Jestem nałogowym czytelnikiem i... wcale nie solidaryzuję się z
bibliotekarzami. Jeżeli na wszystko nie ma kasy, to wolę, aby szła
ona na nowe książki, a nie na opłacanie zbędnych administracyjnych
etatów albo grzanie pomieszczeń. W moim mieście rodzinnym jedna z
filii oddalona jest od siedziby głównej biblioteki o paręset metrów.
Tylko po co? Czy dla kogokolwiek przejście tego kawałka stanowiłoby
jakikolwiek problem? Nie. Natomiast problemem - i to znacznym - jest
to, że nowych pozycji jest jak na lekarstwo.
Jeżeli więc afiliowanie bibliotek przy domach kultury czy szkołach
(co w tym złego? Wiele wiejskich szkółek mogłoby się w ten sposób
stać nowymi centrami lokalnych społeczności)pozwoliłoby
przyoszczędzić środków na książki: jestem jak najbardziej za.
A to, czy dana biblioteka żyje, czy jest martwa, w najmniejszym
stopniu nie zależy od formy organizacyjnej, a od zatrudnionych w
niej ludzi. Skoro zaś ci się boją - znaczy się, że przeczuwają, że
bez ochronnej czapy ich weryfikacja zawodowa może nie skończyć się
dla nich pomyślnie...
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.