Nasze opolskie uczelnie: grzeszymy i trwamy
Przeczytałem zarówno tekst w GW jak i wszystkie komentarze z dużą uwagą -
głównie dlatego, że poczułem się w pewnym sensie adresatem wszystkich
wypowiedzi. Jestem pracownikiem jednej z opolskich uczelni (na dodatek - co
mniej istotne - jestem z rocznika '71). Muszę stwierdzić, że jestem osłupiały.
Zacznę od początku. Plagiaty (lub innymi słowy kradzież własności
intelektualnej) są problemem - nie tylko na opolskich uczelniach i nie tylko
na uczelniach. W tej samej kategorii należy umieścić kopiowanie nagrań
muzycznych, filmów, pobieranie z internetu plików, za które wszędzie indziej
należałoby zapłacić. To wszystko jest wchodzeniem w bezprawne posiadanie
cudzej własności. Teraz pytanie - czy to, że ktoś ma zgromadzoną kolekcję
kilkuset nielegalnych plików MP3 jest także winą jego promotora? A może
sąsiada? Może kogoś innego? Niezwykle łatwo jest obciążyć kogoś
odpowiedzialnością za to, że samemu nie chciało się czegoś zrobić. Pracuję na
uczelni od 14 lat. W tym czasie mój instytut wypuścił kilkuset magistrów. Już
w trakcie pisania prac wykryliśmy kilka plagiatów - odsetek naprawdę
nieznaczny. Osoby te musiały rozpocząć pracę od nowa. Dla promotora znającego
swoich studentów i oczytanego w literaturze przedmiotu wykrycie, że "coś" nie
zostało napisane przez jego studenta, nie jest takie trudne - i to po prostu
robimy. Gdy praca prowadzona jest regularnie, spotkania ze studentami odbywają
się wg jakiegoś ustalonego na początku seminarium schematu, nie ma możliwości,
by student, składał prace będące plagiatami. Bez wątpienia - przypadki
niedbałości, zaniedbań ze strony wykładowców się zdarzają, być może nawet nie
są rzadkie. Nie zmienia to jednak faktu, że są niezwykle proste do
skontrolowania. Wystarczy nie pisać anonimów. Jeżeli jakiejś grupie
studenckiej nie podoba się czy z jakichś względów nie odpowiada tryb pracy
wykładowcy, mają pełne prawo wypowiedzieć się przed dziekanem, rektorem, a
także - co bardzo ważne - przed Państwową Komisją Akredytacyjną, która
regularnie (co 5 lat) kontroluje akredytowane instytuty. Kolejna sprawa -
zamiast nawykowo narzekać, warto znać swoje prawa (niestety także obowiązki).
Każda uczelnia ma swój statut i regulamin studiów. Studentom UO polecam
paragraf 6 regulaminu studiów, który wyraźnie reguluje zasady, wg których
realizuje się materiał w ramach danej specjalności czy kierunku studiów.
Jednym z wymogów jest przygotowanie programów nauczania, które określają
zakres materiału (a więc także literaturę przedmiotową), a także rygory
uzyskania zaliczeń. Każdy instytut takowe programy ma. Nie jest to
przypuszczenie. Jest to pewnik. W przeciwnym razie nie uzyskalibyśmy
akredytacji. Wystarczy zadać sobie trud i do tych dokumentów zajrzeć (są
dostępne w postaci pakietu ECTS). Sytuację, w której wykładowca nie
przestrzega ustaleń planu należy po prostu zgłosić kierownikowi jednostki. W
moim instytucie nie do pomyślenia jest, by na początku każdego semestru nie
udostępnić studentom takowych planów nauczania.
Literatura przedmiotowa - to ciekawe zjawisko. Tragedią jest oczywiście, gdy
wykładowca od 10 lat uczy w oparciu o jeden, z roku na rok coraz starszy,
podręcznik - występujący w liczbie 3 czy 4 egzemplarzy w bibliotece. Takie
sytuacje na pewno się zdarzają. Świat idzie do przodu, świat nauki wraz z nim.
Co roku ukazują się dziesiątki nowych wydawnictw. Należy uczyć na ich
podstawie. Jeśli ktoś z Waszych profesorów tego nie robi, nic prostszego niż
go zagiąć. Jak? Proste - nie wiem, jak sytuacja wygląda na PO (myślę, że
podobnie). Jako pracownik UO mogę napisać tylko, że nie po to Biblioteka
Główna wydaje rocznie spore pieniądze na dostęp do światowych baz danych, by z
nich nie korzystać. Pytanie wprost - ilu spośród rzucających tu kamienie
zadało sobie trud, by usiąść przed komputerem, wejść na stronę Biblioteki
Głównej UO i sprawdzić, jakie bazy danych są tam w zupełnie darmowej ofercie?
Nie od dziś wiadomo, że żadna książka nie zawiera wiadomości tak aktualnych i
tak szybko aktualizowanych, jak internetowe bazy danych. Tylko jest jeden
problem. By z nich skorzystać, trzeba przykuć się do komputera mającego
uniwersyteckie IP - a więc w czytelni czy bibliotece lub laboratorium
komputerowym. Nie można natychmiast po zajęciach wybiec galopem z uczelni, by
stanąć na kasie w Tesco... Czy aby w ten sposób nie docieramy do sedna
problemu? Czyż nie jest tak, że ci, którzy oskarżają nas o prace w 10
miejscach, sami traktują uczelnię jako miejsce, gdzie w najgorszym razie
trzeba spędzić czas zajęć (a często i to nie), by wybiec z niej natychmiast po
i zająć się czymś innym?
Podsumować można chyba tak: studiowanie jest pewnym procesem. Biorą w nim
udział zawsze dwie strony. Dodatkowo studiowanie tym różni się od uczenia się
w szkole, że nie wszystko trzeba dostać podane na tacy. Istotą pracy
wykładowcy jest pokazać studentowi jak ma zdobyć wiedzę, ale zdobyć ją musi sam.