• drzewko
  • od najstarszego
  • od najnowszego

Na uczelnie trafiają niedouczeni kandydaci Dodaj do ulubionych

    • Gość: Piotrek IP: *.bluel.net 07.06.09, 13:53
      i łańcuszek nadal ma niedopięte ogniwa inteligencji.
    • 07.06.09, 14:47
      Złagodziłem standardy egzaminu ustnego. Dwójkę stawiam po trzecim wywaleniu
      tępego studenta za drzwi. Tyle że muszę dwa razy dłużej pytać niż kiedyś.
    • Gość: ojejku IP: *.dip.t-dialin.net 07.06.09, 15:05
      niestety zgadzam sie z panem profesorem, skonczylam studia nie tak
      dawno, ominela mnie wielka reforma-za co jestem wdzieczna
      losowi.udzielam korepetycji i chemii i biologii i zadiwiaja mnie
      uczniowie. wiem sama, ze w ogolniaku czy w postawowce tez nie
      wykazywalam sie jakas wieksza wiedza ale jednak mysle, ze bylo
      lepiej.program bardziej przemyslany, mniejsze nastawienie na testy,
      jakos sie to ciagnelo. teraz gdy widze, moich uczniow, romawiam z
      nimi jestem zatrwozona, bo za kilka lat beda lekarzami, budowniczymi
      a jakos nie widze z nich materialu. mysle, ze wiekszosc sie wyrobi,
      bedzie musiala douczyc sama, walsnie matematyki, doczytac ksiazki-tu
      mam na mysli lektury, czytane teraz w kawalkach-, ktore w szkole juz
      nie sa takie wazne, ale jednak. mysle, ze ja wynioslam wiecej
      wiedzy, z podstawowki i liceum niz teraz uczniowie z gimnazjum itp.
      no i matura, ktora teraz musza miec wszyscy sprawia, ze jak dla mnie
      to bardzo malowartosciowy miernik a wystarcza az na studia. konczac
      musze powiedziec, ze nie spodziewalam sie ze romek g. tak skutecznie
      namiesza w polskim szkolnictwie. teraz wydaje mi sie ze latami
      bedzie trzeba poprawiac jego zapedy reformatorskie
      podrowienia
      • Gość: wolnomyśliciel IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.06.09, 15:38
        Ukończyłem uznaną uczelnię tj Wyższą Szkołę Komunikacji Społecznej
        tyle że pracy po niej nie mam.W PKP i PKS powiedzielni mi że kursy
        likwidują.Myślę zacząć coś nowego np Wyższą Szkołę Stosunków
        Międzynarodowych tyle że nie jestem pewiem czy partnerka mi się
        nada.Sam juz nie wiem mam mętlik w głowie,ciekawa jest podobno
        parapsychologia, może różczkarstwo pociaga mnie też turystyka
        religijna wszystko to trudne studia może dam rade .Prosze o
        wsparcie...
    • 07.06.09, 15:35
      Jestem studentką i muszę niestety przyznac rację autorowi
      artykułu!!!!

      Nie bedę solidarna wobec moich "braci" studentów, bo sprawa jest
      zbyt powazna i niestety coraz bardziej widoczna!!!

      Obecnie studia = kombinowanie (oczywiście nie we wszystkich
      przypadkac, ale neistety w zdecydowanej większości...)

      Wiekszości studetów nie zależy na wiedzy, nauce, stopniach...
      Przeciętny student na stidiach ogranicza sie do tego by zakombinowac
      tak aby jakoś zaliczyć i reszta go nie obchodzi. Zaliczyć jak
      najmniejszym kosztem i wysiłkiem (czytaj: nie ucząc się).
      Ucza sie jedynie jak oszukiwac i kłamać...

      I jak poźniej pracodawca ma ocenić wierygodnośc zdobytego
      pożalsięboze "wykształcenia", psełdo wykształcenia, bo niestety
      będzie to tylko papierek zupełnie nie adekwatny do poziomu wiedzy
      absolwenta...

      Dziś większośc studentów zrobi wszytsko by tylko sie nie musieć
      uczyć... A praca magisterska... Firmy które usługowo pisza prace
      magisterskie - przeciez to jakaś totalna pomyłka.... To ma być XXI
      wiek?? Abalfavetyzm i cofanie się w rozoju??? Zero ambicji, zero
      chęci do nauki, zero wiedzy??? Jaka przyszłość nas czeka??

      Najsmutniejsze jest to, ze uczelnie na to pozwalają, bo jak
      wspomniano w artykule, chodzie o pieniadze, wiec im wiecej studentów
      tym lepiej - wiecej pieniedzy, nieważne czy nadają sie na studentów.
      Przepuszczać wszystkich, bo jak sie zbyt dużo oblewa to Cię wyrzucą
      z pracy... Nie wazne ze nic nie umie...

      Dobrze znam te realia, i w ogóle mi się to nie podoba...

      • Gość: Jozef_socjopata IP: *.pool85-57-4.dynamic.orange.es 07.06.09, 18:19
        Psełdo?
        Ja staram się nie wyrzucać ludziom literówek etc, ale - bez przesady. Piszesz o
        pseudowykształceniu (z czym skądinąd się zgadzam), to gaf nie popełniaj :)

        Wiesz, mieszkam na obczyźnie, i jestem coraz bliższy opinii, że wielokrotnie
        powielony błąd utrwala się jako "prawdziwa pisownia".
    • 07.06.09, 15:42
      "większość studentów ma problemy z przyswojeniem podstawowych informacji"

      Taka sytuacja jest tylko w czasie "studiow", w czasie cwiczen i wykladow ...

      Jak juz pokoncza szkoly to nagle "oswieceni" literkami przed nazwiskiem wszystko
      doskonale "rozumieja" zanim zostaje wypowiedziane co powoduje, ze ich pierwsza
      reakcja na inne zrozumienie jest pyskate opluwanie tego, ktory nie podziela ich
      syntezy czy analizy.

      Forum GW jest tego wysmienitym swiadectwem.

      Takie wlasnie wspaniale i genialne mamy nasze szkolnictwo wyzsze.
      Jest dokladnie takie jacy byli i sa wykladowcy i nauczyciele w szkolach i na
      uczelniach.

      Na uczelnie trafiają niedouczeni kandydaci
    • 07.06.09, 16:02
      "zwalniac tempo bo sie nie dowidzi tych rusałek w pierwszych
      lawkach"

      Typowy przyklad naszej taniej pyskatej piaskownicowej bezczelnosci w ktorej
      postawiony problem (szczegolnie ten jaki jawi w naszym spoleczenstwie sie po
      takich "studiach") sprowadza sie do takich czy innych relacji pomiedzy
      studentemi(tkami) a nauczycielami akademickimi by moc glupkowato ale widocznie
      "brylowac" w konflikcie.

      Tylko potwierdzasz cytowane oceny autora.

      Re: Na uczelnie trafiają niedouczeni kandydaci
      • Gość: youtube IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.06.09, 16:31
        A jak się nie nauczy, to zje podręcznik:
        www.youtube.com/watch?v=CaNKklb_geg
    • Gość: jekdok IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.06.09, 17:59
      Przynajmniej duża część z nich, pisanych jak się wydaje, przez obecnych studentów lub absolwentów.
      Po lekturze pierwszych kilku postów sięgnąłem jeszcze raz po ten artykuł, którego uzupełnienie rozbawiło mnie wczoraj setnie anegdotą o karmie czy paszy Heraklita. I jednak nie pomyliłem się. Ten artykuł naprawdę, jak mi się zdawało, dotyczy jakości pracy systemu przerabiającego przedszkolaków na kandydatów na studia i - nie wiedzieć czemu nazywanego przewrotnie albo żartobliwie sytemem oświaty czy edukacji (w każdym razie wydaje się odpowiadać za ten interes Ministerstwo łojezu Edukacji i to łomatkoboska Narodowej jak najbardziej...).
      Zatem nie kadry zatrudnionej na uczelniach wyższych (cokolwiek to znaczy ostatnimi czasy), ich stosunku do studentów (jak wyżej), pracy dziekanatów, stołówek studenckich i szatni, bibliotek czy akademikowych portierek ...
      Dotyczy pracy systemu (?) przygotowującego do studiów i tego sytemu "produktów"!

      Jeśli umownie nazwiemy to coś zajmującego czas dzieciom i młodzieży między tak circa about szóstym/siódmym i dziewiętnastym rokiem życia szkolnictwem (nie mylić - choć to niełatwe - ze szkodnictwem) to lamenty nad jego stanem są spóźnione mniej więcej o tyle lat ile liczy sobie niesławna tzw. "reforma" systemu edukacji. I to nie od narodzin, a od poczęcia w co poniektórych głowach (chociaż co do tego akurat, że w głowach to niespecjalnie bym sie upierał).

      A przecież nie o lamenty tu chodzi a solidną refleksję nad tej "reformy" wizją, założeniami, sposobem jej "przygotowania" i wdrożenia. Wprawdzie literalnie rzecz ujmując reforma jest po prostu przekształceniem i nigdzie nie jest napisane, że akurat na lepsze, ale chciałoby się, żeby prowadziła ku poprawie...
      I swoistym paradoksem jest, że akurat ja przywołuję słowa niejakiego Łopuszańskiego, który onegdaj, będąc posłem kassandrycznie wieszczył: "że reforma w dłuższym okresie obniży poziom nauczania i zmniejszy samodzielność intelektualną młodzieży. Jej wprowadzenie zaowocuje >badziewiem intelektualnym<".

      new-arch.rp.pl/artykul/208114_Reforma_oswiaty_od_1_wrzesnia.html

      A przywołuję słowa tej groteskowej i głęboko mi wstrętnej postaci, głównie dlatego, ze reprezentowała ona tę samą formację polityczną, ideologiczną i (tfu, pardon, excuse-moi) intelektualną co jeden z głównych macherów w tym przedsięwzięciu - Marcinkiewicz, Kazimierz, kiedyś Polska - ta najprawdziwsza z prawdziwych. Jeśli jest prawdą to co wyczytała kiedyś moja żona w jednej z menowskich broszurek, że w okresie swej wiceministerialnej pracy nad tym świetlanym projektem, nocami - zamiast się wysypiać - chadzał po Warszawie i szukał potwierdzenia swych racji u mijanych pomników, to i efekt końcowy tych somnambulicznych wycieczek nie może dziwić.

      Już kilka lat temu w radiowej Trójce słuchałem (dla mnie pierwszego) publicznego sądu nad tym tyleż kosztownym co niewydarzonym nieszczęściem, w audycji z udziałem m.in. exminister Radziwiłł, byłego warszawskiego kuratora Paszyńskiego i jakiegoś historyka z renomowanego warszawskiego ogólniaka, prowadzonej przez byłego polonistę, pisarza, publicystę i w ogóle mądrego człowieka - red. Jerzego Sosnowskiego.
      Nie zostawiono wtedy na tym (nowo)tworze suchej nitki podkreślając m.in., że:
      1. wprowadzenie reformy oświaty wymaga wieloletnich studiów, przygotowań, symulacji i kontroli efektów;
      2. z rozwiązań, które się tutaj wprowadziło wiele krajów już się wycofało bądź zamierza to zrobić;
      3. skrócenie nauki w liceum do trzech (a praktycznie dwóch) lat, w sytuacji gdy pierwszy rok to tak naprawde okres asymilacji do nowych warunków i wymagań to niemal zbrodnia na systemie oświaty (tej prawdziwej przez duże O).

      Słów krytyki padło tam co niemiara, ale mnie najbardziej utkwiły w pamięci:
      1. apel o jak najszybszy (w miarę możliwości, bo naonczas to byłoby ponoć "za szybko") powrót do czteroletniego liceum.
      2. Nieporadność pani Radziwiłł w wyjaśnieniu "po co tę żabę w ogóle...?"
      3. Telefon rezolutnej pierwszoklasistki licealnej, która powiedziała mniej więcej coś takiego: "strasznie mi szkoda trzech lat zmarnowanych w gimnazjum i strasznie mi szkoda jednego roku mniej w moim ukochanym liceum"

      To było kilka lat temu. A wcześniej?
      Uznano, być może zasadnie, że małe dzieci stresuje ocena więc oceniać ich nie należy.
      Ustalono, być może według najlepszej wiedzy, że niepromowanie ucznia jest dla niego taką traumą, że promocja należy mu się z rozdzielnika jak psu micha.
      Wprowadzono, być może słusznie, osławione zeszyty ćwiczeń, z których "panie uczycielki" zadawały jakieś "zajefajne" zadania, niekoniecznie zastanawiając sie nad ich sensem i potrzebą kontroli.
      Zdecydowano, być może na podstawie najgłębszej analizy, że stworzenie nowego środowiska z młodzieży w najtrudniejszym okresie rozwoju m.in. emocjonalnego i przydzielenie jej zupełnie nowych i nieznających jej opiekunów oraz nazwanie tego czegoś gimnazjum, będzie spełnieniem jej najżywotniejszych potrzeb i pragnień (co się i po części ziściło, ale zdaje sie nie w tej części, o którą nieszczęsnym sprawcom tego eksperymentu chodziło).

      A to wszystko i jeszcze wiele, wiele więcej (ale tu można tylko maksymalnie 8 tysięcy znaków - co i tak wobec 250 słów na pisemnej "maturze" z języka jeszcze polskiego z elementami matematyki - jest prawdziwą rozpustą) wśród haseł o odnowie moralnej według recepty: "to nieważne wogóle czy Polska będzie biedna czy bogata, a polska młodzież mądra i wykształcona czy wręcz przeciwnie, wazne by była katolicka" - ta Polska i ta młodzież.
      No i oczywiście jeśli przede wszystkim chodziło nie o to by było lepiej ale inaczej niż wcześniej i wszystko to według bliskiej miłośnikom tradycji zasady: "Ja z synowcem na czele i jakoś to będzie" to osiągnięte rezultaty są tak oczywiste jak to, że skoro juz w kazdej wsi jest WSI lub inna szkoła lekkopółwyższa albo całkiem wysoka to magisterium należy się kazdemu noworodkowi. Skoro na tym forum kilka lat temu natknąłem się na rozpaczliwy apel osoby piszącej pracę magisterską (????) o wyjasnienie znaczenia słowa "tamże"

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=72&w=19239801&v=2
      • Gość: kaktus IP: *.18.25.213.easy-com.pl 07.06.09, 18:34
        Nic dodać nic ująć. Może ten post pomoże piszącym na forum studentom pojąć, że
        artykuł jest o systemie.
    • 07.06.09, 18:55
      Moim zdaniem to nie tylko wina szkoły, ale przede wszystkim rodziców, którym
      szkoda czasu na zajęcie się własnymi dziećmi. Nie chodzi nawet o pilnowanie
      odrobionych lekcji, ale o to żeby poczytać, porozmawiać, zachęcić, rozbudzić
      ciekawość. Łatwiej jest kupić dziecku grę komputerową a samemu usiąść przed
      telewizorem.
    • 07.06.09, 20:13
      ...oświatę (na szczeblu podstawowym i ponadpodstawowym).
      Jest jeszcze trochę nauczycieli, którzy kończyli nauki w latach 70-
      ych XX w., może nawet w latach 60-ych. Za chwilę odejdą na
      emerytury. Młodsze pokolenie gamoni (z nielicznymi wyjątkami)
      niczego lepszego niż obecnie nie "wyprodukuje". Może trzeba by
      sięgnąć do starszych b. nauczycieli, którzy z różnych powodów
      odeszli z oświaty?
      --
      Quand on est mort, c'est pour longtemps
      Quand on est bête, c'est pour toujours.
    • Gość: Kinga IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.06.09, 21:00
      Jakie wykładanie takie nauczanie.Dopiero po 40 mogłam pójść na studia i teraz
      jestem studentką i nie zgadzam się z przedstawioną opinią. Dlaczego jest tak
      źle? Bo wykładowcy są nieprzygotowani, bo nie mają czasu w drodze na wykłady na
      różnych uczelniach, bo są nieprzygotowani i korzystają z notatek sprzed wielu
      lat. Liczy się kasa, godziny i udział w seminariach lub specjalizacjach
      sponsorowanych ze środków unijnych. Jestem zatrwożona tym co oglądam ponieważ
      moje wyobrażenie o wykładowcach dotyczyło chyba tych którzy odeszli na zasłużoną
      emeryturę lub jeszcze dalej. Najpierw analizować własne środowisko a potem
      studentów bo płacą dużo a otrzymują niewiele.
      • 07.06.09, 21:20
        Sprzedawca zarabia więcej, niż adiunkt. Człowiek uczy się tyle lat, robi doktorat, potem habilitację, a potem do łapki dostaje miesięcznie tyle, że nie do końca wiadomo co z tą wpyłatą zrobić.
        Za mało, żeby kupić pistolet i w łeb sobie palnąć, za dużo by umrzeć z głodu.
        --
        "To jest zjawisko biologiczne, które zostało wykorzystane do celów politycznych."
        • Gość: adam IP: *.wroclaw.mm.pl 07.06.09, 21:38
          Cała tajemnica tkwi w tym, że chemia to nieprestiżowy kierunek i
          nikt tam się nie pcha. Zdolni wybierają bardziej prestiżowe kierunki-
          medycyna, prawo, ekonomia, a dla chemików pozostają odpady, co to
          ułamków dodawać nie umieją. Miejsca na tym kierunku są jeszcze w
          październiku. Chemicy są więc jak brzydka i niemajętna stara panna-
          nie ma co przebierać, tylko chwlić Boga, że znalazł się jakikolwiek
          chętny. Brać i dopieszczać, a nie narzekać. Lepszy się nie trafi.
          Poza tym, jakie to wyzwanie dla nauczyciela- zrobić kogoś z tumana!
          Zdolnego to każdy głupi potrafi nauczyć.
          • Gość: Jacek IP: *.vc.shawcable.net 08.06.09, 11:09
            To smutne, ze jest uwazana za nieprestizowy. Znaczy sie Polska jest juz tylko
            krajem taniej sily roboczej, w ktorym nie wymysla sie nowych technologii?
    • 07.06.09, 22:03
      Aktualnie kończę V rok elektroniki na Politechnice Wrocławskiej. Należę do
      ostatniego rocznika piszącego starą maturę. Na wydziale na pierwszy rok przyjęto
      ponad 1000 studentów. Mało kto z tej wielkiej liczby się ostał -- albo nieuki
      odpadły, albo lawirują jako "spadochroniarze" na niższych latach, co sesję
      podsuwając prodziekanowi lewe zwolnienia lekarskie...

      Zdecydowanie zbyt dużą pulę miejsc przeznaczono na naszym wydziale dla studentów
      pierwszego roku. Niemniej jednak, pięć lat temu były jeszcze jakieś znośne
      poziomy punktowe kwalifikujące do przyjęcia na bardziej "prestiżowe" kierunki
      (np. informatykę). Teraz mamy niż, mniej chętnych na studia techniczne, a też i
      to nieszczęsne gimnazjum robi swoje. Progów punktowych właściwie już nie ma.
      Albo są żałośnie niskie. I zastanawiam się, czy np. na takich zajęciach z
      analizy matematycznej 1 czy 2 albo równaniach różniczkowych (dla maturzysty
      program tych zajęć to czysta abstrakcja) to matematycy będą zmuszeni do
      obniżenia progów zaliczeń i poziomu nauczania, czy też jednak wymuszą na tych
      leniach trochę pracy.

      Osobiście uważam, że winą za obecny stan rzeczy należy obarczać społeczeństwo,
      które przyzwyczaiło się, że każdy z liceum ogólnokształcącego dostaje maturę
      (nie zdaje, dostaje!) i idzie na studia. Że to taka naturalna kolej rzeczy w
      każdym przypadku. A studia wyższe (!) nie są przecież dla każdego.
    • Gość: ola IP: *.centertel.pl 07.06.09, 22:07
      Studentki I roku Edukacji Wczesnoszkolnej, moje koleżanki z roku i przyszłe
      nauczycielki waszych dzieci tak m.in. piszą na egzaminie: "pszeczkolaki" Wanda
      Hotomska, najpopularniejsza książka Makuszyńskiego to "Ania z Zielonego
      Wzgórza", wybitny polski współczesny poeta piszący dla dzieci to Tove
      Jansson.Współczuje wykładowcom i uczniom, których one bedą uczyły.
      • 08.06.09, 05:27
        Studentki myślą o lansie, Triumphie i sponsorach a nie o jakichś głupotach.
    • 07.06.09, 23:18
      Wzsoki poziom nauczania odchodzi do lamusa.Populacja internetowa przynosi
      swoje oplakane owoce.Nadchodza czasy dyktatury ciemniakow.
      • 08.06.09, 00:43
        dalarna napisała:

        > Wzsoki poziom nauczania odchodzi do lamusa.Populacja internetowa przynosi
        > swoje oplakane owoce.Nadchodza czasy dyktatury ciemniakow.

        Nie wiem jaka w tym rola internetu (pewnie spora), jednak zasadniczą przyczyną
        obniżania poziomu edukacji jest upowszechnianie amerykańskiego modelu nauczania.
        Dla zamożnych - elitarne szkoły (do tego nam jeszcze daleko), dla reszty -
        edukacja na poziomie niezbędnym do zrozumienia wydawanych im poleceń (tu robimy
        wielkie "postępy"). Wystarczy porównać ilość egzaminów ustnych kiedyś i dzisiaj.
        Obecnie coraz rzadziej spotyka się tę metodę oceny wiedzy studenta (a jest ona
        najbardziej miarodajna), natomiast wszędzie królują testy, które co najwyżej
        pozwalają na zweryfikowanie suchej wiedzy, ale bardzo rzadko umiejętności
        myślenia. Tak samo zaczyna wyglądać edukacja na poziomie szkół średnich. To
        tylko przykład na algorytmizację nauczania, która ma docelowo uczynić ze
        społeczeństwa stado bezmyślnych przeżuwaczy seriali telewizyjnych, podczas gdy
        do abstrakcyjnego myślenia i posiadania szerokich horyzontów szkoleni będą tylko
        nieliczni (czytaj: bogaci). Nie zgadzam się natomiast, że taki stan rzeczy
        doprowadzi do "dyktatury ciemniaków". Będzie wprost przeciwnie, ciemniaki,
        jakkolwiek będą w zdecydowanej większości, nie będą mieli absolutnie nic do
        gadania. Dyktować warunki będą ci nieliczni, którzy otrzymali gruntowne
        wykształcenie opłacone grubymi pieniędzmi. Kłania się "Państwo managerów"
        Benthama, do tego właśnie zmierzamy.
      • Gość: Student fil. pol. IP: *.icpnet.pl 08.06.09, 02:00
        Witam wszystkich!

        O intelektualnym regresie w Polsce chyba wiemy wszyscy, jednak ten problem jest
        bardzo złożony. Oto kilka moich propozycji (tak, moich przemyśleń - studenci
        potrafią jeszcze myśleć):

        1. Reformy edukacji - nie można twierdzić, że nie mają one wpływu na stan wiedzy
        młodzieży. Studia są samokształceniem i nawet beznadziejnie prowadzone ćwiczenia
        czy wykłady nie są wytłumaczeniem dla braku wiedzy - nie wiesz, to się dowiedz.
        Jak mawia jedna z moich Pań profesor - wyższe wykształcenie jest po to, aby
        wiedzieć, gdzie powinno się szukać. Wracając do tematu - dziecko uczące się w
        podstawówce nie będzie się samo uczyć - ma je do tego mobilizować i stwarzać mu
        warunki właśnie szkoła. Program spada w niewyobrażalnym tempie w dół (jestem z
        rocznika 1987, z wyżej wspomnianych "gimnazjalnych debili", a już w roczniku
        1988 widzę spadek wiedzy) a dzieci przecież nie wiedzą gdzie i po co sięgać, aby
        doskonalić swoją wiedzę.

        2. Nauczyciele - jestem studentem filologii polskiej i podczas rekrutacji na
        specjalności jedynie specjalność nauczycielska przyjmowała bez limitu. Dostawali
        się na nią zatem wszyscy ci, którym nie udało się dostać na inne specjalności (z
        braku wiedzy, inteligencji bądź, i to się zdarzało, szczęścia). To są
        prawdopodobnie przyszli nauczyciele, Ci którym się nie udało, a wspomnieć należy
        o wynagrodzeniu nauczyciela - na początek około 800zł. Państwo wybaczą, ale to
        jest kpina, żeby za jeden z odpowiedzialniejszych zawodów płacono takie ochłapy!
        Jeżeli rozmawiamy o poziomie nauczania, to chyba wszyscy się ze mną zgodzą, że
        jest to najważniejsza profesja w kształtowaniu polskiej inteligencji.

        3. Matura - wiąże się ona z reformą, ale jest kolejnym i to bardzo jaskrawym
        problemem. Aby ją zdać, wystarczy zdobyć 30% punktów - tyle można zdobyć z
        zamkniętymi oczami. Próg jest śmieszny, ponieważ w liceum, aby zdać sprawdzian,
        to należało zdobyć 51% punktów. Skoro ktoś już zdał maturę, to dlaczego nie ma
        spróbować dostania się na studia? Skoro prawnie przysługuje mu taki przywilej,
        to głupotą byłoby nie spróbować. No i wszyscy próbują - to moim zdaniem nie jest
        nic złego. Problem leży w rekrutacji - skoro nie ma określonego minimum, to
        biorą wszystkich (o ile wystarczy miejsc), jeżeli nie, to przecież wezmę
        najlepszych z puli. Skoro biorą wszystkich, to Ci, którzy po roku nie spełniają
        minimum, powinni "odpadać". No i teraz kwestia gdzie jakie warunki muszą być
        spełnione? Np. na wydziale, na który uczęszczam są dość jasne warunki - na
        pierwszym roku wyznaczono trzy podstawowe przedmioty, jeżeli jednego z nich się
        nie zda w terminie, to student żegna się z uczelnią. Co do początkowych kwestii
        tego punktu, kiedy ja składałem papiery na studia, to w liście porekrutacyjnym
        dostałem jasno sprecyzowany próg punktowy i sposób obliczania zdobytych punktów
        (było to bodajże tak: za każde pełne 10% punktów powyżej 50% otrzymywało się
        jeden punkt). Nie takim problemem okazywałaby się matura jak egzekwowanie wiedzy
        przez uczelnie. I tutaj kolejne problemy - uczelnie są zmuszane do obniżenia
        progu nauczania z powodu wspomnianego już "zasiłku" za każdego studenta, ale też
        w wyniku nacisku Unii Europejskiej, która dąży do zrównania nauczania z kiepską
        średnią Europy, czyli niewiele lepiej niż w Ameryce.

        4. Rodzice. Niestety sami rodzice uczniów są też problemem. Kiedy nauczyciel
        wymaga, a uczniowie dostają słabe oceny, to bezmyślni rodzice mają pretensje do
        zbyt wysokiego poziomu. Mnie osobiście byłoby wstyd - jako uczniowi z takimi
        rodzicami. Takie wychowanie rodzi kolejny problem. Miewałem takich nauczycieli i
        nie miałem świadectw z paskami i innymi wynalazkami, ale w niektórych kwestiach
        wiedziałem więcej od uczniów "opaskowanych".

        5. Podejście młodych ludzi. Niedawno odbywały się matury i jechałem tramwajem z
        maturzystą, który przed momentem zdawał maturę z wiedzy o społeczeństwie.
        Dzwonił do swojego kolegi i był przy tym bardzo zbulwersowany: "Oni są chyba
        chorzy! Ta matura była trudna jak ****! Przecież tam trzeba było znać
        konstytucję!" No fakt - przecież WOS to nic innego jak lanie wody na temat
        bezrobocia. Uświadomiło mi to, że dzisiejsze społeczeństwo tworzą ludzie, którym
        się wydaje, że wszystko się im należy. Na studiach bywa różnie, czasami
        człowiekowi pójdzie źle, ale każdy normalny człowiek, kiedy wyjdzie z sali
        egzaminacyjnej z marnym wynikiem, to ma pretensje do siebie, do własnej
        niewiedzy. Mam szczęście przebywać z osobami, które do profesora podchodzą
        raczej z pokorą niż z pretensjami. Niewiedzy trzeba się wstydzić. No ale dzisiaj
        większość jest cool i trendy i Bóg wie co jeszcze, a to nie idzie w parze z
        pokorą wobec wiedzy.

        6. Unikajmy generalizacji - są Studenci i studenci. Na ilość studentów mają
        również wpływ niedawno powstałe szkoły wyższe, czyli prywatne. Nie chcę
        generalizować, ale te uczelnie, które znam, mają raczej niski poziom i nie dbają
        o rozwój studentów - skoro płacą, to trzeba ich przepchnąć. Jeżeli jest inaczej,
        to zwracam honor. Dochodzą do tego tysiące studentów zaocznych (tych mi żal
        najbardziej, bo osoby, które nie mogą studiować dziennie muszą studiować taki
        okrojony materiał i to z osobami, które chowały się przed wojskiem, albo nie
        wiadomo co tam chciało robić).

        7. Już wybiegając w przyszłość w stosunku do artykułu, to martwi mnie
        odróżnienia tych bardziej pracowitych studentów od tych słabszych. W tłumie tych
        tysięcy magistrów jest przecież znaczna część prawdziwych intelektualistów, z
        wiedzą i umiejętnościami, jednak kto ich wyłowi?

        8. Status. Wszyscy się pchają na studia z powodu egoizmu i pragnienia poczucia
        wyższości. Osoba inteligentna i kulturalna (uczelnia powinna rozwijać w
        studencie również rozwój kulturalny [uczelnia nie jako instytucja, ale jako
        zjawisko]) nigdy nie powinna wyrażać się o, np. budowlańcach "robole" itp.
        Niestety duża część ludzi niekulturalnych studiuje tylko po to, albowiem myślą,
        że status wyższego wykształcenia daje im prawo do spoglądania na innych z góry.

        9. Jest na to jeden przepis. Skoro będziemy wymagać, to będą spełniane wyższe
        standardy. Ludzie nie są tacy głupi, ale nikt od nich nie wymaga, przynajmniej w
        początkowej fazie rozwoju, gdyż później muszą się jeszcze pojawić chęci, jednak
        skoro ktoś umie więcej na początku, to dalszy rozwój jest przyjemniejszy i
        przychodzi łatwiej.

        10. Co do pokolenia "internetu" i "google'a". Internet jest wielkim worem, w
        którym perełki leżą obok śmieci. Wszystko zależy po co się do worka sięga. A
        studenci sięgają często po darmowe (udostępniane przez cyfrowe biblioteki)
        specjalistyczne czasopisma, często zagraniczne, których nie sprowadza się do
        Polski. Również książki z początku XX wieku są dostępne jedynie w formie
        elektronicznej. Nierzadko kupno książki w formie elektronicznej jest znacznie
        tańsza od druku (choć nic nie zastąpi papieru). Internet to też biblioteka, tyle
        że dzięki funkcji "szukaj" skracamy czas kartkowania kartotek. Myślę więc, że
        ten kto nie potrafi korzystać z internetu, ma ograniczony dostęp do informacji
        czy nawet do niektórych może wcale nie dotrzeć.

        To chyba wszystko. Acha, jeszcze jedno - wykłady. Jak było, jest i będzie - są
        wykłady, na które się nie chodzi. Jednak wtedy się sięga do podręcznika i bywa
        lepiej niż gdyby się siedziało na wykładzie. Jeden z moich profesorów po podaniu
        bibliografii powiedział, że nie rozumie przymuszania studenta do wykładów
        chociażby sprawdzaniem obecności. Na wykład chodziło się przyjemniej, ponieważ
        taka wolność wymaga odpowiedzialności, ponieważ jesteśmy traktowani jak dorośli
        ludzie, a kto nie chodził, ale rzetelnie przerobił kilkanaście pozycji zdał dobrze.

        Chyba zbytnio już odbiegam od tematu (proszę tę wypowiedź potraktować w takim
        razie jako mikroesej), więc jeszcze raz powtórzę, jeżeli będziemy wymagać, to
        będzie lepiej i możliwe, że będziemy mieli wciąż tylu studentów, ale nie
        będziemy mogli mieć zastrzeżeń do ich wiedzy i umiejętności. W Pols
    • 08.06.09, 00:30
      "Niechby zdanie to wykuto na portyku Ministerstwa Edukacji w alei Szucha. Żeby
      wreszcie zeszło na ziemię i przestało produkować fantastyczne programy nauczania"

      Pan profesor nie umie mówić po polsku. W pierwszym zdaniu podmiotem jest słowo
      "zdanie". Natomiast drugie zadanie skonstruowane jest tak, jakby podmiotem
      było "Ministerstwo Edukacji"
      • 08.06.09, 00:48
        Nie jestem pewien, o co chodziło p. Hartmanowi w jego wypowiedzi. Nikt z nas nie
        jest pewien. Uważam, że on sam też nie jest pewien. Ale uwaga, że nie potrafi
        poprawnie konstruować zdań jest oczywiście słuszna!

        Tylko że, uprzejmie proszę przeczytać mój pobliski wpis. P. Hartman słynie z
        gorszych rzeczy i właściwie w ogóle nie powinien uczyć.
      • Gość: JtR IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.06.09, 00:56
        No bo o to mu chyba chodziło, mistrzu =o
      • Gość: pl IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.06.09, 00:57
        slusarstwo_art napisała:

        > "Niechby zdanie to wykuto na portyku Ministerstwa Edukacji w alei Szucha. Żeby
        > wreszcie zeszło na ziemię i przestało produkować fantastyczne programy nauczani
        > a"
        >
        > Pan profesor nie umie mówić po polsku. W pierwszym zdaniu podmiotem jest słowo
        > "zdanie". Natomiast drugie zadanie skonstruowane jest tak, jakby podmiotem
        > było "Ministerstwo Edukacji"

        Jakbyś, cwaniaczku, bardziej uważał w szkole, to byś wiedział, że zdanie, które
        cytujesz, jest poprawnie skonstruowane. W sytuacji, gdy podmiot jest domyślny, a
        domyślić się go trzeba na podstawie poprzedniego zdania, staje się nim ostatni
        zgodny rodzajem i liczbą rzeczownik, jaki się pojawił, nawet jeśli się pojawił w
        przypadku zależnym (poczytaj teraz w encyklopedii o terminach, których użyłem).
        A jakbyś nie był takim nadętym bucem, jakim jesteś, nie wypowiadałbyś się tonem
        oświeconego mędrca na tematy, o których nie masz pojęcia.
      • 08.06.09, 01:19
        slusarstwo_art napisała:

        > "Niechby zdanie to wykuto na portyku Ministerstwa Edukacji w alei Szucha. Żeby
        > wreszcie zeszło na ziemię i przestało produkować fantastyczne programy nauczani
        > a"
        >
        > Pan profesor nie umie mówić po polsku. W pierwszym zdaniu podmiotem jest słowo
        > "zdanie". Natomiast drugie zadanie skonstruowane jest tak, jakby podmiotem
        > było "Ministerstwo Edukacji"

        W pierwszym zdaniu nie ma podmiotu. Mnie rozbioru logicznego zdania uczono w
        podstawowce. Zdanie ma sie samo wykuc wedle twojej gramatyki? A moze
        orzeczeniem, twoim zdaniem, jest 'niechby'?

        --
        Penguin flight
      • Gość: lol IP: *.ghnet.pl 08.06.09, 10:24
        I can tell you more...a co jeśli napisał to student, który musiał zdać polska
        maturę i przyjechał z rodziną na zaproszenie Tuska. Polski system dyskryminuje
        dzieci uczące się w drugim języku (polski). Taki student zdający na chemię
        pewnie musiał skupić się na geografii i biologii oraz wosie bo to konieczność
        przy zdawaniu na chemię;)
      • Gość: koal IP: *.chello.pl 08.06.09, 15:58
        Czepialstwo, kolejna wada osób które tylko myślą ze wiedzą więcej i lepiej :)
    • 08.06.09, 00:44
      Niestety p. prof. Jan Hartman otrzymuje nieustannie najgorsze oceny spośród
      wszystkich nauczycieli akademickich. Powinien być właściwie W TRYBIE
      NATYCHMIASTOWYM po prostu odsunięty od zawodu, bo mało tego, że otrzymuje
      gorsze oceny niż wszyscy inni, ale on otrzymuje znacząco gorsze oceny. Nie
      nadaje się zatem na nauczyciela.
      Jego jedyną szansą są studenci "wyróżniający się samodzielnością myślenia i
      wszechstronnym rozwojem osobowości", bo takim mniej szkodzi...

      I mała dygresja, p. Hartman stale głosi głupoty, jak to osoby nieprzytomne nie
      są już ludźmi. To są niesłychane głupoty. Wielki Polak - papież Jan Paweł II
      uczył nas, iż osoby w śpiączce /farmakologicznej i każdej innej/ mają pełne
      prawo do szacunku i posiadają pełnię godności ludzkiej. Piramidalne tezy p.
      Hartmana kompromitują zatem środowiska do których on przynależy. WSTYD po
      prostu i tyle.
      • 08.06.09, 00:57
        oceny czyje? studentów?
      • 08.06.09, 10:23
        Dla ciebie autorytetem może być JP2, ale to nie znaczy, że każdy
        musi przed nim klękać i wierzyć w jego prawdy objawione (jak np. ta
        o prezerwatywach, dzięki której parę milionów ludzi zaraziło się
        AIDS). Jeżeli nawet ktoś wierzy w "nieomylność papieży", to i tak
        dotyczy ona tylko spraw wiary - a nie statusu osób w śpiączce.
      • Gość: ggg IP: *.e-wro.net.pl 09.06.09, 11:49
        > Niestety p. prof. Jan Hartman otrzymuje nieustannie najgorsze
        oceny spośród
        > wszystkich nauczycieli akademickich

        Studenci niestety nie mają żadnej kompetencji do oceny nauczycieli
        akademickich. Sa na to zbyt tępi i do tego oszukują. Na moich dwóch
        wykładach (w ramach cyklu prowadzonego przez wielu wykładowców mam 3
        godziny) oceniało 60 studentów, a na wykładzie było 20. Pytam się
        zatem, na podstawie czego oceniali, kiedy nie byli na żadnym moim
        wykładzie ? Stado matołków ma oceniać, co ? Chyba tylko
        punktualność, ale do tego może lepsze byłyby karty czipowe.
      • Gość: Depapa IP: *.128.14.110.static.crowley.pl 25.06.10, 10:58
        Znacznie bardziej interesuje mnie zdanie prof. Hartmana na ten temat niż zdanie "wielkiego papieża itd.". Wielkiego może dla ciebie. Dla mnie nie. A poziom refleksji filozoficznej Hartmana i Jana Pawła ma się do siebie jak Mount Everest do Gubałówki.
    • 08.06.09, 00:47
      król jest nagi!!!!!!!!!!!!!!!!
    • Gość: niedouczonyudaczni IP: 94.254.176.* 08.06.09, 00:52
      Na uczelnie trafiają niedouczeni kandydaci, dodajmy, na znakomite
      uczelnie będace w poza 300etka notowaną w rankingach. To nie
      szkolnictwo niepubliczne, lecz publiczne zaczęło wprowadzać maturę
      międzynarodową otwierając polskim maturzystom możliwość studiowania na
      pierwszych uczelniach ze wspomnianego rankingu. Istnieją obiektywnie
      badania poziomu nauczania w UE (typu PISA) i jesteśmy w połowie
      klasyfikacji. Maturzyści kierujący się, czasami modą, czasami zdrowym
      rozsądkiem wybierą te kierunki studiów, które uważają, że dają im
      możliowści rozwoju i pracę. Wydział Chemii bohatera artykułu nie
      należy do tych najczęściej wybieranych. Jeśli jakiś profsor "naciska"
      czyli próbuje np. wymusić dodatkową "opłatę" za swoj cenny podpis,
      (studentom Uś w Katowicach nie musze podawać nazwiska) i za to jest
      wyrzucony z wydziału, cóż, serdecznie współczuję; będzie nam go
      wszystkim studentom brakowało. PANIE PROFESORZE ZAPANOWAŁA W KOŃCU
      NORMALNOŚĆ I WOLNOŚĆ WYBORU; A PANA LOSIE ZADECYDUJE LICZBA STUDENTÓW
      NA PANA WYDZIALE, STUDENTÓW ANALFABETÓW, PÓŁGŁÓWKÓW I DEBILI. JAKŻE
      PANU WPÓŁCZUJĘ.
    • 08.06.09, 01:16
      Wina leży w szkolnictwie prywatnym i sposobie finansowania szkół. Od bardzo
      wielu lat związana jestem ze szkolnictwem ponadpodstawowym (ponadgimnazjalnym)
      - technika i policealne szkoły. Moim podstawowym miejscem pracy jest duży zespół
      szkół, jednakże odkąd zaczęły powstawać szkoły prywatne, miałam wiele propozycji
      pracy w tych szkołach. Żeby była jasność – zawsze byłam bardzo lubianym
      belfrem, bardzo dużo przygotowuję się do każdych zajęć, każda lekcja musi być
      urozmaicona – slajdy, filmy szkoleniowe, foliogramy, ćwiczenia, gry i zabawy
      dydaktyczne, obecnie prezentacje multimedialne, drama itp. Sama przygotowuję
      ćwiczenia, wymyślam kazusy, uczniowie i słuchacze muszą nauczyć się rozwiązywać
      problemy w grupach oraz samodzielnie. Moje obserwacje dają odpowiedź na
      przyczyny obecnych kłopotów szkół wyższych. Uczniowie do lat 90. mieli szacunek
      do nauczycieli, przynajmniej do tych, którzy umieli znaleźć z nimi dobry kontakt
      i starali się dobrze ich nauczyć.
      Prawo daje rodzicom coraz większą możliwość współdecydowania o wychowaniu i
      nauczaniu w szkole. Rodzic mądry wie, że uczeń – jego dziecko, ma posiąść
      odpowiednią wiedzę i umiejętności, gdy są kłopoty w szkole, przychodzi i
      wspólnie z nauczycielem opracowuje strategię, jak temu zaradzić. Rodzic głupi
      za niepowodzenia swojego dziecka obwinia nauczycieli, szkołę, państwo i
      wszystkich świętych, jednocześnie w ogóle nie interesując się dzieckiem ani w
      domu, ani tym, czy chodzi do szkoły i jak sobie radzi z nauką.
      Skandalem jest, że uczeń pełnoletni może samodzielnie usprawiedliwić swoją
      nieobecność na zajęciach. Usprawiedliwienie typu: „ proszę usprawiedliwić moja
      nieobecność w poprzednim tygodniu, bo nie mogłem być w szkole z powodów
      osobistych (rodzinnych, zdrowotnych itp.)”, jest normą. Jeżeli nauczyciel domaga
      się wyjaśnień bardziej wiarygodnych, straszony jest rzecznikiem praw dziecka i
      ucznia. Zatem w szkole frekwencja jest poniżej 50% (niegdyś była ok. 90%)
      ponieważ uczniowie lekceważą obowiązek uczęszczania na zajęcia. Pojawiają się w
      szkole raz na jakiś czas i chcą zaliczać przedmioty jak w szkole zaocznej.
      Uczniowi niepełnoletniemu nieobecności usprawiedliwia jego rodzic. Zawsze
      usprawiedliwia, gdyż wie, że za niedopilnowanie realizacji obowiązku szkolnego
      (czy obowiązku nauki ) jego dziecka, grozi mu kara pieniężna.
      Szkoły prywatne. Uczyłam w 5 różnych policealnych szkołach prywatnych. Wszędzie
      uczyłam tylko po jednym roku. Nikt nie chciał ze mną przedłużać umowy, bo
      chciałam nauczyć i wymagałam minimum wiedzy na ocenę pozytywną. Wchodziłam na
      salę uśmiechnięta ze stertą pomocy w obu rękach, z własnym sprzętem
      multimedialnym, a na sali było 5 osób na 30. Nowy temat przedstawiłam treściwie
      i zrozumiale, zaprezentowałam na przykładach, przećwiczyłam ze słuchaczami. Na
      sprawdzianach było już 80% obecnych, ale jeżeli ktoś nie chodził na zajęcia
      wcześniej, nie umiał poradzić sobie z praktyką, a regułki z książek mało mnie
      interesowały. Miałam przygotować ich praktycznie do pracy w zawodzie, a nie do
      klepania regułek przed przyszłym pracodawcą. Rezultat był taki, że ci co
      chodzili na zajęcia mieli oceny bardzo dobre i dobre, ci którzy przychodzili
      tylko na sprawdziany mieli wiedzę teoretyczną na poziomie średnim, ale ich
      umiejętności stosowania wiedzy w praktyce były bardzo niskie lub niedostateczne,
      a ci słuchacze, którzy w ogóle nie chodzili na zajęcia, byli u mnie
      nieklasyfikowani . Wszyscy słuchacze byli przekonani, że płacą za szkołę,
      zatem chociaż ta ocena minimalna pozytywna im się należy. O zgrozo, właściciele
      szkół wywierali nacisk nie na swoich słuchaczy, żeby chodzili na zajęcia i
      zaczęli się uczyć, tylko naciski były czynione na mnie, żebym dała sobie spokój
      z wymaganiami, że życie ich zweryfikuje, a szkołę muszą ukończyć. Skandalem było
      działanie jednego z właścicieli takiej prywatnej szkoły, który wykorzystując
      moją 2. tygodniową nieobecność w pracy, wysłał na zastępstwo innego nauczyciela,
      który nie miał pojęcia o przedmiocie, ale wystawił wszystkim słuchaczom po dwa
      rządki ocen bardzo dobrych. Zatem nawet ci, którzy ani razu nie pojawili się na
      zajęciach w danym semestrze, też mieli po 2 oceny bardzo dobre. Dowidziałam się
      , że rzekomo mieli 2 sprawdziany, które im bardzo dobrze poszły, ale na moją
      prośbę, aby owe sprawdziany przynieśli, nie doczekałam się realizacji swojej
      prośby. Dopięłam swojego, większość była nieklasyfikowana i musieli zdać egzamin
      klasyfikacyjny. Duma mnie rozpierała, kiedy większość z tych zdających zdała
      dobrze ten egzamin, nikt nie oblał. Zrozumieli, że nie ma ocen za pieniądze, że
      trzeba chociaż trochę przyłożyć się do nauki, żeby uzyskać pozytywną ocenę.
      Podziękowano mi jednak za pracę w tej szkole, bo były ze mną kłopoty !
      Nie lepiej jest w szkole tzw. państwowej, dyrektor zaczął na mnie pohukiwać, że
      za dużo wymagam i słuchacze wolą iść do szkół prywatnych takiego samego typu, że
      to przeze mnie i kilka jeszcze innych nawiedzonych koleżanek, zmniejsza się
      liczebność semestrów i w końcu stracimy pracę, bo nie będzie kogo uczyć. Żeby
      była jasność - nikt nigdy przeze mnie nie musiał powtarzać semestru, nigdy nie
      wystawiłam końcowej oceny niedostatecznej, zawsze ciągnęłam za uszy wysyłając na
      „dojrzewanie” i pytałam do skutku, aż w końcu słuchać wykazał się choć minimalną
      wiedzą , która pozwoliła mi ze spokojnym sumieniem wystawić ocenę pozytywną.
      Ze zgrozą obserwuję, że ci uczniowie i słuchacze, których trzeba był zmuszać do
      nauki, którzy z ledwością przechodzili do następnych klas, ci później bez
      problemów studiują na uczelniach prywatnych i , o zgrozo, na uczelniach
      państwowych. Mało tego, to nawet rzekomo dobrze sobie radzą. Zatem albo
      zawdzięczają to mnie, że zmusiłam ich niegdyś do nauki i brania
      odpowiedzialności za swoje czyny, albo te uczelnie są tyle warte co ci moi byli
      uczniowie. Owszem, są też nieliczne wyjątki, czasami uczeń dojrzeje i zaczyna
      podchodzić odpowiedzialnie do swoich obowiązków, wówczas kiedy staje się
      studentem. Mocno chciałabym w to uwierzyć, że jest to reguła, a nie nieliczne
      wyjątki od tej reguły.
      • Gość: ad IP: *.static.vip-net.pl 08.06.09, 06:38
        Sos-na9 ja za prace zangażowaną na uczelni aby studentów nauczyć
        zostałem z niej usunięty bo nie pozwalałem sobie na przyjmowanie
        dowodów wdzięczności od studentów śmieszne ale oosby pełniące
        funkcje administracyjne przyjmowały i przyjmuja flaszki z alkoholem
        i są wzorcowymi dydaktykami i kadrą rozwojową uczleni państwowych
    • 08.06.09, 01:28
      Jest proste i skuteczne rozwiazanie. Podniesc pensje nauczycielom do minimum
      4krotnosci sredniej krajowej i nagrywac 100% lekcji/wykladow/cwiczen na video i
      publikowac w sieci - z ogolnym dostepem.
      --
      Serdecznie pozdrawiam i zycze milego dnia :-)
      *www*HuGoW
      • 08.06.09, 05:17
        A za jeden błąd ortograficzny w pisemnej pracy stawiać niedostateczny na
        semestr. I inkasować pieniądze za powtarzanie nauki.

        Może wtedy mniej będziemy się dziwić, że egzamin z nauki jazdy za pierwszym
        podejściem zdaje tylko (aż?) 25 % kursantów.
    • 08.06.09, 01:40
      Potwierdzam. Nic nie umieją, ściągać również. Praca skompilowana z dwóch
      innych uchodzi za samodzielną bo za ową samodzielność uchodzi właśnie
      kompilacja. Wiedza ogólna na poziomie zerowym, znajomość języka polskiego
      tragiczna.
      To ostatnie nie dziwi biorąc pod uwagę fakt nauki w szkołach o języku (lektury
      w warstwie fabularnej, zagadnienia gramatyczne przekazywane w sposób formalny)
      zamiast nauki języka czyli jego bogactwa i przede wszystkim stylu
      wypowiedzi. Lektury, mym zdaniem, powinny stanowić pomoc w opanowaniu różnych
      stylów wypowiedzi a dopiero na dalszym miejscu rozwijać znajomość gatunków
      literackich czy wreszcie znajomość dzieł (w warstwie fabularnej).
      Szkoda gadać. Jestem pesymistą.
      Jako kwiatek polonistyczny - oliwa z oliwek. Albo samochód wyścigowy formuły
      1. - bolid. Żałosne.
      • Gość: Student fil. pol. IP: *.icpnet.pl 08.06.09, 02:04
        Witam wszystkich!

        O intelektualnym regresie w Polsce chyba wiemy wszyscy, jednak ten problem jest
        bardzo złożony. Oto kilka moich propozycji (tak, moich przemyśleń - studenci
        potrafią jeszcze myśleć):

        1. Reformy edukacji - nie można twierdzić, że nie mają one wpływu na stan wiedzy
        młodzieży. Studia są samokształceniem i nawet beznadziejnie prowadzone ćwiczenia
        czy wykłady nie są wytłumaczeniem dla braku wiedzy - nie wiesz, to się dowiedz.
        Jak mawia jedna z moich Pań profesor - wyższe wykształcenie jest po to, aby
        wiedzieć, gdzie powinno się szukać. Wracając do tematu - dziecko uczące się w
        podstawówce nie będzie się samo uczyć - ma je do tego mobilizować i stwarzać mu
        warunki właśnie szkoła. Program spada w niewyobrażalnym tempie w dół (jestem z
        rocznika 1987, z wyżej wspomnianych "gimnazjalnych debili", a już w roczniku
        1988 widzę spadek wiedzy) a dzieci przecież nie wiedzą gdzie i po co sięgać, aby
        doskonalić swoją wiedzę.

        2. Nauczyciele - jestem studentem filologii polskiej i podczas rekrutacji na
        specjalności jedynie specjalność nauczycielska przyjmowała bez limitu. Dostawali
        się na nią zatem wszyscy ci, którym nie udało się dostać na inne specjalności (z
        braku wiedzy, inteligencji bądź, i to się zdarzało, szczęścia). To są
        prawdopodobnie przyszli nauczyciele, Ci którym się nie udało, a wspomnieć należy
        o wynagrodzeniu nauczyciela - na początek około 800zł. Państwo wybaczą, ale to
        jest kpina, żeby za jeden z odpowiedzialniejszych zawodów płacono takie ochłapy!
        Jeżeli rozmawiamy o poziomie nauczania, to chyba wszyscy się ze mną zgodzą, że
        jest to najważniejsza profesja w kształtowaniu polskiej inteligencji.

        3. Matura - wiąże się ona z reformą, ale jest kolejnym i to bardzo jaskrawym
        problemem. Aby ją zdać, wystarczy zdobyć 30% punktów - tyle można zdobyć z
        zamkniętymi oczami. Próg jest śmieszny, ponieważ w liceum, aby zdać sprawdzian,
        to należało zdobyć 51% punktów. Skoro ktoś już zdał maturę, to dlaczego nie ma
        spróbować dostania się na studia? Skoro prawnie przysługuje mu taki przywilej,
        to głupotą byłoby nie spróbować. No i wszyscy próbują - to moim zdaniem nie jest
        nic złego. Problem leży w rekrutacji - skoro nie ma określonego minimum, to
        biorą wszystkich (o ile wystarczy miejsc), jeżeli nie, to przecież wezmę
        najlepszych z puli. Skoro biorą wszystkich, to Ci, którzy po roku nie spełniają
        minimum, powinni "odpadać". No i teraz kwestia gdzie jakie warunki muszą być
        spełnione? Np. na wydziale, na który uczęszczam są dość jasne warunki - na
        pierwszym roku wyznaczono trzy podstawowe przedmioty, jeżeli jednego z nich się
        nie zda w terminie, to student żegna się z uczelnią. Co do początkowych kwestii
        tego punktu, kiedy ja składałem papiery na studia, to w liście porekrutacyjnym
        dostałem jasno sprecyzowany próg punktowy i sposób obliczania zdobytych punktów
        (było to bodajże tak: za każde pełne 10% punktów powyżej 50% otrzymywało się
        jeden punkt). Nie takim problemem okazywałaby się matura jak egzekwowanie wiedzy
        przez uczelnie. I tutaj kolejne problemy - uczelnie są zmuszane do obniżenia
        progu nauczania z powodu wspomnianego już "zasiłku" za każdego studenta, ale też
        w wyniku nacisku Unii Europejskiej, która dąży do zrównania nauczania z kiepską
        średnią Europy, czyli niewiele lepiej niż w Ameryce.

        4. Rodzice. Niestety sami rodzice uczniów są też problemem. Kiedy nauczyciel
        wymaga, a uczniowie dostają słabe oceny, to bezmyślni rodzice mają pretensje do
        zbyt wysokiego poziomu. Mnie osobiście byłoby wstyd - jako uczniowi z takimi
        rodzicami. Takie wychowanie rodzi kolejny problem. Miewałem takich nauczycieli i
        nie miałem świadectw z paskami i innymi wynalazkami, ale w niektórych kwestiach
        wiedziałem więcej od uczniów "opaskowanych".

        5. Podejście młodych ludzi. Niedawno odbywały się matury i jechałem tramwajem z
        maturzystą, który przed momentem zdawał maturę z wiedzy o społeczeństwie.
        Dzwonił do swojego kolegi i był przy tym bardzo zbulwersowany: "Oni są chyba
        chorzy! Ta matura była trudna jak ****! Przecież tam trzeba było znać
        konstytucję!" No fakt - przecież WOS to nic innego jak lanie wody na temat
        bezrobocia. Uświadomiło mi to, że dzisiejsze społeczeństwo tworzą ludzie, którym
        się wydaje, że wszystko się im należy. Na studiach bywa różnie, czasami
        człowiekowi pójdzie źle, ale każdy normalny człowiek, kiedy wyjdzie z sali
        egzaminacyjnej z marnym wynikiem, to ma pretensje do siebie, do własnej
        niewiedzy. Mam szczęście przebywać z osobami, które do profesora podchodzą
        raczej z pokorą niż z pretensjami. Niewiedzy trzeba się wstydzić. No ale dzisiaj
        większość jest cool i trendy i Bóg wie co jeszcze, a to nie idzie w parze z
        pokorą wobec wiedzy.

        6. Unikajmy generalizacji - są Studenci i studenci. Na ilość studentów mają
        również wpływ niedawno powstałe szkoły wyższe, czyli prywatne. Nie chcę
        generalizować, ale te uczelnie, które znam, mają raczej niski poziom i nie dbają
        o rozwój studentów - skoro płacą, to trzeba ich przepchnąć. Jeżeli jest inaczej,
        to zwracam honor. Dochodzą do tego tysiące studentów zaocznych (tych mi żal
        najbardziej, bo osoby, które nie mogą studiować dziennie muszą studiować taki
        okrojony materiał i to z osobami, które chowały się przed wojskiem, albo nie
        wiadomo co tam chciało robić).

        7. Już wybiegając w przyszłość w stosunku do artykułu, to martwi mnie
        odróżnienia tych bardziej pracowitych studentów od tych słabszych. W tłumie tych
        tysięcy magistrów jest przecież znaczna część prawdziwych intelektualistów, z
        wiedzą i umiejętnościami, jednak kto ich wyłowi?

        8. Status. Wszyscy się pchają na studia z powodu egoizmu i pragnienia poczucia
        wyższości. Osoba inteligentna i kulturalna (uczelnia powinna rozwijać w
        studencie również rozwój kulturalny [uczelnia nie jako instytucja, ale jako
        zjawisko]) nigdy nie powinna wyrażać się o, np. budowlańcach "robole" itp.
        Niestety duża część ludzi niekulturalnych studiuje tylko po to, albowiem myślą,
        że status wyższego wykształcenia daje im prawo do spoglądania na innych z góry.

        9. Jest na to jeden przepis. Skoro będziemy wymagać, to będą spełniane wyższe
        standardy. Ludzie nie są tacy głupi, ale nikt od nich nie wymaga, przynajmniej w
        początkowej fazie rozwoju, gdyż później muszą się jeszcze pojawić chęci, jednak
        skoro ktoś umie więcej na początku, to dalszy rozwój jest przyjemniejszy i
        przychodzi łatwiej.

        10. Co do pokolenia "internetu" i "google'a". Internet jest wielkim worem, w
        którym perełki leżą obok śmieci. Wszystko zależy po co się do worka sięga. A
        studenci sięgają często po darmowe (udostępniane przez cyfrowe biblioteki)
        specjalistyczne czasopisma, często zagraniczne, których nie sprowadza się do
        Polski. Również książki z początku XX wieku są dostępne jedynie w formie
        elektronicznej. Nierzadko kupno książki w formie elektronicznej jest znacznie
        tańsza od druku (choć nic nie zastąpi papieru). Internet to też biblioteka, tyle
        że dzięki funkcji "szukaj" skracamy czas kartkowania kartotek. Myślę więc, że
        ten kto nie potrafi korzystać z internetu, ma ograniczony dostęp do informacji
        czy nawet do niektórych może wcale nie dotrzeć.

        To chyba wszystko. Acha, jeszcze jedno - wykłady. Jak było, jest i będzie - są
        wykłady, na które się nie chodzi. Jednak wtedy się sięga do podręcznika i bywa
        lepiej niż gdyby się siedziało na wykładzie. Jeden z moich profesorów po podaniu
        bibliografii powiedział, że nie rozumie przymuszania studenta do wykładów
        chociażby sprawdzaniem obecności. Na wykład chodziło się przyjemniej, ponieważ
        taka wolność wymaga odpowiedzialności, ponieważ jesteśmy traktowani jak dorośli
        ludzie, a kto nie chodził, ale rzetelnie przerobił kilkanaście pozycji zdał dobrze.

        Chyba zbytnio już odbiegam od tematu (proszę tę wypowiedź potraktować w takim
        razie jako mikroesej), więc jeszcze raz powtórzę, jeżeli będziemy wymagać, to
        będzie lepiej i możliwe, że będziemy mieli wciąż tylu studentów, ale nie
        będziemy mogli mieć zastrzeżeń do ich wiedzy.
        • 09.06.09, 17:51
          Dobra wypowiedź! Dużo słusznych spostrzeżeń a do tego jasno i klarownie, co
          dowodzi że autor jest prawdziwym humanistą a nie tylko ma problemy z matematyką
          i myśleniem ;-)
          --
          Nie jestem emigrantem. Jestem Europejczykiem!
    • 08.06.09, 03:05
      Wina idiokracji, postępującej makdonaldyzacji, rodzice nie są bez winy, a przypadki, kiedy dzieci wychowuje komputer, pozostawiam bez komentarza. Brak zainteresowań twórczych i pozytywnych, tylko tępe granie w gierki komputerowe przyczyną kryzysu jest. Zdawałem w tym roku maturę, pomimo że z rozszerzonych, to i tak były łatwe - jeszcze kilka lat temu, to było nie do pomyślenia. Całki, pochodne - winę ponosi wprowadzenie tych durnych gimnazjów, bo w 3 letnim liceum brakuje na to czasu.
    • 08.06.09, 05:14
      - czym się różni biskup sufragan od biskupa pomocniczego,

      - jaki ornat zakłada się w Trzech Króli a jaki w Zielone Świątki

      - ilu jest świętych Janów

      - który obraz Matki Boskiej przed czym chroni

      - jak dekoruje się ołtarz
      • Gość: Andru IP: 80.54.47.* 08.06.09, 12:37
        Haha, doskonałe! Religia to jedyny przedmiot obok j. polskiego i matematyki,
        który towarzyszy uczniowi przez 12 lat nauki! Państwo wyznaniowe, jak Iran! To
        jest chore...
    • Gość: fs IP: *.static.vip-net.pl 08.06.09, 06:28
      Prawda jest okrótna do której nikt nie chce sie przyznać żę winą za
      coraz gorsze kształcenie należy obarczyć Buzka Hankego Radziwiłowicz
      to są osoby które zniszczyły polska młodzież. Wrowadziły reformę
      szkolnictwa wprowadzając gimnazjum czyli okres nauki z 12 lat
      zmniejszył sie do 9,5 . Następnie reforma szkolnictwa wyższego na
      licencjat i magisterium to następny gwóźdź do trumny wykształcenia.
      Tak się składa że jestem absolwentem uczelni wrocłwskiej i 30
      letnim pracownikiem akademickim na uczleni w Lublinie. Objawy nie
      douczenia studentów, błędy gramtyczne i nieumiejętnośc wysławiania
      się to widoczne było już od lat 90-tych i pogłębiało się ale
      administracja uczelni nie zwracała na to uwagi i panowało hasło
      chcesz pracowac to przepuszczaj . Gdzie etyka nauczyciela
      akademickiego tak pieczołowicie kształtowana . Wprowadzenie reformy
      to uguntowało. Wszyscy nabrali wody w usta i zamiast przeprowadzić
      jeszcze rzeczywistą reformę uczelni wyższych na wzór uczelni
      zachodnich i amerykańskich jest cicho sza. Utrzymuje się stare
      komunistyczne zasady kariery naukowej, habilitacje, profesury
      belwederskie któe ugruntowują nepotyzm i kolesiostwo wsród kadry
      akademickiej ,a praktyków którzy cos umią i wiedzą usuwa się bo nie
      spełniaja warunków IF . Od dawna mówie od lat 90-tych że reforma
      uczleni powinna przekształcić je w spółki prawa handlowego i kadra
      naukowa mająca wielkie mniemaniue o sobie dbać o dopływ funduszy na
      badania.Tymczasem większość tych funduszy jest wyrzucana w błoto a
      nie na rzeczywiste kształcenie studentów. Wiadome jest że darmowe
      jest nic nie warte to jak dawny dowcip "od darmowego piwa do
      komunizmu" i taka jest prawde a dowcip ten cytowało Radio Wolna
      Europa w 1981 roku w grudniu wato aby przypomniała obecnie
      telewizaj i radio podobno wolne i demokratyczne
    • 08.06.09, 07:06
      NA UCZELNIE PUBLICZNE PRZYJMUJE SIE LUDZI BEZ ŻADNYCH EGZAMINOW WSTĘPNYCH,W
      SZCZEGOLNOSCI STARYCH MATURZYSTOW I Z NOWĄ MATURĄ NA BARDZO NISKIM POZIOMIE.

      JAK WIDZE,ZE NA RENOMOWANE WYDZIALY PRZYJMUJE SIE OSOBY Z OBLANA MATURA ALBO NIE
      BIERZE SIE POD UWAGE CALOSCIOWYCH SREDNICH OCEN ZE SWIADECTWA TO KREW MNIE ZALEWA.

      Nie dziwota,ze ludzie sie burza skoro potem o losach innych bedzie decydowac
      glupszy od nas.To przykre.

      W panstwach UE oceny koncoworoczne z calej szkoly (albo przynajmniej z ogolniaka
      ze wszystkich waznych blokow przedmiotowych)plus TEST PREDYSPOZYCJI TO
      STANDARD!!!!!!!
      Smuci mnie potem,ze mgr w Polsce zarabia jak sprzątaczka,albo dyplomy uzyskuja
      osoby ze srednia moze z 3,0 i palami z matury,czasami z kierunkowych na uczelnie
      przedmiotow.
      To straszne!
      Niekompetencja uczelni gora.
    • 08.06.09, 07:48
      Jednym i drugim żaden nauczyciel nie pomoże.
      • 08.06.09, 07:58
        no ale to musi byc naprawde przykre kiedy sedzia czy prokuratorem czy lekarzem
        zostanie przymul,ktoremu sie pomaga i bedzie zyl jak panisko,w przeciwienstwie
        do swojego nauczyciela
  • Powiadamiaj o nowych wpisach

Wysyłaj powiadomienia o nowych wpisach na forum na e-mail:

Aby uprościć zarządzanie powiadomieniami zaloguj się lub zarejestruj się.

lub anuluj

Zaloguj się

Nie pamiętasz hasła lub loginu ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka
Agora S.A. - wydawca portalu Gazeta.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników Forum. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Regulamin.