Coraz mniej apteczek, coraz wiecej potworów, coraz mniej amunicji. Ale brnę
korytarzem wprost do legowiska megarobota, który może mnie powalić jednym
trafieniem. Jestem coraz bliżej, dopadam rakietnicy, cud, ukryte apteczki i
zbroja, ha, niewidzialność. Rozpierdzielam wyskakujace zza rogu dwie maszkary,
mini gun robi swoje, aż świszczy w uszach, gdy lufy się obracają, wypluwając z
siebie 4000 pocisków na minute. Krew na scianach. Ostatnie drzwi, zmieniam
broń, przeładowuje, 46 rakiet, najstraszliwsza broń w świecie bez nadziei.
Drzwi się otwierają, dostaję centralnie w maskę bez ostrzeżenia, zapomniałem o
czymś. Kurde. Load game. Coraz mnie apteczek, coraz więcej potworów, coraz
mniej amunicji.
I tak mijają godziny wytężonej pracy palcami i mozolnego ćwiczenia refleksu.
Pogram jeszcze ze trzy tyodnie i ide się zaciągnąć do komandosów.
--
Pozdrawia aric
***
Niemyte Jeże
***
Jutro bedzie dzień.
Jak co dzień.
Dzień Świataka.