Zabijam się własnymi rękoma.
Autor: Gość: c
IP: *.toya.net.pl
27.11.09, 01:43
Wymyśliłem, że na koniec naszej znajomosci pokaże jej, że nie jestem takim
frajerem za jakiego mnie miała. Namówiłem ją by pomyślała o ścieżce zawodowej w
kierunku swojej życiowej pasji i postanowiłem, że poruszę niebo i ziemie, żeby
jej pomóc.
Skorzysta tylko ona, nie ja, a ze pomysłów i inicjatywy mi odmówić nie można, to
myślę, że dostanie start w zawodzie, jaki mało kto mógłby sobie wyobrazić.
To tak na pożegnanie, w ramach umartwiania się, zadręczania etc bo w koncu jak
sie kogoś kocha, to sie chce dla tego kogoś dobrze, nawet jeżeli to "dobrze"
miało by być z dala ode mnie.
To niesamowite, jak człowiek jest zbudowany. To jest tak, że mnie też kochano
(to sie czuje), a mimo to, ja nie umiałem odwzajemnić tego uczucia. Robiłem
wszystko, żeby było super, a mimo wszystko brakowało czegoś. Tu jest odwrotnie,
ja kocham, a mnie nie. I tego się nie zmieni, tak jak ja nie moglem się zakochać
(choć czasem wydawało mi się, że przekraczam granice...)
Mała niech wie i choć tego nie doceni, niech wie i zapamięta do konca życia, że
był taki ktoś jak ja.
A ja, będę w życiu miał pewnie nie najgorzej, ale czuje, że kiedy będę umierał
będę ją wspominał, jako tą osobę, której uczucia mi zabrakło w życiu do
prawdziwego szczęścia.
Poza tym jestem tak zmęczony, tak wyjałowiony latami udręki, że nawet nei wiem,
czy umiałbym sie jeszcze cieszyć, zakochać etc. Dobre jest to, że nie chodzi mi
po głowie wywrotka na motorze.