-
W wywiadzie dla Dziennika Pieronek był "łaskaw" powiedzieć:
[...]"gdy zmarł Jan Paweł II, który miał duży wpływ moralny na polskie
społeczeństwo, kiedy wszystkie psy i szczury opuszczają swoje kryjówki i idą na
polowanie."
azraelk.wordpress.com/category/kosciol/
-
biskupiIP: *.chello.pl
Biskupi - wsiok na wsioku
Autor: kakareich 17.02.08, 18:38
Dodaj do ulubionych Skasujcie
Odpowiedz
wg miejsca urodzenia:
Balcerek Grzegorz -Grodzisk Wlkp
Ziółek Władysław - wies Komorniki k. Wolborza
Zimowski Zygmunt-Kupienin k.Mędrzechowa
Zimoń Damian- Niedobczyce
Zimałek Marian -wies Maków, par. Skaryszew
Ziemba Wojciech-Wampierzow
Życiński Józef-Nowa Wies koło Piotrkowa Trybunalskiego
Bagiński Jan - Kamionka
Zawitkowski Józef - Wał, par. Żdżary
Zając Jan -Libiąż
Wysocki Józef-Jartypory
Wilski Teofil -Skubarczew
Wieczorek Jan-Bodzanowice
Tyrawa Jan-Boguszow-Gorce
Tomasik Henryk-Łukow
Tokarczuk Ignacy-w Łubiankach Wyższych k. Zbaraża
Świerzawski Wacław -w Złoczowie w Archidiecezji Lwowskiej
Śrutwa Jan-we wsi Majdan Górny w parafii Tomaszów Lubelski
Śliwiński Andrzej-w Werblini koło Pucka
Szkodoń Jan -w Chyżnem
Szal Adam -w Wysokiej k. Łańcuta
Styrna Jan -w Przyborowie
Stobrawa Paweł-w Zborowskiem
Stefanek Stanisław-w Majdanie Sobieszczańskim
Socha Paweł-w Wojsławicach, pod Radomiem
Skworc Wiktor-w Rudzie Śląskiej - Bielszowicach
Skucha Piotr-w Łaganowie
Siczek Stefan-w Siczkach koło Radomia
Ryczan Kazimierz-w Żurawicy,
Romaniuk Kazimierz -w Hołowienkach k. Sokołowa
Regmunt Stefan-w Krasnymstawie
Rakoczy Tadeusz-w Gilowicach koło Żywca
Pylak Bolesław-w Łopienniku
Pikus Tadeusz -we wsi Zabiele
Pieronek Tadeusz-we wsi Radziechowy koło Żywca
Pazdur Józef -w Woli Skrzydlańskiej
Ozorowski Edward-w Wólce-Przedmieście koło Białegostoku.
Orszulik Alojzy -w Baranowicach, par. Żory
Nycz Kazimierz-w Starej Wsi koło Oświęcimia
Nowak Stanisław -w Jeziorzanach
Nossol Alfons-w Brożcu (diecezja opolska)
Napierała Stanisław-w Kalwach
Muszyński Henryk-w Kościerzynie
Miziński Artur-w Opolu Lubelskim
Michalik Józef-w Zambrowie (diecezja łomżyńska)
Mering Wiesław-w Żukowie koło Gdańska
Mazur Jerzy-w Hawłowicach
Mazur Jan-w Połoskiem
Martyniak Jan -w Spasie koło Starego Sambora
Marcinkowski Roman-w Szczutowie
Małysiak Albin-w Koconiu, parafia Ślemień,
Leszczyński Mariusz-w Horyńcu
Kusz Gerard-w Dziergowicach
Kupny Józef-w Dąbrówce Wielkiej
Kruszyłowicz Marian-w Gliniszczach
Krupa Piotr-w Braciejowej (diecezja tarnowska)
Kędziora Stanisław -w Seligowie (Parafia Pszczonów, Diecezja Łowicka)
Kasyna Ryszard-w Nowym Stawie
Karpiński Ryszard-w Rudzienku,
Kamiński Zygmunt-we Wzgórzu-Bełżycach
Kamiński Romuald-Janówce w diecezji ełckiej
Jarecki Piotr-w Sierpcu na terenie diecezji płockiej
Janiak Edward-w Malczycach
Gurda Kazimierz-w Książnicach Wielkich
Gulbinowicz Henryk-w Szukiszkach,
Gołębiewski Marian -w Trzebuchowie nieopodal Koła
Gocłowski Tadeusz-w Piskach
Głódź Sławoj Leszek-w Bobrówce (Arch. Białostocka)
Gębicki Stanisław -w Witkowie, (powiat Lipno, parafia Zaduszniki,
diecezja włocławska)
Gądecki Stanisław-w Strzelnie
Gałecki Jan -w Zalesiu
Frankowski Edward-Kępa Rzeczycka k. Stalowej Woli
Fortuniak Zdzisław-w Wieszczyczynie koło Śremu
Dziwisz Stanisław-w Rabie Wyżnej
Dzięga Andrzej-w Radzyniu Podlaskim
Dydycz Antoni-w Serpelicach
Duś Marian-w Róży, w Diecezji Tarnowskiej
Depo Wacław-w Szydłowcu k/Radomia
Dembowski Bronisław-w Komorowie, powiat Ostrów Mazowiecka
Dec Ignacy -w Hucisku koło Leżajska,
Cisło Mieczysław-w Niemirówku (parafia Krasnobród, diec. zamojsko-
lubaczowska)
Cieślik Paweł -w Czernicach na ziemi złotowskiej.
Cichy Stefan-w Przyszowicach
Budzik Stanisław-w Łękawicy k. Tarnowa
Bronakowski Tadeusz-pochodzi z parafii Studzieniczna, obecnie
parafia Kolnica
Bobowski Władysław-w Tropiu
Bernacki Gerard -w Książenicach
Białogłowski Edward-w Rzeplinie
-
www.polonica.net/Lista_zydow_w_zniewalanej_Polsce.htm
- Józef Glemp - Prymas Polski - pochodzenie żydowskie - jego brat nazywa sie
Glemb, komunista, PZPR-owski pułkownik LWP, w 1989 r. kandydował z listy PZPR
- Bronisław Dąbrowski - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
- Tadeusz Gocławski - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
- Józef Kowalczyk - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
- Franciszek Macharski - Finkelstein - Kardynał - pochodzenie żydowskie -
doceniony przez żydomasonerię, odznaczony "Orderem Oficera Legii Honorowej"
- Józef Michalik - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
- Henryk Muszyński - Jaks - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
- Kazimierz Nycz - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
- Edmund Piszcz - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
- Marian Przykucki - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
- Bolesław Pylak - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
- Jerzy Stroba - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
- Ignacy Tokarczuk - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
- Stanisław Wielgus - Arcybiskup - narodowość polska - nienawistnie atakowany
przez żydo-media
- Wojciech Zięba - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
- Damian Zimon - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
- Władysław Ziółek - Arcybiskup - pochodzenie żydowskie -
- Roman Andrzejewski - Biskup - pochodzenie żydowskie -
- Bohdan Bejze - Biskup - pochodzenie żydowskie -
- Jan Chrapek - Kohn - Biskup - pochodzenie żydowskie -
- Bronisław Dembowski - Winkiel - Biskup - pochodzenie żydowskie -
- Czesław Domin - Biskup - pochodzenie żydowskie -
- Edward Frankowski - Biskup - narodowość polska
- Stanisław Gądecki - Hartmann - Biskup - pochodzenie żydowskie -
- Sławoj Leszek Głódź - Izaak Nowin - Biskup - pochodzenie żydowskie
- Kazimierz Górny - Biskup - pochodzenie żydowskie -
- Władysław Jedruszów - Biskup - pochodzenie ukraińskie -
- Zygmunt Kamiński - Biskup - narodowość polska
- Piotr Libera - Biskup - pochodzenie żydowskie -
- Edward Materski - Biskup - pochodzenie żydowskie -
- Jan Mazur - Biskup - narodowość polska
- Wiesław Mering - Biskup - pochodzenie żydowskie - agent SB, Tajny
Współpracownik SB "Lucjan"
- Stanisław Napierała - Biskup - narodowość polska
- Alfons Nossol - Biskup - pochodzenie niemieckie -
- Stanisław Nowak - Biskup - pochodzenie żydowskie -
- Alojzy Orszulik - Biskup - pochodzenie żydowskie -
- Juliusz Paetz - Biskup - pochodzenie żydowskie - pederasta, oskarzony o
molestowanie klerykow,
- Tadeusz Pieronek - Mosze Michlis - Biskup - pochodzenie żydowskie -
modernista, judaizator Kościoła Rzymsko-Katolickiego, członek powiązanej ze
światową żydomasonerią i żydofinansjerą, żydomasońskiej i antypolskiej Fundacji
im. Stefana Batorego" - fundacja założona w Nowym Jorku przez żyda, masona,
spekulanta gieldowego George'a Sorosa, nowojorskiego finansistę (o węgierskim
rodowodzie, stąd m.in. nazwa fundacji). W PRL została ona zarejestrowana w dniu
7 maja 1988 roku w Sądzie Rejonowym Warszawa Praga. Były to czasy reżimu agenta
sowieckiego Wojciecha Jaruzelskiego.
- Tadeusz Rakoczy - Biskup - pochodzenie żydowskie -
- Kazimierz Romaniuk - Biskup - pochodzenie żydowskie -
- Tadeusz Rybak - Biskup - pochodzenie żydowskie -
- Edward Samsel - Biskup - pochodzenie żydowskie -
- Andrzej Suski - Biskup - pochodzenie żydowskie -
- Jan Szlaga - Biskup - pochodzenie niemieckie -
- Stanisław Szymecki - Biskup - narodowość polska
- Andrzej Śliwinski - Biskup - pochodzenie żydowskie -
- Adam Śmigielski - Biskup - narodowość polska
- Jan Śrutwa - Biskup - pochodzenie ukraińskie -
- Wacław Świerzawski - Biskup - narodowość polska
- Szczepan Wesoły - Biskup - pochodzenie żydowskie -
- Jan Wieczorek - Biskup - pochodzenie żydowskie -
- Wojciech Zięba - Biskup - pochodzenie żydowskie -
- Józef Życiński - Reiffstein - Biskup - pochodzenie żydowskie - modernista,
judaizator Kościoła Rzymsko-Katolickiego
Dla ciekawostki można podrzucić temat do dalszych badawczych dywagacji, ilu to
spośród nich popiera kościół Rydzyka???
Ze zdziwieniem nie znalazłem tutaj Zimonia. Być może jest to lista nie zupełnie
aktualna lub też ma on pochodzenie marsjańskie pozostające poza sferą
zainteresowań :))
Generalnie rzecz biorąc głupoty są wszędzie bliźniaczo podobne ;))
A to, że najbardziej nieudacznego potomka wysyłało się na księdza, w penych
środowiskach jest starą tradycją
--
Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
-
Tomasz Węcławski, znany teolog (był członkiem Międzynarodowej Komisji
Teologicznej w Rzymie), wystąpił z Kościoła. To jego definitywne rozstanie z
Kościołem, po odejściu z kapłaństwa w marcu 2007 r. W oświadczeniu tłumaczył
wtedy, że "po wieloletnim i gruntownym zastanowieniu doszedł do przekonania, że
z racji sumienia nie powinien reprezentować instytucji i wspólnoty kościelnej".
W obecności proboszcza parafii zamieszkania i dwóch świadków, dokonał aktu
apostazji, czyli odstępstwa od Kościoła rzymskokatolickiego.
serwisy.gazeta.pl/kosciol/1,64807,4864298.html
--
Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
(Montesquieu)
-
Na 3,5 roku więzienia sąd skazał księdza KRK z Miechowa (powiat pucki) za
pedofilię. Kapłan dopuszczał się czynności seksualnych z dziewczynką poniżej 15
roku życia.
(Dziennik Bałtyck)
--
Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
(Montesquieu)
-
"Ten potwór jest niegodny kapłańskiej sutanny! - oburza się "Super Express".
Andrzej S. - 46 letni katecheta ze Szczawnicy zbałamucił jedną ze swoich
uczennic. Dziewczyna miała wtedy 13 lat!"
wiadomosci.o2.pl/?s=257&t=463029
I to jest motyw, dla czego kościołowi potrzebne są lekcje religii poczynając od
przedszkola ;((
--
Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
(Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
-
Plan utworzenia w Stalowej Woli szkoły katolickiej w miejscu likwidowanego
Gimnazjum nr 1 budzi ogromne emocje. Rodzice uczniów z zamykanej szkoły wysłali
protest w tej sprawie do biskupa diecezji sandomierskiej.
Robert Czarnecki z rady rodziców twierdzi, że stalowowolscy radni podjęli
uchwałę o likwidacji Gimnazjum nr 1 bez konsultacji z rodzicami. - Stało się to
na wakacjach ub. r., a informacja dotarła do nas dopiero w listopadzie. Na
zebraniu rodziców większość opowiedziała się przeciwko tym zamiarom - opowiada
Czarnecki. - Poszliśmy porozmawiać z radnymi, usłyszeliśmy, że gimnazjum
katolickie będzie lepsze, że takie szkoły lepiej wychowują. Nie chodzi o to, by
tamta szkoła nie powstała. Ale co się stanie z naszymi dziećmi? Chcemy, by
skończyły szkołę, którą wybrały, by trzecioklasiści w ostatnim roku nauki nie
byli przenoszeni - dodaje.
Na szczęście dla niezadowolonych rodziców uchwała o zamiarze likwidacji została
uchylona ze względów formalnych. Ale 31 stycznia sprawa ponownie stanęła na
radzie i uchwała - już poprawiona - przeszła. Formalnie zaopiniować ją musi
jeszcze kuratorium, ale rodzice nie mają wątpliwości, że likwidacja jest już
prawie faktem. - W akcie rozpaczy napisaliśmy do biskupa sandomierskiego - mówi
Czarnecki i dodaje: - Szkoły katolickie powstają w wielu miastach, ale nie
likwiduje się z tego powodu publicznych. I jedne, i drugie działają obok siebie.
Mariola Tyrała, dyrektorka Gimnazjum nr 1: - W Stalowej Woli są budynki przy
parafiach. Kiedyś budowane przez rodziców, dziś są wykorzystywane komercyjnie
albo stoją puste. Jest też olbrzymi budynek KUL-u. Przed południem sale stoją
niewykorzystane, bo uczą się tu głównie studenci zaoczni. Dlaczego szkoła
katolicka ma powstać kosztem innej szkoły?
W rejonie gimnazjum są trzy duże osiedla. Zdaniem dyrektorki części uczniów
dwukrotnie wydłuży się droga do szkoły. - Gimnazja, które mają przejąć naszych
uczniów, już i tak pracują od 7 do 16, a WF odbywa się tam na korytarzach -
wylicza minusy Tyrała.
Mimo tych argumentów prezydent Stalowej Woli nie ma najmniejszych wątpliwości. -
Ta szkoła z powodu braku uczniów w ciągu roku, dwóch i tak zostałaby
zlikwidowana - mówi Andrzej Szlęzak. Czy nie lepiej było zdecydować się na
stopniowe wygaszanie gimnazjum, skoro jego likwidacja budzi tyle emocji? -
Trzeba uprzedzać fakty, a nie czekać i ponosić niepotrzebne koszty - uważa
prezydent. Podkreśla, że jest zwolennikiem różnorodności oferty edukacyjnej. Na
razie szkoła katolicka będzie jej jedynym urozmaiceniem.
Ks. Tomasz Orzeł, delegat biskupa sandomierskiego ds. utworzenia szkoły
katolickiej w Stalowej Woli, wyjaśnia, że w miejscu Gimnazjum nr 1 ma powstać
gimnazjum i liceum, których organem prowadzącym jest diecezja sandomierska. -
Otrzymaliśmy stosowne pozwolenie, by od 1 września 2008 r. uruchomić szkołę -
mówi. - Będą w niej uczyć świeccy nauczyciele ze Stalowej Woli, uznający
chrześcijański system wartości. Nauka będzie bezpłatna, nie będzie czesnego ani
żadnych innych obowiązkowych opłat - deklaruje ks. Orzeł.
Zapewnia, że budynek, mimo że będzie w nim katolicka szkoła, nadal pozostanie
własnością miasta. - To nie jest tak, że oto drapieżny kler otrzymuje od miasta
majątek. Budynek zostanie użyczony diecezji tylko na określony cel, co oznacza,
że będzie mogło się mieścić tam tylko gimnazjum i liceum, a już na przykład nie
technikum - wyjaśnia ksiądz Orzeł. - Bardzo chętnie spotkałbym się z rodzicami i
odpowiedział na ich wątpliwości i zarzuty. Wysłałem pismo do rady rodziców z
zaproszeniem na spotkanie w tej sprawie w pierwszy piątek po feriach, ale nikt
nie przyszedł - twierdzi.
Nie wyklucza przyjęć do katolickiej szkoły uczniów, którzy uczą się w Gimnazjum
nr 1. - Choć nie jest to ani łatwe, ani proste. Nowo powstała szkoła będzie
musiała pracować na swoją renomę. Przyjęcie uczniów już ukształtowanych jest
ryzykowne - uważa ks. Orzeł.
Czy wbrew woli rodziców diecezja także utworzy szkołę? - Nie możemy robić
niczego na siłę. Do listopada ubiegłego roku wydawało się, że jest przyzwolenie
na utworzenie szkoły katolickiej, reakcje były pozytywne. Szkoła powstaje
przecież przede wszystkim dla miasta, dla społeczeństwa. Będzie poszerzeniem
oferty edukacyjnej - wylicza ks. Orzeł. Czy nie lepiej byłoby uruchomić szkołę w
innym miejscu? - Pozwolenie na utworzenie szkoły dotyczy konkretnego miejsca.
Warunki, w jakich będzie się uczyć młodzież, musiał zaakceptować np. sanepid.
Rezygnacja oznaczałaby opóźnienie co najmniej o kolejny rok uruchomienia placówki.
Źródło: Gazeta Wyborcza Rzeszów
miasta.gazeta.pl/rzeszow/1,34965,4935986.html
--
Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
(Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
-
Ludzie którym pali się grunt pod nogami, stają się agresywni i chamscy. W tym
wypadku jak u szczura zagonionego w kąt. Kościół widzi, że grunt usuwa mu sie z
pod nóg.
W Polsce po raz pierwszy ślubów kościelnych było mniej niż
cywilnych, a w dużych miastach ta proporcja zbliża się jak 1:2, więc to ma sie
czego bać.
Być może Pieronek uznał, że droga Ojca Muchomora jest słuszna - trzeba być
agresywnym, by zostać zauważonym. Taki syndrom oblężonej twierdzy. Co prawda
tych oblężonych jest jeszcze spora grupka, ale mury się kruszeją a dezercje są
coraz powszechniej występujące.
Zdają sobie sprawę że przegrywają i że z kompromisami przy dotychczasowej
postawie będzie coraz trudniej, o ile będą jeszcze możliwe.
--
Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
-
Duchownego, podejrzewanego o kradzież kostki brukowej, zatrzymali zielonogórscy
policjanci. W samochodzie 50-letniego księdza znaleziono 14 kostek brukowych
pochodzących z jednej z dróg gminnych pod Zieloną Górą.
www.biznesnet.pl/ar/20/1421960/ksiadz-ukradl-kostke-brukowa-z-gminnej-drogi.html
-
Do ośmiu lat więzienia za rozpowszechnianie materiałów pornograficznych z
udziałem dzieci grozi księdzu z Koszalina i biznesmenowi ze Słupska. Księdzu S.
prokuratura postawiła jeszcze zarzut kradzieży w lipcu 2005 r. programu
komputerowego Windows XP Home Edition firmy Microsoft, za co grozi mu do pięciu
lat więzienia.
www.biznesnet.pl/ar/20/1420014/ksiadz-rozprowadzal-dzieciece-porno-i-ukradl-windowsa.html
-
Polscy księża coraz częściej ściągają gotowe homilie z internetu i odczytują
wiernym jako własne. Ten proceder ma ukrócić wydana właśnie książka "Ściągać czy
nie ściągać". Czego się z niej dowiedzą duchowni? Że przywłaszczanie cudzych
tekstów jest nie tylko niemoralne, ale też karalne, pisze "Dziennik".
Brak pomysłów, przepracowanie skutkujące brakiem czasu na refleksję, zwykłe
lenistwo - to powody, dla których polscy kapłani głoszą z ambony kazania
znalezione w internecie lub specjalistycznych pismach. Robią to także dlatego,
że nie mają świadomości, iż popełniają przestępstwo.
- To zjawisko staje się coraz powszechniejsze - mówi współautor książki, ks.
prof. Wiesław Przyczyna i tłumaczy, że "Ściągać czy nie ściągać?" ma budzić
sumienia i świadomość kapłanów.
Książka zawiera też rozdział dotyczący odpowiedzialności karnej za kradzież
własności intelektualnej. Jego autor, prof. Tomasz Naganowski, prawnik, znawca
prawa prasowego przypomina, że za plagiat cudzego utworu grozi grzywna i trzy
lata pozbawienia wolności.
- Księża nie mają świadomości, że ten zapis dotyczy także przywłaszczania
tekstów cudzych kazań - mówi Naganowski. Lepiej, żeby dowiedzieli się o tym z
tej książki niż na sali rozpraw, po tym jak autor skopiowanej homilii oskarży
kapłana o plagiat.
Autorzy książki chcą przekonać Episkopat do wprowadzenia w seminariach
duchownych zajęć z prawa autorskiego i ochrony własności intelektualnej.
nt.interia.pl/news/ksieza-tez-sciagaja,1058964?source=rss
Tak kształtują się tradycje kościelne w oparciu o dekalog :))
-
13-letni chłopiec powiesił się kilka dni przed Wigilią. Zostawił pożegnalny
list, w którym winą za swoją śmierć obciążył księdza proboszcza. Mieszkańcy wsi
doprowadzili już po tragedii do odwołania księdza z ich parafii. Kościół w
sprawie kapłana zachowuje milczenie.
Bartek Obłój powiesił się na drzewie koło swojego domu we wsi Hłudno w
województwie podkarpackim. Jego ciało znalazła matka. Potem młodsza siostra
Bartka znalazła list, napisany przez niego podczas lekcji dwa dni przed
samobójstwem. Napisał w nim, że miejscowy ksiądz proboszcz oskarżył go kradzież
smyczy i pieniędzy, których on nie ukradł. Napisał, że zabija się, by wszyscy
dowiedzieli się o tym, co ksiądz robi. Napisał, a potem zamazał wyrazy, które
policyjnym ekspertom udało się odczytać – pedofil i zgwałcenie.
Mieszkańcy wsi uznali, że jeśli na księdza pada choć cień podejrzenia o to, że
przyczynił się do samobójstwa chłopca, to nie powinien on dłużej pełnić swojej
kapłańskiej posługi w ich wsi. Napisali petycję o odwołanie księdza Stanisława
K., który był w Hłudnie proboszczem od 11 lat. W tym czasie nie zaskarbił sobie
życzliwości parafian. Jego zachowanie wobec ich dzieci budziło zastrzeżenia, ale
nikt nie śmiał o nim mówić. Dopiero śmierć Bartka sprawiła, że strach zniknął.
- Siedziałyśmy z koleżankami na ławce i śpiewałyśmy pieśni, które miałyśmy
śpiewać w kościele – mówi uczennica gimnazjum w Hłudnie. – Ksiądz stanął za mną
i włożył mi ręce pod sweter. Nie wiem, czy ksiądz bawił się w pedofila, ale to
było okropne, obrzydliwe. Czułam do niego obrzydzenie, czułam się zbezczeszczona.
Koledzy Bartka, który był ministrantem, opowiadają, że ksiądz bił go.
Poniewierał także innymi chłopcami, których uczył religii w szkole. - Kolegę
załapał za “pejsy” i pociągnął go nad ziemię – mówi uczeń gimnazjum w Hłudnie. –
Kolega płakał, poszedł do dyrektora, ale dyrektor nic na to nie zadziałał.
Bartka najbardziej bił. Bartek mówił, że to boli, a ksiądz na to: Po to robię,
żeby bolało.
Ojciec jednej z uczennic, którą ksiądz miał uderzyć, zgłosił sprawę na policję.
Policja domagała się świadków, ale nikt nie chciał świadczyć. Dopiero tragedia
Bartka skłoniła ludzi do działania. Z inicjatywą listu do zwierzchnika
proboszcza, księdza dziekana z Dynowa, wystąpił były sołtys wsi.
- Jeśli chłopiec w liście, napisanym przed śmiercią zaklina się na Boga, że nie
uczynił tego, co mu zarzucił ksiądz, to chyba przed śmiercią dziecko nie kłamie
– mówi Stanisław Gładysz, były sołtys Hłudna. – Jeśli nikt nas nie posłucha
będziemy blokować księdzu dostęp do kościoła, żebyśmy nie musieli patrzeć na
kogoś, na kim jest choćby cień tego, że doprowadził do tej tragedii.
Do wsi przyjechał ksiądz dziekan. Na spotkaniu z parafianami bronił swojego
podwładnego. Sugerował, że Bartek był niepoczytalny i dlatego się zabił, że
naprawdę coś ukradł, że najbardziej pokrzywdzony jest ksiądz Stanisław K., a
parafianom nie chodzi o dotarcie do prawdy o jego zachowaniu, tylko o jego
odwołanie.
Jednak w końcu ksiądz Stanisław K. odszedł z parafii w Hłudnie. Kanclerz Kurii
Metropolitarnej w Przemyślu ks. Bartosz Rajnowski powiedział, że nie jest już
proboszczem, ale pełni posługę duszpasterską w innej parafii.
Równie małomówny był dyrektor szkoły w Hłudnie, którego rodzice informowali
wcześniej o zachowaniu uczącego ich dzieci religii księdza. Ukrywał się przed
reporterką UWAGI!, a kiedy ta mimo wszystko odnalazła go w gabinecie, nie chciał
na temat sprawy nic powiedzieć.
Prokuratura rejonowa w Brzozowie prowadzi śledztwo w sprawie doprowadzenia
małoletniego do targnięcia się na swoje życie. Przesłuchuje mieszkańców wsi i
kolegów Bartka. Od Nowego Roku mieszkańcy Hłudna mają już nowego proboszcza.
www.kidprotect.pl/2008/01/09/chopiec-oskary-ksiedza-i-popeni-samobojstwo/
-
• Zakonnica wynosiła kosmetyki. Ochrona wezwała przeoryszę. - Córko! Diabeł cię
opętał? - spytała. A zakonnica: - Nie, matko przełożona, to Pan Bóg mnie opuścił.
• Ksiądz próbował ukraść zestaw długopisów. Tłumaczył się, że ma biedną
parafię. W końcu zapłacił i wręczył ochroniarzom po świętym obrazku.
www.ceo.org.pl/portal/epio_dokument?docId=35447
-
Kościół katolicki w Hiszpanii wykonał kolejny krok w długiej walce z rządem José
Luisa Rodrigueza Zapatero. Konferencja Episkopatu pośrednio wezwała wiernych do
głosowania przeciwko socjalistom w wyborach parlamentarnych zaplanowanych na 9
marca.
wiadomosci.onet.pl/1468351,240,1,blogoslawiona_krytyka,kioskart.html
-
wiec gdzie w tym kosciele jest PRAWDA BIBLIJNA,gdzie wyrazy przykladu
Jezusa neutralnosci?
zamiast ludziom glosic i wyjasniac temat Krolestwa Bozego,to tylko
im w glowie wladza i panowanie.czyli nic innego jak w Biblii
wspomniany Babilon Wielki.
szczerzy ludzie,zajrzyjcie do Biblii,rozdzialy 17,18 i pomyslcie.
-
Ksiądz Piotr Gaś zawiadomił prokuraturę o oszustwie na szkodę parafii, ale wciąż
nie może się otrząsnąć: - Dlaczego ludzie, wydawałoby się, znający prawo, z
dobrą opinią są w stanie pójść tak daleko?
O tej transakcji w warszawskim światku prawniczym aż huczy. Próbujemy u kilku
adwokatów, których wiedza to o wiele więcej niż środowiskowe plotki. Odmawiają
rozmowy. Nawet anonimowo.
- Mały, lokalny kościół nacięty został w sposób niemożliwy, sytuacja wygląda
tak, jakby komuś wyjąć krzesło spod d... O takim numerze jeszcze nie słyszałem -
komentuje jeden z nich. Urywa w pół zdania.
Chodzi o majątek parafii ewangelicko-augsburskiej pod wezwaniem Świętej Trójcy w
Warszawie: 8,2 tys. m kw. doskonałego terenu budowlanego w centrum miasta, jego
wartość Kościół szacuje na 80 mln zł.
Za połowę tej ceny nieruchomość sprzedali wynajęci przez parafię prawnicy. Na
razie transakcja jest papierowa: są akty notarialne, kupiec, ale nie ma
pieniędzy na kontach Kościoła.
Proboszcz Świętej Trójcy ks. Piotr Gaś zaalarmował prokuraturę.
Za transakcją stoi znany adwokat - kiedyś poseł PC, przyjaciel Kaczyńskich i
Kościoła - mec. Józef Lubieniecki z Olsztyna. Według niego wszystko odbyło się
lege artis, co więcej, z upoważnienia parafii.
Jest jeszcze kupiec spółka Glob Tower, ulokowana w pokoju od podwórka marnej
kamienicy, z którą kancelaria Lubienieckiego spisała akt notarialny kupna
działek na tzw. serku wolskim.
Szef Prokuratury Rejonowej dla Warszawy-Śródmieścia Robert Myśliński: - W
listopadzie wszczęliśmy śledztwo. Badane są dwa wątki - potwierdzania nieprawdy
w dokumentach, chodzi o pełnomocnictwa dla adwokatów, akty notarialne, oraz o
oszustwo na szkodę parafii. Tyle mogę powiedzieć.
Sprawy dyskretne w dyskrecji załatwiane
Parafia Świętej Trójcy liczy niemal 2 tys. wiernych, w tym wielu znanych -
prawnicy, menedżerowie, profesorowie. Jej wizytówką jest zabytkowy XVIII-wieczny
kościół Świętej Trójcy przy pl. Małachowskiego (słynny z koncertów i nabożeństw
ekumenicznych) oraz dom opieki Tabita w podwarszawskim Konstancinie. Dziś oba
kwitną. Bo w parafii pojawiły się duże pieniądze.
To wynik restytucji przejętego za PRL przedwojennego majątku Kościoła. Zaczęła
się w połowie lat 90., odbywa się według reguł ustawy o stosunku państwa do
Kościoła ewangelicko-augsburskiego w RP przed komisją regulacyjną przy MSWiA.
Skala utraconych majątków plasuje polskich luteran na trzecim miejscu, za
Gminami Wyznaniowymi Żydowskimi i Kościołem katolickim. Według danych z 2004 r.
złożyli 1,2 tys. wniosków reprywatyzacyjnych. W znakomitej większości już
załatwionych.
Co najmniej od 1999 r. warszawskim luteranom pomaga mecenas Józef Lubieniecki.
- To zamknięte środowisko, sprawy są delikatne i w dyskrecji załatwiane - mówi
znany warszawski adwokat, też specjalista od nieruchomości i roszczeń
reprywatyzacyjnych, ale nie kościelnych.
Jaka była droga Lubienieckiego do tej elity?
W orbicie Kaczyńskiego
Olsztyńscy adwokaci mówią o nim "Żożo" (tego przydomku zakazał jednak używać
"Gazecie"). Warszawscy pamiętają jego najlepsze karty - rok 1980, gdy jako
sędzia zapisał się do "Solidarności". A po 13 grudnia 1981 r. przesiedział osiem
miesięcy w obozie internowania.
W latach 80. związał się z Kościołem katolickim. Był doradcą i syndykiem
olsztyńskiej kurii biskupiej, wreszcie zaufanym metropolity warmińskiego abp.
Edmunda Piszcza. To otwierało potem Lubienieckiemu wiele drzwi.
Po 1989 r. mec. Lubieniecki zaangażował się w politykę. Z listy OKP dostał się
do Sejmu kontraktowego. Jako poseł wstąpił do Porozumienia Centrum. - Prezes
Kaczyński szukał ludzi związanych z hierarchią Kościoła. Na rękę były mu
kontakty Lubienieckiego - mówi człowiek z otoczenia PC w tamtych latach.
Za politycznymi koneksjami poszły posady państwowe. Lubieniecki był
pełnomocnikiem likwidatora RSW Prasa Książka Ruch w Olsztyńskiem. Prywatyzował
"Gazetę Olsztyńską", za PRL oficjalne pismo Komitetu Wojewódzkiego PZPR, był
wiceprezesem Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa. Ponoć brano go pod uwagę
jako kandydata na ministra sprawiedliwości w gabinecie Jana Krzysztofa Bieleckiego.
Źródło: Gazeta Wyborcza
www.gazetawyborcza.pl/1,75248,4949553.html
-
"Ateista umarl.
Porzadny byl czlowiek, ale umarl i bylo to dla niego bardzo
traumatyczne przezycie. Tym bardziej, ze zupelnie nieoczekiwanie
znalazl sie w piekle. Przywital go Diabel. Ateista poczul sie
nieswojo, ale Diabel byl bardzo konkretny:
- O, widze, zepPan u nas nowy... To ja moze oprowadze, tu jest
panski apartament.
Ateista patrzy, a tu pokoje na hektary, gustownie urzadzone, lózko
wodne, baldachimy, lazienka ogromna, bidety, klimatyzacja...
Diabel dalej ciagnie:
- Jesli pan jest zmeczony i chce odpoczac, to prosze sie nie
krepowac, jesli pan jednak sobie zyczy, to oprowadze Pana...
Ida, a widoki przed nimi bardzo intrygujace, dyskretny luksus,
przyjemna muzyka, piekne kobiety, tu ktos maluje obrazy, tam ktos
cwiczy gimnastyke, przeszli kolo olimpijskiego basenu, silowni,
dalej restauracje, drink bary...
Ateista zaczyna sie czuc dziwnie, ida dalej. Nagle dotarli do
pomieszczenia przegrodzonego sciana z bardzo grubego szkla
pancernego.
Za szklem - tortury, diably smaza jakichs nieszczesników w kotlach z
wrzaca smola, innych rozciagaja, cwiartuja, wypruwaja im flaki.
Szyba tlumi dzwieki, ale przez skóre czuc, ze nieszczesnicy musza
krzyczec wnieboglosy, na ich twarzach maluje sie niewypowiedziane
cierpienie. Ohyda, cos przerazliwego. Ateista poczul sie wielce
nieswojo, patrzy na te scene za szyba, patrzy, zaczyna nerwowo
drapac sie po glowie i zezowac na diabla... Diabel wyczul sytuacje,
macha reka i mówi:
- ...a wie pan, tym to sie prosze zupelnie nie przejmowac, to
chrzescijanie oni sobie cos takiego wymyslili..."
z :"palnick 1"
-
czy pieklo naprawde jest,mozna dowiedziec sie z Biblii.i to w bardzo
prosty i zrozumialy sposob dla kazdego szczerego czlowieka.nie tak,
jak to okresla tzw.chrzescijanstwo,ale tak jak uczy prawdziwy
chrystianizm oparty na Slowie Bozym,Biblii[listem Bozym do ludzkosci]
-
Glemp: to kłamstwa - nie było układu z SB
Prymas Józef Glemp
AFP
"Dziennik": - Jako prymas i ówczesny przewodniczący Episkopatu z całą powagą
mogę powiedzieć, że przy Okrągłym Stole absolutnie nie było żadnego układu z
komunistami - mówi prymas Józef Glemp, odpowiadając na pytanie czy Episkopat
poparł Okrągły Stół w zamian za zniszczenie akt SB dotyczących księży.
I dodaje: - To są kłamstwa i bzdury. Kościół wysłał dwóch przedstawicieli na
obrady Okrągłego Stołu. Uważam, że był to słuszny sposób na zmianę ustroju bez
rozlewu krwi. To, że komuniści wyszli na tej przemianie bardzo dobrze
ekonomicznie i nie zostali rozliczeni, jest ceną, jaką zapłaciliśmy za
ewolucyjną zmianę ustroju. O żadnych teczkach nie było mowy, najlepszy dowód, że
ich nie zniszczono.
Prymas porusza także inne kwestie, w tym in vitro i temat państwa wyznaniowego:
- Czym innym jest doktryna Kościoła i wynikające z niej przykazania, które
obowiązują wierzących, a czym innym prawo państwowe, które obowiązuje wszystkich
obywateli. Państwo jest niezależne i Kościół nie narzuca mu żadnych rozwiązań,
choć ma prawo wypowiadać się na tematy społeczne - ukazywać je w perspektywie
swojego nauczania. W Polsce za grzech nie idzie się do więzienia, chyba że ten
grzech ma wymiar społeczny i jest ujęty w prawie cywilnym jako przestępstwo. My
nie chcemy państwa wyznaniowego - mówi prymas. Z kolei obecność Polski w UE
ocenia "zdecydowanie pozytywnie". - Wiadomo było, że pewne problemy będą, ale
lepiej, że je rozwiązujemy, będąc członkiem tej wspólnoty. Owszem, musieliśmy
nieco pomniejszyć naszą suwerenność, ale jednocześnie zyskaliśmy większy wpływ
na losy Europy, a nawet świata. Dzięki obecności w Unii możemy zrobić dużo
dobrego, np. przekonywać, że wolność musi być realizowana w odniesieniu do
prawdy i sprawiedliwości.
"Dziennik" 03.03.2008
-
-
TW "Kamil" i doktorat dla kardynała
Szykuje się kolejna przykra afera lustracyjna w polskim Kościele
Jak wynika z publikacji IPN – długoletnim współpracownikiem SB był ks. prof.
Cyprian Rogowski, członek Rady Naukowej Episkopatu i dziekan Wydziału Teologii
Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego.
REKLAMA Czytaj dalej
W czerwcu z rąk domniemanego TW "Kamila" doktorat honoris causa
warmińsko-mazurskiej uczelni odbierać ma sam kardynał Stanisław Dziwisz.
Fakt kolaboracji ks. prof. Rogowskiego ze służbami bezpieczeństwa ujawnił 19
lutego lokalny miesięcznik "Debata", założony i redagowany przez byłych
działaczy antykomunistycznego podziemia. Paweł Warot – historyk z olsztyńskiego
oddziału IPN – opisał w nim karierę TW "Kamila", który podjął współpracę z
aparatem bezpieczeństwa jako zwykły wikary (w 1982 r.), a skończył ją jako
obiecujący naukowiec. Według materiałów cytowanych przez autora – "Kamil", czyli
ks. Rogowski, przez lata sumiennie informował SB o poczynaniach innych
duchownych (w tym swojego biskupa oraz księży niemieckich), stanowiąc dla służb
PRL niezwykle cenne źródło informacji.
Zaangażowanie to przybierało nieraz formy makabreski. W listopadzie 1984 r. –
tuż po zabójstwie ks. Popiełuszki, gdy większość uwikłanych we współpracę księży
zrywała kontakty z SB – olsztyński agent bez emocji opowiadał bezpiece o
"dyskusjach, przewidywaniach i różnych przypuszczeniach wśród kleru" na temat
morderstwa ks. Jerzego. Rok później ks. Rogowski miał mówić otwarcie, że "z
utęsknieniem" czeka na śmierć biskupa Obłąka, który utrudnia mu wyjazd za
granicę w celach naukowych.
Teolog kontra IPN
Następnego dnia po publikacji artykułu jego bohater podał historyka IPN do sądu.
Zdaniem ks. prof. Rogowskiego – zawarte w materiałach IPN informacje na jego
temat są nieprawdziwe, a same dokumenty zostały sfabrykowane przez służbę
bezpieczeństwa.
– To haniebne, by mnie, człowieka, który jest patriotą, oskarżać o takie rzeczy
– oburza się dziekan. – Dziwię się, że to, co pan Warot wypisał o mnie w tym
szmatławcu, bierze się w ogóle na poważnie. Jak można wydawać na kogoś wyrok na
podstawie esbeckich papierów?! Nie mam dziś innego wyjścia, muszę bronić swoich
praw w sądzie.
Paweł Warot nie jest zdziwiony reakcją ks. prof. Rogowskiego, gdyż ten już w
zeszłym roku publikował na uczelni oświadczenia, w których groził sądem każdemu,
kto oskarży go o współpracę z SB. Plotki o agenturalnej przeszłości dziekana
wydziału teologii krążyły już bowiem w środowisku akademickim od dawna –
podobnie zresztą jak w Kościele, co potwierdził w rozmowie z "GP" ks. Tadeusz
Isakowicz-Zaleski. Historyk IPN nie obawia się jednak niekorzystnego wyroku
sądowego, choć sam proces uważa za nonsens:
– Niech ks. prof. Rogowski formułuje zarzuty wobec funkcjonariuszy SB, skoro
jego zdaniem przez osiem lat fałszowali dokumenty. Ja jestem pewien, że
materiały są autentyczne. Dokumenty "Kamila" tworzyło 12 osób, a pamiętajmy, że
w latach 80. ks. Rogowski był niewiele znaczącym wikarym. Gdyby dokumenty
"Kamila" były sfabrykowane, ich fałszowaniem zajmowałyby się m.in. takie osoby
jak naczelnik Wydziału III Departamentu I MSW Eugeniusz Spyra czy zastępca
dyrektora Departamentu I MSW Czesław Jackowski. Rodzi się pytanie: po co mieliby
to robić?
Kuria wiedziała od roku
Autor publikacji to niejedyna osoba, której grozi proces za ujawnienie
dokumentów "Kamila". "GP" dowiedziała się, że ks. prof. Rogowski straszył sądem
rektora UWM – prof. Ryszarda Góreckiego, znanego z prolustracyjnych poglądów (w
2007 r. jako jeden z niewielu rektorów nie przyłączył się do nagonki na ustawę
PiS). Rektor Górecki słyszał co prawda przed publikacją o sprawie TW "Kamila" i
nigdy nie ukrywał swych dążeń do "dekomunizacji" uczelni, ale podejmowaniu
działań na szkodę ks. prof. Rogowskiego zdecydowanie zaprzecza:
– Ksiądz dziekan oskarżył mnie, że IPN, nie wiedzieć czemu, pracuje na moje
zlecenie. To absurdalne i zarazem bardzo przykre. Jeśli chodzi o samą
publikację, nie mam niestety podstaw prawnych, by wyciągać konsekwencje wobec
ks. prof. Rogowskiego jako pracownika uczelni. Uważam jednak, że problem
"Kamila" jest na tyle istotny, że powinien zająć się nim Kościół.
Racja, ale czy sprawa tak ważnego agenta (według IPN "Kamil" współpracował także
z wywiadem PRL) faktycznie stanie się przedmiotem zainteresowania hierarchii?
Czy domniemanemu TW "Kamilowi" pozwoli się w imieniu rektora i
duchownych-intelektualistów wręczać w czerwcu honorowy doktorat kardynałowi
Dziwiszowi? "GP" dotarła do informacji, że warmińska kuria metropolitalna już od
roku wiedziała o dokumentach dotyczących niejasnej przeszłości ks. prof.
Cypriana Rogowskiego, jednak nie podjęła w tej kwestii żadnych działań. Biskup
Jacek Jezierski przyznaje, że o TW "Kamilu" słyszano w kurii, lecz zaraz potem
dodaje:
– Obowiązuje nas memoriał Episkopatu, który mówi, że jeśli ktoś uwikłał się w
takie kontakty, to powinien się do tego po prostu przyznać. Jeśli komuś zostanie
udowodniona współpraca, a ten ktoś skłamie, to kodeks prawa kanonicznego
przewiduje pewne sankcje za nielojalność wobec władzy kościelnej. Co do ks.
prof. Rogowskiego, należy go najpierw wysłuchać i poczekać na kolejne dokumenty.
TW "Kamil" i kardynał Dziwisz
Jeden z bardziej znanych profesorów UWM, zastrzegający anonimowość, obawia się
jednak, że zbyt długie "oczekiwanie" może skończyć się kompromitacją i dla
uczelni, i dla Kościoła. Chodzi oczywiście o zapowiadaną na czerwiec wizytę
kardynała Stanisława Dziwisza. Ks. prof. Rogowski jest bowiem nie tylko
dziekanem Wydziału Teologii UWM (do sierpnia 2008 r.), ale i członkiem Rady
Naukowej Episkopatu.
– Bezpośredni udział księdza dziekana we wręczaniu doktoratu kardynałowi byłby
skandalem. Osoba, którą obciążają tak poważne dowody, nawet dla dobra wiernych
powinna do wyjaśnienia sprawy na pewien czas usunąć się w cień. Inaczej po raz
kolejny Kościół będzie świadkiem zawstydzającego spektaklu z dawnym TW w roli
głównej – uważa nasz rozmówca.
-
Czy gdańska kuria ma materiały SB?
Piotr Piotrowski, Marek Sterlingow
Listy tajnych współpracowników SB wśród księży znajdują się w gdańskiej kurii?
Krzysztof Wyszkowski, działacz gdańskiej opozycji lat 80., uważa, że to fakt i
IPN powinien domagać się zwrotu tej dokumentacji od duchownych
Wyszkowski twierdzi, że kuria posiada materiały dotyczące agentów SB
działających na terenie dwóch diecezji: gdańskiej i chełmińskiej. - Przekazano
je za czasów Okrągłego Stołu i później prezydentury Lecha Wałęsy - mówi
Wyszkowski. - Dość zmowy milczenia w tej sprawie.
Były sekretarz redakcji "Tygodnika Solidarność" złożył wniosek w tej sprawie do
gdańskiego oddziału IPN już w listopadzie ub. r. Teraz skontaktował się z
mediami. - Przez kilka miesięcy próbowałem się spotkać w tej sprawie z abp.
Gocłowskim - mówi. - Kiedy się to nie udało, postanowiłem sprawę upublicznić.
Uważam, że Kościół powinien sam rozpocząć proces autolustracji. Chodzi przede
wszystkim o zdemaskowanie agentury wśród biskupów, a potem duchowieństwa
niższego szczebla.
Według Wyszkowskiego dokumenty powinny znajdować się w siedzibie kurii
metropolitalnej w Gdańsku Oliwie.
Abp Tadeusz Gocłowski nie przypomina sobie, żeby otrzymał takie dokumenty. - Nie
pamiętam. Osobiście jestem przekonany, że to nie nastąpiło. Być może, zostało to
przekazane kurii, czyli wikariuszowi generalnemu, ale też nie sądzę, żeby tak
się stało, to sprawa zbyt poważna, żebym o niej nie wiedział.
Metropolita gdański jest zaskoczony wnioskiem gdańskiego opozycjonisty. - Nie
zamierzam zajmować się tymi problemami, od tego jest IPN - powiedział "Gazecie"
arcybiskup. - Mam jednak wrażenie, że Polska ulega w ostatnich dniach
niezrozumiałej histerii związanej z teczkami bezpieki.
Wniosek Wyszkowskiego do IPN ma związek z innym jego wnioskiem do gdańskiego
oddziału IPN: o wszczęcie śledztwa w sprawie współudziału funkcjonariuszy i
agentów gdańskiej SB w próbie uprowadzenia ks. Jerzego Popiełuszki 13
października 1984 r. oraz jego porwania 19 października 1984 r., zakończonego
zabójstwem. Zdaniem Wyszkowskiego w 1984 r. podczas procesu toruńskiego sprawców
zabójstwa ks. Popiełuszki ujawnione zostały liczne fakty wskazujące na to, że
zbrodnia była prowokacją mającą obciążyć gdańskie podziemie "Solidarności".
Materiały gdański IPN przekazał już do katowickiego oddziału instytutu, który
prowadzi śledztwo w obu sprawach.
-
"Gazeta Wyborcza": Wstrząsający reportaż o tym jak Kościół katolicki ukrywał
aferę pedofilską zamieszcza gazeta w swym dodatku "Duży Format". O molestowaniu
dzieci przez ks. Andrzeja, założyciela i dyrektora ogniska dla trudnej młodzieży
w Szczecinie, wiedziało trzech biskupów i wielu księży. Latami straszna prawda
nie mogła zostać ujawniona.
Chłopcy zwierzyli się wychowawcom, oni zaś w 1995 r. poinformowali bp.
Stanisława Stefanka, któremu podlegała oświata w archidiecezji. Hierarcha nie
uznał ich relacji za wiarygodne. Nie porozmawiał z żadnym z poszkodowanych.
Grzesznik w Kościele - zobacz materiał w Onet.tv Rozgoryczeni wychowawcy
poprosili o pomoc dwóch zakonników. Przyjął ich abp Marian Przykucki. -
Powiedział, że boleje nad sprawą i pomoże w rozwiązaniu, wspomina jeden z
zakonników. Ale arcybiskup zaufał osądowi bp. Stefanka i nie kazał sprawy dalej
badać. Wprawdzie odsunął ks. Andrzeja od pracy w ognisku, ale wiosną 1996 r.
powierzył mu nadzór nad szkołami katolickimi w Szczecinie. Potem ks. Andrzej
kierował Liceum Katolickim w Szczecinie, przewodniczył Stowarzyszeniu Szkół
Katolickich.
Wychowawcy nie dali za wygraną. W 2003 r. ich zeznania i relacje ofiar spisał
dominikanin Marcin Mogielski. Jego zwierzchnik o. Maciej Zięba przekazał je
obecnemu arcybiskupowi szczecińsko- kamieńskiemu Zygmuntowi Kamińskiemu.
Metropolita zajął się sprawą dopiero, gdy wychowawcy zasugerowali, że pójdą do
prokuratury. Sąd biskupi przesłuchał tylko dwóch pokrzywdzonych. Ks. Andrzej
został odsunięty od oświaty dopiero w 2007 r.
Czterej chłopcy, którzy go oskarżyli, są już dorośli. Ryszard próbuje ułożyć
sobie życie: - Ale każde wspomnienie o ks. Andrzeju cofa mnie z tej drogi. Eryk
wyjechał z Polski. Mówi, że połowa duszy mu umarła, a pustka po niej boli w
rozdzierający sposób.
Postępowanie przed sądem biskupim ma zakończyć się w połowie roku. Ks. Andrzej
zaprzecza: - w życiu takich rzeczy nie robiłem. Chce odzyskać nadzór nad
diecezjalnym szkolnictwem."
-
-
"Jarosław Kaczyński udzielił PiS-owemu portalowi obszernego wywiadu. Nie, nie
czytałem całego, ale polecam zwrócić uwagę na fragment dotyczący ułatwienia
głosowania w wyborach. Akurat w poprzednim wpisie wspomniałem o e-votingu.
Jarosław Kaczyński mówi o internautach i stwierdza co następuje:
"Osobiście nie jestem zwolennikiem zmuszania ludzi do brania udziału w wyborach
ani też znacznych ułatwień jeśli chodzi o oddawanie głosu. Akt głosowania
powinien być według mnie czynnością poważną, świadomą, wymagającą pewnej fatygi.
Nie jestem entuzjastą tego, żeby sobie młody człowiek siedział przed komputerem,
oglądał filmiki, pornografię, pociągał z butelki z piwem i zagłosował, gdy mu
przyjdzie na to ochota. Zwolennicy głosowania przez Internet chcą tę powagę
odebrać. Dlaczego? Wiadomo, kto ma przewagę w Internecie i kto się nim
posługuje. Tą grupą najłatwiej manipulować, sugerować na kogo ma zagłosować."
Wiem, że może nie warto odnosić się do tego typu kwiatków i lepiej puścić je
mimo monitora. Mówi to jednak gość szefujący największej partii opozycyjnej, a
znając chwiejność i "wahadłowość" przekonań polskiego elektoratu być może
ponownie przyszły premier. Co zrobić? Rozłożyć ręce? To być może nic nie
znaczące słowa. Internetu ogarnąć się nie da. Zerkam na USA. To co się dzieje w
sieci wokół kampanii Baracka Obamy (a wcześniej Rona Paula) to czystej wody
obywatelski, oddolny ruch. Ludzie masowo blogują, organizują spotkania, zbierają
pieniądze. Nikt nie zastanawia się nawet, czy na co dzień oglądają porno w sieci
pijąc przy tym piwo i paląc jointa. Internet tak wrył się w krajobraz kampanii w
USA, że z ust analityków padają nawet porównania Hillary Clinton do PC, a
Baracka Obamy do Mac'a. Nie mówiąc o pytaniach od internautów podczas debat.
Ciekawe co zrobiłby Jarosław Kaczyński, gdyby taki młody internauta zadał mu
pytanie o wybory przez sieć? Chciałby się upewnić, czy na biurku nie stoi puszka
browaru, a w osobnym oknie przeglądarki nie ma odpalonego Youporn'a?
Ciekawe z punktu widzenia PR jest użycie tych słów właśnie w wywiadzie dla
portalu. Gdyby padły w "Dzienniku", albo w "Rzepie", to jeszcze mógłbym się
uśmiechnąć pod nosem. Ale opowiadanie takich głupot o internautach w internecie
to bardzo ciekawe zagadnienie. Te słowa to zresztą kolejny dowód, że politycy
trzęsą portkami przed internautami. Ich znaczenie należy odczytywać dokładnie
odwrotnie, niż to wynika z treści. Jeżeli Kaczyński stwierdza, że "wiadomo, kto
ma przewagę w internecie", to nie znaczy, że internauci są z układu, ale że nie
bardzo (socjotechnicznie) da się ogarnąć tę pozornie rozproszoną grupę ludzi. Z
kolei słowa, że "tą grupą najłatwiej manipulować" znaczą mniej więcej tyle, że
jest najmniej podatna na jakiekolwiek manipulacje. Trzeba ją zatem maksymalnie
zmarginalizować.
Politycy nie poczuli tak naprawdę co potrafią internauci. Oddolne ruchy
polityczne czy społeczne są na pewno przed nami. Dziennikarstwo obywatelskie
daje możliwość szybkiego informowania o wszelkich projektach. Pozwala także
bezlitośnie punktować wpadki i wyszukiwać problemy. Bez owijania w
przeintelektualizowaną czasami bawełnę obecną w prasie. Pozwala na konkret, a
tego jak ognia boją się politycy. A już całkowicie odkładając na bok osobisty
stosunek Kaczyńskiego do internautów, jasnym jest, że walczy po prostu o
utrzymanie poparcia. Według badań e-voting spowodowałby znaczny wzrost
procentowego udziału w wyborach. Należy założyć, że nie przełożyłby się on
raczej na poparcie dla PiS. Przechodząc nad tym jednak do porządku dziennego,
nigdy nie wprowadzimy więcej e-państwa w państwie. Wszelkiej maści urzędnicy nie
dopuszczą do rejestracji firmy w sieci (jak to ma miejsce np. w Szkocji). Lobby
Urzędów Skarbowych też raczej nie ucieszy się z uproszczenia rozliczenia PIT do
krótkiego formularza, gdzie wszelkie wyliczenia wykonywane są online, a cały
proces składania zeznania podatkowego to kwestia kilku minut.
Na takich uproszczeniach zależy za to internautom. To oni muszą rozpocząć debatę
na te tematy pisząc na blogach i serwisach dziennikarstwa obywatelskiego. Więc
piszmy."
Ireporter.blox.pl , 08.o3.2008 ,matesky
-
photofile.name/photo/fishki_net/3509878/75921906.jpg
--
Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
-
Wiedziało o tym wielu księży, trzech biskupów. Latami straszna prawda nie mogła
zostać ujawniona - reportaż o tym jak kościół katolicki ukrywał aferę pedofilską
w Szczecinie w poniedziałek w Gazecie Wyborczej (dodatek Duży Format).
Ksiądz Andrzej, dyrektor ogniska dla trudnej młodzieży w Szczecinie, obwiniany o
pedofilię. Ludzie, którzy domagali się ustalenia prawdy, przez 13 lat słyszeli:
nie działajcie na szkodę Kościoła.
"Przyszedłem do ogniska w 1992 r. Miałem 15 lat. Ks. Andrzej zaprosił mnie do
pokoju. Zaczął mnie obmacywać, dotykać po genitaliach, nakłaniał, żebym ja też
go dotykał (nie zrobiłem tego, leżałem bezsilnie). Doprowadził mnie do orgazmu.
Kiedy wstałem, kazał siebie uderzyć, bo mnie skrzywdził". To jedno z wyznań
podopiecznych Ogniska św. Brata Alberta w Szczecinie. Sprawcą wykorzystywania
miał być ks. Andrzej, założyciel i wtedy dyrektor ogniska. Chłopcy zwierzyli się
wychowawcom, oni zaś w 1995 r. poinformowali bp. Stanisława Stefanka, któremu
podlegała oświata w archidiecezji. Nie uznał ich relacji za wiarygodne. Nie
porozmawiał z żadnym z chłopców.
- Nie miałem takiego zlecenia od księdza arcybiskupa - mówi nam bp Stefanek,
dziś ordynariusz łomżyński. Rozgoryczeni wychowawcy poprosili o pomoc dwóch
zakonników. Przyjął ich zwierzchnik Stefanka abp Marian Przykucki. - Powiedział,
że boleje nad sprawą i pomoże w rozwiązaniu - wspomina jeden z zakonników.
Wychowanek ogniska: Umarło mi pół duszy
Ale arcybiskup zaufał osądowi bp. Stefanka i nie kazał sprawy dalej badać.
Odsunął ks. Andrzeja od pracy w ognisku, ale wiosną 1996 r. powierzył mu nadzór
nad szkołami katolickimi w Szczecinie. Potem ks. Andrzej kierował Liceum
Katolickim w Szczecinie, przewodniczył Stowarzyszeniu Szkół Katolickich.
Wychowawcy nie dali za wygraną. W 2003 r. ich zeznania i relacje ofiar spisał
dominikanin Marcin Mogielski. Jego zwierzchnik o. Maciej Zięba przekazał je
obecnemu arcybiskupowi szczecińsko-kamieńskiemu Zygmuntowi Kamińskiemu.
Metropolita zajął się sprawą dopiero, gdy wychowawcy zasugerowali, że pójdą do
prokuratury. Sąd biskupi przesłuchał tylko dwóch pokrzywdzonych. Ks. Andrzej
został odsunięty od oświaty dopiero w 2007 r. Mówi nam, że naciskał na to
senator Jarosław Gowin (dziś poseł PO).
Ks. Andrzej: - W życiu takich rzeczy nie robiłem. Chce odzyskać nadzór nad
diecezjalnym szkolnictwem.
Czterej chłopcy, którzy go oskarżyli, są już dorośli. Ryszard próbuje ułożyć
sobie życie: - Ale każde wspomnienie o ks. Andrzeju cofa mnie z tej drogi. Eryk
wyjechał z Polski. Mówi, że połowa duszy mu umarła, a pustka po niej boli w
rozdzierający sposób. Postępowanie przed sądem biskupim ma zakończyć się w
połowie roku.
Ojciec Mogielski: Nikt nie chciał słuchać ofiar
- Szczęść Boże. Nazywam się Marcin Mogielski. Jestem dominikaninem. To ja w 2003
r. spisałem świadectwa wykorzystywania seksualnego wychowanków Ogniska św. Brata
Alberta. Zrobiłem to, by przedstawić je abp. Kamińskiemu, metropolicie
szczecińsko-kamieńskiemu. Nie miałem wątpliwości, że postępuję słusznie.
Dlaczego? Odpowiem tak jak arcybiskupowi, który pytał, jakim prawem prowadzę
śledztwo w jego diecezji: prawem miłości bliźniego i wierności Ewangelii. Od
1991 r. ognisko miało nieść pomoc młodzieży z rodzin patologicznych. Dla wielu
młodych miało stać się namiastką domu. Obiecałem im, że doprowadzę sprawę do końca.
Ten, kto nigdy nie został zbrukany, może mieć tylko mętne pojęcie o takim
dramacie. Ale ja zbrukany zostałem. Miałem 18 lat. Czułem wstyd i upokorzenie.
Odrazę do samego siebie, do swojego ciała, tak jakbym to ja zrobił coś złego.
Dlatego nie byłem w stanie włączyć się od początku w pomoc chłopcom z ogniska.
Nie byłem gotów stanąć przed nimi i wysłuchać opowieści o koszmarach, których i
ja doświadczyłem. Gdy wreszcie zacząłem działać w imieniu skrzywdzonych, szybko
stałem się celem ataku. Użyto wiedzy, że byłem wykorzystany seksualnie.
Jestem duszpasterzem akademickim w Warszawie. Nie wiem, jak moje wyznanie
przyjmą ludzie, którym niosę Słowo Boże. Wybaczcie. Musiałem to wszystko
powiedzieć, bo w tak dramatycznych sytuacjach porządny człowiek nie może udawać,
że nic się nie stało. I nie ma tu nic do rzeczy wiara, pozycja, zasługi dla
Kościoła, dla społeczeństwa. Wystarczy ludzki odruch - pochyl się nad cierpieniem.
Wierzyłem, że abp Kamiński wszystko wyjaśni. Przed nim zadania nie podjął jego
poprzednik - abp Przykucki i bp Stefanek. Nikt nie chciał słuchać ofiar, nikt
nie próbował im pomóc. A ludziom, którzy dążyli do wyjaśnienia sprawy,
powtarzano: nie działajcie na szkodę Kościoła - mówi Gazecie Wyborczej
dominikanin Marcin Mogielski.
Reportaż o strasznej historii ze Szczecina w poniedziałek w Gazecie Wyborczej.
(Roman Daszczyński, Paweł Wiejas)
***
Jeżeli znacie inne historie zamiatane przez Kościół pod dywan, piszcie do nas:
grzechwkosciele@gazeta.pl
Źródło: Gazeta Wyborcza
www.gazetawyborcza.pl/1,76842,5004980.html
(Video do wglądu)
--
Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
(Montesquieu)
-
Metropolita lubelski abp Życiński przyznał dziś, że docierały do niego
oskarżenia wobec księży o molestowanie seksualne.
Odniósł się w ten sposób do ujawnionej w poniedziałek przez "Gazetę Wyborczą”
afery pedofilskiej w Szczecinie, w którą zamieszany był ks. Andrzej, założyciel
i dyrektor ogniska dla trudnej młodzieży. O sprawie przez 13 lat miało wiedzieć
trzech biskupów i wielu księży.
- Miałem dwa czy trzy przypadki, gdzie kierowano do mnie oskarżenia o działania
konkretnych księży, podjęliśmy działania natychmiastowe i okazało się, że
oskarżenia były bezpodstawne - powiedział metropolita lubelski Józef Życiński.
- Miałem także sytuacje, gdy formułowane oskarżenia potwierdziły się i szybkie
działanie wykluczyło atmosferę sensacji wokół tego. Ale nie wiem, czy
obowiązkiem było wtedy nagłaśniać i informować o każdym szczególe. Naszym celem
jest ochrona godności każdego człowieka i troska o elementarną sprawiedliwość.
Natomiast tworzenie klimatu sensacji, skandalu jest już czymś, co nie mieści się
w zadaniach Kościoła.
"- Obowiązkiem biskupa nie jest występować w roli pomocnika czy asystenta
prokuratora, ale dawać świadectwo prawdzie i uczciwości." (PAP, MAG)
www.dziennikwschodni.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20080312/LUBLIN/579682331
--
Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
-
forum.gazeta.pl/forum/0,62489,1540823.html?f=62&w=77038098&a=77046077&rep=1
--
Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
(Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
-
Półtora roku więzienia w zawieszeniu i dwa lata bez prawa jazdy - to
wyrok dla ks. Józefa G., który samochodem wjechał w grupę ludzi
modlących się w nabożeństwie Drogi Krzyżowej.
Wypadek wydarzył się w Turośni Kościelnej, niedaleko Białegostoku.
Polonez 76-letniego duchownego uderzył w modlących się przy jednej z
ustawionych wzdłuż ulicy stacji Drogi Krzyżowej. Rannych zostało
dziesięć osób, osiem karetką odjechało do szpitala. Kapłan tłumaczył
się, że oślepiło go zachodzące słońce. Prokuratura zarzuciła mu
spowodowanie katastrofy drogowej. Ksiądz przyznał się do winy i
złożył wniosek o dobrowolne poddanie się karze.
Wczoraj białostocki sąd rejonowy ją zatwierdził: półtora roku
więzienia w zawieszeniu na dwa lata, odebranie prawa jazdy na dwa
lata (liczone od czerwca) i wypłacenie dwóm poszkodowanym
odszkodowania w łącznej kwocie 2,3 tys. zł. Wiadomo, że inne
poszkodowane osoby zadośćuczynienia będą dochodzić na drodze
cywilnej.
Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok
miasta.gazeta.pl/bialystok/1,85994,5039995.html
--
Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
(Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
-
I znowu stare piękne święto zostało przesłonione katolickim. Na jajkach -
symbolach życia - "pisze się" wizerunki importowanych świętych...
Święto Jare (21 Marzec - pierwszy dzień wiosny) poświęcone było szczególnie
Matce Ziemi i narodzinom nowego życia po mroźnej zimie, a także bogu Rodowi. W
święto to malowano pisanki - jajka, które były słowiańskim symbolem wiosennego
odrodzenia się życia.
Towarzyszące mu obrzędy magiczne miały wnosić do domostw energię i radość życia
oraz zapewnić dobry urodzaj i powodzenie na cały rozpoczynający się wiosną rok.
Najbardziej powszechnym i znanym zwyczajem było (symbolizujące przepędzenie
zimy) topienie lub spalenie słomianej kukły, zwanej Marzanną (kukły
przedstawiającej boginię, którą w rytualny sposób palono, topiono, w
czasie wiosennego Święta Jarego, aby przywołać wiosnę).
Kukłę wykonywano ze słomy, owijano białym płótnem, zdobiono wstążkami i
koralami. Tradycja nakazywała, aby dziecięcy orszak z Marzanną i zielonymi
gałązkami jałowca w dłoniach, obszedł wszystkie domy we wsi. Po drodze
podtapiano Marzannę w każdej wodzie, jaka się nadarzyła. Wieczorem kukłę
przejmowała młodzież. W świetle zapalonych gałązek jałowca wyprowadzano Marzannę
ze wsi, podpalano i wrzucano do wody.
Zazwyczaj czyniono to przy szczególnym wszczynaniu hałasu – trzaskaniu z batów,
terkocie i klekocie wszelkich grzechotek, śpiewie i grze na wszelkiego rodzaju
instrumentach. Z topieniem "Śmiercichy", również obecnie, związane są różne
przesądy: nie wolno dotknąć pływającej w wodzie kukły, bo grozi to uschnięciem
ręki, obejrzenie się za siebie w drodze powrotnej może spowodować chorobę, a
potknięcie i upadek - śmierć w ciągu najbliższego roku.
Również i w tym przypadku nie obyło się z podejmowanymi próbami zakazania tego
starosłowiańskiego zwyczaju, czego pierwsze wyraźne wzmianki odnajdujemy w 1420
roku na Synodzie Poznańskim. Rodzima tradycja okazała się jednak silniejsza. W
konsekwencji na przełomie XVII/XVIII wieku próbowano tradycje topienia Marzanny
zastąpić (w dzień środy przed wielkanocnej) zrzucaniem z wieży kościelnej kukły
symbolizującej Judasza, co również zakończyło się niepowodzeniem.
Po rytualnym symbolicznym przepędzeniu zimy, przychodziła kolej na powitanie i
przyjęcie wiosny. Na wzgórzach mężczyźni rozpalali ogniska mające dodatkowo
przyspieszyć oczekiwane przyjście wiosny i słonecznych dni. Młodzi wyruszali na
łąki i do lasu w poszukiwaniu wierzbowych i leszczynowych witek pokrytych pąkami
bazi, z których następnie "budowali" wiechy. Sprzątano i wietrzono całe domostwa
oraz tzw. obejście, prano i szykowano świeże odzienie, pieczono placki a
szczególnie wiosenne kołacze. Najważniejsze było jednak malowanie
jajek - prasłowiański symbol życia, płodności i magicznej siły witalnej.
Pisanka była bowiem szczególnym elementem magicznych obrzędów mogących zapewnić
zdrowie i dorodność nie tylko domownikom ale i zwierzętom gospodarczym – w tym
celu zwykło się nimi pocierać chore miejsca lub toczyć po grzbietach zwierząt.
Dla przepędzenia złych mocy, po zakończeniu wszelkich (mogących trwać nawet
kilka dni) przygotowań do właściwego święta, w wieczór przedświąteczny
obchodzono całe gospodarstwo i ziołami okadzano każdy jego zakątek.
Nazajutrz obchodzono Śmigus - rytuał który początkowo polegał na uderzaniu się
nawzajem rozkwitłymi witkami wierzbowymi, baziami. Wierzono, iż pozwala wygonić
to tzw. złe, oczyszcza człowieka i daje mu siłę. Kulminacją Święta Jarego były
zazwyczaj urządzane na świętych wzgórzach uroczyste uczty podczas których
obdarowywano się kraszankami oraz igrzyska połączone ze śpiewem i tańcem.
W pewnych regionach resztki jadła z tych uczt zakopywano w miedzach, celem
zwiększenia płodności ziemi. Następny dzień rozpoczynano od obmywania się w
świętej wodzie (z czasem rytuał ów przekształcił się w przedpołudniowy zwyczaj
oblewania się zimną wodą zwany Dyngusem), co miało moc dodawania ludziom siły
życiowej analogicznie tak, jak deszcz daje tę siłę roślinom (w jeszcze
późniejszym okresie Śmigus i Dyngus połączono w jeden zwyczaj zwany dziś
powszechnie Śmigusem Dyngusem a ostatnio Lanym Poniedziałkiem).
Wieczorem tego dnia udawano się na mogiły przodków, gdzie wspominano zmarłych i
pozostawiano dla nich jadło.
Ostatnim rytuałem był zwyczaj sadzenia młodych drzewek, w korzeniach których
zakopywano kawałki świątecznego kołacza.
W pewnych regionach dodatkowo urządzano barwne pochody zwierząt i ludzi
przebranych za zwierzęta. Pewnego nawiązania do tej starej tradycji można
doszukiwać się dzisiaj w mszy dla zwierząt, choć odprawianej w okresach
oderwanych od tej tradycji. Szły też w nich dziewczęta w brzozowych wiankach i
młodzieńcy niosący palmy. Korowód zamykali muzykanci, którzy hałasowali głośno,
żeby wywołać burzę, deszcz i pioruny - pierwsza wiosenna burza była bowiem
postrzegana jako akt miłosny Peruna z Ziemią (dopiero po pierwszym grzmocie
można było rozpoczynać wszelkie prace związane z uprawą roli).
W szczególnych przypadkach czarnym i białym wołem orano zarys wioski, co miało
dodatkowo chronić jej mieszkańców przed złymi mocami.
Wiele wskazuje na to, że również nasza Bogurodzica - jako utwór hymniczny -
bliższa jest starym tradycjom kręgu bizantyjsko-słowiańskiego, niż przesuwanego
okresu jej powstania na wiek XII.
Praktyk adaptacji pogańskich tradycji i wierzeń można się dopatrywać - jak się
wydaje - także w takiej unikalnej formie katolicyzmu, na jaką wyglądają obchody
Świąt Wielkanocnych na Filipinach.
Uważny obserwator w języku potocznym wyłowi również słowiańskie życzące
pozdrowienie "cześć", którym obdarzali się kupalnicy przy podawaniu rogu ze
słowiańskim syconym miodem.
A więc ze słowiańskim pozdrowieniem dla wszystkich odwiedzających ten wątek -
Wesołych Świąt!!!
--
Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
(Montesquieu)
-
a jak to wszystko ma sie w swietle Biblii? czyz Ona nie powinna miec
pierwszenstwa?
-
Będziecie o niej pamiętać przy dzieleniu się jajkiem i oblewaniu wodą
kolońską?
68 lat temu w Warszawie bito Żydów - bynajmniej nie z inspiracji
hitlerowców...
Fragmenty z dziennika Adama Czerniakówa:
ekscesy antysemickie / wiosna 1940: = 24.03.40 - Po obiedzie na ulicach
żydowskich bicie Żydów z wybijaniem szyb. Rodzaj pogromu. = 25.03.40 - Na
ulicach pogromy. Na rogu Żurawiej bito i wybijano szyby. Baba bijąca Żydów
grasuje znów na ulicach. = 26.03.40 - Na ulicy biją (hale). Kieruję pismo do
odnośnych czynników. = 27.03.40 - [w Krakowie na spotkaniu z Frankiem]
Opowiedziałem o pogromach w Warszawie, których nie było od 1880. (...) Artl
co do bicia ma wątpliwości. = 28.03.40 - [w Krakowie] Inż. Reicher
(przyjechał z Bornsteinem) zawiadamia o pogromie wczoraj. Buchweitz nie mógł
dotrzeć do Gminy na Grzybowską. Wobec tego postanowiliśmy pójść do Artla. W
międzyczasie nadjeżdża woźna Wojnarowska z oświadczeniem, że bito, gromiono i
z listem od Lichtenbauma, że raniono Rozena i Rosenthala po drodze z SS do
Gminy, że Gmina oblężona.
46. 1940-03-24 -
1940-03-24 Uroczyście obchodzono Purym. Niezły nastrój, chociaż położenie
dość ciężkie
47. 1940-03-24 -
1940-03-29 Pogrom wielkanocny
48. 1940-03-25 -
1940-03-26 Wielkanoc roku 1940 wypada około miesiąca przed Paschą /25 marca/.
Skończyła się zima. Jest słońce i lód.
49. 1940-03-26 -
1940-03-29 wyjazd Czerniakowa z grupą radnych pociągiem (sleepingiem) do
Krakowa - do władz GG. Czerniakow referuje sprawy bezpieczeństwa życia i
mienia, stan finansowy Gminy, roboty publiczne, opaski, pogrom warszawski
50. 1940-03-26 -
Święto Rezurekcji staje się dla Żydów czasem panicznego strachu - i nie z
powodu okupanta, choć za jego cichą zgodą. Mnożą się chuligańskie gangi,
złożone z wyrostków i dzieci w wieku szkolnym, które napadają na żydowskich
przechodniów i sprawiają im mordercze bicie. Kapłan pisze, że prześladowania
wielkanocne to było polowanie, Żydzi byli traktowani jak zwierzęta. Jedyną
reakcją napadniętych była ucieczka, co jeszcze dodawało zapału
napastnikom. "Jesteśmy tchórzami".
51. 1940-03-27 -
Niemcy wcielają w życie zasady zapobiegania epidemiom: jeżeli ktoś jest
chory, podwórzejest zamykane na okres dwóch tygodni, pod koniec kwarantanny
wszystkie mieszkania muszą być zdezynfekowane. Również oba podwórza,
przylegające do zainfekowanego, muszą być zamknięte przez cztery dni.
Następnie również w "podejrzanych" domach przeprowadza się dezynfekcję.
Dezynfekcja oznacza przy okazji ogołocenie mieszkań ze wszystkich
wartościowych rzeczy. Po dezynfekcji w mieszkaniach, następuje dezynfekcja
osobista: Żydzi są zmuszani do pójścia do łaźni, odkażania swoich ciał i
ubrań, co staje się prawdziwą torturą. Łaźnia jest parowa, a podczas
odkażania kobietom obcina się włosy, a mężczyznom brody. Dezynfekowane
ubrania zamieniają się w podarte i pogniecione szmaty, których nie można
dłużej nosić.
52. 1940-03-27 -
Do łaźni Żydzi są wysyłani setkami i pozostają tam jie krócej niż 15 do 20
godzin. Każdy jest zmuszany do przechodzenia przez kolejne etapy dezynfekcji -
każdy zajmuje 4-5 godzin. Nadzy igłodni, czekają na dopełnienie rozlicznych
formalności. "Czystość" odkażonych trwa czasami zaledwie kilka dni - po dwóch
dniach można otrzymać zawiadomienie, że np. sąsiednie podwórko objęte jest
kwarantanną - i tortura oczyszczania zaczyna się na nowo.
53. 1940-03-27 -
1940-03-30 Przez pełne trzy dni Polacy oszaleli - Warszawa zmieniła się w
pole walki, nastał kompletny chaos, mnożyły się napaści i rabunki na Żydach w
biały dzień, pod akceptującym okiem miłujących porządek Niemców.
54. 1940-03-27 -
1940-03-27 Ciekawa rozmowa z Meszulimem... nie spodziewa się nic dobrego od
wroga ani z kontaktu z nim
55. 1940-03-27 -
1940-03-27 1,5 godziny trwała grabież apteki przy ul. Żabiej 8. Byli tam
polscy policjanci i tamci policjanci, nikomu to jednak nie przeszkadzało w
rabowaniu.
56. 1940-03-27 -
1940-03-27 Mówi się, że polskie wyrostki otrzymały od tamtych po 2 zł i
więcej złotych dziennie. Przywieziono ich w samochodach i wypuszczono w
dzielnicy żydowskiej
57. 1940-03-27 -
1940-03-27 Młody człowiek, dostał podczas roboty żelazem po głowie, zmarł
58. 1940-03-28 -
Niemcy podejmują nowe działanie polityczne: pod ich egidą uzbrojeni w kije i
pałki młodzi ludzie /nie ma pośród nich ani jednego dorosłego/ urządzają
Żydom pogromy. Napadają na sklepy i okradają je. Jeśli nie ma towaru -
rozbijają okna wystawowe. Stające na drodze Żydzi są bici i ranieni.
59. 1940-03-28 -
Pod wieczór Kapłan wybrał się w ważnej sprawie na Nalewki: dzielnica zrobiła
na nim wielkie wrażenie. Na ulicach czuło się strach, ludzie przemykali się
jak cienie. Ulica Franciszkańska, którą przechodzi autor, jest zamknięta
przez wojskowych - a przejście Nalewkami jest dozwolone jedynie wzdłuż lewej
strony ulicy /patrząc od Gęsiej/. Prawa strona jest pusta i bezludna,
patrolowana przez wojskowych.
60. 1940-03-28 -
Młodzi chuligani nie zaglądają na Nalewki - sklepy są pozamykane, niedawno
zostały opróżnione i porozbijane. Ale autor przechodząc słyszy dobiegający z
innych ulic charakterystyczny dźwięk rozbijanych szyb. "Patriotyczna polska
młodzież" działa pod okiem okupantów, którzy chętnie filmują jej akcje. Chaim
z goryczą pisze, że jeszcze rok wcześniej słyszał okrzyki: "Niech żyje
Polska!", "Niech żyje Śmigły-Rydz!" - teraz patrioci krzyczą, w podbitym
mieście, w obecności okupanta, "Niech żyje Hitler!", "Precz z Śmigłym-
Rydzem!" "Chcemy Polski bez Żydów!". Boli go, że na ruinach ojczyzny
oragnizowane są demonstracje na cześć Hitlera.
61. 1940-03-29 -
1940-03-29 sprawa getta: = 29.03.40 - W Gminie nowe polecenia zamurowania
ghetta...
62. 1940-03-29 -
1940-03-30 sprawa Żydów wysiedlonych do Warszawy z Reichu: = 29.03.40 - W
Gminie (...) stworzenie azylu dla 3000 ludzi wysiedlonych z Reichu... =
30.03.40 - (...) żądania Reicherta o utworzeniu (...) kwarantanny dla 3000
wysiedleńców z Reichu...
63. 1940-03-29 -
1940-03-29 Z powodu rzekomej epidemii nie zezwolono na otwarcie szkół
żydowskich. Dzieci wałęsają się na ulicach, chodzą zrozpaczone Wiele wypadków
podrzucania dzieci pod drwi instytucji społecznych
64. 1940-03-30 -
1940-03-30 sprawa getta: = 30.03.40 - Od rana pogłoski o ghetcie. Byłem u
Laschtoviczki, odradził pójść dziś do Szefa. Potem u Leista, doręczyłem (...)
list nasz w sprawie niemożliwości zrobienia murów (naruszenie instalacji
wodociągowej, sieci elektr[ycznej], kabli etc.).
65. 1940-03-30 -
1940-03-30 Mówią, że podobno rozmawiano z prof. Cybichowskim, który miał
oświadczyć, że że napady na Żydów należą do starej polskiej tradycji.
66. 1940-03-30 -
Duża delegacja przedstawicieli głównych polskich Judenratów została
zaproszona do Krakowa przez gubernatora Franka. Nikt nie wie, po co.
Delegacja już powróciła, ale nie udziela żadnych informacji.
67. 1940-03-30 -
Jaszunski, jeden z członków delegacji warszawskiej, mówi, że byli w Krakowie
traktowani z szacunkiem. O czym mówiono - nie chcą informować przed
posiedzeniem zarządu Judenratu. Natychmiast rozchodzą się sprzeczne plotki -
ktoś widział delegatów i byli weseli, ktoś inny też widział, i byli smutni.
Niektórzy mówią, że okupant będzie odtąd nieco mniej okrutny - inni, że za
kilka dni w Warszawie powstanie getto.
68. 1940-03-30 -
1940-03-30 Ekscesy - c.d. Napadnięto na Gminę Żydowską. Przegnano chuliganów
przy pomocy Batalionów Pracy. Mówią, że BP bardzo ucierpiały na skutek tych
napadów. Rozen i Rosental zostali zrarnieni. Wzmaga się nienawiść do
chrześcijan. Uogólnia się napaści pijanych wyrostków ze szkół rzemieślniczych
(m.in ze szkoły Konarskiego na Lesznie)
warszawa.getto.pl/index.php?mod=zdarzenia&month=03_40
-
-
Pół roku więzienia w zawieszeniu na pięć lat i dożywotni zakaz pracy z dziećmi.
Taki wyrok usłyszał wczoraj były kapelan puławskiego szpitala ksiądz Krzysztof
C. za ściągnięcie z Internetu zdjęć z pornografią dziecięcą.
Niemiecka policja ustaliła, że na stronę z pornografią dziecięcą wchodził m.in.
internauta z Puław. Te informacje przekazała polskiej policji.
Okazało się, że komputer należał do księdza Krzysztofa C. W sierpniu ubiegłego
roku policjanci przeszukali jego mieszkanie. Zabezpieczyli komputer, płyty CD i
dyskietki. Żadnej pornografii nie znaleźli. Do postawienia księdzu zarzutu i
skierowania sprawy do sądu posłużyły jednak ślady połączeń pozostawione w
Internecie. W trakcie procesu okazało się, że zdjęcia z pornografią dziecięcą
zostały wprawdzie usunięte, ale powołany biegły odzyskał je z pamięci komputera.
- 12 czerwca 2006 roku ksiądz łączył się ze stroną pornograficzną dwukrotnie:
tuż po godz. 13, potem po 22. Połączenia trwały po kilka minut - stwierdziła
niemiecka policja. Komputer został namierzony dzięki adresowi IP.
Na przesłuchaniu w postępowaniu przygotowawczym ksiądz przyznał, że przeglądał
ze swego komputera internetowe strony pornograficzne. Zaprzeczył, aby
komukolwiek pokazywał ściągane stamtąd fotografie. Podczas procesu twierdził
jednak, że zdjęć nie ściągał, a jedynie je oglądał. Nie umiał wytłumaczyć
swojego postępowania.
Obrońca księdza w mowie końcowej przekonywał sąd, że każde wejście na stronę
internetową jest technicznym ściągnięciem treści na niej zawartych. A samo
wchodzenie na stronę z pornografią dziecięcą nie jest przestępstwem. I dlatego
wnosił o uniewinnienie oskarżonego.
Na niekorzyść byłego kapelana świadczyła jednak informacja z Komendy
Wojewódzkiej Policji w Lublinie, o jaką poprosił sąd. Wynikało z niej
jednoznacznie, że niemiecka policja przesłała do Polski dane wyłącznie tych
osób, które ściągały pornografię na swoje komputery. A nie tych, które zdjęcia
jedynie oglądały.
Dlatego sąd skazał księdza na 6 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 5 lat,
przepadek komputera oraz dożywotni zakaz edukowania, wychowywania i wszelkich
form opieki nad dziećmi. Wyrok nie jest prawomocny.
Ksiądz Krzysztof C. w momencie nagłośnienia sprawy przez media pracował jeszcze
jako kapelan w puławskim szpitalu. - Wówczas sam poprosił o rozwiązanie stosunku
pracy - informuje Marian Jedliński, dyrektor szpitala.
www.dziennikwschodni.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20080327/PULAWY/634725351
PS. Teraz kameryla kościelna w celu zabezpieczenia swoich interesów powinna
utworzyć dla księży etaty z-ców komendantów wojewódzkich policji ;))
--
Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
-
Przed decyzjami papieży wypowiadającymi się w imieniu Boga jako jego jedynie
słusznych zastępców na tej ziemi???
Czy chcesz powalić cały system katolicki zadając takie pytanie???
aaa111aaa.wrzuta.pl/audio/HH35cBe2ZF/zespol_reprezentacyjny_-_mur
--
Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
(Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
-
Nie bardzo wiem, co Ci odpowiedzieć na ten przykry i smutny post nawiązujący do
tragicznych zdarzeń. Ze swojego punktu widzenia na pewno masz jakąś rację. Ale
czy nie pomyliłeś(aś) czasem wątku traktującego o bieżących sprawach rzucając
wszystkim w twarz swoje historie z pierwszej połowy ubiegłego wieku???
-
Dobre :)
-
można co najwyżej zawrotu glowy dostać. Już dawno przestał
kontrolować, to co mówi.
-
Czarny obraz czarnych nie zmienia się od wieków. Jest to środowisko
niereformowalne w swym zadufaniu "bożego zastępstwa" w walce o
należną mamonę.
-
leży w jego naturze :)
-
Niuestety, ten zawód ma odpał sexualny wcale nie od dzisiaj. To już
czarna tradycja wśród czarnych.
-
Wiele bezpłodnych par, które modliły się do Jana Pawła II przy jego grobie,
doczekało się dzieci - powiedział kardynał Stanisław Dziwisz w wywiadzie dla
włoskiego dziennika katolickiego "Avvenire".
Metropolita krakowski ujawnił, że zna liczne takie przypadki. Kardynał podał
przykład Polki, bierzmowanej przed laty przez arcybiskupa Wojtyłę. Kobieta nie
mogła mieć dzieci, a niedawno modliła się o to przy grobie papieża i teraz jest
w ciąży.
Osobisty sekretarz opowiedział również o małżeństwie z Mediolanu - ono również
oczekuje teraz dziecka, mimo że wcześniej lekarze uznali parę za bezpłodną.
...
www.tvn24.pl/0,1544434,wiadomosc.html|
Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że jeżeli nie są to produkty wieku starczego
tych kadr kościelnych, to skutek zażywania co najmniej świętego sporyszu.
--
Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
(Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
-
Warto przeczytać:
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=21155&w=29439239&a=29439239
--
Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
-
"Wkładał moją nogę pod sutannę i do czegoś dotykał". Pod zarzutem molestowania
seksualnego 12-letniej dziewczynki policja zatrzymała wczoraj księdza z Trawnik.
Rodzice Oli pochodzą z Trawnik (powiat świdnicki). Przed kilku laty wyjechali za
pracą do jednego z miast w południowej Polsce. Dziewczynka co roku przyjeżdżała
do dziadków na wakacje. Latem zeszłego roku przed kolejnym wyjazdem do Trawnik
dziecko zaczęło się moczyć i mieć kłopoty z mówieniem. W końcu Ola powiedziała
matce o dręczących ją koszmarach. Były one związane z osobą 38-letniego
Mirosława W., księdza z miejscowej parafii.
Prokurator: - Dziewczynka powiedziała, że duchowny w towarzystwie innego dziecka
zapraszał ją na plebanię. Tam mieli oglądać święte obrazki. Według słów Oli
duchowny, na oczach drugiego dziecka, wkładał jej stopę pod sutannę i onanizował
się. Dziewczynka pamiętała kilka takich wizyt.
Śledczy chcieli zatrzymać księdza jesienią, jednak duchowny był na plebanii
nieobecny. - Latem 2005 r. ksiądz poprosił o bezterminowy urlop zdrowotny -
tłumaczy ks. Mieczysław Puzewicz, rzecznik prasowy lubelskiej kurii
metropolitalnej. Według naszych informacji duchowny w sierpniu wyjechał na
Ukrainę. Prokuratura nie chcąc spłoszyć księdza, o sprawie nie informowała
mediów. Z tego powodu za księdzem nie rozesłano także oficjalnego listu
gończego. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się jednak, że zdjęcie duchownego trafiło
na wszystkie przejścia graniczne z Ukrainą.
Dyskrecja przyniosła efekty. W nocy z wtorku na środę poszukiwany ksiądz
przekroczył przejście graniczne w Dorohusku. Informacja trafiła na policję,
która wczoraj ok. godz. 3.30 zatrzymała księdza w pociągu relacji Lublin - Chełm.
Wczoraj po południu śledczy przedstawili duchownemu zarzuty "doprowadzania
małoletniego do poddania się innej czynności seksualnej" za co według art. 200
kodeksu karnego grozi od roku do dziesięciu lat pozbawienia wolności. Do
przestępstwa według prokuratury doszło co najmniej kilkakrotnie, latem 2003 i
2004 r. Ksiądz nie przyznał się do stawianych mu zarzutów.
Wczoraj po południu prokuratura wystąpiła do sądu o aresztowanie duchownego na
trzy miesiące, a sąd przychylił się do tego wniosku.
- Sprawa księdza z Trawnik jest nam znana. Zależy nam na pełnym jej wyjaśnieniu,
ale do czasu wyroku sądu nie będziemy jej komentować - powiedział rzecznik kurii.
Imię dziewczynki zostało zmienione
Kuria siedlecka przeprosiła za księdza
W grudniu 2004 r. Sąd Rejonowy w Białej Podlaskiej skazał na dwa lata więzienia
księdza Zbigniewa S. z miejscowości Połoski. Prokurator zarzucił mu molestowanie
seksualne nieletnich uczennic. Tuż po zatrzymaniu duchownego, w grudniu 2003 r.
kuria siedlecka w specjalnym oświadczeniu złożyła "wyrazy ubolewania i
przeproszenia osobom, które mogły zostać pokrzywdzone". Rzecznik kurii ksiądz
Paweł Siedlanowski poinformował, że ksiądz Zbigniew Sz. został odwołany z
funkcji proboszcza jeszcze przed zatrzymaniem, bo sprawa wyszła na jaw trzy dni
wcześniej.
miasta.gazeta.pl/lublin/1,35640,3165857.html
--
Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
(Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
-
Grupa parlamentarzystów bliskich środowisku Radia Maryja zwróciła się do
sejmowej komisji etyki o ukaranie naganą Janusza Palikota (PO) za to, że nazwał
o. Rydzyka "belzebubem". Palikot nie zamierza przepraszać redemptorysty. Poseł
powiedział, że gdy wychodził z Sejmu, został otoczony przez zwolenników Radia
Maryja, którzy - jak opisywał - krzyczeli "na szubienicę z nim", "powiesić",
"zdrajca". Palikot dodał, że poinformował o tym policję.
Europosłowie Urszula Krupa, Witold Tomczak, Bogdan Pęk, Zdzisław Podkański,
Andrzej Zapałowski, Janusz Wojciechowski oraz posłanki PiS Anna Sobecka,
Gabriela Masłowska i Krystyna Grabicka skierowali wniosek w tej sprawie do
członków Komisji Etyki Poselskiej i marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego.
"Palikotem kieruje nienawiść do kapłana"
- Od dłuższego czasu jesteśmy świadkami nagłaśnianych w mediach wypowiedzi posła
Janusza Palikota, w których dopuszcza się pomówień, gróźb i zniesławienia osób
publicznych, w tym także kapłana katolickiego - napisali we wniosku.
Parlamentarzyści zaznaczyli, że w marcu w programie TVN "Teraz My" Palikot
nazwał o. Tadeusza Rydzyka "belzebubem" i "użył jeszcze kilkakrotnie innych
obraźliwych epitetów". Ponadto - napisano - w innym programie TVN "Kuba
Wojewódzki" Palikot miał m.in. mówić: "krok po kroku wykończymy Rydzyka".
"Belzebub z Torunia, siewca zła" - zobacz J. Palikota w "Teraz My!"
Zdaniem autorów wniosku, Palikot jako poseł "nie kieruje się poczuciem służby
publicznej", a jedynie "nienawiścią wobec kapłana katolickiego i organizowanych
przez niego dzieł". "Powyższe działania przypominają zachowania tajnych służb
komunistycznych, poprzedzające porwanie i zamordowanie ks. Jerzego Popiełuszki"
- napisali.
Palikot: to o. Rydzyk wzbudza nienawiść
Palikot nie zgadza się z ocenami autorów wniosku. Jak powiedział, "ojciec Rydzyk
wzbudza w ludziach nienawiść". Zaznaczył, że nie zamierza przepraszać
redemptorysty. - Jeżeli ktoś, kogoś ma przepraszać to on, za to co robi -
podkreślił poseł PO.
Zaznaczył, że w czwartek, gdy wychodził z Sejmu, został otoczony przez
zwolenników Radia Maryja, którzy - jak opisywał - krzyczeli "na szubienicę z
nim", "powiesić", "zdrajca". Palikot dodał, że poinformował o tym policję.
Jak zapowiedział, to samo zamierza powiedzieć przed Komisją Etyki Poselskiej.
Przewodniczący Komisji Etyki Poselskiej Franciszek Stefaniuk (PSL) powiedział,
że komisja "rozpatruje wszystkie wnioski, które są do niej kierowane". Stefaniuk
dodał, że komisja może nakazać Palikotowi przeproszenie ojca Rydzyka, ale - jak
podkreślił - jeszcze nic mu nie wiadomo na ten temat, więc niczego nie chce
przesądzać.
Komisja etyki, jeśli uzna, że poseł naruszył zasady etyki poselskiej, może
zwrócić mu uwagę, upomnieć go lub udzielić nagany.
wiadomosci.onet.pl/1723717,11,otoczyli_palikota_w_sejmie_na_szubienice,item.html
--
Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
(Montesquieu)
-
Osobiście czuję się bardzo zażenowany i zdegustowany takimi pomysłami, jakbym
znalazł się wśród annałów artefaktów historii rozwoju ludzkości:
wiadomosci.onet.pl/1724238,11,item.html
Przecież to to jawne bezczeszczenie zwłok JP2, który wyraźnie napisał: "grób
ziemny!"
A teraz jego doczesne szczątki będą rozdrapywane...
I jeszcze ten termin teologiczny dzielący zwłoki na... relikwie pierwszego
stopnia, ...
To, co robią arcy poganie KRK jest wręcz okropne. Paranonicy chyba też
pierwszego stopnia ;(
wiadomosci.onet.pl/1724238,11,item.html
--
Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
(Montesquieu)
-
Gowin nie stawił się w sądzie ze względu na "potrzebę uczestniczenia
w liturgii Wielkiego Piątku". Sąd uwzględnił usprawiedliwienie.
I co tu komentować?
Jaki jest koń, każdy widzi.
Wniosek:
- wypadku wezwania na rozprawę sądową wystarczy odpisać, że w tym dniu
uczestniczy się w spowiedzi i tam otrzyma się rozgrzeszenie ;))
--
Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
(Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
-
Przed sądem ruszył proces sióstr ze zgromadzenia boromeuszek. Dotyczy on gwałtów
w ośrodku wychowawczym w Zabrzu, w którym chłopcy gwałcili słabszych kolegów -
informuje serwis dziennik.pl.
- Zróbcie z nim porządek - tak miała mówić siostra boromeuszka z ośrodka
wychowawczego w Zabrzu do swoich podopiecznych. A posłuszne dzieci polecenia
wykonywały. Chłopcy bezlitośnie bili swoich kolegów i ich gwałcili. Z czasem
gwałceni zaczęli robić to samo innym. To, co dzieje się za murami placówki,
odkryła przypadkowo policja.
- Prowadzącej Ośrodek Wychowawczy Sióstr Boromeuszek Agnieszce F. postawiono
zarzut pomocnictwa przy doprowadzeniu małoletniego do poddania się czynności
seksualnej. Prokurator zarzuca jej także szereg czynów dotyczących naruszenia
nietykalności cielesnej wychowanków oraz ich znieważania - mówi rzecznik Sądu
Okręgowego w Gliwicach, sędzia Tomasz Pawlik. Kierowniczce grozi dwanaście lat
więzienia. Jej pomocnica Bogumiła Ł. może trafić za kraty na rok - informuje
serwis dziennik.pl.
wiadomosci.onet.pl/1727475,11,zakonnice_oskarzone_o_naklanianie_do_gwaltow,item.html
--
Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
-
Ks. Stanisław K., były proboszcz parafii w Hłudnie, przyczynił się do śmierci
13-letniego Bartka - twierdzi prokuratura w Brzozowie. W czwartek duchownemu
przedstawiła zarzuty - informuje serwis gazeta.pl.
Zdaniem śledczych ksiądz znęcał się nad Bartkiem Obłojem, który w połowie
grudnia ub. r. powiesił się. - Ks. Stanisław K. bił go po głowie, plecach,
szarpał chłopcem, popychał go. K. oskarżał także chłopaka o kradzież z kościoła
pieniędzy i smyczy. Groził, że jeżeli Bartek nie przyzna się do winy, to wezwie
policję, a informacje o tym będzie rozpowszechniał po całej szkole. Księdzu
postawiliśmy zarzut fizycznego i psychicznego znęcania się nad chłopakiem, które
przyczyniło się do tego, że 13-latek targnął się na życie - mówi Aurelia Skiba,
prokurator rejonowy w Brzozowie.
Śledczy ustalili, że duchowny psychicznie i fizycznie znęcał się także nad
trzema dziewczynkami z "zerówki" ze Szkoły Podstawowej w Hłudnie. Ksiądz nie
przyznał się do winy. Odmówił składania wyjaśnień. Grozi mu do 12 lat więzienia.
Prokuratura nie stosowała wobec księdza żadnych środków zapobiegawczych -
informuje serwis gazeta.pl.
wiadomosci.onet.pl/1727749,11,item.html
--
Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
(Montesquieu)
-
Kaziu, katolicyzm już tak dawno odszedł od tego chrześcijaństwa, że sam już nie
wie, co to jest chrześcijaństwo a zna go co najwyżej z nazwy.
--
Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
(Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
-
Cz. I.
Klerykalizm to postawa, wedle której ksiądz traktuje świeckiego jak bezradne,
głupie dziecko. Duchowny powie, gdzie jest zło, gdzie jest dobro, duchowny
objaśni, wyjaśni, nakieruje, bo świecki niczego nie wie. Duchowny zna prawdę,
świecki jest ślepy. A kto duchownemu dał do tego prawo? To musiało się źle skończyć.
Paweł Smoleński: Podczas niedawnej dyskusji w Lublinie "Co dzisiaj dzieli
Polaków?" zaprotestował ojciec przeciwko wskazywaniu wyłącznie na to, co Polaków
od siebie oddala. Da się pokazać, co nas łączy?
O. Ludwik Wiśniewski: Podziałów, w dodatku brzydkich, wywołujących agresję,
poniżających drugiego człowieka mamy w Polsce dość, więc wypada skupić się na
tym, co nas łączy. Nie powinniśmy się dzielić, ale różnić, bo różnice między
ludźmi mogą być piękne, wartościowe, ciekawe.
Na co dzień nie uświadamiamy sobie, ile mamy wspólnego. Uciekają nam najprostsze
prawy, choćby taka, że jesteśmy ludźmi, nasze najgłębsze pragnienia są takie
same, zapewne wszyscy dążymy do pokoju, miłości, dobra. W oparciu o to trzeba
szukać punktów wspólnych.
Trudno mi zauważyć w Polsce nadmiar potrzeby społecznej miłości.
- Nie ma pan racji, a przynajmniej ja nie chcę wierzyć, że tak jest. Można się
natomiast obawiać, że na lata utrwalony zostanie pewien niedobry standard.
Robimy kampanię wyborczą i nagle wszyscy dochodzą do wniosku, że musi być ostra
i bardzo brutalna. Nie ma w niej miejsca na konkurencję programów. Ważna jest
tylko walka z drugim człowiekiem. Jesteśmy przekonani, że musimy szukać haków -
prawdziwych, ale też wydumanych, żeby zohydzić konkurentów. Wypowiadamy
obraźliwe słowa, gdyż mamy nadzieję, że w ten sposób zarobimy parę dodatkowych
punktów. Wszyscy wpędzamy się w jakąś obrzydliwą grę.
Opozycja recenzuje rząd - i znów zdaje mi się, że robi to tylko po to, żeby
pokazać, jak bardzo niegodziwi ludzie dorwali się do władzy. Rząd odpowiada
opozycji podobnym językiem. Wszyscy to oglądamy, czasem mówimy o naszym
zniesmaczeniu, ale zdecydowanie zbyt często cieszymy się, że ten temu dowalił,
ten temu coś wyciągnął, ten tego obraził albo poniżył.
Dalej - jeżeli gazeta ma się dobrze sprzedać, musi pokazać skandal i atakować.
Jeżeli mamy zaproszenie do publicznej dyskusji, musimy obrzucić rozmówcę błotem,
bo nie zostaniemy zauważeni. I tak dalej.
Jeden z uczestników panelu powiedział, że styl polskiej debaty publicznej,
padające w niej pomówienia, obelgi, że wszystko to razem wzięte nie wykracza
poza reguły demokracji. Że, koniec końców, to tylko słowa. Niedobre, bolesne,
obraźliwe - ale tak po prostu jest w demokracji. Uważam przeciwnie. To wcale nie
są objawy normalnie funkcjonującej demokracji. Tak wcale nie musi być.
Nie ma ojciec najlepszego zdania o polskiej klasie politycznej.
- Nie umiem jej ocenić. Pewnych ludzi po prostu szanuję. Innych - powiem tak -
po prostu nie rozumiem. Po co obrażać konkurentów, mówiąc, że to targowiczanie,
ZOMO? Po co skłócać ludzi?
Kiedyś w Petersburgu siedziałem między młodymi Rosjanami. Był z nami pewien
Amerykanin, katolik, grał na gitarze i, mam wrażenie, że bardzo lubił Rosję.
Działo się to akurat przed wyborami do rady miejskiej.
Któryś z Rosjan mówi: "Ja znam tych wszystkich kandydatów. Nikt z nich nie
startuje w wyborach, żeby zrobić coś dla miasta. Będą pracować tylko dla
siebie". Drugi dodaje: "Jeśli ktoś startuje w wyborach, musi z tego coś mieć. On
sam, jego rodzina, jego partia, koledzy. Ludzie po to idą do władzy". Oburzył
się Amerykanin. Powiedział: "Jeśli nie zmienicie swojego sposobu myślenia, nie
macie prawa narzekać, bo nic się u was nie poprawi". Chłopak aż zzieleniał, był
naprawdę wściekły.
Wtedy pomyślałem sobie, choć może jestem naiwny, że w Polsce znam kilku ludzi
służby.
--
Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
(Montesquieu)
-
Cz. II.
Lecz być może przeznaczeniem ludzi służby jest to, że wypadają z polityki. W
znakomitej większości zostają cynicy i gracze.
- Czasem można odnieść takie wrażenie. Lecz nie chciałbym, żeby los tych, którzy
idą do polityki, by służyć, był z góry przesądzony. Przez te ostatnie
kilkanaście lat tacy ludzie zrobili wiele dla Polski. Mam nadzieję, że znajdą
swoich naśladowców.
Podoba się ojcu w Polsce?
- Oczywiście. Przecież pamiętam, co działo się tutaj przez większość mojego
życia. 20 lat temu byłem przekonany, że skończę w więzieniu. Nie skończyłem.
Trochę w tej rozmowie narzekam, chciałbym, żeby w wielu wypadkach działo się
inaczej. Ale kiedy słyszę człowieka, który strasznie narzeka na sytuację w
Polsce, odpowiadam mu: "Myślałem, że będzie znacznie gorzej. Nie trzeba szukać
daleko. Wystarczy poczytać, jak w kraju działo się po I wojnie światowej, gdy
pierwszy raz odzyskaliśmy niepodległość. Swary, kłótnie, zastrzelono
demokratycznie wybranego prezydenta. Dzisiaj nie jest tak strasznie".
Ale jeszcze niedawno z ust ludzi najważniejszych w państwie słyszeliśmy, że
Polska po 1989 roku zmarnowała swoją szansę i dopiero oni to naprawią.
- I to jest właśnie bardzo przykre, bo bardzo nieprawdziwe. To znów opinia,
która dzieli Polaków. Gdyż jednym może się wszystko nie podobać, a inni mają
prawo być dumni ze swoich dokonań i będzie to zadowolenie uzasadnione.
Polaków nie dzielą tylko politycy i opinie wypowiadane w gazetach.
- Niestety, Kościół też dzieli. Jest np. pewne katolickie radio, które w tym się
specjalizuje. Przeraża mnie, jak wielu duchownym jest po drodze z Radiem Maryja,
jak wielu podziela wyrażane tam poglądy. To bardzo niedobrze, że część Kościoła
przykłada rękę do polskich podziałów.
Polskę dzielą np. poglądy na zapłodnienie in vitro. Wiemy, jakie w tej sprawie
jest stanowisko Kościoła. Po posiedzeniu Komisji Wspólnej Episkopatu i Rządu
biskupi oświadczają, że z chęcią będą uczestniczyć w pracach nad ustawą, która
zajmie się również in vitro. Co oznacza, że w prawie państwowym, dotyczącym tak
katolików, jak ludzi innych wyznań i niewierzących, będą chcieli zapisać jeden
system wartości.
- Nie rozumiem takiej postawy. Nie należę ani do sfer rządowych, ani do sfer
Episkopatu. W moim przekonaniu Episkopat nie powinien uczestniczyć w tworzeniu
prawa państwowego. Rolą Kościoła jest jasne zaprezentowanie stanowiska: to
uważamy za dobro, to uważamy za zło. Koniec, ani kroku dalej.
Bo dalej niech się martwi władza świecka. Niech rozważy, czy kierować się
stanowiskiem Kościoła, jak je zapisać w paragrafach i w ustawach, ale też - czy
je w ogóle zapisać. Kościół i władza to dwie rozłączne sfery. Stanowienie prawa
nie jest rolą księży. W moim przekonaniu angażowanie się przedstawicieli
Kościoła w proces legislacyjny jest bardzo niebezpieczne. Właśnie taka postawa
dzieli Polaków, a nie łączy.
Co jest przyczyną, że część Kościoła pozwoliła w ostatnich latach tak mocno
wmanewrować się w politykę? Że z bycia w orbicie władzy świeckiej, z wpływu na
doraźną politykę czerpie tak wielką radość? A z drugiej strony - skąd bierze się
tak wielka potrzeba rządzących, by podeprzeć się ołtarzem?
- Niedawno oglądaliśmy spektakl na Jasnej Górze: premier przemawia od ołtarza,
ksiądz stoi tak, jakby był najbliższym współpracownikiem premiera. Byłem
zniesmaczony. Już szykowano przecież sprawę w Ministerstwie Rolnictwa, za kilka
dni jeden z wicepremierów zostanie oskarżony o łapówkarstwo. A tam wszyscy
uśmiechnięci, wiecują. To jakaś hipokryzja. Żaden polityk, a tym bardziej ten,
który mówi, że jest związany z Kościołem, nie powinien wystawiać Kościoła na
pośmiewisko.
Może to siła inercji? Może komunizm niewiele nas nauczył albo - może utrwalił
poczucie władzy. Gdy do Polski po raz pierwszy przyjechał Jan Paweł II i spotkał
się z Edwardem Gierkiem, ludzie mówili: jak się patrzyło na papieża i Gierka,
było widać, kto tu naprawdę rządzi. Może Kościołowi brakuje takiej władzy.
Nie wiem, dlaczego niektórych ludzi Kościoła tak ciągnie do polityki. Gdyby
Polska była w niebezpieczeństwie, gdyby waliło się i paliło, to owszem. Ale
teraz? Tak, taka postawa to dla mnie wielka zagadka. Chyba odezwały się,
zupełnie niepotrzebnie, dawne uprzedzenia, lęki, namiętności...
...zachłanność na wpływy, potrzeba władzy?
- Nie wiem, choć obawiam się, że może pan mieć trochę racji. Może to stare
nawyki, przyzwyczajenia, jak z jakiejś wioski sprzed stuleci: proboszcz jest
panem i władcą, ma prawo dyktować wszystko, nawet to, ile parafianie winni mieć
dzieci. Niestety, nawet wielu biskupów prezentuje postawę takich proboszczów.
To, co ojciec mówi, to czysty antyklerykalizm.
- Uważam, że w Polsce, ale nie tylko w Polsce, uczciwy katolik powinien być
antyklerykałem. Rola kleru jest przecież ograniczona. Gdy duchowni próbują
rozpychać się, rządzić, sterować władzą, wchodzić na nie swoje pola, zaczyna być
niebezpiecznie.
Rozmawiałem z ludźmi znającymi Holandię. Zastanawiali się, co tam się stało,
dlaczego opustoszały kościoły. Mieli w zasadzie jedną odpowiedź. To efekt
klerykalizmu: proboszcz wiedział o wszystkim, we wszystko się wtrącał, o
wszystkim chciał decydować.
Klerykalizm to postawa, wedle której ksiądz traktuje świeckiego jak bezradne,
głupie dziecko. Duchowny powie, gdzie jest zło, gdzie jest dobro, duchowny
objaśni, wyjaśni, nakieruje, bo świecki niczego nie wie. Duchowny zna prawdę,
świecki jest ślepy. A kto duchownemu dał do tego prawo? To musiało się źle skończyć.
A może to Polacy są niesprawiedliwi i wolą pamiętać Kościołowi to, co złe? Wolą
pamiętać biskupowi obronę księdza molestującego dzieci, niż dostrzegać dobro?
- Grzechów Kościoła nie można zamiatać pod dywan, choć z drugiej strony
ulubionym przedmiotem plotek zawsze byli duchowni, proboszczowie. Mam wrażenie,
że sprawy lustracyjne dotyczące księży wynikają z takiej potrzeby: aha, mamy go,
niby taki dobry pasterz, a zobaczcie państwo, co robił. Lubimy bliźnim wyciągać
różne nieprzyjemne rzeczy.
--
Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
(Montesquieu)
-
Cz. III.
Póki Kościół na własnej skórze nie poczuł, jak smakuje lustracja, póty głośno
wołał, że wyzwoli nas prawda z ubeckich zapisków. Nawet niektórzy biskupi,
którzy dziś z wielkim namysłem mówią o takich dokumentach, bo okazało się, że
nie muszą być ani tak jednoznaczne, ani tak prawdziwe, twierdzili, że to dobra
droga poznania przeszłości.
- Niestety, było i tak (milczenie). Mam wrażenie, że w pewnym momencie przyszedł
strach, także na biskupów, co też w tych teczkach może być na mnie, na moich
księży. Nie musiało to wynikać z obaw przed własnymi życiorysami. W teczkach
może być po prostu wszystko, najbardziej przerażające bzdury.
Dlaczego Kościół nie dostrzegł strachu świeckich?
- Nie wiedzieliśmy, co to jest. Nie umieliśmy podejść właściwie do teczek.
Pamiętam moje dokumenty. Oglądam je i widzę, że taki i ów donosił, więc niech
się przyzna, niech ogłosi publicznie i będzie po sprawie. Lecz kiedy poczytałem,
głębiej się zastanowiłem, zacząłem sobie przypominać - musiałem dojść do
wniosku, że jedna sprawa drugiej nierówna. Nie wystarcza wprost odczytać te
donosy, trzeba wniknąć, co działo się naprawdę, rozpatrzeć we własnym sumieniu.
Kościół nie widział strachu świeckich przed teczkami, gdyż brakowało mu wiedzy.
Ale też miłości bliźniego.
Grzechy Kościoła, trudne momenty, cała miniona epoka winny być dla nas nauczką.
Ale musimy też wyciągnąć wnioski z dnia dzisiejszego. Jeśli przeżyjemy to
właściwie, nie zasłaniając się sutanną i rzekomą nadzwyczajnością księży,
Kościół dobrze sobie poradzi. Lecz jeśli - powtórzę - duchowny - tak biskup, jak
i proboszcz - będzie alfą i omegą, w świątyniach zobaczymy puste ławki.
Kiedyś nie było takiej obawy.
- Łatwiej było być z ludźmi, łatwiej można było akceptować ich różnorodność, bo
społeczeństwo było uciskane i Kościół był uciskany. Wśród ludzi panował strach,
więc szukali miejsca, gdzie mogą o nim zapomnieć, choćby na chwilę. Ale i wśród
duchownych strach też był obecny. Niewielu tolerowało działania opozycyjne.
Jeszcze mniej angażowało się w opozycję. Duchowni byli tacy sami jak
społeczeństwo. Ani lepsi, ani gorsi. Choć generalnie Kościół dobrze przeszedł
przez tamten czas.
Ale teraz też jest w Kościele wiele miejsc otwartych, nastawionych na dialog,
przyjaznych.
Co będzie dalej?
- Nie wiem. Jeżeli duchowni, poczynając od biskupów, zdobędą się na pokorę,
wtedy będzie dobrze. Jeżeli natomiast Kościół zastygnie w butności, jeżeli
będziemy oskarżać wszystkich wkoło, jeśli uwiedzie nas chęć uczestniczenia w
polityce, jeśli będziemy czuli się uprawnieni do stanowienia prawa, źle widzę
przyszłość. Jednak mam nadzieję, że duchowieństwo stanie się pokorne.
Rozmawiał Paweł Smoleński
* O. Ludwik M. Wiśniewski - dominikanin, jako duszpasterz akademicki w latach
1962-72 w Gdańsku, a następnie do 1981 r. w Lublinie wywarł duży wpływ na
tamtejsze środowiska studenckie. Większość jego ówczesnych wychowanków utworzyła
Ruch Młodej Polski. W 1977 r. był współzałożycielem Ruchu Obrony Praw Człowieka
i Obywatela. Później pracował we Wrocławiu i w Krakowie, a w latach 1990-96 w
Petersburgu. Mieszka w Lublinie.
Źródło: Gazeta Wyborcza
www.gazetawyborcza.pl/1,76842,5044320.html
--
Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
(Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
-
Mieszkanie w najelegantszej i najbardziej prestiżowej dzielnicy Wiecznego
Miasta, pełne cennych obrazów i perskich dywanów to przywilej najbogatszych
rzymian. I arcybiskupa Juliusza Paetza - pisze "Życie Warszawy".
"ŻW" dotarło do dokumentów potwierdzających, że abp Juliusz Paetz posiada w
stolicy Włoch luksusowy apartament. Poprosiliśmy kilka rzymskich biur
nieruchomości o wycenę jego powierzchni obliczanej na ok. 80-100 m2. Jego
wartość może sięgać nawet miliona euro.
Dzięki byłemu mężowi bratanicy arcybiskupa dowiedzieliśmy się też, co jest w
środku. - Mieszkanie ma sypialnie, dwa pokoje, przestronny salon, łazienkę i
kuchnię. Na ścianach wiszą wartościowe płótna oprawione w cenne ramy, podłogę
zaściełają perskie kobierce. Jest pełno antyków - opowiada "ŻW" Paolo Pozza.
- To nie jest normalna sytuacja, aby arcybiskup miał w Rzymie własne mieszkanie.
Ci, którzy pracują dla Stolicy Apostolskiej, mieszkają zazwyczaj w apartamentach
należących do Watykanu. Z kolei przyjezdni nocują w klasztorach, domach
pielgrzyma - twierdzi watykanista Franco Pisano z Asia News.
Arcybiskup Paetz ma jeszcze w Poznaniu pół bliźniaka, który dzieli z
bratem-lekarzem. To jego córce Paetz zapisał w testamencie zarówno to mieszkanie
jak i rzymski apartament.
img.interia.pl/wiadomosci/nimg/Abp_Paetz_luksusowy_abp_1452810.jpg
fakty.interia.pl/fakty_dnia/news/antyki-i-perskie-dywany-rzymskie-luksusy-abp-paetza,868335,2943
--
Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
(Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
-
Warszawa, dnia 10 kwietnia 2008 r.
Oświadczenie Prezydium Konferencji Episkopatu Polski
Od pewnego czasu odnotowuje się w środkach społecznego przekazu niepokojące
sygnały, sugestie czy nawet żądania podważające kompetencję Stolicy Apostolskiej
w dziedzinie obsadzania stolic biskupich. Tego typu działania stanowią
niedopuszczalną metodę wywierania nacisku na wewnętrzne sprawy Kościoła oraz są
próbą ograniczania jego autonomii.
Przypominamy, że Stolica Apostolska reprezentowana przez Nuncjusza Apostolskiego
w Polsce i w porozumieniu z Konferencją Episkopatu Polski stosuje autonomiczną
procedurę kanoniczną obsady stolic biskupich. Próby jej ograniczania i
kontrolowania były podejmowane od wieków przez reżimy absolutystyczne, próbujące
zawładnąć wszystkimi wymiarami życia człowieka. Ostatnio miało to miejsce w
czasach komunistycznych. Kościół powszechny i Kościół w Polsce zawsze bronił
wolności swoich decyzji personalnych.
Stwierdzamy z ubolewaniem, że w naszym kraju pojawiają się obecnie próby
podważania usankcjonowanej od lat praktyki wyboru biskupów diecezjalnych przez
naciski, także za pomocą środków społecznego przekazu, włączając w to również
media publiczne. Działania te przynoszą szkodę Kościołowi i społeczeństwu,
zwłaszcza że w dyskusjach używany jest język niechęci, podziałów i antagonizmów.
Te działania są równocześnie zaprzeczeniem wychowawczej roli mass mediów, które
zamiast budowania ducha jedności i tworzenia płaszczyzn porozumienia, zamieniają
się w narzędzia służące szerzeniu nieufności i podejrzliwości. Skutkiem takiej
działalności będzie nieuchronne pogłębienie podziałów i uprzedzeń w społeczeństwie.
W imię wspólnego dobra Ojczyzny wzywamy wszystkich do zaniechania podobnych
praktyk, a ludzi Kościoła prosimy o przyjmowanie decyzji Ojca Świętego w duchu
wiary i zrozumienia, tak jak czyniliśmy to w latach pontyfikatu Sługi Bożego
Jana Pawła II.
+ Józef Michalik
Metropolita Przemyski
Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski
+ Stanisław Gądecki
Zastępca Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski
+ Stanisław Budzik
Sekretarz Generalny Konferencji Episkopatu Polski
www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20080412&id=po02.txt
--
Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
-
-
Ksiądz wyparł się swoich słów w telewizji, ale cała klasa potwierdza naszą
wersję - mówią uczniowie szczecińskiego gimnazjum, którzy wysłuchali
kontrowersyjnej katechezy o miłości
O zakończonej skandalem lekcji katechezy w Gimnazjum nr 14 w Szczecinie
pisaliśmy dwa tygodnie temu. Według uczniów drugiej klasy ksiądz Krzysztof
Łuczyk nazwał homoseksualistów osobami chorymi psychicznie, a 14-letniej Nicoli,
która stanęła w obronie gejów i lesbijek, polecił opisanie aktu homoseksualnego.
Odmówiła.
Oburzony ojciec Nicoli zgłosił się do "Gazety". Po interwencji dyrektora ksiądz
przeprosił uczniów, "jeśli poczuli się urażeni jego wypowiedziami".
Parę dni później ks. Krzysztof wystąpił jednak w programie ,,Warto rozmawiać" w
TVP 2. Na pytanie Jana Pospieszalskiego, czy katecheza wyglądała tak, jak
opisują ją dzieci, odparł: - Absolutnie nie. Mówiłem o związkach między kobietą
i mężczyzną, że owocem ich miłości są dzieci i że związki homoseksualne są
nienaturalne. Nie kazałem nikomu opisywać aktu homoseksualnego. Zapytałem tylko
uczennicę, czy związek między dwoma mężczyznami jest czymś naturalnym.
Pospieszalski przedstawiał księdza jako ofiarę nagonki antyklerykalnej "Gazety".
Katecheta tłumaczył: - Może za daleko poszliśmy w dyskusji? Jednak moim
obowiązkiem jest głoszenie prawdy, mimo że można być za to prześladowanym jak
Chrystus.
W klasie Nicoli zapanowało wzburzenie.
- Wyszliśmy na kłamców. Ale przy dyrektorze cała klasa potwierdziła naszą wersję
- mówi "Gazecie" Nicola. - Ksiądz robi wszystko, by nas oczernić, boi się
konsekwencji.
Patryk: - Ksiądz kłamie.
Ojciec Nicoli: - Córkę dotknęło telewizyjne wyznanie księdza. Nasze dzieci
wyszły na kłamców. Dlaczego nikt nas nie zaprosił do programu?
Dyrektor Mirosław Mika rozmawiał z uczniami o katechezie: - Klasa zawsze będzie
mówiła jednym głosem. Może byłoby inaczej, gdybym porozmawiał z każdym z osobna,
ale wolę im tego oszczędzić. Nie mam przesłanek, by nie wierzyć uczniom. Ale nie
mam też powodu, by podważać to, co mówi ksiądz. Jeżeli ktoś ma rozmawiać z
księdzem, to nie ja, tylko kuria.
Z chodzenia na religię zrezygnował Patryk: - Też miałem inne zdanie o gejach.
Ksiądz na to, że skoro rodzice wychowali homoseksualistę, to niech mama
przyjdzie do szkoły.
- Przyszłam. Ale zamiast dyskutować o homoseksualizmie, ksiądz zwrócił mi uwagę,
że Patryk nie powinien całować się z koleżanką, bo, jak się wyraził, głębokie
całowanie wywołuje erekcję członka. A to jest, dodał, bardzo niepożądane -
opowiada matka Patryka.
Po tej rozmowie rodzice uznali, że syn rzeczywiście nie powinien już chodzić na
lekcje religii.
Komentarz Piotra Pacewicza
Warto powtórzyć wniosek poprzedniego tekstu: ten katecheta nie nadaje się do
prowadzenia zajęć z młodzieżą, zwłaszcza w gimnazjum. Łamie zasady pedagogiki, a
jego nauki są sprzeczne z wartością tolerancji. Nie umie przyjąć, że uczeń ma
inne zdanie, musi ucznia złamać. Gdyby choć unikał tematyki seksualnej... Ale
najwyraźniej nie potrafi. Rozumiem, że dla dyrekcji w okresie naboru do szkoły
to nie jest wygodny temat, ale może ktoś wreszcie zlituje się nad uczniami?
Jan Pospieszalski zrobił w TVP typową grandę-propagandę. Zaprosił księdza, ten
przyrównywał się do Chrystusa, a drugiej strony sporu nie było. Pospieszalski
odsądził od czci i wiary "Gazetę" i wyżej podpisanego, a na ekranie wyświetlał
napis: "Co zrobić, żeby Pismo Święte pozostało w Polsce legalne?". Odpowiadam
Pospieszalskiemu: w sprawie Pisma - nic nie trzeba, w sprawie takiej katechezy w
publicznej szkole - owszem.
fot. Cezary Aszkiełowicz
Uczniowie Gimnazjum nr 14 w Szczecinie. - Na szczęście cała klasa wie, jak było
- mówią Nicola i Patryk (z lewej). Obok Justyna i Alicja
Źródło: Gazeta Wyborcza
www.gazetawyborcza.pl/1,76842,5138787.html
-
- Ostrzegałem Kościół, żeby sprawę współpracy metropolity warszawskiego z SB
rozstrzygnął wewnątrz własnych struktur. Kiedy Kościelna Komisja Historyczna
znalazła dokument poświadczający współpracę abp Wielgusa ze służbami
bezpieczeństwa, poinformowano o tym abp. Życińskiego. On jednak nie zareagował -
oskarżał ks. Isakowicz-Zaleski. Ostre słowa wobec padały wczoraj kilkukrotnie.
Dodał, że metropolita lubelski abp Życiński wielokrotnie twierdził, że akta IPN
są sfałszowane. - Z tym stwierdzeniem nigdy się nie zgodzę - twierdził autor
książki.
Isakowicz-Zaleski na UMCS promował swoją książkę "Moje życie nielegalne". Jak
stwierdził, po śmierci Jana Pawła II Kościół stoi przed kryzysem. Do sprawy abp.
Wielgusa wracał wielokrotnie. - Popełnił szereg błędów. Zaprzeczając współpracy
ze służbami bezpieczeństwa sam siebie pogrążył. Wielokrotnie w wywiadach
zmieniał swoje wersje, przez co stał się osobą niewiarygodną - mówił Isakowicz.
Zaznaczył też, że źle się stało, iż to właśnie Wielgus został odznaczony nagrodą
im. ks. Idziego Radziszewskiego za "wybitne osiągnięcia naukowe w duchu
humanizmu chrześcijańskiego" (przyznaje ją Towarzystwo Naukowe KUL).
- Katolicka uczelnia, jaką jest KUL, przyznając tak ważny tytuł powinna brać pod
uwagę nie tylko osiągnięcia naukowe, ale także moralność jej laureata - dodał
Isakowicz-Zaleski. Podkreśłił, że nagroda, która miała być przysługą dla
Wielgusa, stała się dla niego tylko dodatkowym problemem i utrapieniem.
W grudniu 2006 r. abp Stanisław Wielgus został mianowany metropolitą
warszawskim. Wtedy również pojawiły się nieoficjalne informacje dotyczące jego
współpracy z SB. Wielgus wszystkiemu zaprzeczał. 5 stycznia 2007 r. arcybiskup
przejął urząd metropolity warszawskiego. Tego samego dnia Kościelna Komisja
Historyczna stwierdziła, że podjął on współpracę z SB. Zaplanowany na 7 stycznia
ingres nie odbył się - abp Wielgus złożył rezygnację z funkcji.
Źródło: Gazeta Wyborcza Lublin
miasta.gazeta.pl/lublin/1,48724,5142411.html
-
Biskupi zaufali gen. Kiszczakowi
Gen. Kiszczak zapewnił, że dokumenty dotyczące księży zostały zniszczone/fot. P.
Bławicki
Gen. Kiszczak zapewnił, że dokumenty dotyczące księży zostały zniszczone/fot. P.
Bławicki /Agencja SE/East News
Wtorek, 9 stycznia (06:12)
Słyszałem, że generał Czesław Kiszczak przekazał w 1990 r. informację prymasowi,
że wszystkie materiały dotyczące duchownych zostały zniszczone. Z tego może
wynikać postawa niektórych księży, którzy zaprzeczają haniebnej współpracy z SB,
brnąc w tę straszną dla nich i dla Kościoła matnię powiedział "Życiu Warszawy"
emerytowany biskup.
Według informacji gazety, większość hierarchów jeszcze w ubiegłym roku była
pewna, że w archiwach IPN nie ma poważnych materiałów obciążających księży.
Panowało przekonanie, że kompromitujące materiały poszły na przemiał.
Dlatego w wielu diecezjach wydano nieformalne zalecenie, aby księża, którzy byli
tajnymi współpracownikami, nie przyznawali się do tego. W ostateczności agenci w
sutannach mieli mówić, że prowadzili z SB grę, bądź ich współpraca nie
wyrządziła nikomu krzywdy. Tak właśnie tłumaczyli się o. Hejmo (TW Hejnał,
Dominik), ks. Czajkowski (TW Jankowski), a ostatnio abp Wielgus (TW Grey).
- Chyba nikt w Kościele nie zdawał sobie sprawy, że zostało tyle tak ciężkich
dokumentów. Okazało się jednak, ku zaskoczeniu wielu dostojników, że dużo
najtrudniejszych akt zostało w postaci mikrofilmów w archiwach Departamentu I,
czyli wywiadu. Żaden TW nie może być pewny, że nie ma jego teczki. Natrafiałem
na przypadki, że akta zniszczone w jednym województwie odnajdują się na
mikrofilmach wywiadu, powiedział "Życiu Warszawy" ks. Isakowicz- Zaleski.
PAP
-
-
"Wśród 140 tajnych współpracowników służb specjalnych PRL, którzy donosili na
Lecha Wałęsę, znalazło się 5 księży.
Wałęsa odmawia podania ich nazwisk".
-
Nie dobrze! Same śmieci i śmieciarze!
-
-
Sophie de Ravinel/31.05.2007 08:00
Kościoły do zburzenia , "Lefigaro"
Małe wiejskie kościółki stoją puste i popadają w ruinę
Odwiedza je coraz mniej wiernych, a utrzymanie świątyń jest bardzo drogie.
Merowie francuskich miast i miasteczek coraz częściej wydają decyzję o ich
rozbiórce.
Merostwa zastanawiają się nad przyszłością kościołów. Zachować je czy zburzyć?
Nie ma wątpliwości, że czarne chmury zawisły nad małymi wiejskimi kościołami.
Tak jakby zniknęło swego rodzaju tabu zakazujące ich rozbiórki. Béatrice de
Andia, stojąca na czele nowego Stowarzyszenia na rzecz Ochrony Dziedzictwa
Religijnego, potwierdza w oparciu o raport Senatu, że "2800 spośród 15 tysięcy
chronionych wiejskich kościołów jest zagrożonych. – To wróży, że obiekty
niesklasyfikowane jako zabytki, których ochrona nie jest dla państwa
priorytetem, mają przed sobą mroczną przyszłość – mówi ta była urzędniczka
merostwa Paryża, odpowiedzialna za kulturę.
Christian Prunier, który w 2003 roku stworzył poświęconą historii i zabytkom
stronę internetową clochers.org, twierdzi, że "aby pozbyć się jakiejś budowli,
wystarczy pozwolić jej niszczeć przez 20 lat, następnie ogrodzić ją czerwonymi
taśmami jako niebezpieczną, a później sporządzić orzeczenie o zagrożeniu.
Wówczas rozbiórka nie jest już czymś wstydliwym. Staje się wręcz obowiązkiem”. –
Francuzi są jednak "organicznie przywiązani" do swoich świątyń – mówi Alain
Guinberteau, założyciel strony internetowej 40000clochers.com, który ogłosił
konkurs fotograficzny z nagrodą za najlepsze zdjęcia wiejskich kościołów.
W Wandei, historycznym regionie znanym z powstań chłopskich, gdzie w XIX wieku
budowano liczne obiekty sakralne, coraz więcej urzędników miejskich przełamuje
tabu i zaczyna burzyć kościoły z powodu braku środków na ich utrzymanie.
Miedzy stosami kamieni, popękanych posadzek i strzaskanych dachówek, rosną
chwasty. Widać jeszcze trzymający się jakoś narożnik ściany i zardzewiałe
żelazne pręty sterczące ku niebu. W tym opuszczonym przez ludzi miejscu jeszcze
rok temu stał kościół, górujący nad całą okolicą – teatrem wojen wandejskich.
Wzniesiony w 1870 roku w najwyższym punkcie departamentu Maine-et-Loire kościół
parafialny miasteczka Saint-Georges-des-Gardes został zburzony w sierpniu
ubiegłego roku. – Został zdekonstruowany – uściśla mer Gabriel Lahaye, który nie
będąc wprawdzie wyznawcą filozofii Jacques’a Derridy, wybrał takie określenie ze
względu na jego łagodniejszy charakter i zawarty w nim odcień szacunku.
Licząca 1500 mieszkańców gmina ma inny kościół i nie mogła udźwignąć kosztów
remontu – ponad milion euro. Budowle wzniesione przed 1905 rokiem są utrzymywane
przez wspólnoty lokalne. – Mówiono mi: "Będziesz tego żałował!" Ale nie ma czego
– zapewnia Gabriel Lahaye. Jeden z mieszkańców, Gérald Eloire, próbował
sprzeciwić się rozbiórce, wysyłając list otwarty do mera, tworząc
stowarzyszenie, mobilizując media. Na próżno. Ten ateista z przekonania, który
zdecydował się zamieszkać w miasteczku właśnie z powodu uroku jego kościoła,
pociągnął za sobą tylko garstkę mieszkańców. I spotkał się z wieloma przejawami
wrogości.
Mer na miejscu dawnego budynku zamierza wybudować małą kapliczkę w nowoczesnym
stylu. Mówi, że "inne gminy zamierzają postąpić podobnie". Rzeczywiście, w
regionie pełno jest kościołów zbudowanych w XIX wieku, aby pomieścić licznych
wówczas wiernych. Nowe świątynie wznoszono nawet za cenę burzenia tych zbyt
małych lub naruszonych zębem czasu, choć miały walory architektoniczne. Bernard
Briodeau, mer Valanjou potwierdza, że przejrzał dokładnie różne plany,
ekspertyzy, zbadał regionalne i departamentalne źródła pomocy i konto gminy,
zanim pogodził się z oczywistością: kościół św. Marcina w jego miasteczku
również skazany jest na zagładę. Mer ma nadzieję, że uda mu się zachować wieżę
obronną z XV wieku, do której cztery stulecia później został dobudowany budynek
świątyni.
Na razie rozbiórką ma być objęty tylko kościół i dzwonnica. Podobnie jak w
Saint-Georges-des-Gardes, kler administrujący tymi miejscami nie wyraził
zastrzeżeń. Msza odprawiana jest w innym kościele tej małej gminy, a jest w niej
co najmniej pięćdziesiąt kaplic, kapliczek domowych czy stacji Drogi Krzyżowej.
– Liczba praktykujących wyraźnie spadła podczas ostatnich dziesięciu lat –
zauważa mer – i ludzie akceptują tę decyzję. Wiedzą, że ich wiara jest
silniejsza niż stare bezwartościowe kamienie. Priorytet dzisiejszego Kościoła to
żywe kamienie! Bernard Briodeau otrzymał listy, anonimowe lub podpisane, od osób
niekiedy spoza gminy, w których straszono go "ogniem piekielnym", jeśli popełni
"świętokradztwo". – Wiem, że w tym regionie nie należy dotykać kościoła, nawet
jeśli msza w nim jest odległym wspomnieniem. To wpływ historii i tradycji. Ale
co ja mogę zrobić?
Michel Baron, mer odległego o 45 kilometrów Gesté, mówi, że on też szukał innych
rozwiązań. Tym bardziej, że kościół, bardzo obszerny, którego zburzenie właśnie
przegłosowała rada miejska, jest jedynym w liczącej 2500 mieszkańców gminie.
Jeszcze odprawia się w nim msze. Na miejscu kościoła mer obiecuje zbudowanie
"sali na 500 miejsc, która może być podzielona na dwie części – nowoczesnej,
łatwej do ogrzania, przyciągającej młodzież". Proboszcz parafii, Pierre Pouplart
podchodzi do tego z rezerwą. – To są sprawy gminy – mówi. – Rozumiem, że ma ona
problemy z kosztami konserwacji.
Ojciec André Boudier, odpowiedzialny za sztukę sakralną w diecezji Angers
zauważa: – Kościoły o walorach zabytkowych muszą być ratowane. Burzenie innych
trzeba zaakceptować. Na ich miejscu powinny powstać budowle lepiej przystosowane
do dzisiejszych potrzeb.
"Lefigaro"
-
Gość: vaticanszczik
25.05.08, 08:41
Odpowiedz
-
-
"Ed" , polecam Tobie poniższą książkę. Ja kupiłem ją w salonie
prasowo-książkowym "Kolportera". Książka idealnie współbrzmi z niniejszym
wątkiem :)))
Pozdrawiam.
www.wab.com.pl/index.php?id=7&bid=680
-
bleeeh
-
Re: biskupiIP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
wymowne
-
mogą mu naskoczyć
-
-
-
Łomża, Gdańsk… Kolejka się ustawia. Rozpoczął się wyścig o to, kto będzie
postrzegany jako bardziej oddany Rzymowi. Padają kolejne zaproszenia dla
papieża, który miałby znowu nawiedzić Polskę.
Jako drugi w kolejce ustawił się Gdańsk, a raczej metropolita gdański abp Sławoj
Leszek Głódź. „Archidiecezja gdańska zaprasza” – powiedział po niedzielnej mszy
w watykańskiej bazylice papieżowi. Okazją do kolejnej lotniczej „pielgrzymki”
miałyby być obchody 30. rocznicy narodzin „Solidarności”: „Mówiłem papieżowi, że
>>Solidarność<< pozdrawia i zaprasza” – zdradził Głódź po powrocie do Polski.
Korzenie „Solidarności” jako związku zawodowego sięgają 1980 roku. Obchody
rocznicowe miałyby się więc odbyć w 2010 roku i wówczas Gdańsk miałby zostać
nawiedzony przez Benedykta XVI. Głódź nie omieszkał przy okazji ustawiać
dziennikarzy w szeregu, twierdząc, że nierzetelnie pracują. Nie spodobały mu się
artykuły sugerujące, iż jako nowy metropolita gdański będzie szkodził temu
regionowi.
Benedykt XVI może mieć twardy orzech do zgryzienia. Nie dalej jak dwa tygodnie
temu do nawiedzenia Łomży namawiali papieża działacze podlaskiego Prawa i
Sprawiedliwości. To z okazji lokalnych uroczystości religijnych. Chcą do tej
sprawy przekonywać zarówno Episkopat, jak i rządzącą Platformę Obywatelską.
Rzecz jednak w tym, że łomżyńskie święto wypada w 2009 roku. Jak więc pogodzić
Gdańsk i Łomżę?
MW
faktyimity.pl/
--
Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
-
Dziękuję za informację. Już zamówiłem.
Pozdrawiam
-
legaba.6te.net/seks.htm
--
Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
-
Nauczyciel wypalał znak krzyża na rękach uczniów
Myśleliście, że Roman Giertych i Tadeusz Rydzyk to oszołomy? No to poznajcie
pewnego nauczyciela z zaściankowej Ameryki!
John Freshwater, nauczyciel ze szkoły publicznej w Mount Vernon w stanie Ohio
jest człowiekiem głęboko wierzącym. Jak na porządnego chrześcijanina przystało,
wiarę swą szerzy na wszelkie możliwe sposoby. Mimo że w Stanach Zjednoczonych w
państwowych szkołach nie ma miejsca dla religii ani symboli religijnych,
Freshwater prowadził ewangelizację wśród uczniów.
Szeroko zakrojoną ewangelizację, dodajmy. Trzymał w klasie Biblię, nauczał
dzieci kreacjonizmu, a żeby nauka nie poszła w las wypalał im krzyże na
przedramionach. Wszystko to działo się mimo protestów innych nauczycieli.
Sprawa trafiła do organów śledczych dopiero kiedy rodzice jednego z uczniów
poskarżyli się, że dziecko przyszło do domu z wypalonym krzyżem na ręce. Jak się
okazało, zajmujący się naukami ścisłymi nauczyciel znakował uczniów za pomocą
specjalnego generatora z laboratorium. Krzyże po paru godzinach znikały. Trudno
więc traktować ten proceder jako coś gorszego niż bicie dzieci linijką za PRL-u.
Belfra ewangelisty z 21-letnim stażem bronią jego przyjaciele, mówiąc że
przecież on tylko nauczał dzieci wartości, które są bliskie mieszkańcom Mount
Vernon. Z krzyżem może troszkę przesadził, ale poza tym nie można mu nic
zarzucić. Tymczasem krzyże to nie wszystko. Na jaw wychodzą kolejne sprawki
nauczyciela, takie jak zaprzeczanie teorii ewolucji.
W tym jednym człowieku zgromadził się pełen repertuar wierzeń zaściankowej
Ameryki. Tej, której obcy są Obama i Clinton, a nawet McCain. I która Romana
Giertycha uznałaby za swojego. Garstka oszołomów? Tak. Jeśli miliony ludzi to
garstka.
www.pardon.pl/artykul/5323/nauczyciel_wypalal_znak_krzyza_na_rekach_uczniow
--
Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
-
Przeor klasztoru kradł dla kobiety:
www.tvn24.pl/0,1555997,wiadomosc.html
--
Niepotrzebne prawa osłabiają te, które są niezbędne.
(Montesquieu)
-
Dobro od zła odróżniamy wcale nie dzięki objawieniu danemu od Boga. Moralność
jest owocem ewolucji, a pojęcie Boga skonstruowaliśmy, by wytłumaczyć sobie
nasze normy etyczne.
Trwa wojna. Z rodziną i sąsiadami ukrywasz się w piwnicy przed grupą uzbrojonych
i pijanych żołnierzy. Nad głowami słyszycie ich kroki. Są blisko. Trzymasz na
ręku niemowlę. Dziecko jest chore, kaszle, krztusi się i płacze. Jego krzyki
pewnie was zdradzą. Próbujesz je uciszyć, ale gdy zakrywasz mocno jego twarz
dłonią, noworodek dusi się i sinieje. Własnoręczne zabicie dziecka jest czynem
nieludzkim, wbrew najgłębszym instynktom. Ale jeżeli nie zadusisz dziecka, ono i
tak zginie, a wraz z nim wszyscy inni. Co robisz?
Ten wojenny przykład jest odległy od naszych doświadczeń. Ale bodaj czy nie
przed trudniejszym dylematem stała para brytyjskich rodziców zaledwie dwa lata
temu. Ich synek urodził się z anencephalią. Było jasne, że za kilka dni umrze -
niedorozwinięty mózg nie był w stanie nawet obsługiwać ciała na tyle, by dziecko
wiodło żywot rośliny - jadło i oddychało. Ian i Carol chcieli, by organy dziecka
uratowały życie innym chorym niemowlętom. By tak się stało, musiały zostać
pobrane jak najszybciej, zanim zostaną uszkodzone w wyniku "braku zarządzania"
przez mózg. Czy można zabić dziecko (skazane i tak na śmierć), by jego tkanki
uratowały życie i zdrowie innych niemowląt?
Trudne wybory moralne są nieodłączną częścią praktyki medycznej, gdy decyduje
się, czy przeprowadzić ryzykowny zabieg, czy zaprzestać agresywnych metod
podtrzymywania życia, której z dwóch ofiar wypadku udzielić najpierw pomocy,
wiedząc, że tylko jedną jest się w stanie uratować. Ale nie tylko.
--
Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
(Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
-
Wybierać mniejsze zło. Cyceron
Marc Hauser i jego ludzie z Zakładu Psychologii Uniwersytetu Harvarda zamieścili
w internecie „The Moral Sense Test” (Test poczucia moralności). Stawiają w nim
badanych przed koniecznością wyboru pomiędzy dwiema możliwościami, z których
żadna nie może być uznana za dobrą. Część problemów z testu sprowadza się do
pytania: czy można poświęcić życie jednej osoby, aby uratować pięć. Do tej
kategorii należy klasyczny już dylemat mostka i zwrotnicy.
Po szynach z góry nadjeżdża rozpędzony wózek i zaraz uderzy w plecy pięciu
niczego nieświadomych osób. Możesz je uratować - jeśli przestawisz zwrotnicę,
wózek skręci na boczny tor. Tam też ktoś stoi, kto nie spodziewa się
niebezpieczeństwa - ale jest to już tylko jeden człowiek. Co robisz?
Większość pytanych przesunęłaby dźwignię. To - przynajmniej z pozoru - prosta
matematyka, minimalizacja strat. W sumie "oszczędza się" życie czworga ludzi.
Dylemat mostka przedstawia sytuację identyczną - przynajmniej z matematycznego
punktu widzenia. Tu też mamy tor, rozpędzony wózek, pięć osób na torze, które
bez twojej interwencji nie unikną śmierci. Tym razem nie stoisz przy zwrotnicy,
ale na mostku nad szynami. Nie stoisz sam - tuż koło ciebie siedzi na poręczy
masywny człowiek. Jeżeli zepchniesz go w odpowiednim momencie, to jego ciało
zatrzyma wózek, chociaż on sam niechybnie zginie. Co robisz?
Tym razem większość badanych odpowiada, że nigdy w życiu nie zdecydowałaby się
na zrzucenie nikogo pod pociąg.
Dlaczego? Czemu podejmujemy zupełnie różne decyzje, choć za każdym razem
wybieramy między śmiercią jednej a pięciu nieznanych nam osób?
Największe zło to tolerować krzywdę. Platon
W obu wypadkach nasza decyzja jest związana z pogwałceniem norm moralnych, które
nie pozwalają na zabicie człowieka. Istnieje jednak między nimi zasadnicza
różnica. W dylemacie zwrotnicy to pogwałcenie norm jest bezosobowe. Wynika ono z
pewnej abstrakcji, z koncepcji wartości życia ludzkiego. W przypadku mostka
pogwałcenie to ma charakter osobowy - własnym bezpośrednim ruchem krzywdzisz
drugą osobę.
Znakomita większość ludzi godzi się na bezosobowe pogwałcenie norm moralnych,
ale odrzuca pogwałcenie osobowe. Co ciekawe - pytani o motywy decyzji dają
bardzo rozbieżne odpowiedzi.
Osobowe pogwałcenie norm moralnych ma miejsce wtedy, gdy JA KRZYWDZĘ CIEBIE.
Mówiąc "JA", podkreślamy, że chodzi tu o działanie zamierzone, a nie
przypadkowe. "Krzywdzę" oznacza taki typ prymitywnego uszkodzenia ciała, który
byłby zrozumiały również dla neandertalczyka czy szympansa, a więc nie np.
kradzież portfela czy pomówienie. "Ciebie" znaczy, że ofiara jest równie żywa i
zdolna do cierpienia jak ty.
Niechęć do pogwałcenia osobowego norm moralnych dzielimy z innymi wyższymi
naczelnymi - małpami. Szympans rozumie, że spychając innego szympansa pod lawinę
kamieni, tak jak my kogoś pod pędzący pociąg, spowoduje jego śmierć. Ale
koncepcja "wartości życia szympansiego" jest mu obca i nie próbowałby reagować w
sytuacji analogicznej do dylematu zwrotnicy.
Ta niechęć do osobowego pogwałcenia norm moralnych i łatwiejsza akceptacja
działania nieosobowego powoduje, że współczesne konflikty zbrojne stają się tak
krwawe: trudniej jest przebić włócznią przeciwnika czy zmiażdżyć główkę dziecka
maczugą, niż zrzucić bombę na szpital i odpalić rakietę dalekiego zasięgu
wycelowaną w wielomilionową metropolię.
Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Immanuel Kant
Skąd wiemy, w którym miejscu nakreślić granicę między tym, co dopuszczalne i
niedopuszczalne? Skąd się bierze moralność?
Część filozofów (Arystoteles, Kant, Mill) zakładała, że wypływa z rozumu, a
zachowania moralne to takie, które ma na celu zwiększenie sumy szczęścia
ludzkości. To wydaje się przekonujące, ale diabeł tkwi w szczegółach - nie
wiadomo, jak indywidualne szczęścia i nieszczęścia sumować. Na pewno nie jest to
prosta arytmetyka. Może w moralności trzeba kierować się uczuciem? Taki pogląd
reprezentowali sentymentaliści, tacy jak Hume czy Smith, uważający, że moralność
wypływa ze zrozumienia innych ludzi i z sympatii do nich.
Kto ma rację? Wyniki doświadczeń neurobiologów pokazują, że wszyscy i nikt. Przy
podejmowaniu decyzji moralnych rozum i emocje niekiedy współuczestniczą, a
niekiedy rywalizują ze sobą. Jak to możliwe?
Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę. Jerzy Liebert
Aktywności mózgu w czasie podejmowania decyzji moralnych przyglądał się Joshua
Greene z Zakładu Psychologii Uniwersytetu Harvarda. Okazało się, że w sytuacji,
gdy stajemy przed możliwością wyrządzenia krzywdy konkretnej osobie (zrzucenie
grubasa z mostka), w naszym mózgu uaktywniają się obszary odpowiedzialne za
emocje - w szczególności jądro migdałowate mieszczące się w starej ewolucyjnie
części naszego mózgu, w układzie limbicznym. Zupełnie inne, niedawno
wykształcone w ewolucji człowieka obszary - kora przedczołowa odpowiedzialna za
myślenie abstrakcyjne - uaktywniają się, gdy stajemy przed dylematem bardziej
"bezosobowym" (decyzja, czy wózek pojedzie torem, na którym stoi pięć osób, czy
jeden człowiek).
W wypadku dylematu zwrotnicy postanowienie "przesuwam dźwignię" lub "nie
przesuwam dźwigni" badani podejmują równie szybko. Przy problemie mostka ci,
którzy uznali, że nie mogą zabić człowieka dla ratowania innych, decydowali się
niemal błyskawicznie. Ale ci, którzy podejmowali decyzję "ze-pchnę", udzielali
odpowiedzi po znacznie dłuższym czasie. W tym okresie w ich umysłach trwała
walka emocji z rozumem, spór między jądrem migdałowatym a korą przedczołową. Jak
widać, zaakceptowanie pogwałcenia osobowych norm moralnych w imię abstrakcyjnego
"wyższego dobra" (czy raczej abstrakcyjnego mniejszego zła) nie jest proste.
O tym, że procesy rozumowe hamują procesy emocjonalne, wiedzieli już dwa tysiące
lat temu starożytni Rzymianie. Radzili, aby przed podjęciem decyzji wywołanej
gniewem policzyć do dziesięciu. Liczenie w pamięci aktywuje korę mózgową, a
aktywacja ta hamuje pobudzone nadmiernie jądra migdałowate, ułatwiając podjęcie
decyzji racjonalnej.
--
Gdy zabraknie historii, zastępują ją bajki.
(Charles-Louis de Secondat de Montesquieu)
-
Moralność, jak sztuka, oznacza określenie granic. Oscar Wilde
Dlaczego unikamy osobowego pogwałcenia norm moralnych? Czemu czujemy się źle,
gdy wyrządzamy krzywdę? Zwykliśmy uważać, że zasady wpoiła nam szkoła, Kościół
albo dom.
Badania wskazują jednak, że jest zupełnie inaczej!
Przystępujący do harvardzkiego testu wyborów moralnych wypełniają kwestionariusz
z pytaniami o pochodzenie, przekonania religijne i wychowanie. Analiza setek
odpowiedzi internautów pokazała, że rozwiązują oni podobnie dylematy moralne,
niezależnie od rasy, wyznania, kultury, płci, cywilizacji i religii! Co
najciekawsze - właściwie nie wiemy, dlaczego postępujemy moralnie.
Ale fakt, że niezależnie od wiary, poziomu cywilizacyjnego czy systemów
politycznych większość ludzi analogicznie rozwiązuje dylematy, wskazuje, że
człowiek jest wyposażony przez ewolucję we wrodzony zmysł moralny.
Marc Hauser twierdzi, że analogicznie do wyposażenia człowieka we wrodzoną
"gramatykę języka" umożliwiającą nauczenie się mowy ewolucja wyposażyła mózg w
"gramatykę moralności" umożliwiającą powstanie systemów, na których opierają się
więzi społeczne. Różne moralne gramatyki lokalne wykazują podobne zróżnicowanie
jak językowe i zabicie wiarołomnej żony jest akceptowane w pewnych kulturach,
podobnie jak aborcja i eutanazja. Analiza wpływu kultury, religii i
wykształcenia na decyzje moralne wskazuje, że pewne aspekty uniwersalnej
"gramatyki moralnej" są bardziej odporne na wpływy środowiskowe niż inne.
Wszelka moralność wywodzi się z religii, albowiem religia jest tylko formułą
moralności. Fiodor Dostojewski
Nasze normy moralne stały się częścią systemów religijnych i jesteśmy na ogół
przekonani, że to religia uczy nas, jak odróżniać dobro od zła. Człowiek jest
rzeczywiście gatunkiem religijnym. Religijność jest zjawiskiem powszechnym,
ukształtowanym w przebiegu ewolucji i korzystnym dla gatunku ludzkiego. Wspólne
wierzenia, choćby irracjonalne, utrzymywały spójność grup społecznych lepiej niż
wszelkiego rodzaju rozumowanie. Przestrzeganie norm regulowało życie grupy,
ograniczając indywidualne zachowania na rzecz zachowań korzystnych dla
przetrwania społeczności.
Religie towarzyszyły ludzkości od jej początków, a może powstały wcześniej niż
Homo sapiens. Fakt, że człowiek neandertalski rytualnie grzebał zmarłych - o
czym świadczą pozostawione przezeń groby - dowodzi, że i jemu wierzenia w życie
pozagrobowe nie były obce.
Mimo że jesteśmy przekonani, że religie i moralność wynikają z przyczyn
pozaludzkich, objawionych, są one związane z budową i działaniem naszego mózgu i
jego obwodów neuronalnych.
Bóg wie wszystko, a wy wszystko wiecie lepiej. Erich Maria Remarque
Jedną z najbardziej interesujących neurobiologicznych prób wyjaśnienia, jak
powstały wierzenia religijne, jest "hipoteza lewopółkulowego objaśniacza świata"
Michaela Gazzanigi.
Gazzaniga, profesor psychologii z University of California, członek
amerykańskiego prezydenckiego komitetu bioetyki, obserwował chorych z przeciętym
spoidłem wielkim. U takich ludzi półkule mózgowe nie komunikują się, żyją
niejako własnym życiem i chociaż obie pracują, do świadomości dochodzą tylko
wyniki pracy półkuli dominującej, zazwyczaj lewej.
Gdy pacjentowi wyświetlano napis "idź", tak by widziała go tylko prawa półkula,
ten wstawał i szedł. Zapytany, dlaczego to robi, nie potrafił tego wyjaśnić
(doznania prawej półkuli nie przedostają się do świadomości), ale zamiast po
prostu powiedzieć: "Nie mam pojęcia", zwykle silił się na jakieś wykręty "Napić
się coli zjeść coś ".
Jeszcze ciekawsze rzeczy wydarzały się, gdy pokazywano mu dwa obrazki - po
jednym do każdego oka, tak by każda półkula widziała co innego. Prawa półkula
otrzymała z lewego oka obraz zaśnieżonego podwórka, a lewa, z prawego oka -
obraz kurzej łapy. Badany miał wskazać - z zestawu kilkunastu rysunków - obrazki
kojarzące mu się z obejrzanymi. Co się działo? Otóż jego prawa ręka wybrała
głowę koguta, a lewa - szuflę do odśnieżania. Całkiem logicznie, nieprawdaż?
Teraz następuje pytanie: dlaczego wskazał pan właśnie te obrazki? "Kogut kojarzy
mi się z ptasią łapą" - odpowiada. "A szufla?" - docieka eksperymentator.
"Szufla szufla " - zamyśla się badany. "No, kurnik trzeba posprzątać!" -
znajduje wyjście z sytuacji.
Lewa półkula usiłuje racjonalizować decyzje, które wynikają z impulsu prawej.
Mechanizm sterujący takim zachowaniem Gazzaniga nazwał "lewopółkulowym
interpretatorem świata".
Co z tego wynika? Otóż tysiące, a może miliony aktywności mózgowych biegną
niezależnie od siebie, poza obszarem naszej świadomości. Kierują one ruchem
ciała, emocjami, myśleniem... Kiedy ujawniają się skutki naszych podświadomych
poczynań, interpretator musi je wyjaśnić, tworząc teorie tłumaczące, dlaczego
zachowujemy się tak, jak się zachowujemy. Interpretator tworzy naszą świadomą
rzeczywistość na podstawie często ograniczonych i fragmentarycznych danych,
którymi dysponuje. Nasza świadomość jest więc refleksją nad światem zbudowaną
przez interpretatora.
Dekalog jest zbyt krótki w stosunku do możliwości grzeszenia. Lidia Jasińska
Wśród wielu rzeczy, które interpretator musi wyjaśnić, jest też fakt naszej
moralności. Zanim jeszcze wzięli się do tego filozofowie, nasz interpretator
uznał, że jest to związane z istnieniem wyższego porządku. Wygląda na to, że to
nie religia stworzyła moralność, ale wytworzył ją nasz mózg w toku ewolucji, a
wierzenia religijne wymyślił, aby usprawiedliwić istnienie moralności.
Patrząc na dekalog, zbiór norm moralnych akceptowanych przez trzy wielkie
monoteistyczne religie świata, zauważymy, że jego pięć pierwszych przykazań ma
charakter bardzo związany z naszym naturalnym zmysłem moralnym, wrodzonym
sprzeciwem wobec gwałcenia norm osobowych. Dekalog "od pasa w dół" jest już
ściśle związany z kulturą, w której został objawiony - kulturą surową,
rygorystyczną jeżeli chodzi o obyczaje seksualne, silnie akceptujące prawa
własności i zasady uczciwości. Wiele innych kultur tego okresu akceptowało
swobodne życie seksualne, a kradzież i oszustwo nie były potępiane (Merkury był
bogiem złodziei). Zresztą jeżeli chodzi o kłamstwo, to nawet w naszej kulturze
wiele etycznych osób uważa, że człowiek ma prawo do kłamstwa, a przynajmniej
nieujawniania całej prawdy o sobie. Nazywa się to chronieniem prywatności.
--
Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
-
Gdyby Boga nie było, należałoby Go wymyślić. Wolter
Przez ostatnie dwa wieki filozofia moralna naszego świata była przedmiotem
sporów dwóch kierunków. Racjonaliści uważali, że moralność powinna przynosić
"większe dobro", a deontolodzy, że pewne normy nie mogą być przekraczane,
niezależnie od szlachetnego celu, jaki nam przyświeca.
Te dwie postawy filozofii moralnej odzwierciedlają fundamentalne napięcia
pomiędzy strukturami ludzkiego mózgu. Nasze odpowiedzi emocjonalne,
odziedziczone po przedludzkich przodkach, a umocnione przez doświadczenie
kulturowe i religię, podkreślają pewne absolutne zakazy, tak ważne dla
deontologii. W przeciwieństwie do nich "kalkulacje moralne", charakterystyczne
dla racjonalizmu, są możliwe dzięki powstaniu w przednich płatach mózgowych
nowych struktur, które zapewniają zdolność do myślenia abstrakcyjnego.
Moralność powstała przed religią. Kod moralnego postępowania mają małpy
człekokształtne. Nasz mózg został tak ukształtowany, że religijność wypływa z
jego budowy. Teorie "lewopółkulowego interpretatora" - układu tłumaczącego nam
racjonalnie rzeczy niewyjaśnione - sugeruje, że normy etyczne i moralne,
wytworzone w procesie ewolucji, były wcześniejsze niż wierzenia religijne. Te
ostatnie powstały właśnie dla wyjaśnienia pochodzenia naszej moralności. Ale
ostatecznie religia odegrała istotną rolę w rozwoju moralności - powstały różne
języki opierające się na z grubsza podobnej gramatyce. W jednej religii zabicie
niewiernego to zasługa, w innej egzekucja zbrodniarza to grzech. System
religijny racjonalizuje nasze wrodzone wybory moralne.
Spośród około 10 tysięcy systemów wierzeń obecnych na ziemi największy sukces
(mierzony liczbą wyznawców) mają te, które podkreślają konieczność wzajemnej
pomocy współwyznawcom, a jeszcze lepiej - wszystkim ludziom. Miłość bliźniego
jest ewolucyjnie ukształtowaną podstawą wielkich religii, a różnice dotyczą
tylko tego, kogo naprawdę za bliźniego uważamy. Oby nie tylko siebie samego!
* Profesor Jerzy Vetulani pracuje w Instytucie Farmakologii PAN w Krakowie
Źródło:
wyborcza.pl/1,76842,4553472.html
--
Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
-
-
edico napisał:
> Ponieważ nie ma już czego ukrywać w sprawie współpracy Pacelli'ego
z nazistowsk
> ą
> Rzeszą. Przez nazistowską prasę został przecież uznany za moralne
wzmocnienie
> hitlerowskiego rządu.
>
serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34174,3469087.html
Oby !
-
czytałem jakiś czas temu historię Powstania Warszawskiego dzień po dniu... sporo
tam było na temat współpracy mieszkańców z oddziałami niemieckimi.. aż się
zdziwiłem...
-
Gość portalu: Sromotnik Bezwstyd napisał(a):
> Ze Szczecina przykicałaś do Rzeszowa!Katolickim swędem!
Dobre.
-
Czy znaleziona w Jordanii kamienna tablica zawierająca starożytny tekst w języku
hebrajskim może wstrząsnąć posadami chrześcijaństwa? Izrael Knohl uważa, iż tak.
Na datowanej na I wiek p.n.e. tablicy znajduje się opowieść o cierpiącym
mesjaszu, który zmartwychwstaje po trzech dniach… Czy to historyczny pierwowzór
Jezusa czy kolejna z pojawiających się co sezon sensacji związanych z tą postacią?
Mierząca niemal metr długości tablica z 87 linijkami hebrajskiego pisma, która
według naukowców powstała na kilkadziesiąt lat przed narodzinami Jezusa powoduje
zamieszanie w kręgach biblistów i archeologów, szczególnie z tego powodu, iż
mówi o mesjaszu, który zmartwychwstał po trzech dniach…
Kiedy tablicę tę nabył David Jeselsohn nie był świadom jej znaczenia. Jeśli
rzeczywiście znajduje się tam opis podobnej historii, może mieć on przełomowe
znaczenie, ponieważ przyczyni się do zmiany poglądów na postać Jezusa sugerując,
iż teoria odnośnie jego zmartwychwstania i śmierci nie była unikalna i stanowiła
integralną część ówczesnej tradycji żydowskiej.
Tablica, która znaleziona została prawdopodobne w pobliżu Morza Martwego na
terenie Jordanii, według niektórych badaczy stanowi rzadki przykład kamienia ze
znakami wykonanymi tuszem.
Są one napisane (a nie wygrawerowane) wzdłuż dwóch kolumn, przypominających
kolumny Pięcioksięgu. Kamień jest jednak pęknięty, zaś część tekstu niejasna, co
wskazuje, że otwarty jest na wszelką debatę.
Daniel Boyarin, ekspert z Uniwersytetu Kalifornijskiego twierdzi, iż tablica
stanowi kolejną część szeregu dowodów sugerujących, że postać Jezusa bliżej
zrozumieć można badając dokładnie żydowską historię ówczesnego okresu.
Biorąc pod uwagę napiętą atmosferę wokół wszystkich przedmiotów i pism z okresu
życia Jezusa, zarówno w sferze publicznej, podzielonym środowisku badaczy, jak i
obaw o szarlatanerię lub oszustwo, dużo czasu zajmie pełna ocena tablicy. Od
odkrycia Rękopisów z Qumran minęło kilka dekad i wciąż powodują one wiele
kontrowersji odnośnie ich autorów oraz znaczenia.
Zwoje te odnalezione w jaskiniach w Qumran w Izraelu, zawierają jedyne znane
kopie biblijnych tekstów z okresu przed pierwszym wiekiem naszej ery. Zwoje
opisują także różnorakie praktyki i wierzenia wielu żydowskich sekt z okresu, w
którym żył Jezus.
O reprezentatywności tych opisów i szczegółach na temat ery, o której mówią
istnieje poważna debata. Jedno z nasuwających się pytań mówi o tym, kim byli
autorzy zwojów – czy należeli do sekty, czy też może byli zwykłymi członkami
społeczeństwa. Niedługo w Muzeum Izraela w Jerozolimie odbędzie się konferencja
z okazji 60. rocznicy odkrycia zwojów, która podejmie także temat kamiennej
tablicy mającej zawierać słowa o zmartwychwstałym mesjaszu.
Co dziwne, płyta nie jest nowym odkryciem. Znaleziono ją ok. 10 lat temu. Od
jordańskiego handlarza antykami zakupił ją kolekcjoner, który umieścił ją w domu
w Zurychu. Kiedy kilka lat temu przyjrzeli się jej bliżej izraelscy naukowcy i w
ub. roku napisali o niej artykuł, wzrosło zainteresowanie nią. Obecnie na jej
temat istnieje wiele artykułów. Reszta zapewne powstanie.
- Nie zdawałem sobie sprawy z jej wartości, aż do czasu, kiedy pokazałem ją
kilka lat temu Adzie Yardeni, ekspertce od hebrajskiego – mówi Jeselsohn, który
sam jest ekspertem od zabytków. Była zachwycona. Powiedziała mi: „Masz Zwoje
znad Morza Martwego w kamiennej wersji”.
Większa część tekstu zawierająca wizję apokalipsy opiera się na Starym
Testamencie, specjalnie na księgach proroków, takich jak Daniel, Zachariasz czy
Aggeusza.
Ada Yardeni (która zbadała tablicę wraz z Binyaminem Elitzurem) jest ekspertką
od hebrajskiego, specjalizującą się w okresie epoki Heroda, który zmarł w 4 roku
p.n.e. Dwójka badaczy opublikowała w kwartalniku „Cathedra” długi tekst
poświęcony analizie kamienia. Nosił on tytuł „Objawienie Gabriela”. Opierając
się na piśmie i języku orzekli oni, że pochodzi ona z pierwszego wieku przed
narodzinami Chrystusa.
Badanie chemiczne przeprowadzone zostały przez Yuvala Gorena, profesora
archeologii z Uniwersytetu Tell Aviv, który specjalizuje się w badaniu
starożytnych przedmiotów. Do czasów publikacji wyników, które mają ukazać się w
specjalistycznym magazynie, nie ujawnia on szczegółów twierdząc jedynie, iż nie
widzi powodów, aby wątpić w autentyczność kamienia.
To właśnie z artykułu w „Cathedrze” o kamieniu dowiedział się biblista z
Uniwersytetu Hebrajskiego, Izrael Knohl. W wydanej w 2000 roku książce Knohl
wysunął pogląd, jakoby idea cierpiącego mesjasza znana była już przed erą, w
której żył Jezus. Oparł się w tym na rabinicznej i wczesnej apokaliptycznej
literaturze oraz Zwojach z Qumran. Jego teoria nie wstrząsnęła jednak
chrześcijaństwem, częściowo z tego względu, iż nie miał na to dowodów w postaci
pism z okresu przed życiem Jezusa.
Kiedy przeczytał artykuł jak stwierdził, ujrzał coś, co mogłoby potwierdzić jego
teorie. Knohl jest jednym z naukowców, którzy skupiają się na atmosferze
politycznej z czasów Jezusa, która stanowi ważne wyjaśnienie mesjanistycznego
ducha tamtych czasów. Jak zauważa, po śmierci Heroda żydowscy rebelianci starali
się zrzucić jarzmo wspieranej przez Rzym monarchii, toteż główni wojownicy o
niezależność często uderzali w ten ton.
Według Knohla postać, o której mówi tekst z płyty to człowiek o imieniu Szymon,
który został zamordowany przez dowódcę armii Heroda. Pisze o tym żyjący w I
wieku historyk Józef. Twórcami wersów umieszczonych na kamieniu byli
najprawdopodobniej zwolennicy Szymona.
Zamordowanie Szymona – cierpiącego mesjasza, widziane było jako krok niezbędny
do odkupienia narodu – twierdzi Knohl, wskazując na wersety od 19 do 21. „W trzy
dni dowiecie się, że zło zostało pokonane przez sprawiedliwość”. Inne wersety
mówią o krwi i rzezi jako drodze do sprawiedliwości.
Aby udowodnić wartość kamienia, Knohl wskazuje na werset 80-ty, który rozpoczyna
się słowami „L’shloshet yamin” (co znaczy „w trzy dni”). Następne słowo w
linijce Yardeni i Elitzur uznali za częściowo nieczytelne, ale Knohl – ekspert w
dziedzinie Biblii i Talmudu twierdzi, iż oznacza ono słow „hayeh”, które odnosi
się do życia. Jest to nietypowa pisownia, ale odpowiadająca tamtym czasom.
Potem pojawiają się kolejne trudne do odczytania słowa. Knohl również je
odcyfrował twierdząc, iż cały werset brzmi następująco: „W trzy dni będziesz
żyw, ja Gabriel, nakazuję ci.”
Do kogo zwraca się archanioł? Następna linijka mówi o „Sar hasarin” – księciu
lub książętach. Ponieważ Księga Daniela, jedno z głównych źródeł tekstu Gabriela
mówi o archaniele i „księciu książąt”, Knohl uznał, iż naskalny napis mówi o
śmierci przywódcy, który zmartwychwstanie w ciągu trzech dni.
Dodaje oni, iż cierpiący mesjasz jest postacią odmienną od tradycyjnie
przedstawianego mesjasza triumfatora – potężnego potomka Dawida.
- Może to zmienić nasz pogląd na temat chrześcijaństwa – mówi. Zmartwychwstanie
po trzech dniach wydaje się motywem wypracowanym przed pojawieniem się Jezusa,
co jest rozbieżne niemal ze wszystkimi szkołami. To, co stało się w Nowym
Testamencie zaadaptowane zostało przez Jezusa i jego uczniów w oparciu o
wcześniejszą historię o mesjaszu.
Yardeni twierdzi, iż jest pod wrażeniem tekstu twierdząc, iż możliwe jest, że
słowa zostały poprawnie odczytane przez Knohla. Mniej pewna jest tego, czy
mesjasz oznacza Szymona.
Mosze Bar – Asher, prezydent Izraelskiej Akademii Języka Hebrajskiego i
emerytowany pracownik Uniwersytetu Hebrajskiego zajmujący się językiem
hebrajskim i aramejskim mówi, iż spędził wiele czasu na badaniu tekstu, uznając
go za autentyczny. Według niego pochodzi on z pierwszego wieku.
Fragment zwoju znalezionego w Qumran o nazwie 7Q5, rozpo
-
Mosze Idel, kolejny z pracowników Uniwersytetu Hebrajskiego twierdzi, iż wnioski
Knohla zasługują na szczególną uwagę.
- Mamy tu prawdziwy kamień z prawdziwym tekstem. To niezwykle ważne – dodaje.
Knohl twierdzi w dodatku, że identyfikacja mesjasza, o którym mówi tekst nie
jest tak ważna, jak wyraźna sugestia, iż zmartwychwstanie po trzech dniach było
ideą powstałą w czasach Jezusa. Zauważa on, iż w Ewangeliach Jezus często
przewiduje swe cierpienie. Naukowcy dotychczas uważali, iż słowa o cierpieniu
musiały zostać dodane później, ponieważ w okresie, w którym żył nie panowały
podobne idee.
Było jednak inaczej i wskazuje na to „Objawienie Gabriela”. Knohl dodaje, że
fakt ten nadaje Ostatniej Wieczerzy zupełnie nowe znaczenie. Rozlana krew miała
oznaczać nie zmazanie ludzkich grzechów, ale odkupienie Izraela.
Opublikowano: 08.07.2008 | Kategoria: Religioznawstwo
Źródło oryginalne: The New York Times
Źródło polskie: Serwis NPN
wolne-media.h2.pl/?p=4838
-
Polecam znacznie lepszą opartą na faktach od dywagacji (poniekąd bardzo
słusznych) porównujących katolicyzm z marketingiem i jego formami:
Rric Lacanau / Paolo Luca: Grzeszni papieże, URAEUS, Gdynia 1993, ISBN 83-85732-00-4
-
-
W skandalicznych warunkach odpoczywały pod namiotami dzieci z Warszawy.
Kilkuletnie maluchy myły się w miskach, nie miały toalet i opieki medycznej. -
Nie pamiętamy tak źle zorganizowanego wypoczynku - mówią epidemiolodzy.
Na letni obóz nad Jeziorem Kiełpińskim pod Lidzbarkiem Welskim przyjechało 29
dzieci w wieku 8 i 9 lat. Organizator, Klub Inteligencji Katolickiej z Warszawy,
nie zgłosił jednak placówki - choć to obowiązek - ani sanepidowi, ani kuratorium
oświaty.
Zdaniem Elżbiety Miszczak-Burzyńskiej, rzeczniczki wojewódzkiej stacji sanepidu,
trudno o gorzej urządzony obóz. - Nie pamiętam, by wcześniej bywały takie
przypadki, że wodę przynoszono w pojemnikach po wodzie mineralnej ze studni w
sąsiednim gospodarstwie. Żywność była źle przechowywana - mówi.
Organizatorzy wypoczynku nie zabezpieczali próbek pożywienia, które należy
przechowywać, by w razie zatrucia szybko ustalić jego źródło. Naczynia i sztućce
po jedzeniu były myte w potoku. - Po pierwszej kontroli zaleciliśmy usunięcie
nieprawidłowości. Następnego dnia nic się nie zmieniło, więc inspektorzy ukarali
kierownika kolonii 300-złotowym mandatem i zapowiedzieli, że jeśli nie będzie
poprawy, wystąpią do kuratorium oświaty o zamknięcie obozu - opowiada
Miszczak-Burzyńska. Organizatorzy, zamiast usunąć nieprawidłowości, woleli
zlikwidować obozowisko. Gdy w poniedziałek kontrolerzy przyjechali ponownie na
miejsce, zastali już tylko pustą polanę.
To pierwszy w tym roku przypadek dzikiego letniska. Dotychczasowe 260 kontroli
przeprowadzonych od początku wakacji nie wykazało większych nieprawidłowości.
Gdyby rodzice mieli wątpliwości, w jakich warunkach wakacje spędzają ich dzieci,
mogą dzwonić do sanepidu - 089 524 84 24 lub 524 84 45.
Listę obozów i kolonii można znaleźć na stronie internetowej olsztyńskiego
kuratorium oświaty - www.ko.olsztyn.pl w zakładce "Wypoczynek i turystyka". -
Udzielamy też informacji telefonicznie pod numerem 089 523 22 86 - mówi
Krzysztof Nowacki, który w kuratorium nadzoruje letni wypoczynek uczniów.
Źródło: Gazeta Wyborcza Olsztyn
wyborcza.pl/1,75478,5437512,Dzikie_letnisko_dla_dzieci_ze_stolicy.html
-
Mialem 11 lat, bylem ministrantem w podwarszawskim
miasteczku. Uwielbiany przez wiernych ksiadz
zgwalcil mnie kilkakrotnie. Kiedy nie chcialem
sluzyc do mszy, rodzice zmusili mnie do
powiedzenia o tym, co sie stalo.
Ojciec, zszokowany, chyba nie wiedzac, jak
postapic w takim przypadku, sprawil mi takie
lanie, ze nigdy go nie zapomne. To, co mnie
najbardziej bolalo, to to, ze matka, ktora chyba
tez zglupiala, nie wziela mnie w obrone. Dla mnie
swiat sie zawalil.
Dosc szybko zrozumialem, ze gdyby ta sprawa wyszla
na jaw, to musielibysmy sie z tego miasta
wyprowadzic, a nie mielismy na to srodkow. Nikt
nie dalby mi wiary; dla mieszkancow zostalbym
klamca, oszczerca, lub "malym ku..szonkiem",
ktory uwiodl "cnotliwego ksiedza". Z perspektywy
czasu dochodze do wniosku, ze winne jest takze
polskie spoleczenstwo, ktore zezwala ksiezom byc
ponad prawem i ktore wierzy, ze ksiadz, to taki
ktos, kto muchy by nie skrzywdzil, posrednik
miedzy nimi, a Bogiem; prawie swiety.
fakty.interia.pl/swiat/news/stracili-corki-chca-przeprosin-od-papieza/komentarze,1147868,,16823200
-
Tylko wpłaconą na konto darowiznę można odliczyć od dochodu.
Artykuł pochodzi z "Podatkowego przeglądu prasy" przygotowanego przez PricewaterhouseCoopers.
Osoba, która chce odliczyć od dochodu nielimitowaną darowiznę na rzecz Kościoła, musi wpłacić pieniądze na rachunek bankowy. Potwierdził to Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie w wyroku z 9 lipca 2008 r..
Ze skargą wystąpił podatnik, który w zeznaniu za 2006 r. odliczył od dochodu 60 tys. zł. Powołał się na art. 55 ust. 7 ustawy z 17 maja 1989 r. o stosunku państwa do Kościoła katolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej (DzU nr 29, poz. 154 z późn. zm.). Zgodnie z tym przepisem darowizny na kościelną działalność charytatywno-opiekuńczą są wyłączone z podstawy opodatkowania darczyńców podatkiem dochodowym.
Muszą być jednak spełnione dwa warunki. Kościelna osoba prawna ma przedstawić darczyńcy pokwitowanie odbioru oraz w ciągu dwóch lat od przekazania darowizny - sprawozdanie o przeznaczeniu jej na tę działalność. Ulga ta jest dużo korzystniejsza niż zawarta w ustawie o PIT, ponieważ jej wysokość nie jest ograniczona żadnym limitem. Na podstawie tych przepisów podatnik wpłacił pieniądze w gotówce i zmniejszył podstawę opodatkowania.
Po weryfikacji zeznania urząd skarbowy zakwestionował to odliczenie, ponieważ pieniądze nie zostały wpłacone na konto.
Sąd uznał, że wskazane przez podatnika przepisy nie są sprzeczne, lecz wzajemnie się uzupełniają. Odliczający darowiznę musi więc spełnić wymagania dokumentacyjne z obu ustaw.
W uzasadnieniu wyroku WSA przyznał, że doszło do naruszenia art. 121 ordynacji podatkowej określającego zasadę zaufania do organów podatkowych.
Konrad Piłat
www.bankier.pl/wiadomosc/Tylko-wplacona-na-konto-darowizne-mozna-odliczyc-od-dochodu-1799890.html
-
Mocny film dokumentalny, w
trzech częściach pokazujący i wyjaśniający przykłady jak społeczeństwo jest
manipulowane. Dokument Cz. I. Religijna - pokazuje astro-teologiczne podstawy
chrześcijaństwa. Udowadnia, iż religia chrześcijańska jest jedynie splagiatowaną
wersją wcześniejszych mitów, głównie egipskich i opiera się na astrologii.
video.google.pl/videoplay?docid=-5870901554543719947
www.filmy.zmyka.pl/filmik,0,247,zeitgeist_polskie_napisyavi.htm
www.opensubtitles.org/pl/subtitles/3146377/american-zeitgeist-pl
www.tuga.pl/?page_id=43|
Kilka linków aktualnie dostępnych podałem dla tego, że zablokowanie pierwotnego
nikogo nie powinno zdziwić.
Życzę przyjemnej i rozważnej lektury, która daje znacznie więcej do myślenia,
niż podręcznik do etyki w szkołach napisany przez ks. prof. Andrzeja Szostka
zatwierdzony przez MEN spłycający zagadnienia etyki do kolejnej znanej już formy
manipulacji.
-
skaranie boskie z tymi księżmi :
www.dz.com.pl/?tekst,2655
-
bo namawiał do zabicia swego urodzonego dziecka a nie do aborcji ;))
-
Fama religijna głosi, że po śmierci Abla Bóg oznajmił Kaimowi, iż wie o jego
grzechu zabójstwa, zna każdy czyn człowieka a nawet myśli jego serca i mówi do
niego: "Głos krwi brata twego woła do mnie z ziemi. Bądź więc teraz przeklęty
na ziemi, która rozwarła paszczę swoją, aby przyjąć z ręki twojej krew brata
twego. Gdy będziesz uprawiał rolę, nie da ci już plonu swego. Będziesz
tułaczem i wędrowcem na ziemi" (1 Mojż. 4:10:12).
Dalej opowieść ta jest już utkana wieloma sprzecznościami:
- temu, kto by śmiał uderzyć Kaina, Bóg grozi siedmiokrotną zemstą. Dlaczego?
- kogo niby miał bać się Kain, skoro oprócz niego i jego rodziców jeszcze
żadnych ludzi nie było na ziemi?
- dlaczego w trakcie rozprawy nad Kainem Bóg zmienia front i zamiast potępić
zabójcę, zaczyna go chronić?
- o co właściwie pobili się bracia - o względy Boga, czy może też o coś
zupełnie innego?
- skąd się wzięła dziewczyna, którą poślubił, i czy przypadkiem nie była jakąś
nieznaną np. jego siostrą?
A przede wszystkim, nie wiadomo, jaki jest morał całej tej historii, bo W
końcu Kain okazuje się przecież być człowiekiem wielkiego sukcesu: zakłada
swój ród (rzecz bardzo ważna dla ludów starożytnych) i buduje pierwsze miasto.
A zatem Kain-bratobójca okazuje się twórcą pierwszej cywilizacji na ziemi!!!
Ponieważ na te forum - jak można sądzić po wpisach - zagląda także wiele osób
wierzących, chciałbym również zapoznać się z ich stanowiskiem i sposobem
wyjaśnienia tych kwestii.
Pozdrawiam
--
Jeśli mijasz się z prawdą, to przynajmniej się jej ukłoń. (Karol Kord)
-
W Janikach i innych wsiach należących do parafii ksiądz Wieńczysław jest dziś
głównym tematem rozmów. Ludzie opowiadają nie tylko o historii Edyty, ale też
zaczynają przypominać sobie dziwne i nienaturalne zachowanie duchownego wobec
uczennic Szkoły Podstawowej w Aleksandrowie, gdzie uczył religii. Niektórzy
mówią wprost, że ksiądz czynił krępujące, wręcz wulgarne, uwagi pod adresem
nastolatek.
Wczoraj drzwi kościoła i plebanii w Janikach były zamknięte. Mieszkańcy wsi
twierdzą, że ksiądz Ł. - albo jedna z jego zaufanych osób - przyjechał na
plebanię w nocy z wtorku na środę, bo na plebanii paliło się światło. Z garażu
zniknął zaś samochód duchownego, który jeszcze we wtorkowe popołudnie tam był.
Nie ma podstaw, by ograniczyć Edycie L. prawa rodzicielskie - poinformował
wczoraj prezes Sądu Rejonowego w Częstochowie Ryszard Myrda. Edyta L. urodziła
dziewczynkę, której ojcem jest ksiądz Wieńczysław Ł. z podczęstochowskiej wsi
Janiki. Jak ustalili reporterzy dziennika "Polska", ksiądz początkowo namawiał
Edytę, aby nie zgodziła się na operację cesarskiego cięcia, która mogła uratować
dziecku życie, a następnie już po porodzie prosił lekarkę w szpitalu, aby
zrobiła coś, "żeby to dziecko nie żyło".
Kurator, który zajął się sprawą, stwierdził, że matka, przebywająca z córką w
szpitalu, interesuje się dzieckiem, a warunki w rodzinnym domu kobiety nie dają
podstaw, by pozbawić ją praw rodzicielskich do nowonarodzonej córki. Edytą L.,
jej dzieckiem oraz rodziną nadal ma zajmować się kurator sądowy. Sytuację w
rodzinie ma monitorować też Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej w Krzepicach.
Kobieta opuści szpital prawdopodobnie w piątek.
Według naszych informacji Edytę L. miała wczoraj odwiedzić w szpitalu matka
razem z ks. Wieńczysławem. Ten się jednak nie pojawił. - Towarzyszył mi mój mąż
- powiedziała Marta L.
Ksiądz wczoraj miał złożyć kolejne zeznania w prokuraturze. Nie wiadomo jednak
czy tam dotarł. - Toczy się postępowanie przygotowawcze w sprawie nakłaniania do
pozbawienia życia noworodka. Dla dobra postępowania nie mogę ujawnić żadnych
szczegółów - mówi Robert Wypych z wydziału śledczego Prokuratury Okręgowej w
Częstochowie. Za nakłanianie do pozbawienia życia grozi kara więzienia od 8 lat
nawet do dożywocia.
Mieszkańcy tak Janików, jak i pobliskich Dankowic, skąd pochodzi Edyta, nadal
nie mogą uwierzyć w to, co się wydarzyło. - Jestem zaskoczona tym, że ksiądz
chciał zabić dziecko - mówi sąsiadka Edyty Barbara Antończak. - Kiedy Edyta
zaszła w ciążę, ksiądz bywał u niej po kilka razy dziennie. Wyglądało na to, że
się nią interesuje. Woził dziewczynę do lekarza. W dniu, kiedy dostała bólów
porodowych, z samego rana pojechał po nią autem i zabrał do szpitala - opisuje
kobieta i pyta: - Do czego musiało tam dojść, skoro lekarze zawiadomili prokuraturę?
Sąsiedzi opowiadają, że ksiądz Wieńczysław Ł. pomagał rodzinie dziewczyny. -
Zrobił w domu remont i kupił meble. Dla dziecka najwyraźniej też wszystko
przygotował - opowiada Antończak. I dodaje: - Mam troje dzieci, więc
zaproponowałam Edycie używane ubranka i wózek, ale nie chciała tego przyjąć.
Powiedziała, że wszystko ma.
W Janikach i innych wsiach należących do parafii ksiądz Wieńczysław jest dziś
głównym tematem rozmów. Ludzie opowiadają nie tylko o historii Edyty, ale też
zaczynają przypominać sobie dziwne i nienaturalne, ich zdaniem, zachowanie
duchownego wobec uczennic Szkoły Podstawowej w Aleksandrowie, gdzie uczył
religii. Niektórzy mówią wprost, że ksiądz czynił krępujące, wręcz wulgarne,
uwagi pod adresem nastolatek.
- Kiedyś na lekcji religii powiedział, że jestem wyrośnięta i wyglądam na więcej
lat, więc powinnam się inaczej zachowywać - opowiada Ania z Janików. W jaki
sposób? - Mówił mi i mojej koleżance, że powinnyśmy nosić krótkie spódnice.
Kiedy zaś siadamy w klasie, powinnyśmy zakładać nogę na nogę, bo to ładnie
wygląda i sprawia mu przyjemność.
Ojciec dziewczynki nie kryje oburzenia. - Gdyby jeszcze raz coś takiego
powiedział córce, zamierzałem iść do szkoły i przemówić mu do rozsądku. Na
szczęście już tego nie zrobił - opowiada mężczyzna.
- Ksiądz lubił młode kobiety, nawet dziewczynki w szkole zaczepiał. Dotykał je,
robił im nieładne uwagi. Kiedyś w nieprzyzwoity sposób odezwał się do uczennicy
szóstej klasy. Jej ojcu puściły nerwy i pobił księdza - opowiada Julian Ceglarz,
członek rady parafialnej i były kościelny w parafii.
Informacjom o molestowaniu uczennic przez księdza zaprzecza dyrektorka szkoły
Małgorzata Wiewiórowska-Kluba. Twierdzi, że nigdy nie zauważyła nic
niepokojącego. Przyznaje jednak, że ksiądz Wieńczysław nie radził sobie z
uczniami i nie potrafił utrzymać na lekcjach dyscypliny.
- Bez względu na to, jak sprawa skończy się z punktu widzenia prawa, nie
wyobrażam sobie dalszej współpracy z księdzem Wieńczysławem. Wystąpię zarówno do
swoich, jak i jego przełożonych, aby odsunąć księdza od uczniów. Za dużo spraw
wyszło na jaw, aby mógł dalej uczyć i wychowywać młodzież - mówi Wiewiórowska-Kluba.
POLSKA
Irena Bazan
2008-07-23 23:28:21, aktualizacja: 2008-07-23 23:28:21
Współpraca: Aldona Minorczyk-Cichy
www.polskatimes.pl/stronaglowna/25429,wyrodny-ksiadz-ucieka-noca-przed-sprawiedliwoscia,id,t.html
-
„Tajna policja Kościoła”, „źródło ideologicznego terroru”… Stereotypowe
„definicje” Świętego Oficjum można by mnożyć. Czy rzeczywiście oddają one obraz
średniowiecznej inkwizycji?
Początek czarnej legendy inkwizycji datuje się na XVI–XVII wiek, kiedy do walki
z Kościołem ruszyła propaganda protestancka. Ponieważ kontrowersji było sporo,
ówcześni specjaliści od „czarnego pijaru” nie mieli większych kłopotów z
pokierowaniem sympatiami i antypatiami tłumów. Proces, który historyk Edward
Peters celnie nazwał „wymyślaniem inkwizycji”, dobiegł końca dopiero kilkaset
lat później, kiedy światło dzienne ujrzały już „rewelacje” historyków
oświecenia, a także m.in. „Bracia Karamazow” Fiodora Dostojewskiego czy „Imię
róży” Umberta Eco. Czy podobne dzieła – najwyższej próby od strony literackiej –
mają wiele wspólnego z obrazem wyłaniającym się ze źródeł historycznych?
Od Pawła do Augustyna
Problem herezji i odstępstw od nauk głoszonych przez apostołów mieli już pierwsi
chrześcijanie. Za podstawę podczas rozwiązywania podobnych konfliktów brano
wtedy zalecenia św. Pawła z Listu do Tytusa (Tt 3, 10–11) i nauki Jezusa z
Ewangelii według św. Mateusza (Mt 18, 15–17). Dość dokładnie przedstawiono tam
„procedurę” napominania „błądzącego brata”: najpierw w pojedynkę, później w
towarzystwie kilku świadków, a następnie, jeśli i to nie skutkowało, publicznie,
„przed całym Kościołem”. Wobec osób, które mimo napomnień trwały w uporze i nie
dawały się przekonać, stosowano następnie wykluczenie ze wspólnoty
(excommunicatio). Do podobnych przypadków dochodziło jednak rzadko, gdyż
traktowano to jako bardzo surową karę, w której stosowaniu zalecano szczególną
ostrożność i szczegółowe rozpatrzenie każdej zagrożonej nią sprawy.
Podobne braterskie pouczenie (persuasio fraternalis) przestało wystarczać, kiedy
chrześcijaństwo z sekty przemieniło się w oficjalną religię państwową Cesarstwa.
Od 380 roku i edyktu Teodozjusza I Wielkiego herezja zaczęła być traktowana jako
zbrodnia nie tylko przeciw społeczności kościelnej, ale także przeciwko państwu.
Francisco de Goya – „Trybunał inkwizycji”, 1812. Sam malarz musiał tłumaczyć się
przed inkwizycją z okoliczności, w których powstał inny z jego znanych obrazów,
„Maja naga”.
Nastąpił zwrot o 180 stopni. Jeszcze w 212 roku Tertulian w liście do konsula
Afryki pisał: „Przymus nie leży w naturze religii, dlatego powinno się ją
przyjmować spontanicznie, nie siłą, ponieważ miłe są tylko ofiary dobrowolne”, a
już w 346 roku Juliusz Firmicus Maternus w piśmie do Konstancjusza II i
Konstansa I domagał się narzucania wiary chrześcijańskiej siłą i zakazania
innych religii. Kropkę nad i postawiono w 397 roku, kiedy herezję
zaklasyfikowano jako przestępstwo przeciwko majestatowi władcy (crimen laesae
maiestatis), ścigane z urzędu i podlegające najsurowszemu wymiarowi kary.
Od strony Kościoła podobne decyzje wspierały nauki św. Augustyna. Manichejczyk w
młodości, w latach dojrzałych Augustyn stał się najbardziej wpływowym
myślicielem chrześcijańskim tamtego okresu. Początkowo występował z pozycji
zwolennika zasady braterskiego pouczenia, dyskusji, dzięki której można
przekonać odstępcę do powrotu w szeregi Kościoła. Widząc jednak zakres i
brutalność ataków donatystów (sekty chrześcijańskiej w Afryce Północnej,
nieuznającej religijnych ustaleń biskupów ortodoksyjnych), powoli zaczął
skłaniać się w stronę korzystania z – umiarkowanej – pomocy władz państwowych w
walce z herezjami. „Dlaczego zatem donatyści uważają za słuszne stosowanie
surowości prawa przeciw trucicielom, a za niesłuszne surowe obchodzenie się z
herezjami i bezbożnymi waśniami, chociaż te ostatnie występki zaliczane są przez
Apostoła do szeregu owoców niesprawiedliwości? Czyżby przypadkiem było
zabronione władzom ludzkim zajmowanie się tymi występkami?” – pytał w jednym ze
swoich pism.
Wykluczenie ze wspólnoty powoli zaczęło być wypierane przez postawę „zmuszaj do
wejścia” (Łk 14, 23). Podobne działania były możliwe właśnie dzięki pomocy władz
państwowych, dysponujących odpowiednim aparatem wykonawczym. Jednak choć za
herezję przewidziano karę najwyższą, podobne wyroki nie zapadały w zasadzie
nigdy. Kiedy w 385 (albo 386) roku pretendent do tronu cesarskiego Maksymus
doprowadził do wykonania wyroku śmierci na Pryscylianie z Ávila, oskarżonym o
głoszenie herezji w duchu gnostyckim, z oburzenia zatrząsł się cały
chrześcijański świat, z papieżem Syrycjuszem, św. Marcinem z Tours i św.
Ambrożym na czele. Po ponad sześciu wiekach względnego spokoju, kiedy w Europie
znów dawały o sobie znać tendencje heretyckie, takie głosy sprzeciwu były już
dużo słabsze.
-
Narodziny inkwizycji
Średniowieczny problem z inkwizycją dotyczył sytuacji po upadku Cesarstwa
Zachodniorzymskiego. Rozbita na nowe państwa Europa była zjednoczona na
płaszczyźnie duchowej, czego wyraz stanowiła przynależność do Kościoła. Jeśli
zatem ktoś występował przeciwko feudalnemu porządkowi w jednym z państw,
występował jednocześnie przeciwko całej Christianitas. Dlatego, kiedy starożytne
idee dualistyczne zaczęły odradzać się na zachodzie Europy w początkach nowego
tysiąclecia, reagowały nie tylko władze państwowe, ale też przedstawiciele Kościoła.
Początkowo rozwiązywanie problemów z herezją leżało w gestii władz lokalnych,
czasem wydających wyrok nawet mimo protestów miejscowych władz kościelnych (jak
to miało miejsce w Monteforte w 1028 roku). Jednak kiedy w XII wieku na południu
Francji odkryto doskonale zorganizowaną sektę heretycką katarów (grec. katharoi
– czyści), oficjalne sposoby walki z ruchami odśrodkowymi zaczął wypracowywać
także Kościół. Zwieńczeniem poszczególnych postanowień był synod w Weronie w
1184 roku, na którym papież Lucjusz III i cesarz Fryderyk Barbarossa uzgodnili
wspólny front postępowania. O jego szczegółach mówi bulla „Ad abolendam”.
Herezje zostały uznane za wystąpienia przeciw istniejącemu porządkowi
społecznemu, a ich ściganiem mieli zająć się lokalni biskupi, zobligowani do
regularnych wizytacji w swoich diecezjach. Uznanego za winnego przekazywano by
władzy świeckiej w celu wykonania wyroku.
Podobnie jak za czasów starożytnych, herezję zakwalifikowano do przestępstw
przeciwko majestatowi, a za nie groził najwyższy wymiar kary. Jednak w nowej
sytuacji sankcja, w antyku pozostająca martwym przepisem, stała się podstawą
rzeczywistych wyroków.
Kształtowanie się średniowiecznej inkwizycji (łac. inquisitio – śledztwo)
umownie zakończyło się w 1231 roku, kiedy papież Grzegorz IX wyznaczył na
sędziów przedstawicieli niedawno powstałego zakonu dominikanów (przez jakiś czas
inkwizytorami zostawali też franciszkanie). Odtąd, obok lokalnych biskupów,
sprawami herezji mieli zajmować się także inkwizytorzy papiescy. Nawet od tej
daty trudno jednak mówić o inkwizycji jako jednej, scentralizowanej organizacji.
Jeśli już, należałoby raczej w tym kontekście rozpatrywać „inkwizycje państwowe”
– francuską, włoską, niemiecką czy polską (też zresztą mocno zdecentralizowane).
Prawdzie oblicze Wielkiego Inkwizytora?
Obok Tomasa Torquemady, hiszpańskiego inkwizytora pełniącego swój urząd w latach
1483–1498, drugim najbardziej znanym dzięki popkulturze inkwizytorem jest
Bernard Gui. Jako przeciwnik prawego Wilhelma z Baskerville w „Imieniu róży”,
został nakreślony przez Eco dość grubą kreską, stereotypowo, co wynikło z
przyjętej przez autora konwencji „dobry bohater – zły bohater”. A co takiego
mówią o Guim źródła historyczne?
Bernard Gui (albo Guidon) miał się urodzić w 1261 lub 1262 roku we francuskim
Royeres. Nie znamy pochodzenia jego rodziców, jak jednak wiadomo, dzięki
pieniądzom wuja, też księdza, młody Bernard zdobył fundusze na rozpoczęcie
nauki. Wstąpił do dominikanów i w 1280 roku złożył śluby zakonne. Następnie,
popierany przez zwierzchników, śledzących jego postępy, kontynuował naukę na
kolejnych szczeblach zakonnej edukacji. Wykształcony w teologii i filozofii, w
latach 1289–1291 został skierowany na dodatkowe studia do elitarnej szkoły w
Montpellier, która przygotowywała przyszłe kadry kierownicze dominikanów
południowofrancuskich.
Po ukończeniu nauki przez kilka lat pracował jako lektor w kolejnych
klasztorach, żeby wreszcie w 1305 roku zostać przeorem w macierzystym Limoges.
Od początku kierowany na administratora i organizatora życia zakonnego, Bernard
doskonale spełniał oczekiwania przełożonych. Dzięki temu nie tylko bywał
powoływany na urząd legata papieskiego, pośredniczącego w sporach między
kolejnymi feudalnymi księstwami, ale także, w 1323 roku, został mianowany
biskupem. Ciesząc się zaufaniem władz zakonnych, w latach 1307–1323 (z
kilkuletnimi przerwami) sprawował też urząd inkwizytora dla okręgu Tuluzy.
Dla współczesnych był on jednak przede wszystkim znany nie jako inkwizytor, ale
autor kilkunastu wielotomowych opracowań historycznych, które w średniowiecznej
Francji miały status bestsellerów. Oprócz historii zakonu dominikanów, napisał
m.in. historię powszechną od narodzin Chrystusa do czasów sobie współczesnych,
spis cesarzy i papieży od starożytności, kronikę królów francuskich czy wykaz
francuskich świętych, ze szczególnym uwzględnieniem świętych z własnej
prowincji. Gui jest także autorem jednego z najbardziej znanych podręczników dla
inkwizytorów „Practica inquisitionis haereticae pravitatis”.
Obraz inkwizytora, wyłaniający się z „Practica inquisitionis...” i dokumentów z
Tuluzy, wydaje się różnić od tego, jaki przedstawia Eco. Gui nie tylko zaleca
traktowanie oskarżonych jako błądzących współbraci, których sędzia – „lekarz
dusz” – ma przez spowiedź i pokutę przywieść znów na łono prawdziwego Kościoła,
ale także odradza na przykład stosowanie tortur (dopuszczonych do procedur
procesu inkwizycyjnego w 1252 roku bullą „Ad extripanda”), mało „efektywnych”,
jeśli chodzi o wyrażenie szczerej skruchy i dobrowolne poddanie się pokucie. Z
około 950 wyroków, które wydał inkwizytor przez niepełne 16 lat sprawowania
urzędu, niecałe 50 to wyroki stosu (oddania „ramieniu świeckiemu”); około 300
osób otrzymało wyroki więzienia; na resztę w większości nałożono pokutę
(obowiązek pielgrzymki albo noszenia na ubraniu przez określony okres „znaków
hańby”, np. żółtych krzyży, wyróżniających byłych heretyków).
Dane z Tuluzy wydają się miarodajne dla całej inkwizycji średniowiecznej.
Oczywiście dochodziło do sytuacji, kiedy jednokrotnie na stosie płonęło
kilkadziesiąt osób, jak choćby w 1315 roku w Świdnicy, kiedy inkwizycja biskupia
złapała na Śląsku lokalną grupę heretyków, najprawdopodobniej waldensów.
Najwięcej ofiar pochłonęła krucjata antyalbigeńska (1209–1229). Podczas jednego
procesu palono tu nawet 300–400 heretyków (Lavaur, 1211). Jednak ogólny stosunek
wyroków stosu do wszystkich wyroków wynosił mniej niż 5%.
Dużo więcej wyroków śmierci wydała osławiona inkwizycja hiszpańska, w
odróżnieniu od jej średniowiecznych poprzedniczek bezpośrednio podlegająca
głowie państwa i tym samym dużo częściej wykorzystywana do rozgrywek
politycznych. Jednak i tu, według najnowszych ustaleń, liczba ofiar wyniosła
około 2 tys. (a nie 30 tys., jak jeszcze do niedawna pisali historycy). Dla
porównania, większą liczbę ofiar pociągnęły za sobą „polowania na czarownice” z
czasów nowożytnych, błędnie przypisywane katolikom, a inspirowane głównie w
kręgach protestanckich.
Oczywiście jakakolwiek podobna „licytacja” nie przywróci życia i nie wymaże
dawnych krzywd. Jednak budując wiarygodny obraz przeszłości, warto sięgnąć do
źródeł, a nie tylko opierać się na stereotypach, kiedyś umacnianych w imię walki
politycznej, a dziś nieświadomie powielanych przez popkulturę.
MICHAŁ CETNAROWSKI jest dziennikarzem i doktorantem w Instytucie Historii
Uniwersytetu Opolskiego.
|
portalwiedzy.onet.pl/4869,12799,1498072,1,czasopisma.html|
Oglądaj za darmo serię "Tajne archiwa Inkwizycji", wszystkie odcinki dostępne
on-line
>>
portalwiedzy.onet.pl/filmy/640,3638104,odtwarzaj.html