co otrzymujemy odpowiedź - "o nie, wy jesteście turystami, nie musicie. My Egipcjanie musimy, jeździć w pasach, bo inaczej policja przysoli nam mandat".

                  Ciekawe podejście - można jechać w nocy bez świateł, nie używać kierunkowskazów, nie trzymać nawet kierownicy, ale należy mieć zapięte pasy. No i również kolejny dowód, że turysta w Egipcie to "święta krowa", której wolno wszystko (no może prawie wszystko).

                  Każemy zawieźć się do McDonalda. Z jednej strony chcemy posilić się nieco przed dalszym zwiedzaniem, a nasz przyjazd do hotelu niestety wypadł już po kolacji. Po drugie, już z poprzedniego tripu po Luksorze wiemy, że McDonald jest centralnie położonym miejscem do dalszego zwiedzania.
                  Po drodze widzimy masę zmian w Luksorze. Całe centrum miasta jest przekopane w wzdłuż. Już w Polsce gdzieś czytaliśmy, że Egipcjanie postanowili odrestaurować Aleję Sfinksów ciągnącą się w starożytności pomiędzy Świątynią w Karnaku, a Świątynią Luksorską. Ale nie zdawaliśmy sobie sprawy, że prace są aż tak dalece posunięte. Praktycznie setki domów zostało zburzonych, zaś główne arterie miasta poprzecinane, więc ruch kołowy również jest nieco utrudniony.
                  Na razie są jeszcze 2 nitki przecinające wykopy, które łączą stronę wschodnią z zachodnią, ale z pewnością i one zostaną usunięte. Ciekaw jestem co powstanie w ich miejsce? Może estakady napowietrzne?

                  Wykopy są w różnym stopniu zaawansowania. W jednych widać już Sfinksy, w innych na razie są tylko doły. Jednak poza tymi dwoma przecinkami w postaci ulic, cały teren jest już rozkopany.
                  Zastanawialiśmy się z żoną czy Sfinksy znajdujące się w wykopach są autentyczne (odkopane), czy też część z nich jest lub będzie jedynie tworem wyobraźni archeologów!?
                  Co jeszcze podczas jazdy rzuca nam się w oczy, to światła sygnalizacyjne, przy których znajdują się świetlne oznaczenia ile czasu pozostaje do zmiany świateł. Ciekawy pomysł, choć jeszcze w latach siedemdziesiątych w Łodzi również coś takiego było na niektórych głównych ulicach. Jednak pomimo, tych udogodnień kierowcy czy jest zielone światło, czy czerwone i tak nie zwracają na nie uwagi. Więc w Egipcie to kolejny nikomu nie potrzebny "bajer". Jedynym wyznacznikiem porządku na ulicach, którego tubylcy boją się jak diabeł święconej wody są policjanci gdzie nie gdzie kierujący ruchem.

                  Dojeżdżamy na miejsce.
                  Po posiłku popitym colą z lodem (sic. ta cola z lodem będzie jeszcze wspomniana w dalszej relacji) idziemy do Świątyni Luksorskiej.
                  Tutaj również nastąpiła poważna zmiana. Kiedyś do Świątyni wchodziło się od strony Nilu, przez dość skromne drewniane wejście z kasami biletowymi. Obecnie oddano nowe wejście od strony placyku po przeciwnej stronie znajdującego się przy rzeczonym McDonaldzie.
                  Przejście w Luksorze przez ulicę jest oczywiście tak samo upierdliwe jak w Hurghadzie. Ale tutaj poza ruchem drogowym i upierdliwymi kierowcami, którzy zajeżdżają Ci drogę proponując podwiezienie, dochodzą tak samo (albo jeszcze bardziej) upierdliwi dorożkarze proponujący przejażdżkę Caleche (dorożką).
                  Po przejściu przez jezdnię idziemy przez plac przed Świątynią, Ponieważ jest Ramadan (i godzina wieczorna) na placu rozstawiło się Wesołe Miasteczko z karuzelami zjeżdżalniami i innymi kuszącymi dzieci atrakcjami. Ich wygląd jednak nie zachwycił nawet naszego dziecka, które zazwyczaj jest łase na tego rodzaju przyjemności. Wszystko odrapane, rozklekotane i wyglądające jakby ledwie trzymało się kupy.

                  Za placem wybudowano okazałe schody i wejście do Meczetu górującego nad Świątynią. To też nowość dla nas. Muezini właśnie nawołują do modlitw i ich "zawodzenie" słychać ze wszystkich stron. Z Meczetu nad Świątynią Luksorską zaś Muezin? czyta Sury z Koranu więc nie zawodzi.

                  Po prawej stronie znajduje się nasz cel, czyli zejście podziemne do kas biletowych Świątyni Luksorskiej. Bilety w porównaniu z naszym poprzednim pobytem 100% droższe, czyli 50 LE od osoby dorosłej (dziecko weszło za darmo). Ale nawet jakby kosztowały 50$ nie odmówilibyśmy sobie wieczornej wizyty w tej świątyni.

                  Po wejściu ja jak zwykle dostaję "kociego rozumu", czyli chwytam się za sprzęt fotograficzny i cały świat przestaje dla mnie istnieć. A niech tam, kilka fotek rodzinie też cyknąłem. Fakt faktem, z obiektu wychodziłem już po ciemku, po zgaszeniu wszystkich świateł, jako ostatni turysta, za to z ponad setką zdjęć. Wszystkie wykonane bez lampy błyskowej, z tzw. podpórki. Oczywiście nie wszystkie wyszły, ale kilkadziesiąt całkiem niezłych udało się cyknąć. Jak znajdę trochę czasu, wrzucę je na Webshotsa i podam link.

                  Po wizycie w Świątyni czas na Suk (bazar). Dzisiaj przypadają imieniny córki, więc trzeba jej zrobić frajdę i coś kupić w prezencie. Tym bardziej, że spisuje się na wyprawie bez zarzutów.

                  Suk znajduje się po przeciwnej stronie placu, więc kolejne przejście przez jezdnię i zanurzenie się w krętych uliczkach Luksoru, gdzie wszędzie porozstawiane są stragany. Zapachy przypraw korzennych mieszają się z tytoniem palonych Sheesh. Zapachem pieczonych placków pita, czy zapachami innych potraw, wszędzie góruje zapach smażonego oleju. Suk w Luksorze z tych co widziałem jest chyba najfajniejszy. Są tu stragany pod turystów, ale nie brakuje również straganów z towarami dla Egipcjan.
                  • pc_maniac c.d. Pierwszy wieczór w Luksorze 07.09.10, 21:20
                    c.d.
                    Jedno jednak się nie zmienia - na każdym z nich turysta nie ma szans przejść by stu handlarzy na raz nie próbowało go zaczepić oferując mu "najtańsze na świecie" suweniry. Problem w tym, że z naszych wyjazdów przywieźliśmy już tyle zbędnego "śmiecia" (czyt. pamiątek), że 99,9% całkowicie nas nie interesowała.
                    Ale cóż, oni o tym nie wiedzieli :P

                    Po wybraniu na chybił trafił jakiegoś sklepiku z ciuchami dla turystów, postanawiamy zrobić zakupy córce, w postaci kostiumu do tańca brzucha. Trochę przy tym było śmiechu gdy oferowano jej jakieś staniki ze sterczącymi piersiami. Ale po wybraniu czegoś bardziej sensownego dla 5 letniego dziecka i standardowym targowaniu się wychodzimy ze sklepu z rozanieloną pociechą.

                    Idziemy dalej pokazać małej nieco orientalnego kolorytu Egiptu. Mała nauczyła się, że po Arabsku "nie" wymawia się jako "la", więc po 1597 propozycji byśmy coś kupili od kolejnego handlarza, zaczyna śpiewać na cały głos "la, la, la, la".
                    Na początku Anisię nawet bawiły te nagabywania sprzedawców, ale chyba nawet ona w pewnym momencie stwierdziła, że co za dużo to niezdrowo.
                    Po ponad godzinie szwendania się po Suku, postanowiliśmy, że czas już wracać do hotelu. Wybieramy na chybi trafił taksówkę i po ustaleniu ceny na 15LE, wracamy do hotelu. Tutaj już tylko prysznic, ząbki, pidżama i spać.

                    c.d.n.
                    --
                    Moje fotoalbumy z Egiptu:
                    Egipt na własną rękę cz.1
                    Egipt na własną rękę cz.2
                    • pc_maniac Kolejny dzień w Luksorze 08.09.10, 12:27
                      KOLEJNY DZIEŃ W LUKSORZE

                      Rano po obudzeniu się czeka nas niemiłe rozczarowanie - żona zapada na "zemstę faraona". Zaczyna się standardowo, dreszcze wywołane gorączką, syfon w żołądku. Bierze na razie zabrany tak na wszelki wypadek z Polski Nifuroxazyd dla dziecka i tabletkę przeciwgorączkową.

                      Udajemy się na śniadanie do hotelowej restauracji. Sala robi na nas duże wrażenie. Skonstruowana jest na podobieństwo starożytnej świątyni, z kolumnadą, czterema "kioskami" Trajana, na środku zaś ołtarzem z barką procesyjną. Nawet okienka pod sufitem wykonano na podobieństwa świątynnych. Naprawdę jest na co popatrzeć. Tym bardziej, że wszystko jest zrobione z dużym rozmachem i nie ma nic wspólnego z często w Egipcie spotykaną kiczowatością.
                      Chapeau bas dla projektanta!

                      Ilość potraw serwowanych może nie tak duża jak w Magawishu, ale naprawdę każdy może znaleźć coś dla siebie i na pewno nawet wybredny turysta nie wyjdzie stąd głodny. Niestety żona, ze względu na "zemstę" poza bułką i kawą musi sobie te specjały dzisiaj odpuścić.

                      Po śniadaniu udajemy się na basen. Mała trenuje pływanie pod wodą, okraszane podwodnymi piruetami i pętlami. Żona czuje się coraz gorzej, więc postanawiamy odprowadzić ją do pokoju. Podczas naszego poprzedniego pobytu (w Sharmie) to mnie dopadła "zemsta" i to tak pechowo, że w dniu, gdy miałem zarezerwowane nurkowanie. Małżonka wtedy podśmiewała się, że starzeję się i robię się (że się tak wyrażę) "słabej dupy". Tym razem dopadło ja. I to pierwszy raz, choć te 8 pobytów już ma za sobą. Ale cóż, tak to bywa, insz Allach.

                      Decyduję się na wyprawę z córką do Luksoru. A ponieważ hotel oferuje swoim gościom rejs małym stateczkiem (coś jakby wodny tramwaj) po Nilu do Luksoru, decydujemy się skorzystać z tego środka transportu.
                      Zabieramy plecaczek z napojami, sprzęt foto i ruszamy z Anisią na hotelową przystań. Wraz z nami płynie ok. 10 osób.
                      Córka upatrzyła sobie Angielkę, która wraz z mężem i synem również płynie do Luksoru i stara się ją zagadywać. Ja muszę "robić" za tłumacza. W przerwach zaś pstrykam fotki leniwie przesuwającego się brzegu Nilu.
                      Po drodze mijamy grupkę kąpiących się dzieciaków. Jeden z pasażerów pyta "kapitana" łajby czy może nią trochę posterować, na co otrzymuje zgodę.

                      Nie ma nic przyjemniejszego niż leniwy rejs choćby tak małym stateczkiem po Nilu. Po 45 minutach dobijamy do przystani w Luksorze, na wysokości hotelu Sofitel Winter Pallace (tej samej sieci hotelowej co nasze obecne lokum). Jeszcze tylko zejście na ląd bardzo wąskim i chyboczącym się trapem i jesteśmy w mieście. Prawdę mówiąc to ten trap nie miał nawet relingów, więc w przypadku nieostrożnego kroku nie trudno byłoby o kąpiel w Nilu.

                      Upał dzisiaj chyba jeszcze większy od poprzedniego dnia. Myślę, że spokojnie w południe mogło być już ponad 40 stopni w cieniu, więc proponuję córce pójście na lody do McDonalda.
                      Dla wyjaśnienia dodam, że hotel Sofitel Winter Pallace położony jest tuż za Świątynią Luksorską, więc wszędzie mamy bardzo blisko.
                      Wraz z Angielką zapoznaną przez córkę dowiadujemy się o której stateczek płynie w drogę powrotną do Karnaku i ruszamy w miasto.

                      Przechodzimy obok świątyni, więc nie omieszkałem zrobić jej kilka zdjęć, tym razem dziennych i z zewnątrz. Potem już tylko sprint przez jezdnię i milutki chłodek klimatyzowanego McDonalda.

                      Tym razem decyduję się nie brać Coli z lodem, bo mam jakieś wewnętrzne przeświadczenie, że ten wczorajszy lód mógł być właśnie powodem "zemsty" u żony. Bądź co bądź, wszystko inne spożywaliśmy to samo, ja zaś miałem już tak po dziurki w uszy coli, że dzień wcześniej zamówiłem sobie nektar z Mango. Małej nieco przejadły się dania serwowane w hotelach, więc chętnie kupuję jej zestaw Happy Meal z McNuggetsami, które wprost uwielbia, potem lody obficie polane czekoladą, ja zaś delektuję się McFishem.
                      Oczywiście jak każdy facet jestem łasuchem, więc i lodów również sobie nie mogę odmówić.

                      Po posiłku udajemy się na zakupy. A raczej w poszukiwaniu apteki w celu kupienia lekarstwa dla żony. Aptek, podobnie jak w Polsce jest w tym kraju zatrzęsienie, więc ze znalezieniem jej problemu nie mieliśmy żadnego. Tym bardziej, że nazwy na szyldach, w uczęszczanych przez turystów rejonach są napisane i po angielsku i "drutem kolczastym".
                      Sprzedawcę proszę o Antinal. Cena urzędowa 5 LE. Nie jestem zdziwiony, że sprzedawca nie próbuje mnie naciągnąć, gdyż już w Sharm trafiliśmy na aptekę, która w swojej ofercie miała towary po urzędowych cenach. Choć tu przestroga dla turystów, że takowych jest w centrach turystycznych niewiele.
                      Co z resztą okazało się już po naszym powrocie do Hurghady. Ale o tym potem.

                      Upał się wzmaga, a że jest już chyba 13:00, zaś ze względu na Ramadan, ponad połowa sklepów zamknięta na głucho, po krótkim spacerku po Luksorze postanawiamy wrócić z lekarstwem do hotelu. Po drodze pokazuję jeszcze dzieciakowi dzieci pracujące w Egipcie.
                      Duże wrażenie na niej robią siedmioletni chłopcy parający się handlem obnośnym pamiątkami.
                      Niech mała wie, że nie wszędzie dzieci mają takie błogie dzieciństwo jak w naszym kraju i choć my Polacy uwielbiamy wprost narzekać jacy to jesteśmy biedni, to dopiero po zderzeniu z egipskim społeczeństwem jesteśmy w stanie docenić, że wcale ta Polska taka biedna nie jest, jak ją próbujemy na co dzień malować. Tym bardziej teraz, gdy już znikła (mam nadzieję) na zawsze jedna jedyna, nieomylna partia, "sumienie narodu".

                      Łapię Caleche (dorożkę). Nie mam zamiaru przyczynić się do padnięcia konia, więc wybór pada na tą z najbardziej zadbanym zwierzęciem. Sami przekonacie się na własne oczy, że w Egipcie niektóre konie wyglądają jakby już za życia zostały poddane stuletniej mumifikacji i dopiero przed zaprzęgnięciem odwinięte z bandaży. A że droga bardzo długa jak na przejażdżkę dorożką, bo ponad 10 km, więc wolę wybrać jakąś dobrze odżywioną szkapę.

                      Dogaduję się po krótkich targach na kwotę 15LE, ładujemy się pod budę i ruszamy.
                      Woźnicy tłumaczę, że jesteśmy na wczasach, więc nie musi gnać przez miasto i nigdzie nam się nie spieszy? Żona zaś na wszelki wypadek ma Nifuroxazyd pod ręką.
                      Od czasu do czasu siadam obok woźnicy na koźle i cykam zdjęcia małej oraz mijanych osiołków ciągnących towary, dzieci jadących na kłapouchach, zakwefionych kobiet spieszących do domów gotować wieczorny posiłek, czy innych orientalnych pejzaży.
                      Po co najmniej pół godzinie (bo jakoś nie chciało mi się nawet spojrzeć na zegarek), dojeżdżamy do bramy hotelu.
                      Dorożkarz chce wjechać na teren obiektu i podwieźć nas pod recepcję, tłumaczę mu, że nie musi i spokojnie może nas wysadzić tutaj. Jeszcze tylko zdjęcie Anisi na koźle obok dorożkarza i spacerkiem udajemy się aleja hotelową w kierunku budynku.
                      Jednak po ujściu kilku kroków zaintrygowały mnie stojące po prawej stronie w krzakach klatki. A że jestem z natury ciekawski (córka również, bądź co bądź część cech odziedziczyła po tacie), udajemy się sprawdzić co też w tych krzakach się znajduje.

                      Okazało się, że hotel miał kiedyś na swoim terenie małe ZOO. Obecnie wszystkie poza jedną klatką świecą pustkami. Z tego kilka jest nawet poważnie zniszczonych przez liście palm daktylowych, które zapewne personel ściął podczas zbioru daktyli z drzew.

                      Jednak w największej klatce leży sobie rozleniwiony krokodyl, mniej więcej półtora metrowej długości. W pierwszym momencie go nie dostrzegliśmy, gdyż tak kolorystycznie zlewał się z podłożem. Ale mała go wypatrzyła pierwsza. No cóż, chyba przyszedł dla mnie czas na okulary :P

                      Z tak bliska i przez tak delikatne ogniwa siatki, córka chyba jeszcze krokodyla nie widziała. Więc robi na niej spore wrażenie. Choć domyślam się, że nie zdaje sobie sprawy jaki ten gad potrafi być niebezpieczny. Cóż, w bajkach najczęściej nie tylko prezentuje się je jako przyjazne stworki, ale nawet gadające ludzkim głosem :D

                      --
                      Moje fotoalbumy z Egiptu:
                      Egipt na własną rękę cz.1
                      <a href="<a href="
                      • pc_maniac Planujemy następny dzień 08.09.10, 13:30
                        PLANUJEMY NASTĘPNY DZIEŃ

                        Wracamy do pokoju. Żona trochę się przespała, ale jest jeszcze nieco słaba.
                        Daję jej Antinal, który przywieźliśmy z Luksoru. Standardowo brało się go 2 tabletki jako dawkę uderzeniową, a potem co 12h kolejną. I tutaj trochę się zmieniło. Obecny Antinal nie jest już, jak w poprzednich naszych pobytach powlekaną tabletką, lecz kapsułkami.
                        Więc postanawiam poczytać ulotkę o jego stosowaniu. Wygląda na to, że i sposób użycia się zmienił diametralnie, gdyż obecny stosuje się co 6 godzin, nie zaś ja te drażowane co 12h.
                        No cóż "pantha rei", jak mawiali starożytni Grecy. Trzeba się dostosować, choć proponuję i tak na pierwszy ogień żonie wziąć dawkę uderzeniową w postaci 2 tabletek. Od tego nie umrze, a może ją to postawi na nogi.

                        Idziemy z małą na basen, ja sobie funduję piwo. A co? samochód zostawiłem w Polsce :P
                        I kilka godzin baraszkowania z dzieckiem w wodzie strzeliło jak z bata.
                        Po oddaniu ręczników plażowych wracamy do pokoju, przebranie się i ja z małą udaję się na kolację. Żona na ścisłej diecie, pilnując jednak by organizm się nie odwodnił.

                        Po kolacji Żona poczuła się na tyle dobrze, że postanowiła z nami wybrać się do sklepiku przed hotelem, który odwiedziliśmy dzień wcześniej. Okazało się, że naszego kierowcy/sprzedawcy w tej chwili nie ma, a interesu pilnuje jego brat, ale za kilkanaście minut ma się pojawić. Kupujemy tym razem soki i nektary. Wszystkim już nam szczerze obrzydły napoje gazowane, a i uważam, że żona nie jedząc prawie nic przez cały dzień, może spokojnie gęstymi sokami z owoców zaspokoić głód, nie obciążając za bardzo chorego żołądka. Przy okazji córka dostała od sprzedawcy garść gum do żucia jako prezent za całusa. Ale całusa nie dała, choć prezent skrzętnie przyjęła :D

                        Po kilkunastu minutach na motorze zjawia się w galabiji (popularny w ciepłych krajach męski ubiór , przypominający długą, do kostek koszulę nocną) oczekiwana przez nas osoba. Ciekawe czy jadąc na motorze w galabiji nie obawia się, że pęd powietrza może mu tą "sukienkę" podwiać, albo zarzucić na głowę?

                        Gdy nasz gospodarz dowiedział się, że żona jest nieco chora, proponuje ciepłą herbatkę z carcade. Żona w pierwszej chwili protestuje, ale namawiam ją by może jednak się napiła, bo przecież nic ciepłego od śniadania nie spożywała. Carcade w upałach jakie tu panują obecnie jest naprawdę smaczna, choć nieco gospodarz ją przesłodził. Ale uprzejmość wymaga by nie narzekać.

                        Córka miała ochotę przejechać się motocyklem, więc jego właściciel posadził ją za sobą na siedzeniu i (oczywiście) bez włączonych świateł, w galabiji zrobił kilkuset metrową rundkę z naszą pociechą. Kolejna frajda dla małej i kolejne wspomnienia z tej wycieczki do opowiadania koleżankom w Polsce.

                        Po zrażeniu się naszą jazdą do Luksoru w warunkach ekstremalnych starym gruchotem, jeszcze w pokoju hotelowym zrodził się w naszych głowach plan powrotu do Hurghady samochodem osobowym z klimą. A że nasz sprzedawca takowy posiada, delikatnie wypytujemy go o możliwość wynajęcia go na taką trasę. Choć nie mówi "nie", to widać, że nie za bardzo mu się uśmiecha tak długa trasa. Pytamy się ile by to kosztowało. Ale okazuje się, że cena jaka by go przekonała do tej wyprawy jest spora i nie ma szansy na jej stargowanie. Po prostu niezbyt chętny jest na jej zrealizowanie.
                        Za to proponuje, że zawiezie nas na "dworzec" autobusowy i wskaże dużo lepsze linie autobusowe do Hurghady, niż te którymi tu przyjechaliśmy. Trochę nasz gospodarz posprzeczał się ze swoim bratem, gdzie takowy "dworzec" się znajduje, ale brat przekonał go do swoich racji.

                        OK. Postanawiamy skorzystać z tej propozycji i ruszamy do Luksoru.
                        "Dworzec" okazał się naprawdę maleńką zapyziałą uliczką położoną tuż przy dworcu kolejowym, na której krańcu było zwykłe klepisko, na którym wykręcały autobusy. Nawet wprawny Indianin nie wytropiłby choćby najmniejszych oznak, że tutaj właśnie może znajdować się krańcówka autobusowa.
                        Faktem zaś jest, że przy uliczce tej znajduje się tak samo jak ona sama, zapyziałe "biuro" linii SuperJet. Dowiadujemy się tam od pana, który siedzi za zdezelowanym biurkiem, że autobus odjeżdża codziennie o 19:00 ale bilety w cenie 45LE od osoby można nabyć w dzień wyjazdu, więc dzisiaj nam nie sprzeda. Trochę trudno było się z tym jegomościem dogadać i nie chodzi tu o barierę językową, ale o jego sposób wysławiania się, gdyż nawet nasz "kierowca" nie za bardzo był w stanie zrozumieć o co mu chodzi (choć obaj mówili tym samym językiem), co okazało się nazajutrz dla nas powodem problemu jaki nas spotkał. Ale o tym w następnym odcinku.

                        Dogadujemy się z naszym kierowcą/sprzedawcą (wash&goo, "wszystko w jednym"), że nazajutrz przyjdę do jego sklepu gdy będziemy opuszczać o 12:00 hotel i razem podjedziemy po rodzinę i bagaże. Zaś potem zrobimy trasę po Zachodnim Brzegu swoim samochodem, by na koniec "wyrzucić nas w MCDonaldzie, z którego już sami udamy się na rzeczony "dworzec" autobusowy.

                        Tutaj na razie się rozstajemy i kierujemy na Suk. Jakieś drobne zakupy, wałęsanie się po tamtejszych wąskich uliczkach i wdychanie orientalnych zapachów (muszą nam one wystarczyć na kolejny rok do następnego urlopu).
                        Niestety żona czuje się zmęczona i słaba, więc postanawiamy Caleche udać się do hotelu.

                        Po powrocie niemiła niespodzianka nr.1
                        Córka jeszcze przed wyprawą na "dworzec", bawiąc się zamkiem u drzwi do pokoju w jakiś sposób zablokowała zamek od wewnątrz, a ponieważ przy wychodzeniu z pokoju dał się on normalnie otworzyć i zamknąć kluczem, nie podejrzewaliśmy, że po powrocie otworzyć z zewnątrz już się go nie da.
                        Cóż było robić. Ja udałem się na recepcję, zaś żona i mała usiadły na podłodze przed drzwiami do naszego pokoju czekając na mój powrót.
                        W recepcji zgłosiłem problem, na co (jak zwykle) otrzymałem odpowiedź "za pięć minut". Znając trochę mentalność tubylców liczyłem się z ewentualnością, że "pięć egipskich minut" zapewne będzie trwało coś ok. godziny. Ale po 15 minutach zjawił się jakiś pracownik hotelu z naręczem kluczy i otworzył nasze podwoje, za co oczywiście został obdarowany "prezydentem USA".


                        --
                        Moje fotoalbumy z Egiptu:
                        Egipt na własną rękę cz.1
                        <a href="http://community.webshots.com/user/pc_maniac100">Egipt na własną rękę cz.2</a
                        • pc_maniac Noc w "saunie" 08.09.10, 13:54
                          NOC w "SAUNIE"

                          Niemiła niespodzianka nr.2
                          Wchodzimy i już w przedpokoju zdziwiło mnie nieco, że jest w pomieszczeniu cieplej niż wtedy gdy go opuszczaliśmy. Skierowałem swoje kroki do termostatu regulującego pracę klimatyzatora, zmniejszając o kilka stopni jego temperaturę. Żona ponieważ miała stan podgorączkowy nie potrafiła określić czy faktycznie jest cieplej czy mi się wydaje.

                          Mycie, przeglądanie zdjęć, buzi na dobranoc i spać.
                          Zmęczony jestem jak cholera, ale jakoś zasnąć nie mogę. Przewracam się z boku na bok, a sen jakoś omija mnie szerokim łukiem. Mija już pierwsza w nocy, Córa już dawno śpi, a ja dalej się męczę. Jednak coś się zmieniło...
                          Coraz bardziej się pocę.
                          Wstaję do termostatu klimy, zmniejszam jej temp. na 10 st.C, włażę na krzesło i przytykam rękę do kratki wlotowej. Czuję, ze dmucha jak diabli, ale to powietrze jest ciepłe!

                          Ubieram się więc i idę do recepcji. Tłumaczę, że coś stało się z naszą klimą w pokoju. Na co otrzymuję odpowiedź, że niestety to problemy z prądem w całym Luksorze i że zamiast 220V w sieci w całym rejonie jest zaledwie 110V. Chyba zmęczenie nie pozwoliło mi logicznie myśleć, że "kupiłem" te bzdury. Ale udałem się do pokoju. Żona również nie spała. Za to w pokoju robi się coraz cieplej. Mówi mi żebym jakoś spróbował zasnąć, a jutro i tak opuszczamy hotel. OK, kładę się.

                          Niestety po 2 godzinach robi się nie tylko gorąco, ale również potwornie duszno. Nie mam czym oddychać, więc wychodzę na zewnątrz i kładę się na leżaku przy basenie. Tutaj przyjemny nocny chłodek, dodatkowo jeszcze wilgotne chłodne powietrze znad Nilu. Kurcze, ale przecież nie będę spać w tym "ekskluzywnym" hotelu całą noc pod gołym niebem?
                          Zaczynam przemyśliwać to co powiedział mi recepcjonista o tych problemach z prądem.

                          Zaraz, zaraz, przecież to wszystko nie trzyma się kupy?
                          Światła na terenie hotelu działają, wentylator w klimie również chodzi jak wariat, więc co to za pieprzenie o niedostatkach prądu?
                          Tym bardziej, że gdyby problem dotyczył całego hotelu, to po jego terenie teraz o 3 w nocy szwendałyby się tabuny rozespanych "zombie" w postaci gości hotelowych, wypędzonych temperaturą oscylującą w pokojach już o tej godzinie gdzieś tak w pobliżu 40 (może nawet więcej) stopni!
                          Na dworze jest zdecydowanie chłodniej, bo wentylator klimy tłoczy gorące powietrze z rozpalonego za dnia jak patelnia dachu. Więc zamiast chłodzić, jeszcze nagrzewa.

                          Ooo, w pewnym momencie wypatruję "bratnią duszę w postaci jakiejś Angielki, którą "piec" w pokoju również wygoniła na zewnątrz. Krótka rozmowa z nią nie przekonuje mnie, że jest to przypadłość całego hotelu, bo niby gdzie reszta gości? Śpi w warunkach, które dla Europejczyka do spania się całkowicie nie nadają?

                          Ruszam dość buńczucznie nastawiony ponownie do recepcji i oznajmiam, że nie zamawialiśmy w pokoju sauny, a takie właśnie w nim teraz panują warunki, że rano popytam wśród pozostałych gości, czy wszyscy mieli tak koszmarne warunki w nocy i chętnie porozmawiam o tym z dyrektorem hotelu.
                          Recepcjonista przeprasza mnie, tłumaczy tą samą gadkę ponownie, ale tym razem wspomnienie o rozmowie z dyrektorem robi na nim wrażenie i zaraz przywołuje do siebie pracownika, któremu wręcza pęk kluczy i każe mu się udać by sprawdzić inne wolne pokoje, czy tam również panują takie ekstremalne warunki.

                          Udaję się wraz z nim na poszukiwania. Zaczynamy od tych położonych na pierwszym piętrze, blisko naszego. Okazuje się, że w każdym kolejnym sytuacja jest porównywalna z naszym, czyli klima pompuje do pokoju upał nie do zniesienia.
                          Już trochę zawiedziony macham ręką i niepyszny chcę się udać do pokoju, nad basen? Sam nie wiem gdzie.
                          Jednak pracownik prosi bym jeszcze chwilę poczekał, a on uda się do recepcji po klucze do innych pokojów. Co mam do stracenia? Jest prawie 4:00, do naszego przybytku otworzyłem drzwi na oścież bo bez tego już nie dało się nawet oddychać. Żona także nie śpi. Jedynie małej ten "piec" nie przeszkadza w niczym i miarowo sapie.

                          Pracownik wraca z kolejnym naręczem kluczy. Tym, razem od pokoi na parterze.
                          I tu WIELKA NIESPODZIANKA!
                          Już w pierwszym sprawdzanym pokoju klima działa bez zarzutu.

                          Sprawa się wyjaśniła dopiero po rozmowie z tym robotnikiem, który biegał z kluczami.
                          Owszem są problemy z energią w Luksorze i to już od kilku lat. Obecnie w nocy, gdy wszyscy mają włączone klimatyzatory oraz świeci się oświetlenie uliczne, prądu już nie wystarcza dla całego miasta. Problem w tym, że projektant Sofitel Karnak pod agregaty prądotwórcze podłączył oświetlenie, kuchnie, wentylatory, ale nie agregat pompujący freon do klimatyzatorów. Więc agregat pompujący freon działa na zasilaniu miejskim, a tego, gdy sa problemy z prądem, wystarcza zaledwie na działanie klimatyzacji jedynie na parterze.

                          Ech, cóż począć, Egipt....

                          Natychmiast wracam do żony, zaczynamy naprędce pakować manele, by jak najszybciej zmienić lokum. Na koniec całkiem rozespaną małą biorę na ręce i zanoszę do nowego miejsca. Jeszcze tylko "prezydent" dla operatywnego "klucznika" i nareszcie możemy choć te kilka godzin, jakie nam pozostały do śniadania wyspać się w godziwych warunkach.

                          --
                          Moje fotoalbumy z Egiptu:
                          Egipt na własną rękę cz.1
                          Egipt na własną rękę cz.2
                          • pc_maniac Errata do poprzednich odcinków 08.09.10, 18:12
                            ERRATA

                            Po konsultacjach z żoną, okazało się, że w kilku miejscach mojej relacji wkradło się kilka błędów. Niestety pamięć jest zawodna, a mimo wszystko chciałbym by informacje jakie tutaj wypisuję były poprawne, więc muszę sprostować kilka opisanych zdarzeń.

                            1. W odcinku dot. naszej pierwszej wyprawy do Sakkali faktycznie pokiełbasiły mi się nazwy centrum handlowego. Napisałem, że w dzielnicy tej znajduje się centrum Abu Ashara o nazwie Cleopatra.

                            Ad.1 Faktycznie to centrum handlowe nosi nazwę Cleopatra, a sieć sklepów Abu Ashara ("Dziesięć Małp") jedynie dzierżawi powierzchnię lokalową w tym centrum, posiadając na parterze sklep spożywczy.

                            2. W odcinku, w którym opisuję nasz wyjazd do Luksoru napisałem, że w dniu wyjazdu pojechaliśmy busikiem na dworzec "PKS" w Daharze.

                            Ad.2 Jest to mój błąd, ponieważ faktycznie wybraliśmy się spod bramy hotelu Magawish taksówką sieci "orange cab". Jest to dość istotna informacja, ponieważ nasza podróż rzeczonym pojazdem skończyła się dość nieprzyjemnie.
                            Otóż, po zajechaniu na miejsce, kierowca oraz żona wraz z córką wysiedli z taksówki i udali się na tył samochodu w celu wyjęcia bagaży. Ja zaś nie byłem w stanie otworzyć drzwi pojazdu. Po kilku próbach otworzenia ich od wewnątrz i przez okno, z zewnątrz, w pewnym momencie w dłoniach pozostałą mi klamka do otwierania drzwi.
                            Okazało się, że kierowca zablokował drzwi. Pierwszy raz zdarzyło mi się w Egipcie coś takiego jak blokowanie drzwi pasażera przez kierowcę. Tym bardziej, że nie blokował żadnych innych drzwi pojazdu. Więc mogę domniemywać, że było to zrobione z premedytacją, a cel był jednoznaczny - wyciągnąć pieniądze od pasażera za "urwanie klamki", która nota bene urwała się gdy przy otwieraniu drzwi nie użyłem nawet zbyt dużej siły.
                            Przestrzegam innych turystów przed takim sposobem naciągania ich na dodatkowe koszty.
                            Kierowca przy wielkich lamentach proponował mi zapłacenie za urwaną klamkę 100LE, co w tym kraju jest kwotą naprawdę dużą. Zdecydowałem się zapłacić mu 20LE i powiedziałem, że bez problemu kupi ją na jakimś złomowisku z rozbitego pojazdu, których w Egipcie nie brakuje.

                            3. W odcinku dotyczącym mojej, wraz z córką wyprawy stateczkiem do Luksoru napisałem, że w drodze powrotnej wynajęliśmy Caleche za kwotę 15 LE.

                            Ad. 3 Niestety cena całkowicie mi się popieprzyła i faktycznie wyniosła ona 25 LE, zaś po dojechaniu dopłaciłem dorożkarzowi jeszcze jako premię 5LE. Trasa jest na tyle długa, że w porównaniu z taksówką, jedzie się bardzo długo, zaś dorożkarz ma małe szanse by powrócić do Luksoru również z klientami. Moim zdaniem nie jest to na tyle zawrotna kwota by należało ją jeszcze bardziej stargowywać. Bo faktycznie początkowa kwota jaką zażyczył sobie dorożkarz za tą trasę wynosiła 50LE.

                            4. W odcinku opisującym organizowanie powrotu z Luksoru do Hurghady również pomyliłem kwoty.
                            Napisałem, że sprzedawca biletów w "kantorku" linii SuperJet poinformował nas, że bilet z Luksoru do Hurghady kosztuje 45 LE.

                            Ad. 4 Faktycznie cena biletu linii SuperJet, z Luksoru do Hurghady miała kosztować 50 LE.

                            Za wszystkie pomyłki, jakie wkradły się do mojego tekstu serdecznie przepraszam.
                            Niestety, pamięć już nie ta, a jakoś nie potrafię robić notatek z podróży.

                            Pozdrawiam i postaram się w kolejnych odcinkach, dawać żonie do korekty, te moje wypociny, zanim je zamieszczę.
                              • pc_maniac Ruszamy na Zachodni Brzeg 12.09.10, 15:28
                                RUSZAMY NA ZACHODNI BRZEG

                                Wstajemy rankiem nieco nie wyspani po "przygodzie" jaka nam się trafiła w nocy. Jednak w dobrych humorach.
                                Idziemy na śniadanko. Żona czuje się już dużo lepiej i posila się wraz z nami.
                                Robimy ostatnie fotki w hotelu, Bierzemy ręczniki plażowe i kolejne kilka godzin taplamy się w basenach.
                                O 11:00 wracamy do pokoju by się spakować.
                                W południe wraz z bagażami udajemy do recepcji, rozliczamy pobyt, zdajemy klucze i żona wraz z dzieckiem pozostają tutaj do mojego powrotu.
                                Idę po "naszego" kierowcę, który jest punktualny jak szwajcarski zegarek, co w Egipcie raczej jest rzadkością.
                                Kilkanaście sekund zajmuje nam podjechanie pod recepcję hotelu i tyle samo zapakowanie bagaży do bagażnika, uff ... teraz już spokojnie możemy wybrać się w naszą ostatnią podróż po Luksorze i Zachodnim Brzegu.

                                Pierwszym celem jest kantorek z biletami linii SuperJet, znajdujący się w już opisywanej przeze mnie obskurnej uliczce obok dworca kolejowego.
                                I tutaj pan z rozbrajającym uśmiechem informuje nas, że biletów na autobus już nie ma i następny będzie dopiero jutro. W pierwszym momencie aż zakląłem z wściekłości. Nasz kierowca również był tym faktem zaskoczony i próbuje nam pomóc dyskutując ze sprzedawcą biletów. Okazuje się, że nic się nie da zrobić.
                                No prawie nic, bo informuje nas, że obok znajduje się "biuro" Upper Egypt, sławetnej linii, którą tutaj przyjechaliśmy. Ciężka cholera, przecież nie będziemy się tłuc ponownie takim gruchotem, który wyciska z człowieka siódme poty?
                                Jak niepyszni udajemy się do wskazanego biura. Kantorek z biletami Upper Egypt znajdyuje się zaledwie jakieś 20m od SuperJeta, na tej samej uliczce. Tak samo odrapany jak ten konkurencji, malowany chyba tylko raz, gdy budynek został oddany do użytku, więc jakieś kilkadziesiąt lat temu. Gość zasiadający dumnie na tak samo starym jak biuro krześle, za odrapanym biurkiem, poinformował nas, że przejazd do Hurghady linią Upper Egypt jest w tym dniu o jakieś pół godziny wcześniej niż konkurencyjnymi liniami, cena jest o 5LE niższa i wynosi 45 LE (w poprzednim odcinku podałem błędnie cenę biletu linii SuperJet na 45, a nie jak wynosi faktycznie - 50LE), zaś same bilety kupuje się w kantorku, a nie u kierowcy, jak to było w Hurghadzie.
                                Co najważniejsze, zapewniał nas, że autobus jest bardzo nowoczesny i posiada klimę. Kilka razy się nawet upewnialiśmy, czy przypadkiem źle go nie zrozumieliśmy, ale uparcie powtarzał, że autobus jest "the best", na co choćby wskazuje cena biletu. OK, w takim razie kupujemy i ruszamy "na podbój Zachodniego Brzegu".

                                Droga na Zachodni Brzeg wiedzie przez "Most Przyjaźni Egipsko-Radzieckiej" znajdujący się na południowym krańcu miasta. Wkrótce już chyba ten most zniknie z powierzchni ziemi (jak i Związek Radziecki) gdyż wokół niego po luksorskiej stronie trwają bardzo zaawansowane prace przy budowie estakady oraz nowego mostu. Widać, że prace prowadzone są z iście zachodnim rozmachem.
                                Po drugiej stronie Nilu jednak nic się nie dzieje, więc trochę to potrwa zanim przejedziemy się na drugą stronę nowym mostem.
                                Wjeżdżamy na Zachodni Brzeg, który jest tak bardzo odmienny od strony luksorskiej. Tam miasto tętniące życiem, tutaj zaś wsie i pola uprawne, poprzecinane kanałami. Bardzo mało hoteli (można by je tutaj policzyć na palcach jednej ręki).

                                Docieramy do Pomników Memnona. Anisia nieco zaspana przygląda się im z niewielkim zainteresowaniem. Kilka zwyczajowych fotek i wracamy do auta.
                                Och dobrze, że jest klimatyzowane, bo z każdą chwilą upewniamy się, że jest to najgorętszy dzień naszego tutaj pobytu.
                                Dojeżdżamy do kas. Pamiętamy je z poprzednich naszych 2 tripów i w tym temacie nic się nie zmieniło, no może poza cenami biletów, ale przez ostatnie 6 lat wszystko w Egipcie zdrożało, Choćby benzyna o 100%, więc i na podwyżkę biletów byliśmy przygotowani.
                                Na początek bierzemy bilety do 2 obiektów. To jest wyprawa, w której musimy mierzyć siły pod naszą pociechę, więc nie ma co szarżować. Jeśli wszystko będzie OK, to zawsze można dokupić. Jeśli zaś małej nie będzie się chciało dalej zwiedzać, to możemy sobie to odpuścić. Zabytki tego kraju stały tysiące lat, więc jeszcze trochę postoją i można będzie kiedyś do nich wrócić.
                                Nasz wybór pada na Madinat Habu i Ramesseum. Doliny sobie odpuszczamy, ponieważ w lecie jest tam istne piekło, spowodowane nagrzewaniem się skał i całkowitym brakiem cienia. Świątynia Hatszepsut prawdę mówiąc nie zrobiła na nas wielkiego wrażenia i przypominała z oddali nieco swoją konstrukcją spory dworzec autobusowy. Ale o gustach się nie dyskutuje.

                                Madinat Habu wspominaliśmy z rozrzewnieniem, no i tłumów tutaj się nie ma co spodziewać. I dobrze.
                                Od kas biletowych Zach. Brzegu do Madinat Habu jest niecały kilometr, więc w kilka minut kierowca zajeżdża pod świątynię. Umawiamy się, że zaparkuje w cieniu i ze sprzętem foto (i nieodzownym plecaczkiem z napojami) ruszamy w mury świątynne. Anisia pod wielkim wrażeniem. Przed wyjazdem oglądała bajkę "Książę Egiptu" i zapewne kojarzy sceny z bajki z tą świątynią. Wszędzie jej pełno, musi zajrzeć w każdy zakamarek. Spędzamy tutaj prawie godzinę, Zwiedzających nie więcej niż 20 osób, tubylcy w postaci pracowników niezbyt natrętni. Robię ze 100 zdjęć, potem opowiadam córce nieco historię tego miejsca, a następnie na jej prośbę, trochę bawię się z nią w chowanego w murach tego szacownego obiektu.
                                Wracamy do samochodu. Obok niego nasz kierowca rozłożył sobie tekturę po jakimś pudle i śpi na tym prowizorycznym posłaniu. Zdziwiło mnie to nieco,bo przecież samochód ma klimatyzację, więc spokojnie by sobie mógł pokimać w naprawdę przyjemnych warunkach w środku.
                                Ale cóż, jego sprawa.
                                Ruszamy dalej. Mijamy rozwidlenie dróg do Doliny Królowych. Tutaj już naszym oczom ukazuje się z lewej strony zbocze góry poprzetykane grobowcami Dostojników. To Old Qurna, wieś którą Egipcjanie wybudowali setki lat temu w tym miejscu, nawet nie zdając sobie sprawy, że stoi ona na bezcennych dla historii i archeologii podziemnych grobowcach.
                                Dopiero zainteresowanie się tym rejonem przez archeologów zwróciło ich uwagę na co jakiś czas przez przypadek wykopywanych znaleziskach. Mało tego, niektórzy mieszkańcy, podczas budowy fundamentów trafiali na dziwne podziemne korytarze i w iście amatorski sposób odkopując je ze zgromadzonego tam piasku, trafiali na naprawdę cenne przedmioty. A, że był to dla nich "dar od Allacha", więc nie informując o tym władz, sprzedawali znalezione rzeczy potajemnie odwiedzającym te rejony turystom z Europy.
                                Władze próbowały przez wiele lat ukrócić ten proceder, ale jak to zrobić, gdy grobowce posiadają wejścia "w piwnicy Twojego domu"? Więc wydano rozporządzenie samego prezydenta, nakazujące wysiedlenie wszystkich mieszkańców w nowy rejon i wyburzenie wsi Old Qurna (wtedy jeszcze Qurna). Na potrzeby tej akcji państwo na własny koszt, wybudowało domy na północ na przeciw Karnaku. Niestety protesty mieszkańców i zapewne również Imamów, bo jak to zwykle bywa w tych krajach, bez wiedzy i aprobaty przywódców religijnych nic się nie dzieje.
                                Rząd na pewien czas odstąpił od wysiedleń, ale w tym roku 2010 widzi się, że władze postawiły na swoim i poza kilkoma przydrożnymi budynkami, wszystkie pozostałe jak po przejściu tsunami, po prostu znikły z powierzchni ziemi. Zaś na ich miejscach powstało masę nowych stanowisk archeologicznych, które w lecie nie są wykorzystywane.
                                Prace archeologiczne zazwyczaj prowadzi się tutaj zimą, gdy pogoda przypomina nasze polskie lato.

                                Już podczas naszego poprzedniego pobytu na własną rękę widzieliśmy kilka Grobowców Dostojników w Old Qurnie, ale teraz na pewno jest ich do obejrzenia zdecydowanie więcej. Cóż, ze względu na córkę nie mamy w planie ich oglądania - za gorąco by wchodzić do nich do środka.
                                • pc_maniac Ostatnie godziny w Luksorze, powrót 12.09.10, 17:25
                                  OSTATNIE GODZINY W LUKSORZE, POWRÓT

                                  Na przeciw wzgórza upstrzonego grobowcami Dostojników, po drugiej stronie ulicy, znajduje się Ramesseum i to jest nasz kolejny cel. Zwiedzających prawie nie ma, nie wiem czy na palcach jednej ręki można zliczyć turystów. Trochę bardziej upierdliwi pracownicy starają się nam towarzyszyć, próbując w bardzo nędznej angielszczyźnie tłumaczyć nam jakieś fakty związane z tym miejscem. Po stanowczym "la, shukran" dają nam spokój i już bez skrępowania chodzimy po Ramesseum podziwiając jakie to leniwa rzeka (Nil) potrafiła dokonać spustoszeń w jednym z obiektów sakralnych wybudowanych przez Ramzesa Wielkiego, by "na wieki zaświadczał o jego potędze". Nie przewidział biedak, że jednak to nie faraon, a właśnie Nil jest w tym kraju panem życia i śmierci.
                                  Dzisiaj również! Gdyby nie ta życiodajna rzeka nawet w Hurghadzie nie mielibyśmy bieżącej wody, która setki kilometrów, rurociągami i strzeżonymi po drodze przepompowniami (uznawanymi jako obiekty militarne) trafia do hotelowych umywalek czy toalet.

                                  Znajdował się tutaj ponoć największy pomnik Ramzesa Wielkiego. Niestety wylewy Nilu podmyły świątynię i pomnik, który w pewnym momencie runął roztrzaskując się na kawałki. Obecnie możemy podziwiać jedynie jego rozrzucone wokół fragmenty.
                                  O pomniku i jego losie opowiada wiersz „Ozymandias” (tak zwali Ramzesa II grecy) Percy Bysshe Shelley.

                                  Niestety upał jaki w tym dniu sprawiła nam pogoda jest tak potworny, że nasze „zwiedzanie” ograniczamy do minimum i szybkim krokiem, robiąc wszędzie pamiątkowe zdjęcia, po pół godzinie kierujemy się z powrotem.
                                  Musimy mieć na względzie siły i możliwości naszego najmłodszego podróżnika.

                                  Kierowca niestety nie znalazł tutaj ani skrawka cienia, więc samochód (jak to w Egipcie często bywa) pozostawił z włączonym silnikiem i dzięki temu działającą klimatyzacją. Wsiadamy do przyjemnie chłodnej kabiny i ruszamy w kierunku Świątyni Hatszepsut.
                                  Nie mamy w planach łażenia po niej, ale będąc tutaj możemy chociaż z pewnej odległości pokazać ją córce i cyknąć kilka fotek teleobiektywem.

                                  Teraz przychodzi czas na decyzję co dalej. Pytamy się malucha, czy chce jeszcze gdzieś pojechać i pozwiedzać, czy ma już dość. Niestety upał dał się we znaki nawet córce i podejmuje jednoosobowo decyzję, że wracamy do Luksoru.
                                  Po drodze mijamy Świątynię Seti I i skręcamy w drogę przecinającą pola uprawne.

                                  Kierowca pokazuje nam ptaki stojące wśród łanów rosnącego zboża. To nasze kochane bociany! Trochę jesteśmy zdziwieni, że jeszcze lato w pełni, a bociany już w Egipcie, zamiast wcinać polskie żaby. Rozmawiamy o nich z kierowcą, mówimy mu, że bardzo dobrze znamy te ptaki, bo lato spędzają w zasadzie w naszym kraju, że utarło się w Polsce, że bocian przynosi szczęście gospodarstwu, na którym buduje gniazdo. Zapytałem swoim zwyczajem jak się ten ptak nazywa po arabsku - "Ocia", odpowiedział mi rozmówca. Hm, jaja sobie robi, czy może od jakiegoś innego Polaka nauczył się nazwy, tylko ją nieco skrócił? Nie, zastrzega się, że tak naprawdę się nazywa. Ciekawe, czy to my zapożyczyliśmy nazwę od nich, czy Arabowie od nas?

                                  Przystajemy na chwilkę by sfotografować te leniwe (bo nie chciało im się lecieć do Polski) ptaszyska, a nuż rozpoznamy któregoś w kraju w przyszłym roku?

                                  Przejeżdżamy przez most dość mimo wszystko krótkotrwałej „Przyjaźni Egipsko-Radzieckiej” i kierujemy się „zwiedzić” kolejny obiekt na naszej trasie, w postaci McDonalda :D

                                  Tutaj postanawiamy w klimatyzowanym lokalu „przepękać” nieco czasu aż do odjazdu. Czyli jakieś 1,5 godziny. Objadając się MacFishami, lodami, popijając sokiem, próbuję za pomocą laptopa zalogować się do sieci. Niestety McDonald w Luksorze ma założone hasło, a szczerze mówiąc nie mam ochoty wypytywać personel, jakich należy dokonać formalności by zalogować się do sieci. Więc chowam lapka i racząc się zimnymi napojami, podziwiam przez okno widoki z McDonalda. A jest co podziwiać, gdyż za jego wielkim oknem rozpościera się odwiedzona przez nas 2 dni temu Świątynia Luksorska, a za nią wolno płynący Nil.

                                  Przychodzi czas na opuszczenie lokalu i udanie się na „dworzec autobusowy”. Mamy stąd blisko, bo nie więcej niż 500m. Tutaj upewniamy się czy autobus nie jest odwołany i gdzie będzie parkował. Ja postanawiam uzupełnić uszczuplone naszą wyprawą na Zachodni Brzeg, zapasy napojów. Wchodzę do sklepiku położonego przy dworcu kolejowym. Sklep po brzegi zawalony artykułami spożywczymi, aż trudno się po nim w ogóle poruszać. Sprzedawczyni, młoda dziewczyna, jakieś 18-20 lat, nie ma przykrytych chustką włosów wskazuje, że może być Koptyjką, a nie Muzułmanką.

                                  Pytam ile kosztuje duża Cola, na co otrzymuję odpowiedź „hamsa Gini”(czyli 5 LE). O kurcze toż to naprawdę dobra cena i gdybym próbował się jeszcze o nią targować wyszedłbym na idiotę. Mile zaskoczony kupuję cały plecak różnych napojów, szczególnie soków, które niestety w porównaniu z produktami polskimi nie są szczególnie smaczne, bo strasznie przesłodzone, ale za to bardzo gęste i zapewne pożywne.

                                  Objuczony jak wielbłąd powracam na przystanek do żony i dziecka. Małżonka postanowiła z bagażami przeczekać na przyjazd autobusu w pobliżu stojącego nieopodal policjanta.

                                  Kilka metrów od nas siedzą na zdezelowanych krzesełkach staruszkowie zajęci rozmową. Po uliczce spaceruje coraz więcej mieszczuchów, bo godzina już wieczorowa. Zapalamy papierosa i próbujemy poczęstować policjanta, który grzecznie odmawia. Mówię mu, że już po zmierzchu i nie musi się już ograniczać. Śmieje się, że on nie musi się wcale ograniczać, bo jest Koptem, ale nie pali, co w Egipcie jest równie rzadkością jak pracujące kobiety (choć kobiet pracujących w Luksorze spotkacie dużo więcej niż w Hurghadzie.
                                  Rozpoczynamy ze stróżem prawa pogawędkę, z której dowiadujemy się, że choć Koptowie nie obchodzą świąt Muzułmańskich, to jednak w Ramadan również nie spożywają jedzenia i napojów za dnia. Może by się nie wyróżniać? Nie dopytuję się.

                                  Dziadkowie chętnie przyjmują papierosy, ni w ząb nie rozumieją angielskiego, nawet pojedynczych słów, więc policjant, który jest z nimi w zażyłych stosunkach robi za tłumacza. I tam przy pogawędce czas szybciej nam mija. Duże wrażenie robią na nich nawilżane chusteczki higieniczne, jakich używamy by nieco złagodzić skutki upału. Jedną otrzymuje przechodzący obok nas przełożony policjanta, zmieniający posterunki policji. Po jej użyciu skrzętnie ją składa. Może na później? :D

                                  Na klepisku, na końcu ulicy zjawiają się 2 autobusy. Jeden linii Super Jet, drugi nasz – Upper Egypt. Odetchnęliśmy z ulgą. Faktycznie autobus porządny, z szybą panoramiczną kierowcy. Widać już gołym okiem, że warunki podróży będą o niebo lepsze niż nasza poprzednia droga.
                                  Powoli schodzą się również inni turyści z Europy.
                                  Odjazd nieco się opóźnia, ale 15 minut w warunkach Egiptu jest do przyjęcia i kierowca wpuszcza pasażerów do środka.

                                  Trochę zamieszania powodują bilety, które posiadamy. Jak byk jest na nich (choć po arabsku), że mamy miejsca 5, 6 i 7, jednak z uporem maniaka pomocnik kierowcy twierdzi, że mamy numery 15, 16, 17. A niech mu będzie, nie będę się o taki drobiazg kłócił.

                                  Siadamy z tyłu żeby było śmieszniej wcale nie na numerach, które twierdził pomocnik. Ale jemu też wszystko jedno, byle przód mieć dla podróżujących na krótszych odcinkach.
                                  Autobus posiada nie tylko klimatyzację, ale nawet wyświetlacz temperatury we wnętrzu, podaje temp. klimy – 18 st., po 6 telewizorów z każdej strony, które na szczęście są wyłączone.

                                  Po „zapakowaniu” się pozostałych podróżnych ruszamy w drogę powrotną. Zdjęć się nie da robić, bo za oknem ciemno. Po drugiej stronie przejścia siedzi tubylec, który cały czas raczy się zmrożonym w plastikowej butelce napojem. Robi to co 5 minut, wcześniej zgniatając butelkę w celu rozkruszenia znajdującego się w niej lodu. Przy czym butelka wydaje takie chroboty, że o spaniu nie może być mo
                                  • pc_maniac Powrót c.d. 12.09.10, 17:27
                                    POWRÓT C.D.

                                    Mijamy jakieś miasteczko, na którego ulicach królują „tuk-tuki”(motorki trzykołowe z budą z tyłu na 2 pasażerów, bardzo popularne w Azji). Szkoda, że zbyt ciemno by robić zdjęcia. Szczerze mówiąc to pierwszy raz widzę taką ilość „tuk-tuków” w Egipcie.
                                    Podczas postoju w Qenie na początku autobusu dochodzi do ostrej wymiany zdań pomiędzy dwójką turystów i kierowcą. Turystami okazuje się młode małżeństwo z Portugalii. Kierowca prosi ich o zmianę miejsc w pojeździe, gdyż mają inne numery na biletach. Portugalczycy zmieniają miejsca na te wskazane przez kierowcę, by za kilka minut ponownie zostać wyproszeni z nich. To już trochę ich wkurzyło i stąd ta ostrzejsza wymiana zdań.
                                    Na przydrożnym postoju rozmawiamy z nimi nieco. Od kilku lat podróżują po świecie na własną rękę. Zwiedzili tak Indie, Koreę, Tajlandię, Malezję, kraje północnej Afryki, jednak mówią, że mentalność Egipcjan ich drażni i zdecydowanie wolą podróże po innych krajach. Trochę dzielimy się nawzajem wrażeniami z naszych wypraw, wypytujemy o ceny i sposoby podróży po krajach dalekiego wschodu. Są pełni podziwu, że zdecydowaliśmy się wybrać tutaj z 5 letnią córką.

                                    Po 20to minutowym postoju przy obskurnej „restauracji” wracamy do pojazdu. Mija połowa drogi i postanawiam się przespać. Niestety, kierowca ma wobec nas inne plany i decyduje się umilić nam podróż egipskim melodramatem, puszczając na cały regulator w telewizorach porozwieszanych w autobusie. No cóż, spać się w takich warunkach nie da.

                                    Film beznadziejny. Nakręcony w epoce próby budowania socrealizmu w Egipcie, z widocznymi wpływami Sowieckiej kinematografii. Masę scen miłosnych, wyzwolonych kobiet i pijaństwa. Ma on tyle wspólnego z obecnym Egiptem co Disneyland.
                                    Nie mam pojęcia, co kieruje właścicielami linii Upper Egypt, by ich klientów uszczęśliwiać takimi szmirami. Ani to dla tubylców, ani ze względu na barierę językowa, dla turystów. Ale spać się przy tym nie da.
                                    Więc chcąc, nie chcąc oglądam to „arcydzieło kinematografii egipskiej” do końca, a włączenie go zostało tak wyliczone, że skończył się na rogatkach Hurghady.

                                    Teraz już tylko złapanie taksówki i do hotelu odpocząć.
                                    Jest około pierwszej w nocy, więc droga powrotna zajęła nam sporo mniej czasu niż ta do Luksoru. Kilka taksówek stoi obok dworca autobusowego. Podchodzimy do pierwszej lepszej.
                                    Od razu zgadza się na 15LE za kurs do Magawish. Trochę mnie to martwi. Nie targuje się, więc coś knuje. A może ja jestem przewrażliwiony?
                                    Ruszamy. Siedzę z przodu, a przede mną miga chyba taksometr, na którym co chwilę zmieniają się cyferki. Do tej pory, gdy jeździliśmy taksówkami, taksometrów w ogóle nie było, lub były skrzętnie ukryte pod jakimiś makatkami. Kiedy już na liczniku jest 340 zaczynam się martwić, czy przypadkiem tyle funtów, ile wyświetla taksometr każe nam zapłacić. I będzie awantura.
                                    Więc pytam się co to za licznik. Potwierdza, że to taksometr. Wypytuję się ile wskazuje, na co kierowca rozwiewa moje obawy, że wskazania są według piastrów, a nie funtów.

                                    Uff, odetchnąłem. Za to przy okazji dzięki temu urządzeniu dowiaduję się o prawdziwy koszt dojazdu do Magawish z Daharu – to zaledwie ok. 7LE.

                                    Po podwiezieniu nas pod recepcję hotelu, bez żadnych płaczy ze strony kierowcy, płacimy ustalone wcześniej 15LE (no jednak są wśród nich normalni :D. Po odebraniu elektronicznego klucza do pokoju udajemy się na zasłużony spoczynek.

                                    --
                                    Egipt na własną rękę - wspomnienia w odcinkach (2004)

                                    Moje fotoalbumy z Egiptu:
                                    Egipt na własną rękę cz.1
                                      • pc_maniac Re: Powrót c.d. 15.09.10, 13:37
                                        janan2 napisał:

                                        > Tak właściwie,nie doczytałem.Lub umknęło.Ile dni byliście?Chyba że jeszcze coś
                                        > będzie z opisu.

                                        Sprecyzuj - w Luksorze, czy w Egipcie?

                                        --
                                        Egipt na własną rękę - wspomnienia w odcinkach (2004)

                                        Moje fotoalbumy z Egiptu:
                                        Egipt na własną rękę cz.1
        • egiptosek Re: Pierwsza wyprawa do Sakkali 07.09.10, 10:27
          nooo nareszcie znalazłeś chwilke , bo już myślałem że o nas zapomniałeś :)
          i nie doczekamy się twojej relacji !!!
          warto było poczekać
          czyta się super więc czekam na cd.
          pozdrówka

          --
          ============================================
          moje wspomnienia z egiptu :
          forum.gazeta.pl/forum/w,622,108239471,108239471,Wspomnienia_2010_styczen.html
      • pc_maniac Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 07.09.10, 21:32
        kkjp napisała:

        > Witam!
        > Jak zawsze czyta się Twoje wspomnienia jak ciekawą książkę. Czekam na ciąg dals
        > zy. Pozdrawiam

        Bez przesady. Te moje gryzmoły nie da się porównać do książek. Piszę je ponieważ może między wierszami trafi się jakaś przydatna dla innych informacja. No i może uda się przekonać większe gronu Polaków, że Egipt nie jest taki straszny jak go malują i spokojnie można podróżować po nim na własną rękę, NAWET z 5 letnim brzdącem.
        --
        Moje fotoalbumy z Egiptu:
        Egipt na własną rękę cz.1
        Egipt na własną rękę cz.2
        • taliaq Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 07.09.10, 22:26
          Po prostu skarbnica super przydatnych informacji do podróżowania po Egiptowie, brawo :)
          Mam małe pytanko do autora: o której odjeżdżał ten autobus z Hurghady do Luxoru, bo też marzy mi się taki wypad? Czy sama kobita może wybrać się takim autobusikiem w miarę bezpiecznie? I jak się dostać z dworca autobusowego do centrum Luxoru, jeśli się nie spotka takiej super pasażerki, jak Wyście mieli, która pomogła w tej kwestii?
          • imonate Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 07.09.10, 23:36
            Ten autobus powinien wyruszać z Luxoru o 10,30. Napisałam "powinien" bo może być opóźniony. Przez Hurghadę tylko przejeżdża, tak jak i przez Luksor - mknie do Asuanu. Osobiście nie polecam tego autobusu, jest to hard core ;p chociaż da się przeżyć.
            Do Luksoru z pewnością znajdziesz autobusy ciut droższe, ale o wysokim standardzie. Mam wrażenie, że takie puszczają nocną porą. Najlepiej udać się dzień wcześniej na dworzec i wypytać dokładnie i najlepiej u dwóch kasjerów, żeby mieć pewność. Koło kas siedzi człowieczek, z pewnością Cię zaczepi, próbuje już od wieeeelu lat wciskać turystom luksorskie, kairskie hotele, w zależności gdzie kto się wybiera. Ja go pamiętam jak styczniu 2004r. siedział w tym samym miejscu :D Nie należy się go bać, nie jest w jakiś szczególny sposób natrętny. Oprócz bileterów jego też możesz się o autobus wypytać.
            My tak zrobiliśmy dopiero w Luksorze jak wracaliśmy (mądry Polak po szkodzie hihi) ale o szczegółach naszego powrotu napisze pc_m w następnych odcinkach.
        • imka.allegro Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 07.09.10, 22:27
          > Piszę je ponieważ może między wierszami trafi się jakaś przydatna dla innych informacja.

          Ależ oczywiście!
          Mnie na przykład zainteresowały ceny busika i taksówek na trasie Magawish - Sakkala. I wyszło mi, że jednak za taksówkę z Daharu do Sunrise Select Garden Beach aż tak strasznie nie przepłaciłam ;)
          Podawaj takie ceny, podawaj. Nie znając skali ciężko się 'samodzielnym nowicjuszom' poruszać pierwszy raz. A jak się już wie choćby o tych 15 LE z Sakkali do Magawish, to już jest łatwiej 'wycenić' samemu wartość podobnej usługi :)

          Jak rezerwowałeś hotel w Luksorze? Bezpośrednio na stronie hotelu, booking.com czy jakiś inny serwis?
          • imonate Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 07.09.10, 23:17
            > Jak rezerwowałeś hotel w Luksorze? Bezpośrednio na stronie hotelu, booking.com
            > czy jakiś inny serwis?

            Pozwól, że to ja odpowiem Ci na pytanie, ponieważ tą częścią "rozrywkową" zajęłam się ja ;)

            Na kilka dni przed wylotem rozpoczęłam poszukiwania. Zależało mi na hotelu z basenem w jakieś cichej okolicy i trafiło na ten Sofitel Karnak Luxor. Zarezerwowałam go przez stronę ehotel.com (padło na tą stronę, bo poza Visą i Master Card honorowali karty Diners Club). Za noc płaciliśmy 50Eur. Sądzę, że to rozsądna cen za ten hotel.
        • singielka33 Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 07.09.10, 22:44
          dzięki za super relacje:) ja w piątek wylatuje do Egiptu -Rejs po Nilu + pobyt w Hurghadzie. Jadę pierwszy raz więc cenne uwagi się przydadzą a też sporo się dowiedziałam z relacji osób które już tam były - uważam, że to świetna sprawa dzielenie się swoimi wrażeniami, obserwacjami i uwagami. Mam pytanie o walute bo biore dolary i nie planuje rozmieniać na lotnisku - czy dobrze? wiadomo że bakszysz to w dolarach bo też chętnie przyjmą ale np na Suku (jak dobrze pamietam nazwe - bazarku) zapłace dolarami? Od Luksoru zaczynam swoja przygodę wiec liczze ze wystarczy czasu na odwiedzenie rynku.
          pozdrawiam
          • pc_maniac Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 08.09.10, 00:16
            Moim skromnym zdaniem powinnaś wymienić chociaż trochę $ na LE na lotnisku. Są tam kantory banków egipskich, więc oszukana nie będziesz. Poza tym zorientujesz się w aktualnym kursie. A i na pamiątki czy przejazdy busikami czy taksówkami będziesz miała nieco ichniejszej waluty. Nie polecam za taksówki płacić dolarami, bo orżną Cię na bank.
            --
            Moje fotoalbumy z Egiptu:
            Egipt na własną rękę cz.1
            Egipt na własną rękę cz.2
            • imonate Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 08.09.10, 00:33
              pc_maniac napisał:

              > Moim skromnym zdaniem powinnaś wymienić chociaż trochę $ na LE na lotnisku. Są
              > tam kantory banków egipskich, więc oszukana nie będziesz. Poza tym zorientujesz
              > się w aktualnym kursie. A i na pamiątki czy przejazdy busikami czy taksówkami
              > będziesz miała nieco ichniejszej waluty. Nie polecam za taksówki płacić dolaram
              > i, bo orżną Cię na bank.

              Ja napiszę tak ;p mogą nawet nie chcieć oszukać, ale ja jakoś wolę zapłacić 5LE niż one dolar, za busa za jedna osobę zapłacić 1-2 LE, a to też mniej niż 1$. Z dolara czy dwóch na wydanie reszty w LE nie ma co liczyć, chyba że trafi się jakiś wyjątkowo uczciwy Egipcjanin. A tak to i owszem, Egipcjanie lubią dolary i euro, więc odmowa w przyjęciu zapłaty w tej walucie nie powinna grozić. My wymieniliśmy na lotnisku naprawdę nie dużo dolarów, ot tak, byle starczyło na początek, właśnie głównie na przejazdy. Wymieniliśmy przy okazji, kupując wizy.
        • egiptosek Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 08.09.10, 07:49
          pc_maniac napisał:


          > Bez przesady. Te moje gryzmoły nie da się porównać do książek. Piszę je poniewa
          > ż może między wierszami trafi się jakaś przydatna dla innych informacja. No i m
          > oże uda się przekonać większe gronu Polaków, że Egipt nie jest taki straszny ja
          > k go malują i spokojnie można podróżować po nim na własną rękę, NAWET z 5 letni
          > m brzdącem.


          -- też uważam że w wspomnieniach pomijając to że fajnie się je czyta są zawsze zawarte informacje które przydadzą się innym , więc warto je pisać i czytać
          i nie zrażaj się jak znowu ktoś się doczepi do jakiegoś szczegółu pisz dalej , w końcu nie ma na świecie ludzi nieomylnych i każdy popełnia błędy a nie mylą się tylko ci co nic nie robią
          pozdrawiam

          ============================================
          moje wspomnienia z egiptu :
          forum.gazeta.pl/forum/w,622,108239471,108239471,Wspomnienia_2010_styczen.html
          • kkjp Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 08.09.10, 08:35
            Witam!
            Nie ma przesady - lekkość 'pióra' to dar, trzeba się nim dzielić. Popieram Egiptoska - nie zrażać się byle czym a pisać dalej. Na samotną wyprawę nigdy się pewnie nie wybiorę, choćby ze względu na nieznajomość języka ang. (choć można temu zaradzić :D ) oraz braku odwagi do samotnych podróży. Cóż, zawsze jednak mogę poczytać wspomnienia na forum. Pozdrawiam

            www.afn.pl
            • singielka33 Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 09.09.10, 09:42
              dziękuję, to wymienie troszke USD na LE, i jeszcze pytania mam inne: najpierw mam rejs po nilu a potem jestem w hurghadzie - i będe chciała wykupić wycieczkę do kairu - jakieś sprawdzone namiary/nazwe biura ktoś może ma? - wiem, że pojawiały się tu linki do np do Soni ale jeżeli ktoś był juz nie raz to też wie, które z nich ma najniższe ceny bo o to mi chodzi.
              dziekuję; druga sprawa jak z dostępem do bankomatów-? i jak prowizje? (millenium - może ktoś akuratnie ma) rozumiem, iż bankomaty wydają w ich walucie tak?, i kolejna cena sms-wczoraj będąc w orange usłyszałam cene 0,60 a koleżanka 1.50 tak samo połaczenia ja 4.20 i 2 zł osoba odbierając a koleżanka 6 zł; nie rozumiem skąd różnice - wiec jak ktoś korzystał i wie jak to na serio wygląda będę wdzięczna:):)
              dziekuje:)
              • pc_maniac Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 09.09.10, 09:55
                Widzisz, ja w Kairze na zorganizowanej wycieczce byłem ładnych parę lat temu. Nawet nie wiem czy to biuro jeszcze istnieje. Po drugie zaś nie interesowałem się tematyką zorganizowanych wycieczek. Praktycznie to co na nich pokazują już widziałem i obecnie jestem na etapie włóczenia się po tym kraju na własną rękę, i wybierania sobie miejsc, do których wycieczki nie docierają.
                Wiec w tym temacie najlepiej jak zasięgniesz informacji od innych forumowiczów, którzy są w tych sprawach na bieżąco.
                --
                Moje fotoalbumy z Egiptu:
                Egipt na własną rękę cz.1
                Egipt na własną rękę cz.2
                • janan2 Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 09.09.10, 10:25
                  Przeczytałem.Jestem pod wrażeniem.Po pierwsze; odwagi w podróżach z maluchem w tym kraju akurat.Po drugie,jakby pewien niedosyt i wyprawa nie dokończona.Brakuje mi dolin,obu,mimo że byłeś bliziutko,pytanie o te "wykopki" koło Karnaku.To ten wielki plac postojowy,przed, nie istnieje?Więcej nie będę się narzucał,bo mam zdolność przyciągania jakoś telepatycznie, niechcianego.Tu akurat było by to mało wskazane.
                  • pc_maniac Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 09.09.10, 10:34
                    Zachodni Brzeg będzie. Bo... relacja jest jeszcze nie dokończona.
                    Erratę dałem dla tego, że uważałem iż mogłem czytelników niechcący wprowadzić w błąd, choćby w kwestii cen.

                    W następnym odcinku będzie Zach. Brzeg.

                    Jeśli pamiętasz Świątynię Luksorską sprzed kilku laty, to na północy, już poza ogrodzeniem znajdowała się remiza strażacka, a przed nią był plac, gdzie zatrzymywały się autobusy do Asuanu i Hurghady. Ani remizy, ani placu już nie ma. Więc i krańcówki autobusowej tamże nie ma.
                    Plac postojowy przed Karnakiem nadal istnieje. Jakoś nie pamiętam jak z Karnaku szła ta Aleja Sfinksów, ale "wykopki idą w stronę Świątyni w Karnaku wo 90 stopni do wejścia.
                    Z resztą zwróć uwagę, że Plac parkingowy przed Karnakiem skierowany jest (tak jak i wejście) w stronę Nilu. Zaś Aleja Sfinksów wiedzie mniej więcej równolegle do Nilu.
                    --
                    Moje fotoalbumy z Egiptu:
                    Egipt na własną rękę cz.1
                    Egipt na własną rękę cz.2
                    • pc_maniac Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 09.09.10, 10:38
                      Ach, przepraszam, nie doczytałem za pierwszym razem. Dolin (królów i rodzin królewskich- zwanej Doliną Królowych) nie odwiedzaliśmy. To naprawdę miejsce hardcore w takie upały, na jakie tam trafiliśmy. Może szkoda, bo małej by się pewnie grobowce podobały. Choć świątynie również zrobiły na niej wrażenie.

                      Zapewne powtórzymy jeszcze wyprawę na własną rękę w nieco chłodniejszym miesiącu, bo chciałbym odwiedzić ponownie Asuan. Ale również marzy mi się Port Said, Aleksandria i El-Alamein.
                      --
                      Moje fotoalbumy z Egiptu:
                      Egipt na własną rękę cz.1
                      Egipt na własną rękę cz.2
                      • janan2 Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 09.09.10, 10:58
                        Wiem.Byłem w lipcu.Ale fotki malucha na tej"rampie" przynajmniej w Dolinie Królowej z widokiem na świątynię to...niezastąpione ujęcie!W tym wieku!!!. Dla dziecka,które kiedyś dorośnie.Trzeba było.Będą kiedyś o to pretensja,jak zrozumie.Wiem to po sobie.Ale sam dobrze wiedziałeś co robisz.Czekam na dalszą część.Miło powspominać no i jakoś zaraz ...qrna..., tak "ciągnie".Eeeech.Na dziś zazdroszczę mimo przygód i piekarnika w hotelu.Jakie to piękne.A po pewnym czasie,nawet to na co się tam klęło jest odbierane jako przygoda.Czasami humorystyczna,mimo że nie było ochoty nieraz oddychać lub język,gardło czy usta drewniane.Gratuluję opisu.
                • greenbabe Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 30.09.10, 16:03
                  Witam,
                  byłam w egipcie wtym roku, bardzo mi sie podobało i zamierzam tam wrócić ale z trochę inną organizacją. Byłam w sharmie i planuję jechac do hurgady. Mowiąc o organizacji mam namyśli ziwedzanie. Strasznie nie podobał mi sie pospiech w kairze. Do tego planuję jechać tym razem do luxoru. Chciałabym to zrobic "samodzielnie".
                  Szukam dobrego przewodnika najlepiej z obrazkami. Slyszałam ze Wiedzi i życie są soyć ladnie zrobione i zilustroane www.travelco.pl/Przewodnik_Wiedzy_i_Zycia_Egipt_9788375756487-312.html. Może mi ktoś coś podpowiedzieć?
                  pozdrawiam
                  • pc_maniac Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 30.09.10, 21:38
                    greenbabe napisała:
                    ...
                    > Szukam dobrego przewodnika najlepiej z obrazkami. Slyszałam ze Wiedzi i życie są soyć
                    >ladnie zrobione i zilustroane
                    el="nofollow">www.travelco.pl/Przewodnik_Wiedzy_i_Zycia_Egipt_9788375756487-312.html. Może mi ktoś coś podpowiedzieć?

                    Jeśli chodzi o przewodnik przydatny do zwiedzania,to z czystym sercem mogę polecić "EGIPT" National Geographic. Jest on niezbyt przydatny pod kątem opisu baz hotelowych, ale dzięki niemu naprawdę świetnie można opracować trasy i marszruty związane z odwiedzanymi zabytkami. Posiada on także obszerne ich opisy. Dzięki niemu zwiedziliśmy praktycznie wszystkie zabytkowe obiekty w Luxorze i na Zachodnim Brzegu (co nota bene szczegółowo opisałem we wspomnieniach:

                    Egipt na własną rękę - wspomnienia w odcinkach (2004)
    • blublus33 Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 15.09.10, 12:07
      Witam
      Zacząłem jakiś czas temu rozważać opcję wyjazdu do egiptu na własną rękę z rodziną, z Twojej opowieści widzę, że można to całkiem ciekawie zorganizować. W jaki sposób znaleźliście hotel, mieliście wcześniej zarezerwowany, czy po prostu przyjechaliście na miejsce i tam załatwiliście wszystkie formalności? Jak to cenowo wyglądało?
    • krzycho-to-ja Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 24.09.10, 11:31
      Witam.
      Gratuluję pióra.. Twoje wspomnienia czyta się jak najlepszą powieść podróżniczą :).
      Ja wybieram się ze swoją panią za tydzień do Hrughady a właściwie to do hotelu 15 km za miastem. Chciałbym prosić o opinie czy do samego miasta lepiej jechać taxi czy busikiem i jak jest z bezpieczeństwem wieczorem w mieście. Co zrobić jeśli np. kierowca będzie coraz bardziej nachalnie upominał sie o zawyżoną zapłatę.. czy warto i "bezpiecznie dla żołądka" jest wejść do jakiejś knajpki żeby spróbować prawdziwej ichniejszej kuchni..

      Pozdrawiam

      • pc_maniac Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 24.09.10, 11:57
        Ja (ale czytając wypowiedzi innych forumowiczów dochodzę do wniosku, że nie tylko ja) czuję się w Egipcie dużo bezpieczniej niż w Polsce, szczególnie wieczorami.
        Tam nie natkniesz się na bandy rozwydrzonych wyrostków w bramach, pijaków, złodziei.
        Jeśli zaś chodzi o to, że na każdym kroku będą próbowali Cię skubać z pieniędzy, to weź pod uwagę, że są to wyłącznie próby słowne i nigdy nie spotkałem się (i o takowych nie czytałem), by którekolwiek dyskusje kończyły się rękoczynami.
        Dla nich słowo "police"/"touristic police" (bo są dwie ) stanowi wystarczający powód by zacząć się bać o to by tubylca nie zapuszkowano. Choć mimo wielu naszych pobytów tylko raz musiałem użyć takiego argumentu.

        Czy jechać busikiem czy taksówką...
        Hm, to już zależy od Ciebie. Być w Egipcie i nie przejechać się z tubylcami busikiem, byłoby wielką stratą dla Twoich wspomnień z tego kraju. Jazda normalna, ale jednak jakaś taka orientalna atmosferka jednak jest i pozostaje we wspomnieniach. A jak Ci się za pierwszym razem spodoba, to i częściej będziesz korzystał z tego środka transportu. Tym bardziej, że właściciele busików tak bezczelni w próbach wyłudzania pieniędzy od turystów za przejazd, jak to próbują robić taksówkarze, jednak nie są. Ja zdecydowanie wolę nie upierdliwych kierowców busików, żona chyba też, bo przy ostatnim przejeździe taksówką, powiedziała wprost do taksiarza, że "jesteście jedną wielką mafią" (oczywiście po angielsku).
        Często są też potwornie gadatliwi i uwielbiają szpanować jacy to z nich "kozacy" na ulicach (jazda bez trzymania kierownicy rękami także się nam zdarzała). Ogólnie (choć są wyjątki) mam o Hurghadzkich taksiarzach złe mniemanie. Kierowcy busików (ci co wożą tubylców, bo są jeszcze puste busiki, polujące tylko na turystów) są małomówni i jak ustalałem przed wejściem do busa cenę, tak nigdy nikt mi jej nie próbował po dojechaniu na miejsce renegocjować. Ale nie ma się co dziwić, oni nie mają na to czasu, bo mają pełen busik innych klientów. Więc staraj się łapać nie te puste, lecz te choć częściowo zapełnione busiki.

        --
        Egipt na własną rękę - wspomnienia w odcinkach (2004)

        Moje fotoalbumy z Egiptu:
        Egipt na własną rękę cz.1
        • pc_maniac Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 24.09.10, 12:09
          > czy warto i "bezpiecznie dla żołądka" jest wejść do jakiejś knajpki żeby spróbować
          > prawdziwej ichniejszej kuchni..

          Wydaje mi się, że sama ocena wzrokowa danej knajpki, czy jest czysta czy brudna, czy kelner jest utytłany, czy schludny, widok samych dań), podpowie Ci czy z tej knajpki można spokojnie skorzystać czy też nie.
          Dość istotną sprawą jest również temp. powietrza. Jeśli jest cholernie gorąco, to np. soków wyciskanych z owoców i trzciny cukrowej w wyciskarkach stojących w nie klimatyzowanym pomieszczeniu lepiej nie pić. Bo im wyższa temperatura, tym szybciej bakterie się namnażają.
          --
          Egipt na własną rękę - wspomnienia w odcinkach (2004)

          Moje fotoalbumy z Egiptu:
          Egipt na własną rękę cz.1
          • pc_maniac Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 24.09.10, 12:16
            Moim zdaniem nie tylko warto, ale nawet powinno się pojeść nieco "na mieście". Ponieważ w hotelach, jak sam się przekonasz, ta serwowana kuchnia jest jakaś taka nijaka. Wydaje mi się, że oszczędzają na wszystkich przyprawach włącznie z solą, dochodząc do wniosku, że potrawy każdy sam sobie doprawi przy stole.

            Sama zaś kuchnia egipska słynie właśnie z przypraw, ale w hotelach jej nie skosztujecie, bo potrawy są robione pod wszystkich, czyli pod nikogo.
            --
            Egipt na własną rękę - wspomnienia w odcinkach (2004)

            Moje fotoalbumy z Egiptu:
            Egipt na własną rękę cz.1
                • pc_maniac Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 30.09.10, 21:45
                  > Maniaku, powiedz mi proszę, czy spotkałeś samotnie podróżujące kobiety poza Ang
                  > ielkami i czasem Japonkami?

                  Japończycy to turyści podróżujący raczej stadnie (co oznacza tutaj kilkuosobowe grupy, czasem większe). Japonek solo nie widziałem. Za to Rosjanki, Niemki, owszem. Brytyjkę spotkałem raczej ze względu na to, że tam pracowała, więc znając biegle arabski, nie ma się co dziwić, że czuła się tam raczej jak nasz gospodarz, co z resztą chętnie okazywała, choćby załatwiając wszystkim turystom autobusu transport do hoteli.

                  Ale jeśli zgłębisz to forum kilka lat wstecz, przekonasz się, że i Polki już podróżują od kilku lat samotnie, nie natrafiając na jakąkolwiek wrogość, czy nieprzyjemności ze strony tubylców. Miriam, to nie jedyna Polka, która postanowiła zerwać z tradycyjnym sposobem zwiedzania "w stadzie". I naprawdę, wszystko to jest bezpieczne i proste. Wystarczy odpowiednio się ubierać oraz, dla wzmocnienia przyjaznej atmosfery pomiędzy nami i tubylcami warto nauczyć się kilku grzecznościowych zwrotów w ich języku. Choć to ostatnie nie jest żadnym obowiązkiem, bo spokojnie dogadać się można z nimi nawet na migi :D, ale warto ich czasami pozytywnie zaskoczyć.
                  --
                  Egipt na własną rękę - wspomnienia w odcinkach (2004)

                  Moje fotoalbumy z Egiptu:
                  Egipt na własną rękę cz.1
                  • aqua_frigida Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 30.09.10, 23:55
                    Dzięki, Maniaku. :)

                    Merytorycznie to ja jestem nawet przygotowana. :)
                    Trochę arabskich, jak mi się wydaje, przydatnych słów znam. :) Angielski... no! się dogadam. ;)
                    Po kurortach biegam sama i spoko...

                    Pozostaje mi tylko się odważyć... :D

                    Jak TO zrobię, "uprzejmie doniosę". ;)

                    Pod koniec przyszłego tygodnia wylatuję, tym razem rejs i Hrg "na dokładkę", bo "strasznie bardzo" na południe od Luxoru mnie ciągnie. :) A Luxor chciałabym samodzielnie...
                    Penie na razie będą to małe kroczki do samodzielności. :)

                    pozdrawiam


                    --
                    Nie musimy niszczyć przeszłości. Już minęła. (John Cage)
                    • serendepity Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 06.12.10, 21:01
                      Dzieki za relacje z Luxoru. Zdecydowalam sie na wyjazd w ostatniej chwili, wiec nie mialam wystarczajaco czasu, by przygotowac sie i poczytac cos wiecej. Twoja relacja jest jak znalazl. Akurat wybieram sie do tego hotelu, w ktorym zatrzymales sie. Czytalam w recenzjach hotelu, ze duzo osob korzystalo z uslug taksowkowych pana ze sklepiku przy bramie. Moze jak bedzie wolny to tez go wynajme. Czytalam, ze wynajem pana z taksowka na 8h kosztowal okolo 100LE, to prawda?

                      aqua_frigida: jade sama i jestem kobieta (ale nie blondynka). Opowiem po powrocie czy bardzo zawracali mi glowe czy dalo sie zyc.

                • ula_25 Re: Hurghada plus wyprawa na własną rękę do Lukso 06.12.10, 22:10
                  Podróżują samotnie - owszem :) Nawet z córką :) Do tego przez 40 dni i to po całym Egipcie :) Bez problemów i na dodatek w całości wracają do domu :) Relacja na blogu: przekornie.blogspot.com
                  --
                  Zapraszam na blog z relacją z Egiptu przekornie.blogspot.com/ oraz na stronę o mojej wyprawie do Egiptu i obszernej galerii zdjęć www.wyprawa_egipt.republika.pl

                  "Żaden horyzont nie jest tak daleko by nie można było go przekroczyć..."

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka