Dodaj do ulubionych

Wątek surrealistyczny

  • eyemakk 28.09.02, 20:15
    JENOT - ssak z rodziny surrealnych, zamieszkujący Europę od wschodnich terenów
    Polski aż po środkową Anglię; jego nazwa ma swoje zrodlo wlasnie w języku
    polskim i angielskim, a jest zbitką polskiego słowa "je" oraz angielskiego
    słowa "NOT", czyli "nie". Swą nazwę zawdzięcza temu, iż jest zwierzęciem
    nocnym, przyrodnicy podglądający go doszli do wniosku, że prawie nigdy nie je
    (sami bowiem w nocy spali, nie mogąc dostrzec jego polowań; historia tych
    dzielnych, acz nieudolnych naukowców to temat na osobny wykład). Ulubioną
    rozrywką Jenotów jest układanie szyszek w stożki, na szczycie leży zawsze
    zdechła wiewiórka (zdechła z przyczyn naturalnych). Wyszukiwanie zdechłych
    wiewiórek to podstawowe zajęcie jenotów. Nie jest dla nich przyjemnoscią, lecz
    jedynie obowiązkiem poprzedzającym przyjemność.
    Jenoty żywią się korzeniami dębu, motylami bielinkami oraz młodymi kuropatwami
    i kogutopatwami (samcami kuropatw). Zyją około 5-6 lat, z tym, że jak do
    ukończenia 1 roku życia jenotowi nie uda się zbudować piramidy z szyszek ze
    zdechłą wiewiurką na szczycie - umiera nagle z niewyjasnionej dotąd przyczyny.
  • icharyd 28.09.02, 23:04
    Mam w dupie jenoty
  • Gość: eyemakk IP: *.toya.net.pl 29.09.02, 19:08
    a ja mam w dupie zniewiescialych gdanszczan :P
  • Gość: Dos Mollendos IP: 212.191.74.* 30.09.02, 11:02
    Za dużo skromnem mem zdaniem języków Ci się drogi kolego Cuzamen do Kupy
    Zamenhof. Skromnem mem zdaniem przynajmniej suka jenota (bo z psowatych on
    jest!) ma na imię Anoreksja (je?not!!!) a wielki w związku z tem ma bul-imia
    swego. I bulwary, gdy się młode rodzą czyli defekuje potomkiem, a dla kuzynki
    owej pociotkiem. Pizdrawiam - Huan M.
  • eyemakk 29.09.02, 22:13
    BORSUK - ssak z rodziny surrealnych, zamieszkujący bory i lasy Europy a
    właściwie tylko bory, i te lasy, w których występują bory. Mam na myśli
    oczywiście termin oznaczający zbiorowisko leśne z udziałem sosny, świerka i
    jodły, rosnące najczęściej na kwaśnych, ubogich glebach bielicowych. Dziad
    Borowy powinien wiedzieć o czym mówię. Jego nazwa (borsuka, nie Dziada Borowego)
    oznacza po prostu "Suka mieszkającego w borze". Suk to rodzaj męski suki. Suki
    to samochody policyjne. Samochód policyjny marki VW "Bora" jest
    równiez "Borsukiem" a raczej "Borsuką", czyli samica borsuka.
    Niestety, częśc borsuków preferuje mechaniczne partnerki, w postaci suk "Bora",
    co jest dla nich zgubne, gdyż większość borsuków robiacych wypad na łowy w
    pobliże komisariatów policji ginie w miłosnym amoku, czasem pod kołami
    samochodów, a czasem od kul policyjnych.

    Borsuki żywią się wszystkim co popadnie. Żywia i bronią. Pistoletami zabranymi
    policjantom.
  • Gość: Dos Mollendos IP: 212.191.74.* 30.09.02, 11:08
    Co do Borsuka to polecam monografię Pana Piotra Sumińskiego pod nośnym
    tytułem "Borsuk". Jest tam n.p. wyjaśnione, że zbitka Bor-suk oznacza także
    zaangażowanie owego w za przeproszeniem organa Biura Ochrony Rządu. Tu jest
    Pies pogrzebany (too, yess, pajs graveyaard tobstone). Jarek, może byś poszedł
    do lekarza? (Jarosław-Przemyśl-Medyka). Haha - Guanito
  • Gość: Dos Mollendos IP: 212.191.74.* 02.10.02, 10:18
    Drogi Eyemakku!
    Z niecierpliwością oczekuję kolejnych Odcinków z Cyklu. Pisz-EyeMakku
    oPiż-Makku, o Gronostajach na dróg rozstajach, o łasicy w przyłbicy, o kunie na
    diunie...
    CZYTELNIK
  • Gość: eyemakk IP: *.toya.net.pl 02.10.02, 17:15
    a wena jest czyms nieuchwytnym. jak nieuchwytny cel, nieuchwytny cwel i
    nieuchwytna jest mgła. a wena jest kobietą, tak poza tym
  • aard 02.10.02, 17:22
    Gość portalu: eyemakk napisał(a):

    nieuchwytny cwel a wena jest kobietą, tak poza tym

    "Ona jest pedałem, parararararam,
    właśnie się dowiedziałem..."


    --
    zdrowo surrnięty
    mrówkojaard.Vader

    Światak noster, qui es in coelis
    Sanctificetur nomen Tuum
    Adveniat regnum Tuum
    Fiat voluntas Tua.
  • Gość: eyemakk IP: 212.191.66.* 03.10.02, 10:29
  • aard 04.10.02, 09:36
    Gość portalu: Dos Mollendos napisał(a):

    > Drogi Eyemakku!
    > Z niecierpliwością oczekuję kolejnych Odcinków z Cyklu. Pisz-EyeMakku
    > oPiż-Makku, o Gronostajach na dróg rozstajach, o łasicy w przyłbicy, o kunie
    na
    >
    > diunie...

    Opis oposa.
    --
    zdrowo surrnięty
    mrówkojaard.Vader

    Światak noster, qui es in coelis
    Sanctificetur nomen Tuum
    Adveniat regnum Tuum
    Fiat voluntas Tua.
  • cruach 30.09.02, 09:58
    OMNIA MEA MECUM PUNCTO

    Nie zdawałem sobie sprawy, że tyle punktów wokół.

    Punkt A - w umowie prawniczej
    Punkt A - patrz: Punkt B
    Punkt AK - inaczej punkt-ak, do trasowania (a działacze z AK mieli swoje punkty)
    Punkt AKU punkt URA
    Punkt B - do którego zmierza pociąg, co wyruszył z ww. Punktu A
    Punkt CO2 - kompensacyjny
    Punkt D - pojemny nad podziw. W D można mieć jenota albo zniewieściałego gdańszczanina.
    Punkt G? - w niewieście (niekoniecznie z Gdańska).
    Punkt G - w kobiecie.
    Punkt J - w elektrokardiografii (medtech.eti.pg.gda.pl/pakiet10/pkt_10_7.html
    Punkt K - gdzie indziej niż punkt G, ale też na ciele. (W zdrowym ciele zdrowy punkt.)
    Punkt K - skoczni narciarskiej, czyli punkt K jak wyżej, tylko niżej, przy zeskoku
    Punkt O sobliwy w matematyce
    Punkt O sowiały w sowie (jeśli ktoś jest osowiały, najczęściej zamyka się w sowie)
    Punkt Omega - zawłaszczony przez Tiplera
    Punkt P - czyli typograficzny (podejrzewa się, że drukiem o niewielu punktach typograficznych, czyli tzw. drobnym
    drukiem pisuje się umowy prawnicze [patrz Punkt A], punktczas gdy chwytliwe powieści prawnicze drukuje się co
    najmniej nonparelem)

    Punkt ma Baran. Punkt ma rosa. Punkt ma Arosa Seat wtryskowy.
    Punkt czai się w każdym teutońskim adresie emailowym
    Punkt ośmiela się bywać niepełny! Na ten przykład w judo: waza ari (bo pełny to ippunkt)
    Punkt nąć można się w głowę.
    Punkt nąć można się też o leżące na ziemi grabie i punkść jak długi na ryj.

    Zanim będzie za późno zarezerwuję dla siebie punkt C. Punktualnie teraz. A potem zdam sobie sprawę, że przecież
    punkt de facto nie istnieje. Nie ma więc kobiet, nie ma prawników, nie ma skoczni, nie ma pociągów. (Nie ma mnie.)
  • aard 30.09.02, 10:52
    Zed's dead, baby, Zed's dead...
    --
    zdrowo surrnięty
    mrówkojaard.Vader

    ab ovo - ad surre
  • Gość: Dos Mollendos IP: 212.191.74.* 30.09.02, 11:16
    Karateka=akta sprawy
    Karnawał=polskie sądy przez rok cały
    Lokata=trwała
    Kontakt=naga prawda o naszych oszczędnościach zdeponowanych
    Kontrakt=całkiem ubrana. W TV oznaczona niebieskim kółeczkiem


    Największą radością dla Surrealisty jest stracić wątek wypowiedzi :-)))
    Żułan (=Ułan z Żuław)
  • cruach 30.09.02, 11:54
    aard napisał:
    > Zed's dead, baby, Zed's dead...

    W związku z licznymi wątpliwościami naszych aardiosłuchaczy zwracamy się do Raardia Zet o powtórkę
    słuchowiska zed tytułem Punkt Fiction.
    -- Whoze motorcycle iz zis?
    -- Zed's a chopper, babe.
    -- Whoze chopper iz zis?
    -- Zed's.
    -- Who'z zed?
    -- Zed is a question.
    -- Whoze question iz zed?
    -- Shakz.
    -- Shakz who?
    -- Shak speer.
    -- What about him?
    -- Shak'z dead, babe.
    -- Whot?
    -- Shakz dead, baby. Zed's det. Sex dead. Ze bzdet. Ble ble.
    [Nasi bohaterowie, niewypunktowany przed czasem Bokser oraz jego doppelpunktpiersiasta Flama
    odjeżdżają w siną punkt. W tle utwór: Baby Pleaz Don't Goo. Przypominamy tekst refrenu:

    Baby pleaze don't goo
    You know I love you zoo
    Baby pleaze don't goo
    Baby pleaze don't goo
    Don't goo on my shoo

    Pezd Z Kryptom. Zed Skyrptum. Pe Zed Pe Errare.
    Punkt de facto nie istnieje. Punk defuncto nie żyje. Punk not dead. Pan Cogito nie się śmieje. Ostatni.
    Ostatni punkt. Znikający punkt. Punkt kontroli Nałkowskiej. Wszystko ma swoje gromnice.

    > zdrowo surrnięty
    > mrówkojaard.Vader

    Cruach
    (Nasz zekspert będzie dostępny pod linią telefoniczną stacji trafo jeszcze przez zezem minut.)

    > ab ovo - ad surre
    Abwehro. Azzurro.
  • aric 30.09.02, 12:09
    Jak codzień rano podnoszę się z łóżka i już wiem. Znów nie bedę widział
    normalnie. Bedzie biało, bedzie dziwnie. Ale powoli sie przyzwyczajam do
    ogólnego zobojetnienia. Mgła przed oczami a ja żyje w mgle. Ale czy tylko ja?
    Jestem przekonany, że podobnych mi ludzi jest miliony, a może wszyscy żyjemy we
    mgle. I kiedy znajdziemy oświecenie? Nic za darmo. Bódzimy sie i zdążamy,
    zdążamy i nie osiągamy celu. Co nam przeszkadza? Mgła, nie widzimy wszystkiego.
    Ale przecież gdyby jej nie było to moglibysmy się przestraszyć otaczającego nas
    świata. Ja się czasem zatrzymuję, macham rekami i próbuje rozproszyć te opary
    unuszące się wokół mnie. Czasm pomaga, ale męczę sie przy tym okropnie. Czy
    jest sposób na przejrzenie na oczy?
    Jest, ale nikt nie chce go stosować.
    --
    pzdr
    aric
    Jutro bedzie dzień.
    Jak co dzień.
    Dzień Świataka.
  • Gość: Dos Mollendos IP: 212.191.74.* 30.09.02, 16:58
    Arik, ty leniu, wstań, powiedz nie jezdem sam, to są Opary Absurdu!
    Lub pozostałości z Piór-Nonsensu tych co latały Ci za oknem kiedy czytałem. Gdy
    sprzątam nie lubię żartować. Gdy wycieram Kurze - nie znoszę jaj.
    Zaś życzenia dla Wszystkich Jajarzy mogą się won czas ułożyć w następujący
    Czterowiersz:

    Niech Jądra do stóp Waszych sięgną i padną!
    Niech stopy sięgną Jądra Ziemi!!
    A niech Ziemia się spod tych stóp nie usunie!!!
    Bo stać w próżni na jajkach kurwa niewygodnie
  • eyemakk 30.09.02, 16:15
    Gdy uruchamiamy na kolejowej makiecie więcej niż jedną lokomotywę, pojawia się
    problem jednoczesnego sterowania kilkoma pociągami. Zabawa jest atrakcyjna przy
    ruchu wielu pojazdów, ale jedna osoba może kierować tylko jedną lokomotywą. W
    sterowaniu pozostałymi lokomotywami pomogą urządzenia automatyczne. Naszym
    zadaniem będzie więc tylko programowanie przejazdów przez stacje oraz
    kierowanie lokomotywami manewrującymi, a ruch na liniach i mijankach będzie się
    odbywał samoczynnie. Podstawowymi układami takich auto matów są tzw. odcinki
    izolowane. Mają one za zadanie dostarczenie informacji o położeniu pociągów
    (inaczej : o zajmowaniu poszczególnych fragmentów toru). Układy sterujące na
    podstawie tych informacji wyświetlą odpowiednie światła na semaforach oraz
    ustawią zwrotnice. Dlatego budowę urządzeń samoczynnych należy rozpocząć od
    dokładnego poznania układów opisanych w dalszej części artykułu. W układach
    tych zastosujemy przekaźniki elektromagnetyczne, w które można zaopatrzyć się w
    sklepach: przekaźnik dla kolejki TTwr 8410 lub S617/545/119 , a stosowany
    zastępczo przekaźnik dla kolejki HO Piko" nr 5617/5/1. Przekaźnik 8410 będzie
    wygodniejszy, ze względu na większą liczbę zestyków. Przy zakupie przekaźników
    należy zwrócić uwagę na to, czy dołączone są do nich instrukcje obsługi i
    połączeń wewnętrznych. Układy zależnościowe i sterujące zbudujemy z
    przekaźników neutralnych dowolnego typu przystosowanych do zasilania napięciem
    6-20 V, np. MT6, MTl2 lub z przekaźników kontaktronowych z samodzielnie
    nawiniętymi cewkami. Dla blokady liniowej będzie można użyć gotowych zestawów
    semafor-przekaźnik "Piko" nr 5270/5/19, po niewielkiej przeróbce. Ze względów
    ekonomicznych i plastycznych (na powierzchni makiety nie ma przekaźników) można
    samodzielnie wykonać zestawy dla blokady z własnoręcznie zbudowanego semafora
    (wzór jak dla PKP) oraz przekaźnika 8410. Jeżeli ilość zestyków, które powinny
    być w jednym przekaźniku, przekracza liczbę zestyków w posiadanych
    przekaźnikach, wtedy stosujemy równoległe podłączanie odpowiedniej liczby
    przekaźników.

    1. Sygnalizacja kolejowa

    Ruch pociągów rządzi się nieco innymi prawami niż na przykład ruch drogowy. Te
    inne prawa wynikają z warunków technicznych działania kolei. Szybkość osiągana
    przez pociągi dochodzi do 140 km/h, ciężar składu do 2,5 ' 10 % N (ok. 2500 t),
    długość składu do 800 m i droga hamowania do 1000 m. Dlatego człowiek kierujący
    lokomotywą nie jest w stanie zatrzymać pociągu w czasie od spostrzeżenia
    sygnału do minięcia semafora, lecz musi być odpowiednio wcześniej ostrzeżony o
    wskazaniu ograniczającym szybkość. Każdy semafor swoimi światłami wskazuje
    dopuszczalną prędkość jazdy na odcinku położonym bezpośrednio za nim oraz na od
    cinku za następnym semaforem. W ten sposób maszynista otrzymuje na każdym
    semaforze dwie informacje. Każda z tych informacji pojawia się na dwóch
    kolejnych semaforach - pierwszy raz jako ostrzeżenie, drugi raz jako nakaz
    ograniczenia prędkości.



    Rys. 1 przedstawia powiązanie wskazań semaforów i prędkości jazdy dla kolejnych
    odcinków. Jako ograniczenia prędkości przyjęto na PKP następujące wielkości : 0
    km/h, 40 km/h, 60 km/h, 100 km/h i Vmax.
    Kiedy stosuje się takie ograniczenia?
    0 km/h - "stój", jazda zabroniona,
    40 km/h - jazda po rozjeździe na od gałęzienie lub z odgałęzienia.
    60 km/h - jazda na lub z odgałęzienia po rozjeździe nowej konstrukcji,
    100 km/h - jazda na wprost po rozjeździe krzyżowym, skrzyżowaniu lub po łuku
    zewnętrznym rozjazdu łukowego,
    Vmax- jazda z największą prędkością dla danego odcinka określoną przepisami (od
    40 do 140 km/h). Odpowiadające tym prędkościom wskazania na semaforze pokazane
    są na rys. 2.



    Każdy z sygnałów b1 - b4 może wystąpić z dowolnym sygnałem spośród a1 - a4;
    natomiast sygnał c występuje zawsze samodzielnie. Semafor stacyjny składa się z
    2-5 komór i ewentualnie wskaźnika, tzw. pasa zielonego lub żółtego.
    Rozmieszczenie komór pokazuje rys. 3a.



    Sygnał zezwalający na jazdę składa się zawsze z jednego z górnych świateł
    (wskazania b1 - b4) i zależnie od ustawionej drogi jazdy pociągu ze świateł
    dolnych (wskazania a1 - a4). Sygnał "stój" jest podawany jako jedno czerwone
    światło (wskazanie c). Ilość możliwych kombinacji wskazań jest następująca :
    (b1 -- b4) x (a1 - a4), czyli 4 x 4= 16 oraz c razem = 17
    Semafor liniowy składa się z 2 lub 3 komór, które używane są do wskazań c, b1,
    b4 oraz dodatkowo b2 i b3 (rys 3b). Semafor - tarcza ostrzegawcza - składa się
    z 1 lub 2 komór, które zasadniczo pokazują sygnały b1 i dodatkowo b2 - b4 (rys:
    3c). Dla rozróżnienia rodzaju semafora maluje się ich maszty następująco:
    stacyjny w pasy biało-czerwone, liniowy na biało, a "tarczę" na szaro.
    Zestawienie wszystkich wskazań podane jest w instrukcji otrzymywanej przy
    zakupie fabrycznych semaforów.

    2. Blokada samoczynna

    Ruch pociągów na linii między stacjami regulowany jest przez odpowiednie
    urządzenia bez obsługi ludzkiej. Mają one za zdanie informować maszynistów o
    sytuacji na odcinkach przed nimi oraz osłaniać pociągi sygnałami "stoj". Linia
    podzielona jest na odcinki, z których każdy ma na początku semafor. Wskazania
    semaforów są uzależnione od tego, czy i które odcinki za nimi są zajęte.
    Ponieważ na jednym odcinku może się znajdować tylko jeden pociąg, semafor
    odcinka zajętego podaje sygnał c. Semafory odcinków wolnych podają sygnały b4.
    Taka blokada jest stosowana na liniach kolei dojazdowych, na przykład WKD, to
    znaczy tam, gdzie odległość, z jakiej widać semafor, umożliwia zatrzymanie się
    pociągu (rys. 4).



    Najpowszech niej stosowana jest blokada, w której semafory wyświetlają
    dodatkowo sygnał b1. Podawany będzie on wtedy, jeśli za semaforem jest odcinek
    wolny, a odcinek następny jest zajęty przez pociąg. Natomiast sygnał b4
    oznacza, że bezpośrednio za semaforem są wolne co najmniej dwa odcinki. Taka
    blokada nazywana jest trzystawną. Przykładowe wskazania semaforów tej blokady w
    zależności od położenia pociągów pokazane są na rys. 5.



    Ruch pociągów może odbywać się w jednym lub w obu kierunkach. Dlatego buduje
    się blokady jednokierunkowe, ustawienie semaforów jak na rys. 5, oraz
    dwukierunkowe - rys. 6.



    W takiej blokadzie przy załączonym kierunku A-B czynne są semafory dla kierunku
    jazdy oraz tylko niektóre dla kierunku przeciwnego - rys. 7a. Po zmianie
    kierunku na B-A czynne są sema fory pokazane na rys. 7b.



    3. Zasady działania odcinka izolowanego

    W urządzeniach zabezpieczenia ruchu kolejowego stosuje się obwody elektryczne w
    torach dla wykrywania obecności taboru. Tory dzieli się na odcinki wzajemnie
    elektrycznie izolowane. Schemat obwodu takiego odcinka pokazany jest na rys.
    8a. Gdy odcinek jest wolny, to przekaźnik P1 jcst przyciągnięty. Wjazd
    pierwszej osi powoduje zwarcie między szynami i zwolnienie przekaźnika (rys.
    8b).



    Przekaźnik P1 ponownie przyciąga po zjechaniu ostatniej osi. Wykonanie takiego
    obwodu dla modelu kolejki jest trudne. Szyny są tu wykorzystywane do zasilania
    lokomotyw, a wagony mają kółka ze sztucznego tworzywa i zwarcie toków szyn jest
    niemożliwe. Dlatego stosuje się tzw. - "przekaźniki torowe" uruchamiane przez
    zetknięcie metalowe go koła z kontaktem szynowym (rys. 9a). Wjazd pierwszej psi
    lokomotywy na kontakt A powoduje zamknięcie obwodu elektrycznego (rys. 9b). W
    przekaźniku P2 przesuwa się rdzeń i przełącza styki. Odcinek jest zajęty przez
    pociąg. W czasie wyjazdu, przez kontakt B zamyka się drugi obwód (rys. 9c) i
    rdzeń przekaźnika przesuwa się w drugą stronę.



    Odcinek zostaje zwolniony. Ze względu na oddziaływanie pierwszej osi
    rzeczywisty "odcinek izolowany" jest krótszy od rozstawu kontaktów o długość
    pociągu. Dla jazdy w przeciwnym kierunku można wykorzystać ten sam przekaźnik
    P2, ale należy odpowiednio przełączać kontakty A-C i BD (rys. 10). Dokładny
  • Gość: Dos Mollendos IP: 212.191.74.* 30.09.02, 16:46
    A co to jest zwrotnica? Ano jest to miejsce, gdzie wszystkim kolejarzom już
    niedobrze i przepadła kolejka...
  • zygfryd_ 11.10.02, 10:26
    Widze, ze wyciagnales z szafy makiete kolejki, ktora ci tatus kupil na piate
    urodziny. Nie majac weny TFUrczej postanowiles sie posilkowac instrukcja do
    niej. Gratuluje i czekam na ciag dalszy
  • szprota 16.12.04, 13:15
    sprzężenie zwrotne?
    --
    a potem wszystko przestaje mieć znaczenie bo wchodzę do wanny i śpiewam
    a potem moje włosy pachną gładką mądrością
    a potem wychodzę nałykać się wiatru
  • cruach 01.10.02, 10:23
    Skoro może Mann tłumaczyć teksty, to i ja mogę. Mam pod ręką Derridę i słowniczek. Starczy. Uwiąd.
    Pierwszą transzeją pójdzie piosenka Georga Jerzego Harrisona GOT MY MIND SET ON YOU
    Błyskotliwe swe tłumaczenie podaję w nawiasach kwadratowych szczęk. Komentarz pod asteriksem *.

    I GOT MY MIND SET ON YOU
    I GOT MY MIND SET ON YOU
    I GOT MY MIND SET ON YOU
    I GOT MY MIND SET ON YOU
    [JA DOSTAŁEM SWOJE SŁUCHAWKI NA CIEBIE.]
    * Czasownik "to set" ma w angielskim tyle znaczeń, że można go sobie darować. Pieśniarz ma pewnie na
    myśli "head set" czyli słuchawki ("head" oraz "mind" są w idiomatyce angielskiej bardzo bliskoznaczne).
    Podmiot nazbyt liryczny to szpieg, co dostał rozkaz z Centrali, żeby podsłuchiwać swoją kochankę. Więc
    daje jej słuchawki. Agent ma problem z koncentracją albo się jaka, skoro czterokrotnie powtarza zdanie. A
    może kochanka jest przygłupia? przygłucha? A może to kochanek? A nie uprzedzajmy faktów. Tym
    bardziej, że�Nie wykluczam alternatywnego tłumaczenia:
    [JA ZAŁOŻYŁEM SWOJE SŁUCHAWKI NA TOBIE]
    * To wersja mniej cenzuralna. Agent siedzi na kochance ale nie przestaje słuchać komunikatów Centrali.
    W tej wersji agent się nie jąka, tylko ma słabe pasmo nadawania i odbioru.

    BUT IT'S GONNA TAKE MONEY
    [ALE TO IDZIE ZABRAĆ PIENIĄDZE]
    * Nie wiadomo na razie, co to jest TO, jak z tytułu wiadomego horroru. Ale idzie po pieniądze. Stawiam na
    innego szpiega, który szantażuje naszego bohatera.

    A WHOLE LOTTA SPENDING MONEY
    [CAŁE PIENIĄDZE LOTTY SPENDING]
    * Czy Lotta Spending to kochanka naszego agenta? Może szantażysta ma zdjęcia bohatera w koicji z
    Lottą? Może Lotta to "kret" ze Stasi? (niemieckie imię!! por.: Lotta Rosie). Atmosfera się zagęszcza.

    IT'S GONNA TAKE PLENTY OF MONEY
    [TO IDZIE ZABRAĆ DUŻO PIENIĘDZY]
    * Albo zdjęcia są wyjątkowo świńskie, albo Lotta na pewno jest ze Stasi.

    TO DO IT RIGHT CHILD
    [ŻEBY ZROBIĆ TEMU PRAWE DZIECKO]
    * Wyjaśnia się. TO czyli szantażystka jest żoną agenta. Nie życzy sobie rywalki Lotty. Cyka jej zegar i
    domaga się dziecka. Prawego czyli ślubnego.

    IT'S GONNA TAKE TIME
    [TO ZABIERZE CZAS]
    * Odpowiada agent. (Teraz przyszło mi do głowy, że może agent rozmawia z żoną szantażystką przez ww.
    słuchawki). A żeby nie to "prawe dziecko", to "dużo pieniędzy" oznaczałoby zapewne alimenty takie że się
    męska szowinistyczna świnia nie pozbiera(łaby).

    A WHOLE LOT OF PRECIOUS TIME
    [CAŁĄ DZIAŁKĘ CENNEGO CZASU]
    * Wers jasny. Dziecko robi się długo. Możliwe podteksty narkomańskie ("działka").

    IT'S GONNA TAKE PATIENCE AND TIME, UMMM
    [TO ZABIERZE CIERPLIWOŚĆ I CZAS, UMMM]
    * Szantażowany agent jeszcze się opiera, że niby nie ma cierpliwości, że nie ma czasu - lecz końcówka
    ("ummm") dobitnie wskazuje, że zabrał się do roboty. Robienia dziecka. Nie wiadomo na razie komu.

    TO DO IT, TO DO IT, TO DO IT, TO DO IT, TO DO IT,
    [onomatopeiczne synkopowanie frykcji prorodzinnych]

    TO DO IT RIGHT CHILD
    I GOT MY MIND SET ON YOU [x4]

    AND THIS TIME I KNOW IT'S FOR REAL
    [I TYM RAZEM JA WIEM ŻE TO JEST NAPRAWDĘ =W REALU]
    * Albo agent robił to tylko wirtualnie (wtedy słuchawki są zestawem Nintendo), albo pierwszy raz robi to w
    sklepie Real (co dodaje obrazkowi pikanterii), albo pierwszy raz nie udaje seksu małżeńskiego.

    THE FEELINGS THAT I FEEL
    [UCZUCIA CO JA CZUJĘ]
    * Jakieś truizmy nasz agent bełkoce. Pewno w ekstazie.
    UWAGA! Od tego miejsca będzie coraz sprośniej. Dzieci uprasza się o przerwę w lekturze.

    I KNOW IF I PUT MY MIND TO IT
    [JA WIEM ŻE JEŻELI JA WŁOŻĘ GŁOWĘ DO TEGO]
    * Bez ochyby seks oralny z żoną szantażystką.

    I KNOW THAT I REALLY CAN DO IT
    [JA WIEM, ŻE JA NAPRAWDĘ MOGĘ TO ZROBIĆ]
    * Agent stosuje tzw. pozytywne myślenie. Rozumiem go: środek sklepu Real, wokół pełno ludzi, nad nim
    lub pod nim kochanka ze Stasi, gdzieś w tym wszystkim słuchawki, żona szantażystka domaga się
    zrobienia dziecka oralnie. Surrealizm pełną, excusez le mot, gębą. Agent musi myśleć pozytywnie.
    Zamknij oczy, myśl o ojczyźnie, skup się na czymś, ten cały seks musi się przecież skończyć! Skup się!

    I GOT MY MIND SET ON YOU
    [SKUPIŁEM SWÓJ UMYSŁ ZE SŁUCHAWKAMI NA TOBIE.]
    * Błąd! Błąd! Za dużo obiektów! Skup się dokładniej! Na pojedynczym obiekcie!!

    SET ON YOU
    [SKUPIŁEM NA TOBIE]
    * Dalej źle! Agent niby a taki niekumaty! Nie można się koncentrować na wrogu, ehem, na żonie
    szantażystce. Wybierz inny obiekt!

    I GOT MY MIND SET ON YOU
    [JA DAŁEM SWOJE SŁUCHAWKI NA CIEBIE]
    * No pięknie. Nie dość, że szantażystka chce dziecka, alimentów, wygnania Lotty, to jeszcze słuchawki jej
    oddaj. Cepie ty.

    SET ON YOU
    [SKUPIŁEM NA TOBIE]
    * Na mnie się nie skupiaj. Ja mam ciebie dość.

    BUT IT'S GONNA TAKE MONEY
    �itd.�itd.�da capo al fine
    ====================================

    Tłumaczenie to twardy kawałek chleba.

    TRUACHLASTING SERVICES spółka niejawna
    Cruach
    Kreator Dyrektywny
  • aard 01.10.02, 10:53
    Kaktus (gr. káktos ) roślina z rodziny surrealistycznych (Surrealeae), której
    2000 gatunków (co stawia je nawet przed wódką) pochodzi ze strefy tropikalnej i
    subtropikalnej obu Ameryk, sucholubna; niektóre mają piękne duże kwiaty lub
    jadalne owoce; drobne odmiany są stosowane jako doniczkowe rośliny ozdobne.
    Jeszcze drobniejsze bywają zasadzane na małych trzonkach i stosowane w
    niektórych krajach (np. Boliwia) jako szczoteczki do zębów. Najdrobniejsze
    używane są przez agentów w czerni (organizacja KKF - Kościół Katolicki Forever)
    do sabotowania fabryk prezerwatyw. Z kolei kolce odmian ogromnych, np. Cactus
    Wielgus, znajdują zastosowanie w przemyśle zbrojeniowym krajów rozwiających się.
    Kaktusy to prawdziwe magazyny mody. Stroją się w miejscach, gdzie podczas pory
    pokazów odbywa się ich miesięcznie ok. 3000. Przymierzają najnowsze kolekcje na
    swoich grubych łodygach. Ich liście zamieniły się w kolce, żeby było na czym
    ciuszki udrapować. Kaktusy wiele razy ratowały życie wędrowcom, zagubionym na
    pustyniach machając do nich swoimi sukienkami i przemawiając czule słowami
    otuchy i nadziei.

    --
    zdrowo surrnięty
    mrówkojaard.Vader

    ab ovo - ad surre
  • Gość: Dos Mollendos IP: 212.191.74.* 02.10.02, 10:22
    A czy są brera?
  • aard 01.10.02, 16:00
    Że Eyemakk ma jednak dostęp do kompa na którym można coś zrobić. To znaczy -
    jeden służy mu do ściągania poczty, drugi do jej odczytywania, trzeci do gg, a
    czwarty do drapania się po głowie. Z kolei piąty i szósty myją mu zęby.
    Nie napisał, czy ma jakiś do myślenia. A może chociaż to robi sam...?
    --
    zdrowo surrnięty
    mrówkojaard.Vader

    ab ovo - ad surre

    PS. Eye - nie gniewaj się. Czasem mam podły nastrój i odbija się na kim
    popadnie. Pozdraardwiam.
  • aard 02.10.02, 09:24
    Tytoń (Nicotiana), roślina z rodziny psiankowatych (Aardae), ponad 100 gatunków
    i ok. 1000 pod(łych)gatunków, głównie z Nowego Świata i Nowego Targu (New
    Market). Tytoń szlachetny (Nicotiana tabacum) jest ważną ekonomicznie i
    ekumenicznie (używaną w wielu obrządkach religijnych) rośliną uprawną, używkową
    i jak najbardziej użytkową, zawierającą w liściach alkaloid nikotynę, o
    działaniu pobudzającym system nerwowy, w większych dawkach trujący. Nazwa TYTOŃ
    została wywiedziona właśnie od tej jej cechy. Pierwsi użytkownicy korzystali
    bowiem bez opamiętania i po przedawkowaniu padali bez życia, co kojarzyło się z
    tonięciem. Jak widać geneza nazwy nawiązuje do znacznie późniejszego
    chronologicznie, acz wcześniejszego nomenklaturowo (co jest możliwe dzięki
    zjawisku surrealistycznego zakręcenia przestrzeni) narodzenia Tytusa de Zoo.

    Uprawa tytoniu szlachetnego

    Tytoń używany był od dawna przez Indian, zwyczaj palenia tytoniu został
    wprowadzony w Europie w XVI w. (murarz J. Nicot), zwany też Jasiem Nicotynkiem
    od jego zwyczaju palienia podczas tynkowania. Obecnie tytoń uprawiany jest w
    wielu odmianach i uszlachetniany przy pomocy prądu odmiennnego. Tytoń bakun,
    służacy do bakania, czyli machorka (Nicotiana rustica - jak sama nazwa wskazuje
    pochodzi z Rosji) jest rzadszy w uprawie (co oznacza, że krzaki rosną w
    większych wzajemnie odległościach) , stosowany głównie do produkcji
    insektycydów i kaktusocydów. Warto bowiem dodać, że największym szkodnikiem
    upraw tytoniu jest kaktus, który złośliwie dziurawi kolcami jego liście i
    nasącza je zgromadzoną w swych łodygach wodą tak, że stają się niepalne (o
    kaktusach czytaj tu:
    www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=63&w=1397610&a=3132917 ).

    Powiązania:
    Tabaka, jest to sproszkowany tytoń - ulubiona potrawa proszkaków (zwykle z
    odmiany Kentucky lub z machorki, radziej muchomorki), przeznaczony do wciągania
    przez nos. Jest to czynność niezwykle wciągająca, jako że wywołuje kichanie.
    Dla zainteresowanych tematem, o związach tytoniu z edukacją:
    www.wiedzaizycie.pl/98062300.htm
    Hasło powstało na podstawie:
    wiem.onet.pl/wiem/00e947.html
    Uprzystępnił i spłycił
    --
    zdrowo surrnięty
    mrówkojaard.Vader

    ab ovo - ad surre
  • Gość: Dos Mollendos IP: 212.191.74.* 02.10.02, 10:26
    A pal ma?
  • Gość: Dos Mollendos IP: 212.191.74.* 02.10.02, 11:01
    Jestem
    Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem
    Literek.Andym Warholem Literek.Andym Warholem Literek.
    Podpisano: Andym Warholem Literek.
  • aric 02.10.02, 10:12
    John Matrix (ur 1984) na potrzeby filmu Commando. Bohater nietuzinkowy, który
    zasłynął tym, że nie kończyła mu się amunicja.
    Kim własciwie dla mnie jest John Matrix. Jest inspiracją i natchnieniem,
    prowadzącym do kultu jednostki. Bez przyporządkowania, bez szuflatkowania. Jest
    jeden jedyny. Poteżny, bez skrupółów, bez obiekcji, prostolinijny. Zabija bez
    mrógniecia okiem, ale nie bez powodu. 190 wzrostu i masa miesniowa
    przekraczająca 100 kg pozwala mu na bezpieczne stworzenie wokół siebie aury
    niebezpieczeństwa. Unikają i boją się go ludzie zwykli, a on tylko z miłosci do
    swojej córki pragnie rozpierduchy.
    Zastanawiając się nad fenomenem tego bohatera dochodzę do wniosku, że jego
    nazwisko stało się punktem wyjścia do dalszego postrzegania swiata przez
    zarówno ludzi ze swer twórczych jak i ludzi zwykłych, szukajacych oderwania od
    rzeczywistości w innej rzeczywistości. Matrix. Nic dodać nic ująć. I gdy
    zapytany pod koniec jego przecudownej akcji na wyspie Val Verde, trzymając
    córke na ręce, choć postrzelony w nią okrutnie, o to czy wróci jeszcze do
    akcji, odpowiada, żeby na to nie liczyć, łezka się w oku kreci. Po czym
    odchodzi w kierunku czekojącego na nich hydroplanu z dreptajacą w pobliżu
    maszyny stewardesą o czekoladowym kolorze skóry. Twradość bije z ekranu niczym
    młot kowala napierdalajacego w kowadło.
    --
    pzdr
    aric
    Jutro bedzie dzień.
    Jak co dzień.
    Dzień Świataka.
  • aard 02.10.02, 11:09
    aric napisał:

    > Jon Markiz de Sadek von Kotleciński (ur. 2084) na potrzeby firmy Copulando.
    Bohater nietuzinkowy, bo ponadtrzytuzinkowy (dokładnie 371 mm w pełnym stanie
    gotowości bojowej), który
    > zasłynął tym, że nie kończyła mu się amunicja ani animusz.
    > Kim własciwie dla mnie jest Jon Markiz. Jest inspiracją i natchnieniem,
    > prowadzącym do kultu jednostki w wielu połówkowych osóbkach. A dokladnie
    wielu milionach osóbek o połowicznym materiale genetycznym. Bez
    przyporządkowania, bez szufladkowania, za to z pełnym okresem ochronnnnym (ang.
    preservative period). Jest
    > jeden z jodyny. Poteżny, bez skrupułów, bez obiekcji, bez ablucji, bez
    abolicji i polucji. Zabija bez
    > mrugniecia okiem, po prostu zakładając odpowiedni przyrząd na odpowiedni
    narząd. Dochodzi w kierunku czekającego na nich hydroplanu z dreptajacą w
    pobliżu
    > maszyny stewardessą o czekoladowym kolorze skóry, gotową nieść pomac w każdej
    postaci, jak również bezpostaciowo, tj. amorfologicznie (z łac. bezzewnętrznie,
    a zatem przy pomocy samego wnętrza). Twradość bije z ekranu niczym
    > młot kowala napierdalajacego w kowadło i jest to twardość ponadtrzytuzinkowa.

    Ochman chciał seksu.
  • aard 02.10.02, 15:03
    Dziś w pracy (a pracuję w firmie ubezpieczeniowej) miałem m.in. za zadanie
    spłodzić pewien tekst. Oto, co z tego wyszło i przez Prezesa podpisane zostało!


    "Do całego Brokerstwa Rzeczypospolitej!

    My, [nazwa firmy] ogłaszamy piórem herolda naszego, iż zaniedługo odbędzie się
    wielki Zjazd Braci Brokerskiej na Zamku Wielkiego Mistrza Zakonu Najświętszej
    Marii Panny w dumnym mieście Malbork. Cuda niezwykłe będą Zjazdowi owemu
    towarzyszyć, a najpierwszym z spośród nich Prześwietne Zapasy Rycerskie będą.
    Każden z przybyłych będzie mógł sprawdzić się w zadaniach rozlicznych, a gdy mu
    Bóg i szczęście sprzyjać będą, wówczas przed nim widoki na morze korzyści
    ścielić się będą. Najlepszym przypadnie bowiem w udziale wielki a ogromny
    krzyżacki skarb, a wszyscy na biesiadę do Wielkiego Mistrza zaproszonymi będą.

    Przybywajcie przeto, Braci Brokerska na Malborski Zamek w dniu [...] miesiąca
    października roku Pańskiego 2002, by uciechom ducha i ciała się oddawać, a
    obecnością swą oczy wielkiego Mistrza, a takoż i nasze wielce ucieszyć."

    Życie jest makrelą, co?
    --
    zdrowo surrnięty
    mrówkojaard.Vader

    Światak noster, qui es in coelis
    Sanctificetur nomen Tuum
    Adveniat regnum Tuum
    Fiat voluntas Tua.
  • aard 02.10.02, 16:42
    ... pisanie samemu całe dnie na WS. I tylko zmienianie sygnaturek.
    --
    zdrowo surrnięty
    mrówkojaard.Vader

    Światak noster, qui es in coelis
    Sanctificetur nomen Tuum
    Adveniat regnum Tuum
    Fiat voluntas Tua.
  • aard 02.10.02, 17:19
    Ciekawe, ktoustrzeli 1111...
    --
    zdrowo surrnięty
    mrówkojaard.Vader

    Światak noster, qui es in coelis
    Sanctificetur nomen Tuum
    Adveniat regnum Tuum
    Fiat voluntas Tua.
  • aard 03.10.02, 08:55
    W aktach operacyjnych przez wiele lat figurował wyłącznie pod pseudonimem:
    krzaklewski, pisane specjalnie z małej litery, żeby wtajemniczeni w zasady
    wiedzieli, że nie jest to prawdziwe nazwisko. Ono samo brzmiało natomiast Pig
    Marion.
    Jego rodzice byli ortodoksyjnymi Żydami zamieszującymi południową część
    Virginii, a on był nieplanowanym (a ojciec podejrzewał nawet że nie jego
    własnym) dzieckiem. Jednak religia zabraniała im aborcji, więc żeby choć w ten
    sposób wyłądować swój gniew i podkreślić jego "niekoszerność" dali mu na imię
    Pig.
    Wychował się od trzeciego roku życia w domu dziecka (matka zmarła, a ojciec nie
    chciał w domu trzymać bękarta, jak go nazywał). Tam oczywiście wszystkie dzieci
    strasznie się nad nim znęcały z powodu jego imienia. Kiedy opuścił sierociniec
    w wieku 17 lat miał tylko dwie rzeczy: złamaną osobowość i dołek na brodzie.
    c.d.n.


    Pomóżcie mi napisać dalszą część tej historii...
    --
    zdrowo surrnięty
    mrówkojaard.Vader

    Światak noster, qui es in coelis
    Sanctificetur nomen Tuum
    Adveniat regnum Tuum
    Fiat voluntas Tua.
  • aard 03.10.02, 09:07
    UTWÓR P.T. SOCIALISMO O SALVADORE!!!

    choć to niezwykłe
    a jednak - dali! :
    górnikom dali
    hutnikom dali
    spawaczom dali
    skrawaczom dali
    dekarzom
    tokarzom
    stolarzom
    murarzom
    zaprawdę wszystkim
    salwador dali

    Do użytku dowolnego - pozdrawiam - G.T.

    --
    aard
  • aric 03.10.02, 10:40
    Snake Plisken (ur. 1981) zasłynął mając tylko jedno oko i węża na brzuchu.
    Człowiek o twardosci skały i zwinności grzchotnika. Ciagle ucieka. Uciekł juz
    dwa razy i planuje trzecią ucieczkę.
    Wszyscy myslą że umiera a on życje dalej. Szybuje, serfuje, gra w koszykówke i
    walczy na ringu. Jego wyczyny, umiejętnośc wychodzenia z opresji i pomysłowość
    są znane w kregach jako jedyne w swoim rodzaju. Ciągle kiwa swoich
    zleceniodawców, a ostatnio zgasił świat, sprowadzając wszystkich do
    sredniowiecza. Zapalając papierosa powiedział: Witaj raso ludzka.
    Mój sentyment co do jego osoby polega na tym, że jest on bohaterem mojego
    dzieciństwa i stanowił inspiracje dla mojej wczesnej prozy.
    --
    pzdr
    aric
    Jutro bedzie dzień.
    Jak co dzień.
    Dzień Świataka.
  • cruach 03.10.02, 11:31
    UCIECZKA Z NOWEGO ARICU

    Can Pilsner (ur. w starym browarze) zasłynął, że wyciąga z pijącego trzecie oko a węża z kieszeni. Chmiel o
    twardości wody i pienności Wełtawy. Czasem zasyczy. Uciekł mi dwa razy, uciekiem na kimono. Wszyscy myślą, że
    nigdy brewerii dość a tu sięgamy dna. Mój sentyment do piwa nie polega. Bo poległ dawno temu. Pilsner dla mnie
    umarł. Dead Can't Dance. Dziś nie Can ale kanka, nie Pilsner ale pyza. Pyza na polskich dróżkach nie była heroiną
    mego dzieciństwa, nie inspirowała. Za szybko szwendała się po ekranie. Heroiną bywał za to papieros, PaParis mon
    amour. Raz, zapalając papierosa (heroinę moją) powiedziałem: witaj, smutku. Był to papieros Manhattan King Size, syf
    tak straszliwy, że oddałem całą paczkę bezdomnemu. (Nadal nie wiem, czy to był dobry czy zły uczynek.) Z syfem
    miałem też okoliczność na policzkach. Kto popalił papierochy z Wietnamu, temu żadne Gitanesy nie były straszne, i
    bez ustnika. Ratowaliśmy się w klubie wesołego pilsnera metodą ustnik-ustnik: a gdy bez ustnika, to lufka parzyła łapy
    i przyklejała się do warg. Dziewczyny się nie kleiły chociaż też parzyły. Cóż, towaru zawsze mało. Skręty robiło się z
    najdziwniejszych bibuł. Można ich było szukać w kibelku. Leżał na przykład numer Cat, tak już uwalany śluzem i tym
    co to wiecie pochodzenia organicznego, że człowiekowi źle się robiło w metempsychorze. Nic to, nałóg silniejszy. No
    a potem kawałek cycka puszczał się z dymem - a skwierczał, to jasne, bo ludzkie ciało skwierczy płonąc, nagie a
    sprofanowane. Ależ odyseja samicy ze skandynawskiego świerszcza!: poddasze, fotoreporter, rozkracz, prom,
    ponury kiosk w Polsce, poszukujący inspiracji studencik, który z naukowej stypy porno nabywa, wąchanie i kalanie
    przez pół akademika płci jednej, nie licząc waletek z rzadka poczwarkujących w damy, (s)krętactwo na głodzie,
    wreszcie ten oczyszczający płomień. Katharsis pełną gębą, pełną parą, pełną męską wargą, do której przylepiała się
    obrzmiała warga damska. Albo damski cycek. Powtarzam się. A cóż, nikt nam, przepraszam ja, nie obiecywał, że
    studia to sielan kał. Kał siał defetysta eklogik Wergiliusz jeden z drugim, a reszta jest milczeniem. I w tym milczeniu
    skręcaniu nałogu. Dziś już nie biorę skrętów do ust. W ogóle mało co biorę. Czasem, jak co ładne i warte i kształtne, to
    biorę do ust. Ale z zasady, co to, to nie.
    Rozmarzyłem się niepotrzebnie. Czas uciec do nowego dzionku. Za się precz: stare czasy, stare kobiety, i morze.
    Morze jakoś będzie.
  • aard 03.10.02, 15:24
    Któż twórcą owego bogadyra, Aricu? Z jakiej książki, jakiego filmu pochodzi?
    --
    zdrowo surrnięty
    mrówkojaard.Vader

    Światak noster, qui es in coelis
    Sanctificetur nomen Tuum
    Adveniat regnum Tuum
    Fiat voluntas Tua.
  • aric 03.10.02, 15:41
    Toć to postać kultowa. Praca domowa. Poszukać, znaleźć obejrzeć filmy.
    --
    pzdr
    aric
    Jutro bedzie dzień.
    Jak co dzień.
    Dzień Świataka.
  • cruach 04.10.02, 09:20
    aric napisał:
    > Toć to postać kultowa. Praca domowa. Poszukać, znaleźć obejrzeć filmy.

    Podpowiedź jest w tytule C55.
  • eyemakk 03.10.02, 10:44
    NORKA - ssak z rodziny surrealnych, zamieszkujący nory i norki Europy i
    Ameryki, jednak w Ameryce jest zdziczała i bardziej agresywna, podobnie jak
    ludzie. Norki są bardzo zamożne, gdyż każdą z nich stać na futro z norek. Norki
    chodzą więc w norkach i mieszkają w norkach, całe ich życie obraca się wokół
    norek. Norka zasiedla brzegi rzek, stawów i urwisk. Gatunek o ziemnowodnym
    trybie życia, podobnie jak płetwal błękitny dawno temu, bo w karbonie i permie.
    Norka doskonale pływa i nurkuje, a nawet norkuje. Odżywia się drobnymi rybami,
    rakami, płazami i wszystkim tym, co ludzie wywalają do rzek. Tryb życia nocny,
    dzień spędza w norkach. Jest altruistą, gdyż sprzedaje swoje futro latem, gdy
    jest ciepło, by zimą odkupić je po wyższej cenie, dając zarobić pośrednikom.
    Oprócz wspomagania przemysłu lekkiego, pomaga też górnikom i stoczniowcom -
    udostępnia im swoją norkę, by mniej płacili za mieszkanie w ciężkiej sytuacji
    recesji i bezrobocia. A żony takiego górnika, hutnika czy stoczniowca cieszą
    sie, że mają własną norke, a w środku norke na dodatek.

    -tekst powstał przy współpracy aarda-
  • aard 03.10.02, 15:55
    Drugi łotr, alias
    --
    zdrowo surrnięty
    mrówkojaard.Vader

    Światak noster, qui es in coelis
    Sanctificetur nomen Tuum
    Adveniat regnum Tuum
    Fiat voluntas Tua.
  • aard 03.10.02, 15:57
    Zapomniałem dodać, że Eyemakk najdalej za dwa tygodnie będzie ze mną zasiadał
    po prawicu Wyborczego Ojca. A ja już od jutra...
    1111
    --
    zdrowo surrnięty
    mrówkojaard.Vader

    Światak noster, qui es in coelis
    Sanctificetur nomen Tuum
    Adveniat regnum Tuum
    Fiat voluntas Tua.
  • szprota1 03.10.02, 19:22
    .. ale przeczytałam. Aard, pogratuluj. Twarz mi przecisnęło na drugą stronę
    głowy, a z oczu wystrzeliły dwie szypułki. Ciekawe co mi sie przyśni. Jeśli
    nic, to jutro to opiszę.
    A kontrolnie wątek podbiję przy okazji, a co!
    --
    LiveLong&Prosper
  • aard 04.10.02, 09:06
    Witaj Szprotko (o wdzięcznym imieniu na K) z oczami z drugiej strony u nas! Tak
    się cieszę, że tu zajrzałaś! Pisuj jak najczęściej - z takim przenikliwym
    (przez czaszkę się przebił) organem wzroku będziesz tu pasować :-))
    --
    zdrowo surrnięty
    mrówkojaard.Vader

    Światak noster, qui es in coelis
    Sanctificetur nomen Tuum
    Adveniat regnum Tuum
    Fiat voluntas Tua.
  • szprota1 03.10.02, 20:52
    Zajazd „Pod Zaśmierdłym Siodłem” prowadził ponury, małomówny Alchemik.
    Odznaczał się żywą niechęcią do innych przypraw niż majeranek, chorobliwą
    chudością, na widok której wszystkie elfki popadały w nieuleczalną anorek-sję i
    niewytłumaczalnym uporem w kwestii czystej pościeli.
    Jednym słowem, wzbudzał zaufanie i otuchę w sercach wędrowców.

    (FRAGMENT POMYSŁU NA WIĘCEJ A PÓKI CO ZEBY PODBIĆ)
    --
    LiveLong&Prosper
  • aard 04.10.02, 09:10
    szprota1 napisała:

    >
    > (FRAGMENT POMYSŁU NA WIĘCEJ A PÓKI CO ZEBY PODBIĆ)
    Podoba mi się zarówno pomysł, jak i filozofia stojąca za umieszczeniem teraz i
    tutaj jego fragmentu :-)

    Jak długo Ci się wątek ładuje? Nie zniechęca Cię to?


    --
    zdrowo surrnięty
    mrówkojaard.Vader

    Światak noster, qui es in coelis
    Sanctificetur nomen Tuum
    Adveniat regnum Tuum
    Fiat voluntas Tua.
  • szprota1 04.10.02, 15:24
    wątek mi się ładuje idealnie na wypalenie jednego papierosa, trzech dziur w
    dywanie i miotnięcie ośmiu przekleństw pod adresem tego binarnego debila. Ale
    nic to, dzielnam i twardam!
    LiveLong&Prosper
  • Gość: eyemakk IP: 157.25.164.* 04.10.02, 15:42
    NIE MA BYTU BEZ ODBYTU.

    ps. ulubiona moja złota myśl okresu liceum, zaczerpnięta z pewnego opowiadanka
    s-f.
  • zygfryd_ 11.10.02, 10:19
    gratuluje ci takiej zlotej mysli. jesli to twoje motto zyciowe, to proponuje ci
    wsadzic sobie tam stodole i stonoge.
  • eyemakk 04.10.02, 14:51
    szprota1 napisała:

    > Zajazd „Pod Zaśmierdłym Siodłem” prowadził ponury, małomówny Alchemik.
    Odznaczał się żywą niechęcią do innych przypraw niż majeranek, chorobliwą
    chudością, na widok której wszystkie elfki popadały w nieuleczalną anoreksję i
    niewytłumaczalnym uporem w kwestii czystej pościeli. Jednym słowem, wzbudzał
    zaufanie i otuchę w sercach wędrowców.

    ... jak każdy alchemik, alchemik próbował przemienić coś w złoto. Był jednak
    filozofem i w trakcie głębokich przemyśleń doszedł do wniosku, że wszyscy
    próbuja osiagnąć złoto z ołowiu, to on spróbuje z czegoś innego (na całe
    szczęście, gdyby babrał sie jednoczesnie w ołowiu i jedzeniu dla gości zajazdu,
    tym ostatnim nie wyszłoby na zdrowie). Do produkcji złota postanowił użyć tego
    co miał pod dostatkiem, a więc resztek potraw ze stołów oraz tych, co upadły na
    ziemię (elfy i część ludzi gardziły czymś co upadło na podłogę, lecz np. orki
    czy hobgobliny zżerały to ze smakiem).

    Żył więc sobie Alchemik w spokoju i próbował stworzyć złoto z jedzenia jednak
    nie udawało mu się. Próbował też uzyskać niejaki "kamień fizjologiczny",
    również na opak wszystkim alchemikom. Uznał bowiem, że jako filozof, kamieni
    filozoficznych to on ma pod dostatkiem.

    Pewnego dnia jednak życie Alchemika się odmieniło. Do zajazdu zajechały na
    konikach dwie smukłe i piękne kobiety. Wyglądały jak elfki, a jednak nie do
    końca. Były od nich większe i nieco bardziej przypominały ludzi...

    Stajenny, mały i nieznosny nizioł Hub, wyszedł po konie. Alchemik, jako
    gospodarz, równiez wyszedl ze swojej pracowni. Od jakiegoś czasu nie miał gości,
    pracował więc nad zamianą ziemniaka w buraka (wg jego teorii był to wazny etap
    na drodze osiągnięcia złota).

    Alchemika przeszedł dreszcz, a potem kolejny ijeszcze jeden. Już kiedyś
    odwiedziła go półelfka i wiedział, co sie potem stało. Ale ona była tylko przez
    chwile, poza tym była z drużyną ludzi. A te dwie były same. I były dwie...





    c.d.n.?
  • szprota1 10.10.02, 15:26
    eyemakk napisał:

    > szprota1 napisała:
    >
    > > Zajazd „Pod Zaśmierdłym Siodłem” prowadził ponury, małomówny A
    > lchemik.
    > Odznaczał się żywą niechęcią do innych przypraw niż majeranek, chorobliwą
    > chudością, na widok której wszystkie elfki popadały w nieuleczalną anoreksję
    i
    > niewytłumaczalnym uporem w kwestii czystej pościeli. Jednym słowem, wzbudzał
    > zaufanie i otuchę w sercach wędrowców.
    >
    > ... jak każdy alchemik, alchemik próbował przemienić coś w złoto. Był jednak
    > filozofem i w trakcie głębokich przemyśleń doszedł do wniosku, że wszyscy
    > próbuja osiagnąć złoto z ołowiu, to on spróbuje z czegoś innego (na całe
    > szczęście, gdyby babrał sie jednoczesnie w ołowiu i jedzeniu dla gości
    zajazdu,
    >
    > tym ostatnim nie wyszłoby na zdrowie). Do produkcji złota postanowił użyć
    tego
    > co miał pod dostatkiem, a więc resztek potraw ze stołów oraz tych, co upadły
    na
    >
    > ziemię (elfy i część ludzi gardziły czymś co upadło na podłogę, lecz np. orki
    > czy hobgobliny zżerały to ze smakiem).
    >
    > Żył więc sobie Alchemik w spokoju i próbował stworzyć złoto z jedzenia jednak
    > nie udawało mu się. Próbował też uzyskać niejaki "kamień fizjologiczny",
    > również na opak wszystkim alchemikom. Uznał bowiem, że jako filozof, kamieni
    > filozoficznych to on ma pod dostatkiem.
    >
    > Pewnego dnia jednak życie Alchemika się odmieniło. Do zajazdu zajechały na
    > konikach dwie smukłe i piękne kobiety. Wyglądały jak elfki, a jednak nie do
    > końca. Były od nich większe i nieco bardziej przypominały ludzi...
    >
    > Stajenny, mały i nieznosny nizioł Hub, wyszedł po konie. Alchemik, jako
    > gospodarz, równiez wyszedl ze swojej pracowni. Od jakiegoś czasu nie miał
    gości
    > ,
    > pracował więc nad zamianą ziemniaka w buraka (wg jego teorii był to wazny
    etap
    > na drodze osiągnięcia złota).
    >
    > Alchemika przeszedł dreszcz, a potem kolejny ijeszcze jeden. Już kiedyś
    > odwiedziła go półelfka i wiedział, co sie potem stało. Ale ona była tylko
    przez
    >
    > chwile, poza tym była z drużyną ludzi. A te dwie były same. I były
    dwie...Były w podróży od wielu dni. Nie rozmawiały ze sobą ani o jej celu, ani
    o tym, co może je spotkać na szlaku. Nie musiały. Były telepatkami.
    Teraz jednak cel został osiągnięty.
    Szybko dostrzegły, że wzbudzają zainteresowanie. Zwłaszcza Cordona. W miejscu
    takim jak to ustala się pewien fizyczny typ, smukły, wychudzony, zdradzający
    wieczne napięcie, na którym ciemnobure łachmany włóczęgów i jaskrawa czerwień
    sztucznego jedwabiu miały obowiązek wyglądać malowni-czo i dekadencko (inna
    rzecz, że szaty nie zawsze miały poczucie obowiązku i czasami zamiast
    malowniczości fundowały właścicielom żulerskość i nie-chlujność). Obiecująco
    pulchna sylwetka Cordony i gołębi błękit luźnej, wy-godnej szaty robiły na
    reszcie gości zajazdu takie wrażenie, jak kaczka po pekińsku na osobniku
    skazanym na dietę warzywno-owocową. Cordona nie wyglądała na osobę nękaną
    niemal wyłącznie strachem i tęsknotą. Jeśli ko-jarzyła się z jakimś uczuciem,
    to był to przesyt, jaki następuje po zjedzeniu zbyt dużej ilości chałwy z
    bakaliami w polewie czekoladowej wzbogaconej ajerkoniakiem i bitą śmietaną.
    Była zatem podręcznikowym przykładem oso-by niepogodzonej ze swoją prozaiczną
    cielesnością. Dunhillka była dużo bar-dziej niepozorna i niemal wtapiała się w
    tło.
    Nie musiały długo czekać, żeby odebrać sygnały napięcia i wrogości od stro-ny
    sąsiedniego stolika. Siedziały przy nim dwie osoby: człowiek, z ubioru wnosząc –
    mag, z zachowania zaś – niespełniony prekognita; oraz coś, co przypominało
    skrzyżowanie elfa, niziołka i przeoryszy klasztoru urszulanek. Obydwu
    najwyraźniej nieobca była Moc, na co mogły wskazywać lewitujące ponad stolikiem
    kufle z czymś, co w menu nosiło nazwę „piwo”, a w tutej-szym żargonie – „mocz
    wieloryba”.


    >
    >
    >
    > c.d.n.?
  • pijaw 20.10.02, 00:39
    szprota1 napisała:

    ) eyemakk napisał:
    )
    ) ) szprota1 napisała:
    ) )
    ) ) ) Zajazd „Pod Zaśmierdłym Siodłem” prowadził ponury, małomó
    ) wny A
    ) ) lchemik.
    ) ) Odznaczał się żywą niechęcią do innych przypraw niż majeranek, chorobliwą
    )
    ) ) chudością, na widok której wszystkie elfki popadały w nieuleczalną anorek
    ) sję
    ) i
    ) ) niewytłumaczalnym uporem w kwestii czystej pościeli. Jednym słowem, wzbud
    ) zał
    ) ) zaufanie i otuchę w sercach wędrowców.
    ) )
    ) ) ... jak każdy alchemik, alchemik próbował przemienić coś w złoto. Był jedn
    ) ak
    ) ) filozofem i w trakcie głębokich przemyśleń doszedł do wniosku, że wszyscy
    ) ) próbuja osiagnąć złoto z ołowiu, to on spróbuje z czegoś innego (na całe
    ) ) szczęście, gdyby babrał sie jednoczesnie w ołowiu i jedzeniu dla gości
    ) zajazdu,
    ) )
    ) ) tym ostatnim nie wyszłoby na zdrowie). Do produkcji złota postanowił użyć
    ) tego
    ) ) co miał pod dostatkiem, a więc resztek potraw ze stołów oraz tych, co upad
    ) ły
    ) na
    ) )
    ) ) ziemię (elfy i część ludzi gardziły czymś co upadło na podłogę, lecz np. o
    ) rki
    ) ) czy hobgobliny zżerały to ze smakiem).
    ) )
    ) ) Żył więc sobie Alchemik w spokoju i próbował stworzyć złoto z jedzenia jed
    ) nak
    ) ) nie udawało mu się. Próbował też uzyskać niejaki "kamień fizjologiczny",
    ) ) również na opak wszystkim alchemikom. Uznał bowiem, że jako filozof, kamie
    ) ni
    ) ) filozoficznych to on ma pod dostatkiem.
    ) )
    ) ) Pewnego dnia jednak życie Alchemika się odmieniło. Do zajazdu zajechały na
    )
    ) ) konikach dwie smukłe i piękne kobiety. Wyglądały jak elfki, a jednak nie d
    ) o
    ) ) końca. Były od nich większe i nieco bardziej przypominały ludzi...
    ) )
    ) ) Stajenny, mały i nieznosny nizioł Hub, wyszedł po konie. Alchemik, jako
    ) ) gospodarz, równiez wyszedl ze swojej pracowni. Od jakiegoś czasu nie miał
    ) gości
    ) ) ,
    ) ) pracował więc nad zamianą ziemniaka w buraka (wg jego teorii był to wazny
    ) etap
    ) ) na drodze osiągnięcia złota).
    ) )
    ) ) Alchemika przeszedł dreszcz, a potem kolejny ijeszcze jeden. Już kiedyś
    ) ) odwiedziła go półelfka i wiedział, co sie potem stało. Ale ona była tylko
    ) przez
    ) )
    ) ) chwile, poza tym była z drużyną ludzi. A te dwie były same. I były
    ) dwie...Były w podróży od wielu dni. Nie rozmawiały ze sobą ani o jej celu,
    ani
    ) o tym, co może je spotkać na szlaku. Nie musiały. Były telepatkami.
    ) Teraz jednak cel został osiągnięty.
    ) Szybko dostrzegły, że wzbudzają zainteresowanie. Zwłaszcza Cordona. W miejscu
    ) takim jak to ustala się pewien fizyczny typ, smukły, wychudzony, zdradzający
    ) wieczne napięcie, na którym ciemnobure łachmany włóczęgów i jaskrawa czerwień
    ) sztucznego jedwabiu miały obowiązek wyglądać malowni-czo i dekadencko (inna
    ) rzecz, że szaty nie zawsze miały poczucie obowiązku i czasami zamiast
    ) malowniczości fundowały właścicielom żulerskość i nie-chlujność). Obiecująco
    ) pulchna sylwetka Cordony i gołębi błękit luźnej, wy-godnej szaty robiły na
    ) reszcie gości zajazdu takie wrażenie, jak kaczka po pekińsku na osobniku
    ) skazanym na dietę warzywno-owocową. Cordona nie wyglądała na osobę nękaną
    ) niemal wyłącznie strachem i tęsknotą. Jeśli ko-jarzyła się z jakimś uczuciem,
    ) to był to przesyt, jaki następuje po zjedzeniu zbyt dużej ilości chałwy z
    ) bakaliami w polewie czekoladowej wzbogaconej ajerkoniakiem i bitą śmietaną.
    ) Była zatem podręcznikowym przykładem oso-by niepogodzonej ze swoją prozaiczną
    ) cielesnością. Dunhillka była dużo bar-dziej niepozorna i niemal wtapiała się
    w
    ) tło.
    ) Nie musiały długo czekać, żeby odebrać sygnały napięcia i wrogości od stro-ny
    ) sąsiedniego stolika. Siedziały przy nim dwie osoby: człowiek, z ubioru
    wnosząc
    ) –
    ) mag, z zachowania zaś – niespełniony prekognita; oraz coś, co przypomina
    ) ło
    ) skrzyżowanie elfa, niziołka i przeoryszy klasztoru urszulanek. Obydwu
    ) najwyraźniej nieobca była Moc, na co mogły wskazywać lewitujące ponad
    stolikiem
    )
    ) kufle z czymś, co w menu nosiło nazwę „piwo”, a w tutej-szym żargon
    ) ie – „mocz
    ) wieloryba”.
    )
    Wtem cisze przerwał głośny jęk otwieranych kopniakiem odrzwi zajazdu i do
    środka wparowało ze śpiewem na tej części twarzy, gdzie ludzie i elfy mają
    usta, pół tuzina hemogoblinów. Dzwięki prastarej pieśni podróżnej flisaków z
    EERevanijja "Płynie gówno potokiem, patrzy brązowym okiem" zawisły w połowie
    147 zwrotki i zastąpił ją ryk radości na widok dobrze zaopatrzonego baru.
    Pieciu przybyszy natychmiast skondensowało się i rzuciło ku ladzie wyciągając
    łapy po wywar gnojny z kminkiem zwany w starym hemogoblińskim buule-yak czyli
    muszą ambrozją. Szósty Goblin Czerwony (bo taka jest nazwa właściwa tego
    gatunku odkryta w szesnastym roku 153 kalendarza Dariusza*) zatrzymał swą
    masywną dwudziestocalową postać na środku sali, zadarł głowę i rozejrzał się
    powoli po twarzach obecnych. Naraz z pomiędzy zakamarków jego górnej części
    tułowia wychynął długi rząd zpróchniałych brązowych kłów symbolizujący uśmiech.

    ((((*Dariusz jest plemieniem drukarzy z północnej częsci gór Czci Onki (nazwa
    regionalna. Pełna nazwa brzwmi: Góry Usypane Ku Czci Bogini Onki). Sztukę
    opracowywania kalendarzy zwanych potocznie dariuszami opanowali do perfekcji.
    Jedynym problemem pozostaje to, że każde nowe pokolenie układa swój własny
    kalendarz, lepszy i dokładniejszy od poprzedniego, uprzednio paląc wszystkie
    nieaktualne w jego mniemaniu egzemplarze.))))

    - och, co za spotkanie! Mistrz Velnany de Troll! widzę na twej wspaniałej siwej
    brodzie bojowe warkocze! Jeśli tylko potrzebujesz wsparcia...

    CHLAST!
    Odgłos owartej dłoni uderzającej w przybliżeniu w mejsce gdzie powinna
    znajdować się twarz hemogoblina rozbrzmiał donośnie jak pierd lodowego trolla.
    Rozbryzgły się lewitujące kufle, a ich uwolniona zawartość z dzikim
    piskiem "aaiiiiiiiich!" błyskawicznie skryła się w mrocznych przestrzeniach
    powały. Dachówki zerwały się przerażone i dołączyły do bezładnych kluczy
    wszelkiego ptactwa i hebli które w panice umykały we wszystkich kierunkach.

    - NIGDY WIĘCEJ NIE ZAGLĄDAJ MI POD SUKIENKĘ PRZESYMPATYCZNY AWIZYTORZE!!!

    Wszyscy obecni skamienieli (grupa poetycka myszoskoczków, która akurat trzymała
    wzniesione szklanice do toastu, skamieniała na dobre i do dziś pełni funkcję
    gustownych i niepowtarzalnych świeczników), a wolno latające heble zawisły
    zaskoczone w powietrzu i w tej chwili nieuwagi pochwycili je wędrowni stolarze.
    Dreszcz przebiegł po ciele Alchemika. nie słyszał on tego przekleństwa od czasu
    upadku królestwa Rud, gdy po wojnie wywołanej taką obelgą zniknął z powierzchni
    Morza Środkowego cały kontynent, a cywilizowane kraje surowo zakazały jej
    wymawiania. Zmyć tę najgorszą ze wszystkich znanych obelgę mogła jedynie bardzo
    powolna i bolesna śmierć wypowiadającego i całej jego rodziny do 30 pokoleń
    naprzód i wstecz. Hemoglobiny zza baru chwyciły swe bojowe grzebienie i tarcze
    piłowe i jednym skokiem uformowały szyk bojowy za który w osiemnastym roku 1296
    kalendarza Dariusza otrzymały nagrodę główną na CCXXII Wszechświatowych
    Mistrzostwach Akrobatów w kategorii "to niemożliwe". Tarcze piłowe jęknęły i z
    miejsca zaczęły obracać się z niewiarygodną szybkością, jaką może jedynie
    zapewnić przerażony chomik młyński w kołowrotku, nad którym porusza się groźnie
    głowa węża wielkanocnego kierowana umiejętnie za pomocą systemu dźwigni przez
    zręcznego chochlika z prastarego rodu Battery. W przeciwnym rogu sali uniosły
    się tułowia dwóch dwudziestostopowych polielfów. Uklękli oni zgarniając przy
    tym swymi spiczastymi uszami całe pokolenia opalonych owadów które na miejsce
    swego ostatniego spoczynku wybrały wiszący u powały olbrzymi żyrandol zrobiony
    z koła fortuny i 500 świec typu "Saturn 5". W ułamku sekundy polielfy wyplątały
    wszystkie swe odnóża ze sterty kufli i szklanic i naciągnęły błyskawicznie
    wszyskie 16
  • pijaw 20.10.02, 01:52
    Wtem ciszę przerwał głośny jęk otwieranych kopniakiem odrzwi zajazdu i do
    środka wparowało ze śpiewem na tej części twarzy, gdzie ludzie i elfy mają
    usta, pół tuzina hemogoblinów. Dźwięki prastarej pieśni podróżnej flisaków z
    EERevanijja "Płynie gówno potokiem, patrzy brązowym okiem" zawisły w połowie
    147 zwrotki i zastąpił ją ryk radości na widok dobrze zaopatrzonego baru.
    Pięciu przybyszy natychmiast skondensowało się i rzuciło ku ladzie wyciągając
    łapy po wywar gnojny z kminkiem zwany w starym hemogoblińskim buule-yak czyli
    muszą ambrozją. Szósty Goblin Czerwony (bo taka jest nazwa właściwa tego
    gatunku odkryta w szesnastym roku 153 kalendarza Dariusza*) zatrzymał swą
    masywną dwudziestocalową postać na środku sali, zadarł głowę i rozejrzał się
    powoli po twarzach obecnych. Naraz z pomiędzy zakamarków jego górnej części
    tułowia wychynął długi rząd zpróchniałych brązowych kłów symbolizujący uśmiech.

    ((((*Dariusz jest plemieniem drukarzy z północnej częsci gór Czci Onki (nazwa
    regionalna. Pełna nazwa brzwmi: Góry Usypane Ku Czci Bogini Onki). Sztukę
    opracowywania kalendarzy zwanych potocznie dariuszami opanowali do perfekcji.
    Jedynym problemem pozostaje to, że każde nowe pokolenie układa swój własny
    kalendarz, lepszy i dokładniejszy od poprzedniego, uprzednio paląc wszystkie
    nieaktualne w jego mniemaniu egzemplarze.))))

    - och, co za spotkanie! Mistrz Velnany de Troll! widzę na twej wspaniałej siwej
    brodzie bojowe warkocze! Jeśli tylko potrzebujesz wsparcia...

    CHLAST!
    Odgłos owartej dłoni uderzającej w przybliżeniu w mejsce gdzie powinna
    znajdować się twarz hemogoblina rozbrzmiał donośnie jak pierd lodowego trolla.
    Rozbryzgły się lewitujące kufle, a ich uwolniona zawartość z dzikim
    piskiem "aaiiiiiiiich!" błyskawicznie skryła się w mrocznych przestrzeniach
    powały. Dachówki zerwały się przerażone i dołączyły do bezładnych kluczy
    wszelkiego ptactwa i hebli które w panice umykały we wszystkich kierunkach.

    - NIGDY WIĘCEJ NIE ZAGLĄDAJ MI POD SUKIENKĘ PRZESYMPATYCZNY AKWIZYTORZE!!!

    Wszyscy obecni skamienieli (grupa poetycka myszoskoczków, która akurat trzymała
    wzniesione szklanice do toastu, skamieniała na dobre i do dziś pełni funkcję
    gustownych i niepowtarzalnych świeczników), a wolno latające heble zawisły
    zaskoczone w powietrzu i w tej chwili nieuwagi pochwycili je wędrowni stolarze.
    Dreszcz przebiegł po ciele Alchemika. nie słyszał on tego przekleństwa od czasu
    upadku królestwa Rud, gdy po wojnie wywołanej taką obelgą zniknął z powierzchni
    Morza Środkowego cały kontynent, a cywilizowane kraje surowo zakazały jej
    wymawiania. Zmyć tę najgorszą ze wszystkich znanych obelgę mogła jedynie bardzo
    powolna i bolesna śmierć wypowiadającego i całej jego rodziny do 30 pokoleń
    naprzód i wstecz. Hemoglobiny zza baru chwyciły swe bojowe grzebienie i tarcze
    piłowe i jednym skokiem uformowały szyk bojowy za który w osiemnastym roku 1296
    kalendarza Dariusza otrzymały nagrodę główną na CCXXII Wszechświatowych
    Mistrzostwach Akrobatów w kategorii "to niemożliwe". Tarcze piłowe jęknęły i z
    miejsca zaczęły obracać się z niewiarygodną szybkością, jaką może jedynie
    zapewnić przerażony chomik młyński w kołowrotku, nad którym porusza się groźnie
    głowa węża wielkanocnego kierowana umiejętnie za pomocą systemu dźwigni przez
    zręcznego chochlika z prastarego rodu Battery. W przeciwnym rogu sali uniosły
    się tułowia dwóch dwudziestostopowych polielfów. Uklękli oni zgarniając przy
    tym swymi spiczastymi uszami całe pokolenia opalonych owadów które na miejsce
    swego ostatniego spoczynku wybrały wiszący u powały olbrzymi żyrandol zrobiony
    z koła fortuny i 500 świec typu "Saturn 5". W ułamku sekundy polielfy wyplątały
    wszystkie swe odnóża ze sterty kufli i szklanic i naciągnęły błyskawicznie
    wszyskie 16 skrzydlatych łuków z ości kabałamarnicy obrzyna**. W powietrzu
    zawisło napięcie nie do wytrzymania. I ponieważ nie wytrzymało, opusciło salę w
    postaci widowiskowego wyładowania atmosferycznego, które powaliło przy okazji
    pielgrzymkę Dębów Kukara, które spieszyły na doroczny festiwal cza-czy "La
    Kukara cza" do krainy La.

    ((((** Kabałamarnica Obrzyna powstaje z fusów lawowych używanych do wróżenia
    przez Obrzyna Olbrzymiego - tajemniczą istotę zamieszkującą martwą wulkaniczną
    wyspę Rev-voll-verr na Morzu Środkowym. O samym Obrzynie niewiele wiadomo. Mag
    Roob Nicnie podczas swych wielu podróży w głąb wyobraźni i odmienne stany
    świadomości zanotował tylko, że jest to istota o kształcie blizej
    nieokreślonym, której jedyną strawą są ogromne ilości naparu z lawy
    wypływajęcej w pobliżu jego pieczary. Powoduje ona różowe zabarwienie na
    cielsku Obrzyna. Dlatego też czynność pochłaniania naparu - jakże odmienną od
    ogólnie przyjętego spożywania pokarmu, jeśli wierzyć magowi Roobowi - późniejsi
    skrybi nazwali wróżeniem.))))

    Gnom, bo tak zwał się spoliczkowany hemogoblin, wciągnął z pasją woń napastnika
    w swe nozdrza zaciskając równocześnie sękatą ośmiopalczastą dłoń na
    automatycznym depilatorze - najbardziej śmiercionośnje broni ręcznej jaka
    powstała w kuźniach hemogoblinów (zaciśnięcie pięści powoduje szarpnięcie pętli
    na czułkach czterdziestu chochlikowych osiłków z rodu Battery, które szybko
    pedałując wprawiają w ruch posuwisto-zwrotno-obrotowy czterdzieści
    dziesięciocalowych noży przypominających do złudzenia piły łańcuchowe. Broń
    przeznaczona jedynie dla herosów o nadgoblinowych siłach, zważywszy, że średnia
    wielkość hemogoblina to około szesnaście cali). niezwykła woń przedarła się
    przez wiekowe pokłady flegmy i zaczęła drażnić dogorywajace resztki zszarzałych
    od kurzu komórek pod czaszką Gnoma. Przez pokłady brudu przedarła się iskra
    pamieci, która wychamowała unoszony depilator. Druga dłoń wyciągnęła z
    przepastnych otchłani zbroi dwa wypolerowane kryształy górskie przywiązane
    stalową nicią do szczypiec od węgla, które zacisnęła na nozdrzach hemogoblina.

    - CORDONA?? To TY??

    iskra pamięci wywołała pod czaszką pożar w zapuszczonej krainie zdominowanej
    przez kurz i brud. To z kolei wywołało burze wspomnień u Gnoma. Jak wicher
    wróciły rozkoszne miesiące spędzone na statku trędowatych, który, wygnany ze
    wszystkich portów świata, błąkał się po Morzu Środkowym do czasu, aż wymarła
    cała załoga i zostali tylko oni: Gnom i Cordona, połączeni miłosny musciskiem
    od początku podróży trwali nierozerwalnie dopóki ich koja nie rozleciała się
    wraz z okrętem, gdy ten uderzył w rafę u brzegów EERevanijja. Cordona z
    rumieńcem wspominała potem, że koja uderzenie przetrwała, a pękła dopiero pod
    wpływem miłosnego spełnienia jej gorącego, choć niskiego kochanka.

    - Przez wzgląd na dawne czasy i mą wielką miłośc do Ciebie wybaczę Ci obelgę,
    lecz muszę również dbac o swój honor. Od tej pory bedziesz zmuszona podróżować
    samotnie, co pewnie będzie dla Ciebie dotkliwą stratą.

    To mówiąc wyrzucił do przodu dłoń uzbrojoną w depilator i ugodził nim w pierś
    Dunhillkę.

    - Zginęła szybko i prawie bezbolesnie...

    Rzekł przepraszająco, ale bez przekonania patrząc na porozrywane szczątki tego
    co jescze przed chwilą było piekną półelfką.
    Potężny wstrząs targnął ławami, gdy ciało omdlałej Cordony bezwładnie osunęło
    się na podłogę.

    -AAAARRGHHHHH!!!!!

    Wrzasnęły polielfy i puściły cięciwy. Świst strzał zgasił świece na stołach i
    żyrandolu, ale ciemnóść nie trwała długo, gdyż kilka z nich wybiło potężne
    dziury w murach zajazdu zabierając po drodze dwa hemoglobiny, trolla, dwunastu
    gnomów, elfa i człowieka.

    - CZESZ ICH!!

    Wrzasnęły pozostałe hemogobliny i rzuciły się w wir walki...

    Alchemik z niemałym trudem pociągnął za nogi Cordonę do kuchni, gdzie stał
    zawsze osiodłany wierzchowiec, tak na wszelki wypadek. Potężny ogier z
    niedowierzaniem spojrzał na półelfkę, ale natychmiast odetchnął widząc
    Alchemika prowadzącego wierzchowca Cordony.

    W chwili gdy potężny wybuch targnął okolicą, a zajazd „Pod Zaśmierdłym
  • pijaw 20.10.02, 01:55

    W chwili gdy potężny wybuch targnął okolicą, a zajazd „Pod Zaśmierdłym Siodłem”
    dołączył do bogatej kolekcji księżyców, nieliczni świadkowie, którzy przeżyli
    opowiadali, że widzieli dwa obładowane wierzchowce oddalające się drogą w
    kierunku krainy La.

    C.D.N.
  • pijaw 20.10.02, 15:26
    Nadchodzący chłodny ranek przystanął na skraju drogi zafascynowany olbrzymim
    grzybem pyłu i cząstek magicznych unoszącym się nad zgliszczami zajazdu i nawet
    nie zauważył z przerażeniem, że chłód jego w rozgrzane popioły wnikł i padł
    ofiarą spragnionych rosy porannej żarów rozochoconych gorącą atmosferą jak
    zapanowała wieczorem. Krzyk wchłanianego chłodu poranka ponósł się głębokim
    echem, w które zapadła się okoliczna dolina i miała się z niego nie wydostać
    jeszcze przez tydzień. fala czasoprzestrzeni poruszona zapadającym się echem
    poranka obudziła nowy dzień. A ten nastał spodziewanie.

    Z wychłodzonych zliszczy zajazdu poczęły uciekać zwęglone resztki zastawy i
    zastawione resztki fantów, które zostawili zwęgleni miłośnicy tostowego pokera.
    Obserwujący całe zdarzenie draptak umknął z ulgą, gdy przekonał się, że ruchy
    zgliszcz wywołane były bynajmniej nie ich nagłym ożywieniem, lecz walczącą i
    dostęp do słońca bojową machiną - depilatorem. Wiele osób tweirdzi, ze
    czterdziestu chochlików, to rozrzutność Batterych, skoro można z powodzeniem
    zastosować w depilatorach ten sam mechanizm z chomikiem i kołowrotkiem, co w
    tarczach piłowych, lecz praktyka wykazała, że w warunkach bojowych chomiki
    często zdychają na zawał. Natomiast nawet utrata w boju trzydziestu dziewięciu
    chochlików pozwala na utrzymanie pozycji, a zabić chochlika Battery jest
    niezwykle trudno.
    Chochliki z tego słynnego rodu, ze względu na swe niewielkie rozmiary muszą
    pozostawać w ciągłym ruchu, przeciwnie ustają w nich procesy życiowe. Dlatego
    też chłodne poranki i zimowe wieczory są dla nich zabójcze. Bezruch na tyle
    zagraża ciągłości rodu, że chochliki nigdy nie śpią poza okresem niemowlęctwa,
    kiedy to szukają ciepła w brodach hemogoblinów, którym odwdzięczają się za
    opiekę nad młodymi pracując w ich bojowych machinach. Dużym zagrożeniem jest
    zaklinowanie się depilatora w ciele ofiary, gdyż niemożność poruszania nożami
    prowadzi do bezruchu chochlika. Aby temu zaradzić, chochliki zaczynają się bić
    z myślami, co z braku miejsca przeradza się szybko w bratobójczą walkę
    sąsiadujących Batterych. Jest to właściwie jedyną przyczyną śmierci Battery'ego
    na polu walki, poza zatruciem pokarmowym i smiercią ze starości. Śmierć ze
    starości następuje zwykle wtedy, gdy nigdy nie scinana broda chochlika zostaje
    zaplątana w tryby maszyny co prowadzi do uduszenia. Jest to naturalne u tego
    rodu i nie uchodzi za wypadek, dlatego też wdowom nie przysługuje dodatek
    wojenny do emerytury.
    Pnący się ku powierzchni zgliszcz depilator Gnoma przebił zapieczoną wierzchnią
    skorupę, obbrócił się kilka razy, aby wybrać kierunek i ruszył ile tylko sił w
    ostrzach w kierunku bliżej nieokreślonym, ale wyczuwalnym przez chochliki jako
    najbliższy domowi, którego nie posiadały, ciągnąc za sobą bezwładne ciało Gnoma
    z pięścią wciąż zaciśniętą na swej rękojeści.

    C.D.N.
  • pijaw 20.10.02, 23:24
    Widok ten jest dość częsty na polach walki, na które hemogobliny przychodzą dla
    rozrywki, jak inne ludy na mecze piramidy odnóżnej.
    Warto tu wtrącić, że istnieje wiele odmnian tego popularnego sportu, ale
    wszystkie polegają zgrubsza na umieszczeniu jak największej liczby faraonów w
    piramidzie jedynie za pomocą specjalnie zaprojektowanych odnóży. Gracze
    zakładają specjalne skafandry (każda rasa ma swój krój, gdyż uniewsalne, dobre
    dla człekokształtnych, powodowały wiele skarg, szczególnie ze strony mątew) do
    których doczepianych jest komisyjnie sześć odnóży. Następnie wypuszczane są
    specjalnie do tego celu chodowane faraony pustynne (ptaki drapieżne z rodziny
    strusiowatych). Zdarzały się wypadki, że niektórzy zawodnicy jak i kibice
    zostali porwani w ich potężne szpony i wynoszeni poza boisko, co było
    punktowane na korzyść faraonów. Gra dość niebezpieczna, ale bardzo widowiskowa.
    Niestety wysokie koszty boiska - ze zwględu na konieczność budowy piramidy -
    przyczyniiła się ostatnio do spadku jej popularności.

    Wrócmy jednak do hemogoblinów na polu bitwy, a w zasadzie do krajobrazu po
    bitwie. Pola bitewne hemogoblinów są o tyle unikalne, że nie ma na nich
    wszechobecnych na innych pobojowiskach padlinożerców. To znaczy są, ale głównie
    martwe. Co jakiś czas zdarza się jeszcze, że jakiś mnije rozgarnięty sęp
    tępogłów lub chichiena prubóją nieopatrznie skosztować hemogoblina. reszta
    starszych osobników przygląda się temu z politowaniem, gdyż czterdzieści
    zmarzniętych chochlików potrafi zrobić w kilka sekund pasztet nawet z trolla.
    Instynkt podpowiada im, ze aby przeżyć nalezy wykonać dwie rzeczy - ruszać się
    i ciąć nie-hemogobliny. Ta wierność innej rasie nieraz uratowała życie Gnoma.
    Choć w większości przypadków, podobnie jak i teraz nie był on tego świadomy.
    Brak zewnętrznych oznak świadomości nie oznaczał jednak oddalenia się jego
    duszy do krainy wiecznych wykopów. Pożar pod czaszką nadal tlił się i wywoływał
    coraz to starsze pokłady podświadomości. Przypomniał sobie swoje narodziny na
    polu walki podczas odbywającej się co każde trzysta lat świętej wojny z nie-
    hemogoblinami. Ostatnia trwała już sześćset siedemdziesiąty trzeci rok i
    hemogobliny zgubiły się w rachunkach z kim toczą sto siedemdziesiątą siódmą, a
    z kim sto siedemdziesiątą ósmą świętą wojnę i cała starszyzna rodu głowiła się
    nad tym, aby nikogo nie pominąć, gdyż niektóre inne rasy, na przykład polielfy
    czy genomy (gnomy z wadą wymowy) mogły się poczuć urażone. w trekcie jednogo z
    ostatnich walnych starć kilkunastu ras (wiele z nich wykorzystywało świętą
    wojnę hemogoblinów do załatwiania przy okazji własnych porachunków z innymi
    rasami, lub po prostu dla rozrywki) narodził się wyjątkowo czerwony hemogoblin.
    Pierwsze słowa jakie usłyszał pochodziły od jego matki, która zirytowanym
    basem, nie pozbawionym jednak czułości, wrzasnęła:

    - Właśnie rodzę przekrętny gnomie!!! Mam tylko jedną wolną rękę!! Poczekaj, aż
    odgryzę uchowinę, to ci pokażę!!

    Tak więc pierwszym słowem, które natychmiast po narodzinach wymówił nowy
    goblin, było słowo "Gnom". Pozostałe były dla niego na razie zbyt
    skomplikowane. Szczęśliwa matka położyła swym grzebieniem trzynastu gnomów aby
    uczcić to wydarzenie, a na jego pamiątkę nadała swemu dwieście osiemdziesiąt
    drugiemu synowi imię Gnom. I natychmiast o nim zapomniała, wybiegając na
    spotkanie czterem trójidom (są to byli druidzi, którzy osiągnęli wyższy poziom
    rozwoju emocjonalnego - przynajmniej w ich mniemaniu - i za pomocą nanogenetyki
    i wywaru z kości z serca nietoperza dorobili sobie kolejne członki, tak aby ich
    ilość zawsze była podzielna przez trzy).
    Małego hemogoblina Gnoma znalazła inna samica i została jego piastunką. Imie
    przylgnęło do niego na stałe, mimo że wywoływało nieraz wiele nieprozumień,
    często dosyć krwawych. Od dzieciństwa Gnom uczęszczał na zajęcia z
    metaloplastyki i sztuki pierdnięć z zaskoczenia do Miejskiego Koedukacyjnego
    Gimnazjum Wielorasowego. Po zajęciach chodził do pobliskiej tawerny razem z
    kolegami - goblinami, gnomami i trollami. Gdy zbyt długo nie wracał do domu
    troskliwa piastunka zaplatała brodę i wychodziła mu naprzeciw otwierając drzwi
    tawerny toporem i wrzeszcząc:

    - Natychmiast do domu zapijaczony, paskudny, nieletni Gnomie!!!

    Większość obecnych gnomów nie znała jeszcze młodzieniaszka z imienia, więc
    biorąc do siebie te impertynencje jako przejaw ksenofobii u hemogoblina, z
    ochotą stawała w obronie równouprawnienia ras do pobytu w lokalu po zmroku. W
    podobnych okolicznościach hemogoblin Gnom starcił swą piastunkę wraz z trzystu
    krewnymi podczas pożaru miasteczka akademickiego, który wybuchł gdy dyskusje na
    temat równouprawnienia tudzież wyższości którejkolwiek z ras doprowadziły do
    przewrócenia ulicznego lichtarza na skład bimbru gnojnego. Gnom uśmiechnął się
    w myślach na wspomnienie przymusowych czterech miesięcy wakacji dokóki nie
    odbudowano Gimnazjum sto dwadzieścia mil dalej.

    C.D.N.
  • pijaw 23.10.02, 01:12
    Słońce wspinało się z mozołem coraz wyżej w swym ogromnym upale przeklinając
    tego, kto wymyślił reakcje termojądrowe jako sposób na istnienie gwiazd. Tuż
    nad drzewami przystanęło by złapać oddech i spojrzałoby pod nogi gdyby tylko je
    miało. Z braku nóg musiało zadowolić się spojrzeniem w bliżej nieokreśloną
    bliższą dal. Widok ruin zajazdu i losy niedobitków wieczornej jatki zaparły mu
    dech w bąblach wodoru gnanych ku powierzchni rozpalonego cielska. Południe
    widząc słoneczny postój nad lasem stwierdziło,ze jescze z godzinke w takim
    razie może pospać i wen sposób słoneczny ranek zawładnął doliną na czas
    wystarczający do opowiedzenia kolejnej historii.

    Gdy tylko promienie słoneczne zaczęły ciekawsko przygrzewać w opończę
    Alchemika, ten zrzucił ją jednym ruchem ramion. Obudzona nagłym szarpnieciem
    opończa zaskrzeczała obrażona, odbiła się od ziemi i unosząc się zaczęła
    zataczać kręgi nad wędrowcami w poszukiwaniu padliny, którą mogłaby się
    pożywić. Rumor ten wybił ze snu Cordonę. Wyprostowała się w siodle, nastawiła
    wybitą przez rumor szczękę i ziewnęła potężnie płosząc wciąż zagniewaną
    opończę. Rozejrzała się wokół powoli, ujrzała Alchemika i natychmiast wróciła
    pamięć ostatnich godzin w zajeździe. To znaczy ostatnich przed utratą
    przytomności.
    Ponieważ półelfy nie rozpatrują tego co minęło, bo zbyt je pochłaniają
    możliwości tego co będzie, Cordona poprawiła suknię i spojrzałą z
    zainteresowaniem przed siebie na drogę.

    - Daleko jescze do La?

    Alchemik wytrącony ze swoich myśli spojrzał na nią spode łba. Szybko jednak się
    opanował i przywdział na twarz ironiczny uśmiech.

    - Witam Panią, jakże się spało? Czy aby nie za twarde łoże? Głodnaś Pani?

    Tym razem Cordona popatrzyła spode łba.

    - Na mózg Ci padło? Wyciągnąłeś mnie nieprzytomną, więc jestem Ci bardzo
    wdzięczna, ale zadałam konkretne pytanie. Po obranym kierunku mniemam, że
    zmierzamy do krainy La. Bardzo miło bo mam tam ciotkę Cremonę. Kiedy będziemy
    na miejscu?

    Alchemik westchnął. Z Półelfkami było gorzej niż z ludzkimi rozwydrzonymi
    księżniczkami. Musiał to jakoś odreagować. Sięgnął w juki i wyciągnął
    pochrapującego nizioła Huba. Potrząsnął nim, a potem rzucił o drzewo. Nizioł
    zabełkotał, wstał, otrzepał się i hyłkiem ruszył w kierunku widocznej na
    horyzoncie termitiery. Z termitiery dochodził odległy dźwięk kuchennego gongu.
    Jeśli się pospieszy, załapie się może na resztki z obiadu.
    Alchemik popatrzył za nim ponuro, następnie spojrzał kątem oka na zawisłe w
    powietrzu pytanie, odchrząknął i stwierdził:

    - Jeśli słońce się nie ruszy jeszcze przez godzinę to na kolację w sam raz. A
    jeśli się ocknie, to przenocujemy w osadzie dębów Kukara dziesięć mil od
    granicy.

    - Byłeś kiedyś w La? To podobno przepiękna, śpiewająca kraina...

    - Byłem. Ale do twojej wiadomości: nazwa La nie pochodzi od nut. Właściwie jest
    to L.A. Nazwa pochodzi od Lewitujących A-monitów - pierwotnych mieszkańców tej
    krainy.

    - A-monitów? Co to za stworzenia?

    - To skorupiaki unoszące się nad ziemią dzięki tchawkom wypełnionym wodorem.
    Porozumiewają się za pomocą monitów wyświetlanych na monitorach wyrastających
    powyżej otworu gębowego. wszystkie wyrazy monitów zaczynają się na "A". Stąd
    nazwa: A-monity.

    - No to świetnie... Moja ciotka jest telewizyjnym ślimakiem z tendencją do
    samozapłonu...

    - Nikt nie jest doskonały.

    To rzekłszy Alchemik popędził wierzchowca.

    C.D.N.
  • Gość: Dos Mollendos IP: 212.191.74.* 04.10.02, 12:16
    ...i o łasicy w grasicy i o wyderce w lewej nerce i o lisku-syfilisku (to
    gdzieś, (Niczem szczeżuja) przyznam szczerze ja widziałem owo źwierze...) i o
    mewie w zlewie i o amebie w potrzebie i o okapi co się gapi i o antylopie w
    klopie i o jeżu w pancerzu (Aric, hehe) i o pancerniku w nocniku i o io io io
    io io io io io io io i oośle (doniośle!)...
  • aric 03.10.02, 15:58

    <pusto>
  • eyemakk 03.10.02, 20:50
    '
  • aard 04.10.02, 09:13
    Wiadomość została usunięta ze względu na naruszenie prawa lub regulaminu.
  • aard 04.10.02, 09:17
    HURRA, HURRA!!!
    Dziś ukazał się w "Fabryce" na str. 22 pierwszy surretonik (nie mogę oprzeć się
    używaniu tej nazwy, choć oficjalny nadtytuł brzmi "Wątek surrealistyczny" -
    znajomo prawda?) mojego autorstwa!
    Od dziś co tydzień można nas czytać w łódzkiej GW! Za tydzień Aric, potem
    Eyemakk i Yavorius, a potem znów ja, itd...

    Poczynajmy w imię Światacze!!!
    --
    zdrowo surrnięty
    mrówkojaard.Vader

    Światak noster, qui es in coelis
    Sanctificetur nomen Tuum
    Adveniat regnum Tuum
    Fiat voluntas Tua.
  • aard 04.10.02, 09:30
    Tutaj jest link do wątku na ten temat oraz do samego tekstu z GW.
    www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=63&w=3164298
    --
    zdrowo surrnięty
    mrówkojaard.Vader

    Światak noster, qui es in coelis
    Sanctificetur nomen Tuum
    Adveniat regnum Tuum
    Fiat voluntas Tua.
  • aric 04.10.02, 09:35
    John McClan (ur. 1988 - zdaje się) policjant który załynął tym, że zawsze
    znajdował się w niewłasciwym miejscu we własciwym czasie. Uwielbia obrywać po
    mordzie i wyjmować szkło ze swoich stóp.
    Wspina się, przewraca, spada, wysadzają go w powietrze, tłuką a on wciąż
    działa, połykając tony aspiryny. Wyciąga sobie druty stalowe z barku i otwiera
    nimi kajdanki. Surrealistyczny człowiek dostarczajacy rozrywki milionom.
    I na koniec jedno podsumowanie: jupi jajej fotherfucker (po naszemu wydymańcu).

    --
    pzdr
    aric
    Jutro bedzie dzień.
    Jak co dzień.
    Dzień Świataka.
  • aard 04.10.02, 09:53
    aric napisał:

    > I na koniec jedno podsumowanie: jupi jajej fotherfucker (po naszemu
    wydymańcu).

    To przynajmniej kojarzę - "Taxi Driver". A John McClan to skąd?

    --
    zdrowo surrnięty
    mrówkojaard.Vader

    Światak noster, qui es in coelis
    Sanctificetur nomen Tuum
    Adveniat regnum Tuum
    Fiat voluntas Tua.
  • aard 04.10.02, 12:26
    Sparmania (Sparmannia aardiana), zwana też jeżatką afrykańską (hedgehogia
    ariciana), krzew z rodziny lipowatych (yavoriae), tj. istniejących tylko w
    nadrzeczywistoći (franc. surrealisme), pochodzący z płd. Afryki, o dużych,
    jasnozielonych, miękkoowłosionych liściach, kosmatych myślach i dużych, białych
    kwiatach zebranych w podbaldachy (są to specjalne baldachimy umieszczone pod
    pachami - charakteryzują się silnymi walorami estetycznymi i niezwykle
    intensywnym aromatem); w Polsce hodowana jako roślina do-niczkowa (używana do
    tworzenia nicków) i cieplarniana (zastępuje doskonale cieplar-nianię); inna
    nazwa, lipka pokojowa, uzasadnia się jej pozorną, acz chętnie manifestowaną
    niechęcią do wojny. W rzeczywistości nie jest to prawda (doskonale rośnie na
    glebach nawożonych ludzką krwią) i stąd pierwszy człon nazwy.


    Hasło opracowano na podst.: wiem.onet.pl/wiem/01be6c.html
    --
    zdrowo surrnięty
    mrówkojaard.Vader

    Światak noster, qui es in coelis
    Sanctificetur nomen Tuum
    Adveniat regnum Tuum
    Fiat voluntas Tua.
  • Gość: Dos Mollendos IP: 212.191.74.* 04.10.02, 15:45
    Ja nie wiem, no ja po prostu nie wiem, czy przypadkiem to wszystko nie jest
    lipa?... Odpowiedz Aardzie - nie miej mnie w pogardzie. Jean Mollendieu
  • aard 04.10.02, 15:49
    Niestety, Yannicku Mollendashu...
    --
    zdrowo surrnięty
    mrówkojaard.Vader

    Światak noster, qui es in coelis
    Sanctificetur nomen Tuum
    Adveniat regnum Tuum
    Fiat voluntas Tua.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.