Dodaj do ulubionych

Zdrowie na budowie - wspomnienia kierownika budowy

IP: 217.17.46.* 18.02.05, 11:19
Z pamiętnika kierownika budowy
******************************************************



Budowa mostku w jednej pipidówie. Stary most wysadzony dynamitem, przez
rzeczkę przerzucona prowizorka dla pieszych. Na kładce stoi kierownik budowy
(to ja) wk***ony do łez z jakiegoś powodu, którego nie pamiętam. Koniec
szychty, do pracy przychodzi stróżka - nudna baba cierpiąca na nieuleczalne
rozwolnienie werbalne. Podchodzi do mnie i jak zwykle nawija a ja jak zwykle
kombinuję jak ją zbyć. Dialog (w oryginale po śląsku):
- He kierowniku a ja jeszcze pamiętam jak ta rzeczka była czysta i żyły w
niej bobry i ryby i raki ale wie kierownik to było bardzo dawno jak jeszcze
byłam mała...
Ja jej wchodzę w słowo i odpalam:
- Tiaa a jeszcze dawniej to po tych łąkach biegały dinozaury!!
Ona zamilkła, patrzy na mnie i mówi:
- A tego to prawie nie pamiętam, bo wie pan, ja wcześniej to mieszkałam w
sąsiedniej wsi...



* * * * *


Ej z tymi stróżami na budowie to ja miałem. Jeden z nich (robotnicy nazywali
go Skunks, zgadnijcie czemu) miał zwyczaj w nocy podkradać im cukier i kawę
ze słoików. Pewnego razu - godzina siedemnasta a jego nie ma. Zadzwoniłem po
zmiennika - przyszedł, a brygada do domu. Drugiego dnia to samo - Skunksa nie
ma w pracy, zmiennik przyszedł a brygada do domu. Trzeciego dnia pod szychtę
już się lekko zapieniłem i zajechałem do niego do domu. Otwiera mi żona
(Skunksowa... słowo... Od razu poznałem...). Pytam co z nim a ona mówi:

- Panie on już trzi dni mo taki drapszajs że mu za pierona nie pozwola z
kibla wstować bo zaroz mom brunotne szlajfy na zolu...*

No cóż, człowiek chory - trudno. Jadę z powrotem na budowę a moje chłopki
rotflują na podłodze w pakamerze.

- Co jest k***a pytam grzecznie.

Dopiero po tygodniu mi powiedzieli, że do cukru który Skunks kradł w nocy
spawacze dosypali boraksu w stosunku 1:1...


*Panie on już od trzech dni ma takie rozwolnienie, że nie pozwalam mu za nic
wstawać z toalety bo od razu mam na podłodze brązowe smugi.


* * * * *



A na jedną budowę przypałętał się do nas pies - mały pokraczny pokurcz. Moje
Czerwone Brygady nazwały go Łachudra. Cieśla zrobił Łachowi budę ze sklejki
pod pakamerą, dostał miskę i obrożę ze sznurka i wszystko byłoby słodko,
gdyby nie to, że Łachu był straszliwą fleją i nie mógł się nauczyć sr.. w
jednym miejscu.
Stróżem na budowie był mały długowłosy gnom bez zębów, którego nazywali
Renegat, bo zawsze na szychtę przyjeżdżał na Komarku.

Renegat miał obowiązek w ciągu nocy robić obchód placu i z reguły to czynił,
a dowodem były kaktusy Łachudry, które rano ostentacyjnie i z niemym
protestem na twarzy zdzierał z butów.
Pewnego ranka przyjeżdżam na budowę, a tu w misce Łacha leży wielka, tłusta i
na oko świeża wędzona makrela. Co jest kurde, myślę - dostawać dostawał ale z
reguły jakieś resztki ze śniadania. Kto mu to dał? Chyba nie Renegat, bo go
nie cierpiał.
Renegat podchodzi, zadowolony z siebie, i mówi:

- Jo mu to doł! Czytołech, że w rybach je fosfor i żech se pomyśloł, że jak
sie pieron ryba zje to mono te gówna bydom w nocy trocha świecić...


* * * * *



Roboty rozbiórkowe na moście siarczystą zimą. Czerwone Brygady czasowo w
niebieskich kufajach i uszankach, kują beton młotami pneumatycznymi. W zimie
wilgoć zawarta w sprężonym powietrzu zamarza i młoty, jak to się mówi, "nie
pierą".
Rada na to jest prosta - nie żadne smarownice czy inne tam magiczne
wynalazki, tylko po prostu odkręca się wąż powietrzny i wlewa do młota trochę
denaturatu - i po 5 minutach można normalnie pracować dalej. Metoda dobra, a
że trochę śmierdziało, to już trudno. Podobno od smrodu jeszcze nikt nie
umarł hiehie. Ale waliło od nas na całą wieś..
Obok budowy był sklep. Codziennie rano chodziłem tam - czasem jeszcze przed
otwarciem, od tyłu - i kupowałem pięć - sześć flaszek denaturatu. Pewnego
razu właściciel sklepu - zamiast, jak zwykle podać mi butelki, skasować forsę
i schować się do ciepłego - wciągnął mnie do środka i powiada:

- Chopie jak wos na tyj budowie nie styko na gorzołka, to jo wom dom na
krecha, ino nie pijcie mi tego...

* * * * *

Pewnego razu niewielka lokalna powódź zalała nam plac budowy. Zaalarmowali
mnie, przyjechałem w niedzielę po południu razem z częścią Czerwonych Brygad,
żeby jeszcze coś próbować uratować. Kierowcy kazałem wrzucić na Stara lekką
łódkę z laminatu, która doraźnie służyła jako piaskownica wnukom brygadzisty,
do tego wiosła, kamizelki i takie tam.
Plac znajdował się za wałem, w takim jakby zakolu bez odpływu, przy samej
rzece, tak że fale nie szły już i woda była spokojna. Plac był zalany do
poziomu gdzieś półtora metra - metr sześćdziesiąt. Pływamy łódką, łowimy co
się da - jakieś kantówki, bale, puste i pełne beczki - wszystko, czego
jeszcze woda nie zabrała, i holujemy to na suche. Jedni łowią, drudzy ładują
na samochód, i tak na zmiany. Kierownik też dla kondycji postanowił se
powiosłować.
Zeszło nam parę ładnych godzin i zaczynało zmierzchać. W łódce płynąłem z
niejakim Gutkiem - ja wiosłowałem, a on trzymał towar na linie. Naraz Gutek
strzelił karpia, otwarł oczy tak, że mu mało nie wypadły, podniósł drżącą
rękę i pokazywał na coś za moimi plecami, mówiąc:

- Dydydydydydydydy.............

a blady był jak śmierć na urlopie.
Odwróciłem się i też się przestraszyłem - na powierzchni wody poruszała się
ludzka głowa...

Po dłuższych oględzinach pokazało się, że głowa porusza się mniej więcej
pionowo. Postanowiłem podpłynąć i obadać zjawisko, nie zważając na protesty
Gutka, który klekotał zębami jęcząc "Zzzzzzzzzooommmmmmmbiiiiiiii..."

Okazało się, że to stróż szedł do pracy... Nawalony w drebiezgi... Nawet nie
zauważył, że wlazł po szyję w wodę...

A na dodatek za kierownicę prowadził rower.



Edytor zaawansowany

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka