Dodaj do ulubionych

Konkurs Skarbnica wiedzy

28.08.06, 10:34
Zapraszamy do udziału w konkursie na relacje z wakacji. Napiszcie gdzie warto
jechać, co zobaczyć, jakich miejsc unikać i dlaczego. Nagrodą w konkursie jest
aparat cyfrowy Olympus MJu 720 SW.

Zadanie konkursowe polega na opisaniu na tym forum, historii zawierającej
wiele przydatnych dla innych turystów informacji dotyczących miejsca
odwiedzonego przez Was w czasie wakacji.

Konkurs trwa od 28 sierpnia 2006 roku do 10 września 2006 roku.
Szczegółowe informacje na jego temat znajdują się na
Stronie konkursu.
Obserwuj wątek
    • ob.serwator_1 Re: Konkurs Skarbnica wiedzy 28.08.06, 22:03
      Pewnie, że Platynka! Podpowiem, że aparat ten (mam taki sam)jest prawdziwym
      twardzielem idealnym na trudne warunki. Wodoszczelny do 3m głębokości, więc na
      rafy jak znalazł. Odporny na upadki do wysokości 1,5m. Mały z dużym
      wyświetlaczem 2,5". 7,1 mln. pixeli. 4 tryby tematyczne do robienia zdjęć
      podwodnych i kilkanaście innych. Cyfrowy stabilizator obrazu. Swietne zdjęcia w
      pomieszczeniach robione bez lampy w trybie stabilizatora ( podniesiona znacznie
      czułość). Idealny do robienia zdjęć z przyczajki, np. muzea ;-) Możliwość
      korekty zdęcia jeszcze w aparacie i wiele innych! Jak znalazł dla takich
      włóczykijów jak my. Tak więc Platynka masz tu gotowca jeżeli chodzi o tę część
      konkursu. POWODZENIA!
      • seatac Skarbnica wiedzy - wiadomo kto 29.08.06, 10:26
        Zgadzam sie z przedmowcami w calosci. Co prawda wodoszczeloność nie będzie
        Platynce potrzebna(chyba że Rzesiowi), ale za to będzie mogła robić zdjęcia bez
        lampy wewnątrz grobowców w DK.
        T.
    • platynka.iw Wariaci ;-) 29.08.06, 10:57
      Nie mam szans!!!!!!
      Ale tak strasznie mnie walkujecie tutaj, na priva i GG-ze sie zglosze (i to nie
      jest kokieteria-ja naprawde nie wierze, zebym miala jakiekolwiek szanse!!!)

      Tylko-dac to takie jakie jest (znaczy sie mam to opracowane w Wordzie)-ale dac z
      tymi opisamu uczuc, doznan itd?? Czy wyciac to i dac suche fakty dotyczace E??

      Doradzccie... wezcie troche odpowiedzialnosci na siebie :P

      Pozdrawiam cieplutko, Iwcia
      • iberia30 Re: Wariaci ;-) 29.08.06, 12:47
        platynka.iw napisała:

        > Nie mam szans!!!!!!

        stuk puk w glowke :-)))))

        > Ale tak strasznie mnie walkujecie tutaj, na priva i GG-ze sie zglosze (i to
        nie jest kokieteria-ja naprawde nie wierze, zebym miala jakiekolwiek szanse!!!)

        i o to chodzilo :-)))

        > Tylko-dac to takie jakie jest (znaczy sie mam to opracowane w Wordzie)-ale
        dac z tymi opisamu uczuc, doznan itd??

        TAK!!!!!

        >Czy wyciac to i dac suche fakty dotyczace E??
        NIE!!!

        :-)))
      • adudi Warto ale czy tu? 29.08.06, 13:09
        Co do wpsomnien... to sa piekne!!! az chce sie czytac.... ale niech Iwonka
        (mowie na Ty, sorry) sie zastanowi, czy dac je na ten konkurs, czy wyslac
        gdzies do innej publikacji..... bo sa rozne prawa wylacznosci i zawsze mozna
        zyskac wiecej, no i pokazac wiekszemu ogolowi:)
        ale NA PEWNO warto je opublikowac!!!
            • cle_oo Re: Konkurs Skarbnica wiedzy 30.08.06, 08:33
              Do listy narazie jednoosobowej żeby Platynka nie była osamotniona:-) zgłaszam:
              scorpio1956
              ahlan.wa.sahlan
              kadrom i aniord - cikawe wspomnienia widziane oczami ojca i córki
              bergamotka
              corrina_f1
              miriam73
              Jest jeszcze wilu takich forumowiczów, którzy opisali ciekawie swoje
              wspomnienia, niektórych nicków nie pamiętam, a niektóre nie chcę poprzekręcać.
              Zachęcam do uzupełniania tej listy, a wszystkim którzy się zgłoszą życzę
              powodzenia i połamania pióra.
    • amra Re: Konkurs Skarbnica wiedzy 01.09.06, 14:51
      Kilka słów wyjaśnień...
      Istotą konkursu nie jest zgłaszanie kogokolwiek, ale umieszczenie tu własnych
      relacji które będą informowały innych turystów co warto zobaczyć, czego unikać;)
      Dlatego proszę Was po prostu piszcie tu:)
      --
      a
          • k.sidorczuk Royal Palace Hurghada2006 :)) 09.09.06, 23:49
            Wakacje-okres urlopowy,czekałam na ten moment z utęsknieniem.Nie miałam
            najmniejszego problemu z ustaleniem miejsca mojego wypoczynku,od samego
            początku wiedziałam,że będzie nim Egipt.Wybrałam się do Egiptu po raz
            drugi,ponieważ ten kraj oczarował mnie za pierwszym razem,swoją magiczną mocą
            przyciąga mnie.Wypoczynek w Egipcie trwał 14dni(jadąc tam po raz drugi
            wiedziałam,że 7dni pobytu to zbyt krótko by móc nacieszyć się urokiem tego
            magicznego miejsca)w hotelu 4**** w Hurghadzie.Podczas tego pobytu
            wykorzystałam wiedzę,którą udało mi się zdobyć za pierwszym razem,dlatego teraz
            chcę tą wiedzą(już po dwóch wizytach w tym kraju) podzielić się z innymi.
            Hmmm.....trochę tego się nazbierało,ale zacznę od tego co warto zabrać ze sobą
            jadąc do tego kraju.Na pewno każdemu przyda się w podręcznej apteczce środek
            zapobiegawczy od "zemsty faraona",polecam środek Nutriplant(posiada żywe
            kultury bakterii)przy zmianie flory bakteryjnej w moim przypadku skutkował(w
            egipskiej aptece można też kupić egipski środek ANTINAL).Dobrym i
            sprawdzonym "lekarstwem"na tą dolegliwość są napoje alkoholowe spożywane przed
            i po posiłkach w niedużych ilościach.W procenty tanim kosztem można zaopatrzyć
            się na strefie bezcłowej na lotnisku w Polsce(choć tutaj ceny są troszeczkę
            wyższe niż w Egipcie,ale jest większy wybór asortymentu)lub już na miejscu w
            Duty Free Shop(mam na myśli tutaj Hurghadę,nie wiem jak w innych kurortach) 2km
            od lotniska,czas na dokonanie zakupów napoju wysoko procentowego to 48h po
            przylocie,piwo podczas całego pobytu można tam nabyć.Jeżeli ktoś nie ma
            wykupionej opcji all inclusive na pewno przyda się mały czajniczek do
            przegotowania wody na kawę lub herbatę(wody z kranu nie używałam w tym celu
            lecz zakupioną w sklepie wodę niegazowaną,to nie kosztuje majątku.
            Trzeba też wiedzieć że ceny podawane przez sprzedawców są zawsze kilkakrotnie
            zawyżane dlatego warto targować się kupując pamiątki i nie tylko.Na ulicach w
            Egipcie często można się spotkać z oszustwem(mam tutaj na myśli sprzedawane
            wyroby a'la papirus,a'la bazalt,granit czy alabaster).Możemy być pewni że nie
            zostaniemy okradzeni przez miejscowych ludzi,ponieważ egipskie przepisy surowo
            karzą takie osoby.Nawiązując przy okazji do obsługi hotelowej,raczej nie
            powinniśmy obawiać się o jakiekolwiek kradzieże z ich strony(spędzając
            wypoczynek w Hotelu Royal Palace biżuterię zostawiałam na toaletce oraz inne
            cenne przedmioty,niczego mi nie ubyło)osoba,która dokonała by takiej kradzieży
            jest narażona na utratę pracy i coś jeszcze...lecz już nie pamiętam.
            Będąc w takim kraju fakultety są obowiązkowe,bo grzechem było by nie skorzystać
            skoro wszystko mamy w zasięgu ręki.Ja proponuję wycieczki wykupione w lokalnych
            biurach podróży(nie u Rezydenta...)jest o połowę taniej a tak samo
            bezpiecznie,żadnych różnic podczas zwiedzania nie ma.Na pewno polecam wycieczkę
            do Luxoru(podróż trwa ok.4 godzin)masa zwiedzania ciekawych miejsc,będąc w
            Egipcie dwa razy w Luxorze byłam za każdym razem,chociaż nie polecam do
            zwiedzania wyspy bananowej,na której specjalych atrakcji brak.Warta zwiedzenia
            jest na pewno świątynia Hatszepsut.Nie poczujemy tego wyjątkowego smaku Egiptu
            nie widząc piramid,Kair(podróż trwa ok. 6 godzin)uważam jest obowiązkowy do
            zwiedzenia,szczególnie tajemnicze piramidy.Podróż do Kairu jest bardzo
            męcząca,ale na prawdę warto!
            To może na koniec coś o imprezach...Żeby dobrze sie zabawić polecam dyskotekę
            CALYPSO w Hurghadzie,gdzie oprócz dobrej zabawy można obejrzeć SHOW TIME w
            wykonaniu rosyjskich tancerek;dyskoteki,gdzie na pewno spotka nas niezapomniana
            zabawa to Papas Beach,Bonanza,Aqua Fun.
    • kiruba Re: Konkurs Skarbnica wiedzy 02.09.06, 21:31
      Kupilem w portalu wakacje wyjazd last minute z biura Kopernik do Egiptu w hotelu HAUZA BEACH al exlusiwe polecam goraco wszystkim .Pokoje w stylu mauretanskim sprzatane co dziennie ,posciel zmieniana co dziennie ,przytulne .Wyzywienie w skali od 1 do 10 na 10+ .Nawet na plazy o dowolnej porze serwowano pize i itp. Pakiet all exlusiw na terenie plazy ,basenu placu zabaw wszedzie ful .Staw z flamingami domki z zolwiami olbrzymami ktore po posilkach karmily dzieci .Na terenie hotelu mini zoo z kilkunastoma gatunkami zwierzat i atrakcja dla dzieci malpiatka w spiochach wszystko gratis.Molo do morza ,baseny kute w skalach z laweczkami w wodzie kamienymi ,wodospady i kaskady most wiszacy na linach ,kilka placow zabaw dla dzieci ,szachy olbrzymy ,anfiteatr ,brodziki i baseny ,na plazy wielblady i konie to juz za oplata ,mini centrum handlowe ,obsluga wspaniala ,za caly pobyt nie skorzystalismy z rzadnych wycieczek fakultywnych poniewaz na terenie hotelu Hauza nie sposob sie nudzic .Polecam dla rodzin z dziecimi
    • myszka983 Re: Konkurs Skarbnica wiedzy 05.09.06, 12:36
      Zgłoszenie na Konkurs Skarbnica Wiedzy!!!Polecam wszystkim zwiedzenie Egiptu -
      Hurghady z biurem podróży Sun&Fun Holidays.Hurghada jest to nowy rozbudowujący
      się kurort,choć trwały w tym roku tam remonty dróg budują hotele (gdzieś za 2
      lata będzie tam jeszcze piękniej)ale i tak było tam pięknie.Pojechaliśmy tam
      na last minut.Jeśli ktoś wybiera się tam na zwiedzanie to musi zabrać dużo
      pieniądze 250$ na osobę musi liczyć jak chce zwiedzić Luksor,Kair,Mega Safari a
      nurkowanie to najlepiej jechać z polskiego biura podróży w Hurghadzie.Wychodzi
      wtedy 50% taniej a jest super i posiłek jest na statku.Byłam w Hotelu Sultan
      Beach 4*, najlepiej opłaca się tam HB,dużo jedzenia,supermarket jest zaraz obok
      Hotelu i można wnosić picie do środka,bo w większości hotelach nie
      można.Najlepsze wycieczki to Luksor i Mega Safari, w Kairze jest mało
      zwiedzania podróż długa i troche męcząca bo wyjeżdża się w nocy oprócz Piramid
      i Muzeum nic tam nie ma.wszędzie trzeba się targować.Po prostu w Egipcie nie da
      się nudzić 2 tygodnie to za mało ale żeby się przeprowadzić tam też nie warto
      bo jest tam straszna bieda, są ludzie bardzo ubodzy albo bardzo bogaci, chyba
      że Polak będzie tam pracował w turystyce z polskiego biura podróży bo wtedy nie
      musi płacić podatku.Mam nadzieję że ta informacje się komuś przydadzą.
    • koalabis Al Diwan Sharm sierpień 2006 relacja z pobytu 05.09.06, 20:22
      Nie wiem czy dobrze zrozumiałem, ale relację na konkurs należy koniecznie
      umieścić w tym wątku. Tak też czyni i przepraszam za dubla.
      -----------------------------------------
      Egipt Sharm El Sheikh 2-16 sierpień 2006

      Wstęp Tu już nasz drugi wypad do Egiptu i mam nadzieję, że nie ostatni. Tym
      razem wybór padła na Sharm, gdyż Hurghadę już zaliczyliśmy i przyszedł czas
      na zobaczeniu innej części Egiptu.Decyzja o wyjeździe nastąpiła około dwa
      tygodnie przed terminem urlopu i mieliśmy stosunkowo małe pole manewru jeżeli
      chodzi o wybór touroperatora. Niestety w okresach lipiec, sierpień nie ma co
      liczyć na jakieś super last minute, gdyż pomimo tego, że w hotelach są wolne
      miejsca to nie ma miejsc wolnych w samolocie. Wybraliśmy ofertę z firmy
      Alfastar. Hotel *** (w niektórych katalogach trzy i pół) Al Diwan lub El
      Diwan- spotkałem się z pisownią zarówno jedną i drugą. Dlaczego ten hotel?
      Opieraliśmy się głównie na opiniach turystów znajdujących się na forach
      gazeta.pl oraz wakacje.pl Większość była pozytywna, spodobała się nam
      zabudowa hotelu oraz zaakceptowaliśmy cenę (6890,00 za dwie osoby dorosłe i
      dwoje dzieci do 14 lat bez wersji AI- wersja AI kosztowała dodatkowe 900,00).
      Z perspektywy czasu muszę przyznać, że zrobiliśmy dobrze nie wykupując opcji
      All inclusive, gdyż po pierwsze to nie wydaliśmy dodatkowo tych 900,00
      (kupowaliśmy normalnie napoje i posiłki na plaży czy też w hotelowym
      sklepiku) a po drugie nie byliśmy uwiązaniu do hotelu i mogliśmy spokojnie
      planować dzień. Dodatkowo wszystkie napoje nawet do kolacji podawane były w
      plastikowych kubeczkach o pojemności około 150ml. Trudno mi sobie wyobrazić
      picie piwa z plastikowego kubka. Kupujący normalnie u kelnera otrzymywał
      napoje w szklance.

      Egipt Arab Republic of Egypt, powierzchnia 1 milion km kwadratowych, ustrój
      republika, prezydent Mohamed Husni Mubarak, ludność ponad 76 milionów (dane z
      2004 roku), religia islam 94%, chrześcijanie i reszta 6%, język arabski,
      stolica Cairo 16 mln, strefa czasowa GMT/UTC +2, numer kierunkowy +2,
      napięcie elektryczne 220V 50 Hz, system miar metryczny.
      Pieniądze Kurs dolara 1,00$ -3,15 PLN Kurs funta 1$ - 5,738LE co daje wartość
      1LE jako 55 groszy. Pieniądze wymieniałem w dwóch bankach- jeden jest zaraz
      na początku przy wejściu do Naama Bay. Dolary można również wymienić w
      hotelowej recepcji, ale wtedy otrzymamy za jednego dolara 5,5LE. Pieniądze
      należy tylko i wyłącznie wymieniać w bankach, gdyż zdarzają się przypadki
      oszustw dokonywanych na turystach oraz fałszywe banknoty. Podczas wydawania
      reszty należy zwrócić uwagę na banknoty o nominale 25 i 50 piastrów, które
      można potraktować jako 25 lub 50 funtów. Na
      www.cbe.org.eg/1historical_review_for_currency.htm
      można zapoznać się
      z banknotami, którymi płaci się w Egipcie. W większości sklepów czy też
      knajpek nie ma problemu z zapłatą dolarami. Funty brytyjskie czy też euro są
      trochę mniej popularne, ale również bez problemu można nimi operować.
      Samolot Airbus A320 linii lotniczych Air Cairo. Nie znam się za bardzo na
      samolotach, ale ta maszyna wyglądała na w miarę nową, na pewno samolocik był
      wysprzątany, obsługa sympatyczna. W drodze do Sharmu zanotowaliśmy około 30
      minutowe opóźnienie, ale w zasadzie to jedyna rzecz do której można było się
      przyczepić. W drodze powrotnej mieliśmy międzylądowanie w Katowicach, gdzie
      na około 40 minut zostaliśmy wyproszeni z samolotu, gdyż w tym czasie trwało
      sprzątanie pokładu a my w tym czasie mogliśmy jeszcze zrobić zakupy w
      wolnocłówce- niestety ceny w Katowicach nie były zbyt niskie jeżeli chodzi o
      alkohole. W Katowicach zabraliśmy też turystów, którzy lecieli do Sharm (i
      mieli międzylądowanie w Poznaniu). Na trzy lądowania dwa pierwsze wyszły
      perfekcyjnie- nie można było wyczuć momentu zetknięcia się samolotu z
      podłożem- przy trzecim trochę rzuciło, ale wszystko w granicach normy. Na
      terenie samolotu działa sklepik wolnocłowy, gdzie głównie można kupić perfumy
      i papierosy. W czasie lotu serwowany jest obiad, na który składa się makaron,
      kawałek mięsa, groszek z marchewką, bułka, masło, serek i ciastko. Do tego
      zimny napój, a chwilę później kawa lub herbata. Najeść się tym nie można, ale
      zawsze to jest jakaś atrakcja w czasie lotu tym bardziej, że jedzenie jest
      egipskie.

      Jeżeli chodzi o lotnisko w Poznaniu to tam również działa Duty Free, gdzie
      ludzie kupowali przede wszystkim alkohol i papierosy. Przykładowe ceny, które
      pamiętam: Johnny Walker lub Absolut 1l 45,00, Absolut 2x1l 80,00, Martini
      białe 1l 19,00 czyli w wypadku mocnych alkoholi nie jest to jakaś super
      rewelacja- taniej jest w strefie wolnocłowej w Egipcie gdzie można dokonać
      zakupów bodajże 24 godziny po przylocie sklep znajduje się w Naama Bay, a
      przy okazji wylotu zakupów można dokonać w sklepie na lotnisku. Jak we
      wszystkich tego typu sklepach dominują alkohole, papierosy, perfumy,
      kosmetyki, słodycze i pamiątki.

      Hotel Al Diwan Posiada swoją stronę internetową na której można zobaczyć
      trochę zdjęć z hotelu, niestety nie odpowiadają na wiadomości email. Posiada
      100 pokoi dwuosobowych, 37 pokoi typu studio gdzie istnieje możliwość
      zakwaterowania czterech osób oraz pokoje typu suite gdzie teoretycznie może
      zostać zakwaterowanych do sześć osób. Hotelik jest położony niedaleko
      lotniska, nie posiada własnej plaży przy hotelu. Jednak nie ma żadnego
      problemu z dojazdem na hotelową plażę, która znajduje się 1600 m od hotelu.
      Codziennie o godzinach 8.40 10.00 12.00 14.00 16.00 18.00 spod hotelu
      wyjeżdża darmowy busik, który jedzie na plażę około 5 minut i dalej zabiera
      gości z plaży do hotelu. Bywa ciasno, ale nie zdarzyło się, że ktoś musiał
      czekać. Pieszo żwawym krokiem jest około 20 minut marszu- niestety w pełnym
      słońcu. Położenie w okolicy lotniska może odstraszać potencjalnych turystów
      ze względu na hałas- jednak samoloty nie przelatują bezpośrednio nad hotelem
      tylko jakieś 500 m od niego i traktowane są jako dodatkowa atrakcja. Hotel
      nie jest położony bezpośrednio przy ulicy, tak więc nie ma problemu
      trąbiących busików czy też hałasu samochodów. Cisza i spokój. Zabudowa hotelu
      jest niska- parter i jedno piętro do góry. Są to budyneczki, które mają po
      kilka pokoi zbudowane w typowo arabskim stylu. Na terenie hotelu bujnie
      rośnie roślinność i trawa, gdyż codziennie w nocy jest ona podlewana
      prawdopodobnie "wodą" z kanalizacji, gdyż można było miejscami wyczuć
      delikatny odorek. Na Półwyspie Synaj jest problem z wodą- ta która leci z
      kranu to odsolona woda morska- jednak nie zdarzyło się nam aby kiedykolwiek
      jej brakowało. Hotel jak hotel standard dużo wyższy niż nad naszym Bałtykiem
      kwatery za 50,00, ale czasy swojej świetności ma już za sobą. Niedomykające
      się drzwi, podniszczone sprzęty, cieknący kran czy też inne drobiazgi, które
      w normalnym życiu nie przeszkadzają. Mieliśmy okazję mieszkać w pokoju
      rodzinnym składającym się z dwóch sypialni, salonu, aneksu kuchennego i
      łazienki- tak więc mieliśmy jeżeli chodzi o powierzchnię lepsze warunki niż w
      naszym M-3 w bloku. Widziałem też standardowy pokój dwuosobowy- również
      spokojnie można przeżyć dwa tygodnie. W naszym pokoju mieliśmy dwie
      oddzielnie sterowane klimatyzacje, trzeba przyznać, że bardzo sprawne i
      cichutkie, sprężarki od klimatyzatorów znajdują się na dachu budynku tak więc
      słychać tylko delikatny szum wentylatorów wywiewających chłodne powietrze, my
      mieliśmy włączoną klimę całą noc ustawioną na 25 stopni i najwolniejsze
      obroty wentylatora. Gniazdka elektryczne 220V (w Polsce od jakiegoś czasu
      230V) uniwersalne- pasują wszystkie polskie urządzenia.
      Na wyposażeniu pokoju jest lodówka, a w niej mini barek, który zawiera:
      - Coca Cola, Sprite, Fanta 1litr 5LE,
      - Sakara Gold Beer 12LE,
      - Sok pomarańczowy 10LE,
      - Woda mineralna 1,5litra 3LE,
      - batonik czekoladowy 3LE,
      - chipsy 4LE.
      • koalabis Al Diwan Sharm sierpień 2006 relacja z pobytu cz.2 05.09.06, 20:23
        część 2

        Mini barek jest codziennie uzupełniany przez obsługę hotelową, wypisuje się
        tylko rachunek i jedną jego część zatrzymuje dla siebie. Ceny niewiele wyższe
        niż w sklepiku hotelowym.

        Uprzedzając pytania informuję, że w pokoju nie ma czajnika, szklanek ani
        żelazka. My przyzwyczajeni do polskiej popołudniowej kawy korzystaliśmy z
        grzałki i kubka, które przywieźliśmy z Polski.
        Pokój codziennie sprzątany dość dokładnie (ja zostawiałem co drugi dzień 1$ na
        łóżku) do tego na tapczanie zrobione z ręczników różnego rodzaju zwierzęta od
        łabędzia poprzez kobrę, a skończywszy na krokodylu. Chłopak, który sprzątał
        nasz pokój znał angielski, zarobek sprzątacza to 300LE miesięcznie tak więc te
        drobne pieniądze, które turyści zostawiają na łóżkach są dla niego sporym
        dodatkiem.
        Nie korzystaliśmy z sejfu, ale istniała taka możliwość i to za darmo. Do
        koperty można włożyć pieniądze czy dokumenty i koperta zostaje przy tobie
        zamknięta i złożona w sejfie w recepcji. Oprócz powyższego można też kupić za 1
        $ dziennie sejf indywidualny. Generalnie prawie nic nam nie zginęło zarówno na
        plaży jak i w pokoju (nie licząc taniej maski do snorkowania, którą
        zostawiliśmy na balkonie- ale podejrzewam bardziej, że przykleiła się do
        jakiegoś turysty niż do obsługi).

        Baseny. Są dwa stary i nowy. Obydwa dość małe i płytkie, woda słodka. Niestety
        w tym starszym wiele płytek popękanych i połamanych stwarzało poważne
        zagrożenie. W czasie naszego pobytu kilka osób miało szyte nogi (koszt około 100
        $) i na basenie pojawiła się tabliczka informująca o niesprawności basenu
        (patrz zdjęcie). Mimo tego, że basen był niesprawny woda w nim był filtrowana,
        a ludzie nadal z niego korzystali. Pływać można było do późnych godzin nocnych,
        około 24.00 wyłączane było podświetlanie basenów. Nowy basen bez zastrzeżeń- w
        najgłębszym miejscu miał około 140 cm i to chyba jego największa wada.
        Temperatura wody w basenie zmierzona przeze mnie to 31,3 C tak więc woda
        niewiele chłodziła rozgrzane ciała.
        W hotelu jest teoretycznie kilka kawiarenek, ale tak naprawdę to działa tylko
        jedna tylko ta w głównym budynku.
        Ceny w restauracji hotelowej:
        - chicken sandwich 18LE,
        - hot dog 15LE,
        - kawa 10LE,
        - herbata 8LE,
        - pepsi, mirinda, cola puszka 6LE
        - woda duża 6LE,
        - woda mała 4LE,
        - ice tea puszka 8LE,
        - piwo Sakkara 16LE,
        - butelka wina 85LE,
        - koktajle owocowe 20LE,
        - zupa dnia 8LE
        - pizza od 18LE
        Powyższe ceny obowiązywały również podczas obiadokolacji (oczywiście płaciło
        się za napoje). Miejscową atrakcję stanowiła rodzinka z Rosji chyba z siedem
        lub osiem osób, która na kolację przychodziła ze swoimi dwoma butelkami wody
        bez kubków czy szklanek i ta woda krążyła od ust do ust. Niektórzy Polacy
        zachowywali się zdecydowanie poprawniej i nie kupowali do kolacji żadnych
        napojów. Niepisaną zasadą jest napiwek dla kelnera, który standardowo powinien
        wynosić około 10% rachunku.
        Na terenie hotelu działa Super Market, w którym można kupić wszystko co
        niezbędne do funkcjonowania w hotelu, a nawet więcej. Przykładowe ceny:
        - pepsi 1,5L 7LE;
        - sok w kartonie 1L 8LE;
        - woda 1,5L 2,5LE;
        - lody 5LE;
        - buty do pływania 40LE;
        - Tshirt 25LE.
        Tak więc ceny bardzo przyzwoite, w marketach w Naama Bay było tylko trochę
        taniej i wszystkie napoje kupowaliśmy w sklepie. Sklepik prowadzi bardzo
        sympatyczny sprzedawca, który chętnie rozmawia z wszystkimi turystami. Średnio
        wypijaliśmy codziennie 3 litry na plaży, 1,5 litra na basenie i 1,5 litra do
        kolacji tak więc około 6 litrów płynów na cztery osoby.
        Na terenie hotelu działa salon masażu- i ma o dziwo sporo klientów. Jest
        również ekipa zajmująca się nurkowaniem Easy Diving. Pierwsza lekcja w basenie
        za darmo- też widziałem, że ludzie korzystali z ich usług.
        Do hotelu można było w zasadzie wnosić wszystko włącznie z napojami. Przy
        szlabanie siedzi jeden pracownik ochrony hotelowej, a przy samym wejściu do
        hotelu jest bramka wykrywająca metal oraz dodatkowo jeden pan z policji
        turystycznej+ ochroniarz.

        Jedzenie w hotelu oczywiście bardzo różniło się od tego do czego jesteśmy
        przyzwyczajeni. Śniadania wydawane było od godzinach 7.00 do 10.00. Pieczywo,
        masło, dżem, smażona parówka z cebulą, ser biały, żółty i jeden rodzaj wędliny,
        tosty, omlet i naleśniki smażone na miejscu. Do powyższego czasem dochodziły
        smażone ziemniaki lub jakieś inne potrawy. Do picia kawa, herbata i mocno
        rozwodnione soki- napoje do śniadania za darmo. Lunch dla opcji AI w godzinach
        13.00- 15.00 praktycznie to samo co na kolację. Kolacje w godzinach 19.30 do
        bodajże 22.00. Sporo różnego rodzaju warzyw, makaronów, sosów. Z mięsa
        codziennie kurczak i ryba, czasami kotleciki lub jakiś gulasz czy pizza. Do
        tego wszystkiego spory wybór różnego rodzaju ciast. W sumie dużo wszystkiego i
        nikt głody nie wyjdzie z kolacji, ale moim zdaniem w potrawach brakowało
        czegoś, może jakiejś przyprawy? Kolacje wydawane były w zasadzie pod gołym
        niebem, napoje do stolików podawali kelnerzy. Ceny napojów takie same jak w
        kawiarence hotelowej.
        W recepcji hotelowej można wymienić dolary na funty po kursie nieco gorszym jak
        w banku, ale dość przyzwoitym, za 1$ płacono 5,5LE
        Moja ocena hotelu to mocne trzy gwiazdki a to głównie ze względu na bardzo
        sympatyczną obsługę- zarówno kelnerzy, chłopak od sprzątania czy też sklepikarz
        zachowywali się na luzie. Codziennie starałem się od nich nauczyć jakiegoś
        arabskiego zwrotu czy słowa czym zadziwiałem zaczepiających nas sprzedawców a
        Naama Bay i nie tylko. Większość mówi prostym językiem angielskim- spokojnie
        można się dogadać. Sam hotel wymaga niestety co najmniej odświeżenia jeżeli nie
        remontu. Wiele sprzętów jest po prostu zużytych lub mocno podniszczonych. Ale
        dzięki temu wypoczynek nie kosztuje tutaj jakichś zawrotnych sum.
        Jeżeli chodzi o turystów to najwięcej było Polaków, którzy jak już wspomniałem
        wcześniej zachowywali się bardzo przyzwoicie. Było czasami słychać jakieś
        narzekania na drobne niedogodności (przepełniony busik na plażę, karaluch w
        pokoju czy coś podobnego) ale nie było libacji i chamstwa. W hotelu mieszkali
        również Słowacy, Holendrzy, Rosjanie, Egipcjanie, Anglicy.
        Transport Codziennie spod hotelu o godzinie 20.45 wyjeżdżał duży i mały busik,
        które jeździły do Naama Bay, powrót do hotelu o godzinie 23.30. Jak się
        zagadało z kierowcą to można było za parę funciaków podjechać do Old Sharm.

        W Sharm możemy wyróżnić trzy rodzaje środków transportu: busiki, taxi białe i
        taxi Peugeot z dwoma rzędami miejsc do siedzenia za kierowcą- te ostatnie
        najbardziej popularne. Taksówki nie posiadają taksometrów- cenę negocjuje się
        przed rozpoczęciem kursu. My zapłaciliśmy z Old Sharm do hotelu 40LE, ale po
        fakcie okazało się że normalna cena to 30 do 35LE, z hotelu do Naama Bay
        przejazd kosztuje w granicach od 25-35LE. Białymi taksówkami nigdy nie
        jeździłem, a busiki teoretycznie kosztują od 1 do 3LE za osobę w zależności od
        długości trasy. Ja zapłaciłem za 4 osoby z hotelu do delfinarium w okolicach
        Old Sharm 20LE. Taksówek bardzo dużo tak więc jak gość krzyknie jakąś
        astronomiczną sumę to albo mówimy mu jakąś bardzo niską cenę i się targujemy
        albo dziękujemy i odchodzimy do następnej taksówki.
        • koalabis Al Diwan Sharm sierpień 2006 relacja z pobytu cz.3 05.09.06, 20:24
          część 3

          Naama Bay To Mekka dla wszystkich turystów w Sharm. Dużo knajpek, dyskotek,
          sklepików. Tutaj koncentruje się życie nocne. Wszystko jasno oświetlone z
          naganiaczami stającymi przy knajpkach czy też przy sklepikach. Trąci kiczem i
          tandetą, ale znam osoby którym się podoba. Miejsce mało egipskie, ale można tu
          załatwić wszelki potrzebne sprawy. Są banki, apteki, biura z fakultetami,
          kafejki internetowe, markety spożywcze, MC Donalds, KFC, Pizza Hut. Wszędzie
          słychać dobiegającą z głośników muzykę oraz można wyczuć zapach sziszy. Mocno
          irytujące są zaczepki miejscowych sprzedawców- najlepiej nie wdawać się w
          dyskusję i nie odpowiadać na zaczepki oraz pytania, po zaproszeniu do sklepu z
          papirusami lub perfumami ciężko jest się wyrwać z sideł sklepikarza. Z jednej
          strony ich rozumiem, ale z drugiej jest to mocno upierdliwe zachowanie. Ceny
          tylko w marketach (tych większych) są w miarę stabilne i czasami widnieją na
          produktach. W każdym innym sklepie cena zależy od tego ile wytargujesz. Z
          targowaniem jest różnie, ale w zasadzie wszędzie można zbić cenę o kilkanaście
          lub kilkadziesiąt funtów, chociaż zdarzyło się nam dwa razy, że sprzedawcy
          pozostali nieugięci i nie chcieli negocjować, wybieraliśmy wtedy inny sklepik.
          Przykładowo aparat wielorazowego użytku z obudową szczelną do 6m i filmem 27
          klatek to koszt 50LE w firmowym sklepie Kodaka, film do aparatu 36 klatek
          400ISO 25LE, buty do pływania kupiliśmy za 30LE, maskę i rurkę do snoorkowania
          za 50LE (były też dużo droższe), Tshirt dobry gatunkowo od 20LE, ręcznik z
          wielbłądem 40L, buteleczka z piaskiem od 5LE. Napoje w marketach woda 1,5 litra
          od 1,5LE Cola, Fanta lub Sprite 1,5L 5LE puszka coli 0,33L 3LE, lody od 3LE,
          sok w kartoniku od 6LE, piwo Hainekeen 0,5L 8LE (W Old Sharm 5,5LE). W Old
          Sharm znajduje się Old Market czyli również centrum handlowe, ale bardziej w
          klimacie egipskim. Można tu kupić to samo co w Naama Bay, owoce, warzywa,
          przyprawy. Byliśmy tam tylko raz, ale mam wrażenie, że ceny są nieco niższe niż
          w Naama i warto tu zajrzeć, aby zobaczyć jak wygląda prawdziwa knajpka egipska,
          targ z rybami czy też jak po prostu pospacerować pomiędzy straganami.

          Wycieczki W Sharm nie ma tak wielkich różnic jak w Hurghadzie jeżeli chodzi o
          ceny wycieczek u rezydenta i w biurach na mieście. My jednak mieliśmy okazję
          być w okresie kiedy w biurze Aaba Skarm mieszczącym się obok dyskoteki CCCP
          była promocja cenowa i te różnice dość znacznie się pogłębiły. Podaję ceny
          wycieczek w Aaba Sharm, a w nawiasie ceny u rezydenta.
          Kair 1 dzień- 35$ (50$)
          Wielkie Safari (wielbłądy, Blue Hole)- 35$ (50$)
          Mega Safari (kolorowy kanion)- 40$
          Góra Mojżesza i klasztor Św. Katarzyny- 20$ (40$)
          Delfinarium- 15$ (20$)
          Tiran- 20$ (25$)
          Jerozolima 95$ (130$)
          Skorzystaliśmy z Wielkiego Safari. Wycieczka zaczyna się o godzinie 7.20, pod
          hotel podjeżdżają klimatyzowane jeepy Toyota LAND CRUISER i przejeżdżamy do do
          miejsca zbiórki wszystkich samochodów. Stamtąd wyjazd na pustynię, a po drodze
          krótka wizyta w osadzie beduińskiej, gdzie na siłę wciskane są bransoletki z
          koralików. Przejazd przez pustynię bez klimy i z otwartymi oknami przy
          prędkości dochodzącej do 100km/h robi wrażenie. Dodatkowo w czasie jazdy jedna
          z pań podróżujących naszym jeepem wyciągała sobie soczewki kontaktowe i
          próbowała je włożyć do pojemniczka co w końcu się jej udało. Jeżeli kierowca
          jedzie za wolno to wystarczy go tylko trochę podpuścić, że za wolno jedzie,
          albo że ma kiepski samochód... Po pustyni przejazd na drogę i uformowanie
          konwoju i już spokojna droga. Po dojechaniu do miejsca postoju wielbłądów
          zmiana środka lokomocji z jeepa na wielbłąda i około 40 minut drogi do Blue
          Hole. Po prawej stronie morze, po lewej góry pozostawiają niezapomniane
          wrażenie. Słońce mocno pali, ale wieje silny wiatr, który porwał niejedno
          nakrycie głowy. Ja prowadziłem osobiście swojego camela, a część osób szła ze
          swoimi przewodnikami. W tym czasie wszystkie rzeczy jadą w jeepach za karawaną.
          Po zejściu z wielbłąda obowiązkowy bakszysz (ja płaciłem 5LE od wielbłąda, ale
          chłopak, który prowadził wielbłądy nie był za bardzo zadowolony z tych
          pieniędzy). Po dotarciu do Blue Hole czyli miejsca gdzie znajduje się jedno z
          bardziej znanych na świecie miejsc do nurkowania jest czas, aby posnorkować czy
          też popływać. Następnie lunch w formie bufetu ze świeżą rybą. Po odpoczynku
          ruszamy dalej. Kolejny przystanek to laguna obok Magic Lake. Rewelacyjny kolor
          wody, brak rafy i uwaga na jeżowce- po 40 minutach ruszamy w dalszą drogę. Po
          dojechaniu do Dahab wizyta w sklepie z pamiątkami (ceny kosmiczne) i dalej czas
          wolny na zakupy na mieście. Dalej powrót około 90 minut do Sharm już w jeepie
          gdzie z reguły wszyscy śpią. My wróciliśmy do hotelu około 18.00. Na koniec
          bakszysz dla kierowcy po 1$ od głowy. Wypad dość męczący, ale na pewno warto z
          niego skorzystać chociażby ze względu na wielbłądy i podróż jeepem po pustyni.

          Wycieczka na wyspę Tiran. Zbiórka przed hotelem po śniadaniu i dojazd busikiem
          do przystani w Old Sharm skąd odpływa większość stateczków na Tiran. W cenie
          wliczone są soft drinki- na naszym stateczku była tylko cola i kawa. Brak
          urozmaicenia jeżeli chodzi o napoje rekompensował rewelacyjny gość, który
          świetnie prowadził całą wycieczką. W okolicach południowych smaczny lunch. Po
          drodze trzy przystanki na snorkowanie- jeden przy wraku statku, drugi już przy
          samej wyspie z możliwością dopłynięcia na wyspę i trzeci przy którejś z zatok w
          Sharm. Sprzęt do snorkowania najlepiej zabrać swój chociaż istnieje możliwość
          wypożyczenia. Rafy podczas snorkowania niespecjalne, rybek jak na lekarstwo tak
          więc jeżeli ktoś nastawia się na super widoki to chyba lepiej wybrać się na Ras
          Mohammed. W czasie naszego rejsu mieliśmy okazję trafić na kilkunastoosobową
          grupę Chińczyków, dla których byliśmy nie lada atrakcją (robili nam ukradkiem
          zdjęcia, a później już oficjalnie fotografowali się z naszymi dzieciakami). W
          czasie rejsu jeden z Chińczyków przejął koło sterowe i prowadził łajbę.
          Niestety była to chyba jego inicjacja, bo statkiem zaczęło mocno kołysać i
          wśród pasażerów wybuchła lekka panika- na szczęście kapitan łajby szybko
          opanował sytuację. Powrót w późnych godzinach popołudniowych do hotelu.

          Delfinarium. Wy wybraliśmy opcję z własnym dojazdem czyli kupiliśmy same bilety
          bez określonego terminu. Za dojazd zapłaciliśmy 20LE busikiem, a w drugą stronę
          40 LE taxi peugeot. Pokaz trwa około 30 do 40 minut i na mnie zrobił bardzo
          pozytywne wrażenie. Zresztą wszystkim z kim rozmawiałem bardzo się podobało.
          Można robić zdjęcia i filmować.
          Ogólnie biuro Aaba Sharmwywiązało się bardzo dobrze z organizacji wyprawy na
          Wielkiego Safari- wszystko było w porządku. W wypadku rejsu na wyspę Tiran i
          delfinarium byli tylko pośrednikami, ale również nie można nikomu nic złego
          zarzucić. Dodatkowo w czasie pierwszej naszej wizyty w biurze moja córka
          została "odmłodzona" o pół roku dzięki czemu dostał 50% rabat na Safari i
          delfinki. Polecam zdecydowanie wszystkim Aaba Sharm tym bardziej, że ceny są
          bardzo atrakcyjne, a nawet jak skończy się promocja to zawsze można się
          potargować i przy kupnie jakiegoś pakietu jeszcze parę dolarów uskubnąć z ceny.
          Rozmawiałem również z ludźmi, którzy kupili wycieczki w rezydenta i również nie
          było jakichś większych niespodzianek, ale skoro nie widać różnicy to po co
          przepłacać?
          • koalabis Al Diwan Sharm sierpień 2006 relacja z pobytu cz.4 05.09.06, 20:27
            część 4

            Plaża i morze Al Diwan ma kawałek swojej plaży w zatoce Shark Bay. Na plaży
            sporo darmowych leżaków z parasolami, do tego trzeba sobie samemu przynieść
            darmowy materac (max kilkanaście metrów) i zabrać z hotelu ręcznik plażowy. Nie
            widziałem, aby ktokolwiek miał problem z znalezieniem wolnego miejsca. Plaża
            jest żwirkowa i praktycznie od razu zaczyna się rafa tak więc do chodzenia
            konieczne są klapki lub buty. Temperatura żwiru dochodzi do 60 st. C. Do morza
            prowadzi też pomost pontonowy, z którego jest zejście od razu na głębszą wodę.
            Woda w morzu w zależności od fazy księżyca przypływa i odpływa. Przy dużym
            odpływie można praktycznie suchą stopą przejść na plażę do sąsiedniego hotelu.
            Rafa żywa, kolorowa, a rybki w zasadzie prawie wszystkie z zakupionego za
            10LE 'fish index" włącznie z mureną, płaszczkami, parrot fish czy też gdzie
            jest Nemo? Chciałbym w tym miejscu pozdrowić Jarka i Iwonę- sympatyczną parę,
            która mieszkała z nami w hotelu. Jarek jest autorem zdjęć rybek (moje robione
            aparatem jednorazowym wyszły dużo gorzej). Już przy samym pomoście
            prawdopodobnie z powodu dokarmiających ludzi całkiem ciekawe okazy. Zmierzona
            temperatura wody przy brzegu w okolicach południa to 30,2 st. C a przy
            pomoście 29,1 st. C. Czasami gdy morze było niespokojne podczas snoorkowania
            można było odczuć zimniejsze prądy.

            Na plaży nie działa AI, nie ma też problemu z wniesieniem swoich napoi. W
            okolicznych knajpkach ceny zbliżone: ( my korzystaliśmy z Sharks Bay Oasis)
            - woda 1,5L 5LE
            - cola, fanta, sprite puszka 0,33L 5LE,
            - lody 5LE,
            - duże napoje kolorowe- brak :(
            - duża pizza 20LE + 10% tax, jeżeli na miejscu w restauracji to dodatkowo +12%
            za obsługę.
            Duży wybór jedzenia, makarony, chesburgery, dania obiadowe, zupy.
            Jak chyba na wszystkich plażach w Egipcie sporo różnego
            rodzaju "przedstawicieli handlowych" oferujących wycieczki, masaże, tatuaże,
            prasę (nie było polskiej) czy fryzurę rasta. Z biegiem czasu rozpoznają Ciebie
            i jeżeli nie byłeś zainteresowany już nie podchodzą. Zainteresowanie się
            wycieczką łódką ze szklanym dnem zaowocowało tym, że gdy tylko pojawialiśmy się
            na plaży padało pytanie kiedy dokonamy rezerwacji i tak było każdego dnia.

            Temperatury Byliśmy w sierpniu tak więc apogeum termiczne, ale my jesteśmy
            ciepłolubni i tak naprawdę to upały nie przeszkadzały nam. Zabrałem ze sobą
            termometr z sondą temperaturową tak więc mogłem na bieżąco kontrolować
            temperaturę powietrza i wody. Najniższą temperaturę jaką odnotowałem było nieco
            ponad 29 st. C było to około godziny 6.00 rano. Maksymalna temperatura to 37
            st. C (oczywiście w cieniu) a przeciętnie było około 34 do 35 stopni- tak więc
            nie ma wielkich wahań pomiędzy dniem i nocą. Słońce ma dużo większą niż w
            Polsce moc grzewczą, ale jeżeli jesteśmy w cieniu to dzięki dużo niższej niż w
            Polsce wilgotności nie odczuwa się tak mocno upału. I w każdej chwili można
            wskoczyć do morza czy też basenu gdzie mimo wszystko można się trochę
            ochłodzić. W ciągu dnia ja używałem kremu z filtrem 35, a pod koniec pobytu 15,
            do tego kąpałem się w koszulce. Jestem raczej blady i nie chciałem ryzykować
            poparzenia. Ważny jest zdrowy rozsądek i ocena sytuacji- bardzo łatwo można się
            nabawić poparzeń co nie należy do rzeczy przyjemnych.

            Podsumowanie Egipt to na pewno kraj inny niż wszystkie, wiele osób jest
            zachwyconych kulturą, morzem czy też ludźmi tam mieszkającymi. Są też osoby,
            którym nie podoba się bałagan i brud panujący poza hotelami, natarczywość
            sprzedawców czy też inne utrudnienia. Jeżeli tam byłeś to masz już wyrobione
            zdanie, jeżeli się wybierasz to myślę, że warto odwiedzić krainę faraonów.
            Tubylcy są bardzo spontaniczni i przyjacielscy- zdarzyło mi się, że zaczepił
            mnie obcy człowiek- pracownik ochrony sąsiedniego hotelu, który chciał ze mną
            porozmawiać i zrobić sobie zdjęcie. Generalnie na każdym kroku można spotkać
            się z uśmiechem, swobodą i radością życia. W zasadzie z każdym można swobodnie
            porozmawiać, a często bywał też tak, że Egipcjanie pytali mnie o Polskę, pogodę
            u nas i inne rzeczy. Pełen luz i otwartość.
            Ciekawostki Egipt wygląda zupełnie inaczej niż kraje europejskie, ale mnie
            szczególnie zastanawia kilka faktów
            Krawężniki- bardzo wysokie i wszystkie pomalowane na biało-żółto w Hurghadzie i
            na biało-czarno w Sharm. Jeden z większych jakie zmierzyłem miał 48 cm.
            Drogi- pomimo wysokich temperatur nie ma śladu kolein czy też tak często
            spotykanych u nas dziur.
            Powitania- dwóch mężczyzn wymienia pomiędzy sobą pocałunki na powitanie i jest
            to całkiem normalna sytuacja.
            Światła w samochodzie- praktycznie nie są używane nawet w nocy, co najwyżej to
            światła postojowe- niestety nie potrafię tego w jakiś logiczny sposób
            wytłumaczyć. Dużo ważniejszym elementem wyposażenia samochodu czy busa jest
            klakson, którym informuje się o zmianie pasa ruchu, ostrzega i zaczepia
            potencjalnych klientów. Tak więc bez świateł samochód egipski może śmiało
            jeździć natomiast bez klaksonu jest to niemożliwe.
            Bakszysz- usłyszysz to słowo bardzo często, już na lotnisku za ściągnięcie
            bagażu z taśmy czy włożenie do luku bagażowego w autobusie należy dać jakiegoś
            drobnego pieniądza.
            +++++++++++++++
            Film Przez dwa tygodnie nakręciłem około 4,5 godziny materiału, z którego
            powstały dwa filmy- jeden dla nas bardziej osobisty oraz drugi na którym
            pokazałem najciekawsze momenty naszych wakacji w Sharm. Film trwa około 90
            minut i zawiera:
            - szczegółowo pokazane warunki w hotelu w tym pokoje hotelowe (double i family
            room), baseny, budynki czyli cały kompleks hotelowy,
            - wycieczki Wielkie Safari, wyspa Tiran oraz delfinarium,
            - Naama Bay nocą,
            - droga na plażę oraz sama plaża hotelowa,
            - zdjęcia rybek, które można zobaczyć w Shark Bay,
            - i wiele, wiele więcej.
            Film został nakręcony cyfrową kamerą JVC GRD-30 i zmontowany przy użyciu
            Pinnacle Studio 9+. W podkładzie muzyka egipska. To już jest mój drugi film z
            wakacji w Egipcie. Poprzedni nakręcony w 2004 roku w Hurghadzie (jego opis i
            pobyt w Hurghadzie dostępny jest na stronie www.laperla.prv.pl sprzedał się w
            około 60 egzemplarzach- głównie na Allegro) i wszystkie osoby były zadowolone z
            jego zakupu, a niektóre z nich wręcz entuzjastycznie się odnosiły do jego
            zawartości- mam nadzieję, że i tak będzie tym razem. Koszt zakupu filmu to
            14,99+ koszt przesyłki zgodny z taryfą Poczty Polskiej. Film przesyłam
            zapakowany w podwójnej folii bąbelkowej. Na film składa się płyta DVD Platinium
            + (na wyraźne życzenie wypalam na minusie), pudełko plastic box slim i okładka
            wydrukowana na kolorowej drukarce laserowej. Można go zamówić wysyłając do mnie
            wiadomość email na adres koalabis małpa tlen kropka pl lub poprzez Allegro
            gdzie jestem dostępny pod nickiem pandabis. Myślę, że materiał chociaż w części
            przybliży klimat jaki panuje w Egipcie i pokaże warunki panujące w typowym
            egipskim hotelu trzygwiazdkowym, a osobom, które odpoczywały w hotelu Al Diwan
            lub też Sharm przypomni chwile tam spędzone.
            +++++++++++
            Na stronie www.aldiwan.prv.pl znajduje się dodatkowo kilka fotek z
            pobytu + aktualizacje, które w wolnych chwilach dokonam.

            --
            www.laperla.prv.pl -
            info nie tylko o hotelu!
            www.aldiwan.prv.pl -
            sierpień 2006
                • platynka.iw 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 20:53
                  28 WRZESIEŃ 2005 (ŚRODA) DZIEŃ 1
                  Czekałam na ten wyjazd ponad rok... do końca nie było wiadomo-pojedziemy??
                  nie pojedziemy?? a może tym razem do innego kraju?? Koniec końców na 2
                  tygodnie przed wylotem wykupiliśmy wyjazd... i dziś przyszedł ten dzień.
                  Wczoraj przyjechaliśmy do przyjaciół, u nich spaliśmy. O 6 rano Dorotka
                  zawiozła nas na Okęcie. Tam pierwsza wpadka. Chciałam schować jeszcze
                  sweterek do bagażu głównego ale okazało się, że nie można otworzyć walizki!!
                  Szyfr-nie reaguje. HA! No tak!! Przecież nasza walizkę pożyczyli pół roku
                  temu znajomi jak lecieli na wakacje. Szybki telefon i-szczeka na posadzce.
                  Owszem, zmienili kod-ale nie pamiętają na jaki.... no cóż. Sweter wylądował
                  pod pacha a problem kodu zostawiliśmy na później.

                  Nadaliśmy bagaż. Okazało się, że mogłam jeszcze dowalić że 4 kg ;-) Przejście
                  przez odprawę paszportowa-zerkniecie celnika na Radka (lat 5) i jego zdjęcie
                  w paszporcie ( w wieku 8 miesięcy) Powiedział "Mało podobny".
                  Powiedzieliśmy "to Wy wydaliście zarządzenie, że paszport dziecka jest ważny
                  10 lat" Koniec rozmowy.

                  Jesteśmy w bezcłówce. Szybkie zakupy i upragniona kawa... 2h szybko minęły i
                  już siedzimy w samolocie linii Fischer. Samolot jak samolot... Ja strasznie
                  boje się latać!! Na Rzesia (męża) "Myszko, nie bój się, będzie dobrze" Raduś
                  odpowiedział "mamuniu... przecież to tylko lot!!" No tak... Uwielbiam dzieci
                  za ich nieskomplikowane myślenie. Nie mieliśmy cateringu. Zamówiliśmy
                  herbatkę i zjedliśmy domowe kanapki.

                  W końcu lecimy nad Kairem. Znajomy widok... nitka Nilu... piramidy... hotele
                  położone przy brzegu granatowo-błekitno-szmaragdowo-zielonego morza
                  czerwonego. I to czego najbardziej nielubię-podejście do lądowania. Błędnik
                  wariuje, uszy się zatykają...raz się przechylamy w prawo, raz w lewo... Nigdy
                  się tyle nie modle co w samolocie ;-)

                  W końcu wysiadamy. Mimo końcówki września-wita nas ściana gorąca!! A wiatr-
                  jakby ktoś dmuchał na nas ogromna suszarka do włosów!! UWIELBIAM TO!!
                  Kierujemy się do okienka nie polecanego przez pana z Eximu i kupujemy wizę za
                  15$ od paszportu. Odbieramy bagaże (qrcze...jak my otworzymy ta walizkę??) i
                  wypadamy na zewnątrz. Wita nas znajomy smród i walające się śmieci ;-) Idziemy
                  do autokaru, po drodze dowiadujemy się, że będziemy w hotelu "Panorama" w El
                  Gouna.

                  Transfer trwał ok. 40 minut... Nie nudziłam się. Upajałam się tak długo
                  oczekiwanym widokiem!! Palmy, słońce, wysokie krawężniki ;-) ... Jest i nasz
                  hotel (opisz go na forum hotele) Witają nas szklaneczka soku, odbieramy
                  klucze i szukamy pokoju. Jest. Na 2 piętrze w budynku 2 piętrowym ;-) Widok
                  na zatokę i basen. Super!!

                  Szybkie siku, szybki prysznic i decyzja-wyjmujemy kąpielówki i lecimy na
                  basen!! HURRAAA!! I nagle "O NIE!!" Ta cholerna walizka a w niej
                  nasze "paszporty" na basen w postaci kąpielówek....
                  Nic to. Postanawiamy, że po 50 cyfrach będziemy się zmieniać, zaczyna Rześ
                  -000- ; -001- ; -002- ; -003- ; -004- ; -005- ; .... zmieniając się po jakimś
                  czasie przy numerze -303- walizka otwiera się!! WOW!! W życiu nie cieszyłam
                  się tak bardzo na znajomy klik otwieranej walizki ;-)

                  I oto siedzimy na basenie-biali, nakremowani ... mmm... cudownie tu być...

                  Po ok. godzinie robimy obchód...tu jest restauracja... tu sklepy... tu wydaja
                  ręczniki... Gorące kafelki parzą w stopy... jak milo!!

                  Wracamy do pokoju. Nie ma sensu się rozpakowywać-pojutrze ruszamy na rejs.
                  Wyjmujemy co ważniejsze rzeczy, przebieramy się i hopsa na kolacje. O tak!!
                  Czekałam na te mega słodkie ciasta i torty!! Koniec z dieta-nie chce słyszeć
                  o odchudzaniu przez cały pobyt w Egipcie!! Zajadamy się i delektujemy
                  jedzeniem... ja mam dodatkowe powody do radości-przede mną 3 tygodnie bez
                  prania-gotowania-zmywania-sprzątania.... wow.... cudownie jest być na
                  wakacjach!! ;-)

                  Po kolacji posiadówa przy oświetlonym basenie... Potem spacer do El Gouny.
                  Czas kupić jakąś wodę i napoje... robimy szybkie zakupy i wracamy do hotelu.
                  Jest 21:00 a my padnięci!! Jeszcze szybki tel. do recepcji i przypomnienie o
                  dostawce dla Radka. O 22:00 przy akompaniamencie szumiącej klimy zasypiamy....

                  Jeszcze tylko szybka myśl przed snem "wow!! naprawdę znowu tu jestem!! " i
                  wyszeptane do uszka Rzesia "kocham Cię!! Tak bardzo się cieszę, że jesteśmy w
                  Egipcie"...

                  Sen... sen...sen...

                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 20:54

                    29. 09. 2005 (CZWARTEK) DZIEŃ 2
                    Obudziliśmy się o godz. 9... Pierwsze wyjście na balkon-i uderzenie słońca!!
                    Zapomniałam jak ostre i gorące jest w Egipcie!! Prysznic i biegiem na
                    śniadanko. O 12 spotkanie z rezydentka. Szkoda czasu. Bierzemy stroje i lecimy
                    na basen... Muzyczka gra, słoneczko świeci, dookoła słychać śmiechy i radość
                    ludzi... Chłopcy pływają a ja leżę na leżaku i czytam zakupiony przed wyjazdem
                    przewodnik po Egipcie, który był dodany do Gazety Wyborczej.

                    Mija wolno czas... Słodkie lenistwo. Upajamy się ta chwila... Ok 13 dowiadujemy
                    się od poznanych w samolocie ludzi, że jutro rano jest wyjazd o 8 spod hotelu a
                    o 9 ruszamy w konwoju do Luksoru. O 9 rano?? Qrcze... co tak późno?? Przecież
                    zawsze jechaliśmy w konwoju o 5 czy 6 rano ( nie pamiętam) ale na pewno nie o
                    9!! Nic to. Zobaczymy rano. Mam nadzieje, że starczy nam czasu na zobaczenie
                    wszystkiego co zaplanowaliśmy...

                    Wracam do pokoju a tu-zonk-brak prądu! Okazało się, że w tym hotelu od 11-14
                    wyłączają prąd. Mmm... pierwszy raz się z czymś takim spotkałam-ale trudno.
                    Wracam na basen do studiowania przewodnika. Po godzinie idziemy na spacer do
                    zatoczki. Radek wchodzi do wody i powoduje jej zmętnienie po czym
                    stwierdza "zobaczcie ile kurzu jest w tej wodzie" ;-) hihihi... Oglądamy
                    maleńkie kraby chowające się przed nami do swoich norek i spacerkiem wracamy na
                    basen.

                    Ok 16 przebieramy się i idziemy do centrum El Gouna, które jest 5 minut drogi
                    od hotelu. Fakt. Mało egipskie, ale urocze miasteczko. Domeczki, uliczki,
                    fontanny... Wymieniamy większą ilość $ na LE, kupujemy wodę i wracamy do hotelu
                    na kolacje. Po kolacji pijemy zimna karkade na balkonie a potem-pakowanie. Rano
                    wyjazd do ukochanego Luksoru.
                    • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 20:55
                      30, 09, 2005 (piątek) DZIEŃ 3
                      Najedzeni, z walizkami przed hotelem, czekamy w lobby hotelowym na autobus.
                      Myślę sobie "super, że już ruszamy w trasę. Nareszcie coś się dzieje! Gdybym
                      miała przeleżeć przy basenie czy na plaży 14...BA! choćby 7 dni-to bym chyba
                      umarła z nudów albo dostała wścieku macicy"

                      Wsiadamy do autokaru i jedziemy na miejsce spotkań autobusów i busików (jak się
                      nazywa ta miejscowość??) gdzie się zbiera konwój. Jechałam 2 razy stamtąd do
                      Luksoru i zawsze była to masa samochodów!! Ci którzy jechali-wiedza co mam na
                      myśli!! I napewno się zdziwią-bowiem w naszym "konwoju" o 9 rano jechaliśmy my
                      i jeden busik... razem z ochrona - cztery auta ... nieźle. No, ale przynajmniej
                      Pani Ania (przewodniczka) się wyspała :-|

                      Jak zwykle-po drodze 2 postoje na siku, kawę i odganianie się od natrętnych
                      sprzedawców i pozujących do zdjęć chłopców z wielbłądami...

                      I oto w końcu jesteśmy w Luksorze-o zgrozo-o godzinie 14!!!!! Nieźle. Wysiadamy
                      przy nabrzeżu. Cala grupa jedzie dalej z bagażami zwiedzać Karnak. Maja wrócić
                      na statek ok. 18 i wtedy zająć kajuty. My zabieramy nasze bagaże i udajemy się
                      na "Crocodillo", bowiem to właśnie na tym statku będziemy kontynuować dalszy
                      rejs.

                      Dreptam a w myślach układamy teks-jak tu przekonać obsługę, by nam na kilka
                      godzin przechowała bagaże... Podchodzimy do recepcji a Pan z uśmiechem na
                      ustach mówi "witam ponownie" WOW!! Pamięta nas z tamtego roku!? Pewnie
                      zapamiętał Radka. Nieważne. Lody zostały przełamane. 10$ w paszporcie powoduje,
                      że od ręki dostajemy klucze i kajutę z wymarzonymi drzwiami balkonowymi!
                      Zostawiamy bagaże i biegiem lecimy zwiedzać zachodni brzeg.

                      Jest 14:30.... czyli niewiele czasu zostało!! Od brzegu zaczepiają nas faceci z
                      pytaniem czy chcemy łódź, czy taksówkę... Tak-chcemy łódź. Pytamy-"Ile za
                      przepłynięcie na zachodni brzeg??" Słyszymy "50 LE" hehehehe... śmiech nas
                      ogarnia. Mówimy "Dajemy 10le za cala trójkę" Od słowa do słowa na widok naszych
                      pleców i głośne "bye" Pan się zgadza na nasza stawkę. Szybko przepływamy. Ten
                      sam Pan pyta czy nie chcemy taksówki. Chcemy. Pytamy ile za jakieś 4h
                      dyspozycyjności?? Słyszymy 150 LE. hehehe... Niezłe maja ceny. Koniec końców
                      dostajemy taksówkę do dyspozycji (off corse z kierowca ;-) w cenie 50 LE. I tak
                      mam wrażenie, że przepłaciliśmy, ale w tym dniu czas był dla nas baaardzo ważny.

                      Taksówka-to wielkie słowo. Jest to pojazd na 4 kółkach. Wsiada się po 2
                      schodkach od tyłu (nie ma drzwi) i jedzie bokiem do kierunku jazdy (są 2
                      ławeczki po bokach) Czymś takim namiętnie jeżdżą miejscowi. W środku jest
                      dzwonek, po naciśnięciu Pan w kabinie zatrzymuje się. Ogólnie (jak większość
                      pojazdów w Egipcie) jest to niezły gruchot-no, ale oby tylko nas zawiózł tam
                      gdzie trzeba i miał jeszcze moc by wrócić.

                      Pierwszy przystanek-Kolosy Memnona.
                      Drugi-kasa biletowa. Kupujemy bilety do Medinet Habu, Ramasseum i SetiegoI.
                      Dzieci do 4 roku życia maja wstęp bezpłatny, więc przygotowaliśmy pieniądze na
                      bilet dla Radka. Oto rozmowa przy kasie.
                      -prosimy 2 bilety dla dorosłych i jeden dla dziecka do Medinet Habu, Ramasseum
                      i Setiego I
                      -Ile dziecko ma lat??
                      -Pięć
                      -(przymknięte oko kasjera) Nie. Ma cztery i wchodzi za darmo.
                      -O tak. Pomyliliśmy się. Ma cztery.
                      ;-)
                      Co jak co, ale jedno trzeba im przyznać-uwielbiają dzieci i właśnie nasz
                      portfel na tym skorzystał :-)

                      Podjeżdżamy pod Medinet Habu. Sama światynia-rewelacja!! Poza bileterem jesteśmy
                      my i dwoje Anglików. Medineta Habu robi na nas oszałamiające wrażenie! Są to
                      ruiny zespołu świątynii Totmesa III, świątynii grobowej i pałacu Ramzesa III. W
                      skład zespołu wchodzi także kilka kaplic związanych z kultem Amona. Do
                      najpiękniejszych zabytków należy Brama Południowa, znajdująca się pomiędzy dwoma
                      wieżami. Nas powalają fantastyczne, ogromne reliefy, które nadal są w świetnym
                      stanie, oraz niewiarygone, bajkowe kolory, które się zachowały od czasów
                      Starożytnych!! Widać odcienie niebieskiego, czerwieni, zółtego... CUDA! W
                      starożytności kompleks był otoczony murami oraz stanowił administracyjne centrum
                      regionu (Teb Zachodnich). Uważane są one za budowlę związaną z pałacem Ramzesa
                      III. Same pomieszczenia rezydencji są zniszczone, zachowało się tylko kilka scen
                      ukazujących króla w haremie. Świątynia Ramzesa III, najlepiej zachowany zabytek
                      tego typu, poprzedzona jest wysokimi pylonami, za nim znajduje się dziedziniec
                      otoczony filarami przedstawiającymi faraona w postawie Ozyrysa. Za dziedzińcem
                      kolejne pylony poprzedzają drugi dziedziniec, za którym znajduje się sala
                      hypostylowa z grupą posągów przedstawiających faraona u boku boga Thota.
                      Większość dekoracji świątymi stanowią reliefy o tematyce batalistycznej,
                      nawiązujace do pokonania Libijczyków przez faraona. Wędrujemy z przewodnikiem
                      w ręku od pomieszczenia do pomieszczenia-i nie mozemy oderwać oczu! Medinet Haby
                      BARDZO nam się podobalo! Dlaczego ta świątynia nie jest w fakultetach BP?
                      Przecież jest rewelacyjnie zachowana, przestrzeń, masa zakamarów!
                      Umysł każe już iść, zobaczyć kolejny puknt programu zwiedzania... ale jakaś
                      magia nas tu trzyma, oczarowani z rozdziawionymi buziami nie potrafimy stąd
                      wyjść... i ta cisza... nie ma turystów, jesteśmy tylko my... oczami wyobrażni
                      widzę kątem oka przebiegających obok kapłanów... w białych sukniach, z łysymi
                      głowami... w dłoniach trzymaja kadzidła i święte oleje by oddać hołd Bogom...
                      ciii... chodżmy stąd, by nie zbudzić starych Bogów Egiptu... Oni nadal tu są i
                      żyją...

                      Gorąco, gorąco, gorąco...

                      Pijemy Barakę i polewamy sobie nią głowy. Robimy masę zdjęć i wracamy do
                      naszego pana taksówkarza i mówimy, że teraz chcemy jechać do Ramasseum. A Pan
                      rozkłada ręce!! Teraz do nas dociera-no tak. Wszystko ustalaliśmy z facetem od
                      łodzi a ten-ni w ząb nie zna angielskiego!! Ale jaja... wołamy Araba spod
                      sklepu, który służy nam za chwilowego tłumacza.

                      Wsiadamy do taksówki i jedziemy do Ramasseum (XIX dynastia). Jakże marna ta
                      świątynia się wydaje po Medinet Habu! To istne ruiny! Ale i tak jesteśmy nią
                      zauroczeni i zwiedzamy ja z zapartym tchem. Ramasseum to kompleks świątyń
                      pobudowanych przez Ramzesa II w Tebach Zachodnich (tak samo jak Medinet Habu).
                      Do dnia dzisiejszego zachowały się tylko ruiny. Na fasadzie przedsionka znajdują
                      się filary z przylegającymi do nich posągami Ramzesa w tzw. postawie Ozyrysa. Na
                      dziedzińcu zachował się tors posągu Ramzesa II, jeden z dwóch posągów w postawie
                      siedzącej, znajdujących się dawniej u wejścia do świątyni. Niestety jest
                      roztrzaskany-ale nadal jest minumentalny! sama głowa Ramzesa jest ogromna!
                      Ściany świątyni pokryte są reliefami o tematyce batalistycznej, odnoszącej się
                      do zwycięskich wojen z Azjatami oraz związane z postacią boga urodzaju. Do
                      nietypowej dekoracji należy przedstawienie na ścianach przedsionka wizerunków
                      dzieci Ramzesa II, synowie i córki stoją w dwóch rzędach, zgodnie z prawem do
                      sukcesji.
                      Wracając łapiemy przy wyjściu policjanta turystycznego i
                      prowadzimy do taksówkarza, w celu wytłumaczenia dalszej trasy zwiedzania.
                      Spokojniutko idziemy kiedy nagle-nasz taksówkarz podnosi ręce i strasznie
                      wrzeszczy. Myślę sobie-"co jest?? Wygląda to na jakiś zawał!!" Naprawdę się
                      przestraszyłam. Okazało się-że biedaczyna-przestraszył się policjanta!! Myślał,
                      że coś zrobił źle i idziemy na niego z gliniarzem!! Az mi się głupio zrobiło...
                      Policjant po arabsku przekazał mu gdzie chcemy jeszcze jechać i ruszyliśmy w
                      dalsza drogę do świątyni SetiegoI. Tam zatrzymaliśmy się na chwilkę i nasz
                      taksówkarz, przez innego araba powiedział nam, że ma 7 dzieci (samych chłopców)
                      i jest bardzo szczęśliwym tata. Powiedział także, że czuję się młodo bo ma
                      dopiero 35 lat. O zgrozo! A ja mu dawałam jakieś 60!! W tej brudnej
                      galabii...z dwoma zębami w ustach....pomarszczona, wychudzona twarzą i w
                      okularach jak denka wyglądał duuużo starzej!!

                      Nic to. Pobiegliśmy obejrzeć cuda SetiegoI. A tu przykra niespodzianka. Okazało
                      się
                      • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 20:56
                        Nic to. Pobiegliśmy obejrzeć cuda SetiegoI. A tu przykra niespodzianka. Okazało
                        się, że bilet który nabyliśmy-nie obejmuje wejścia do tej świątyni, że trzeba
                        się wrócić do kasy i kupić nowy bilet.... :-( ... hmmm... po króciutkiej
                        naradzie postanawiamy-z bolącym sercem- odpuścić sobie tą świątynie (zerkamy
                        tylko na nią przez wysoki płot). Wracanie się po bilet zajmie za dużo czasu...
                        nie chcemy go tracić kosztem ukochanej Rzesia -Doliny Królów.

                        Wsiadamy do naszej komfortowej ;-) i klimatyzowanej ;-) i bezpiecznej ;-) i
                        nowoczesnej taksówki i jedziemy do Doliny Królów. Tam najpierw podchodzimy na
                        nogach z parkingu do kasy, a potem tuk-tuk podjeżdżamy pod dolinę. Po drodze
                        zmieniamy baterie w kamerze ( w tym upale trzymają dłuuugo krócej)

                        Dolina Królów. I znowu jestem nią zauroczona mimo, iż gościmy tutaj po raz
                        trzeci!! Gorąc jest potworny. Gorąc i duchota. Tu powietrze stoi... Na zmianę
                        polewam ciągle Radka woda i kremuje go filtrami. Jest 16:30... za pól godziny
                        zamykają. Wybieramy 3 groby w których nie byliśmy i zaczynamy "ucztę" Bardzo
                        chciałam raz jeszcze zobaczyć grób SetiegoI ale jest zamknięty aż do
                        odwołania... nie wiadomo jak szybko go otworzą, a jest to chyba najpiękniejszy
                        grobowiec w całej dolinie!!

                        Dookoła widąć masę "skośnookich" grup (Japończyćy?? Chińczyćy?? Koreańczyćy??
                        nie wiem) którzy opatuleni od stop do głów, w rękawiczkach i pod parasolami
                        zwiedzają dolinę. Dodatkowo przed wejściem do grobow-zakladają na usta i nos
                        maseczki... hmmm... nie wiem co o tym myśleć, więc się długo nad tym nie
                        zastanawiam-nie mój biznes :-)

                        Urocze jest to miejsce... z jednej strony wiem-jest to cmentarz z drugiej
                        strony-u nas na cmentarzu nie czuję tego spokoju co tam... Naprawdę. Bije coś
                        magicznego od tego miejsca (tak jak od Karnaku) Wspaniale tam się czuję! Jestem
                        potwornym zmarzluchem. A w Dolinie Królów nigdy nie marzną mi stopy ;-)
                        Uwielbiam to miejsce.

                        Otwieram przewodnik i czytam „położona na terenie Teb Zachodnich dolina stała
                        się miejscem spoczynku królów Egiptu XVIII – XX dynastii. Pierwszym faraonem,
                        który nakazał budowę swojego grobowca z dala od znanych nekropoli był Totmes I ,
                        ostatnim Ramzes XI.
                        Grobowce wznoszone w tej dolinie, to wykute w skale kaplice grzebalne. Niestety,
                        już w czasach współczesnych faraonom, wiele grobów zostało otwartych i
                        ograbionych. Proceder ten trwał przez wieki. Z tego też powodu, już w czasach
                        panowania faraonów zdarzały się sytuacje przenoszenia mumii, mające na celu
                        ochronę ich przed zbezczeszczeniem. Współczesnym badaczom udało się odnaleźć
                        tylko jeden niesplądrowany grobowiec - Tutanchamona. W Dolinie Królów odkryto
                        nie tylko miejsca pochówku, ale i niedokończone komory grobowe.
                        Cała dolina to właściwie dwie doliny, zachodnia jej część zwana po prostu Doliną
                        Zachodnią (WV) lub Doliną Małp (Wadi El-Gurud, Biban El-Gurud) oraz część
                        wschodnia (KV), zwana Doliną Wschodnią (Biban El-Muluk). W sumie archeolodzy
                        natrafili na 63 grobowce i 20 rozpoczętych i nieukończonych budowli.
                        John Gardiner Wilkinson w 1827 roku zaproponował ponumerowanie grobowców. Nadano
                        im numery od 1 do 21 rozpoczynając od wejścia do doliny i posuwając się w
                        kierunku wschodnim. Pozostałe numery – od 22 do 63 nadawano systematycznie, po
                        odkryciu kolejnego grobowca - (ostatni numer KV 63 nadano grobowcowi odkrytemu w
                        lutym 2006 roku w centralnej części Doliny). Numery poprzedzone są literami
                        lokalizującymi położenie grobowca w Dolinie Wschodnie lub Zachodniej”
                        Tyle suche dane z przewodnika, ktore nie powiedzą nic o emoacjach, jakie nam
                        towarzyszą za każdym razem, gdy tu jesteśmy. Szacunek, respekt, podziw...
                        Uwielbiam to miejsce-na starość postweię sobie nad Brzegoem Nilu z cegły mułowej
                        i łyżeczka wykopię sobie jakiś otwór w sklale w okolicach Doliny Królów... to
                        miejsce przyciąga niewytłumaczalnym magnetyzmem...

                        Z miłej zadumy wyrywa mnie bezczelne zachowanie strażnika w grobowcu Totmessa
                        III. Dostaje furii, bo już enty arab pokazuje mi gdzie mam
                        zrobić zdjęcie, i nie ma problemu jak błyśnie flesz. MAC!! Przez nich za 100-
                        200 lat nie będzie EgiptuT Ale co się dziwić. Po pierwsze-to nie jest ich
                        dziedzictwo, więc im nie zależy by o to dbać. Po drugie-maja tak niskie
                        zarobki, że każdy funt się liczy.
                        Kolejny raz odmawiam, że nie mam ochoty na zdjęcie. Ale znowu dostaje furii
                        widząc jak wielu turystów się zgadza i czują się uprzywilejowani, że za 1-2E
                        mogą sobie cyknąć fotkę w grobowcu... Płakać się chce... No tak-co to jest?
                        Jedno, dwa pstrykniecia? Przeciez za 5 minut ich tu nie będzie, za to jak
                        zabłysną takimi zdjęciami w domu przed znajomymi! Przepraszam, ale ja się
                        pytam-a co z naszymi dziećmi? Wnukami? Czy nie można pomyśleć o Nich, że im też
                        należy się obejrzenie tych cudów za kilka lat!

                        O 17:10 opuszczamy to mega spokojne i nostalgiczne miejsce. W dół schodzimy już
                        tylko my-i pracownicy doliny. Niestety... już się robi ciemno, o 18 zapada
                        zmrok. Dzięki temu, że Pani przewodniczka się wyspała-my nie zdążyliśmy do
                        Doliny Robotników ani do Grobowców Dostojników... Nic to. Może się uda
                        następnym razem??

                        Jeszcze rzut oka na dom Howarda Cartera i już mkniemy w kierunku nabrzeża. Tam
                        czeka na nas pan od lodki. Płacimy 50 LE za taksówkę i dajemy dodatkowe 10 LE
                        taksówkarzowi. On nie rozumiejac-daje te pieniądze do wspólnej kasy. Dopiero
                        arabskie tłumaczenie przekonuje go, że to są pieniążki dla niego... nie
                        wiedziałam, że 6 zł może tak uszczęśliwić!!

                        Wsiadamy do łodzi i płynąć dowiadujemy się, że mamy zapłacić za rejs 20 LE.
                        Hehehehehe... dajemy mu 10 LE i bardzo dziękujemy za przepłyniecie. Idziemy na
                        statek. Tam obsługa znowu dopada Radka! Śpieszymy się, ale widząc jak wiele
                        Radości maja obie strony z wzajemnego kontaktu-pozwalamy na chwilę walki i
                        łaskotania. Lecimy do kajuty. Spragnieni zimna wydobywamy z lodówki zimna wodę
                        i doimy ja na maksa. Po odświeżeniu się wychodzimy na miasto załatwić na jutro
                        wyjazd do Dandery i Abydos. W BP Thomas Cook chcieli 80$ od osoby + za dziecko
                        polowe....hmmm... trochę drogo :-/ Kontaktujemy się z Panią Joasia z Hany
                        Alibaba, by potwierdzić umówiony jeszcze w Polsce lot balonem nad Luksorem.
                        Okazuje się, że mamy jutro lot ok. 5 rano. Pytamy o Dandere i Abydos. Najpierw
                        się okazuje, że się nie da, ale od słowa do słowa ustalamy, że lot zostanie
                        przesunięty na 4 rano (przepraszam innych chętnych, którzy wtedy z nami
                        lecieli!!) a potem jedziemy do Dandery i Abydos!!
                        WOW! Rewelacje! Wracamy na statek... niewiele snu zostało. Prysznic i biegiem
                        na kolacje. Jak ja uwielbiam jedzenie na statku!! Jest PYSZNE!! I Ci przemili
                        Nubijczycy... Radek zostaje zabrany na zaplecze więc i ja podążam za nim... I
                        muszę przyznać-jest naprawdę czysto i pachnąco. Moje dziecię wychodzi
                        obdarowane owocami i jogurtami. Jak oni kochają dzieci!!

                        Po kolacji idziemy na górny pokład, kładziemy się na leżakach i podziwiamy
                        niebo nad Luksorem... magiczna chwila... Niestety-czas się kłaść. Przecież
                        wstajemy o 3:30!!

                        • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 20:57
                          01.10. 2005 (sobota) DZIEŃ 4
                          Śpię… jak przez mgle gdzieś z oddali słyszę namolne „ti-ti-ti-ti… ti-ti-ti-ti…
                          ti-ti-ti-ti…” Powoli wyrywana z objęć Morfeusza ( i Rzesia ;-) sięgam i dorywam
                          się do namolnego budzika w telefonie. Jest 03:15 a ja mam mega uśmiech na
                          twarzy i energie, która mnie nosi!! Fakt. Gdybym miała w Polsce o tej godzinie
                          wstać do pracy….brrrr…. No-ale jakże inaczej wstaje się o tej godzinie by
                          stanąć twarzą w twarz z przygoda?? I to w Egipcie??

                          Wyłączam klimę, odsłaniam mega ciężkie i mega szczelne zasłony i otwieram drzwi
                          balkonowe… Uderza mnie przyjemnie ciepłe powietrze i wilgoć od Nilu. Za oknem
                          środek nocy… Księżyc w kształcie rogalika przypomina mi o zbliżającym się
                          ramadanie. Wtulam się w moich chłopaków z myślą o walce jaka muszę stoczyć, by
                          ich obudzić. Na moje „hej, chłopcy… wstajemy. Idziemy na lot balonem” Oboje się
                          zrywają i są gotowi do drogi ;-) hehehe.

                          I oto jest już 04:00 a my i nasi znajomi stoimy przy ulicy i czekamy na pana,
                          który ma nas odebrać. Teraz czuję delikatny chłód. Dobrze, że zabrałam
                          sweterek. Radek z boku boksuje się z policjantem turystycznym, a my obserwujemy
                          otoczenie… W sklepach… na lodkach… przy ulicy…w swoich taksówkach-śpią ludzie.
                          Owinięci w koce smacznie chrapią. No tak. Większość z nich kończy późno w nocy
                          prace a o świcie zaczyna. Większość z nich to ludzie, którzy przyjechali do
                          Luksoru na jakiś czas, by się dorobić. To ich dom-i ich praca zarazem. Jakże
                          inaczej wygląda śpiący Luksor! Bez tumultu i pośpiechu zarobienia jeszcze
                          jednego funta ;-) Jest naprawdę bardzo spokojnie i cicho… i zaczyna mi czegoś
                          brakować ;-)

                          Jest! Biegnie do nas Egipcjanin. Szybkie upewnienie się, że my to my ;-)
                          zainkasowanie 200$ za lot (po 80$ za dorosłego, za Radzika polowe) i oto już
                          siedzimy w łódce na Nilu. Czekamy jeszcze na kilka osób, które maja z nami
                          lecieć balonem. Na łodzi poczęstunek-kawa, herbata, ciasto…. Światła nocy
                          fantastycznie odbijają się w wodzie-Rześ próbuje zrobić zdjęcie, ale łódka za
                          bardzo kołysze… nic to. Mam ochotę, by ta chwila trwała wiecznie… Wtulam się w
                          ciepłego Rzesia (Radek walczy z jednym Arabem z lodki) i zaczynam zasypiać…

                          Ok. Już są wszyscy. Płyniemy na zachodni brzeg… granatowa noc, czarny Nil…nie
                          widać nic! Ale nie czuję leku! Wierze, iż dobrzy bogowie Egiptu są z nami! Na
                          łódce jeszcze kapitan Sancho tłumaczy nam jak się zachować w balonie. Każdy
                          dostanie swoje miejsce i powinien tam stać i nie przechylać się. Dowiadujemy
                          się, że są 3 rodzaje lądowania. Albo balon siada spokojnie pionowo na ziemi (
                          co się rzadko zdarza ). Albo ciągniony przez wiatr ryje jednym z boków ziemie.
                          Albo siada i wznosi się podskakując jak piłeczka. Jeżeli będziemy lądować
                          ostatnimi dwoma sposobami to na jego komendę „lądowanie” mamy przykucnąć w
                          balonie i schować głowę miedzy kolana. Hmmm…. Nie zabrzmiało to milo!

                          Wszystko jest super zorganizowane. Na brzegu czeka już na nas autko, które
                          zawozi nas na miejsce startu. I oto jest nasz balon. Żółty z napisem „Sindbad”
                          Balon??-myślę sobie. Przecież to istne BALONISKO!! O mamo!! Nie zdawałam sobie
                          sprawy, że będzie TAKI DUZY!! Już jest prawie napompowany, wsiadamy do koszy.
                          Jest główny kosz z jakimiś narzędziami w którym stoi nasz kapitan oraz 4 kosze
                          po bokach do których wchodzi średnio po 5 osób. Z 4 palników bucha ogień na
                          jakieś 1,5 metra, który jest strasznie głośny i nieźle daje Gorajcem po karku.
                          Przelatuje mi szybka myśl „może zdążę jeszcze wysiąść??”-nie, nie zdążę.
                          Właśnie delikatnie oderwaliśmy się od ziemi… chłopcy z obsługi balonu (ok. 10
                          osób) na dole klaszczą, tańczą i śpiewają „lec balonie, lec!!”

                          Nie powiem. Mam cykora, ale patrząc na uśmiechnięta twarz Sancho uspokajam się.
                          Jest to bardzo spokojny i wyciszony człowiek. Robi wrażenie nieśmiałego i
                          małomównego. Jednak jak już się odezwie-to wszyscy zaśmiewamy się do bólu… jest
                          niesamowity!
                          Wznosimy się dosyć szybko. Po chwili uszy przyzwyczajają się do huku z palników
                          a oczy do ciemności i powoli zaczynają wyławiać jakieś kontury i zarysy. Kark
                          do końca lotu nie przyzwyczai się do gorąca jaki stamtąd bucha. Myślę sobie-
                          może podstawić nogi?? Będę mieć darmowa depilację ;-)
                          Co jakiś czas w oddali połyskuje czerwień, granat, zieleń-to inne balony,
                          których ogień z palników cudnie oświetla od środka. Powoli jak grzybki po
                          deszczu rosną coraz to nowe i zaczynają-tak jak my-wznosić się ku niebu.

                          Zaczynam się przyzwyczajać do sytuacji i rozluźniać… Robi się coraz jaśniej,
                          zaraz pewnie wzejdzie słońce. I nagle widzę-cudne góry tebańskie! W tym samym
                          momencie jakbym dostała cios miedzy oczy-WOW!! Przecież to świątynia
                          Hatszepsut!! Przepiekna świątynia tarasowa zbudowana przez i dla jedynej
                          kobiety faraona-Hatszepsut. Była to córka faraona TotmesaIII, kobieta silna,
                          odważna, nastawiona pokojowo i odkrywczo do świata... była Wielkim Władcą.
                          Dodatkowo światynia ta jest duma naszej Polskiej Misji Archeologicznej.
                          Świątynia tak inna od wszystkich spotykanych na terenie Egiptu... Piękna!!
                          Jakże majestatycznie wygląda z góry!! Żadnych turystów! Bije od niej spokój,
                          jakiego wcześniej nie widziałam! Każdy rzuca się do robienia zdjęć i nagrywania
                          na kamerę. W tym momencie kapitan pokazuje nam wschodni brzeg-patrzę, a tam
                          odbywają się cuda!! Zza Nilu, delikatnie wynurza się pomarańczowo-żółte słońce.
                          Idealny kolor-idealny kształt…Czuję się podczas tego
                          przedstawiania taka maleńka! Patrząc na ten ideał piękna wiem już, dlaczego faraon
                          Echnaton poświęcił wszystko-by oddawać cześć temu cudowi!! Stoję
                          zahipnotyzowana… po chwili dopiero dochodzę do siebie i zaczynam cykać zdjęcia…
                          jedno, drugie, trzecie, czwarte-ciągle wydaje mi się, że to mało, że jeszcze
                          lepiej mogę utrwalić ta chwilę. Słychać zewsząd „oooo….. wow….. jeeeee…”
                          Niesamowite... razem ze starymi Bogami Egiptu jesteśmy świadkami zwycięskiego,
                          całonocnego przemarszu słońca w ciemnościach zaświatów... widzimy, że po walkach
                          z hybrydami i innymi złami ciemnego świata-znowu zwycięża, odradza się na nowo,
                          dając nadzieję i wzmacniając wiarę...

                          Przelatujemy nad domami Egipcjan. Śpią na dachach. Sancho krzyczy do nich po
                          ang. „hej, habibi!! Pobudka!! Wstawać!!” Jakaś mała dziewczynka w koszulce i
                          gołej pupie stara się wcisnąć pod koc do mamy. Myślę sobie „wszystkie maluchy
                          na całym świecie są takie same! Patrzą tylko jak tu wtulić zmarzniętą pupę do
                          ” Na każdym dachu co najmniej 2 anteny satelitarne, niejednokrotniemamy
                          większe od lóżek na których śpią. Obok anten i łóżek widać chodzące kury,
                          walające się śmieci, druty… przy domach, z boku stoją zwierzaki, rozebrane
                          auta… suszy się cegła mułowa-jak sprzed wielu tysięcy lat!! Czas się tu
                          zatrzymał…

                          Patrzę na moje dziecię, które jak małe kurczątko usiadło sobie w kąciku i przez
                          dziurę, która służy do wchodzenia –patrzy sobie na świat z wysoka. Macha
                          paluszkiem i wola „ptaszki, zobacz mamuniu-tu są ptaszki!!” „zobacz mamuniu, a
                          tam są Kolosy Memnona” Kolosy Memnona?? O QRCZE!! Rzeczywiście w oddali je
                          widać! A przed nami-Ramasseum, w którym jeszcze wczoraj byliśmy!! Z drugiej
                          strony błękitny Nil, idealnie wymierzone pola uprawne… ciągle wznoszące się
                          słońce, które już dołącza się do palników-i nieźle nas grzeje… po prawej chowa
                          się świątynia Hatszepsut… nie wiem co fotografować. Robie kilka zdjęć po czym
                          wyłączam aparat. Prostuje plecy, rozluźniam mięśnie, przymykam oczy i robie
                          kilka głębokich wdechów…. O tak. To jest magiczny czas, nie można go spędzić z
                          okiem przy aparacie. Czuję się szczęśliwa… odprężona. Balon niewiadomo kiedy i
                          jak-d
                          • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 20:58
                            Balon niewiadomo kiedy i
                            jak-delikatnie płynie unosząc nas nad wspaniałościami pozostawionymi przez
                            starożytnych.

                            Każdy z nas dostaje mineralna, bo naprawdę zrobiło się bardzo ciepło! W oddali
                            widać Medinet Habu. Cudowna mgła jak wielka wstęga w połowie wysokości opasa
                            góry tebańskie, które teraz przybierają cała paletę barw! Obejmuje jeszcze raz
                            wszystko wzrokiem-góry, Nil, Słońce, Kolosy, Ramasseum, Hatszepsut, pola,
                            domostwa.. i mam łzy w oczach. Co za wspaniały widok!!

                            Nie wiadomo kiedy minęło 45 minut i nasz kapitan (Hiszpan) informuje nas, że
                            zaczynamy podchodzić do lądowania. No. Jak na komendę-idylla pryska i zaczynam
                            się bać ;-). Obsługa balonu w rozklekotanej furmance jeździ za nami, żeby nas
                            złapać. Stanęli, już biegną… okazuje się, że musimy się troszkę wznieść i
                            wylądujemy w innym miejscu. Więc wsiadają i znowu jada za nami. Słychać ich
                            radosne śpiewy i rytmiczne bębenki. W końcu za 3 razem udaje się. Balon
                            majestatycznie i spokojnie siada na morzu trzczciy cukrowej… Chłopcy w 3 minuty
                            zwijają balon. To koniec. Mam nadzieje, że te pozytywne, a momentami wręcz
                            orgastyczne przeżycia jakie czułam tam na górze-pozostaną we mnie na długo…

                            Wysiadamy, jeszcze tylko taniec radości z chłopakami i już pędzimy w stronę
                            łódki. Tam kapitan wszystkim dziękuje za lot i wręcza każdemu dyplom. Tak żal
                            się rozstawać z tym człowiekiem…

                            Zerkam na zegarek. Jest 06:50. Lecimy na Crocodillo. Zajmujemy wszystkie
                            kontakty-ładowarki są wszędzie! Telefony, kamera, aparat… Szybki prysznic,
                            zmiana ciuszków i pakowanie plecaka. Za godzinę jedziemy do Dandery i Abydos.

                            Radzik jeszcze się myje, a my sprawdzamy czy wszystko jest-kamera, aparat, krem
                            z filtrami, coś na głowę, portfel… Grześ pilnuje Radzika by wypłukał ząbki w
                            Barace, a ja lecę do recepcji. Tam odbieram nasze paszporty oraz pisze o
                            której-z kim-gdzie się wybieramy i o której planujemy powrót. Pan z recepcji
                            się milo uśmiecha i tłumaczy, że to dla naszego bezpieczeństwa. I super! Podaje
                            nam dzień wcześniej zamówione śniadanie oraz lunch w formie suchego prowiantu.
                            O mamo!! Jest tego 6 pudełek!! Nic to. Zostawiam to na recepcji i wracam do
                            pokoju by zabrać zapomniane rzeczy. Rześ zostawia 2E sprzątaczowi za
                            wczorajsze wysprzątanie kajuty oraz cudne całujące się delfinki z ręczników.
                            Wychodzimy. Przy recepcji częstują nas jeszcze kawa i herbatka (jak milo!!) a
                            Radzik wdaje się w walkę z ochroniarzem ;-) Dopada nas jeszcze jeden z kelnerów
                            który również nas pamięta z zeszłego roku.(zapomniałam jego imienia
                            Namiętnie uczy się języka polskiego i przy każdej okazji albo nam wszystko
                            recytuje-albo pyta o nowe wyrazy. Tym razem słuchamy po polsku części
                            ciała „ręką, noga, ucho, głowa, oko…” Cudnie!! Ma problem z wymowa litery P
                            (tak jak zresztą większość Egipcjan. Stad Boland a nie Poland) Mówię mu „ a tu
                            masz pupę” Zadowolony z nowego wyrazu sięga po serwetkę, rysuje szlaczki ;-) z
                            Jest uroczy.prawej do lewej i odchodząc mamrocze ‘buba…buba…buba”

                            Jest po ósmej. Luksor już wrócił do formy ;-) masa ludzi, turystów, naganiaczy,
                            Wychodzimy po schodkach przed ulice a tam-ztrąbiących aut… To lubię
                            uśmiechem wita nas dwoje ludzi. Jeden z nich to kierowca-drugi nasz przewodnik.
                            No proszę, jak milo! A myślałam, że pojedziemy tylko z kierowca! Wsiadamy do
                            super nówki, nie smaganego 12 osobowego Hyundai`a. Ja bym nie zwróciła pewnie
                            uwagi, ale Rześ jest zauroczony!
                            Autko naprawdę jest śliczne! Momentami wystaje jeszcze folia, skórzana
                            tapicerka, klimatyzacja… pachnące i czyściutkie! Umieszczam piramidę z pudełek
                            na tylnym siedzeniu i ruszamy na miejsce formatowania się konwoju. Z tego
                            miejsca ryszają konwoje do Asuanu, Hurghady, Dandery i Abydos. Korzystamy z
                            chwili postoju przed długą podróżą i spacerujemy. Radek że swoimi jasnymi
                            włoskami i ja że swoja bladojasną skórą wzbudzamy jak zwykle zainteresowanie.
                            Ciągle czuję na sobie wzrok miejscowej ludności. Na szczęście podczas kolejnego
                            pobytu nie jest to już aż tak męczące.

                            Punktualnie o 9 ruszamy. Jest nas masa aut i zupełnie nie przypominamy
                            „konwoju” w jakim jechaliśmy do Luksoru. Chłopcy zaczęli rozmowę o aucie ja
                            zaszyłam się na ostatnim siedzeniu, by coś zrobić z tymi pudelkami!
                            Otwieram pierwsze z nich-jak ja to Lubię! Te dżemiki i plastikowe sztućce ;-)
                            Przepakowuje wszystko do 3 pudelek, resztę postanawiam wywalić przy najbliższym
                            postoju.

                            Radzik lokuje się z tyłu na 3 miejscowej kanapie że swoimi samochodzikami i
                            zwierzakami i –jak to Radzik- zaczyna przeprowadzać walkę ;-)
                            Ja dosiadam się do chłopaków. Od słowa do słowa coraz bardziej poznajemy
                            siebie. Okazuje się, że nasz przewodnik nazywa się Atef Abu El-Fadl, jest z
                            wykształcenia egiptologiem i na codzień pracuje w Egipskim Ministerstwie
                            Kultury w dziale antyków, a jego szefem jest słynny Zali Hawass (gdyby ktoś
                            chciał go wynająć na jakaś wycieczkę-to mogę podać jego numer telefonu)

                            Czas milutko płynie, zaczynamy całą piątką podjadać co nieco z naszych
                            pakunków. Pierwszy postój i hasło Radzika „chce kupkę” Ok. Biorę go za rękę i
                            szukamy toalety. Jest! Wchodzimy a tam-typowo arabski klop. Czyli dziura w
                            podłodze i szlauf do umycia zadka. Patrzę w oczy synkowi i wiem-że nie zrobi
                            tego na stojąco. A już na pewno ja nie pozwolę, by myjąca pupę woda lala się po
                            jego nogach i stopach… fuj
                            Już na nas trąbią… Nic. Moje dzielne dziecko postanawia, że jeszcze wytrzyma i
                            załatwi się na następnym postoju.
                            Wracamy do auta. Muzyczka gra… robimy się senni. W końcu od jakiś 7h jesteśmy
                            na nogach. Śpiącego Radzika przykrywam lekka chusta-jakże ślicznie wygląda
                            śpiące dziecko! Nie wytrzymuje i obsypuje go całusami-na szczęście Go nie budzę.
                            Rześ też zasnął. Śpi słodko wtulony w zasłonkę ;-) Czule głaszczę go po karku i
                            zatapiam wzrok w widoki za oknem…

                            Jakże inny jest ten świat! Dla nas momentami przerażający i nie do przyjęcia!
                            Droga biegnie wzdłuż jednej z odnóg Nilu. A w niej-wszystko co tylko możliwe.
                            Góry śmieci a obok nich piorące kobiety… Zdechła krowa a chwilę później kąpiące
                            się dzieci. Lodki, które za pomocą lin przewożą ludzi na drugi brzeg. Pompy
                            nawadniające, które wyrzucają na pola drogocenna wodę. Obok palmy. Niskie domy
                            zazwyczaj z cegły mułowej. Osiołki. Takie jest ich Życie…Myślę sobie „gdyby z
                            jedna z tych osób zamienić się na tydzień. Ja zamieszkam tu-a ona w moim domu-
                            to ciekawe, kto bardziej chciałby wrócić do siebie??” Wiem, jest to
                            niemożliwe, ale Oni naprawdę są uśmiechnięci i czują radość z miejsca w którym
                            mieszkają…. Wjeżdżamy w jakieś miasteczko. Pełno w nim biegających na bosaka
                            dzieci, zafekowanych kobiet, które noszą zakupy na głowach, oraz kafejek a nim
                            palących szisze, nudzących się mężczyzn w galabijach… Na murach i domach pełno
                            jeszcze powyborczych plakatów a na większości z nich-usmiechnięty, młody Hosni
                            Mubarak. No cóż… już nie wygląda jak na tych plakatach, przecież zdjęcia są
                            zrobione w 1981 jak zostawał prezydentem…no, ale siła reklamy wizerunku jest
                            ogromna, więc…

                            Koleiny postój. Tym razem w miejscowości Qena. To tu znowu jest rozjazd. Moi
                            chłopcy budza się. Jeden wola „kupe” drugi „kawy” Mówię Rzesiowi, zeby zamówił
                            dla mnie gorącą herbatę i lecę z Radzikiem do toalety. No proszę! Jest i zwykły
                            klop! Już zamierza Radzik siadać kiedy nagle naszym oczom ukazuje się sterczący
                            ze środka drut! Jak się po chwili okazuje-to nie drut! To nowoczesny WC`et
                            arabów. Połączenie toalety z bidonem. Czyli siadając-pupa trafia na drut-robisz
                            swoje-drut Ci spłukuje pupę. O NIE! Ręce mi opadają. Wybiegamy przed toaletę-
                            zero krzaczków (no bo niby skąd mają się wziąść-przecież to Egipt-80% kraju to
                            pustynia! :-/ ). N
                            • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 20:59
                              ). Nie ma co. Wracamy. Opierając się połdupkiem na desce i wisząc
                              na mnie-synek w końcu robi swoje. Off corse nie ma papieru toaletowego. Na
                              szczęście jak zawsze mam przy sobie chusteczki.

                              Wychodzimy, pijemy herbatkę i jedziemy dalej. O! Jedziemy tylko w 5 busików.
                              Okazało się, że w tym miejscu duża część pojechała do Hurghady, cześć do
                              Dandery natomiast my-pchamy się dalej do Abydos. Oczywiście cały czas pod
                              eskorta policji turystycznej.

                              Po jakimś czasie podjeżdżamy pod Abydos. Jest to maleńka wioska na zachodnim
                              brzegu Nilu. W starożytności w pobliżu znajdowało się miasto Tinis, z którego,
                              zgodnie z przekazem, miał pochodzić Narmer, pierwszy faraon Egipty, który
                              zjednoczył górny i dolny Egipt. W czasach VI dynastii, Abydos stało się miejscem
                              kultu Ozyrysa. Bóstwo Chentiamentu zachowywało swoje przywileje jeszcze przez
                              kilka wieków. Dopiero za panowania XI dynastii przeszło pod władanie Ozyrysa,
                              (Chentiamentu – został utożsamiony z Ozyrysem – "Ten, który przywodzi
                              Zachodnim"). Zgodnie z wierzeniami starożytnych Egipcjan w Abydos Izyda
                              pochowała szczątki swojego męża zabitego przez Seta, według innych podań, jego
                              głowę. Abydos stał się celem pielgrzymek; od czasów XII dynastii (1985-1795
                              p.n.e.) odbywały się w Abydos słynne misteria ku czci Ozyrysa. Największy
                              rozkwit miasta nastąpił w okresie panowania XIX dynastii.
                              Wśród ruin zachowanych do naszych czasów pozostała, zachowana w dość dobrym
                              stanie, świątynia wzniesiona przez Setiego I dla uczczenia Ramzesa I. Ściany
                              świątyni pokrywają reliefy przedstawiające króla z synem Ramzesem, składających
                              ofiary przodkom. Dwie tablice, jedna z czasów Setiego, druga z czasów Ramzesa II
                              (ta znajduje się w British Museum w Londynie) są bezcennym źródłem informacji o
                              władcach Egiptu.
                              Tyle przewodnik. Kupujemy bilety po 20le (Radzik jako 4 latek wchodzi za darmo
                              ;-) I razem z Atefem wchodzimy na teren świątyni…. WOW! Mimo goraca zimny
                              dreszcz oblewa moje cialo! Cudowna! Umawiamy się, że troszkę nas oprowadzi,
                              tropszke opowie-a potem sami sobie polazimy i zrobimy zdjęcia… Wchodzimy do
                              środka-i widok całego dachu nas powala! Zupełnie inaczej to wygląda niż np. w
                              Karnaku, gdzie świątynny dach się nie zachował. Atef opowiada znana nam legende
                              o Ozyrysie i – niemożliwe- czyta hieroglify! Ten facet jest Wielki! W końcu
                              udajemy się na samotne dreptanie. Turystow niewielu, więc wychodza super
                              zdjęcia. Fantastyczne płaskorzeźby! Cudownie zachowane kolory-jak chyba w zadnej
                              świątyni jaka do tej pory widzieliśmy (no, może poza Medinet Habu) ! Te zywe,
                              wciąż intensywne kolory-wyciskaja w nas łzy wzruszenia… tyle lat… tyle lat a to
                              wciąż trwa… Mam ochote mowic szeptem i chodzic na palcach, by nie zakłócić
                              odwiecznego majestatu tego miejsca…
                              Wychodzimy na dziedziniec zewnętrzny i podziwiamy prawdopodobne miejsce
                              pochowku Ozyrysa. Zielona woda wokół ruin potęguje uczucie więzi z kosmosem…
                              Polewamy głowy ciepłą już woda i wracamy do środka. Oglądamy przepiękną scenę
                              przedstawiającą walkę SetiegoI i jego syna Ramzesa II z bykiem… za rogiem
                              podziwiamy wspaniały dowód chwały jaki złożył Seti I swoim poprzednikom-
                              słynną Listę 76 Faraonów, a każde z tych imion w osobnym kartuszu. Sala z
                              kolumnami i masa zakamarków, mniejszych i większych pomieszczeń a w każdym
                              cuda! Tak wykonanych detali jak w Abydos nie widziałam nigdzie indziej! Stopy
                              faraona z zaznaczonymi paznokciami. Korony górnego i dolnego Egiptu, fałdy
                              spódniczki, lejące się perfumy, pióra ptaka misternie i dokładnie wyżłobione…
                              puchary, owoce-a wszystko jak żywe!
                              Czas nas goni…wiemy, że zaraz rusza konwój do Dandery więc musimy się śpieszyć…
                              Niestety-wejscie na dach jest zamknięte. Cykamy jeszcze kilka fotek, kręcimy na
                              kemerę i z bolącym miejscem opuszczamy to jakże magiczne miejsce…a tak bardzo
                              by się chciało usiąść pod kolumna i chłonąć…chłonąć ta aurę i pozytywne
                              wibracje jakie bija od tego Cuda…

                              Biegiem do auta i jazda do Dandery.
                              Wracamy ta sama droga. Przy wyjeździe z Abydos zatrzymujemy się na chwilę na
                              moście. I wtedy wzbudzamy maksymalne zainteresowanie! Tam tak mało jest białych-
                              że jesteśmy dla nich nie lada dziwakami. Stukają w szybę auta, machają do nas,
                              uśmiechają się… są bardzo życzliwi i spontaniczni. My jak wygłodniałe
                              zwierzątka rzucamy się na zimna wodę…. Łyk za łykiem nasze pragnienie zostaje
                              zaspokojone. Po chwili w chłodnym, klimatyzowanym aucie zaczynamy odczuwać
                              głód… Sięgam do naszych paczek i wyciągam kolejne pyszności przygotowane przez
                              wyśmienitych kucharzy z Crocodilo. Tym razem pieczony kurczaczek z miękką
                              bułeczka i ogórkiem zielonym… mniam…Najedzeni, napojeni zaczynamy już odczuwać
                              zmęczenie, a raczej braki w śnie. Stajemy się rozleniwieni i senni. Nie chce
                              nam się rozmawiać… każdy układa się w wygodny dla siebie sposób i relaksuje
                              się. Dobrze, że mamy cale autko dla siebie i przez to masę miejsca… Nie mogę
                              zasnąć. Myślę o Abydos. Magia tego miejsca strasznie na mnie podziałała. W
                              myślach odtwarzam każdy krok jaki tam zrobiłam, każdy relief, kolor, scenę,
                              detal-jaki zobaczyłam. Nie chce tego zapomnieć!

                              Odwracam się do Radzika, który szaleje na ostatnim siedzeniu… myślę sobie „skąd
                              dzieciaki biorą tyle energii w sobie??” Jest taki dzielny i taki kochany! Nie
                              marudzi-nie narzeka. Dzielnie drepta na swoich małych nóżkach i szuka
                              zakamarków w świątyniach

                              Nie wiadomo kiedy wjeżdżamy na parking przed świątynia w Dandera. Zabieramy
                              standardowy zestaw-kamerę, aparat i butelkę wody pod pachę i idziemy do
                              świątyni. No. Tutaj są już zupełne pustki! Jesteśmy tylko w kilka osób.
                              Podziwiamy wspaniale wejście a w środku-cudne kolumny z patrzącą na cztery
                              strony świata Hathor. Moja pierwsza myśl „Gdzie te podziemia i gdzie wejście na
                              dach??” Zaczepiam pierwszego z brzegu pilnującego i trzymając pieniadze w
                              reku pytam się o te wejścia. Ten nam tłumaczy, że są zamknięte i na razie jest
                              zakaz wchodzenia do nich… Myślę sobie-niedobrze, skoro nawet widoczna w moim
                              reku kasa zawiodła. Łapie naszego przewodnika, ściskam mocno za rękaw i
                              mówię „Musisz… MUSISZ nam załatwić wejście do podziemi i na dach!! Jesteś
                              egiptologiem-jesteś Egipcjaninem… załatw nam to!!” Po jego minie i uśmiechu
                              wiem-że już mamy to załatwione.
                              Odnajduje swojego „brata” najpierw glosno się witaja, potem szeptaja coś na
                              ucho w końcu pieniadze od jednego wędrują do ręki drugiego-i oto już wędrujemy
                              do jednej z sal. A tam-w podłodze jest coś, co na pierwszy rzut oka robi
                              wrażenie szybu wentylacyjnego. Niewielka skrzyneczka o rozmiarach ok. metr na
                              pół. „Brat” podnosi wieko i-oto ukazuje się naszym oczom czarny tunel! Czasu
                              jest niewiele-musimy to „zaliczyć” szybko, zanim inni z obsługi czy ew. turyści się
                              zorientują. Więc „brat” nam świeci latarka a my (pierwszy Raduś-nic się nie boi!
                              :-) najpierw zgięci w pół a potem
                              wręcz na kolanach-wchodzimy pod ostrym kontem w dół jakieś 1-2 metry, a na
                              końcu-do korytarza, który względem tunelu leży prostopadle. A tam! CUDA! Takich
                              dokładnych i rewelacyjnie zachowanych płaskorzeźb nie widziałam!! No, ale
                              najważniejsze!! Szukamy tego wielkiego odkrycia jakiego dokonano w Dandera-
                              płaskorzeźby które przedstawiają prawdopodobnie starożytne żarówki!! JEST!
                              Relief przedstawia ludzi stojących obok przedmiotów w kształcie balonów w
                              środku znajdują się wijące węże, kwiat lotosu tworzy oprawkę, z której
                              wychodzący przewód połączony jest z prostokątnym pojemnikiem. Czy to jest
                              żarówka?? Podobno jacyś naukowcy na podstawie tego zrobili żarówkę i… jarzyła!!
                              Niesamowite. Chce zrobić zdjęcia, ale już nas wołają, żeby wychodzić!! Nie chce
                              użyć lampy-więc muszę dać troszkę dłuższe naświetlanie…. Tu jest tak ciemno!
                              Poganiani, nerwowo c
                              • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:00
                                Poganiani, nerwowo coś tam cykam-i już wychodzimy.
                                Teraz na dach. Wchodzi się z boku, że środka świątyni przez wąski korytarz.
                                Delikatnie stąpamy. Znowu czuję ten mistycyzm. Ta potęgę i tajemnice! Kiedyś
                                wstęp tu mieli tylko faraon i najważniejsi kapłani! A teraz my-bez pokory
                                poruszamy się po tym miejscu! Czuję się maleńka i niegodna, żeby tu być! Mam
                                ochotę krzyczeć „ O Bogowie Egiptu! O Wielka Pani Hathor-wybaczcie nam nasza
                                śmiałość i bezczelność, że bezwstydnie naruszamy to odwiecznie święte i
                                niedostępne miejsce!”
                                Po kilku krokach-oto jesteśmy na dachu świątyni!! Nogi mi drżą, jestem pod
                                OGROMNYM wrażeniem tego miejsca! Mam gęsia skórkę na myśl, że pod nami są te
                                wspaniale kolumny z czterema twarzami Hathor, że pod nami są tajemne przejścia
                                i podziemia, że pod nami są święte pomieszczenia… Przechodzimy do jednego z
                                maleńkich budynków na dachu-a w nim na suficie jest słynny znak zodiaku (tu
                                tylko odlew-oryginał w Luvr)
                                Dwa kroki dalej -NIEWIARYGODNE! Znajdujemy się w Sali Mumifikacji! Czuję się
                                niepewnie na sama myśl, co tutaj robiono… Niewielkie pomieszczenie a na
                                ścianach-reliefy przedstawiające kolejne etapy mumifikacji, oraz przechodzenia
                                duszy do Życia Wiecznego. Pośrodku Sali na suficie-ponad miejscem, gdzie Kiedyś
                                stal stół do mumifikacji-niewielki otwór przez który dusza przechodziła w
                                zaświaty… NIE! To już jest za dużo. Czuję się jak intruz, jakbym deptała
                                największą świętość… Nie umiem nawet zrobić zdjęcia-chce już wyjść… Wychodzę,
                                Rześ robi jedno zdjęcie i wychodzi zaraz za mną.
                                Wspinamy się w kierunku zbudowanego na dachu ogrodzenia i-oglądamy wspaniale
                                widoki jakie stad widać…. Mała kapliczka, jakieś wolnostojące przejście,
                                rozpadający się mur z cegły mułowej… a z tyłu góry, palmy drogi, domy-
                                dzisiejszy świat! Nachodzi mnie myśl… Że są takie miejsca na świecie jak
                                Giza, Luksor, Abydos czy właśnie Dandera-gdzie ludzie mieszkają o kilka metrów
                                od tych wspaniałych miejsc, patrzą na nie codziennie, przechodzą obok nich…
                                Niesamowite! My płacimy ogromne pieniądze i jedziemy tyle kilometrów, by choć
                                przez kilka minut moc obcować z tymi niewiarygodnymi cudami-a oni to maja na
                                co dzień! Na pytanie kogokolwiek na świecie „gdzie mieszkasz?” gdy taka osoba
                                odpowie „zaraz przy świątyni w Abydos” lub „20 metrów od Sfinksa” –każdy zaraz
                                wie gdzie on żyje! Niesamowite…
                                Nagle z mojego zamyślenia wyrywa mnie wołanie Rzesia. Okazuje się, że niestety-
                                ale nasz konwój rusza wcześniej i musimy już iść. Coś się we mnie buntuje.
                                NIE! NIE! NIE! Chce tu jeszcze zostać! Posiedzieć! Zrobić kilka zdjęć! Przyrzec
                                się jeszcze tylu miejscom! Tyle detali i tyle scen jest jeszcze do obejrzenia!
                                Niestety… siła wyższa. Jak obrażona dziewczynka, ze spuszczona mina i nadętą
                                buzia, z oczami wbitymi w ziemie, wracam powolnym krokiem do auta… Jak ja
                                kocham te miejsca! Mogłabym za darmo-BA! Nawet bym im dopłacała, żeby w tych
                                świątyniach moc sprzątać, pilnować je czy już sama nie wiem co… Wsiadam do
                                zbawiennie klimatyzowanego auta a w głowie i sercu wiem jedno-kiedyś tu wrócę…
                                kiedyś jeszcze tu przyjadę.
                                Rześ mnie mocno przytula i stara się pocieszyć… On wie, jak ja uwielbiam
                                zabytki Egiptu. Jak kocham ten bezpośredni kontakt że świątyniami… Jakże
                                bardziej-niźli bezdusznie wywiezione zabytki i bez emocji umieszczone w
                                gablotach muzealnych-oderwane od miejsc i czasu…Rześ-wystarczy jeden jego
                                uśmiech-i już cala złość i smutek znikaja… Dobrze, że jest! Dobrze, że rozumie
                                moja zakrętkę na tym punkcie! Cudnie, że znowu tu jest że mną…
                                Autko gna w kierunku Luksoru. Raduś śpi… Grzesio słucha muzyki a ja wtulona
                                miedzy nich-myślę o Abydos i Danderze. Każdy-każdy powinien tam przyjechać i
                                zobaczyć te świątynie, bo są niewiarygodnie piękne! Że wszystkich świątyń jakie
                                przez te 3 kolejne wyjazdy widziałam w Egipcie-według mnie Abydos jest
                                najwspanialsza świątynia w całym Egipcie! Odważę się i to napisze-jest nawet
                                piękniejsza od Karnaku. Tak, tak-Karnak ma wspanialszą sale hypostyową, ale
                                jeżeli chodzi o całość-to świątynia Setnego I w Abydos jest cudniejsza!

                                I oto już Luksor. Żegnamy się z naszymi kompanami. Wymieniamy się wizytówkami i
                                wracamy na statek. Po drodze znowu słyszymy „może taksówkę??” „może łódkę??” ;-)
                                A my marzymy o jednym-PRYSZNIC!! Wchodząc na trap Rześ mnie pyta „Czy
                                pamiętasz, że dziś lecieliśmy balonem??” Nie. Nie pamiętam. Tyle wrażeń! Tyle
                                doznań! Myślałam, że to było wczoraj! No tak… to było dziś. Przecież od ok.3
                                nad ranem jesteśmy na nogach! Zapomniałam…

                                Umyci lecimy na górny pokład by zobaczyć zachód słońca. Kładziemy się na
                                leżakach i podziwiamy-jak dziś widziane z balonu, budzące się słońce, które
                                towarzyszyło nam przez cały dzień-chowa się za góry tebańskie… Idzie stoczyć
                                walkę z koszmarami nocy, by jutro zwyciężyć i na nowo się odrodzić…

                                Zapachy z kuchni ściągają nas na ziemie. Ale bym zjadła coś gorącego! Chwytam
                                się za włosy-a one już suche! Zawsze się zastanawiam-po co w Egipcie suszarki
                                do włosów?? Chyba tylko do tworzenia jakiś fryzur. Mam długie i dosyć gęste
                                włosy i jak je w Egipcie umyje-to wiatr+słońce susza je w kilka minut… nieraz
                                nawet nie zdążę napisać sms ;-)

                                Kolacja była pyszna! Ok. 21 odpływamy w kierunku Asuanu. Pytanie „ jest
                                dziewiętnasta. co robimy?” I odpowiedz jest jedna-idziemy do świątyni
                                Luksorskiej! Jest czynna do ok. 21 i fantastycznie podświetlona. Jedna Pani nas
                                pyta „że też się państwu jeszcze chce” CHCE! I to bardzo!

                                Ulica oddaje gorąc jaki przez cały dzień się na nią lal z nieba i pomału robi
                                się duszno. Kilka kroków i już jesteśmy w świątyni… Jest wspaniała! Chodzimy,
                                robimy zdjęcia, podziwiamy… Raduś w rogu znajduje maleńkiego kotka, który jest
                                bardzo chętny do zabawy… Myślę sobie-egipski kot w egipskiej świątyni ;-)
                                Zabawa nie trwa długo, bo pilnujący arab przegania biedne stworzonko. Nie
                                wiadomo kiedy robi się 20:30. Jakże czas szybko płynie w takich miejscach!

                                Zwijamy się na statek, po drodze kupując Barake 1,5 litra w cenie 1,5 LE oraz
                                fante 1,5 litra w cenie 5 LE. Wracamy na statek, silniki już wyją… Wpadamy do
                                kajuty. Te dokładnie pościelone łóżka, gładziutkie prześcieradło i sterczące
                                poduchy… jakże im się oprzeć?? Szybki wskok w piżamę i już śpimy… Nawet nie
                                wiemy, kiedy statek rusza… Ten dzień był wspaniały! Mam nadzieje, że kolejne
                                będą jeszcze wspanialsze…

                                • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:01
                                  02. 10. 2005 (niedziela) DZIEŃ 5
                                  Wczoraj, po tym niesamowitym dniu-nawet nie wiem, kiedy zasnęłam… Właśnie się
                                  przebudziłam. Obudził mnie jakiś tumult. Przykryłam, jak zwykle odkryte, moje
                                  dziecię i znalazłam telefon… jest 02:40. Wstaje, podchodzę do balkonu-i już
                                  wiem co jest powodem tych głośnych trzasków i rozmów. Właśnie przechodzimy
                                  przez śluzę w Eśnie. Szkoda, że nie za dnia, jak w tamtym roku… Rześ się
                                  obudził. Zaspanym głosem pyta co się dzieje, po czym nie czekając na odpowiedz-
                                  słodko opada na poduszkę i zasypia. Czuję, że jestem nieprzytomna.

                                  Łyk wody i wracam pod prześcieradło (tak, tak-dla tych co nie wiedza-w Egipcie
                                  nie ma kołder, tylko śpi się pod prześcieradłem i kocem) Raduś coś mamrocze
                                  przez sen i uśmiecha się… jego nóżki brykają. Pewnie śni mu się, że stoczył
                                  kolejna walkę i wygrał. On i te jego walki… Czy każdy chłopiec tak ma? 90%
                                  życia Radzika wypełnia od jakiegoś czasu temat walk i bohaterów.
                                  Muszkieterowie, ekskalibur, walki, miecze, szpady, dobrzy bohaterowie, dzielni
                                  obrońcy, Spiderman, Action Man, Batman, Pan Iniemamocny… Jak ja kocham Jego i
                                  tą jego pasje! Każda wolna chwilę wykorzystuje, by doprać Rzesiowi ;-) boks,
                                  siłowanie, przepychanki, kopniaki…to jest to, co kocha najbardziej. Tylko
                                  nieraz-Rzesia mi żal. Naprawdę, potrafi nieźle oberwać ;-) Tu w Egipcie ma raj-
                                  co i rusz znajdują się chętni do walk. I dobrze, Przynajmniej Rześ sobie
                                  odpocznie… w końcu też ma wakacje ;-)

                                  Wtulam w głowę w poduszkę i staram się zasnąć. Jednak sen nie przychodzi…
                                  ciągle myślę o widokach z balonu, Abydos i Danderze… Obejmuje rękę Rzesia i
                                  wtulona w jego ramie-zasypiam. To niezawodny sposób na moje spanie…

                                  I już jest rano. Odsłaniam zasłony i otwieram okno balkonowe. Leżąc na lóżkach
                                  wystawiamy głowy i patrzymy w dół, jak Nil rozpryskuje się spod statku. Przy
                                  brzegu palmy, zielone pola, krowy i osiołki… i dzieci. Mas dzieci, które
                                  energicznie do nas machają. Nie pozostajemy im dłużni. Po szybkiej toalecie i
                                  ubraniu się-schodzimy w dół na śniadanie. W recepcji oddajemy nasze paszporty i
                                  wymieniamy krotka pogawędkę z przemiłym recepcjonista. Radzika już przy nas nie
                                  ma-zostal zabrany i zniesiony na dół, do restauracji. Schodzimy-ale go tam nie
                                  ma. Po minach kucharzy i kelnerow domyślamy się, że jak zwykle-jest już w
                                  kuchni. Nakładamy sobie pycha jedzonko i siadamy. Po chwili Radzik zostaje
                                  wyniesiony z kuchni-jak zwykle w czapce kucharskiej i jak zwykle z masa owocow,
                                  jogurtow, soczkow i słodyczy w dłońiach. Nie wiemy kto jest bardziej z takiej
                                  sytuacji zadowolony i dumny-Radzik czy Ci kochani Nubijcżyćy??

                                  Więc siedzimy sobie przy pieknie zastawionym stole. W bardzo sympatycznej
                                  restauracyjce. Zajadamy pyszności, a za oknem….Nil. Woda siega tak mniej wiecej
                                   Jakbym siedziała w wodzie do naszego pasa. Ciekawe wrażenie Palmy leniwie
                                  przesuwaja się za oknem… powoli domostwa, zwierzęta i dzieci-znikaja za nami.
                                  Po obu stronach są po 3 okna. Rześ sobie żartuje, że to jest komputerowa
                                  fikcja „ale ciekawie to zrobili… rzucaja w komputerze na 6 okien różne
                                  wodoczki-ale ogolnie są zgrane i łagodnie przechodza z jednego monitora na
                                  drugi” hehehe… ale to nie komputerowa fikcja-to Real. Naprawdę siedzimy na
                                  statku i jemy śniadanko w tak wspanialej scenerii!!

                                  Okazuje się, że za 2h mamy już być w Edfu i idziemy zwiedzac swiatynie Boga
                                  Horusa. Bardzo mnie to cieszy. Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłam ten
                                  ogromny i fantastycznie rzeźbiony pyłon i jakie ogromne wrażenie na mnie
                                  zrobil.

                                  Nie ma co tu dłużej siedzieć. Lecimy po stroje i wskakujemy do jacuzzi. Tam już
                                  siedza dwie poznane przez nas, przesympatyczne pary-Justynka z Emilem oraz Ola
                                  z Darkiem. Opowiadamy sobie przeżycia dnia poprzedniego. Bardzo mnie
                                  interesuje jakie wrażenie na nich zrobila swiatynia Karnak i Dolina Królów. Są
                                  zachwyceni Egiptem! Już wiem, że znajdziemy wspolny jezyk ;-) (hihihi) Są
                                  pierwszy raz w Egipcie i mam nadzieje-że dołączał do naszej rodziny
                                  egiptomaniakow

                                  Więc siedzimy sobie w jacuzzi, miedzy nami pływają przytargane przez Radzika
                                  dinozaury i jakies zwierzaki ( które ciągle miedzy soba prowadza walki ;-),
                                  słoneczko swieci, cieply, suchy od pustyni wiaterek delikatnie smaga nasze
                                  ciala… widoki koja nasze oczy… czyz nie jest cudownie? Zatrzymac ta chwilę!
                                  Zabrać z soba do Polski to słodkie nigdzie-nie-śpięszenie się -do tej
                                  codziennej gonitwy-praca, szkola, przedszkole, zakupy, spotkania, komputer,
                                  telefony, pieniadze, obowiązki, zobowiazania… NIE! Nie chce teraz o tym myśleć!
                                  Chce się skupić na tym co jest…. Na tej beztroskiej chwili i na tym-że jesteśmy
                                  tu razem… w trojke. Cudnie jest być ciągle z soba… Patrze na Rzesia który
                                  właśnie tubalnym glosem wyzywa trzymanego przez Radzika dinozaura do walki i
                                  myślę sobie „gdyby jego pracownicy… kontrahenci teraz Go widzieli…” ;-)

                                  Już wytarci i przebrani po jacuzzi wychodzimy na brzeg w Edfu. Tam czekaja na
                                  nas dorozki, które zawioza nas do świątyni. O NIE! Tylko nie konie! Moi chłopcy
                                  są alergikami i maja m.in. uczulenie na siersc konia. Nic to. Może nie będzie
                                  tak źle. Siadamy po 4 osoby do dorozki i zaczynamy jazde. Jedzie się krotko,
                                  jakies 10 minut. Wszyscy leja biedne, chude konie po grzbietach… Az żal patrzeć.

                                  Każdy stara się podczas jazdy cykac fotki i kręcic na kamere życie codzienne w
                                  Edfu. I oto już jesteśmy, ale co to?? Ale się zmienilo od zeszłego roku! Jest
                                  profesjonalny, zadaszony parking dla dorozek no i oczywiście do świątyni
                                  przechodzi się przez szpaler sklepow i wszędobylskiego „jak się
                                  masz??” „dobrze, dobrze” itd. Na szczęście zdecydowane i glosne „la, la, la”
                                  zalatwia od ręki sytuacje z namolnymi sprzedawcami.

                                  Przechodzimy przez jak zwykle wyjace urzadzenia do wykrywania metali i jak
                                  zwykle-nikt sobie z tego piszczenia nic nie robi. Jeszcze kilka krokow i-znowu
                                  tu jesteśmy! Przed ta wspaniala swiatynia, której strzeze Bog Horus pod
                                  postacia Sokola… dumny, wyprostowany z napieta klata i ostrym, wpatrzonym w
                                  czas wzrokiem… gdyby On mogl mowic!! O jakich cudach byśmy usłyszeli??
                                  Delikatnie klaniam się Bogowi i wchodze na dziedziniec… Wpatruje się w ściany,
                                  kolumny i-przyznaje. Brakuje mi wyobrazni, by sobie wyobrazic jak to wyglądało
                                  w czasach swojej świetności… Jak było kolorówo, bajecznie…powiewające na
                                  wietrze sztandary, przechadzający się kaplani, delikatna posadzką, drewniane
                                  wejściowe drzwi… Nastroj ciszy, zadumy, pokory, bogobojstwa.

                                  Oglądamy wspaniale reliefy, barke słoneczna. Podziwiamy dwa szyby. Jedno proste-
                                  przez które wypuszczano Sokola i dugie spiralne-przez które on wracal. Raduś z
                                  Rzesiem znikaja w poszukiwaniu zakamarkow i tajemnych przejść a ja-zaczynam to
                                  pokocham najbardziej-robie zdjęcia. W pewnym m omencie postanawiam usiasc pod
                                  jedna z kolumn i odpoczac... i nagle coś karze mi podniesc głowe-nie... czy to
                                  mozliwe??Pod sufitem, w rogu dostrzegam… tak! To sokol! Przechodzi mnie
                                  dreszcz... dawni bogowie nadal tu są! Patrze na niego-on na mnie... Boje się
                                  porusżyć, by go nie splosżyć. Delikatnie siegam po aparat i robie mu zdjęcie...
                                  jestem oslupiala... Odwieczny mieszkaniec i właściciel tej świątyni-pozostal tu
                                  na zawsze
                                  Klikam jeszcze kilka fotek i wychodze na rogrzany dziedziniec, gdzie spotykam moich
                                  chłopaków i reszte grupy. Opowiadam Radzikowi historie Horusa i ten postanawia,
                                  Razem podążamy w kierunku dorozek. Jak sięże od dziś będzie malym Horusem
                                  okazuje-80% naszej grupy ma brudne tylki! Te dorozki są baaardzo brudne i
                                  dlatego jesteśmy wszyscy uświnieni! Nie psuje nam to jednek nastroju i
                                  chichrając się jedziemy w strone statku. Tak sobie myślę-gdybym miała wiecej
                                  czasy-wracalabym na nogach. To n
                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:02
                                    . Tak sobie myślę-gdybym miała wiecej
                                    czasy-wracalabym na nogach. To nie jest daleko, a spacer przez to miasteczko
                                    bylby zapewne wspanialy! Niestety-czas nas goni. Od razu odpywamy do Kom Ombo.
                                    Po zejsciu z dorozek jesteśmy namolnie proszeni o dodatkowy bakszysz na konie.
                                    I fakt-ich wyglad wzbudza współczucie, lecz… od zeszłego roku (a wielu dalo
                                    wtedy bakszysz) ich wyglad się nie zmienil, więc na co idą te pieniadze??

                                    Na statku witaja nas szklaneczka zimnego soku oraz mokrym i zimnym recznikiem…
                                    są kochani! Pan w recepcji nie czeka na numer kajuty tylko od razu podaje
                                    odpowiedni klucz Radkowi. Na jego słodkie „thanks” odpowiada „proszę” i jest
                                    Wpadamy do kajuty,bardzo zadowolony, a ja strasznie dumna z mojego synka
                                    wskakujemy w stroje i hopsa na gorny poklad!

                                    Ok. 14 schodzimy na lunch (jak ja kocham to jedzenie!! Ten ryz i warzywa!)
                                    Wracamy na góre. Chłopcy pływają, a ja studiuje mape Asuanu i ciągle się
                                    zastanawiam –jechać znowu do cudnego Abu Simbel czy zobacżyć coś nowego??
                                    Najlepiej to i to, ale czasu brak!!

                                    O 16 na gornym pokladzie serwuja babke wlasnego wypieku (mniam) i kawe lub
                                    herbate do wyboru (mniam). Tym razem nasz przyjaciel Nubijczyk zadaje pytańia
                                    odnośnie jedzenia. On pyta, ja mu na polski tlumacze, On zapisuje z prawej do
                                    lewej szlaczki ;-) i kuje na pamiec „szklanka, kubek, filizanka, lyzeczka,
                                    podstawek, herbata, kawa, cukier, mleczko…” ;-)

                                    O 18 jest już ciemno. Wracamy się przebrać, za godzinke schodzimy na lad i
                                    idziemy do świątyni w Kom Ombo. Wlaczamy Radzikowi na I`Riverze bajeczke a sami-
                                    zapadamy w krociutka drzemke….

                                    I oto jest! Fantastycznie podswietlona, przy samym brzegu-swiatynia Boga Sobka
                                    czczonego pod postacia krokodyla. I znowu zaskoczenie-tu też się wiele
                                    pozmienialo! Już nie drepcze się jak rok temu w piachu-lecz po przepieknej
                                    posadzce. I do świątyni nie wchodzi się z boku-lecz po nowiutkich schodach od
                                    przodu! Wraca się oczywiście przez szpaler kramow z pamiątkami…

                                    Zwiedzamy i zagladamy w znajome miejsca… Tu jest kalendarz… Tu narzędzia
                                    medyczne… tu mumie krokodyli. Robimy kilka zdjęć i wracamy na statek.

                                    Od razu ruszamy dalej-do Asuanu. Mojego ukochanego (po Luksorze) miasta Egiptu.
                                    Radzik znowu znika-tym razem odnajduje go (tak, tak) znowu w kuchni. Wyrabia z
                                    jakims kucharzem jakies ciasto… Porywam go do kapieli, mimo protestow obojga

                                    Za godzine wracamy na kolacje. A tam-chleby upieczone w kształcie krokodyli! To
                                    już wiem nad czym oboje tak ciezko pracowali ;-) Wszyscy robia sobie z
                                    chlebowym Krokodylem zdjęcia a nasi Kelnerzy-pstrykaja sobie przez komorki-
                                    zdjęcia z Radkiem :-)
                                    Jemy kolacje az tu nagle wpada grupa Węgrów-wszyscy w galabijach, kolorówi,
                                    uśmiechnięci… no tak! Dziś jest galabija party! Są tacy weseli, że az się to
                                    wszystkim udziela. Wspaniale jest patrzeć na takie rozradowane twarze!
                                    Ale to nie koniec. Okazuje się, że jedna z węgierek ma dziś urodziny-z kuchni
                                    jest wyprowadzony ogromny tort. Nasi Nubijcżyćy-do tej pory sztywni,
                                    perfekcyjni i zdystansowani kelnerzy i kucharze-nie wiadomo skad wydobywaja
                                    bębny, bębenki i-zaczyna z nich wychodzic dzikość! Zaczynaja grac typowe rytmy
                                    afrykańskie, tancżyć i podskakiwac do rytmu! Ta energia! To poczucie rytmu! Ta
                                    czystość śpięwu! Ta czarna muzyka! Niesamowite!!! Oni to czują calym soba!
                                    Wprowadzaja się w coś w rodzaju transu! Każda ich czastka, każdy element ich
                                    jestestwa-jest teraz ta dzika i niesamowita muzyka! Oni to maja we krwi!
                                    Porywaja Radka i zaczynaja dziki taniec. Mam dreszcze na ciele… ta muzyka… te
                                    bębny, ten śpięw… brak slow.

                                    Po kolacji dopada nas nasz Nubijczyk i perfekcyjnie recytuje z pamieci zdania,
                                    które mu podyktowałam o godzinie 15 „ szklanka, kubek, filizanka, lyzeczka,
                                    podstawek, herbata, kawa, cukier, mleczko…” Jest bardzo inteligentny i zdolny!
                                    W ramach rewanżu my uczymy się od niego po arabsku dzień dobry (marhaba),
                                    dowidzenia (ma salema), bardzo dobrze (meja, meja), dziekuje (szukran), proszę
                                    (afułan)
                                    … jak się pozniej okaze, tymi kilkoma wyrazami podbijemy niejedno serce
                                    egipskie ;-)

                                    Po kolacji wracamy do kajuty. Ciągle słyszę w uszach ta muzyke i widze ich
                                    dzikie oczy, naprężone ciala i energie-która na codzien drzemie w nich uspiona.
                                    Przed drzwiami dwoje chlopcod sprzątających nerwowo zerka na nas spod oka.
                                    Okazuje się-że na Radka czeka w kajucie przyjaciel. Zrobiony z poduszek, kocy-
                                    siedzi na lozku człowieczek. Na głowie ma nasz kapelusz na twarzy okulary.
                                    Raduś od razu staje do walki z nowym przeciwnikiem ;-) a chłopcy odchodza
                                    zadowoleni, że ich prezent się Radzikowi spodobal :-)
                                    My zaszywamy pod kołdra i przy pysznej herbatce dochodzimy do wniosku-że
                                    wprawdzie z ciezkim sercem ale odpuścimy sobie Abu Simbel, a zamiast tego
                                    zwiedzimy Asuan na wlasna rękę.

                                    Jest 21 a my padnieci… może dlatego, że tak intensywnie mija nam czas?? Może
                                    dlatego, że od 18 już jest ciemno?? Nie wiem… wtulamy się cala trojka w siebie
                                    i przy monotonnym dzwieku klimatyzacji zasypiamy…
                                    • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:03
                                      03. 10. 2005 (poniedzialek) DZIEŃ 6
                                      Ok. 3 w nocy część grupy wyjechała do Abu Simbel. Przyznam- żal mi, że nie
                                      pojechałam… To wspaniała świątynia, bardzo malowniczo położona. Tak samo bardzo
                                      żałuję, że w tym roku nie odwiedziłam przepięknej świątyni Karnak… Pamiętam,
                                      jak pierwszy raz stanęłam oko w oko z sala hipostylowa. Zatkało mnie! Nie
                                      wiedziałam, czy mam klękać? Modlić się? Tak ogromne piękno i ogromna tajemnica
                                      biły z tego miejsca-że oniemiałam!
                                      Pociesząm się tym, że skoro przyjechałam 3 raz do Egiptu-to może zdarzy się
                                      tak, że i 4 raz przyjadę. A wtedy znowu pojadę zobacżyć Abu Simbel i Karnak!
                                      Rześ się budzi. Wypijamy wodę i zaczarowani cudnym widokiem oświetlonego Asuanu
                                      nocą-robimy kilka zdjęć. Co nie jest łatwe-bo statek mimo iż stoi zacumowany-
                                      ciągle się lekko kołysze. Przykrywam-jak zwykle ;-)- odkryte moje dziecię i
                                      zasypiamy.

                                      Schodzimy na śniadanko… ale pustki! No tak. Już jest po 9. Część już siedzi nad
                                      basenem, część na wycieczce do Abu Simbel. Zjadamy małe co nieco, wracamy do
                                      pokoju nakremować się balsamem z filtrem, pakujemy zestaw standardowy +
                                      przewodnik i wychodzimy na miasto. Od razu dopada nas
                                      znajome „taxi?” „statek?”… bierzemy taksówkę od milo wyglądającego Pana.
                                      Zanim
                                      wsiadamy chcemy ustalić cenę. Tak sobie myślę… dojazd do Kalabsza-tam minimum
                                      2h czekanie, potem powrót… ok. myślę, że można dać gościowi spokojnie 50le-ale
                                      nie więcej. W porównaniu do Polski-to śmieszna kasa za taksówkę, w porównaniu
                                      do tego ile płacą miejscowi-i tak ma niezły zarobek na nas. Pytamy „ile?”
                                      słyszymy 50 le. Rześ mnie uprzedza i odpowiada „ok.”. Wsiadamy, a ja
                                      myślę „można się było targowa i jechać spokojnie za 30le” Rześ jakby słyszał
                                      moje myśli mówi „Myszko. Przestań… to tylko 35 zł!” No tak. Nie ma co zawracać
                                      sobie tym głowy. A z drugiej strony-ale mnie już ten Rzesio zna! No tak. 15 lat
                                      bycia razem-daje efekt :-)

                                      Jedziemy rozklekotanym, chyba 7 osobowym Peugeotem jakich w Egipcie jeździ
                                      masa! Za klimatyzacje robią otwarte na przestrzał okna. Pan nas informuje, że
                                      musi zatankować, więc podjedziemy na stacje. Ok. Spokojniutko. W momencie kiedy
                                      podjechaliśmy-już nie było tak spokojniutko! Kiedy Rześ zobaczył, że litr
                                      benzyny kosztuje 1le (słownie: jeden le=ok. 60 groszy!!) to dostaje nerwowego
                                      ataku śmiechu ;-)
                                      Kiedy informujemy kierowcę ile kosztuje w Polsce litr Paliwa-on dostaje
                                      identycznego ataku śmiechu! Hmmm… i chyba do końca nam nie wierzy.

                                      Przepychamy się przez dość zatkane o tej porze drogi Asuanu. Jedziemy główną
                                      droga imienia Hosni Mubaraka, mijamy po prawej szpital wojskowy imienia Hosni
                                      Mubaraka, po lewej znika za nami szkoła imienia Hosni Mubarka… nasuwa nam się
                                      jedna myśl- to bardzo popularny facet w Egipcie! ;-) eheheh

                                      Okazuje się, że nas taksówkarz jest Koptem i jest strasznie z tego dumny. Jak
                                      każdy w Egipcie-pokazuje nam zdjęcia swoich dzieci, opowiada ile maja lat i jak
                                      maja na imię… Po jakiś 15 minutach podjeżdżamy pod bramę i zostajemy
                                      skontrolowani-fakt, to już teren wojskowy. Po zapisaniu przez policjanta
                                      szlaczkami ;-) od prawej do lewej kto wjeżdża-zostajemy wpuszczeni poza
                                      ogrodzenie. Jeszcze kilka metrow-i stajemy. Tu się żegnamy na jakiś czas z
                                      Panem taksówkarzem… zabieramy wszystkie manele i schodzimy na pomost do
                                      jedynej zacumowanej lodki.

                                      Na pytańie „Ile?” słyszymy „100le” Ok… bez przesady. Skoro z własnej woli
                                      daliśmy aż nadto zarobić taksówkarzowi-nie znaczy, że ktoś inny będzie zbijał
                                      na nas majątek! Mówimy, że damy 30 le za podróż w obie strony i ani funta
                                      więcej… Zaczyna się gra. On nam mówi, że taniej nie może, że ma dzieci… My, że
                                      ok., rozumiemy i odchodzimy… on nas zatrzymuje i gra się zaczyna od początku.
                                      Po 5 minutach i ustalonej kwocie 30le za drogę w obie strony-płyniemy po
                                      Jeziorze Nasera. Po lewej dumnie góruje nad nami pomnik współpracy Radziecko-
                                      Egipskiej. Obok nas na lodkach miejscowi łowią ryby. Z wody co i rusz stercza
                                      ogromne kamienie, głazy. Słonce niemiłosiernie grzeje i odbija swe promienie w
                                      wodach Nilu. Wpatrzeni w tafle wody szukamy z Radzikiem krokodyli.

                                      Jeszcze jeden zakręt w lewo… teraz w prawo i oto są-pozostalości starożytnych,
                                      które chcemy dziś obejrzeć. Schodząc na wyspę ustalamy, że łódka będzie czekać
                                      na nas jakieś 2-3 godzin. Upewniam się, czy Pan ma przy sobie wodę-i
                                      uspokojona, że nie umrze z pragnienia odchodzę z moimi chłopakami po schodkach
                                      w stronę świątyni Kalabsza. Ponieważ jesteśmy jedynymi zwiedzającymi-wzbudzamy
                                      zainteresowanie. To z naszego powodu drzemiący w cieniu świątyni piłnujący,
                                      kasjer, tajniak-musza wstać i wrócić do swoich obowiązków. W kasie przy asyście
                                      wszystkich pracowników na wyśpię kupujemy dwa bilety po 20le każdy.

                                      Ledwo odpędzamy wszystkich od Radka i wchodzimy do pierwszej świątyni-Świątyni
                                      Mandulisa dedykowanej nubijskiemu bogu płodności Marulowi, zwanego właśnie
                                      przez Greków Mandulisem. Czytamy, że została zbudowana za panowania Augusta
                                      ok.30 roku p.n.e. Niesamowite, jak komfortowo zwiedza się świątynie bez tłumów!
                                      Podziwiamy kolumny zwieńczone kapitelami roślinnymi i przechodząc przez 2
                                      pomieszczenia-dochodzimy do trzeciego pełniącego funkcje sanktuarium. Wszędzie
                                      widzimy reliefy przedstawiające Augusta przed egipskim panteonem. Pstrykamy
                                      kilka fotek i przechodzimy dalej-do świątyni Bayt El-Wali ( z arabskiego Dom
                                      zarządcy), która leży kilka metrów wyżej. Doczepia się do nas tajniak, który
                                      ciągle chce przytulać Radka i ciągle prosi, by mu zrobić z nim zdjęcie.
                                      Przyznaje-gostek się chyba nie kontroluje i staje się po prostu nachalny. Nic
                                      to. Dla świętego spokoju robimy mu że dwa zdjęcia z Radkiem i aby być pewnym,
                                      że już się odczepi-wkładamy mu w rękę 5le i prosimy, by nas zostawił.

                                      Już tylko w trójkę (na szczęście!) pniemy się w góre i już po chwili dochodzimy
                                      do niewielkiego pomieszczenia. Jest to małeńka świątynia wykuta w skale przez
                                      wicekróla Kusz dla upamiętnienia zwycięskiej ekspedycji militarnej Ramzesa II
                                      do Nubii. Wchodzimy do niej a tam-O MAMO! Jakie wspaniale płaskorzeźby! Wszędzie
                                      Ramzes II. Na jednej że ścian-razem z buntującymi się Nubijczykami. Na drugiej-
                                      przyjmujący dary. Więc jest i złoto, kość słoniową, egzotyczne zwierzęta (Raduś
                                      znalazł i antylopę i żyrafę :-) … Wszystko wspaniale zachowane łącznie z
                                      niesamowitymi, oryginalnymi kolorami.

                                      Pojawia się znowu Pan Tajniak-tym razem trzyma się z boku i tylko co jakiś czas
                                      macha i uśmiecha się do Radka. W pewnym momencie bierze go na ręce i stawia go
                                      w wykutej w ścianie niszy, gdzie mimo zatarcia, widąć jeszcze zarys siedzących
                                      trzech bóstw. Staje obok i prosi, by im zrobić zdjęcie. Qrcze. To ja staram się
                                      niczego nie dotykać, ba! Nawet staram się za blisko nie podchodzić, by na to
                                      nie chuchać a ten ot tak-bezpardonowo stawia tam moje dziecko! Szlag mnie
                                      trafi! Znowu się przekonuje w tym, że arabowie doprowadza zabytki Egiptu do
                                      ruiny. Nic, ale to nic nie szanuje tego-co podbili… Przypominam sobie wczoraj
                                      odwiedzana świątynie Horusa w Edfu. Arabowie mieli u góry zaprawa coś tam
                                      poprawić. I tak to poprawili-że przy okazji zachlapali, wrecz-zarzygali! Z góry
                                      na dół cale reliefy… Normalnie-syf!
                                      Widząc, że facet nie da za wygrana-robie to nieszczęsne zdjęcie, żeby tylko już
                                      zdjął Radka z tego świętego miejsca!

                                      Wychodzę na zewnątrz i pstrykam kolejne zdjęcia. Potem odkładam aparat i-
                                      wpatruje się w te reliefy… Zwierzęta-jak żywe. Każdy detal, każda proporcja-
                                      wspaniale zachowane. Niesamowite, jak Oni to robili??

                                      Wychodzimy z tej świątyni i od razu skręcamy w lewo. Tam są ogromne, czarne
                                      głazy wydobyte z Nilu. Wspinamy się po nich, podtrzymujemy się i w końcu-
                                      jesteśmy na samym szcżyćie. Widok jaki się stad roztacza jest bajkowy! Pod nami-
                                      te dwie świątyni
                                      • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:04
                                        Widok jaki się stad roztacza jest bajkowy! Pod nami-
                                        te dwie świątynie, które właśnie odwiedziliśmy oraz inne zabytki, jakie mamy
                                        zamiar zaraz zobacżyć… Za nimi-zatoczki i rozlane wody Nilu. Po lewej-
                                        Wielka Tama Asuańska, pomnik współpracy, lodki rybackie… za nami-błekitny Nil
                                        oraz pustynna ziemia… Po prawej-ogromne ilości wody nagromadzone przez tamę,
                                        które giną hen, za horyzontem… Jesteśmy zauroczeni! Raduś wchodzi pod głaz i
                                        prosi, żeby mu zrobić zdjęci, że niby jest Obeliksem i podnosi taki głaz. Super
                                        pomysł! Już się ustawiam, by zrobić zdjęcie kiedy nie wiadomo skąd-tak, tak-
                                        pojawia się nasz „przyjaciel” Kuca koło Radka i z zadowoleniem pozuje do
                                        zdjęcia…wrrr…

                                        Schodzimy w dół. Oglądamy jeszcze Kiosk Qertasi, Stelle… cykamy kilka fotek i
                                        żegnając się schodzimy do lodki. Pan na nas krzywo patrzy-fakt! Nie wiadomo
                                        kiedy minęły ponad 3h! Ok. Dodatkowe 10le łagodzi jego gniew. Jeszcze z lodki
                                        robimy zdjęcia Kalabszy i po chwili dobijamy do nabrzeża.

                                        I oto znowu siedzimy w naszej taksówce. Chłopcy chcą zobacżyć tamę, więc
                                        postanawiamy na nią wjechać. I tu znowu czuję się dyskryminowana. Za wjazd na
                                        tamę my płacimy po 8le a taksówkarz 1 le. I gdzie tu sprawiedliwość?? Dlaczego
                                        w tym kraju podstawowym mottem miejscowych jest „obskubać z kasy białych”
                                        Ciekawe jak by się czuli, gdyby np. w Polsce wprowadzono taki cennik- za
                                        wejście na Wawel Polak 5 zł a Arab 15 zł.

                                        Nic to. Po kilku sekundach jazdy wysiadamy na parkingu. Tam można się zapoznać
                                        z mapa i planem budowania tamy oraz popatrzeć w dół. Ponieważ nie mam już
                                        miejsca w aparacie, Rześ chce zrobić zdajecie z kamery. Zaraz pojawia się
                                        wojskowy i tłumaczy nam, że nie wolno kręcić na kamerę. Ok. Tłumaczymy mu, że
                                        nie kręcimy-możemy nawet wyjąć kasetę-tylko mamy tu pamięć i ta kamera można
                                        także robić zdjęcia! Nic z tego… Pan twierdzi, że skoro to jest kamera to nie
                                        możemy kręcić i tyle. O Bogowie Egiptu! Na szczęście nie zależy nam na
                                        zdjęciach z tego miejsca więc kapitulujemy. Podchodzimy do murka i oglądamy
                                        położoną po prawej stronie elektrownie wodna, która zaopatruje w prąd cały
                                        Egipt-aż po Sharm. W tym momencie podchodzi poznany wcześniej wojskowy i mówi,
                                        że możemy kręcić na kamerę, że daje nam osobiste zezwolenie, ale jak damy mu
                                        3E. O nie! Bardzo dziękujemy i odchodzimy… Co za przekupny naród!

                                        Odjeżdżamy, żegnając po lewej widoczna w oddali urocza Kalabsze. Po drodze Pan
                                        nam pokazuje swoja świątynie koptyjska oraz zatrzymujemy się w maleńkiej
                                        kawiarence na pycha herbatkę. Prosimy go także o zatrzymanie w jakimś zakładzie
                                        foto, bo chcemy zgrać zdjęcia. Stajemy przed AGFA i wchodzimy do środka.
                                        Okazuje się, że jest tego 720MB i musi to wejść na 2 płyty CD. Pan ocenia ta
                                        usługę na 60le, czym wprowadza Rzesia w zdumienie. Gostek nawet nie chce się
                                        targować-to istne zdzierstwo!

                                        Wracamy pod statek. Wypłacamy kasę za kurs przy okazji pytając ( a propos
                                        kolejnego przyjazdu ;-) czy może wie, ile na mieście kosztuje wyjazd do Abu
                                        Simbel. Okazuje się, że jego brat ma klimatyzowanego busa. Cena jest oczywiście
                                        do negocjacji, ale powiedział, że wezmą nie więcej niż 30$ od osoby. No, no…
                                        przy 65$ od osoby u rezydenta-to niezła oszczędność. Bierzemy od niego namiar i
                                        idziemy na statek.
                                        [Gdyby ktoś chciał jechać z nim do Abu Simbel (oczywiście jazda odbywa się
                                        także w konwoju) to podaje namiar. Pan ma na imię Georg i oto numer tel. do
                                        niego 0122935641]

                                        • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:04
                                          03. 10. 2005 (poniedzialek) dzień 6

                                          Zjadamy na statku lunch i lecimy na chwilę do jacuzzi. Czekamy tam na Ole i
                                          Darka, którzy maja z nami po południu zwiedzac Asuan. Po godzinie zjawiaja się
                                          i ustaliwszy z gory marszutre-schodzimy że statku. Łapiemy felluke z ogromnym
                                          zaglem i ustaliwszy z gory cene za caly kurs ( 60 le) ruszmy. Zagiel przyjemnie
                                          lopoce na wietrze, Nil rozpryskuje się przed nami, słońce polyskuje, wiatr
                                          wieje… CUDNIE! Jakies 10 minut i dobijamy do przeciwległego brzegu. Schodzimy i
                                          kierujemy się w kierunku Grobowcow Dostojnikow, po drodze budząc kasjera. Tu
                                          również nie ma turystow, ani jednego! Kasjer bierze od nas po 20le od osoby-nie
                                          dajac w zamian biletow (a tak lubie je zbierac!) Jeden że śpiących pod drzewem
                                          wstaje, zabiera klucze i udaje się z nami na wspinaczke ku gorze. WOW! Jaki tu
                                          gorac! Ile piasku! Zero powietrza! Czuję się jak legwan w zoo pod lampa
                                          nagrzewajaca. Wspinamy się-pod wydawaloby się-niewielka gorke, a trwa to wieki!
                                          Piasek usuwa się spod butow i co chwilę któreś z nam robiąc fantastyczne figury-
                                          zjezdza w dół. Śmiechów nie ma konca. W końcu zwyciazajac ta nierowna walke ;-)
                                          znajdujemy się na gorze. Zziajani, zmeczeni myslimy tylko o jednym-WODY!
                                          Zaspokoiwszy pragnienie dociera do nas widok, jaki się przed nami roztacza….
                                          JEJ! Jesteśmy wysoko ponad Nilem a pod nami Asuan! Nasze statki, uliczki…a za
                                          Asuanem-pustynia! CO ZA WIDOK! Jak na komende (chciałoby się powiedziec [bez
                                          obrazy] jak na Japończyka ;-) każdy chwyta za to co ma i kręci, pstryka-
                                          upamietnia. Ja niestety nie mogę robić zdjęć, gdyż nie zgraliśmy jeszcze
                                          pamieci, więc robi to Rześ z kamery.

                                          W grobowcach tych pochowani są książęta, kaplani, zarządcy-glownie z okresy
                                          Starego i Średniego Panstwa. Są wykute w skale i z naszego statku wyglądają jak
                                          dziury w serze ;-)
                                          Idziemy za przewodnikiem i wchodzimy do pierwszego z nich a tam-dlugi, wąski
                                          korytarz… po bokach reliefy przedstawiające właściciela i rodzine. W rogu stoi
                                          stol, gdzie Nubijcżyćy skladali dary Bogom-mianowicie podcinali zwierzętom
                                          głowy a przez wydrazony w kamieniu otwór-krew spływała do specjalnej miśy.
                                          Bleee… Wychodzimy.Za nami słychać brzek zamykanej klodki.

                                          W kolejnym, widzimy właściciela na polowaniu… z corkami, które trzymaja w
                                          dłońiach kwiaty lotosu… jak milo! Nagle przewodnik schyla się i wyciąga
                                          niewiadomo skad-duzy kosz, jak na piknik. Siega reka i wyciąga-wlasciciela!
                                          Pokazuje i stara się nam dac w rece „oto kawalej jego nogi” „ a to kawalek
                                          kręgosłupa” „ a to czaszka” Wszyscy z obrzydzeniem się cofamy, tylko jeden
                                          Radek odbiera od niego kosci człowieka starożytnego i z zaciekawieniem oglada.
                                          Po czym stwierdza (jak to Radek ;-) że ta kosc od nogi moglaby posłużyć za
                                          miecz i super by się nią walczylo … ;-)
                                          Oddajemy kosci do koszyka i wychodzimy, czując na dłońiach szczatki tego
                                          biedaka.

                                          Zwiedzamy kolejny grob, a w nim m.in. wielki kawal coś jakby stolu-wykuty
                                          pośrodku-który służył do wciągania po platformie ciala zmarłego na góre.
                                          Niesamowite, jak chlodno jest w tych grobach. Az nie chce się wychodzic na
                                          zewnatrz! Choc z drugiej strony, nie wiadomo co się miesci w tutejsżyćh
                                          koszykach…
                                          Wypijamy kolejna butelke Baraki i idziemy jakies 100m do kolejnych 2 grobow.
                                          Tym razem są to slawne grobowce Sirenputa I oraz Sirenputa II. Podziwiamy w
                                          nich wspaniale kolumny, barwne malowidla, rewelacyjne płaskorzeźby,
                                          przedstawiające dostojnikow z rodzinami… widzimy scenki rodzajowe, życie
                                          codzienne… Na zewnatrz podziwiamy relief, upamiętniający ukochanego przez
                                          jednego z nich psa. Ślicznego Harta gotowego do skoku, oraz mniejsza suke, z
                                          wyciągniętymi przez szczeniaki sutkami.

                                          Jeszcze rzut oka na fantastyczna panorame jaka się z tego miejsca roztacza i-
                                          JUHU! Biegiem przez puszysty piasek w dół! Krżyćzymy, piszczymy i ślizgamy się
                                          po piasku…

                                          Wsiadamy na łódź, łapiemy wiatr w zagiel i-ruszamy w kierunku Elefantyny. Po
                                          drodze mijamy Wyspe Kitchera. Postanawiamy sobie ja odpuścić. Wchodzi się na
                                          nią z jednej strony a schodzi z drugiej. Po drodze oglada się ptaki oraz dzika
                                          roślinność. Jakos nas to nie zacheca…

                                          Oplywamy z lewej strony Elefantyne i stajemy oko w oko z osławionym m.in. przez
                                          Agate Christie starym, stylowym hotelem Old Cataract. To tu napisala swoja
                                          książkę „Śmierć na Nilu”, która w końcu muszę przeczytac-przecież dotyczy
                                          Po prawej wznosi się nowoczesny, wysoki budynek-jest to New OldEgiptu!
                                          Cataract. Nowoczesny… już bez klimatu.

                                          Widzimy reliefy na glazach przy Elefantynie zostawione przez starożytnych i po
                                          chwili jesteśmy już na brzegu. Kupujemy bilety w cenie 20le od osoby do Muzeum
                                          Asuańskiego i wchodzimy do środka. A tam… no tragedia! Nie dość, że niewiele
                                          eksponatow to jeszcze umieszczone w ogromnych salach… Raduś ma frajde-znalazl
                                          mumie i wypatrzyl wystające włosy i palce u nog. Przechadzamy się po salach by
                                          stwierdzic „szkoda czasu” i wyjść do ogrodu (tak pisze przy wejściu-ale to
                                          chyba za duze slowo) i po kilku krokach znaleźć się na terenie tego co zostalo
                                          po świątyni Chnuma. Swiatynia… jak na Egipt baaardzo źle zachowana. W zasadzie
                                          niewiele jest tam do oglądania. Udajemy się od razu w dół do slawnego
                                          Nilometru. Jest tam podzialka w cyfrach faraońskich, greckich, rzymskich i
                                          arabskich. W zależności od poziomu wody w czasie wylewu, ustalano podatki oraz
                                          co, ile i kiedy siac. Schodzimy w dół i-szybko się wycofujemy. Odor jaki bije
                                          od tego miejsca nie pozwala na dluzsza kontemplacje.

                                          Jeszcze rzut oka na Asuan, przejscie przez Swiatynie Chnuma i-powrot do łodzi.
                                          Zaczynamy czuć glod a co najgorsze-wszystkim skończyła się woda. Staram się
                                          wszystkich pociesżyć-„Nic to! Przecież do statku jest niedaleko… kilka minut i
                                          będziemy na miejscu”
                                          O jakże się pomyliłam! Okazało się, że w tym miejscu osłoniętym przez
                                          Elefantyne i Asuan-w zasadzie nie ma wiatru… więc plyniemy cala szerokością
                                          Nilu…w prawo….. w lewo…..w prawo….w lewo…. Trwa to wieczność! Jej…
                                          gdyby tu na
                                          lodce był sklep to bym dala wszysko-by kupić butelke wody! Zachodzące słońce
                                          grzeje… woda przyjemnie chlupocze…woda otacza nas dookoła… wode mamy ciągle
                                          przed oczami… woda pryska spod dzioba… a w garde nam zasycha! Co za ironia
                                          losu! Co za udreka! Myslimy już tylko o zimnych napojach jakie mamy w lodowce i
                                          te mysli nas dobijaja…pic, pic, pic…
                                          Tortury trwaja ponad godzinie! W końcu wysiadamy na brzeg, placimy za
                                          kilkugodzinny rejs i-biegiem do kajut! Nie ważne, że naganiacze stają nam na
                                          drodze, że kamienie są pod nogami, że trap wąski, że w recepcji chca pogadac-
                                          nie mówimy, nie reagujemy-WODY!!!!!

                                          Każdy dopada to co mu wpadnie w rece-żeby tylko mokre i żeby tylko dużo!
                                          Napojeni (jak Raduś powiedział-jak smoki wawelskie) padamy na łóżka –jak
                                          przyjemnie…..

                                          I standardowy, aczkolwiek bardzo przyjemny wieczór-prysznic, kolacja, wieczór
                                          na gornym pokladzie… sen. Jutro dalszy ciąg zwiedzania i-co najgorsze-wyjazd z
                                          tego cudnego miasta… mojego ukochanego Asuanu…

                                          • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:09

                                            04. 10. 2005 (wtorek) dzień 8
                                            Budze się i pierwsza moja mysl-dziś zaczal się ramadan!
                                            Wstaliśmy wczesnie, popniewaz do 8:30 musimy opuścić kajuty. W zamian
                                            dostaniemy dwie kajuty na końcu korytarza do dyspożyćji calej grupy.

                                            Wywalam chłopaków na gorny poklad i w ciszy zabieram się do pakowania. Chwila,
                                            dwie… i już prowizorycznie wszystko jest spakowane. Wystawiam walizki przed
                                            pokoj, zabieram rzeczy podręczne i lecimy na śniadanie. Nasz Pan Nubijczyk,
                                            który uczy się po polsku mowic-chodzi i wyciera łzy. Reszta kelnerow i kucharzy-
                                            też nie w sosie. Co i rusz ktorys podchodzi do stolika, kladzie rękę na głowie
                                            Radzika, patrzy nam w oczy-i szybkim krokiem odchodzi… Nam też jest żal
                                            odjeżdżać! Wspominam te chwilę, które spędzaliśmy z nimi na pogawędkach, lub
                                            momenty-kiedy Radzik był przez nich rozpieszczany. Nubijcżyćy-to cudowni
                                            ludzie… Stracili swoje dziedzictwo, swoja tożsamość-ale nie stracili wielkiego
                                            serca! Nie mogę na to patrzeć… Wypijam tylko herbate i wychodze. Na schodach
                                            dopada nas jeden z kucharzy-no tak… Porcja owocow dla Radzika. Na talerzu
                                            banany, pomarancze, jabłka, guawa. Dobrze, że już się nie boimy o zemste i
                                            spokojnie to zjadamy. Przecież będąc 3 raz w Egipcie-i przechodząc raz zemste-
                                            organizm chyba odnotowal taka sytuacje i się odpornil. Tak myślę.

                                            Zanosimy czesc niepotrzebnych rzeczy do wspolnej kajuty i już czekamy w lobby
                                            na grupowe wyjscie. Tam dopada nas nasz Pani przewodniczka-Ania. Jest bardzo
                                            zla, że udało nam się załatwić wyjazd do Dandery i Abydos. Przecież mówiła nam,
                                            że to jest niewykonalne! I w ogóle jak załatwiliśmy suchy prowiant?!? No jak to
                                            jak-zwyczajnie poprosiliśmy o to dzień wczesniej ;-) Staram się nie przejmowac
                                            jej oschłością i spokojnie pytam, czy jest możliwość doplaty i jazda do Kairu
                                            kuszetkami. Rok temu dopłacaliśmy po 20$ od osoby, no ale standard jazdy-
                                            rewelacyjny! W przedziale dwa łóżka że swieza posciela, umywalka… cisza i
                                            intymność. Pani Ania nie jest sklonna do współpracy, więc ponawiam pytańie do
                                            naszego Egipskiego przewodnika. Kilka telefonow i już zdaje nam relacje. Jest
                                            taka możliwość, ale w tym roku cena wynosi 55$ od osoby. No, no, no!!!! To już
                                            lekkie przegiecie! Nic to. Pojedziemy pierwsza klasa, przynajmniej na wlasna
                                            skore, przekonamy się, jak tam jest.

                                            Wchodzimy do autobusu i już po kilku minutach jesteśmy przed kamieniołomami
                                            asuańskimi. Przejscie przez jak zwykle wyjace urzadzenia do wykrywania metali,
                                            bilet (20 le) i wchodzimy na patelnie… tak. Tam to dopiero mi nie marzna
                                            stopy ;-)
                                            Pani Ania postanawia, że na tym upale, w nieocienionym miejscu-walnie sobie
                                            pogawędkę na temat niedokończonego obelisku. Fajnie.
                                            My od razu udajemy się na góre. Bez przesady-nie interesuje nas sam obelisk.
                                            Uwazam, że w tym przypadku ( w przeciwieństwie do innych zabytkow Egiptu) -
                                            jednokrotna wizyta w tym miejscu spokojnie wystarcza. Nam chodzi o coś innego.
                                            Mianowicie z gory-roztacza się swietny widok na cmentarz fatymidow z pieknymi
                                            kopulami grobowcow. Pstrykamy kilka fotek (znowu z kamery-pewnie jakość będzie
                                            gorsza) Robimy kilka zdjęć Radusiowi, który przy wielkim kamieniu udaje
                                            wspinającego się spidermana, upajamy oczy widokiem jaki się stamta roztacza i-
                                            schodzimy. A nasza grupa-już ma dosyć. Właśnie Pani Ania skończyła przemowe i
                                            kazala wszystkim isc na góre, ale ludzie stojac te 15 minut w pelnym słońcu-
                                            maja dosyć. Ci, ktorzy byli w tym miejscu-wiedza co mam na mysli. Siadamy pod
                                            jedynym w tym miejscu drzewem i wypijamy w trojke butelke Baraki. Tak sobie
                                            myślę-gdybym w domu tyle piła-to bym musiala wiecznie siedzieć na klopie! A tu-
                                            nic. Nawet powem wiecej-mocz ma tak intensywna barwe-jakbym w ogle nie piła!
                                            Mało tego-ja w normalnych warunkach potrafie przez kilka miesięcy nie tknąć
                                            mineralnej. Nienawidze mineralnej. A tu, w Egipcie-chlejemy wode bez umiaru! I
                                            jeszcze jak nam smakuje! :-)

                                            Czesc osob postanawia jednak wejsc, by obejrzeć obelisk Faraona Hatszepsut,
                                            czesc razem z nami wychodzi. I znowu, tak jak w przypadku Edfu i Kom Ombo-tu
                                            wiele się zmienilo. Wychodzi się z lewej strony przez rzad-no tak-kramow i
                                            sklepow. Raduś idzie metr przed nami i machając na sprzedawcow reka wola swoim
                                            jeszcze bardzo dziecinnym, aczkolwiek zdecydowanym i nie znoszącym sprzeciwu
                                            glosem „La! La! La!” I wiecie co? To dziala. W przeciwieństwie do thanks czy
                                            dziekuje-to naprawdę dziala! I tak oto pięciolatek niczym spychacz toruje nam
                                            droge przez dziesiątki namolnych sprzedawcow do klimatyzowanego autobusu :-)

                                            O oto już jedziemy dalej do miejsca, które w przeciwieństwie do niedokończonego
                                            obelisku, wszyscy chcemy bardzo obejrzeć. Do świątyni Izydy na wyśpię Philae (a
                                            w zasadzie to ona kiedys była na tej wyśpię-teraz przeniesiona przez UNESCO
                                            stoi trochę dalej, na wyśpię Agilkia) Przesiadamy się na lodke i ruszamy…
                                            Okazuje się, że razem z nami jada sprzedawcy wszelkiego rodzaju pocztowek,
                                            korali, BA! Nawet czapeczek wełnianych… Może kupić Radkowi, by nie zmarzl ;-)
                                            Na szczęście nasze wyuczone dziecko na każda probe podejścia do nas
                                            wymawia „la, la, la” i chłopcy sobie odpuszczaja… myślę sobie-z drugiej strony,
                                            to mi ich żal… Chce wyjac wode by się napic i nagle mysl-ramadan! Nie… nie będę
                                            im tego robić. Napijemy się w ustronnym miejscu świątyni, by ich nie draznic.

                                            iPo chwili pniemy się na wyspe-z innej strony niż rok temu (wszedzie zmiany!
                                            stajemy naprzeciw cudnej świątyni poswieconej kultowi Izydy. Jestem zauroczona
                                            roznorodnoscia kolumn-a raczej ich zwieńczeń. Każda kolumna-ma inne zwieńczenie…
                                            w formie innego kwiatu. Jakbym była malutka dziewczynka i stala w wielkim
                                            ogrodze, a ponad mna-różne, kamienne kwiaty… Zauroczona robie serie zdjęci i
                                            wchodzimy do środka. Zwiedzamy, podziwiamy i-wychodzimy. Postanawiam być
                                            ambitna i zrobić identyczne zdjęcie Kiosku Trajana, jakie znajduje się w moim
                                            przewodniku. Więc oto leże plackiem na brzuchu i cykam fotki-dobrze, że mam
                                            lamany obiektym, bo inaczej-nic bym nie widziala! Jedno zdjęcie, drugie,
                                            trzecie…. To źle wykadrowane, tu ktoś mi wlazł w obiektyw… ok. Lubie lezec ;-)
                                            Czwarte, piate, szoste… w końcu uzyskuje jako takie zdjęcie i podnosze się z
                                            ziemi. Rześ się że mnie śmieje, a mnie odbija palma ;-) Biore stojace w rogu –
                                            miotle i szufelke- i każe sobie zrobić zdjęcie, jak to niby sprzątam… Bosz!
                                            Matka-zona-wydawaloby się osoba w miare powazna-a jednak do konca nie…
                                            hihihihihihi

                                            Szwendamy się po ruinach, robimy zdjęcia i w końcu kierujemy się w strone
                                            lodki. Stamtąd cykamy jeszcze kilka fotek i już cala grupa zmierzamy w kierunku
                                            stałego ladu.
                                            Kilka minut i jesteśmy na statku, gdzie czekaja na nas (jak zwykle) z zimnymi,
                                            mokrymi recznikami oraz z zimnymi, mokrymi soczkami ;-)

                                            Zjadamy lunch i lecimy do wspolnych kajut. Okazało się, że w jednej kajucie
                                            jesteśmy my + Ola z Darkiem+ Justyna z Emilem+ Jarek z Marcinem… Jak milo!
                                            Niezla ekipa ;-) Wyjmujemy z lodowki „syrop na zemste” i leczymy się nim… no,
                                            wiecie… żeby po lunchu nic nam nie zaszkodzilo… bo przecież mogly nam sałatki
                                            zaszkodzic… albo co ;-)

                                            Chwilę pozniej siedzimy odkarzeni ;-) w basenie i kodujemy ostatnie chwilę w
                                            Asuanie. Miedzy nami zwierzaki Radzika (które znowu z soba walcza ;-)
                                            Rozmawiamy, dowcipkujemy… jak milutko. I nagle mysl-zdjęcia! Musimy zrzucic
                                            zdjęcia! Ja umre jak nie będę mogla nadal robić zdjęć!

                                            Tak się sklada, że o 15 jesteśmy umowieni z Mackiem, więc przy okazji spotkania-
                                            coś wymyslimy. Maciej to poznany w zeszłym roku nasz przewodnik. Facet
                                            niesamowity! Totalnie zakręcony na punkcie Egiptu! Zaprzyjaźniliśmy się na
                                            rejsie, potem przez rok zawężaliśmy znajomość, więc-musimy się spotkac!
                                            O 15 już się witamy, sciskamy… Wreczamy mu małe co nieco przywiezione z Polski
                                            i ruszamy
                                            • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:11
                                              Wreczamy mu małe co nieco przywiezione z Polski
                                              i ruszamy na miasto. Mówie Mackowi, że Rześ się uparl, że nie będzie przepłacał
                                              i niezplaci 60le w AGFA. Że może jakaś kafeja… I oto pakujemy się w typowa
                                              nubijska dzielnice,
                                              zdecydowanie nie turystyczna. Wchodzimy do-czy to jest kafejka internetowa?? Na
                                              pierwszy rzut oka wygląda jak komorka w trakcie remontu ;-) Ale nie-to jest
                                              kafejka internetowa! Od drzwi mówimy Marhaba i pytamy ile kosztuje godzina.
                                              Chłopcy są zdecydowanie zdziwieni naszym widokiem… Pokazuja na sciane i
                                              odpowiadaja (zgodnie z wiszącym cennikiem) że 4le. Pytamy ile chca za
                                              podlaczenia kilku kabli-odpowiadaja-„nic. Macie godzine, robcie co chcecie!”
                                              Szukran, szukran, szukran!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

                                              Więc oto plyna nasze zdjęcia na ich twardy dysk by po chwili-przeplynac do
                                              naszego i`Rivera. Radek już się umieścił miedzy nimi i oglądają razem jakis
                                              film z Jackie Chan. A tam scenia, gdzie kobieta (jakaś Azjatka) do bolu właśnie
                                              skopala jednemu facetowi tylek…
                                              Pytam-„jak Wam się ta scena podobala?”
                                              Odpowiadaja”ha! Niezla bajka! To cale Hollywood! To Matrix! Bzdura!”
                                              Pytam „dlaczego?”
                                              Odpowiadaja „bo to niemożliwe, żeby kobieta krzywo spojrzała na mezczyzne,
                                              podniosla rękę-a już o takim biciu nie ma nawet mowy!!”
                                              No tak… ;-)

                                              Mamy zdjęcia na i`Riverze, czyścimy pamiec i-znowu mogę szalec z aparatem!
                                              Wracamy na nabrzeże i zatapiamy się w rozmowe z Maciejem przy szklaneczce
                                              fantastycznego, świeżego soku z limonek…


                                              Czas szybko mija, zwłaszcza w tak milym towarzystkie… Maciej jest swietnym
                                              facetem!Z lezka w oku żegnamy się obiecując sobie wspolny wypad na narty jeszcze
                                              w tym
                                              sezonie… Oby się spełniło!

                                              Wracamy na statek po drodze wpadając do poznanego dzień wczesniej sklepu z
                                              napojami. Facet sprzedaje nam Barake w normalnej cenie 1,5 le a nie jak reszta
                                              po 3 a nwet 4le. Kupujemy jedna wode i wracamy do kajuty. Spacer po statku…
                                              lzawe pozegnanie z naszymi Nubijczykami, seria zdjęć (zwłaszcza ich z
                                              Radzikiem) i wyjazd na stacje kolejowa, która się miesci jakies 500-700 metrow
                                              od nabrzeża. Jest godzina 19:00, a pociag odjezdza o 20:20. Zajmujemy miejsca i
                                              idziemy jeszcze raz do wczesniej wspomnianego sklepu po napoje na droge. Mam
                                              ochote na ichniejsza, mega słodka fante. Nie wiem czy ktoś zauważył-egipcjanie
                                              dużo słodzą. Średnio jakies 4 lyzeczki. Ich ciasta-też są mega słodkie. Nie
                                              wspomne o wrecz lukrowatych soczkach w kartonach! Więc pewnie aby sprostac
                                              wymaganiom rynku-ichniejsze napoje kolorówe-są również mega słodsze, słodsze
                                              niż w Polsce.

                                              Wchodzimy do sklepu, zamawiamy napoje, pan je pakuje do reklamowek az tu nagle-
                                              nie chce mi się wierżyć! Wchodzi do sklepu zakryta po same stopy na czarno
                                              kobieta… ma zasłonięte włosy i czesc twarzy-więc na 99% jest to arabka.
                                              Wchodzi, wyciąga gola dłoń i-wita się z nami. Pierwszy raz się z czyms takim w
                                              Egipcie spotkałam! Rozumiem, że z Radkiem… że nawet że mna-ale ona podchodzi do
                                              Rzesia i podaje mu rękę! Rześ sciska jej dłoń, mamrocze „marhaba” i patrzy na
                                              mnie… ja jestem w takim samym szoku jak On. Kobieta mimo zasłoniętej twarzy-ma
                                              uśmiechnięte oczy. Nie wiem… może widok nasżyćh zdziwionych min tak ja
                                              rozbawil?? Zabieramy napoje, żegnamy się „ma salema” i wychodzimy że sklepu.
                                              Mówie do Rzesia „czy wiesz, że właśnie jako chyba jeden z nielicznych-dotknales
                                              zamezna arabke??” Szok…

                                              Wracamy do pociągu. Więc jest to pierwsza klasa. Są dwa rzedy siedzęn-
                                              pojedyncze i po przeciwnej stroni-podwojne. Ogółem w przedziale jest 45 miejsc.
                                              Dostajemy ostatnie miejsca zaraz przy przejsciu do kolejnego przedzialu.
                                              Ogolnie-straszny syf. Wszystko brudne. Koszt przejazdu w tym „luksusie” do
                                              Kairu wynisi 81le.

                                              Siedzimy sobie spokojnie (Raduś na pojedynczym my na podwojnym siedzęniu) ,
                                              zaczynamy się przyzwyczajac do otoczenia, odnajdujemy nasżyćh ziomali po
                                              przedziale-kiedy nagle-podchodzi do nas mlody Egipcjanin i pokazując na Radka
                                              mówi, że to jest jego miejsce. Hmmm… wyciągam bilet i tlumacze, że to Radka
                                              miejsce. Ten wola konduktora, który rezolutnie stwierdza „to jest miejsce tego
                                              Pana. Panstwa miejsca się zgadzaja, mogą Panstwo tu zostac, ale to dziecko ma
                                              przejść do nastepnego przedzialu” PROSZĘ??!!??!!??! Normalnie się wkurzyłam…
                                              czy oni są oblakani??!!??!! A niby jak to ma wyglądać-my tu a nasz pięciolatek
                                              ta??? Oboje z Rzesiem stawiamy zdecydowany opor i najzwyczajniej w swiecie-nie
                                              zgadzamy się! No bo i jak się zgodzic?? Przecież to nienormalne!!!!!!!!!!! Już
                                              zaczynamy wrzeszczec i doslowienie barykadujemy Radka na siedzęniu ;-) NIE!!!

                                              Chłopaczek odpuszcza i przechodzi do nastepnego przedzialu. Jeszcze nerwy nam
                                              nie puściły, kiedy wraca nasz kabaretowy konduktor i psykając na Rzesia,
                                              pociera wskazujący palec o kciuk… czyzby to ogólnokrajowy swad?? ;-) Większość
                                              Egipcjan w tym kraju ma chyba grzyba miedzy tymi palcami ;-) Nie. To nie swad.
                                              Okazało się, że chce od nas bakszysz za to, że zostawil Radka na swoim miejscu.
                                              Nie wiem kto bardziej mu się rzucil do szyi, ja czy Rześ. Reszta wagonu, która
                                              przyglądała się tym scenom-również zareagowala oburzeniem…. No… to nam facet
                                              niezle cisnienie podniosl-już na pewno nie kupimy u niego kawy! ;-) Oczywiście
                                              zadnego bakszyszu nie dostaje tylko odchodzi przestraszony…

                                              Pociag rusza. Dajemy jedna walizke na góre, a druga pod nogi przed nami. Rześ
                                              przechodzi na pojedyncze siedzęnie a ja biore Radzika do siebie. Nie mija 10
                                              minut-i moje dziecko śpi. Jak on to robi?? Jak chce spać-to niezależnie gdzie,
                                              w jakiej pożyćji-po prostu śpi! Jest niesamowity!
                                              Więc Raduś śpi a ja się wierce… te dzwieki mnie dobija! Bo tak-z jednej strony,
                                              zaraz przy nasżyćh uszach trzaskaja się drzwi na korytarz. Na korytarzu-
                                              trzaskaja się drzwi od toalety. A naprzeciwko nich-drzwi od sterowania klimy
                                              wala w szafke z w/w przelacznikami… jak milo! Dzwieki jak na techno party ;-)
                                              Nic to. Podziwiam widoki za oknem. A tam-kolorówo! Migoca światełka, wisza
                                              serpentyny i pocieta folia, wszedzie lampy, lampki i lampioy…. Jak u nas na
                                              Boze Narodzenie! No tak-przecież oni świętują ramadan i właśnie zjadaja
                                              śniadanie po ciezkim, postnym dniu!

                                              Mijaja godziny a sen nie prżyćhodzi. Zaczyna się robić chlodno, więc wyjmuje
                                              dla wszystkich swetry. Ubieram śpiącego Radzika i zapadam w coś w rodzaju
                                              letargu… Już mi się wydaje, że zasne, kiedy słyszę nad uchem „give me a
                                              ticket!!” Nie dość, że mi się wydziera do ucha, to jeszcze tak blisko się
                                              nachylil-że czuję jak mu wali z geby (sorki, ale nielubie go) Słyszę jak Rześ
                                              mu mówi, żeby się nie wydziaral na mnie i podaje mu bilety.
                                              Jak się pozniej okarze, nasz bystry pan konduktor nie dokonca nam wierzy, że
                                              mamy bilety-albo cierpi na wyjatkowo ostra skleroze, ponieważ tej nocy obudzi
                                              caly przedzial swoim „give me a ticket!!„ jeszcze kilka razy… milutko

                                              Ok. 1 w nocy zachcialo mi się siku. Więc ufna i pelna nadziei (mimo
                                              dochodzącego z WC odoru) ide do znajdującej się metr za nami toalety. Wchodze-i
                                              wychodze. Tak zasranego kibla w życiu nie widziałam! Nic to. Jest ramadan, więc
                                              postanawiam poćwicżyć silna wole i-decyduje, że jednak wytrzymam i zawioze
                                              wszystko do Kairu ;-)

                                              Patrze po przedziale-niewielu ludzi śpi. Bo i warunki nie są sprzyjające…
                                              trzaskające drzwi, walacy smrod z WC, konduktor upewniający się, czy jednak NA
                                              PEWNO mamy bilety, co pół godziny przejeżdżający po nogach wozek z ciachami i
                                              sokami do kupienia, nagle hamowanie, które rzuca ludziami po przedziale, albo
                                              rotacje boczne, jakie dostaje pociag przy zmienianiu torow… a mój Raduniek śpi.
                                              Co wydaje mi się niemożliwe! Ale jednak! Slodko śpi i tylko co jakis czas-
                                              usmiecha się rozbrajająco przez
                                              • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:11
                                                Slodko śpi i tylko co jakis czas-
                                                usmiecha się rozbrajająco przez sen… MÓJ SKARB!

                                                Godziny mijaja… pociag mknie, a ja zaczytana w przewodnik myślę o Kairze…
                                                Jeszcze kilka godzin… jeszcze kilka „give me a ticket” ;-) i już będziemy na
                                                miejscu.
                                                • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:12
                                                  05. 10. 2006 (sroda) dzień 9
                                                  Pociag wiezie nas do Kairu już od jakis 10 godzin… prawie w ogóle nie spalam.
                                                  Jestem zmeczona… Patrze na Moich Chłopaków-obaj, poskrecani, zamontowani w
                                                  swoje siedzęnia spia. Za oknem zaczyna się robić jasno. Właśnie wjechaliśmy w
                                                  przedmieścia Kairu.

                                                  Świat budzi się do życia. Jeszcze jest sennie i pusto-ale co rusz widąć
                                                  furmanke zaladowana arabami (pewnie jada do pracy) taksowke, osiołka ciągnącego
                                                  dwukołówkę… Kobiete siedzaca przed domem… mężczyznę stojacego przy pompie
                                                  nawadniającej… idące droga nastolatki, z jakimiś chyba książkami pod pacha-
                                                  wszystkie ubrane w biale i błękitne tiule, które zasłaniają im cialo oraz
                                                  włosy… są piekne. Kocham te widoki.

                                                  Jazda w pociągu, przymusowe przystopowanie sprzyja zadumie… patrze w okno, a do
                                                  głowy co i rusz napływają różne mysli…

                                                  Poprawiam się w siedzęniu i myślę o dniach, które właśnie minely. Lot balonem,
                                                  Abydos, Dandera, Asuan…Mój 3 raz w Egipcie… Jakże dziekuje Bogu-Stwórcy-
                                                  Allachowi-losowi-przypakowi-szczesciu-trafowi-zbiegowi okoliczności… WSZYSTKIM
                                                  I WSZYSTKIEMU, że mogę znowu tu być i widziec te wszystkie cuda! Podziwiac
                                                  wspaniale zabytki! Cuda swiata minionego! Patrzeć na monumentalne zabytki,
                                                  gorace słońce, piaskowe gory, szafirowe morze i zielone palmy! Być, być w
                                                  Egipcie-kolebce naszej cywilizacji, naszej kultury! DZIEKUJE!

                                                  No i najwazniejsze-Rzesiowi! Który jak nikt rozumie co to jest partnerstwo,
                                                  kompromiś, wsparcie, milosc. Wiem, jak strasznie nienawidzi mentalności arabow.
                                                  Jak strasznie go mecza. Wiem, jak dość miał po ostatnim razie, a jednak-znowu
                                                  usłyszałam, podczas szukania ofert na wyjazd „Słoneczko, przestan… Nie mecz się
                                                  i nie wyszukuj jakis innych krajow-jedzmy już do tego twojego ukochanego
                                                  Egiptu” JUHU! Jak to usłyszałam-to z radości, z tego naladowania emocjami-
                                                  musialam biegając zrobić 3 kolka wokół bloku ;-) Rześ… tak strasznie Go kocham.

                                                  Mysl, że jestem w Egipcie powoduje u mnie uśmiech na twarzy i zupełny brak
                                                  zmeczenia…I w duchu obiecuje sobie, że nigdy nie dopuszcze do sytuacji, że
                                                  stanie się to dla mnie normalne. Każdy-każdy wyjazd na wczasy jest wielkim
                                                  wydarzeniem i powodem do ogromnej radości!

                                                  Cofam się w myslach o kilka lat w tyl. Dom rodzinny. Typowe górnicze osiedle na
                                                  Slasku. Mieszkanie, a w nim bieda, strach przed ojcem i najukochansza moja
                                                  przyjaciolka - mamunia oraz my-czworo rodzeństwa. Nie było dobrze…
                                                  I ogromna chec zmienienia czegos, wyrwania się z tego koszmaru.Pamiętam dzień,
                                                  kiedy jako 15 latka na pytańie mamusi-„co jest twoim marzeniem?” Odpowiedziałam-
                                                  „kiedys poznam faceta, który będzie dla mnie dobry. Po prostu dobry. I pojadę
                                                  kiedys do Egiptu.” Nie wiedziałam wtedy co to Karnak czy Asuan. Wiedziałam, że
                                                  Egipt-to jest coś. Fascynowal mnie od 5 klasy podstawowki. Coś tak
                                                  niedostępnego i odległego, coś tak pieknego i wspanialego-że muszę to osiągnąć!
                                                  I ja to wiedziałam! Ja to czulam tu, w środku-że naprawdę kiedys to się spełni!

                                                  I oto jestem. Wjeżdżam do Kairu… Obok mnie Rześ, Raduś-Dwa Moje Szczęścia,
                                                  Moje Swiaty, Moje Cale Życie… Marzenia się naprawdę spełniają…

                                                  Dziekuje…

                                                  Wszyscy w przedziale pomalu się wybudzaja i staraja się doprowadzic do
                                                  porządku. Ktoś się przeciąga, ktoś inny wstaje i stara się rozmasowac kark,
                                                  jeszcze inny zwoluje wszystkich na papieroska… Słońce już jest dosyć wysoko,
                                                  oparlo się o szyby naszego pociągi i grzeje. Więc zdejmujemy ciepłe rzeczy i
                                                  chowamy do walizek. Wody… ale mam ochote na umycie zębów i twarzy. Nic to.
                                                  Jeszcze chwila i będziemy w hotelu-mam nadzieje, że w tym samym co rok temu.

                                                  Chłopcy się budza. Rześ połamany-Raduś mega wyspany. Szybkie „zebranie się do
                                                  kupy” i już wjeżdżamy na stacje Giza w Kairze. Szybki przeskok do autokaru i
                                                  jazda ulicami tego ogromnego miasta w kierunku hotelu. Wszedzie wieze i
                                                  wieżyczki minaretow. W centrum-nowoczesne budynki. O! Wieza Kairska! A tu-
                                                  trzypoziomowa ulica. I nagle w autobusie wielkie poruszenie-SĄ! Piramidy! Mimo
                                                  upływu wiekow i ogromnego rozbudowania miasta-nadal majestatycznie goruja ponad
                                                  wszystkim. Dumne. Niezniszczalne. Jedna wielka zagadka… Patrzac na nie wszyscy
                                                  zapominaja o trudach minionej podrozy. Piramidy… lek na niewyspanie ;-)

                                                  Oasis. Najpiękniejszy hotel w calym Egipcie! Raduś trzyma klucze i dreptamy w
                                                  kierunku pokoju. Niesamowite, że Radek tyle pamieta z zeszłego roku. W tym
                                                  m.in. ten właśnie hotel. Dobrze wie, gdzie jest basen, a gdzie plac zabaw dla
                                                  dzieci. Wchodzimy do pokoju, krżyćze „pierwsza!!” bo oto mój pęcherz
                                                  przypomina, że ramadan-ramadanem, ale on już nie może ;-)

                                                  Prysznic w cudnej lazience i wskok na łóżka…mmm… jak milo rozpostowac kręgosłup.
                                                  Teraz biegiem na śniadanie. Raduś jak zwykle wcina naleśniki. Rześ omlet. A ja…
                                                  ja wypijam herbate ;-)

                                                  I zaopatrzeni w zestaw standardowy udajemy się pod Piramidy. Patrze na twarze
                                                  ludzi, którzy udaja się tam pierwszy raz… patrze im w oczy-a one są ogromne!
                                                  Przepełnione zniecierpliwieniem, ciekawością i szczęściem.

                                                  Pierwszy przystanek-tuz przy piramidzie Cheopsa. Wszyscy wypadamy. Postanawiam-
                                                  że w tym roku nie będę robila zdjęć, tylko przez godzine będę się ciesżyć
                                                  możnością namacalnego kontaktu z tymi „takimi tam stozkami” ;-) Niestety. To
                                                  jest silniejsze ode mnie. Czyzbym była uzalezniona?? ;-)
                                                  Więc robie zdjęcia… prawdopodobnie powielam ujecia sprzed poprzednich wyjazdow…
                                                  tylko jedno się w kadrze zmienia-Raduś :-)

                                                  Oczywiście jest tam pelno naciągaczy… na jazde wielbłądem, albo-policja
                                                  turystyczna dorabia sobie wskazaniem pierwszego z brzegu kamienia, że niby tu
                                                  wyjdzie super zdjęcie i w ogóle.

                                                  A propos policji. W pewnym momencie podchodzi dwóch. Biora Radka z dwóch stron
                                                  za raczki i szybkim krokiem , prawie biegiem odchodza. Lecimy za nimi. Na nasze
                                                  pelne pretensji pytańia odpowiadaja „to żart” ŻART!!??!! To widocznie ja się
                                                  nie znam na zartach. Tłumy ludzi! Slychac jezyki z całego swiata! Ogromna
                                                  przestrzen! A to mialbyc żart! Rześ stara się mnie uspokoic, ale ja-już
                                                  nakrecona i w dodatku przed okresem ;-) - wywalam im, jakże głupi i bezmyślny
                                                  to byl żart. Odchodza mamrocząc coś pod nosem. A ja sobie wyrzucam-moze
                                                  zeczywiscie za ostro zareagowalam?? Zwalam wszystko na barki hormonow.

                                                  A my idziemy dalej. Pod sama piramidą staram się spojrzec na jej czubek-glowa
                                                  na maksa odchylona w tyl i udaje się. Jest ogromna!Tak bardzo bym chciała się
                                                  wspiąć na nią… Tak jak Andie MacDowel i Liam Nelson w filmie „Rubin z Kairu”
                                                  Jakże cudowny musi się z jej czubka roztaczac widok! Jakże orgastyczna musi być
                                                  świadomość, że stoi się na szcżyćie jednego z najstarsżyćh budowli swiata!
                                                  Niesamowite!

                                                  Dalej barka. Widok na Kair. Autobus. Podjazd na punkt widokowy. Seria
                                                  pozowanych zdjęć, rzut oka na wdzierający się na płaskowyż Kair i zjazd pod
                                                  piramide Chefrena. Zakup biletow (20le) i już wchodzimy do środka piramidy.
                                                  Duchota która z niej bije oraz niskie, strome zejście-powoduje zmiane planow u
                                                  kilku osob, zwłaszcza starsżyćh. Wycofuja się. My pchamy się dalej. Wszyscy
                                                  zgarbieni, wypychaja cztery litery w kierunku osoby idącej z tyłu.. Tylko jeden
                                                  Raduś drepta wyprostowany i ma jeszcze zapas luzu nad glowa ;-) przez co
                                                  wzbudza ogromna zazdrość, również z naszej strony.W tym korytarzu są dwa
                                                  miejsca, gdzie w suficie jest coś, jakby szyb. W tych miejscach każdy staje,
                                                  wciska głowe w ten niewielki otwór-by na ulamek sekundy wyprostowac kosci. My
                                                  też tak robimy. I Raduś, który strasznie nas we wszystkim naśladuje-też!
                                                  Śmieszne jest jak staje na paluszkach i nawet nie sięgając do otworu robi jak
                                                  wszyscy „ooo…” przeciąga się i zadowolony drepcze dalej ;-)
                                                  Nasza Słodka Malpeczka :-)

                                                  Teraz j
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:13
                                                    Teraz jesteśmy w komorze grobowej gdzie w końcu można się wyprostowac. Na końcu
                                                    komory znajduje się sarkofag wykonany z polerowanego granitu, a na południowej
                                                    ścianie widnieje nazwisko badacza tej piramidy –Belzoni, umieszczone przez
                                                    niego samego, oraz data 1818.

                                                    Wracamy ta sama droga. Raduś jeczy i trzyma się za kregoslup jak wszyscy
                                                    Wychodzimy na zewnatrz i od razu ubieramy okulary-ale słoneczko wali po oczach!
                                                    Ludziska wracaja do autokaru, który ich zawizie pod Sfinksa a ja postanawiam
                                                    zejsc na nogach. Więc sobie spacerkiem schodze… patrze na piramidy… na Sfinksa…
                                                    odkrywam jego lewy profil ;-) robie zdjęcia… słoneczko swieci…ech…. Ale super…
                                                    jestem odprezona, wyciszona, zrelaksowana… Bosko!

                                                    Przy Sfinksie odnajduje się z moimi Chłopakami i razem wracamy do perfumeri w
                                                    której już siedzi nasza grupa. No tak. Stały punkt programu. Na szczęście można
                                                    się tam napic zimnej karkade i w zasadzie tylko po to tam wchodzimy ;-)

                                                    Postanawiamy, że na dziś zakończymy zwiedzanie. Jest 15 a my padamy że
                                                    zmeczenia! Zreszta-jest ramadan, więc i tak większość zabytkow już zamknieta
                                                    (Muzeum Egipskie w ramadanie czynne do 14:30!!)
                                                    Nie ma co przeginac, jutro mamy caaalusienki dzień do dyspożyćji. Wracamy do
                                                    hotelu. Słodkie lenistwo nad basenem. Razem z Jarkiem i Marcinem, którzy
                                                    postanowili się do nas dołącżyć planujemy jutrzejszy dzień.

                                                    Dziś już nic nas nie zaskoczy. Kolacja i wczesne lenistwo w gładkiej, zimnej
                                                    poscieli… No przepraszam. Jeszcze plac zabaw-przecież nie mozemy mu tego
                                                    odmowic!
                                                    A jutro-KAIR!

                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:14
                                                    06. 10. 2005 (czwartek) dzień 10
                                                    Wczoraj przegadaliśmy z chłopakami prawie caly wieczór! Bo tak. Mamy dziś caly
                                                    dzień do dyspożyćji. Ja się upierałam, by jechać do Daszur i Sakkary. Ale Rześ
                                                    stwierdzil, że skoro odpuściliśmy sobie widziane rok temu Abu Simbel na rzecz
                                                    nowych wspaniałości to-zrobmy też tak w Kairze. Więc ja namawiałam chłopaków by
                                                    jechać w te miejsca (bo sama baaardzo chciałam tam wrócić ;-) no ale oni byli
                                                    nieprzejednani. Stwierdzili, że jest ramadan i możemy się czasowo nie wyrobic
                                                    (racja!) oraz, że wola poczuc magie Kairu. Ok. Trzech na jedna-odpuscilam.

                                                    Dziś sama siebie zadziwilam. Zamiast herbatki na śniadanie-wchlonelam
                                                    naleśnika, pół omleta, bułki i słodkie ciasteczka. No tak. Kolejny znak (obok
                                                    mojej wybuchowości i rozdrażnienia) że lada dzień dostane okres….zawsze przed-
                                                    mam mega apetyt…wrrrrrr


                                                    Hotel Oasis leży troszkę poza centrum Kairu. Troszkę… to wiele nie mówi. Powiem
                                                    tak-jedzie się z niego na plac Tahrir ( przy nim stoi Muzeum Egipskie, jest to
                                                    jeden z głównych placy w Kairze) około pół godziny. Więc postanowiliśmy wczoraj
                                                    z chłopakami, że do centrum skoczymy darmowym, hotelowym busem-a tam będziemy
                                                    łapać taksowke.

                                                    Więc czekamy na busa, a przed hotelem stoi ogromna, szesciokatna lampa, która
                                                    na czubku ma charakterystyczny półksiężyc. Zreszta takich lamp w Egipcie jest
                                                    masa! To zapewne jakis symbol ramadanu… Więc stoi ta lampa. Raduś siedzący na
                                                    chodniku patrzy na nią, patrzy… a po chwili stwierdza „mamuniu. To jest takie
                                                    duze narzedzie do przykrecania srobek, tak??” Boze! On pomyślał, że to jakis
                                                    klucz numer 10 czy 12 jakich pelno ma Rześ w domu! Wszyscy się zasmiewamy a ja
                                                    się rozpływam z tkliwości… uwielbiam jego proste myślęnie!

                                                    Jedziemy busikiem… po lewej wille moznych Egiptu, po prawej Dumne i Wspaniale
                                                    Piramidy…nigdy nie mam dość patrzenia na nie! Jeszcze kilka skrzyżowań i-oto
                                                    jesteśmy. W samym centrum największego miasta Afryki.

                                                    Oto plan na dziś. Ponieważ jest ramadan-poznajemy Kair Arabski.Ramadan- –
                                                    dziewiąty miesiąc kalendarza muzułmańskiego. Dla muzułmanów jest świętym, gdyż
                                                    w tym miesiącu rozpoczęło się objawianie Koranu – archanioł Gabriel ukazał się
                                                    Mahometowi, przekazując kilka wersów przyszłej świętej księgi islamu.Podczas
                                                    Ramadanu, od świtu do zmierzchu obowiązuje zakaz jedzenia, palenia, seksu i
                                                    picia wszelkich płynów. W Ramadanie muzułmanie zwykle spożywają dwa posiłki –
                                                    suhoor przed świtem i iftar po zachodzie słońca. Ramadan kończy się świętem Eid-
                                                    ul-Fitr. Jest to uczta dla uczczenia końca postu.

                                                    Ponieważ trochę nam się śpięszy (Ramadan-wszystko wczesniej zamykaja…duuuzo
                                                    wczesniej!!) nie chcemy tracić czasu na targowanie się. Ustalamy więc, że za
                                                    każdy przejazd nie damy wiecej niż 10le. Podchodzimy do ulicy i tam łapie
                                                    nas ;-) taksówka (tak, tak-w Egipcie nie trzeba niczego szukac-taksówka, łódź,
                                                    restauracja-same odnajduja klientow ;-) Mówimy „Marhaba. Na Cytadele za 10 le
                                                    prosimy” Facet się trochę krzywi ale widzi, że jesteśmy uparci. Że jak nie on-
                                                    to inny nas zawiezie. Więc się zgadza. Rześ siada koło kierowcy, a Jarek,
                                                    Marcin ja i Radzik z tyłu. Ciasno-ale nic to. To przecież niedaleko. Ruszamy.

                                                    I oto zaczyna się horror… Ten kto jechal kiedykolwiek ulicami Kairu-wie co mam
                                                    na mysli. Zero zasad! Zero przepisow! Jeden wielki chaos! Jedno wielkie
                                                    zamieszanie! Jedno wielkie trąbienie! Nie ważne, że jest światło czerwone-i
                                                    tak przejeżdżamy przez skrzyżowanie! Nie ważne, że stojacy na skrzyżowaniu
                                                    policjant zatrzymuje nas-trabiac przejeżdżamy obok niego z impetem! Sprzed kol
                                                    uciekaja w popłochu przebiegający przez ulice przechodnie! Jakis kelner z taca
                                                    przeciska się przez roztrabiona, zelazna mase aut! Auto podskakuje i przechyla
                                                    się na zakretach. Czuję się jak sardynka upchana w puszce i rzucona w sztorm…
                                                    Obijam się o chłopaków, którzy w desperacji trzymaja drzwi-żeby nie wypasc!
                                                    Matko! Kiedy to się skonczy! Jeszcze dzień się dobrze nie zaczal a ja już
                                                    jestem spocona (co się w Egipcie nie zdarza-bo od razu wszystko paruje) Nagle
                                                    stajemy. Okazało się, że kawalek głównej drogi jest zakorkowany i kierowca
                                                    postanawia jechać na skroty. Nie patrzac na nadjezdzajace z tyłu auta zawraca i
                                                    najzwyczajniej w swiecie ( dla siebie) jedzie jakiej 200 metrow pod prad! Mimo
                                                    odromnej ilości jadacych aut-nie udaje mu się zderżyć czolowo ;-) więc jedziemy
                                                    dalej. Wpadamy w jakaś uliczke i miedzy kamienicami, domami, sznurami z praniem
                                                    i bawiącymi się dziecmi-jedzie jak wariat przed siebie! Za nami tumany kurzu
                                                    przed nami-zyjaca, tetniaca żyćiem ulica. Zamarlam! Chłopcy maja nerwowe
                                                    uśmieszki na ustach i wielkie zdumienie w oczach! Jeszcze kilka metrow i
                                                    wypadamy na główną ulice, za soba pozostawiając zakorkowane skrzyżowanie. A
                                                    przed nami widąć już Cytadele, która goruje ponad miastem. Zatrzymujemy się u
                                                    jej stop (w przeciwieństwie do transportu turystycznego-jemu nie wolno wjechac
                                                    na góre), placimy drzacymi rekami 10le i wychodzimy w pośpięchu bojac się, że
                                                    ten Wariat ruszy-zanim wszyscy opuszcza ta jezdzaca trumne!! ;-)

                                                    W kasie kupujemy bilet (35le/osoba) i udajemy się do meczetu Muhammada Alego
                                                    (zwanego także alabastrowym) zbudowanego w 1848 roku.. Przy wejściu zdejmujemy
                                                    buty, które zabieramy z soba do środka (nalezy pamiętać, by nie klasc butow ani
                                                    podeszwami do podlogi, ani podeszwami do gory!!!!!! Należy złożyć buty
                                                    podeszwami do siebie i klasc na boku [ich kancie]) Na szczęście jesteśmy
                                                    swietnie przygotowani do zajec ;-) znaczy się wszyscy mamy zakryte ramiona i
                                                    kolana, a ja mam dodatkowo chuste (gdybym musiala zakryc włosy)

                                                    W meczecie tym słychać sciszone rozmowy w wielu jezykach swiata. Grupki
                                                    skupionych ludzi siedza w kucki i słuchają opowieści swoich przewodnikow…
                                                    flesze błyskają. Są też miejscowi, którzy zazwyczaj siedza pod ścianami.
                                                    Odnajdujemy najważniejsze miejsce w meczecie-nisze wykuta w scianie zwana
                                                    mihrabem oznaczajaca kierunek w którym znajduje się Mekka. Robimy zdjęcia i
                                                    wychodzimy na zewnatrz… Może przez to, że jest tam tyłu turystow-nie czuję tego
                                                    czegos-co odczuwam w innych meczetach.

                                                    Widok jaki się stad rozciąga jest wspanialy! Pod nami slumsy, dalej centrum
                                                    Kairu a za nimi-Piramidy! Dookoła las minaretow i wieżyczek. Właśnie słychać
                                                    rozbrzmiewające z Minaretow wezwanie muezina do modlitwy. Obecnie wezwanie do
                                                    modlitwy odtwarza się przeważnie z taśmy, jednak ma ono w sobie pewien urok,
                                                    szczególnie gdy słychać jednocześnie nawoływania kilku sąsiadujących muezinów.
                                                    Ich wezwanie głosi: "Bóg jest największy (Allahu Akbar). Wyznaję, że nie ma
                                                    bóstwa oprócz Boga. Wyznaję, że Muhammad jest Jego Prorokiem. Przybądźcie na
                                                    modlitwę, ona was ukoi. Bóg jest wielki"................


                                                    Dla wielu Cytadela-to właśnie meczet Muhammada Alego. Ale nic bardziej
                                                    blednego! To istne miasto w miescie! Jest tam Muzeum Policji; brytyjskie
                                                    wiezienie wojskowe z XIX wieku; Muzeum Ogrodów; Muzeum Powozów; Ruiny Palacu
                                                    Ablak; trzy inne meczety oraz wiele, wiele innych atrakcji w tym Muzeum
                                                    Wojskowe do którego właśnie się udaja moi chłopcy.

                                                    Natomiast ja z Marcinem i Jarkiem udajemy się do położonego na krancu Cytadeli
                                                    meczetu Sulejmana Paszy (zbudowanego w 1528 roku) Meczet ten jest niewielki,
                                                    bardzo stary i bardzo zniszczony przez co-ma swój niewątpliwy urok. Po
                                                    niewielkich schodkach wchodzi się na dziedziniec, tam sciaga się buty i wchodzi
                                                    dalej-do sali modłów.W środku niewielkie pomieszczenie, w którym obrocenia w
                                                    kierunku Mekki właśnie modla się Muzułmanie. By nie zaklocic modlitwy w ciszy i
                                                    pośpięchu przygladamy się ścianom i sufitowi, a nastepnie wycofujemy się
                                                    bezszelestnie na dziedziniec.

                                                    Muzułmanie nie musza się modlic w meczetach. Każdy kto był w Egipcie widział
                                                    modlących się przy drogach kierowcow, policjantow, panow w recepcji, celnikow
                                                    na lotnisku… Ważne, by spełni
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:16
                                                    Muzułmanie nie musza się modlic w meczetach. Każdy kto był w Egipcie widział
                                                    modlących się przy drogach kierowcow, policjantow, panow w recepcji, celnikow
                                                    na lotnisku… Ważne, by spełnili oni podstawowe wymagania narzucone przez Koran.
                                                    A mianowicie, przed modlitwą muzułmanie musza dokonac rytualnych ablucji i
                                                    zdjąć obuwie. Następnie zwróceni twarzą w stronę Mekki recytują al-Fatihę,
                                                    pierwszą surę Koranu:
                                                    "W imię Boga, Miłosiernego, Litościwego. Chwała Bogu, Panu Światów,
                                                    Miłosiernemu, Litościwemu, królowi Dnia Sądu. Oto Ciebie czcimy i Ciebie
                                                    prosimy o pomoc. Prowadź nas drogą prostą, drogą tych, których wybrałeś, nie
                                                    zaś tych, na których jesteś zagniewany i nie tych, którzy błądzą"
                                                    Te same słowa, przerywane wezwaniem Allahu Akbar, powtarza się jeszcze dwa
                                                    razy, leżąc twarzą ku ziemi. Pożyćja ta symbolizuje rolę wyznawcy jako sługi
                                                    (islam znaczy dosłownie "poddanie się woli Boga"). Widok całego nabożeństwa, w
                                                    którym tysiące ludzi w meczetach wykonują jednocześnie te same gesty, sprawia
                                                    niesamowite wrażenie.

                                                    Wracamy na umowione miejsce spotkania z moimi chłopakami, którzy zapewne
                                                    swietnie się bawia z muzeum wojskowym. Po drodze mija dwa pomniki Ibrahima
                                                    Paszy oraz Sulejmana Paszy.

                                                    Ponieważ mamy jeszcze chwilke czasu postanawiamy wejsc do chyba najstarszego
                                                    meczetu jaki stoi na Cytadeli. Jest nim meczet Muhammada an-Nasira zbudowany w
                                                    1335 roku. Wchodzi się do niego zasadzie prosto z ulicy, brzez niewielka brame
                                                    zamykana drewnianymi drzwiami. Zaraz po przekroczeniu progu zdejmujemy buty i
                                                    wchodzimy na niewielki dziedziniec otoczony krużgankami. Do mihraby prowadzi
                                                    wąski dywanik.Spacerujemy po dziedzińcu wyłożonym białą posadzką, nad która –jak
                                                    z nieba-wisza lapy i lampeczki… podziwiamy dyskutujemy…

                                                    Niestety. Czas nas goni. Rzesio z Radziem dołączyli do nas. Schodząc z Cytadeli
                                                    dzielimy się wrażeniami….Chlopcy z blyskiem w oku opowiadaja o cudach jakie
                                                    widzieli w muzeum… samoloty, czolki, karabiny… przyznam-że nie porywa mnie ich
                                                    opowieść ;-) Dobrze zrobiłam, że nie poszłam z nimi.

                                                    Schodzimy w dół i zaraz skręcamy w prawo. A tam-niespodzianka! Czeka na nas
                                                    nasza taksówka! Niestety. Nie skorzystamy, gdyż udajemy się do położonych
                                                    niedaleko dwóch meczetow Al Rifaja i Hassana. Pan nie daje za wygrana, jedzie
                                                    przy samym krawężniku, trabi, wola na nas i otwiera drzwi… Niestety. Nie
                                                    skorzystamy.

                                                    Halas, bieda, smog, przeludnienie, bałagan, śmieci, rozpadające się domy obok
                                                    nowoczesnych wieżowców, nawoływanie muezinow polaczone z nieustannym wrzaskiem
                                                    klaksonow, unoszący się w powietrzu zapach uryny, czosnku, tytoniu jabłkowego…
                                                    Biegające na bosaka dzieci, kobiety w czerni, namolni sprzedawcy… oto Kair. Oto
                                                    metropolia Egiptu.
                                                    Jakże tęsknie za spokojniejszym gornym Egiptem! Wolno płynący czas w Luksorze,
                                                    Asuanie, wioskach wzdłuż Nilu… Jakże inny jest ten świat-od barwnego,
                                                    rozwrzeszczanego Kairu! Egipt-pełen kontrastow, sprzeczności. Można go kochać.
                                                    Można nienawidziec. Ale nie można przejść koło niego obojętnie…

                                                    Więc idziemy wzdłuż muru otaczającego Cytadele. Oglądamy ruch na ulicy i włosy
                                                    stają nam deba! Robimy zdjęcia, chlejemy Barake, słoneczko grzeje…. Jest super!
                                                    Jakże wspaniale że tu jesteśmy.
                                                    Tylko w tej długiej spodnicy jakos mi goraco… Jak Arabki sobie z tym radza??

                                                    Po ok. 500 metrach skręcamy w prawo i wchodzimy w jedna z bocznych uliczek,
                                                    gdzie jest dużo spokojniej. Z plakatow uśmiecha się do nas prezydent Mubarak.
                                                    Mijamy kobiete, która chyba wraca z Ikea ;-) (naprawdę-ma straszne ilości
                                                    zakupów na głowie ;-) Jakies kartony, reklamowki a wszystko tworzy nielada
                                                    stos!!) Widzimy śpiącego pod palma człowieka. Idziemy dalej… po jakis 300
                                                    metrach dochodzimy do ronda. Po prawej widzimy umieszczony na Cytadeli zegar,
                                                    podarunek francuskiego krola Ludwika Filipa, jako odwdzięczenie się za obelisk
                                                    że świątyni Luksorskiej jaki dostal od Mohammeda Ali. Zegar ten nigdy nie
                                                    chodzil. Natomiast obelisk stoi w Paryzu na placu Concorde i pewnie tęskni za
                                                    swoim bratem-blizniakiem, który osamotniony stoi w Luksorze.

                                                    Przejscie przez ulice (co nie jest latwe!) i już jesteśmy pomiedzy dwoma,
                                                    wspaniałymi meczetami. W kasie kupujemy bilety (12le od osoby za wejście do
                                                    jednego meczetu) i wchodzimy w ulice Szari Muhammada Aliego, która oddziela
                                                    stojace dosłownie kilka metrow od siebie ogromne budowle sakralne. Ich wysokie
                                                    ściany przytłaczają nas, czuję się jak w jakiejs pułapce.

                                                    Uderzamy najpierw do tego po prawej. Meczetu ar-Rifa`iego, który jest starszym
                                                    o jakies pięćset lat bratem bliźniakiem meczetu madrasa sultana Hassana. Z
                                                    zewnatrz są identyczne!

                                                    Zdejmujemy buty i wchodzimy do pelnej przepychu i bogactwa świątyni. Kolorówe,
                                                    błyszczące marmury powalaja nas. Przechodzimy przez sale główną po prawej
                                                    zostawiając mihrabe i wychodząc na odkryty dziedziniec przechodzimy w lewo do
                                                    bocznych sal, gdzie są pochowani chedywa Ismail, jego matka i synowie oraz krol
                                                    Fuad i Faruk z cala krolewska rodzina. Ich nagrobki-az kipia bogactwem i
                                                    przepychem. Wysokie, piętrowe, marmurowe, nieskazitelnie wykonane, że złotymi
                                                    napisami.. Ogromne bogactwo! Dreptamy na paluszkach, w milczeniu.
                                                    W ostatniej sali chlopiec, który za 10le otworzył nam te pomieszczenia
                                                    prezentuje nam akustyke wysokiego na 47 metrow pomieszczenia. Stanął w lekkim
                                                    rozkroku, na piersiach złożył rece nabrał powietrza w pluca i-wydobyl z siebie
                                                    śpięw na czesc Allacha… Potega jego glosu plus potega marmurowych ścian,
                                                    przestrzen, znajdujące się na wyciągniecie ręki groby, polmrok-wszystko to
                                                    spotęgowało i tak już niesamowite doznanie. Az mi włosy stanely na calym ciele!
                                                    Jego tubalny glos przeniknął mnie cala! Nogi mi wmurowalo w posadzke, w gardle
                                                    zaschlo… Stalam oczarowana, zasluchana i nie chciałam by przestawal! Łzy
                                                    napłynęły do oczu… Co za wspaniale doznanie! Jakbym się przeniosła w zaświaty….
                                                    Ta piesn…ta potega… zdawalo się, że trwa to wiecznie!!!
                                                    Gdy skończył-jeszcze przez chwilę echo nioslo jego nostalgiczna piesn a pozniej-
                                                    cisza która zapadla jak wdzierający się do duszy tyran wypełnił nasze wnetrze…
                                                    Ta cisza przytłaczała… Nie potrafiliśmy się porusżyć.

                                                    Kocham życie za takie doznania…

                                                    Nadal odrętwieni wspaniała, mużyćzna uczta wracamy do sali głównej. Tam bez
                                                    słowa kładziemy się na plecach na miękkich dywanach i czujęmy się bosko…

                                                    Kocham meczety! Jest w nich coś niesamowitego! Człowiek się czuję baaardzo
                                                    bezpiecznie (O TAK!) Jest w nich tak strasznie przytulnie… Może to kwestia tego-
                                                    że panuje w nich zazwyczaj polmrok (a już na pewno jest ciemniej niż na
                                                    zewnatrz) tylko co jakis czas wpada przez jakaś szpare do środka trochę słońca
                                                    powodując wrażenie, jakby sam Palec Bozy zajrzał do środka…. W tym
                                                    przeciśniętym świetle widąć unoszący się, połyskujący kurz…niesamowite…,
                                                    miękkie, czyste dywany które pokrywaja cale podlogi az zachęcają do
                                                    leniuchowania. Jest bardzo milo… W powietrzu unosza się minione lata… czuć
                                                    przyjemne aczkolwiek nieznane dla mojego nosa zapachy. Nad głowami lampky z
                                                    krysztalu i szkła delikatnie dźwięczą i pobrzękują. Człowiek ma wrażenie, że
                                                    nagle wszedł w świat-gdzie zegary stanęły… Tyle wiekow minęło… tyle ludzi
                                                    codziennie prżyćhodzilo i prżyćhodzi do tych świątyń proszac o nadzieje… magia…

                                                    Więc leżymy na plecach wpatrzeni w prześliczny sufit, kopuły i mega żyrandole,
                                                    które mimo swej wielkości i wagi-lekko unosza się nad naszymi głowami. I wcale
                                                    nie chce nam się wstać. Cisza…miękkie dywany… cieplo… bezpieczeństwo… jeszcze
                                                    chwila i zasniemy! Już wiem dlaczego tak wielu muzułmanów śpi w meczetach.
                                                    Raduś na bosaka biega po tej niesamowitej przestrzeni, turla się, delikatnie
                                                    usmiecha… i widąć-nikomu nie przeszkadza. Bardzo dobrze się bawi
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:18
                                                    Zmuszam siebie i chłopaków do dalszej drogi. Jakże trudno się wstaje! Robimy
                                                    zdjęcia i wychodzimy na porażająca światłem i ciepłem ulice miedzy świątyniami.
                                                    Kilka krokow i już jesteśmy w świątyni madrasa sultana Hassana. Zbudowany w
                                                    latach 1356-1363 w środku jest zupełnie inny od swojego sasiada! Zimny,
                                                    niedostępny, ciemny, ostry-niczym warowne zamki że średniowiecza. Zreszta-był
                                                    on dwukrotnie wykorzystywany jako twierdza że względu na solidne ściany.
                                                    Przechodzimy, przez zdawaloby się nieprzyjazne pomieszczenia, i mijając po
                                                    prawej wspaniala studnie do oblucji wchodzimy do pomieszczenia głównego, bardzo
                                                    slabo oświetlonego. Ściany i sufit w tonacji kremu-brazu i czerni. Dookoła
                                                    otaczaja nas umieszczone na ścianach wersety z Koranu. Meczet ten robi wrażenie
                                                    bardzo astetycznego, ale-robi ogromne wrażenie. Jest tak inny od tych czterech,
                                                    które właśnie widzieliśmy! Resztki marmuru ( 27 rodzaji) uzytego na posadzke są
                                                    niesamowite… Ogolnie Hassan nie jest tak kolorówy i błyszczący jak ar-Rifai,
                                                    ale może właśnie ta stonowana barwa , to zimno-tak strasznie nas porywa.

                                                    Czas nas goni. Wychodząc na zewnatrz podziwiamy ulokowany w zachodnim narozniku
                                                    wysoki na ponad 80 metrow minaret, najwyższy w Kairze.

                                                    Robimy jeszcze zdjęcia kilku niesamowitych, filigranowych ornamentow oraz krat
                                                    okiennych i opuszczamy to bajkowe miejsce. Wszystkim chce się pic. Ale jak to
                                                    zrobić, by nie draznic biednych postnikow? Odwróceni w kierunku drzewa (mimo
                                                    wszystko-tak strasznie mało zieleni jest w Kairze!) wypijamy szybko kilka łyków
                                                    i podchodzimy do ulicy, gdzie czeka już na nas taksowkan ;-) Umawiamy się na
                                                    10le za zawiezienie do meczetu Al.-Azhar.

                                                    Wszystkie taksówki w Kairze są takie same. Czarno biale, rozklekotane,
                                                    rozpadające się, bez klimatyzacji za to z kolorówymi, puszystymi dywanikami na
                                                    desce rozdzielczej ;-) i masa wiszących, dyndających pie..na wewnetrzynym
                                                    lusterku. ;-)
                                                    I każda ma jakis feler np. do tej teksowi drzwi otwieraja się tylko od środka
                                                    (nie ma wogóle klamek na zewnatrz!) … za to każda ma glosny i super działający
                                                    klakson! ;-)

                                                    Więc przeciskamy się przez zatloczone ulice Kairu. Powietrze, które wpada przez
                                                    ulice jest ciezke i widąć je golym okiem… jak u nas na Slasku ;-)

                                                    Czuję się jak w reklamie Kit-Kat. Taksówka pedzi przez ulice Kairu, podskakuje
                                                    i rzuca nami na wszystkie strony, z radia wydobywa się podkrecona na maksa
                                                    arabska muzyka, której wtoruje śpięw kierowcy. Za oknem upalne słońce, meczety,
                                                    palmy… egzotyka. Staram się zrobić kilka zdjęć, ale strach przed rozbiciem
                                                    aparatu jest silniejszy niż chec utrwalenia typowego osiedla arabskiego.

                                                    Więc jedziemy sobie w komfortowych warunkach ;-) kiedy nagle stajemy.
                                                    Dowiadujemy się, że nie przepchamy się do centrum ponieważ jest zakorkowane.
                                                    Jest już godzina 15 i wiele instytucji, sklepow jest zamykanych-żeby wszyscy
                                                    mogli zdążyć do domow na śniadanie ramadanowe. Każe nam wysiąść i isc ta ulica
                                                    przed siebie a po 5 minutach będziemy pod Al.-Azhar.
                                                    Wysiąść?? Tu?? Przecież nikt tu nigdy nie widział bialasa!!
                                                    Nic to. Placimy i grzecznie wysiadamy. W tym momencie wszystkie oczy jakie
                                                    znajduja się w obrebie kilku metrow-wbijaja się w nas a życie na ulicy na
                                                    chwilę zatrzymuje się. Czuję się jak gwiazda Hollywood ;-) tylko purpurowego
                                                    dywanu brak ;-) hihihihihi

                                                    Ruszamy przed siebie i już wiemy gdzie jesteśmy. Jest to jedna z uliczek, na
                                                    które rozciąga się ogromny suk Chan al-Chalili. Jest to ta z odnog, do której
                                                    chyba turyści nie docieraja. Bo po pierwsze-nie ma tu nikogo tak bladego ;-)
                                                    jak my. Po drugie-jest tu szaro, ponuro i bardzo biednie. Po trzecie-nie ma tu
                                                    sklepow z pamiątkami.
                                                    Za to mijamy np. piekarnie i wychodzącego z niej chłopaka, który na głowie
                                                    niesie ogromna skrzynke a w niej że 100 pachnacych pitt. Musial biedulek bardzo
                                                    zglodniec przez caly dzień… ;-) Mijamy sklep w ktorym z wielkich worow wrecz
                                                    wylewa się egipska bawelna. Jest fryzjer. Krawiec, który wprost na chodniku
                                                    ustawil swoja maszyne i siedząc w kucki coś zszywa. Są stoiska miesne na
                                                    których wbite na hak wisza polowki krow. Widąć upal, słońce które na nie swieci
                                                    i latajace muchy tylko sprzyjaja dojrzewaniu miesa ;-) i wpływają na jego
                                                    wykwintny smak ;-)
                                                    Dookoła widąć ogromna biede. Wielu bezdomnych okrytych a jakies lachy leży
                                                    wprost pod ścianami domow. Mijamy ludzi bez koncżyć, kulejących, że starymi,
                                                    brudnymi bandazami na ciele. Większość jest wychudzona, z zapadniętymi
                                                    policzkami i oczami bez wyrazu. Grzebia w gorach śmieci. Lub bez celu
                                                    przysiadaja wpatrzeni w nicość…Dzieci, chudziutkie, bose, ubrane w strzepki
                                                    odzieży, z rozczochranymi włosami beztrosko bawia się pośrodku ulicy. Zaczepnie
                                                    uśmiechają się do nas… są takie śliczne!
                                                    Czuję się bardzo niezręcznie. Jak się mam zachowac? Nie chce patrzeć na ich
                                                    biede, żeby się nie czuli urazeni. Mam wrażenie, że przebywając miedzy nimi
                                                    obdzieramy ich z resztek godności. Wiem, że patrzac na nas mysla sobie zapewne
                                                    jedno-pieniadze. No, ale nie uzdrowimy swiata zostawiając tu cala zawartość
                                                    naszego portfela… Rozdajemy dzieciakom Radzika słodycze i owoce, które mam w
                                                    torbie i czując ogromny niepokoj i współczucie w sercu idziemy dalej.
                                                    A tam szewc siedzący przy gorze butow. Sklep z materiałami na metry… dookoła
                                                    masa zakrytych kobiet i mężczyzn w galabijach.
                                                    Właśnie mijamy sklep z odzieza który spowodowal-że stanęłam w miejscu.
                                                    Niesamowite! Na wystawie wisza kurteczki z futerkiem, plaszcze z pikowana
                                                    podpinka, puchowe kombinezony dzieciece. A obok-ocieplane półbuty, kozaki z
                                                    wystającym futrem. SZOK! W Egipcie?? Takie rzeczy?? Ale to nie żart! Właśnie
                                                    dwie arabki przymierzaja maluchowi taki jednoczęściowy, gruby kombinezon. Na
                                                    sam widok oblewa mnie gorac…

                                                    I oto zaczyna się czesc handlowo-turystyczna. Więc są szisze, popiersia
                                                    Nefretete, figurki bogow i faraonow, kolorówe przyprawy w workach, tony
                                                    papirusow, kubki i talerze przedstawiające scenki z życia starożytnych,
                                                    piramidy, obeliski, koszulki z napisem Egipt… masa, masa roznosci! A wszystko
                                                    kolorówe, błyszczące, pachnące, swiecace… zupełnie inne niż to co widzieliśmy
                                                    przed chwila.

                                                    Jeszcze kilka krokow i wychodzimy z bazaru, przechodzimy przez przejscie
                                                    podziemne i wchodzimy na terez meczetu Al.-Azhar. Zabierając buty pod pache
                                                    wchodzimy do środka nie placac za wejście. I oto jesteśmy w świątyni zbudowanej
                                                    w ok. 970 roku, która jest głównym ośrodkiem nauki teologii islamskiej, a
                                                    jednocześnie najstarszym na świecie uniwersytetem z wydziałami medycyny, nauk
                                                    ścisłych i języków. Siadamy na czerwonych dywanach i szeptem czytam chłopakom o
                                                    meczecie. Raduś podszedł do siedzących opodal dzieci arabskich i już-mimo
                                                    barier językowych, kulturowych, wyznaniowych…-zaczeli się bawic w berka miedzy
                                                    kolumnami.

                                                    Zaczynam obserwowac otoczenie., ide się przejść po mięciutkim dywanie. W
                                                    zasadzie (jak w większości meczetow) są tu sami mężczyźni. Ucza się modla lub
                                                    po prostu odpoczywaja. Ten meczet jest zupełnie inny… ma nisko ulokowany sufit
                                                    i jest podłużny. Z jednego konca trudno zauważyć drugi koniec.

                                                    Mimo, iż mam dluga po kostki spódnice oraz chuste na ramionach i wlosach-
                                                    wzbudzam zainteresowanie. Mężczyźni podnosza głowy, oderwuja się od swoich
                                                    spraw, od zadumy, modlitwy… Czuję się niezręcznie. Nie chce być powodem takiej
                                                    sytuacji.
                                                    Wracam do moich facetów, którzy korzystając z chwili odpoczynku-wyleguja się
                                                    pod jedna z marmurowych kolumn.

                                                    Nagle słyszymy znajome nawoływanie muezina. W tym momencie podchodzi do mnie
                                                    pan z Security i bardzo taktownie prosi mnie-zebym upuściła meczet, gdyż
                                                    właśnie zaczyna się msza, podczas której w tej sali nie mogą przebywac kobiety.
                                                    Oczywiście od razu się zwijam i wychodze. Przechodze przez zalany słońcem,
                                                    jasny dziedziniec i ubrawszy buty-zauwazam, że nie ma chłopaków?? Gdziez oni
                                                    się podziali??
                                                    Są!! Idą. Okazało si
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:20
                                                    Są!! Idą. Okazało się, że Pan który tak delikatnie mnie wyprosil-nalegal, by
                                                    oni zostali. Posłuchali. Przyjrzeli się modłom…. Chciał ich nawrocic??
                                                    Wychodzimy przez Brame Fryzjerow (gdzie golono studentom głowy) i zwołujemy
                                                    krotka narade. Więc tak… Zobaczyłiśmy 6 meczetow, suk, Cytadele… Jest godzina
                                                    16. Co robimy? Większość zabytkow już jest zamknieta. Decyzja-wracamy do hotelu
                                                    na kolacje a po kolacji wracamy do centrum.

                                                    Wchodzimy do czekającej ;-) już na nas taksówki i wracamy do hotelu (mijając po
                                                    lewej cudne piramidy-ich widoku nigdy nie mam dość!!)

                                                    Po drodze widzimy końcówkę przygotowan do sniadania. No tak-zaraz będzie zachod
                                                    słońca! Pod mostami, wiaduktami, wzdłuż chodnikow-stoja stoly, stolki a na nich
                                                    już talerze i kubki plastikowe… te stoly ciągnął się metrami! Są zlaczone i
                                                    wygląda to tak-jakby mialo się tu odbyc jakies wesele! Nad stolami i na stolach
                                                    masa lampeczek. To jest śniadanie przygotowane dla bezdomnych i mieszkańców.
                                                    Razem zasiadaja do tych stolow, każdy przynosi co ma-i ciesząc się razem
                                                    świętują, zajadaja, modla się.
                                                    Jest bardzo kolorówo i az chce się do nich dołącżyć!

                                                    Jadac dalej po prawej mijamy kairskie zoo, a w nim-niemozliwe! Wielbłądy!
                                                    Ihhihihihi


                                                    I jesteśmy w hotelu. Ja postanawiam zostac w pokoju i poleżeć (dostalam okres i
                                                    trochę mnie brzuszek boli :-(. Zreszta nawet nie miałam ochoty isc poleżeć na
                                                    lezak-właśnie peklo mi plastikowe zapiecie od gory stroju, które było idealnie
                                                    dopasowane i jak teraz się zwiazalam-to czujlam się jak w gorsecie bojac się
                                                    wziasc głębszy oddech ;-)
                                                    Chłopcy polecieli na basen a ja korzystam z chwili bycia sam na sam… Ach… te
                                                    gładkie pościelone łóżeczko… lykam Nurofen i padam na nie z ksiazka „Podroz po
                                                    egipcie faraonow”.
                                                    Nie wiem. Już 5 razy przeczytałam od deski-do deski ta książkę a mimo to wciąż
                                                    do niej wracam… Jest swietna!

                                                    I znowu wszystkie kontakty zajęte. Ładowarki, ładowarki, ładowarki…

                                                    Przed kolacja spotykamy się z Jarkiem i dowiadujemy się, że Marcin źle się
                                                    czuję…że chyba to zemsta… Biedulek. Ustalamy, że zostanie w pokoju a my w
                                                    czworke pojedziemy zaraz po kolacji do centrum.
                                                    Na kolacji zajadamy się z Radzikiem pysznymi bananami (mniejszymi i bardziej
                                                    zielonymi niz nasze ale wg. mnie bardziej słodkimi) oraz przepysznymi, świeżymi
                                                    figami. Smakuja jak nasze sliwki, choc są bardziej słodkie…MNIAM! Będzie mi
                                                    tego brakowac z Polsce.

                                                    Już jest ciemno. W październiku o godzinie 18 już jest ciemno. Siedząc w busie
                                                    wracamy na plac Tahihr. Stamtąd staramy się przedostac na ulice przy której
                                                    stoi hotel Holton. Przebiega tam trzy pasmowa droga. Obserwujemy miejscowych,
                                                    którzy ot tak-przebiegaja przez sam środek jezdni. Hmm…pierwsza mysl-nie,
                                                    zrobimy to inaczej. Ok. Rozgladamy się. Pasow-brak. Przejscia nad-lub
                                                    podziemnego-brak. Świateł-brak. Hmmm… ok. Idziemy.
                                                    Łapiemy się wszyscy za rece. Wiemy jedno. Tu nie ma chwili na wahanie się.
                                                    Trzeba być zdecydowanym i pewnym każdego kroku. Ok. wbiegamy na jezdnie, za
                                                    naszymi plecami z wrzaskiem klaksonow przejeżdżają auta, przed nami-to samo.
                                                    Odruchowo podkulam palce od nog ;-) Przebiegamy przed maska jakiegos auta,
                                                    które nawet nie ma zamiaru zwolnic! Jeszcze jedna jezdnia do pokonania. I
                                                    stoimi zakleszczeni miedzy jadacymi za i przed nami autami a każdy ma dłoń na
                                                    klaksonie! Nie wiem dlaczego ale strasznie mnie ta sytuacja rozbawila…zaczynam
                                                    się smiac. Na Rzesia „TERAZ!!” biegiem puszczamy się przed siebie, by w
                                                    ostatniej chwili wpaść na chodnik. Jakies pół metra za nami z głośnym
                                                    trąbieniem przejechal autobus.
                                                    I siedzimy na chodniku, zmeczeni…zziajani…zaśmiewając się do bolu. No tak.
                                                    Adrenalina wywoluje skrajne reakcje organizmu… ;-) hihihihihi

                                                    Wpadamy na glowny deptak przy Nilu i idziemy w strone „mostu zakochanych” Przy
                                                    deptaku masa statkow i stateczkow, każdy kolorówy oświetlony, z każdego
                                                    wydobywa się glosna arabska muzyka i cudne zapachy! Tu pachnie pieknie
                                                    przyprawione miesko, tu unosi się slodki zapach papryki, tam wraz z dymem
                                                    dostaje się do nasżyćh noskow przyjemny zapach jabłkowego tytoniu z sziszy… i
                                                    ta muzyka. Biodra same się ruszaja!
                                                    Przy deptaku i na moscie-masa młodzieży. Jakże nowoczesny to jest widok!
                                                    Dziewczyny w jeansach i jaskrawych bluzeczkach-lecz nadal z zakrytymi tiulami
                                                    włosami, zazwyczaj w tym samym odcieniu co bluzka lub spodnie. Nie widziałam
                                                    zadnej w mini czy krotkich spodenkach a szkoda- bo są to zazwyczaj bardzo
                                                    smukle i zgrabne dziewczyny.

                                                    Natomiast jeżeli chodzi o arabskich chłopców/mezczyzn…. Jestem 4 raz w kraju
                                                    arabskim i znowu zachodze w głowe-co dziewczyny w nich widza?? Jak może się
                                                    podobac facet, który średnio ma 1,60 wzrostu ;-) Fakt. Maja ladne czarne włosy,
                                                    sliczna oprawe oczu, ciemna karnacje która może pociągać, ale… jak gdybym miała
                                                    żyć że świadomością, że przede mna miał 50 turystek a po mnie kolejne 50… to
                                                    chyba bym czula do siebie lekki niesmak ;-) No i te ich czule słówka. Jak to
                                                    jest możliwe, że facet zna laske 3 dni i już jej mówi, że ja kocha, że jest
                                                    wspaniala i wyjatkowa-przecież nie zdążył jej poznac! No tak. Ale 7/14 dni
                                                    turnusu zmusza do pośpięchu ;-)

                                                    O już skręcamy w prawo i wchodzimy na „most zakochanych” który prowadzi nas
                                                    przez Nil na wyspe Zamałek. Na moscie-strasznie romantycznie (mimo
                                                    przebiegającej obok 4 pasmowej, roztrabionej ulicy ;-)
                                                    Wszedzie stoja wtuleni, zapatrzeni w siebie zakochani… chłopcy z dziewczynami…
                                                    chłopcy z chłopcami ;-)

                                                    Pod nami ciemny Nil. Zatrzymuje się i patrze w dół na przeplywajaca wode… Na
                                                    pewno „ten kawalek wody” był jeszcze kilkadziesiąt godzin temu w Jeziorze
                                                    Nasera i przepływał obok potężnego Abu Simbel… potem spojrzał na swiatynie
                                                    Kalabsza i spadl w dół z Wielkiej Tamy Asuańskiej. Minal wyspe File że
                                                    swiatynia Izydy, Elefantyne. Plynac dalej po prawej minal przegladajaca się w
                                                    jego lustrze Swiatynie w Kom Ombo a po lewej w Edfu. Dalej po prawej zostawil
                                                    swiatynie Luksorska, Karnak a po lewej-niezliczona ilość cudow na zachodnim
                                                    brzegu. Nastapnie wil się przez srodkiwy Egipt… po lewej Dandera, Abydos po
                                                    prawej El-Amarna… mijaly godziny… słońce zmienialo pożyćje na niebie… I znowu
                                                    po lewej Daszur, Sakkara, Memfis, Giza… teraz nastal czas rozpłynięcia się i
                                                    utworzenia delty… teraz właśnie przepływa pod nami, by za kilka godzin w
                                                    Aleksandrii utonąć w wodach Morza Śródziemnego…

                                                    Czas goni. Trzeba isc. Raduś z Rzesiem i Jarkiem licza przejeżdżające auta a ja
                                                    zegnam się z „moim kawałkiem wody”, który przyniosl mi mile wspomnienia i
                                                    zbudzil narastajaca już tęsknotę na Nubijczykami, Luksorem, Asuanem… Jakże
                                                    kocham tych ludzi, te miejsca!

                                                    Pieknie oświetlony most zwieńczony jest dwoma potężnymi, kamiennymi lwami
                                                    siedzącymi po obu stronach. Wow! Przecież znam ten widok! Tylko skad?? Mysl
                                                    Iwonka, mysl… Mam! No tak. Odkąd tu jesteśmy w telewizji egipskiej ciągle jest
                                                    nadawany teledysk, w którym Egipcjanin śpięwa, tanczy i przytula dziewczyne-
                                                    właśnie na tym moscie, przy tych lwach! Wow! I ja jestem w tym miejscu. Czuję
                                                    się jak swiatowa dziewucha ;-)

                                                    Skręcamy w prawo i-co to za miejsce? Czyste, pelne zieleni, wypielęgnowane. No
                                                    tak. To już Zamałek. Dzielnica ambasad i bogaczy. Idziemy po lewej zostawiajac
                                                    dom naucżyćiela i dwie przecznice dalej skręcamy w lewo a tam-ogromna, wieksza
                                                    od największej z piramid (wysoka na 187 metrow, więc przewyzsza Cheopsa o 43
                                                    metry) Wieza Kairska ( po arab. al bordż al kahira) Wspaniale oswietlona,
                                                    ozdobiona w kwiaty lotosu. Jest naprawdę wysoka!

                                                    W kasie, znajdującej się po prawej stronie, kupujemy bilety. No, nie są tanie.
                                                    Za sam wjazd na góre trzeba zapłacić 60le od osoby, za wniesienie kamery 20 le.
                                                    Aparat można wnieść za darmo. P
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:21
                                                    Aparat można wnieść za darmo. Po schodach wchodzimy do środka i jedziemy z
                                                    przemiłym windziarzem ;-) na góre. Pan podczas tej kilkusekundowej przejażdżki
                                                    zdążył już zrobić przez kom Radkowi kilka zdjęć ;-) po czym wysiadamy. Musimy
                                                    jeszcze wijącymi się, obskurnymi schodami pokonac kilka metrow i-już jesteśmy
                                                    na gorze. Pierwsze wrażenie-ale wieje! Naprawdę-wieje strasznie! Kolejna
                                                    mysl „ja pierdziel!Jak tu wysoko! Jak przepieknie!!!”

                                                    Miejsca na gorze jest niewiele. W zasadzie jest to taki balkonik szeroki na
                                                    metr biegnący wokół czubka wiezy, który można okrażyć w 2 sekundy. Robimy
                                                    zdjęcia, kręcimy na kamere… Co i rusz ktoś z nas krżyćzy „o, tu byliśmy przed
                                                    chwila!” „o, a tutaj jechaliśmy!”
                                                    Widok jest naprawdę powalający. Kair mieni się wszystkimi kolorami. Tu neony,
                                                    tu swiatla… wysokie hotele i wiezowce. W dole Nil, oświetlone statki i „mój
                                                    kawalek wody”. Pieknie oświetlone mosty, boiska, baseny, restauracje… Wijace
                                                    się w zolto-czerwonych światłach drogi. Niestety. Jest kiepska widoczność i nie
                                                    widąć oddalonych o zaledwie 15km piramid. A tak liczyłam, że zobacze stad jak
                                                    są podświetlone podczas przedstawienia „światło i dźwięk”
                                                    Podobno w dzień też je trudno wypatrżyć że względu na zalegajacy nizej smog.

                                                    Raduś biega w koło dajac się głaskać, przytulac i pozujac do zdjęć znajdującym
                                                    się na gorze Egipcjanom ;-) Też staram się mu zrobić zdjęcie. Ponieważ chce, by
                                                    swiatla Kairu ladnie wyszły-muszę dac najmniejsze-ale jednak dłuższe
                                                    naświetlanie co przy intensywnym tempie bycia Mojego Szczęścia nie jest latwe.
                                                    W końcu po wielu namowach udaje mi się go namowic na trzy sekundy bezruchu co
                                                    jest nielaba osiągnięciem ;-) Zdjęcie wychodzi cudnie i oboje jesteśmy
                                                    zadowoleni. Ja że zdjęcia. Raduś, że znowu może robić za showmana ;-)

                                                    Po ok. 20 minutach-zaczynam czuć, że jest mi już naprawdę zimno. Czekam na
                                                    chłopaków w korytarzu i po chwili, mijając znajdujaca się troszkę nizej
                                                    restauracje, zjeżdżamy w dół. Pan nabrał odwagi i teraz kucając obok Radzika
                                                    cyka sobie z nim zdjęcia. A ja patrze i nie mogę się nadziwic, jak moje dziecie
                                                    pozując-szczerzy zabki w sztucznie wyćwiczonym uśmiechu…

                                                    Na dole postanawiamy wziasc taksowke i wrócić do Centrum. Tam wysiadamy i
                                                    idziemy-przed siebie. Chcemy kupić wode i zatopic się w miasto. Przebiegamy
                                                    przez czteropasmowke czując, że za naszymi plecami, gapiacy się na nas
                                                    miejscowi, otwieraja zaklady „przejda?? Nie przejda??” ;-) heheheheheh
                                                    Przeszliśmy. Już mamy wprawe ;-)

                                                    Wchodzimy w jeden zaułek…potem drugi-już kompletnie nie oświetlony i-oto
                                                    znajdujemy się w innym swiecie! Jakbyśmy przeskoczyli z jednych kart ksiazki w
                                                    inne. Otorz przed nami ulica. Obskurna, z połamanymi plytami chodnikowymi. Po
                                                    obu stronach obdrapane kamienice. Przed domami biegające dzieci, grajacy w
                                                    przeróżne gry mężczyźni. Knajpki-a w nich miejscowi faceci siedzący przy
                                                    sziszach i pijacy kawe, herbate… Zero kobiet. Zero turystow.

                                                    Chłopcy z okrzykiem „och! ach!” zatrzymuja się przy stojacym na ceglach jakims
                                                    aucie… jak dla mnie to auto wygląda na jakies z filmow z lat 20, 30. Trzech
                                                    bezzębnych facetów grzebie przy nim i na widok euforii moich trzech panow-az
                                                    rosna z dumy! A ci oglądają lakier, aluminiowe spojlery i co tam jeszcze…
                                                    Żegnamy ich z uśmiechem i idziemy dalej. I nagle nachodzi mnie zachciewajka-sok
                                                    z limonek! Chce się napic zimnego, swiezego soku z limonek! Pytamy co krok o
                                                    sok- ale tu nikt nie zna angielskiego!!!! Mamo!!!!!!! Przecież jesteśmy w
                                                    centrum Kairu!!!!!!!!!!!!!!

                                                    Subtelnie zagladamy w nisko położone, szeroko otwarte okna, których nie
                                                    zakrywaja żadne firany. A tam, w każdym mieszkaniu-wyposazenie standardowe. Na
                                                    pierwszym planie-telewizor. Zaraz obok na scianie wiszaca jakaś zaslonka czy
                                                    makieta a na niej-zdjęcie Mubaraka, wersety z Koranu, zdjęcia bliskich. Obok
                                                    jakaś szafa, jakies łóżko…i koniec. Brudne ściany, gole podlogi.

                                                    Idąc wzbudzamy wielkie zainteresowanie. Ludzie Ci są strasznie pozytywnie do
                                                    nas nastawieni, strasznie mili. Uśmiechają się, machaja do nas, gestem
                                                    zapraszaja, by usiąść obok nich. Wszędobylskie dzieci chwytaja nas za rece,
                                                    głaszczą nas po bladych dłońiach, uśmiechają się… Raduś idzie z przodu i
                                                    papieskim gestem pozdrawia wszystkich ;-)
                                                    Ja się ciesze, że znowu ubrałam dluga spodnice i bluzke zakrywajaca ramiona…
                                                    Chyba bym umarla z nietaktu gdybym tu szla ubrana na krotko!

                                                    Nagle się zatrzymuje i mówie „widzicie?? Ten facet w rogu pije sok z limonek!!”
                                                    Hura! Jesteśmy w domu ;-) Wchodzimy i w knajpce zalega na kilka sekund cisza.
                                                    Mówiąc Marhaba uśmiechamy się i wchodzimy do środka slabo oświetlonego
                                                    pomieszczenia. Tam-telewizor w którym właśnie leci jakis mecz. Obskurna,
                                                    klejaca się lada. Zamiast podlogi starta już wylewka. Szare ściany. Kilka
                                                    przypadkowych stolikow i krzesel i każdy „z innej parafi” Oczywiście nikt tu
                                                    nie zna angielskiego. Więc dogadujemy się za pomoca międzynarodowego jezyka ;-)
                                                    Pokazujemy na szklanke z napojem, nastepnie pokazujemy na palcach, że chcemy
                                                    dwa i widzac, że „barman” załapał o co nam chodzi-zadowoleni siadamy za
                                                    stolem, uważając, by się do niego nie przykleic. W miedzy czasie większość już
                                                    się przyżyćzaila do naszego widoku i już zdazyli zamknąć otwarte z wrażenia
                                                    buzie ;-)


                                                    Jednak (chyba) nie dokonca jesteśmy, a raczej-ja jestem tu widziana. Jakis
                                                    starszy człowiek w rogu, z grosną mina wymachuje dłońia w moim kierunku i coś
                                                    mamrocze… Czuję niepokoj. Nie chciałam nikogo urazic, Nie chciałam narusżyć
                                                    zadnych zasad… Mam nadzieje, że nie jest zły a może w ogóle to mnie się zdaje,
                                                    że to jest do mnie, i że on jest zdenerwowany?? Może tylko patrzy na mnie a
                                                    opowiada koledze o denerwującym go wyniku meczu??
                                                    Uspokajam się. W myslach upewniam się, że mam wbity w telefon numer policji
                                                    turystycznej 126… tak. Na wszelki wypadek.

                                                    Zerkam w strone barmana i… zatyka mnie. Bo oto jak jest robiony nasz sok z
                                                    limonek?? Mianowicie pan z zardzewiałego, polaczonego że sciana jakims
                                                    szaroburym, gumowym wezem kranu, nalal do miksera wode. Zwykla kranowe!
                                                    Nastepnie zabrał, jeszcze przed chwila drapiaca się po głowie reka, lezace na
                                                    papierze, na podłodze 4 limonki. Brudnym, ułamanym nozem przekroil je i-takie
                                                    niemyte, że skora-wrzucil do miksera. Nastepnie nabrał że stojacego w kacie
                                                    wora garść cukru i-dodal do reszty. Wlaczyl mikser i czeka…
                                                    Oniemiałam. Chłopców wmurowalo. Na sam widok już czuję jak mnie bierze zemsta
                                                    faraona a co będzie dalej?? Już to widze… szpital, kroplowka… przeszczep
                                                    żołądka?? ;-) ehheeheh

                                                    Ale oto jesteśmy wolani do stolika obok. Tam faceci Graja w domino…ale jakies
                                                    inne niż my. Sledzimy z zaciekawieniem ich gre i odwzajemniemy ich mile
                                                    uśmiechy. Po polsku doradzamy im jak maja grac a oni po arabsku nam
                                                    odpowiadaja… Nic to. Ważne, że każda że stron się umiecha ;-)

                                                    I oto jest. Zimny sok że swieżyćh limonek. Jarek i Raduś nie pija. Na szklance
                                                    widąć jeszcze jakis osad, wygląda jak po kawie… nic to. Czymże jest ten osad do
                                                    kranowy i limonek prosto z podlogi?? Barman dumnie czeka na nasza reakcje,
                                                    reszta sali także nas obserwuje… Pijemy. Przykładam szklanke do ust, przechylam
                                                    wypijam lyk i…. JESTEM W NIEBIE!! Patrze na Rzesia i wiem-że mysli to samo!
                                                    Zreszta już prawie pusta szklanka mówi sama za siebie
                                                    To najpyszniejszy sok z limonek jaki piłam w życiu! Rewelacyjny! Wyśmienity!
                                                    Idealnie dobrane składniki! Po prostu-delicja! P_Y_C_H_O_T_K_A!!!!!!!!
                                                    Nie staramy się z Rzesiem ukryc zachwytu. Barman jest strasznie dumny, z
                                                    zadowoleniem rozglada się po kolegach.
                                                    A ja na wspomnienie w jakich warunkach i jak to robil, tak sobie myślę „nawet
                                                    jakbym miała to przypłacić żyćiem-to warto” ;-)

                                                    Odkladamy puste
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:22
                                                    Odkladamy puste szklanki, oblizujemy się i pytamy miedzynarodowym jezykiem ;-)
                                                    (palec na szklanki i portfel ;-) ile placimy. Pan nam pisze na kartce 2le.
                                                    Nieeee… to chyba pomylka. Przecież w Asuanie czy Luksorze płaciliśmy najmniej
                                                    10 le. A średnio to było od 13-17 le za szklaneczke. A tu-Kair, stolica i 2le??
                                                    Pan chyba nie rozumie naszego ogromnego zdziwienia bo proponuje, że zejdzie na
                                                    1,5le ;-)

                                                    Zostawiamy mu 5le mówiąc „szukran” i „ma salema” wśród krzykow, usmiechow i
                                                    machania wychodzimy na ulice. Idziemy dalej i chłoniemy atmosfere tego miejsca…
                                                    Prawdziwa i naturalna. Nie ta spreparowana pod turystow. Naprawdę bardzo
                                                    przyjemnie się tu spaceruje. Ciągle jesteśmy otoczeni gromadka dzieci, ciągle
                                                    ktoś nam macha, zaprasza do stolika… Rześ prawie nie odbyl pojedynku z miśtrzem
                                                    dzielnicy w gre Backgammon. Rześ namiętnie w nią gra w telefonie. On z kolega
                                                    grali w to na chodniku. I jak Rześ pokazal miśtrzowi ta gre w telefonie-to ten
                                                    nie chciał go puścić, tylko chciał się sprawdzic! Balismy się jakby zareagowal
                                                    na ewentualna przegrana ;-) więc podziękowaliśmy i poszliśmy dalej…

                                                    Nie chce się opuszczac tego prawdziwego swiata… zdajemy sobie sprawe, że noc
                                                    przykryla nedze… że tak naprawdę-nie jest tu rozowo, ale mimo wszystkobaaardzo
                                                    nam się tu podoba.

                                                    Z zalem opuszczamy to ukryte miasto w miescie i udajemy się na parking, gdzie
                                                    już czeka na nas busik z Oasis. Jeszcze przebiegniecie przez czteropasmowke (co
                                                    to dla nas?? ;-) i po chwili mkniemy do hotelu… a tam. Prysznic, pizamka i
                                                    sen…
                                                    To był kolejny wspanialy dzień. Przykrywam już rozkopanego Radzika, wtulam się
                                                    w Rzesia i przypominając sobie w myslach przepis na sok z limonek ;-) zasypiam…

                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:23
                                                    07. 10. 2005 (piatek) dzień 11
                                                    Zmeczona po pelnym dniu wrażeń i na lekach przeciwbolowych-nie mam pojecia
                                                    kiedy zasnęłam. Ale spalam dobrze i właśnie wstalam mega wypoczeta! Jak zwykle
                                                    rano-zrobilismy kupe na Rzesia ;-) (Ja i Raduś wskakujemy na niego, żeby go jak
                                                    najmocniej i najgłębiej wcisnąć w łóżko ;-) On nas zrzuca, my znowu się
                                                    wspinamy, gramolimy… ;-) Smiechom nie ma konca.

                                                    Dziś musimy się śpięsżyć, ponieważ jest to dzień naszego wyjazdu z Kairu. Więc
                                                    wygoniłam chłopaków by już się myli a sama zabrałam się za pakowanie. Rześ coś
                                                    narzeka na żołądek… Ja wierze, że skoro podczas pierwszego pobytu w Egipcie
                                                    mielismy lekka „zemste faraona” i jesteśmy w Egipcie trzeci raz-to organizm już
                                                    się trochę przyzwyczail tej flory, pamieta zemste więc… nie powinniśmy
                                                    chorowac.

                                                    Wystawilam spakowane walizki na zewnatrz i sama pobieglam się oporządzić.
                                                    Jeszcze spakowanie bagażu podręcznego… i wychodzimy na śniadanie. Żegnamy się z
                                                    naszym przytulnym pokoikiem, bo już do niego nie wrocimy (a przynajmniej w tym
                                                    roku ;-)

                                                    Po sniadaniu sprawdzamy czy nasze bagaze są zaladowane i lokujac się na
                                                    do centrum Kairu.siedzęniach w autokarze jedziemy, znana nam już droga
                                                    Muzeum Egipskie… jakże inaczej wygląda niż wczoraj wieczorem! Gdy
                                                    przechodziliśmy o zmierzchu obok tego jakże charakterystycznego budynku-nikogo
                                                    tam nie było (poza policja) Cisza… zero turystow. Lampy oświetlające ten
                                                    czerwonoblady budynek z 1902 roku tworzyly wspanialy widok! A przed muzeum-
                                                    papirusy i lotos… I tak sobie szliśmy a ja myślałam, że tam-jest teraz zupełnie
                                                    ciemno i masa starożytnych wspaniałości… mumie, urny Konopskie, rzeczy
                                                    znalezione w grobowcach… chyba nie chciałabym się tam teraz znaleźć sam na sam
                                                    z nimi wszystkimi… głupi i niewytłumaczalny lek :-/

                                                    O oto wysiadamy przed muzeum-teraz kolorówe, jaskrawe i glosne od turystow.
                                                    Ulica przed muzeum jest zupełnie wylaczona z ruchu miejskiego. Nawet w nocy-
                                                    nikt nie może bez pozwolenia przejść czy przejechac przed głównym wejściem.
                                                    Niestety nadal jest utrzymany zakaz wnoszenia kamer i aparatow do środka
                                                    gmachu, więc lepiej je zostawic w autokarze-niż w przechowywalni, gdzie nie
                                                    dostaje się zadnego kwitka czy potwierdzenia. I jest ryzyko.

                                                    Rześ wspomniał, że nadal coś go żołądek boli… Postanowiliśmy, że nie będziemy
                                                    czekac czy dostanie zemste czy nie… ani nie będziemy się bawic w delikatne
                                                    Antinale tylko od razu zadziałamy czymc mocnym. W końcu czeka nas jazda pod
                                                    Góre Swiętej Katarzyny! Musimy się zatrzymac w jakiejs aptece…

                                                    Wchodzimy do środka i zaczynamy zwiedzanie… (wstep kosztuje 40le)
                                                    Zdajemy sobie sprawe, że nie jest możliwe zobaczenie wszystkiego. Za każdym
                                                    razem zwiedzamy inna czesc muzeum-a jeszcze nie widzieliśmy nawet 20%!!
                                                    Przyznam… że nie przepadam za muzeami. I pozwole sobie tu przytocżyć fragment
                                                    slow Christiana Jacqa, który opisal muzeum tak-jak ja to czuję.
                                                    Cyt.:” … kazde muzeum jest, już z alozenia, miejscem zastygłym, bezdusznym i
                                                    martwym. Wystawiane tam zabytki znajduja się w zupełnie obcym „środowisku”,
                                                    przewaznie daleko od miejsca, z którego pochodza, i rzadko towarzysza im-jakże
                                                    przecież zwiedzającym potrzebne-informacje na temat okoliczności i miejsca ich
                                                    znalezienia, kontekstu archeologicznego i datowania, nie mówiąc już o
                                                    kompletnym opisie i tłumaczeniu ewentualnie wystepujacych na nich tekstow. W
                                                    przeciwieństwie do terenu otwartego, gdzie można wędrować godzinami, nie
                                                    odczuwając najmniejszego znuzenia, sale muzealne-rzadko wyposażone w jakies
                                                    ławeczki-szybko mecza nie tylko nogi. Uwaga sama ulega dekoncentracji, a
                                                    zageszczenie wystawionych arcydziel-nieprzeznaczonych wcale do takiego
                                                    oglądania-wprost przytlacza zwiedzającego”
                                                    Podpisuje się pod tym obiema rekami! W tym muzeum jest masa rzeczy, ktor
                                                    powinny stac na swoich pierwotnych miejscach! Jak chocby ogromne posagi,
                                                    popiersia czy podloga z Tell el-Amarny.

                                                    Jednak zabieramy się za zwiedzanie. Pierwsza sala i-moje dziecie mnie
                                                    zaskakuje! Ja myślałam, że jak ja mu coś nieraz pokazuje… albo jak mu opowiadam
                                                    co znajduje się na reliefach czy posagach-to on tego nie rozumie… a jednak!
                                                    właśnie stoimy przed posagiem a moje dziecie zgodnie z prawda! mówi „mamuniu.
                                                    To jest Bog Horus a przed nim siedzi faraon… jest mały, bo jest galaskiem, ma
                                                    loczek i ssie paluszek. A jest taki mały nie tylko dlatego, bo jest dzidziusiem-
                                                    tylko dlatego, że Bog zawsze jest przedstawiany jako wiekszy, bo się tym
                                                    faraonem opiekuje, prawda?”
                                                    Zaniemówiłam…
                                                    Idziemy dalej. Kolejny posag. Patrze na Radzika, który w skupieniu się
                                                    przyglada i mówi „Mamuniu. A to jest Bogini Izyda, prawda? Bo ma rogi jak
                                                    krowka i miedzy nimi słoneczko”
                                                    Ludzie… trzymajcie mnie! Naprawdę-jestem totalnie zdumiona!
                                                    Kolejny posag. Ja już się nie odzywam tylko patrze na Radzika, który
                                                    stwierdza „ mamuniu. A tu jest Bog Horus i Bog Set, prawda? I oni takimi
                                                    sznurkami wiaza kwiatuszek lotosu i papirus, bo ta oznacza że dwie polowki
                                                    Egiptu się maja połącżyć, tak??”
                                                    Ludzie… ja tam bylam-a mimo to niedowierzałam!

                                                    Czas na odpoczynek. Przysiadamy na jednej z niewielu laweczek i postanawiam
                                                    sprawdzic, co jeszcze wie moje dziecko.
                                                    Ja-„W jakim kraju jesteśmy?”
                                                    Raduś-„No mamuniu… przecież w Egipcie, to nie wiesz??” ( tu smiech Rzesia ;-)
                                                    Ja-„A jak się nazywa stolica Egiptu??”
                                                    Raduś-„no, Kair przecież”
                                                    Ja-„A czy jest tu jakaś rzeka??”
                                                    Raduś-„Tak. Przecież płynęliśmy po niej. Ma na imie Nil”
                                                    Ja-„Jak się nazywal krol Egiptu??”
                                                    Raduś-„Faraon”
                                                    Ja-„a jakich Bogow Egiptu znasz??”
                                                    Raduś-„ Zlego Seta, który zabil swojego brata Ozyrysa. I potem z nim walczyl
                                                    synek Ozyrysa, który też był Bogiem i miał na imie Horus. Ale on był dobrym
                                                    Bogiem, mimo iż się bil, a przecież nie wolno się bic, prawda? [teraz to ja
                                                    zaczelam się smiac ;-) Przecież opowiadałam mu ten mit przed swiatynia w Edfu!
                                                    A wydawalo mi się, że nie slucha…]
                                                    I ten Horus jest przedstawiany jako ptak, taki sokol. [ja już miałam dość-ale
                                                    moje dziecko nie!] I znam jeszcze ta Izyde co ma rogi jak krowka i miedzy nimi
                                                    słoneczko.”
                                                    Oniemiałam… Duma mnie rozrywala, bo przecież który pięciolatek wie tyle o
                                                    Egipcie??!!??!??!! Mam nadzieje, że załapie bakcyla i pokocha Egipt tak jak ja…
                                                    Nie wytrzymałam i dorwalam się do niego obsupujac go calusami i mocno
                                                    przytulając….

                                                    Wypiłiśmy wode i poszliśmy zwiedzac pozostałości z Tell El-Amarny. Potem do
                                                    sali z bogactwami pochodzącymi z grobu Tutenchamona (uwielbiam patrzeć na
                                                    zawieszone na ścianach zdjęcia zrobione podczas opróżniania grobu przez Howarda
                                                    Cartera) Nastepnie sala z mumiami zwierzat, gdzie Raduś się zachwycal ogromnym
                                                    krokodylem. I tak od sali do sali-zeszlo nam ponad 2h i przyszedl czas wyjscia.
                                                    Nie zdążyliśmy wspomniec kierowcy o aptece, ponieważ już 4 osoby zgłosiły
                                                    podobny problem. Więc jedziemy ulicami Kairu i pomalu żegnamy się z tym pelnym
                                                    kontrastow miastem. Wszyscy z przyklejonymi do szyby nosami-jedny lapia
                                                    ostatnie widoki Kairu, drudzy-szukaja w tle piramid, trzeci-apteki ;-)
                                                    hihihihihi
                                                    Jest. Wypadamy w szesc osob i ja od progu krżyćze „Intetrix! Intetrix!”
                                                    Jest to wspanialy lek na zemste. Jest to antybiotyk, który dziala dosłownie od
                                                    razu! W opakowaniu jest 20 tabletek, cena 12le. Kapsułki dwu kolorówe. Lyka się
                                                    jedna tabletke a druga po 12h. I zazwyczaj na tym się kuracja kończy. No,
                                                    jeżeli jest potrzeba-to po kolejnych 12h lyka się nastepna tabletke.
                                                    Pan nam podal opakowanie, które w wielkim pośpięchu od razu zostalo otworzone i
                                                    rozdzielone na miejscu miedzy potrzebujących ;-) pan nawet nam przyniosl wode z
                                                    zaplecza! Było pelno zamieszania i smiechu …
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:24
                                                    Było pelno zamieszania i smiechu … na koniec aptekarz stwierdzil „Wy, Polacy
                                                    jesteście bardzo zabawnym narodem” ;-)

                                                    Więc jedziemy w kierunku półwyspu Synaj. Robi się sennie, leniwie… Jest dużo
                                                    miejsc, więc wyganiam Rzesia na siedzęnie za nami, żeby się przespal. Radusiowi
                                                    wlaczam bajeczke, żeby sobie oglądał i przytulam go mocno…wspominam
                                                    jego „wystep” w muzeum… tak strasznie mnie zaskoczyl, zaimponowal!
                                                    Niespodziewalam się…

                                                    Droga się ciągnie. Nawet nie wiem kiedy przysnęłam. Teraz się obudziłam bo mamy
                                                    postoj na jakaś kawe, herbate czy siku. Za chwilę wjedziemy w Kanal Sueski i
                                                    będziemy już na Synaju. Trochę się gonimy by rozprostowac kosci i po 10
                                                    minutach jedziemy dalej.

                                                    Kanal Sueski. Jak dla mnie-nic szczególnego. Nie znam się na tym. Fakt-sama
                                                    mysl, że nad nami są niewyobrażalne ilości wody i przepływają statki-robi
                                                    wrażenie, ale sam tunel…Jak się jedzie w Dolomity na narty-tam dopiero są
                                                    tunele, które się ciągnął nieraz kilometrami i są przewiercone przez srodki gor.

                                                    Wyciągam jakies buleczki, owoce… czas się czyms posilic. Robi się pomalu
                                                    zmierzch. Jedziemy od dłuższego czasu droga wijaca się wśród wspaniałych,
                                                    kolorówych, kamienistych gor Synaj. Mijamy oazy beduinow… i znowu pustka. Ok.
                                                    18 jest już prawie ciemno. Nasz przewodnik Arab, policjant turystyczny i
                                                    kierowca-wyjmuja jedzonko i zaczynaja śniadanie ramadanowe. Jeszcze godzina,
                                                    dwie i będziemy na miejscu.
                                                    Jest już zupełnie ciemno. Chudziutki księżyc daje niewiele swiatla. Zapadaja
                                                    prawdziwe egipskie ciemności… nie widąć nic! Tylko co jakis czas gdzieś w
                                                    oddali pali się jakies światełko-to miejsca, gdzie swoje domy, namioty maja
                                                    Beduini…
                                                    Myślę sobie „niesamowite tak mieszkac! Bez apteki, sklepu… Na takim odludziu…”

                                                    I oto wjeżdżamy w Park Narodowy Egiptu. Kupujemy bilety w cenie 3$ od osoby.
                                                    Okazuje się, że pod Klasztorem Sw. Katarzyny są tylko cztery hotele-i wszystkie
                                                    3***.
                                                    Nam przypadl na ta jedna jedyna noc hotel bez nazwy ;-) Znaczy się-nigdzie nie
                                                    było napisane jak się ten hotel nazywa… na moja prosbe w recepcji o jakis
                                                    folder tego hotelu-pan odpowiedział, że nie ma ;-)

                                                    Więc odbieramy klucze od pokoju i leciemy na kolacje… Fuj… Dobrze, że miałam
                                                    kanapki z rana. Jedzenie zimne, niedoprawione…jedna wielka mamalyga. Sam hotel
                                                    (mimo iż obiecałam sobie iż nie będę tu pisac o hotelach) jeden wielki syf,
                                                    śmietnik i porazka!

                                                    Po kolacji jedziemy jeszcze do sklepu. Kupujemy zapas wody i napoi kolorówych,
                                                    jakies słodycze i wracamy.

                                                    Lecimy do pokoju. Jest już 20:00 a my o 02:15 wstajemy by wejsc na Góre
                                                    Mojżesza. Szybka kapiel w zimnej wodzie i wskok do brudnej poscieli (bleeeeeee)
                                                    Boje się, że złapiemy gangrene ;-)
                                                    Nastawianie budzenia na 2:15 i walka z organizmem, by jak najszybciej zasnął…
                                                    Leżymy, leżymy a sen nie przychodzi…

                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:25
                                                    08. 10. 2005 (sobota) dzień 12

                                                    I znowu znajome „Ti, Ti, ti, Ti… Ti, Ti, Ti, Ti…” Nieprzytomna patrze na
                                                    telefon. Jest 02:15.
                                                    Myślę sobie “poleze sobie jeszcze... poczekam az zadzwonia z recepcji” Leże,
                                                    leże… a tu nic. O 2:20 budze chłopców. Ubieramy dzień wczesniej przygotowane
                                                    ciuchy (adidąsy, lekkie spodnie, bluzeczki z krotkim rekawem i bluzy) Zabieramy
                                                    spakowana poprzedniego dnia torbe i wychodzimy… Przy recepcji czeka na nas
                                                    letnia :-/ kawa i herbata. Wypijamy po lyku. Pytam w recepcji, dlaczego nas nie
                                                    obudzono? Pan zdziwiony stwierdza, że dzwonili do nas, ale nie odbieraliśmy
                                                    telefonu… hmmm… ciekawe.
                                                    Wychodzimy. Przy autobusie spotykamy znajomych… Wymieniamy się narzekaniami na
                                                    temat hotelu…Narzekamy na syf, ochydne jedzenie i brak cieplej wody. Justyna z
                                                    Emilem, którzy mieli pokoj na parterze-w ogóle nie zmrużyli oka! Powod był
                                                    banalny! Okazało się, że gdy oni ok.21 chcieli spać-mieszkajacy obok w pokoju
                                                    faceci z obsługi zaczeli impreze ramadanowa. Podobno śpięwali, tanczyli o
                                                    Allach jeden wie co jeszcze! Gdy zainterweniowali-powiedzieli, że się uspojkoja…
                                                    a po 10 minutach to samo. Nic to… Ktoś nie śpi, żeby ktoś niemogl spać ;-)
                                                    hiihhihiih
                                                    Rześ stwierdza, że jest to pierwszy raz, kiedy jesteśmy tak negatywni, że
                                                    niezle poszliśmy po bandzie ;-) Stwierdzamy, że ma racje. Że nie ma co sobie
                                                    zawracac tym głowy i zmieniamy temat.

                                                    Gdy widze ile energii ma Radek-to mnie to przeraza. Spał zaledwie kilka godzin
                                                    a teraz biega, skacze i jest pełen entuzjazmu! Niesamowity dzieciak!

                                                    Odbieramy latarki, wsiadamy do autokaru i przejeżdżamy jakies 3km na parking.
                                                    Nasz egipski przewodnik zegna się z nami, wraca do hotelu spać. Natomiast my
                                                    mamy podążać w strone swiatla ;-) To znaczy-na początku Idą Beduini a za nimi
                                                    grupy z latarkami. Zostajemy przypisani do dwóch chłopaków i ruszamy w gory. Po
                                                    ok. 500 metrach mijamy po prawej klasztor Sw. Katarzyny. Biedni Ci mnisi. Gdyby
                                                    mnie tak codziennie od 2-3 nad ranem wrzeszczeli pod okiennicami, to bym chyba
                                                    oszalala!

                                                    Tam robimy chwilowy postoj, żeby się nasza grupa zebrała. Jakos ot tak… od
                                                    niechcenia Rześ podniosl głowe do gory i-zamarl! Wyszeptal tylko „Myszek…
                                                    patrz!” Więc i ja jako grzeczna zona ;-) podnosze głowe i-już nie chce jej
                                                    opuścić. Mój Boze! Tak rozgwieżdżonego nieba w życiu nie widziałam! Nawet w
                                                    Tunezji na Saharze! Wydaje się, że tam-na gorze ktoś rozpalil setki miliony
                                                    połyskujących swieczek! Ogromny sufit pełen maleńkich światełek! Normalnie….
                                                    Mam wrażenie, że gwiazdy są na wyciągniecie ręki! Że lada moment, nas
                                                    przygniota! A jest ich tyle-że nie ma kawałeczka nieba bez gwiazdeczki. Mocno
                                                    poupychane jedna przy drugiej…normalnie-tysiace, miliony gwiazd! Wspaniala,
                                                    gwiazdzista noc! Nie jesteśmy wstanie nasycic się jej pieknem i tajemniczością!
                                                    Boze… jaki cudowny widok!
                                                    Tyrpiemy łokciami znajomych, którzy patrzac na to wspaniale i zjawiskowe
                                                    przedstawienie zapadaja w chwilowe odrętwienie i bezruch… Wszystkich ten widok
                                                    powala… czuć w tym momencie potęgę i siłę Boga/Allacha/Nadprzyrodzonej Sily…

                                                    Ruszamy dalej. Od razu zaczepiaja nas przewoznicy proponujący wielbady. Ile ich
                                                    jest! Niektóre widąć, ale są momenty, że człowiek idzie, nic nie widzi, swieci
                                                    sobie tylko pod nogi-az tu nagle widąć ich pyski! Kilka centymetrow przed soba!

                                                    A dookoła czuć smrod gowien. Czy to jakaś grupa przed nami ma powazny problem z
                                                    zemsta faraona?? ;-) Czy to wielbłądy?? Raczej to drugie… heheeh

                                                    Podejście od razu jest w góre-i przez cale prawie 3h wspinania tak jest.
                                                    Przeszliśmy już jakies 20 minut. Swietnie wygląda ten marsz latarek! Jakby
                                                    swiecacy, wijacy się waz okalal zbocze gory… Przed nami swiecaca nitka, za nami
                                                    swiecaca nitka… bajkowy widok.
                                                    Po jakis 10 minutach stwierdzam, że nie dam rady wejsc… Mam problem z
                                                    krazeniem, z zylami i strasznie szybko mi nogi wysiadaja ;-( Normalnie najpierw
                                                    jest bol-a potem zero czucia ;-( Mówie do chłopaków, żeby szli sami, a ja się
                                                    wroce. Nie chca mnie puścić. Ja nie chce ich puścić. Ale widze, że nie ma
                                                    innego wyjscia… Z calych sil przekonuje ich, że tak będzie lepiej. Że mnie
                                                    bardzo bola nogi. Że maja isc sami i koniec. Raduś przytula się do mnie i
                                                    mówi „mamuniu, ale jak to… mamy isc bez Ciebie??” Łzy napływają mi do oczu „tak
                                                    Moje Kochanie… Mamunia nie da rady, bardzo ja bola nozki…Ale Ty weź tatusia,
                                                    opiekuj się nim i razem wejdzcie na sam szczyt!” Obaj spuszczaja nosy, są
                                                    smutni…

                                                    Daje im aparat, torbe z piciem i cieplymi ciuchami i… odchodza. Stoje jak
                                                    kamienny posag. Oni się oddalaja, inni ludzie mnie mijaja i pomalu ich
                                                    zakrywaja… a ja patrze w ich oddalające się plecy i łzy napływają mi do oczy. I
                                                    złość, na cholerne zyly. Moglam to przewidzieć! Przecież wiem jaka trudność mi
                                                    sprawia wejście po schodach, jaki bol! W momencie kiedy znikaja mi z oczu-czuję
                                                    gorace łzy na policzkach. I w środku determinacje-NIE! Nie poddam się! Chce z
                                                    nimi przezywac wschod słońca, chce, żeby w zimowe wieczory to były NASZE
                                                    wspomnienia! Choćbym miała plakac z bolu… chce być przy nich! Tak strasznie ich
                                                    kocham! Nie chce, żeby z mojego powodu się smucili i zamiast ciesżyć się
                                                    wschodem słońca-zamartwiali o mnie! IDE!

                                                    Zbieram się cala w sobie i ruszam do przodu. Swoim tempem. Jak czuję, że bol
                                                    narasta-przysiadam na kamieniu. Wiem. Nie powinno się podczas wspinaczki w gory
                                                    siadac. Ale po bolu prżyćhodzi odrętwienie i brak czucia-więc wole usiąść niż
                                                    złamać noge czy wpaść w szczeline. I tak sobie dreptam… powoli, przysiadając co
                                                    chwilę i masując nogi… Noga za noga… krok za krokiem…

                                                    Gdzieś tak w polowie drogi zachcialo mi się strasznie pic. No tak. Cala woda
                                                    plus pieniadze są w torbie, która ma Rzesiatko. A z naszej grupy nie ma już
                                                    nikogo. Nic to. To nieważne. Ważne, żeby nogi wytrzymaly. I ide. Wbrew
                                                    pragnieniu. Wbrew bolowi. Wbrew sobie.

                                                    Kolejny przystanek gdzie można kupić coś do picia, jedzenia… Szukam Moich
                                                    Chłopaków, ale ich nie widze. Więc ide dalej… wolno, tak-jak mi nogi pozwalaja.
                                                    Tylko ciągle się oglądam za siebie czy są tam jeszcze swiatla latarek… Bo
                                                    głupio byloby zostac na końcu i się np. zgubic…

                                                    Mijaja minuty… ciemność mnie otacza. Nawet bateria w latarce już ma dosyć i
                                                    wysiadla ;-)
                                                    Myślę o Rzesiu i Radusiu- Są Moim Wszystkim! Martwie się o nich… Czy Rzesio że
                                                    swoja astma podola?? Czy Radzik na swoich maleńkich nozkach da rade?? Jednak
                                                    wolalabym już ich znaleźć… bylabym spokojniejsza.

                                                    Wspinaczka staje się nuzaca. Patrze na zegarek. Jest 04:30. Wschod słońca ma
                                                    być ok. 05:30. Może powinnam przyśpięsżyć?? Nie wiem gdzie jest ten szczyt… czy
                                                    zdaze?? Mam nadzieje, że tak… Oglądam się za siebie-latarki ciągle swieca.

                                                    Przysiadlam kolejny raz by dac nogom chwilę wytchnienia. Przechodzaca właśnie
                                                    obok jakaś amerykanka troskliwie zapytala czy wszystko dobrze i czy może chce
                                                    wody. Wody. Tak, poprosze. Wypijam pomalu dwa lyki i jestem jej bardzo
                                                    wdzieczna…
                                                    Mysl o tym, że zaraz spotkam Moich Chłopaków i razem będziemy oglądać wschod
                                                    słońca dodaje mi ogromnych sil! Mysl o Nich jest moim motorem napedowym!

                                                    I dalej. W góre. Przez waskie przesmyki… kamienie… nie widąć nic. Ciemnosc
                                                    zasnula wszystko… Dookoła słychać jezyki chyba z całego swata! Właśnie minela
                                                    mnie grupa japończyków? z maseczkami na twarzy. No tak… przy tym smrodzie to by
                                                    i mnie się przydala ;-)

                                                    Mijam ostatni punkt, gdzie można kupić kawe, herbatke… masa ludzi! Odnajduje
                                                    Justynke i Emila. Dowiaduje się, że spotkali Rzesia i Radusia, mowili, że
                                                    zrezygnowałam i byli bardzo smutni… ;-( Dowiaduje się także, że na szczyt jest
                                                    już bardzo blisko. I że Emil ma już dosy
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:27
                                                    Razem z Justynka dodajemy mu otuchy
                                                    (Justynka nawet chce mu poniesc plecak ;-) i już razem wspinamy się dalej.

                                                    Jest 05:10. Zrobilo się trochę jasniej… w miejscu gdzie ma wstać słońce-widąć
                                                    już blada lune. Emil chce się poddac mówiąc „przecież już się zaczęło!” ;-) Nie
                                                    pozwalamy mu zrezygnowac. Jeszcze jeden zakret, jeszcze kilka stopni i-oto
                                                    jesteśmy na gorze! Skad to wiem? Bo nagle uderzyla mnie sciana ludzi! Jest ich
                                                    setki! Stoja zwróceni w jednym kierunku, jakby czekali na metro! ;-)

                                                    Zostawiam Justynie z Emilem i idąc przez te tłumy krżyćze „Rzesiu!! Raduś!!
                                                    Rzesiu!! Raduś!!” Nagle słyszę Rzesia „Myszko! A co ty tu robisz?!?!” I
                                                    Radzika „Mamunia!!!!!!” zanim zdołam cokolwiek odpowiedzic-gine w ich uscisku.
                                                    Czuję ich mocno obejmujące mnie ramiona, łzy buchaja mi do oczu. Jestem taka
                                                    szczęśliwa! Że nic im się nie stalo! Że jesteśmy znowu razem! Że zaraz
                                                    zobaczymy wspolnie wschod słońca! Że dalam rade wejsc!!!!
                                                    Rześ „wiesz, martwiliśmy się o Ciebie. Ale jak tak szliśmy to napisałem Ci sms,
                                                    że dobrze, że nie idziesz, bo jest bardzo ciezko… A Ty weszłaś! Jestes Wielka
                                                    Słoneczko! Jestem z Ciebie dumny! Ale jak Ty to zrobiłaś???”
                                                    Więc mu w skrocie opowiedziałam wszystko… o ich oznikajacych plecach,
                                                    determinacji i mysli, która mnie napędzała…

                                                    Teraz słucham ich relacji. Okazało się, że na jednym z punktow napojowych
                                                    usiedli sobie na herbatke u Beduinow (5le) i Raduś powiedział „zobacz tatusiu,
                                                    to nasza mamunia!”, a Rześ „Nie Maluszku. Nasza mamunia zrezygnowala”
                                                    Raduś „no, ale nasza mamunia tak wygląda i ma taki kucyk”
                                                    To bylam ja! Mijalam ich. Nic to… czas goni. I jest zimno! Po prostu miesnie
                                                    przestaly pracowac. Wiatr chlodny wieje i organizm się wychłodził. Ubieramy
                                                    swetry, pożyczamy za 10le koc u Beduina i szukamy jakiesgos miejsca. Z tym nie
                                                    jest latwo. Wszyscy siedza, stoja, leza z aparatami i kamerami wycelowanymi w
                                                    jeden kierunek… Znajdujemy w końcu miejsce przy barierce. Raduś opatula się w
                                                    koc i siada na mych stopach, my stoimi. Daje mu Knopersa i wtuleni w siebie
                                                    czekamy… czekamy… Az nagle czuję-że coś mocno Raduś napiera. Zerkam-a On
                                                    zasypia! No tak. Zjadl czekolade, pod kocykiem jest mu cieplutko… Z ciezkim
                                                    sercem budze go, bo potem mi strasznie zmarznie! Moje Słodkie Małeństwo!

                                                    Jest 05:32… luna się robi coraz jasniejsza… coraz intensywniejsza… wszyscy
                                                    kieruja wzrok w to jedno miejsce… zapada cisza. Rozmowy, smiechy milkną. Czuć
                                                    narastające napiecie… oczekiwane… nerwowość. Skad ta nerwowsc?? Przecież musi
                                                    wzejść!

                                                    Jest już zupełnie cicho. W dole słychać świszczący wiatr. Mam wrażenie, że
                                                    ludzie wstrzymuja oddech, by nie zakłócić powagi i majestatu przedstawienia,
                                                    jakie się zaraz odbedzie na nasżyćh oczach…

                                                    I nagle wybucha szal! Krzyki! Oklaski! Jest! Widąć jak zaokraglony kawałeczek
                                                    ciemnopomarańczowej kuli wynurza się zza gor! Ludzie szaleja! Przytulaja się.
                                                    Placza. Stojacy obok Wlosi zaczeli tancżyć. Gdzieś z boku, chyba wegrzy,
                                                    zaczeli śpiewać… Dookoła słychać nieustający odgłos fleszy… zdjęcia, zdjęcia,
                                                    zdjęcia… Uchwycic ta chwilę, ten moment to niesamowite widowisko! Japońcżyćy
                                                    jada na dwie rece-są w tym naprawdę swietni! ;-)

                                                    A słońce już się wynurzylo do polowy. I nagle uderza nas kolejna odslona tego
                                                    Boskiego Spektaklu. Gory… jakby ktoś delikatnie, za pomoca musnieca pedzla
                                                    nadal ich czubkom i szczytom koloru. Nagle dociera do nasżyćh oczu i naszej
                                                    duszy-gdzie jesteśmy! Rewelacja!
                                                    Po nami niedostępne, gróżne gory… ostre szczytu… tajemnicze wawozy…szczeliny…
                                                    stromo opadające w dół kamieniste boki gor….a my-niczym na dachu swiata-ponad
                                                    tym wszystkim… mam gesia skore na calym ciele, odruchowo wlaczam się do
                                                    chóralnych okrzykow „jeeee…. Ach…..” Mam wrażenie, że w uszach słyszę
                                                    anielskie harfy, które towarzysza temu ponadnaturalnemu zjawisku…

                                                    Słońce już prawie cale widąć ponad widnokręgiem, gory już prawie oświetlone…
                                                    Nie, nie! Wolniej! Za dużo wrażeń, za dużo do uchwycenia, do zapamiętania! Ale
                                                    widowisko trwa… I nie można go zatrzymac. Czuję się jak ktoś uprzywilejowany,
                                                    jak wybraniec. I znowu dziekuje Najwyższemu za możliwość bycia tu i patrzenia
                                                    na ten ewenement natury… Nie pamiętam o bolu i trudach wspinaczki. Nie pamiętam
                                                    nic. Jak zahipnotyzowana, z wbitym wzrokiem w to cudne przedstawienie, mam
                                                    wrażenie, że się unosze 2cmm nad ziemia… W sercu czuję cieplo, lekkość… Niech
                                                    ta ulotna chwila trwa…

                                                    Tak się ciesze, że się nie poddalam, że tu jestem, że to widze…

                                                    Słońce jest już ponad gorami, które teraz nabrało brunatno-czerwono-
                                                    pomaranczowych barw. Są PRZEPIEKNE! Słońce, które dopiero wstalo-grzeje z cala
                                                    sila. Mam wrażenie, że ktoś włączył ogrzewanie! Ściągamy z siebie swetry,
                                                    oddajemy koc i pomalu zwijamy się… Jeszcze kamyk do kieszeni na pamiątkę.
                                                    Jeszcze rzut oka na słońce, które już drugi raz podczas ostatnich dni nas
                                                    zadziwilo. Teraz już trochę zblaklo, stalo się jasno zolte i tak intensywnie
                                                    swieci, że wyciągamy okulary przeciwsłoneczne…

                                                    Patrze na zegarek i… znowu patrze. Niewierze. Patrze na zegarek Rzesia. To
                                                    prawda! Jest 05:45! To wszystko trwalo zaledwie 13 minut! A myślałam, że minela
                                                    co najmniej godzina!
                                                    3h wspinaczki, żeby obejrzeć 13 minutowe show…WARTO! WARTO! PO STOKROC WARTO!

                                                    Schodzimy w dół. Inna droga. Droga pątników. Podobno trudniejsza, ale bardziej
                                                    malownicza… Na początku schodzimy trzymając się za rece, ale waska sciezka
                                                    zmusza nas do rozstania ;-) Mijamy wspaniale wykute w skalach bramy, widzimy
                                                    groby beduinow z charakterystycznymi kopczykami z kamieni (są stawiane w
                                                    miejscu gdzie jest ich glowa).
                                                    Co jakis czas przystajemy, by zrobić zdjęcie czy nakręcić na kamere… jest
                                                    wspaniale. Te kolory gor! Tu polyskuje niebieski… tam czarny… Odcienie
                                                    czerwieni i zolci… ciepłe, przytulne barwy. Ogolnie gory są raczej niedostępne…
                                                    zadnej roślinności. Zadnego życia.

                                                    Tylko od czasu do czasu widąć pod kamieniem walczaca o życie, niewielka
                                                    roślinkę czy klujacy krzaczek… lub przemykajaca jaszczurke, szczura.

                                                    Tłum się przezedzil i schodzi się teraz wygodniej… Trzymam Radzia za jego
                                                    malnka raczke i dreptamy… Radzik… Moje slodzkie małeństwo. Jest niesamowity!
                                                    Nie tylko dlatego, że tyle wie o Egipcie ;-) tylko, że jest tak odporny i
                                                    potrafi się przystosowac do każdych warunkow. Jak słyszę o dzieciakach, które
                                                    musza o ustalonych porach chodzic spać, jeść o wyznaczonych godzinach posilki…
                                                    Radzik jest taki inny! Jak chce spać-to po prostu zasypia! Niezależnie gdzie
                                                    jest i co się akurat dzieje. Jak jest głodny-to je. Nieważne co. Potrafi się w
                                                    trasie zapchac pusta bulka i nawet nie pisnie, że chce coś innego! Nie narzeka,
                                                    że trzeba wczesnie wstać. Że trzeba dlugo jechać. O właśnie! Jak widze te
                                                    dzieciaki które biegaja po samolocie, skacza po siedzęniach a na każda probe
                                                    usadzenia reaguja krzykiem-to zachwycam się moim dzieckiem. Nigdy, NIGDY się
                                                    nie zdarzylo, żeby Radzik tak się zachowywal! Od momentu startu do momentu
                                                    ladowania zawsze siedzi na swoim miejscu. Fakt, że staram się mu zabrać jakie
                                                    zabawki czy książeczkę. Ale to on potrafi się tym zabawic na cale 4h lotu!
                                                    Czy w autokarze. Ludzia mowia, że zapominaja że gdzieś tam siedzi dziecko! Jest
                                                    wyjatkowo grzeczny. Ciągle uśmiechnięty. Radosny. Uwielbia zwiedzanie i
                                                    oglądanie nowych miejsc.
                                                    Wiem, wiem… musi mieć jakies wady ;-) Więc niech będzie-wieczne gadulstwo ;-) i
                                                    wieczna chec do walk ;-)
                                                    Jestem jednego ciekawa-czy to, że jest tak wyśmienitym traperem i wrecz
                                                    urodzonym wędrownikiem, wynika tylko z jego natury? Czy mielimy na to wpływ?
                                                    Mam tylko jedna nadz
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:28
                                                    Jestem jednego ciekawa-czy to, że jest tak wyśmienitym traperem i wrecz
                                                    urodzonym wędrownikiem, wynika tylko z jego natury? Czy mielimy na to wpływ?
                                                    Mam tylko jedna nadzieje. Że zaszczepimy w nim bakcyla podrozy. Że nie będzie
                                                    ciulal kasy na kontach czy dusil się przez 20 lat w kredycie na dom… Oczywiście-
                                                    oby miał wszystko! I dom, i przepastne konto i podroze… Ale jeżeli nie. To mam
                                                    nadzieje, że przy decyzji „remontujemy łazienkę czy jedziemy za granice” będzie
                                                    wybieral to drugie… Bo życie jest takie krotkie a podroze maja tak wiele do
                                                    zaoferowania!!!!

                                                    Nagle z moich rozmyślań nad Radzikiem wyrywa mnie Rześ, który stwierdza „Wiesz
                                                    Myszko, jeżeli ten Mojżesz szedł przez beduińskie plantacje marihuany i
                                                    haszyszu, a potem mimo swego wieku, przez jakies 3h, wspinal się na ta góre-to
                                                    ja się wcale nie dziwie, że widział gorejący krzew” ;-) heheheheehehhe

                                                    I oto jest. Klasztor. Na samym dole. Więc już niewiele drogi nam zostalo…I
                                                    schodzimy tym zacienionym, przepieknym wawozem. Jeszcze kilka krokow, jeszcze
                                                    kilka serpentyn i…już wychodzimy na oświetlony plan koło klasztoru. Zostawiając
                                                    jego wielkie mury po lewej idziemy 500 metrow na parking, gdzie czeka na nas
                                                    autokar. Krotka jazda do hotelu podczas krotej wszyscy wymianiaja się
                                                    wrażeniami z tej wycieczki… ogolnie wszyscy są bardzo zadowoleni, ale nie
                                                    poszliby drugi raz ;-) eheheheheh

                                                    Teraz śniadanie. Idziemy do pokoju po drodze mijamy pełen zielonej wody basen…
                                                    Rześ stwierdza „przecież ten basen wytworzyl już chyba wlasny ekosystem..
                                                    założę się, że istnieje w nim jakies życie” ;-) Ja dodaje „Ty! A może to basen
                                                    z algami?? Ja tyle kasy zostawiam u kosmetyczki na zabiegi z algami a tu mam
                                                    pod nosem!!” zasmiewamy się, bo i co nam pozostalo… ten hotel jest tragiczny.

                                                    Szybko się pakujemy rezygnując z kapieli w zimnej wodzie. Z wielka radością
                                                    opuszczamy ten syf i udajemy się do autokaru, który zawozi nas na znajomy już
                                                    parking. Tam nasze torby i plecaki zostaja dokladnie przetrzepane. Stamtąd
                                                    idziemy do klasztoru… jest strasznie upalnie! Czuję się jak na patelni! Zar
                                                    leje się z nieba! Gorac bije od nagrzanego piachu. Dobrze, że od czasu do czasi
                                                    zawieje zbawienny wiatr…
                                                    W cieniu smarujemy się kremami i wypijamy po lyku wody.

                                                    Sam klasztor… no coz. Ja chciałam zobacżyć sale z czaszkami-ale była zamknieta.
                                                    Natomiast gorejący krzew czy studnia Mojżesza… Nie wiem. Może nie jestem az tak
                                                    wierzaca, żeby mnie powalily na kolana?? A może niewyspanie i zmeczenie
                                                    działały na niekorzyść tych miejsc?? Niewiem…w każdym razie, gdybym wiedziała
                                                    jak to jest-to bym wolala zostac w autokarze.

                                                    Jedziemy już zostawiając za soba klasztor i gory… pniemy się w kierunku Sharm.
                                                    Podziwiamy jeszcze bajkowo kolorówe, momentami o wymyślnych kształtach gory i
                                                    udajemy się dalej… Jeszcze godzina, dwie i-już jesteśmy w Sharm. Zostajemy
                                                    zakwaterowani w hotelu Rehana oddalonym jakies 25km od centrum. Jeszcze krotka
                                                    walka o zmiane pokoju i… już.
                                                    Jedyne co robie to wyciągam z walizek nasze stroje oraz zwierzaki Radzia i
                                                    biegniemy na basen…

                                                    09. 10.2005 (niedziela) dzień 12
                                                    To była noc! Wczorajsze nocne wejście na Góre Mojżesza i pozniejsze siedzęnie z
                                                    nogami w basenie do 22 spowodowaly-że padliśmy! Dosłownie! Żadne z nas nie
                                                    pamieta jak i kiedy zasnął! Za to dziś-wstalismy o 9:30 wyspani… wypoczeci…
                                                    suuuuuper!

                                                    Zostajemy w tym hotelu do srody. W srode, w ramach wykupionego dodatkowego
                                                    tygodnia, przenosimy się do innego hotelu.

                                                    Otwieram drzwi na taras. Mamy pokoj na parterze. Z tarasu jest wejście na
                                                    soczysta, jasno zielona, mieciutka trawe… Nie mogę sobie odmowic! Upewniam się,
                                                    że nikogo nie ma i… Wychodze w pizamie na oświetlony, goracy taras i na bosaka
                                                    wbiegam na ta trawe…. Wywalam rece w bok-i zaczynam się kręcic, kręcic, kręcic
                                                    jak szalona!!! Jak mała dziewczynka!!! Szczęście jakie mnie wypelnia chce mnie
                                                    rozerwac od środka!!! Szybciej, mocniej!!! Dopada mnie Raduś, który chwyta mnie
                                                    i kręci się, kręci razem że mna! Uuuuu…. Ale super! Nagle tracimy pion i oboje
                                                    w salwach smiechu padamy na miekki, puszysty trawnik! Hahahahaha… trzymając się
                                                    za brzuchy turlamy się w prawo, w lewo… Matko. Ale szaleństwo! Hihihihi… w
                                                    końcu zziajani zastygamy lezac na plecach. Wpatrujemy się w bezchmurne,
                                                    turkusowe niebo… w rozpostarta nad nami, wysoka, zielona palme… chłoniemy
                                                    gorace promienie słoneczne i cieply, suchy wiatr… Jestem szczęśliwa…

                                                    Niestety. Raduś przyplacil ta zabawe chwilowym kichaniem i drapaniem… no tak.
                                                    Uczulenie na trawe ;-( Na szczęście po chwili mu przeszlo.

                                                    Zbieramy się na śniadanko. Wchodzimy do restauracji i… o mamo! Co to za
                                                    kolejka?? Podchodzimy bliżej. Nie, nie do jedzenia… tylko?? A! Już wiemy! To
                                                    kolejka do napoi! No pierwszy raz się z czyms takim spotkałam. Ludzie stoja
                                                    gęsiego, każdy trzyma w dłońi pusta butelke i podchodząc do dystrybutora leja
                                                    sobie w te butelki napoje… sok pomarańczowy i zimna karkade. Jak podeszłam z
                                                    literatka by nalac Radkowi, mało mnie nie zjedli! ;-) Zreszta… nie było warto
                                                    się bic. Okazało się, że z powodu tego brania w butelki, sok jest straaasznie
                                                    rozcieńczony.
                                                    Zjadamy śniadanko i wracamy do pokoju. Przyznajemy. Poprzednie, intensywne dni-
                                                    trochę nas zmęczyły… Postanawiamy, że do srody nigdzie się nie ruszamy tylko
                                                    leniuchujemy!

                                                    Na szczęście właśnie okres mi się skończył, więc będę mogla pomocżyć się w
                                                    basenie. Ale nie teraz. Teraz każdy chce odetchnąć, zajac się soba, swoimi
                                                    sprawami…Więc wlaczamy na Poloni (wow, w końcu TV ;-) I to po Polsku ;-)
                                                    Radusiowi bajeczke. Leży sobie na brzuszku, w samej koszulce i macha słodkimi
                                                    nozkami… Wygląda rozbrajająco slicznie! Oczywiście poprosil o coś „z szuflady”
                                                    i teraz slodko wcina WW
                                                    ( bo jak w każdej rodzinie-i w naszej są jakies hasla czy utarte powiedzonka…
                                                    Więc jest u nas w kuchni szuflada, w której są słodycze. I Raduś zawsze w domu
                                                    pyta „mogę zjeść coś z szuflady?” I tak mu się to utrwalilo, że
                                                    słodycze=szuflada, że nawet jak jesteśmy poza domem to mówi „proszę dac mi coś
                                                    z szuflady ;-)” Najsmieszniej jak pójdziemy do kogos i Raduś powie „zjadłbym
                                                    coś z szuflady” ihhihi My wiemy, że jemu chodzi o coś słodkiego do zjedzenia,
                                                    ale inni nie… ;-) Takie nasze sekrety :-)

                                                    Rzesio siedzi na lozku, na uszach ma słuchawki i slucha plyty Dave Weckla,
                                                    przed soba położył poduszke, zabrał palki i… w końcu cwiczy! (Bo Rzesia wielka
                                                    milosc i drugi zawod to perkusista! I wszedzie zabiera z soba palki i puka, i
                                                    stuka i bębni… a nawet jak nie zabiera-to puka palcami ;-) hihihi)

                                                    A ja? Leże pośrodku. Przed soba mam przewodnik o Egipcie. Przegladam go… w
                                                    zasadzie nie wiem po co. Czy ktoś tak ma?? Że nagle bierze jakaś książkę o
                                                    Egipcie i zaczyna ja przeglądać… otworzy na pierwszej z brzegu stronie i
                                                    czyta?? Ja tak mam. I w domu. I tu. Więc właśnie czytam o Kairze, bo tam mi się
                                                    otworzylo… ale pewnie zaraz przeskocze na Synaj. Jednak nie mogę się skupić, bo
                                                    mi chłopcy nie daja! Raduś co chwilę obraća się i z calych sil mnie przytula. A
                                                    Rzesio (niby przez przypadek ;-) zamiast na poduszce, zaczyna ćwicżyć na mojej
                                                    pupie…hehehe. Uwielbiam ich za to, że nie daja mi poczytac… ;-)

                                                    Po jakis 2h wychodzimy na basen. Zajmujemy lezaki i rozkladamy reczniki… Nawet
                                                    nie wiem kiedy Raduś wlazł już do brodzika i bawi się z dwiema, slicznymi
                                                    Czeszkami. My kładziemy ciala na wprost słońca i liczymy na brazowo-zlota
                                                    opalenizne ;-) Tak teraz sobie myślę, że przydaje się nieraz to straszne
                                                    gadulstwo Radzika… bo dzieki temu mogę spokojnie lezec z zamkniętymi oczami ;-)

                                                    Jeszcze poszliśmy na plac zabaw. Potem
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:29
                                                    Jeszcze poszliśmy na plac zabaw. Potem Raduś ubrał rekawki i z Rzesiem
                                                    skoczyli do dużego basenu.

                                                    I tak zlecial dzień… Po kolacji idziemy na spacer nad morze. W katalogu
                                                    napisali, że hotel jest oddalony 300 m. od morza… hmmm… chyba jakis egipskich
                                                    300 m.!! Albo 300 m.x 3 ;-) Nic to… idziemy na niewielka plaże, a tam na
                                                    leżakach Ola z Darkiem i Justyna z Emilem. Raduś bawi się przy brzegu, a my
                                                    plotkujemy o Egipcie… jak ja to lubie :D ihhihi

                                                    Ok. 21 wszyscy zbieramy się do hotelu… Ciegle odczuwam wczorajsza spinacze w
                                                    nogach, więc chetnie się poloze… w dodatku wysoka fala ochlapala Radusia i
                                                    marudzi, że go sol szczypie. Biedulka :-*


                                                    Szybkie mycie, całuski na dobranoc, walka o klimatyzacje (Rześ zawsze ustawia
                                                    nizej [wtedy ja marzne-bo jestem zmarzluch], a ja podkręcam wyzej [i wtedy
                                                    Rzesiowi jest za goraco] ;-) wymienienie się wyznaniami „kocham Cie” i sen…

                                                    10. 10. 2005 (poniedzialek) dzień 13

                                                    Kolejny słoneczny dzień! W Egipcie nie ma czegos takiego, co się zdarza na
                                                    wczasach w Polsce. Że się rano podchodzi do okna, odslania firanke i patrzy czy
                                                    swieci słońce, ile chmur na niebie, czy będzie padac czy nie itd. Tu się
                                                    wstaje, na pewniaka ubiera na krotko i wychodzi na full grzejace słońce!

                                                    Idziemy na śniadanie… Stoje po nalesniczki dla Radzia i tak sobie myślę „ale
                                                    bym zjadla nasze ser bialy z prawdziwym razowcem” mmm… ;-) Chyba zaczynam
                                                    tesknic za domem!

                                                    Po śniadanku przebieramy się i idziemy na basen. Radzik w brodziku, my na
                                                    leżakach… Godzina, dwie… I już mam dosyć! Dla mnie hotel to tylko noclegownia.
                                                    Miejsce gdzie się śpi i bierze prysznic. I szczerze podziwiam tych, którzy jada
                                                    na 14 dni na wczasy i spędzają te dni na opalaniu i plywaniu w basenie. Ja bym
                                                    chyba umarla z nudow! To zaledwie 1,5 dnia a ja już czuję, że się dusze! Wiem..
                                                    z pewnością jedna z prżyćzyn jest fakt, że ja się w ogóle nie opalam! Naprawdę.
                                                    Zero pigmentow… Jak leże to słońce ode mnie, niczym od tafli lustra odbija
                                                    się ;-) Co już nie robiłam… Przez 3 miesiace przed wyjazdem żarłam karoten w
                                                    ogromych ilościach… W poprzednich latach, jak Radzik jeszcze spał w dzień-
                                                    chlopcy chodzili do hotelu a ja od 12-14, bez filtrow smażyłam się… Efekt?
                                                    Bladość i przezroczystosc skory. Jestem tak blada, że widąć dosłownie jak
                                                    płynąca w zylach krew pulsuje ;-)
                                                    Więc jak mam to lubic, skoro jest to w 100% bezefektowne??
                                                    Zreszta… ja uwielbiam zwiedzac, być w ruchu… meczy mnie ta sytuacja.

                                                    Widze, że Rześ tak jak i ja wierci się na leżaku, nie może się ustawic… też się
                                                    meczy. Patrzymy na siebie i wiemy wszystko… wystarczy nam już tego
                                                    odpoczynku! ;-)

                                                    Nie! Gniecie mnie ten lezak! I ta mucha co się uparla i ciągle koło mnie
                                                    bżyćzy! Nie, nie, nie… Opalanie to nie jest to, co Tygrysku lubia najbardziej ;-
                                                    ) Nienawidze narzekac, więc zamiast tu lezec i pogrążać się w negatywach-
                                                    postanawiam coś zmienic.
                                                    Biore Radzika na plac zabaw, przynajmniej coś się będzie dzialo. A Rzesio
                                                    bierze pletwy i idzie popływać w morzu. I tak mija kilka godzin…

                                                    Wracamy do pokoju, by coś zjeść i się napic. Nagle Raduś krżyćzy „mamuniu,
                                                    zobacz, na scianie siedzi Wojtek!” No tak! To nasz Wojtek! (Wojtek-tak Raduś
                                                    nazwal jaszczurke, która w tamtym roku przez 3 dni mieszkala z nami w pokoju
                                                    w „Coral beach” w Hurghadzie ;-) Hihihi…

                                                    Daje Radziowi bulke i wlaczam na chwilke Polonie. No tak. Wybory. Oby tylko
                                                    Kaczor nie wygral…

                                                    Wrócił Rześ. Okazało się, że pomost, który przy plaży „Rihana” wychodzi w
                                                    morze-kończy się dokladnie nad sama, rozlegla rafa. I żeby wejsc do morza-
                                                    trzeba po niej przejść! Tragedia! Efekt jest takji, że nie dość, że Rzesio był
                                                    zmuszony stanac na rafie :-( to jeszcze rozwalil sobie piete ;-(. Qrcze… nie
                                                    wygląda to dobrze. Smaruje mu rane mascia Tribiotic i nakładam plaster.

                                                    Mówie „Rzesiu. Może popłynąłbyś jutro na rafy?” i wystukuje do Georga z Aaba
                                                    Sharm sms z namiarami na nas i zapytańiem, czy może się z nami skontaktowac.
                                                    Odpisuje natychmiast, że będzie do nas dzwonił do naszego pokoju o 20:00.
                                                    Super! Milo mnie zaskoczyl ta natychmiastowa reakcja!

                                                    No co. Przecież nie będziemy tu gnic, w tym pokoju! Wracamy na basen. Raduś w
                                                    rekawkach plywa z Rzesiem w duzym, ja leże i czytam książkę o… Egipcie ;-)
                                                    Nagle słyszę jakies tubalne „hallo” i ktoś siada na leżaku obok. To jakis
                                                    Egipcjanin. Okazało się, że chce mi zaproponowac wycieczke do Kairu i na Góre
                                                    Mojżesza ;-) hehehe. Odpowiadam mu, że bardzo dziekuje, ale właśnie wróciliśmy
                                                    z tych miejsc. Robi wielkie oczy i pyta „jak to możliwe?” Odpowiadam, że od 28
                                                    wrzesnia jesteśmy w Egipcie na objazdowce. Mina mu markotnieje. Patrzy na mnie
                                                    i pokazując palcem na moja rękę mówi „jeżeli nie chcesz jechać to wystarczy
                                                    powiedziec –nie. A nie klamac, przecież widze jaka jestes blada, że dopiero co
                                                    przyjechaliście do Egiptu” i odchodzi :-/ Nie mam wiecej pytań…

                                                    Upewniam się, że jednak nie leże w cieniu ;-) i wracam do lektury. I znowu ktoś
                                                    mnie zaczepia. Tym razem inny Egipcjanin proponuje mi zrobienie na głowie
                                                    maleńkich warkoczykow. Hmmm… Przyznaje, że myślałam o tym. Tylko co potem? Jak
                                                    się rozplacze te wlozy-czy nie są zniszczone, jak siano? Trochę rozmawiamy ja
                                                    jednak w końcu rezygnuje. Ok. To ten nagle odwija nitke, która miał na palcu i
                                                    ciągle ja mamlal i proponuje-że zrobi mi nią depiłacje twarzy…. O FUUUJJJ!!!!!
                                                    Stwierdzam, że lubie moja twarz z moimi wloskami i bardzo mu dziekuje ;-)

                                                    Jest 18:00 i robi się szaro. Pracownicy składają parasole i lezaki. Wracamy
                                                    przebrać się do pokoju i idziemy na kolacje. Stoje z talerzem w kolejce i na
                                                    widok ryzu, makaronu myślę sobie „ale bym zjadla bigos. Albo golabki” ;-)
                                                    hihihi

                                                    Po kolacji spacer miedzy basenami i na 20:00 powrot do pokoju, przecież ma
                                                    dzwonic Georg. I dzwoni. Mówie mu, że chcemy wykupić samolotowa Petre na ten
                                                    piątek oraz, czy jest szansa na wyjazd jutro na rafy. Dogadujemy się. O 08:00
                                                    ma Rześ stac przed hotelem, a jak w srode przeniesiemy się do centrum Nama Bay
                                                    to wpadniemy do niego i zaplacimy za wyjazd.
                                                    Wyjazd jest na Ras Mohammed. I super.

                                                    Jeszcze wieczorna sesja fotograficzna cudnie oświetlonych basenów i-spanko.

                                                    11. 10. 2005 (wtorek) dzień 14

                                                    Przed 08 rano Rzesio polecial na śniadanko i potem od razu na rafy. Chwilę po
                                                    08 rano otrzymalam od niego sms „Myszko. Na jakie rafy ja plyne? Jaki jest
                                                    numer naszego pokoju i z jakim BP jade?” heehhe Bardzo Go kocham ;-)

                                                    Reszta dnia zleciała nudno. Śniadanie. Basen. Plac zabaw. Gra w piłke na
                                                    tarasie. I tak do 17:00. O tej godzinie wrócił Rzesio. Rzuciliśmy mu się na
                                                    szyje, jakby Go nie było tydzień! Ale naprawdę strasznie już tęskniliśmy! Zaraz
                                                    Go wzielam na spytki. Powiedział, że rafa swietna. Że podpłynęli też do wyspy
                                                    Tiran i były tam tak ogromniaste muszę, że moglyby robić za mydelniczke! Ale
                                                    najbardziej chwalil biuro. Że nie było problemu, że nie miał vouchera. Że
                                                    przewodnik o wszystkim wiedział. Że busik nowy, klimatyzowany. Na statku napoje
                                                    (fanta, woda, coca-cola) bez ograniczen. Lunch pyszny (podono swietna ryba). Że
                                                    przewodnik strasznie na luzie, wesoły i mily. Ogolnie był meeega zadowolony.
                                                    Zaraz więc wyslalam do Georga z Aaba Sharm sms, że Rześ jest strasznie
                                                    zadowolony, że dziękujemy i że jutro na 100% zjawimy się w jego biurze. Zaraz
                                                    oddzwonil do hotelu, powiedział, że strasznie się cieszy, że Rześ jest
                                                    zadowolony i co chcemy do picia jak jutro przyjdziemy-odpowiedz była jedna-sok
                                                    że świeżych limonek! ;-) hihihi

                                                    Na kolacji spotkaliśmy Ole z Darkiem, Justynke z Emilem i Jarka z Marcinem,
                                                    którzy o 02:00 maja wracać do Polski. Okazało się, że nie! Że maja przesuniety
                                                    lot na 08:00 rano. Są wkurzeni, że tak późno si
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:30
                                                    . Są wkurzeni, że tak późno się dowiedzieli, bo na kolacje
                                                    szli już w ciuchach jak do samolotu, walizki spakowane i wstawione przed
                                                    pokoje… A tu trzeba kosmetyki wyciągać, pizamy itd… Zjadamy kolacje (szkoda,
                                                    że to nie bigos, albo zurek ;-) i zapraszamy wszystkich do nas na pożegnalny
                                                    wieczór ;-)

                                                    Po wyjsciu biegnę do lobby hotelowego, żeby złapać dyżurującego tam rezydenta.
                                                    Umawiam się z nim na 12, w celu przewiezienia do Hiltona.

                                                    Jeszcze spacer po terenie hotelu i wracamy do pokoju. Jej. Już mam dosyć…
                                                    Dobrze, że jutro przenosimy się bliżej centrum. Bo tu poza hotelem nie ma nic!
                                                    A ile można łazić wokół nawet najcudniejsżyćh basenów?? Nie mogę się doczekac
                                                    jutrzejszego dnia i Naama Bay. Ciekawe czy będzie taki, jak to sobie
                                                    wyobrażałam? Tyle o tym miejscu czytałam… kapiemy Radzika, który szybciochem
                                                    zasypia ( i znowu się odkopuje ;-)

                                                    Prżyćhodza goscie i lokujemy się na tarasie. Ponieważ każdy taras ma odgornie
                                                    przydzielone dwa krzesla, a nas jest 6 osob-zapuszczam się na polowanie.
                                                    Cichaczem wybiegam na trawke i patrze, gdzie są nieoświetlone tarasy… pożyczam
                                                    krzesla i wracam na nasz taras. Rześ stwierdza „jestes niemozliwa”
                                                    No co? Przecież jeszcze dziś je oddam! ;-)

                                                    Otwieramy ostatni „syrop” na zemste ;-) do tego częstujemy się przyniesionym
                                                    przez gosci piwkiem. Na stol wędrują ciastka i czekolada „z szuflady” ;-) i
                                                    zaczyna się robić wesoło… Niestety. Zostaje zbesztana przez gosci za brak
                                                    suchej krakowskiej, myśliwskiej, sałatki jarzynowej, korniszonow i sledzika… No
                                                    coz… ;-)

                                                    Zabawa trwa… Gdy „syrop” się kończy i nie ma już się czym lecżyć ;-) pomalu
                                                    zamykamy impreze… Wymieniamy się jeszcze wizytówkami i obiecujemy sobie, że w
                                                    Polsce utrzymamy kontakt… Oby!

                                                    Po wyjsciu gosci ja znowu biegam po trawie-tym razem odnosze pożyczone
                                                    krzesla ;-)
                                                    Szybka kapiel i nastawienie budzika na 6 rano… Przecież muszę się z nimi
                                                    pożegnać! ;-(

                                                    Przykrywam odkopanego Radzika, wtulam się w Rzesiunia i słysząc jego spokojne
                                                    bicie serduszka-zasypiam…

                                                    12. 10. 2005 (sroda) dzień 15
                                                    Szybko wylaczam budzik, by się Radzik nie zbudzil. Jest 05:45. Budze Rzesiunia.
                                                    Szybka toaleta, przebranie i lecimy do lobby. Wow! Ilu ludzi już leży na
                                                    leżakach! O tej godzinie?? Że też chcialo im się wstać, żeby od świtu się
                                                    opalac ;-) … Qrcze… jaz moja bladością-naprawdę jestem mega zdumiona…;-)

                                                    Jej… ale żal się rozstawac ;-(… sciskamy się, skladamy sobie żyćzenia… a łzy
                                                    bija z oczu ;-( … strasznie to mili ludzie, strasznie sympatycznie spędziliśmy
                                                    razem czas…;-( Jeszcze im asystujemy jak wchodza do autokaru, machamy… i już
                                                    ich nie ma ;-( Ale mi będzie ich brakowac…

                                                    Wracamy do pokoju, a tam Radzik smacznie śpi. Postanawiamy wskocżyć jeszcze pod
                                                    kołderkę… bo co robić? Więc leże sobie, leże… i nagle-pierwszy raz w życiu-
                                                    jestem świadoma „magnesikowania” Radzia! Otoz. To się zaczęło się jak byliśmy
                                                    na nartach we Włoszech trzy i pół roku temu. Tam mielismy wspólne, 3 osobowe
                                                    łóżko. I tam pierwszy raz Raduś spał z nami od zmierzchu do świtu (normalnie w
                                                    domu spał w swoim łóżeczku) I tam wyczail-że można się przytulic do rodzicow.
                                                    Efekt po kilku nocach był taki-że nasze dziecko spało wrecz na nas! A że nam
                                                    się źle tak spało-to delikatnie przesuwaliśmy się. Efekt-nad ranem caaale łóżko
                                                    wolne, a my stloczeni pod sciana pod jedna kołdra na jednej poduszce ;-)
                                                    I w domu jest podobnie. Moje dziecie w nocy zlazi że swego łóżka pietrowego i
                                                    pac-pac-pac przylazi do naszego. Pakuje się pod moja kołdrę i na moja poduszke.
                                                    Więc ja ide i przynosze mu jego kołdrę. Klade go na brzegu łóżka (a mamy łóżko
                                                    ogromne 2,5 metra na 2 metry) I nie wiem nigdy kiedy i jak, ale nad ranem-moje
                                                    dziecko śpi wmontowane we mnie, na jednym jasieczku i pod jedna kołdra… I cala
                                                    trojka spimy na jakis 40 centymetrach a 2,10 metra jest wolne ;-) Nazwaliśmy
                                                    to „magnesikowanie” I teraz wiem jak on to robi! Przewraca się na bok i
                                                    raczkami, przez sen „bada” prześcieradło gdzie jestem… i przesuwa tylek tak
                                                    dlugo-az mnie dotknie. Wtedy wtula się caly i zasypia-tak jak teraz!
                                                    Niesamowite… Mój Slodki Magnesik… Jak Rześ to zobaczył-to nie wytrzymal i
                                                    musial go wycałować ;-) A ja chyba jeszcze jestem pod wpływem porannego
                                                    zegnania znajomych… bo nadeszla mnie refleksyjna, aczkolwiek smutna mysl „jak
                                                    dlugo jeszcze będzie chciał „magnesikowac”” :-(

                                                    Dziś wyjatkowo wczesnie, bo o 8 poszlismy na ostatnie śniadanko w tym hotelu…
                                                    Potem chłopcy poszli na basen, bym w spokoju mogla nas spakować. Szybko mi
                                                    poszlo i o 11:45 już czekaliśmy w lobby hotelowym na rezydenta.

                                                    Gdy przyjechal wpakowaliśmy się i ruszyliśmy do centrum Sharm. Zerkam na
                                                    zegarek… jest 12:15. To „nasi” pewnie za chwilę będą już ladowac na Okeciu…

                                                    Jeszcze chwila i wysiadamy. Hilton (opisze go na Egipt-hotele) Jednym slowem-
                                                    albo za bardzo się nastawiałam, że to Hilton i w ogóle, albo… za dużo hoteli
                                                    już widziałam (Bosz! Ale że mnie swiatowa kobita wylazła ;-) hihihihi) –powiem
                                                    tak-bez fajerwerkow. Hotel jak hotel.
                                                    Lokujemy się w pokoju. By nie tracić czasu sięgamy tylko po kąpielówki i
                                                    idziemy na basen. Tam nam zlazi jakaś godzinka. Potem odbieramy karty
                                                    ręcznikowe i idziemy obejrzeć plaże.

                                                    Zawsze mnie smiesza opisy w katalogach. W tym z Eximu pisze tak „hotel posiada
                                                    szeroka, prywatna plaże w sąsiednim hotelu Hilton Fauroz oddalonym o ok.150 m.
                                                    (przejscie przez ulice)”
                                                    Ale co. To Hilton Fauroz jest oddalony o 150 m.?? Bo chyba nie plaża! Na plaże
                                                    idzie się tak. Kawalek przez teren Hilton Dreams-dwupasmowa ulice-mosteczek nad
                                                    pasem zieleni-dwupasmowa ulice-placyk przed wjazdem do Hilton Fauroz-cala
                                                    szerokość Hilton Fauroz-przecina się deptak-i zaczyna się plaża… Nie wiem… może
                                                    to chodzi o „egipskie” 150 m.??

                                                    Grześ mnie karci za moje marudzenie. To do mnie niepodobne! Więc uspokajam się
                                                    i wchodząc na plaże odbieramy reczniki. Leżaków-masa. A co najważniejsze-
                                                    rewelacyjny plac zabaw na którym montuje się Radzik ;-) Tam nam zlazi godzinka
                                                    i-postanawiamy wracać. Musimy jeszcze jechać do Delfinarium, isc do Aaba Sharm
                                                    no i chcemy jak najwcześniej zjeść kolacje by zdążyć na wieczorny mecz Polska-
                                                    Anglia!


                                                    Przebieramy się, zabieramy voucher na plywanie z Delfinami i dreptamy znajoma
                                                    trasa prowadzaca na plaże. Z tym, że zamiast przecinac deptak-skręcamy na nim w
                                                    prawo. Wczesniej chcemy wstąpić do Aaba Sharm. Idziemy… I zaczynam się wkurzac!
                                                    Bo co knajpa czy sklep to gadaja do nas po rosyjsku! Ileż można odpowiadac „I
                                                    am not russian”!! Im glebiej w glowny deptak-tym gorzej! Po chwili czuję się
                                                    jak na placu Czerwonym w Moskwie! Dookoła słychać tylko rosyjski! Nawoływania
                                                    po rosyjsku, rozmowy po rosyjsku… czy akurat teraz musiala tu przyjechac cala
                                                    Rosja?? ;-)

                                                    Z wydrukowana mapka z www.taniewycieczkisharm.com szukamy biura. Po drodze
                                                    mijamy po lewej mieszczance się przy wejściu do sklepu BP Luna Rossa. W końcu
                                                    odnajdujemy biuro. Niestety, Grzesia nie ma. Ale mily pan, swietna
                                                    angielszczyzna prosi, byśmy poczekali chwilke, że za chwilę Grześ będzie. A jak
                                                    nie chcemy czekac-to on nam wykręci numer do Grzesia i porozmawiamy z nim. Nie…
                                                    Nie trzeba. Upewniamy się o której będzie Grześ i informujemy Pana, że jedziemy
                                                    teraz do Delfinarium a potem tu wrocimy.

                                                    W centrum łapiemy taksowke, ustalamy cene 30le za podroz w dwie strony+czekanie
                                                    i jedziemy. Nooo… nijak ma się ta jazda do jazdy ulicami Kairu! Spokojniutko,
                                                    mały ruch na drogach… przedszkole ;-)
                                                    Okazuje się, że Delfinarium jest kawal drogi od naszego hotelu-a ja chciałam
                                                    isc na piechote ;-) Wysiadamy i szukamy kogos z kim mogl
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:32
                                                    Wysiadamy i szukamy kogos z kim moglibyśmy zrealizowac
                                                    opłacony jeszcze w Polsce czas plywania z Delfinkami. Jeden nie wie o co
                                                    chodzi… drugi nas prowadzi do trzeciego, który również nie wie co z tym
                                                    voucherem zrobić… w końcu piatej już osobie tłumaczymy o co chodzi-i nic…
                                                    Qrcze. Nie rozumiem. Przecież wszystko jest tu napisane po angielsku! W końcu
                                                    nas prowadza do biura a w nim słyszymy milutkie „Dzień Dobry!”
                                                    To Tomek Burzyński. Właściciel. Bierze od nas dokument i pyta Rzesia-kiedy
                                                    chesz pływać? Co za pytańie. Jak najszybciej! ;-) Tomej ustala plywanie na
                                                    jutro na godzine 13:30. Mamy być najpóźniej o 13:20 przed Delfinarium, bo o
                                                    13:30 już trzeba być w basenie. Plywanie się kończy o 14, więc mamy godzinke do
                                                    Show, by Rześ się wysuszyl itp.. Żegnamy się z tym przemiłym człowiekiem i
                                                    wracamy do Sharm.

                                                    Jest po 17:00 i już robi się pomalu ciemno. Wychodze z taksówki i-przecieram
                                                    oczy że zdumienia. Gdzie my jesteśmy?? Co tu siedzieje?? A na deptaku-eksplozja
                                                    neonów, świateł, lampek, kolorów! Wszystko swieci, mieni się, mruga. Rowne
                                                    chodniki, zero śmieci, kosze co 50 metrow… Przepraszam bardzo-ale to jest Egipt
                                                    czy jakies cholerne Las Vegas??!!??!!
                                                    Nie… nijak się ma to miasto do Egiptu który kocham! To nie jest Egipt! Jakże
                                                    tęsknie za pastelowym i spokojnym Asuanem, starożytnym Luksorem… gdzie czuć
                                                    historie, zadume nad mijającym czasem, piekno i cisze… Już Hurghada jest 1000
                                                    razy lepsza! Jestem zaskoczona Naama Bay-ale na minus! Zupełnie mi się tu nie
                                                    podoba. Czuję niesmak. I jeszcze ten rosyjski dookola. Ogarnia mnie złość. Jak
                                                    ludzie, którzy jada tylko do Sharm maja czelność mowic „bylam/lem w Egipcie”?
                                                    Siedza sobie w wypasionych hotelach, wieczorem idą na deptak rodem z Hollywood
                                                    i mysla, że byli w Egipcie. Nie! Byli w odizolowanym kurorcie, który z
                                                    prawdziwym Egiptem nie ma nic wspolnego!
                                                    Ale dlaczego się złoszczę? To ten kicz na tej ulicy tak mnie wkurzyl. Jest
                                                    paskudnie-bo nie egipsko.

                                                    Odnajdujemy Aaba Sharm.Grześ wita nas „dzień dobry pani Iwonka” :-) Wita się z
                                                    moimi chłopakami i od razu nawiązujemynic porozumienia ;-) Placimy za
                                                    wczorajszy
                                                    Odnajdujemy Aaba Sharm.Grześ wita nas „dzień dobry pani Iwonka” :-) Wita się z
                                                    moimi chłopakami i od razu nawiązujemy nic porozumienia ;-) Placimy za
                                                    wczorajszy Ras Mohammed i umawiamy się na kolejne wycieczki. Interesuje nas
                                                    Łódź Podwodna (że względu na Radzika, niech zobaczy rafy), Petra, Quady+Lasy
                                                    Namorzynowe, Wielkie Safarii oraz bilety na Show (w Aaba Sharm maja je po 12$
                                                    od osoby a w Delfinarium chca 18$)

                                                    Dziś jest środa. Jak to wszystko ustawic? Głowimy się, a w tym czasie Grześ
                                                    zamawia przez telefon dla nas sok z limonek… pamiętał! ;-) W miedzy czasie
                                                    przyszla Pani Ula, przyszedl Jozef… nic przyjazni zaciska się :-) Reszta
                                                    pracownikow ma musztre przed biurem, a prowadzi ja Raduś ;-)

                                                    Więc ustalamy. Jutro (czw) o 10 łódź podwodna. Potem bus zamiast pod hotel-
                                                    zawiezie nas pod Delfinarium. W piątek Petra. W sobote odpoczynek. W niedziele
                                                    quady. W pon safarii. We wtorek jakies zakupy i pakowanie… w nocy wylot.

                                                    Pijemy sobie soczek, gawędzimy o tym i o tamtym. W tym czasie Grześ dzwoni i
                                                    zalatwia Petre… Qrcze. Coś nie tega ma mine. Mija godzina… dwie. Już chcemy isc
                                                    bo zaraz mecz! W końcu Grześ stwierdza-przykro mi, nie ma już miejsc w
                                                    samolocie. No tak. Czartery do Petry lataja w piatki. I jest to jedyny piatek
                                                    kiedy możemy leciec! W nastepny już nas tu nie będzie! Co robić? Można jechać
                                                    autobusem, ale to sam Grzegorz odradza. Bo tak. Jeżeli chodzi o czas dostępny w
                                                    Petrze w przypadku samolotu to jest 7h, a w przypadku autokaru zaledwie 3h.
                                                    Bezsensu…
                                                    Umawiamy się z Grzesiem, że wpadniemy jutro po południu, a on do tego czasu
                                                    będzie załatwiał co w jego mocy. Wierze mu.
                                                    Dziękujemy za soczek, żegnamy się i wychodzimy. Chłopcy z Aaba Sharm już
                                                    zdazyli się naucżyć od Radzika „chodu!” i krżyćzac to uciekaja w popłochu ;-)

                                                    Wracamy ulica „Twerska” ;-)))) do hotelu na kolacje. Ja mam źle przeczucia,
                                                    którymi się dziele z Rzesiem. Bo tak. Do tej pory z tego co zaplanowaliśmy w
                                                    Polsce-udało nam się zrealizowac w Egipcie prawie wszystko (poza dolina
                                                    robotnikow w Luksorze) czyli można rzec-prawie 100% Więc musi coś pierdyknac… i
                                                    chyba to będzie Petra. Qrcze.

                                                    Rześ każe mi się tym nie martwić i wracamy do pokoju. Chłopaki wskakuja pod
                                                    kołderkę-mecz. A ja szykuje herbatke (w pokoju jest za darmo kawa i
                                                    herbata+czajnik) Lezac w trojke pijemy sobie-wypadaloby powiedziec-czaj ;-) i
                                                    oglądamy mecz. Niestety. Nie ma tu Poloni więc oglądamy go na egipskim kanale
                                                    sportowym… O mamo! Jakże niepodobne są znane nam nazwiska nasżyćh piłkarzy do
                                                    tych nazwisk, jakie wypowiada egipski komentator. Normalnie-polewka! ;-)
                                                    Zasmiewamy się do lez! I zamiast skupić się na grze i dopingu-czekamy w
                                                    napieciu wyłapując polsko brzmiace wyrazy ;-) W życiu mnie tak żaden mecz nie
                                                    zainteresowal! Ale jaja ;-) hihihihihi

                                                    Chłopcy oglądają a ja… a ja zasypiam. Jednak i nawet mecz komentowany po
                                                    egipsku-nie potrafi na dluzsza mete przykuc mojej uwagi. No coz. Zapalonym
                                                    kibicem to ja niestety nie jestem… ;-)


                                                    13. 10. 2005 (czwartek) dzień 16
                                                    Punktualnie o godz. 10 rano zajechal przed hotel busik i pojechaliśmy nad
                                                    przystan. Tam wsiedliśmy na zolta łódź podwodna i z zatoki wypłynęliśmy na
                                                    otwarte morze.

                                                    Cudownie się plynie… słoneczko grzeje niemiłosiernie, cieply wiaterek wieje,
                                                    woda chlupocze… mmm… Dookoła statki, stateczki…w tle plaże, palmy, hotele…
                                                    Właśnie dostaliśmy komende, że mamy zejsc pod poklad. Schodzimy palni trwogi
                                                    (przecież zaraz się zanurzymy!) Raduniek się zapytal, czy aby na pewno będziemy
                                                    mieć wode pod woda… uspokajamy go i schodzimy w dół. I tu-zonk! Nie zanurzymy
                                                    się! Po prostu siedzimy pod powierzchnia wody i plynac-będziemy oglądać
                                                    podwodny świat! Czujęmy zawod… naprawdę myśleliśmy, że będziemy się zanurzac!
                                                    Nic to. Zajmujemy miejsca i już nic nie pamiętamy. Raduś jest zachwycony!
                                                    Ciągle krżyćzy „zobaczcie, tu jest pan nurek!” „o, a tam jest barakuda „ (to
                                                    jego ulubiona ryba-kojarzy mu się z mieczem, kijem-czyms do walki ;-) Jest
                                                    zachwycony… „mamuniu, popatrz jakie piekne zolte rybki!” „a zobaczcie tam-
                                                    widzicie jak ta rybka się zakola w piasku?” … już nie patrze na okno-tyracam
                                                    dyskretnie Rzesia i oboje patrzymy na Nasze Szczęście… jak jego oczy zrobily
                                                    się ogromne i iskrza, jak nie może usiedzieć w miejscu z podniecenia, jak jego
                                                    cale cialo skupiło się na tym co widzi-i jak strasznie go to cieszy! Przebiera
                                                    nozkami, gestykuluje, podskakuje…. Nasze Małe Kochane Słoneczko… :-) Warto
                                                    byloby dac i 100 razy wiecej za ta oszukana „łódź podwodna” byleby choc przez
                                                    kilka munut widziec jego ogromna radość… I już teraz oboje z Rzesiem wiemy-
                                                    pokocha nurkowanie i kiedys będzie tym panem nurkiem, którego inne dzieciaki
                                                    będą oglądać zza okien „łodzi podwodnej”

                                                    Minęło jakies 45 minut i poprosili nas, by już wychodzic na zewnatrz-słońce
                                                    uderza w oczy, przez chwilę nic nie widzimy. Każdy dostal butelke zimnej coca-
                                                    coli i podziwiając przepiekne widoki-doplynelismy do brzegu. Tam przesiedlismy
                                                    się do busa. Patrze na zegarek. Jest 12:10. Więc prosimy kierowcę, by zamiast
                                                    do hotelu zawiózł nas od razu do Delfinarium. Pod Delfinarium jesteśmy o 12:50.
                                                    Znajdujemy Tomka i wchodzimy do środka. I nagle uderza w nas -delfiny!!! Są
                                                    trzy … dwa spokojnie cumuja ;-) przy brzegu, a jeden plywa z dwiema osobami.
                                                    Jesteśmy zauroczeni…siadamy na ławeczkach i rozmawiamy z Tomkiem, w którego
                                                    towarzystwie milutko i szybciochem mija nam pół godziny. I oto już jest 13:20,
                                                    czas by Rześ się przygotował. Przebiera się w kąpielówki,
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:32
                                                    Przebiera się w kąpielówki, sciaga lancuszek,
                                                    obrączkę (chyba pierwszy raz od slubu!) i prowadzony przez trenera Miśze
                                                    (Rosjanin) idzie w kierunku zejścia do basenu. Okazuje się, że ma wielkie
                                                    szczęście- będzie sam w basenie z trzema delfinami (normalnie są dwie osoby na
                                                    jednego delfina) WOW!

                                                    Tomek wraca do swoich zajec, a my z Radzikiem pozostajemy w miejscu do tego
                                                    wydzielonym. Rześ wchodzi do wodu…zanurza się pomalu i podpływa do brzegu… tam
                                                    instruktor przedstawia ich sobie-oto Rześ-oto Stiepan (którego zaraz
                                                    przechrzciliśmy na Stefan ;-) Pierwsze dotkniecie… pierwsze glaskanie…
                                                    przytulenie…i widze-że moje Rzesiatko jest szczesliwe! Pan z obsługi kręci go
                                                    na wideo, robi mu pozowane zdjęcia. Stefan wyraznie zaczepia Rzesia…ociera się
                                                    o niego, traca go noskiem, kladzie się na grzbiecie, by ten drapal go po
                                                    brzuszku… pieszczoszek ! ;-)

                                                    Teraz czas na zabawe. Grześ plynie do przeciwległego brzegu. Na skinienie
                                                    dłońia-Stefan wskakuje pod wode i naciera na moje Rzesiatko! Widąć tylko czarna
                                                    plame szybko przemieszczajaca się pod woda! A miała to być zabawa! ;-) W
                                                    wydawaloby się ostatniej chwili nagle zwalnia i delikatnie staje koło Rzesia…
                                                    uffff… a już myślałam, że go pozre ;-)
                                                    Teraz Rześ chwyta go za płetwę i-mamo! Pruja jak torpeda! Woda burzy się przed
                                                    nimi a za nimi tworzy się niemała fala… I już są brzy brzegu. I tak kilka razy.
                                                    Stefan dostaje rybke i nastawia brzuszek do drapania ;-) Patrze na mojego
                                                    Rzesia…a on się caly śmieje! Nie tylko usta czy oczy… on się śmieje caly!
                                                    Szczęście wrecz się wylewa z niego! To wspanialy widok…

                                                    Teraz dołączyły się kolejne dwa delfinki-sunie, które zawsze trzymaja się
                                                    razem. Teraz Rześ stoi, a cala trojka wokół niego plywa, przewraca się… Rześ
                                                    znowu plynie do brzegu lecz tym razem-podplywaja do niego dwie sunie. Chwyta je
                                                    za pletwy i-plyna powoli… Myślę sobie-popsuly się?? ;-) Nie! Okazało się, że
                                                    Rześ je chwycil za pletwy grzbietowe od wewnętrznej strony, a wtedy one zawsze
                                                    plyna powoli. Rześ musi powtórżyć wystep ;-) Wraca na druga strone i czeka na
                                                    śliczne sunie. Chwyta je od zewnętrznej strony i-mamo! A mnie się wydawalo, że
                                                    Stefan szybko płynął! To było mega szybkie!Ziu-i już po drugiej stronie!
                                                    Jeszcze raz, i jeszcze raz… i znowu rybki dla delfinkow i pieszczoty ;-)

                                                    Patrzac na Rzesia wydaje mi się, że zaraz dostanie mega skurczu twarzy! On
                                                    zaraz z radości wybuchnie! Mam ochote go przytulic… ale jest w basenie! ;-)
                                                    Robie mu zdjęcia i patrze… jak strasznie jest szczęśliwy i-ja też wypelniam się
                                                    radością.
                                                    Nagle-wszystkie trzy delfinki skierowaly w jego strone pyszczki i-zaczela pluc
                                                    na Rzesia woda! On się delikatnie cofa…ale już ma murek za plecami. A te
                                                    napieraja! Nabieraja do pyszczkow wode i-chlup na Rzesia! Widze, że już niezle
                                                    go przygniotły, wystaja z wody na jego wysokość, by oblewac go prosto w twarz!
                                                    Stojacy na brzegu trenerzy zaśmiewają się do lez, a Rzesio nie ma możliwości
                                                    ruchu! W końcu jeden delfinem waży średnio 180kg więc jak tu się bronic? W
                                                    końcu przestaja, a mój Rzesio-przeszczesliwy! Pierwszy raz widziałam, żeby ktoś
                                                    mu naplul w twarz-i żeby tak się cieszył! ;-)
                                                    Rześ się zegna z suniami, które odpływają… nie wiadomo kiedy minęło 30 minut!
                                                    Na koniec Stefan daje mu całuski-które naprawdę słychać! Cmok, cmok, cmok…
                                                    Ostatnie przytulenie, ostatnie ukochanie i… czas wyjść z wody! Wraca do nas
                                                    promieniujacy szczęściem. Nie pytam o nic-tylko go mocno przytulam….

                                                    Gdy trochę ochłonął zaczal opowiadac. Że są strasznie milutkie. Że mimo, iż
                                                    wydaja się gładkie-są lekko chropowate. Że jak płynął trzymając się za pletwy-
                                                    to nic nie widział, nie był w stanie oddychac! Woda zalewala go całego!
                                                    Ogolnie było super, ekstra, swietnie, rewelacyjnie, niesamowicie i chce
                                                    jeszcze :-) Zanim zdążyliśmy wyjść zaczepił nas facet od zdjęć i kamery. Chca
                                                    za jedno zdjęcie 14$ za półgodzinne DVD 250le. Zaczynamy się targowac, ale
                                                    nawet nie ma mowy! Oni są nieprzejednani! Rześ się zastanawia, a ja
                                                    mówie „bierz! To wspaniala pamiatka! Ja ci robiłam zdjęcia tylko z tamtego
                                                    brzegu, na kamere w ogóle niekręcilam! Bierz-i tak nigdy sobie nie kupujesz
                                                    zadnych pamiątek… nie zastanawiaj się, bierz!”
                                                    No i wziął. Wybrał sobie jedno zdjęcie na którym trzyma wygiętego slicznie
                                                    Stefana ;-) i zamówił DVD, które jeszcze dziś wieczorem ma być dostarczone do
                                                    hotelu. Wpłaciliśmy zaliczke i wyszliśmy.


                                                    Wychodzimy na zewnatrz. Tam zasiadamy pod parasolem i czekamy na show, które
                                                    odbedzie się za jakies 40 minut. Daje Radzikowi bułeczkę i pod jedna z dwóch
                                                    wielkich klatek w której są ptaszki i zolwie. Rozmawiamy z Tomkiem na temat
                                                    Delfinkow… dowiadujemy się, że pochodza z Rosyjskiej chodowli, urodzily się w
                                                    niewoli. Że są troszkę inne niz te delfinki, które zyja w Morzu Czerwonym. Na
                                                    wolności zyja średnio 15 lat (najczęściej umieraja na choroby skorne) a w
                                                    niewoli 40 (dba o nich caly sztab ludzi) Te w delfinarium maja po 7 lat więc
                                                    są jeszcze młodziutkie. Że uwielbiaja rybki, zabawe i kontakt z ludźmi… Że
                                                    delfinarium się rozbudowuje i będzie tu ogromna sala konferencyjna, gdzie będą
                                                    się odbywaly szkolenia i spotkania na temat delfinkow..

                                                    Już otwieraja wejście wiecwchodzimy… jak milo znowu tu być! Siadamy w pierwszym
                                                    rzedzie. Radunie się wspina na sama góre i tam zajmuje miejsce. Ludzi
                                                    niewiele… Kamera, aparat-w gotowości. I oto się zaczelao! Muzyka gra! Trenerzy
                                                    wbiegaja! (fajnie wyglądają w tych obcisłych strojach ;-) hihihihi) delfinki
                                                    skacza, przynosza piłeczki, tancza, machaja, śpiewają… mam gesia skore!
                                                    Niesamowity jest widok, gdy wyskakuja z wody-az mnie zatyka! Ludzie reaguja
                                                    entuzjastycznie, ciągle słychać „wow!!” „jeee!!” brawa, brawa, brawa…

                                                    Nagle trener daje jednej z suni pędzelek do pyska-i ta maluje na deseczce na
                                                    zolto… zmienia kolor, wsadza jej pędzelek do pyszczka-i teraz czas na kolor
                                                    czerwony… nastepnie niebieski-wyraznie widąć, jak rusza pyszczkiem! Niemożliwe!
                                                    Chwytam Rzesia za rękę „muszę mieć ten obraz!” Rześ odpowiada „może wystawia go
                                                    na licytacje, to sprobujemy go kupić” Niee…to za mało. Muszę go mieć! Muszę
                                                    mieć pewność, że wyjde z tym obrazem! Wspinam się po schodkach do Tomka (który
                                                    nie opuszcza zadneg show!) i pytam „Tomek, jak można kupić ten obraz?”
                                                    Odpowiada „wiesz co… nie wiem. Mam kilka starych w biurze… ale zaraz będzie
                                                    konkurs, jak Radzik się zgłosi to może wygra”
                                                    Konkurs? Już jestem przy Radziku i pytam czy wygra dla mamy ten obrazem „dobrze
                                                    mamuniu” odpowiada i schodzi że mna w dół. Siada obok i w tym momencie
                                                    prowadzacy pyta po ang „czy jest na widowni odważne dziecko?” Przykładam dłonie
                                                    do pleców Radka i szruuuuuuu-wypycham go na środek ;-)

                                                    Ten dzielnie chwyta pana za rękę.Na pytańie, które słyszy średnio 15 razy na
                                                    dobe ;-) „your name?„ sam już odpowiada „Radek” i przechodzi za oddzielony
                                                    teren. Tam zdejmuja mu klapki, bluzeczke i ubieraja kapok. W tym momencie
                                                    truchleje… przecież on nie umie pływać?? Już widze oczami przerażonej matki,
                                                    jak swoimi malymi raczkami musi chwytac je za pletwy, a potem w tej zburzonej
                                                    wodzie ledwo dopływa do brzegu… Rześ (znowu ;-) jakby czytal w moich myslach.
                                                    Obejmuje mnie i mówi „spokojniutko… nic mu się nie stanie!”

                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:33
                                                    Postanawiam nie dac poniesc się strachowi, biore gleboki oddech i patrze jak
                                                    moje dziecie drepta… Wsadzaja go do pontona, spuszczaja do basenu, wsadzaja
                                                    Stefanowi końcówkę liny przywiazana do pontonu do pyszczka i-moje dziecie niby
                                                    Posejdon plynie po wodzie za delfinkiem. Plynie tusz przy brzegu, powoli… dwie
                                                    sunie w niewielkiej odległości za nim –wyskakuja z wody i zanurzaja się,
                                                    wyskakuja-i zanurzaja… Dopłynął blisko widowni, w kolumnach pan wrzasnął „Panie
                                                    i Panowie-oto Radek!!!!” Raduś patrzy na widownie, jedna reka macha (gwiazda! ;-
                                                    ) i ma uśmiech od ucha do ucha! Szczerzy cale zabki w uśmiechu! Ludzie bije
                                                    brawo, niektórzy wstaja-a ja placze! Becze jak bobr! Moje dziecie! Moje kochane
                                                    syniatko! Jestem taka dumna…

                                                    Przepłynął caly basen w kółeczko. Teraz trener wyjmuje ponton, a delfinki
                                                    tracaja Radzia w plecy … Wyszedl, kucnal przy brzegu i -nie boi się! tylko
                                                    swoimi maleńkimi raczkami glaszcze je po pyszczkach, drapie Stefana po ogonku…
                                                    Nastepnie prowadzony za trenera odchodzi w bok-gdzie zostaje mu wreczony
                                                    obraz!!!!! Słychać westchnienie na widowni i barwa, nieustające brawa! Jeszcze
                                                    krok, dwa…już ubrany dreptusia do mnie~, a ja porywam go w ramiona i całuje, i
                                                    mówie, że jestem dumna, że go kocham i że bardzo mu dziekuje!
                                                    Radunik zadowolony bierze ode mnie cukierki i wraca na góre a ja-klade na
                                                    kolana obraz… obraz namalowany przez delfinka!!! Obraz, który wygral dla mnie
                                                    Mój Raduniek!!! Wspaniala pamiątkę… niesamowita!


                                                    Jeszcze kilka chwil, jeszcze kilka sztuczek i już 40 minutowe przedstawienie
                                                    dobiegło konca. Wskakujemy jeszcze na dół, gdzie można podziwiac te cudowne
                                                    ssaki pod powierzchnia wody… żegnamy się z nimi i z wielkim zalem-ale i radocia
                                                    wychodzimy na zewnatarz. Tam nas lapia znani już faceci od zdjęć i nagrywania.
                                                    Proponuja nam zdjęcia Radka… jak drapie delfinki, jak stal obok…zdjęcia są
                                                    śliczne! Już wybrałiśmy sobie jedno i sięgamy po portfel by wyjac 14$ gdy
                                                    słyszymy „nie, nie, nie… te zdjęcia możecie mieć za 28$ jedno” Nie… widze, jak
                                                    oczy się rzesiowi zmieniaja… przecież to już lekka przesada! Rześ pyta „Czy to
                                                    w porządku? Takie samo zdjęcie sprzedajecie za podwojna cene??” Myślę
                                                    sobie „teraz muszę się już targowac” i rzucam kwote 20$ za zdjęcie… i nagle
                                                    jestem oszolomiona! Facet śmieje mi się w twarz i mówi, że może mi sprzedac to
                                                    zdjęcie ale za 27,99$. Krew uderza mi do głowy… Co za bezczelne gnojki!
                                                    Wychodzimy postanawiając, że nie będziemy się nakręcać i rozpamiętywać tego.
                                                    Jeszcze wspólna fotka z Tomkiem…pozegnanie i do taksówki.
                                                    Rześ mnie przytula ”i co? Zadowolona??” Co to za pytańie! Właśnie niose pod
                                                    pacha obraz namalowany przez delfina… Przytulam Radzia „Tak. Jestem bardzo
                                                    szczęśliwa!”

                                                    I znowu ta gra z taksiarzem… koniec końców-wracamy jak zwykle za 10le do
                                                    Centrum i od razu idziemy do Grzesia z Aaba Sharm. Tam dowiadujemy się, że nie
                                                    ma szans na jutrzejsza Petre. Że caly samolot wykupiła grupa rosyjskich
                                                    dziennikarzy i koniec. Grześ nas pocieszą, obiecuje, że jeszcze zrobi co w jego
                                                    mocy…
                                                    Wracamy deptakiem do hotelu. Wszedzie słychać rosyjskie „zdrastwujtie”
                                                    i „pasmatri” :-/
                                                    Nagle jakis facet (jeden z wielu) wrecza mi ulote BP Tours Marine odnośnie
                                                    wycieczek… ja ja chowam w kieszen, ale Rześ mi ja zabiera i pokazuje „zobacz-
                                                    Petra samolotowa!”
                                                    Odwracamy się na piecie i pytamy, czy jest szansa na jutro-facet mówi , że
                                                    jest! Podszczypujemy się z radochy, zapominając o kamiennej twarzy w przypadku
                                                    zakupów u Egipcjan. Wchodzimy do biura. Siadamy i czekamy. Facet wykonuje
                                                    dziesiątki telefonow… rozmawia po arabsku, więc nie wiemy o co biega! Nagle
                                                    mówi nam, że tak-potwierdził, są miejsca w samolocie na jutrzejszy dzień!
                                                    HURRRAAA!!! Przechodzimy dwie uliczki dalej do innego biura i tam-znowu
                                                    telefony po arabsku (tym razem inny facet, ale jak to zazwyczaj jest w takich
                                                    biurach w Egipcie-obok siedzi dziesięciu innych facetów, każdy z telefonem w
                                                    reku ;-) Facet kolejny raz nam potwierdza. Tak. Jest jutro wyjazd do Petry, są
                                                    miejsca. Mówimy-super! Stawia warunek „muszę mieć całość teraz, bo jest już po
                                                    szesnastej, muszę wykupić Wam na jutro bilety itd.” Ok. Zotawiamy im 890$,
                                                    bierzemy pokwitowanie i wychodzimy…. Teraz idziemy dwa cmm nad ziemia! Cudownie!
                                                    Idziemy do hotelu, przebieramy się i biegniemy na plaże. Rześ bierze maske i
                                                    idzie popływać, Radzik bawi się na brzegu, gotuje w wiaderku zupke pomidorowa z
                                                    makaronek i jarzynowa z kluseczkami (widąć, że też już tęskni za domowym
                                                    jedzonkiem :-) Ja leże na leżaku i chwytam promienie, bo… zauważyłam, że
                                                    zaczynam się robić czerwono-brazowa! Jupi! Może w końcu się opale??

                                                    Czas milutko mija… jest przez 18ta i zaczyna się robić ciemno. Zbieramy się do
                                                    hotelu. Najpierw idziemy się przebrać-potem na kolacje. Wchodzimy do pokoju-a
                                                    tam na podłodze leży jakaś kartka… to faks jaki przyszedl do nas na adres
                                                    Hiltona… Czytam… i nie wierze. Daje go Rzesiowi, który potwierdza to co
                                                    zrozumiałam… Jest to faks, który informuje nas, że mamy czekac o 01:30 w nocy
                                                    przed hotelem, bo o tej godzinie ruszamy na wycieczke do Petry lodzia.
                                                    LODZIA??!!??!! Nie ma podpisu. Nie ma nic. Tylko numer tel. Burza mysli… może
                                                    to Grześ nam zatatwil Petre lodzia?? Ale nie. On by się kontaktowal
                                                    bezpośrednio… Więc o co chodzi?? Bo chyba nie BP Marine?? Więc smarujemy po ang
                                                    zapytańie o co chodzi?? Facet nam odpisuje „Boat Petra” . Więc my znowu
                                                    piszemy, że tak się nazywamy, że jesteśmy z tego hotelu i kompletnie nie
                                                    rozumiemu dlaczego dostaliśmy ten faks! Na końcu pytamy czy facet jest z biura
                                                    Marine. Odpisal „ Boat Petra” :-/. Tyle.

                                                    Nic to. Wychodzimy… ale nie na kolacje tylko do Centrum dowiedziec się o co
                                                    chodzi! W miedzy czasie dzwoni do nas Grześ z Aaba i mówi, że on nic nam nie
                                                    wysylam… pozostaje tylko to biuro, w którym byliśmy kilka godzin temu. Walimy
                                                    tam i pytamy czy ten faks jest od nich? Nie! Pytam-a czy znacie ten numer tele?
                                                    Tak! Dzwonią pod ten numer po arabsku coś gadaja, gadaja, gadaja… i po
                                                    półgodzinie dowiadujemy się, że nie ma Petry samolotowej, tylko jest
                                                    katamaranem do Akaby. Krew mi uderza do głowy… Rześ pokazuje ulotke i mówi, że
                                                    maja napisane wyraznie, że Petra samolotowa, za taka zapłaciliśmy i albo taka
                                                    będzie-albo maja nam oddac kase. Faceci się lekko tym co usłyszeli wkurzyli,
                                                    zaczeli coś do siebie gadac po arabsku i kazali przyjść za godzine. Lecimy do
                                                    Grzesia z Aaba. Ja patrze na zegarek… o zgrozo. Nigdy w to nie wierzyłam, ale
                                                    dziś jest 13sty!!!

                                                    Gadamy z Grzesiem. Okazuje się, że nie zna tego BP, mimo iż są kilka ulic obok.
                                                    Pocieszą nas i dzwoni…. Czas mija… Grześ częstuje nas kawa egipska, soczkiem i
                                                    dalej dzwoni.. okazuje się, że nikt nie słyszał o czyms takim… o katamaranie,
                                                    który by odpływał z Sharm i w 40 minut był w Akabie… Pytam”Co robić?” Grześ
                                                    mówi „musicie to DZIŚ rozwiązać” Musicie być twardzi. Twardsi od nich. Pocieszą
                                                    nas… wychodzimy. Jest taki opiekuńczy i troskliwy…
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:33
                                                    Wracamy wśród rosyjskiego gwaru do BP Marine. Nawet Radzik czuję, że coś jest
                                                    nie tak. Nie prosi o nic, nie zagaduje nas, w ciszy drepta cierpliwie obok… A
                                                    ja mówie „Albo dadza nam na pismie, to to jest samolot-albo dziś musimy
                                                    odzyskac kase. Bo jutro nam powiedza, że nie wstawiliśmy się na wycieczke i po
                                                    kasie!”
                                                    Wchodzimy. Już nas nie witaja tak jak kilka godzin wczesniej. Wrecz przeciwnie-
                                                    widąć, że nasza wizyta nie jest im na rękę. Siadamy…a Ci dzwonią, dzwonią,
                                                    dzwonią… Nie wytrzymuje i mówie „więc jaka jest odpowiedz? Mój syn jest głodny,
                                                    musimy wracać na kolacje!!” Jeden proponuje nam herbate… „Nie chcemy herbaty!
                                                    Jaka odpowiedz!!” Jakis podchodzi do Rzesia, traca go lokciem, mruga i
                                                    mówi „co, zona się zdenerwowala?? Ostrzach z niej” a Rześ „a żebyś wiedział! I
                                                    nie radze Ci z nią zaczynac!”

                                                    Po chwili, facet któremu wpłacaliśmy kase mówi nam, że nie jest to wycieczka
                                                    samolotowa, tylko katamaranem, że jest dużo lepsza. I może nam spuścić 100$.
                                                    Myślę sobie-Nie… teraz-to nawet gdyby to była wycieczka rakieta-to my już do
                                                    was nie mamy zaufania! Odpowiadam. „W folderze pisze, że samolotowa. Za taka
                                                    płaciliśmy. Nie ma jej. Więc zadamy zwrotu kasy” A facet wstal i zaczyna coś
                                                    mowic, że już dokonali rezerwacji, kupiłi bilety itd…. Gotuje się we mnie. Nie
                                                    dam się naciągnąć na ich matactwa! Rześ im coś tłumaczy a ja wrzeszcze ”gowno
                                                    mnie to obchodzi! 890$ macie nam oddac!” Chyba niepotrzebnie się uniosłam…w
                                                    końcu jesteśmy tu tylko my i ok. 12 arabow, którzy chyba nie przywykli, by
                                                    kobieta na nich krżyćzala, bo groznie na mnie patrza… ale mam to gdzieś! Mimo
                                                    iż w środku cala się trzese że zdenerwowania, zachowuje zimna twarz. W końcu
                                                    jeden z nich, który ciegle siedzi za biurkiem mówi „ok. oddamy wam kase. O 21
                                                    przyniesiemy do hotelu” Potwierdza to kilka krotnym „obiecuje, na pewno” Ok.
                                                    Wychodzimy
                                                    Idziemy deptakiem, nie rozmawiamy. Nagle Rześ mówi „Mysia. A jak przyniosa nam
                                                    mniej kasy albo co?? Lepiej jak odbierzemy to osobiście”
                                                    Wracamy do nich, są wyraznie wkurzeni naszym widokiem. Mówimy, że nie chcemy by
                                                    zostawiali to na recepcji, więc my po kase dziś po kolacji przyjdziemy. Facet
                                                    nam mówi „o 21. a jak się spóźnicie to Wam kasy nie dam” Se myślę „Ty gnojku.
                                                    To ja przyjde policja i będziesz miał przechlapane” Wracamy do Grzesia z Aaba i
                                                    wszystko opowiadamy. Uśmiecha się, oczy mu łagodnieją i mówi „spokojnie.
                                                    Oddadza Wam pieniadze. Jestem tego pewny. Idzcie zjeść spokojnie kolacje a
                                                    potem wróćcie na kawe”
                                                    Nie wiem, ale uspokoil mnie… Ten facet jest niesamowicie dobry…

                                                    Wracamy do hotelu. Żołądek mam ściśnięty, nie potrafie nic zjeść… Chłopcy coś
                                                    tam zjadaja, ale widze, że też bezsmaku. Jest przed 21… idziemy. Z ciezkim
                                                    sercem. Nogi jak z ołowiu. I jedna mysl „oddadza? Nie oddadza?”
                                                    Jeszcze kilka metrow… już ich widąć… już wchodzimy… jest 21:10. Jak nas
                                                    zobaczyłi-odwrocili się plecami i tylko zerkaja groznie…widąć, że są zli jak
                                                    cholera. Podchodzi do nas facet, ktoremy wpłacaliśmy pieniadze i wrecza nam
                                                    plik banknotow… przeliczam…100, 200, 300… 890$. Zgadza się. Daje plik Rzesiowi,
                                                    który też przelicza. Jest ok. Nie żegnając się wychodzimy… Euforia nas
                                                    wypelnia! Wygraliśmy! Oddali nam kase! Unosimy się na wyzyny radochy, by po
                                                    chwili z nich spaść-no tak. Ale do Petry nie pojedziemy?
                                                    Idziemy do biura Aaba i tam razem świętujemy szczesliwe zakończenie problemow…
                                                    tylko ta Petra… jest mi smutno… to jest marzenie Rzesia odkąd zobaczył „Indiana
                                                    Jones”… Rozumie, że jazda autokarem jest trochę bezsensu, ale może jednak? Rześ
                                                    się uśmiecha…mówi trudno. Nic to. Może nastepnym razem?

                                                    Żegnamy się z Grzesiem i wracamy do hotelu. Mam już dość tych rosyjskich pytań!
                                                    Jestem zla, że Petra nie wypalila… Grześ lagodzi nerwy wspominając, jak Raduś
                                                    wygral obrazek… to znowu mi się przypomina jak to chcieli nam łaskawie spuścić
                                                    jednego centa! Jestem wkurzona… Nic tylko sen może nas uratowac… po drodze Rześ
                                                    sobie kupuje Heinekena. Zatrzymujemy się jeszcze przy placu zabaw. Niech
                                                    maluszek się troszkę pobawi… przez ostatnie kilka godzin był w stresie jak my…
                                                    Biedulek. Teraz już radosnie bryka, wspina się i uśmiecha. Wracamy na recepcje,
                                                    by odebrać DVD z plywania Rzesia. Jest. No! W końcu coś pozytywnego. NIE! To
                                                    nie DVD! Na okladce i na plycie wprawdzie pisze, że to DVD ale oryginalny
                                                    nadruk, wokół dziurki informuje nas, że jest to Video CD! NIEMOGE! Niech ten
                                                    dzień się skonczy! Mam dosyć!

                                                    Wracamy do hotelu, Rześ rzuca plyte w kat, ja robie kawe, herbate… Cala trojka
                                                    wskakujemy pod kołdrę i oglądamy po arabsku Myszke Miki na cartoon network.
                                                    Wtulam się w Rzesia… przytulam Radzika i pociesząm się… jak na tyle dni pobytu
                                                    w Egipcie znając mentalność Arabow to i tak dobrze, że dopiero teraz się coś
                                                    posypalo… Tylko-dlaczego Petra?
                                                    Pierwszy raz w życiu zasypiam w Egipcie smutna… bardzo smutna. I zla. Dlaczego
                                                    wypalily moje marzenia? Na wlasna rękę Luksor, Asuan, Kair… a nie wypalilo
                                                    jedno-jedyne marzenie Rzesia-Petra ;-(

                                                    Czuję cieplo przytulonych chłopaków, słyszę bicie serca Rzesia i zasypiam… To
                                                    był wspanialy dzień, tylko koncowka się śpięrdzielila ;-(
                                                    14. 10. 2005 (piatek) dzień 17

                                                    Wstaliśmy dziś późno, ok. 10… i pierwsza mysl „właśnie o tej godzinie
                                                    mielismy
                                                    być już w Petrze” ;-(
                                                    Echhh….

                                                    Nic to. Glowa do gory. W końcu jesteśmy w Egipcie :-)
                                                    Zabieramy olejki, karty na reczniki, zabawki itd. i idziemy na śniadanie, a
                                                    potem na plaże. Słoneczko niezle grzeje… a w Polsce podobno już chlodno
                                                    (znaczy się, nie ma pogody na opalanie ;-)

                                                    Zajmujemy lezaki pomiedzy plaża, a placem zabaw (z wiadomych względów ;-)
                                                    Kremujemy się i postanawiamy, że idziemy pomocżyć się w morzu. Krok do przodu-i
                                                    wyskok w tyl! Wow! Ale piasek goracy! Więc zaczyna się… polowanie na odrobine
                                                    cienia, by nie poparżyć stop ;-) Hops-hops-hops-hops… kicamy od cienia do
                                                    cienia az wreszcie stajemy na mokrym, chlodnym piasku :-)
                                                    Grześ ubiera maske i idzie snorkelingowac. Ja siadam do pasa w cieplutkiej
                                                    wodzie, ramiona odrzucam do tyłu, zamykam oczy i biore gleboki wdech… pluca
                                                    pelne egipskiego, słodkiego powietrza :-)
                                                    Raduś rozklada wiaderko z zabawkami i zanurza się w swoim wyimaginowanym,
                                                    cudownym dziecięcym swiecie. Obserwuje Go-siedzi na brzegu morza, jeglo tłuste
                                                    lapeczki grzebia w mokrym piasku, pod noskiem sobie nuci „My jesteśmy
                                                    krasnoludki…”, a na „hop są są-hop są są” pupcia mu na piasku
                                                    podskakuje i
                                                    chlupocze w wodzie :-)
                                                    Wystawiam twarz do słoneczka…. Mimo iż mam oczy zamknięte i tak mnie razi!
                                                    Czuję na calym ciele ogromne cieplo, które przyjemnie mnie oblewa…-jakbym
                                                    siedziała w piekarniku :-) macham sobie stopami w cieplej wodzie i czuję się
                                                    szczęśliwa… Już nie pamiętam o wczorajsżyćh problemach, o niewydarzonej
                                                    Petrze. O w tym momencie to jest nieważne, malostkowe… Liczy się to, że
                                                    właśnie leże na przepieknej plaży, wśród palm, słoneczko grzeje, fale
                                                    przyjemnie uderzaja o me cialo… Że jesteśmy tu razem, cala rodzinka…
                                                    Otwieram oczy i patrze w prawo-w lewo-za siebie… Tu jest jak na folderach
                                                    reklamowych!

                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:34
                                                    Grześ właśnie podpływa do brzegu i pokazuje mi paluszkiem, żebym była cicho.
                                                    Chce przestrasżyć Radusia wynurzając się nagle w masce i fajce… Ale to Raduś
                                                    jest szybszy! Zobaczył go i wrzasnął „tatus!” no i podstep się nie udal ;-)
                                                    Pytam „może zbudujecie zamek z piasku?” Raduś na to „a może zbudujemy
                                                    piramide?” – mój synek :-)
                                                    Więc chłopaki biora się do pracy, a ja klade się na brzegu dajac się przesuwac
                                                    wodzie… cieplutko… ciepluteńko…

                                                    Jest! Przepiekna piramidą! Lece po aparat i cykam fotki chłopakom, którzy
                                                    dumnie pozuja do zdjęć. Piramidą wyszla naprawdę super! Nawet spacerujący
                                                    ludzie uśmiechają się i w roznych jezykach swiata ja komentuja (jak myślę,
                                                    pozytywnie :-) Teraz nadszedł czas na najlepsze-rozwalenie piramidy! Raduś jak
                                                    dziki rzuca się na jej czubek, przygniata brzuszkiem i stara się ja
                                                    rozwałkować, potem siada na niej okrakiem i podrzuca jej kawalki wysoko nad
                                                    siebie! Ale ma frajde ;-)

                                                    I tak nam minal czas… Chcialismy jeszcze zostac, ale kaszel który Radzis ma od
                                                    wczoraj nasilil się. Trzeba isc do apteki. Zbieramy się do pokoju, zahaczajac
                                                    jeszcze na chwilke o plac zabaw (czytaj. Na godzine ;-)
                                                    Dreptamy do apteki, a ja dedukuje w głowie „jak powiedziec farmaceucie, że chce
                                                    syrop na suchy kaszel?” Już wiem! Wchodzimy do apteki, witamy się i mówie do
                                                    Radzika „Radusiu-zakaslaj” i pan już wiedział o co chodzi ;-) Dal nam syrop
                                                    za
                                                    18le i wyszliśmy. Od razu w hotelu dostal pierwsza dawke i już widąć poprawe!

                                                    Wracamy na plaże. Tym razem zamierzamy isc na spacer wzdłuż brzegu morza…. Więc
                                                    sobie dreptamy cala rodzinka, trzymamy się za rece… gonimy… chłapiemy
                                                    woda…
                                                    chichramy… jest cudnie! W końcu nie wytrzymuje i zaczynam zbierac muszęlki….

                                                    Oplukuje je w wodzie i sciskam w piastce… i ciągle znajduje nowe, i znowu…
                                                    sama
                                                    nie wiem po co to robie?? To jakis chory nawyk-jak jestem na plaży to zaraz
                                                    zbieram muszęlki. Mimo iż wiem, że ich nie wywioze, tylko z zalem zostawie na
                                                    balkonie… tak jak za każdym razem. Nic to. Widocznie tak już mam, że muszę je
                                                    zbierac ;-)
                                                    Czas milutko mija… nawet nie wiemy, kiedy minal caly dzień! I już jest 18 i już
                                                    jest ciemno… wracamy na kolacje. Po kolacji spacer… oczywiście, że zewszad
                                                    zaczepiaja nas po rosyjsku-już nie mam czasu ani ochoty im tłumacżyć…
                                                    Przysiadamy na jednej z wielku kanap i zamawiamy nasz ulubiony soczek… i
                                                    obserwujemy deptak i ludzi na nich… Pierwsza mysl „jakie niezliczone ilości
                                                    par
                                                    bialo-brazowych tu drepta!” Druga mysl „cicho bądź, to nie Twój
                                                    interes”
                                                    Radzik znalazł kawalek patyka (wow, w Egipcie-kawalek patyka??!!??!!) i walczy
                                                    z fotelem. My wtuleni delektujemy się soczkiem. Qrcze… uswiadamiam sobie, że
                                                    jeszcze 4 dni i wylatujemy do domu! Niemożliwe… przecież dopiero tu
                                                    przylecieliśmy! Zaczynamy z Rzesiem wspominac „a pamiętasz jak rok temu w
                                                    Luksorze…” ‘no, a teraz w Kairze…”
                                                    Hehehe… jesteśmy w Egipcie i gadamy o Egipcie-to się nazywa zboczenie ;-)

                                                    Wracamy do hotelu, gdzie standardowo już chłopaki wskakuja pod kołderkę, ja
                                                    parze kawe-herbate, daje syrop Radusiowi, plaster Rzesiowi (ciągle mu się
                                                    otwiera ta rana po rafie) i kładziemy się spać…Jeszcze rzut oka na oparty o
                                                    sciane obrazek namalowany przez delfinki i sen… spokojny sen…

                                                    15. 10. 2005 (sobota) dzień 18

                                                    Przy sniadaniu myślę sobie (znowu) „gdybym miała w ten sposób spędzać wczasy-to
                                                    bym umarla” Już mam dosyć po wczorajszym dniu na plaży… a dziś zapowiada się
                                                    identyczny dzień.

                                                    Właśnie dostalam sms od mojej „siostruni” Elci. Niby zwyczajny sms jakich
                                                    dostaje się wiele ale… zaintrygowalo mnie jedno pytańie „chce już Wam się
                                                    wracać?” Hmmm… Patrze na Grzesia „Tak, on już chce wracać. Już tęskni za
                                                    bebnami, już zaczyna myśleć o pracy, już tęskni za naszym domkiem… Zobaczył
                                                    wiele, przeżył wiele… Araby nadal Go wkurzaja… Jest już opalony, wypoczęty…Tak.
                                                    On chce wracać”
                                                    Zerkam na Radzika, który smacznie palaszuje czwartego naleśnika i jak zwykle
                                                    macha zwisającymi z krzesełka nozkami :-) „Radzik… Czy chce wracać? Z jednej
                                                    strony wiem, że tęskni za dziadkami, za dziewczyna (tak, tak-Ulcia. Ukochana,
                                                    która czeka w przedszkolu :-) Że tęskni za zabawkami, za zupka pomidorowa z
                                                    makaronem ;-)… z drugiej strony-swietnie się bawi! Uwielbia zwiedzanie,
                                                    spacery, plaże, basen…BA! Z basenu trudno go wogóle wyciagnac! Sama nie wiem…”
                                                    A ja? Odpowiedz jest jedna-NIE! Nie chce wracać! Ja bym mogla jeszcze dziś
                                                    zaczac od nowa zwiedzanie… mogłabym teraz wsiąść w autokar i jechać do Kairu,
                                                    potem do Luksoru, Asuanu… Nie. Nie chce wracać! Chce opuścić Sharm-ale nie
                                                    Egipt! Nie mówie, że nie tęsknie za domkiem i swoja podusia ;-) ale nie chce
                                                    wracać… nie ciągnie mnie do Polski wogóle. Uwielbiam czuć ten suchy, cieply
                                                    wiatr na sobie… kocham zapach słodkiej, suchej pustyni… słońce, które w Polsce
                                                    nigdy tak nie swieci… spacery, sok z limonek, zapach jabłkowego tytoniu,
                                                    otaczajaca zwszad muzyke arabska-która zupełnie inaczej brzmi w domu, uwielbiam
                                                    patrzeć na różnokolorówe morze, na przepiekne gory na Synaju… nie wsporne już o
                                                    Gornym Egipcie! Ech… NIE! Nie chce wracać!

                                                    Grześ wyrywa mnie z zadumy pytańiem „Co dziś robimy Myszko”, a ja na wpol
                                                    zamyslona odpaliłam „jedziemy do Luksoru?”
                                                    On myślał, że żartuje. A ja pytałam serio…

                                                    Zbieramy zwloki i idziemy do pokoju. Postanawiamy, że pójdziemy na plaże, a
                                                    potem się zobaczy. Niepokoi mnie fakt, że Ci z Delfinarium nie odpisuja… Qrcze.
                                                    Będzie trzeba tam jechać i za to Video CD ich porzadnie śpięrdzielic…

                                                    Bierzemy karty i dreptamy… rozkladamy się nalezakach, i już mamy wczorajsza
                                                    metoda „z cienia w cien” isc do morza gry… szok! Przy pomoscie, który znajduje
                                                    się przy plaży, faceci zmieniali (chyba) jakis smar czy co w silniku czy gdzieś
                                                    tam… nie znam się. W każdym razie-przepiekna, blyszczaca plama czegos
                                                    śmierdzącego unosi się na wodzie… pieknie :-\

                                                    Biore Radzika i ide z nim na plac zabaw. Raduś się schowal w plastikowym domku
                                                    i bawi się, że broni zamku ;-) a sobie myślę „może się pobujam??” Pakuje zadek
                                                    na siedzisko-HA! Nawet się zmieściłam ;-) hihiih… O NIE! Wyskakuje jak
                                                    proca „jaki ten plastik nagrzany!” Mało a bym sobie pupcie ;-) spazyla ;-)

                                                    Wracamy do Rzesia i ustalamy, że dziś skoczymy do Starego Sharm na jakies
                                                    zakupy. A wczesniej do Grzesia z Aaba umowic się co do jutrzejszego wyjazdu na
                                                    quady.
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:35
                                                    Tlusta plama sobie odpłynęła, więc postanawiamy isc do morza. Nawet jak coś z
                                                    tego syfu tam zostalo-nie boimy się. W końcu jesteśmy że Slaska ;-) więc
                                                    jesteśmy zakonserwowani ;-)
                                                    Biore z soba bulke, by pokarmic baraszkującego Radzika. Więc siedzę na pomoscie
                                                    i karmie go. Nagle-kawaleczek bułki wpadl mi do wody. Małe rybki, które pływają
                                                    przy brzegu, zaraz się nią zainteresowaly. Zaczely się kotłować i włazić
                                                    (wpływać? ;-) jedna na druga. Więc wrzuciłam im jeszcze jeden kawalek, i
                                                    jeszcze… gdy wtem spod pomosty wypłynęły prawdziwe cuda! Ogromne, wieksze niż
                                                    moja dłoń ryby! Dwie zolte z czarnymi paskami, jedna błękitno-fioletowa i
                                                    jedna z takim smiesznym ogonkiem. Wow! Od ręki poszła cala buła i jeszcze dwie
                                                    które miałam w torbie ;-) Niesamowite… Pół plaży się biegło i podziwialo.
                                                    Obserwowałam je i doszlam do wniosku, że one mieszkaja pod pomostem! Ciekawe,
                                                    czy jutro też będą…

                                                    Czas na plaży strrrrasznie się ciągnie. Więc nudząc się, wychodzi że mnie
                                                    wredna strona babskiej natury i… zaczynam komentowac „patrz, ale ta wygląda w
                                                    tym stroju” „a ta? Taka brazowa a jeszcze na słońcu leży” „ zobacz tam…” w
                                                    końcu Rześ nie wytrzymuje i podnosząc się mówi „wiesz co? Jednak opalanie
                                                    naprawdę Ci nie sluzy. Chodzmy stad ;-)” ehheehhehe

                                                    Więc wracamy do hotelu. Ja ide do pokoju a chłopcy leca na basen.
                                                    Robie sobie mocna, słodka herbatke, klade się na lozku i-czytam przewodnik po
                                                    Egipcie. O! Nie wiedziałam, że na Synaju są pozostałości po starożytnych? Jest
                                                    swiatynia pozostawiona przez robotnikow wydobywających tu cenny kruszec dla
                                                    faraona. Hmmm… może nastepnym razem uda się ja odwiedzic??

                                                    Chłopcy wracaja-rozentuzjazmowani! Krżyćza coś od progu jeden przez drugiego,
                                                    wpadaja mokrzy na łóżko, rzucaja się na mnie i mnie sciskaja… co jest?? Nie
                                                    wiem kompletnie o co im chodzi! W końcu Raduś skacząc po lozku
                                                    wykrzuknal „Mamuniu! Przepłynąłem do tatusia bez rękawków!!! I w dodatku nie
                                                    boje się skakac do wody!!!” Niemożliwe! Grześ przytakuje glowa i ma łzy w
                                                    oczach… Muszę to zobacżyć! Wszyscy wybiegamy w pokoju i pedem na basen.
                                                    Wpadamy, chłopcy wchodza do wody. Rześ stawia Radzia na brzegu basenu i ten-
                                                    hops do wody! Zanurza się i po sekundzie wyplywa, Rześ go chwyta a ja na brzegu
                                                    skacze i bije brawo jak oszalala! Super, że przełamał lek przed woda! SUPER!
                                                    Ale to nie koniec. Rzesio stawia Radzika na płyciźnie i cofa się metr do tyłu.
                                                    Radzik krok za krokiem wchodzi do wody… ostrożnie, delikatnie… wie, że to wazny
                                                    moment… nawet nie wiem kiedy napinam z nerwow cale cialo, dłonie sciskam do
                                                    czerwoności, są cale spocone… Moje małeństwo… Czy da rade?? Cala drze-a jak mu
                                                    się nie uda? Wiem, że Rześ Go w pore złapie… Już zanurza się po pupcie… po
                                                    szyje… przestaje oddcychac…i nagle-raczki zaczynaja machac, nozki… trochę
                                                    nieporadnie-ale plynie! Przemieszcza się do Rzesia! Bez rękawków! Pieknie,
                                                    pieknie plynie! Jestem wniebowzieta! Dumna! Nauczyl się pływać! I to w Egipcie!
                                                    Wspaniale! Moje Słodkie Radziatko!Moj pięciolatek plywa!
                                                    Radzik wyszedl z wody i do mnie biegnie z wyciągniętymi raczkami, a Rześ
                                                    krżyćzy „Myszko, nie placz!” :-)

                                                    Trzeba to jakos uczcic. Wracamy do pokoju i pytam Radzia „Kochanie. Na co masz
                                                    ochote? Co chcesz robić? To Twój Wielki Dzień! Twoje I Nasze Święto! Jesteśmy
                                                    tak bardzo dumni z Ciebie. Postaramy się spełnić kazde żyćzenie!” a Raduś „Chce
                                                    coś z szuflady i zjeść to tułając się z Wami pod kołdra i oglądając bajeczki” ;-
                                                    ) Normalnie rozpłynęłam się… stalam się miekka i slaba… rozbroil mnie… Ja
                                                    myślałam, że zazada Bog jeden wie czego-a on chce zjeść coś słodkiego i
                                                    oglądając bajki przytulac się do nas… ;-) Uwielbiam Go…

                                                    Niestety. Okazało się, że podczas tego tulania… oboje z Rzesiem zasnęliśmy…
                                                    hihihi… Właśnie się obudziliśmy i zaspanym wzrokiem, patrzac na siebie
                                                    wybuchamy smiechem… Radzik był tak zapatrzony w bajki, że nawet nie zauważył!

                                                    Jest 18. Zbieramy się na kolacje a potem na zakupy i do Aaba Sharm. Zjadamy i
                                                    wychodząc przed hotel łapiemy busa. Wsiadamy i lokujemy się z tyłu. W środku
                                                    sami miejscowi. Wkurzam się na Maksa, widzac jak się gapia na mnie-do cholery,
                                                    czy nie widza, że obok siedzi mój mąż i dziecko? Są obrzydliwi…


                                                    Wysiadamy przy Old Market zostawiając kierowcy za kurs 3le. I wchodzimy. Wielu
                                                    porównuje to do Hurghady i… chyba coś w tym jest. Rześ mnie pyta „Miśka, wiemy
                                                    co stad chcemy?” ja „nooo… pamiątki jakies ;-)” heheheheeh No bo tak… mamy już
                                                    w domu szisze, papirusy, kubki…KUBKI! Tak! Kupimy kubki. Tych nigdy nie za
                                                    wiele ;-) I talerz jakis ozdobny. Aha! No i znajomym przyprawy. I kartusz…
                                                    chciałabym kartusz… Koniec myślęnia-idziemy. Wchodzimy do sklepu-„ile za ten
                                                    talerz?” Odp.”150 le”. Heheheeheh Żartowniś ;-) Kolejny sklep -„ile za ten
                                                    talerz?” Odp.”160 le”. Błahahaha… pogłupieli?? Nie dam wiecej niż 30le! To i
                                                    tak za dużo. Kolejny sklep i kolejny… o! Tu jest talerz, jaki mi się bardzo
                                                    podoba. „Ile?” „150le” Zaczynamy gre… targowanie, poklepywanie, uśmiechy,
                                                    wywalanie oczu, chwytanie się za głowe, wychodzenie-wracanie… w końcu facet
                                                    mówi „40le” Ja obstawiam przy swoim „30le” A ten kleka-łapie się za cerce i
                                                    wola, że przysiega na Allacha, że on to kupuje po 35le, więc nie może nam
                                                    sprzedac taniej. Odpowiadam „ok.Sorry. Bye” A ten „ok.,bierzcie za 30le”
                                                    hehehehehe. I jak tu ufac Arabom??

                                                    Lazimy sobie po bazarze i kupujemy różne rzeczy… Raduś mnie ciągnie za raczke
                                                    i mówi „mamuniu, chciałbym coś przywieźć z Egiptu mojej dziewczynie Uli” Moja
                                                    pierwsza mysl „jaki On jest kochany. Nie mysli o sobie, że On coś chce-tylko o
                                                    kims… o Uli :-)” Oczywiście, że musisz jej coś kupić… coś wybierzemy. Niestety-
                                                    nic Radziowi ciekawego nie wpadlo w oczka-więc postanowimy, że kupimy w innym
                                                    miejscu.
                                                    Dziwimy się, jak wielu ludzi przepłaca! No, ale czy my za pierwszym razem też
                                                    tak do konca umieliśmy się targowac? Pewnie, że nie! W końcu znuzeni wsiadamy w
                                                    busa i wracamy. I znowu siadamy z tyłu a dookoła sami miejscowi. Jeden mnie
                                                    znowu zapytal, czy jestem Rosjanka. Więc wkurzona (a jednak nadal mnie to
                                                    rusza :-| ) odpowiadam, że NIE! A ten mi na to „Ej. Nie denerwuj się, tylko się
                                                    ciesz, że Cie biora za rosjanke. Bo w Egipcie Rosjanki są szanowane, są uwazane
                                                    za najmądrzejsze z wszystkich dziewczyn-są mądrzejsze od Polek, Czeszek.”
                                                    Przerywam mu „dlaczego?”
                                                    A ten „Bo one wiedza czego chca. Polki, Czeszki oczekuja od Egipcjan
                                                    komplementow, mowienia o miłości., a Polki wrecz pytaja „przyjedziesz do mnie?
                                                    Mogę przyjechac do Ciebie? Przedstawisz mnie swojej rodzinie? Zamieszkamy
                                                    razem? „Polski są najgłupsze! A Rosjanki wiedza czego chca-seksu z nami i po to
                                                    przyjeżdżają. Nie potrzebuja tych wszystkich głupot. Wiedza, że jesteśmy
                                                    swietni w lozku i po to przyjeżdżają, przywoza nam nawet prezenty. A Polki-
                                                    wymagaja, żeby mowic o miłości, placic za nie w restauracjach i zabiegac o nie
                                                    w nieskończoność… a potem jeszcze zanudzaja sms-ami i oczekuja, że są tymi
                                                    jedynymi. Więc ciesz się, że Cie biora za Rosjanke-Rosjanki są w Egipcie
                                                    szanowane i cenione, są madre”
                                                    Qrwa. Szczeka mi opadła. Nie wiedziałam co odpowiedziec! Na szczęście bus się
                                                    zatrzymal i koles wysiadl. Za to wsiadły dwie Rosjanki. Zapytaly „ile za kurs
                                                    do Centrum?” Kierowca odpowiedział „5le od osoby” Odpowiedzialy „super” i
                                                    zadowolone wsiadły. Przejechaly że 3km, i już wysiadaly-bo to było Centrum, a
                                                    my z nimi. My z
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:36
                                                    My zapłaciliśmy za 3 osoby 3le a one za 2 osoby 10 le… Rosjanki są
                                                    mądrzejsze?? ;-)

                                                    Idziemy do Aaba Sharm. Niezauwazam już kiczu na ulicy więc… chyba zaczynam się
                                                    przyzwyczajac ;-) Wchodzimy do biura gdzie od progu wita nas usciskiem w swych
                                                    potężnych ramionach Grześ. I od razu pyta „czego się napijecie?” Odmawiamy, bo
                                                    już jest późno i trochę się śpięszymy… Chłopcy z Aaba na widok Radka krzacza po
                                                    Polsku „chodu!” i zaczynaja wallke z już rozognionym i gotowym do starcia
                                                    Radzikiem ;-)
                                                    Pytamy o jutrzejsze quady. Dogadujemy się, że ja pojadę sama z Rześ z Radziem
                                                    na drugim. I mamy być o 08:00 przed Hotelem. Ok. Żegnamy się i wracamy do
                                                    hotelu…
                                                    Idziemy, idziemy-a do mnie nagle dociera, że Radzik nie kaszle! Qrcze. Ale
                                                    skuteczny ten syrop! Proszę… kolejna dobra nowina :-)

                                                    Wchodzimy do hotelu a Pan z recepcji podbiega i prosi, byśmy z nim szli. Więc
                                                    idziemy. Okazało się, że byli z Dolphinella i zostawili dla Rzesia DVD i
                                                    oryginalna kasete VHS.WOW. Unieśli się honorem i dali to i to. Super :-)
                                                    Kolejna wspaniala nowina :-)

                                                    Wchodzimy do pokoju i-standard. Herbatka… tulaki… spanie…



                                                    16. 10. 2005 (niedziela) dzień 19
                                                    Dziś wstaliśmy że swietnymi humorami-znowu coś się dzieje :-) Spakowaliśmy
                                                    plecak w same najistotniejsze rzeczy, ponieważ Grzegorz powiedział, że na
                                                    quadach będziemy to wszystko caly czas z oba targać. Więc jest balsam, woda,
                                                    buleczka i „coś z szuflady ;-)” dla Radzia, są chustki, okulary i maska z fajka
                                                    dla Rzesia. Dodatkowo zabrałam aparat, ktory że względu na swe rozmiary już się
                                                    nie zmieścił do plecaka, więc miałam go targać ja :-)

                                                    Zjedliśmy śniadanko i czekamy o 8 przed hotelem. I oczywiście-co kilka sekund
                                                    zatrzymuja się namolne taksówki. Słoneczko już niezle grzeje… Po chwili
                                                    podjechal busik, w którym była już jakaś para, oddalismy vouchery i wsiadamy.
                                                    Lecz nie siedzimy! ;-) Jesteśmy tak naladowani oczekiwaniem i napieciem
                                                    związanym z majaca nadejść lada moment-przygoda-że nas nosi!! Nie możemy
                                                    usiedzieć!
                                                    Kocham ten stan. Kiedy oczekuje, że coś się wydarzy, kiedy adrenalina rosnie,
                                                    kiedy moje cale cialo skupione jest na jednym…
                                                    Raduniek trzyma się za przednie oparcie i podskakujac w miejscu :-) wola „juhu!
                                                    Jedziemy na motory! Hurra! Jedziemy na wyprawe!!” :-)
                                                    W końcu zajeżdżamy na miejsce-a tam-same motorki czterokolowe! Masa motorow!
                                                    Niebieskie, czerwone… Stoja pieknie ustawione w rzedzie.
                                                    Z poznanymi w busie ludźmi, sympatycznymi łodzianami wychodzimy i udajemy się
                                                    za przewodnikiem. Przedstawia nas dwum Egipcjanom, którzy również z nami pojada.

                                                    Zostaja nam przydzielone motorki-wszystkie czerwone Hondy. Radzik troszkę kręci
                                                    noskiem, bo chciałby jechać na niebieskim (to jego najulubienszy kolor :-) Są
                                                    to automaty. Dodaje się gazu poprzez ciągle trzymanie prżyćisku prawym kciukiem
                                                    lub naciskanie go-w celu przyśpięszenia. Hamuje się jak na rowerze-raczkami
                                                    przy kierownicy. Muszę przyznac, że są dosyć szerokie i siedzi się w niezłym
                                                    rozkroku. Jeden z nich mnie pyta „jestes dobrym kierowca?” a ja „nieeeee”. No
                                                    bo co mam powiedziec-pierwszy raz będę jechać na czyms takim!

                                                    Rześ z przodu, miedzy spojlerem a kierownica umieszcza plecak. Nastepnie bierze
                                                    na siedzęnie przed soba Radusia i wygodnie dopasowuja się do siebie :-) Ja
                                                    przewieszam przez ramie i plecy aparat i umieszczam za soba-fakt, jest w dosyć
                                                    szczelnym pokrowcu, ale wole uważać i jak najmniej narażać go na pył. Ubieramy
                                                    okulary, chłopaki z ekipy pomagaja niektórym wiazac chusty na twarzy. Ja
                                                    zabrałam sobie moja ukochana, biala chuste, która sobie kupiłam rok temu w
                                                    drodze do Abu Simbel. Jest dosyć duza, więc zostaje opatulona nią bardzo
                                                    szczelnie-lacznie z włosami. Grześ i Radzio zrobili sobie chusty z podkoszulkow
                                                    (po prostu potargali swoje jakies niepotrzebne podkoszulki) i teraz wiaza sobie
                                                    to na twarzy i nosie.

                                                    Jeszcze krotkie ustałenie zasad. Jedziemy w odstępach co najmniej 5 metrowych.
                                                    Co jakis czas Egipcjanie z przodu będą podnosic podczas jazdy kciuk do gory-
                                                    jeżeli u każdego będzie wszystko ok.-też ma podnieść kciuk. Mamy się stosowac
                                                    do znakow jakie będą nam dawac-czyli, jeżeli taki gest-to znaczy zwolnic…taki
                                                    szybciej… taki-blizej pobocza itd.

                                                    Więc na pierwszym motorze siedzi dwuch Egipcjan. Na drugim para z Łodzi. Na
                                                    trzecim Grzesio z Radzikiem. Na czwartym ja. Jest jeszcze jeden motor crossowy
                                                    na którym pojedzie nasz przewodnik.

                                                    Kciuki do gory i-jazda! Pieknie wyjeżdżamy prosto przez brame po czym wszyscy
                                                    skręcają w prawo-a ja jade prosto! Zatrzymali się. Patrza. Więc ja dodaje gazu,
                                                    chce skręcić w prawo-do nich, ale… jade w lewo! Co jest?? Dlaczego ta piekielna
                                                    maszyna mnie nie slucha?? Zerkam na nich-i widze jak wielce są zdziwieni. Facet
                                                    na crossie podjechal i mnie pyta czy wszystko w porządku i czy sobie poradze.
                                                    Ja na to „oczywiście!” Krżyćzy do nich coś po arabsku i odjezdza, ja naciskam
                                                    gaz i-jade w dół! Cholera! Nie mogę nad tym zapanowac! Raduś krżyćzy „mamuniu,
                                                    tu jedziemy!” hehehe… latwo powiedziec ;-)

                                                    Podjeżdżają Ci na czterokołowcu i proponuja, że jeden z nich pojedzie za mna.
                                                    Tlumacza, że to dluga trasa i potem już nie będzie odwrotu! Ja im na to „ok.
                                                    spokojnie, poradze sobie” Pytaja Rzesia „może ja namowisz, by ktoś z nią
                                                    jechal?” Rześ patrzy na mnie, uśmiecha się do mnie, a im odpowiada „Nie.
                                                    Poradzi sobie, to twarda kobieta” :-)
                                                    Kocham Go za to, jak wbrew wszystkiemu-zawsze wierzy we mnie. Mobilizuje mnie
                                                    to.Krotkie zastanowienie i… już wiem! Ja po prostu nie panuje nad kierownica!
                                                    Wystarczy kamien, ubita grudka ziemi-i odbija mi kierownice i jade w cholere!
                                                    NIE! Kto tu rzadzi?? ;-> Zbieram się w sobie, zaciskam mocniej dłonie na
                                                    kierownicy, wzrok skupiony, cale cialo napiete-kciuk w góre-naciskam gaz i-
                                                    pieknie nawracam i ustawiam się za nimi w rzedzie! Udało się! HA! Końcu wiem o
                                                    co w tym chodzi.

                                                    Jedziemy. Ubita droga przez pustynie. Zostawiamy za soba domostwa zaczynamy
                                                    wjeżdżać w gory. Facet na crossie robi za zwiadowce. Objezdza nas i patrzy czy
                                                    wszystko ok., potem gna do przodu, sprawdza droge, wraca itd. Musz przyznac-
                                                    niezle sobie radzi! Momentami tak podskakuje na wydmach, że az caly motor przez
                                                    chwilę leci w powietrzu.!

                                                    Nagle drugi facet na quadzie podnosi się i daje znak, żeby zwolnik-patrze-a
                                                    przed nami spore wzniesienie-wjazd na droge. Mmm… Nie boje się! Dam rade!
                                                    Pieknie ;-) pokonuje wzniesienie u jade poboczem za reszta. Jedziemy ulica
                                                    jakis kilometr i-zjezd w dół, znowu na pustynie.
                                                    No dobra, już dobra… przestancie już wszyscy na mnie zerkac-przecież już sobie
                                                    radze ;-)

                                                    Już zaczynam się przyzwyczajac, nawet mam odwage ;-) oderwac wzrok od Rzesia
                                                    pleców i spojrzec w bok. Cudnie! Dookoła nie ma nic… nic… piach, gory, niebo i
                                                    my… Myślę sobie „gdyby u nas na Slasku był taki kawal terenu-zaraz by kolejny
                                                    market tam postawili ;-)”

                                                    Czuję się już zupełnie pewnie. Już skrecam czy dodaje gaz bez specjalnego
                                                    zastanowienia-po prostu to robie. Pył który powoduja jadace przede mna motory
                                                    jest okropny! Normalnie jedna wielka chmura pyłu! Nie wyobrażam sobie, by
                                                    jechać bez okularow czy chustki na buzi! Przygladam się groznym, niedostępnym,
                                                    golym Gorom Synaj i… w myslach przyznaje, że są chyba piękniejsze niż Gory
                                                    Tebańskie (Bosz. Czuję się, jakbym w tym momencie kogos-coś zdradzila)

                                                    Jedziemy już jakaś godzine, a widoki wcale nie stają się monotonne! Góre te
                                                    maja fantastyczne formy, kształty, kolory i odcienie… Dookoła piach polaczony
                                                    że zwirem i przestrzen… niesamowita przestrzen… słońce grzeje niemiłosiernie…
                                                    wiatr nas smaga…cudnie…

                                                    Nagle uzmysławiam sobie-że zaczynam gorzej widziec… czyzby pył mi wlazł do
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:37
                                                    Nagle uzmysławiam sobie-że zaczynam gorzej widziec… czyzby pył mi wlazł do
                                                    oczu? Nie-nic nie czuję…a może po prostu zrobilo się ciemniej, jak przed burza?
                                                    Nierozumiem… dziwne…

                                                    O! Pierwszy postoj. Ladnie parkujemy jeden za drugim i zsiadamy. Ooo… moje
                                                    krocze! Ide jak Zeb Mckain po zejściu z konia ;-) faceci podchodza do każdego,
                                                    wyłączają silniki i pytaja czy wszystko ok. Ja wystawiam prawy kciuk, którym
                                                    przez godzine naciskałam gaz i wołam „masaz! Masaz!” ;-) heheheehhe

                                                    Zdejmuje chustke, która jest brazowo-czarna! (jak ja ja dopiore? Moja
                                                    chusteczusia…;-)
                                                    Zdejmuje okulary i-od razu lepiej widze! Bo to na okularach zebrała się warstwa
                                                    pyłu i przez to gorzej spostrzegałam rzeczywistość ;-) Patrze na koszulki
                                                    chłopaków-o mamo, niezle upaprane! Smiejemy się i sięgamy po wode. Rześ się
                                                    nabija że mnie jak to jeździłam na początku nie tam gdzie trzeba, mówi, że był
                                                    przerażony! Ale zaraz mnie chwali, że super sobie radze i jestem dzielna. No
                                                    ba! ;-)

                                                    Chowamy się pod skale do cienia, daje Radzikowi bananki i gadamy sobie wszyscy.
                                                    Po 15 minutach ruszamy dalej. Chcemy się nasmarowac balsamem ale widzac swoje
                                                    zapyłone ciala-rezygnujemy.

                                                    Gotowi? Gotowi! Jedziemy! Pieknie ruszam ;-) i jade za wszystkimi. Trasa jest
                                                    wspaniala. A jazda dostarcza naprawdę super wrazen. Trochę pod góre… trochę z
                                                    gory. Nieraz musimy pokonywac wertepy… Znowu wjeżdżamy na ulice i jedziemy
                                                    poboczem. Podczas manewrow na drodze facet na crossie staje w poprzek ulicy i
                                                    obserwuje droge i nas. Zjazd na pustynie. Mijamy jakies zasieki… potem
                                                    dojeżdżamy do nowobudowanego osiedla. Są to bloki budowane nad Morzem
                                                    Czerwonym! Niesamowite… Maja rewelacyjny widok z okna! A na pytańie
                                                    sasiada „gdzie masz dziecko?” Nie odpowiadasz „siedzi na trzepaku” tylko „a,
                                                    znowu nurkuje na rafach… wiesz, zaraz pod balkonem mamy rafy… to takie normalne
                                                    i oczywiste” ;-)

                                                    Ale jeszcze bardziej zdumiewające jest to, że blok jest w trakcie budowy,
                                                    brakuje czesci okien, jest niewykończony, przed nim pracuje sprzet ciezki-a w
                                                    środku już mieszkaja ludzie! Prawie jak u nas w „Alternatywy4” ;-)

                                                    Okazuje się, że droga która mielismy jechać jest ogrodzona. Zawracamy i
                                                    jedziemy inna droga. Znowu pustynia… potem ulica-i rondo a na nim „sierżanci”
                                                    tylko patrza spod czapek. Kawalek prostej i postoj pod drzewem. Okazuje się, że
                                                    tu zostawiamy nasze motorki i przesiadamy się do busa. Zabieramy więc nasze
                                                    rzeczy i wsiadamy do środka. Przejeżdżamy przez kontrole-okazuje się, że
                                                    wjeżdżamy na teren wojskowy. Podnosza szlaban, odciągają kolczatke i wjeżdżamy.
                                                    Jedziemy jakies 30 minut, a wszystkim żal-że nie na quadach. Tak nam się to
                                                    spodobalo! :-) Potem wysiadamy, zostawiając facetowi niezle zasyfiona
                                                    tapicerke, bo pył i piach wrecz się z nas sypie!

                                                    Gdzieś z boku idą już w naszym kierunku 4 beduinki, ale na wyrazny gest
                                                    przewodnika-od razu wycofuja się i w ciszy przysiadaja za drzewem.

                                                    Pod ogromna palma Ci co nurkuja maja się przebrać. Więc wszyscy się przebieraja
                                                    a ja rozgladam się… To jest CUDNIE! Nie wiem do kona gdzie jestem-ale jest
                                                    BOSKO! Jest to tak odludne i spokojne miejsce, że w Polsce się takie chyba nie
                                                    zdarzaja! Rześ z lodzianami idzie do wody a my z Radziem i jednym przewodnikiem
                                                    zostajemy. Bus wraca. Facet się kladzie pod palma a ja z Radzikiem idziemy się
                                                    przejść. Patrze na Rzesia-a On nadal idzie! Czyzby nauczyl się chodzic po
                                                    wodzie? ;-) Nie.. to plycizna jest taka dluga. Jakies 300-500 metrow idzie się
                                                    po mokrym piachu w glab morza! Ale widok!

                                                    Wyciągam i daje Radzikowi bulke. Idziemy (chialoby się powiedziec-brzegiem
                                                    morza, ale brzeg jest glebiej ;-) wzdłuż morza i-o zgrozo! Znowu zaczynam
                                                    zbierac muszęlki. A są przepiekne! Kolorówe o niesamowitych kształtach. Pewnie
                                                    znając siebie-będę je zas targać do hotelu, poto-żeby je potem zostawic :-( No
                                                    ale jak się nie schylic, jak takie ślicznoty leza pod nogami??

                                                    Raduniek je i ciągle opowiada jak było na quadach … moja kochana pepelka ;-)
                                                    Opowiada jak dodawal gaz z tatusiem, jak kierowal… nie omieszka wspomniec o
                                                    mojej wpadce na początku „oj mamuniu, mamuniu… ale bylas sierotka” ;-) hehehe

                                                    Nagle słyszymy jak nasz przewodnik krżyćzy, żeby się nie oddalac, bo to
                                                    niebezpieczne. Jak to niebezpieczne? Przecież to najspokojniejsze miejsce na
                                                    ziemi! Wracamy pomalutku…. W glebi widąć morze…potem plaża… kilka palm i… nic
                                                    wiecej. Plaża i morze ciągnął się w obie strony i gina na widnokręgu…
                                                    przestrzen…nic wiecej… cisza…spokoj… wszystko poukładane, wszystko zgodne z
                                                    natura… Jest bosko… klade się na piasku, zamykam oczy i chlone ten spokoj, ta
                                                    aure to niesamowite miejsce! Wyciszam się… Czuję się szczęśliwa…

                                                    Nagle dociera do mnie-że coś jest za cicho… nie słyszę Radka-podrywam się,
                                                    patrze-a ten wszedł w glab i lezie prosto do morza! Jest jakies 200 metrow ode
                                                    mnie! BOZE! Zrywam się i biegnac wołam go. Egipcjanin, który spał pod drzewem
                                                    też się zerwal, właśnie mnie minal i leci do Radzika. Po chwili łapie go i
                                                    niosąc na rekach daje mi go. Biore go w ramiona, tulam i pytam dlaczego się
                                                    oddali?! A ten „ bo chciałem Ci zebrać ladne muszęlki, mamuniu” Mój Słoneczko…
                                                    nic to. Ważne, że już jest bezpieczny blisko mnie! Dziekuje za pomoc
                                                    przewodnikowi, który już idzie dokońcżyć przerwana drzemke, a w myslach
                                                    pomstuje na siebie i klne- że pozwoliłam sobie na chwilę zapomnienia, stracilam
                                                    czujnosc i o mało nie doprowadziłam do tragedi! :-( Raduniek, jak gdyby nigdy
                                                    nic-podskakuje i bawi się obok a ja siedzę i patrzac na niego dziekuje Bogu,
                                                    że w pore mnie oprzytomnil.

                                                    Bawimy się razem na piachu jeszcze jakis czas, gdy wraca Rześ z kompanami.
                                                    Zaraz mu wszystko opowiadam, ale Rześ-jak to Rześ-mówi mi „nie przejmuj się,
                                                    przecież wszystko się dobrze skończyło!” przytula mnie i po sprawie!

                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:37
                                                    Ludziska przebiaraja się i siadaja na plaży. Pijemy wode i wtedy podchodza
                                                    skarcone wczesniej beduinki. Proponuja różne wisiorki, lancuszki, zawieszki,
                                                    bransoletki, ozdoby z koralikow na dłoń… Ceny śmieszne-1$ za sztuke. Za
                                                    podobne rzeczy w Sharm chcieli duuuzo wiecej! Doczepia się do nas jedna
                                                    dziewczyna. Przepiekna! Ma sliczna cere, cudna czarna oprawe oczu i uroczy
                                                    uśmiech. Ma na imie Sara. Zagladam w szmatke, która rozklada na piachu i
                                                    zerkam co ma… Okazuje się, że ma na rzemyku zab rękina-więc pytam Radzika, może
                                                    chce? Chce. Więc biore. Za chwilę Radzik mówi „mamuniu, proszę, kup jeszcze
                                                    taki zab tatusiowi-będziemy mieć takie same, dwa chłopaki” Ok. Zabieram jeszcze
                                                    jeden. Na co Radzik „mamuniu, kup jeszcze dla siebie, dobrze? Będziemy mieć
                                                    takie same-cala rodzinka” Jak mam odmowic? Biore i trzeci… i jeszcze dwa dla
                                                    znajomych… nagle Radzik wypatrzyl wielkie, niebieskie serce na rzemyku
                                                    (wisiorek) -i poprosil, żeby to kupić dla jego Urszulki. Do tego Sara znalazla
                                                    podobne serducho na rękę i bierzemy… Chwale Radzia za dobry gust i zapewniam,
                                                    że Urszulka będzie zachwycona! Radzik jest zadowolony i że szczęścia podskakuje
                                                    w miejscu, a potem mnie sciska! Jak ja Go kocham! Dajemy Sarze 10$ i mówimy, że
                                                    reszty nie trzeba. Jest wniebowzieta! 7$ chowa do kieszeni a 3$ daje koleżance.
                                                    Pytam-co robisz? A Ona” to jest dla brata, utarg. A to ponad-jest dla mojej
                                                    siostry na mleko dla syna” Jest niesamowita… Robimy jej zdjęcie i zalujemy, że
                                                    nie mamy wiecej pieniędzy. Naprawdę, zostawilibyśmy im coś jeszcze… no coz.
                                                    Szkoda. Sara zachwyca się moja blada cera i jasnymi włosami. Rześ zachwyca się
                                                    Sara ;-) Ciage powtarza „ale ladna dziewczyna, co Myszus?” To prawda. Jest
                                                    przesliczna! Zapinam Radziowi jego zab, ale mam problem z zapieciem Rzesiowi.
                                                    Proszę ja, by Ona to zrobila. Mówi, że nie może dotykac obcych mężczyzn. Ale w
                                                    zasadzie-może to zrobić tak-żeby nie dotknąć Rzesia. Rześ jest zdruzgotany ;-)
                                                    Zapina mu zab, potem mnie i żegnamy się :-( Wsiadamy na pick up, który po nas
                                                    przyjechal i ruszamy… Sara uśmiecha się, macha i wola nasze imiona…. A my
                                                    machamy jej.


                                                    Wracając mijamy jakies chaty kryte galeziami przy plaży… mijamy samotne
                                                    wielbaldy (czy dzikie?) i dojeżdżamy do miejsca, gdzie będziemy jeść lunch
                                                    oraz gdzie jest unikatowa okazja zobacżyć drzewa namorzynowe. Więc stoi
                                                    drewniana chata kryta palma, w środku że cztery stoly i lawy… i koniec. Z
                                                    jednej strony „zajazdu” ;-) są Gory Synaj i pustynia, z drugiej-morze i drzewa
                                                    namorzynowe. Zostawiam chłopaków i ide w strone plaży… gdy jestem jakies 30
                                                    metrow od brzegu-plaża zaczyna się ruszac! Wołam chłopaków, którzy już biegna.
                                                    Stają obok mnie i pytaja „co jest?” Mówie. Ok. Idzcie teraz powoli w strone
                                                    morza. Robia krok-a plaża się rusza, przemieszcza, zyje! Są tu tysiące, miliony
                                                    maleńkich krabow, które w pośpięchu , biegnac bokiem chowaja się do swoich
                                                    norek! Ale nie wszystkie na raz. My krok-i chowa się jakis pas metrowy. My
                                                    kolejny-i kolejny się chowa… ale super! Rewelacja! Hihihi… Raduś ma frajde,
                                                    zaczyna gonic biedne zwierzaki po plaży. Biegnie w prawo-to te po lewej już
                                                    wychodza. Więc wraca, by je przegonic-to te z drugiej strony już zerkaja z
                                                    norek. Biedne małe krabiki ;-)


                                                    Dochodzimy do brzegu i podziwiamy rosnące niedaleko drzewa namorzynowe
                                                    (mangrowe). Są to drzewa, które rosna nad brzegami morz, są przystosowane do
                                                    życia w słonej wodzie (ich korzenie są zalewane w czasie przypływów, lub są
                                                    zanurzone na stałe) są wiecznie zielone i geste. W SSH znajduje się ok.50%
                                                    ogolnej liczby tych drzew rosnących na calej polnocnej polkuli. Podziwiamy to
                                                    niesamowite zjawisko… Są super! Najdziwniejsze jest to, że na lisciach znajduje
                                                    się skrystalizowana sol! Wow! Niesamowite…

                                                    Wolaja nas na lunch więc wracamy. Jest rybka, ryz, pomidorki, miesko mielone…
                                                    zjadamy i ruszamy dalej. Staram się zrobić zdjęcie Rzesiowi jak siedzi na
                                                    brzegu rozpędzonego pick up i nawet mi się udaje! Jedziemy dosyć szybko,
                                                    slonko swieci a my śpięwamy… jest super!

                                                    I oto znowu się przesiadamy na nasze motorki. Tym razem będziemy wracać bez
                                                    postoju, inna droga. Martwie się o kciuk. Rześ się cieszy, bo On nie ma z tym
                                                    problemu. Jest perkusista, lata gry paleczkami zrobily swoje… :-) Nie czuję
                                                    zadnego bolu!

                                                    I wracamy. Spotykamy po drodze inne grupy na quadach, które są liczniejsze i
                                                    przez to wolniej jada. Mijamy ich i znowu jedziemy sami. Pustynia, gory… jakies
                                                    dzikie ptaki lataja nad nami. Może to orly?? Przejazd przez droge i znowu
                                                    pustynia… zwalniam, bo chmura pyłu jest tak wielka, że nic nie widze… zachowuje
                                                    wieksza odległość, a gdy się mniej pyłi-doganiam reszte. Niestety. Kciuk bardzo
                                                    boli. Dlatego na jako tako prostych kawalkach prawa reka trzymam tylko
                                                    kierownice, a lewa dodaje gaz, który znajduje się tylko z prawej strony. Nie
                                                    jest to chyba bezpieczne… No ale te kilkusekundowe chwilę wytchnienia daja siłę
                                                    mojemu paluchowi.

                                                    Wjeżdżamy teraz na ulice i jedziemy nią do samego Sharm. Dziwnie się jedzie po
                                                    drodze… Jeszcze kilka minut i już jesteśmy na miejscu porannego wyjazdu.
                                                    Brudni. Zmeczeni. Szczesliwi… :-)

                                                    Buz zawozi nas pod hotel. Idziemy tacy zapyłeni. Co krok-sypie się z nas trochę
                                                    tego dziadostwa. Ludzie przy basenie dziwnie na nas patrza…. A my wygladamy
                                                    jakbyśmy wracali z ciezkich, przymusowych robot! ;-)

                                                    Rozbieramy się prawie na korytarzu, by sobie pokoju za bardzo nie za syfic.
                                                    Koszulki-od razu idą do wywalenia… o chusteczke będę jeszcze walcżyć ;-) Buty
                                                    też się nadaja tylko do prania… Chłopcy się kapia ja szykuje herbatke. Potem ja
                                                    się ide kapac…. W wanie zostaje chyba z kilogram piachu!

                                                    Wypijamy herbatke i chłopcy idą na basen, a ja postanawiam, że jako tako
                                                    postaram się nasze buty doprowadzic do stanu używalności :-)


                                                    Już wszystko zrobione. Siedzę na zacienionym tarasie i pije mocna, słodka,
                                                    goraca herbatke. I Rozmyslam. O tym co się dziś wydarzylo. Co się wydarzylo
                                                    przez ostatnie dni. Że jeszcze dwa dni i koniec. Wakacje, na które tak czekałam
                                                    właśnie dobiegaja konca… Myślę o chłopakach, którzy każda wolna chwilę spędzają
                                                    w wodzie. Qrcze. Dlaczego ja nie zlapalam tego bakcyla? Dlaczego mnie woda nie
                                                    pociąga? Ileż razy się dziwiłam, jak pokazywali np. w TV jakies morze czy
                                                    baseny, a Rześ mowil „ale bym skoczyl teraz do wody” Nie czuję tego. Nie jest
                                                    to dla mnie żadna przyjemność… Licze. Ile razy zanuzylam się po szyje w wodzie
                                                    w te wakacje…. Hmmm… wychodzi, że trzy. To chyba nie zaduzo….

                                                    Chwytam się za ramiona i nogi, które przyjemnie pieka. To dla mnie nowe
                                                    doświadczenie-opalenizna! Może będzie mi schodzila skora? ;-) Pierwszy raz w
                                                    życiu tak się opaliłam, naprawdę zmienilam kolor! Nie jest to oczywiście jakis
                                                    super braz-ale jak na moje możliwości, to i tak niezle ;-) Może moja skora
                                                    potrzebuje 3 tygodni, żeby się zaadoptowac i przyzwyczaic do słońca? I opalic w
                                                    końcu?

                                                    Wpadaja chłopcy. Radzik bierze sobie coś „z szuflady” i z gola pupcia układa
                                                    się na lozku, zerka na TV, a Rześ z kawa lokuje się przy mnie. Mówie mu o czym
                                                    myślałam, a ten „No tak. I dlatego, kochanie, Ciebie nie oplaca się brać na
                                                    takie wakacje. Nie plywasz. Nie opalasz się ;-)” hihihi… zasmiewamy się.
                                                    „A wiesz o czym ja myślałem na basenie?” pyta mnie Rześ. „O Sarze. Że gdzieś na
                                                    pustyni, zyje sliczna dziewczyna, pelna jeszcze radości i beztroski. A która
                                                    lada moment poslubi jakis gbur, zrobi jej gromadke dzieci, będzie musiala
                                                    tachac wode, sprzątać i… najzwyczajniej życie ja zmarnuje. Żal mi jej.” Mnie
                                                    też. Ale co możemy zrobić?

                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:38
                                                    Łapie za balsam i kremuje się, a Rześ mówi „Słoneczko, niezle Cie śpiękno. Obys
                                                    tylko nie umierala w nocy!” a ja „Przestan. Mogę umierac, mogę nawet zdychac-
                                                    ważne, że jestem opalona ;-)” heheeh Potem mnie obejmuje i mówi „ale pieknie Ci
                                                    z ta opalenizna… odkrywam Cie na nowo” ;-) heeheheh… chyba padne ;-)


                                                    Idziemy na kolacje. A tam-jakaś kobita, która wyraznie się nudzi, zaczepia mnie
                                                    i mówi „wie Pani co? Ja Was obserwuje i widze, że Pani się w ogóle tym synem
                                                    nie zajmuje. On zawsze idzie z tata za rękę, na plaży razem są w wodzie, razem
                                                    buduja coś z piasku, nawet posilki sobie nakładają razem” Dziekuje z uśmiechem
                                                    Pani za te uwagi i za czujność ;-) jaka wykazala, mówie „wie Pani. Bo to nie
                                                    jest mój mąż, tylko opiekun do Radka. I zabrałam go z soba, żeby się tu Radkiem
                                                    opiekowal, a przy okazji… no wie Pani… ja i On… ;-)”

                                                    Wracam do stolika i powiadam wszystko Rzesiowi, a ten się zasmiewa „no widzisz,
                                                    jaka wyrodna matka jestes! ;-)”
                                                    Ale to prawda (z tym zajmowaniem-nie z wyrodnoscia ;-) Kolejne wakacje i
                                                    kolejny raz-ja mam podwojne wczasy ;-) Niestety-podczas codziennych zajec-
                                                    chlopcy się bardzo mało widuja. W każdym razie mniej, jakby sobie tego oboje
                                                    żyćzyli. Bo praca, przedszkole, dodatkowe zajecia… Ja jestem z Radziem
                                                    zdecydowanie wiecej. I jak jedziemy gdziekolwiek-mój Radzik niczym taka
                                                    przykleja-przylega do Rzesia a Rześ do niego. I rzeczywiście-Oni razem się
                                                    bawia, jedza, zawsze siadaja obok siebie, trzymaja się za rece, chodza spać,
                                                    sikac ;-) itd. Wszedzie i wszystko razem. Jak jest jakakolwiek sytuacja, że
                                                    Raduś może to zrobić że mna czy z Rzesiem-to zawsze wybierze jego. I dobrze.
                                                    Faceci musza się trzymac razem :-) To już trzecie wakacje-kiedy ja mam wakacje
                                                    od bycia matka ;-) I kolejny raz-kiedy ktoś mi to wytyka. Coz. Takie życie.
                                                    Tacy ludzie :-)

                                                    Po kolacji idziemy na spacer. Tym razem po dojściu do deptaka skręcamy nie w
                                                    prawo-do centrum, tylko w lewo. Idziemy… po prawej mamy plaże i szumiące morze,
                                                    po lewej hotele, restauracje, sklepiki… Jest prawie 21 a my sobie idziemy
                                                    ubrani na krotko w sandałkach. Ciepluteńko… Restauracje, sklepy, masa turystow
                                                    pomalu przerzedza się… robi się ciszej, spokojniej… skręcamy w prawo, trochę
                                                    pod góre… teraz w dół i znowu prosto… i znowu pod góre. Turystow już prawie nie
                                                    ma. Jeszcze jakis kawalek pod góre i-koniec deptaka. Kończy się on dokladnie
                                                    przy basenie hotelu (nie jestem pewna, ale chyba jest to hotel Naama Bay, ale
                                                    mogę się mylic). Postanawiamy, że wracamy. Odwracamy się na piecie i-widok nas
                                                    powala, a zaraz potem-żal sciska żołądek, że nie wzięliśmy aparatu! Widok na
                                                    cala zatoke Naama Bay jaki się z tego miejsca rozciąga jest wspanialy! Po luku
                                                    widąć przepieknie oświetlone miasto położone przy brzegu połyskującego morza.
                                                    Na wodzie oświetlone jachty i stateczki. A za miastem stoja dumnie czarne gory
                                                    Synaj. Warto było tu przyjść, widok jest przepiekny! Może uda nam się jutro tu
                                                    przyjść znowu? Tym razem na pewno z aparatem!

                                                    Wracamy do hotelu, goniac się po drodze z rozbrykanym Radusiem. Ten ma w sobie
                                                    energie! :-) Wspominamy jeszcze Sare, quady, lasy namorzynowe… Raduś przejety
                                                    opowiada jak jechal i kierowal motorem, i że jak opowie to wszystko babci-to ta
                                                    pewnie z wrażenia padnie ;-) hehehe. Tak. Padnie. Ale wczesniej nas zbeszta,
                                                    żeśmy jej wnuka na taka poniewierke zabrałi :-|


                                                    I już jesteśmy w pokoiku. Smacznie ułożeni pod kolderka czekamy na sen… Trzeba
                                                    się wyspac, bo jutro czeka nas kolejna przygoda-wielkie safari w Abu Galum.


                                                    17. 10. 2005 (poniedzialek) dzień 20
                                                    Ponieważ bus ma nas odebrać już o 7 sprzed hotelu-wstalismy dziś o 6 rano.
                                                    Szybko ubrałiśmy się, spakowali zestaw podstawowy ;-) i już siedzimy w na
                                                    sniadaniu. Mamy to szczęście, że śniadanie zaczyna się o 06:30, bo przynajmniej
                                                    nie będziemy targać paczuszek z plastikowymi sztuccami i malymi dzemikami ;-)

                                                    Raduś jak zwykle guzdra się z jedeniem… albo-właśnie je prawidłowo?? Bo je
                                                    powoli i każdy kes gryzie bardzo dlugo. Naleśniki w żółwim tempie znikaja w
                                                    jego buzi. No, ale nie mamy dziś na to czasu! Więc szybciej, jedz to, popij,
                                                    lykaj, jedz Radusiu, śpięszymy się, polknij to co masz w buzi, kolejny gryz….

                                                    I stoimi już przy hotelu. Podjeżdżaja dwa jeepy-o jak milo :-) W jednym siedzi
                                                    Josef z Aaba Sharm (przesympatyczny, mlody człowiek) w naszym Pani Ula z Aaba
                                                    Sharm (dla nas Ula :-)

                                                    Jeszcze po drodze zwijamy jedna pare i już się lokujemy, bo tymi jepami
                                                    odbedziemy wieksza czesc drogi. Siedzi się w nich… tak jak w naszej taksowce w
                                                    Luksorze-bokiem do kierunku jazdy. Są tam po prostu dwie ławeczki, które są
                                                    polozone wzdłuż auta i siedzi się na nich, naprzeciwko siebie.

                                                    Jedziemy asfaltowa droga, oglądając cudowne gory za oknem. W radio leci kaseta
                                                    z polska muzyka…Bajm, Urszula itd. Razem z nami jada dwie pary z Polski i
                                                    kamerzysta. Rozmawiamy, smiejemy się… Nagle dociera do mnie, że Raduś nic nie
                                                    mówi. Oj. Niedobrze. Patrze na niego-a ten bladziusnienki…. Trzyma się za
                                                    brzuszek i nic nie mówi. Na moje pytańie „Jak się czujęsz?” odpowiada, że czuję
                                                    się źle, jest mu niedobrze i chce zwymiotowac. Zatrzymujemy szybko auto i
                                                    wypadamy na pobocze, gdzie Raduś puszcza pawia… :-( Już wiem, co jest
                                                    prżyćzyna tego, że tak się źle czuję. Ja. Ja jestem winna.Po jaka cholere
                                                    kazałam mu tak szybko jeść?? Lykal przy sniadaniu cale kawalki naleśników i
                                                    teraz je zwrocil :-(

                                                    Po doprowadzeniu Radzia do porządku wsiadamy. Masa pytań, masa wątpliwość że
                                                    strony współtowarzyszy. … co teraz? Caly dzień przed nami, wielbłądy, jazda po
                                                    pustyni… może się wrocimy? Ale jak-jesteśmy już kawal drogi od Hotelu. Nie. Nie
                                                    możemy się wracać. Ja mimo iż bardzo się martwie o Radzia wiem, że będzie
                                                    dobrze. To nie choroba. Po prostu musi zwymiotowac to co mu zalega w brzuszku a
                                                    potem będzie dobrze.

                                                    Raduś nabrał kolorów i nawet coś tam zagadnął, ale po jakis 15 minutach-znowu
                                                    ta sama akcja. Moje Biedne Małeństwo… Strasznie mi go żal. Przełykał szybko
                                                    sline, żeby nie nabrudzic w aucie. Bieguiem wyskoczyliśmy z auta i zwymiotowal
                                                    na pobocze.Małenki… Wypłukał buzie woda i jedziemy dalej. Właśnie dojechaliśmy
                                                    pod wielka piaszczysta góre, więc przynajmniej nie będzie go drażniło kołysanie
                                                    w aucie. Wysiadamy. Patrze na Radzia-a on różowiutki, wesoły,. Żartuje, już nie
                                                    trzyma się za brzuszek… Jest dobrze :-) Napił się wody i mówi, że jest głodny…
                                                    ale czy mogę mu już dac jeść??

                                                    Tymczasem stoimy pod wielka piaszczysta gora… a właściwie kupa piasku
                                                    umieszczona pomiedzy dwoma gorami. Urszula opowiada nam o tym zadzwiwiajacym
                                                    zjawisku-bowiem w okolicy nie ma ani grama piaszczystej pustyni. Radzik wspina
                                                    się na góre z Rzesiem po czym-zjezdza w gol na brzuchu, turla się, zbiega,
                                                    spada na pupe-i znowu plynie w dół… ehhehe… teraz już jestem pewna-będzie
                                                    dobrze :-)
                                                    Okazuje się, że Radzik ma piasek wszedzie! WSZEDZIE :-) Ale najważniejsze-że
                                                    jest zdrowy i szczęśliwy.

                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:39
                                                    Wsiadamy do jeepa i jedziemy dalej. Zatrzymujemy się w jakims miasteczku
                                                    (Dahab?), gdzie ludziska wypożyczają sprzet do nurkowania i-dalej, jazda w
                                                    kierunku Blue Hole. I oto jesteśmy. W morzu, zaraz przy brzegu widąć wyraznie
                                                    owe osławione Blue Hole. Ludziska się przebieraja, biora sprzet i idą do morza.
                                                    Rzesio nas cmoka i też już go nie ma. Zamawiam Radkowi goraca herbate, żeby się
                                                    napił czegos goracego zanim coś zje. Pan przynosi, ale wsadzona do środka
                                                    lyzeczka ma ogromny osad z kawy. Więc ja szybko wyjmuje i zwracam mu uwage. A
                                                    ten mówiąc „no problem” wyciera łyżeczkę w swój flejtuchowaty-uswiniony-
                                                    odrazajaco brudny fartuch, który nosi chyba od czasow dzieciństwa :-\ A co
                                                    najgorsze-nie podaje mi jej tylko wrzuca od razu do herbaty :-\ Qrcze. Jestem 3
                                                    raz w tym kraju, ale do pewnych rzeczy nadal nie mogę przywyknąć… Ponieważ
                                                    wiem, że zamawianie kolejnej herbaty nie ma sensu (pewnie mi przyniesie ta sama
                                                    albo w jakiejs mega syfiastej szklance) slodze ta i z Radkiem wypijamy.

                                                    Potem postanawiamy się przejść. Więc wchodzimy na niewielkie skaly, gdzie są
                                                    umieszczone tablice pamiątkowe nurkow, którzy nie wypłynęli z Blue Hole :-(
                                                    Czytamy… James, zginal majac lat 24… Daniel, 28… Tarek, lat 29… i inni… i
                                                    podpisy „Życie jest wieczne, a milosc jest niesmiertelna. Śmierc jest tylko
                                                    horyzontem, a horyzont jest niczym, tylko granica naszego wzroku” :-( ; „Nie
                                                    pozwol, by strach stanął na drodze do Twych marzen” :-( ; „Może Oni spoczywają
                                                    w pokoju w głębinach Blue Hole… od przyjaciol” :-( ; „Ku pamieci dla
                                                    wspaniałego syna od rodziny i wszystkich wyjatkowych przyjaciol z Dahab i na
                                                    calym świecie” :-( …

                                                    Każdy nurek, który tamtędy przechodzil zatrzymywal się na chwilę, spuszczal
                                                    głowe i stal kilka chwil w milczeniu… mimo iż w słonce niemiłosiernie grzeje i
                                                    w skafandrze jest goraco, mimo iż butle z tlenem ciezkie… każdy się
                                                    zatrzymywal…

                                                    Odwróciłam się i spojrzałam na Niebieska Dziure… ileż ludzi na swiecie
                                                    przeklina to miejsce?? Opłakuje swoich bliskich, którzy nigdy z niej nie
                                                    wypłynęli? Szok… gesia skora na calym ciele… Przytulam Radzika i w ciszy
                                                    schodzimy.

                                                    Idziemy do „restauracji” gdzie już są wszyscy. Pytam Ule, czy widziala Rzesia.
                                                    Odpowiada, że nie. Pytam pare z która szedł na nurkowanie, czy widzieli Rzesia-
                                                    odpowiadaja, że nie. Rozgladam się… są już wszyscy. Wysuszeni. Przebrani.
                                                    Zerkam na nich, onie na mnie… Nic. Ula mówi „już 10 minut temu powinniśmy
                                                    wyjść… gdzie masz męża??” Zdrowy rozsadek podowiada mi, żebym zachowala
                                                    spokoj, że przecież jemu nie może się nic stac… z drugiej strony coś mnie
                                                    sciska za gardlo i szepcze „rodziny nurkow, którzy tu zgineli też tak myśleli”
                                                    Czuję, że narasta we mnie niepkoj, który przeradza się w przerażenie… biegnę na
                                                    pomost-a tam kilkadziesiąt osob snurkuje… ale nie widze Rzesia! Radzik podnosi
                                                    z ziemi kawalek kija i mówi „mamuniu, wrzuce ten kij do wody… i ten kij
                                                    zaczaruje tatusia, żeby zaraz do nas przypłynął” Wrzuca go, a ja czuję, że
                                                    jeszcze chwila i wpadne w panike… dreptam po pomoscie z kata w kat… proszę
                                                    najwyższego, by zaraz Rześ się zjawil… wszystko nagle traci sens-liczy się
                                                    tylko to, by On zaraz się pojawil…caly i zdrowy… siadam na kamieniu, chowam
                                                    głowe w dłonie… przecież wiedział, że ma 45 minut czasu na plywanie, a minela
                                                    już ponad godzina! Co się dzieje? Gdzie on jest?

                                                    Nagle słyszę zbawienne wolanie Radzia „a nie mowilem, że patyczek go
                                                    przyprowadzi??” jeszcze niedowierzająco podnosze głowe, słońce mnie razi, ale
                                                    widze go-to On, Rzesio! Mój Rześ! Wychodzi z wody, uśmiechnięty i zadowolony.
                                                    Biegnę przeszczesliwa do niego i rzucam mu się na szyje! Całuje, sciskam by po
                                                    chwili wrzesnac „Miśiek. Gdzie byles! Wszyscy czekaja już tylko na Ciebie a ja
                                                    tu umierałam z niepokoju!” A Rześ na to „Tu są tak piekne rafy, że zapomniałem
                                                    o czasie… i się zagapiłem, przepraszam” Nieważne. Ważne że JEST!

                                                    I wedrujemy wszyscy w góre w kierunku nasżyćh pustynnych pojazdow. Trasa
                                                    wiedzie malowniczym przesmykiem. Wspaniale widąć z gory morze i Blue Hole. Po
                                                    ok. 10-15 minutach jesteśmy na miejscu.

                                                    Jak ja nie lubie jeździć na wielbłądach! Za każdy razem umieram że strachu… że
                                                    spadne, że mnie ugryzie i nie wiadomo co jeszcze … a wszystko to roi się w
                                                    mojej chorej głowie :-| Ludziska siadaja na przydzielone wielbłądy. Jedno spoko
                                                    drudzy piszcza i krżyćza. Ogolnie atmosfera jest mega podkrecona.

                                                    Wszyscy przekonuja Radka, by jechal sam, a ten nic tylko „z tatusiem” Namawiamy
                                                    go… prosimy-nic. Z tatusiem. I koniec. Niestety, nie może jechać z Rzesiem. Co
                                                    najwyżej że mna. Więc siadam na wielbłąda. Za mna Radzik, który jest
                                                    przywiązany do moich pleców chusta. I w zasadzie wisi nad ogonem wielbłąda…
                                                    Nieee… to chory pomysl. Nie wezme odpowiedzialności! Przecież on może spaść!
                                                    Sama jak mam jechać-jestem spanikowana a co dopiero brać Radzika?!?!?!

                                                    W końcu Ula go pyta „ale dlaczego się boisz jechać sam na wielbladzie??” A
                                                    Radzik glosem zdziwienia „nie boje się. Tylko chce jechać z tatusiem, bo go
                                                    bardzo kocham” :-) Wszystkim opadly szczeki… W tym momencie wystarczylo jedno
                                                    tłumaczenie, że nie może jechać z tatusiem-i już siedział sam na wielbaldzie.
                                                    Nie przywiązali go. Siedzi sam. Małe nozki stercza po bokach. Trzyma się z
                                                    przodu drewnianego drazka, w małej piasteczce sciska sznurek od wielbłąda. I
                                                    uśmiecha się! Niemożliwe…

                                                    Beduini pokazali nam 3 rodzaje polecen, na które reaguje wielbłąd. I nie są to
                                                    jakies słowa-tylko dzwieki wydane z gardla. Czyli coś jak gulgotanie to, że ma
                                                    jechać. Coś jak charczenie-że ma stac. I coś tak trzecie-że ma siedzieć.
                                                    Pomachali nam na pozegnanie i… ruszamy. Sami! Szok… nawet Radka nikt nie
                                                    prowadzi! Nikt nie idzie obok, żeby go złapać w razie upadku… mam dosyć. Po co
                                                    mi te safari? Po co mi te cholerne wielbłądy? Przed chwila się umierałam że
                                                    strachu o Rzesia, teraz się trzese o Radzika… wrr…

                                                    Rześ, który właśnie mnie minal mrugnął do mnie i powiedział „wyluzuj Myszko…
                                                    patrz jak tu pieknie… i jak swietnie sobie Raduś radzi” Patrze na synka-fakt.
                                                    Jest wyluzowany, szczęśliwy…spelnia się właśnie jego marzenie-jedzie na
                                                    wielbladzie! Staram się na siłę wycisżyć i czerpac radość z chwili.

                                                    A widoki są oszałamiające! Jedziemy brzegiem morza. Po prawej bezkresne morze,
                                                    po lewej-sciana że skal. Słońce grzeje. Czuję jak mi ramiona piecze. Po nami-
                                                    skaly. Lub kamienista plaża (dla urozmaicenia ;-) Czas powoli plynie… wszyscy
                                                    mnie mijaja i nawet nie wiem kiedy-zostalam ostatnia z tyłu. Gulgocze na mojego
                                                    wielbłąda…a ten nic. Drepcze z nogi na noge, co chwilę staje… zre sobie grzbiet
                                                    (pewnie ma jakaś chorobe skory) by po kilku sekundach rozgladania się-isc
                                                    powoli dalej… Rześ. Który jest jakies 500m przede mna krżyćzy „zepnij go
                                                    nogami” … nie. Nie mogę. Co ja będę biedne zwierze po brzuchu kopac… Nagle
                                                    biegnie moje wybawienie! Nasz kamerzysta! Myślę sobie „ezmie mojego wielbłąda
                                                    za sznureczek i trochę podprowadzi :-)” a ten…podbiegl i trach-przylal mu kijem
                                                    w tylek i nagle-mój powolny do tej pory wielbłąd dostal mega przyśpięszenia!
                                                    Zaczal normalnie biec, a ja trzymając się oburącz drewnianego drazka zaczelam
                                                    na jego grzbiecie podskakiwac jak piłeczka. Więc on gna a ja hop-hop-hop-hop-
                                                    hop-hop podskakuje i piszcze jak oszalala! Minęłam Rzesia, minęłam Radka hop-
                                                    hop-hop-hop minęłam jeszcze dwa wielbłądy i dopiero wtedy się zatrzymal! Moje
                                                    nogi! MOJE KROCZE!!!! Zero seksu do konca miesiąca ;-)

                                                    Okazało się, że s
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:39
                                                    Okazało się, że sciezka jest zbyt waska, zbyt stroma i zbyt kamienista by
                                                    jechać dalej. Więc kamerzysta, Josef i Ula pomogli usadzic wszystkie wielbłądy
                                                    i każdy zsiadl-wziął za sznurek swego wielbłąda i kilka metrow przeprowadzal
                                                    je. Nawet Radzik-chwycil swojego wielbłąda i dreptajac pieknie go
                                                    przeprowadzil. Natomiast ja-nie mogłam tego zrobić spokojnie. Ponieważ szliśmy
                                                    jeden za drugim, co chwila trzeba się było zatrzymywac. I wtedy za każdym razem
                                                    dostawałam w leb. Po prostu mój wielbłąd, przywalal mi w głowe szyja… Pieknie
                                                    … :-|

                                                    I znowu jedziemy… Patrze na jadacego przede mna Radzika i jestem spokojna…
                                                    wspaniale się trzyma na wielbladzie! Coś sobie śpięwa, opowiada… Minęłam ich
                                                    prawa strona (jak ja to zrobiłam?? ;-) i jade teraz przed nimi. Nagle uderza
                                                    mnie glupia mysl „zrobi im zdjęcie!” Więc trzymam się jedna rękę. Druga wyjmuje
                                                    aparat, zalaczam i lekko odwracając się robie zdjęcia… w każdym razie-staram
                                                    się zrobić ;-) znaczy się-jako tako wykadrowac, ale ten wielbłąd strasznie
                                                    kolysze ;-) Rześ się zasmiewa do lez, musi to naprawdę wyglądać komicznie ;-)

                                                    Chowam aparat i nadal staram się nie spaść ;-) Patrze na brzeg morza a tam-
                                                    cudne, ogromne jak dłoń muszle! Takie same, jakie były na stolikach przy Blue
                                                    Hole i robily za popielniczki :-/
                                                    Cudnie byloby mieć taka muszę w domku… na mydelko…

                                                    Jeszcze kilka chwil i oto już jesteśmy na miejscy. Zsiadamy z wielbłądów. Ja
                                                    znowu ide jak Zeb Mckain ;-) Jeszcze kilka zdjęć Radzia na wielbladzie i
                                                    idziemy… Beduini którzy odbieraja od nas wielbłądy wyciągaj lapy po „bakszysz”
                                                    Przecież macie za to zapłacone! Ok., ok… Rześ wygrzebuje jedyne drobne jakie
                                                    mamy 3le, podaje mu-a ten obrazony cofa rękę i psioczy coś pod nosem, pewnie,
                                                    że mało… Nie to nie. Chowamy kase i odchodzimy.

                                                    Jest to cudne miejsce. Kilka chat pokrytych palmowymi liscmi. Piaszczysta
                                                    zatoka. Błękitno-granatowe morze…i skaly. Cudnie! Większość idzie nurkowac, a
                                                    za 30 minut mamy lunch. My z Radzikiem wrzucamy kamyki do wody i gonimy kraby.
                                                    Jeden tak pieknie pozowal, że musialam mu zrobić zdjęcie ;-) Gonimy się z
                                                    Radziem i wygłupiamy… ta przestrzen, cisza i brak wielbladow ;-) działają na
                                                    mnie kojaco. Podbiegaja do nas beduińskie dzieci. Jedna dziewczynka chwyta
                                                    mnie za zegarek, a druga za palec na którym mam obrączkę i robiąc słodkie miny-
                                                    prosza, żebym im to dala na pamiątkę… Są śliczne i kochane i w ogóle…ale
                                                    niestety! Nie ma takiej możliwości!
                                                    Pytaja czy zrobie im zdjęcie. Ok. Robie jedno i pokazuje jak wyszły-a te
                                                    dostają szału! Krżyćza coś, smieja się, podskakuja i cieszą się do zrobionego
                                                    zdjęcia! Teraz muszę im robić zdjęcia a potem pokazywać jak wyszły… i sprawia
                                                    im to wielka radość :-) Są kochane… Jeden chlopiec beduinski właśnie goni
                                                    kraba… zagonil go do wody, potem razem z woda-wyrzucił na plaże i-już go ma w
                                                    dłońi! Małego, ślicznego krabika… ale spryciarz :-)
                                                    I znowu wszelkie bariery zostaja w mig przelamana i Radzik goni się po plaży z
                                                    beduińskimi dzieciaczkami.

                                                    Teraz pora na lunch. Jest rybka, mieso, ziemniaki, ryz, pomidorki…. Super.
                                                    Tylko-jak to nie przechodzi przez gardlo gdy te dzieci tak patrza…
                                                    Raduś zjada trochę ryzu i bulke z maslem… Boje się, żeby znowu go nie zebrało
                                                    na wymioty.

                                                    Obok rozkładają się kobiety z koralikami i innymi drobiazgami. Zaczecaja do
                                                    kupna. Schodza się także miejscowe koty, których ściągnął zapach jedzenia.

                                                    Czas opuścić to miejsce. Trochę niefortunnie, że zaraz po jedzeniu, ale coz…
                                                    właśnie teraz nas czeka około godzinna jazda po pustyni jepami.

                                                    Montujemy się, chowamy sprzet pod siedzęniem i-ruszamy. Wow! Skaczemy po calym
                                                    aucie, latamy, wpadamy jeden na drugiego, krżyćzymy i piszczymy… istne
                                                    szaleństwo! Caly czas zerkam na Radzia i widze, że dobrze się czuję! Po ok. 10
                                                    minutach wszyscy już maja dość… już są zmeczeni. Czuję się, jakby mnie ktoś
                                                    wrzucil do worka bez tlenu i kręcil mna na wszystkie strony… Czuję, że mnie
                                                    mdli… zreszta nie tylko mnie. Większość ma zwieszone nosy i mimo iż nadal
                                                    fruwamy po calym aucie-to już bez emocji i radochy… Na siłę zagaduje Radzika,
                                                    bo widze, że jak się zamysla-robi dziwnie skwaszona mine, jakby go zmieralo na
                                                    wymioty… więc zmuszam siebie i jego do chichrania się i rozmawiania …

                                                    Mija godzina… godzina meki. Nie. Zdecydowanie to nie było przyjemne. Ok. Na
                                                    początku tak, ale godzina-to za dużo. Wszyscy wypadaja z auta TLENU! Po czy
                                                    sięgają po wode…wszyscy się czują niekomfortowo…żołądki nam ciaza… Na szczęście
                                                    to koniec.

                                                    Jesteśmy w oazie beduińskiej. Myjemy sobie głowy przy naturalnym nacieku
                                                    gorskim i idziemy na dywaniki poleżeć… dostajemy ziolowo-słodka herbate, która
                                                    podobno swietnie robi na żołądek… Wypijamy na leżąco, odpoczywamy… Ula
                                                    opowiada o życiu w takiej oazie… Nie wiem czy to kwestia tych ziol czy sugestii
                                                    ale-naprawdę zaczynam się swietnie czuć! Radzik boksuje Rzesia-znaczy czuję się
                                                    wysmienicie! ;-)

                                                    Dowiadujemy się, że nadal jest tu praktykowane obrzezanie dziewczynek. Że do
                                                    momentu dostania okresu-biegaja oubrane na kolorówo. Potem są właśnie obrzezane
                                                    i dostają ubrania w stonowanych barwach. I w tym okresie zazwyczaj zostaje im
                                                    przydzielony przyszły mąż. Więc jako narzeczone-musza zakrywac włosy i cialo
                                                    czarna wolaka. Gdy wyjda za mąż-będą zakrywac cale cialo z włosami i twarza
                                                    włącznie. I będą się ubierac na czarno-bo czarny to kolor zaloby, więc
                                                    nieatrakcyjny… a one maja być atrakcyjne tylko dla mężów.

                                                    Dziwimy się, bo przecież na każdej rozpadającej się chacie jest antena
                                                    satelitarna, zazwyczaj mowia po ang więc… wiedza jak można żyć, jakie jest
                                                    życie na zachodzie! I tak. Wiedza. Ale to one współczują nam! Bo chodzimy
                                                    rozebrane z rozpuszczonymi włosami (które są siedliskiem szatana) mąż nam na to
                                                    pozwala-czyli nie jest o nas zazdrosny. Pokazujemy cialo na widok publiczny-
                                                    poniekad grzeszymy, pokazując cialo obcym mężczyznom… w dodatku niejedna z nas
                                                    pracuje-a one nie pracuja, ich utrzymuje mąż… hmmm…

                                                    Radzik dopija herbate Rzesia i oglądamy wisiorki jakie maja na sprzedaz. Jedna
                                                    dziewczynka ma koszulke z Mubarakiem… Niestety nic ciekawego nam nie wpada w
                                                    oczy. Na jedno psykniecie „szefa wioski” zwijaja się i pokornie odchodza.

                                                    My też się zwijamy, wsiadamy w jeepy i jedziemy już normalna droga do Dahab.
                                                    Raduś kladzie głowe na moich kolankach i zasypia… Po ok. godzinie jesteśmy na
                                                    miejscu. Wizyta u zlotnika i godzina czasu wolnego. Zaczyna się robić zmierzch,
                                                    więc Arabowie przygotowuja się do sniadania ramadanowego. Zauwazamy, że wielu z
                                                    nich pije jakis napoj, coś jakby mleko… Pytamy naszego kierowcę co to jest.
                                                    Tłumaczy nam, że po calym dniu postu musza się czegos napic, żeby żołądek
                                                    zaczal pracowac a dopiero potem jedza… inaczej by mogli dostac skretu kiszek. I
                                                    oni pija bardzo słodkie mlego, nieraz z dodatkami. Jeden miejscowy, który
                                                    słyszy nasza rozmowe częstuje nas. W tym przypadku jest to mleko wielbladzie,
                                                    mocno dosłodzone z pokrojonymi rodzynkami, figmi i daktylami. MEGA PYSZNE!
                                                    PRZEPYSZNE! Zadaje glupie pytańie „czy to mleko zostalo przegotowane?” On
                                                    zdziwiony odpowiada „nie, a po co?” Nic… tak tylko pytałam ;-)

                                                    Dowiadujemy się jeszcze od Pana który nas poczesowal, że prawdziwy Muzułmanin
                                                    ma na czole siniak, trwaly ślad od czestego walenia glowa podczas modłów… po
                                                    tym można rozpoznac żarliwego muzułmanina. Po czym nasz kierowca dodaje „tak,
                                                    ale wielu sobie to robi mlotkiem w domu, żeby na zewnatrz uchodzic na żarliwych
                                                    wierzacych” ;-) heheheehhe moja wyobraznia pracuje ;-) hihihihi
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:40
                                                    Uderzamy do knajpki nad morzem i zamawiamy sok z limonek. Radzik zjada bananki
                                                    z my że znajomymi siedzimy i plotkujemy… cudnie słońce się chowa za morze…
                                                    Wypijamy po soczku i już trzeba się zwijac. Zreszta-po zmierzchu robi się
                                                    naprawdę zimno do morza więc nie ma co siedzieć. Wracamy. Robimy sobie jeszcze
                                                    jakies zdjęcia i siedząc w samochodzie wracamy do SSH. Mąże o kapieli w goracej
                                                    wannie i goracej herbacie… Po godzinie jesteśmy na miejscu. Idziemy na kolacje.
                                                    Radzik się zajada frytkami (niech je, teraz nawet jak się źle poczuję-mam
                                                    lekarstwa :-) Po kolacji Radzik polecial na plac zabaw a my usiedliśmy na brzgu
                                                    by pomocżyć nbogi w wodzie… Az w końcu jesteśmy w pokoju. Kapiel, herbatka sen…
                                                    Jutro znowu quady! Hura!

                                                    18. 10. 2005 (wtorek) dzień 21
                                                    „Droga Pani Iwonka. Nie będzie wyjazd dziś na quadah. Bardzo brzepraszam. To
                                                    jest order przez policja. Zadzwonie do pokoju jutro ok. 09.00 rano. Bardzo
                                                    brzepraszam za bozne smsa. Ale dopiero dostałem informacje. Pozdrawiam,
                                                    Grzegorz z Aaba Sharm.” czytam Rzesiowi sms jaki właśnie dostalam od
                                                    Grzesia.Patrze na zegarek. Jest 02:20 w nocy.

                                                    Klade się, lecz nie zasypiam. Jestem rozbudzona. Myślę o niewypalonej
                                                    wycieczce. Szkoda. Na quadach było super! Gdybym miała porownac quady i wielkie
                                                    safari-to quady zdecydowanie są lepsze. Ta jazda przez pustynie, wiatr, pył ;-)
                                                    Wolność! Hmmm… i Rześ z Sara by się zobaczył ;-)

                                                    Nagle słyszę „Śpisz Myszenko?” Nie. Nie śpię. „To może pójdziemy sobie na
                                                    balkonik posiedzieć?” Ok. Rześ robi herbatke i siadamy na balkonie. Jest 18
                                                    pazdziernik, środek nocy a my siedzimy prawie goli na balkonie. Jest cieplutko…
                                                    Nie wiem ile jest stopni, ale skoro Rześ siedzi w samych bokserkach a ja w
                                                    krótkiej koszulce na ramiączkach-to musi być cieplo :-) Nawet jak od czasu do
                                                    czasu powieje wiatr to czuć, że jest cieply… suchy od pustyni…

                                                    Nad nami rozgwieżdżone niebo a pomiedzy masa gwiazd-ogromny, okrągły księżyc…
                                                    Pelnia. Jest dosyć jasno. I cicho…. Cisza która przytlacza…

                                                    Mocna, słodka, goraca herbatka, która tak strasznie lubie, w tej chwili smakuje
                                                    wysmienicie! (alez ja jestem herbaciara ;-) Siedzimy sobie, nogi wywaliliśmy na
                                                    barierke i pijemy… Trzy metry dalej, niczego nie swiadomy Radzik śpi smacznie
                                                    (jak zwykle rozkopany ;-) pomrukując co jakis czas przez sen, czym doprowadza
                                                    nas do skrajnego rozpłynięcia się z nadmiaru uczuc :-)

                                                    Pytam Rzesia „to co będziemy jutro robić?” a ten „może pojedziemy do Tomka i
                                                    potem zostaniemy na show w delfinarium?” Super! Jak rano Grześ zadzwoni pogadam
                                                    z nim. Może załatwi nam bilety? (ma taniej niż w Dolphinelli)

                                                    Wtulam się w Rzesia…mmmm… jak milutko…rozmawiamy jeszcze o show, o
                                                    quadach…
                                                    Rześ pyta „o której będziesz nas jutro pakowac”? Nie! O tym nie chce teraz
                                                    rozmawiac! Nie chce rozmawiac o wyjezdzie! Ja nie chce wracać!
                                                    Jednak wspomniana mysl zostaje w głowie… to nasza ostatnia noc w Egipcie! :-(
                                                    Ja nie chce………………………………..
                                                    ;-(

                                                    Dopijamy herbatke i wracamy do łóżka. Jest 03:45. Przykrywam Radzika i
                                                    zasypiam. Ostatnia noc w Egipcie. Ostatni sen. Niech mi się przysni Luksor,
                                                    Karnak, Abydos… Albo Abu Simbel lub Asuan… To będzie wspanialy sen!

                                                    Buzi mnie slodki szept Radzika „mamuniu, już się wyspałem” ;-) heheehhe.
                                                    Zaspana i kompletnie rozbudzona patrze na zegarek, jest przed 8 rano.Rześ też
                                                    się ubudzil. Robimy wskok na Rzesia, chwila walk, wygłupów, laskotania i
                                                    zbieramy się na śniadanko.

                                                    Postanawiam zaszalec. W końcu to ostatnie śniadanie w Egipcie :-( Więc zaczynam
                                                    od omleta że „smieciami”, potem naleśnik, słodka buleczka…
                                                    Chłopcy po sniadaniu od razu idą na basen a ja wracam do pokoju. Za chwilę ma
                                                    dzwonic Grześ. Siedzę na balkonie i układam zebrane muszęlki… wtem telefon.
                                                    Punktualnie o 09:00! :-)

                                                    Grześ mówi, że Policja dostala cynk, że Beduini coś tam kombinuja, więc w nocy
                                                    wyszli na pustynie sprawdzic czy wszystko jest ok. I dlatego na 24h wyjscia na
                                                    pustynie są zamknięte. Dowiaduje się, że te zamachy, które były przeprowadzone
                                                    w SSH jakies pół roku temu ( jak był wybuch przed hotelem i na bazarze… chyba)
                                                    to również jest sprawka beduinow. Oni prowadza wojne z rzadem, z Mubarakiem.
                                                    Mubarak przeprowadzil „nalot” na ich plantacje haszu i marihuany i zniszczyl im
                                                    to. A oni z tego zyja. Bardzo dobrze zyja. Więc w ramach odwetu uderzyli w
                                                    najczulszy punkt Egiptu-turystyke. I to podobno oni dokonali tych zamachow. Od
                                                    tej pory są piłniej obserwowani.
                                                    Ok. Szkoda-ale trudno. Pytam czy jest szansa na bilety do Delfinarium. Grześ
                                                    mówi, że oczywiscie, że będzie osobiście po nas o 14:30 pod hotelem. Mamy
                                                    wypatrywac bordowego peugeota.

                                                    Biore ręcznik i lece do chłopaków na basen. Przekazuje im info i klade się na
                                                    leżaku z ksiazka. Oni pływają, chalpia się, chichraja… słoneczko grzeje….

                                                    Ok. 11 przenosimy się na plaże, by pożegnać się z morzem. Grześ bierze faje i
                                                    idzie pływać, ja bawie się z Radzikiem na placu zabaw. Potem chłopcy leca we
                                                    dwoje do wody a ja leże na leżaku i napawam wzrok widokiem palm… piasku…
                                                    słońca… ech…
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:41
                                                    Przed 14 zwijamy się do hotelu. Przebieramy się, pakujemy i idziemy przed
                                                    hotel.Tam chłopcy siadaja na krawężniku i chowaja się w cieniu palm a ja
                                                    stercze przy drodze… i czuję się, jakbym chciała zapracowac na zwrot kosztow
                                                    wyjazdu ;-) hehehe Co kilka sekund z głośnym trąbieniem zatrzymuje się jakaś
                                                    taksówka, która dziś (wyjatkowo!) od razy strażnik stojacy przed hotelem
                                                    przegania. Naprawdę coś się musi dziać, skoro dziś są tacy ostrożni…

                                                    Zerkam na zegarek, jest 14:35. Po chwili dostaje sms „Pani Iwonka. Jestem brzy
                                                    drodze. Telko 7 minute” Super! :-) I rzeczywiście po chwili nadjeżdża Grześ.
                                                    Witamy się i pakujemy do środka. Rozmawiamy, chichramy się… Grześ mówi, że
                                                    policjanci od zamachu są strasznie przeczuleni i ostrożni… i dobrze! Rozmawiamy
                                                    sobie i po chwili jesteśmy pod Dolphinella. Zaprasza nas wieczorem do biura na
                                                    kawe, wypisuje nam voucher na show i wychodzimy. Jest 14:55 więc nie idziemy do
                                                    Tomka tylko do sklepiku obok. Niestety nie ma zadnych zawieszek z Delfinami… są
                                                    maskotki, koszulki, dmuchance itd… ale zawieszek nie ma. Szkoda. Rześ
                                                    mówi „kupisz sobie gdzie indziej” Jak to gdzie indziej? To już nie będzie to
                                                    samo!

                                                    Wchodzimy. Jak zwykle przetrzepuja nam bagaze, czy nie wnosimy ostrych i
                                                    niedozwolonych rzeczy. Zajmujemy miejsca i zamawiamy sok że świeżych lemonek.
                                                    Kelner nam przynosi. Ale zamiast w 2 szklankach-sok jest w 6 plastikowych
                                                    kubeczkach. To że względów bezpieczeństwa, boja się o Delfinki. Nam to
                                                    kompletnie nie przeszkadza-ważne, że jest sok :-) Jeszcze przed samym show
                                                    wraca i zabiera nam tace… no coz. Jeszcze bym zechciała kogos nią zdzielic ;-)
                                                    Np. faceta od DVD ;-) ihihihihihihi

                                                    Zaczyna się wystep. Rześ kraci ja robie zdjęcia… słoneczko cudnie nas ogrzewa…
                                                    pijemy pyszny soczek…raj! Raduś glodnieje i prosi o jabłko. Więc ja niewiele
                                                    namyślając się, siegam po jabłko i scyzoryk-który zawsze nosze przy sobie. Więc
                                                    wyjmujen nożyk, a chłopaki z ochrony głupieją! No tak. Przetrzepali nam bagaze,
                                                    dali sok w plastiku… nawet tace zabrałi-a tu jakies babsko kose wyjmuje ;-)
                                                    hehehe… Szybko obieram owoc i podaje synkowi, chowając scyzoryk do torby, by
                                                    ich nie draznic ;-)

                                                    Obok Rzesia przysiada się Tomek, który nas nie poznaje. Więc częstuje go
                                                    szklaneczka soku a ten pełen zdziwienia pyta „a co Wy tu robicie?” Witamy się
                                                    i oglądamy razem show. Raduś ciegle wszystko komentuje, bo przecież już to zna!
                                                    Więc pepla sobie, że Stefan teraz to… a dziewczynki to… a to trzeba powtórżyć,
                                                    bo się nie udało… :-) Moja Mała Gadula :-)

                                                    Prżyćhodzi czas na konkurs. Zajeta rozmowa z Tomkiem nie zauważam, kiedy Radzik
                                                    wstal i podszedł do prowadzacego! Zgłosił się znowu na konkurs?? Nie, nie…
                                                    niech inne dziecko idzie! Gostek poznaje Radzika, chwyta go za rękę i pyta, czy
                                                    jest może inne dziecko, które jest odważne i zgłosi się na konkurs-nikt się nie
                                                    zgłasza… Więc zadowolony Radzik drepcze w strone basenu. Już sam zdejmuje
                                                    klapeczki i koszulke… wszystko wie! :-) Plynac w pontonie, niczym Papiez
                                                    pozdrawia wszystkich na trybunach ;-) Glaszcze delfinki by po chwili
                                                    przydreptac-z kolejnym obrazem napalowanym przez delfinki! Szok! Sciskam Go i
                                                    całuje… jest niesamowity :-)

                                                    Po show żegnamy się z delfinami… z Tomkiem… zabieramy obraz i za 10le wracamy
                                                    pod hotel. Tam zostawiamy w pokoju obrazem i idziemy na basen… na plaże…

                                                    Ostatnia kolacja… zajadamy się, ale już myslami jesteśmy przy bigosie,
                                                    pierogach i schabowym z kapusta ;-) Jedząc modle się o to, co przytrafilo się
                                                    naszym znajomym z rejsu tydzień temu. Przenieśli im wylot z 02 w nocy na 08
                                                    rano… zawsze to kilka godzin wiecej w Egipcie :-)

                                                    Po kolacji lecimy do recepcji przeczytac o której wylot. Niestety… widąć moje
                                                    modlitwy nie dotarly ani do Boga ani do Allacha. Dokladnie za 6 godzin
                                                    wyjeżdżamy na lotnisko :-(

                                                    Prosto z recepcji idziemy do centrum. Najpierw do Grzesia. Rozliczamy się z
                                                    wycieczek. Potem Grześ stawia kawe i plotkujemy… w miedzy czasie Radzikowi
                                                    zachciewa się wody i coś „z szuflady” ;-) Więc zostawiam Rzesia z Grzesiem ;-)
                                                    i lece z Radziem do sklepu. Wpadamy do spożywczego, biore Nestle+twix i
                                                    wychodzimy.

                                                    W drodze powrotnej zaczepia nas facet że sklepu z papirusami ( a raczej
                                                    zaczepia Radka) dwoma zdaniami, bez których nie może się zaczac żadne
                                                    nagabywanie „What's your name? Where are you from?” Więc Raduś odpowiada po
                                                    Polsku jak ma na imie i skad jest i dodaje po arabsku „la, la, la!” (czyli dość
                                                    ostre NIE) Już odchodzimy (bo naprawdę nie potrzebujemy papirusow, szkoda jego
                                                    i naszego czasu) gdy ten zwraca się do mnie w te słowa „Just have a look,
                                                    niezle cycki!” po czym dodaje „ Come into my shop! Niezle cycki! You don't
                                                    have to buy anything, niezle cycki” Jestem zszokowana… ale czuję, że coś tu
                                                    nie gra. Chce mi się potwornie smiac!!!!!!!! Z drugiej strony... w końcu
                                                    karmilam Radzia 16 miesiecy, to dla mnie wielki komplement ;-) hehehehe

                                                    Wchodzimy do sklepu a ten dalej swoje „I have a gift for your son, niezle
                                                    cycki” Niewytrzymuje i pytam się go, czy wie co to znaczy te Niezle Cycki. A
                                                    ten „ Tak, wiem. Jakies dwa tygodnie temu była tutaj grupka polskich facetów.
                                                    I powiedziali mi, że jak powiem do Polski „niezle cycki” to to jest dla niej
                                                    największy komplement i że znaczy, że jest sliczna dziewczyna, najladniejsza
                                                    jaka widział” Wybucham gromkim smiechem, nie mogę się uspokoic. Tlumacze mu co
                                                    naprawdę ten zwrot znaczy a ten-chwyta się za głowe i chowa! Jest zszokowany i
                                                    zawstydzony! Po chwili dziękując mi mówi „od 2 tygodni żadna polka nic ode mnie
                                                    nie kupiła. Uśmiechaly się a jak mowilem do nich niezle cycki-to wychodzily… a
                                                    raz jeden mezczyzna chciał mnie pobic, że tak powiedziałem do jego zony… nie
                                                    wiedziałem co jest nie tak!” Błahahahahahahaha…
                                                    No to niezle nasi ziomałe go załatwili! Oj Ci nasi faceci ;-)
                                                    Wracamy do biura Aaba Sharm i Radek od progu mówi „a wiesz tatusiu, jeden pan
                                                    mowil do mamuni niezle cycki” ;-) heheheheeh…
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:41
                                                    Wypijamy kawe i żegnamy się z pracownikami i Grzesiem. Jeszcze ostatnie
                                                    zdjęcie. Ostatnie przytulenie i-niespodzianka! Dostajemy od Grzesia pyszne dwie
                                                    kawy egipskie, jakie on osobiście pje… mmm… nie spodziewaliśmy się prezentow!
                                                    Bardzo dziękujemy i z ogromnym zalem, smutkiem i rozpacza wychodzimy… Musimy
                                                    się trochę śpięsżyć. Jeszcze chcemy kupić kilka drobiazgow no i się spakować!

                                                    Rześ z Radziem idą usiąść sobie w knajpce, a ja lece w sklepy za kubasami
                                                    egipskimi, których nigdy nie za dużo ;-) Jeden, drugi, trzeci… w każdym to samo-
                                                    bezczelne, aroganckie i zuchwale proby zbliżenia się przez sprzedawcow.
                                                    NIENAWIDZE TEGO! Doprowadza mnie to do szału. Jeden chciał, bym mu usiadła na
                                                    kolanach i zrobila sobi z nim zdjęcie :-| Drugi, gdy oglądałam kubki podszedł i
                                                    chciał głaskać mnie po rece :-| Trzeci zapytal, czy może dac mi buziaka i co
                                                    robie wieczorem :-| I wszyscy troje na moje, że mam męża i nieżyćze sobie
                                                    czegos takiego zdziwieni odpowiadali „co z tego, że masz męża. Nam to nie
                                                    przeszkadza :-/” MAC! Co za kretyni!!!!!!!!

                                                    W końcu kupuje jakies kubki i inne rzeczy i wracam do Rzesia. Mam paskudny
                                                    humor… Nie dość, że muszę wracać to jeszcze te dupki mnie wkurzyli… a powinnam
                                                    po tyłu razach już się przyzwyczaic-a nie mogę! Uwazaja się za
                                                    najseksowniejsżyćh lovelasow na ziemi, że żadna im się nie oprze, że tylko
                                                    chcemy ich… S_K_R_E_T_Y_N_I_A_L_I I_D_I_O_C_I !!!!!!!!!!!!!

                                                    Podchodze do moich chłopaków zla, gdy wtem-Rześ mi wrecza szklanke zimnego soku
                                                    z limonek-i to mnie pocieszą :-) Mniam… postanawiam, że jak wroce do domu-będę
                                                    taki sok robić :-)

                                                    Jest 21. Jeszcze szybki wskok na plaże… i biegiem do pokoju. Za jakies 2h
                                                    wyjeżdżamy na lotnisko :-(

                                                    Daje Radzikowi coś do zjedzenia, wlaczam mu bajke, dla wszystkich robie
                                                    herbatke i-bierzemy się z Rzesiem za pakowanie. Jeżeli chodzi o upychanie,
                                                    pakowanie-gdy nie zalezy mi na tym, że coś się pomnie-to Rześ jest najlepszy!
                                                    Jako stary harcerz, umie naprawdę dobrze pakowac. Upycha gdzie co się da i
                                                    okazuje się-że jeszcze mamy luz! W ciuchy zawijamy 4 butelki czerwonego,
                                                    wytrawnego wina egipskiego… mam nadzieje, że któreś nie peknie podczas rzucania
                                                    na lotnisku przez bagażowych, bo strace polowe ciuchow! Zawijamy kubki, chowamy
                                                    pletwy, buty… Radka sandałki zostawiamy przy koszu-i tak już mu nie będą
                                                    potrzebne a do przyszłego roku będą za małe… Może sprzątacz wezmie dla jakis
                                                    biednych maluchow? To zamo z zabawkami, które miał na plaży. Zostaja pod
                                                    biurkiem. Niedokończone kremy z filtrami, leki-laduja w koszu.. Po co je wiezc??
                                                    Po godzinie jesteśmy spakowani. Dwie walizki wystawiamy przed drzwi, zostaje
                                                    nam torba podreczna+obrazki namalowane przed Delfinki, ktore będę dźwigać pod
                                                    pacha-ich nie naraze!

                                                    Za godzine wyjazd. Kładziemy się cala rodzinka pod kolderka., tulamy się…
                                                    Cisza… nikt nic nie mówi. Każdy zajety swoimi myslami. Nie wiem o czym mysla
                                                    chłopcy ale ja… ;-(… mnie… ;-( zbieraja się łzy pod powiekami… serce
                                                    mi wali…
                                                    krew uderza do głowy… Nie chce. Nie chce wracać! Kocham Egipt, uwielbiam Egipt.
                                                    Chce tu zostac!!! Tu jest mój dom, moje miejsce…tu się czuję tak dobrze!
                                                    Dlaczego tak szybko minely te 3 tygodnie?? Za szybko! Dopiero skakalam z
                                                    radości po domu, że pojadę do Egiptu-a teraz już wracam… łzy pieka mnie w
                                                    policzki… :-( Już tęsknie!!!!!!

                                                    O 23:30 wychodzimy z pokoju… ostatnie zerkniecie, ostatnie zgaszenie swiatla,
                                                    zamykamy drzwi… Idziemy powoli miedzy palmami, miedzy basenami do recepcji…tak
                                                    ciezko ;-( tak żal ;-( W recepcji oddajemy klucze. Rozliczamy się. Nie
                                                    odbieramy suchego prowiantu. Nie chce mi się targać tych torebek z jedzeniem.
                                                    Mam dla Radzia bułki, owoce, „coś z szuflady ;-)” picie… po co nam to.



                                                    19. 10. 2005 (sroda) dzień 22 ostatni :-(
                                                    Siadamy przed hotelem i czekamy na autobus, który jak na złość przyjezdza
                                                    punktualnie :-( Ostatnie zerkniecie na Hiltona, na widoczne w oddali morze, na
                                                    wysokie krawężniki, palmy, na ciągnące się hotele i po pół godzinie wysiadamy
                                                    na lotnisku. Nie chce mi się mowic… oddychac… tak strasznie mi ciezko na sercu
                                                    i duszy ;-(

                                                    Zabieramy walizki i idziemy do sali odlotow. A tam-zonk. Gdzie się mamy
                                                    ustawic? Okazuje się, że prawie jednoczesnie odlatuja dwa samoloty do Warszawy.
                                                    Jeden o 02:05 i drugi o 02:10. Patrzymy na bilet. Mamy wylot o 02:00. Hmmm…
                                                    Przylecieliśmy liniami Fischer Air, ale… to żaden z nich! Jeden to linie
                                                    Egipskie, drugi... sama już nie wiem. Nic to. Podejmujemy meska decyzje i
                                                    ustawiamy się do tego samolotu-do którego jest krotsza kolejka ;-) hehehehehe

                                                    Nadajemy bagaż, bierzemy deklaracje do wypelnienia i przechodzimy dalej.
                                                    Wypelniamy papierki i przechodzimy przez odprawe paszportowa. Ja sciskam
                                                    nerwowo w kieszeni jedna-jedyna małenka muszęlke, która zabrałam na pamiątkę.
                                                    Odprawiamy się i po sekundzie jesteśmy w sali odlotow… skad nie ma odwrotu :-(
                                                    Nachodzi mnie szalona mysl „może powinnam w hotelu zjeść nasze bilety
                                                    powrotne??” ;-) Zwariowałam chyba ;-)

                                                    No. To mamy jakies 1,5 luzu. Chłopcy siadaja i zaczytuja się w jakiejs
                                                    dziecięcej gazetce a ja ide polazic po sklepach. Ceny-jak z kosmosu! Nie oplaca
                                                    się nic kupowac! Więc nic nie kupuje tylko napawam oczy widokiem masy
                                                    egipskiego kiczu, którego tak strasznie będzie mi brakowac…

                                                    Czas mija i pora isc. Wolaja nas przez megafon, ale widąć nie ufaja naszej
                                                    znajomości ang bo po chwili słychać zdecydowany, meski polski glos, który
                                                    wprowadza nas w zdumienie, że coś takiego się dzieje na lotnisku
                                                    międzynarodowym „hej, kochani rodacy hihihihi. Ci którzy leca do warszawy,
                                                    niech w te pedy leca do odprawy i do samolotu, bo zaraz wracamy do. No. To
                                                    powtarzam. Ci co maja bilety do Warszawy, niech się zbieraja, bo samolot zaraz
                                                    startuje. Hihihihihi. Aha. Pozdrawiam jeszcze moich kupli i rodzine hehehehehe”
                                                    … niezle…

                                                    Więc wracamy liniami egipskimi, którymi lecieliśmy w obie strony rok temu.
                                                    Szukamy swoich miejsc i lokujemy się. Samolot od środka nie wzbudza zaufania…
                                                    tu i tam odstaje kawlek listewki, coś jest naderwane, czegos brakuje… przy
                                                    starcie, gry samolot brał rozped i podskakiwal po wybojach-spadaly wszystkie
                                                    podkładki. Hmmm… mam nadzieje, że silnik i cala elektronika jest w dużo lepszym
                                                    stanie! Jeszcze dwie sekundy, jedna-i już kola oderwane. Już nie dotykaja
                                                    egipskiej ziemi ;-( BUUUUUUU!!!!!!! ;-(((((((((((((((((((((

                                                    Jestem znowu cala śpięta. Nienawidze latac! Radzik siega do kieszeni przed
                                                    soba, wyjmuje ulotke informacyjna co robić w przypadku awarii i pyta „mamuniu,
                                                    dlaczego ten samolot się pali? A ten-zobacz, jest pęknięty na pół… A ten leży w
                                                    wodzie i ludzie z niego uciekaja, czy on mamuniu spadl?” ;-) Mam dosyć…

                                                    Staramy się jakos w siebie wtulic, ale miejsca jest naprawdę mało. Zreszta-i
                                                    tak nie zasne. Patrze na Radzika, który już śpi… zaledwie 10 minut po starcie ;-
                                                    ) Ten to dopiero ma sen! :-) Dosłownie jak Melman z filmu „Madagaskar” który
                                                    mowil „chyba się udam” i od razu zapadal w sen ;-)
                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:42
                                                    Rzesio się kokosi, wierci i po chwili wygięty w pytajnik-zasypia na moim
                                                    ramieniu. Postanawiam zajac czyms mysli więc… myślę o Egipcie :-), a jakże by
                                                    inaczej :-) Jest 02:30… pewnie niektórzy właśnie wstaja, by wejsc z latarkami
                                                    na Góre Mojżesza… a jeszcze inni właśnie pija na statku kawe, bo zaraz w
                                                    konwoju pojada do Abu Simbel.. reszta śpi, na statku… a jutro będę sobie w
                                                    Asuanie.. a ktoś inny śpi w Luksorze, by jutro jechać do Abydos… A jeszcze
                                                    inny meczy się w pociągu, który przemierza caly Egipt by nad ranem dotrzec do
                                                    Kairu…
                                                    To były wspaniale miejsca… wspaniale zabytki i cudne chwilę… masa
                                                    niezapomnianych przeżyć, pozytywnych doznan… Tyle zobaczyłiśmy, tyle
                                                    przeżyliśmy. Ten kraj ma tak dużo do zaoferowania, jak żaden inny! Zamykam oczy
                                                    i bladze po wspomnieniach… po świątyniach… Dziekuje Bogu, że dane mi było to
                                                    przeżyć. To wielki, niezapomniany dar!

                                                    Nagle z zamyślęnia wyrywa mnie jakis przyjemny zapach… a co to?? Czyzby
                                                    jedzonko? Przecież my nie mamy wykupionego cateringu. Tak. Jedzenie dla
                                                    wszystkich! Ba! To teraz jestem pewna-wsiedlismy w zły samolot ;-) hihihi

                                                    Budze Grzesia i zjadamy kurczaczka z ryzem, jakis batonik, bulka… ciepla kawa i
                                                    herbata, zimne napoje do wyboru. Zamawiam jeszcze herbatke dla Radzia i daje
                                                    mu na wpol śpiącemu do picia. Wypija z zamkniętymi oczami-i zasypia od nowa :-)

                                                    Czas się niemiłosiernie wlecze. Czesc ludzi śpi. Jakaś grupka na końcu swietnie
                                                    się bawi przy pomocy rozweselaczy ;-) Czesc patrzy beznamiętnie przed siebie…
                                                    Myślę sobie „oby na lotnisku nie było za zimno. Na szczęście Dorotka, która ma
                                                    nas odebrać przywiezie z soba nasze ciepłe ciuchy, więc się ubierzemy”

                                                    Zaczyna świtać… jeszcze jakaś godzina i będziemy w Warszawie. Wtem kapitan
                                                    oglasza, że na Okeciu są bardzo źle warunki atmosferyczne i będziemy awaryjnie
                                                    ladowac w Pyrzowicah. NIE! Moja wyobraznia wariuje „coś się stalo. Nie chca nam
                                                    powiedziec prawdy. Pewnie to jakaś grubsza awaria. Może silniki wysiadaja?
                                                    Hamulce? Pewnie na lotnisku już się zbiera straz pozarna i karetki.” Niezla
                                                    jestem panikara :-| I chyba za dużo filmow katastroficznych się naogladalam ;-)

                                                    Rześ nie słyszy moich myślę a-mimo to wie co mi się w głowie roi. Obejmuje mnie
                                                    i mówi „Mycha przestan już. Będzie wszystko dobrze!” OBY! :-|

                                                    Zaczynamy opadac. Jakie to niemile! Blednik wariuje, uszy się zatykaja, żołądek
                                                    swiruje… Radzik się obudzil więc daje mu Mamby, by zul gumy i odruchowo
                                                    przełykał sline-nie będą mu się uszka zatykac. Chwila… dluuuga chwilę… opadanie
                                                    nie ma konca… w końcu ryk silnikow i-ladowanie. Hamulec wsteczny, spowolnienie
                                                    i-już bezpiecznie stoimy na plycie lotniska. Ubieramy sweterki, żegnamy się z
                                                    Egipska obsluga (ale im dobrze, za kilka godzin będą w Egipcie :-)) zabieramy
                                                    bagaż podręczny i-CO TO???? Syberia?? Boze! Przecież to istna zimnica! Szok!
                                                    Paskudnie! Szron jest wszedzie! FUUUJJJ!!!!!

                                                    Przeskakujemy do autobusu, który nas zawozi do… sali odlotow! Wszystkim się
                                                    robi goraco u rzucaja się na zakupy w bezclowce ;-) Pierwsza grupa z
                                                    zaladowanymi koszykami podchodzi do kasy i-zostawiajac pelne koszyki wychodzi!
                                                    Okazuje się, że nie mamy już tych niżsżyćh cen, tylko te wyższe-jak do krajow
                                                    Uni, więc… srednia opłacalność ;-)

                                                    Przez megafon dowiadujemy się, że samolot prawdopodobnie nie poleci. Że mamy
                                                    się zdecydowac, kto zostaje w Pyrzowicach i wroci na wlasna rękę a kto czeka na
                                                    dalsze decyzje-czy samolot czy autokary do Warszawy. Od razu się decydujemy, że
                                                    wrocimy sami. W końcu mamy blisko. Idziemy z paszportami i wpisujemy się na
                                                    liste rezygnujących z dalszej podrozy. Dzwonimy do ojca, który za jakies Pół
                                                    godziny będzie po nas. Dzwonimy do Dorotki a ta zdziwiona stwierdza „co Wy
                                                    mowicie? Właśnie jakis samolos z Sharm wyladowal. Owszem jest mgla, ale
                                                    samoloty normalnie startuja, laduja…”

                                                    Hmmmm….. Dzieki Bogu….

                                                    Po chwili wsiadamy w autobus i jedziemy pod samolot.patrze na zegarek. 07:15.
                                                    Jest nas jakies 10-15 osob, które zrezygnowaly. Reszta czeka. Paluchem
                                                    wskazujemy swoje bagaze (po co im kod kreskowy?) i jedziemy do sali przylotow.
                                                    Po minucie odbieramy swoje bagaze i wychodzimy przed lotnisko… zimno, wieje
                                                    lodowaty wiatr, przez siwe chmury nie widąć nieba, gole wierzby strasza
                                                    czarnymi konarami… od jutra zacznie się praca, szkola, gotowanie, zakupy,
                                                    sprzątanie, obowiązki… pewnie zaraz przyplacze się jakis katar czy kaszel…
                                                    ech...
                                                    Po chwili wsiadamy w autobus i jedziemy pod samolot.patrze na zegarek. 07:15.
                                                    Jest nas jakies 10-15 osob, które zrezygnowaly. Reszta czeka. Paluchem
                                                    wskazujemy swoje bagaze (po co im kod kreskowy?) i jedziemy do sali przylotow.
                                                    Po minucie odbieramy swoje bagaze i wychodzimy przed lotnisko… zimno, wieje
                                                    lodowaty wiatr, przez siwe chmury nie widąć nieba, gole wierzby strasza
                                                    czarnymi konarami… od jutra zacznie się praca, szkola, gotowanie, zakupy,
                                                    sprzątanie, obowiązki… pewnie zaraz przyplacze się jakis katar czy kaszel…
                                                    ech… a gdzieś tam jest Egipt… Mój Ukochany Egipt… przepiekny, słoneczny…
                                                    tajemniczy, magiczny Egipt… pełen ciepluteńkiego słońca, parzącego piasku…
                                                    pachnący jabłkowym tytoniem… pełen gwaru i wszechobecnej muzyki arabskiej…
                                                    usiany zielonymi palmami i łanami wysokich trzcin cukrowych… Egipt położony
                                                    przy błękitno-granatowo-zielonym morzu… nad śpięnionym Nilem… Egipt pełen
                                                    skarbow … zachodniego brzegu, przy pastelowo-cieplych Gorach Tebańskich...
                                                    pełen cudnych świątyń w których zyja starożytni Bogowie, słychać kroki, szpety,
                                                    modły i westchnienia kapłanów… Karnak… kolorówe Abydos… tajemnicza Dandera…
                                                    Medinet Habu…Luksor… Sucha i rozpalona Dolina Królów… Przepiekne Edfu… spokojny
                                                    Asuan… powalające Abu Simbel… rozkoszne Delfinki… sok z limonek… kochani
                                                    Nubijcżyćy… Palmy… suche i ciepłe powietrze… gwar Kairu… to wszystko i jeszcze
                                                    wiecej powoduje-że warto żyć, że warto tesknic, że warto kochać Egipt… Mój
                                                    Egipt… Zabieram te wszystki zapachy, dzwieki, kolory, zabieram to cieplo… musi
                                                    mi wystarcżyć… na jak dlugo? Nie wiem. Ale wierze, że przyjdzie jeszcze kiedys
                                                    taki cudowny czas-że znowu będę tancżyć po pokoju z radości, że wracam do domu,
                                                    do EGIPTU!!!!!!!!

                                                    Iwonka

                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:42
                                                    PODSUMOWANIE

                                                    WYJAZD
                                                    Wyjazd trwal od 28.09-19.10. 2005 czyli trzy tygodnie.
                                                    Był to program NEFRETETE A z BP Exim Tours. U nich także dokupiłam dodatkowy
                                                    pobyt, w wybranym przez siebie hotelu w SSH. Bylam z tym BP trzeci raz.
                                                    Wszystko ok., zgodnie z umowa. Rezydentow w zasadzie nie potrzebowaliśmy.
                                                    Za 14 dniowy rejs po Nilu, program NEFRETETE A 4**** z HB + dodatkowy tydzień
                                                    w SSH w hotelu Hilton Dreams 5***** HB, przelot w obie strony itd. zapłaciliśmy
                                                    za dwie osoby dorosle + 5 letnie dziecko 9400 zl. Cena była negocjowana
                                                    osobiście i bezpośrednio z biurem Warszawie.


                                                    NOCLEGI
                                                    El Gouna hotel „Panorama” 4**** ( w skali od 1-10 gdzie 10 to bdb daje 8 pkt)
                                                    W samym centrum El Gouny. Dwa baseny, bungalowy+urocze domki na wodzie (za
                                                    dodatkowa oplata) Jedzenie nawet smaczne. Obsluga spoko. Nasz pokoj był na 2
                                                    pietrze, gdzie klima nie wyrabiala, bil taki gorac od dachu. Pokoj był dosyć
                                                    przestronny z lodowka, telefonem, TV, Klima regulowana indywidualnie (dziala
                                                    przy otwartych drzwiach balkonowych) natryskiem. Pokoj ogolnie bardzo
                                                    zniszczony i zaniedbany. Strasznie mało oświetlenia. Na 3h w ciagu dnia jest
                                                    wylaczany prad. Dużo zieleni, przy uroczej zatoczce. Wieczorem można się udac
                                                    do uroczego centrum, gdzie są restauracje, sklepy, dyskoteki. Przepieknie
                                                    oświetlone miasteczko.

                                                    Statek „Crocodilo” 5***** ( zdecydowanie 10 pkt)
                                                    Polecam kajuty z odsuwanymi od sufitu do podlogi drzwiami. Kajuty niewielkie +
                                                    lazienka z WC. Klima regulowana indywidualnie, dziala przy otwartych drzwiach.
                                                    Dosyć cicho pracuje. Jest TV, lodowka, telefon, duze lustro, suszarka do
                                                    włosów. Nie za duza szafa, ale da się wytrzymac. Pokoje są zadbane i czyste.
                                                    Kilka raze dziennie zaglada sprzetajacy, by wynieść papierek czy umyc szklanke
                                                    w zlewie. Pachnie na calym statku. Jedzenie przepyszne. Obluga rewelacyjna!
                                                    Posiada niewielki basen + jacuzzi do którego wchodzi ok. 6-8 osob. Nie ma
                                                    problemu z lezakami na gornym pokladzie. Z facetami z recepcji czy kenerami
                                                    jest swietny kontakt-można wszystko załatwić.

                                                    Pociag relacji Asuan-Kair
                                                    Porazka. Jak ktoś ma możliwość niech dopali i jedzie kuszetkami. Straszny brud.
                                                    Po prostu SYF. Cala noc obslugaplacze się po przedziale. Smierdzi od WC. Pociag
                                                    jedzie bardzo chaotycznie, rzuca do przodu i do tyłu, co jakis czas ma rotacje
                                                    boczne i człowiek ma wrażenie, że zaraz wypadnie z torow. Jedzie się okol 12h.

                                                    Kair, Hotel „Oasis” 4**** (zdecydowanie 10 pkt. Powinien mieć 5*****)
                                                    Przepiekny hotel. Pół godziny jazdy od centrum darmowym, hotelowym busem.
                                                    Bardzo uroczy z niesamowita aura i klimatem. Basen, a co najważniejsze-
                                                    przepiekny ogrod! Niesamowite egzotyczne kwiaty, drzewa, kaktusy… roślinność
                                                    jak z bajki! Drzewa a na nich rosna banany, pomarancze, limonki, daktyle…
                                                    Fantastycznie się tam spaceruje. Ilość kwiatow, kolorów-nieograniczona. I
                                                    fantastyczny, slodko-miodowy zapach unoszący się w powietrzu! Swietny plac
                                                    zabaw dla dzieci. Wszedzie fontanny, cieki wodne. Obsluga-srednia. Jedzenie
                                                    bardzo dobre. Pokoje-rewelacyjne. Ogromne, przestronne, jasne. Wchodzi się do
                                                    nich bezpośrednio z chodnika. Bardzo dużo miejsca, to samo lazienka. Wanna!!!
                                                    Jest suszarka, TV, lodowka, Klima (pracuje przy otwartych drzwiach) regulowana
                                                    indywidualnie. Wg mnie to najlepszy hotel i najlepsze pokojeze wszystkich
                                                    hoteli w jakich miałam okazje bywac w Egipcie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

                                                    Hotel pod Gora Sw. Katarzyny 3*** (2 pkt)
                                                    Tragedia. Takiego brudu i niechlujstwa w życiu nie widzialam! Tam są 4 hotele i
                                                    wszystkie maja 3***. Tu-goniace się karaluchy po pokoju, zdechly szczur na
                                                    korytarzu, zamiast szyby-karton w oknie, w lazience brak cieplej wody, wszedzie
                                                    lepiący się brud, na poscieli jakies włosy i piasek-czyli nie zmieniana
                                                    pościel, jedzenie chlodne i bez smaku… nie. Porazka!


                                                    Sharm El Sheikh hotel „Prima Life Rihana” 4**** ( 6 pkt)
                                                    Hoteli calkim fajny. Dużo basenów. Ogromna ilość zieleni. Calkiem milutki plac
                                                    zabaw dla dzieci. Z parteru wychodzi się od razu na soczyście zielona trawke,
                                                    która jest mieciutka i ugina się pod stopami jak gabka! Jedzenie ok. Można
                                                    wynosic zarelko do pokoju i nabierac napoje w butelki. STRASZNY huk
                                                    startujących samolotow, nieraz naprawdę się balam. Był taki ryk silnikow, że az
                                                    szyby drżały (hotel leży na „przedłużeniu” pasa startowego)
                                                    Bardzo daleko od centrum, za dojazd trzeba placic. Plaża odlegla i małenka.

                                                    Sharm El Sheikh hotel “Hilton Dreams” 5***** (9 pkt)
                                                    Hotel jak hotel. Chyba za wiele się spodziewałam po marce Hiltona. Bez
                                                    fajerwerkow. Niezliczona ilość basenów, trochę zieleni. Jedzenie nawet dobre,
                                                    obsluga bardzo zdystansowana. Klima regulowana indywidualnie, dziala przy
                                                    otwartych drzwiach (pokoje się otwiera na karte. Polecam wsadzic w czujnik
                                                    jakaś karte od wypożyczalni czy coś takiego, wtedy klima będzie działać nawet
                                                    jak Was nie będzie w pokoju) Wanna!! Dużo luster, TV, sejf, suszarka,
                                                    czajnik+kawa+herbata+cukier+smietanka gratis. Pokoje na parterze maja wyjscie
                                                    na trawke, na pietrze dość duze balkony. Bardzo blisko centrum. Blisko do
                                                    fantastycznej plaży. Piaszczysta, łagodne zejście, nie ma problemu z lezakami
                                                    czy parasolami. Plaża jest ogromna i ciągnie się przez wieksza czesc Naaba Bay.

                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:43
                                                    WYCIECZKI
                                                    Luksor, Zachodni Brzeg
                                                    Lodka w jedna strone 10le
                                                    Taksówka na zachodnim brzegu za 6 godzin dyspożyćyjności 50le + 10le napiwku
                                                    dla taksówkarza
                                                    Dzieci powyżej 4 roku życia placa za bilet, ale nam za Radka nie liczono.
                                                    Wstep do Medinet Habu + Ramasseum 20le/osoba = 40 le
                                                    I teraz nie pamiętam, ale coś było laczone. Albo Ramasseum z Medinet Habu. Albo
                                                    Ramasseum z Seti I. Ale chyba to pierwsze, więc tak zostawie-ale pewnosci nie
                                                    mam.
                                                    Swiatynia grobowa Setnego I 20le/osoba = 40le
                                                    Dolina Królów 55 le/osoba = 110le
                                                    Taf-taf 1le/osoba = 3le (w obie strony)
                                                    Łódź powrotna 10le

                                                    Lodka i taksówka nas same złapały ;-) Kwestia tylko negocjacji, dogadania się.
                                                    Kasy są zaraz po lewej stronie za Kolosami Memnona, przed Medinet Habu (Medinet
                                                    Habu, Ramasseum, Seti I, Dolina Robotnikow itd.)
                                                    Do Doliny Królów kupuje się bilety przed Dolina.

                                                    Lot balonem
                                                    Zalatwiany poprzez sms-y z Joanna z BP Hany Alibaba +20127667597
                                                    www.hanyalibaba.com
                                                    Cena 80$ osoba dorosla, dziecko polowa ceny = 200$
                                                    Wyjazd na lot jest ok.4-5 nad ranem. Powrot ok. 7 rano. Na lodce, która noca
                                                    przewozi na zachodni brzeg, małenki poczęstunek (kawa, herbata, ciasto).
                                                    Sam lot-po stokroć warto!!!!!!!!! Wschod słońca, zabytki widziane z gor
                                                    (Hatszepsut, Ramasseum, Kolosy itd.) W balonie częstują woda mineralna. Sam lot
                                                    trwa ok. 45 minut. Niesamowite, wrecz orgastyczne przeżyćie!

                                                    Dandera+Abydos
                                                    Załatwiane przez jak wyzej, przez Joanne. Ale można po prostu dogadac się z
                                                    jakims taksówkarzem, który podczepi się pod konwój i Was zawiezie. Można także
                                                    pociągiem, ale tu szczegółów nie znam. My za nasza trojke płaciliśmy 100$
                                                    (przejazd, bilety… wszystko) Sam wstep do Abydos to kwota 20le/osoba, do
                                                    Dandera również 20le/osoba. Warto się podlizac, dac bakszysz i wejsc w Danderze
                                                    na dach oraz do podziemi-SUPER! Jechaliśmy nowym 12 osobowym Hyundai`em z
                                                    klimatyzacja i skorzana tapicerka. Super się jechalo! Same zabytki-KONIECZNIE
                                                    trzeba zobacżyć, są PRZECUDNE! Polecam naszego przewodnika. Przesympatyczny
                                                    mlody człowiek. Jest egiptologiem pracuje przy ministrze kultury w dziale
                                                    antykow. Nazywa się Atef Abu El-Fadl. Tel 002/010 37 83 791
                                                    e-mail atefmofa@yahoo.com. Nie mówi po Polsku, ale za to czyta hierogliy! :-)
                                                    Wyjazd w konwoju z Luksoru o 9 powrot do Luksoru ok. 17
                                                    Bakszysz dla kierowcy i przewodnika 20le
                                                    Dzień wczesniej zamowcie sobie na statku śniadanie i lunch w formie suchego
                                                    prowiantu.

                                                    Swiatynia Luksorska
                                                    35le/osoba = 70le Warto isc wieczorem, gdy jest przecudnie oswietlona.

                                                    Swiatynie Edfu i Kom Ombo mielismy zapłacone w ramach rejsu. Wstep Edfu
                                                    35le/osoba + Dorozka jakies 10le w obie strony (niezależnie od ilości osob)
                                                    Kom Ombo 20le/osoba.

                                                    Asuan
                                                    Taksówka na jakies 3-4 godziny 50le.
                                                    Przeplyniecie lodka po jeziorze Nasera do Kalabszy, czekanie i powrot (ogółem
                                                    jakies 1,5 godziny wyłączności) 30le.
                                                    Wstep do świątyni Kalabsza 20le/osoba = 40le Bilet ten obejmuje także wstep do
                                                    niewielkiej świątyni Beit El Wali oraz kiosku Kertassi. Wszystkie te 3 budowle
                                                    są położone bardzo blisko siebie, na małej wysepce. POLECAM!!!!!

                                                    Tama Asuanska wstep 8le/osoba = 16le Można robić zdjęcia nie wolno kręcic na
                                                    kamere. Ogółem nie warto, chyba, że dla super widokow na Jezioro Nasera,
                                                    Kalabsze czy Asuan. Sama tama choc ogromna nie robi wrażenia-wszystko się
                                                    odbywa pod masa betonu, nie czuć ogromu tej budowli.

                                                    Polecam naszego kierowcę. Sympatyczny Kopt. Może zorganizowac wyjazd
                                                    klimatyzowanym busem w konwoju do Abu Simbel w cenie 30$ od osoby (cena do
                                                    negocjacji. Im wiecej osob tym taniej) U rezydenta ta wycieczka 65le/osoba.
                                                    Kierowca nazywa się Georg, tel. 012 2935641

                                                    Wynajecie feluki na 8h w rejs po Nilu 60le (ceny za lodke czy taxi to całość,
                                                    jak pojedziecie w dwie pary, to macie koszt na pół)
                                                    Grobowce Dostojnikow 20le/osoba = 40le Polecam!!
                                                    Muzeum Asuańskie na wyśpię Elefantyna ( w tym macie marne muzeum, kiepskie
                                                    resztki świątyni Chuma, Nilometr) 20le/osoba = 40le
                                                    Wyspa Kitchera-nie polecam.

                                                    Przejazd dorozka przez Asuan na statek 5le

                                                    Godzina w kafejce internetowej 4le

                                                    Niedokonczony obelisk 20le (w cenie rejsu)
                                                    Swiatynia Izydy na Philae 35le (w cenie rejsu)

                                                    Pociag relacji Asuan-Kair klasa I 81le/osoba (w cenie rejsu)

                                                    Kair
                                                    Wejście na płaskowyż Giza 40le/osoba (w cenie rejsu)
                                                    Wejście do Piramidy Chefrena (srodkowa) 20le/osoba=40le
                                                    Każdorazowe przejechanie z jednego konca miasta na drugi 10le
                                                    Wejście na cytadele 35le/osoba=70le
                                                    Meczet Al. Rifaj 12le/osoba=24le
                                                    Meczet Hassana 12le/osoba = 24le
                                                    Bakszysz za wstep do grobow 10le
                                                    Wjazd na Wieze Kairska 60le/osoba=120le (Warto!!!)
                                                    Możliwość krecenia na kamere 20le

                                                    Antinal, lek na zemste faraona, 12 kapsulek 4le
                                                    Intetrix, antybiotyk działający błyskawicznie na sensacje żołądkowo-jelitowe,
                                                    20 kapsulek 12le.

                                                    Muzeum Egipskie 40le/osoba (w cenie rejsu)





                                                    Wjazd na teren Parku Narodowego w Egipcie, chroniony teren wokół Gory Sw.
                                                    Katarzyny 3$/osoba (w cenie rejsu)

                                                    W Sharm El Sheikh kupowaliśmy wycieczki w biurze Aaba Sharm.
                                                    www.taniewycieczkisharm.com. Dwie pierwsze są identyczne organizacyjnie u
                                                    rezydenta i w Aaba Sharm, dlatego podam dla porowniania obie ceny.
                                                    Ras Mohammed (caly dzień na rafach, w cenie 3 polgodzinne zejście pod wode,
                                                    lunch, napoje itd.) Rezydent 40$, Aaba Sharm 20$
                                                    Łódz podwodna (ok. godzina podziwiania raf przez szklane ściany) Rezydent 45$,
                                                    Aaba Sharm 35$ ( dziecko polowa ceny) zapłaciliśmy w Aaba Sharm 80$ za nasza
                                                    trojke.

                                                    Quady+lasy namorzynowe (ponad 6 godzinna wycieczka. W cenie ok. 4 godziny jazdy
                                                    czterokołowcami, nurkowanie, lunch+napoje, piekne widoki, lasy namorzynowe
                                                    itd.) Wyjazd ok. 8 rano powrot ok. 14. za nasza trojke zapłaciliśmy 100$ (Radek
                                                    jechal z Grzesiem na motorze pojedynczym)

                                                  • platynka.iw Re: 3 raz w Egipcie-moje 22 dni w "domu" 09.09.06, 21:44
                                                    Wielkie Safari w Abu Galum (calodniowa wycieczka. Jazda jeepem, nurkowanie w
                                                    Blue Hole, przejazd 1,5h na wielbłądach wzdłuż Morza Czerwonego, znowu
                                                    nurkowanie, lunch, godzinny przejazd jeepami przez pustynie, oaza Beduinow,
                                                    wizyta w Dahab, powrot. Wyjazd ok. 8 rano powrot ok.18) Cena za nasza trojke 85$

                                                    Delfinarium.
                                                    Plywanie z Delfinami załatwialiśmy przed wyjazdem poprzez
                                                    www.tanienurkowanie.pl/dolphinella.php
                                                    Wplacilismy 89$ i z wydrukowanym
                                                    voucherem zgłosiliśmy się na umowienie terminu plywania już w Egipcie, w biurze
                                                    Delfinarium. Nie było zadnych problemow, polecam. Na jednego delfinka
                                                    przypadaja 2 osoby pływające, a delfinkow są 3 sztuki. Plywa się pół godziny.
                                                    Rześ twierdzi, że bardzo warto!!!!

                                                    Wejście na show u rezydenta 25$ my kupiłiśmy w Aaba Sharm za 10$/osoba.=30$
                                                    (byliśmy na show dwa razy co daje 60$) Warto!!!! Odbywa się codziennie (poza
                                                    niedziela) o godzinie 15:00. Jest to 45 minutowe przedstawienie w roli głównej
                                                    z delfinami i trenerami.

                                                    Polecam bezpośredni kontakt do przedstawiciela wslacicela, który na stałe jest
                                                    w Delfinarium. Jest to ,mlody, energiczny, przesympatyczny facet. Można z nim
                                                    gadac na temat Show czy plywania (Rześ pływał sam jeden z trzema delfinami)
                                                    Mówi po Polsku.
                                                    Tomek Burzyński
                                                    e-mail info@dolphinella.com
                                                    Tel +20 693 664 855

                                                    Za dojazd taksówka płaciliśmy 10le w jedna strone.(20 le) Wystarczy powiedziec
                                                    Dolphinella Hadabed.

                                                    Za jedno zdjęcie zrobione podczas plywania wolaja 14$
                                                    Za jedno zdjęcie zrobione podczas Show (z delfinami) 28$
                                                    Kaseta DVD z półgodzinnego plywania 250le

                                                    DODATKOWE, INNE KOSZTY

                                                    Wykupiłiśmy sobie przed wyjazdem dodatkowe ubezpieczenie w cenie 200 zl za ful
                                                    pakiet dla calej naszej trojki.

                                                    Wiza Egipska placona od paszportu, więc 3X15$ = 45$

                                                    Napiwki na czas 14 dniowego pobytu 50$ (chca 30$ od osoby, ale wyliczyliśmy, że
                                                    kwota 50$ za nasza trojke, przy 2 walizkach jest wystarczajaca)

                                                    10$ w paszporcie podczas załatwiania przed czasem kajuty z drzwiami balkonowymi
                                                    na statku.

                                                    Po SSH poruszalismy się busami w cenie 1le od osoby niezależnie od długości
                                                    trasy.

                                                    W Kairze, SSH za jeden kurs taxowki płaciliśmy 10le

                                                    Sok z limonek w zależności od knajpki od 1le w zapadlej dziurze w Kairze po 15
                                                    le przy deptaku w naama Bay (za szklanke) Średnio płaciliśmy 10le za jeden sok.

                                                    Wino wytrawne, egipskie o nazwie Omar Khaggam, produkowane w El Gouna
                                                    płaciliśmy w sklepie ok.60le za butelke.

                                                    Mała puszka piwa Heineken 7le.

                                                    Duzy talerz zdobiony w starozytne, egipskie wzory 30le

                                                    Za 200 gram czarnego pieprzu, 200 gram cynamonu w paleczkach, 200 gram
                                                    kardamonu zapłaciliśmy 60le.

                                                    Kubki po 25le/sztuka

                                                    Kalendarz egipski z papirusa na 2006 rok, na jednej kartce 2 miesiace,
                                                    20le/sztuka

                                                    Kartusz zloty, duzy 30$

                                                    Za wode mineralna, niegazowana/gazowana 1,5 litra płaciliśmy średnio 1,50 le.
                                                    Za wody kolorówe (coca-cola, fanta) płaciliśmy średnio 5le.
                                                    Dziennie średnio szly 3 wody+jeden kolor, co daje ok.10le dziennie na napoje.


                                                    W zlotowkach poszlo nam około 9600 zl
                                                    W Dolarach jakies 850$ (dolar kupowaliśmy po 3,02)
                                                    W funtach egipskich jakies 1300le. (liczyliśmy funta po 0,60)
                                                    Razem wszystkie koszta za 22 dni w Egipcie wyniosły około 13tys.zl.

                                                    INNE

                                                    Nie warto jechać w czasie Ramadanu, ponieważ większość zabytkow jest zamykana
                                                    dużo wczesniej i można się nie wyrobic czasowo, lub wrecz pewne wycieczki
                                                    odpadaja.

                                                    Nie warto jechać pozna jesienia, ponieważ dzień jest bardzo krotki. Jak mysmy
                                                    byli to o godzinie 18 już była noc.

                                                    Warto naucżyć się kilku podstawowych zwrotow po Arabsku, to bardzo ulatwia
                                                    życie. Napisze fonetycznie, gdyż nie znam pisowni arabskiej ;-)
                                                    Czesc-Ahlan
                                                    Dzień dobry-Marhaba
                                                    Dowidzienia-Ma Salema
                                                    Dziekuje-Szukran
                                                    Proszę-Afulan
                                                    Ostre nie, dziekuje-Laa!Laa!Laa!
                                                    Jak się masz?-Zajak
                                                    Na pytańie jak się masz? Odpowiedz „bardzo dobrze”-meja, meja lub Meszi (dobrze)
                                                    Szybciej-Jalla! Jalla!
                                                    Mam nadzieje, że niczego nie przekręciłam ;-)


                                                    Z za planowanych w Polsce rzeczy nie wypalilo nam jedno-Petra :-(

                                                    Wypalilo nam (zobaczyłiśmy)
                                                    -Kolosy Memnona, -Medinet Habu, -Ramasseum, -Swiatynia SetiegoI, -Dolina
                                                    Królów, -Lot Balonem nad Luksorem, -Abydos, -Dandera,- Swiatynia Luksorska,-
                                                    Swiatynia w Edfu, - Swiatynia w Kom Ombo, -Grobowce Dostojnikow w Asuanie, -
                                                    Muzeum asuańskie, -Sw.Chuma, -Nilometr na Elefantynie, -Hotel Old Katarakt, -
                                                    Cmentarz Fatymidow, -Niedokonczony Obelisk, -swiatynia Izydy, -Zapora
                                                    Asuanska, -Kalabsza, -Bajt al-Walli, -Piramidy, -Sfinks, -Barka, -Cytadela a na
                                                    niej Meczet Mohammada Allego, -Muzeum Wojskowe, -Meczet Sulejmana Paszy, -
                                                    Meczet Muhammada an-Nasira, -Meczet Sultana Hassana, -Meczet ar-Rifa`iego, -
                                                    Meczet Al.-Azhar, - Chan el Chalili, -Wieza Kairska, -Muzeum Egipskie, -Gora
                                                    Mojżesza, -Klasztor Sw. Katarzyny, -Quady+lasy namorzynowe, -łódź podwodna, -
                                                    Abu Galum, -Dolphinella, -Wyplyniecia na rafy… mam nadzieje, że niczego nie
                                                    zapomniałam :-)


                                                    Co jeszcze?? Nie wiem. Jeżeli ktoś ma jakies pytańia to chetnie odpowiem. Mogę
                                                    także odpowiedziec i zachęcić do zwiedzenia na wlasna rękę Sakkary, Dachszur
                                                    czy Memphis, albo Abu Simbel które odwiedziłam w tamtym roku.

                                                    Dziewczyny, które chca łazić na wlasna rękę po Egipcie, proszę-ubieajcie
                                                    spodnice do kostek, bluzki zakrywające ramiona, bez dekoldow. Uszanujecie ich
                                                    zwyczaje ia przy okazji-wierzcie-będziecie się duuuzo lepiej czuć, bardziej
                                                    komfortowo i bezpiecznie.

                                                    To chyba wszystko. Nie liczyłam cudnych widokow, wrażeń, doznan… wspomnien,
                                                    które przywieźliśmy z soba-bo to jest bezcenne :-)

                                                    Żyćze wielu wspaniałych chwil w Egipcie!
                                                    Jeżeli mogę w czyms pomoc-to zawsze i chetnie! Jak widzicie… o Egipcie to ja
                                                    mogę gadac i pisac i myśleć i snic… :-)

                                                    Pozdrawiam cieplutko :-)
                                                    Iwonka
                                                  • bergamotka11 Rejs po Nilu, pazdziernik/listopad 2005 10.09.06, 23:21
                                                    Informacje ogólne: biuro podróży Sun Fun, wycieczka Funny Nile
                                                    Część pobytowa: Royal Palace 4*, Hurghada, zasługuje co najwyżej na słabe 3*
                                                    Rejs: Miss Word 5*, jak najbardziej na nie zasługuje

                                                    Wielka Wyprawa, podczas której przebyliśmy ponad trzy tysiące lat w zaledwie 15
                                                    dni. Za oknem buro i zimno, ja czuję jeszcze na szyi powiew gorącego egipskiego
                                                    powietrza, staram się je wdychać głęboko w nozdrza. Po raz kolejny oglądam
                                                    zdjęcia, wpatrując się w monitor i uporczywie zasłaniając zasłonkę, jakby
                                                    chcąc odgrodzić się od szarej rzeczywistości.

                                                    Egipt to dwa różne światy oddzielone od siebie ostrą granicą, tak jak trzy
                                                    tysiące lat temu Nil odgradzał w starożytnych Tebach Świat Żywych i Świat
                                                    Umarłych; pierwszy świat AD 2005 to właśnie ta starożytność, niezmierzone
                                                    tajemnice ukryte w rozmaitych zakątkach kamiennych świątyń, wyryte na ścianach
                                                    w postaci reliefów i hieroglifów, wyrażone w dumnych posągach bogów i faraonów,
                                                    zanurzone w granatowych, nieprzeniknionych wodach Nilu, który od tysiącleci
                                                    snuje się leniwie i ospale, a jednocześnie dostojnie, wśród pustynnych kamieni
                                                    i piasków zamieniając je w żyzną glebę.

                                                    Drugi świat to świat arabski – rozgadany i pokrzykujący, rozdzierający odgłosem
                                                    klaksonów na zatłoczonych ulicach, przepełniony tanią turystyczną komercją,
                                                    wciągający cię w setki, tysiące sklepów i kramów, straganów i suków, gdzie, my
                                                    friend, dostaniesz good price za „real” papirus, pyramids czy skarabeo. Gdzie
                                                    półgodzinne spóźnienie jest normą, bo nie ma po co się spieszyć, hotel 4* ma
                                                    tych gwiazdek najwyżej dwie, a reszta nie jest wydawana, bo po co. Uśmiechnięci
                                                    i sympatyczni Egipcjanie, filujący na twoje turystyczne pieniądze, brud na
                                                    ulicach, niedokończone budowle, nędzne, rozlatujące się chaty z cegły mułowej
                                                    i przenikliwy wzrok zamieszkujących je dzieci, które od turysty wypatrują
                                                    długopisu, cukierka, a może po prostu zwykłej ludzkiej miłości.

                                                    Nie wiem, czy podoba mi się ten drugi świat. Za bardzo krzyczy i wysysa soki.
                                                    Do pierwszego świata wiem, że kiedyś wrócę. Sama, bez przewodnika i sztywnego
                                                    harmonogramu wycieczki. Bez nieustannej gonitwy za kolejnym zabytkiem i
                                                    pięcioma minutami wolnego czasu na zrobienie kilku pamiątkowych fotografii.
                                                    Usiądę u stóp piramid, obejmę kamień i mocno zaciągnę się starożytnym
                                                    powietrzem, zaciskając powieki i oczyma wyobraźni widząc ostatnią drogę Cheopsa
                                                    do miejsca jego wiecznego spoczynku...

                                                    Tymczasem zostały wspomnienia po niezapomnianym rejsie, które tu skrzętnie
                                                    spisuję, popijając herbatkę z hibiskusa.

                                                    Informacje ogólne: biuro podróży Sun Fun, wycieczka Funny Nile
                                                    Część pobytowa: Royal Palace 4*, Hurghada, zasługuje co najwyżej na słabe 3*
                                                    Rejs: Miss Word 5*, jak najbardziej na nie zasługuje

                                                    27.10-28.10
                                                    Warszawa, Hurgada

                                                    Lecimy liniami Fisher Air. Samolot niewielki z ciasnymi i niezbyt wygodnymi
                                                    fotelami. Mamy za to miejsca przy oknie i możemy obserwować to, co dzieje się
                                                    na zewnątrz. Lecimy ok. 4 godzin, mijając Ukrainę, Bułgarię i Turcję – słyszymy
                                                    komentarz, gdzie aktualnie się znajdujemy. Wreszcie dolatujemy nad terytorium
                                                    Egiptu i od razu pierwsza atrakcja – piramidy z lotu ptaka. Chwilę potem
                                                    znajdujemy się już nad Hurgadą. Zaczynamy lądować, zataczamy kręgi aż Hurgada
                                                    jest coraz bliżej i bliżej. Widok jest niesamowity – na pustyni wyrasta nagle
                                                    kolorowe miasteczko, z wyraźnie odcinającymi się od szarości piasków
                                                    okalających miasto błękitnymi basenami i kolorowymi budynkami. Po kilku
                                                    minutach wreszcie lądujemy. Wysiadamy z samolotu i od razu odczuwamy przyjemny,
                                                    gorący podmuch tutejszego wiatru. Zniszczony budynek lotniska i tłok oraz
                                                    bałagan tam panujący to pierwsze symptomy prawdziwego arabskiego świata.
                                                    Krzyki, zamieszanie, zagubione tłumy turystów i rezydenci odnajdujący swoich
                                                    wczasowiczów. Nasze biuro – Sun & Fun przybrało doskonałe barwy – pomarańczowe,
                                                    dzięki temu szybko odnajdujemy naszego przedstawiciela. Zanim jednak to
                                                    zrobiliśmy, zakupiliśmy znaczki wizowe.
                                                    W trakcie drogi do hotelu oglądamy okolice Hurgady – istny krajobraz po bitwie,
                                                    nieustający plac budowy. Hotele w surowym stanie, bez okien i elewacji, z
                                                    wystającymi w niebo drutami. Co dziwne, nigdzie na tych budowach nie widać
                                                    robotników. A hoteli ponoć przybywa, więc jak to się dzieje?
                                                    Okazuje się, że zostajemy skierowani do Royal Palace, hotelu położonego dosyć
                                                    blisko zarówno od lotniska jak i od centrum Hurgady. 4* to to na pewno nie są,
                                                    ale nie robimy rabanu, nie chcąc tracić cennego czasu i jednocześnie wierząc,
                                                    że po rejsie trafi nam się coś lepszego. Chłoniemy wszystko co nowe i inne –
                                                    palmy lekko kołyszące się na wietrze, piękne, zielone alejki pomiędzy
                                                    bungalowami, plażę, cudowny błękit morza czerwonego no i tę fantastyczną
                                                    temperaturę. Postanawiamy wybrać się na pierwszy spacer po okolicy i od razu
                                                    pierwszy szok – słońce chowa się tu błyskawicznie punkt piąta. Zachód trwa
                                                    dosłownie kilka chwil i jednocześnie wygląda przepięknie. Idziemy świeżo
                                                    wybudowanym bulwarem, mijając sklepy i sklepiki, kawiarenki i wszechobecne
                                                    reklamy McDonalds. I za chwilę drugi szok – Egipcjanie i ich zachowanie…
                                                    Zaczepiają nas co chwilę i chcą rozmawiać! Hello my friend!! Where are you
                                                    from? Na początku dajemy się wciągnąć w każdą rozmowę a co za tym idzie niemal
                                                    do każdego sklepu- dawno w tak krótkim czasie nie spotkaliśmy tylu
                                                    przyjaciół;) Tak naprawdę wiemy, o co w tym wszystkim chodzi, ale ciężko nam
                                                    tak po prostu odmawiać rozmowy miłym i uśmiechniętym ludziom… Jeszcze nie
                                                    umiemy mówić „nie”, chociaż zachowujemy przynajmniej trochę asertywności i na
                                                    razie nic nie kupujemy.
                                                    Wkrótce czas na pierwszą kolację i jednocześnie pierwszy posiłek w Egipcie.
                                                    Początkowo boję się przełknąć czegokolwiek z obawy przed zemstą faraona, o
                                                    której się nasłuchałam i naczytałam już w Polsce, że postanowiłam zachować
                                                    super ostrożność, aby zminimalizować ryzyko. Dlatego postanawiam nie ruszać
                                                    całkiem apetycznie wyglądających kolorowych ciasteczek z galaretką i kremem na
                                                    deser.
                                                    Wieczorem zauważyć można już dużo mniejszą temperaturę i wiatr, który daje się
                                                    we znaki- przydadzą się nam z pewnością długie spodnie i polary. Jeżeli jednak
                                                    nastawiasz się turysto na zwiedzanie, tak jak my, warto wybrać się do Egiptu na
                                                    jesieni i znosić te chłodne wieczory, na korzyść dużo bardziej odpowiedniej
                                                    pogody na zwiedzanie.


                                                    --
                                                    rejsponilu.blog.onet.pl/
                                                  • bergamotka11 Re: Rejs po Nilu, pazdziernik/listopad 2005 10.09.06, 23:22
                                                    29.10
                                                    Luksor, zakwaterowanie na statek

                                                    Wstajemy raniutko, a właściwie jeszcze w nocy. Jestem trochę nieprzytomna, ale
                                                    tylko przez chwilę; emocje robią swoje. Wydaje mi się, że przez całą noc śniły
                                                    mi się zabytki, które już dziś mamy zobaczyć.

                                                    Przed wyjazdem czas na kawę. Jeszcze nie obudziliśmy się na dobre i ten fakt
                                                    stara się wykorzystać obsługujący nas kelner. „Fiftin paunds” mówi cicho,
                                                    podając kawę. Ja już chwytam za portfel, jednak Robert z naszej wycieczki ma
                                                    lepszy refleks – zaraz zaraz przecież ta kawa jest w ramach śniadania, które
                                                    zabieramy ze sobą jako suchy prowiant. Zatem nie powinniśmy nic płacić.
                                                    Przestraszony kelner, ledwie usłyszał nazwisko swojego managiera, wycofuje się
                                                    z poprzedniej propozycji, nieśmiało mówiąc „ joke”. Ech, jacy ci Egipcjanie
                                                    weseli, ciągle tylko dżołk i dżołk...


                                                    Krążymy jeszcze trochę po Hurgadzie, zbierając pozostałych uczestników naszego
                                                    rejsu. Okazuje się, że będziemy mieli kameralną 12. osobową grupę warszawsko –
                                                    śląsko – australijską. Docieramy do miejsca, skąd wyrusza konwój. Zawsze
                                                    wyobrażałam sobie, że w czasie konwoju wszędzie otaczać nas będzie policja – z
                                                    przodu, z tyłu, na poboczu – w trasie. Tymczasem jest jej zdecydowanie mniej,
                                                    niż myślałam. Jedziemy w kilkanaście autokarów dosyć rozstrzelonym konwojem;
                                                    chwilami nie widzimy przed sobą ani za sobą żadnych innych pojazdów. Nasza
                                                    przewodniczka podczas rejsu, Agnieszka, Polka od 8 lat mieszkająca w Kairze,
                                                    zdradza nam, że obecnie konwoje wyglądają zupełnie inaczej niż kiedyś. Są
                                                    utrzymywane przez biura turystyczne i ich głównym celem nie jest już
                                                    zapewnienie nam bezpieczeństwa (Aga twierdzi, że i tak jest bezpiecznie), lecz
                                                    szybkiego i bezproblemowego transportu turystów. To fakt, w czasie konwojów
                                                    tamowany jest całkowicie ruch drogowy, a znając zwyczaje tutejszych kierowców
                                                    (my tak naprawdę dopiero je poznamy), założę się, że normalnie przebycie tej
                                                    trasy zabrałoby nam zdecydowanie więcej czasu.
                                                    Znaczną część drogi przebywamy pośród skalistych wzgórz. Droga jest kręta i raz
                                                    po raz zanurzamy się w kolejne zakamarki otaczających nas wzgórz. Wkrótce
                                                    krajobraz zmienia się i mijamy mniejsze i większe miejscowości. Mój pierwszy
                                                    szok po obejrzeniu Hurgady i wiecznego placu budowy w jej okolicach, tutaj
                                                    zdecydowanie się powiększa. Widzę wyższe i niższe zabudowania, które lata
                                                    świetności dawno mają już za sobą, a tak naprawdę chyba nigdy nie zostaną
                                                    dokończone (czyli jak się okazuje tu w Egipcie mają trochę więcej
                                                    niedokończonych rzeczy niż tylko obelisk;). Niczym flagi łopoczą na wietrze
                                                    ręczniki, chusty i inne elementy garderoby – jest to jedyny ślad tego, że
                                                    budynki są zamieszkałe. Z autokaru widzimy też ich mieszkańców – bardzo
                                                    biednych ludzi, starych i młodych, i malutkie jeszcze dzieci. Faceci w długich
                                                    sukmanach – galabijach – „gnają” na osiołkach po brudnych ulicach, inni siedzą
                                                    przed domami i wpatrują się na przejeżdżające autokary. Myślę sobie, że my
                                                    jesteśmy dla nich taką samą atrakcją, jaką oni dla nas.. Obserwując te widoki
                                                    zdaję sobie sprawę, że właśnie zaczyna się prawdziwy Egipt, nie mający nic
                                                    wspólnego z jarmarcznością Hurgady. Miejscowości wypoczynkowe są zamkniętymi
                                                    enklawami, rządzące się swoimi własnymi prawami wynikającymi z upodobań i
                                                    przyzwyczajeń turystów, dlatego po stokroć warto wybrać się choćby na jedną
                                                    wycieczkę, by naprawdę poczuć, dotknąć, zobaczyć kawałek kraju, który trzy
                                                    tysiące lat temu był światową potęgą, a dziś zdaje się funkcjonować jedynie
                                                    dzięki swej historii...
                                                    Wkrótce docieramy do Luksoru. Dopada nas miejski zamęt i ruch uliczny, ale w
                                                    mojej głowie zamęt jest chyba większy – niebawem moim oczom ukażą się jedne z
                                                    najsłynniejszych zabytków na świecie!
                                                    Przystanek pierwszy – Karnak. Największy zespół świątynny w Egipcie, budowany,
                                                    rozbudowywany i przebudowywany przez stulecia. Co bardziej leniwi faraonowie
                                                    nie stawiali świątyń od podstaw, ale korzystali z dorobku swoich poprzedników -
                                                    albo burzyli ich świątynie i z otrzymanego w ten sposób materiału stawiali
                                                    nowe, jeszcze okazalsze i wspanialsze, albo zwyczajnie zacierali napisy i
                                                    wizerunki przodków, naprędce wykuwając swoje. Nie robili sobie wiele z dorobku
                                                    swoich przodków, koncentrując się na tym, aby to właśnie oni byli zapamiętani
                                                    najlepiej, jako ci, którzy pozostawili po sobie największy dorobek
                                                    architektoniczny.

                                                    Na zwiedzanie jestem przygotowana – cała posmarowana wysokim filtrem i z
                                                    koszulą z długim rękawem. Okazuje się jednak, że niepotrzebnie, ponieważ w
                                                    listopadzie nie ma już tu tak dużych upałów, czyniąc jesień idealnym okresem na
                                                    zwiedzanie – nie za gorąco, a jednocześnie przyjemnie ciepło i sucho (człowiek
                                                    praktycznie się nie poci).
                                                    Karnak wita nas aleją dumnych sfinksów z głowami barana prowadzących do
                                                    zniszczonego już pylonu. W przewodnikach można wyczytać, że pierwotnie aleja
                                                    sfinksów prowadziła do świątyni luksorskiej przez całe miasto, Aga twierdzi
                                                    jednak, że to nieprawda i że nigdy obie świątynie nie były połączone.
                                                    Zwiedzamy tylko część z całego obszaru Karnaku, ze względu na trwające prace
                                                    remontowo – wykopaliskowe. Dźwig, który fotografujemy na tle ruin świątyni,
                                                    wygląda tutaj trochę kosmicznie, jest jednak stałym elementem świadczącym o
                                                    tym, że miejsce kryje jeszcze jakies tajemnice. Na mnie ogromne wrażenie robią
                                                    monumentalne kolumny w sali hipostylowej. Najbardziej jednak nie mogę doczekać
                                                    się momentu, gdy zobaczę święte jezioro. To tutaj właśnie, wg powieści Pauline
                                                    Gedge, po raz pierwszy spotkali się Haszepsut i Senenmut, przyszły najwyższy
                                                    dostojnik i domniemany kochanek jedynej kobiety, która została faraonem.
                                                    Jeszcze jako mała dziewczynka wskoczyła do jeziora chcąc się utopić, skąd
                                                    wyłowił ją ówczesny młodziutki kapłan. Widok jeziora niestety mnie
                                                    rozczarowuje – jest małe i kwadratowe; wyobrażałam je sobie zupełnie inaczej.
                                                    Ale za to w pobliżu jeziora znajduje się posąg skarabeusza – skwapliwie
                                                    obchodzimy go siedem razy, tak jak większość turystów, w poszukiwaniu
                                                    szczęścia… A może nasze szczęście znaleźliśmy właśnie tu, mogąc tu być i
                                                    oglądać to wszystko?
                                                    Wracając do Hatszepsut i jej historii – w Karnaku dumnie prezentuje się obelisk
                                                    ku jej czci, który jak strzała pnie się do góry, jakby chciał dotknąć nieba.
                                                    Obelisk jest dwukolorowy – do połowy ma wyraźnie inny odcień. Okazuje się, że
                                                    następcy królowej usunęli ślady jej panowania obawiając się zapewne innych
                                                    odważnych kobiet, chcących sięgnąć po najwyższą władzę w państwie. Na obelisku
                                                    nie mogli usunąć wszystkiego, więc jego dolną część po prostu zakopali i stąd
                                                    teraz ta różnica w zabarwieniu.
                                                    Chwilę potem podziwiamy posągi Ramzesa II, wielkiego wojownika i budowniczego,
                                                    ze skrzyżowanymi rękami na piersiach oznaczającymi chwałę i zwycięstwo.
                                                    W całym kompleksie świątynnym co rusz natykamy się na Araba zachęcającego nas
                                                    do zrobienia sobie z nim zdjęcia. Oczywiście nic za darmo. Oglądając czasem w
                                                    albumach czy przewodnikach fotografie z Karnaku gdzie Arab stuka dłutem w
                                                    kamienną tablicę, ma się wrażenie że cofnęliśmy się o kilka wieków. To jednak
                                                    jak najbardziej współczesny mieszkaniec Luksoru, który o rzeźbieniu w skale ma
                                                    niewielkie pojęcie, zna się natomiast doskonale na różnych metodach wzbogacania
                                                    się na turystach. Choć tak naprawdę słowo „wzbogacanie” nie jest adekwatnym do
                                                    ich sytuacji, oni po prostu zarabiają na chleb. Przy czym większość
                                                    współczesnych Egipcjan nie utożsamia się w ogóle ze starożytną historią swojego
                                                    kraju, czasem nawet nie posiadając elementarnej wiedzy w tym zakresie… Cóż,
                                                    może nie powinniśmy się temu dziwić, w końcu to nie jest ich kultura, przyszli
                                                    do Egiptu na „gotowe” i epokę faraonów traktują wyłącznie w kategoriach
                                                    zarobkowych..
                                                    Fotki – z Arabami i bez –
                                                  • bergamotka11 Re: Rejs po Nilu, pazdziernik/listopad 2005 10.09.06, 23:23
                                                    Fotki – z Arabami i bez – robimy prawie w biegu – wyszukujemy ciekawe miejsca,
                                                    cykamy, i biegniemy dalej. To przykre, w takim tempie nie mamy za bardzo
                                                    możliwości, aby chociaż spróbować wczuć się w starożytny klimat, posiedzieć i
                                                    powdychać egipskie powietrze osnute mgiełką tajemniczości oraz zastanowić się,
                                                    co czuli faraonowie kiedy wznoszono na ich cześć i polecenie te wszystkie cuda…
                                                    Z Karnaku jedziemy do instytutu papirusu. Tu Agnieszka pokazuje nam, jak
                                                    wyrabia się papirus- sposób bardzo prosty, acz długotrwały. Może kiedyś sama
                                                    spróbuję wyhodować, potłuc, wymoczyć i wysuszyć, póki co ograniczamy się do
                                                    zakupu gotowego papisursu z misternie namalowanymi egipskimi postaciami. Tu, w
                                                    instytucie papirusy są ponoć prawdziwe, w przeciwieństwie do tych kupowanych na
                                                    bazarze, jednak dużo droższe. Chyba każdy z wycieczki jednak zdecydował się na
                                                    jakiś zakup, zapewne ku uciesze przewodniczki, która jak się założę pobiera
                                                    jakiś procencik od transakcji…
                                                    Zaopatrzeni w tuby z papirusami idziemy na smaczny obiadek, by po nim
                                                    przejechać na zachodnią stronę Luksoru – do miasta umarłych. Jako pierwsze po
                                                    tej stronie rzeki zwiedzamy kolosy Mnemona. Dwa monumentalne posągi
                                                    przedstawiające Amenhotepa III swoją nazwę zawdzięczają Grekom, którzy
                                                    wierzyli, że przedstawiają mitycznego władcę Etiopów. Nadstawiamy uszu z
                                                    nadzieją, że uda nam się usłyszeć zawodzenie jednego z posągów. Niestety, nic z
                                                    tego. Kolos zamilkł na początku naszej ery, po przeprowadzeniu remontu. Czyżby
                                                    jego cudowna moc się wówczas skończyła? Czy może najzwyczajniej w świecie
                                                    dziura w kamieniu, przez którą przedostawało się ocieplające się powietrze
                                                    wydające odgłos zawodzenia, została zatkana? Nie stąpajmy przez chwilę twardo
                                                    na ziemi i przyjmijmy 1 wersję…
                                                    Robimy sobie zdjęcia z serii „my na tle..” Nie lubię takich fotek, ale tutaj
                                                    warto je zrobić, ponieważ dopiero porównanie naszych rozmiarów do kolosów może
                                                    dać w pełni wyobrażenie o ich wielkości. Nie potrafię wyobrazić sobie, jak
                                                    ogromna musiała być świątynia, do której wejścia strzegły zachowane do dziś
                                                    posągi…
                                                    Kolejny przystanek to świątynia Hatszepsut, położona dokładnie na wprost
                                                    Karnaku, tyle że na przeciwległym brzegu Nilu. Aby do niej dotrzeć, jedziemy
                                                    śmieszną kolejką, a potem przechodzimy przez barwny i rozwrzeszczany korowód
                                                    handlarzy chcących nas namówić na bazaltowego kota czy białą chustę. My Polacy,
                                                    możemy poczuć się tutaj prawie jak w domu, patrząc na tablicę informującą że to
                                                    polska grupa archeologów rekonstruowała tę świątynię i przez wiele lat
                                                    prowadziła prace badawcze. Przed moimi oczami znowu stają sceny z książki
                                                    Pauline Gedge „Królowa Hatszepsut”, w których główna bohaterka dokonała wyboru
                                                    miejsca i planowała budowę powierzając jej realizację Senenmutowi. Trzy
                                                    poziomy kolumn niemal wyrastających z otaczających skał i olbrzymie schody
                                                    wiodące na kolejne piętra tarasu robią niesamowite wrażenie. Mimo że do jakości
                                                    prac Polaków i zgodności z pierwowzorem są zastrzeżenia i krąży na ten temat
                                                    wiele sprzecznych opinii wśród archeologów, jestem pełna podziwu dla finalnego
                                                    efektu. Miejsce to jest niepowtarzalne i chyba jako jedyne znacząco wyróżnia
                                                    się wśród wszystkich świątyń jakie widzieliśmy w Egipcie. Kobietę tę w roli
                                                    faraona przedstawiano jako mężczyznę, bez biustu i z brodą – najważniejszym
                                                    oprócz podwójnej korony atrybutem władcy. Szkoda też, że jej koniec, a
                                                    właściwie wspomnienia po niej były tak marne – usuwając ślady jej panowania
                                                    następcy dali wyraz swego męskiego tchórzostwa;) Zastanawiam się, jaką była
                                                    kobietą? Jak żyła, jak rządziła? Co spowodowało, że sięgnęła po podwójną
                                                    koronę – chęć władzy, nienawiść do prawowitego następcy jej męża, ambicja? Czy
                                                    może była jedynie marionetką w rękach otaczających ją dostojników?
                                                    Prawdopodobnie nie dowiemy się tego nigdy, możemy jedynie snuć domysły i
                                                    wyobrażenia…
                                                    Tymczasem nas czeka jeden z ostatnich już przystanków na dzisiejszej trasie.
                                                    Dolina Królów. Nie chcąc wystawiać swoich grobowców na publiczny widok, jak
                                                    czynili to ich wielcy poprzednicy budując piramidy, a tym samym na żer
                                                    złodziei, faraonowie z czasów średniego państwa postanowili ukrywać swoje
                                                    grobowce pośród skalistych wzgórz w Tebach Zachodnich. We współczesności
                                                    wybudowano wejścia wiodące do grobowców, jednak za czasów ich powstania były
                                                    skrzętnie poukrywane, a ich budowniczowie po skończeniu prac musieli ginąć, by
                                                    nie zdradzić drogi do nich prowadzących. Jednak ich śmierć nie na wiele się
                                                    zdawała, bowiem większość grobowców okradziono już w starożytności. A było co
                                                    grabić – faraon zabierał ze sobą wszystko, co potrzebne mu było do życia „po
                                                    tamtej stronie”, a więc kosztowności, klejnoty, żywność, meble. Ktoś musiał
                                                    faraonowi służyć, stąd umieszczano w grobowcach także figurki służących – 365
                                                    figurek podobnych do siebie ale nigdy nie identycznych – w ten sposób
                                                    jeden „służący” pracował dla faraona jeden dzień w roku.
                                                    Patrząc na Dolinę Królów, wydaje się ona przeciętnym miejscem, spaloną słońcem
                                                    kamienną doliną i zupełnie niezachęcającą. Dopiero gdy zastanowimy się, co
                                                    kryje w środku, zaczynamy rozumieć magię tego miejsca. Magię, którą trzeba
                                                    poczuć jak najszybciej, bo niedługo nie będzie już dostępna dla zwiedzających.
                                                    Z roku na rok bowiem zamykane są kolejne, najbardziej okazałe grobowce. Także i
                                                    my nie mamy szczęścia – kilka miesięcy przed naszym tu przyjazdem zamknęli
                                                    kilka najładniejszych miejsc ostatniego spoczynku faraonów. Istnieje projekt
                                                    udostępnienia grobowców do zwiedzania jedynie przez ... internet i całkowitego
                                                    zamknięcia ich „w realu”, zatem każdy kto pragnie odwiedzić to miejsce, nie
                                                    powinien się długo zastanawiać. Swoją drogą jednak, znając tempo prac Arabów i
                                                    ich zorganizowanie, aż tak prędko nie wdrożą tego pomysłu w życie...
                                                    W miesiącach letnich w Dolinie Królów panuje straszny upał do 50 st. C,
                                                    znacznie utrudniający zwiedzanie. Szczególnie grobowce są duszne i gorące, stad
                                                    słyszy się o mdlejących turystach. My trafiliśmy chyba na najlepszą porę roku –
                                                    jest ciepło ale przyjemnie i nie ma mowy o zmęczeniu uniemożliwiającym
                                                    zwiedzenie trzech grobowców, czyli tyle, na ile wskazuje bilet. Niestety
                                                    wewnątrz grobowców nie można robić zdjęć; nie może z nami wejść także do środka
                                                    Agnieszka. Przed wejściem do każdego z grobowców stara się nam dokładnie
                                                    opowiedzieć co zastaniemy w środku, niestety człowiek nie jest w stanie
                                                    wszystkiego zapamiętać... Oglądamy reliefy, podobizny faraonów i bogów, nie
                                                    mogąc nadziwić się jaskrawym kolorom malowideł, jakie utrzymały się do dziś.
                                                    Same grobowce nie są rozbudowane- to większe lub mniejsze korytarze, prowadzące
                                                    do miejsca pochówku faraona.

                                                    Dodatkowo można zobaczyć grobowiec Tutanchamona, my jednak niestety nie mamy
                                                    już na to czasu. Ze względu na ramadan wszystko czynne jest krócej. A
                                                    może „stety” – podobno nie ma tam nic ciekawego – dla współczesnych Tutanchamon
                                                    jest słynny, ze względu na odkrycie jego grobowca wraz z wszystkimi skarbami,
                                                    jednak w rzeczywistości był mało znaczącym faraonem, panującym krótko, stąd
                                                    grobowiec przygotowywany był pośpiesznie i urządzony skromnie, w porównaniu do
                                                    wielkich władców.

                                                    --
                                                    rejsponilu.blog.onet.pl/
                                                  • bergamotka11 Re: Rejs po Nilu, pazdziernik/listopad 2005 10.09.06, 23:24
                                                    Wracamy do autokaru – częściowo pieszo, częściowo jadąc małą kolejką. Jak
                                                    zwykle otacza nas tabun handlarzy – zauważyliśmy tu pewną prawidłowość.
                                                    Handlarze nagabując turystów często początkowo podają śmiesznie niską cenę, po
                                                    to by turysta jednak się zainteresował i zatrzymał. Wówczas cena drastycznie
                                                    wzrasta lub „zmienia” nominał – okazuje się że źle zrozumieliśmy i zamiast 15
                                                    funtów musimy zapłacić 15 dolarów... No nie, na takie „targi” nie dam się
                                                    namówić! Mogę negocjować cenę, zgadzając się na wszystkie towarzyszące temu
                                                    procedury, ale nie lubię być oszukiwana. Wracamy do autokaru z pustymi
                                                    plecakami – bez upominków, a handlarze zostają z pustymi kieszeniami.
                                                    W drodze powrotnej z Doliny Królów zwiedzamy manufakturę alabastru, w której
                                                    demonstrują nam jak z białych kruchych kamieni migoczących na różowo wytwarza
                                                    się dzbanuszki, miseczki i figurki. Wyglądają szczególnie ładnie, gdy
                                                    podświetli się je żarówką – wówczas mogą służyć jako lampiony. Zwieńczeniem
                                                    wizyty jest oczywiście wielkie targowanie i zachęcanie nas do zakupu wszystkich
                                                    zgromadzonych w manufakturze pamiątek. Jeżeli zdecydujesz się na zakup, nie
                                                    oznacza to wcale, że już masz spokój; wprost przeciwnie – jesteś atakowany ze
                                                    zdwojoną siłą do kolejnych zakupów My wychodzimy jedynie z małym skarabeuszem –
                                                    alabastrowe dzbanuszki raczej nie będą pasować nam do mieszkania, ale tego
                                                    sklepikarze zdają się nie rozumieć;)
                                                    Wreszcie zbliżamy się do momentu zwieńczenia naszych dzisiejszych wojaży –
                                                    zakwaterowanie na statek. Okazuje się, że nie możemy zobaczyć jak wygląda z
                                                    zewnątrz nasza „łajba”, ponieważ statków na Nilu jest tak dużo, że nie
                                                    wszystkie mają miejsce aby zacumować przy samym brzegu; cumują jeden przy
                                                    drugim, a pasażerowie przechodzą przez kilka pokładów by wreszcie dotrzeć do
                                                    swojego statku. Nasz nosi dumne imię „Miss World”. Po chwili oczekiwania
                                                    dostajemy klucze do kajuty – mamy miejsce na parterze, na samym przedzie
                                                    statku. Dzięki temu nie słyszymy silnika, jednak codziennie rano czuć
                                                    nieprzyjemny zapach benzyny, no i nie mamy takiego widoku, jak z wyższych
                                                    pięter. Jednak w kajucie będziemy spędzać i tak niewielką część naszego pobytu,
                                                    więc to nam nie przeszkadza.
                                                    Sam statek ma 5 gwiazdek i jak na egipski standard myślę że jest bardzo dobrym
                                                    pływającym hotelem. Elegancka recepcja i stołówka, duży pokład przewyższający
                                                    większość statków, które mijaliśmy i całkiem przestronne kajuty z sejfem i
                                                    dobrze utrzymaną łazienką. Muszę przyznać, że miałam trochę obawy, jak będzie
                                                    wyglądał statek, słysząc wcześniej opowieści o robactwie i brudzie; nic takiego
                                                    na szczęście nie miało miejsca. Z recepcji na piętro prowadzą schody podobne do
                                                    tych z Titanica, tylko ... kilka razy mniejsze. Rozpakowujemy się i
                                                    postanawiamy wyruszyć na spacer po Luksorze.
                                                    Wychodzimy ze statku wprost na uroczy bulwar – Corniche. Idąc wzdłuż Nilu
                                                    mijamy dorożki mknące jedna za drugą, a ich woźniczy pokrzykują na nas raz po
                                                    raz zachęcając do przejażdżki. Wolimy jednak pieszy spacer. Dochodzimy do
                                                    przepięknie oświetlonej świątyni luksorskiej, dumnie prężącej się nad samym
                                                    Nilem, w centrum współczesnego Luksoru. W ulicznym gwarze dorożek, klaksonów
                                                    samochodowych i pokrzykujących mieszkańców miasta mijamy hotel Winter Palace
                                                    nadający bulwarowi arystokratyczny rys rodem z XIX w. To tu spędzali zimę
                                                    władcy oraz arystokracja Anglii i Francji w czasach, gdy Egipt był kolonią tych
                                                    krajów. Mieszkańcy tego hotelu jako pierwsi dowiedzieli się o odkryciu przez
                                                    Howarda Cartera grobu Tutanchamona. W XX w. gośćmi hotelu były znane postacie
                                                    ze świata polityki i showbiznesu: Roosevelt, Charlie Chaplin, Marlyn Monroe.
                                                    Dziś można przespać się w apartamentach w których gościli nazwanych ich
                                                    imieniem.
                                                    W powietrzu czuć słodki zapach shishy dobiegający z mijanych mniej lub bardziej
                                                    przyjemnych kawiarenek, w których godzinami przy obskurnych stolikach
                                                    przykrytych ceratą przesiadują mieszkańcy Luksoru, leniwie wydmuchując dym i
                                                    obserwując otaczający świat. Ten widok to esencja Egiptu – czas płynie powoli,
                                                    nie ma potrzeby się śpieszyć, skoro można oddać się największej przyjemności,
                                                    jaką jest palenie wodnej fajki.
                                                    Jedzenie na statku jest bardzo smaczne i bardziej urozmaicone niż w Royal
                                                    Palace. Na pewno jest więcej owoców i słodkich ciast, które piętrzą się na
                                                    stołach. Obsługa to przemili Nubijczycy, wiecznie uśmiechnięci i skorzy do
                                                    żartów – kolejna przewaga statku nad hotelem.



                                                    30.10
                                                    Odpływamy z Luxoru – Esna, Edfu

                                                    Wypływamy z samego rana o 7.00. Coś nieprawdopodobnego w Egipcie – punktualność
                                                    co do minuty! Zastanawiam się czy kapitan statku to na pewno Egipcjanin;).
                                                    Słychać pokrzykiwania Arabów przygotowujacych statek do odpłynięcia. Silnik
                                                    zaczyna delikatnie buczeć i pomrukiwać. Nabieramy rozpędu i opuszczamy Luxor,
                                                    rozpoczynając naszą podróż w stronę Asuanu.
                                                    Przed nami kilka dni sielankowego rejsu wzdłuż Rzeki – żywicielki starożytnych
                                                    i współczesnych Egipcjan. „Egipt to Nil, a Nil to Egipt” – ta sentencja będzie
                                                    nam teraz towarzyszyć w naszej podróży.
                                                    Nil to soczysta zieleń na brzegu, palmy i bananowce, wilgotne połacie trawy
                                                    delikatnie zanurzone w Rzece, a na nich pasące się krowy i kozy oraz
                                                    gdzieniegdzie osiołki. Głęboki granatowy kolor wody. Przy brzegu widać lepianki
                                                    zbudowane z cegły mułowej, małe zrujnowane a może niedokończone domki o
                                                    płaskich dachach i niebieskich okiennicach. Na sznurach i „balkonach” powiewa
                                                    pranie, pod ciężarem którego domy zdaje się zaraz runą, takie wydają się być
                                                    kruche i delikatne. Gdzieniegdzie widzimy mieszkańców tych zabudowań – czasem
                                                    starsi mężczyźni, czasem małe dzieci machające do nas przyjaźnie. Tu świat
                                                    chyba zatrzymał się w okolicach XVI wieku...

                                                    Tego samego dnia przepływamy przez śluzę w Eśnie i cumujemy w porcie miasta. Z
                                                    pobliskiego meczetu wydobywa się głośne, przeciągające zawodzenie. To modlitwa.
                                                    Taki dźwięk słyszeć będziemy na przestrzeni kilku następnych dni dość często.
                                                    Jest przecież ramadan.
                                                    Nieopodal meczetu zniszczone zabudowania. Odpadający tynk, wybite szyby,
                                                    rozklekotane okiennice, znowu w tym samym turkusowym kolorze. Na dachu jednego
                                                    z domów spokojnie spaceruje koza. Wzdłuż uliczki „płyną” dorożki i samochody,
                                                    są jednak zdecydowanie cichsze niż w Luksorze- czyżby mieli popsute klaksony???
                                                    Myślę jednak że to ze względu na mniejszy ruch, bo tutaj prędzej silnik może
                                                    być niesprawny, niż klakson...
                                                    Małe sklepiki wystawiają towary na zewnątrz, zachęcając tym samym turystów z
                                                    cumujących tu statków do zakupu. Najbardziej widoczne są duże kąpielowe
                                                    ręczniki, które można nabyć za ok. 60 LE – czyli całkiem przyzwoita cena. Na
                                                    tym trochę „archaicznym” i brudnym tle anteny satelitarne wyglądają zaiście
                                                    egzotycznie. A my, turyści wywaleni leniwie na leżakach pokładowych, musimy być
                                                    egzotyczni dla mieszkańców Esny.
                                                    Wkrótce odpływamy. Widzimy pierwszy na statku zachód słońca. Wygląda
                                                    imponująco. Olbrzymia żółta kula osuwa się coraz niżej i niżej, zostawiając
                                                    wokół siebie intensywną i ognistą, pomarańczową poświatę, w której mienią się
                                                    otaczające je palmy, ciemniejące powoli. Niebo, przed chwilą niebiesko –
                                                    różowe, przybiera pomarańczowo- czerwony odcień. Nie minęła minuta i słońce
                                                    zanurza się w gęste liście palm, jeszcze bardziej rozświetlając je tysiącem
                                                    promieni, a w kolejnej sekundzie całkowicie skrywa się za horyzontem. To, co
                                                    nas absolutnie zaskoczyło, to tempo całego wydarzenia. Tak zachłannie ziemia
                                                    wchłonęła słoneczną kulę – boga Re. Zakończył się świat żywych, ustępując
                                                    miejsce światu umarłych.
                                                    Pogrążeni w tym właśnie świecie docieramy do Edfu. Noc jest dziś wyjątkowo
                                                    zimna, zupełnie w przeciwieństwie do gorących charakterów Egipcjan, niemal
                                                    atakujących tu
                                                  • bergamotka11 Re: Rejs po Nilu, pazdziernik/listopad 2005 10.09.06, 23:25
                                                    Pogrążeni w tym właśnie świecie docieramy do Edfu. Noc jest dziś wyjątkowo
                                                    zimna, zupełnie w przeciwieństwie do gorących charakterów Egipcjan, niemal
                                                    atakujących turystów, którzy wyszli na brzeg. My to widowisko oglądamy z
                                                    pokładu, trzęsąc się z zimna (przynajmniej ja). Nasza przewodniczka, w
                                                    przeciwieństwie do innych przewodników ze statku, nie zabrała nas do pobliskiej
                                                    kawiarni na sziszę i hibiskusa, wręcz odradzając wizytę w mieście po zmroku.
                                                    Oprócz oprowadzania nas bowiem po obowiązkowych punktach wycieczki i sprzedania
                                                    fakultetów, nie bardzo interesowała się naszą grupą i niechętnie dzieliła się
                                                    szeroką przecież wiedzą, zdobytą zarówno na studiach z kultury arabskiej, jak i
                                                    podczas 8 – letniego życia w Egipcie. Szkoda, pozostaje nam w takim razie
                                                    przewodnik National Geografic, który gorąco polecam.
                                                    31.10
                                                    Edfu, Kom Ombo

                                                    Po śniadaniu zwiedzamy świątynię Horusa w Edfu.
                                                    Natychmiast po wyjściu na brzeg już zostajemy wessani w wir pokrzykujących
                                                    Arabów niemiłosiernie mocno ciągnących nas ku straganom. To, co zobaczyliśmy
                                                    tutaj, było chyba apogeum egipskiego natręctwa – już nigdzie później nie
                                                    próbowano nam sprzedać czegokolwiek z taką zaciętością. Na szczęście za chwilę
                                                    podjeżdża nasza „taksówka” – rozklekotana dorożka, która wiezie nas przez
                                                    miasteczko – niewiarygodnie ubogie, niewiarygodnie brudne i niewiarygodnie
                                                    głośne. Z zawrotną szybkością mijamy stragany, domy mieszkalne (o tym, że sa
                                                    zamieszkałe świadczy powiewające pranie, inaczej można pomyśleć że to budynki
                                                    do rozbiórki) i sklepiki, a wszystko odrapane i jakby zakurzone. Znowu cofamy
                                                    się o kilka wieków. Podczas jazdy musimy mocno trzymać się barierki, inaczej
                                                    jest duże prawdopodobieństwo, że wypadniemy z dorożki... Nasz szofer – tak jak
                                                    i wszyscy pozostali – najwyraźniej nie przejmuje się żadnymi zasadami ruchu
                                                    drogowego – wyprzedza, zwalnia, przyspiesza. To, co jednak uderza nas
                                                    najbardziej, to biedne, wychudzone, praktycznie zagłodzone konie, które z
                                                    klapkami na oczach mkną przed siebie, popędzane batem woźnicy. Być może są jego
                                                    jedynym żywicielem – mieszkańcy Edfu żyją z tego, że świątynia Horusa oddalona
                                                    jest ładny kawałek od przystani, a turyści „rejsowi” pojawiają się tu
                                                    codziennie w poszukiwaniu kolejnych starożytnych tajemnic i po prostu trzeba
                                                    ich dowieźć na miejsce.
                                                    A teraz przed nami jedna z najlepiej zachowanych świątyń egipskich pomiędzy
                                                    Luksorem i Asuanem. Wybudowana w czasie ptolemeuszy, w okresie rzymsko –
                                                    greckim, a więc całkiem „niedawno”, ok. 200 lat p.n.e. Jest dla mnie
                                                    niesamowity fakt, że cała sztuka i architektura starożytnego Egiptu utrzymała
                                                    się w takim samym stylu przez cały okres panowania faraonów, a więc przez trzy
                                                    tysiące lat! Obecnie różnice w stylach widoczne są na przestrzeni
                                                    dziesięcioleci, a nawet w krótszych okresach, a wówczas sztuka była tak bardzo
                                                    silna, że niezmienna.
                                                    Cała świątynia jest tak dobrze zachowana, gdyż przez wiele wieków przykrywały
                                                    ją piaski pustyni. W tym miejscu znajdowała się wioska, całkowicie zlikwidowana
                                                    w XIX w., kiedy rozpoczęły się wykopaliska. Podobno mieszkańców w brutalny
                                                    sposób usunięto stąd siłą.
                                                    Sufit i zwieńczenia kolumn są czarne, osmolone – przy wykopaliskach pozostała
                                                    część świątyni została oczyszczona, pozostawiono nietkniętą jedynie jej górną
                                                    część. Okazuje się, że była tu kiedyś przechowalnia bawełny. Robotnicy okradali
                                                    właścicieli i – aby zatrzeć ślady kradzieży – palili to, co jeszcze pozostało.
                                                    Stąd czarny kolor sufitu.
                                                    Po zwiedzeniu świątyni, wracamy na „postój taksówek”, czyli kłębowisko
                                                    dorożek. Szukamy naszej dorożki –wraca się zawsze tą samą, warto więc
                                                    zapamiętać jej numer. Dziesiątki woźniczych wykrzykuje swoje numery po
                                                    angielsku, francusku, arabsku, posiłkuje się także kartkami. Wygląda to dosyć
                                                    zabawnie... Po ok. 10 minutach oczekiwania pojawia się nasza „11”, która równie
                                                    brawurowo odwozi nas do przystani. Dorożkarz dostaje bakszysz z wyraźnym
                                                    poleceniem, aby nakarmił konia – uśmiecha się twierdząco, choć w potwierdzenie
                                                    nie bardzo wierzymy...
                                                    Przed odpłynięciem do Kom Ombo postanawiamy zaopatrzyć się w galabije na
                                                    dzisiejszą galabija party. Te negocjacje na długo zapadną nam w pamięci...
                                                    Zatrzymujemy się przy straganach tuż przy rzece i naszym statku. Nie minęło
                                                    pięć sekund i jak z podziemi wyrósł przed nami jeden z handlarzy, zachęcając do
                                                    wizyty w jego „sklepie”. Prosimy go o chwilę, gdyż chcemy najpierw kupić wodę.
                                                    Ale handlarz nie zostawia nas w spokoju, lecz podąża za nami. Targujemy 2
                                                    butelki, handlarz nadal skacze wokół nas nerwowo, przeskakując z nogi na nogę i
                                                    pokrzykując. Zachowuje się, jakby znalazł złote jajo, na które chucha i pędem
                                                    niesie do jubilera, żeby ten jak najszybciej potwierdził jego wartość. Pakuje
                                                    za nas wodę do plecaka i niemal siłą ciągnie dalej. Staram się go choć trochę
                                                    zrozumieć- to przeraźliwa bieda tego miejsca powoduje, że jego mieszkańcy
                                                    walczą o każdego klienta jak lwy. Być może wiele osób lubi taki styl,
                                                    targowanie i kupowanie w pośpiechu; cóż, ma to pewien klimat i jest do szpiku
                                                    egipskie. Na mnie jednak działa zdecydowanie negatywnie. Od razu chcę się
                                                    wycofać i przebiec chyłkiem. Gdyby nie natrętność egipskich sklepikarzy, z
                                                    pewnością zostawilibyśmy u nich o wiele więcej pieniędzy, jeśli tylko daliby
                                                    nam możliwość spokojnego obejrzenia towaru i dokonania wyboru.
                                                    Ale wróćmy do naszego handlarza. Toczymy boje, trochę to walka słowna z
                                                    przymrużeniem oka i licytacja na argumenty, dlaczego chcę zapłacić mniej a
                                                    dlaczego on uważa, że towar wart jest więcej. Tu pomału wyłania się arabskie
                                                    poczucie humoru i ich handlowa smykałka, być może wymuszona sytuacją życiową.
                                                    Kilka razy odchodzimy od stoiska, by za chwilę powrócić na wyraźne prośby,
                                                    pokrzykiwania lub zmienione oferty naszych handlarzy. Przystrajają nas w
                                                    galabije- ja mówię że za duża na mnie, a on – że taka duża być musi, że to
                                                    prawdziwa egipska galabija W końcu finalizujemy transakcję i wracamy na
                                                    pokład. Ze statku całą sytuację obserwowali Marzena z Robertem – wyraźnie ich
                                                    to rozśmieszyło. Nas też, w końcu mamy już strój na dzisiejszy wieczór!
                                                    Zażywając egipskiego słońca, które o tej porze roku, mimo że intensywne, jest
                                                    jednak całkiem znośne, podziwiamy brzeg Nilu. Soczysta zieleń odbija się od
                                                    suchych i twardych skał widocznych w oddali. Niewielkie poletka, które rodzić
                                                    muszą trzy razy do roku, bo inaczej nie będzie to opłacalne, pokryte są czarną,
                                                    życiodajną ziemią. W Egipcie jedne z głównych roślin, które są uprawiane, to
                                                    truskawki. Wydawać się może to dziwne, bo nigdzie nie ma truskawek, większość
                                                    upraw jednak jest eksportowanych.

                                                    --
                                                    rejsponilu.blog.onet.pl/
                                                  • bergamotka11 Re: Rejs po Nilu, pazdziernik/listopad 2005 10.09.06, 23:26
                                                    Wkrótce docieramy do Kom Ombo, by o zmroku zwiedzać znajdującą się tam
                                                    świątynię. Widać ją ze statku, jest przepięknie oświetlona, a przez to
                                                    majestatyczna. Jakby chciała nam zakomunikować, że podzieli się z nami swoimi
                                                    tajemnicami wyrytymi na jej ścianach, ale będzie to od nas wymagało
                                                    cierpliwości i pokory. Tych tajemnic nie pozostało wiele; zachowały się głównie
                                                    fragmenty sali hypostylowej, ale reliefy są w bardzo dobrym stanie. Szczególnie
                                                    zapamiętuję wyryte narzędzia lekarskie – nożyczki, szczypce, przyrządy do
                                                    leczenia (nie wyrywania!) zębów, haki do usuwania mózgu przy balsamowaniu
                                                    zwłok, piły do trepanacji... Brzmi makabrycznie, ale świadczy o wysokim stopniu
                                                    zaawansowania ówczesnej medycyny. Zresztą nie tylko to fascynuje w starożytnej
                                                    kulturze egipskiej – dzięki niej rok ma 365 dni, dzięki niej dziś pijemy
                                                    piwo... Do tego znajomość architektury, grawitacji i innych praw fizyki, dzięki
                                                    czemu stanęły piramidy i tysiące budowli do dziś budzące podziw ze względu na
                                                    precyzję wykonania... Myślę, że współcześnie moglibyśmy się wiele od nich
                                                    nauczyć.
                                                    Zamyśleni nad kulturą i nauką starożytną wracamy na statek. Po kolacji czeka
                                                    nas zupełnie odmienny nastrój – galabija party!
                                                    Wszyscy uroczyście poprzebierani pozują do pamiątkowych zdjęć, biorą udział w
                                                    śmiesznych konkursach i tańczą w rytm egipskiej muzyki. Tylko Japończycy z boku
                                                    obserwują zabawę – nikt z nich się nie przebrał, przez co wyglądają jeszcze
                                                    bardziej kosmicznie (my w naszych „piżamach” jesteśmy oczywiście całkowicie
                                                    normalni;)) W nocy, podczas party, docieramy do Asuanu.
                                                    1.11
                                                    Abu Simbel, Asuan

                                                    W Polsce Wszystkich Świętych. Mroźny, wietrzny lub deszczowy dzień w kraju nad
                                                    Wisłą, który spędzamy na odwiedzaniu grobów naszych bliskich, tu, w Egipcie,
                                                    nabiera zupełnie innego wymiaru. O ile bowiem my w szczególny sposób o śmierci
                                                    i przemijaniu myślimy raz do roku, o tyle dla starożytnych Egipcjan był to
                                                    temat powszechny. Wokół śmierci, przejścia na drugą stronę, krąży cała
                                                    starożytna sztuka – mumifikacja, wieloletnia budowa grobowców i dary tam
                                                    składane, aby zapewnić sobie życie wieczne. A jednak był to naród tak bardzo
                                                    kochający życie.

                                                    Do Abu Simbel wyruszamy o 4 rano, wcześniej pijąc poranną (nocną?) kawę. Po
                                                    ponad dwugodzinnej podróży docieramy na miejsce. Naszym oczom ukazuje się widok
                                                    na przepiękne jezioro Nasera, z krystalicznie czystą wodą, a po chwili
                                                    monumentalna świątynia Ramzesa II. Miejsce, które spośród wszystkich widzianych
                                                    zabytków w kraju faraonów chyba zachwyciło mnie najbardziej swoim ogromem i
                                                    dostojeństwem. Potężny Ramzes dumnie spogląda przed siebie, porażając swoim
                                                    stoickim spokojem – tak jakby czas zatrzymał się w miejscu, a on nadal był
                                                    największym władcą najpotężniejszego na świecie kraju. Obok znajduje się druga,
                                                    nieco mniejsza świątynia poświęcona żonie faraona – pięknej Nefertari.
                                                    Architektura świątyni świadczy o wielkiej miłości króla do małżonki. Posągi
                                                    Nefertari okalające świątynie są bowiem tych samych rozmiarów, co posągi
                                                    faraona. Jest to sprzeczne z zasadami ówczesnego budownictwa, bowiem postacie
                                                    faraona - boga zawsze były dużo większe od posągów ich żon, matek, córek. Ale
                                                    w końcu Ramzes wielkim władcą był (pozostawił po sobie bodajże największą ilość
                                                    budowli), toteż miał prawo budować, jak mu się podobało.
                                                    Na wycieczkę wydaliśmy astronomiczną kwotę 75 bagsów (oj dużo biuro sobie liczy
                                                    za transport, zważywszy, że wstęp do świątyni to koszt jedynie 55 LE), nie
                                                    mając niestety czasu, aby wypad zorganizować z lokalnym biurem. Wiem jednak, że
                                                    nie są to pieniądze stracone, bo to, co tam zobaczyłam przerosło moje
                                                    najśmielsze oczekiwania. Przewodniczka nie może wejść z nami do środka, staramy
                                                    się więc zapamiętać jak najwięcej z tego, co mówi, aby potem odszukać to
                                                    wszystko wewnątrz. Nie jest to jednak, jak się okazuje, takie łatwe.

                                                    W świątyni niestety nie wolno robić zdjęć. Udaje nam się jednak ubłagać
                                                    strażnika i robimy w pośpiechu dwa zdjęcia – niestety nieudane, ale zawsze
                                                    będzie jakaś pamiątka. Fantastycznie zachowane reliefy, wraz z naturalnymi
                                                    kolorami. W innych świątyniach reliefy w większości są w kolorze kamienia, w
                                                    czasach swojej świetności pokryte były feerią barw, z czego nie zawsze sobie
                                                    zdajemy sprawę, określając zabytki Egiptu jako „kupa szarych kamieni”. Patrząc
                                                    na wnętrza świątyni w Abu Simbel, nie mogę się nadziwić, jak to możliwe, że te
                                                    kolory przetrwały taki szmat czasu.
                                                    Dzisiejszego dnia zwiedzamy jeszcze zdecydowanie mniej barwny niedokończony
                                                    obelisk – patrząc nań z bliska widać jaki jest ogromny. Chyba nic dziwnego, ze
                                                    pękł przed ukończeniem. Gdyby powstał, byłby największym obeliskiem na świecie.
                                                    A dzięki temu, że nie został ukończony, poznaliśmy sposób jego wykonania.
                                                    Wieczorem udajemy się na asuański bazar. A tam tłum, ruch, harmider. W nosie
                                                    wierci od słodkawego zapachu shishy. I znów kupcy wciągają cię do środka,
                                                    oferując swoje towary. Od ostrych kolorów i gwaru aż kręci się w głowie. Jest
                                                    egzotycznie i naprawdę ładnie. W olbrzymich słomkowych koszach prezentują się
                                                    kilogramy suszonych owoców i hibiskusa. Na mnie największe wrażenie robią
                                                    kolorowe przyprawy ułożone w kształt piramid bądź lśniące w okrągłych misach –
                                                    zielone, niebieskie, żółte, pomarańczowe i brązowe. Kupuję kilka z nich – chyba
                                                    przepłacam, bo coś za szybko mi idzie targowanie.. Wiedzieliśmy że można
                                                    stargować do 30% początkowej ceny, ale ja w moment targuję więcej, coś więc
                                                    chyba jest nie tak... Obok przypraw olbrzymie kosze z hibiskusem – dobre są
                                                    jedynie te bardzo ciemne, niemal czarne, duże ususzone pączki. Kupujemy
                                                    kilogram – mamy nadzieję, że wystarczy na długie zimowe wieczory oraz na
                                                    podarunki dla przyjaciół. Daję się także namówić na olejki – jak się później
                                                    dowiedzieliśmy, nie są one prawdziwe, lecz rozrabiane z parafiną i niestety
                                                    potrafią pobrudzić ubranie. Z naszymi skarbami wracamy na statek, będąc
                                                    przekonani, że to koniec atrakcji na dzisiejszy wieczór. Okazuje się jednak, że
                                                    Ala z Andrzejem zamówili taksówkę na File, a wszystko dzięki praktycznym
                                                    poradom w przewodniku „National Geografic”. Szybka decyzja, czy jedziemy –
                                                    możemy nie zdążyć na początek spektaklu „Światło i dźwięk” – postanawiamy
                                                    jednak zaryzykować. Taksówkarz za 13 dolarów dowozi nas do przystani – będzie
                                                    tam na nas czekał i odwiezie nas z powrotem. Atrakcję w postaci szaleńczego
                                                    tempa i sposobu jazdy mamy gratis... Pędem wsiadamy do ostatniej motorówki,
                                                    która wiezie nas na wyspę. Tak naprawdę nie płyniemy na File, lecz na wyspę
                                                    Adżilkijja. Wszystkie bowiem świątynie na okolicznych wyspach zostały
                                                    przeniesione w inne miejsca po powstaniu jeziora Nasera – wyspy na których
                                                    znajdowały się pierwotnie zostały zalane.
                                                    Mamy szczęście, spektakl dopiero co się rozpoczął. Zasiadamy na kamiennych
                                                    ławach i podziwiamy pięknie oświetlone ruiny świątyni, wsłuchując się w jej
                                                    historię. Nastrój jest niesamowity. Naokoło nas Nil, nad nami czarne niebo,
                                                    wokół nas magiczna noc. Uważa się, ze na File „światło i dźwięk” jest
                                                    najbardziej efektowne i najlepsze. Nam trudno to stwierdzić, gdyż innego nie
                                                    widzieliśmy (oprócz fragmentów w Kairze), ale z pewnością na długo zapamiętamy
                                                    samo przedstawienie, jak i okoliczności całej „wyprawy”. Ze względu na naszą
                                                    opieszałość, po spektaklu niestety nie udaje nam się zwiedzić ruin. Był na to
                                                    czas wcześniej, przed widowiskiem... Jeden moment i światła gasną, policja
                                                    turystyczna pilnuje, aby nikt na wyspie nie został. Trudno, wracamy i my. Nasza
                                                    motorówka już na nas czeka. Jej koszt w obie strony dla całej ekipy to 35 LE,
                                                    bilet za spektakt od osoby kosztuje 55 LE od osoby. Na wyprawę warto wybrać się
                                                    w 6 – 7 osób, tyle bowiem mieści się w taksówce i całe koszty rozkładają się na
                                                    więc