Dodaj do ulubionych

pękło 3500 km swoim autem po Turcji

12.06.09, 13:53
Witam,
Wczoraj wrociliśmy z wyprawy po Turcji i kawałku północnej Grecji
(płw. Halkidiki). Sama Turcja to ponad 3500 kilometrów, a wzdłuż tej
trasy zaliczone - Istambuł, Kapadocja, Konya, przejazd przez
Antalyę, Pamukkale - Hierapolis, Marmaris, Turunć k/Marmaris, Efez.

Pytajcie, na wszystko odpowiem.
W tej chwili nie mam czasu, żeby wszystko dokładnie opisać, ale za
kilka dni napiszę tutaj cały przebieg podróży. Mam nadzieję, że
komuś się przydadzą spostrzeżenia przy planowaniu podróży.
Edytor zaawansowany
  • Gość: grze IP: 81.15.202.* 13.06.09, 11:49
    Hello,
    jeśli zatem będziesz tak uprzejmy to powiedz:
    - jak sytuacja na przejściach granicznych-interesuje mnie H/SRB,
    SRB/BG no i BG/TRK ;
    - jak się jeździ poza głównymi drogami -mam tu na myśli jazdę po
    innych niz autostrady ;
    - cena diesla w TRK;
    -czy płynąłeś może promem na trasie Eceabat-Canakkale-jeśli tak to
    jaki czas oczekiwania na załadowanie sie na prom?
    - jeśli tak to na jakim nawigatorze GPS jeździłes?
    Dziękuję za odp,ja stratuję 3.07 z Krakowa do Didim.
    Grzesiek
  • Gość: Ewa IP: *.dynamic.gprs.plus.pl 13.06.09, 22:20
    Jestem zainteresowana szczegółami podróży, bo sama wybieram się w
    sierpniu do Marmaris...jaką trasę wybrać, jakie ubezpieczenie, gdzie
    noclegi po drodze( bo niestety nie mam zmiennika) i na jaką kwotę
    się przygotować. Będę wdzięczna za każde info:)

  • niemamweny2 15.06.09, 15:05
    A ja z Bronowic ;-)10.07, ale z tydzień mi zajmie droga.
  • Gość: Darmir IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.06.09, 15:46
    Pytań sporo:
    - gdzie nocowaliście: w tranzycie i na miejscu
    - jak w kryzysie wyglądają ceny pobytów i żywności w Turcji
    - czy byliście ubezpieczeni- samochód (podobno AC i asistance nie obejmują
    azjatyckiej części)
    - odprawa samochodu w Turcji bez kłopotu?
    - kiedyś również grecy wpisywali samochód do paszportu, a teraz?
    - i najważniejsze jak wrażenia!
  • kcri 17.06.09, 18:20

    Tak więc zgodnie z obietnicą poniżej opis naszej podróży do Turcji i Grecji.
    Wyruszyliśmy z Siedlec około 22:00 w sobotę. O 4:00 rano granica słowacko-węgierska. Przed Budapesztem skróciłem sobie trasę przez Hatvan-Jaszbereny-Cegled-Kecskemet, ale od razu mówię, że nie warto – stanowczo lepiej śmignąć autostradą obok Budapesztu. Na granicy HU-SRB bez większych problemów i kolejek (choć w sezonie wakacyjnym niektórzy radzą omijać to przejście z powodu ogromnych kolejek i polecają mniejsze – Kelebija na północ od miasta Subotica) – standardowe sprawdzenie dokumentów, zielonej karty i bagażnika. Wjazd do Serbii i kontynuujemy drogą dwupasmową do Novego Sadu, a po drodze kilka patroli stojących pod wiaduktami lub sunących powoli poboczem. Dalej już bez problemów; autostrada aż do Niszu (płatna na 3 bramkach – 3 EUR, 4 EUR, i 8 EUR – uwaga na wydawanie reszty – potrafią oszukać, dostaliśmy 5 dinarów serbskich zamiast 1 Euro). W Niszu odbijamy w lewo na Sofię. Po chwili w dolinie Niszawy mijamy tunele i kilka fajnych widoczków. Dojeżdżamy do przejścia SRB-BUL w Gradinie. Po drodze odkrywamy, że klimatyzacja nam padła, choć tydzień wcześniej ją nabijałem i sprawdzałem czy działa. Mając na uwadze południowe upały perspektywa jechania w gorącej puszce nie wygląda ciekawie. Pomoc z Polski (dzięki!) wskazuje nam adresy ASO Renault w Płowdiw w Bułgarii, gdzie planujemy nocleg. Serbowie puszczają nas dalej, Bułgarzy sprawdzają dokumenty auta a przy ich zwrocie wręczają nam… pendrive’a. Co z tym zrobić? Prezent? Potem trzy następne okienka, w których dokonują sprawdzenia i za każdym razem proszą o ten pendrive. W ostatnim okienku należy kupić winietkę – na tydzień jedyne 6 EUR i ostatecznie okazuje się, że Bułgarzy nie robią elektronicznych prezentów. Za nami miły Pan Antek z Turku zmierzający na zlot miłośników Hondy Varadero do Turcji, który jako fachowiec od maszyn chłodniczych poradził, co może szwankować w klimatyzacji. Za nami wielka chmura deszczowa… Pan Antek postanawia uciekać, my zjadamy nasze kanapki i po chwili ruszamy jego śladem. Trzydzieści kilometrów do Sofii: pod górkę, ograniczenie do 50 km/h. Lizak, i oglądamy wskazanie suszarki, a po chwili zaproszenie do baraczku przy drodze. Na marginesie muszę dodać, że w wielu miasteczkach i wsiach Bułgarii mijaliśmy po drodze, że tak je nazwę baraczki lub małe domki policyjne (minikomendy), przy których policjanci czyhają na kierowców. W minikomendzie gruby, łysy gliniarz siedzi za biurkiem przyjmując dyspozycję podwładnego, który wprowadza mnie do niego, oznajmia „82 km/h” i oddala się. Gruby podnosi na pionowo bułgarski Super Express, a w nim pokazuje piersiastą dziewczynę i oznajmia, że to rumuńska tenisistka. Niezła, co? – wynika z kontekstu jego stwierdzenia. Po przełamaniu lodów, prezentuje mi taryfikator – przekroczenie w granicach od 30 do 34 km/h skutkuje sankcją – 6 pkt karnych, 150 lewa BLG (340 PLN) oraz zatrzymaniem prawa jazdy na miesiąc. Dodatkowo pokazał mi leżący obok plik wypełnionych dokumentów, do których spinaczami przypięto zatrzymane prawa jazdy (Niemca, Węgra i paru Bułgarów). Krótkie negocjacje przypieczętowane gestem suwaka na ustach i pojechaliśmy. W Sofii dogoniła nas chmura, którą widzieliśmy na granicy; ściana deszczu ale jedziemy dalej. 10 km za Sofią na autostradzie lewa wycieraczka wyjechała mi na boczną szybę, zaczęła tłuc i pogięła się. Trzeba dokręcić śrubę na trzpieniu zawiasu, ale kluczy brak. Dalsze pięć kilometrów na Lukoil jechaliśmy bez wycieraczek, choć deszcz lał jak z cebra. Na stacji zapytałem ekspedientkę czy mówi po angielsku, po chwili zastanowienia powiedziała NIE. Ale ta chwila zawahania pozwoliła mi sądzić, że mimo wszystko może zrozumieć o co mi chodzi. Zacząłem tłumaczyć, że potrzebuję klucza aby przykręcić wycieraczkę, a za chwilę powiedziała coś jakiemuś mężczyźnie, który po kliku minutach wrócił ze skrzynką pełną kluczy nasadowych. Podziękowaliśmy za pomoc i ruszyliśmy do Płowdiw. Godzina 18:30 jesteśmy na przedmieściach; wybieram pobliski hotel w GPS nawigacji, wjeżdżamy do centrum, a tam… niekończące się sznury aut trąbiących nieustannie, rozrzuconych nieregularnie po ulicach. Auta, z których każde warte co najmniej 200 tys. PLN, wypełnione są śniadoskórymi, nastoletnimi Bułgarami. Dziewczyny i chłopaki siedzą na oknach samochodów, krzyczą i cieszą się jakby każdy wygrał w totka. Przeciskamy się tak między tymi samochodami przez pół miasta i trafiamy do hotelu Imperial Park – ulica 1A Arch. Kamen Petkov, - dwójka kosztuje 44 Euro za dobę ze śniadaniem. Pytamy recepcjonistki co dzieje się w mieście? Mówi, że dzisiaj 12 klasa świętuje ukończenie szkoły i do rana w mieście będzie trwała jedna wielka impreza. Rano dnia następnego zawitaliśmy do ASO Renault w Płowdiw – naprawiliśmy klimatyzację – cena usługi niewiele większa niż w Polsce, i ruszyliśmy w stronę Turcji. Po drodze dużo patroli, tak więc uważajcie. W ogóle Bułgaria i Turcja to kraje gdzie widzieliśmy najwięcej policji, choć w Bułgarii stanowczo widać ich najwięcej. Dojeżdżamy do przejścia BLG-TUR w Kemal-Koy na drodze E80. Terminal celników 2x większy niż Terminal 2 na Okęciu i naprawdę robi wrażenie; dodatkowo wielki meczet co by nikt się nie pomylił, że wjeżdża do islamskiego kraju. W pierwszym okienku sprawdzenie paszportów (Pan zwraca je, kieruje 50 m do okienka na lewo po wizę (15 EUR lub 20 USD) i każe wrócić do siebie. Po powrocie wbija pieczątkę na wizie i wpisuje maksymalną datę pobytu – 30 dni. Kolejne okienko – pojawia się pieczątka z numerem, pod którym zarejestrowano twój samochód w bazie centralnej, jako towar wysokiej wartości wwożony do Turcji. Trzecia kontrola zagląda nam w bagażnik i wjeżdżamy na turecką ziemię. Od razu za okienkiem „wita” nas dwóch Turków i proponują papierową flagę Turcji za 10 Euro; mówię NIE – pada propozycja za 5 Euro, jeszcze raz NIE – forsują „za papierosa”. Nie palimy, więc ruszyliśmy na autostradę. Pod Edirne bierzemy bilet na bramce, a w Istambule około płacimy około 10 lir tureckich [YTL]. Przedmieścia Stambułu ciągną się w nieskończoność, ale wreszcie nawigacja kieruje nas na prawo, Ataturk Bulvar, Kennedy Caddesi, i w końcu Akbiyik Caddesi, gdzie zamierzaliśmy szukać noclegu. Zapytaliśmy o parking; wskazano nam miejsce na ulicy Yeni Sarachane – zgodziliśmy się na 30 YTL za 3 noce parkingu, a jego właściciel (uprzejmy z brodą) polecił nam miejsce w Moonlight Pensyion na Akbiyik Cadessi Sokak. Wzięliśmy pokój z łazienką za 20 Euro za dobę za osobę ze śniadaniem. Bez luksusów ale z mojego rozeznania na miejscu i na hostelworld.com trudniej byłoby znaleźć coś tańszego.
    Jako, że w poniedziałki muzea w Istambule są pozamykane, więc poszliśmy pospacerować po centrum starego miasta, zobaczyliśmy Wielki Bazar, Bazar Przypraw, itp. Dnia następnego zwiedzanie Błękitnego Meczetu i Hagia Sofia (bilet - 20 YTL), meczet Yeni, hipodrom. Kolejny dzień to piesza wycieczka po drugiej stronie zatoki Złoty Róg, z wizytą na wieży Galata (6 YTL), wizyta w lokancie na sutym obiedzie, a potem odsypianie podróży. Kolejny dzień to zwiedzanie Pałacu Topkapi (20 YTL – WARTO!), obiad, a wieczorem ruszyliśmy do Kapadocji. Uważajcie na bramki za mostem przez cieśninę Bosfor; są b.źle oznaczone dla korzystających z biletów i można przestrzelić (a wtedy bramka wyje jak opętana, a jakie dalej są konsekwencje to nie wiem bo wolałem zjechać z autostrady a potem znowu wjechać. Podejrzewam, że kontynuacja jazdy mogłaby się skończyć spotkaniem z policją autostradową). Jako, że to środa wieczór, a w środy w TV jest Liga Mistrzów, po drodze do Ankary zatrzymaliśmy się w barze na kolację i finał Barcelona –Manchester. Pod Ankarą autostrada płatna 20 YTL z tego co pamiętam (ogólnie proporcje wyglądają tak, że na złotówki to wychodzi jakieś 1 zł. za 10 km, czyli dość tanio). Tu muszę wspomnieć o kulturz
  • kcri 17.06.09, 18:22
    Tu muszę wspomnieć o kulturze jazdy w Turcji: w miastach kierowcy lubią wyjeżdżać z podporządkowanej przed maskę jeśli uważają, że dość wolno jedziesz; ich dość wolno = polskie szybko). Jeśli nie ma namalowanych linii oddzielających pasy, lub jedziemy w korku, to z przepisowych np. dwóch pasów robi się trzy a nawet cztery, a często nieuporządkowany rozgardiasz, czyli każdy staje gdzie chce. Klakson to pierwsza broń Turków, ale używany w słusznej sprawie. Na Polskich ulicach gdy ktoś w korku próbuje się wepchnąć na pas obok czyha po prostu na okazję, natomiast w Stambule ten kto chce tak zrobić, również się wpycha ale gdy tylko zatrąbisz wycofuje się. Podobnie na autostradzie, mryganie długimi przez samochód jadący z tyłu oznacza ostrzeżenie, aby nie zmieniać pozycji na drodze, gdyż Turek po prostu JEDZIE. Pomimo tego pozornego bałaganu ruch w Stambule odbywa się całkiem sprawnie, na skrzyżowaniach stoją policjanci kierujący ruchem, którzy po upłynnieniu ruchu na danym skrzyżowaniu szybko „przerzucani” zastają na kolejne przez policjantów, którzy podjeżdżają po nich motorami. Wprawieni kierowcy nie będą mieli kłopotów z poruszaniem się po Turcji, a myślę, że początkujący powinni w miastach oddać kierownicę tym pierwszym. Kilkunastokrotnie spotkałem też na trasie (oprócz policji drogowej – trafik polisi, ale o tym później) żandarmerię (JANDARMA), która na zrobionym przez siebie zwężeniu haltuje wszystkich jak idzie i sprawdza dokumenty – nas czasami puszczali nawet bez sprawdzania papierów. Drogi w Turcji są stanowczo lepiej zorganizowane niż w Polsce. W miastach nie mam zastrzeżeń – b. dobrze. Autostrady – zawsze 3 pasy na jednej nitce, nawierzchnia b.dobra lub dobra, gdyż gdzieniegdzie łaty mają. Po za autostradami nawierzchnie mają się różnie (od b.dobrych: Antalya – Fethiye, Konya –Antalya; dobrych: Marmaris – Izmir – Canakkale – Lapseki, Mugla –Denizli; dostatecznych: Ankara – Aksaray [ten odcinek przypominał etap Gierkówki: Janki – Piotrków Trybunalski]). Asfalty mają bardzo chropowate, strasznie na nich opony hałasują, a i zapewne szybko się niszczą. Dodatkowo nawierzchnia na obrzeżach kruszy się na niektórych odcinkach i leży na niej dużo tych okruszków (okruchów raczej), tak więc uwaga na szyby. Trasy są różnej szerokości – odcinek Konya –Manavgat (obok jest Side) przez góry Taurus ma trzy pasy, w tym jeden wymiennie dla tych co jada pod górę; Ankara–Aksaray-Nevsehir – dwa pasy w każdą ze skrzyżowaniami, Aksaray –Konya - jeden pas w każda stronę, Marmaris-Izmir-Canakkale – wszystkie szerokości po trochu. Dodatkowo muszę wspomnieć, że Turcy lubią sobie powyrzucać różne śmieci przez okno samochodu: pety (standard i u nas), puszki, ogryzki, butelki kilkakrotnie spadały mi przed koła, raz nawet kilka gazet. Śmieci w Turcji to w ogóle odrębny temat.
    Jeśli ktoś będzie jechał odcinek Fethiye – Marmaris to po drodze (miejsc. Gocek) trafi na płatny tunel 3 YTL. Uwaga na wydawanie reszty w takich budach na autostradach i tunelach, Turcy oszukują jak tylko się da. Przy płaceniu kartą też sprawdzać ile do zapłaty, pod Ankarą bowiem koleś na stacji benzynowej nabił mi 5 YTL więcej niż się należało. Może liczył na moje zmęczenie o drugiej w nocy, ale się przeliczył.
    Stacje benzynowe są generalnie wszędzie (markowe również), choć w środkowej Turcji w okolicach słonego jeziora Tuz (Tuz Golu) więcej jest stacji niemarkowych (prywatnych), ale jeszcze 100 i więcej kilometrów na południe od Ankary spotkamy BP czy Shell.
    Dojazd do Kapadocji trwał do 8:00 dnia następnego. Na autostradzie do Ankary pełno TIRów, natomiast sama obwodnica autostradowa Ankary praktycznie pusta, może kilka aut minąłem. W odległości 60 km przed Aksaray, niedaleko jeziora Tuz powieki zaczęły opadać mi niemiłosiernie więc musieliśmy przespać się w aucie na Shell’u. Dzięki temu po obudzeniu mogliśmy oglądać Tuz Golu o 5:00 nad ranem; szafirowo-filotetowy odcień tafli ciągnie się aż po horyzont, a wokół step jak okiem sięgnąć, gdzie niegdzie urozmaicony małymi wioseczkami. Zbliżając się do Aksaray na horyzoncie pojawia się majestatyczna bryła wulkanu Hasan (Hasan Dagi) 3253 m.n.p.m., którego ostatni wybuch zanotowano w około 6000 r.p.Ch. Mijamy Aksaray i po 70 kilometrach dojeżdżamy do miasta Nevsehir (około 80.000 mieszkańców), jeszcze kilka zakrętów i jesteśmy w Uchisar, gdzie ze szczytu skalnego Zamku roztacza się piękna panorama na otaczające doliny Kapadocji i wulkan Erciyes Dagi (3916 m.n.p.m.). Ruszamy do Goreme – wioseczki w centrum Kapadocji, skąd najbliżej do wąwozów przecinających dolinę. Zaiste, wioseczka jak z Flinstone’ów, pełna domów w stożkach wyrzeźbionych z tufy, jednocześnie ekonomicznie funkcjonująca w oparciu o turystykę i nadzwyczajnie kosmopolityczna. Spanie znaleźliśmy w Kookaburra Pension – prowadzonym przez małżeństwo - Turka i Australijkę; (dwójka z łazienką za 50 YTL za dobę). Szybki prysznic, pida wegetariańska w lokancie, i ruszyliśmy na wypożyczonych rowerach w pobliskie wąwozy. Piękne widoki, kwitnąca flora pięknie przedstawiają się w Kapadocji w końcu maja, tak że nie mogliśmy się nasycić tą atmosferą. Wioska Cavusin (przeze mnie nazywana Kałuszyn), Czerwona dolina, Różowa dolina (dolina róż) zwiedzane przez nas zarówno rowerem jaki i pieszo (tam gdzie nie dało się wjechać) dostarczyły niezapomnianych wrażeń. Oprócz niesamowitych form skalnych mieliśmy okazję zobaczyć kościoły i kaplice wykute w tufie przez pierwszych chrześcijan (wg przewodnika Pascala II-III wiek po Chrystusie). Wieczorem w Goreme spotkaliśmy dwóch rodaków z Warszawy, którzy również na Hondach Varadero zrobili sobie objazdówkę po Turcji. Miłe spotkanie i rozmowa. Dzień następny to wyprawa do miasteczka Kaymakli celem zobaczenia podziemnego miasta (5 kondygnacji pod poziomem gruntu), w którym przed prześladowaniami ukrywali się pierwsi chrześcijanie. Ponadto zrobiliśmy sobie wycieczkę do Doliny Miłości, i do punktu widokowego gdzie oglądaliśmy zachód słońca. Rano 30.05.09 ruszamy do Fethiye nad Morzem Śródziemnym.
    Jedziemy w kierunku Konyi. Do miasta około 35 km jadąc przez step jak okiem sięgnąć. Auto z przeciwka ostrzega długimi przed patrolem policyjnym. Wyprzedza mnie czarny Passat. Zwalniam zjeżdżając z dużego wzniesienia i widzę z daleka policyjny radiowóz. Przejeżdżam obok. Mija 10 km i pojawia się kolejny patrol jednocześnie zatrzymuje kilka aut jadących przed nami oraz nas. Policjant z kompletu dokumentów wybiera tylko prawo jazdy i dowód rejestracyjny. Kierowca Passata mówi trochę po angielsku i stwierdza „speeding” po tym jak zacząłem zadawać pytania w angielskim „co jest nie tak”. Pytam się go o ile przekroczyłem prędkość, mówi 117km/h na dopuszczalnej 90-tce. Reszta kierowców stoi w kolejce przy szybie radiowozu i czeka na wypisanie mandatu. Kierowca Passata mówi mi, że lepiej od razu zapłacić policji – będzie taniej i stwierdza, że lepiej z policjantami nie dyskutować. Pytam się gdzie jest radar i niech pokażą mi wskazanie radaru; Passat tłumaczy policjantom i w odpowiedzi uzyskujemy odpowiedź, że radar był 10 km wcześniej w radiowozie pierwszego patrolu. Passat odjeżdża – nie mam już tłumacza. Biorę mandat i wracamy 10 km. Jeden z gliniarzy mówi kilka słów po angielsku. Proszę o wskazanie radaru dla mojego auta – zaczyna się gorączkowa dyskusja przez krótkofalówkę (domyślam się, że z pierwszym patrolem) i zaczyna się ignorowanie mnie. Przerywam dalsze zatrzymywanie samochodów i pytam się gdzie jest radar. Gliniarz duka, że na stacji benzynowej w połowie drogi pomiędzy patrolami; jeszcze raz proszę o wskazanie radaru - nie mogą znaleźć i udają głupka. Potem każą jechać do patrolu, który wystawił mandat. Wracamy, ale… patrolu już nie ma… choć słupki i znaki pionowe służące do zwężenia drogi zostały na szosie. Nie warto siedzieć 48 godzin w tureckim areszcie za awantury
  • kcri 17.06.09, 18:29
    Nie warto siedzieć 48 godzin w tureckim areszcie za awantury z policją więc… machnęliśmy ręką i pojechaliśmy. I tak to turecka Trafik Polisi wystawia mandaty z kapelusza. Pytałem się trzech nieznających się Turków, czy jest konieczność zapłaty tego mandatu – stwierdzili, że Policja ma centralną, krajową bazę numerów rejestracyjnych i wiedzą wszystko o każdym aucie; powiedziano mi, że na granicy najprawdopodobniej i tak zostanę zmuszony do zapłacenia mandatu, ale jeśli zapłacę wcześniej to będzie zniżka 25% (ale to już wiedziałem z treści spodniej strony mandatu). Płacić można praktycznie jedynie w Vergi Dairesi – turecki urząd skarbowy (na który tureckiego narzekania nasłuchałem się w trakcie wyjaśnień związanych z opłatą mandatu), którego to placówkę odwiedziłem w Marmaris. Ze zniżki rzeczywiście skorzystałem. Przy okazji ostrzegam innych: jeszcze dwa razy widziałem taki system kontroli kierowców, tj. wspólnie działające dwa patrole rozstawione w większej odległości. Ponadto na trasie Mugla-Izmir-Canakkale patroli było co nie miara, ale w godzinach nocnych praktycznie znikają z dróg… tak więc większe odległości radzę pokonywać w nocy. Na autostradach policji nie widziałem. Ogólnie rzecz biorąc wyjątkowo uważajcie na Trafik Polisi.
    Droga przez góry Taurus na wybrzeże morza Śródziemnego dostarcza wielu okazji do podziwiania widoków. Droga wzdłuż Riwiery Tureckiej to b.dobry asfalt, a trasa jak Gierkówka. Dojechaliśmy do Fethiye, ale żona przekonała mnie aby jechać dalej aż na południe od Marmaris – do wioseczki Turunć. W linii prostej leży od Marmaris w odległości 3km, ale samochodem trzeba do niej jechać serpentynami 22km. Turunc, miejscowość nastawiona na angielskiego turystę (ceny też dostosowane), choć przed sezonem znaleźliśmy nocleg na kieszeń przeciętnego Polaka i jak najbardziej go polecam. Apartamenty GOZDEM APRAT 2 – bez śniadania, ale codzienne sprzątanie i zmiana pościeli co 3 dni, basen i yakuzi przed domem, cena: 57 YTL (57 PLN za osobę) za dwójkę za dobę - apartament z salonem, TV, klima, balkon… i miła Pani właścicielka. Turunć to małe miasteczko z kilkoma hotelami i kilkudziesięcioma restauracjami, mała plaża w dość wąskiej i otoczonej wysokimi górami zatoce, przez co wydaje się zatoką dość mocno wciętą w ląd. Słońce wstaje nad morzem, ale szybko tu chowa się za góry, tak więc wieczorem nie posiedzisz tu na słoneczku. W sumie nie ma tu nic oprócz atrakcji plażowania, choć plaża ciekawsza wydaje się być w jeszcze dalej położonym na południe od Turunc miasteczku – Kulumbuk. Niestety, aby pojechać gdzieś dalej od Turunc trzeba pokonać dużą odległość do cywilizacji, a jechać się chce bo po dwóch dniach plażowania po prostu chce się coś zobaczyć. Chcieliśmy popłynąć katamaranem na całodzienną wycieczkę na Rodos ale niestety jeśli ktoś wjeżdża na terytorium Turcji samochodem zarejestrowanym za granicą musi z tym samochodem opuścić Turcję. Tak więc wybraliśmy się autem w góry płw Marmaris, a muszę stwierdzić, że warto było: kwitnące magnolie i inne różnorodne rośliny, żółwie przechadzające się dróżkami, węże i jaszczurki uciekające przez okiem człowieka, nieporadnie skaczące wiewiórki, stada kóz rozłażące się po wzgórzach… czyli Pani Przyroda na wyciągnięcie ręki. W sumie to Turcja krajobrazowo jest naprawdę piękna. Druga wycieczka wypadła do Pamukkale-Hierapolis na płn. od Denizli – 200km jazdy ale po drodze jechaliśmy odcinkiem niezwykle urokliwej drogi nr 48-28 przez Cicekli-Amutcuk-Golcuk. Polecam.
    W Pamukkale zaparkowaliśmy na przeciwko wapiennych trawertyn i po chwili spotkaliśmy Polaków, którzy przyjechali tu z Marmaris wynajętym samochodem. Chwila rozmowy i otrzymaliśmy od nich prezent. Dzięki! Pamukkale (bilet – 20 YTL), tak jak i Kapadocję koniecznie trzeba zobaczyć. Spacer boso po trawertynach i błękitne baseny…fajna sprawa.
    Po kliku dniach ruszyliśmy do Grecji, ale po drodze chcieliśmy zobaczyć Efez. Przyjechaliśmy do Efezu około 15:00 (parking 5 YTL – auto, bilet -20 YTL). Wspaniale zachowane greckie i rzymskie miasto, w którym mieszkało w przeszłości nawet ponad 400.000 ludzi. O 19:00 zjedliśmy sutą kolację w centrum miasta Selcuk nieopodal Efezu. Cena obiadu była dwa razy niższa niż w Turunć, za praktycznie takie same dania i porcje.
    Dalej ruszyliśmy w kierunku miasta Lapseki nad cieśniną Dardanele – celem była przeprawa promowa Lapseki-Gelibolu. Autostrada w okolicach Izmiru kosztowała nas 4 YTL. Około 1:30 w nocy dotarliśmy do przeprawy promowej, cena za auto osobowe 24 YTL, za osoby nie płaci się. Cennik inny niż na tej stronie www.gelibolu.info/canakkale_eceabat_lapseki_gelibolu_feribot_ucretleri.php ale cena, którą zapłaciliśmy była wywieszona na kasie, tak więc nie wiem w końcu jakie są oficjalne ceny. Pewnie nas znowu oszukali, ale co zrobić, machnąć na to ręką. Promy w dzień co godzinę, w nocy nie mam pewności, ale chyba co dwie godziny. Czas przeprawy około 35 minut. Dojechaliśmy do przejścia granicznego TUR-GRE na drodze E90 w miejscowości Ipsala. Turecka policja a potem celnicy sprawdzili auto, a potem strefa bezcłowa (tu warto kupować: np. Emporio 100ml – 55 Euro, na granicy GRE-MCD jest drożej). Grecy zajrzeli w bagażnik i dalej jazda na autostradę w stronę Salonik. Jeśli chodzi o opłaty za autostradę w stronę Salonik to nie mogę być pomocny, dwa razy bowiem musiałem zjechać po paliwo i być może ominąłem bramki, raz przy Aleksandroupoli gdzie nad ranem każda stacja, którą mijałem była zamknięta i za jedyne 10 euro w portfelu zatankowałem na automatycznej stacji BP. Następnie zaś gdzieś w okolicach Ksanti i zatankowałem już do pełna. Od razu ostrzegam, że po drodze od granicy TUR-GRE do Agios Georgios brak jest stacji benzynowych i należy ich szukać poza autostradą. W końcu dojechaliśmy do Sarti na półwyspie Chalcydyckim (Halkidiki), na jego środkowym palcu czyli Sithonii. Po wrażeniach z Turcji trochę sceptycznie podchodziłem do miejsca w jakim znajdę się w Grecji. Szczególnie chodziło mi tu o warunki do plażowania. Ale po wejściu na plaże w Sarti bardzo miło się rozczarowałem, plaża długa na 1,5 km i dość szeroka 50-60m, miejscami drobny żwirek, miejscami plaża jak w Łebie. Woda cieplutka i bardzo przejrzysta (pływałem z maską i rurką czyli snurkowałem), o wiele bardziej niż w Turunć k/Marmaris. Dwójkę z łazienką na prywatnej kwaterze www.billys-house.gr wynegocjowaliśmy za 25 Euro za dobę za dwie osoby. Sarti to urocze, małe miasteczko, bez jakichkolwiek hoteli zwożących turystów w worku, a wyłącznie apartamenty do wynajęcia i atmosfera prowincji. Wiele kameralnych knajpek i sklepików wzdłuż dwóch ulic równolegle biegnących wzdłuż plaży, ale tylko na krótkim jej odcinku. Turystów niewielu, choć trochę rejestracji z Serbii, Węgier, Bułgarii widziałem, a nawet kilka z Polski. Ogólnie kilka dni zeszło nam w Sarti na błogim leniuchowaniu, plażowaniu i snurkowaniu. Polecam.
    Drogę do domu postanowiliśmy wziąć na raz. W Grecji do przejścia GRE-MCD w Evzoni nie płaciliśmy za przejazd. W Macedonii są trzy bramki na autostradzie: 50, 60 i 50 dinarów macedońskich, tj. 3x 1 Euro. W Serbii odcinki:
    Leskovac-Nisz – 2,5 Euro,
    Nisz – Belgrad – 8 Euro
    Belgrad – Novy Sad – 3 Euro
    Novy Sad – Subotica – 4 Euro.
    Na Węgry wymagana jest winietka: 4 dni – 1530 Forintów, można kupić na stacjach benzynowych – podajesz z jakiego kraju jest rejestracja, numer rejestracyjny i drukują ci taki świstek, który trzeba zachować, natomiast kopię podpisujesz i oddajesz sprzedającemu.
    Z Sarti jechaliśmy 24 godziny z przerwą na 4 godzinny sen w aucie przed Budapesztem.

    Ceny Diesla za 1 Litr:
    Turcja:
    2,40-2,50 YTL (około 5,00 PLN). Ale są dwa rodzaje dizla i nazywają się Kirsal Motorin i Motorin. Kirsal Motorin jest tańszy ale lepiej go nie lać do silników CommonRail… mi
  • kcri 17.06.09, 18:31
    Ceny Diesla za 1 Litr:
    Turcja:
    2,40-2,50 YTL (około 5,00 PLN). Ale są dwa rodzaje dizla i nazywają się Kirsal Motorin i Motorin. Kirsal Motorin jest tańszy ale lepiej go nie lać do silników CommonRail… mi od razu zapaliła się lampka od silnika na desce rozdzielczej, a zgasła po wypaleniu tych nieszczęsnych 30 litrów.
    Benzyna kosztuje około 3,20 -3,30 YTL.

    Serbia – około 97,00 dinarów serbskich

    Grecja – około 0,989 Euro

    Słowacja – około 1,154 Euro

    Jeździłem z nawigacją iGO8 – oszczędziła mi wiele czasu.

    Na koniec może ktoś mi odpowie na pytanie: Co Turcy dodają do mięsa wołowego, baraniego lub jagnięcego, że daje taki mdły, brzydko pachnący posmak? Zaznałem go w kilku restauracjach. Powiedziano mi, że ten posmak w Egipcie szczególnie intensywnie występuje.
    Dodają coś, jak np. Słowacy kminek do chleba? Byłbym wdzięczny za odpowiedź.
  • Gość: katar IP: 94.254.205.* 03.09.09, 19:01
    Wyprawa jak należy... niech samolotowo-hotelowcy się schowają.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Booking.com
Nakarm Pajacyka