Rodzić po ludzku, czyli w męczarniach
Ech, jakby mi przyszło rodzić jeszcze kiedyś, to tylko w obecności
męża. Pierwszy poród miałam łatwy, więc drugiego wcale się nie
obawiałam. I miałam w d. czy ktoś tam będzie miły, wiedziałam mniej
więcej czego się spodziewać. Ale wynikło tak, że... no, nic, nawet
nie chce mi się opisywać, po prostu to było poniżające. Po kroplówce
dostałąm strasznych mdłości, musiałam przejść do łazienki z
kroplówką, co chwila skurcze. Kółka od stojaka z kroplówką zahaczyły
się o futrynę, złapał mnie skurcz. Rzygałam na siebie, sikałam pod
siebie, a te dwie siedziały przy biureczku i tylko jedna westchnęła,
że trzeba iść po mopa. Ja wiem, że te położne jednej nocy miały
kilka porodów, wiem, że były zmęczone, wiem, że one MUSZĄ mieć nerwy
ze stali. Ale, do ciężkiej cholery! Poród to nie kichnięcie, ból nie
z tej ziemi... teksty typu "nie histeryzuj", albo "gdybyś robiła to
co mówię, to by mniej bolało"... eee... Wydaje mi się, że gdyby był
mąż, to by się trochę chociaż pilnowali z jadaczką. Nie musieli być
tam wylewnie mili, ale żeby nie traktowali w ten sposób.
Było po wszystkim, dostałąm dziecko na ręce i już miałam wszystko w
nosie. Ale najgorzej miały młode dziewczyny, które rodziły poraz
pierwszy. Były przerażone, zostawione same sobie. Ja i jeszcze jedna
babka ( też drugi poród) tłumaczyłyśmy dziewczynie, jak trzymać
dziecko, jak odciągnąć mleko, jak zakłądać pieluchę... bo nikt nie
znalazł czasu, żeby im to wytłumaczyć, poświęcić chwilę, pocieszyć.
Wytłumaczyć, że nie trzeba się denerwować, kiedy dziecko choćby
jęknie. Małe zarobki tego nie usprawiedliwiają. I już.