Ruch Autonomii Śląska prosił o ochronę policję
Kazimierz Kutz: Mylą autonomię z separatyzmem. Ja jestem za autonomią Śląska,
nie za jego odłączeniem od Polski.
Dla wielu czytelników Pańskich felietonów w śląskiej "Gazecie Wyborczej" to to
samo. Twierdzą, że buntuje Pan Ślązaków przeciwko Polsce.
- Nie. Autonomia to dla mnie samodzielne gospodarowanie na swojej ziemi, ale w
obrębie państwa polskiego. Separatyzm to dążenie do oderwania regionu od kraju
i stworzenia nowego państwa. Ja jestem urodzonym, a właściwie genetycznym
autonomistą. Co prawda, gdy w 1929 roku się urodziłem, w Katowicach, śląska
autonomia była już popsuta przez komisarycznego wojewodę Michała Grażyńskiego.
No, ale była. Dla pokolenia moich rodziców, ludzi, którzy walczyli o
przyłączenie Górnego Śląska do Polski, autonomia była warunkiem koniecznym i
niejako oczywistym. Nie wyobrażali sobie innego statusu regionu.
Pana zdaniem powstańcy śląscy, tacy jak Pana ojciec, walczyli o autonomiczny
Śląsk?
- Szybko zdali sobie sprawę, że Śląska nie da się ot tak przylepić do Polski.
Bali się jej. Zbyt wielki był kontrast cywilizacyjny, zbyt duże różnice -
gospodarcze, kulturowe, społeczne, obyczajowe - dzieliły Śląsk od Polski.
Autonomia to była warstwa ochronna, dzięki której szok związany z przejęciem
Śląska przez Polskę był mniejszy, niż mógłby być. To było zabezpieczenie przed
strachem, przed odmiennością, innością. Dzięki autonomii Ślązacy mogli rządzić
Śląskiem, region mógł się rozwijać w nowym państwie. Jej dobre owoce zbieramy
do dziś. Ślązacy zyskali zabezpieczenie swojej etnicznej odrębności i
separację od państwa niemieckiego. Mieli swobodę w kształtowaniu życia
gospodarczego regionu; wolność ekonomiczna pozwoliła się regionowi swobodnie
rozwijać. I podatki szły do własnego skarbu.
Dziś autonomia nie ma sensu. Śląsk jest naturalną częścią Polski, nie trzeba
go do niczego przyklejać.
- Śląsk to jednak wciąż inna kraina niż pozostałe regiony Polski - i z tej
perspektywy trzeba na nią patrzeć. To region, który przez wieki tułał się po
Europie i powstawał w tyglu zachodnich kultur. Przylgnął do Polski i teraz, w
kraju wolnym i demokratycznym, odżywa. Wyzwala się na nim energia obywatelska
i poczucie inności. Przyszedł czas, by państwo rezygnowało z centralnego
manipulowania, polonocentrycznej tradycji i praktyk, i poszło w kierunku
demokracji zgodnej z duchem europejskim.
Górny Śląsk dba przecież o swoją tradycję i tożsamość. Młodzi ludzie uczą się
tradycji regionu, poznają swoje korzenie, mają świadomość swej odrębności. Po
co sztucznie tworzyć podziały między Śląskiem i Polską?
- Nie tworzę podziałów, one są. Tu nie idzie folklor, i trzeba przestać
traktować Ślązaków jak szczep indiański na terenie Polski. "Pyk, pyk fajeczka"
i Bercik z głupawego serialu, to już nie wystarczy. I jest uwłaczające. Nie ma
rzetelnego podręcznika historii Śląska. Jej odmienność jest od dziesiątków lat
pomijana lub tendencyjnie interpretowana. Poza tym historia Śląska została,
zwłaszcza w PRL-u, całkowicie zakłamana. I stereotyp tego zakłamania panuje do
dziś i pozwala traktować Śląsk dość przedmiotowo. Drastycznym przykładem tej
"filozofii" rządzącej koalicji stało się arbitralne przesunięcie funduszy
europejskich na lata 2007-13 przeznaczonych dla Śląska na biedniejsze regiony
obrzeży wschodnich. Była to zapewne nagroda, bo to one przesądziły o wynikach
wyborów do parlamentu i wyborów prezydenckich. Śląskowi zabrano ponad dwa
miliardy euro! Oto przykład autorytaryzmu państwa.
To wariant korzystny dla uboższych regionów kraju. Te pieniądze są tam potrzebne.
- Jeszcze bardziej potrzebne są na zniszczonemu rozdrapanemu i
wyeksploatowanemu, poprzemysłowemu Śląskowi. Wystarczy pojechać do Bytomia czy
moich rodzinnych Szopienic. Druga sprawa: rządzący zmierzają do zahamowania
rozwoju organizacji obywatelskich, do upartyjnienia i upaństwowienia
wszystkiego, co się da. Proszę spojrzeć: od lat najlepiej radzą sobie na
Śląsku te gminy, w których rządzą swoi, nie partie. Społecznicy, nie politycy.
To ludzie, którzy sami decydują o tym, co dla ich mieszkańców najlepsze i
osiągalne. Gdy na pograniczu tańsza woda jest w Czechach, to się porozumiewają
i korzystają z niej, i odwzajemniają czymś, co po naszej stronie jest tańsze.
Tymczasem upartyjnione pseudosamorządy dbają bardziej o partyjne i rządowe
interesy. U takich "samorządowców" nie zawsze dobro ogółu jest na pierwszym
miejscu. Ponadto wszelkie partyjniactwo ma skłonności kryminogenne. Dlatego
niebezpieczeństwu centralizacji i upartyjnieniu trzeba się radykalnie
przeciwstawić. Najlepszym antidotum jest zmierzanie do autonomii. To sprawa
życia i śmierci dla Śląska.
Autonomia jednak fatalnie się w Polsce kojarzy. Może jest inne rozwiązanie? Na
przykład negocjacje dotyczące innego podziału pieniędzy dla regionów? Rządzący
na pewno rozumieją, że warto inwestować w region, który ma potężny potencjał i
jeśli będzie silny, pomoże innym, słabszym i biedniejszym.
- Nie, innej drogi nie ma. Górny Śląsk nie może być cielęciem nieustannie
prowadzonym na sznurku do rzeźni. Niech o mnie mówią, że jestem zakapturzony
separatysta i co tam jeszcze. Nie będę milczał, gdy Śląsk się okrada, gdy
lansuje się negatywny stereotyp bogatego regionu, rozpanoszonych Ślązaków, w
dodatku antypolskich i proniemieckich. Kaczyńscy na tych frazesach opierają
swoją politykę "państwa historycznego". W Senacie, gdy np. walczyłem o
niezabieranie pieniędzy na likwidację ogromnego wysypiska chemicznych trucizn
pod Tarnowskimi Górami, które zatruwają wody głębinowe wody pitnej i grożą
niewyobrażalną katastrofą ekologiczną, słyszałem: "Wyście się już najedli,
teraz przyszła nasza kolej". I zabrano pieniądze na inwestycje na Podlasiu. I
tak jest co roku przy uchwalaniu budżetu, niezależnie od tego, jaka partia
rządzi. Górny Śląsk od 1922 roku jest łupem historycznym.
Jaki ma Pan pomysł na wprowadzenie autonomii?
- Drogą naturalnego rozwoju demokracji i aktywności obywatelskiej. Możliwość
osiągnięcia autonomii jest zawarta w konstytucji i może być naturalnym
następstwem przejmowania władzy przez mechanizmy samorządowe, potem przez
integrację na poziomie województwa i utworzenie struktury politycznej, która
będzie rodzimą elitą polityczną, a w końcu wiarygodną reprezentacją
parlamentarną. Będą to już ludzie młodzi, zakorzenieni w swojej ziemi. Oni
będą najlepiej wiedzieć, co dla Górnego Śląska jest nieodzowne i jak nim
rządzić. To oni doprowadzą do współczesnej autonomii Górnego Śląska.
Współczesna Europa staje się sumą naturalnych regionów, dawnej przestrzeni
europejskiej i jej prastarych dzielnic, które dziś urządzają się w swoich
państwach. Zgodnie z własną tradycją i kulturą regionalną. I wolą obywateli.
Jak np. Walia, Szkocja czy autonomie w Hiszpanii. Górny Śląsk jest właśnie
taką dzielnicą. Takim ostał się mimo swojej odmiennej historii, a może dzięki
niej. Dlatego ma prawo eksponować swoją etniczną tradycję, swoją wolę
stanowienia o sobie. Ma prawo zabiegać o autonomię. Dlatego nie możemy dać się
zmajoryzować tendencjom państwa narodowego, wtrącającego się do wszystkiego i
patrzącego nieżyczliwie na każdą myśl o odrębności. Myślenie o autonomicznym
Śląsku nie jest myśleniem "przestępczym". Państwo jest z każdym dniem coraz
bardziej nacjonalistyczne, a każda forma nacjonalizmu wiedzie do piekła na ziemi.
Nie lubi Pan polskiego państwa?
- Państwo nie jest do lubienia, ma służyć obywatelom. W ostatnich siedemnastu
latach Ślązacy zaczęli oddychać wolnością i żyć na swoją miarę. Mają prawo
współdecydować o swoim losie. Także brać władzę w swoje ręce. I za to można by
Polskę polubić.
To wszystko można robić bez mówienia o autonomii.
- Można. Ale mówienie o autonomii ma doprowadzić do tego, by Ślązacy się
obudzili, by zadbali o swoją samoistność, odrębność, by uświadomili sobie swą
wartość i znaczenie w kraju i Europie. To jest trudne, bo Ślązacy nigdy nie
mogli stanowić o sobie, zawsze byli kolonią. Mówienie o prawie d