Ko.ściół Katolicki Sp z o.o. (cz. 2) Dodaj do ulubionych

  • drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego
  • drzewko odwrotne
  • Gość: mark IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.02.08, 18:40
    W wywiadzie dla Dziennika Pieronek był "łaskaw" powiedzieć:

    [...]"gdy zmarł Jan Paweł II, który miał duży wpływ moralny na polskie
    społeczeństwo, kiedy wszystkie psy i szczury opuszczają swoje kryjówki i idą na
    polowanie."
    azraelk.wordpress.com/category/kosciol/
  • Gość: w IP: *.chello.pl 18.02.08, 10:47
    Biskupi - wsiok na wsioku
    Autor: kakareich 17.02.08, 18:38
    Dodaj do ulubionych Skasujcie
    Odpowiedz

    wg miejsca urodzenia:
    Balcerek Grzegorz -Grodzisk Wlkp
    Ziółek Władysław - wies Komorniki k. Wolborza
    Zimowski Zygmunt-Kupienin k.Mędrzechowa
    Zimoń Damian- Niedobczyce
    Zimałek Marian -wies Maków, par. Skaryszew
    Ziemba Wojciech-Wampierzow
    Życiński Józef-Nowa Wies koło Piotrkowa Trybunalskiego
    Bagiński Jan - Kamionka
    Zawitkowski Józef - Wał, par. Żdżary
    Zając Jan -Libiąż
    Wysocki Józef-Jartypory
    Wilski Teofil -Skubarczew
    Wieczorek Jan-Bodzanowice
    Tyrawa Jan-Boguszow-Gorce
    Tomasik Henryk-Łukow
    Tokarczuk Ignacy-w Łubiankach Wyższych k. Zbaraża
    Świerzawski Wacław -w Złoczowie w Archidiecezji Lwowskiej
    Śrutwa Jan-we wsi Majdan Górny w parafii Tomaszów Lubelski
    Śliwiński Andrzej-w Werblini koło Pucka
    Szkodoń Jan -w Chyżnem
    Szal Adam -w Wysokiej k. Łańcuta
    Styrna Jan -w Przyborowie
    Stobrawa Paweł-w Zborowskiem
    Stefanek Stanisław-w Majdanie Sobieszczańskim
    Socha Paweł-w Wojsławicach, pod Radomiem
    Skworc Wiktor-w Rudzie Śląskiej - Bielszowicach
    Skucha Piotr-w Łaganowie
    Siczek Stefan-w Siczkach koło Radomia
    Ryczan Kazimierz-w Żurawicy,
    Romaniuk Kazimierz -w Hołowienkach k. Sokołowa
    Regmunt Stefan-w Krasnymstawie
    Rakoczy Tadeusz-w Gilowicach koło Żywca
    Pylak Bolesław-w Łopienniku
    Pikus Tadeusz -we wsi Zabiele
    Pieronek Tadeusz-we wsi Radziechowy koło Żywca
    Pazdur Józef -w Woli Skrzydlańskiej
    Ozorowski Edward-w Wólce-Przedmieście koło Białegostoku.
    Orszulik Alojzy -w Baranowicach, par. Żory
    Nycz Kazimierz-w Starej Wsi koło Oświęcimia
    Nowak Stanisław -w Jeziorzanach
    Nossol Alfons-w Brożcu (diecezja opolska)
    Napierała Stanisław-w Kalwach
    Muszyński Henryk-w Kościerzynie
    Miziński Artur-w Opolu Lubelskim
    Michalik Józef-w Zambrowie (diecezja łomżyńska)
    Mering Wiesław-w Żukowie koło Gdańska
    Mazur Jerzy-w Hawłowicach
    Mazur Jan-w Połoskiem
    Martyniak Jan -w Spasie koło Starego Sambora
    Marcinkowski Roman-w Szczutowie
    Małysiak Albin-w Koconiu, parafia Ślemień,
    Leszczyński Mariusz-w Horyńcu
    Kusz Gerard-w Dziergowicach
    Kupny Józef-w Dąbrówce Wielkiej
    Kruszyłowicz Marian-w Gliniszczach
    Krupa Piotr-w Braciejowej (diecezja tarnowska)
    Kędziora Stanisław -w Seligowie (Parafia Pszczonów, Diecezja Łowicka)
    Kasyna Ryszard-w Nowym Stawie
    Karpiński Ryszard-w Rudzienku,
    Kamiński Zygmunt-we Wzgórzu-Bełżycach
    Kamiński Romuald-Janówce w diecezji ełckiej
    Jarecki Piotr-w Sierpcu na terenie diecezji płockiej
    Janiak Edward-w Malczycach
    Gurda Kazimierz-w Książnicach Wielkich
    Gulbinowicz Henryk-w Szukiszkach,
    Gołębiewski Marian -w Trzebuchowie nieopodal Koła
    Gocłowski Tadeusz-w Piskach
    Głódź Sławoj Leszek-w Bobrówce (Arch. Białostocka)
    Gębicki Stanisław -w Witkowie, (powiat Lipno, parafia Zaduszniki,
    diecezja włocławska)
    Gądecki Stanisław-w Strzelnie
    Gałecki Jan -w Zalesiu
    Frankowski Edward-Kępa Rzeczycka k. Stalowej Woli
    Fortuniak Zdzisław-w Wieszczyczynie koło Śremu
    Dziwisz Stanisław-w Rabie Wyżnej
    Dzięga Andrzej-w Radzyniu Podlaskim
    Dydycz Antoni-w Serpelicach
    Duś Marian-w Róży, w Diecezji Tarnowskiej
    Depo Wacław-w Szydłowcu k/Radomia
    Dembowski Bronisław-w Komorowie, powiat Ostrów Mazowiecka
    Dec Ignacy -w Hucisku koło Leżajska,
    Cisło Mieczysław-w Niemirówku (parafia Krasnobród, diec. zamojsko-
    lubaczowska)
    Cieślik Paweł -w Czernicach na ziemi złotowskiej.
    Cichy Stefan-w Przyszowicach
    Budzik Stanisław-w Łękawicy k. Tarnowa
    Bronakowski Tadeusz-pochodzi z parafii Studzieniczna, obecnie
    parafia Kolnica
    Bobowski Władysław-w Tropiu
    Bernacki Gerard -w Książenicach
    Białogłowski Edward-w Rzeplinie
  • www.polonica.net/Lista_zydow_w_zniewalanej_Polsce.htm

    - Józef Glemp - Prymas Polski - pochodzenie żydowskie - jego brat nazywa sie
    Glemb, komunista, PZPR-owski pułkownik LWP, w 1989 r. kandydował z listy PZPR
    - Bronisław Dąbrowski - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
    - Tadeusz Gocławski - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
    - Józef Kowalczyk - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
    - Franciszek Macharski - Finkelstein - Kardynał - pochodzenie żydowskie -
    doceniony przez żydomasonerię, odznaczony "Orderem Oficera Legii Honorowej"
    - Józef Michalik - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
    - Henryk Muszyński - Jaks - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
    - Kazimierz Nycz - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
    - Edmund Piszcz - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
    - Marian Przykucki - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
    - Bolesław Pylak - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
    - Jerzy Stroba - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
    - Ignacy Tokarczuk - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
    - Stanisław Wielgus - Arcybiskup - narodowość polska - nienawistnie atakowany
    przez żydo-media
    - Wojciech Zięba - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
    - Damian Zimon - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
    - Władysław Ziółek - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
    - Roman Andrzejewski - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    - Bohdan Bejze - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    - Jan Chrapek - Kohn - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    - Bronisław Dembowski - Winkiel - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    - Czesław Domin - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    - Edward Frankowski - Biskup - narodowość polska
    - Stanisław Gądecki - Hartmann - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    - Sławoj Leszek Głódź - Izaak Nowin - Biskup - pochodzenie żydowskie
    - Kazimierz Górny - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    - Władysław Jedruszów - Biskup - pochodzenie ukraińskie -
    - Zygmunt Kamiński - Biskup - narodowość polska
    - Piotr Libera - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    - Edward Materski - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    - Jan Mazur - Biskup - narodowość polska
    - Wiesław Mering - Biskup - pochodzenie żydowskie - agent SB, Tajny
    Współpracownik SB "Lucjan"
    - Stanisław Napierała - Biskup - narodowość polska
    - Alfons Nossol - Biskup - pochodzenie niemieckie -
    - Stanisław Nowak - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    - Alojzy Orszulik - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    - Juliusz Paetz - Biskup - pochodzenie żydowskie - pederasta, oskarzony o
    molestowanie klerykow,
    - Tadeusz Pieronek - Mosze Michlis - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    modernista, judaizator Kościoła Rzymsko-Katolickiego, członek powiązanej ze
    światową żydomasonerią i żydofinansjerą, żydomasońskiej i antypolskiej Fundacji
    im. Stefana Batorego" - fundacja założona w Nowym Jorku przez żyda, masona,
    spekulanta gieldowego George'a Sorosa, nowojorskiego finansistę (o węgierskim
    rodowodzie, stąd m.in. nazwa fundacji). W PRL została ona zarejestrowana w dniu
    7 maja 1988 roku w Sądzie Rejonowym Warszawa Praga. Były to czasy reżimu agenta
    sowieckiego Wojciecha Jaruzelskiego.
    - Tadeusz Rakoczy - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    - Kazimierz Romaniuk - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    - Tadeusz Rybak - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    - Edward Samsel - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    - Andrzej Suski - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    - Jan Szlaga - Biskup - pochodzenie niemieckie -
    - Stanisław Szymecki - Biskup - narodowość polska
    - Andrzej Śliwinski - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    - Adam Śmigielski - Biskup - narodowość polska
    - Jan Śrutwa - Biskup - pochodzenie ukraińskie -
    - Wacław Świerzawski - Biskup - narodowość polska
    - Szczepan Wesoły - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    - Jan Wieczorek - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    - Wojciech Zięba - Biskup - pochodzenie żydowskie -
    - Józef Życiński - Reiffstein - Biskup - pochodzenie żydowskie - modernista,
    judaizator Kościoła Rzymsko-Katolickiego

    Dla ciekawostki można podrzucić temat do dalszych badawczych dywagacji, ilu to
    spośród nich popiera kościół Rydzyka???

    Ze zdziwieniem nie znalazłem tutaj Zimonia. Być może jest to lista nie zupełnie
    aktualna lub też ma on pochodzenie marsjańskie pozostające poza sferą
    zainteresowań :))

    Generalnie rzecz biorąc głupoty są wszędzie bliźniaczo podobne ;))

    A to, że najbardziej nieudacznego potomka wysyłało się na księdza, w penych
    środowiskach jest starą tradycją
    --
    Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
  • Tomasz Węcławski, znany teolog (był członkiem Międzynarodowej Komisji
    Teologicznej w Rzymie), wystąpił z Kościoła. To jego definitywne rozstanie z
    Kościołem, po odejściu z kapłaństwa w marcu 2007 r. W oświadczeniu tłumaczył
    wtedy, że "po wieloletnim i gruntownym zastanowieniu doszedł do przekonania, że
    z racji sumienia nie powinien reprezentować instytucji i wspólnoty kościelnej".
    W obecności proboszcza parafii zamieszkania i dwóch świadków, dokonał aktu
    apostazji, czyli odstępstwa od Kościoła rzymskokatolickiego.
    serwisy.gazeta.pl/kosciol/1,64807,4864298.html
    --
    Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
    (Montesquieu)
  • Na 3,5 roku więzienia sąd skazał księdza KRK z Miechowa (powiat pucki) za
    pedofilię. Kapłan dopuszczał się czynności seksualnych z dziewczynką poniżej 15
    roku życia.
    (Dziennik Bałtyck)
    --
    Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
    (Montesquieu)
  • "Ten potwór jest niegodny kapłańskiej sutanny! - oburza się "Super Express".
    Andrzej S. - 46 letni katecheta ze Szczawnicy zbałamucił jedną ze swoich
    uczennic. Dziewczyna miała wtedy 13 lat!"
    wiadomosci.o2.pl/?s=257&t=463029

    I to jest motyw, dla czego kościołowi potrzebne są lekcje religii poczynając od
    przedszkola ;((
    --
    Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
    (Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
  • Plan utworzenia w Stalowej Woli szkoły katolickiej w miejscu likwidowanego
    Gimnazjum nr 1 budzi ogromne emocje. Rodzice uczniów z zamykanej szkoły wysłali
    protest w tej sprawie do biskupa diecezji sandomierskiej.

    Robert Czarnecki z rady rodziców twierdzi, że stalowowolscy radni podjęli
    uchwałę o likwidacji Gimnazjum nr 1 bez konsultacji z rodzicami. - Stało się to
    na wakacjach ub. r., a informacja dotarła do nas dopiero w listopadzie. Na
    zebraniu rodziców większość opowiedziała się przeciwko tym zamiarom - opowiada
    Czarnecki. - Poszliśmy porozmawiać z radnymi, usłyszeliśmy, że gimnazjum
    katolickie będzie lepsze, że takie szkoły lepiej wychowują. Nie chodzi o to, by
    tamta szkoła nie powstała. Ale co się stanie z naszymi dziećmi? Chcemy, by
    skończyły szkołę, którą wybrały, by trzecioklasiści w ostatnim roku nauki nie
    byli przenoszeni - dodaje.

    Na szczęście dla niezadowolonych rodziców uchwała o zamiarze likwidacji została
    uchylona ze względów formalnych. Ale 31 stycznia sprawa ponownie stanęła na
    radzie i uchwała - już poprawiona - przeszła. Formalnie zaopiniować ją musi
    jeszcze kuratorium, ale rodzice nie mają wątpliwości, że likwidacja jest już
    prawie faktem. - W akcie rozpaczy napisaliśmy do biskupa sandomierskiego - mówi
    Czarnecki i dodaje: - Szkoły katolickie powstają w wielu miastach, ale nie
    likwiduje się z tego powodu publicznych. I jedne, i drugie działają obok siebie.

    Mariola Tyrała, dyrektorka Gimnazjum nr 1: - W Stalowej Woli są budynki przy
    parafiach. Kiedyś budowane przez rodziców, dziś są wykorzystywane komercyjnie
    albo stoją puste. Jest też olbrzymi budynek KUL-u. Przed południem sale stoją
    niewykorzystane, bo uczą się tu głównie studenci zaoczni. Dlaczego szkoła
    katolicka ma powstać kosztem innej szkoły?

    W rejonie gimnazjum są trzy duże osiedla. Zdaniem dyrektorki części uczniów
    dwukrotnie wydłuży się droga do szkoły. - Gimnazja, które mają przejąć naszych
    uczniów, już i tak pracują od 7 do 16, a WF odbywa się tam na korytarzach -
    wylicza minusy Tyrała.

    Mimo tych argumentów prezydent Stalowej Woli nie ma najmniejszych wątpliwości. -
    Ta szkoła z powodu braku uczniów w ciągu roku, dwóch i tak zostałaby
    zlikwidowana - mówi Andrzej Szlęzak. Czy nie lepiej było zdecydować się na
    stopniowe wygaszanie gimnazjum, skoro jego likwidacja budzi tyle emocji? -
    Trzeba uprzedzać fakty, a nie czekać i ponosić niepotrzebne koszty - uważa
    prezydent. Podkreśla, że jest zwolennikiem różnorodności oferty edukacyjnej. Na
    razie szkoła katolicka będzie jej jedynym urozmaiceniem.

    Ks. Tomasz Orzeł, delegat biskupa sandomierskiego ds. utworzenia szkoły
    katolickiej w Stalowej Woli, wyjaśnia, że w miejscu Gimnazjum nr 1 ma powstać
    gimnazjum i liceum, których organem prowadzącym jest diecezja sandomierska. -
    Otrzymaliśmy stosowne pozwolenie, by od 1 września 2008 r. uruchomić szkołę -
    mówi. - Będą w niej uczyć świeccy nauczyciele ze Stalowej Woli, uznający
    chrześcijański system wartości. Nauka będzie bezpłatna, nie będzie czesnego ani
    żadnych innych obowiązkowych opłat - deklaruje ks. Orzeł.

    Zapewnia, że budynek, mimo że będzie w nim katolicka szkoła, nadal pozostanie
    własnością miasta. - To nie jest tak, że oto drapieżny kler otrzymuje od miasta
    majątek. Budynek zostanie użyczony diecezji tylko na określony cel, co oznacza,
    że będzie mogło się mieścić tam tylko gimnazjum i liceum, a już na przykład nie
    technikum - wyjaśnia ksiądz Orzeł. - Bardzo chętnie spotkałbym się z rodzicami i
    odpowiedział na ich wątpliwości i zarzuty. Wysłałem pismo do rady rodziców z
    zaproszeniem na spotkanie w tej sprawie w pierwszy piątek po feriach, ale nikt
    nie przyszedł - twierdzi.

    Nie wyklucza przyjęć do katolickiej szkoły uczniów, którzy uczą się w Gimnazjum
    nr 1. - Choć nie jest to ani łatwe, ani proste. Nowo powstała szkoła będzie
    musiała pracować na swoją renomę. Przyjęcie uczniów już ukształtowanych jest
    ryzykowne - uważa ks. Orzeł.

    Czy wbrew woli rodziców diecezja także utworzy szkołę? - Nie możemy robić
    niczego na siłę. Do listopada ubiegłego roku wydawało się, że jest przyzwolenie
    na utworzenie szkoły katolickiej, reakcje były pozytywne. Szkoła powstaje
    przecież przede wszystkim dla miasta, dla społeczeństwa. Będzie poszerzeniem
    oferty edukacyjnej - wylicza ks. Orzeł. Czy nie lepiej byłoby uruchomić szkołę w
    innym miejscu? - Pozwolenie na utworzenie szkoły dotyczy konkretnego miejsca.
    Warunki, w jakich będzie się uczyć młodzież, musiał zaakceptować np. sanepid.
    Rezygnacja oznaczałaby opóźnienie co najmniej o kolejny rok uruchomienia placówki.

    Źródło: Gazeta Wyborcza Rzeszów
    miasta.gazeta.pl/rzeszow/1,34965,4935986.html
    --
    Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
    (Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
  • Ludzie którym pali się grunt pod nogami, stają się agresywni i chamscy. W tym
    wypadku jak u szczura zagonionego w kąt. Kościół widzi, że grunt usuwa mu sie z
    pod nóg.

    W Polsce po raz pierwszy ślubów kościelnych było mniej niż
    cywilnych, a w dużych miastach ta proporcja zbliża się jak 1:2, więc to ma sie
    czego bać.

    Być może Pieronek uznał, że droga Ojca Muchomora jest słuszna - trzeba być
    agresywnym, by zostać zauważonym. Taki syndrom oblężonej twierdzy. Co prawda
    tych oblężonych jest jeszcze spora grupka, ale mury się kruszeją a dezercje są
    coraz powszechniej występujące.

    Zdają sobie sprawę że przegrywają i że z kompromisami przy dotychczasowej
    postawie będzie coraz trudniej, o ile będą jeszcze możliwe.

    --
    Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
  • Gość: mark IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.02.08, 19:15
    Duchownego, podejrzewanego o kradzież kostki brukowej, zatrzymali zielonogórscy
    policjanci. W samochodzie 50-letniego księdza znaleziono 14 kostek brukowych
    pochodzących z jednej z dróg gminnych pod Zieloną Górą.
    www.biznesnet.pl/ar/20/1421960/ksiadz-ukradl-kostke-brukowa-z-gminnej-drogi.html
  • Gość: mark IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.02.08, 19:20
    Do ośmiu lat więzienia za rozpowszechnianie materiałów pornograficznych z
    udziałem dzieci grozi księdzu z Koszalina i biznesmenowi ze Słupska. Księdzu S.
    prokuratura postawiła jeszcze zarzut kradzieży w lipcu 2005 r. programu
    komputerowego Windows XP Home Edition firmy Microsoft, za co grozi mu do pięciu
    lat więzienia.
    www.biznesnet.pl/ar/20/1420014/ksiadz-rozprowadzal-dzieciece-porno-i-ukradl-windowsa.html
  • Gość: mark IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.02.08, 19:24
    Polscy księża coraz częściej ściągają gotowe homilie z internetu i odczytują
    wiernym jako własne. Ten proceder ma ukrócić wydana właśnie książka "Ściągać czy
    nie ściągać". Czego się z niej dowiedzą duchowni? Że przywłaszczanie cudzych
    tekstów jest nie tylko niemoralne, ale też karalne, pisze "Dziennik".

    Brak pomysłów, przepracowanie skutkujące brakiem czasu na refleksję, zwykłe
    lenistwo - to powody, dla których polscy kapłani głoszą z ambony kazania
    znalezione w internecie lub specjalistycznych pismach. Robią to także dlatego,
    że nie mają świadomości, iż popełniają przestępstwo.

    - To zjawisko staje się coraz powszechniejsze - mówi współautor książki, ks.
    prof. Wiesław Przyczyna i tłumaczy, że "Ściągać czy nie ściągać?" ma budzić
    sumienia i świadomość kapłanów.

    Książka zawiera też rozdział dotyczący odpowiedzialności karnej za kradzież
    własności intelektualnej. Jego autor, prof. Tomasz Naganowski, prawnik, znawca
    prawa prasowego przypomina, że za plagiat cudzego utworu grozi grzywna i trzy
    lata pozbawienia wolności.

    - Księża nie mają świadomości, że ten zapis dotyczy także przywłaszczania
    tekstów cudzych kazań - mówi Naganowski. Lepiej, żeby dowiedzieli się o tym z
    tej książki niż na sali rozpraw, po tym jak autor skopiowanej homilii oskarży
    kapłana o plagiat.

    Autorzy książki chcą przekonać Episkopat do wprowadzenia w seminariach
    duchownych zajęć z prawa autorskiego i ochrony własności intelektualnej.
    nt.interia.pl/news/ksieza-tez-sciagaja,1058964?source=rss

    Tak kształtują się tradycje kościelne w oparciu o dekalog :))
  • Gość: mark IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.02.08, 19:26
    13-letni chłopiec powiesił się kilka dni przed Wigilią. Zostawił pożegnalny
    list, w którym winą za swoją śmierć obciążył księdza proboszcza. Mieszkańcy wsi
    doprowadzili już po tragedii do odwołania księdza z ich parafii. Kościół w
    sprawie kapłana zachowuje milczenie.

    Bartek Obłój powiesił się na drzewie koło swojego domu we wsi Hłudno w
    województwie podkarpackim. Jego ciało znalazła matka. Potem młodsza siostra
    Bartka znalazła list, napisany przez niego podczas lekcji dwa dni przed
    samobójstwem. Napisał w nim, że miejscowy ksiądz proboszcz oskarżył go kradzież
    smyczy i pieniędzy, których on nie ukradł. Napisał, że zabija się, by wszyscy
    dowiedzieli się o tym, co ksiądz robi. Napisał, a potem zamazał wyrazy, które
    policyjnym ekspertom udało się odczytać – pedofil i zgwałcenie.

    Mieszkańcy wsi uznali, że jeśli na księdza pada choć cień podejrzenia o to, że
    przyczynił się do samobójstwa chłopca, to nie powinien on dłużej pełnić swojej
    kapłańskiej posługi w ich wsi. Napisali petycję o odwołanie księdza Stanisława
    K., który był w Hłudnie proboszczem od 11 lat. W tym czasie nie zaskarbił sobie
    życzliwości parafian. Jego zachowanie wobec ich dzieci budziło zastrzeżenia, ale
    nikt nie śmiał o nim mówić. Dopiero śmierć Bartka sprawiła, że strach zniknął.

    - Siedziałyśmy z koleżankami na ławce i śpiewałyśmy pieśni, które miałyśmy
    śpiewać w kościele – mówi uczennica gimnazjum w Hłudnie. – Ksiądz stanął za mną
    i włożył mi ręce pod sweter. Nie wiem, czy ksiądz bawił się w pedofila, ale to
    było okropne, obrzydliwe. Czułam do niego obrzydzenie, czułam się zbezczeszczona.

    Koledzy Bartka, który był ministrantem, opowiadają, że ksiądz bił go.
    Poniewierał także innymi chłopcami, których uczył religii w szkole. - Kolegę
    załapał za “pejsy” i pociągnął go nad ziemię – mówi uczeń gimnazjum w Hłudnie. –
    Kolega płakał, poszedł do dyrektora, ale dyrektor nic na to nie zadziałał.
    Bartka najbardziej bił. Bartek mówił, że to boli, a ksiądz na to: Po to robię,
    żeby bolało.

    Ojciec jednej z uczennic, którą ksiądz miał uderzyć, zgłosił sprawę na policję.
    Policja domagała się świadków, ale nikt nie chciał świadczyć. Dopiero tragedia
    Bartka skłoniła ludzi do działania. Z inicjatywą listu do zwierzchnika
    proboszcza, księdza dziekana z Dynowa, wystąpił były sołtys wsi.

    - Jeśli chłopiec w liście, napisanym przed śmiercią zaklina się na Boga, że nie
    uczynił tego, co mu zarzucił ksiądz, to chyba przed śmiercią dziecko nie kłamie
    – mówi Stanisław Gładysz, były sołtys Hłudna. – Jeśli nikt nas nie posłucha
    będziemy blokować księdzu dostęp do kościoła, żebyśmy nie musieli patrzeć na
    kogoś, na kim jest choćby cień tego, że doprowadził do tej tragedii.

    Do wsi przyjechał ksiądz dziekan. Na spotkaniu z parafianami bronił swojego
    podwładnego. Sugerował, że Bartek był niepoczytalny i dlatego się zabił, że
    naprawdę coś ukradł, że najbardziej pokrzywdzony jest ksiądz Stanisław K., a
    parafianom nie chodzi o dotarcie do prawdy o jego zachowaniu, tylko o jego
    odwołanie.

    Jednak w końcu ksiądz Stanisław K. odszedł z parafii w Hłudnie. Kanclerz Kurii
    Metropolitarnej w Przemyślu ks. Bartosz Rajnowski powiedział, że nie jest już
    proboszczem, ale pełni posługę duszpasterską w innej parafii.

    Równie małomówny był dyrektor szkoły w Hłudnie, którego rodzice informowali
    wcześniej o zachowaniu uczącego ich dzieci religii księdza. Ukrywał się przed
    reporterką UWAGI!, a kiedy ta mimo wszystko odnalazła go w gabinecie, nie chciał
    na temat sprawy nic powiedzieć.

    Prokuratura rejonowa w Brzozowie prowadzi śledztwo w sprawie doprowadzenia
    małoletniego do targnięcia się na swoje życie. Przesłuchuje mieszkańców wsi i
    kolegów Bartka. Od Nowego Roku mieszkańcy Hłudna mają już nowego proboszcza.
    www.kidprotect.pl/2008/01/09/chopiec-oskary-ksiedza-i-popeni-samobojstwo/
  • Gość: mark IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.02.08, 19:36
    • Zakonnica wynosiła kosmetyki. Ochrona wezwała przeoryszę. - Córko! Diabeł cię
    opętał? - spytała. A zakonnica: - Nie, matko przełożona, to Pan Bóg mnie opuścił.

    • Ksiądz próbował ukraść zestaw długopisów. Tłumaczył się, że ma biedną
    parafię. W końcu zapłacił i wręczył ochroniarzom po świętym obrazku.
    www.ceo.org.pl/portal/epio_dokument?docId=35447
  • Gość: mark IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.02.08, 20:35
    Kościół katolicki w Hiszpanii wykonał kolejny krok w długiej walce z rządem José
    Luisa Rodrigueza Zapatero. Konferencja Episkopatu pośrednio wezwała wiernych do
    głosowania przeciwko socjalistom w wyborach parlamentarnych zaplanowanych na 9
    marca.
    wiadomosci.onet.pl/1468351,240,1,blogoslawiona_krytyka,kioskart.html
  • Gość: kazik IP: *.mammothnetworks.com 19.02.08, 21:10
    wiec gdzie w tym kosciele jest PRAWDA BIBLIJNA,gdzie wyrazy przykladu
    Jezusa neutralnosci?
    zamiast ludziom glosic i wyjasniac temat Krolestwa Bozego,to tylko
    im w glowie wladza i panowanie.czyli nic innego jak w Biblii
    wspomniany Babilon Wielki.
    szczerzy ludzie,zajrzyjcie do Biblii,rozdzialy 17,18 i pomyslcie.
  • Gość: mark IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.02.08, 19:35
    Ksiądz Piotr Gaś zawiadomił prokuraturę o oszustwie na szkodę parafii, ale wciąż
    nie może się otrząsnąć: - Dlaczego ludzie, wydawałoby się, znający prawo, z
    dobrą opinią są w stanie pójść tak daleko?

    O tej transakcji w warszawskim światku prawniczym aż huczy. Próbujemy u kilku
    adwokatów, których wiedza to o wiele więcej niż środowiskowe plotki. Odmawiają
    rozmowy. Nawet anonimowo.

    - Mały, lokalny kościół nacięty został w sposób niemożliwy, sytuacja wygląda
    tak, jakby komuś wyjąć krzesło spod d... O takim numerze jeszcze nie słyszałem -
    komentuje jeden z nich. Urywa w pół zdania.

    Chodzi o majątek parafii ewangelicko-augsburskiej pod wezwaniem Świętej Trójcy w
    Warszawie: 8,2 tys. m kw. doskonałego terenu budowlanego w centrum miasta, jego
    wartość Kościół szacuje na 80 mln zł.

    Za połowę tej ceny nieruchomość sprzedali wynajęci przez parafię prawnicy. Na
    razie transakcja jest papierowa: są akty notarialne, kupiec, ale nie ma
    pieniędzy na kontach Kościoła.

    Proboszcz Świętej Trójcy ks. Piotr Gaś zaalarmował prokuraturę.

    Za transakcją stoi znany adwokat - kiedyś poseł PC, przyjaciel Kaczyńskich i
    Kościoła - mec. Józef Lubieniecki z Olsztyna. Według niego wszystko odbyło się
    lege artis, co więcej, z upoważnienia parafii.

    Jest jeszcze kupiec spółka Glob Tower, ulokowana w pokoju od podwórka marnej
    kamienicy, z którą kancelaria Lubienieckiego spisała akt notarialny kupna
    działek na tzw. serku wolskim.

    Szef Prokuratury Rejonowej dla Warszawy-Śródmieścia Robert Myśliński: - W
    listopadzie wszczęliśmy śledztwo. Badane są dwa wątki - potwierdzania nieprawdy
    w dokumentach, chodzi o pełnomocnictwa dla adwokatów, akty notarialne, oraz o
    oszustwo na szkodę parafii. Tyle mogę powiedzieć.

    Sprawy dyskretne w dyskrecji załatwiane

    Parafia Świętej Trójcy liczy niemal 2 tys. wiernych, w tym wielu znanych -
    prawnicy, menedżerowie, profesorowie. Jej wizytówką jest zabytkowy XVIII-wieczny
    kościół Świętej Trójcy przy pl. Małachowskiego (słynny z koncertów i nabożeństw
    ekumenicznych) oraz dom opieki Tabita w podwarszawskim Konstancinie. Dziś oba
    kwitną. Bo w parafii pojawiły się duże pieniądze.

    To wynik restytucji przejętego za PRL przedwojennego majątku Kościoła. Zaczęła
    się w połowie lat 90., odbywa się według reguł ustawy o stosunku państwa do
    Kościoła ewangelicko-augsburskiego w RP przed komisją regulacyjną przy MSWiA.

    Skala utraconych majątków plasuje polskich luteran na trzecim miejscu, za
    Gminami Wyznaniowymi Żydowskimi i Kościołem katolickim. Według danych z 2004 r.
    złożyli 1,2 tys. wniosków reprywatyzacyjnych. W znakomitej większości już
    załatwionych.

    Co najmniej od 1999 r. warszawskim luteranom pomaga mecenas Józef Lubieniecki.

    - To zamknięte środowisko, sprawy są delikatne i w dyskrecji załatwiane - mówi
    znany warszawski adwokat, też specjalista od nieruchomości i roszczeń
    reprywatyzacyjnych, ale nie kościelnych.

    Jaka była droga Lubienieckiego do tej elity?

    W orbicie Kaczyńskiego

    Olsztyńscy adwokaci mówią o nim "Żożo" (tego przydomku zakazał jednak używać
    "Gazecie"). Warszawscy pamiętają jego najlepsze karty - rok 1980, gdy jako
    sędzia zapisał się do "Solidarności". A po 13 grudnia 1981 r. przesiedział osiem
    miesięcy w obozie internowania.

    W latach 80. związał się z Kościołem katolickim. Był doradcą i syndykiem
    olsztyńskiej kurii biskupiej, wreszcie zaufanym metropolity warmińskiego abp.
    Edmunda Piszcza. To otwierało potem Lubienieckiemu wiele drzwi.

    Po 1989 r. mec. Lubieniecki zaangażował się w politykę. Z listy OKP dostał się
    do Sejmu kontraktowego. Jako poseł wstąpił do Porozumienia Centrum. - Prezes
    Kaczyński szukał ludzi związanych z hierarchią Kościoła. Na rękę były mu
    kontakty Lubienieckiego - mówi człowiek z otoczenia PC w tamtych latach.

    Za politycznymi koneksjami poszły posady państwowe. Lubieniecki był
    pełnomocnikiem likwidatora RSW Prasa Książka Ruch w Olsztyńskiem. Prywatyzował
    "Gazetę Olsztyńską", za PRL oficjalne pismo Komitetu Wojewódzkiego PZPR, był
    wiceprezesem Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa. Ponoć brano go pod uwagę
    jako kandydata na ministra sprawiedliwości w gabinecie Jana Krzysztofa Bieleckiego.

    Źródło: Gazeta Wyborcza
    www.gazetawyborcza.pl/1,75248,4949553.html
  • Gość: wr IP: *.chello.pl 22.02.08, 17:20

    "Ateista umarl.
    Porzadny byl czlowiek, ale umarl i bylo to dla niego bardzo
    traumatyczne przezycie. Tym bardziej, ze zupelnie nieoczekiwanie
    znalazl sie w piekle. Przywital go Diabel. Ateista poczul sie
    nieswojo, ale Diabel byl bardzo konkretny:
    - O, widze, zepPan u nas nowy... To ja moze oprowadze, tu jest
    panski apartament.
    Ateista patrzy, a tu pokoje na hektary, gustownie urzadzone, lózko
    wodne, baldachimy, lazienka ogromna, bidety, klimatyzacja...
    Diabel dalej ciagnie:
    - Jesli pan jest zmeczony i chce odpoczac, to prosze sie nie
    krepowac, jesli pan jednak sobie zyczy, to oprowadze Pana...
    Ida, a widoki przed nimi bardzo intrygujace, dyskretny luksus,
    przyjemna muzyka, piekne kobiety, tu ktos maluje obrazy, tam ktos
    cwiczy gimnastyke, przeszli kolo olimpijskiego basenu, silowni,
    dalej restauracje, drink bary...
    Ateista zaczyna sie czuc dziwnie, ida dalej. Nagle dotarli do
    pomieszczenia przegrodzonego sciana z bardzo grubego szkla
    pancernego.
    Za szklem - tortury, diably smaza jakichs nieszczesników w kotlach z
    wrzaca smola, innych rozciagaja, cwiartuja, wypruwaja im flaki.
    Szyba tlumi dzwieki, ale przez skóre czuc, ze nieszczesnicy musza
    krzyczec wnieboglosy, na ich twarzach maluje sie niewypowiedziane
    cierpienie. Ohyda, cos przerazliwego. Ateista poczul sie wielce
    nieswojo, patrzy na te scene za szyba, patrzy, zaczyna nerwowo
    drapac sie po glowie i zezowac na diabla... Diabel wyczul sytuacje,
    macha reka i mówi:
    - ...a wie pan, tym to sie prosze zupelnie nie przejmowac, to
    chrzescijanie oni sobie cos takiego wymyslili..."

    z :"palnick 1"
  • Gość: kazik IP: *.mammothnetworks.com 22.02.08, 20:46
    czy pieklo naprawde jest,mozna dowiedziec sie z Biblii.i to w bardzo
    prosty i zrozumialy sposob dla kazdego szczerego czlowieka.nie tak,
    jak to okresla tzw.chrzescijanstwo,ale tak jak uczy prawdziwy
    chrystianizm oparty na Slowie Bozym,Biblii[listem Bozym do ludzkosci]
  • Gość: lr IP: *.chello.pl 03.03.08, 10:15
    Glemp: to kłamstwa - nie było układu z SB
    Prymas Józef Glemp
    AFP

    "Dziennik": - Jako prymas i ówczesny przewodniczący Episkopatu z całą powagą
    mogę powiedzieć, że przy Okrągłym Stole absolutnie nie było żadnego układu z
    komunistami - mówi prymas Józef Glemp, odpowiadając na pytanie czy Episkopat
    poparł Okrągły Stół w zamian za zniszczenie akt SB dotyczących księży.
    I dodaje: - To są kłamstwa i bzdury. Kościół wysłał dwóch przedstawicieli na
    obrady Okrągłego Stołu. Uważam, że był to słuszny sposób na zmianę ustroju bez
    rozlewu krwi. To, że komuniści wyszli na tej przemianie bardzo dobrze
    ekonomicznie i nie zostali rozliczeni, jest ceną, jaką zapłaciliśmy za
    ewolucyjną zmianę ustroju. O żadnych teczkach nie było mowy, najlepszy dowód, że
    ich nie zniszczono.

    Prymas porusza także inne kwestie, w tym in vitro i temat państwa wyznaniowego:
    - Czym innym jest doktryna Kościoła i wynikające z niej przykazania, które
    obowiązują wierzących, a czym innym prawo państwowe, które obowiązuje wszystkich
    obywateli. Państwo jest niezależne i Kościół nie narzuca mu żadnych rozwiązań,
    choć ma prawo wypowiadać się na tematy społeczne - ukazywać je w perspektywie
    swojego nauczania. W Polsce za grzech nie idzie się do więzienia, chyba że ten
    grzech ma wymiar społeczny i jest ujęty w prawie cywilnym jako przestępstwo. My
    nie chcemy państwa wyznaniowego - mówi prymas. Z kolei obecność Polski w UE
    ocenia "zdecydowanie pozytywnie". - Wiadomo było, że pewne problemy będą, ale
    lepiej, że je rozwiązujemy, będąc członkiem tej wspólnoty. Owszem, musieliśmy
    nieco pomniejszyć naszą suwerenność, ale jednocześnie zyskaliśmy większy wpływ
    na losy Europy, a nawet świata. Dzięki obecności w Unii możemy zrobić dużo
    dobrego, np. przekonywać, że wolność musi być realizowana w odniesieniu do
    prawdy i sprawiedliwości.

    "Dziennik" 03.03.2008
  • Gość: Alfa IP: *.chello.pl 03.03.08, 19:11
  • TW "Kamil" i doktorat dla kardynała
    Szykuje się kolejna przykra afera lustracyjna w polskim Kościele
    Jak wynika z publikacji IPN – długoletnim współpracownikiem SB był ks. prof.
    Cyprian Rogowski, członek Rady Naukowej Episkopatu i dziekan Wydziału Teologii
    Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego.
    REKLAMA Czytaj dalej

    W czerwcu z rąk domniemanego TW "Kamila" doktorat honoris causa
    warmińsko-mazurskiej uczelni odbierać ma sam kardynał Stanisław Dziwisz.

    Fakt kolaboracji ks. prof. Rogowskiego ze służbami bezpieczeństwa ujawnił 19
    lutego lokalny miesięcznik "Debata", założony i redagowany przez byłych
    działaczy antykomunistycznego podziemia. Paweł Warot – historyk z olsztyńskiego
    oddziału IPN – opisał w nim karierę TW "Kamila", który podjął współpracę z
    aparatem bezpieczeństwa jako zwykły wikary (w 1982 r.), a skończył ją jako
    obiecujący naukowiec. Według materiałów cytowanych przez autora – "Kamil", czyli
    ks. Rogowski, przez lata sumiennie informował SB o poczynaniach innych
    duchownych (w tym swojego biskupa oraz księży niemieckich), stanowiąc dla służb
    PRL niezwykle cenne źródło informacji.

    Zaangażowanie to przybierało nieraz formy makabreski. W listopadzie 1984 r. –
    tuż po zabójstwie ks. Popiełuszki, gdy większość uwikłanych we współpracę księży
    zrywała kontakty z SB – olsztyński agent bez emocji opowiadał bezpiece o
    "dyskusjach, przewidywaniach i różnych przypuszczeniach wśród kleru" na temat
    morderstwa ks. Jerzego. Rok później ks. Rogowski miał mówić otwarcie, że "z
    utęsknieniem" czeka na śmierć biskupa Obłąka, który utrudnia mu wyjazd za
    granicę w celach naukowych.

    Teolog kontra IPN

    Następnego dnia po publikacji artykułu jego bohater podał historyka IPN do sądu.
    Zdaniem ks. prof. Rogowskiego – zawarte w materiałach IPN informacje na jego
    temat są nieprawdziwe, a same dokumenty zostały sfabrykowane przez służbę
    bezpieczeństwa.

    – To haniebne, by mnie, człowieka, który jest patriotą, oskarżać o takie rzeczy
    – oburza się dziekan. – Dziwię się, że to, co pan Warot wypisał o mnie w tym
    szmatławcu, bierze się w ogóle na poważnie. Jak można wydawać na kogoś wyrok na
    podstawie esbeckich papierów?! Nie mam dziś innego wyjścia, muszę bronić swoich
    praw w sądzie.

    Paweł Warot nie jest zdziwiony reakcją ks. prof. Rogowskiego, gdyż ten już w
    zeszłym roku publikował na uczelni oświadczenia, w których groził sądem każdemu,
    kto oskarży go o współpracę z SB. Plotki o agenturalnej przeszłości dziekana
    wydziału teologii krążyły już bowiem w środowisku akademickim od dawna –
    podobnie zresztą jak w Kościele, co potwierdził w rozmowie z "GP" ks. Tadeusz
    Isakowicz-Zaleski. Historyk IPN nie obawia się jednak niekorzystnego wyroku
    sądowego, choć sam proces uważa za nonsens:

    – Niech ks. prof. Rogowski formułuje zarzuty wobec funkcjonariuszy SB, skoro
    jego zdaniem przez osiem lat fałszowali dokumenty. Ja jestem pewien, że
    materiały są autentyczne. Dokumenty "Kamila" tworzyło 12 osób, a pamiętajmy, że
    w latach 80. ks. Rogowski był niewiele znaczącym wikarym. Gdyby dokumenty
    "Kamila" były sfabrykowane, ich fałszowaniem zajmowałyby się m.in. takie osoby
    jak naczelnik Wydziału III Departamentu I MSW Eugeniusz Spyra czy zastępca
    dyrektora Departamentu I MSW Czesław Jackowski. Rodzi się pytanie: po co mieliby
    to robić?

    Kuria wiedziała od roku

    Autor publikacji to niejedyna osoba, której grozi proces za ujawnienie
    dokumentów "Kamila". "GP" dowiedziała się, że ks. prof. Rogowski straszył sądem
    rektora UWM – prof. Ryszarda Góreckiego, znanego z prolustracyjnych poglądów (w
    2007 r. jako jeden z niewielu rektorów nie przyłączył się do nagonki na ustawę
    PiS). Rektor Górecki słyszał co prawda przed publikacją o sprawie TW "Kamila" i
    nigdy nie ukrywał swych dążeń do "dekomunizacji" uczelni, ale podejmowaniu
    działań na szkodę ks. prof. Rogowskiego zdecydowanie zaprzecza:

    – Ksiądz dziekan oskarżył mnie, że IPN, nie wiedzieć czemu, pracuje na moje
    zlecenie. To absurdalne i zarazem bardzo przykre. Jeśli chodzi o samą
    publikację, nie mam niestety podstaw prawnych, by wyciągać konsekwencje wobec
    ks. prof. Rogowskiego jako pracownika uczelni. Uważam jednak, że problem
    "Kamila" jest na tyle istotny, że powinien zająć się nim Kościół.

    Racja, ale czy sprawa tak ważnego agenta (według IPN "Kamil" współpracował także
    z wywiadem PRL) faktycznie stanie się przedmiotem zainteresowania hierarchii?
    Czy domniemanemu TW "Kamilowi" pozwoli się w imieniu rektora i
    duchownych-intelektualistów wręczać w czerwcu honorowy doktorat kardynałowi
    Dziwiszowi? "GP" dotarła do informacji, że warmińska kuria metropolitalna już od
    roku wiedziała o dokumentach dotyczących niejasnej przeszłości ks. prof.
    Cypriana Rogowskiego, jednak nie podjęła w tej kwestii żadnych działań. Biskup
    Jacek Jezierski przyznaje, że o TW "Kamilu" słyszano w kurii, lecz zaraz potem
    dodaje:

    – Obowiązuje nas memoriał Episkopatu, który mówi, że jeśli ktoś uwikłał się w
    takie kontakty, to powinien się do tego po prostu przyznać. Jeśli komuś zostanie
    udowodniona współpraca, a ten ktoś skłamie, to kodeks prawa kanonicznego
    przewiduje pewne sankcje za nielojalność wobec władzy kościelnej. Co do ks.
    prof. Rogowskiego, należy go najpierw wysłuchać i poczekać na kolejne dokumenty.

    TW "Kamil" i kardynał Dziwisz

    Jeden z bardziej znanych profesorów UWM, zastrzegający anonimowość, obawia się
    jednak, że zbyt długie "oczekiwanie" może skończyć się kompromitacją i dla
    uczelni, i dla Kościoła. Chodzi oczywiście o zapowiadaną na czerwiec wizytę
    kardynała Stanisława Dziwisza. Ks. prof. Rogowski jest bowiem nie tylko
    dziekanem Wydziału Teologii UWM (do sierpnia 2008 r.), ale i członkiem Rady
    Naukowej Episkopatu.

    – Bezpośredni udział księdza dziekana we wręczaniu doktoratu kardynałowi byłby
    skandalem. Osoba, którą obciążają tak poważne dowody, nawet dla dobra wiernych
    powinna do wyjaśnienia sprawy na pewien czas usunąć się w cień. Inaczej po raz
    kolejny Kościół będzie świadkiem zawstydzającego spektaklu z dawnym TW w roli
    głównej – uważa nasz rozmówca.
  • Gość: z IP: *.chello.pl 05.03.08, 18:36


    Czy gdańska kuria ma materiały SB?


    Piotr Piotrowski, Marek Sterlingow

    Listy tajnych współpracowników SB wśród księży znajdują się w gdańskiej kurii?
    Krzysztof Wyszkowski, działacz gdańskiej opozycji lat 80., uważa, że to fakt i
    IPN powinien domagać się zwrotu tej dokumentacji od duchownych

    Wyszkowski twierdzi, że kuria posiada materiały dotyczące agentów SB
    działających na terenie dwóch diecezji: gdańskiej i chełmińskiej. - Przekazano
    je za czasów Okrągłego Stołu i później prezydentury Lecha Wałęsy - mówi
    Wyszkowski. - Dość zmowy milczenia w tej sprawie.

    Były sekretarz redakcji "Tygodnika Solidarność" złożył wniosek w tej sprawie do
    gdańskiego oddziału IPN już w listopadzie ub. r. Teraz skontaktował się z
    mediami. - Przez kilka miesięcy próbowałem się spotkać w tej sprawie z abp.
    Gocłowskim - mówi. - Kiedy się to nie udało, postanowiłem sprawę upublicznić.
    Uważam, że Kościół powinien sam rozpocząć proces autolustracji. Chodzi przede
    wszystkim o zdemaskowanie agentury wśród biskupów, a potem duchowieństwa
    niższego szczebla.

    Według Wyszkowskiego dokumenty powinny znajdować się w siedzibie kurii
    metropolitalnej w Gdańsku Oliwie.

    Abp Tadeusz Gocłowski nie przypomina sobie, żeby otrzymał takie dokumenty. - Nie
    pamiętam. Osobiście jestem przekonany, że to nie nastąpiło. Być może, zostało to
    przekazane kurii, czyli wikariuszowi generalnemu, ale też nie sądzę, żeby tak
    się stało, to sprawa zbyt poważna, żebym o niej nie wiedział.

    Metropolita gdański jest zaskoczony wnioskiem gdańskiego opozycjonisty. - Nie
    zamierzam zajmować się tymi problemami, od tego jest IPN - powiedział "Gazecie"
    arcybiskup. - Mam jednak wrażenie, że Polska ulega w ostatnich dniach
    niezrozumiałej histerii związanej z teczkami bezpieki.

    Wniosek Wyszkowskiego do IPN ma związek z innym jego wnioskiem do gdańskiego
    oddziału IPN: o wszczęcie śledztwa w sprawie współudziału funkcjonariuszy i
    agentów gdańskiej SB w próbie uprowadzenia ks. Jerzego Popiełuszki 13
    października 1984 r. oraz jego porwania 19 października 1984 r., zakończonego
    zabójstwem. Zdaniem Wyszkowskiego w 1984 r. podczas procesu toruńskiego sprawców
    zabójstwa ks. Popiełuszki ujawnione zostały liczne fakty wskazujące na to, że
    zbrodnia była prowokacją mającą obciążyć gdańskie podziemie "Solidarności".

    Materiały gdański IPN przekazał już do katowickiego oddziału instytutu, który
    prowadzi śledztwo w obu sprawach.
  • Gość: w IP: *.chello.pl 10.03.08, 08:48

    "Gazeta Wyborcza": Wstrząsający reportaż o tym jak Kościół katolicki ukrywał
    aferę pedofilską zamieszcza gazeta w swym dodatku "Duży Format". O molestowaniu
    dzieci przez ks. Andrzeja, założyciela i dyrektora ogniska dla trudnej młodzieży
    w Szczecinie, wiedziało trzech biskupów i wielu księży. Latami straszna prawda
    nie mogła zostać ujawniona.
    Chłopcy zwierzyli się wychowawcom, oni zaś w 1995 r. poinformowali bp.
    Stanisława Stefanka, któremu podlegała oświata w archidiecezji. Hierarcha nie
    uznał ich relacji za wiarygodne. Nie porozmawiał z żadnym z poszkodowanych.

    Grzesznik w Kościele - zobacz materiał w Onet.tv Rozgoryczeni wychowawcy
    poprosili o pomoc dwóch zakonników. Przyjął ich abp Marian Przykucki. -
    Powiedział, że boleje nad sprawą i pomoże w rozwiązaniu, wspomina jeden z
    zakonników. Ale arcybiskup zaufał osądowi bp. Stefanka i nie kazał sprawy dalej
    badać. Wprawdzie odsunął ks. Andrzeja od pracy w ognisku, ale wiosną 1996 r.
    powierzył mu nadzór nad szkołami katolickimi w Szczecinie. Potem ks. Andrzej
    kierował Liceum Katolickim w Szczecinie, przewodniczył Stowarzyszeniu Szkół
    Katolickich.

    Wychowawcy nie dali za wygraną. W 2003 r. ich zeznania i relacje ofiar spisał
    dominikanin Marcin Mogielski. Jego zwierzchnik o. Maciej Zięba przekazał je
    obecnemu arcybiskupowi szczecińsko- kamieńskiemu Zygmuntowi Kamińskiemu.
    Metropolita zajął się sprawą dopiero, gdy wychowawcy zasugerowali, że pójdą do
    prokuratury. Sąd biskupi przesłuchał tylko dwóch pokrzywdzonych. Ks. Andrzej
    został odsunięty od oświaty dopiero w 2007 r.

    Czterej chłopcy, którzy go oskarżyli, są już dorośli. Ryszard próbuje ułożyć
    sobie życie: - Ale każde wspomnienie o ks. Andrzeju cofa mnie z tej drogi. Eryk
    wyjechał z Polski. Mówi, że połowa duszy mu umarła, a pustka po niej boli w
    rozdzierający sposób.

    Postępowanie przed sądem biskupim ma zakończyć się w połowie roku. Ks. Andrzej
    zaprzecza: - w życiu takich rzeczy nie robiłem. Chce odzyskać nadzór nad
    diecezjalnym szkolnictwem."
  • Gość: er IP: *.chello.pl 11.03.08, 17:51
  • Gość: er IP: *.chello.pl 11.03.08, 18:25

    "Jarosław Kaczyński udzielił PiS-owemu portalowi obszernego wywiadu. Nie, nie
    czytałem całego, ale polecam zwrócić uwagę na fragment dotyczący ułatwienia
    głosowania w wyborach. Akurat w poprzednim wpisie wspomniałem o e-votingu.
    Jarosław Kaczyński mówi o internautach i stwierdza co następuje:

    "Osobiście nie jestem zwolennikiem zmuszania ludzi do brania udziału w wyborach
    ani też znacznych ułatwień jeśli chodzi o oddawanie głosu. Akt głosowania
    powinien być według mnie czynnością poważną, świadomą, wymagającą pewnej fatygi.
    Nie jestem entuzjastą tego, żeby sobie młody człowiek siedział przed komputerem,
    oglądał filmiki, pornografię, pociągał z butelki z piwem i zagłosował, gdy mu
    przyjdzie na to ochota. Zwolennicy głosowania przez Internet chcą tę powagę
    odebrać. Dlaczego? Wiadomo, kto ma przewagę w Internecie i kto się nim
    posługuje. Tą grupą najłatwiej manipulować, sugerować na kogo ma zagłosować."

    Wiem, że może nie warto odnosić się do tego typu kwiatków i lepiej puścić je
    mimo monitora. Mówi to jednak gość szefujący największej partii opozycyjnej, a
    znając chwiejność i "wahadłowość" przekonań polskiego elektoratu być może
    ponownie przyszły premier. Co zrobić? Rozłożyć ręce? To być może nic nie
    znaczące słowa. Internetu ogarnąć się nie da. Zerkam na USA. To co się dzieje w
    sieci wokół kampanii Baracka Obamy (a wcześniej Rona Paula) to czystej wody
    obywatelski, oddolny ruch. Ludzie masowo blogują, organizują spotkania, zbierają
    pieniądze. Nikt nie zastanawia się nawet, czy na co dzień oglądają porno w sieci
    pijąc przy tym piwo i paląc jointa. Internet tak wrył się w krajobraz kampanii w
    USA, że z ust analityków padają nawet porównania Hillary Clinton do PC, a
    Baracka Obamy do Mac'a. Nie mówiąc o pytaniach od internautów podczas debat.

    Ciekawe co zrobiłby Jarosław Kaczyński, gdyby taki młody internauta zadał mu
    pytanie o wybory przez sieć? Chciałby się upewnić, czy na biurku nie stoi puszka
    browaru, a w osobnym oknie przeglądarki nie ma odpalonego Youporn'a?

    Ciekawe z punktu widzenia PR jest użycie tych słów właśnie w wywiadzie dla
    portalu. Gdyby padły w "Dzienniku", albo w "Rzepie", to jeszcze mógłbym się
    uśmiechnąć pod nosem. Ale opowiadanie takich głupot o internautach w internecie
    to bardzo ciekawe zagadnienie. Te słowa to zresztą kolejny dowód, że politycy
    trzęsą portkami przed internautami. Ich znaczenie należy odczytywać dokładnie
    odwrotnie, niż to wynika z treści. Jeżeli Kaczyński stwierdza, że "wiadomo, kto
    ma przewagę w internecie", to nie znaczy, że internauci są z układu, ale że nie
    bardzo (socjotechnicznie) da się ogarnąć tę pozornie rozproszoną grupę ludzi. Z
    kolei słowa, że "tą grupą najłatwiej manipulować" znaczą mniej więcej tyle, że
    jest najmniej podatna na jakiekolwiek manipulacje. Trzeba ją zatem maksymalnie
    zmarginalizować.

    Politycy nie poczuli tak naprawdę co potrafią internauci. Oddolne ruchy
    polityczne czy społeczne są na pewno przed nami. Dziennikarstwo obywatelskie
    daje możliwość szybkiego informowania o wszelkich projektach. Pozwala także
    bezlitośnie punktować wpadki i wyszukiwać problemy. Bez owijania w
    przeintelektualizowaną czasami bawełnę obecną w prasie. Pozwala na konkret, a
    tego jak ognia boją się politycy. A już całkowicie odkładając na bok osobisty
    stosunek Kaczyńskiego do internautów, jasnym jest, że walczy po prostu o
    utrzymanie poparcia. Według badań e-voting spowodowałby znaczny wzrost
    procentowego udziału w wyborach. Należy założyć, że nie przełożyłby się on
    raczej na poparcie dla PiS. Przechodząc nad tym jednak do porządku dziennego,
    nigdy nie wprowadzimy więcej e-państwa w państwie. Wszelkiej maści urzędnicy nie
    dopuszczą do rejestracji firmy w sieci (jak to ma miejsce np. w Szkocji). Lobby
    Urzędów Skarbowych też raczej nie ucieszy się z uproszczenia rozliczenia PIT do
    krótkiego formularza, gdzie wszelkie wyliczenia wykonywane są online, a cały
    proces składania zeznania podatkowego to kwestia kilku minut.

    Na takich uproszczeniach zależy za to internautom. To oni muszą rozpocząć debatę
    na te tematy pisząc na blogach i serwisach dziennikarstwa obywatelskiego. Więc
    piszmy."

    Ireporter.blox.pl , 08.o3.2008 ,matesky
  • photofile.name/photo/fishki_net/3509878/75921906.jpg
    --
    Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
  • Wiedziało o tym wielu księży, trzech biskupów. Latami straszna prawda nie mogła
    zostać ujawniona - reportaż o tym jak kościół katolicki ukrywał aferę pedofilską
    w Szczecinie w poniedziałek w Gazecie Wyborczej (dodatek Duży Format).

    Ksiądz Andrzej, dyrektor ogniska dla trudnej młodzieży w Szczecinie, obwiniany o
    pedofilię. Ludzie, którzy domagali się ustalenia prawdy, przez 13 lat słyszeli:
    nie działajcie na szkodę Kościoła.

    "Przyszedłem do ogniska w 1992 r. Miałem 15 lat. Ks. Andrzej zaprosił mnie do
    pokoju. Zaczął mnie obmacywać, dotykać po genitaliach, nakłaniał, żebym ja też
    go dotykał (nie zrobiłem tego, leżałem bezsilnie). Doprowadził mnie do orgazmu.
    Kiedy wstałem, kazał siebie uderzyć, bo mnie skrzywdził". To jedno z wyznań
    podopiecznych Ogniska św. Brata Alberta w Szczecinie. Sprawcą wykorzystywania
    miał być ks. Andrzej, założyciel i wtedy dyrektor ogniska. Chłopcy zwierzyli się
    wychowawcom, oni zaś w 1995 r. poinformowali bp. Stanisława Stefanka, któremu
    podlegała oświata w archidiecezji. Nie uznał ich relacji za wiarygodne. Nie
    porozmawiał z żadnym z chłopców.


    - Nie miałem takiego zlecenia od księdza arcybiskupa - mówi nam bp Stefanek,
    dziś ordynariusz łomżyński. Rozgoryczeni wychowawcy poprosili o pomoc dwóch
    zakonników. Przyjął ich zwierzchnik Stefanka abp Marian Przykucki. - Powiedział,
    że boleje nad sprawą i pomoże w rozwiązaniu - wspomina jeden z zakonników.

    Wychowanek ogniska: Umarło mi pół duszy

    Ale arcybiskup zaufał osądowi bp. Stefanka i nie kazał sprawy dalej badać.
    Odsunął ks. Andrzeja od pracy w ognisku, ale wiosną 1996 r. powierzył mu nadzór
    nad szkołami katolickimi w Szczecinie. Potem ks. Andrzej kierował Liceum
    Katolickim w Szczecinie, przewodniczył Stowarzyszeniu Szkół Katolickich.
    Wychowawcy nie dali za wygraną. W 2003 r. ich zeznania i relacje ofiar spisał
    dominikanin Marcin Mogielski. Jego zwierzchnik o. Maciej Zięba przekazał je
    obecnemu arcybiskupowi szczecińsko-kamieńskiemu Zygmuntowi Kamińskiemu.
    Metropolita zajął się sprawą dopiero, gdy wychowawcy zasugerowali, że pójdą do
    prokuratury. Sąd biskupi przesłuchał tylko dwóch pokrzywdzonych. Ks. Andrzej
    został odsunięty od oświaty dopiero w 2007 r. Mówi nam, że naciskał na to
    senator Jarosław Gowin (dziś poseł PO).

    Ks. Andrzej: - W życiu takich rzeczy nie robiłem. Chce odzyskać nadzór nad
    diecezjalnym szkolnictwem.

    Czterej chłopcy, którzy go oskarżyli, są już dorośli. Ryszard próbuje ułożyć
    sobie życie: - Ale każde wspomnienie o ks. Andrzeju cofa mnie z tej drogi. Eryk
    wyjechał z Polski. Mówi, że połowa duszy mu umarła, a pustka po niej boli w
    rozdzierający sposób. Postępowanie przed sądem biskupim ma zakończyć się w
    połowie roku.

    Ojciec Mogielski: Nikt nie chciał słuchać ofiar

    - Szczęść Boże. Nazywam się Marcin Mogielski. Jestem dominikaninem. To ja w 2003
    r. spisałem świadectwa wykorzystywania seksualnego wychowanków Ogniska św. Brata
    Alberta. Zrobiłem to, by przedstawić je abp. Kamińskiemu, metropolicie
    szczecińsko-kamieńskiemu. Nie miałem wątpliwości, że postępuję słusznie.
    Dlaczego? Odpowiem tak jak arcybiskupowi, który pytał, jakim prawem prowadzę
    śledztwo w jego diecezji: prawem miłości bliźniego i wierności Ewangelii. Od
    1991 r. ognisko miało nieść pomoc młodzieży z rodzin patologicznych. Dla wielu
    młodych miało stać się namiastką domu. Obiecałem im, że doprowadzę sprawę do końca.

    Ten, kto nigdy nie został zbrukany, może mieć tylko mętne pojęcie o takim
    dramacie. Ale ja zbrukany zostałem. Miałem 18 lat. Czułem wstyd i upokorzenie.
    Odrazę do samego siebie, do swojego ciała, tak jakbym to ja zrobił coś złego.
    Dlatego nie byłem w stanie włączyć się od początku w pomoc chłopcom z ogniska.
    Nie byłem gotów stanąć przed nimi i wysłuchać opowieści o koszmarach, których i
    ja doświadczyłem. Gdy wreszcie zacząłem działać w imieniu skrzywdzonych, szybko
    stałem się celem ataku. Użyto wiedzy, że byłem wykorzystany seksualnie.

    Jestem duszpasterzem akademickim w Warszawie. Nie wiem, jak moje wyznanie
    przyjmą ludzie, którym niosę Słowo Boże. Wybaczcie. Musiałem to wszystko
    powiedzieć, bo w tak dramatycznych sytuacjach porządny człowiek nie może udawać,
    że nic się nie stało. I nie ma tu nic do rzeczy wiara, pozycja, zasługi dla
    Kościoła, dla społeczeństwa. Wystarczy ludzki odruch - pochyl się nad cierpieniem.

    Wierzyłem, że abp Kamiński wszystko wyjaśni. Przed nim zadania nie podjął jego
    poprzednik - abp Przykucki i bp Stefanek. Nikt nie chciał słuchać ofiar, nikt
    nie próbował im pomóc. A ludziom, którzy dążyli do wyjaśnienia sprawy,
    powtarzano: nie działajcie na szkodę Kościoła - mówi Gazecie Wyborczej
    dominikanin Marcin Mogielski.

    Reportaż o strasznej historii ze Szczecina w poniedziałek w Gazecie Wyborczej.
    (Roman Daszczyński, Paweł Wiejas)
    ***

    Jeżeli znacie inne historie zamiatane przez Kościół pod dywan, piszcie do nas:
    grzechwkosciele@gazeta.pl
    Źródło: Gazeta Wyborcza
    www.gazetawyborcza.pl/1,76842,5004980.html
    (Video do wglądu)
    --
    Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
    (Montesquieu)
  • Metropolita lubelski abp Życiński przyznał dziś, że docierały do niego
    oskarżenia wobec księży o molestowanie seksualne.

    Odniósł się w ten sposób do ujawnionej w poniedziałek przez "Gazetę Wyborczą”
    afery pedofilskiej w Szczecinie, w którą zamieszany był ks. Andrzej, założyciel
    i dyrektor ogniska dla trudnej młodzieży. O sprawie przez 13 lat miało wiedzieć
    trzech biskupów i wielu księży.

    - Miałem dwa czy trzy przypadki, gdzie kierowano do mnie oskarżenia o działania
    konkretnych księży, podjęliśmy działania natychmiastowe i okazało się, że
    oskarżenia były bezpodstawne - powiedział metropolita lubelski Józef Życiński.

    - Miałem także sytuacje, gdy formułowane oskarżenia potwierdziły się i szybkie
    działanie wykluczyło atmosferę sensacji wokół tego. Ale nie wiem, czy
    obowiązkiem było wtedy nagłaśniać i informować o każdym szczególe. Naszym celem
    jest ochrona godności każdego człowieka i troska o elementarną sprawiedliwość.
    Natomiast tworzenie klimatu sensacji, skandalu jest już czymś, co nie mieści się
    w zadaniach Kościoła.

    "- Obowiązkiem biskupa nie jest występować w roli pomocnika czy asystenta
    prokuratora, ale dawać świadectwo prawdzie i uczciwości." (PAP, MAG)
    www.dziennikwschodni.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20080312/LUBLIN/579682331
    --
    Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
  • forum.gazeta.pl/forum/0,62489,1540823.html?f=62&w=77038098&a=77046077&rep=1
    --
    Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
    (Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
  • Półtora roku więzienia w zawieszeniu i dwa lata bez prawa jazdy - to
    wyrok dla ks. Józefa G., który samochodem wjechał w grupę ludzi
    modlących się w nabożeństwie Drogi Krzyżowej.
    Wypadek wydarzył się w Turośni Kościelnej, niedaleko Białegostoku.
    Polonez 76-letniego duchownego uderzył w modlących się przy jednej z
    ustawionych wzdłuż ulicy stacji Drogi Krzyżowej. Rannych zostało
    dziesięć osób, osiem karetką odjechało do szpitala. Kapłan tłumaczył
    się, że oślepiło go zachodzące słońce. Prokuratura zarzuciła mu
    spowodowanie katastrofy drogowej. Ksiądz przyznał się do winy i
    złożył wniosek o dobrowolne poddanie się karze.

    Wczoraj białostocki sąd rejonowy ją zatwierdził: półtora roku
    więzienia w zawieszeniu na dwa lata, odebranie prawa jazdy na dwa
    lata (liczone od czerwca) i wypłacenie dwóm poszkodowanym
    odszkodowania w łącznej kwocie 2,3 tys. zł. Wiadomo, że inne
    poszkodowane osoby zadośćuczynienia będą dochodzić na drodze
    cywilnej.
    Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok
    miasta.gazeta.pl/bialystok/1,85994,5039995.html
    --
    Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
    (Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
  • I znowu stare piękne święto zostało przesłonione katolickim. Na jajkach -
    symbolach życia - "pisze się" wizerunki importowanych świętych...

    Święto Jare (21 Marzec - pierwszy dzień wiosny) poświęcone było szczególnie
    Matce Ziemi i narodzinom nowego życia po mroźnej zimie, a także bogu Rodowi. W
    święto to malowano pisanki - jajka, które były słowiańskim symbolem wiosennego
    odrodzenia się życia.

    Towarzyszące mu obrzędy magiczne miały wnosić do domostw energię i radość życia
    oraz zapewnić dobry urodzaj i powodzenie na cały rozpoczynający się wiosną rok.
    Najbardziej powszechnym i znanym zwyczajem było (symbolizujące przepędzenie
    zimy) topienie lub spalenie słomianej kukły, zwanej Marzanną (kukły
    przedstawiającej boginię, którą w rytualny sposób palono, topiono, w
    czasie wiosennego Święta Jarego, aby przywołać wiosnę).

    Kukłę wykonywano ze słomy, owijano białym płótnem, zdobiono wstążkami i
    koralami. Tradycja nakazywała, aby dziecięcy orszak z Marzanną i zielonymi
    gałązkami jałowca w dłoniach, obszedł wszystkie domy we wsi. Po drodze
    podtapiano Marzannę w każdej wodzie, jaka się nadarzyła. Wieczorem kukłę
    przejmowała młodzież. W świetle zapalonych gałązek jałowca wyprowadzano Marzannę
    ze wsi, podpalano i wrzucano do wody.

    Zazwyczaj czyniono to przy szczególnym wszczynaniu hałasu – trzaskaniu z batów,
    terkocie i klekocie wszelkich grzechotek, śpiewie i grze na wszelkiego rodzaju
    instrumentach. Z topieniem "Śmiercichy", również obecnie, związane są różne
    przesądy: nie wolno dotknąć pływającej w wodzie kukły, bo grozi to uschnięciem
    ręki, obejrzenie się za siebie w drodze powrotnej może spowodować chorobę, a
    potknięcie i upadek - śmierć w ciągu najbliższego roku.

    Również i w tym przypadku nie obyło się z podejmowanymi próbami zakazania tego
    starosłowiańskiego zwyczaju, czego pierwsze wyraźne wzmianki odnajdujemy w 1420
    roku na Synodzie Poznańskim. Rodzima tradycja okazała się jednak silniejsza. W
    konsekwencji na przełomie XVII/XVIII wieku próbowano tradycje topienia Marzanny
    zastąpić (w dzień środy przed wielkanocnej) zrzucaniem z wieży kościelnej kukły
    symbolizującej Judasza, co również zakończyło się niepowodzeniem.

    Po rytualnym symbolicznym przepędzeniu zimy, przychodziła kolej na powitanie i
    przyjęcie wiosny. Na wzgórzach mężczyźni rozpalali ogniska mające dodatkowo
    przyspieszyć oczekiwane przyjście wiosny i słonecznych dni. Młodzi wyruszali na
    łąki i do lasu w poszukiwaniu wierzbowych i leszczynowych witek pokrytych pąkami
    bazi, z których następnie "budowali" wiechy. Sprzątano i wietrzono całe domostwa
    oraz tzw. obejście, prano i szykowano świeże odzienie, pieczono placki a
    szczególnie wiosenne kołacze. Najważniejsze było jednak malowanie
    jajek - prasłowiański symbol życia, płodności i magicznej siły witalnej.

    Pisanka była bowiem szczególnym elementem magicznych obrzędów mogących zapewnić
    zdrowie i dorodność nie tylko domownikom ale i zwierzętom gospodarczym – w tym
    celu zwykło się nimi pocierać chore miejsca lub toczyć po grzbietach zwierząt.

    Dla przepędzenia złych mocy, po zakończeniu wszelkich (mogących trwać nawet
    kilka dni) przygotowań do właściwego święta, w wieczór przedświąteczny
    obchodzono całe gospodarstwo i ziołami okadzano każdy jego zakątek.

    Nazajutrz obchodzono Śmigus - rytuał który początkowo polegał na uderzaniu się
    nawzajem rozkwitłymi witkami wierzbowymi, baziami. Wierzono, iż pozwala wygonić
    to tzw. złe, oczyszcza człowieka i daje mu siłę. Kulminacją Święta Jarego były
    zazwyczaj urządzane na świętych wzgórzach uroczyste uczty podczas których
    obdarowywano się kraszankami oraz igrzyska połączone ze śpiewem i tańcem.

    W pewnych regionach resztki jadła z tych uczt zakopywano w miedzach, celem
    zwiększenia płodności ziemi. Następny dzień rozpoczynano od obmywania się w
    świętej wodzie (z czasem rytuał ów przekształcił się w przedpołudniowy zwyczaj
    oblewania się zimną wodą zwany Dyngusem), co miało moc dodawania ludziom siły
    życiowej analogicznie tak, jak deszcz daje tę siłę roślinom (w jeszcze
    późniejszym okresie Śmigus i Dyngus połączono w jeden zwyczaj zwany dziś
    powszechnie Śmigusem Dyngusem a ostatnio Lanym Poniedziałkiem).
    Wieczorem tego dnia udawano się na mogiły przodków, gdzie wspominano zmarłych i
    pozostawiano dla nich jadło.

    Ostatnim rytuałem był zwyczaj sadzenia młodych drzewek, w korzeniach których
    zakopywano kawałki świątecznego kołacza.

    W pewnych regionach dodatkowo urządzano barwne pochody zwierząt i ludzi
    przebranych za zwierzęta. Pewnego nawiązania do tej starej tradycji można
    doszukiwać się dzisiaj w mszy dla zwierząt, choć odprawianej w okresach
    oderwanych od tej tradycji. Szły też w nich dziewczęta w brzozowych wiankach i
    młodzieńcy niosący palmy. Korowód zamykali muzykanci, którzy hałasowali głośno,
    żeby wywołać burzę, deszcz i pioruny - pierwsza wiosenna burza była bowiem
    postrzegana jako akt miłosny Peruna z Ziemią (dopiero po pierwszym grzmocie
    można było rozpoczynać wszelkie prace związane z uprawą roli).
    W szczególnych przypadkach czarnym i białym wołem orano zarys wioski, co miało
    dodatkowo chronić jej mieszkańców przed złymi mocami.

    Wiele wskazuje na to, że również nasza Bogurodzica - jako utwór hymniczny -
    bliższa jest starym tradycjom kręgu bizantyjsko-słowiańskiego, niż przesuwanego
    okresu jej powstania na wiek XII.

    Praktyk adaptacji pogańskich tradycji i wierzeń można się dopatrywać - jak się
    wydaje - także w takiej unikalnej formie katolicyzmu, na jaką wyglądają obchody
    Świąt Wielkanocnych na Filipinach.

    Uważny obserwator w języku potocznym wyłowi również słowiańskie życzące
    pozdrowienie "cześć", którym obdarzali się kupalnicy przy podawaniu rogu ze
    słowiańskim syconym miodem.

    A więc ze słowiańskim pozdrowieniem dla wszystkich odwiedzających ten wątek -
    Wesołych Świąt!!!

    --
    Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
    (Montesquieu)
  • Gość: kazik IP: 209.193.110.* 22.03.08, 02:11
    a jak to wszystko ma sie w swietle Biblii? czyz Ona nie powinna miec
    pierwszenstwa?
  • Gość: p IP: *.chello.pl 22.03.08, 18:54


    Będziecie o niej pamiętać przy dzieleniu się jajkiem i oblewaniu wodą
    kolońską?
    68 lat temu w Warszawie bito Żydów - bynajmniej nie z inspiracji
    hitlerowców...

    Fragmenty z dziennika Adama Czerniakówa:

    ekscesy antysemickie / wiosna 1940: = 24.03.40 - Po obiedzie na ulicach
    żydowskich bicie Żydów z wybijaniem szyb. Rodzaj pogromu. = 25.03.40 - Na
    ulicach pogromy. Na rogu Żurawiej bito i wybijano szyby. Baba bijąca Żydów
    grasuje znów na ulicach. = 26.03.40 - Na ulicy biją (hale). Kieruję pismo do
    odnośnych czynników. = 27.03.40 - [w Krakowie na spotkaniu z Frankiem]
    Opowiedziałem o pogromach w Warszawie, których nie było od 1880. (...) Artl
    co do bicia ma wątpliwości. = 28.03.40 - [w Krakowie] Inż. Reicher
    (przyjechał z Bornsteinem) zawiadamia o pogromie wczoraj. Buchweitz nie mógł
    dotrzeć do Gminy na Grzybowską. Wobec tego postanowiliśmy pójść do Artla. W
    międzyczasie nadjeżdża woźna Wojnarowska z oświadczeniem, że bito, gromiono i
    z listem od Lichtenbauma, że raniono Rozena i Rosenthala po drodze z SS do
    Gminy, że Gmina oblężona.
    46. 1940-03-24 -
    1940-03-24 Uroczyście obchodzono Purym. Niezły nastrój, chociaż położenie
    dość ciężkie
    47. 1940-03-24 -
    1940-03-29 Pogrom wielkanocny
    48. 1940-03-25 -
    1940-03-26 Wielkanoc roku 1940 wypada około miesiąca przed Paschą /25 marca/.
    Skończyła się zima. Jest słońce i lód.
    49. 1940-03-26 -
    1940-03-29 wyjazd Czerniakowa z grupą radnych pociągiem (sleepingiem) do
    Krakowa - do władz GG. Czerniakow referuje sprawy bezpieczeństwa życia i
    mienia, stan finansowy Gminy, roboty publiczne, opaski, pogrom warszawski
    50. 1940-03-26 -
    Święto Rezurekcji staje się dla Żydów czasem panicznego strachu - i nie z
    powodu okupanta, choć za jego cichą zgodą. Mnożą się chuligańskie gangi,
    złożone z wyrostków i dzieci w wieku szkolnym, które napadają na żydowskich
    przechodniów i sprawiają im mordercze bicie. Kapłan pisze, że prześladowania
    wielkanocne to było polowanie, Żydzi byli traktowani jak zwierzęta. Jedyną
    reakcją napadniętych była ucieczka, co jeszcze dodawało zapału
    napastnikom. "Jesteśmy tchórzami".
    51. 1940-03-27 -
    Niemcy wcielają w życie zasady zapobiegania epidemiom: jeżeli ktoś jest
    chory, podwórzejest zamykane na okres dwóch tygodni, pod koniec kwarantanny
    wszystkie mieszkania muszą być zdezynfekowane. Również oba podwórza,
    przylegające do zainfekowanego, muszą być zamknięte przez cztery dni.
    Następnie również w "podejrzanych" domach przeprowadza się dezynfekcję.
    Dezynfekcja oznacza przy okazji ogołocenie mieszkań ze wszystkich
    wartościowych rzeczy. Po dezynfekcji w mieszkaniach, następuje dezynfekcja
    osobista: Żydzi są zmuszani do pójścia do łaźni, odkażania swoich ciał i
    ubrań, co staje się prawdziwą torturą. Łaźnia jest parowa, a podczas
    odkażania kobietom obcina się włosy, a mężczyznom brody. Dezynfekowane
    ubrania zamieniają się w podarte i pogniecione szmaty, których nie można
    dłużej nosić.
    52. 1940-03-27 -
    Do łaźni Żydzi są wysyłani setkami i pozostają tam jie krócej niż 15 do 20
    godzin. Każdy jest zmuszany do przechodzenia przez kolejne etapy dezynfekcji -
    każdy zajmuje 4-5 godzin. Nadzy igłodni, czekają na dopełnienie rozlicznych
    formalności. "Czystość" odkażonych trwa czasami zaledwie kilka dni - po dwóch
    dniach można otrzymać zawiadomienie, że np. sąsiednie podwórko objęte jest
    kwarantanną - i tortura oczyszczania zaczyna się na nowo.
    53. 1940-03-27 -
    1940-03-30 Przez pełne trzy dni Polacy oszaleli - Warszawa zmieniła się w
    pole walki, nastał kompletny chaos, mnożyły się napaści i rabunki na Żydach w
    biały dzień, pod akceptującym okiem miłujących porządek Niemców.
    54. 1940-03-27 -
    1940-03-27 Ciekawa rozmowa z Meszulimem... nie spodziewa się nic dobrego od
    wroga ani z kontaktu z nim
    55. 1940-03-27 -
    1940-03-27 1,5 godziny trwała grabież apteki przy ul. Żabiej 8. Byli tam
    polscy policjanci i tamci policjanci, nikomu to jednak nie przeszkadzało w
    rabowaniu.
    56. 1940-03-27 -
    1940-03-27 Mówi się, że polskie wyrostki otrzymały od tamtych po 2 zł i
    więcej złotych dziennie. Przywieziono ich w samochodach i wypuszczono w
    dzielnicy żydowskiej
    57. 1940-03-27 -
    1940-03-27 Młody człowiek, dostał podczas roboty żelazem po głowie, zmarł
    58. 1940-03-28 -
    Niemcy podejmują nowe działanie polityczne: pod ich egidą uzbrojeni w kije i
    pałki młodzi ludzie /nie ma pośród nich ani jednego dorosłego/ urządzają
    Żydom pogromy. Napadają na sklepy i okradają je. Jeśli nie ma towaru -
    rozbijają okna wystawowe. Stające na drodze Żydzi są bici i ranieni.
    59. 1940-03-28 -
    Pod wieczór Kapłan wybrał się w ważnej sprawie na Nalewki: dzielnica zrobiła
    na nim wielkie wrażenie. Na ulicach czuło się strach, ludzie przemykali się
    jak cienie. Ulica Franciszkańska, którą przechodzi autor, jest zamknięta
    przez wojskowych - a przejście Nalewkami jest dozwolone jedynie wzdłuż lewej
    strony ulicy /patrząc od Gęsiej/. Prawa strona jest pusta i bezludna,
    patrolowana przez wojskowych.
    60. 1940-03-28 -
    Młodzi chuligani nie zaglądają na Nalewki - sklepy są pozamykane, niedawno
    zostały opróżnione i porozbijane. Ale autor przechodząc słyszy dobiegający z
    innych ulic charakterystyczny dźwięk rozbijanych szyb. "Patriotyczna polska
    młodzież" działa pod okiem okupantów, którzy chętnie filmują jej akcje. Chaim
    z goryczą pisze, że jeszcze rok wcześniej słyszał okrzyki: "Niech żyje
    Polska!", "Niech żyje Śmigły-Rydz!" - teraz patrioci krzyczą, w podbitym
    mieście, w obecności okupanta, "Niech żyje Hitler!", "Precz z Śmigłym-
    Rydzem!" "Chcemy Polski bez Żydów!". Boli go, że na ruinach ojczyzny
    oragnizowane są demonstracje na cześć Hitlera.
    61. 1940-03-29 -
    1940-03-29 sprawa getta: = 29.03.40 - W Gminie nowe polecenia zamurowania
    ghetta...
    62. 1940-03-29 -
    1940-03-30 sprawa Żydów wysiedlonych do Warszawy z Reichu: = 29.03.40 - W
    Gminie (...) stworzenie azylu dla 3000 ludzi wysiedlonych z Reichu... =
    30.03.40 - (...) żądania Reicherta o utworzeniu (...) kwarantanny dla 3000
    wysiedleńców z Reichu...
    63. 1940-03-29 -
    1940-03-29 Z powodu rzekomej epidemii nie zezwolono na otwarcie szkół
    żydowskich. Dzieci wałęsają się na ulicach, chodzą zrozpaczone Wiele wypadków
    podrzucania dzieci pod drwi instytucji społecznych
    64. 1940-03-30 -
    1940-03-30 sprawa getta: = 30.03.40 - Od rana pogłoski o ghetcie. Byłem u
    Laschtoviczki, odradził pójść dziś do Szefa. Potem u Leista, doręczyłem (...)
    list nasz w sprawie niemożliwości zrobienia murów (naruszenie instalacji
    wodociągowej, sieci elektr[ycznej], kabli etc.).
    65. 1940-03-30 -
    1940-03-30 Mówią, że podobno rozmawiano z prof. Cybichowskim, który miał
    oświadczyć, że że napady na Żydów należą do starej polskiej tradycji.
    66. 1940-03-30 -
    Duża delegacja przedstawicieli głównych polskich Judenratów została
    zaproszona do Krakowa przez gubernatora Franka. Nikt nie wie, po co.
    Delegacja już powróciła, ale nie udziela żadnych informacji.
    67. 1940-03-30 -
    Jaszunski, jeden z członków delegacji warszawskiej, mówi, że byli w Krakowie
    traktowani z szacunkiem. O czym mówiono - nie chcą informować przed
    posiedzeniem zarządu Judenratu. Natychmiast rozchodzą się sprzeczne plotki -
    ktoś widział delegatów i byli weseli, ktoś inny też widział, i byli smutni.
    Niektórzy mówią, że okupant będzie odtąd nieco mniej okrutny - inni, że za
    kilka dni w Warszawie powstanie getto.
    68. 1940-03-30 -
    1940-03-30 Ekscesy - c.d. Napadnięto na Gminę Żydowską. Przegnano chuliganów
    przy pomocy Batalionów Pracy. Mówią, że BP bardzo ucierpiały na skutek tych
    napadów. Rozen i Rosental zostali zrarnieni. Wzmaga się nienawiść do
    chrześcijan. Uogólnia się napaści pijanych wyrostków ze szkół rzemieślniczych
    (m.in ze szkoły Konarskiego na Lesznie)
    warszawa.getto.pl/index.php?mod=zdarzenia&month=03_40
  • www.ruchofiarksiezy.org/phpBB2/index.php?sid=f33f69e04de66aae3016391f19766736
    --
    Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
    (Montesquieu)
  • Pół roku więzienia w zawieszeniu na pięć lat i dożywotni zakaz pracy z dziećmi.
    Taki wyrok usłyszał wczoraj były kapelan puławskiego szpitala ksiądz Krzysztof
    C. za ściągnięcie z Internetu zdjęć z pornografią dziecięcą.

    Niemiecka policja ustaliła, że na stronę z pornografią dziecięcą wchodził m.in.
    internauta z Puław. Te informacje przekazała polskiej policji.

    Okazało się, że komputer należał do księdza Krzysztofa C. W sierpniu ubiegłego
    roku policjanci przeszukali jego mieszkanie. Zabezpieczyli komputer, płyty CD i
    dyskietki. Żadnej pornografii nie znaleźli. Do postawienia księdzu zarzutu i
    skierowania sprawy do sądu posłużyły jednak ślady połączeń pozostawione w
    Internecie. W trakcie procesu okazało się, że zdjęcia z pornografią dziecięcą
    zostały wprawdzie usunięte, ale powołany biegły odzyskał je z pamięci komputera.

    - 12 czerwca 2006 roku ksiądz łączył się ze stroną pornograficzną dwukrotnie:
    tuż po godz. 13, potem po 22. Połączenia trwały po kilka minut - stwierdziła
    niemiecka policja. Komputer został namierzony dzięki adresowi IP.

    Na przesłuchaniu w postępowaniu przygotowawczym ksiądz przyznał, że przeglądał
    ze swego komputera internetowe strony pornograficzne. Zaprzeczył, aby
    komukolwiek pokazywał ściągane stamtąd fotografie. Podczas procesu twierdził
    jednak, że zdjęć nie ściągał, a jedynie je oglądał. Nie umiał wytłumaczyć
    swojego postępowania.

    Obrońca księdza w mowie końcowej przekonywał sąd, że każde wejście na stronę
    internetową jest technicznym ściągnięciem treści na niej zawartych. A samo
    wchodzenie na stronę z pornografią dziecięcą nie jest przestępstwem. I dlatego
    wnosił o uniewinnienie oskarżonego.

    Na niekorzyść byłego kapelana świadczyła jednak informacja z Komendy
    Wojewódzkiej Policji w Lublinie, o jaką poprosił sąd. Wynikało z niej
    jednoznacznie, że niemiecka policja przesłała do Polski dane wyłącznie tych
    osób, które ściągały pornografię na swoje komputery. A nie tych, które zdjęcia
    jedynie oglądały.

    Dlatego sąd skazał księdza na 6 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 5 lat,
    przepadek komputera oraz dożywotni zakaz edukowania, wychowywania i wszelkich
    form opieki nad dziećmi. Wyrok nie jest prawomocny.

    Ksiądz Krzysztof C. w momencie nagłośnienia sprawy przez media pracował jeszcze
    jako kapelan w puławskim szpitalu. - Wówczas sam poprosił o rozwiązanie stosunku
    pracy - informuje Marian Jedliński, dyrektor szpitala.
    www.dziennikwschodni.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20080327/PULAWY/634725351
    PS. Teraz kameryla kościelna w celu zabezpieczenia swoich interesów powinna
    utworzyć dla księży etaty z-ców komendantów wojewódzkich policji ;))

    --
    Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
  • Przed decyzjami papieży wypowiadającymi się w imieniu Boga jako jego jedynie
    słusznych zastępców na tej ziemi???
    Czy chcesz powalić cały system katolicki zadając takie pytanie???
    aaa111aaa.wrzuta.pl/audio/HH35cBe2ZF/zespol_reprezentacyjny_-_mur
    --
    Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
    (Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
  • Gość: Ed IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 31.03.08, 02:44
    Nie bardzo wiem, co Ci odpowiedzieć na ten przykry i smutny post nawiązujący do
    tragicznych zdarzeń. Ze swojego punktu widzenia na pewno masz jakąś rację. Ale
    czy nie pomyliłeś(aś) czasem wątku traktującego o bieżących sprawach rzucając
    wszystkim w twarz swoje historie z pierwszej połowy ubiegłego wieku???
  • Gość: mixer IP: *.ols.vectranet.pl 01.04.08, 15:28
    Dobre :)
  • Gość: mixer IP: *.ols.vectranet.pl 01.04.08, 15:30
    można co najwyżej zawrotu glowy dostać. Już dawno przestał
    kontrolować, to co mówi.
  • Gość: mixer IP: *.ols.vectranet.pl 01.04.08, 15:34
    Czarny obraz czarnych nie zmienia się od wieków. Jest to środowisko
    niereformowalne w swym zadufaniu "bożego zastępstwa" w walce o
    należną mamonę.
  • Gość: mixer IP: *.ols.vectranet.pl 01.04.08, 15:36
    leży w jego naturze :)
  • Gość: mixer IP: *.ols.vectranet.pl 01.04.08, 15:38
    Niuestety, ten zawód ma odpał sexualny wcale nie od dzisiaj. To już
    czarna tradycja wśród czarnych.
  • Wiele bezpłodnych par, które modliły się do Jana Pawła II przy jego grobie,
    doczekało się dzieci - powiedział kardynał Stanisław Dziwisz w wywiadzie dla
    włoskiego dziennika katolickiego "Avvenire".
    Metropolita krakowski ujawnił, że zna liczne takie przypadki. Kardynał podał
    przykład Polki, bierzmowanej przed laty przez arcybiskupa Wojtyłę. Kobieta nie
    mogła mieć dzieci, a niedawno modliła się o to przy grobie papieża i teraz jest
    w ciąży.

    Osobisty sekretarz opowiedział również o małżeństwie z Mediolanu - ono również
    oczekuje teraz dziecka, mimo że wcześniej lekarze uznali parę za bezpłodną.
    ...
    www.tvn24.pl/0,1544434,wiadomosc.html|
    Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że jeżeli nie są to produkty wieku starczego
    tych kadr kościelnych, to skutek zażywania co najmniej świętego sporyszu.
    --
    Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
    (Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
  • Warto przeczytać:
    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=21155&w=29439239&a=29439239
    --
    Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
  • "Wkładał moją nogę pod sutannę i do czegoś dotykał". Pod zarzutem molestowania
    seksualnego 12-letniej dziewczynki policja zatrzymała wczoraj księdza z Trawnik.

    Rodzice Oli pochodzą z Trawnik (powiat świdnicki). Przed kilku laty wyjechali za
    pracą do jednego z miast w południowej Polsce. Dziewczynka co roku przyjeżdżała
    do dziadków na wakacje. Latem zeszłego roku przed kolejnym wyjazdem do Trawnik
    dziecko zaczęło się moczyć i mieć kłopoty z mówieniem. W końcu Ola powiedziała
    matce o dręczących ją koszmarach. Były one związane z osobą 38-letniego
    Mirosława W., księdza z miejscowej parafii.

    Prokurator: - Dziewczynka powiedziała, że duchowny w towarzystwie innego dziecka
    zapraszał ją na plebanię. Tam mieli oglądać święte obrazki. Według słów Oli
    duchowny, na oczach drugiego dziecka, wkładał jej stopę pod sutannę i onanizował
    się. Dziewczynka pamiętała kilka takich wizyt.

    Śledczy chcieli zatrzymać księdza jesienią, jednak duchowny był na plebanii
    nieobecny. - Latem 2005 r. ksiądz poprosił o bezterminowy urlop zdrowotny -
    tłumaczy ks. Mieczysław Puzewicz, rzecznik prasowy lubelskiej kurii
    metropolitalnej. Według naszych informacji duchowny w sierpniu wyjechał na
    Ukrainę. Prokuratura nie chcąc spłoszyć księdza, o sprawie nie informowała
    mediów. Z tego powodu za księdzem nie rozesłano także oficjalnego listu
    gończego. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się jednak, że zdjęcie duchownego trafiło
    na wszystkie przejścia graniczne z Ukrainą.

    Dyskrecja przyniosła efekty. W nocy z wtorku na środę poszukiwany ksiądz
    przekroczył przejście graniczne w Dorohusku. Informacja trafiła na policję,
    która wczoraj ok. godz. 3.30 zatrzymała księdza w pociągu relacji Lublin - Chełm.

    Wczoraj po południu śledczy przedstawili duchownemu zarzuty "doprowadzania
    małoletniego do poddania się innej czynności seksualnej" za co według art. 200
    kodeksu karnego grozi od roku do dziesięciu lat pozbawienia wolności. Do
    przestępstwa według prokuratury doszło co najmniej kilkakrotnie, latem 2003 i
    2004 r. Ksiądz nie przyznał się do stawianych mu zarzutów.

    Wczoraj po południu prokuratura wystąpiła do sądu o aresztowanie duchownego na
    trzy miesiące, a sąd przychylił się do tego wniosku.

    - Sprawa księdza z Trawnik jest nam znana. Zależy nam na pełnym jej wyjaśnieniu,
    ale do czasu wyroku sądu nie będziemy jej komentować - powiedział rzecznik kurii.

    Imię dziewczynki zostało zmienione

    Kuria siedlecka przeprosiła za księdza

    W grudniu 2004 r. Sąd Rejonowy w Białej Podlaskiej skazał na dwa lata więzienia
    księdza Zbigniewa S. z miejscowości Połoski. Prokurator zarzucił mu molestowanie
    seksualne nieletnich uczennic. Tuż po zatrzymaniu duchownego, w grudniu 2003 r.
    kuria siedlecka w specjalnym oświadczeniu złożyła "wyrazy ubolewania i
    przeproszenia osobom, które mogły zostać pokrzywdzone". Rzecznik kurii ksiądz
    Paweł Siedlanowski poinformował, że ksiądz Zbigniew Sz. został odwołany z
    funkcji proboszcza jeszcze przed zatrzymaniem, bo sprawa wyszła na jaw trzy dni
    wcześniej.
    miasta.gazeta.pl/lublin/1,35640,3165857.html
    --
    Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
    (Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
  • Grupa parlamentarzystów bliskich środowisku Radia Maryja zwróciła się do
    sejmowej komisji etyki o ukaranie naganą Janusza Palikota (PO) za to, że nazwał
    o. Rydzyka "belzebubem". Palikot nie zamierza przepraszać redemptorysty. Poseł
    powiedział, że gdy wychodził z Sejmu, został otoczony przez zwolenników Radia
    Maryja, którzy - jak opisywał - krzyczeli "na szubienicę z nim", "powiesić",
    "zdrajca". Palikot dodał, że poinformował o tym policję.
    Europosłowie Urszula Krupa, Witold Tomczak, Bogdan Pęk, Zdzisław Podkański,
    Andrzej Zapałowski, Janusz Wojciechowski oraz posłanki PiS Anna Sobecka,
    Gabriela Masłowska i Krystyna Grabicka skierowali wniosek w tej sprawie do
    członków Komisji Etyki Poselskiej i marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego.

    "Palikotem kieruje nienawiść do kapłana"


    - Od dłuższego czasu jesteśmy świadkami nagłaśnianych w mediach wypowiedzi posła
    Janusza Palikota, w których dopuszcza się pomówień, gróźb i zniesławienia osób
    publicznych, w tym także kapłana katolickiego - napisali we wniosku.

    Parlamentarzyści zaznaczyli, że w marcu w programie TVN "Teraz My" Palikot
    nazwał o. Tadeusza Rydzyka "belzebubem" i "użył jeszcze kilkakrotnie innych
    obraźliwych epitetów". Ponadto - napisano - w innym programie TVN "Kuba
    Wojewódzki" Palikot miał m.in. mówić: "krok po kroku wykończymy Rydzyka".

    "Belzebub z Torunia, siewca zła" - zobacz J. Palikota w "Teraz My!"

    Zdaniem autorów wniosku, Palikot jako poseł "nie kieruje się poczuciem służby
    publicznej", a jedynie "nienawiścią wobec kapłana katolickiego i organizowanych
    przez niego dzieł". "Powyższe działania przypominają zachowania tajnych służb
    komunistycznych, poprzedzające porwanie i zamordowanie ks. Jerzego Popiełuszki"
    - napisali.

    Palikot: to o. Rydzyk wzbudza nienawiść

    Palikot nie zgadza się z ocenami autorów wniosku. Jak powiedział, "ojciec Rydzyk
    wzbudza w ludziach nienawiść". Zaznaczył, że nie zamierza przepraszać
    redemptorysty. - Jeżeli ktoś, kogoś ma przepraszać to on, za to co robi -
    podkreślił poseł PO.

    Zaznaczył, że w czwartek, gdy wychodził z Sejmu, został otoczony przez
    zwolenników Radia Maryja, którzy - jak opisywał - krzyczeli "na szubienicę z
    nim", "powiesić", "zdrajca". Palikot dodał, że poinformował o tym policję.

    Jak zapowiedział, to samo zamierza powiedzieć przed Komisją Etyki Poselskiej.

    Przewodniczący Komisji Etyki Poselskiej Franciszek Stefaniuk (PSL) powiedział,
    że komisja "rozpatruje wszystkie wnioski, które są do niej kierowane". Stefaniuk
    dodał, że komisja może nakazać Palikotowi przeproszenie ojca Rydzyka, ale - jak
    podkreślił - jeszcze nic mu nie wiadomo na ten temat, więc niczego nie chce
    przesądzać.

    Komisja etyki, jeśli uzna, że poseł naruszył zasady etyki poselskiej, może
    zwrócić mu uwagę, upomnieć go lub udzielić nagany.
    wiadomosci.onet.pl/1723717,11,otoczyli_palikota_w_sejmie_na_szubienice,item.html
    --
    Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
    (Montesquieu)
  • Osobiście czuję się bardzo zażenowany i zdegustowany takimi pomysłami, jakbym
    znalazł się wśród annałów artefaktów historii rozwoju ludzkości:
    wiadomosci.onet.pl/1724238,11,item.html
    Przecież to to jawne bezczeszczenie zwłok JP2, który wyraźnie napisał: "grób
    ziemny!"
    A teraz jego doczesne szczątki będą rozdrapywane...
    I jeszcze ten termin teologiczny dzielący zwłoki na... relikwie pierwszego
    stopnia, ...

    To, co robią arcy poganie KRK jest wręcz okropne. Paranonicy chyba też
    pierwszego stopnia ;(
    wiadomosci.onet.pl/1724238,11,item.html
    --
    Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
    (Montesquieu)
  • Gowin nie stawił się w sądzie ze względu na "potrzebę uczestniczenia
    w liturgii Wielkiego Piątku". Sąd uwzględnił usprawiedliwienie.
    I co tu komentować?
    Jaki jest koń, każdy widzi.
    Wniosek:
    - wypadku wezwania na rozprawę sądową wystarczy odpisać, że w tym dniu
    uczestniczy się w spowiedzi i tam otrzyma się rozgrzeszenie ;))

    --
    Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
    (Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
  • Przed sądem ruszył proces sióstr ze zgromadzenia boromeuszek. Dotyczy on gwałtów
    w ośrodku wychowawczym w Zabrzu, w którym chłopcy gwałcili słabszych kolegów -
    informuje serwis dziennik.pl.
    - Zróbcie z nim porządek - tak miała mówić siostra boromeuszka z ośrodka
    wychowawczego w Zabrzu do swoich podopiecznych. A posłuszne dzieci polecenia
    wykonywały. Chłopcy bezlitośnie bili swoich kolegów i ich gwałcili. Z czasem
    gwałceni zaczęli robić to samo innym. To, co dzieje się za murami placówki,
    odkryła przypadkowo policja.

    - Prowadzącej Ośrodek Wychowawczy Sióstr Boromeuszek Agnieszce F. postawiono
    zarzut pomocnictwa przy doprowadzeniu małoletniego do poddania się czynności
    seksualnej. Prokurator zarzuca jej także szereg czynów dotyczących naruszenia
    nietykalności cielesnej wychowanków oraz ich znieważania - mówi rzecznik Sądu
    Okręgowego w Gliwicach, sędzia Tomasz Pawlik. Kierowniczce grozi dwanaście lat
    więzienia. Jej pomocnica Bogumiła Ł. może trafić za kraty na rok - informuje
    serwis dziennik.pl.
    wiadomosci.onet.pl/1727475,11,zakonnice_oskarzone_o_naklanianie_do_gwaltow,item.html
    --
    Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
  • Ks. Stanisław K., były proboszcz parafii w Hłudnie, przyczynił się do śmierci
    13-letniego Bartka - twierdzi prokuratura w Brzozowie. W czwartek duchownemu
    przedstawiła zarzuty - informuje serwis gazeta.pl.
    Zdaniem śledczych ksiądz znęcał się nad Bartkiem Obłojem, który w połowie
    grudnia ub. r. powiesił się. - Ks. Stanisław K. bił go po głowie, plecach,
    szarpał chłopcem, popychał go. K. oskarżał także chłopaka o kradzież z kościoła
    pieniędzy i smyczy. Groził, że jeżeli Bartek nie przyzna się do winy, to wezwie
    policję, a informacje o tym będzie rozpowszechniał po całej szkole. Księdzu
    postawiliśmy zarzut fizycznego i psychicznego znęcania się nad chłopakiem, które
    przyczyniło się do tego, że 13-latek targnął się na życie - mówi Aurelia Skiba,
    prokurator rejonowy w Brzozowie.

    Śledczy ustalili, że duchowny psychicznie i fizycznie znęcał się także nad
    trzema dziewczynkami z "zerówki" ze Szkoły Podstawowej w Hłudnie. Ksiądz nie
    przyznał się do winy. Odmówił składania wyjaśnień. Grozi mu do 12 lat więzienia.
    Prokuratura nie stosowała wobec księdza żadnych środków zapobiegawczych -
    informuje serwis gazeta.pl.
    wiadomosci.onet.pl/1727749,11,item.html
    --
    Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
    (Montesquieu)
  • Kaziu, katolicyzm już tak dawno odszedł od tego chrześcijaństwa, że sam już nie
    wie, co to jest chrześcijaństwo a zna go co najwyżej z nazwy.

    --
    Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
    (Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
  • Cz. I.

    Klerykalizm to postawa, wedle której ksiądz traktuje świeckiego jak bezradne,
    głupie dziecko. Duchowny powie, gdzie jest zło, gdzie jest dobro, duchowny
    objaśni, wyjaśni, nakieruje, bo świecki niczego nie wie. Duchowny zna prawdę,
    świecki jest ślepy. A kto duchownemu dał do tego prawo? To musiało się źle skończyć.

    Paweł Smoleński: Podczas niedawnej dyskusji w Lublinie "Co dzisiaj dzieli
    Polaków?" zaprotestował ojciec przeciwko wskazywaniu wyłącznie na to, co Polaków
    od siebie oddala. Da się pokazać, co nas łączy?
    O. Ludwik Wiśniewski: Podziałów, w dodatku brzydkich, wywołujących agresję,
    poniżających drugiego człowieka mamy w Polsce dość, więc wypada skupić się na
    tym, co nas łączy. Nie powinniśmy się dzielić, ale różnić, bo różnice między
    ludźmi mogą być piękne, wartościowe, ciekawe.
    Na co dzień nie uświadamiamy sobie, ile mamy wspólnego. Uciekają nam najprostsze
    prawy, choćby taka, że jesteśmy ludźmi, nasze najgłębsze pragnienia są takie
    same, zapewne wszyscy dążymy do pokoju, miłości, dobra. W oparciu o to trzeba
    szukać punktów wspólnych.

    Trudno mi zauważyć w Polsce nadmiar potrzeby społecznej miłości.
    - Nie ma pan racji, a przynajmniej ja nie chcę wierzyć, że tak jest. Można się
    natomiast obawiać, że na lata utrwalony zostanie pewien niedobry standard.

    Robimy kampanię wyborczą i nagle wszyscy dochodzą do wniosku, że musi być ostra
    i bardzo brutalna. Nie ma w niej miejsca na konkurencję programów. Ważna jest
    tylko walka z drugim człowiekiem. Jesteśmy przekonani, że musimy szukać haków -
    prawdziwych, ale też wydumanych, żeby zohydzić konkurentów. Wypowiadamy
    obraźliwe słowa, gdyż mamy nadzieję, że w ten sposób zarobimy parę dodatkowych
    punktów. Wszyscy wpędzamy się w jakąś obrzydliwą grę.

    Opozycja recenzuje rząd - i znów zdaje mi się, że robi to tylko po to, żeby
    pokazać, jak bardzo niegodziwi ludzie dorwali się do władzy. Rząd odpowiada
    opozycji podobnym językiem. Wszyscy to oglądamy, czasem mówimy o naszym
    zniesmaczeniu, ale zdecydowanie zbyt często cieszymy się, że ten temu dowalił,
    ten temu coś wyciągnął, ten tego obraził albo poniżył.

    Dalej - jeżeli gazeta ma się dobrze sprzedać, musi pokazać skandal i atakować.
    Jeżeli mamy zaproszenie do publicznej dyskusji, musimy obrzucić rozmówcę błotem,
    bo nie zostaniemy zauważeni. I tak dalej.

    Jeden z uczestników panelu powiedział, że styl polskiej debaty publicznej,
    padające w niej pomówienia, obelgi, że wszystko to razem wzięte nie wykracza
    poza reguły demokracji. Że, koniec końców, to tylko słowa. Niedobre, bolesne,
    obraźliwe - ale tak po prostu jest w demokracji. Uważam przeciwnie. To wcale nie
    są objawy normalnie funkcjonującej demokracji. Tak wcale nie musi być.

    Nie ma ojciec najlepszego zdania o polskiej klasie politycznej.
    - Nie umiem jej ocenić. Pewnych ludzi po prostu szanuję. Innych - powiem tak -
    po prostu nie rozumiem. Po co obrażać konkurentów, mówiąc, że to targowiczanie,
    ZOMO? Po co skłócać ludzi?
    Kiedyś w Petersburgu siedziałem między młodymi Rosjanami. Był z nami pewien
    Amerykanin, katolik, grał na gitarze i, mam wrażenie, że bardzo lubił Rosję.
    Działo się to akurat przed wyborami do rady miejskiej.
    Któryś z Rosjan mówi: "Ja znam tych wszystkich kandydatów. Nikt z nich nie
    startuje w wyborach, żeby zrobić coś dla miasta. Będą pracować tylko dla
    siebie". Drugi dodaje: "Jeśli ktoś startuje w wyborach, musi z tego coś mieć. On
    sam, jego rodzina, jego partia, koledzy. Ludzie po to idą do władzy". Oburzył
    się Amerykanin. Powiedział: "Jeśli nie zmienicie swojego sposobu myślenia, nie
    macie prawa narzekać, bo nic się u was nie poprawi". Chłopak aż zzieleniał, był
    naprawdę wściekły.
    Wtedy pomyślałem sobie, choć może jestem naiwny, że w Polsce znam kilku ludzi
    służby.
    --
    Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
    (Montesquieu)
  • Cz. II.

    Lecz być może przeznaczeniem ludzi służby jest to, że wypadają z polityki. W
    znakomitej większości zostają cynicy i gracze.
    - Czasem można odnieść takie wrażenie. Lecz nie chciałbym, żeby los tych, którzy
    idą do polityki, by służyć, był z góry przesądzony. Przez te ostatnie
    kilkanaście lat tacy ludzie zrobili wiele dla Polski. Mam nadzieję, że znajdą
    swoich naśladowców.

    Podoba się ojcu w Polsce?
    - Oczywiście. Przecież pamiętam, co działo się tutaj przez większość mojego
    życia. 20 lat temu byłem przekonany, że skończę w więzieniu. Nie skończyłem.
    Trochę w tej rozmowie narzekam, chciałbym, żeby w wielu wypadkach działo się
    inaczej. Ale kiedy słyszę człowieka, który strasznie narzeka na sytuację w
    Polsce, odpowiadam mu: "Myślałem, że będzie znacznie gorzej. Nie trzeba szukać
    daleko. Wystarczy poczytać, jak w kraju działo się po I wojnie światowej, gdy
    pierwszy raz odzyskaliśmy niepodległość. Swary, kłótnie, zastrzelono
    demokratycznie wybranego prezydenta. Dzisiaj nie jest tak strasznie".

    Ale jeszcze niedawno z ust ludzi najważniejszych w państwie słyszeliśmy, że
    Polska po 1989 roku zmarnowała swoją szansę i dopiero oni to naprawią.
    - I to jest właśnie bardzo przykre, bo bardzo nieprawdziwe. To znów opinia,
    która dzieli Polaków. Gdyż jednym może się wszystko nie podobać, a inni mają
    prawo być dumni ze swoich dokonań i będzie to zadowolenie uzasadnione.

    Polaków nie dzielą tylko politycy i opinie wypowiadane w gazetach.

    - Niestety, Kościół też dzieli. Jest np. pewne katolickie radio, które w tym się
    specjalizuje. Przeraża mnie, jak wielu duchownym jest po drodze z Radiem Maryja,
    jak wielu podziela wyrażane tam poglądy. To bardzo niedobrze, że część Kościoła
    przykłada rękę do polskich podziałów.

    Polskę dzielą np. poglądy na zapłodnienie in vitro. Wiemy, jakie w tej sprawie
    jest stanowisko Kościoła. Po posiedzeniu Komisji Wspólnej Episkopatu i Rządu
    biskupi oświadczają, że z chęcią będą uczestniczyć w pracach nad ustawą, która
    zajmie się również in vitro. Co oznacza, że w prawie państwowym, dotyczącym tak
    katolików, jak ludzi innych wyznań i niewierzących, będą chcieli zapisać jeden
    system wartości.

    - Nie rozumiem takiej postawy. Nie należę ani do sfer rządowych, ani do sfer
    Episkopatu. W moim przekonaniu Episkopat nie powinien uczestniczyć w tworzeniu
    prawa państwowego. Rolą Kościoła jest jasne zaprezentowanie stanowiska: to
    uważamy za dobro, to uważamy za zło. Koniec, ani kroku dalej.

    Bo dalej niech się martwi władza świecka. Niech rozważy, czy kierować się
    stanowiskiem Kościoła, jak je zapisać w paragrafach i w ustawach, ale też - czy
    je w ogóle zapisać. Kościół i władza to dwie rozłączne sfery. Stanowienie prawa
    nie jest rolą księży. W moim przekonaniu angażowanie się przedstawicieli
    Kościoła w proces legislacyjny jest bardzo niebezpieczne. Właśnie taka postawa
    dzieli Polaków, a nie łączy.

    Co jest przyczyną, że część Kościoła pozwoliła w ostatnich latach tak mocno
    wmanewrować się w politykę? Że z bycia w orbicie władzy świeckiej, z wpływu na
    doraźną politykę czerpie tak wielką radość? A z drugiej strony - skąd bierze się
    tak wielka potrzeba rządzących, by podeprzeć się ołtarzem?

    - Niedawno oglądaliśmy spektakl na Jasnej Górze: premier przemawia od ołtarza,
    ksiądz stoi tak, jakby był najbliższym współpracownikiem premiera. Byłem
    zniesmaczony. Już szykowano przecież sprawę w Ministerstwie Rolnictwa, za kilka
    dni jeden z wicepremierów zostanie oskarżony o łapówkarstwo. A tam wszyscy
    uśmiechnięci, wiecują. To jakaś hipokryzja. Żaden polityk, a tym bardziej ten,
    który mówi, że jest związany z Kościołem, nie powinien wystawiać Kościoła na
    pośmiewisko.

    Może to siła inercji? Może komunizm niewiele nas nauczył albo - może utrwalił
    poczucie władzy. Gdy do Polski po raz pierwszy przyjechał Jan Paweł II i spotkał
    się z Edwardem Gierkiem, ludzie mówili: jak się patrzyło na papieża i Gierka,
    było widać, kto tu naprawdę rządzi. Może Kościołowi brakuje takiej władzy.

    Nie wiem, dlaczego niektórych ludzi Kościoła tak ciągnie do polityki. Gdyby
    Polska była w niebezpieczeństwie, gdyby waliło się i paliło, to owszem. Ale
    teraz? Tak, taka postawa to dla mnie wielka zagadka. Chyba odezwały się,
    zupełnie niepotrzebnie, dawne uprzedzenia, lęki, namiętności...


    ...zachłanność na wpływy, potrzeba władzy?

    - Nie wiem, choć obawiam się, że może pan mieć trochę racji. Może to stare
    nawyki, przyzwyczajenia, jak z jakiejś wioski sprzed stuleci: proboszcz jest
    panem i władcą, ma prawo dyktować wszystko, nawet to, ile parafianie winni mieć
    dzieci. Niestety, nawet wielu biskupów prezentuje postawę takich proboszczów.

    To, co ojciec mówi, to czysty antyklerykalizm.

    - Uważam, że w Polsce, ale nie tylko w Polsce, uczciwy katolik powinien być
    antyklerykałem. Rola kleru jest przecież ograniczona. Gdy duchowni próbują
    rozpychać się, rządzić, sterować władzą, wchodzić na nie swoje pola, zaczyna być
    niebezpiecznie.

    Rozmawiałem z ludźmi znającymi Holandię. Zastanawiali się, co tam się stało,
    dlaczego opustoszały kościoły. Mieli w zasadzie jedną odpowiedź. To efekt
    klerykalizmu: proboszcz wiedział o wszystkim, we wszystko się wtrącał, o
    wszystkim chciał decydować.

    Klerykalizm to postawa, wedle której ksiądz traktuje świeckiego jak bezradne,
    głupie dziecko. Duchowny powie, gdzie jest zło, gdzie jest dobro, duchowny
    objaśni, wyjaśni, nakieruje, bo świecki niczego nie wie. Duchowny zna prawdę,
    świecki jest ślepy. A kto duchownemu dał do tego prawo? To musiało się źle skończyć.

    A może to Polacy są niesprawiedliwi i wolą pamiętać Kościołowi to, co złe? Wolą
    pamiętać biskupowi obronę księdza molestującego dzieci, niż dostrzegać dobro?

    - Grzechów Kościoła nie można zamiatać pod dywan, choć z drugiej strony
    ulubionym przedmiotem plotek zawsze byli duchowni, proboszczowie. Mam wrażenie,
    że sprawy lustracyjne dotyczące księży wynikają z takiej potrzeby: aha, mamy go,
    niby taki dobry pasterz, a zobaczcie państwo, co robił. Lubimy bliźnim wyciągać
    różne nieprzyjemne rzeczy.


    --
    Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
    (Montesquieu)
  • Cz. III.

    Póki Kościół na własnej skórze nie poczuł, jak smakuje lustracja, póty głośno
    wołał, że wyzwoli nas prawda z ubeckich zapisków. Nawet niektórzy biskupi,
    którzy dziś z wielkim namysłem mówią o takich dokumentach, bo okazało się, że
    nie muszą być ani tak jednoznaczne, ani tak prawdziwe, twierdzili, że to dobra
    droga poznania przeszłości.

    - Niestety, było i tak (milczenie). Mam wrażenie, że w pewnym momencie przyszedł
    strach, także na biskupów, co też w tych teczkach może być na mnie, na moich
    księży. Nie musiało to wynikać z obaw przed własnymi życiorysami. W teczkach
    może być po prostu wszystko, najbardziej przerażające bzdury.

    Dlaczego Kościół nie dostrzegł strachu świeckich?

    - Nie wiedzieliśmy, co to jest. Nie umieliśmy podejść właściwie do teczek.
    Pamiętam moje dokumenty. Oglądam je i widzę, że taki i ów donosił, więc niech
    się przyzna, niech ogłosi publicznie i będzie po sprawie. Lecz kiedy poczytałem,
    głębiej się zastanowiłem, zacząłem sobie przypominać - musiałem dojść do
    wniosku, że jedna sprawa drugiej nierówna. Nie wystarcza wprost odczytać te
    donosy, trzeba wniknąć, co działo się naprawdę, rozpatrzeć we własnym sumieniu.
    Kościół nie widział strachu świeckich przed teczkami, gdyż brakowało mu wiedzy.
    Ale też miłości bliźniego.

    Grzechy Kościoła, trudne momenty, cała miniona epoka winny być dla nas nauczką.
    Ale musimy też wyciągnąć wnioski z dnia dzisiejszego. Jeśli przeżyjemy to
    właściwie, nie zasłaniając się sutanną i rzekomą nadzwyczajnością księży,
    Kościół dobrze sobie poradzi. Lecz jeśli - powtórzę - duchowny - tak biskup, jak
    i proboszcz - będzie alfą i omegą, w świątyniach zobaczymy puste ławki.

    Kiedyś nie było takiej obawy.

    - Łatwiej było być z ludźmi, łatwiej można było akceptować ich różnorodność, bo
    społeczeństwo było uciskane i Kościół był uciskany. Wśród ludzi panował strach,
    więc szukali miejsca, gdzie mogą o nim zapomnieć, choćby na chwilę. Ale i wśród
    duchownych strach też był obecny. Niewielu tolerowało działania opozycyjne.
    Jeszcze mniej angażowało się w opozycję. Duchowni byli tacy sami jak
    społeczeństwo. Ani lepsi, ani gorsi. Choć generalnie Kościół dobrze przeszedł
    przez tamten czas.

    Ale teraz też jest w Kościele wiele miejsc otwartych, nastawionych na dialog,
    przyjaznych.

    Co będzie dalej?

    - Nie wiem. Jeżeli duchowni, poczynając od biskupów, zdobędą się na pokorę,
    wtedy będzie dobrze. Jeżeli natomiast Kościół zastygnie w butności, jeżeli
    będziemy oskarżać wszystkich wkoło, jeśli uwiedzie nas chęć uczestniczenia w
    polityce, jeśli będziemy czuli się uprawnieni do stanowienia prawa, źle widzę
    przyszłość. Jednak mam nadzieję, że duchowieństwo stanie się pokorne.

    Rozmawiał Paweł Smoleński

    * O. Ludwik M. Wiśniewski - dominikanin, jako duszpasterz akademicki w latach
    1962-72 w Gdańsku, a następnie do 1981 r. w Lublinie wywarł duży wpływ na
    tamtejsze środowiska studenckie. Większość jego ówczesnych wychowanków utworzyła
    Ruch Młodej Polski. W 1977 r. był współzałożycielem Ruchu Obrony Praw Człowieka
    i Obywatela. Później pracował we Wrocławiu i w Krakowie, a w latach 1990-96 w
    Petersburgu. Mieszka w Lublinie.

    Źródło: Gazeta Wyborcza
    www.gazetawyborcza.pl/1,76842,5044320.html
    --
    Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
    (Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
  • Mieszkanie w najelegantszej i najbardziej prestiżowej dzielnicy Wiecznego
    Miasta, pełne cennych obrazów i perskich dywanów to przywilej najbogatszych
    rzymian. I arcybiskupa Juliusza Paetza - pisze "Życie Warszawy".

    "ŻW" dotarło do dokumentów potwierdzających, że abp Juliusz Paetz posiada w
    stolicy Włoch luksusowy apartament. Poprosiliśmy kilka rzymskich biur
    nieruchomości o wycenę jego powierzchni obliczanej na ok. 80-100 m2. Jego
    wartość może sięgać nawet miliona euro.

    Dzięki byłemu mężowi bratanicy arcybiskupa dowiedzieliśmy się też, co jest w
    środku. - Mieszkanie ma sypialnie, dwa pokoje, przestronny salon, łazienkę i
    kuchnię. Na ścianach wiszą wartościowe płótna oprawione w cenne ramy, podłogę
    zaściełają perskie kobierce. Jest pełno antyków - opowiada "ŻW" Paolo Pozza.

    - To nie jest normalna sytuacja, aby arcybiskup miał w Rzymie własne mieszkanie.
    Ci, którzy pracują dla Stolicy Apostolskiej, mieszkają zazwyczaj w apartamentach
    należących do Watykanu. Z kolei przyjezdni nocują w klasztorach, domach
    pielgrzyma - twierdzi watykanista Franco Pisano z Asia News.

    Arcybiskup Paetz ma jeszcze w Poznaniu pół bliźniaka, który dzieli z
    bratem-lekarzem. To jego córce Paetz zapisał w testamencie zarówno to mieszkanie
    jak i rzymski apartament.
    img.interia.pl/wiadomosci/nimg/Abp_Paetz_luksusowy_abp_1452810.jpg
    fakty.interia.pl/fakty_dnia/news/antyki-i-perskie-dywany-rzymskie-luksusy-abp-paetza,868335,2943
    --
    Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
    (Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
  • Warszawa, dnia 10 kwietnia 2008 r.
    Oświadczenie Prezydium Konferencji Episkopatu Polski

    Od pewnego czasu odnotowuje się w środkach społecznego przekazu niepokojące
    sygnały, sugestie czy nawet żądania podważające kompetencję Stolicy Apostolskiej
    w dziedzinie obsadzania stolic biskupich. Tego typu działania stanowią
    niedopuszczalną metodę wywierania nacisku na wewnętrzne sprawy Kościoła oraz są
    próbą ograniczania jego autonomii.
    Przypominamy, że Stolica Apostolska reprezentowana przez Nuncjusza Apostolskiego
    w Polsce i w porozumieniu z Konferencją Episkopatu Polski stosuje autonomiczną
    procedurę kanoniczną obsady stolic biskupich. Próby jej ograniczania i
    kontrolowania były podejmowane od wieków przez reżimy absolutystyczne, próbujące
    zawładnąć wszystkimi wymiarami życia człowieka. Ostatnio miało to miejsce w
    czasach komunistycznych. Kościół powszechny i Kościół w Polsce zawsze bronił
    wolności swoich decyzji personalnych.

    Stwierdzamy z ubolewaniem, że w naszym kraju pojawiają się obecnie próby
    podważania usankcjonowanej od lat praktyki wyboru biskupów diecezjalnych przez
    naciski, także za pomocą środków społecznego przekazu, włączając w to również
    media publiczne. Działania te przynoszą szkodę Kościołowi i społeczeństwu,
    zwłaszcza że w dyskusjach używany jest język niechęci, podziałów i antagonizmów.
    Te działania są równocześnie zaprzeczeniem wychowawczej roli mass mediów, które
    zamiast budowania ducha jedności i tworzenia płaszczyzn porozumienia, zamieniają
    się w narzędzia służące szerzeniu nieufności i podejrzliwości. Skutkiem takiej
    działalności będzie nieuchronne pogłębienie podziałów i uprzedzeń w społeczeństwie.
    W imię wspólnego dobra Ojczyzny wzywamy wszystkich do zaniechania podobnych
    praktyk, a ludzi Kościoła prosimy o przyjmowanie decyzji Ojca Świętego w duchu
    wiary i zrozumienia, tak jak czyniliśmy to w latach pontyfikatu Sługi Bożego
    Jana Pawła II.
    + Józef Michalik
    Metropolita Przemyski
    Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski

    + Stanisław Gądecki
    Zastępca Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski

    + Stanisław Budzik
    Sekretarz Generalny Konferencji Episkopatu Polski
    www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20080412&id=po02.txt
    --
    Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
  • Gość: mark IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.04.08, 10:29
  • Gość: mark IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.04.08, 20:16
    Ksiądz wyparł się swoich słów w telewizji, ale cała klasa potwierdza naszą
    wersję - mówią uczniowie szczecińskiego gimnazjum, którzy wysłuchali
    kontrowersyjnej katechezy o miłości

    O zakończonej skandalem lekcji katechezy w Gimnazjum nr 14 w Szczecinie
    pisaliśmy dwa tygodnie temu. Według uczniów drugiej klasy ksiądz Krzysztof
    Łuczyk nazwał homoseksualistów osobami chorymi psychicznie, a 14-letniej Nicoli,
    która stanęła w obronie gejów i lesbijek, polecił opisanie aktu homoseksualnego.
    Odmówiła.

    Oburzony ojciec Nicoli zgłosił się do "Gazety". Po interwencji dyrektora ksiądz
    przeprosił uczniów, "jeśli poczuli się urażeni jego wypowiedziami".

    Parę dni później ks. Krzysztof wystąpił jednak w programie ,,Warto rozmawiać" w
    TVP 2. Na pytanie Jana Pospieszalskiego, czy katecheza wyglądała tak, jak
    opisują ją dzieci, odparł: - Absolutnie nie. Mówiłem o związkach między kobietą
    i mężczyzną, że owocem ich miłości są dzieci i że związki homoseksualne są
    nienaturalne. Nie kazałem nikomu opisywać aktu homoseksualnego. Zapytałem tylko
    uczennicę, czy związek między dwoma mężczyznami jest czymś naturalnym.

    Pospieszalski przedstawiał księdza jako ofiarę nagonki antyklerykalnej "Gazety".

    Katecheta tłumaczył: - Może za daleko poszliśmy w dyskusji? Jednak moim
    obowiązkiem jest głoszenie prawdy, mimo że można być za to prześladowanym jak
    Chrystus.

    W klasie Nicoli zapanowało wzburzenie.

    - Wyszliśmy na kłamców. Ale przy dyrektorze cała klasa potwierdziła naszą wersję
    - mówi "Gazecie" Nicola. - Ksiądz robi wszystko, by nas oczernić, boi się
    konsekwencji.

    Patryk: - Ksiądz kłamie.

    Ojciec Nicoli: - Córkę dotknęło telewizyjne wyznanie księdza. Nasze dzieci
    wyszły na kłamców. Dlaczego nikt nas nie zaprosił do programu?

    Dyrektor Mirosław Mika rozmawiał z uczniami o katechezie: - Klasa zawsze będzie
    mówiła jednym głosem. Może byłoby inaczej, gdybym porozmawiał z każdym z osobna,
    ale wolę im tego oszczędzić. Nie mam przesłanek, by nie wierzyć uczniom. Ale nie
    mam też powodu, by podważać to, co mówi ksiądz. Jeżeli ktoś ma rozmawiać z
    księdzem, to nie ja, tylko kuria.

    Z chodzenia na religię zrezygnował Patryk: - Też miałem inne zdanie o gejach.
    Ksiądz na to, że skoro rodzice wychowali homoseksualistę, to niech mama
    przyjdzie do szkoły.

    - Przyszłam. Ale zamiast dyskutować o homoseksualizmie, ksiądz zwrócił mi uwagę,
    że Patryk nie powinien całować się z koleżanką, bo, jak się wyraził, głębokie
    całowanie wywołuje erekcję członka. A to jest, dodał, bardzo niepożądane -
    opowiada matka Patryka.

    Po tej rozmowie rodzice uznali, że syn rzeczywiście nie powinien już chodzić na
    lekcje religii.

    Komentarz Piotra Pacewicza

    Warto powtórzyć wniosek poprzedniego tekstu: ten katecheta nie nadaje się do
    prowadzenia zajęć z młodzieżą, zwłaszcza w gimnazjum. Łamie zasady pedagogiki, a
    jego nauki są sprzeczne z wartością tolerancji. Nie umie przyjąć, że uczeń ma
    inne zdanie, musi ucznia złamać. Gdyby choć unikał tematyki seksualnej... Ale
    najwyraźniej nie potrafi. Rozumiem, że dla dyrekcji w okresie naboru do szkoły
    to nie jest wygodny temat, ale może ktoś wreszcie zlituje się nad uczniami?

    Jan Pospieszalski zrobił w TVP typową grandę-propagandę. Zaprosił księdza, ten
    przyrównywał się do Chrystusa, a drugiej strony sporu nie było. Pospieszalski
    odsądził od czci i wiary "Gazetę" i wyżej podpisanego, a na ekranie wyświetlał
    napis: "Co zrobić, żeby Pismo Święte pozostało w Polsce legalne?". Odpowiadam
    Pospieszalskiemu: w sprawie Pisma - nic nie trzeba, w sprawie takiej katechezy w
    publicznej szkole - owszem.

    fot. Cezary Aszkiełowicz

    Uczniowie Gimnazjum nr 14 w Szczecinie. - Na szczęście cała klasa wie, jak było
    - mówią Nicola i Patryk (z lewej). Obok Justyna i Alicja

    Źródło: Gazeta Wyborcza
    www.gazetawyborcza.pl/1,76842,5138787.html
  • Gość: mark IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.04.08, 20:39
    - Ostrzegałem Kościół, żeby sprawę współpracy metropolity warszawskiego z SB
    rozstrzygnął wewnątrz własnych struktur. Kiedy Kościelna Komisja Historyczna
    znalazła dokument poświadczający współpracę abp Wielgusa ze służbami
    bezpieczeństwa, poinformowano o tym abp. Życińskiego. On jednak nie zareagował -
    oskarżał ks. Isakowicz-Zaleski. Ostre słowa wobec padały wczoraj kilkukrotnie.
    Dodał, że metropolita lubelski abp Życiński wielokrotnie twierdził, że akta IPN
    są sfałszowane. - Z tym stwierdzeniem nigdy się nie zgodzę - twierdził autor
    książki.

    Isakowicz-Zaleski na UMCS promował swoją książkę "Moje życie nielegalne". Jak
    stwierdził, po śmierci Jana Pawła II Kościół stoi przed kryzysem. Do sprawy abp.
    Wielgusa wracał wielokrotnie. - Popełnił szereg błędów. Zaprzeczając współpracy
    ze służbami bezpieczeństwa sam siebie pogrążył. Wielokrotnie w wywiadach
    zmieniał swoje wersje, przez co stał się osobą niewiarygodną - mówił Isakowicz.

    Zaznaczył też, że źle się stało, iż to właśnie Wielgus został odznaczony nagrodą
    im. ks. Idziego Radziszewskiego za "wybitne osiągnięcia naukowe w duchu
    humanizmu chrześcijańskiego" (przyznaje ją Towarzystwo Naukowe KUL).

    - Katolicka uczelnia, jaką jest KUL, przyznając tak ważny tytuł powinna brać pod
    uwagę nie tylko osiągnięcia naukowe, ale także moralność jej laureata - dodał
    Isakowicz-Zaleski. Podkreśłił, że nagroda, która miała być przysługą dla
    Wielgusa, stała się dla niego tylko dodatkowym problemem i utrapieniem.

    W grudniu 2006 r. abp Stanisław Wielgus został mianowany metropolitą
    warszawskim. Wtedy również pojawiły się nieoficjalne informacje dotyczące jego
    współpracy z SB. Wielgus wszystkiemu zaprzeczał. 5 stycznia 2007 r. arcybiskup
    przejął urząd metropolity warszawskiego. Tego samego dnia Kościelna Komisja
    Historyczna stwierdziła, że podjął on współpracę z SB. Zaplanowany na 7 stycznia
    ingres nie odbył się - abp Wielgus złożył rezygnację z funkcji.

    Źródło: Gazeta Wyborcza Lublin
    miasta.gazeta.pl/lublin/1,48724,5142411.html
  • Gość: p IP: *.chello.pl 24.04.08, 19:13


    Biskupi zaufali gen. Kiszczakowi
    Gen. Kiszczak zapewnił, że dokumenty dotyczące księży zostały zniszczone/fot. P.
    Bławicki
    Gen. Kiszczak zapewnił, że dokumenty dotyczące księży zostały zniszczone/fot. P.
    Bławicki /Agencja SE/East News

    Wtorek, 9 stycznia (06:12)

    Słyszałem, że generał Czesław Kiszczak przekazał w 1990 r. informację prymasowi,
    że wszystkie materiały dotyczące duchownych zostały zniszczone. Z tego może
    wynikać postawa niektórych księży, którzy zaprzeczają haniebnej współpracy z SB,
    brnąc w tę straszną dla nich i dla Kościoła matnię ­ powiedział "Życiu Warszawy"
    emerytowany biskup.

    Według informacji gazety, większość hierarchów jeszcze w ubiegłym roku była
    pewna, że w archiwach IPN nie ma poważnych materiałów obciążających księży.
    Panowało przekonanie, że kompromitujące materiały poszły na przemiał.

    Dlatego w wielu diecezjach wydano nieformalne zalecenie, aby księża, którzy byli
    tajnymi współpracownikami, nie przyznawali się do tego. W ostateczności agenci w
    sutannach mieli mówić, że prowadzili z SB grę, bądź ich współpraca nie
    wyrządziła nikomu krzywdy. Tak właśnie tłumaczyli się o. Hejmo (TW Hejnał,
    Dominik), ks. Czajkowski (TW Jankowski), a ostatnio abp Wielgus (TW Grey).

    - Chyba nikt w Kościele nie zdawał sobie sprawy, że zostało tyle tak ciężkich
    dokumentów. Okazało się jednak, ku zaskoczeniu wielu dostojników, że dużo
    najtrudniejszych akt zostało w postaci mikrofilmów w archiwach Departamentu I,
    czyli wywiadu. Żaden TW nie może być pewny, że nie ma jego teczki. Natrafiałem
    na przypadki, że akta zniszczone w jednym województwie odnajdują się na
    mikrofilmach wywiadu, powiedział "Życiu Warszawy" ks. Isakowicz- Zaleski.

    PAP
  • Gość: w IP: *.chello.pl 19.05.08, 21:12
  • Gość: w IP: *.chello.pl 20.05.08, 18:26
    "Wśród 140 tajnych współpracowników służb specjalnych PRL, którzy donosili na
    Lecha Wałęsę, znalazło się 5 księży.
    Wałęsa odmawia podania ich nazwisk".
  • Gość: Zły IP: *.ostnet.pl 21.05.08, 22:01
    Nie dobrze! Same śmieci i śmieciarze!
  • Gość: w IP: *.chello.pl 22.05.08, 17:37
  • Gość: w IP: *.chello.pl 22.05.08, 17:42
    Sophie de Ravinel/31.05.2007 08:00
    Kościoły do zburzenia , "Lefigaro"

    Małe wiejskie kościółki stoją puste i popadają w ruinę
    Odwiedza je coraz mniej wiernych, a utrzymanie świątyń jest bardzo drogie.
    Merowie francuskich miast i miasteczek coraz częściej wydają decyzję o ich
    rozbiórce.
    Merostwa zastanawiają się nad przyszłością kościołów. Zachować je czy zburzyć?
    Nie ma wątpliwości, że czarne chmury zawisły nad małymi wiejskimi kościołami.
    Tak jakby zniknęło swego rodzaju tabu zakazujące ich rozbiórki. Béatrice de
    Andia, stojąca na czele nowego Stowarzyszenia na rzecz Ochrony Dziedzictwa
    Religijnego, potwierdza w oparciu o raport Senatu, że "2800 spośród 15 tysięcy
    chronionych wiejskich kościołów jest zagrożonych. – To wróży, że obiekty
    niesklasyfikowane jako zabytki, których ochrona nie jest dla państwa
    priorytetem, mają przed sobą mroczną przyszłość – mówi ta była urzędniczka
    merostwa Paryża, odpowiedzialna za kulturę.

    Christian Prunier, który w 2003 roku stworzył poświęconą historii i zabytkom
    stronę internetową clochers.org, twierdzi, że "aby pozbyć się jakiejś budowli,
    wystarczy pozwolić jej niszczeć przez 20 lat, następnie ogrodzić ją czerwonymi
    taśmami jako niebezpieczną, a później sporządzić orzeczenie o zagrożeniu.
    Wówczas rozbiórka nie jest już czymś wstydliwym. Staje się wręcz obowiązkiem”. –
    Francuzi są jednak "organicznie przywiązani" do swoich świątyń – mówi Alain
    Guinberteau, założyciel strony internetowej 40000clochers.com, który ogłosił
    konkurs fotograficzny z nagrodą za najlepsze zdjęcia wiejskich kościołów.



    W Wandei, historycznym regionie znanym z powstań chłopskich, gdzie w XIX wieku
    budowano liczne obiekty sakralne, coraz więcej urzędników miejskich przełamuje
    tabu i zaczyna burzyć kościoły z powodu braku środków na ich utrzymanie.

    Miedzy stosami kamieni, popękanych posadzek i strzaskanych dachówek, rosną
    chwasty. Widać jeszcze trzymający się jakoś narożnik ściany i zardzewiałe
    żelazne pręty sterczące ku niebu. W tym opuszczonym przez ludzi miejscu jeszcze
    rok temu stał kościół, górujący nad całą okolicą – teatrem wojen wandejskich.
    Wzniesiony w 1870 roku w najwyższym punkcie departamentu Maine-et-Loire kościół
    parafialny miasteczka Saint-Georges-des-Gardes został zburzony w sierpniu
    ubiegłego roku. – Został zdekonstruowany – uściśla mer Gabriel Lahaye, który nie
    będąc wprawdzie wyznawcą filozofii Jacques’a Derridy, wybrał takie określenie ze
    względu na jego łagodniejszy charakter i zawarty w nim odcień szacunku.

    Licząca 1500 mieszkańców gmina ma inny kościół i nie mogła udźwignąć kosztów
    remontu – ponad milion euro. Budowle wzniesione przed 1905 rokiem są utrzymywane
    przez wspólnoty lokalne. – Mówiono mi: "Będziesz tego żałował!" Ale nie ma czego
    – zapewnia Gabriel Lahaye. Jeden z mieszkańców, Gérald Eloire, próbował
    sprzeciwić się rozbiórce, wysyłając list otwarty do mera, tworząc
    stowarzyszenie, mobilizując media. Na próżno. Ten ateista z przekonania, który
    zdecydował się zamieszkać w miasteczku właśnie z powodu uroku jego kościoła,
    pociągnął za sobą tylko garstkę mieszkańców. I spotkał się z wieloma przejawami
    wrogości.

    Mer na miejscu dawnego budynku zamierza wybudować małą kapliczkę w nowoczesnym
    stylu. Mówi, że "inne gminy zamierzają postąpić podobnie". Rzeczywiście, w
    regionie pełno jest kościołów zbudowanych w XIX wieku, aby pomieścić licznych
    wówczas wiernych. Nowe świątynie wznoszono nawet za cenę burzenia tych zbyt
    małych lub naruszonych zębem czasu, choć miały walory architektoniczne. Bernard
    Briodeau, mer Valanjou potwierdza, że przejrzał dokładnie różne plany,
    ekspertyzy, zbadał regionalne i departamentalne źródła pomocy i konto gminy,
    zanim pogodził się z oczywistością: kościół św. Marcina w jego miasteczku
    również skazany jest na zagładę. Mer ma nadzieję, że uda mu się zachować wieżę
    obronną z XV wieku, do której cztery stulecia później został dobudowany budynek
    świątyni.

    Na razie rozbiórką ma być objęty tylko kościół i dzwonnica. Podobnie jak w
    Saint-Georges-des-Gardes, kler administrujący tymi miejscami nie wyraził
    zastrzeżeń. Msza odprawiana jest w innym kościele tej małej gminy, a jest w niej
    co najmniej pięćdziesiąt kaplic, kapliczek domowych czy stacji Drogi Krzyżowej.
    – Liczba praktykujących wyraźnie spadła podczas ostatnich dziesięciu lat –
    zauważa mer – i ludzie akceptują tę decyzję. Wiedzą, że ich wiara jest
    silniejsza niż stare bezwartościowe kamienie. Priorytet dzisiejszego Kościoła to
    żywe kamienie! Bernard Briodeau otrzymał listy, anonimowe lub podpisane, od osób
    niekiedy spoza gminy, w których straszono go "ogniem piekielnym", jeśli popełni
    "świętokradztwo". – Wiem, że w tym regionie nie należy dotykać kościoła, nawet
    jeśli msza w nim jest odległym wspomnieniem. To wpływ historii i tradycji. Ale
    co ja mogę zrobić?

    Michel Baron, mer odległego o 45 kilometrów Gesté, mówi, że on też szukał innych
    rozwiązań. Tym bardziej, że kościół, bardzo obszerny, którego zburzenie właśnie
    przegłosowała rada miejska, jest jedynym w liczącej 2500 mieszkańców gminie.
    Jeszcze odprawia się w nim msze. Na miejscu kościoła mer obiecuje zbudowanie
    "sali na 500 miejsc, która może być podzielona na dwie części – nowoczesnej,
    łatwej do ogrzania, przyciągającej młodzież". Proboszcz parafii, Pierre Pouplart
    podchodzi do tego z rezerwą. – To są sprawy gminy – mówi. – Rozumiem, że ma ona
    problemy z kosztami konserwacji.

    Ojciec André Boudier, odpowiedzialny za sztukę sakralną w diecezji Angers
    zauważa: – Kościoły o walorach zabytkowych muszą być ratowane. Burzenie innych
    trzeba zaakceptować. Na ich miejscu powinny powstać budowle lepiej przystosowane
    do dzisiejszych potrzeb.
    "Lefigaro"
  • Gość: vaticanszczik IP: *.chello.pl 25.05.08, 08:41
  • Gość: antyradiator IP: *.chello.pl 26.05.08, 17:42
  • Gość: et IP: *.chello.pl 26.05.08, 18:56
    "Ed" , polecam Tobie poniższą książkę. Ja kupiłem ją w salonie
    prasowo-książkowym "Kolportera". Książka idealnie współbrzmi z niniejszym
    wątkiem :)))
    Pozdrawiam.
    www.wab.com.pl/index.php?id=7&bid=680
  • bleeeh
  • Gość: kierczyńska IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.06.08, 22:59
    wymowne
  • Gość: majster IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.06.08, 11:28
    mogą mu naskoczyć
  • Gość: r IP: *.chello.pl 21.06.08, 20:11
  • Gość: z IP: *.chello.pl 29.06.08, 21:56
  • Łomża, Gdańsk… Kolejka się ustawia. Rozpoczął się wyścig o to, kto będzie
    postrzegany jako bardziej oddany Rzymowi. Padają kolejne zaproszenia dla
    papieża, który miałby znowu nawiedzić Polskę.

    Jako drugi w kolejce ustawił się Gdańsk, a raczej metropolita gdański abp Sławoj
    Leszek Głódź. „Archidiecezja gdańska zaprasza” – powiedział po niedzielnej mszy
    w watykańskiej bazylice papieżowi. Okazją do kolejnej lotniczej „pielgrzymki”
    miałyby być obchody 30. rocznicy narodzin „Solidarności”: „Mówiłem papieżowi, że
    >>Solidarność<< pozdrawia i zaprasza” – zdradził Głódź po powrocie do Polski.
    Korzenie „Solidarności” jako związku zawodowego sięgają 1980 roku. Obchody
    rocznicowe miałyby się więc odbyć w 2010 roku i wówczas Gdańsk miałby zostać
    nawiedzony przez Benedykta XVI. Głódź nie omieszkał przy okazji ustawiać
    dziennikarzy w szeregu, twierdząc, że nierzetelnie pracują. Nie spodobały mu się
    artykuły sugerujące, iż jako nowy metropolita gdański będzie szkodził temu
    regionowi.

    Benedykt XVI może mieć twardy orzech do zgryzienia. Nie dalej jak dwa tygodnie
    temu do nawiedzenia Łomży namawiali papieża działacze podlaskiego Prawa i
    Sprawiedliwości. To z okazji lokalnych uroczystości religijnych. Chcą do tej
    sprawy przekonywać zarówno Episkopat, jak i rządzącą Platformę Obywatelską.
    Rzecz jednak w tym, że łomżyńskie święto wypada w 2009 roku. Jak więc pogodzić
    Gdańsk i Łomżę?

    MW
    faktyimity.pl/
    --
    Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
  • Gość: Ed IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.07.08, 12:52
    Dziękuję za informację. Już zamówiłem.

    Pozdrawiam
  • legaba.6te.net/seks.htm
    --
    Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
  • Nauczyciel wypalał znak krzyża na rękach uczniów

    Myśleliście, że Roman Giertych i Tadeusz Rydzyk to oszołomy? No to poznajcie
    pewnego nauczyciela z zaściankowej Ameryki!

    John Freshwater, nauczyciel ze szkoły publicznej w Mount Vernon w stanie Ohio
    jest człowiekiem głęboko wierzącym. Jak na porządnego chrześcijanina przystało,
    wiarę swą szerzy na wszelkie możliwe sposoby. Mimo że w Stanach Zjednoczonych w
    państwowych szkołach nie ma miejsca dla religii ani symboli religijnych,
    Freshwater prowadził ewangelizację wśród uczniów.

    Szeroko zakrojoną ewangelizację, dodajmy. Trzymał w klasie Biblię, nauczał
    dzieci kreacjonizmu, a żeby nauka nie poszła w las wypalał im krzyże na
    przedramionach. Wszystko to działo się mimo protestów innych nauczycieli.

    Sprawa trafiła do organów śledczych dopiero kiedy rodzice jednego z uczniów
    poskarżyli się, że dziecko przyszło do domu z wypalonym krzyżem na ręce. Jak się
    okazało, zajmujący się naukami ścisłymi nauczyciel znakował uczniów za pomocą
    specjalnego generatora z laboratorium. Krzyże po paru godzinach znikały. Trudno
    więc traktować ten proceder jako coś gorszego niż bicie dzieci linijką za PRL-u.

    Belfra ewangelisty z 21-letnim stażem bronią jego przyjaciele, mówiąc że
    przecież on tylko nauczał dzieci wartości, które są bliskie mieszkańcom Mount
    Vernon. Z krzyżem może troszkę przesadził, ale poza tym nie można mu nic
    zarzucić. Tymczasem krzyże to nie wszystko. Na jaw wychodzą kolejne sprawki
    nauczyciela, takie jak zaprzeczanie teorii ewolucji.

    W tym jednym człowieku zgromadził się pełen repertuar wierzeń zaściankowej
    Ameryki. Tej, której obcy są Obama i Clinton, a nawet McCain. I która Romana
    Giertycha uznałaby za swojego. Garstka oszołomów? Tak. Jeśli miliony ludzi to
    garstka.
    www.pardon.pl/artykul/5323/nauczyciel_wypalal_znak_krzyza_na_rekach_uczniow
    --
    Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
  • Przeor klasztoru kradł dla kobiety:
    www.tvn24.pl/0,1555997,wiadomosc.html
    --
    Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
    (Montesquieu)
  • Dobro od zła odróżniamy wcale nie dzięki objawieniu danemu od Boga. Moralność
    jest owocem ewolucji, a pojęcie Boga skonstruowaliśmy, by wytłumaczyć sobie
    nasze normy etyczne.

    Trwa wojna. Z rodziną i sąsiadami ukrywasz się w piwnicy przed grupą uzbrojonych
    i pijanych żołnierzy. Nad głowami słyszycie ich kroki. Są blisko. Trzymasz na
    ręku niemowlę. Dziecko jest chore, kaszle, krztusi się i płacze. Jego krzyki
    pewnie was zdradzą. Próbujesz je uciszyć, ale gdy zakrywasz mocno jego twarz
    dłonią, noworodek dusi się i sinieje. Własnoręczne zabicie dziecka jest czynem
    nieludzkim, wbrew najgłębszym instynktom. Ale jeżeli nie zadusisz dziecka, ono i
    tak zginie, a wraz z nim wszyscy inni. Co robisz?

    Ten wojenny przykład jest odległy od naszych doświadczeń. Ale bodaj czy nie
    przed trudniejszym dylematem stała para brytyjskich rodziców zaledwie dwa lata
    temu. Ich synek urodził się z anencephalią. Było jasne, że za kilka dni umrze -
    niedorozwinięty mózg nie był w stanie nawet obsługiwać ciała na tyle, by dziecko
    wiodło żywot rośliny - jadło i oddychało. Ian i Carol chcieli, by organy dziecka
    uratowały życie innym chorym niemowlętom. By tak się stało, musiały zostać
    pobrane jak najszybciej, zanim zostaną uszkodzone w wyniku "braku zarządzania"
    przez mózg. Czy można zabić dziecko (skazane i tak na śmierć), by jego tkanki
    uratowały życie i zdrowie innych niemowląt?

    Trudne wybory moralne są nieodłączną częścią praktyki medycznej, gdy decyduje
    się, czy przeprowadzić ryzykowny zabieg, czy zaprzestać agresywnych metod
    podtrzymywania życia, której z dwóch ofiar wypadku udzielić najpierw pomocy,
    wiedząc, że tylko jedną jest się w stanie uratować. Ale nie tylko.

    --
    Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
    (Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
  • Wybierać mniejsze zło. Cyceron

    Marc Hauser i jego ludzie z Zakładu Psychologii Uniwersytetu Harvarda zamieścili
    w internecie „The Moral Sense Test” (Test poczucia moralności). Stawiają w nim
    badanych przed koniecznością wyboru pomiędzy dwiema możliwościami, z których
    żadna nie może być uznana za dobrą. Część problemów z testu sprowadza się do
    pytania: czy można poświęcić życie jednej osoby, aby uratować pięć. Do tej
    kategorii należy klasyczny już dylemat mostka i zwrotnicy.

    Po szynach z góry nadjeżdża rozpędzony wózek i zaraz uderzy w plecy pięciu
    niczego nieświadomych osób. Możesz je uratować - jeśli przestawisz zwrotnicę,
    wózek skręci na boczny tor. Tam też ktoś stoi, kto nie spodziewa się
    niebezpieczeństwa - ale jest to już tylko jeden człowiek. Co robisz?

    Większość pytanych przesunęłaby dźwignię. To - przynajmniej z pozoru - prosta
    matematyka, minimalizacja strat. W sumie "oszczędza się" życie czworga ludzi.

    Dylemat mostka przedstawia sytuację identyczną - przynajmniej z matematycznego
    punktu widzenia. Tu też mamy tor, rozpędzony wózek, pięć osób na torze, które
    bez twojej interwencji nie unikną śmierci. Tym razem nie stoisz przy zwrotnicy,
    ale na mostku nad szynami. Nie stoisz sam - tuż koło ciebie siedzi na poręczy
    masywny człowiek. Jeżeli zepchniesz go w odpowiednim momencie, to jego ciało
    zatrzyma wózek, chociaż on sam niechybnie zginie. Co robisz?

    Tym razem większość badanych odpowiada, że nigdy w życiu nie zdecydowałaby się
    na zrzucenie nikogo pod pociąg.

    Dlaczego? Czemu podejmujemy zupełnie różne decyzje, choć za każdym razem
    wybieramy między śmiercią jednej a pięciu nieznanych nam osób?

    Największe zło to tolerować krzywdę. Platon

    W obu wypadkach nasza decyzja jest związana z pogwałceniem norm moralnych, które
    nie pozwalają na zabicie człowieka. Istnieje jednak między nimi zasadnicza
    różnica. W dylemacie zwrotnicy to pogwałcenie norm jest bezosobowe. Wynika ono z
    pewnej abstrakcji, z koncepcji wartości życia ludzkiego. W przypadku mostka
    pogwałcenie to ma charakter osobowy - własnym bezpośrednim ruchem krzywdzisz
    drugą osobę.

    Znakomita większość ludzi godzi się na bezosobowe pogwałcenie norm moralnych,
    ale odrzuca pogwałcenie osobowe. Co ciekawe - pytani o motywy decyzji dają
    bardzo rozbieżne odpowiedzi.

    Osobowe pogwałcenie norm moralnych ma miejsce wtedy, gdy JA KRZYWDZĘ CIEBIE.
    Mówiąc "JA", podkreślamy, że chodzi tu o działanie zamierzone, a nie
    przypadkowe. "Krzywdzę" oznacza taki typ prymitywnego uszkodzenia ciała, który
    byłby zrozumiały również dla neandertalczyka czy szympansa, a więc nie np.
    kradzież portfela czy pomówienie. "Ciebie" znaczy, że ofiara jest równie żywa i
    zdolna do cierpienia jak ty.

    Niechęć do pogwałcenia osobowego norm moralnych dzielimy z innymi wyższymi
    naczelnymi - małpami. Szympans rozumie, że spychając innego szympansa pod lawinę
    kamieni, tak jak my kogoś pod pędzący pociąg, spowoduje jego śmierć. Ale
    koncepcja "wartości życia szympansiego" jest mu obca i nie próbowałby reagować w
    sytuacji analogicznej do dylematu zwrotnicy.

    Ta niechęć do osobowego pogwałcenia norm moralnych i łatwiejsza akceptacja
    działania nieosobowego powoduje, że współczesne konflikty zbrojne stają się tak
    krwawe: trudniej jest przebić włócznią przeciwnika czy zmiażdżyć główkę dziecka
    maczugą, niż zrzucić bombę na szpital i odpalić rakietę dalekiego zasięgu
    wycelowaną w wielomilionową metropolię.

    Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Immanuel Kant

    Skąd wiemy, w którym miejscu nakreślić granicę między tym, co dopuszczalne i
    niedopuszczalne? Skąd się bierze moralność?

    Część filozofów (Arystoteles, Kant, Mill) zakładała, że wypływa z rozumu, a
    zachowania moralne to takie, które ma na celu zwiększenie sumy szczęścia
    ludzkości. To wydaje się przekonujące, ale diabeł tkwi w szczegółach - nie
    wiadomo, jak indywidualne szczęścia i nieszczęścia sumować. Na pewno nie jest to
    prosta arytmetyka. Może w moralności trzeba kierować się uczuciem? Taki pogląd
    reprezentowali sentymentaliści, tacy jak Hume czy Smith, uważający, że moralność
    wypływa ze zrozumienia innych ludzi i z sympatii do nich.

    Kto ma rację? Wyniki doświadczeń neurobiologów pokazują, że wszyscy i nikt. Przy
    podejmowaniu decyzji moralnych rozum i emocje niekiedy współuczestniczą, a
    niekiedy rywalizują ze sobą. Jak to możliwe?

    Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę. Jerzy Liebert

    Aktywności mózgu w czasie podejmowania decyzji moralnych przyglądał się Joshua
    Greene z Zakładu Psychologii Uniwersytetu Harvarda. Okazało się, że w sytuacji,
    gdy stajemy przed możliwością wyrządzenia krzywdy konkretnej osobie (zrzucenie
    grubasa z mostka), w naszym mózgu uaktywniają się obszary odpowiedzialne za
    emocje - w szczególności jądro migdałowate mieszczące się w starej ewolucyjnie
    części naszego mózgu, w układzie limbicznym. Zupełnie inne, niedawno
    wykształcone w ewolucji człowieka obszary - kora przedczołowa odpowiedzialna za
    myślenie abstrakcyjne - uaktywniają się, gdy stajemy przed dylematem bardziej
    "bezosobowym" (decyzja, czy wózek pojedzie torem, na którym stoi pięć osób, czy
    jeden człowiek).

    W wypadku dylematu zwrotnicy postanowienie "przesuwam dźwignię" lub "nie
    przesuwam dźwigni" badani podejmują równie szybko. Przy problemie mostka ci,
    którzy uznali, że nie mogą zabić człowieka dla ratowania innych, decydowali się
    niemal błyskawicznie. Ale ci, którzy podejmowali decyzję "ze-pchnę", udzielali
    odpowiedzi po znacznie dłuższym czasie. W tym okresie w ich umysłach trwała
    walka emocji z rozumem, spór między jądrem migdałowatym a korą przedczołową. Jak
    widać, zaakceptowanie pogwałcenia osobowych norm moralnych w imię abstrakcyjnego
    "wyższego dobra" (czy raczej abstrakcyjnego mniejszego zła) nie jest proste.

    O tym, że procesy rozumowe hamują procesy emocjonalne, wiedzieli już dwa tysiące
    lat temu starożytni Rzymianie. Radzili, aby przed podjęciem decyzji wywołanej
    gniewem policzyć do dziesięciu. Liczenie w pamięci aktywuje korę mózgową, a
    aktywacja ta hamuje pobudzone nadmiernie jądra migdałowate, ułatwiając podjęcie
    decyzji racjonalnej.

    --
    Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
    (Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
  • Moralność, jak sztuka, oznacza określenie granic. Oscar Wilde

    Dlaczego unikamy osobowego pogwałcenia norm moralnych? Czemu czujemy się źle,
    gdy wyrządzamy krzywdę? Zwykliśmy uważać, że zasady wpoiła nam szkoła, Kościół
    albo dom.

    Badania wskazują jednak, że jest zupełnie inaczej!

    Przystępujący do harvardzkiego testu wyborów moralnych wypełniają kwestionariusz
    z pytaniami o pochodzenie, przekonania religijne i wychowanie. Analiza setek
    odpowiedzi internautów pokazała, że rozwiązują oni podobnie dylematy moralne,
    niezależnie od rasy, wyznania, kultury, płci, cywilizacji i religii! Co
    najciekawsze - właściwie nie wiemy, dlaczego postępujemy moralnie.

    Ale fakt, że niezależnie od wiary, poziomu cywilizacyjnego czy systemów
    politycznych większość ludzi analogicznie rozwiązuje dylematy, wskazuje, że
    człowiek jest wyposażony przez ewolucję we wrodzony zmysł moralny.

    Marc Hauser twierdzi, że analogicznie do wyposażenia człowieka we wrodzoną
    "gramatykę języka" umożliwiającą nauczenie się mowy ewolucja wyposażyła mózg w
    "gramatykę moralności" umożliwiającą powstanie systemów, na których opierają się
    więzi społeczne. Różne moralne gramatyki lokalne wykazują podobne zróżnicowanie
    jak językowe i zabicie wiarołomnej żony jest akceptowane w pewnych kulturach,
    podobnie jak aborcja i eutanazja. Analiza wpływu kultury, religii i
    wykształcenia na decyzje moralne wskazuje, że pewne aspekty uniwersalnej
    "gramatyki moralnej" są bardziej odporne na wpływy środowiskowe niż inne.

    Wszelka moralność wywodzi się z religii, albowiem religia jest tylko formułą
    moralności. Fiodor Dostojewski

    Nasze normy moralne stały się częścią systemów religijnych i jesteśmy na ogół
    przekonani, że to religia uczy nas, jak odróżniać dobro od zła. Człowiek jest
    rzeczywiście gatunkiem religijnym. Religijność jest zjawiskiem powszechnym,
    ukształtowanym w przebiegu ewolucji i korzystnym dla gatunku ludzkiego. Wspólne
    wierzenia, choćby irracjonalne, utrzymywały spójność grup społecznych lepiej niż
    wszelkiego rodzaju rozumowanie. Przestrzeganie norm regulowało życie grupy,
    ograniczając indywidualne zachowania na rzecz zachowań korzystnych dla
    przetrwania społeczności.

    Religie towarzyszyły ludzkości od jej początków, a może powstały wcześniej niż
    Homo sapiens. Fakt, że człowiek neandertalski rytualnie grzebał zmarłych - o
    czym świadczą pozostawione przezeń groby - dowodzi, że i jemu wierzenia w życie
    pozagrobowe nie były obce.

    Mimo że jesteśmy przekonani, że religie i moralność wynikają z przyczyn
    pozaludzkich, objawionych, są one związane z budową i działaniem naszego mózgu i
    jego obwodów neuronalnych.

    Bóg wie wszystko, a wy wszystko wiecie lepiej. Erich Maria Remarque

    Jedną z najbardziej interesujących neurobiologicznych prób wyjaśnienia, jak
    powstały wierzenia religijne, jest "hipoteza lewopółkulowego objaśniacza świata"
    Michaela Gazzanigi.

    Gazzaniga, profesor psychologii z University of California, członek
    amerykańskiego prezydenckiego komitetu bioetyki, obserwował chorych z przeciętym
    spoidłem wielkim. U takich ludzi półkule mózgowe nie komunikują się, żyją
    niejako własnym życiem i chociaż obie pracują, do świadomości dochodzą tylko
    wyniki pracy półkuli dominującej, zazwyczaj lewej.

    Gdy pacjentowi wyświetlano napis "idź", tak by widziała go tylko prawa półkula,
    ten wstawał i szedł. Zapytany, dlaczego to robi, nie potrafił tego wyjaśnić
    (doznania prawej półkuli nie przedostają się do świadomości), ale zamiast po
    prostu powiedzieć: "Nie mam pojęcia", zwykle silił się na jakieś wykręty "Napić
    się coli zjeść coś ".

    Jeszcze ciekawsze rzeczy wydarzały się, gdy pokazywano mu dwa obrazki - po
    jednym do każdego oka, tak by każda półkula widziała co innego. Prawa półkula
    otrzymała z lewego oka obraz zaśnieżonego podwórka, a lewa, z prawego oka -
    obraz kurzej łapy. Badany miał wskazać - z zestawu kilkunastu rysunków - obrazki
    kojarzące mu się z obejrzanymi. Co się działo? Otóż jego prawa ręka wybrała
    głowę koguta, a lewa - szuflę do odśnieżania. Całkiem logicznie, nieprawdaż?

    Teraz następuje pytanie: dlaczego wskazał pan właśnie te obrazki? "Kogut kojarzy
    mi się z ptasią łapą" - odpowiada. "A szufla?" - docieka eksperymentator.
    "Szufla szufla " - zamyśla się badany. "No, kurnik trzeba posprzątać!" -
    znajduje wyjście z sytuacji.

    Lewa półkula usiłuje racjonalizować decyzje, które wynikają z impulsu prawej.
    Mechanizm sterujący takim zachowaniem Gazzaniga nazwał "lewopółkulowym
    interpretatorem świata".

    Co z tego wynika? Otóż tysiące, a może miliony aktywności mózgowych biegną
    niezależnie od siebie, poza obszarem naszej świadomości. Kierują one ruchem
    ciała, emocjami, myśleniem... Kiedy ujawniają się skutki naszych podświadomych
    poczynań, interpretator musi je wyjaśnić, tworząc teorie tłumaczące, dlaczego
    zachowujemy się tak, jak się zachowujemy. Interpretator tworzy naszą świadomą
    rzeczywistość na podstawie często ograniczonych i fragmentarycznych danych,
    którymi dysponuje. Nasza świadomość jest więc refleksją nad światem zbudowaną
    przez interpretatora.

    Dekalog jest zbyt krótki w stosunku do możliwości grzeszenia. Lidia Jasińska

    Wśród wielu rzeczy, które interpretator musi wyjaśnić, jest też fakt naszej
    moralności. Zanim jeszcze wzięli się do tego filozofowie, nasz interpretator
    uznał, że jest to związane z istnieniem wyższego porządku. Wygląda na to, że to
    nie religia stworzyła moralność, ale wytworzył ją nasz mózg w toku ewolucji, a
    wierzenia religijne wymyślił, aby usprawiedliwić istnienie moralności.

    Patrząc na dekalog, zbiór norm moralnych akceptowanych przez trzy wielkie
    monoteistyczne religie świata, zauważymy, że jego pięć pierwszych przykazań ma
    charakter bardzo związany z naszym naturalnym zmysłem moralnym, wrodzonym
    sprzeciwem wobec gwałcenia norm osobowych. Dekalog "od pasa w dół" jest już
    ściśle związany z kulturą, w której został objawiony - kulturą surową,
    rygorystyczną jeżeli chodzi o obyczaje seksualne, silnie akceptujące prawa
    własności i zasady uczciwości. Wiele innych kultur tego okresu akceptowało
    swobodne życie seksualne, a kradzież i oszustwo nie były potępiane (Merkury był
    bogiem złodziei). Zresztą jeżeli chodzi o kłamstwo, to nawet w naszej kulturze
    wiele etycznych osób uważa, że człowiek ma prawo do kłamstwa, a przynajmniej
    nieujawniania całej prawdy o sobie. Nazywa się to chronieniem prywatności.

    --
    Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
  • Gdyby Boga nie było, należałoby Go wymyślić. Wolter

    Przez ostatnie dwa wieki filozofia moralna naszego świata była przedmiotem
    sporów dwóch kierunków. Racjonaliści uważali, że moralność powinna przynosić
    "większe dobro", a deontolodzy, że pewne normy nie mogą być przekraczane,
    niezależnie od szlachetnego celu, jaki nam przyświeca.

    Te dwie postawy filozofii moralnej odzwierciedlają fundamentalne napięcia
    pomiędzy strukturami ludzkiego mózgu. Nasze odpowiedzi emocjonalne,
    odziedziczone po przedludzkich przodkach, a umocnione przez doświadczenie
    kulturowe i religię, podkreślają pewne absolutne zakazy, tak ważne dla
    deontologii. W przeciwieństwie do nich "kalkulacje moralne", charakterystyczne
    dla racjonalizmu, są możliwe dzięki powstaniu w przednich płatach mózgowych
    nowych struktur, które zapewniają zdolność do myślenia abstrakcyjnego.

    Moralność powstała przed religią. Kod moralnego postępowania mają małpy
    człekokształtne. Nasz mózg został tak ukształtowany, że religijność wypływa z
    jego budowy. Teorie "lewopółkulowego interpretatora" - układu tłumaczącego nam
    racjonalnie rzeczy niewyjaśnione - sugeruje, że normy etyczne i moralne,
    wytworzone w procesie ewolucji, były wcześniejsze niż wierzenia religijne. Te
    ostatnie powstały właśnie dla wyjaśnienia pochodzenia naszej moralności. Ale
    ostatecznie religia odegrała istotną rolę w rozwoju moralności - powstały różne
    języki opierające się na z grubsza podobnej gramatyce. W jednej religii zabicie
    niewiernego to zasługa, w innej egzekucja zbrodniarza to grzech. System
    religijny racjonalizuje nasze wrodzone wybory moralne.

    Spośród około 10 tysięcy systemów wierzeń obecnych na ziemi największy sukces
    (mierzony liczbą wyznawców) mają te, które podkreślają konieczność wzajemnej
    pomocy współwyznawcom, a jeszcze lepiej - wszystkim ludziom. Miłość bliźniego
    jest ewolucyjnie ukształtowaną podstawą wielkich religii, a różnice dotyczą
    tylko tego, kogo naprawdę za bliźniego uważamy. Oby nie tylko siebie samego!

    * Profesor Jerzy Vetulani pracuje w Instytucie Farmakologii PAN w Krakowie

    Źródło: wyborcza.pl/1,76842,4553472.html
    --
    Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
  • Gość: Pelagia IP: *.chello.pl 13.07.08, 18:07
  • edico napisał:

    > Ponieważ nie ma już czego ukrywać w sprawie współpracy Pacelli'ego
    z nazistowsk
    > ą
    > Rzeszą. Przez nazistowską prasę został przecież uznany za moralne
    wzmocnienie
    > hitlerowskiego rządu.
    > serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34174,3469087.html
    Oby !
  • Gość: alowiec 2 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.07.08, 11:16
    czytałem jakiś czas temu historię Powstania Warszawskiego dzień po dniu... sporo
    tam było na temat współpracy mieszkańców z oddziałami niemieckimi.. aż się
    zdziwiłem...
  • Gość portalu: Sromotnik Bezwstyd napisał(a):

    > Ze Szczecina przykicałaś do Rzeszowa!Katolickim swędem!
    Dobre.
  • Czy znaleziona w Jordanii kamienna tablica zawierająca starożytny tekst w języku
    hebrajskim może wstrząsnąć posadami chrześcijaństwa? Izrael Knohl uważa, iż tak.
    Na datowanej na I wiek p.n.e. tablicy znajduje się opowieść o cierpiącym
    mesjaszu, który zmartwychwstaje po trzech dniach… Czy to historyczny pierwowzór
    Jezusa czy kolejna z pojawiających się co sezon sensacji związanych z tą postacią?

    Mierząca niemal metr długości tablica z 87 linijkami hebrajskiego pisma, która
    według naukowców powstała na kilkadziesiąt lat przed narodzinami Jezusa powoduje
    zamieszanie w kręgach biblistów i archeologów, szczególnie z tego powodu, iż
    mówi o mesjaszu, który zmartwychwstał po trzech dniach…

    Kiedy tablicę tę nabył David Jeselsohn nie był świadom jej znaczenia. Jeśli
    rzeczywiście znajduje się tam opis podobnej historii, może mieć on przełomowe
    znaczenie, ponieważ przyczyni się do zmiany poglądów na postać Jezusa sugerując,
    iż teoria odnośnie jego zmartwychwstania i śmierci nie była unikalna i stanowiła
    integralną część ówczesnej tradycji żydowskiej.

    Tablica, która znaleziona została prawdopodobne w pobliżu Morza Martwego na
    terenie Jordanii, według niektórych badaczy stanowi rzadki przykład kamienia ze
    znakami wykonanymi tuszem.

    Są one napisane (a nie wygrawerowane) wzdłuż dwóch kolumn, przypominających
    kolumny Pięcioksięgu. Kamień jest jednak pęknięty, zaś część tekstu niejasna, co
    wskazuje, że otwarty jest na wszelką debatę.

    Daniel Boyarin, ekspert z Uniwersytetu Kalifornijskiego twierdzi, iż tablica
    stanowi kolejną część szeregu dowodów sugerujących, że postać Jezusa bliżej
    zrozumieć można badając dokładnie żydowską historię ówczesnego okresu.

    Biorąc pod uwagę napiętą atmosferę wokół wszystkich przedmiotów i pism z okresu
    życia Jezusa, zarówno w sferze publicznej, podzielonym środowisku badaczy, jak i
    obaw o szarlatanerię lub oszustwo, dużo czasu zajmie pełna ocena tablicy. Od
    odkrycia Rękopisów z Qumran minęło kilka dekad i wciąż powodują one wiele
    kontrowersji odnośnie ich autorów oraz znaczenia.

    Zwoje te odnalezione w jaskiniach w Qumran w Izraelu, zawierają jedyne znane
    kopie biblijnych tekstów z okresu przed pierwszym wiekiem naszej ery. Zwoje
    opisują także różnorakie praktyki i wierzenia wielu żydowskich sekt z okresu, w
    którym żył Jezus.

    O reprezentatywności tych opisów i szczegółach na temat ery, o której mówią
    istnieje poważna debata. Jedno z nasuwających się pytań mówi o tym, kim byli
    autorzy zwojów – czy należeli do sekty, czy też może byli zwykłymi członkami
    społeczeństwa. Niedługo w Muzeum Izraela w Jerozolimie odbędzie się konferencja
    z okazji 60. rocznicy odkrycia zwojów, która podejmie także temat kamiennej
    tablicy mającej zawierać słowa o zmartwychwstałym mesjaszu.

    Co dziwne, płyta nie jest nowym odkryciem. Znaleziono ją ok. 10 lat temu. Od
    jordańskiego handlarza antykami zakupił ją kolekcjoner, który umieścił ją w domu
    w Zurychu. Kiedy kilka lat temu przyjrzeli się jej bliżej izraelscy naukowcy i w
    ub. roku napisali o niej artykuł, wzrosło zainteresowanie nią. Obecnie na jej
    temat istnieje wiele artykułów. Reszta zapewne powstanie.

    - Nie zdawałem sobie sprawy z jej wartości, aż do czasu, kiedy pokazałem ją
    kilka lat temu Adzie Yardeni, ekspertce od hebrajskiego – mówi Jeselsohn, który
    sam jest ekspertem od zabytków. Była zachwycona. Powiedziała mi: „Masz Zwoje
    znad Morza Martwego w kamiennej wersji”.

    Większa część tekstu zawierająca wizję apokalipsy opiera się na Starym
    Testamencie, specjalnie na księgach proroków, takich jak Daniel, Zachariasz czy
    Aggeusza.

    Ada Yardeni (która zbadała tablicę wraz z Binyaminem Elitzurem) jest ekspertką
    od hebrajskiego, specjalizującą się w okresie epoki Heroda, który zmarł w 4 roku
    p.n.e. Dwójka badaczy opublikowała w kwartalniku „Cathedra” długi tekst
    poświęcony analizie kamienia. Nosił on tytuł „Objawienie Gabriela”. Opierając
    się na piśmie i języku orzekli oni, że pochodzi ona z pierwszego wieku przed
    narodzinami Chrystusa.

    Badanie chemiczne przeprowadzone zostały przez Yuvala Gorena, profesora
    archeologii z Uniwersytetu Tell Aviv, który specjalizuje się w badaniu
    starożytnych przedmiotów. Do czasów publikacji wyników, które mają ukazać się w
    specjalistycznym magazynie, nie ujawnia on szczegółów twierdząc jedynie, iż nie
    widzi powodów, aby wątpić w autentyczność kamienia.

    To właśnie z artykułu w „Cathedrze” o kamieniu dowiedział się biblista z
    Uniwersytetu Hebrajskiego, Izrael Knohl. W wydanej w 2000 roku książce Knohl
    wysunął pogląd, jakoby idea cierpiącego mesjasza znana była już przed erą, w
    której żył Jezus. Oparł się w tym na rabinicznej i wczesnej apokaliptycznej
    literaturze oraz Zwojach z Qumran. Jego teoria nie wstrząsnęła jednak
    chrześcijaństwem, częściowo z tego względu, iż nie miał na to dowodów w postaci
    pism z okresu przed życiem Jezusa.

    Kiedy przeczytał artykuł jak stwierdził, ujrzał coś, co mogłoby potwierdzić jego
    teorie. Knohl jest jednym z naukowców, którzy skupiają się na atmosferze
    politycznej z czasów Jezusa, która stanowi ważne wyjaśnienie mesjanistycznego
    ducha tamtych czasów. Jak zauważa, po śmierci Heroda żydowscy rebelianci starali
    się zrzucić jarzmo wspieranej przez Rzym monarchii, toteż główni wojownicy o
    niezależność często uderzali w ten ton.

    Według Knohla postać, o której mówi tekst z płyty to człowiek o imieniu Szymon,
    który został zamordowany przez dowódcę armii Heroda. Pisze o tym żyjący w I
    wieku historyk Józef. Twórcami wersów umieszczonych na kamieniu byli
    najprawdopodobniej zwolennicy Szymona.

    Zamordowanie Szymona – cierpiącego mesjasza, widziane było jako krok niezbędny
    do odkupienia narodu – twierdzi Knohl, wskazując na wersety od 19 do 21. „W trzy
    dni dowiecie się, że zło zostało pokonane przez sprawiedliwość”. Inne wersety
    mówią o krwi i rzezi jako drodze do sprawiedliwości.

    Aby udowodnić wartość kamienia, Knohl wskazuje na werset 80-ty, który rozpoczyna
    się słowami „L’shloshet yamin” (co znaczy „w trzy dni”). Następne słowo w
    linijce Yardeni i Elitzur uznali za częściowo nieczytelne, ale Knohl – ekspert w
    dziedzinie Biblii i Talmudu twierdzi, iż oznacza ono słow „hayeh”, które odnosi
    się do życia. Jest to nietypowa pisownia, ale odpowiadająca tamtym czasom.

    Potem pojawiają się kolejne trudne do odczytania słowa. Knohl również je
    odcyfrował twierdząc, iż cały werset brzmi następująco: „W trzy dni będziesz
    żyw, ja Gabriel, nakazuję ci.”

    Do kogo zwraca się archanioł? Następna linijka mówi o „Sar hasarin” – księciu
    lub książętach. Ponieważ Księga Daniela, jedno z głównych źródeł tekstu Gabriela
    mówi o archaniele i „księciu książąt”, Knohl uznał, iż naskalny napis mówi o
    śmierci przywódcy, który zmartwychwstanie w ciągu trzech dni.

    Dodaje oni, iż cierpiący mesjasz jest postacią odmienną od tradycyjnie
    przedstawianego mesjasza triumfatora – potężnego potomka Dawida.

    - Może to zmienić nasz pogląd na temat chrześcijaństwa – mówi. Zmartwychwstanie
    po trzech dniach wydaje się motywem wypracowanym przed pojawieniem się Jezusa,
    co jest rozbieżne niemal ze wszystkimi szkołami. To, co stało się w Nowym
    Testamencie zaadaptowane zostało przez Jezusa i jego uczniów w oparciu o
    wcześniejszą historię o mesjaszu.

    Yardeni twierdzi, iż jest pod wrażeniem tekstu twierdząc, iż możliwe jest, że
    słowa zostały poprawnie odczytane przez Knohla. Mniej pewna jest tego, czy
    mesjasz oznacza Szymona.

    Mosze Bar – Asher, prezydent Izraelskiej Akademii Języka Hebrajskiego i
    emerytowany pracownik Uniwersytetu Hebrajskiego zajmujący się językiem
    hebrajskim i aramejskim mówi, iż spędził wiele czasu na badaniu tekstu, uznając
    go za autentyczny. Według niego pochodzi on z pierwszego wieku.

    Fragment zwoju znalezionego w Qumran o nazwie 7Q5, rozpo
  • Mosze Idel, kolejny z pracowników Uniwersytetu Hebrajskiego twierdzi, iż wnioski
    Knohla zasługują na szczególną uwagę.

    - Mamy tu prawdziwy kamień z prawdziwym tekstem. To niezwykle ważne – dodaje.

    Knohl twierdzi w dodatku, że identyfikacja mesjasza, o którym mówi tekst nie
    jest tak ważna, jak wyraźna sugestia, iż zmartwychwstanie po trzech dniach było
    ideą powstałą w czasach Jezusa. Zauważa on, iż w Ewangeliach Jezus często
    przewiduje swe cierpienie. Naukowcy dotychczas uważali, iż słowa o cierpieniu
    musiały zostać dodane później, ponieważ w okresie, w którym żył nie panowały
    podobne idee.

    Było jednak inaczej i wskazuje na to „Objawienie Gabriela”. Knohl dodaje, że
    fakt ten nadaje Ostatniej Wieczerzy zupełnie nowe znaczenie. Rozlana krew miała
    oznaczać nie zmazanie ludzkich grzechów, ale odkupienie Izraela.

    Opublikowano: 08.07.2008 | Kategoria: Religioznawstwo

    Źródło oryginalne: The New York Times
    Źródło polskie: Serwis NPN

    wolne-media.h2.pl/?p=4838
  • Gość: * IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 15.07.08, 00:04
    Polecam znacznie lepszą opartą na faktach od dywagacji (poniekąd bardzo
    słusznych) porównujących katolicyzm z marketingiem i jego formami:

    Rric Lacanau / Paolo Luca: Grzeszni papieże, URAEUS, Gdynia 1993, ISBN 83-85732-00-4
  • W skandalicznych warunkach odpoczywały pod namiotami dzieci z Warszawy.
    Kilkuletnie maluchy myły się w miskach, nie miały toalet i opieki medycznej. -
    Nie pamiętamy tak źle zorganizowanego wypoczynku - mówią epidemiolodzy.

    Na letni obóz nad Jeziorem Kiełpińskim pod Lidzbarkiem Welskim przyjechało 29
    dzieci w wieku 8 i 9 lat. Organizator, Klub Inteligencji Katolickiej z Warszawy,
    nie zgłosił jednak placówki - choć to obowiązek - ani sanepidowi, ani kuratorium
    oświaty.

    Zdaniem Elżbiety Miszczak-Burzyńskiej, rzeczniczki wojewódzkiej stacji sanepidu,
    trudno o gorzej urządzony obóz. - Nie pamiętam, by wcześniej bywały takie
    przypadki, że wodę przynoszono w pojemnikach po wodzie mineralnej ze studni w
    sąsiednim gospodarstwie. Żywność była źle przechowywana - mówi.

    Organizatorzy wypoczynku nie zabezpieczali próbek pożywienia, które należy
    przechowywać, by w razie zatrucia szybko ustalić jego źródło. Naczynia i sztućce
    po jedzeniu były myte w potoku. - Po pierwszej kontroli zaleciliśmy usunięcie
    nieprawidłowości. Następnego dnia nic się nie zmieniło, więc inspektorzy ukarali
    kierownika kolonii 300-złotowym mandatem i zapowiedzieli, że jeśli nie będzie
    poprawy, wystąpią do kuratorium oświaty o zamknięcie obozu - opowiada
    Miszczak-Burzyńska. Organizatorzy, zamiast usunąć nieprawidłowości, woleli
    zlikwidować obozowisko. Gdy w poniedziałek kontrolerzy przyjechali ponownie na
    miejsce, zastali już tylko pustą polanę.

    To pierwszy w tym roku przypadek dzikiego letniska. Dotychczasowe 260 kontroli
    przeprowadzonych od początku wakacji nie wykazało większych nieprawidłowości.
    Gdyby rodzice mieli wątpliwości, w jakich warunkach wakacje spędzają ich dzieci,
    mogą dzwonić do sanepidu - 089 524 84 24 lub 524 84 45.

    Listę obozów i kolonii można znaleźć na stronie internetowej olsztyńskiego
    kuratorium oświaty - www.ko.olsztyn.pl w zakładce "Wypoczynek i turystyka". -
    Udzielamy też informacji telefonicznie pod numerem 089 523 22 86 - mówi
    Krzysztof Nowacki, który w kuratorium nadzoruje letni wypoczynek uczniów.

    Źródło: Gazeta Wyborcza Olsztyn
    wyborcza.pl/1,75478,5437512,Dzikie_letnisko_dla_dzieci_ze_stolicy.html
  • Mialem 11 lat, bylem ministrantem w podwarszawskim
    miasteczku. Uwielbiany przez wiernych ksiadz
    zgwalcil mnie kilkakrotnie. Kiedy nie chcialem
    sluzyc do mszy, rodzice zmusili mnie do
    powiedzenia o tym, co sie stalo.
    Ojciec, zszokowany, chyba nie wiedzac, jak
    postapic w takim przypadku, sprawil mi takie
    lanie, ze nigdy go nie zapomne. To, co mnie
    najbardziej bolalo, to to, ze matka, ktora chyba
    tez zglupiala, nie wziela mnie w obrone. Dla mnie
    swiat sie zawalil.
    Dosc szybko zrozumialem, ze gdyby ta sprawa wyszla
    na jaw, to musielibysmy sie z tego miasta
    wyprowadzic, a nie mielismy na to srodkow. Nikt
    nie dalby mi wiary; dla mieszkancow zostalbym
    klamca, oszczerca, lub "malym ku..szonkiem",
    ktory uwiodl "cnotliwego ksiedza". Z perspektywy
    czasu dochodze do wniosku, ze winne jest takze
    polskie spoleczenstwo, ktore zezwala ksiezom byc
    ponad prawem i ktore wierzy, ze ksiadz, to taki
    ktos, kto muchy by nie skrzywdzil, posrednik
    miedzy nimi, a Bogiem; prawie swiety.
    fakty.interia.pl/swiat/news/stracili-corki-chca-przeprosin-od-papieza/komentarze,1147868,,16823200
  • Tylko wpłaconą na konto darowiznę można odliczyć od dochodu.

    Artykuł pochodzi z "Podatkowego przeglądu prasy" przygotowanego przez PricewaterhouseCoopers.

    Osoba, która chce odliczyć od dochodu nielimitowaną darowiznę na rzecz Kościoła, musi wpłacić pieniądze na rachunek bankowy. Potwierdził to Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie w wyroku z 9 lipca 2008 r..

    Ze skargą wystąpił podatnik, który w zeznaniu za 2006 r. odliczył od dochodu 60 tys. zł. Powołał się na art. 55 ust. 7 ustawy z 17 maja 1989 r. o stosunku państwa do Kościoła katolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej (DzU nr 29, poz. 154 z późn. zm.). Zgodnie z tym przepisem darowizny na kościelną działalność charytatywno-opiekuńczą są wyłączone z podstawy opodatkowania darczyńców podatkiem dochodowym.
    Muszą być jednak spełnione dwa warunki. Kościelna osoba prawna ma przedstawić darczyńcy pokwitowanie odbioru oraz w ciągu dwóch lat od przekazania darowizny - sprawozdanie o przeznaczeniu jej na tę działalność. Ulga ta jest dużo korzystniejsza niż zawarta w ustawie o PIT, ponieważ jej wysokość nie jest ograniczona żadnym limitem. Na podstawie tych przepisów podatnik wpłacił pieniądze w gotówce i zmniejszył podstawę opodatkowania.
    Po weryfikacji zeznania urząd skarbowy zakwestionował to odliczenie, ponieważ pieniądze nie zostały wpłacone na konto.

    Sąd uznał, że wskazane przez podatnika przepisy nie są sprzeczne, lecz wzajemnie się uzupełniają. Odliczający darowiznę musi więc spełnić wymagania dokumentacyjne z obu ustaw.
    W uzasadnieniu wyroku WSA przyznał, że doszło do naruszenia art. 121 ordynacji podatkowej określającego zasadę zaufania do organów podatkowych.

    Konrad Piłat
    www.bankier.pl/wiadomosc/Tylko-wplacona-na-konto-darowizne-mozna-odliczyc-od-dochodu-1799890.html
  • Gość: * IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.07.08, 13:09
    Mocny film dokumentalny, w
    trzech częściach pokazujący i wyjaśniający przykłady jak społeczeństwo jest
    manipulowane. Dokument Cz. I. Religijna - pokazuje astro-teologiczne podstawy
    chrześcijaństwa. Udowadnia, iż religia chrześcijańska jest jedynie splagiatowaną
    wersją wcześniejszych mitów, głównie egipskich i opiera się na astrologii.
    video.google.pl/videoplay?docid=-5870901554543719947
    www.filmy.zmyka.pl/filmik,0,247,zeitgeist_polskie_napisyavi.htm
    www.opensubtitles.org/pl/subtitles/3146377/american-zeitgeist-pl
    www.tuga.pl/?page_id=43|
    Kilka linków aktualnie dostępnych podałem dla tego, że zablokowanie pierwotnego
    nikogo nie powinno zdziwić.
    Życzę przyjemnej i rozważnej lektury, która daje znacznie więcej do myślenia,
    niż podręcznik do etyki w szkołach napisany przez ks. prof. Andrzeja Szostka
    zatwierdzony przez MEN spłycający zagadnienia etyki do kolejnej znanej już formy
    manipulacji.
  • Gość: baba w oknie IP: *.chello.pl 22.07.08, 19:38
    skaranie boskie z tymi księżmi :

    www.dz.com.pl/?tekst,2655
  • Gość: * IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.07.08, 22:14
    bo namawiał do zabicia swego urodzonego dziecka a nie do aborcji ;))
  • Fama religijna głosi, że po śmierci Abla Bóg oznajmił Kaimowi, iż wie o jego
    grzechu zabójstwa, zna każdy czyn człowieka a nawet myśli jego serca i mówi do
    niego: "Głos krwi brata twego woła do mnie z ziemi. Bądź więc teraz przeklęty
    na ziemi, która rozwarła paszczę swoją, aby przyjąć z ręki twojej krew brata
    twego. Gdy będziesz uprawiał rolę, nie da ci już plonu swego. Będziesz
    tułaczem i wędrowcem na ziemi" (1 Mojż. 4:10:12).

    Dalej opowieść ta jest już utkana wieloma sprzecznościami:

    - temu, kto by śmiał uderzyć Kaina, Bóg grozi siedmiokrotną zemstą. Dlaczego?

    - kogo niby miał bać się Kain, skoro oprócz niego i jego rodziców jeszcze
    żadnych ludzi nie było na ziemi?

    - dlaczego w trakcie rozprawy nad Kainem Bóg zmienia front i zamiast potępić
    zabójcę, zaczyna go chronić?

    - o co właściwie pobili się bracia - o względy Boga, czy może też o coś
    zupełnie innego?

    - skąd się wzięła dziewczyna, którą poślubił, i czy przypadkiem nie była jakąś
    nieznaną np. jego siostrą?

    A przede wszystkim, nie wiadomo, jaki jest morał całej tej historii, bo W
    końcu Kain okazuje się przecież być człowiekiem wielkiego sukcesu: zakłada
    swój ród (rzecz bardzo ważna dla ludów starożytnych) i buduje pierwsze miasto.

    A zatem Kain-bratobójca okazuje się twórcą pierwszej cywilizacji na ziemi!!!

    Ponieważ na te forum - jak można sądzić po wpisach - zagląda także wiele osób
    wierzących, chciałbym również zapoznać się z ich stanowiskiem i sposobem
    wyjaśnienia tych kwestii.

    Pozdrawiam
    --
    Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
  • Gość: * IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.07.08, 12:28
    W Janikach i innych wsiach należących do parafii ksiądz Wieńczysław jest dziś
    głównym tematem rozmów. Ludzie opowiadają nie tylko o historii Edyty, ale też
    zaczynają przypominać sobie dziwne i nienaturalne zachowanie duchownego wobec
    uczennic Szkoły Podstawowej w Aleksandrowie, gdzie uczył religii. Niektórzy
    mówią wprost, że ksiądz czynił krępujące, wręcz wulgarne, uwagi pod adresem
    nastolatek.
    Wczoraj drzwi kościoła i plebanii w Janikach były zamknięte. Mieszkańcy wsi
    twierdzą, że ksiądz Ł. - albo jedna z jego zaufanych osób - przyjechał na
    plebanię w nocy z wtorku na środę, bo na plebanii paliło się światło. Z garażu
    zniknął zaś samochód duchownego, który jeszcze we wtorkowe popołudnie tam był.

    Nie ma podstaw, by ograniczyć Edycie L. prawa rodzicielskie - poinformował
    wczoraj prezes Sądu Rejonowego w Częstochowie Ryszard Myrda. Edyta L. urodziła
    dziewczynkę, której ojcem jest ksiądz Wieńczysław Ł. z podczęstochowskiej wsi
    Janiki. Jak ustalili reporterzy dziennika "Polska", ksiądz początkowo namawiał
    Edytę, aby nie zgodziła się na operację cesarskiego cięcia, która mogła uratować
    dziecku życie, a następnie już po porodzie prosił lekarkę w szpitalu, aby
    zrobiła coś, "żeby to dziecko nie żyło".

    Kurator, który zajął się sprawą, stwierdził, że matka, przebywająca z córką w
    szpitalu, interesuje się dzieckiem, a warunki w rodzinnym domu kobiety nie dają
    podstaw, by pozbawić ją praw rodzicielskich do nowonarodzonej córki. Edytą L.,
    jej dzieckiem oraz rodziną nadal ma zajmować się kurator sądowy. Sytuację w
    rodzinie ma monitorować też Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej w Krzepicach.
    Kobieta opuści szpital prawdopodobnie w piątek.

    Według naszych informacji Edytę L. miała wczoraj odwiedzić w szpitalu matka
    razem z ks. Wieńczysławem. Ten się jednak nie pojawił. - Towarzyszył mi mój mąż
    - powiedziała Marta L.

    Ksiądz wczoraj miał złożyć kolejne zeznania w prokuraturze. Nie wiadomo jednak
    czy tam dotarł. - Toczy się postępowanie przygotowawcze w sprawie nakłaniania do
    pozbawienia życia noworodka. Dla dobra postępowania nie mogę ujawnić żadnych
    szczegółów - mówi Robert Wypych z wydziału śledczego Prokuratury Okręgowej w
    Częstochowie. Za nakłanianie do pozbawienia życia grozi kara więzienia od 8 lat
    nawet do dożywocia.

    Mieszkańcy tak Janików, jak i pobliskich Dankowic, skąd pochodzi Edyta, nadal
    nie mogą uwierzyć w to, co się wydarzyło. - Jestem zaskoczona tym, że ksiądz
    chciał zabić dziecko - mówi sąsiadka Edyty Barbara Antończak. - Kiedy Edyta
    zaszła w ciążę, ksiądz bywał u niej po kilka razy dziennie. Wyglądało na to, że
    się nią interesuje. Woził dziewczynę do lekarza. W dniu, kiedy dostała bólów
    porodowych, z samego rana pojechał po nią autem i zabrał do szpitala - opisuje
    kobieta i pyta: - Do czego musiało tam dojść, skoro lekarze zawiadomili prokuraturę?

    Sąsiedzi opowiadają, że ksiądz Wieńczysław Ł. pomagał rodzinie dziewczyny. -
    Zrobił w domu remont i kupił meble. Dla dziecka najwyraźniej też wszystko
    przygotował - opowiada Antończak. I dodaje: - Mam troje dzieci, więc
    zaproponowałam Edycie używane ubranka i wózek, ale nie chciała tego przyjąć.
    Powiedziała, że wszystko ma.

    W Janikach i innych wsiach należących do parafii ksiądz Wieńczysław jest dziś
    głównym tematem rozmów. Ludzie opowiadają nie tylko o historii Edyty, ale też
    zaczynają przypominać sobie dziwne i nienaturalne, ich zdaniem, zachowanie
    duchownego wobec uczennic Szkoły Podstawowej w Aleksandrowie, gdzie uczył
    religii. Niektórzy mówią wprost, że ksiądz czynił krępujące, wręcz wulgarne,
    uwagi pod adresem nastolatek.

    - Kiedyś na lekcji religii powiedział, że jestem wyrośnięta i wyglądam na więcej
    lat, więc powinnam się inaczej zachowywać - opowiada Ania z Janików. W jaki
    sposób? - Mówił mi i mojej koleżance, że powinnyśmy nosić krótkie spódnice.
    Kiedy zaś siadamy w klasie, powinnyśmy zakładać nogę na nogę, bo to ładnie
    wygląda i sprawia mu przyjemność.

    Ojciec dziewczynki nie kryje oburzenia. - Gdyby jeszcze raz coś takiego
    powiedział córce, zamierzałem iść do szkoły i przemówić mu do rozsądku. Na
    szczęście już tego nie zrobił - opowiada mężczyzna.

    - Ksiądz lubił młode kobiety, nawet dziewczynki w szkole zaczepiał. Dotykał je,
    robił im nieładne uwagi. Kiedyś w nieprzyzwoity sposób odezwał się do uczennicy
    szóstej klasy. Jej ojcu puściły nerwy i pobił księdza - opowiada Julian Ceglarz,
    członek rady parafialnej i były kościelny w parafii.

    Informacjom o molestowaniu uczennic przez księdza zaprzecza dyrektorka szkoły
    Małgorzata Wiewiórowska-Kluba. Twierdzi, że nigdy nie zauważyła nic
    niepokojącego. Przyznaje jednak, że ksiądz Wieńczysław nie radził sobie z
    uczniami i nie potrafił utrzymać na lekcjach dyscypliny.

    - Bez względu na to, jak sprawa skończy się z punktu widzenia prawa, nie
    wyobrażam sobie dalszej współpracy z księdzem Wieńczysławem. Wystąpię zarówno do
    swoich, jak i jego przełożonych, aby odsunąć księdza od uczniów. Za dużo spraw
    wyszło na jaw, aby mógł dalej uczyć i wychowywać młodzież - mówi Wiewiórowska-Kluba.

    POLSKA
    Irena Bazan
    2008-07-23 23:28:21, aktualizacja: 2008-07-23 23:28:21

    Współpraca: Aldona Minorczyk-Cichy
    www.polskatimes.pl/stronaglowna/25429,wyrodny-ksiadz-ucieka-noca-przed-sprawiedliwoscia,id,t.html
  • Gość: * IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.07.08, 15:16
    „Tajna policja Kościoła”, „źródło ideologicznego terroru”… Stereotypowe
    „definicje” Świętego Oficjum można by mnożyć. Czy rzeczywiście oddają one obraz
    średniowiecznej inkwizycji?

    Początek czarnej legendy inkwizycji datuje się na XVI–XVII wiek, kiedy do walki
    z Kościołem ruszyła propaganda protestancka. Ponieważ kontrowersji było sporo,
    ówcześni specjaliści od „czarnego pijaru” nie mieli większych kłopotów z
    pokierowaniem sympatiami i antypatiami tłumów. Proces, który historyk Edward
    Peters celnie nazwał „wymyślaniem inkwizycji”, dobiegł końca dopiero kilkaset
    lat później, kiedy światło dzienne ujrzały już „rewelacje” historyków
    oświecenia, a także m.in. „Bracia Karamazow” Fiodora Dostojewskiego czy „Imię
    róży” Umberta Eco. Czy podobne dzieła – najwyższej próby od strony literackiej –
    mają wiele wspólnego z obrazem wyłaniającym się ze źródeł historycznych?

    Od Pawła do Augustyna

    Problem herezji i odstępstw od nauk głoszonych przez apostołów mieli już pierwsi
    chrześcijanie. Za podstawę podczas rozwiązywania podobnych konfliktów brano
    wtedy zalecenia św. Pawła z Listu do Tytusa (Tt 3, 10–11) i nauki Jezusa z
    Ewangelii według św. Mateusza (Mt 18, 15–17). Dość dokładnie przedstawiono tam
    „procedurę” napominania „błądzącego brata”: najpierw w pojedynkę, później w
    towarzystwie kilku świadków, a następnie, jeśli i to nie skutkowało, publicznie,
    „przed całym Kościołem”. Wobec osób, które mimo napomnień trwały w uporze i nie
    dawały się przekonać, stosowano następnie wykluczenie ze wspólnoty
    (excommunicatio). Do podobnych przypadków dochodziło jednak rzadko, gdyż
    traktowano to jako bardzo surową karę, w której stosowaniu zalecano szczególną
    ostrożność i szczegółowe rozpatrzenie każdej zagrożonej nią sprawy.

    Podobne braterskie pouczenie (persuasio fraternalis) przestało wystarczać, kiedy
    chrześcijaństwo z sekty przemieniło się w oficjalną religię państwową Cesarstwa.
    Od 380 roku i edyktu Teodozjusza I Wielkiego herezja zaczęła być traktowana jako
    zbrodnia nie tylko przeciw społeczności kościelnej, ale także przeciwko państwu.

    Francisco de Goya – „Trybunał inkwizycji”, 1812. Sam malarz musiał tłumaczyć się
    przed inkwizycją z okoliczności, w których powstał inny z jego znanych obrazów,
    „Maja naga”.


    Nastąpił zwrot o 180 stopni. Jeszcze w 212 roku Tertulian w liście do konsula
    Afryki pisał: „Przymus nie leży w naturze religii, dlatego powinno się ją
    przyjmować spontanicznie, nie siłą, ponieważ miłe są tylko ofiary dobrowolne”, a
    już w 346 roku Juliusz Firmicus Maternus w piśmie do Konstancjusza II i
    Konstansa I domagał się narzucania wiary chrześcijańskiej siłą i zakazania
    innych religii. Kropkę nad i postawiono w 397 roku, kiedy herezję
    zaklasyfikowano jako przestępstwo przeciwko majestatowi władcy (crimen laesae
    maiestatis), ścigane z urzędu i podlegające najsurowszemu wymiarowi kary.

    Od strony Kościoła podobne decyzje wspierały nauki św. Augustyna. Manichejczyk w
    młodości, w latach dojrzałych Augustyn stał się najbardziej wpływowym
    myślicielem chrześcijańskim tamtego okresu. Początkowo występował z pozycji
    zwolennika zasady braterskiego pouczenia, dyskusji, dzięki której można
    przekonać odstępcę do powrotu w szeregi Kościoła. Widząc jednak zakres i
    brutalność ataków donatystów (sekty chrześcijańskiej w Afryce Północnej,
    nieuznającej religijnych ustaleń biskupów ortodoksyjnych), powoli zaczął
    skłaniać się w stronę korzystania z – umiarkowanej – pomocy władz państwowych w
    walce z herezjami. „Dlaczego zatem donatyści uważają za słuszne stosowanie
    surowości prawa przeciw trucicielom, a za niesłuszne surowe obchodzenie się z
    herezjami i bezbożnymi waśniami, chociaż te ostatnie występki zaliczane są przez
    Apostoła do szeregu owoców niesprawiedliwości? Czyżby przypadkiem było
    zabronione władzom ludzkim zajmowanie się tymi występkami?” – pytał w jednym ze
    swoich pism.

    Wykluczenie ze wspólnoty powoli zaczęło być wypierane przez postawę „zmuszaj do
    wejścia” (Łk 14, 23). Podobne działania były możliwe właśnie dzięki pomocy władz
    państwowych, dysponujących odpowiednim aparatem wykonawczym. Jednak choć za
    herezję przewidziano karę najwyższą, podobne wyroki nie zapadały w zasadzie
    nigdy. Kiedy w 385 (albo 386) roku pretendent do tronu cesarskiego Maksymus
    doprowadził do wykonania wyroku śmierci na Pryscylianie z Ávila, oskarżonym o
    głoszenie herezji w duchu gnostyckim, z oburzenia zatrząsł się cały
    chrześcijański świat, z papieżem Syrycjuszem, św. Marcinem z Tours i św.
    Ambrożym na czele. Po ponad sześciu wiekach względnego spokoju, kiedy w Europie
    znów dawały o sobie znać tendencje heretyckie, takie głosy sprzeciwu były już
    dużo słabsze.
  • Gość: * IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.07.08, 15:22
    Narodziny inkwizycji

    Średniowieczny problem z inkwizycją dotyczył sytuacji po upadku Cesarstwa
    Zachodniorzymskiego. Rozbita na nowe państwa Europa była zjednoczona na
    płaszczyźnie duchowej, czego wyraz stanowiła przynależność do Kościoła. Jeśli
    zatem ktoś występował przeciwko feudalnemu porządkowi w jednym z państw,
    występował jednocześnie przeciwko całej Christianitas. Dlatego, kiedy starożytne
    idee dualistyczne zaczęły odradzać się na zachodzie Europy w początkach nowego
    tysiąclecia, reagowały nie tylko władze państwowe, ale też przedstawiciele Kościoła.

    Początkowo rozwiązywanie problemów z herezją leżało w gestii władz lokalnych,
    czasem wydających wyrok nawet mimo protestów miejscowych władz kościelnych (jak
    to miało miejsce w Monteforte w 1028 roku). Jednak kiedy w XII wieku na południu
    Francji odkryto doskonale zorganizowaną sektę heretycką katarów (grec. katharoi
    – czyści), oficjalne sposoby walki z ruchami odśrodkowymi zaczął wypracowywać
    także Kościół. Zwieńczeniem poszczególnych postanowień był synod w Weronie w
    1184 roku, na którym papież Lucjusz III i cesarz Fryderyk Barbarossa uzgodnili
    wspólny front postępowania. O jego szczegółach mówi bulla „Ad abolendam”.
    Herezje zostały uznane za wystąpienia przeciw istniejącemu porządkowi
    społecznemu, a ich ściganiem mieli zająć się lokalni biskupi, zobligowani do
    regularnych wizytacji w swoich diecezjach. Uznanego za winnego przekazywano by
    władzy świeckiej w celu wykonania wyroku.

    Podobnie jak za czasów starożytnych, herezję zakwalifikowano do przestępstw
    przeciwko majestatowi, a za nie groził najwyższy wymiar kary. Jednak w nowej
    sytuacji sankcja, w antyku pozostająca martwym przepisem, stała się podstawą
    rzeczywistych wyroków.

    Kształtowanie się średniowiecznej inkwizycji (łac. inquisitio – śledztwo)
    umownie zakończyło się w 1231 roku, kiedy papież Grzegorz IX wyznaczył na
    sędziów przedstawicieli niedawno powstałego zakonu dominikanów (przez jakiś czas
    inkwizytorami zostawali też franciszkanie). Odtąd, obok lokalnych biskupów,
    sprawami herezji mieli zajmować się także inkwizytorzy papiescy. Nawet od tej
    daty trudno jednak mówić o inkwizycji jako jednej, scentralizowanej organizacji.
    Jeśli już, należałoby raczej w tym kontekście rozpatrywać „inkwizycje państwowe”
    – francuską, włoską, niemiecką czy polską (też zresztą mocno zdecentralizowane).

    Prawdzie oblicze Wielkiego Inkwizytora?

    Obok Tomasa Torquemady, hiszpańskiego inkwizytora pełniącego swój urząd w latach
    1483–1498, drugim najbardziej znanym dzięki popkulturze inkwizytorem jest
    Bernard Gui. Jako przeciwnik prawego Wilhelma z Baskerville w „Imieniu róży”,
    został nakreślony przez Eco dość grubą kreską, stereotypowo, co wynikło z
    przyjętej przez autora konwencji „dobry bohater – zły bohater”. A co takiego
    mówią o Guim źródła historyczne?

    Bernard Gui (albo Guidon) miał się urodzić w 1261 lub 1262 roku we francuskim
    Royeres. Nie znamy pochodzenia jego rodziców, jak jednak wiadomo, dzięki
    pieniądzom wuja, też księdza, młody Bernard zdobył fundusze na rozpoczęcie
    nauki. Wstąpił do dominikanów i w 1280 roku złożył śluby zakonne. Następnie,
    popierany przez zwierzchników, śledzących jego postępy, kontynuował naukę na
    kolejnych szczeblach zakonnej edukacji. Wykształcony w teologii i filozofii, w
    latach 1289–1291 został skierowany na dodatkowe studia do elitarnej szkoły w
    Montpellier, która przygotowywała przyszłe kadry kierownicze dominikanów
    południowofrancuskich.

    Po ukończeniu nauki przez kilka lat pracował jako lektor w kolejnych
    klasztorach, żeby wreszcie w 1305 roku zostać przeorem w macierzystym Limoges.
    Od początku kierowany na administratora i organizatora życia zakonnego, Bernard
    doskonale spełniał oczekiwania przełożonych. Dzięki temu nie tylko bywał
    powoływany na urząd legata papieskiego, pośredniczącego w sporach między
    kolejnymi feudalnymi księstwami, ale także, w 1323 roku, został mianowany
    biskupem. Ciesząc się zaufaniem władz zakonnych, w latach 1307–1323 (z
    kilkuletnimi przerwami) sprawował też urząd inkwizytora dla okręgu Tuluzy.

    Dla współczesnych był on jednak przede wszystkim znany nie jako inkwizytor, ale
    autor kilkunastu wielotomowych opracowań historycznych, które w średniowiecznej
    Francji miały status bestsellerów. Oprócz historii zakonu dominikanów, napisał
    m.in. historię powszechną od narodzin Chrystusa do czasów sobie współczesnych,
    spis cesarzy i papieży od starożytności, kronikę królów francuskich czy wykaz
    francuskich świętych, ze szczególnym uwzględnieniem świętych z własnej
    prowincji. Gui jest także autorem jednego z najbardziej znanych podręczników dla
    inkwizytorów „Practica inquisitionis haereticae pravitatis”.

    Obraz inkwizytora, wyłaniający się z „Practica inquisitionis...” i dokumentów z
    Tuluzy, wydaje się różnić od tego, jaki przedstawia Eco. Gui nie tylko zaleca
    traktowanie oskarżonych jako błądzących współbraci, których sędzia – „lekarz
    dusz” – ma przez spowiedź i pokutę przywieść znów na łono prawdziwego Kościoła,
    ale także odradza na przykład stosowanie tortur (dopuszczonych do procedur
    procesu inkwizycyjnego w 1252 roku bullą „Ad extripanda”), mało „efektywnych”,
    jeśli chodzi o wyrażenie szczerej skruchy i dobrowolne poddanie się pokucie. Z
    około 950 wyroków, które wydał inkwizytor przez niepełne 16 lat sprawowania
    urzędu, niecałe 50 to wyroki stosu (oddania „ramieniu świeckiemu”); około 300
    osób otrzymało wyroki więzienia; na resztę w większości nałożono pokutę
    (obowiązek pielgrzymki albo noszenia na ubraniu przez określony okres „znaków
    hańby”, np. żółtych krzyży, wyróżniających byłych heretyków).

    Dane z Tuluzy wydają się miarodajne dla całej inkwizycji średniowiecznej.
    Oczywiście dochodziło do sytuacji, kiedy jednokrotnie na stosie płonęło
    kilkadziesiąt osób, jak choćby w 1315 roku w Świdnicy, kiedy inkwizycja biskupia
    złapała na Śląsku lokalną grupę heretyków, najprawdopodobniej waldensów.
    Najwięcej ofiar pochłonęła krucjata antyalbigeńska (1209–1229). Podczas jednego
    procesu palono tu nawet 300–400 heretyków (Lavaur, 1211). Jednak ogólny stosunek
    wyroków stosu do wszystkich wyroków wynosił mniej niż 5%.

    Dużo więcej wyroków śmierci wydała osławiona inkwizycja hiszpańska, w
    odróżnieniu od jej średniowiecznych poprzedniczek bezpośrednio podlegająca
    głowie państwa i tym samym dużo częściej wykorzystywana do rozgrywek
    politycznych. Jednak i tu, według najnowszych ustaleń, liczba ofiar wyniosła
    około 2 tys. (a nie 30 tys., jak jeszcze do niedawna pisali historycy). Dla
    porównania, większą liczbę ofiar pociągnęły za sobą „polowania na czarownice” z
    czasów nowożytnych, błędnie przypisywane katolikom, a inspirowane głównie w
    kręgach protestanckich.

    Oczywiście jakakolwiek podobna „licytacja” nie przywróci życia i nie wymaże
    dawnych krzywd. Jednak budując wiarygodny obraz przeszłości, warto sięgnąć do
    źródeł, a nie tylko opierać się na stereotypach, kiedyś umacnianych w imię walki
    politycznej, a dziś nieświadomie powielanych przez popkulturę.

    MICHAŁ CETNAROWSKI jest dziennikarzem i doktorantem w Instytucie Historii
    Uniwersytetu Opolskiego.
    |
    portalwiedzy.onet.pl/4869,12799,1498072,1,czasopisma.html|
    Oglądaj za darmo serię "Tajne archiwa Inkwizycji", wszystkie odcinki dostępne
    on-line
    >> portalwiedzy.onet.pl/filmy/640,3638104,odtwarzaj.html

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Zadaj pytanie na Forum

Za darmo

Na każdy temat

Tysiącom użytkowników

Zapytaj

Bestsellery

Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.