Re: Lubicie niezapowiedziane wizyty?
Autor: Gość: dom otwarty
IP: 195.93.162.*
03.02.10, 19:06
Gość portalu: uncja napisał(a):
>Młoda nie jestem - w czasach PRLu jakoś kontakty telefoniczne
kwitły znacznie bardziej niż teraz. Korzystało się z automatów,
dzwoniło od sąsiadów<
:) Dzwoniło się od sąsiadów?? To do sąsiadów wpadało sie
niezapowiedzianym, po to, zeby zapowiedziec swoją wizyte u innej,
ważniejszej osoby? A jak sasiadka miała wlaśnie na twarzy maseczke z
truskawki? :)), albo mąż czekał już w sypialni?? :)) Wychowałam sie
w domu z telefonem i dobrze pamietam te pielgrzymki w przedpokoju.
Czasami było jak w poczekalni u dentysty;) Co ciekawe? nikogo z nas
to nie denerwowało, jako jedyni w kamienicy mieliśmy telefon, więc
wydawało sie sprawą oczywista, że nalezy sie tym telefonem
podzielić. Tu tez bywały osoby bardziej lub mniej kumate. Takie co
załatwiły sprawę w pięć minut, i takie, co prosiły o krzesło i
gadały godzinę. Cóż nam osobiście dawał ten telefon, skoro mieli go
nieliczni i do znajomych należało i tak udac się osobiście? Telefon
to mięta z bóbem, bo stał w przedpokoju. Gorzej było z telewizorem,
też jedynym w "podwórku". Pamietam, że jak była "Kobra",
albo "Bonanza", to nasz pokój zamienial się w osiedlowa swietlice!:)
Wtedy nie do pomyślenia było, żeby nie wpuścić sasiadów na
telewizję. Często nawet nie siedziało sie z tymi ludzmi w pokoju,
albo ogladało cos z grzeczności, dla towarzystwa. Ciekawa jestem kto
teraz by wytrzymał coś podobnego:)))
>wpadało się do kogoś po zeszyt, czy żeby pożyczyć książkę<
...i okazywało sie, że już tam jest klka osób, ktore tez wpadły po
zeszyt. Kwitło zycie towarzyskie, oj, kwitło:) W tym przypadku miało
to dodatkowa zalete, bo rodzice mieli okazje zaobserwowac z kim ich
dziecko sie przyjaźni i czy to wlaściwe towarzystwo. Teraz
nawet "przetrzepanie" komórki nie da tej, jakże potrzebnej, wiedzy.