Dziennikarska filantropia
Droga Gazeto,
od jakiegoś czasu wszelkie takie "społeczne" newsy i reportaże pisane są z
takim pseudohumanitarnym pochylaniem się nad "porządnymi, ale bezradnymi w
obliczu życia ludźmi". To jest droga donikąd, ponieważ tego rodzaju życiowa
niezaradność jest rodzajem społecznej choroby, nad którą nie należy się
litować jak dziewiętnastowieczne filantropki, ale leczyć. A zadaniem
dziennikarza jest rozpoznać problem i przedstawić go tak, żeby naprawdę
dotrzeć do sedna problemów.
Poruszające w tym i kilku innych przypadkach jest to, że w państwie, w którym
nie wolno aborcji, antykoncepcja jest źle widziana, a in vitro grozi zakaz
prawny, nikt nie robi nic, żeby dzieci, które nie mają szans zostać porządnie
wychowane i wyżywione przez swoje matki, dostały inną szansę na godne życie.
Poruszające jest również to, że kościół, który grzmi przeciw aborcji,
antykoncepcji i in vitro, nie interesuje się losem takich dzieci, kiedy już
się urodzą. Nie spieszy z pomocą niezaradnym matkom, skoro już zabrania im
stosować środki antykoncepcyjne czyli jest winny ogromnej liczby niechcianych
ciąż w Polsce.
Najbardziej przerażające jest to w tych przypadkach, kiedy dochodzi do
dzieciobójstwa noworodków przez zastraszone kobiety bądź zakatowania
kilkulatków przez patologicznych opiekunów - ci sami księża i biskupi, którzy
widzą morderstwo w pigułce poronnej, nie zauważają problemu dzieci zabijanych,
zaniedbywanych, bitych, które nie mają szans na godne życie.
Naprawdę, żałośliwe w tonie pisanie o biednej pani Ani, która w
nieodpowiedzialny sposób zaszła kilka razy w ciążę, nie mając ani
kwalifikacji, ani środków na wychowywanie siedmiorga dzieci, nijak nie pomoże
ani tej kobiecie, ani też żadnej innej. Nie zmieni prawa w kwestii odbierania
praw rodzicielskich ani adopcji, nie nauczy urzędników porządnego zajmowania
się patologicznymi przypadkami, nie uratuje życia innym zaniedbywanym dzieciom.
Jeśli dzieci mają zostawać przy takich rodzinach, potrzebny jest szeroko
zakrojony program uczenia wychodzenia z niezaradności, a nie prezenty od
gminy, na których brak użala się bohaterka (obiecałeś, a nie dałeś,
urzędniku). A jeśli ktoś objęty takim programem nie poradzi sobie, to dzieciom
póki malutkie lepiej zapewnić kochający dom, który ich potrzebuje - rodzin
czekających na adopcję w Polsce dostatek.
Poza tym akurat w tym konkretnym przypadku faktycznie razi podkreślanie, że
kobieta "jeździ kilkuletnim ale zadbanym samochodem" w kontekście tego, że nie
potrafi zadbać o siebie i dzieci.
Nawiasem mówiąc, podanie takiego szczegółu jako elementu opisywanej biedy,
patologii i niezaradności, jest trochę policzkiem dla setek nauczycieli,
lekarzy i mnóstwa innych ludzi z wyższym albo jeszcze wyższym wykształceniem,
których też nie stać na nic więcej, a wychowują porządnie dzieci, wiążą koniec
z końcem i uczciwie pracują.