Z nostalgią wspominam dzieciństwo na wsi i niezapowiedziane wizyty sąsiadów,
wujków, cioć, kuzynów u nas i odwrotnie. Bliskie relacje powodowały, że takie
odwiedziny nie były uciążliwe, nikt nie przerywał swoich obowiązków żeby usiąść
i zabawiać gościa. Jak się gotowało, to gość obierał ziemniaki, jak się robiło
pranie, to gość dostawał herbatę i towarzyszył przy "Frani".
Teraz mieszkam w Stolicy, niby mam bliskich znajomych, których mogę najść bez
zapowiedzi, jednak zawsze wizyty uprzedzam telefonem. Bo ani nie chce mi się
klamki całować ani stawiać nikogo w niezręcznej sytuacji przerywania
zaplanowanych działań.
Do tej pory jak odwiedzam wieś kaszubską, to kolęduję po rodzinie i znajomych
jak za dawnych lat i nikogo to nie dziwi. Jednak tam życie toczy się innym
rytmem, mniej więcej wiem, czy kogoś zastanę w domu, czy nie. W mieście, co
innego - wszyscy pędzą i planują, więc nieelegancko jest się wprosić bez
uprzedniego wpisania w kalendarz. amen.
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.