Re: Z emigracji na kozetkę
Autor:
Gość: nikita
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
22.02.08, 18:58
Bo emigracja to nie jest łatwa sprawa. Podobno tak naprawdę "u siebie" czuje się dopiero trzecie pokolenie.
Nawet nauczenie się języka na takim poziomie, aby rozumieć każde słowo i swobodnie żartować sobie z miejscowymi przekracza możliwości większości emigrantów - do tego potrzebne są odpowiednie zdolności i wiele lat pracy. Poza tym rodzinę i znajomych zostawia się w Polsce, gdzie ludność jest raczej zasiedziała i przywiązana do ziemi, a oprócz wojskowych mało kto przeprowadza się kilka razy w ciągu życia w różne miejsca. Podobnie jest ze zwyczajami, kuchnią itp. - dla większości ludzi, nie tylko zresztą w Polsce, to świętość, a ich porzucenie na rzecz "obcego" stylu życia to jak wyrzeczenie się własnej matki.
No i człowiek dostaje rozdwojenia jaźni - z jednej strony widzi, że w takiej Anglii czy Danii jest pod każdym względem lepiej, z drugiej czuje, że to "nie jego", a on jest "nie stąd". Dlatego po pewnym czasie zapomina o tym, co było w Polsce złe, i ojczyzna zaczyna mu się kojarzyć głównie z beztroskim dzieciństwem i rosołkiem ugotowanym przez mamusię. I człowiek wraca, i przeżywa szok, bo czuje, że "stąd" też już nie jest, ponieważ tutejsze standardy są zdecydowanie "nie jego".
Płynie stąd jeden, brutalny zresztą wniosek - najlepiej od razu urodzić się w normalnym kraju.