Dodaj do ulubionych

V LO - piszcie!!!

    • abcdefg1 Cybak - c.d. 30.01.02, 13:09
      Aby temat "wspominków" nie umarł śmiercią naturalną dorzucam kolejne
      wspomnienie z lekcji polskiego, którą prowadziła sławetna Apolonia Cybak.

      Temat lekcji nawiązywał do epoki baroku, więc Apolonia próbowała nam
      przedstawić jej głównych przedstawicieli:
      - Sztukę baroku charakteryzowało różnorodność form, malowniczość, dynamizm i
      bogactwo dekoracji. Jednym z największych twórców tej epoki był Paul Rubens.
      Przez całe życie malował grube kobiety. Jego obrazy są charakterystyczne dla
      tego kierunku. Widzimy na nich nagie, tłuste, obleśne i wstrętne baby (a sama
      to niby szczupła i zgrabna? Jakby nie wiedziała, że należy do tych tęgich
      kobietek, które wyglądają we wszystkim jak indyjskie bawoły!). Weźmy na
      przykład obraz „Trzy gracje”. Tytuł kojarzy nam się z powabnymi, apetycznymi,
      młodymi i czarującymi dziewczętami, natomiast obraz przedstawia trzy tłuste
      babska. Mają one tzw. kształty rubensowskie. Widzicie, jak dźwigają zbędny
      balast rozlewającego się tłuszczu? A jaki muszą przeżyć koszmar na widok
      swojego lustrzanego odbicia? To jest straszne wyglądać jak one!
      • Gość: el Re: Cybak - c.d. IP: *.szczecin.cvx.ppp.tpnet.pl 08.03.02, 23:46
        Zazdroszczę Ci tak doskonałej pamięci. Ze mną stało się coś chyba w normalnego-
        nie pamiętam żadnej lekcji z Cybą- stanowiły dla mnie taki koszmar.
        Pamiętam tylko jedno. Kolega czytał pod ławką "Ulissesa", w tym samym momencie
        Cyba opowiadała o tym, że tego typu książki będzie czytać na emeryturze, po
        czym wyrwała tego edukującego się we własnym zakresie nieszczęśnika
        do "odpowiedzi". Tenże, zagłębiony w lekturze, nie za bardzo wiedział, o co
        chodzi. Dostał pałę.
        Za jedno jestem jej tylko wdzięczna- z uporem maniaka ciągała nas do teatru i
        potem omawiała przedstawienia.
        Reszta- KOSZMAR. I tak- jako przyszła polonistka męczyłam się z Cybą trzy lata!
    • Gość: Jazzek Odc. 3 Bogucka IP: 212.244.79.* 06.02.02, 20:31
      To jest ciekawa osobistość. Zwykle z upływem czasu różne postacie i zdarzenia
      wspominamy coraz milej (co potwierdza swoją wypowiedzią kol. fianka), a z
      Bogucką było przez długi czas odwrotnie. W przypadku naszej klasy wynikało to
      głównie z faktu, że była ona nasza wychowawczynią. Już podczas pierwszego z
      nami spotkania oświadczyła, że naszą klase jej wcisnęli mimo jej sprzeciwów. No
      i od tego czasu jakoś wzajemna miłość uczniów i wychowawczyni się rozwijała. W
      sumie dopiero po maturze wyszły na jaw wzystkie intrygi p. Boguckiej, jak też
      obgadywanie innych za plecami. Z tego co dowiedziałem się na 50-leciu, to i
      poprzednia jej klasa miała niezbyt dobre o niej mniemanie. Z kolei jako
      polonistka to była w porządku, szczególnie jeśli porównać z opisywaną tu
      Cybakową.

      W mojej pamięci zapisała się jako wizjoner na miarę Billa Gatesa. Dowiedziawszy
      się, że wybieram się na informatykę, pokiwała nade mną głową z troską i
      oznajmiła, że ciężko mi będzie utrzymać rodzinę, bo informatycy bardzo marnie
      zarabiają.

      cdn.
      • Gość: Fianka Re: prof. Majewska IP: 212.160.133.* 07.02.02, 09:21
        No tak...prof.Bogucka wsławiła sie tzw. " vistami" sama pamietam pare odzywek
        do dzisiaj...... ale tak sobie mysle,ze warto jeszcze wspomniec niezwykła prof.
        Majewska i w tym czasie takze uczaca prof. Sażynska ( chyba tak sie pisało jej
        nazwisko) .
        Obie panie uczyly jezyka angielskiego. Nie mowcie,ze nie pamietacie !!!!!!!
        To byly osobowości. Z prof. Majewska szczesliwie doszłam do matury ( 1975 rok )
        i zawsze cieplo o niej mysle.
        • Gość: Jurek Ch Re: prof. Majewska IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 10.02.02, 06:16
          Ta dziewczyna i mnie doprowadzila do matury.
          Angielskiego nauczyla mnie tak sobie, ale to z mojej
          winy. Wspominam ja wiecej niz cieplo z dwoch powodow.
          Po pierwsze nie wtracala sie do moich wystepow, a
          mialem niektore takie, ze do dzis mi wstyd. Po drugie
          podobno Borkowska i Adamczykowa, czyli "uwielbiane"
          przeze mnie antynauczycielki mialy ochote nie dopuscic
          mnie do matury i podobno Majewska powiedziala, ze po
          jej trupie. Podkreslam tu dwukronie uzyte slowo
          podobno, bo dowodow mam zero, plotki jedynie.
          Odwdzieczam sie jej poniekad samemu uczac ... po
          angielsku, tyle ze matematyki i komputerow. W Kanadowie
          zreszta... Cieplo pozdrawiam wszystkich piatkowiczow Jurek
          PS. Czy wie ktos, co sie stalo w Rysiem Pruszynskim
          (mieszkal na Niebuszewie). Rysiek, odezwij sie!!
    • Gość: Jazzek Re: V LO - Odc. 4 Edek IP: 212.244.79.* 07.02.02, 17:27
      Edek nazwiskiem Domański został tu już wystarczająco dobrze opisany, jednakże
      trudno mi uwierzyć, że mógł dopuszczać do takiego rozprzężenia, jak to opisywał
      bodajże jawal. Owszem, bywało u niego hałaśliwie, czego dowodzi zdarzenie, jak
      przyszła do Edzia jakaś dziewczyna z wyższej klasy (o ile pamiętam, to właśnie
      z rocznika jawala) i o czymś tam rozmawiali (pamiętam ten błysk w oku Edka, i -
      chyba - uwodzicielski uśmieszek). A że w sali panowały zwyczajowy harmider i
      buczenie, co rzecz jasna przeszkadzało w rozmowie, aż w końcu panieneczka
      oznajmiła "Te pierwsze klasy są taaaaakie hałaśliwe" :-)
      • Gość: pakuz Re: V LO - Odc. 4 Edek IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 17.02.02, 15:40
        Gość portalu: Jazzek napisał(a):

        > Edek nazwiskiem Domański został tu już wystarczająco dobrze opisany, jednakże
        > trudno mi uwierzyć, że mógł dopuszczać do takiego rozprzężenia, jak to opisywał
        >
        > bodajże jawal. Owszem, bywało u niego hałaśliwie, czego dowodzi zdarzenie, jak
        > przyszła do Edzia jakaś dziewczyna z wyższej klasy (o ile pamiętam, to właśnie
        > z rocznika jawala) i o czymś tam rozmawiali (pamiętam ten błysk w oku Edka, i -
        >
        > chyba - uwodzicielski uśmieszek). A że w sali panowały zwyczajowy harmider i
        > buczenie, co rzecz jasna przeszkadzało w rozmowie, aż w końcu panieneczka
        > oznajmiła "Te pierwsze klasy są taaaaakie hałaśliwe" :-)

        niniejszym dementuje jakoby na lekcjach edka ponowalo rozprezenie
        nigdy mu na to nie pozwalalismy !!! :))
        dopoki nie przeszkadal przy brydzu - byl spokoj
        lekcje edka wygladaly mniej wiecej tak - trzy rzedy z przodu zajete przez
        dziewczyny udajace ze sluchaja wynurzen edka na tematy rozne , dwa dalsze rzedy
        to dziewczyny bardziej zainteresowane tym co sie dzialo z tylu
        no i z tylu chlopaki w roznych konfiguracjach - ogolnie zajecia wlasne
        (odrabianie innych lekcji, brydz , pogawedki itp)
        pamietam ,ze edek wkurzyl sie jak zaczelismy grac na gitarach - ale szybko zostal
        ustawiony , bo mielismy wystawiac kabaret szkolny i kiedys przeciez trzeba bylo
        cwiczyc
        drugi raz podniosl glos kiedy kolega "chudy" zajaral na lekcji klubowego
        (moze marka mu nie odpowiadala) i w tym wypadku pozostal nieublagany , zadne
        tlumaczenia , ze brydz bez papierosa , ze karta nie idzie bez dymka itd nie
        pomogly :))
        edek byl z nami raz jako opiekun na wykopkach - wtedy wlasnie , doposcilismy
        go do kolezenstwa z nami , i to go bardzo rozbestwilo
        wydawalo mu sie , ze jak wypilismy razem pare piw to juz mu wszystko wolno
        i potem nie chcial zbierac tych pieprzonych kartofli :))

        o.k. troche przesadzam , ale klimat byl zblizony
        pozdro , pakuz
    • Gość: Jazzek Re: V LO - Odc. 5 Ziuta IP: 212.244.79.* 07.02.02, 17:31
      Ziuta (czemu w ogóle nikt o niej dotąd nie wspomniał?), to był dopiero pedagog.
      Jej lekcje (WT) służyły głównie do ściągania nieodrobionych lekcji oraz różnych
      rozrywek towarzyskich, i tylko z rzadka przerywane były żałośliwym
      głosem "Przestaańcie wrzeeszczyć". Skala ocen zależała od hałaśliwości
      delikwenta - im cichszy był, tym lepszy stopień. To właśnie ona porzuciła
      kiedyś dziennik w klasie, co spowodowało jedyną w naszej klasie aferę
      dziennikową. Ale miała też chwile gogicznej satysfakcji, np. gdy zapoznawała
      nas z tajemnicami obrabiarek. Dzięki niej pamiętam do dziś, że istnieje taka
      rzecz, jak bocian wygięty prawy (a może lewy?).

      Pamiętam też, jak raz z przejęciem opowiedziała nam, że gdyby cały świat
      zrezygnował ze zbrojeń, to starczyłoby pieniędzy w sam raz na zbudowanie
      materialno-technicznej bazy komunizmu. Strach pomyśleć, co by się mogło stać,
      gdyby nie Ronald Reagan ;-)
      • Gość: jottka Re: V LO - Odc. 5 Ziuta IP: *.net.autocom.pl 07.02.02, 20:55
        Gość portalu: Jazzek napisał(a):

        > Ziuta (czemu w ogóle nikt o niej dotąd nie wspomniał?), to był dopiero pedagog.

        Prawda! Ja się z nią zetknęłam w I kl., przez cały czas dyktowała nam gatunki
        stali, a potem sprawdzała, czy ładnie zapisaliśmy. Po kilku lekcjach tego typu
        zaczęliśmy ją prosić, że może coś bardziej praktycznego, o, tu pod ścianą takie
        różne maszyny stoją.. Na co padła odpowiedź: "Niestety, nie możemy tego robić,
        ponieważ się rozmnażacie."

        W tłumaczeniu na ludzki język chodziło o to, że klasa jest zbyt liczna :))
        • Gość: Edek Re: V LO - Odc. 5 Ziuta - Ołówek IP: 141.202.246.* 08.02.02, 10:09
          My nazywaliśmy ją "Ołówek" - już dokładnie nie pamiętam, ale zdaje się, że
          bywaąy dłuższe tyrady na temat odpowiedniego doboru ołówków, ich twardości itp.

          Poza tym było tak jak opisujecie - jeszcze mam zdjęcie zrobione na leckji WT
          jak dokonujemy z kolegą "przeglądu" dziennika, a Ołówek stała za naszymi
          plecami i spokojnie obserwowała nasze poczynania (bylebyśmy nie poprawiali jej
          ocen). Niezapomniane były mistrzostwa klasy w "kółko i krzyżyk" i brydża na jej
          zajęciach.
          • abcdefg1 Re: V LO - Odc. 5 Ziuta - Ołówek 08.02.02, 15:10
            Czy Ziuta nie "legitymowała" się nazwiskiem Piasecka? A jakie jej było
            prawdziwe imię, pamięta ktoś?
            Nie miałam z nią zajęć (wt z Edziem), ale pamiętam Ziutę sunącą sie po
            korytarzu i opowieści innych klas. Wszystko, co piszecie zgadza się co do joty.
            Pozdrowionka
            • Gość: Jurek Ch Jeszcze o Majewskiej IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 10.02.02, 22:15
              Pisalem o niej wczoraj, ale wpisalo sie gdzies wyzej.
              Juz wtedy, gdy mnie uczyla, w latach 65-66, wydawala
              nam sie starsza pania. Ciekaw wiec jestem naprawde do
              kiedy w ogole pracowala w piatce, albo jako nauczyciel?
              Lekcje byly spokojne, dosc rzeczowe, ale jednoczesnie
              luznawe. Mozna bylo przetrwac niewiele umiejac, sam nie
              wiem, czy to dzieki brakowi jej rozeznania w sytuacji,
              czy tez raczej dzieki jej spokojnemu braniu swiata i
              ludzi, jak leci. Stawiabym na to drugie. Chcesz sie
              uczyc, Ewuniu, to sie ucz, a nie, to masz trojeczke i
              nie zawracaj glowy. Prawde mowiac nie pamietam jej
              akcentu. Sam nabralem od mojej poprzedniej anglistki
              (podobno absolwentki Oxfordu) akcentu "niejako"
              brytyjskopodobnego, przez co przez jakis czas po
              przyjezdzie do Kanady, czesc ludzi klasyfikowala mnie
              na bylego Angola (a wydaje sie niemozliwe, co?). Ale
              Majewska nauczyla mnie jednego - twardych zasad
              gramatycznych. W tym bylem niezly. Natomiast myslenia
              po angielsku i sposobu wypowiedzi nauczyl mnie dopiero
              Szczepanski, absolutnie niezapomniany lektor
              angielskiego na moim uniwersytecie. Cieplo pozdrawiam
              • Gość: Fianka Re: Jeszcze o Majewskiej IP: *.sssa.com.pl 11.02.02, 09:02
                hej Jerzy !!!!!!! w latach 70-tych ona byla juz rzeczywiscie starsza pania. Ale
                wiesz byla fantasytyczna bo byla tolerancyja, jej podejscie pedagogicze bylo
                bliskie wspomnianemu prof. Żylińskemu. Spokój i cierpliwosc. Jej synowie tez
                chodzili do LO V. Przyznam sie, ze nauka mnie wtedy jakby mniej absorbowala bo
                bylam permanentnie zakochana ale staralam sie u prof. Majewskiej nie dac plamy
                mimo,ze uczennica bylam " taka sobie"
                • abcdefg1 Re: podsumowanie? 12.02.02, 14:04
                  Nostalgia - to takie uczucie,
                  które uświadamia nam, że
                  rzeczy nie były znowu AŻ takie nieznośne
                  jak nam się wtedy wydawało, a te które były szczęśliwe w barwniejszych kolorach
                  powracają.

                    • Gość: Jurek Ch Pamietacie Lenczewskiego ?? IP: *.sprint.ca 13.02.02, 06:28
                      To byl taki maly, gruby i lysy facet od chemii. Naprawde tak wygladal. Byl
                      absolutnym oryginalem wsrod nauczycieli. Pozytywnie i negatywnie. Np jak zostal
                      wyslany przez grono na rejs statkiem z PZMem do Wloch, to przed wyplynieciem
                      nauczyl sie wloskiego. Jak zreszta wczesniej i pozniej wielu innych jezykow. A
                      po tej wycieczce opowiadal nam o niej, o krajach i o ludziach, opowiadal
                      interesujaco, choc nie wszyscy to lubili (socjalizm). Lekcje mial opanowane
                      perfekcyjnie, a metody nieszablonowe. Stopnie tez. Cale i polowki, plusy i
                      minusy. Niby standard, ale sposob zliczania i pisania nie byl taki prosty. "z
                      czym ci zlaczyc te trzy i pol, z plusem, czy z minusem?" - pytal. W zaleznosci
                      od polaczenia dostawalo sie trojke lub czworke. Niestety, mial preferencje.
                      Najpierw osobiste. Jak kogos nie lubil, to dawal mu popalic, np w przykry
                      sposob przekrecal nazwiska. Ulubiency mogli liczyc na latwe zycie. Trzeba bylo
                      znalezc sposob na wejscie w laski, a bywalo, ze trwalo to i rok. Wybraniec
                      otrzymywal imie zamiast dotychczasowego nazwiska i przywileje, np. sprzatanie
                      pracowni lub zaplecza. Na zapleczu odbywaly sie podobno ... lagodnie mowiac
                      rozne dziwne rzeczy. Jak bylo naprawde trudno mi rzec, bo sam niczego zlego nie
                      doswiadczylem, zreszta do mycia probowek sie rwalem, ale niektore kolezanki
                      zapowiadaly, ze wiecej juz "tam" nie pojda. Podobno za to wlasnie wylecial lub
                      zostal zmuszony do ustapienia. Zajal sie przewodnictwem. Miejscowym i
                      miedzynarodowym. Pewnie bylo mu latwiej, bo znal jezyki (co najmniej
                      kilkanascie), a podrozowac lubil. Umial tez zajac sie ludzmi, wiec chyba
                      wyszedl dobrze na tej zamianie. Maly, lysy, gruby kawaler. Inteligentny,
                      czasami zlosliwy, ale nawet w tym uprzejmy, niekonwencjonalny. Dal sie lubic,
                      chociaz wolalem nie byc wowczas dziewczynka. Cieplo pozdrawiam
                    • Gość: Jazzek Re: podsumowanie? IP: 212.244.79.* 13.02.02, 08:27
                      Gość portalu: Fianka napisał(a):

                      > bo lata szkolne sa najmilsze - ot co !!!!

                      Rację miała moja wychowawczyni Bogucka, kiedy mówiła, że liceum to ostatni okres,
                      kiedy nawiązuje się aż tak intensywne kontakty międzyludzkie (w nalepszym tych
                      słów znaczeniu), że na studiach to już każdy sobie, a później, to sami wiecie :]
                      • Gość: Fianka Re: podsumowanie? IP: *.sssa.com.pl 13.02.02, 10:58
                        Cos w tym jest...bo to sa bardzo intensywne zanjomosci. Ostatnio na obchodzonej
                        uroczystsci 20- lecia maleznstwa moich przyjaciol- spotakalo sie 8 malzenstw i
                        wyobraz sobie,ze wszyscy znamy sie z liceum. Jedno z malzonkow pochodzilo z tej
                        samej szkolnej paczki. A nasze dzieci juz maturalne...
                        • jottka Re: podsumowanie? 13.02.02, 12:02
                          Gość portalu: Fianka napisał(a):

                          > Cos w tym jest...bo to sa bardzo intensywne zanjomosci. Ostatnio na obchodzonej
                          >
                          > uroczystsci 20- lecia maleznstwa moich przyjaciol- spotakalo sie 8 malzenstw i
                          > wyobraz sobie,ze wszyscy znamy sie z liceum. Jedno z malzonkow pochodzilo z tej
                          >
                          > samej szkolnej paczki. A nasze dzieci juz maturalne...

                          Rany boskie, albo zdradzacie zaostrzone objawy kryzysu wieku średniego, albo
                          macie depresję zimową! ;)) Doktorzy radzą w takich sytuacjach więcej spacerów i
                          czekolady. Dobrze też kupić psa - pozwala kontakty międzyludzkie nawiązywać.
                          • Gość: Fianka Re: podsumowanie? IP: *.sssa.com.pl 14.02.02, 11:08
                            Hi.hi. jakos chyba nie tak z tym problemem wieku sredniego.
                            Mamy wszyscy psy a niektorzy dwa psy oraz kota ;-)))
                            Spotkania w gronie przyjaciol nie sa smutne nawet po dwudziestu latach, wprost
                            przeciwnie sa przezabawne ze wzgledu na szkolne wspomnienia. Dominuje
                            oczywiscie temat LO V. Pozdrawiam :-)
                            • Gość: abcdefg1 Re: wspomnienia IP: *.filar.pl 14.02.02, 15:05
                              Masz rację Jazzek!!!! To jest miejsce na nasze wspomnienia (zarówno dobre jak i
                              te mniej dobre, które chyba czasami lepiej zapadły w pamięć), a nie na kwestie
                              filozoficznego bytu.
                              Ludzie, piszcie i wspominajcie wesołe historie z życia VLO, naszych pedagogów,
                              naszych klas.
                              Historie humorystyczne, z przymrużeniem oka, czyż nie przyjemnie sie wtedy
                              czyta?
                              Pozdrowienia
                              • Gość: Jurek Ch A czy wiecie IP: *.peel.edu.on.ca / 10.13.129.* 19.02.02, 00:00
                                ze moj rocznik 1966 byl jedynym, ktory "uczeszczal" do wszystkich trzech budynkow, tj. na Malopolskiej (do
                                czerwca 1965), Krolewicza Kazimierza (wrzesien-grudzien 1965) i na Ofiar (styczen-czerwiec 1966)? To bylo
                                nawet mile. Jedna z tych przeprowadzek zrobiono czesciowo naszymi silami. Chyba pierwotnie mielismy
                                przeprowadzic sie od razu na Ofiar, ale byl jakis poslizg (fajne slowko z tych czasow). Pod koniec czerwca
                                1965 poszlismy na wycieczke na Kazimierza. Ogladamy te "mury", ogladamy i nagle ktos mowi: rozwalimy te
                                szkolke na duzej przerwie. Dwa dni umieralismy ze smiechu. Jeszcze na Malopolskiej, czyli w roku 1964/65 mialy
                                miejsce dwa wielkie wydarzenia. Pierwsze to katastrofa tramwajowa na Wyszaka, ale nie ta tragiczna, tylko ta
                                pierwsza, bez duzych ofiar (nawet nie pamietam, czy byli ranni, na pewno nie bylo zabitych). Druga - wystawa
                                grafiki amerykanskiej w Zamku. Oj, co sie dzialo. Absolutne szalenstwo. Zachowywalismy sie, oczywiscie, jak
                                niepoprawni polscy sztubacy, ale nie zawsze, nie zawsze. Wstep byl bezplatny, wystawa duza, bardzo
                                ciekawa, reklamowek, znaczkow, folderow - kazda ilosc. Szybko dotarlo do nas, ze obowiazuja tam inne
                                standardy. Probowalismy zagadywac po angielsku, owszem odpowiadano grzecznie, ale nie bylo potrzeby -
                                ludzie z wystawy, Amerykanie, mowili swietnie po polsku. Byli wspaniali - cierpliwi do niemozliwosci. Az bolalo
                                sprawiac im przykrosc, totez my z piatki szybko przestalismy. Zdaje sie tez, ze poznawali nas. Zawsze
                                usmiechnieci, uprzejmi, odpowiadali na wszystkie pytanie, chetnie dyskutowali, traktowali na spowaznie - to byl
                                szok innej kultury. Czegos takiego drugi raz doznalem dopiero, gdy ze studiow pojechalem do Francji. I bylo to
                                pierwsze ziarno (wlasciwie drugie, bo pierwsze zasiali we mnie moj dziadek i ojciec), ze swiat moze byc i jest
                                inny. Gdyby gomula wiedzial, co sobie szykuje, to by do tego nie dopuscil. Ale skad wiedziec? Co potem bylo z
                                budynkami piatki? W tym na Malopolskiej byla chyba podstawowka, ale czy jeszcze jest? A na Kazimierza jest
                                chyba WSR, czy tak? No i Zamek wypieknial bardzo od tego czasu. Wowczas czynne bylo tylko jedno skrzydlo,
                                nawet bez wejscia na wieze. Jak zwykle - cieplo pozdrawiam Jurek
                                • Gość: Jazzek Re: A czy wiecie IP: 212.244.79.* 19.02.02, 10:05
                                  Opis perypetii przeprowadzkowych doskonały, szkoda że zabrakło takiego w
                                  książce "Na pół wieku Piątki". A wspomnienie o grafice amerykańskiej
                                  przypomniało mi, że w moim domu przez długie lata był folder z tej imprezy +
                                  chyba jakaś plakietka (bodajże stalówka z flagą amerykańską). Jedno z
                                  najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa :-) Dzięki, Jurek!
                                  (PS. mógłbyś skrobnąć na jskrzym@poczta.onet.pl?)
                                  • Gość: abcdefg1 Re: A pamiętacie Siudzińskiego? IP: *.filar.pl 19.02.02, 11:33
                                    Fizyki w pierwszej i drugiej klasie uczył nas Edward Siudziński. Facet
                                    niskiego wzrostu i bardzo szczuplutki. Nasz nauczyciel kochał sport, zwłaszcza
                                    piłkę nożną. Gdy poznaliśmy jego upodobania, część męska klasy zaczęła
                                    wykorzystywać jego pociąg do futbolu zwłaszcza w dniach, kiedy była zaplanowana
                                    klasówka. Odbywało się to według jednego schematu: ktoś zagadał na temat
                                    najbliższego meczu, inna osoba zaprzeczyła danej informacji, wówczas wkraczał
                                    do akcji nauczyciel i z rumieńcami na twarzy przekazywał najnowsze wiadomości.
                                    Najczęściej dzwonek przerywał mu tok wypowiedzi. My byliśmy natomiast
                                    szczęśliwi, że znowu się udało.
                                    Któregoś razu zapowiedział pracę klasową. Oczywiście nikt się nie uczył, bo
                                    nasza metoda była niezawodna. Tym razem jednak nas zaskoczył i nie dał się
                                    nabrać na zmianę tematu w kierunku piłki nożnej. Byliśmy załamani i
                                    rozglądaliśmy się po sobie rozpaczliwie poszukując tematu zastępczego. W końcu
                                    z wklęsłymi minami zaczęliśmy wyjmować kartki ciągle jeszcze jednak mając
                                    ostatnią nutkę nadziei, że uda się zagadać Siudzińskiego.
                                    Ja również przerażonym wzrokiem rozglądałam się po klasie szukając ratunku. W
                                    pewnym momencie zobaczyłam jak z wieżowca z balkonu unosi się dym. Niewiele
                                    się namyślając krzyknęłam:
                                    - Zobaczcie! Tam pali się!!!
                                    Zrobił się hałas, wszyscy rzucili się do okien poszukując źródła pożaru. Dumna
                                    wskazałam balkon, z którego uchodził dym. Siudziński zaproponował:
                                    - XXXXXXXX Pójdziecie znaleźć mieszkanie, w którym najprawdopodobniej pali
                                    się.
                                    Nasi koledzy ochoczo rzucili się w kierunku drzwi, a my dyskutowaliśmy z
                                    nauczycielem na temat przyczyn pożaru. Nikt nie pamiętał o klasówce, każdy był
                                    pod wrażeniem zaistniałej sytuacji. Pod koniec lekcji wrócili nasi koledzy do
                                    klasy. Wszyscy żądni sensacji pokrzykiwali:
                                    - No i jak? Gdzie się pali? Znaleźliście to mieszkanie?
                                    Koledzy jednak mieli niewyraźne miny. W końcu wydusili z siebie:
                                    - To nie był pożar, tylko ktoś wystawił na balkon gorący, parujący bigos, żeby
                                    wystygł.

                                    • Gość: Jurek Ch Jeszcze o Borkowskiej IP: *.sprint.ca 20.02.02, 06:28
                                      To byla moja polonistka. Pisalem juz o tym krociutko w nadziei, ze ktos
                                      podejmie watek. Nie udalo, wiec odwazam sie ponownie. Byla to prawdziwa
                                      malpiatka z gatunku zawsze majacych racje. Zero miejsca na wlasne zdanie.
                                      Zupelny brak poczucia humoru plus gnojenie nielubianych uczniow dopelnialo
                                      reszty obrazka. Tak mi obrzydzila nasz ojczysty jezyk, ze nic sie nie
                                      przykladalem i ledwo dotrwalem do matury. Ciekaw jestem, co sie z nia potem
                                      dzialo. Ot, na zasadzie ciekawostki, bo nie tesknie za ewentualnym spotkaniem.
                                      Chociaz, chociaz... A moze milo byloby zobaczyc nietega mine wszystko wiedzacej
                                      i zawsze majacej racje na wiadomosc, ze moje wierszydla, opowiadanka,
                                      humoreski, satyry drukowane byly (i sa) w kilku krajach na trzech kontynentach
                                      (w Polsce tez), i ze prowadze comiesieczne audycje literackie lub literacko-
                                      muzyczne w dwoch radiach (London i Kitchener). Oj, sorry, zadne chwalenie.
                                      Chcialem dac do zrozumienia, jak dalece fatalny nauczyciel moze popsuc
                                      czlowiekowi zycie. Szkoda, ze zdarzylo sie w tak dobrej szkole, jak piatka.
                                      Dla kontrastu, jednego z moich mlodszych braci, tez w piatce, polskiego uczyl
                                      Kowalski (lata 1967-8, chyba). Zawsze mu zazdroscilem tego nauczyciela. Tylko
                                      na podstawie opowiesci, ale zawsze. Podobno byl duzego formatu fachowiec, z
                                      ogromna wiedza, bardzo sprawiedliwy (rzadkosc w tych czasach) i pelen humoru. I
                                      obym sie nie mylil.
                                      Pozdr
                                      Jazzku - napisze!
                                      • Gość: Edek Re: Jeszcze o Borkowskiej IP: 141.202.246.* 20.02.02, 09:42
                                        Jurek - Borkowska była moją wychowawczynią !!! To co piszesz zgadza się w 150%.
                                        Jedyny problem, że nasza klasa stanowiła zgraną całość i nie bardzo udawało się
                                        nami sterować. W każdym razie potrafiliśmy doprowadzić panią B. do łez
                                        bezsilności (trochę nieludzko brzmi). Po maturze natomiast na jakimś spotkaniu
                                        wyskoczyła nagle z tezą, że to jej zasługa, że 100% z naszej klasy dostało się
                                        na studia, a Król jej nawet nie pogratulował. Biorąc pod uwagę, że nazywała
                                        nas "kalkulatorki" to chyba sami sobie i paru innym nauczycielom zawdzięczamy
                                        pewne nazwijmy to sukcesy. Ale nie pani B. - nie mam do niej żalu bo wiem, że
                                        jej życie prywatne nie było najłatwiejsze i nikt nie wie jakby się sam zachował
                                        w takiej konstelacji.
              • Gość: abcdefg1 Re: V LO - c.d. Cybak IP: *.filar.pl 12.03.02, 08:27
                Kolejna lekcja j. polskiego. Temat wprowadzał do epoki oświecenia. W związku z
                powyższym Apolonia zapoznała nas z przedstawicielami filozofii tego kierunku.
                Ponieważ zbyt ciekawie nie opowiadała, więc szybko znudziliśmy się jej
                wywodami. Zauważywszy poruszenie i zniecierpliwienie w ławkach krzyknęła:
                - A teraz XXXXXXXXXX przypomni kto to był Bacon (wymawiać należy Bejkn).
                Andrzej wstał z ławki z ociąganiem i ze zdziwieniem odpowiedział:
                - Chyba kawałek mięsa.
                „ O Boże - palnął jak łysy grzywką o kant kuli!” – pomyślałam. Zadając to
                pytanie Apolonia miała na myśli oczywiście Franciszka Bacona – angielskiego
                filozofa, który głosił konieczność przebudowania nauki przez oparcie jej na
                doświadczeniu. Natomiast XXXXXX wyrwany do odpowiedzi i słyszący fonetycznie
                brzmiące nazwisko – mógł tylko skojarzyć z półtuszą wieprzową. Mało tego, na
                jednej z lekcji polskiego, Apolonia dyktowała nam przecież swoją definicją
                bekonu, którą należało wpisać do zeszytu. Nic więc dziwnego, że XXXXXXXXX
                zapamiętał tą notatkę i zgodnie z jej brzmieniem odpowiedział na pytanie
                polonistki.
                • Gość: Jurek Ch SLUCHAJCIE IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 14.03.02, 03:12
                  to wszystko nic. MAM KSIAZKE !!! Pol wieku Piatki.
                  Dzieki wspanialemu i niezastapionemu Edkowi,
                  oczywiscie. [Edku, chyba za rok nadloze pare km-ow w
                  mojej podrozy, by Ci osobiscie podziekowac]
                  A w tej ksiazce - ojej, jakie dziwy.

                  Dziw nr 1. Nie pamietalem nazwisk niektorych szanownych
                  kolezanek i kolegow! Az niemozliwe, ale - niestety -
                  prawdziwe. Chyba mniej pamietalem. I troche mi bylo
                  wstyd. Czy jest jakims usprawiedliwieniem, ze od 31 lat
                  nie mieszkam w Szczecinie i co najmniej tyle lat nikogo
                  z nich nie widzialem?

                  Dziw nr 2. Nauczyciele wygladaja inaczej, niz
                  wygladali. Dokladniej, niz ja pamietalem, ze
                  wygladali. Ale odwrotnie niz myslicie. Wcale nie
                  starzej, mlodziej! Np. kochana pania Majewska z
                  niewiadomych powodow mialem za mocno starsza pania. Na
                  zdjeciu zas (z mojego okresu mniej wiecej) jest jeszcze
                  wcale mloda. Albo moja przykladowa gnebicielka narodu,
                  czyli Adamczykowa. Na zdjeciu USMIECHA sie. W zyciu
                  nikt z nas nie widzial usmiechajacej sie jedzy
                  Adamczykowej.

                  Dziw nr 3. Okazalo sie, ze niemal wszyscy nauczyciele
                  byli ogromnie zasluzeni. Bralbym to lekko. I kto o tym
                  pisze? Ano np dyrektor Krol. Pisze, ze Adamczykowa
                  zasluzona. Socjalistycznie moze? W to sklonny bylbym
                  uwierzyc. A moze by mnie sprobowala nauczyc czegos o
                  ptaszkach. Bo nie odrozniam od drzew! Nigdy nie moge
                  pojac, kto na kim siedzi i spiewa.

                  Dziw nr 4. Referat pana dyrektora Krola. Tu dygresja.
                  Zeby pan Krol zrobil nie wiem co zlego i tak nie strace
                  do niego ani miligrama z tony szacunku. Takim byl
                  dobrym - wg mnie - nauczycielem. Kropka, z tym nie ma
                  dyskusji. Ale referat jest straszny. Cos sie stalo
                  Panie Ludku? Toz to juz nie socjalizm, a calutki
                  referacik dokladnie w takim tonie. Toczka w toczke, jak
                  za gomuly. Zrobilo mi sie przykro. Takoz niepotrzebnie
                  potwierdzal pan przykrocanie papieroskow (sam nie pale
                  i nigdy nie palilem) i brydzyka (pogrywam). Luzu
                  troche, Kochany, luzu. Nawiasem mowiac, chetnie bym sie
                  z Panem spotkal. Wlasnie z Panem, moze jeszcze z pania
                  Majewska. I z p. Zarzycka. Najchetniej, oczywiscie, z
                  p. Zylinskim, ale...

                  Dziw nr 6. Jesli to wszystko prawda, a nie ma powodu
                  nie wierzyc, zreszta te wersje juz chyba gdzies
                  slyszalem, co mowi dyr. Machaj (tez nie pamietalem
                  nazwiska, taki wstyd), to wyrzadzono temu czlowiekowi
                  ogromna krzywde. I to w majestacie prawa (?), na oczach
                  calej spolecznosci uczniowskiej, za prace dla dobra
                  uczniow, szkoly, srodowiska, miasta. Poczulem z p.
                  Machajem dziwna wiez - cos podobno spotkalo mnie w
                  Gdansku w r. 1984. Chwile potem wyjechalem budowac inny
                  kraj.

                  Dziw nr. 7 Ksiazka jest swietna. Co do tego nie mam
                  watpliwosci. Nie watpie tez, ze Komitet wykonal ogromna
                  robote, a wydanie ksiazki bylo jednym z wiekszych
                  sukcesow. Ale ksiazeczka jest bardzo, ale to bardzo
                  oficjalna. Zabraklo luzu, niemal zupelnie zabraklo
                  humoru (jest odrobinka), zabraklo dystansu, spojrzenia
                  "z ukosa". Mowie to wylacznie z mojej wlasnej
                  perspektywy. Gdyby te ksiazeczke robili absolwenci
                  mojej obecnej szkoly (sredniej w Kanadzie), to bylby to
                  jeden wielki fajerwerk z niezliczonymi usmiechami. Nie,
                  nie krytykuje. Raczej chce pokazac kierunek. Jesli
                  wolno... Przeciez za szesc lat 60-lecie.

                  Dziw nr. 8 Ten Piechota, ten posel, ten minister, to
                  absolwent Piatki? Ten socjalista? I czlonek bandy
                  Millera? Mam byc dumny, czy zazenowany?

                  A poza tym, jak zawsze, bardzo cieplo wszystkich pozdrawiam
                  Jurek Chudzinski
                  georgech@sprint.ca
    • Gość: Jazzek Re: V LO - Odc. 6 Patyra IP: 212.244.79.* 31.05.02, 13:01
      O Patyrze można nieskończenie...

      Jej sława rozchodziła się daleko poza granice piątki. Słyszałem opowieści o jej
      niekonwencjonalnym zachowaniu jeszcze w podstawówce, a to z tego powodu, że z
      jednej strony moja kuzynka otarła się o nią kilkanaście lat przede mną, a z
      drugiej miałem kolegę, którego brat był już w Piątce.

      Z niesamowitych opowiadań tych rysowała się dla mnie straszna perspektywa, tym
      bardziej że moja kuzynka należała do osób dosyć pyskatych i dochodziło do
      ciągłych starć tych dwóch silnych osobowości. Więc kiedy dowiedziałęm się, że
      jednak na nią trafiłem, czułem się niezwyt swojo. Szczęśliwie sprawa
      pokrewieństwa z niesforną Ewą wyszła, kiedy miałem już ustabilizowaną pozycję.

      Z pierwszych kontaktów z panią P. pamiętam scenę, gdy miałem krążyć jako Ziemia
      czy Księżyc dokoła koleżanki, i w tym celu miałem narysować kredą na podłodze
      swoją orbitę. Niestety, moja linia zapewne nie spełniała oczekiwań pani
      profesor, więc wkrótce z orbity wyleciałem z glanem, a koleżankę okrążał kto
      inny. I z tego względu straciłem śmiałość do dziewczyn ;)

      Wkrótce przywykłem... lekcje geografii traktowało się po pewnym czasie jako
      rodzaj Muppet show na żywo. Pamiętam, że często-gęsto zdarzało się ściągać
      zadania domowe na parapecie tuż przed gabinetem.
    • Gość: Jazzek Re: V LO - Odc. 7 Człowiek zwany Koniem IP: 212.244.79.* 31.05.02, 13:16
      Fizyk J.Gelbard, zwany od niepamiętnych czasów Koniem, był jedną z
      najbarwniejszych postaci mojego pobytu w piątce. I nie była to barwność
      wynikająca szaleństw w stylu Patyry czy Edziowej/Ziutowej bezradności. Po
      prostu miał swój styl i wydaje mi się, ze umiał się jakoś porozumiec z
      uczniami. Dosyć łatwo dał się namawiać na dywagacje natury politycznej,
      szczególnie w okresie posierpniowym, i zawsze słuchało się go z uwagą.

      Jego bon-moty bardzo często trafiały do "Kaktusa". Słynne było sformułowanie o
      nawadnianiu kredy, oraz próby obiektywizacji ocen za pomocą kropek (kto
      pamięta, że trzy kropki to pięć punktów?). Bardzo surowy w ocenach wobec mniej
      fizycznej części naszej klasy, miękł w miarę zbliżania się końca roku
      szkolnego, tak że nigdy się nie zdarzyło, żeby ktoś przez fizykę musiał
      repetować.

      Jako ewenement mogę tu przytoczyć jego opinię wyrażoną na męskiej części
      ćwiczeń z fizy, kiedy to oświadczył, że kobiety nie myślą głową. Musiało go
      chyb bardzo ubóść gdy jedna z naszych koleżanek pisała o stałej plamka ;).
    • Gość: Jazzek Re: V LO - Odc. 8 Czuchoński IP: 212.244.79.* 31.05.02, 13:24
      Nauczyciel rosyjskiego, jak dla mnie jeden z nalepszych pedagogów w szkole.
      Tylko raz pamiętam, żeby podniósł głos, a potrafił utrzymać dyscyplinę. W
      związku z tym nie można przytoczyć zbyt wielu historyjek z nim związanych.
      Pamiętam, jak przy omawianiu czytanki jak to Lenin "chodił po goram" ostrzegł
      nas, żebyśmy w to za bardzo nie wierzyli. Z zapartym tchem słuchaliśmy jego
      opowieści dziwnej treści, jak to metro od lat kilkudziesięciu kosztuje 5
      kopiejek, a gaz jest praktycznie bezpłatny. Nu i choroszo.
    • Gość: asia Glus IP: *.pool.mediaWays.net 04.08.02, 11:11
      A ja z przyjemnoscia wspominam Glusia, czyli nauczyciela matematyki, zdaje sie,
      ze nazywa sie Artur Knypinski. Fantastycznie uczyl matmy, mial poczucie humoru,
      jezdzil z nami na biwaki. To naprawde trzeba kochac mlodziez, zeby jechac w
      marcu, kiedy padal snieg, do domkow kempingowych do Nowego Warpna!
      Pozdrwaiam wszytskich piatkowiczow, a zwlaszcza roczniki 1989-1993, ja bylam na
      mat-fizie IV d
      • Gość: April Re: Glus IP: *.univ.gda.pl 19.09.02, 22:31
        A mnie Gluś (o ile coś mi się nie pomyliło) uczył angielskiego. Wcale nie znał
        języka, ale za to z podziwu godną szczerością otwarcie się do tego przyznawał.

        Pozdrowienia dla rocznika 1988-1992, zwłaszcza klasy c!
    • Gość: Jazzek Re: Rosiakowa IP: *.it.volvo.se / 153.112.43.* 19.08.02, 17:17
      Niektórym kolegom brakuje wątku o zacnej nauczycielce. No to może porozmawiajmy
      o matematycy :)
      Już dawno się sam zbierałem do wspominek, ale z przykrością stwierdzam, że
      chociaz pania R. lubiłem, to nie utkwiły mi w pamięci jakieś godne uwagi
      zdarzenia :(
      Z faktów niegodnych uwagi wspomnę, że siedziałem z kolegą Dz. w najlepszym
      miejscu w sali matematycznej - pod sama katedrą. Widok z katedry na ławkę był
      mocno ograniczony i przy dużej dozie odwagi można było nawet odrabiać
      zapomniane zadania domowe z innych przedmiotów. A że pani profesor była dosyć
      spostrzegawcza, to adrenalina wydzielała się w dawkach większych niż przy
      skokach na linie...
      Może jeszcze napiszę o atmosferze na lekcjach. Pani Barbara była cichą i
      spokojną kobietą o pewnym poczuciu humoru, ale gdy trzeba, to wionęła grozą,
      szczególnie gdy trzeba było wykazać się wiedzą przy rozgryzaniu problemów
      przestrzeni metrycznych i innych takich. Z niewiadomych powodów wszyscy
      wpatrywali się uważnie w blaty ławek, jakby jakieś teksty objawione tam
      widzieli. Miałem to szczęście, że nie przyjęli mnie do klasy B, bo byłem za
      słaby jak na tych ludzi genialnych, natomiast na tle klasy C wybijałem się
      (swoją skromnością rzecz jasna ;), z tego powodu szedłem zwykle na ostatni
      ogień. Na ogół pierwszy ofiara padał kolega Mirek zwany Palmą, od którego pani
      R. zwykle spodziewała się więcej niż on chciał (swoją droga straszna taka
      fucha). Jeśli on poległ, do boju ruszał Korek, a ja w tym czasie modliłem się
      do p. Boga o oświecenie. I chociażem niewierzący, zwykle pomagało. Choć co to
      za satysfakcja iść do zwycięstwa po trupach kolegów :(
    • Gość: Jazzek Re: Odc. 10 - Połówka IP: *.it.volvo.se / 153.112.43.* 25.09.02, 09:11
      Połówka, czyli pani od angielskiego. Jak łatwo się domyslic, jej przezwisko
      pochodziło od wzrostu na tyle niewielkiego, że wyglądała jak połowa człowieka.
      Charakterystyczną cechą jej sylwetki była specyficzna dbałość o wygląd
      zewnętrzny, przywodząca nieco na myśl Violettę Villas. Na głowie zawsze szopa
      włosów, o wysokości ok 25% reszty sylwetki, buzia umalowana w sposób, który
      mnie osobiście jakoś nie brał.
      W odróżnieniu od wspominanego tu Glusia język angielski znała, jednak poziom
      nauczania był żałośnie niski (niekoniecznie z jej winy - takie były czasy, nie
      było jeszcze wyścigu szczurów i świadomości wśród uczniów, że znajomość
      agielskiego może byc kluczem do sukcesu w życiu). Podobnie jak Ziuta, miała
      trudności z zapanowaniem nad stadem, choć jej władza rozciągała się chyba aż po
      trzecią ławkę. Najlepiej w związku z naszym zachowaniem zapamiętaliśmy
      zwrot "Stop that noise" :)
      Dużą zaletą Połówki był jej synek, zwany przez nas Jirzinkiem (była to niezbyt
      rozgarnięta postać z ówczesnych dowcipów). Jakoś tak już jest, ze dzieci
      skupiają na sobie uwagę, a w przypadku anglika pozwalało to bez totalnego
      znudzenia przetrwać do dzwonka. Pamiętam do dziś, jak Jirzinek napisał na
      tablicy hasło "rak ma 6 wosuf", i nadal (mimo ukończonych studiów ;) nie
      potrafię rozszyfrować znaczenia tego tajemniczego przekazu.
      Ławki w sali do anglika były chyba najintensywniej w całej szkole
      wykorzystywane do korespondencji międzyklasowej oraz wyrażania swoich uczuć.
      Nie będę cytował, co sie tam znajdowało, ale kto tam raz siedział, na pewno
      pamięta :)
        • sandmann Re: V LO - Odc. 11 - Pułkownik Mielcuszny 01.12.02, 00:10
          bbury napisał:

          > :)
          > szkoda by było gdyby ten wątek przepadł w czeluściach forum więc podciągam go
          > do góry...

          Podzielam zdanie bbury-ego, że wątek nie powinien zaginąć i dlatego ciągnę go
          dalej. Dzisiaj przypadkowo trafiłem na posty piątkowiczów i z nostalgią
          przeczytałem je wszystkie.

          Brakuje mi w Waszych opowieściach koleżanki i koledzy znamienitej postaci jaką
          był nauczyciel PO (krótko - gdy Domańska była na urlopie macierzyńskim tj.
          1982r.) - pułkownik LWP ob. Wojciech Mielcuszny, psudo : Fafluśny, Fafex itp.

          Opowiem taką anegdotę :

          Mielcuszny pewnego razu zapowiedział oglądanie przeźroczy o sposobach
          zabezpieczenia ludności na wypadek wojny. W tym celu wyznaczył ucznia
          odpowiedzialnego za obsługę rzutnika.

          Kolega, jako fotoamator przygotował się to tego znakomicie. Do kasety z
          przeźroczami o tematyce Obrony Cywilnej, co drugi slajd włożył zdjęcia porno.
          W efekcie, podczas wyświetlania slajdów, była mieszanka porno-wojskowa.

          Mielcuszny w tym czasie siedział za stołem, tyłem do ekranu i czytał gazetę.
          Przy każdym zdjęciu porno rzucanym na ścianę w klasie wybuchały salwy śmiechu.
          W końcu Fafex poruszony chichotami odwrócił się i spojrzał na ekran. W tym
          momencie rzutnik zaciął się , a na ścianie była widoczna para w sytuacji
          niedwuznacznej.

          Fafex za nic w świecie nie mógł rozpoznać co to zdjęcie przedstawia, bo z
          tematyką wojskową nie miało wiele wspólnego.
          Rzucił więc krótko do kolegi obsługującego rzutnik :
          - Dalej proszę, to nie jest związane z tematem.

          W tym momencie, cała klasa już ryczała ze śmiechu.

          Czy ktoś to jeszcze pamięta ? Napiszcie !!!



    • Gość: gosia- rostkosia matura1978!!!!!!!! Klasa biol-chem. p.Weckwert IP: *.27.120.24.lvcm.com 07.03.03, 05:35
      Czy jest tam kto z klasy biol-chemicznej? Moja wychowawczynia byla bardzo
      glupiutka p. Weckwert{ chemiczka}, o chemii miala raczej mgliste pojecie.
      Polskiego uczyla mnie "wielka dama" Borkowska od ktorej sie dowiedzialam, ze
      jestem "swieta krowa", Patyra przesladowala mnie na geografii {glownie z powodu
      moich brwi, ktore byly " lepiej uregulowane niz moje zeszyty", biologie umilala
      mi "ciocia", angielski mialam z Polowka { namietnie gralismy w pokera na jej
      lekcjach aby odwrocic swoja uwage od obrzydliwych jej nawykow [rozdzielanie
      igla zlepionych rzes i dlubanie w zebach}]. W liceum nabawilam sie nerwicy,
      kompleksow i....." za ostatni grosz" wrocilabym do mojej klasy chociaz na jeden
      rok!! A teraz uwaga, jezeli jestes: Renia Jankowska, Aga Majewska, Marek
      Matuszewski,Rysiu Malinowski, Czarek Kiser - odezwij sie! Nie z mojej klasy-
      Zdzisiek Klich ! Gdzie jestescie? moj e-mail gosia61@lycos.com
    • Gość: yolka Re: V LO - Kazia była wychowawcą mojej klasy:) IP: 213.77.67.* 21.03.03, 12:14
      zajrzałam tu sobie i szok....Kazia jak legenda, dla mnie tymbardziej, gdyż była
      przez 4 lata wychowawca mojej klasy... Pomijam, że straszyli nią jako
      nauczycielem fizyki, pomyślcie co czułam dowiadujac sie, że będzie RÓWNIEŻ
      opiekunem mojej klasy haha... nogi z waty i paraliż!! Tudzież "pech stulecia" :)
      Ale spoko, daliśmy radę, chociaz też pamietam jej słowa: "nazywam sie
      Kazimierrra Mańkowska-Stankiewicz i będę was uczyć fizyki". Z powodu jej
      słynnego "rrr" krążyły różne historyjki. Ponoć po przedtawieniu sie
      dodała "prrrosze sie nie dziwić, ale źle wymawiam jedną literrrę", a ktos
      odważny z tłumu zapytał "przeprrrraszam, a którrrrą?" :)
      Pozdrawiam rocznik 1974, szczególnie całą moją sponiewieraną przez fizę, nawet
      na godzinie wychowawczej, klasę!!!
    • Gość: jams Re: V LO - piszcie!!! IP: 217.153.5.* 25.03.03, 23:12
      tak sobie mysle ze caly czas smarujecie o galusie a pani goclawska ktora na
      dzien dobry w pierwszej klasie poinformowala nas ze postawila ostatnio uczniowi
      3 bo za duzo wiedzial i te jej zarciki z ktoych po pol roku rzala cala klasa
      dziki ryj = najlepszy ticzer w tej szkole
      oleszczuk =nijaka
      a ktos moze pamieta pączkową Wilmę???? kiedys probowalem podlozyc nie swoj
      rysunek i sie skapnęła bestia i oczywiscie otrzymałem pałę :))))))
      albo z mlodszychabsolewntow prof. KApuściński, ten express byl w klasie okolo 3
      s. po dzwonku, za pierwszym razem minęło nam 10 min lekcji zanim ześmy się
      zorientowali że nauczyciel już przylazl :D
    • Gość: kamila Re: V LO - piszcie!!! IP: *.brpo.gov.pl 06.05.03, 09:20
      Bardzo proszę, nie urywajcie tego wątku, tak miło jest przypomnieć sobie o
      sprawach, o których przez wiele lat w ogóle się nie myśłało...Czy ktoś pamieta
      panią Michalską od polskiego? Mnie uczyła tylko rok, ale dobrze ja wspominam,
      zwłaszcza, za jej spokój, co po jakiejs takiej rozedrganej i roztrzepanej
      Masojć było dla mnie ukojeniem.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka